7950
Szczegóły |
Tytuł |
7950 |
Rozszerzenie: |
PDF |
Jesteś autorem/wydawcą tego dokumentu/książki i zauważyłeś że ktoś wgrał ją bez Twojej zgody? Nie życzysz sobie, aby podgląd był dostępny w naszym serwisie? Napisz na adres
[email protected] a my odpowiemy na skargę i usuniemy zabroniony dokument w ciągu 24 godzin.
7950 PDF - Pobierz:
Pobierz PDF
Zobacz podgląd pliku o nazwie 7950 PDF poniżej lub pobierz go na swoje urządzenie za darmo bez rejestracji. Możesz również pozostać na naszej stronie i czytać dokument online bez limitów.
7950 - podejrzyj 20 pierwszych stron:
MARIAN OR�O�
Kartki z ostatniej �awki
ILUSTROWA�A MARIA OR�OWSKA-GABRY�
WYDAWNICTWO POZNA�SKIE � 1988
Redaktor RYSZARDA WILCZY�SKA
Redaktor techniczny MI�OSZ G�OWACKI
Korektor IWONA WEGNER-MARUSZEWSKA
(g) Copyright by Wydawnictwo Pozna�skie, Pozna� 1973
Printed in Poland WYDAWNICTWO POZNA�SNIE
POZNA� 1988
Wydanie II. Nak�ad 59800 + 200 egz. Ark. wyd. 4,2; ark. druk. 5,0. Druk uko�czono w lutym 1988 r. Zam. nr 47/87 B-9/963 Zam. druk. 663/1110/87/11
SZCZECI�SKIE ZAK�ADY GRAFICZNE
Szczecin, al. Wojska Polskiego 128
ISBN 83-210-0696-5
SMARKULA, CZYLI PECHOWY POCZ�TEK ROKU SZKOLNEGO
Pechowo zacz�� si� dla mnie ten nowy rok szkolny. S�owo daj�, �e pechowo! A wszystko przez t� smarkul� z s�siedniego bloku. Przez tego przebieg�ego malucha.
No, bo wyobra�cie sobie! Id� pierwszego wrze�nia do szko�y, pogwizduj� pod nosem, czuj� skrzyd�a u ramion, a tu nagle zast�puje mi drog� jakie� stworzenie z dwoma warkoczykami i ogromnym tornistrem na plecach. Tornister by� tak wielki, �e w�a�ciwie trudno by�o powiedzie�, kto kogo d�wiga�: stworzenie tornister, czy tornister stworzenie.
�Jaka� pierwszoklasistka" � pomy�la�em pogardliwie, jak na ucznia pi�tej klasy przysta�o, i zamierza�em wymin�� tornister z dziewczynk�. Ale mi si� to nie uda�o. Zatrzyma� mnie piskliwy okrzyk:
� Cze��! Nareszcie jeste�! Czekam na ciebie chyba z dziesi�� minut.
Przystan��em i wyba�uszy�em oczy.
� Na mnie? A co� ty za jedna?
Na twarzy smarkuli odmalowa� si� wyra�ny zaw�d.
� Jak to? Nie znasz mnie? Jeste�my przecie� s�siadami. Mieszkam w tamtym bloku. Na drugim pi�trze.
� Co� sobie przypominam � b�kn��em. � Nazywasz si� Skowronek, tak?
Smarkula parskn�a �miechem.
� Nie Skowronek, tylko S�owik. Joasia S�owik.
� Te� �adnie � przyzna�em. � A teraz gadaj, albo raczej za�piewaj, o co chodzi! Tylko szybko, bo nie mam czasu.
Widocznie zrazi� j� m�j opryskliwy ton, bo wygi�a markotnie usta i powiedzia�a:
� E, tam! Taki jeste�...
� Jestem, jaki jestem � rzek�em nieco �agodniej. � Wi�c o co chodzi?
Joasia podzi�kowa�a mi wzrokiem za t� zmian� tonu, zaczerpn�a powietrza i wyrzuci�a z siebie jednym tchem:
� Chodzi o to, �e chcia�am ci� prosi�, �eby� zosta� moim koleg�!
Zbarania�em.
� Co� powiedzia�a?!
� �e bardzo bym chcia�a, �eby� zosta� moim koleg� � wyrecytowa�a. � Potrzebuj� kogo� takiego jak ty.
� Takiego jak ja? � trwa�em dalej w os�upieniu.� To znaczy jakiego?
� To znaczy starszego i rozumnego.
Nie jestem pewien, ale chyba si� troch� zarumieni�em.
� Kto ci powiedzia�, �e jestem rozumny? � spyta�em, a m�j g�os zabrzmia� ju� ca�kiem �agodnie.
� A nie jeste�? � przestraszy�a si� Joasia.
Nie wiedzia�em, co odpowiedzie�, wi�c znowu warkn��em:
� Ja tu jestem od stawiania pyta�, a nie ty. Wi�c kto ci powiedzia�, �e jestem rozumny? No?
� Mama. �Takie ruchliwe ulice � powiedzia�a wczoraj wieczorem. � Niepokoj� si� o ciebie. Powinna� sobie znale�� jakiego� starszego koleg�, kt�ry by si� tob� zaopiekowa� w drodze do szko�y. Mo�e ten Piotrek z s�siedniego bloku by si� tob� zaj��? Wygl�da na rozumnego." Tak po-
wiedzia�a mama. A ja mamy s�ucham i dlatego na ciebie czeka�am.
�Hmmm... G�upia sprawa � drapn��em si� po g�owie. � Je�li pani S�owikowa naprawd�... Ale przecie� nie b�d� nia�k�! Mowy nie ma! Co by ch�opcy na to powiedzieli? Pop�kaliby ze �miechu!"
Smarkula przygl�da�a mi si� z niepokojem.
� Wiem... � szepn�a.
)derwa�em si� od swoich my�li. � Co wiesz?
� O czym my�lisz.
� Patrzcie, jaka m�dra! � �achn��em si�. � No, o czym ly�l�? O czym?
� O kolegach. �e si� b�d� �mia�, jak ze mn� p�jdziesz. �Nie do wiary! � zdumia�em si�. � Jak ona to pozna�a?
asnowidz czy co?" G�o�no za� fukn��em:
� Nie my�l� o �adnych kolegach, rozumiesz? Mog� kona� ze �miechu, je�li maj� na to ochot�. Ma�o mnie to bchodzi.
� Naprawd�? � ucieszy�a si�. � Wi�c zaprowadzisz mie do szko�y?
� Zaprowadz� � wysycza�em. � Ale zapami�taj sobie, e to pierwszy i ostatni raz!
Nie s�ucha�a do ko�ca. Chwyci�a mnie za r�k�, jakby si� a�a, �e si� rozmy�l� albo uciekn�, i wykrzykn�a:
� Fajny jeste�, wiesz? Bardzo ci� lubi�. Prawie tak amo jak mojego psa, �apignata.
Por�wnanie z jakim� tam �apignatem wcale mi nie ochlebialo, ale wola�em nie podejmowa� dyskusji. Po-zli�my. Przez ca�� drog� poci�em si� na my�l, �e spotkam t�rego� z koleg�w, ale na szcz�cie nikogo znajomego nie potka�em.
Po kilkunastu minutach byli�my przed szko��. Boisko zumia�o i bieli�o si� od wykrochmalonych ko�nierzyk�w.
� Jeste�my na miejscu � powiedzia�em. � Tam s� ierwszaki, widzisz? Fruwaj do nich!�popchn��em j� :kko.
Zadar�a g�ow�, podzi�kowa�a i pop�dzi�a w kierunku romadki wystraszonych maluch�w. Tylko ogromny tor-ister podskakiwa� jej na plecach. A ja odetchn��em i wytar-:m spocone czo�o.
My�la�em, �e na tym si� ca�a historia zako�czy, ale srodze si� pomyli�em. Ci�g dalszy nast�pi� wieczorem. Szykowa�em akurat ksi��ki na nast�pny dzie�, mama krz�ta�a si� ko�o kolacji, gdy odezwa� si� dzwonek.
� Zobacz, kto dzwoni! � zawo�a�a z kuchni mama. Podszed�em do drzwi, otworzy�em je i ujrza�em przed
sob�... pani� S�owikow�. By�a wzruszona i ciep�o si� do mnie u�miecha�a.
� Ja w�a�nie do ciebie � powiedzia�a. � Przysz�am ci podzi�kowa� za opiek� nad Joasi�. Joasia nie mog�a ci� na-chwali�. M�wi�a, �e troszczy�e� si� o ni� jak starszy brat. Bardzo ci dzi�kuj�!
Z kuchni wysz�a mama, zwabiona rozmow�. Ujrzawszy pani� S�owikow� wyra�nie si� zaniepokoi�a.
� Co on znowu zbroi� ? � spyta�a.
� Zbroi� ? � obruszy�a si� pani S�owikowa. � Co te� pani m�wi! Przecie� to z�oty ch�opiec. Czy pani wie, �e on odprowadzi� dzi� moj� Joasi� do szko�y i przyobieca� jej, �e b�dzie to robi� codziennie?
Nie dowierza�em w�asnym uszom. Ja co� obiecywa�em, ja? Oj, poczekaj, smarkulo! Ju� ja ci� oducz� k�amstwa!
Zerkn��em na mam�. Mia�a tak� min�, jakby jej oznajmiono, �e zosta�em szachem perskim.
� Prawda to? � spyta�a.
Chcia�em powiedzie�, �e tyle w tym prawdy, co wody na Saharze, ale czy� mog�em zgasi� rado�� na maminej twarzy ?
� Mo�e i prawda � b�kn��em.
� I b�dziesz si� t� ma�� opiekowa�?
� Spr�buj� � odrzek�em, bo nic innego nie przychodzi�o mi do g�owy.
No, i opiekuj� si�! Przeklinam swego pecha, z�orzecz�
ia swoje mi�kkie serce, ale co dzie� prowadz� Joasi� do szko�y. xh, niech to g�ska Balbinka kopnie!...
-
ODLUDEK
Od dw�ch tygodni mamy w klasie nowego ucznia. Nazywa si� Marek Darkowski. Zwykle dzieje si� tak, �e gdy do klasy przychodzi kto� nowy, to ju� po kilku dniach wiadomo, jaki jest: fajowy, ciep�e kluski czy mizeria. Wystarczy troch� poobserwowa�, pos�ucha�, pogada� � i sprawa jasna.
Ale z Markiem nam tak �atwo nie posz�o. No, bo niby wygl�da� na fajowego. Wysoki, wysportowany, uczynny... Czego wi�cej trzeba? Wystarczy. Ale z drugiej strony, zachowywa� si� tak, jakby mu na nas w og�le nie zale�a�o. Nigdy, na przyk�ad, nie mia� dla nas czasu. Ledwie sko�czy�y si� lekcje, �apa� za torb� i gna� do domu, jakby si� pali�o. �adnego przesiadywania na boisku, �adnego gadania o tym i owym, �adnego podrzucania �zo�ki" czy gry w �koraliki". Nic. Nawet do kina z klas� nie poszed�, cho� wy�wietlali �Winnetou".
Najbardziej jednak narazi� si� nam pi�tnastego wrze�nia. Dla klasy by� to wielki dzie�. Po po�udniu rozgrywali�my rewan�owy mecz z pi�t� B. Wszyscy nim �yli. Nie przyj�� na taki mecz � znaczy�o zdradzi� klas�. A Marek nie przyszed�. Gdy�my go potem pytali dlaczego, b�kn�� co� pod nosem i zacz�� nerwowo czy�ci� paznokcie.
� Co z nim jest? � zastanawiali�my si� wracaj�c ze szko�y.
� Dziwak! � orzek� kr�tko Stefek G�siorek.
11
� Odludek! � dorzuci� Jacek Tyczka.
� Zarozumialec!�skrzywi� si� z niesmakiem Wojtek Bana�. � Ma nas wszystkich w nosie.
Ja te� si� skrzywi�em, ale z innego powodu ni� Wojtek.
� Marek zarozumia�y? � wykrzykn��em. � Chyba zwariowa�e� ?
� Wi�c dlaczego si� tak zachowuje? �t zaperzy� si� Wojtek. � Dlaczego ucieka od nas po lekcjach, jakby�my byli chorzy na dur brzuszny albo na inne paskudztwo?
� Nie wiem. Ale najwy�szy czas, �eby to wyja�ni�.
� Racja!�popar� mnie Tomek Bielecki. � Musimy sprawdzi�, dok�d on si� tak codziennie spieszy.
� I w og�le, co porabia po po�udniu, z kim si� zadaje i jaki on naprawd� jest: fajowy czy niefajowy � doda� Jacek.
� Ale jak to zrobi� ? � drapa� si� po g�owie Stefek. � �ledzi� go?
� Czemu nie? � zapala� si� coraz bardziej Jacek.� Mo�emy go �ledzi�. Tylko nie wszyscy razem. Powinien si� tym zaj�� jeden. Na przyk�ad Piotrek � wskaza� na mnie. � Mieszka blisko Marka, by�oby mu naj�atwiej...
� Co ty na to? � spyta� Stefek. � Zajmiesz si� nim? Specjalnie si� do tego �ledzenia nie pali�em, ale zgodzi�em si�.
� Pokr�� si� troch� ko�o domu � radzi� mi Jacek � mo�e co� ciekawego zauwa�ysz.
� Pokr�c� si� � przyobieca�em.
I zaraz po tej rozmowie uda�em si� na ulic� Lipow�, przy kt�rej mieszka� Marek. Lipowa by�a spokojn�, senn� uliczk�. Sta�y przy niej parterowe domki i zieleni�y si� ogrody. Marek mieszka� pod numerem si�dmym. Dom i ogr�d otoczone by�y g�stym �ywop�otem. Podkrad�em si� pod ten
12
�ywop�ot i usi�owa�em zajrze� do �rodka. Ale to nie by�o takie proste. �ywop�ot i rosn�ce za nim krzewy porzeczek i agrestu dobrze strzeg�y tajemnic ogrodu. Przykuca�em, wspina�em si� na palce, wyci�ga�em szyj� i � nic. Ju� mia�em odej��, gdy us�ysza�em ciche kaszlni�cie. Znieruchomia�em. A wi�c by� kto� w ogrodzie! Zaczeka�em chwil�, a potem cicho jak kot ruszy�em wzd�u� �ywop�otu, szukaj�c jakiego� prze�witu. I znalaz�em go. W pewnym miejscu krzaki by�y rzadsze i ods�ania�y widok na ca�y ogr�d. Przywar�em do tego miejsca i rozejrza�em si� po ogr�dku. Altana, opuszczona psia buda, wyblak�y le�ak... I dopiero potem zauwa�y�em to najwa�niejsze: inwalidzki w�zek pod jab�oni�. I dziewczynk� siedz�c� na tym w�zku. Wpatrywa�em si� w ni� szeroko otwartymi oczami. By�a nieco m�odsza ode mnie. Mia�a d�ugie warkocze, kt�re opada�y na kolorowy koc le��cy na jej kolanach. Czyta�a. Ale co chwil� podnosi�a g�ow� znad ksi��ki i spogl�da�a na furtk�. Niespokojnie i troch� niecierpliwie. Czeka�a na kogo�. Domy�li�em si� nawet, na kogo czeka. �A wi�c to dlatego Marek tak si� spieszy� do domu � my�la�em. � Dlatego nie mia� czasu. Ale dlaczego nam o tym nie powiedzia�?"
I nagle zawstydzi�em si�, poczu�em si� jak z�odziej, kt�ry zakrad� si� do cudzego domu i z ukrycia obserwuje jego mieszka�c�w. Postanowi�em wycofa� si� jak najszybciej, odej��, ale nie zd��y�em, bo w tej samej chwili za moimi plecami rozleg�y si� szybkie kroki. Odwr�ci�em si� gwa�townie i � stan��em oko w oko z Markiem. Nie wiem, kto by� bardziej zmieszany: ja czy on.
Przez kilka sekund patrzeli�my na siebie bez s�owa, a potem Marek powiedzia�:
� To jest moja siostra.
Skin��em g�ow�.
13
� Najcz�ciej siedzi tu sama � m�wi� dalej.�Nie a jeszcze kole�anek, bo niedawno sprowadzili�my si�. ieszy si�, gdy wracam ze szko�y...
Znowu skin��em g�ow�. Zupe�nie jakbym zapomnia� j�zyka g�bie. �No, odezwij si� wreszcie!" � strofowa�em si� duchu. Ale i tym razem uprzedzi� mnie Marek.
� Nie m�wi�em o niej, bo... � zacz�� i nie doko�czy�.
� Bo co ? � wyj�ka�em wreszcie.
� Sam nie wiem, dlaczego � wyzna�, ale zdawa�o mi si�, : nie to chcia� powiedzie�.
Obydwaj spojrzeli�my na w�zek. Dziewczynka na pewno ie s�ysza�a naszej rozmowy, bo m�wili�my szeptem i byli�my o�� daleko, ale poruszy�a si� niespokojnie i znowu zerkn�a a furtk�.
� Musz� ju� i�� � szepn�� Marek. Potem zawaha� si� doda�: � Mo�e wejdziesz?
Z kolei ja si� zawaha�em.
� Wola�bym jutro � rzek�em. � Z ch�opakami... Mo-
Marek przeni�s� wzrok na siostr�, jakby j� chcia� spyta� rad�, i odpowiedzia�:
� Dobrze. Przyjd�cie.
Chcia�em mu na koniec powiedzie� co� serdecznego, le nic nie przychodzi�o mi do g�owy, wi�c spyta�em:
� Czy... ona dawno tak?
� Od dw�ch miesi�cy. Ale to ju� nie potrwa d�ugo, .ekarz m�wi�, �e za miesi�c b�dzie zdrowa.
� To dobrze! � ucieszy�em si�.
Po�egna�em go i pop�dzi�em z powrotem do Stefka, acka, Wojtka, Tomka, �eby im powiedzie�, �e Marek nie ;st dziwakiem ani odludkiem, ani zarozumialcem. �e jednak sst fajowy.
,
HONDURAS
Gdyby og�oszono mi�dzynarodowy konkurs na chwali-pi�t�, pierwsze miejsce zdoby�by na pewno Kowalski z naszej klasy. Kowalski wszystko wie, wszystko ma, wsz�dzie by�. Nic nie jest ju� nas w stanie zadziwi�. Ani to, �e jego ciotka hoduje �piewaj�ce rybki. Ani to, �e wujek by� mistrzem �wiata w biegu na czworakach. Ani to, �e dziadek polowa� w Afryce na antylopy. Dla Kowalskiego wszystko jest mo�liwe.
� Wylecz� go z tego chwalenia si� � powiedzia�a kiedy� Hanka Jarz�bek. � Zobaczycie, �e go wylecz�!
� Wyleczysz go ? � nie dowierzali�my. � Mowy nie ma! �atwiej s�onia nauczy� gry na fortepianie ni� Kowalskiego skromno�ci. Przekonasz si�, je�li nie wierzysz.
� A ja wam m�wi�, �e go wylecz� � upiera�a si� przy swoim Hanka. � Niech tylko nadarzy si� okazja!
Nie sprzeczali�my si�, ale ani w wyleczenie Kowalskiego, ani w t� okazj� nie wierzyli�my.
A jednak okazja nadarzy�a si� ju� po kilku dniach. Hanka zawdzi�cza�a j� niezwyk�ym pomys�om pani Jasi�skiej, naszej wychowawczyni. Pani Jasi�ska mianowicie wymy�li�a bardzo oryginalne wypracowanie. Jego temat brzmia�: �Opisz najbardziej egzotyczne zwierz�, jakie znasz". Temat ogromnie si� wszystkim spodoba� i w czasie przerwy nie m�wiono o niczym innym, jak tylko o bohaterach przysz�ego wypracowania.
16
Tak si� szcz�liwie, dla Hanki z�o�y�o, �e mia�a w tym dniu dy�ur z Kowalskim. Pi�ta A wynios�a si� z ha�asem na boisko, a oni zostali w klasie sami. I w�a�nie wtedy Hanka zagadn�a:
� Wiesz ju�, o jakim zwierz�ciu napiszesz? Kowalski wyd�� wargi, pomy�la� chwil� i odpowiedzia�:
� Jasne, �e o antylopie. M�j dziadek...
� Wiem, wiem! � przerwa�a mu Hanka, nie chc�c dopu�ci� do szczeg�owego opisu dziadkowych �ow�w w Afryce. I doda�a: � Antylopa te� ciekawa, owszem. Ale to nie to, co taki, na przyk�ad, honduras...
Kowalski o ma�o nie ud�awi� si� chlebem, kt�ry akurat zach�annie po�era�.
� Honduras ? � wykrztusi�.
Hanka spojrza�a na niego ze zdziwieniem.
� Jak to? Nie s�ysza�e� o hondurasie? Kowalski zmiesza� si� okropnie.
� S�ysza�em, jasne, �e s�ysza�em, ale w tej chwili wylecia�o mi z g�owy.
� Zdarza si� � stwierdzi�a wyrozumiale Hanka. � Mnie te� r�ne rzeczy wylatuj� z g�owy.
Kowalski prze�kn�� kilka k�s�w chleba i spyta� od niechcenia :
� A gdzie one �yj�... te hondurasy?
� Na Wyspach Ba�amuckich � odpowiedzia�a z ca�� powag� Hanka. I nagle, jakby za podszeptem jakiego� niewidzialnego hondurasa, zacz�a opowiada�: � To s� bardzo dziwne zwierz�ta, wiesz? One maj� wszystko na odwr�t: g�ow� tam, gdzie ogon, a ogon tam, gdzie g�ow�. I potrafi� �piewa�. Wydaj� g�os podobny do skowronka. �mieszne, co?
Kowalski, wzbogacony w wiedz� o hondurasach, poczu� si� nieco wa�niejszy.
17
wytar� si� te�
� Czemu �mieszne? � burkn��. � Zwyczajne...
Ale widocznie u�wiadomi� sobie, �e jeszcze nie wszystko wie o tych egzotycznych zwierz�tach, bo zapyta� grzeczniej:
� Czy one s� drapie�ne?
� Co� ty! �agodne jak baranki.
� A du�e?
Hanka roz�o�y�a r�ce. � O, takie. Troch� wi�ksze �d kr�lika.
Kowalski pokiwa� ze zrozumieniem g�ow� i usta, bo sko�czy� w�a�nie �niadanie. Sko�czy�a przerwa i pi�ta A wpad�a z ha�asem do klasy. O hondurasie nie by�o wi�cej mowy.
Na razie. Bo gdy Hanka opowiedzia�a nam o swojej rozmowie z Kowalskim, honduras powtarza� si� we wszystkich przypadkach. W tajemnicy przed Kowalskim, oczywi�cie.
Gdy nast�pnego dnia pani Jasi�ska wesz�a do klasy, powita�a j� tak niecodzienna cisza, �e wychowawczyni rozejrza�a si� podejrzliwie po �awkach boj�c si� jakiego� podst�pu. �adnego podst�pu jednak nie by�o, tylko wszyscy przej�ci byli jednym: da� si� Kowalski nabra� czy nie? Odpowied� mia�a przyj�� niebawem.
'� No, jak tam wasze egzotyczne zwierz�ta? � spyta�a pani Jasi�ska, wpisawszy lekcj� do dziennika.
� Nie�le � odpowiedzieli�my. � Siedz� sobie w zeszytach i czekaj� na uwolnienie.
Pani roze�mia�a si� i powiedzia�a, �e zaraz zaczniemy je uwalnia�.
� Kto pierwszy? � spyta�a wodz�c wzrokiem po �awkach.
W g�r� wystrzeli�o kilka palc�w, z kt�rych najwi�ksz� ruchliwo�� wykazywa� palec Kowalskiego. �eby go tak pani wybra�a! Ale pani wybra�a Jacka Tyczk�, kt�ry przedstawi�
18
klasie wyczerpuj�cy opis nosoro�ca. Po Jacku swoje wypracowanie odczytali Stefek i Kry�ka. Ju� zaczynali�my w�tpi�, czy pani Jasi�ska dostrze�e niecierpliwe gesty Kowalskiego, gdy us�yszeli�my upragnione s�owa:
� Prosz�, Kowalski! Przeczytaj!
Wymienili�my porozumiewawcze spojrzenia i zastygli�my w oczekiwaniu. Kowalski za� wyskoczy� z �awki jak z procy i z min� olimpijczyka, czekaj�cego na laurowy wieniec, zacz�� czyta�:
Najbardziej egzotyczne zwierz�, jakie znam.
Najbardziej egzotycznym zwierz�ciem, jakie znam, jest onduras. Zwierz� to �yje na Wyspach Balamuckich. Jest igodne i niedu�e � mniej wi�cej takie jak nasz kr�lik. Hon-urasy r�ni� si� od wszystkich zwierz�t na �wiecie bardzo ziwn� budow�. Maj� one mianowicie wszystko na odwr�t: Iow� tam, gdzie ogon, a ogon tam, gdzie g�ow�. I �adnie �piewaj�. Ich g�os przypomina �piew skowronka. Mieszka�cy Vysp Ba�amuckich ch�tnie s�uchaj� honduras�w po pracy.
Kowalski sko�czy�, zamkn�� zeszyt i obrzuci� klas� yumfuj�cym spojrzeniem. W tej samej chwili klasa zatrz�s�a � od naszego �miechu.
I chyba ten �miech wyleczy� Kowalskiego, bo od tego nia nie pochwali� si� niczym. Nawet tym, �e przesta� si� iwali�.
�DZI�KUJ� WAM, CH�OPCY!"
Troch� wstyd pisa� o tym, �e si� odwiedza�o cudze sady, ale ch�opcy powiedzieli: �Napisz" � wi�c pisz�.
To si� zdarzy�o w ko�cu wrze�nia. Pewnego dnia zawo�a� nas po lekcjach Babula z sz�stej B i spyta�, czy mamy ochot� na kruche jab�ka. Odpowiedzieli�my, �e mamy, bo kto by nie mia�? Wtedy Babula powiedzia�, �e zna taki sad, gdzie kruchych jab�ek pod dostatkiem.
� Czyj to sad ? � spytali�my.
� Walczaka.
Zawahali�my si�. Jeszcze nigdy nie chodzili�my na cudze jab�ka, a poza tym znali�my Walczaka. Ma tward� r�k�... Babula spostrzeg� to wahanie i zacz�� nas przekonywa�:
� Co si� �amiecie? Przecie� nic wam nie grozi. W sadzie jest tylko stary kundel, z kt�rym sobie poradzimy jak nic. No! Idziecie?
� Z psem nigdy nic nie wiadomo � mrukn�� Tomek. � Mo�e ugry��.
Babula mia� na wszystko gotow� odpowied�.
� Do gryzienia damy mu ko�� � rzek�. � Na wszelki wypadek przygotowa�em. Jak pies ma ko�� przed nosem, to zapomina o wszystkim.
� A je�li nas Walczak przy�apie? � odezwa� si� Wojtek.
� Nie przy�apie. Walczak mieszka z pi��set metr�w od sadu. W razie czego zd��ymy uciec.
21
Wojtek popatrzy� na Tomka i na mnie.
� Co robimy?
� Mo�emy tam zajrze� � odpowiedzieli�my. Babula zatar� r�ce.
� Nie po�a�ujecie! Zrobimy sobie rajsk� uczt�, s�owo daj�! A teraz w drog�!
Ruszy� pierwszy, a my za nim. Nie pozbyli�my si� jeszcze wszystkich w�tpliwo�ci, ale by�o ju� za p�no, �eby nad nimi przemy�liwa�.
Sad Walczaka rozci�ga� si� za miastem, z dala od zabudowa�, i n�ci� oczy dojrza�ymi jab�kami. Otacza� go nietrudny do przebycia p�ot. Zatrzymali�my si� przed tym p�otem i przez chwil� nas�uchiwali�my. W sadzie panowa� ca�kowity spok�j.
� Psa jako� nie s�ycha� � stwierdzi� z ulg� Tomek. � Mo�e go nie ma?
� Zaraz sprawdzimy � rzek� Babula i zagwizda� na palcach.
Odpowiedzia�a mu cisza. Babula zagwizda� jeszcze raz, nieco g�o�niej, i wtedy us�yszeli�my �a�osny psi skowyt. Dochodzi� gdzie� z g��bi sadu.
� Jednak jest � westchn�� Tomek.
� Ale uwi�zany � pocieszy� go Babula. � Uwi�zany i sam. Dlatego skomli. Wszystko gra!
� A mo�e... � zacz�� Tomek i zaraz umilk�, jakby si� czego� zawstydzi�.
Babula machn�� na to �mo�e" r�k� i zakomenderowa�:
� W�azimy do �rodka! Wojtek pierwszy!
� Ju� si� robi! � odpar� Wojtek i chwyci� si� p�otu. Potem podskoczy�, zarzuci� nog� na sztachety i po chwili by� na drugiej stronie.
� Jak tam? � spyta� Babula.
� Spokojnie � dolecia�o zza p�otu. Babula wskaza� na mnie.
� Teraz Piotrek. Szybko!
Posz�o mi troch� gorzej ni� Wojtkowi, ale jako� przela-z�em. Po mnie zrobili to samo Tomek i Babula.
W sadzie odsapn�li�my i w�a�nie mieli�my si�gn�� po
jab�ka, gdy znowu doszed� nas cichy skowyt. Zdawa�o si�, �e jeszcze �a�o�niejszy ni� za pierwszym razem. Opu�cili�my r�ce i spojrzeli�my niepewnie po sobie.
� Zobaczmy, co z nim jest � powiedzia� Tomek. � Nie mog� tego s�ucha�.
� To zatkaj sobie uszy traw�! � sykn�� Babula. Potem zwr�ci� si� do nas: � Zabierajcie si� do jab�ek! Szkoda czasu!
� Ja id� do psa � upiera� si� Tomek. Babula zdenerwowa� si� na dobre.
� A id�, gdzie chcesz! I nie zawracaj nam g�owy! Tomek poszed� w kierunku starej szopy, sk�d dochodzi�o
skomlenie, a my rzucili�my si� na najbli�sz� jab�o�. Ale niewiele zerwali�my, bo wkr�tce rozleg�o si� wo�anie Tomka:
� Chod�cie tu! Pr�dzej!
� Zupe�nie zwariowa�! � mrukn�� Babula, ale pod��y� w stron� szopy.
Ruszyli�my za nim. Rozgarniaj�c ga��zie dotarli�my do Tomka, kt�ry sta� jak s�up soli z oczami wbitymi w co�, czego nie mogli�my dostrzec.
� Co si� sta�o? � spytali�my. Tomek wyci�gn�� r�k� przed siebie.
� Popatrzcie!...�wyszepta�.
Dopiero teraz spostrzegli�my psa. Le�a� przy szopie i wpatrywa� si� w nas zbola�ymi �lepiami. Ci�ka belka przygniata�a mu tyln� �ap�. By� unieruchomiony, �apa na pewno by�a z�amana. Stali�my nad nim bez s�owa jak niemowy.
Pierwszy ockn�� si� Tomek.
� Musimy zawiadomi� Walczaka � powiedzia�. � Sami niewiele mu pomo�emy.
� Zwariowa�e�?! � rzuci� si� Babula. � Chcesz nas wsypa�? Jak wyt�umaczysz nasz� obecno�� w sadzie?
24
Tomek nie odrywa� oczu od psa.
� Nie wiem. Ale psu trzeba pom�c. Zobaczcie, jak on cierpi... Przecie� go tak nie zostawimy.
� Lepiej wiejmy � w��czy� si� Wojtek. � Psa i tak kto� znajdzie, a od Walczaka lepiej trzyma� si� z daleka.
Pies znowu zaskomla�. Mo�e przeczuwa�, �e wa�� si� jego losy? Mo�e b�l da� mu si� bardziej we znaki?
� Id�! � zdecydowa� nagle Tomek. � A wy r�bcie, co chcecie.
I nie ogl�daj�c si� na nas ruszy� w kierunku p�otu. Odprowadzali�my go w milczeniu wzrokiem i dopiero gdy znikn�� za drzewami, Babula wybuchn��:
� Idiota! Przecie� b�dzie musia� powiedzie�, czego szuka� w cudzym sadzie. Czy on sobie z tego nie zdaje sprawy? A zreszt� co mnie to obchodzi! Ja tam bata na siebie kr�ci� nie b�d�. Wiej�!
� Ja te� � doda� pospiesznie Wojtek. Potem obaj spojrzeli na mnie.
� A ty co?
Dopiero teraz u�wiadomi�em sobie, �e musz� podj�� jak�� decyzj�. Ogarn�� mnie strach. Co robi�?
� No, idziesz? � niecierpliwi� si� Babula.
� Zaraz tu b�dzie Walczak � trz�s� portkami Wojtek. Tylko pies le�a� bez ruchu i czeka�. Przenios�em wzrok
z psa na nich i powiedzia�em:
� Zostaj�. Wyba�uszyli oczy.
� Zostajesz? Po co? Przecie� to nie ma sensu! Psu i tak nic nie pomo�esz, a tylko wpadniesz. Jak Tomek. Zastan�w si�!
Mieli racj�: moja obecno�� nie pomo�e psu, nie pomo�e te� Tomkowi. A mimo to powt�rzy�em:
25
� Zostaj�.
� Bohater! � skrzywi� si� Babula i poci�gn�� Wojtka za r�kaw. � Chod�my!
Poszli. A ja usiad�em obok psa i szepn��em: �Zaraz nadejdzie pomoc... Zaraz..." O Walczaku i Tomku stara�em si� nie my�le�.
I nawet nie wiem, kt�r�dy weszli do sadu. Zauwa�y�em ich dopiero w�wczas, gdy byli kilka krok�w ode mnie. Na przedzie szed� Walczak, ci�ki, pochylony do przodu, a za nim sun�� cicho Tomek. Zerwa�em si� na r�wne nogi, ale Walczak w og�le nie zwraca� na mnie uwagi. Widzia� tylko psa. Zbli�y� si� do niego, ukl�k� i � ogromnie zafrasowany � zastanawia� si�, co dalej. Potem ostro�nie uni�s� belk� i wzi�� psa na r�ce. Zrobi� to czule, jakby bra� w ramiona chore dziecko. Nast�pnie wsta� i dopiero teraz przypomnia� sobie o nas.
� Dzi�kuj� wam, ch�opcy!�powiedzia�.
I poszed� w stron� furtki. A my poszli�my za nim, wymijaj�c ga��zie ci�kie od dojrza�ych owoc�w.
KLOPS NIE Z TEJ ZIEMI!
Micha� Kosik z pi�tej B s�yn�� w szkole z dw�ch rzeczy: wielkiej pogody ducha i niefrasobliwego stosunku do szkolnych obowi�zk�w. Tote� bardzo si� zdziwi�em, gdy pewnego dnia spotka�em go z ksi��k� w r�ce i przygn�bieniem na twarzy.
� Micha�! Co si� sta�o? � spyta�em, zaskoczony tym niecodziennym widokiem.
Micha� podni�s� na mnie zrozpaczone oczy, wyda� z siebie westchnienie, kt�re mog�oby kamie� wzruszy�, i podzieli� si� ze mn� swoim nieszcz�ciem. Poniewa� trudno by�oby stre�ci� jego opowiadanie, przytaczam je w ca�o�ci.
Oto ono:
Co si� sta�o? Klops nie z tej ziemi, bracie! Od tygodnia wstydz� si� ch�opakom na oczy pokaza�, unikam boiska i �wietlicy, a wszystko dlatego, �e od poniedzia�ku pomaga mi w nauce dziewczyna. Konkretnie Kasia Misio�ek z naszej klasy. Nigdy nie przypuszcza�em, �e tak nisko upadn�. Nigdy!
Zacz�o si� od dw�jki z matematyki. No... od drugiej dw�jki w tym okresie. Dw�jka zwyczajna rzecz. Przynajmniej dla mnie. Ale pani Filipek, nasza wychowawczyni, ogromnie si� t� dw�jk� przej�a.
� Ch�opcze! � za�ama�a r�ce. � Chyba nie chcesz powtarza� klasy?
28
�Pewnie, �e nie chc� � pomy�la�em. � Ju� raz pozna�em t� przyjemno��. Wystarczy".
� Masz wielkie zaleg�o�ci � ci�gn�a pani Filipek. � Sam si� z nich nie wygrzebiesz. Kto� musi ci pom�c.
�Prosz� bardzo! � my�l�. � Pomoc mile widziana." Przez my�l mi nie przesz�o, �e pani wyznaczy do tej pomocy dziewczyn�.
A tak si� w�a�nie sta�o. Pani Filipek popatrzy�a po klasie i zatrzyma�a wzrok na Kasi.
� Mo�e Kasia by ci pomog�a?...
Kasia wsta�a, poczerwienia�a jak pomidor w sierpniu i powiedzia�a, �e mo�e mi pom�c, je�li zechc�.
Je�li zechc�! Jasne, �e nie zechc�! Wola�bym si� doczeka� emerytury w pi�tej klasie ni� korzysta� z pomocy dziewczyny. Ale przecie� nie mog�em tego g�o�no powiedzie�. �Poczekam do przerwy � postanowi�em. � Podczas przerwy wyt�umacz� Kasi, co my�l� o babskiej pomocy."
Ale na przerwie z�ama�em si� jak scyzoryk. Mo�e bym si� nie z�ama�, gdyby Kasia by�a inna. Zarozumia�a, pewna siebie, natr�tna... Ale nic z tego! Kasia jest cicha i nie�mia�a. Taka szara myszka. Podesz�a do mnie zaraz po dzwonku, podnios�a te swoje niebie�ciutkie oczy i pyta:
� Micha�, czy mog�abym dzi� do ciebie przyj��? Im szybciej zaczniemy, tym lepiej.
I co mia�em na to odpowiedzie�? �Dzi�kuj�! Wypchaj si� t� swoj� pomoc�!"? Przecie� nie jestem gburem, cho� niekt�rzy mnie za takiego uwa�aj�. Z�ama�em si�.
� Prosz� bardzo!�odpowiedzia�em. � Przyjd�, jak chcesz. Ale ucze� b�dzie ze mnie kiepski.
� Dobrze � ucieszy�a si�.�Przyjd� o czwartej.
� Mo�esz przyj�� o czwartej � machn��em r�k�. � Mo�esz o pi�tej. Jak ci b�dzie wygodniej.
29
Przysz�a o czwartej. Mama zrobi�a wielkie oczy, gdy j� :obaczy�a. Nie by�a przyzwyczajona do takich go�ci. Ci, kt�rzy mnie odwiedzali, wygl�dali troch� inaczej. Fryzury ak stogi siana, oderwane guziki, wytarte �okcie... A tu bia�y ;o�nierzyk, warkoczyk, kokardka...
� Panienka do Micha�a? � nie dowierza�a mama.
� Tak -� przytakn�a Kasia.
� Pewnie znowu si� �le zachowa�? � zaniepokoi�a si�.
� Nie. Od dzi� b�dziemy si� razem uczy�.
� B�dziecie si� razem uczy�?!
W g�osie mamy by�o tyle zdumienia, �e si� roze�mia�em. Casia te� si� u�miechn�a.
No, i tak si� zacz�o. Dzi� nie poznaj� sam siebie. Co dzie� o czwartej siadam z Kasi� nad zeszytem, wypisuj� r�ne iksy i igreki, �ami� sobie �epetyn� nad zwariowanymi poci�gami, kt�re wyjecha�y z dw�ch stacji, i czuj�, �e w tej �epetynie robi si� coraz ja�niej.
Jedno mnie tylko niepokoi: czym to si� sko�czy? Przecie� jak tak dalej p�jdzie, to zostan� dobrym uczniem. I co wtedy powiedz� moi kumple? Poskr�caj� si� ze �miechu, gdy si� dowiedz�, �e mnie dziewczyna z dw�jek za uszy wyci�gn�a. S�owo daj�, klops nie z tej ziemi! Rozumiesz teraz?
W milczeniu pokiwa�em g�ow�.
TAJEMNICA PANA GO��BKA
Nie pami�tam, czy wspomina�em ju� o panu Go��bku. Chyba nie. A wi�c pan Go��bek by� naszym wychowawc�. Przez trzy lata: w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie. Do czwartej jednak z nami nie przeszed�. �Jestem stary jak �wiat � powiedzia�. � Musz� sobie troch� przed �mierci� odpocz��." No i poszed� na emerytur�. Bardzo pana Go��bka �a�owali�my. Dziewczyny nawet p�aka�y, gdy si� z nami �egna�, a potem szybko o nim zapomnieli�my.
1 nagle to spotkanie...
To by�o kilka dni temu. Wracali�my z Jackiem z kina. Spieszyli�my si�, bo by�o zimno i mokro, a my nit mieli�my ochoty na gryp�. Zbli�ali�my si� akurat do rynku, gdy Jacek poci�gn�� mnie gwa�townie za r�kaw i szepn��:
� Popatrz, pan Go��bek!
Pozna�em go od razu, cho� by�o prawie ciemno, bo listopadowe wieczory przychodz� wcze�nie. Nic si� nie zmieni� przez ten rok. Mia� ten sam d�ugi niemodny p�aszcz, wys�u�ony kapelusz, okulary w drucianej oprawie... St�pa� ostro�nie, pochylony lekko do przodu, jakby wypatrywa� czego� na chodniku. Gdy znalaz� si� o krok przed nami, zerwali�my z g��w czapki i nisko uk�onili�my si�. Pan Go��bek ockn�� si�, odpowiedzia� na uk�on, ale chyba nas nie pozna�. Zatrzymali�my si�, patrzeli�my za nim chwil�, a gdy znik� nam z oczu, spyta�em Jacka:
32
� Jak my�lisz, dok�d on teraz idzie?
� Na pewno do szko�y � odpowiedzia� Jacek.
� Do szko�y? � zdziwi�em si�. � Po co mia�by i�� do szko�y ?
Jacek rozejrza� si� woko�o, jakby chcia� sprawdzi�, czy nas nikt nie pods�uchuje, i zacz�� m�wi� �ciszonym g�osem:
� To jest troch� zagadkowa sprawa. Opowiada� mi Piotrowski z czwartej A, �e widzia�, jak pan Go��bek zakrada si� wieczorami do szko�y i d�ugo przesiaduje w naszej klasie. Piotrowski chcia� raz zobaczy�, co si� tam dzieje, ale okna by�y szczelnie zas�oni�te i nic nie mo�na by�o dostrzec.
� Co on tam mo�e robi�?
� Nie wiadomo.
� Chod�my za nim! � zdecydowa�em nagle. � Zobaczymy, czy naprawd� poszed� do szko�y.
Jacek zgodzi� si� bez wahania.
Po kilku minutach stan�li�my przed wielkim, ciemnym budynkiem. Wygl�da� troch� niesamowicie o tej porze. Przy bramie spostrzegli�my pochylon� posta� pana Go��bka. Mocowa� si� z zamkiem. A wi�c to prawda! Po chwili zamek ust�pi� i pana Go��bka poch�on�� ciemny korytarz.
� Mam pomys�! � powiedzia�em do Jacka.
� Jaki? � spyta�, a g�os mu troch� zadr�a�.
� Zakradniemy si� jutro wieczorem do szko�y, ukryjemy gdzie� i b�dziemy czeka�. Mo�e si� dowiemy, po co on tam chodzi. Co ty na to?
Jacek zapami�tale tar� brod�.
� A jak wejdziemy do szko�y? � spyta� po chwili.�� Przecie� brama zamkni�ta.
Pomy�la�em o tym.
� Bardzo prosto � odpowiedzia�em. � Po lekcjach zostawimy w klasie uchylone okno. I nim wejdziemy. Zgoda?
33
1
Jacek zerkn�� na czarn� bry�� szko�y, zastanawia� si� chwil� i rzek�:
� A niech ci b�dzie! Zgoda!
W tym momencie w oknach naszej klasy zab�ys�o �wiat�o.
� Jest w naszej klasie � wyszeptali�my jednocze�nie. Jaki� czas patrzeli�my na jasne prostok�ty okien, a potem
ruszyli�my w stron� swoich dom�w, poch�oni�ci my�lami
0 jutrzejszym wieczorze.
Nazajutrz odby�o si� wszystko tak, jak zaplanowali�my,
1 o wp� do sz�stej znale�li�my si� w ciemnej, pustej i przera�liwie cichej klasie. Ta cisza odebra�a nam reszt� odwagi. Bali�my si� otworzy� usta, bo wydawa�o nam si�, �e ka�dy szept zabrzmi w klasie jak krzyk. Wymacuj�c kraw�dzie �awek posuwali�my si� w kierunku kryj�wki. Mia� j� stanowi� przestronny k�t za szaf�, gdzie pani wo�na trzyma�a swoje wiadra i szczotki. K�cik zas�oni�ty by� kotar� i stanowi� najbezpieczniejsze miejsce do ukrycia si�. Dotarli�my tam i wsun�li�my si� za kotar�. Jacek, pr�buj�c si� na czym� usadowi�, potr�ci� wiadro i narobi� tak piekielnego ha�asu, �e na kilka chwil zamarli�my w bezruchu. Potem usiedli�my na skrzyni z dobytkiem pani wo�nej i w wielkim napi�ciu czekali�my.
Czas wl�k� si� niemi�osiernie wolno. Wydawa�o nam si�, �e siedzimy ju� tu ponad godzin�, a tymczasem zegarek Jacka m�wi�, �e min�o zaledwie dwana�cie minut. W miar� up�ywu czasu czuli�my si� coraz gorzej. Z ciemnych k�t�w izby skrada� si� ku nam strach. Powoli mieli�my dosy� tej wyprawy.
Naraz... Tak, to kto� manipuluje przy zamku! Tr�cili�my si� �okciami, wstrzymali�my oddechy i zamienili�my si� w s�uch. Gdzie� na ko�cu korytarza zgrzytn�� klucz i zaraz potem zaskrzypia�y drzwi.
34
� Przyszed�... � wyszeptali�my i przysun�li�my si� bli�ej siebie.
Na korytarzu rozleg�o si� powo�ne cz�apanie i zbli�a�o si� do klasy. Krokom towarzyszy�y uderzenia laski. Nie by�o w�tpliwo�ci, �e to pan Go��bek.
Kroki zatrzyma�y si� przed klas�. Chwila ciszy. Potem drzwi si� otworzy�y, przeskoczy� kontakt, i klas� zala�o �wiat�o. Mimo woli zmru�yli�my oczy. Drzwi znowu stukn�y i powolne ci�kie kroki zbli�y�y si� do katedry. Przywarli�my oczami do szpary mi�dzy kotar� a szaf�, �eby lepiej widzie�, co si� dzieje w klasie.
Ale nic interesuj�cego si� nie dzia�o. Pan Go��bek zdj�� p�aszcz, odsun�� krzes�o i opad� na nie z ulg�. Potem wyj�� z kieszeni wys�u�ony notes i przewertowa� go w skupieniu. Po paru minutach od�o�y� notes i spojrza� na zegarek. �Na kogo� czeka" � pomy�leli�my.
Jakby na potwierdzenie tych my�li trzasn�y dalekie drzwi i cisz� korytarza rozbi� tupot szybkich krok�w. �Kto to?" � pyta�y si� nawzajem nasze zaniepokojone oczy.
Odpowied� nadesz�a wkr�tce. Najpierw us�yszeli�my pukanie do drzwi, a w chwil� p�niej dobrze znajomy g�os:
� Dobry wiecz�r panu! Jestem!
�Czesiek Wroniak?!�zdziwili�my si�. � Najwi�kszy dw�jkowicz w klasie? Czego on tu szuka?"
Nasze zdziwienie wzros�o jeszcze bardziej, gdy pan Go��bek powiedzia� serdecznie:
� Si�d� sobie, kochasiu, i odsapnij. Poczekamy jeszcze troch� na innych. Zaraz powinni tu by�.
Rzeczywi�cie, po minucie znowu zatupota�y kroki i ujrzeli�my, jak do klasy wchodz�: Heniek B�czyk z pi�tej B, Zosia Ma�ecka z naszej klasy i Andrzej Chmiel z czwartej.
I w tym momencie zrozumieli�my wszystko. �e te� si�
36
wcze�niej nie domy�lili�my. Przecie� to takie proste! Zrobi�o nam si� jako� lekko na sercu. Mieli�my ochot� wyj�� z ukrycia, podej�� do sto�u i powiedzie�: �Dobry wiecz�r panu! Czy pan nas poznaje?" Ale nie zrobili�my tego. Siedzieli�my dalej za kotar� i s�uchali...
Bo oto w cichym, u�pionym budynku szkolnym zacz�a si� niezwyk�a lekcja. Prowadzi� j� pan Go��bek, nauczyciel stary jak �wiat, kt�ry nie m�g� �y� bez szko�y i przychodzi� do niej wieczorami, �eby pomaga� najs�abszym z uczni�w. Schyla� si� nad nimi i cierpliwie t�umaczy� im tajniki zada� tekstowych i zawi�e zasady pisowni.
I taka by�a jego tajemnica.
CHCIELI�MY NAJLEPIEJ...
Tu� po dzwonku wpad� do klasy Tomek Skwara i oznaj-d�, �e pani Jasi�ska zachorowa�a.
� Na w�asne uszy s�ysza�em, jak kierownik powiedzia�: Pani Jasi�ska z�apa�a gryp�". Zobaczycie, �e nie b�dzie erwszej lekcji!
Najpierw ucieszyli�my si�, �e b�dziemy mie� wolne, potem zrobi�o nam si� jako� g�upio. My si� tu cieszymy, pani Jasi�ska cierpi... Nasza pani. By�oby jej przykro, iyby si� o tym dowiedzia�a.
� S�uchajcie! � zerwa� si� Jacek Pikulik. � Mam po-iys�! Zr�bmy co� takiego, co sprawi pani przyjemno��.
Pomys� wszystkim si� spodoba�, ale nikt nie wiedzia�, > pani mo�e sprawi� przyjemno��. Zacz�li�my si� zasta-iwia�.
� Wiem! � wykrzykn�� nagle Rysiek Skrzypczak. � apiszemy list! Pani kiedy� m�wi�a, �e do chorych trzeba sa� listy.
� Fajno! � popar�o go kilka g�os�w. � Pani na pewno j ucieszy!
� E tam, list!�skrzywi� si� Rafa� Fibik. � Lepiej mi� odwiedzi�. Mogliby�my w piecu napali�, w�gla przy-e��... List nic nie znaczy.
Rysiek i Rafa� nigdy si� ze sob� nie zgadzali. Je�li Rysiek owi� �bia�e", to Rafa� zaraz �czarne". I na odwr�t. Teraz
te� si� to powt�rzy�o. Rysiek spojrza� pogardliwie na Rafa�a i powiedzia�:
� Odwiedzi�? Chyba zwariowa�e�? Jak cz�owiek choruje, to chce mie� spok�j. Zreszt� gdyby ci� pani zobaczy�a, to by si� jeszcze bardziej rozchorowa�a.
Rafa� poczerwienia� z oburzenia.
� Pani wola�aby patrze� na mnie ni� na twoje gryzmo�y, wiesz?
Teraz Rysiek zrobi� si� czerwony.
� Tak? To si� oka�e! Kto jest za tym, �eby do pani napisa�?
Popar�o go p� klasy. Rozleg� si� wrzask:
� Na-pi-sa�! Na-pi-sa�! Na-pi-sa�!
Ale druga po�owa stan�a po stronie Rafa�a.
� Od-wie-dzi�! Od-wie-dzi�! Od-wie-dzi�! � wrzeszcza�a.
A� szyby dr�a�y od tego krzyku.
I na to wszed� pan kierownik. Stan�� w drzwiach, gro�ny i nachmurzony, i czeka�, a� ten ha�as ucichnie. Ucich� bardzo szybko. Z panem kierownikiem nie ma �art�w. Gdy zrobi�o si� cicho, �e a� w uszach dzwoni�o, pan kierownik powiedzia�:
� Pi�kne zachowanie! Korzystacie z tego, �e pani Jasi�ska chora. Nie mogliby�cie tych pi�ciu minut spokojnie siedzie�? Nie przysz�o wam do g�owy, �eby zrobi� pani t� ma�� przyjemno��...
Poczuli�my si�, jakby nas kto� zimn� wod� obla�.
� Panie kierowniku! � zacz�a Hanka Jarz�bek. � My�my w�a�nie chcieli...
Ale nie sko�czy�a.
� Co�cie chcieli ? � spyta� pan kierownik.
� Nic... �j�ka�a si� Hanka. �Nic... Ju� i tak za p�no...
39
i i
i
Pan kierownik pokiwa� g�ow�.
� W przysz�o�ci postarajcie si� o to, �eby nie by�o za p�no. A teraz otw�rzcie zeszyty!
Otworzyli�my zeszyty, pan kierownik zada� nam ciche zaj�cie, powiedzia�, �e nie chce s�ysze� �adnych jarmarcznych wrzask�w, i wyszed�.
A my pochylili�my si� nad zeszytami i pe�ni goryczy zacz�li�my liczy� zadanie o mieszance czekoladowej, kt�ra kosztowa�a pi��dziesi�t cztery z�ote...
NIESPODZIANKA
To, co spotka�o Ma�ka Kolas�, by�o najprawdziwsz� i najbardziej nieoczekiwan� niespodziank�, jak� sobie mo�na wyobrazi�. A nie by�oby tej niespodzianki, gdyby nie grypa pani Jasi�skiej.
O grypie ju� wspomina�em, ale nie powiedzia�em wtedy, �e pani Jasi�ska zachorowa�a akurat w tym czasie, gdy w szkole odbywa�y si� wywiad�wki. Nie �yczyli�my pani Jasi�skiej choroby, naprawd� nie, ale uwa�ali�my, �e je�eli ju� koniecznie musia�a zachorowa�, to dobrze, �e zachorowa�a przy ko�cu okresu. �udzili�my si�, �e mo�e dzi�ki temu unikniemy wywiad�wki, kt�ra jest przecie� sto razy gorsza od grypy z powik�aniami. Przynajmniej dla niekt�rych.
Do tych niekt�rych nale�a� Maciek Kolasa. Koniec okresu zapowiada� si� dla niego fatalnie. Wed�ug wszelkich przewidywa� � grozi�a mu dw�jka z matematyki, obni�ony stopie� z zachowania i marne tr�jki z pozosta�ych przedmiot�w. W tym stanie rzeczy choroba wychowawczyni by�a mu bardzo na r�k�.
Dalszy przebieg wydarze� okaza� si� jednak mniej pomy�lny. Wprawdzie wywiad�wk� � zgodnie z naszymi przewidywaniami � odwo�ano, ale pan Pola�ski, kt�ry pani� Jasi�ska zast�powa�, zebra� nasze dzienniczki, wpisa� do nich okresowe oceny i kaza� przynie�� pod nimi podpisy rodzic�w. Jednym s�owem, wywiad�wki nie by�o, ale jej przykre nast�p-
42
stwa nas nie omin�y. �Trudno!" � wzdychali�my odbieraj�c z r�k pana Pola�skiego dzienniczki.
Najg��bsze westchnienie wyda� oczywi�cie Maciek i �eby nie pogr��y� si� ca�kowicie w rozpaczy, nawet do dzienniczka nie zajrza�. Zrobi� to dopiero po lekcjach, gdy zbli�y� si� do domu. Zajrza� i � stan�� jak wryty. W dzienniczku nie by�o �adnej dw�jki! Ma�o tego, znalaz�y si� w nim dwie czw�rki i jedna pi�tka.
� Niemo�liwe!... � wyszepta� Maciek i uszczypn�� si� w lewe ucho, bo wydawa�o mu si�, �e �ni. Ale po tym zabiegu
43
stopnie si� nie zmieni�y. Wobec tego uszczypn�� si� w prawe ucho. Mocniej ni� w lewe. I dalej to samo. Maciek zacz�� si� wi�c zastanawia�, czy on jest on. To znaczy, czy ten ch�opiec ogl�daj�cy dzienniczek jest Ma�kiem Kolas�. Wszystko wskazywa�o na to, �e jest. A mo�e dzienniczek nie jego? Zerkn�� na podpis � jego.
� Nic z tego nie rozumiem...�pokr�ci� bezradnie g�ow�.
I widocznie to kr�cenie pomog�o, bo w tej samej chwili zrozumia�: po prostu pan Pola�ski si� pomyli�! Przepisuj�c oceny, wpisa� do Ma�kowego zeszyciku stopnie Krzy�ka Kowalaka, kt�ry s�siadowa� z nim w dzienniku. Krzysiek spodziewa� si� w�a�nie dw�ch czw�rek i jednej pi�tki.
Maciek odczu� nawet pewn� ulg�, �e zagadka si� wyja�ni�a, i zamierza� wr�ci� do szko�y, �eby pomy�k� sprostowa�, ale nagle wpad�a mu do g�owy inna my�l. �Poka�� dzienniczek mamie � postanowi�. � Niech si� cho� przez chwil� cieszy, �e tak si� poprawi�em. Potem powiem jej prawd�".
Pomys� tak mu si� spodoba�, �e p�dem pobieg� do domu.
Mama obiera�a akurat ziemniaki na obiad, gdy Maciek wpad� do kuchni.
�i Dobrze, �e jeste� � ucieszy�a si�. � Skoczysz mi po w�giel do piwnicy.
Ale Maciek mia� nie w�giel w g�owie. Siad� przed mam� i wyrzuci� z siebie jednym tchem, �e pani dalej chora, �e wywiad�wki nie b�dzie i �e pan Pola�ski wpisa� wszystkim stopnie do dzienniczk�w i prosi�, �eby rodzice podpisali.
� Podpisz, mamo! � zako�czy� podaj�c zeszycik. R�ce mamy znieruchomia�y, w oczach pojawi� si� l�k.
Od�o�y�a ziemniak, kt�ry obiera�a, powoli wytar�a r�ce w fartuch i bez s�owa si�gn�a po dzienniczek. Dr��cymi
44
palcami przerzuci�a kilka kartek i zatrzyma�a wzrok na tej, na kt�rej wpisane by�y stopnie. Przebieg�a je szybko oczami, a potem zmarszczy�a czo�o i powoli odczytywa�a je po raz drugi. W miar� tego czytania l�k ust�powa� z jej oczu, twarz si� rozja�nia�a, ca�a posta� prostowa�a, jakby zdj�to z niej wielki ci�ar. Gdy sko�czy�a, opu�ci�a r�ce na kolana, popatrzy�a czule na Ma�ka i zawo�a�a:
� A to niespodzianka! Nawet o tym nie marzy�am. No, chod�, niech ci� u�ciskam! Chod�! Taka niespodzianka!...
Maciek zdr�twia�. Mama uwierzy�a, naprawd� uwierzy�a! Co pocz��? Przecie� teraz nie mo�e powiedzie� prawdy, to by�oby okrutne, mama by si� rozp�aka�a... Co pocz��?
� No podejd� bli�ej! � zach�ca�a �agodnie mama. � Co� taki nachmurzony? Powiniene� si� cieszy�.
Maciek by� tak przera�ony tym, co si� sta�o, �e bezwiednie zbli�y� si� do mamy, obj�� j� niezgrabnie i nagle � ku w�asnemu zdumieniu � powiedzia�:
�- Nie warto o tym m�wi�, mamo! Zobaczysz, �e na nast�pny okres te� b�d� mia� takie stopnie. S�owo!
Zabrzmia�o to powa�nie. Bardzo powa�nie.
DWA SPOTKANIA
Okropnie wpad�em. A wszystkiemu winne te modraszki junosze, szlaczkonie szafra�ce i inne niepylaki. Jednym s�owem motyle Jurka Orczyka. Bo Jurek zbiera motyle. Zupe�nie zwariowa� na ich punkcie. O tych motylach wiedzia�em od dawna, natomiast nie wiedzia�em, �e Jurek ma siostr�. I st�d ca�e nieszcz�cie.
Ale musz� zacz�� od pocz�tku. A wi�c par� dni temu Jurek podszed� do mnie w czasie przerwy i powiedzia�:
� Zdoby�em niepylaka apollo. M�wi� ci, fajny okaz!
� Co to za jeden? � spyta�em.
� Motyl, ale jaki!... Chcesz, to ci poka��. Lubi�em Jurka, widzia�em, jak bardzo chce si� pochwali� nabytkiem, wi�c odpowiedzia�em:
� Dobra, przyjd�. Ale kiedy?
� Mo�e jutro. Na przyk�ad o trzeciej.
� W porz�dku. B�d� o trzeciej.
Jurek by� zadowolony, ja te�. Przyda si� troch� rozrywki.
Wczoraj wybra�em si� z wizyt�. Akurat spad� �wie�y �nieg, srebrzy� si� w s�o�cu i doskonale lepi�. �Mo�na by nim kogo� pocz�stowa�" � pomy�la�em i rozejrza�em si� za jakim� �ywym celem. No, i cel si� znalaz�. Jak na zam�wienie. Wyszed� w�a�nie z poprzecznej ulicy i szed� wprost na mnie. By� mniej wi�cej w moim wieku, mia� dwie kitki zako�czone kokardkami i wielk� futrzan� czap� na g�owie. Dziewczynka, nawet sympatyczna.
47
Nie namy�laj�c si� d�ugo, nabra�em w gar�cie �niegu.
� Czy panienka lubi �nie�ek? � spyta�em przymilnie. �Panienka" wyra�nie si� sp�oszy�a, ale szybko zapanowa�a nad strachem i odpowiedzia�a zaczepnie:
� Ty, ma�y! Tylko nie zaczynaj!
Tak powiedzia�a, ale jednocze�nie strzela�a wko�o oczami, szukaj�c obro�cy. Mo�e bym jej darowa�, ale dopiek� mi ten �ma�y".
�Poczekaj! � pomy�la�em. � Zaraz zobaczysz, co ten ma�y potrafi!" Ugniot�em �nieg i pocz�stowa�em j� pierwsz� kul�. Trafi�em. My�la�em, �e si� rozbeczy albo zacznie ucieka�, a ona nic. Popatrza�a tylko na mnie pogardliwie i prych-n�a:
� Bohater!
Teraz ponios�o mnie na serio. Zasypa�em j� kulami. Dziewczyna zas�ania�a si� r�kami i pr�bowa�a mnie wymin��. Uda�o si� jej to w ko�cu i wtedy co si� w nogach rzuci�a si� do ucieczki. A ja otrzepa�em r�ce, wytar�em je o spodnie i poszed�em w stron� Jurkowego domu. Specjalnie zadowolony z siebie nie by�em, ale machn��em na to r�k�.
U Jurka zupe�nie zapomnia�em o przygodzie. Okaza�o si� bowiem, �e motyle s� ciekawsze, ni� my�la�em. Pochylili�my si� nad gablotami, Jurek obja�nia�, a ja s�ucha�em. Wizyt� zako�czy�a herbatka, podczas kt�rej Jurkowa mama orzek�a, �e jestem bardzo mi�ym ch�opcem. Jaka szkoda, �e moja mama tego nie s�ysza�a!
Zabiera�em si� w�a�nie do wyj�cia, gdy zadzwoni� dzwonek. Pani Orczykowa zerwa�a si�, �eby otworzy� drzwi.
� Na pewno Agnieszka wr�ci�a � powiedzia�a. Spojrza�em pytaj�co na Jurka.
� Agnieszka to moja siostra � wyja�ni�. � Nie znasz jej, bo chodzi do szko�y muzycznej.
48
Zaskrzypia�y drzwi, kto� otrzepywa� �nieg z n�g, a potem z korytarza dolecia�y s�owa:
� Dziecko, jak ty wygl�dasz! Jeste� ca�a mokra! Pani Orczykowej odpowiedzia� pogodny, mi�y g�os,
na d�wi�k kt�rego obla�a mnie fala gor�ca.
� Drobiazg, mamusiu! Po prostu jaki� ch�opiec bawi� si� ze mn� w �nie�ki. Szybko wyschn�.
Przed oczami stan�a mi posta� w wielkiej futrzanej czapie, rozgl�daj�ca si� p�ochliwie woko�o, a potem os�aniaj�ca si� przed gradem moich kul. Nie mia�em w�tpliwo�ci: to by�a Agnieszka!
Dr�a�em na my�l, �e za chwil� ujrz� j� w pokoju. Na szcz�cie g�osy przenios�y si� do kuchni i ucich�y. Szybko zacz��em si� �egna�.
� Zosta� jeszcze troch� � prosi� Jurek. � By�o bardzo
mi�o.
� Nie mog� � zapewnia�em go szczerze. � Naprawd�
nie mog�!
Po�egnali�my si�. Przy drzwiach zatrzyma�em si� i rzuci�em od niechcenia:
� Wiesz, masz fajn� siostr�!
� Znasz j�? � zdziwi� si� Jurek.
� Cz�ciowo � odpowiedzia�em wymijaj�co i p�dem zbieg�em po schodach. Dopiero na ulicy odetchn��em z ulg�.
Gdy mnie teraz kt�ry� z koleg�w zaprasza do domu, to pytam, czy ma siostr�. Na wszelki wypadek.
KOLE�ANKA
� Co ona tak d�ugo robi ? � niecierpliwi�a si� Krysia Tobolczyk. � Czekamy ju� dziesi�� minut, a jej nie wida�.
� Na pewno rozmawia z pani� � rzek� Wojtek Ba-na�. � Gdy wychodzi�em z klasy, to rozmawia�a.
� A mo�e si�.tak d�ugo ubiera? � wtr�ci� Tomek.� Przecie� ona robi wszystko wolniej ni� my. Wolniej si� ubiera i w og�le...
Powi�d� wzrokiem po naszych twarzach, jakby si� chcia� upewni�, czy my�limy tak samo.
Przyznali�my mu racj�. Stali�my w niewielkiej gromadce na szkolnym boisku i wpatrywali�my si� w drzwi szko�y. Lada chwila powinna si� w nich pokaza� Ania. Czekali�my na ni� od dziesi�ciu minut, ale gdyby nas kto� spyta�, dlaczego czekamy, nie wiedzieliby�my, co odpowiedzie�. Mo�e chcieli�my j� jeszcze raz zobaczy�, jeszcze raz z daleka na ni� popatrze� ?
Bo Ania... Ania jest inna ni� my. Kiedy� by�a taka jak my, chodzi�a z nami do jednej klasy, by�a weso�a, dokazywa�a jak ch�opak. Potem zachorowa�a na chorob� Heinego-Me-dina. Przez wiele miesi�cy przebywa�a w szpitalu i w sanatorium. Od czasu do czasu pisywa�a do nas listy, my�my jej odpisywali i powoli tracili�my nadziej�, �e Ania kiedykolwiek do nas wr�ci. I oto dzi� Ania znowu zjawi�a si� w szkole. Ale to ju� nie jest tamta Ania...
51
� Oka�cie jej du�o serca � powiedzia�a przed lekcjami pani � Ona tego bardzo potrzebuje.
Przyrzekli�my pani, �e oka�emy Ani du�o serca, ale gdy Ania wesz�a do klasy, zapomnieli�my o sercu i o wszystkim. Zaniem�wili�my z wra�enia. Nigdy nie przypuszczali�my, �e Ania b�dzie w�a�nie taka. Gapili�my si� na ni� przez wszystkie lekcje, obserwowali�my ka�dy jej ruch, czuli�my si� jak na przedstawieniu, w kt�rym wyst�powa� jeden tylko aktor �Ania. Pani denerwowa�a si�, chcia�a temu jako� zaradzi�, ale pierwszy raz by�a bezsilna.
A Ania? Ania chyba si� cieszy�a, �e do nas wraca. Nawet si� u�miechn�a, gdy wesz�a do klasy. Ale jak zobaczy�a nasze miny, nasze szeroko otwarte oczy, zaraz zgas�a. Siad�a w �awce, do kt�rej j� pani zaprowadzi�a, i udawa�a, ze nas nie poznaje, �e w og�le nas nie dostrzega. Nawet w czasie przerw nie opuszcza�a �awki. Tak przesz�y lekcje.
Po lekcjach cz�� klasy posz�a do domu, a cz�� zosta�a przed szko��, �eby na Ani� jeszcze raz popatrze�, �eby zobaczy�, jak p�jdzie.
� Licz� do dwudziestu � powiedzia�a Krysia.�Je�li ona w tym czasie nie wyjdzie, id� do domu. Mam dosy�
tego czekania.
Doliczy�a do o�miu, gdy ze szko�y wypad� Stach Barto-
sik z pi�tej B i zawo�a�:
� Czekacie na t�, co wr�ci�a z sanatorium ? Zaraz wyjdzie,
min��em j� na schodach.
� Nareszcie! � odetchn�a Krysia i przerwa�a liczenie. W nieca�� minut� p�niej w drzwiach ukaza�a si� Ania.
Zauwa�y�a nas. Zatrzyma�a si� w progu, zrobi�a nawet taki ruch jakby si� chcia�a cofn��, potem jednak zacz�a i�� w naszym kierunku. Ale jak sz�a... Wykonywa�a jakie� dzi-
52
waczne ruchy g�ow�, r�kami i nogami. Wida� by�o, �e ka�dy krok kosztuje j� wiele wysi�ku, �e od nowa uczy si� chodzi�. Powoli zbli�a�a si� do nas, ale zdawa�o si�, �e nas nie dostrzega. Patrza�a gdzie� daleko przed siebie. Potem min�a nas, kieruj�c si� w stron� bramy, a my tkwili�my w miejscu jak ko�ki � nieruchomo i bez s�owa. Dopiero gdy Ania znalaz�a si� na ulicy, odezwa�a si� Krysia.
� Nawet na nas nie spojrza�a � powiedzia�a z pretensj� w g�osie.
Tomek Bielecki popatrzy� na ni� ze z�o�ci�.
� Ale� ty g�upia, Krycha!�rzek�. � Ale� ty beznadziejnie g�upia! � I nieco ciszej dorzuci�: � Wszyscy jeste�my g�upi!
ZWYCI�ZCA
Niedzielne popo�udnie sp�dzi�em na szermierczych zawodach. Szermierk� si� specjalnie nie interesuj�, ale jak nie i�� na zawody, gdy bierze w nich udzia� Micha� Kujawa, brat naszego klasowego kolegi � Szymka? Nie tylko bierze udzia�, ale walczy o mistrzowski tytu�! Trzeba i��. Honorowy obowi�zek.
Poszli�my wi�c spor� gromad� i zaj�li�my miejsca w pobli�u planszy. Szymek w �rodku, z trzema go�dzikami w r�ce, a my obok niego. Nie b�d� opisywa� ca�ego spotkania, bo nie wszystkich to interesuje, ale opowiem o jego najbardziej denerwuj�cej cz�ci i o tym, co nast�pi�o p�niej. Bo to jest najwa�niejsze.
A wi�c nadszed� decyduj�cy moment zawod�w. Na planszy stali naprzeciw siebie Micha� Kujawa i jego przeciwnik, m�ody ch�opak z dalekiego miasta. Wynik pojedynku 4 : 3. Prowadzi� Micha�. Do zwyci�stwa brakowa�o mu jednego punktu. Tylko jednego. Czy go zdob�dz