11304
Szczegóły |
Tytuł |
11304 |
Rozszerzenie: |
PDF |
Jesteś autorem/wydawcą tego dokumentu/książki i zauważyłeś że ktoś wgrał ją bez Twojej zgody? Nie życzysz sobie, aby podgląd był dostępny w naszym serwisie? Napisz na adres
[email protected] a my odpowiemy na skargę i usuniemy zabroniony dokument w ciągu 24 godzin.
11304 PDF - Pobierz:
Pobierz PDF
Zobacz podgląd pliku o nazwie 11304 PDF poniżej lub pobierz go na swoje urządzenie za darmo bez rejestracji. Możesz również pozostać na naszej stronie i czytać dokument online bez limitów.
11304 - podejrzyj 20 pierwszych stron:
Jerzy Michał Czarnecki
FART
Krajowa Agencja Wydawnicza 1980
Fotograficzny projekt okładki
Jan i Waldyna Fleischmannowie
Układ typograficzny okładki i karty tytułowej
Jan i Waldyna Fleischmannowie
Projekt typograficzny serii
Teresa Cichowicz-Porada
Redaktor
Stanisław Nowakowski
Redaktor techniczny Jan Pyrzyńskl
Korekta
Maria Pelczar-Nowakowska
© Copyright by Jerzy Michał Czarnecki, Kraków 1980
Rozdział I
Co wieczór zasypiał w spokoju, co rano zrywał się po dzwonku budzika, starannie
golił policzki, chwilę stał przed lustrem uważnie śledząc przybywające gwałtownie
zmarszczki i wychodził do miasta. Jubi był sam.
— Hej, Jubi, ożenił byś się — wołali do niego znajomi, pół żartem, pół serio.
— Nie jestem frajer. Na cholerę mi baba. Dodatkowy strup na głowę — odkrzykiwał
Jubi uśmiechając się pod nosem. Ale i on i wszyscy jego znajomi doskonale wiedzieli, że
owszem, że Jubi by się ożenił, tylko że nie miał z kim.
Jubi nie pracował. Od przeszło dwudziestu lat, od chwili gdy zmarła jego matka,
Jubi zajmował się wszystkim, znał się na wszystkim, kupował przeróżne przedmioty po
niższych cenach, a sprzedawał z zyskiem. Siedział w kawiarni „Mała” przy placu
Zamkowym i czekał. Czekał, aż los sprawi, że trafi się kupiec.
Jubi nie sprzedawał ani też nie kupował rzeczy kosztownych, ale doskonale radził
sobie z wszelką drobnicą. Raz były to wątpliwej wartości stare kartki pocztowe, mające
znaczenie chyba jedynie dla zmaniaczałych kolekcjonerów, innym razem był to regulamin
wojsk Franciszka Józefa, zaś innym — dwa, trzy dolary. Jubi wiedział, od kogo kupić.
Wiedział też, komu sprzedać. Sam nie kolekcjonował nic. Ale znał wszystkich w mieście
maniaków, dla których te bibeloty posiadały wartość i znaczenie. I do nich to właśnie znosił
owe przedmioty, zarabiając niewielkie zresztą sumy, które wystarczały mu zaledwie na
codzienną kawę i tani obiad. Ale gdy trafiła mu się lepsza okazja, taka, która przyniosła
kilkaset złotych dochodu, Jubi czuł się milionerem. Zapraszał wówczas przeróżnych
znajomych do winiarni i tam fundował butelkę za butelką. Największą jego przyjemnością
były te właśnie chwile.
Zachodzili do tej winiarni Cyganie. Orkiestra cygańska. Znali Jubiego. Stawali
wówczas nad nim i grali stare partyzanckie piosenki, przy których Jubi wzruszał się,
niekiedy łzę z policzka otarł. I często śpiewał z cygańską orkiestrą. Czuł się wówczas
starym wiarusem i chętnie naprowadzał rozmowę na tematy okupacyjne. Jego wiedza o
tym była spora, dużo czytał.
Zarobił widocznie kilka stówek, bo siedział oto w winiarni, popijał słodkawe wino i
krzyczał. Nie mówił, ale krzyczał. To należało do jego stylu bycia. Gdy się upijał, tracił
panowanie nad głosem, każde słowo wykrzykiwał, a każde zdanie popierał zamaszystymi,
acz nieskoordynowanymi ruchami.
— Panie, ciszej — upominała kelnerka.
— Ależ do cholery ja mówię normalnie — wrzasnął w jej kierunku.
W tym właśnie momencie do winiarni wkroczyła orkiestra cygańska. Dziwna to była
orkiestra. Czterech tęgich cyganów, kruczowłosych — jak przystało na tę rasę,
wprowadziło do lokalu maleńkiego, poruszającego się jak po chorobie parkinsona Cygana,
który niósł pod pachą skrzypce. Był niewidomy. Posadzony przez pozostałych na krześle
przyłożył skrzypce do piersi. Prawą, chorą ręką uchwycił struny. A więc odwrotnie jak
zwykle czynią skrzypkowie. W lewą ujął smyczek. Orkiestra poczęła się dostrajać.
— To jacyś nowi — wrzasnął Jubi. — Jeszcze ich nie widziałem. Ale grać chłopaki.
Grać. Jubi płaci.
I rzucił na stół stówkę. Jeden z orkiestrantów podszedł do stolika, zgrabnie chwycił
banknot i zręcznie schował do kieszeni. Pozostali ukłonili się z lekka Jubiemu, który już
zaczynał śpiewać „Płynie, płynie Oka”. Ale cyganie nie podchwycili melodii i rozpoczęli
grać czardasza. Najpierw wolno, wolno, później coraz szybciej i szybciej, aż muzyka
nabrała właściwego rytmu. A kaleka, którego musieli posadzić na krześle... tak, ten okazał
się mistrzem. Mimo całej ułomności — wyczarowywał z instrumentu dźwięki, jakich nie
powstydziłby się na estradzie wirtuoz zawodowej orkiestry. Jubi ucichł. Ucichła też sala.
Wszyscy obecni słuchali w skupieniu. Cyganie skończyli utwór i zerwały się brawa. Jeden
tylko głos przedzierał się przez szum oklasków.
— „Bo w partyzantce nie jest źle.”
To Jubi ryczał przy swoim stoliku. Dał stówkę, więc miał prawo. To jemu grali. On
zapłacił i chciał słyszeć tylko to, co chciał słyszeć. Zaskoczenie jakie wywołał popisowy
utwór orkiestry już minęło i teraz domagał się swoich — jak sądził — uzasadnionych praw.
— „Bo w partyzantce nie jest źle”!
— Te partyzant, zamknij się. Bo cię jeszcze kto ustrzeli — usłyszał głos z sali.
— Mnie ustrzeli?, mnie ustrzeli? Mnie? Jubiego? — wykrzykiwał z pijackim uporem.
I znowu:
— „Bo w partyzantce nie jest źle”!
Od sąsiedniego stolika wstał barczysty mężczyzna podszedł do Jubiego, uniósł za
kołnierz i jak kocieka wyprowadził do drzwi. Za nimi podążała kelnerka, by pobrać od
Jubiego należność.
— Ja nie zapłacę — krzyknął piskliwie Jubi. — Ja nie zapłacę, to bezprawie, to
skandal.
— Ja ci dam bezprawie gnojku — powiedział mężczyzna, który trzymał go za
kołnierz. — Płać i jazda do domu.
— A ja i tak nie zapłacę.
— Zapłacisz synu — powiedział spokojnie mężczyzna i otwartą dłonią uderzył w
twarz Jubiego. Z jego nosa pociekła krew. Otarł wierzchem dłoni nos. Zauważył krew. Bez
słowa sięgnął do kieszeni i zapłacił rachunek. Wyszarpnął się trzymającemu go
mężczyźnie, wyskoczył na ulicę, przed drzwiami odwrócił się i krzyknął szybko
wymachując rękami.
— Jeszcze ty mi zapłacisz za to draniu jeden.
A gdy mężczyzna zbliżył się do drzwi, Jubi odwracając się w przeciwnym kierunku
rączo popędził w dół ulicy.
Zatrzymał się dopiero u wylotu placu Zamkowego. Przystanął, wyjął chustkę do
nosa, otarł twarz i do siebie półgłosem powiedział:
— Mogło być gorzej.
Przystanął, chwilę dumał. Spojrzał na zegarek. Była ósma wieczór.
— Zamykają o dziesiątej — mruknął i pomaszerował w głąb placu. Łaził bez celu po
ulicach. Liczył minuty do chwili zamknięcia winiarni. Zajrzał do podrzędnej knajpy „Pod
trzema karpiami” i zdążył wypić piwo przy bufecie, nim któraś z kelnerek, pamiętając
niedawną z nim’ awanturę — podeszła do niego i powiedziała:
— A pan tutaj czego? Przecież pan wie, że nic panu tutaj nie podamy.
— Idę już, idę — powiedział bez przekonania i niechętnie skierował się do wyjścia.
Przed drzwiami spotkał młodego pijaczka.
— Sie masz Jubi. Co u ciebie?
— Franek rozbił mi nos — odpowiedział Jubi. — Zapłaci mi za to.
— Ty z Frankiem nie zadzieraj. Mało jest takich kozaków, którzy z nim... wiesz. Ty
nie zadzieraj. Dobra rada. Cześć. Idę.
Jubi znowu skierował się w stronę placu Zamkowego, później skręcił w ulicę, którą
nie tak dawno uciekał. Podszedł pod winiarnię, zajrzał przez szybę.
— Jeszcze siedzi — mruknął do siebie. — Poczekam.
I odszedł na drugą stronę ulicy. Wszedł do bramy domu, z której doskonale widać
było kto wchodzi, a kto wychodzi z winiarni. Już mało kto wchodził Większość gości
opuszczała lokal. Spojrzał na zegarek.
Było pięć po dziesiątej. Wyszedł z bramy i jakby skradając się, na palcach
przeszedł ulicę. Wszedł do lokalu. Zajrzał ostrożnie. Kelnerki zajęte były zbieraniem
obrusów, robieniem porządków. Przy jednym ze stolików drzemał samotny mężczyzna,
który tak niedawno uderzył Jubiego.
— Śpi sukinsyn. Dobra Franek. Teraz moja kolej. Zaszedł śpiącego z tyłu, po
drodze wziął jedną ze sterty już złożonych serwet. Rozejrzał się. Na stoliku stała pusta
butelka po winie. Jubi na palcach zakradł się do Franka, szybko okręcił mu głowę serwetą,
ujął butelkę i z całych sił kilkakrotnie uderzył. Serweta zabarwiła się krwią. Jubi odrzucił
butelkę, i biegiem, przez nikogo nie zauważony opuścił winiarnię. Przebiegł kilka ulic i z
bijącym sercem zatrzymał się na skraju parku. Rozejrzał się, później już wolno poszedł do
tramwaju i odjechał w stronę swojego pustego domu. Pierś rozpierała mu duma. Czuł się
bohaterem. Postanowił oblać ten sukces.
Poszedł do zaprzyjaźnionej meliny, kupił pół litra czystej i zaszedł do ślepego
Józka.
Ślepy Józek, nazwany tak przez swoich kompanów z racji tego iż posiadał tylko
jedno oko, rzeczywiście siedział na skwerku, tam gdzie Jubi domyślał się go zastać.
— Chodź Józef, miałem dzisiaj fart.
— Co tam masz w kieszeni?
— Pół wora.
— Dobra. Idę.
I udali się do mieszkania Jubiego. Ślepy Józek w skrytości ducha gardził Jubim,
gardził jego zajęciem, sam zarabiał na życie, marne i ciągle pijane, znoszeniem węgla do
piwnic. Nie gardził natomiast wódką.
W mieszkaniu Jubi wydostał kieliszki. Wmówił sobie kiedyś, że nie wypada pić z
musztardówki, ani też z butelki. Tak jak wmówił sobie, że wypada chodzić wyłącznie w
garniturze. Ten garnitur niewiele zresztą różnił się od roboczego stroju ślepego Józka, Jubi
miał na sobie i czarne spodnie, i marynarkę, i przedziwnej urody krawat. Ale przecież miał.
— Mnie daj szklankę. Ja z takiego pił nie będę. Po zębach mnie się rozlewa —
powiedział Józek.
— Jak chcesz — powiedział Jubi i wydobył z kredensu szklankę — Ale ja z
kieliszka. Mnie nie wypada. Mnie tak ze szklanki, to nie wypada.
Jubi rozlał wódkę.
— Miałem dzisiaj fart — powiedział do Józka.
— Twoja sprawa. Mnie nie obchodzi.
— Ale opowiem. Miałem fart. Wiesz, trafiłem na kartkę z bardzo ciekawym
stemplem. Poszła do ludzi. Wziął taki jeden filatelista. Dobrze dał.
— No to pijmy za twojego filatelistę, czy jak mu tam.
— Nie. Pijmy raczej za fart. Taki towar nie często się zdarza.
Wypili.
— A u ciebie co Józek?
— Po staremu.
— Niby nic?
— Niby gówno ci do tego.
— Może?
— Ja się ciebie Jubi nie pytam. Więc po co ty się mnie pytasz? Pij i dobrze.
Chciałeś z kimś wypić i trafiłeś na mnie. No to pij i nie gadaj.
— Już dobra.
Siedzieli i niemal w milczeniu sączyli. Jubi rwał się, by opowiedzieć o tym swoim
dzisiejszym zarobku. Chciałby także opowiedzieć i o tym, jak to rozprawił się z Frankiem,
ale taki głupi to on już nie był. Bo przecież Franek nie wiedział kto go tak urządził. Nie
wiedział, i Jubi sądził, że ten były bokser, chłop jak szafa, nigdy się o tym nie dowie. Bo i
po co? Mógłby później szukać zemsty, mógłby Jubiego dopaść, no a wtedy... a wtedy
marny byłby los Jubiego. A Jubi tego niezmiernie nie lubił.
Franek, były bokser wagi półciężkiej, jeszcze w czasach gdy czynnie uprawiał sport,
nie dysponował zbytnią techniką. I chociaż zawsze był członkiem pierwszej reprezentacji
swojego klubu, to nigdy nie wystąpił na ringach międzynarodowych. Słaby technicznie
odznaczał się niepospolicie silnym ciosem, a jego zachowanie w ringu cechowała
wyjątkowa brutalność. Jeżeli więc wygrywał swoje walki, to niemal zawsze przed czasem.
I jeżeli sędzia nie przerwał w porę pojedynku, to po pierwszym ciosie Franek lokował ich
całą serię w korpus i na szczękę przeciwnika. Epilog walki niemal zawsze znajdował
miejsce w szpitalu Bywało, iż przeciwnik długie godziny musiał dochodzić do równowagi, a
często i do przytomności. Bo Franek należał do tych sportowców — bokserów u których
liczyła się tylko siła ciosu Gorzej było, gdy przyszło mu spotkać się w ringu z bokserem
inteligentnym. Inteligencja bowiem nie była jego najsilniejszą stroną. Te cechy charakteru
były także motorem jego działania i w życiu codziennym.
Franek ze sportem dawno już zerwał. Przyczyną tego stanu rzeczy był jego wiek.
Przekroczył bowiem trzydzieści pięć lat. Innym powodem była jego rodząca się z roku na
rok miłość do alkoholu. A gdy już nie mógł imponować na ringu, za miejsce swoich
przewag wybrał knajpy, winiarnie, nocne lokale, gdzie wśród podchmielonych gości czuł
się najlepszym, najsilniejszym, a wśród kobiet, głównie stałych bywalczyń tych miejsc —
prawdziwym mężczyzną. Taki męski, dobrze zbudowany, barczysty blondyn o kanciastej,
kwadratowej szczęce i byczym karku... aż dziwne, że dotychczas nie znalazł sobie żadnej
stałej kochanki.
— Józek, czy ty wiesz, że Franek z babami to wcale nie może? — zapytał Jubi.
— Słyszałem, ale nie wierzę. Taki chłop...
— No właśnie. Taki chłop.
— A ty skąd wiesz Jubi?
— Jedna taka mi mówiła. Napalała się na Franka, a on nic. Schlała go nawet i
zaciągnęła do siebie na melinę. I nic.
— No bo może był schlany.
— Był. Ale na drugi dzień też nic.
— No bo może miał kaca.
— Pewnie że miał. Ale na trzeci dzień też nic,
— To dziwne. A ona co?
— Ona próbowała. Ty byś takiej Józek nie popuścił, co?
— No pewno. Ale to dziwne. Taki chłop...
Jubi nalał ponownie do kieliszka i szklanki. Podniósł w górę kieliszek:
— No Józek. Za fart.
— Za fart.
Jubi miał zwyczaj, gdy podnosił kieliszek, lekko odchylać mały palec. Wyglądało to
pretensjonalnie, ale jemu wydawało się to eleganckie. Mówił już coraz głośniej, machał
rękami.
— Nie drzyj się Jubi.
— Przecie mówię normalnie. Tylko proszę ja ciebie — ja już mam taki ostry głos.
Powiedziawszy to Jubi zamilkł. Nie mówił także nic i Józek.
— Przyniosę wody, na zagrychę — powiedział Jubi, wstał i wyszedł do kuchni. Po
chwili wrócił niosąc dwie szklanki wody. Postawił na stole.
— Mnie nie trzeba — powiedział Józek — Ty, Jubi, a jaka ona jest?
— Zimna.
— No to co się dziwisz.
— No przecie żem przyniósł, to i wiem.
— Co przyniosłeś?
— Wodę oczywiście.
— Ale ja nie o tym, tylko o tamtej dziwie, co to z Frankiem...
— A... ona. Fajna. I napaliła się na Franka.
— A skąd ona?
— Mieszka na Woli.
— No to może by ją tak... tego, rozumiesz? — powiedział Józek mrużąc oko.
— Ona nie dla nas. Taka lepsza. No może ja miałbym jeszcze szansę, ale ty Józek,
ona musi mieć gościa w garniturze — co powiedziawszy odruchowo poprawił swój
przedziwny krawat. Gdy go pociągnął, okazało się, że krawat umocowany jest na gumce.
— Idźże ty cycku ze swoim garniturem — powiedział Józek i pociągnął za krawat
Jubiego, puszczając go w pewnym momencie. Krawat stuknął w wydatną grdykę Jubiego.
Jubi zacharczał i przełknął ślinę.
— Co robisz? Ja nie o tym. Ja o tym, że to musi być facet w garniturze, to znaczy
taki więcej ładowany. Wiesz, ja bym chyba też z forsą dla niej nie nastarczył.
— To wypij.
Jubi rozlał ostatnie krople wódki. Obaj biesiadnicy podnieśli naczynia, wypili.
Zamilkli. Jubi siedział na krześle, mrużył oczy, siłą starał się nie zapaść w sen. Józek tępo
patrzył w pustą butelkę. Zrobiło się smutno, jak zwykle, gdy mężczyźni pijący kończą
ostatnią butelkę, bez większych perspektyw na następną. W ich bowiem kręgu picie wódki
nie kończy się na tak zwanym dobrym humorze. Oni nie śpiewają, nie cieszą się przy
stole. U nich się nie biesiaduje, nie zakąsza, nie zastawia stołu kanapkami, sokami. U nich
wódkę pije się ponuro, bardzo często w milczeniu, a jeżeli rozmawiają podczas picia, to
tematem głównie jest to, kto ile poprzedniego dnia wypił. W ich kręgu picie wódki jest
jedyną rozrywką. W opowieści wkrada się czasem jakaś dziewczyna, o której ten i ów
wspomni. Z lubością także oddają się opowieściom o brawurowych skokach na sklepy,
kasy, banki. Czasami wspominają kolegów, którzy odsiadują wyroki.
Milczenie przerwał Józek.
— Wiesz Jubi, takiego jednego, co to ukradł cysternę, prokurator pytał co zrobił ze
skradzionym spirytusem. A ten odpowiedział, że sprzedał paserowi. Na to prokurator pyta
się, gdzie ten frajer ma pieniądze? A on spokojnie mówi, że przecie przepił. Słuchaj Jubi.
Ty masz jeszcze jaki szmal? Nie znoszę pustego szkła. Jeszcze bym co wypił. A ty miałeś
dzisiaj fart.
Jubi podniósł głowę. Spojrzał nieprzytomnie na Józka:
— Na ćwiartkę to jeszcze wyskrobię. Ale ja nie pójdę po ćwiartkę, bo by się ze mnie
cała dzielnica nabijała.
— Spokojna Jubi. Ja pójdę. Drugą da mi na kredyt.
Jubi sięgnął do bocznej kieszeni marynarki, wysupłał z niej bilon, położył na stole.
Józek zgarnął bilon i wyszedł. Jubi opuścił nisko głowę, jeszcze kilka razy otwierał oczy,
jakby chciał się przebudzić, wreszcie głowa jego miękko opadła na stół. Po chwili rozległo
się głośne chrapanie. Jubi zasnął.
W niespełna piętnaście minut do pokoju wszedł Ślepy Józek. W ręce trzymał
półlitrówkę. Wszedł, zatrzymał się zobaczywszy śpiącego Jubiego. Podszedł do śpiącego,
potrząsnął lekko za ramię, później mocniej, wreszcie postawił przemocą Jubiego na nogi,
podciągnął w stronę łóżka. Ułożył go na tej od wielu tygodni nie pranej pościeli, przykrył do
pasa kocem, sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki garnituru i wyjął z niej kilka
zwiniętych w rulonik banknotów stuzłotowych. W tym momencie Jubi głośno zachrapał.
Józek wziął ze stołu przyniesioną przez siebie półlitrówkę, zabrane Jubiemu pieniądze
ukrył w tylnej kieszeni swoich spodni, zgasił światło i wyszedł z mieszkania Jubiego cicho
zamykając drzwi. A Jubi spał i chrapał. A Jubi tego dnia miał fart.
Rozdział II
Klara należała ongiś do tych kobiet, za którymi mężczyźni — jak to się potocznie
mówi — szaleli. Ale było to w czasach, gdy Jubi pobierał nauczkę w szkole podstawowej,
na której zresztą zakończył swoi \ edukację.
Jeszcze dzisiaj, mimo że przekroczyła już pięćdziesiątkę, miała znakomitą figurę
Podkreślała to często w rozmowach ze znajomymi, a podczas wspólnych wieczorków
towarzyskich w jej domu, jak nazywała te spotkania, po wypiciu kilku kieliszków ni z tego,
ni z owego zadzierała do góry bluzkę, pokrzykując:
— Nie jedna młoda chciałaby mieć takie piersi.
Rzeczywiście, nie były one najgorsze. I Klara dobrze o tym wiedziała. Miała też
śliczne duże czarne oczy, otoczone długimi, acz mocno wymalowanymi rzęsami. Cóż z
tego, gdy pod oczami utworzyła się już pokaźna siatka zmarszczek. One to właśnie
powodowały, że Klara aż do przesady smarowała te miejsca kremem, a to zaś
powodowało, że worki powyżej policzków świeciły się, błyszczały tak, że nie sposób było
nie zwrócić na to uwagi.
Nie byłoby w tym wszystkim może i nic złego, gdyby nie to, że Klara w każdym
towarzystwie zachowywała się jak podlotek. Szczebiotała, śmiała się bez powodu
cieniutkim, wysokim i głośnym chichotem, bez przerwy mrugając rzęsami.
Klara pracowała w niewielkiej spółdzielni trudniącej się głównie produkcją pamiątek
Pracowała tam w księgowości, ale praca nie była zbyt uciążliwa, chociaż żmudna
Spółdzielnia miała niewielkie obroty, a założona została chyba po to, by prezes mógł
znaleźć łatwe zatrudnienie. Klara była kiedyś kochanką prezesa, człowieka o tłustej
twarzy, wielkim brzuchu, i dużych skłonnościach do młodych dziewczyn. Klara więc dawno
już wypadła z orbity zainteresowań tego starzejącego się, nadzianego forsą lowelasa.
Zatrudniał ją teraz w swojej spółdzielni chyba przez sentyment. Tak w każdym razie
można by sądzić. Ale nie tutaj leżała prawda. Otóż Klara dysponowała gustownie
urządzoną garsonierą, w której zdobyciu pomógł jej zresztą sam prezes i który to prezes
od czasu do czasu wysyłał Klarę na delegację do innego miasta, a sam gospodarował w
jej mieszkaniu z podlotkami. Bo prezes miał swoje własne mieszkanie, ale w tym
mieszkaniu miał także starą, zrzędliwą żonę i dwóch podrastających synów.
Prezes już dawno nie żył ze swoją żoną, a ich intymne kontakty ograniczały się do
wspólnego oglądania wieczornych programów telewizji. Prezesowa zasiadała wówczas na
kanapie, prezes natomiast zajmował obszerny fotel. Oglądali telewizję i jedli. Jedli i
oglądali telewizję. Ona opychała się słodyczami, prezes natomiast stawiał na stoliku obok
fotela kopiaty talerz kanapek z wędliną. Wchłaniał je wolno, żując kęs po kęsie i popijał
zimnym piwem, dopiero co wyjętym z lodówki.
W domu Klary prezes zachowywał się zgoła odmiennie. Starał się być młodym, na
tyle oczywiście, na ile pozwalał mu na to brzuch, tańczył, kiwał się w takt muzyki przy
pijanym podlotku, któremu owe wyczyny sowicie się opłacały. Seanse takie urządzał
jednak nie częściej niż raz w miesiącu. Po libacji prezes wracał do żony, Klara natomiast
do domu, gdzie zabierała się do gruntownego sprzątania. Nie była o prezesa zazdrosna.
Klara, jak i Jubi była sama, lecz i ona miała swoje prywatne życie. Pracę podjęła chyba z
nudów, bo jak sama mawiała — mogła dostatnio żyć z sadła. Jak niedźwiedź, który w
ciągu roku zbiera sadło, aby w zimie zapaść w sen, żyć nic nie jedząc. Sadło Klary nie
miało najlepszego pochodzenia. Jej ojciec w czasie okupacji prowadził bowiem komis. Jej
matka — drugi komis. Oboje dawno odeszli już do lepszego świata, ale Klarze pozostawili
spory majątek ulokowany w wyrobach jubilerskich. O tak. Wtedy, podczas okupacji wiodło
im się znakomicie. Ojciec, pochodzący ze Śląska, natychmiast po wkroczeniu Niemców
podpisał volksliste i w ten sposób znalazł się pod ochronę okupanta. W czasach, gdy w
kraju panowała bieda, ludzie wyzbywali się wszelkich wartościowych przedmiotów, aby
zyskać dodatkowe pieniądze, bądź kartki na jedzenie. W ostatnich dniach okupacji
podziemna organizacja wydała na ojca Klary wyrok i w kilka dni później zastrzelony on
został w biały dzień, w samym środku ruchliwego miasta, przed jednym ze swoich
komisów. Jej matka pozostawiła młodziutką wówczas dziewczynę i po śmierci ojca
przepadła bez śladu. Wróciła dopiero po kilku latach. Przez te samotne lata Klara radziła
sobie nie najgorzej. Nie wiedziała co prawda o ukrytych przez rodziców kosztownościach,
ale przecież była młoda, piękna... Po powrocie matka żyła jeszcze trzy lata. Nie pracowały
obie, ale obie żyły z majątku jaki pozostał z czasów okupacji.
Po śmierci matki Klara poznała prezesa. Urządził jej garsonierą, w której wówczas
bywał częste właśnie z Klarą.
Klara, w tajemnicy przed prezesem zleciła wykonanie skrytki w ścianie. Wykuto
więc wnękę, umocowano metalowe drzwiczki, na których na stałe nalepiono płótno
olejnego obrazu. Murarzowi, który wykonywał tę robotę Klara powiedziała, iż zamierza w
tym miejscu zrobić barek i podczas jego obecności, po skończeniu roboty włożyła tam
nawet kilka butelek, z których jedną opróżniła z murarzem. Po wyjściu jednak murarza
wyjęła butelki. W kilka dni później przeniosła w dużej torbie kosztowności z miejsca, które
pokazała jej matka. Pozwijała skrupulatnie w bibułki i watę, zamknęła na klucz.
Postanowiła, iż nigdy tych kosztowności nie ubierze na siebie. Nigdy też nie wyjmowała
rytualnych żydowskich świeczników. Wyjątek zrobiła jedynie dla złotego grubego krzyża, z
wprawionym rubinem, który przy większych okazjach zakładała na szyję. Ale krzyżyk ten
nigdy już nie powędrował do schowka. Gdy go nie używała, kładła klejnot do szkatułki.
Często, pokazując go znajomym mawiała:
— To wszystko co mam.
Ale raz na pół roku otwierała schowek, wyciągała jakiś kosztowny drobiazg,
wkładała do torebki i szła do kawiarni „Mała” na placu Zamkowym. Stawała w drzwiach,
rozglądała się po sali. Wówczas Jubi zrywał się ze swojego miejsca i wychodził mijając
Klarę. Klara jeszcze chwilę stała w drzwiach, rozglądając się, jakby kogoś szukała,
wreszcie i ona wychodziła z lokalu. Jubi szedł przodem, wchodził do pobliskiej bramy. W
chwilę później do bramy wchodziła Klara.
* * *
Następnego dnia rano Jubi obudził się z potwornym kacem. Nieprzytomny
poczłapał do kuchni, odkręcił kran, przyłożył usta do kurka i pił. Pił długo, chciwie. Zakręcił
kran. Poszedł do ubikacji i zwymiotował. Wrócił do kuchni, wziął szklankę z kredensu,
nalał do niej wody, przepłukał usta, wypluł wodę, następnie napił się. Zdjął marynarkę i
koszulę. Poszedł do łazienki, stanął przed lustrem, namydlił twarz, wziął maszynkę i
starannie golił się trzęsącymi rękami. Następnie skropił policzki wodą kolońską, ałunem
natarł krwawiące miejsca i wysmarował ogolone policzki kremem nivea. Wrócił do pokoju,
sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Następnie do drugiej, wreszcie do bocznych
kieszeni, na końcu przeszukał kieszenie spodni. Nie znalazł ani grosza.
— Krew zaleje, alem zabalował — powiedział.
— Nie ma to jak przezorność — dodał, usiadł na łóżku, zdjął skarpetkę i wyjął z niej
wymiętą stówkę.
Ilekroć Jubi dokonywał transakcji, zawsze w chwilę później wchodził do jakiejś
bramy, zdejmował but i do skarpetki, pod stopą składał stówkę. Wiedział, że zawsze może
się przydać.
Łokcie wsparł na kolanach, głowę na dłoniach i począł sobie przypominać
wydarzenia poprzedniego wieczoru. Ale pamiętał niewiele. Jedynie to z Frankiem utkwiło
mu mocno w pamięci.
— W porządku — mruknął. — Franek nic nie wie. Wyjął z szafy czystą koszulę,
założył, przewlókł przez głowę krawat na gumce, wciągnął buty, założył marynarkę i
wyszedł z domu. Pomaszerował wolno w kierunku miasta, minął most, na którym
zatrzymał się chwilę pstrząc na leniwie płynącą brudną wodę, następnie wzdłuż linii
tramwajowej skierował się do centrum. Spojrzał na zegarek. Była jedenasta dwadzieścia.
Już otwarli — pomyślał i gdy znalazł się w okolicy placu Zamkowego, skręcił w sąsiednią
ulicę Jana Kazimierza. Wszedł do antykwariatu, podszedł do łady gdzie w pudełkach
ułożone były stare pocztówki.
— Jest co nowego?
— Dzisiaj nic nie dostaliśmy — odpowiedział stary sprzedawca.
— To do zobaczenia — powiedział Jubi i opuścił antykwariat. Poszedł wolno w
kierunku placu Zamkowego, wszedł do kawiarni, podszedł do baru, zamówił kawę i dwie
butelki wody mineralnej, które wypił stojąc jeszcze przy barze. Posłodził kawę i zaniósł do
jednego z wolnych stolików. Usiadł. Po chwili do kawiarni wszedł Marek Kamień. Zamówił
kawę, podszedł do Jubiego, usiadł.
— Cześć.
— Źle wyglądasz Jubi.
— Zabalowałem.
— I to ostro chyba.
— Zdarza się. A ty walczyłeś gdzieś alkoholowo?
— E tam. Pół wora we dwóch. Szmalu nie ma.
— Ja już też nie mam. Ale zrobi się.
— Zyzia widziałeś? Podobno był u Szefcia.
— Z Szefciem nie gadam.
— Podobno naciąłeś go na kilka patyków.
— Szefcio jak zwykle bredzi. Skąd u niego kilka patyków?
— Podobno ma czasami.
— Nic o tym nie wiem.
— Słuchaj Jubi. Franek się o ciebie pytał.
— Kiedy? — Jubi przestraszył się nie na żarty. Nikt go przecież nie widział wczoraj
w winiarni, a Franek spał gdy dostał po łbie.
— Niedawno — odpowiedział Marek. — Zyzia widziałeś? Podobno wczoraj u
Szefcia zawalczył, sporo wypili i Zyzio wychodząc zapaskudził klatkę schodową. Dziwa
Szefcia musiała sprzątać.
— Co, zarzygał się?
— Nie tylko.
— On już nie powinien pić.
— No jasne, powinien się leczyć.
— A Franek to kiedy się pytał?
— No niedawno. Jakąś godzinę temu.
— Nie wiesz czego chciał?
— Nie wiem Jubi. Pytał się o ciebie. Musiał gdzieś łbem wyrżnąć, bo ma plaster.
— A nie mówił od kogo dostał?
— Nie mówił. Mówił, że chlał wczoraj.
— Tylko tyle mówił?
— Nie. Mówił, że chlał w winiarni i że ciebie tam widział.
— No bo byłem tam.
— I tam zabalowałeś?
— Nie tylko.
— A gdzie jeszcze?
— W domu. I chyba gdzieś jeszcze, ale nie pamiętam.
— A Franek będzie tutaj?
— Mówił, że może wpadnie.
Jubi spojrzał na zegarek. Kręcił się na krześle, szybko dopił kawę i znowu spojrzał
na zegarek.
— Już późno — powiedział Jubi. — Dochodzi pół do pierwszej. Na mnie już chyba
czas.
— Nie śpiesz się Jubi. Mam coś dla ciebie — powiedział Marek Kamień.
— Teraz nie mam czasu. Może kiedy indziej — powiedział Jubi i podniósł się z
krzesła.
— Ale to coś ekstra. Jak zgadniesz, stawiam kawę.
— Nie dręcz. Pokaż, bo muszą lecieć.
— Nie zgadniesz.
— No pokaż że wreszcie, a jak nie to lecą.
— Co ty dzisiaj tak pędzisz? Ja mam do ciebie sprawę, Franek cię szukał, a ty
pędzisz?
Marek Kamień spotykał się czasami z Jubim. Był inżynierem leśnikiem, często
wyjeżdżał w teren, polował. Polowanie było jego pasją. Potrafił godzinami opowiadać:
„strzeliłem takiego byka, że...” Lubił też wszystko krytykować: „Co ten idiota napisał w tej
gazecie. Napisał, że łosie żywią się igliwiem. I to w lasach, gdzie przemysł zatruwa
powietrze i igły z drzew lecą. A ja mu przecież wyraźnie mówiłem — robił ze mną wywiad
— wyraźnie mówiłem idiocie, że łosie mogą żyć i dobrze się trzymać w lasach, gdzie
przemysł emituje gazy, ponieważ igliwie jest rzadkie i w związku z tym poszycie rośnie
lepiej i tym poszyciem żywią się łosie, a nie tym igliwiem, które spadnie, ale ten idiota...” i
mimo, że nikt go nie słuchał, Marek gadał i gadał nikomu nie dając dojść do słowa. Lubił
także stawiać zagadki: „jak zgadniesz, stawiam kawę”. Marek pił mało. Po prostu — żona,
troje dzieci... ale lubił opowiadać o tym ile i z kim wypił. Jak każdego myśliwego i rybaka
cechowała go duża skłonność do przesady: „kupiłem okazyjnie taką strzelbę, że kumplom
oko zbielało”. A tymczasem strzelbę, z której polował kupił mu bardzo dawno ojciec,
ordynator jednego z miejskich szpitali.
Drugą poważną pasją Marka Kamienia była numizmatyka. Zbierał stare pieniążki, a
do zbioru — trzeba przyznać — doszedł sam. Już w czasach szkolnych zainteresował się
tą dziedziną kolekcjonerstwa i posiadał teraz wcale niezły zbiór. Podwójne egzemplarze
starych monet albo wymieniał z innymi zbieraczami, albo przy pomocy Jubiego spieniężał.
— No pokaż że wreszcie ten rarytas — powiedział Jubi. — Wiem co masz, tylko nie
wiem jakie.
— Jakie to nie zgadniesz. Ale zgadnij co.
Marek był niezgorszym nudziarzem, a każdą rozmowę potrafił przeciągać w
nieskończoność. A tymczasem Jubiemu paliło się wyraźnie. No bo Franek pytał się o
niego, a to oznaczać mogło tylko jedno. Mianowicie, że ktoś poinformował go, w jaki
sposób dorobił się rany na głowie. A wówczas spotkania z Frankiem Jubi nie życzył sobie
w żadnym wypadku.
— No wiem co masz. Przecież nie przyniosłeś kuropatwy ani dzika.
— No a gdyby?
— Marek, nie nudź. A zresztą idę. Cześć.
— Poczekaj że. Zgadujesz?
— Masz monetę. I to starą.
— Skąd wiedziałeś?
— Nie trudno zgadnąć. Pokaż.
— Zaraz. Masz u mnie kawę.
— Dobra. Później. A teraz pokaż.
Marek sięgnął do kieszeni, wyjął portmonetkę i wydobył z niej starą monetę.
— Księstwo Warszawskie — powiedział z dumą. — W dobrym stanie.
— W niezłym. Jaka cena?
— Katalogowa.
— Do kiedy?
— Do jutra.
— Dobra. Ale już lecę. Cześć.
— O której jutro? — pytał Marek trzymając Jubiego za rękaw wyświechtanego
garnituru.
— O tej samej co dzisiaj.
— To znaczy o pierwszej?
— O pierwszej.
— Dobra. Cześć. A gdyby Franek pytał o ciebie to co mu powiedzieć?
— Powiedz mu, że byłem i poleciałem na obiad. Dzisiaj mnie już nie będzie.
Powiedz mu, że może wpadnę pojutrze. Nie chcę żeby wiedział, że ci to opylam.
Jubi wybiegł z kawiarni, otworzył drzwi, rozejrzał się w lewo i prawo, wreszcie ruszył
przed siebie. Nie uszedł jednak kilka nawet kroków, gdy z sąsiedniej bramy wyszedł
Franek. Jubi wpadł niemal na niego, ale zręcznie skręcił, odwrócił się tyłem i rozpoczął
szybki marsz w przeciwnym kierunku. Lecz niestety. Nie tylko Jubi dostrzegł Franka.
Franek też zobaczył Jubiego.
— Hej! Jubi!
Ale Jubi udawał, że nie słyszy. Przyspieszył kroku, Franek pobiegł za nim, złapał za
kołnierz i zatrzymał. Jubiemu świat zawirował w oczach. Spodziewał się teraz
najgorszego. Przez głowę przeleciały mu różne złe myśli. Rozejrzał się błyskawicznie,
wyrwał się z rąk Franka i pobiegł przed siebie. Pech jednak chciał, że potknął się na
krawężniku i upadł. Nim się pozbierał, Franek znowu był obok niego. Złapał go za klapy i
przytrzymał.
— Czego się wyrywasz idioto?
— Franek, ja nie chciałem, wiesz, ja byłem na gazie, proszę cię, nie mniej do mnie
pretensji...
— Dobra. Chcę z tobą pogadać. Tylko nie wyrywaj się.
— Franek, ale ja naprawdę...
— Nie gadaj. Idziemy...
— Ale ja, ja... — jąkał się Jubi przestraszony niezmiernie.
— Nie gadaj tyle.
Franek ujął Jubiego pod ręką i ruszył w kierunku sąsiedniej ulicy. Jubi szedł jak na
ścięcie. Domyślał się co go czeka. Nie raz widział, jak Franek bił. Gdy bił, zapamiętywał
się w tym biciu, bił tak długo, aż bity tracił przytomność. I Jubiego ogarniała coraz większa
groza. Widział siebie leżącego, pokrwawionego w jakiejś bramie...
— Franek, ja tylko tak. ja byłem na gazie...
— Nie ma o czym mówić.
Doszli do drzwi podrzędnej knajpy. Franek otworzył drzwi, wepchnął do środka
Jubiego, wszedł za nim.
— No chyba tutaj nie dostanę — mruknął Jubi.
— Co szepczesz? — zapytał Franek.
— Nic. Ja tak do siebie.
— To mów głośniej.
— Dobrze Franku.
Podeszli do stolika.
— Siadaj — rozkazał Franek.
— Dwa piwa — zawołał do podchodzącej kelnerki.
— Franek, ja naprawdę nic takiego, posłuchaj, ja nic złego, a poza tym byłem na
gazie.
Kelnerka przyniosła kufle, postawiła przed siedzącymi mężczyznami.
— Ale ten pan się nie upije? — zapytała wskazując na Jubiego.
— Spokojna. Moja w tym głowa — odpowiedział Franek. Jubi siedział, drżał.
— Pij — powiedział Franek.
Jubi podniósł kufel, lecz ręce mu drżały. Pomógł sobie drugą ręką, ale piwo
rozlewało mu się po brodzie, pochlapało klapy garnituru. Kilka kropel spłynęło na krawat.
Jubi postawił kufel i rękawem ścierał piwo z ubrania. Nic nie mówił.
— Dałem ci wczoraj w pysk Jubi, bo się darłeś, a ten cygan, wiesz, ten mały tak
ładnie grał...
— Nic się Franek nie stało, byłem na gazie.
— Nie gniewaj się, tylko na drugi raz nie wrzeszcz. I będzie zgoda.
— Ale twoja głowa Franku...
— Nie wiem. Urżnąłem się i musiałem gdzieś dopalić łbem.
Jubiemu kamień spadł z serca. Jeszcze chwilę dygotał, ale już, już uspokajał się. A
więc Franek nie wiedział. To dobrze. To bardzo dobrze. Zaczął mówić szybko, głośno,
żywo gestykulując:
— To nic Franek, że dałeś mi w pysk. Zresztą należało mi się pewnie. Nie mam do
ciebie żalu. Właściwie to nawet dobrze zrobiłeś.
— Było mi Jubi głupio przez to, że ci dałem w pysk.
— Nie przejmuj się Franek. Nie przejmuj się. To nic. Jeszcze dwa piwa. Na mój
rachunek, zawołał Jubi.
— Podać? — zapytała kelnerka zwracając się do Franka.
— A... podaj pani — powiedział Franek.
Jubi uspokoił się już całkiem, odzyskał dawną pewność siebie. Czuł się szczęśliwy.
Tego dnia Jubi także miał fart.
Rozdział III
— Tutaj mówi redaktor Albin Kaszkowski z tygodnika „Praca”. Czy rozmawiam z
dyrektorem?
Po chwili nakręca kolejny numer telefonu:
— Tutaj mówi redaktor Albin Kaszkowski z tygodnika „Praca”. Chcę rozmawiać z
prezesem. Tak. Słuchajcie prezesie. Wybieram się do was na reportaż. Przyjdę jutro.
Przygotujcie materiały.
Normalny człowiek przedstawiłby się następująco: „Dzień dobry, mówi Kaszkowski
z tygodnika »Praca«. Czy mógłbym poprosić do telefonu pana dyrektora?” Każdy
normalny człowiek. Tak. Ale redaktor Kaszkowski do całkiem normalnych nie należy. I nie
w tym rzecz, że jest to człowiek chory. Nie. Sprawny umysłowo, o przeciętnej inteligencji.
Jego materiały publicystyczne sklasyfikować można by tylko nieco poniżej średniej
krajowej. Za to wyobrażenie jakie ma o sobie — daleko odbiega od przeciętnej krajowej.
Według tego, co sam o sobie myśli, należy do elity, ścisłej czołówki, do tych, bez których
obejść się nie sposób, a których słuchanie powinno sprawiać doznania równe uczcie
intelektualnej.
Redaktor Albin Kaszkowski niewielu ma przyjaciół. Impertynencki, zarozumiały, nie
umiejący się zachować... Nie. Przyjaciół redaktor Albin Kaszkowski nie ma. Posiadając
ogromny dar zrażania sobie ludzi, posiada również ogromny dar zdobywania pieniędzy.
Ileż to razy współpracując z którymś z kolegów po piórze wykiwał go później przy
rozliczeniu. Redaktor Albin Kaszkowski nie gardzi żadnym zarobkiem. Obok swoich
redakcyjnych obowiązków chwyta się redagowania przeróżnych ulotek, broszurek,
reklamówek, ba — nawet układa teksty zaproszeń ślubnych i nekrologów na klepsydry.
Redaktor Albin Kaszkowski robi wszystko. Wszystko, aby zdobyć jak najwięcej pieniędzy.
Redaktor Albin Kaszkowski był kiedyś poetą. Napisał w latach młodzieńczych
dziesięć wierszy, z których trzy doczekały się druku w przeróżnych małych pisemkach.
Jeden z tekstów umieszczony został nawet w poważnym tygodniku literackim na kolumnie
debiutów. I od tego czasu redaktor Albin Kaszkowski poczuł się geniuszem. To mniemanie
o sobie sprzedawał oczywiście drogo.
— Halo, tu literat Albin Kaszkowski. Chciałem wam zaproponować spotkanie
autorskie ze mną. Koszt? Oczywiście według stawek. Pięćset złotych i zwrot kosztów
podróży.
I później jechał do instytucji, którą udało mu się otumanić, czytał owe dziesięć
wierszy, plótł pół godziny o swojej twórczości i powołaniu poety, inkasował należność i
odjeżdżał. A słuchacze, którzy nic z tego spotkania nie wynieśli, wychodzili zawiedzeni, źli,
mając coraz gorsze mniemanie o współczesnej literaturze.
Redaktor Albin Kaszkowski pewnego razu miał nieprzyjemną przygodę. Pojechał na
takie umówione wcześniej drogą telefoniczną spotkanie autorskie. Odbywało się ono w
jakimś zakładzie w górskiej miejscowości. Organizatorzy nie bardzo wiedzieli jak zrobić tak
zwaną frekwencję, więc spędzili ciężko pracujących górali, którzy skończyli właśnie
pierwszą zmianę, oraz tych, którzy właśnie przyszli na drugą zmianę do pracy. Redaktor, a
wówczas jeszcze literat Albin Kaszkowski rozpoczął czytanie swoich tekstów od utworu
noszącego nazwę „Komar małą litrówką pojony”. Następnie przeczytał wiersz poświęcony
jakiejś Jadwidze:
„O ty Jadwigo
za parawanem
rzęs
światy srebrzyste, błękitne,
zmydlomych dotknięć,
a na parapetach świata
syman ryczy,
tarni osioł,
stąpa warawanugen.
Idziemy jakby dwa
ale jeszcze złączone
O ty Jadwigo.”
I wtedy górale wstali z miejsc i ruszyli w stronę podium i stolika nakrytego zielonym
suknem, aby rozłączyć te dwa, a po drodze dosyć głośno wyrażali swoją opinię o autorze
tekstów i jego protoplastach. Miał szczęście redaktor, a wówczas jeszcze literat Albin
Kaszkowski, że świetlica znajdowała się na parterze, a okno było otwarte.
Redaktor Albin Kaszkowski przychodził czasami do kawiarni, w której przesiadywał
Jubi. Widział Jubiego niejednokrotnie, ale on, redaktor Albin Kaszkowski nie poniżył by się
do tego by podać dłoń Jubiemu. Dla niego Jubi nie istniał. Nie znaczyło to wcale, że
redaktor Albin Kaszkowski nie znał Jubiego. On Jubiego znał. Znał go dobrze. Łączyły ich
wspólne interesy. Ileż to razy Jubi kupował dla redaktora Albina Kaszkowskiego dolary?
Ileż to razy Jubi sprzedawał złoto, a nawet dzieła sztuki w posiadanie których redaktor
wchodził drogą kupna poniżej ceny? Skupował te dzieła od ludzi naiwnych, biednych,
takich, których dało się łatwo oszukać. Ale zawsze owe transakcje dochodziły do skutku
poza kawiarnią przy placu Zamkowym. Oficjalnie redaktor Albin Kaszkowski Jubiego nie
znał i nie chciał znać.
Redaktor Albin Kaszkowski znał natomiast Klarę. Odwiedzał ją czasem w jej
garsonierze, zapraszał czasami na obiad. Jubi widział kilkakrotnie redaktora Albina
Kaszkowskiego w towarzystwie Klary. Nie kłaniał się wówczas. Nawet gdyby się ukłonił,
nie zostałby zauważony. Po co więc się kłaniać? Jubi i tak wiedział, że oboje oni przyjdą
do niego, gdy będą musieli załatwić jakiś interes. I w tym miał niezachwianą pewność. Ale
kłaniać się wówczas, gdy nie życzą sobie tego wyraźnie? Nie. Jubi był dyskretny. I Jubi
miał także swoje poczucie honoru. Swoiste co prawda, dziwne co prawda, ale miał.
Ot, na przykład Jubi już od dłuższego czasu marzył o tym, aby zatrudnić sobie
służącą. Tylko skąd ją wziąć? No właśnie. I czy to bezpieczne? Też nie bardzo. Proszę:
redaktor Albin Kaszkowski zatrudnił razu pewnego służącą. Najpierw ją zdeprawował, a
później ożenił się z nią.
Redaktor Albin Kaszkowski miał jedną, poza robieniem pieniędzy, pasję.
Rozmiłowany był w pornografii. W tym celu nauczył się nawet fotografować. Odkąd
wpływowa ciotka umieściła redaktora Albina Kaszkowskiego na redakcyjnym stołku
podrzędnego branżowego pisemka, nie rozstawał się z aparatem fotograficznym. Robienie
zdjęć stało się dla niego dodatkowym źródłem dochodów. Robił te nie najlepsze
technicznie zdjęcia w zakładach pracy, a później zmuszał dyrektorów do kupienia tych
fotek:
— Wy, dyrektorze, kupicie fotogramy, a ja o was napiszę.
W domyśle oczywiście pozostawało: jeżeli kupicie — napiszę pozytywnie. Jeżeli nie
kupicie — skrytykuję. A który z dyrektorów chciałby być krytykowany? I redaktor Albin
Kaszkowski dobrze o tym wiedział. Ale aparat służył mu także jako narzędzie kopiowania
pism pornograficznych. Nabył więc rzutnik, zaopatrzył się w ekran i slajdy z pornografią. Z
oszczędności pędził bimber na własny użytek. Na seanse pornograficzne zapraszane były
głównie kobiety. Rozlewano wówczas do kryształowych kieliszków własnej produkcji
bimber, gaszono światło i... rozpoczynał się seans. Wśród kompletów zdjęć sporo miejsca
zajmowały przeróżne zboczenia, a głównie miłość lesbijska. Gdy już druga butelka
zaczynała świecić dnem, redaktor Albin Kaszkowski oświadczał:
— Idę się wykąpać. A panie zabawcie się beze mnie. Wtedy to do akcji wkraczała
dawna służąca, a obecna żona redaktora Albina Kaszkowskiego.
— Połóż się kochana na łóżku. Albin zaraz przyjdzie.
Bo redaktor Albin Kaszkowski lubił w trójkę. Rzadko, tylko niekiedy — miejsce owej
trzeciej zajmowane było przez młodych homoseksualistów. Bo i to redaktor Albin
Kaszkowski lubił.
W jednym z takich seansów uczestniczyła Klara. Dla niej była to wspaniała
przygoda. Lat już przecież miała sporo i nie jedno widziała. Ta u redaktora Albina
Kaszkowskiego była nowością. Po premierze, po pierwszym takim spotkaniu sama starała
się czasami organizować tę działalność. I stąd z redaktorem Albinem Kaszkowskim
widywali się często.
* * *
Jubi wypił drugie piwo i chciał pożegnać Franka.
— Cześć Franek. Już powinienem lecieć.
— Posiedź.
— Mam towar. Wiesz? ostatnio interes mi się rozkręca. Mam fart. Trzeba korzystać.
Polecę.
— Jak ci mówię posiedź, to posiedź. Co ja tu będę sam tak siedział. Nudno.
Samemu nudno.
— Dobra Franek. To jeszcze po jednym piwie.
Franek kiwnął ręką w kierunku kelnerki wyciągając w górę dwa palce, pokazując
nimi później na dwa puste kufle na stole. W knajpie był gwar i ta metoda porozumiewania
się z kelnerką wydała się Frankowi najlepszą. Kiwnęła na znak, że zrozumiała i po chwili
przyniosła piwo. Obaj mężczyźni siedzieli teraz i pili w milczeniu.
Do knajpy wszedł Zyzio. Ten sam, który u Szefcia zapaskudził schody. Zobaczył
Jubiego, zobaczył Franka. Podszedł:
— Można? — zapytał wskazując na wolne krzesło.
— Siadaj — odpowiedział Franek.
— Słyszałem, że u Szefcia narobiłeś smrodu — powiedział Jubi.
— E tam.Od razu smrodu? Pawia strzeliłem. I to wszystko. A Szefcio musiał od
razu wypaplać.
— A co u niego? — spytał Franek.
— Po staremu — odpowiedział Zyzio. — Tylko ciebie nie lubi. Nie lubi cię Franek.
Bardzo źle o tobie mówił.
— A co takiego? — zainteresował się Franek.
— E, co będę powtarzał — odparł Zyzio.
— Gadaj, ciekaw jestem co ten sukinsyn znowu wymyślił?
— Nic takiego. Po co mam powtarzać. Ja nie jestem plotkarz.
— Gadaj, albo ty oberwiesz — groził Franek.
— Już dobrze. Nic takiego. Tylko że jesteś bandyta. I że mógłby cię kopnąć w
dupę.
— Co? Mnie? — zirytował się Franek.
— No właśnie ciebie. I że żyjesz z handlu walutą, a z babami to nie możesz żyć.
— Mogę.
— On mówił, że nie. I że to już kilka razy słyszał. Mówił, że ci nie urosło.
— Jak ja bym mu nim dał w łeb, to by się rozpłakał.
— Kto? — zapytał złośliwie Zyzio licząc na brak inteligencji Franka.
Franek skupił się, żyły nabrzmiały mu na czole, długo patrzył na Zyzia ważąc, czy
on kpi z niego, czy tylko śmieje się, czy zapytał tak po prostu z naiwności. Zapadła dłuższa
chwila milczenia. Zyziowi zrobiło się wyraźnie nieprzyjemnie. Siedział niespokojnie przez
tę chwilę, ale Franek widocznie doszedł do wniosku, że Zyzio nic złego nie miał na myśli,
więc odpowiedział:
— No jasne że Szefcio.
— Szefcio to chyba nic takiego nie powiedział — zwrócił uwagę Jubi.
— Jak mówię, że powiedział, to powiedział — upierał się Zyzio.
— To się zobaczy — stwierdził Franek. — A jak powiedział to...
I Franek zacisnął wielką jak bochenek chleba pięść.
— Ja już lecę Franek, lecę. Zyzio z tobą zostanie.
— Siadaj. Posłuchaj. — mówił wolno Franek. — Jak Szefcio twierdzi, że ja z
babami nie mogę, to niech zapyta takiej jednej. Klara ma na imię.
— Ty ją znasz?
— A co ci do tego Jubi?
— Bo ja ją też znam. Nie wiedziałem, że ty ją także znasz.
— To stare dzieje. Była jeszcze wtedy młoda.
— No, dzisiaj to stare babsko — powiedział Zyzio.
— To i ty ją znasz? — zainteresował się Jubi.
— A jakże. Mieszkałem u niej przez dwa tygodnie. Dobrze to robi.
— A ja z nią to już dawno — stwierdził Franek i zamyślił się.
Rzeczywiście. Franek znał Klarę. Kiedy był jeszcze młodym bokserem, kiedy
jeszcze wygrywał walki w ringu, Klara lubiła pokazywać się z Frankiem. Był wysokim,
przystojnym, błękitnookim chłopcem, zbudowanym wspaniale, imponował Klarze.
Próbowała z nim żyć i być może, że niekiedy udawało się jej to nawet. Ale Klara nie
potrzebowała Franka do łóżka. Potrzebowała go w celach reprezentacyjnych. Miło było
widzieć, jak inne dziewczyny oglądają się za nimi, jak jej zazdroszczą tego partnera. Jego
męska atletyczna budowa obiecywała wiele. A Klara lubiła błyszczeć, lubiła się pokazać.
— No to fajno — powiedział Jubi. — Możecie zostać we dwóch. Zyzio będzie ci
towarzyszył. A na mnie już czas. Cześć!
Jubi powiedział to bardzo szybko i wyszedł nie podając ręki. Obawiał się, że Franek
znowu będzie chciał go zatrzymać. Chciał wyjść, bo w kieszeni paliła go moneta, którą
wziął w południe od Marka Kamienia. Paliła go i spodziewał się sprzedać ją z zyskiem.
Wiedział doskonale kto zbiera takie monety, wiedział pod jaki udać się adres. Przebiegł
kilka ulic i kilkanaście minut później dzwonił już do drzwi mieszkania, na których widniała
wizytówka: doc. dr hab. Wojciech Rzeszowski.
Drzwi otworzył Jubiemu niewysoki mężczyzna, którego wiek można by określić na
około czterdzieści pięć-pięćdziesiąt lat.
— Dzień dobry panie docencie, najniższe ukłony — powiedział Jubi.
Jubi, sam niewykształcony, czuł wielki szacunek dla ludzi nauki. Kłaniał sią nisko do
przesady, niekiedy kilkakrotnie, pow