14781
Szczegóły |
Tytuł |
14781 |
Rozszerzenie: |
PDF |
Jesteś autorem/wydawcą tego dokumentu/książki i zauważyłeś że ktoś wgrał ją bez Twojej zgody? Nie życzysz sobie, aby podgląd był dostępny w naszym serwisie? Napisz na adres
[email protected] a my odpowiemy na skargę i usuniemy zabroniony dokument w ciągu 24 godzin.
14781 PDF - Pobierz:
Pobierz PDF
Zobacz podgląd pliku o nazwie 14781 PDF poniżej lub pobierz go na swoje urządzenie za darmo bez rejestracji. Możesz również pozostać na naszej stronie i czytać dokument online bez limitów.
14781 - podejrzyj 20 pierwszych stron:
Drielfi
Anna Prus
Część pierwsza
PROLOG
Młoda dziewczyna siedziała w oknie i patrzyła na opadające liście. Były
takie kolorowe... Jesień była w pełni. Najprawdziwsza złota, polska jesień.
Nie potrafiła, mimo urokliwego widoku, spędzić z ust smutku. No tak... Miał
zadzwonić... Uśmiechnęła się. Powtarzała klasyczny przypadek utraconej miłości
wakacyjnej. Co mogła na to poradzić? Był inny. Miał pasję. Był żeglarzem. W jej
wieku. Kiedy się rozstali, nawet nie mieli swoich telefonów. Potem, miesiąc
póĽniej, cudem się spotkali i wymienili telefony. I na tym się skończyło.
A teraz, po tygodniu od spotkania zmuszała się do wyrzucenia go z pamięci. A
to nie było proste.
Na imię było jej Ania.
***
Rozdział 1
Ania wpadła po szkole do domu i natychmiast zrobiła sobie herbatę w swoim
ulubionym białym kubku z serduszkiem. Kiedy tylko woda się zagotowała, wrzuciła
torebkę do kubka. Potem pobiegła do swojego pokoju i przebrała się. Ależ dziś
było zimno! Wsunęła na siebie powyciągany sweter i drugie skarpetki. Zeszła do
kuchni i wypiła gorącą, mocną herbatę. Napój rozgrzał ją. Zrodziło się w niej
postanowienie, które, zważając na to, że była wielką domatorką, zdawało się co
najmniej dziwne.
"Pójdę na spacer" - pomyślała, choć było 10 stopni i zaczynało kropić.
Prędko założyła kurtkę, buty i rękawiczki. Wyszła zamykając drzwi na klucz.
Niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurami, z których siąpił leciutki
kapuśniaczek. Zimny wiatr dął i przejmował do szpiku kości. Drzewa uginały się
pod jego podmuchami, gubiąc pożółkłe liście. Mimo to, krajobraz dawał wrażenie
dziwnego spokoju i tego, że coś się kończy i ulatuje. Jak liść.
Ania pobiegła nad Wisłę i przechadzała się jej brzegiem. ¦piewała sobie pod
nosem i przypominała wydarzenia z obozu żeglarskiego. No tak, wspomnienia znów
ożyły. ¦piewała coraz głośniej i głośniej. Sprawiało jej to wielką przyjemność i
tylko tu, na odludziu, mogła śpiewać w spokoju, nie bojąc się niczyjej krytyki.
Choć, przyznać musiała, nie była wielkim talentem w tej dziedzinie.
Przeszła już kawał drogi, kiedy doszła do osiedli ogródków działkowych, co
oznaczało, że najwyższa pora wracać. Wszystko było opuszczone i smutne. A może
raczej melancholijne, a nie smutne. Ania często zastanawiała się, dlaczego
ludzie tu, na terenie zalewowym Wisły stawiali domy. Dziwne. Czasem nawet na
wał, jak nazywano w skrócie wał przeciwpowodziowy, wychodziły kozy. Kozy! W
centrum Warszawy! Ludzie uprawiali tu również kapustę, marchewkę, jabłka i
pomidory. Ale najpiękniejsze były kwiaty. Dzikie, niezadbane róże, nagietki,
niecierpki, lwie paszczki i inne kwitnące wczesną jesienią.
Ania zauważyła rosnące poza ogrodzeniem ładne, delikatne, różowe, fioletowe
i żółte kwiatki. Nie zastanawiając się, zrobiła z nich bukiet. Nagle aż
podskoczyła. W trawie leżał piękny, srebrny diadem. Był chyba upuszczony
stosunkowo niedawno, bo lśnił w promieniach zachodzącego słońca i nie był ani
trochę brudny, czy naznaczony zębem czasu. Podniosła go zafascynowana.
- Jaki piękny... - oniemiała z zachwytu, kiedy odkryła, że w jednym miejscu
tkwił błyszczący diament. A może kryształ lub zwykła cyrkonia. To nie było
ważne. Co najdziwniejsze zdawał się emanować własnym, zielonkawym światłem. Ania
włożyła go na głowę i poczuła jakieś cudowne ciepło i spokój rozpływające się po
całym ciele. Nagle usłyszała znikąd cichutki, dĽwięczny śpiew i dwa słowa -
"elli Drielfi". Głos zdawał się tętnić z ziemi, z powietrza, z kwiatów. Kiedy
się odwróciła, nikogo nie zauważyła.
Deszcz przestał padać. Pytania, dziesiątki pytań aż rozsadzały jej głowę.
Jakim cudem ona go znalazła? Srebrny diadem w trawie? Wśród opustoszałych,
biednych ogródków działkowych? Kogo było stać na posiadanie takiego klejnotu? I
skąd dochodził ten głos?
- Elli Drielfi - powiedziała. - Jakie to piękne. Brzmi jak muzyka. - i
roześmiała się zupełnie bez powodu. Troski odeszły jak nożem uciął. Choć na
chwilę zapomniała o swoim Żeglarzu.
Spojrzała na zegarek. No tak. Nie było jej już półtorej godziny. Czas
najwyższy wracać. Schowała diadem troskliwie do wewnętrznej kieszeni kurtki.
Wolała, żeby nikt go nie zauważył. Tak na wszelki wypadek. Wcale nie chciała go
stracić ani nikomu oddawać. Poczuła już, że jest jej własnością.
Kiedy zobaczyła szybko gromadzące się czarne chmury domyśliła się prędko, że
idzie burza.
Dosłownie w jednej chwili pociemniało. Powiało z taką siłą, że aż odskoczyła
do tyłu. Deszcz lunął z potworną siłą. Pierwszy grzmot zagłuszył szum ulewy.
Ania biegła przed siebie, byleby tylko dotrzeć do domu. Było strasznie zimno
i w ogóle nie czuła już dłoni ani palców u stóp.
Wkrótce zaczął padać grad wielkości groszku siekący w twarz. Nie sposób było
iść.
Ania przystanęła na chwilę. Musiała przykucnąć, żeby wiatr jej nie
przewrócił. Tymczasem gradowe kule osiągnęły rozmiar kurzych jaj. Każda kula po
uderzeniu sprawiała ból, jakby ktoś cisnął kamieniem.
A najgorsze było to, że zupełnie nie miała się gdzie schować. Pochyliła się,
rękami chroniąc głowę i z desperackim wysiłkiem znów zaczęła biec. Niewiele
widziała. Po jakimś czasie znalazła ścieżkę prowadzącą do jej osiedla. Pobiegła
jeszcze szybciej. Już była pod domem, już wyciągnęła rękę, żeby zadzwonić drzwi,
kiedy gradowa kula uderzyła ją w głowę. Zatoczyła się, przed oczami jej
pociemniało. Nikt nie otwierał. Z wielkim wysiłkiem wyciągnęła z kieszeni klucze
i otworzyła drzwi. Z ulgą skoczyła do środka i usiadła na ławce w przedpokoju.
Była zupełnie przemoczona i zziębnięta. Przymknęła oczy i straciła przytomność.
Po jakichś pięciu minutach ocknęła się. Kiedy przypomniała sobie, co się
stało, wstała i poszła do łazienki. Napuściła do wanny gorącej wody i zupełnie
skołowaciała zeszła do kuchni zaparzyć kolejną herbatę.
Trzymając parujący kubek w ręku wróciła do łazienki. Zrzuciła z siebie mokre
ubranie, co nie było wcale proste i weszła do wanny. Zakręciło jej się w głowie
i znów straciła przytomność.
Obudziła się, gdy usłyszała dzwonek telefonu. Opatuliła się ręcznikiem i
podeszła do aparatu.
- Halo?
- Cześć Aniu, to ja.
- Cześć mamo. Burza cię zatrzymała?
- Tak kochanie. Jesteśmy z Madzią u cioci Asi. Jeszcze leje i wali grad,
więc nie wiem, czy nie przenocujemy. Poradzisz sobie kotku?
- Muszę mamo! Ale wiesz co?
- Coś się stało? - mama wyczuła niepokój w jej głosie.
- Nic, tylko dostałam tym gradem w łeb i straciłam przytomność. Ale tylko na
chwilę.
- Matko boska, Aniu! No... A ja nie mogę do ciebie przyjechać! Zadzwonię do
sąsiadów, żeby się tobą zaopiekowali i przyjadę jak najszybciej. Jak tylko ten
grad zelżeje to od razu przyjedziemy. Boże!
- Mamo! Już wszystko dobrze! Czuję się świetnie i wszystko jest okey!
Spokojnie! Nic się nie martw - roześmiała się.
- No dobrze. Odgrzałaś sobie zupę?
- Tak mamo. Papa.
- No pa. Będę najszybciej jak się da.
- Cześć - rozłączyła się.
Dopiero teraz Ania poczuła jaka jest głodna. Postawiła zupę na gaz, wyżęła i
rozwiesiła mokre ubrania, spuściła wodę z wanny i zaparzyła nową herbatę. Zaraz
też zupa była gotowa. Zjadła ją z apetytem. Połknęła aspirynę i postanowiła
pójść spać.
Wtem przypomniała sobie o diademie. Poszła do przedpokoju i z kieszeni
mokrej kurtki wyjęła lśniący klejnot. Był nieziemsko piękny. ¦wiecił zielonkawym
światłem. Włożyła go na głowę. Cała senność z niej uleciała. Głowa też przestała
ją boleć. Jak na skrzydłach poleciała do swojego pokoju. Zaczęła przymierzać
sukienki. Wybrała białą, prostą, i długą. Przejrzała się.
"Ależ ja pięknie wyglądam" - powiedziała sobie. A rzeczywiście wyglądała
bosko. Rozpuściła długie, pofalowane kasztanowe włosy, w których diadem lśnił
srebrzyście. Zdjęła okulary. Jej niesamowite, lekko skośne niebieskie oczy z
żółtymi środeczkami błyszczały w podnieceniu.
- Elli Drielfi! - usłyszała za sobą głos, a w lustrze ujrzała piękną, smukłą
i śniadą kobietę o szpiczastych końcach uszu. Uśmiechała się do niej przyjaĽnie,
a zarazem tajemniczo.
Ania tak się przestraszyła, że aż podskoczyła.
- Nie bój się. Jestem Gaija. A ty jesteś Drielfi. To twoje imię.
- Mam na imię Ania. - odparła sucho.
- Eh... - westchnęła przybyszka. PrzejdĽmy może do Kinifijjelâr. Pójdziesz
ze mną?
- Tak. - Ania nabrała do Gaiji zaufania. Zupełnie nagle i kompletnie
irracjonalnie. Być może dlatego, że Gaija mówiła pięknym językiem, który
przypominał śpiew. Był bardzo dĽwięczny, melodyczny i radosny. Od razu go
pokochała i dziwiła się sobie, że go rozumie. A być może nie.
- Zamknij oczy. - Ania zamknęła je i usłyszała jakiś szum. Czuła, że leci w
jakiejś dusznej, nieokreślonej ciemności. Wszystko trwało krótką chwilkę.
- Możesz już otworzyć.
To, co zobaczyła było przepiękne. Na niewielkiej polance, porośniętej
miękką, pachnącą trawą, wrzosem i kępkami jagód, stały dwie drewniane ławki i
stół. Na stole paliła się niebieska, wysoka świeca, stała butelka, dwa kieliszki
i talerz z owocami.
Dziwiła się sobie, dlaczego się zgodziła pójść nie wiadomo gdzie z nie
wiadomo kim.
Polana była z trzech stron obrośnięta gajem brzozowym, natomiast z czwartej
strony, opadała stromo tworząc klif nad spokojnym morzem.
Słońce już chyliło się ku zachodowi, przeświecając przez jesienne liście.
Zaiste było pięknie.
Gdzieś w oddali słychać było radosny śpiew i dĽwięk lutni.
- UsiądĽ proszę. - powiedziała Gaija.
Ania usiadła na ławce.
- Jak zapewne się domyślasz, jestem elfem. Znajdujemy się w Kinifijjelâr,
pięknym lesie elfów, położonym na wschód od Jeziora Długiego. Drielfi, bo tak
brzmi twoje imię w naszej mowie, oznacza "Dziecię Elfów". Sprowadziłam cię tu,
bo najstarsze przepowiednie mówią, że ten, kto znajdzie Diadem Fitherin, ten
zazna życia Gdzie Indziej. Jesteś Flecistką. Umiesz grać na flecie poprzecznym,
tak?
- Tak.
- Ijnefri Fitherin, tak zwą legendy Flecistkę z Wygnania, to też twoje imię.
Ale to nie jest ważne.
Koniec świata na twojej ziemi zbliża się. Za niecały rok, na początku lata,
ziemia ludzi rozpadnie się i nie będzie istnieć. Zabraliśmy cię z niej, byś żyła
pośród nas. Życie nasze powinno ci się spodobać. Kochamy tańczyć, śpiewać i
śmiać się.
- Czy ja już tu zostanę na zawsze? - zapytała Ania z nadzieją, bo wydawało
jej się, że najskrytsze marzenia się spełniają. Marzyło o życiu w krainie, gdzie
nie ma ludzi. Gdzie w lesie żyją mówiące zwierzęta. Gdzie się chodzi w
powłóczystych sukniach i jeĽdzi konno. Gdzie się śpiewa i tańczy. Gdzie istnieje
prawdziwa miłość.
Pokochała to miejsce, tak jak wkrótce miała pokochać wszystko co tu się
znajduje.
- Jak chcesz, Drielfi. Wybór należy do ciebie.
***
Rozdział 2
Ania nie myślała długo. Od razu się zgodziła. Jakoś zapomniała nagle o
swojej rodzinie, bliskich, przyjaciołach. Tylko wspomnienie Żeglarza gdzieś tam
się kołatało.
- Chcę, chcę tu zostać! - zakrzyknęła radośnie.
- To dobrze. Napij się teraz. - Gaija nalała do kieliszków żółtawego płynu.
Ani uniosła do ust kielich. Poczuła zapach jabłek i cynamonu. Spróbowała.
Był to gazowany napój o wspaniałym smaku. Rozgrzewał ciało i rozjaśniał umysł.
- Wspaniałe, wspaniałe - powiedziała Drielfi, - bo tak od teraz będziemy
nazywać Anię - którą ten alkohol ośmielił. - można jeszcze?
- Widzę, że nasz elfi cydr przypadł ci do gustu. - odpowiedziała Gaija ze
śmiechem. - ale nie dostaniesz już ani kropelki więcej. Czas na przemiany.
Z tymi słowami elfka powstała, wzięła Anię za rękę i skierowała głowę w
kierunku gwiazd na firmamencie. Zaczęła mówić w jakimś dziwnym języku. Jej
monolog był długi, a Drielfi nawet nie śmiała się odezwać.
- Już. - rzekła niespodziewanie. Spójrz na mnie. Twoje oczy nie widzą
dobrze. - zdjęła dziewczynie okulary. Ostrożnie położyła rękę na jej powiekach.
- Spójrz teraz.
- Och, dziękuję! Dziękuję bardzo! - widziała wszystko ostro, nawet lepiej
niż przez okulary, a świat wydawał się jej jeszcze piękniejszy niż kiedykolwiek.
Teraz Gaija ujęła uszy Drielfi.
- Teraz słuchaj.
Drielfi aż zachłysnęła się z wrażenia. Usłyszała wszystkie dĽwięki
wyraĽniej. W dodatku wydawały się jej bardziej nasycone i pełne głębi niż
kiedykolwiek. A elfi język wydał jej się jeszcze piękniejszy.
- A teraz ostatnia przemiana - dotknęła jej stóp i dłoni. - Musisz stąpać
cicho i wprawnie wspinać się po drzewach.
- Dziękuję, to było cudowne. - Drielfi podskoczyła i zawirowała. Upadła
miękko. Wprost bezszelestnie.
- Mogę ci dać jeszcze dwie rzeczy, które sama sobie wybierzesz.
- Nie śmiem prosić.
- Ależ wybierz sobie - widząc zdumienie w oczach dziewczyny dodała - może to
być jakaś umiejętność, walor urody... Możesz zmienić kolor włosów, czego ci
stanowczo odradzam...
- Dlaczego?
- PóĽniej się dowiesz. - uśmiechnęła się szelmowsko - Aha. No i kolor
oczu... Możesz stać się wyższa...
- Czy mogę się chwilę zastanowić?
- Oczywiście.
Drielfi namyślała się.
"Chyba nie ma nic z urody co mogłabym zmienić. Nie jestem piękna, troszkę za
gruba..." - spojrzała na swój nieco za duży brzuch i ze zdziwieniem zauważyła,
że wcale nie wystaje, a figura jest wprost idealna - " Aha, no to problem urody
odpada. Co bym chciała umieć? Strzelać z łuku? Nauczę się. Już wiem. Chciałabym
móc czytać w myślach. Ale wolałabym nie wiedzieć niektórych rzeczy... O! Mam!
Chciałabym intuicyjnie czuć zamiary przeciwnika. Przyda się w walce. I co
jeszcze? Chciałabym pięknie śpiewać. Bardzo pięknie."
- Oczywiście - Gaija czytała w myślach. - spełnię twe życzenia. Wybór jest
dobry. Tylko powiedz mi, jaki głos chciałabyś mieć.
- Sopran, w wysokich rejestrach i ciepły alt w niskich. I możesz nie usuwać
mojej chrypki. - już dawno sobie taki wymarzyła.
- To się da zrobić. PodejdĽ tu.
Tym razem Gaija zmieniła taktykę "czarowania". Zaśpiewała tylko pieśń w
jakimś nieznanym Drielfi języku.
K'Ijnefri Fitherin ki'ello dri
Asselle detheres manth mene
Imbisi dernieri herref de di
Kaldeli merendi di llene
- Już? - spytała zdziwiona Drielfi.
- Najmocniejsze czary leżą w słowach, Ijnefri, pamiętaj.
Drielfi ufnie podniosła błyszczące oczy.
- Dziękuję, Gaija.
Elfka uśmiechnęła się.
- Nie ma za co. Stare przepowiednie mówiły, że przyjdziesz. - Drielfi nie
bardzo wiedziała o co chodzi, ale wolała nie pytać. - No, to idĽ już.
- Dokąd?
- IdĽ do elfów, chyba je słyszysz. - śpiewy ucichły, zastąpione salwą
perlistego damskiego śmiechu. - Ach! Byłabym zapomniała! Pamiętaj, masz na imię
Drielfi. I tylko Drielfi. Przyjdzie czas, kiedy świat się dowie, że przyszła
Flecistka. Ale nie teraz. Nie teraz. IdĽ już i zapomnij o przeszłości!
Zapomnij... - pstryknęła palcami i wymazała jej przeszłość z głowy.
Drielfi odwróciła się i pobiegła w kierunku miejsca, z którego dobiegały
śmiechy. Zdziwiła się, że w ogóle się nie męczyła. Biegła przez wrzosowiska
zalane poświatą księżyca i milionów gwiazd.
Niewiele czasu minęło, kiedy wreszcie dotarła do lasu. Powoli, bezszelestnie
stąpała po liściach i pachnącym mchu. To, co zobaczyła, aż zaparło jej dech w
piersiach. Przy trzech ogniskach ustawione były ławy, na których siedziały,
pijąc coś, elfy. Dużo elfów. ¦miały się. I były niesamowicie, wprost niemożliwie
piękne. Wysmukłe elfki o bujnych, długich, prostych lub kręconych włosach,
śniade, lub blade. Elfowie byli dobrze zbudowani, i mieli długie, rozpuszczone
swobodnie na ramiona włosy lub krótkie, niesforne fryzurki.
Najwspanialsza zaś z tego wszystkiego była muzyka. Piękne dĽwięki lutni,
harf, skoczne skrzypiec i dzikie fletni. Wszystko spajało się w jakąś wspaniałą
całość. Do tego jeszcze ich ptasie trele... Wspaniałe głosy.
Zielone, niebieskie i srebrne latarenki były porozwieszane na drzewach i
poustawiane na stołach.
Drielfi weszła na polankę trochę niepewnie.
- Witajcie, elfy. - wszystkie spojrzenia skierowały się na nią. Muzyka
ucichła. Zza krzaków wyskoczyli łucznicy z napiętymi długimi łukami. Wszystkie
elfy jak jeden mąż, zmrużyły nieznacznie oczy.
Elf o długich, czarnych jak kruk włosach zaplecionych w warkocze i
zielono-żółtych, dziwnie ciepłych oczach wstał od stołu. Przybrał srogą minę.
- PodejdĽ tu. - wielce się zdziwił, kiedy się okazało, że przybyszka nie ma
bagażu ani broni. - Jak masz na imię?
- Drielfi - odpowiedziała spoglądając elfu prosto w oczy. Dostrzegła w nich
przelotny błysk.
- Zbliż się do ognia. - potulnie wykonała zadanie.
Elf bacznie obejrzał jej twarz. Zajrzał w oczy, zdając się przenikać je do
dna, obejrzał zmierzwione wiatrem włosy. Dotknął błyszczący diadem.
- Fitherin. - uśmiechnął się. - a teraz śpiewaj.
Drielfi pogratulowała sobie w myślach, że wybrała dar pięknego głosu.
Obejrzała wpatrzone w nią teraz elfie twarze, oschłe i poważne. Tylko jedna
osoba się do niej uśmiechała jawnie. Młody chłopak o rudoblond włosach, buzi w
piegach i orzechowych oczach. To dodało jej otuchy.
- Ale co? - spytała niepewnie.
- Co ci ślina na język przyniesie. - wzrok mu złagodniał.
Drielfi jęła śpiewać cudną pieśń. Sama nie wiedziała, co śpiewa i co znaczą
słowa.
K'Ijnefri Fitherin ki'ello dri
Aselle detheres...
- Wystarczy. - elf uśmiechnął się szeroko i przyjaĽnie. - Witaj Drielfi,
Dziecię Elfów. - Drielfi uśmiechnęła się również, najpiękniej jak tylko umiała.
- Ja mam na imię Alardi i jestem dowódcą naszej grupy.
- A ja Terrfj.- Orzechooki chłopak podał jej rękę. - Witaj.
Nagle muzyka wybuchła z dawnym wigorem, reszta stojących usiadła do stołów,
lub rzuciła się w dzikie pląsy. Drielfi stała niepewnie. Terrfj ujął ją za rękę
i zaprowadził do stołu. Nalał jakiegoś zielonkawego, musującego napoju do
kryształowego kieliszka i cudnie się uśmiechnął.
- Dobrze, że przyszłaś, czekaliśmy na ciebie. Jestem synem Alardiego.
¦licznie śpiewasz.
- Dzięki.
- Nie dziw się, że wszyscy na ciebie patrzą. Masz brązowe włosy. Jak grzywa
Wielkiego Lwa. - rzeczywiście, wśród elfów były chyba wszystkie możliwe odcienie
włosów prócz brązowego - białe, jasnoblond, ciemnoblond, złote, rude, zielone,
niebieskie i kruczoczarne. Jednak spojrzenia były przyjazne.
- To fenomen?
- Owszem. Kolor wybranych.
Na chwilę zapadła cisza i Drielfi wsłuchała się w słodką muzykę.
- Terrfj?
- Tak?
- Masz dziwne imię. Brzmi jak... Jak jeden, czysty dĽwięk.
- Spróbuj je wymówić inaczej, jakbyś śpiewała. Taki już nasz język.
- Terrfj.
- ¦wietnie.
- Powiedz mi, gdzie ja jestem, co ja tu robię? I kim wy jesteście i po co? -
oczy jej zaiskrzyły. Już dawno chciała to wiedzieć.
- Jesteś w Lerii, jednej z krain Wielkiego Księżyca. Przybyłaś z lasu, jako
Córka Elfów. A my? Jesteśmy elfami i właśnie ucztujemy i wędrujemy, póki jesień
na świecie. A po co? Dla przyjemności czystej.
- Głupio pytam. - spuściła wzrok.
- Nie. Ty nic nie wiesz. Ale dowiesz się w zimie, kiedy wędrówki się
skończą. O, już żarcie gotowe. ChodĽ.
Drielfi poczuła jakiś spokój i bezpieczeństwo i zaśmiała się głośno i
beztrosko, a jej śmiech ginął w tłumie innych.
Elfy w wesołej wrzawie wyciągały z ognisk zawinięte w liście potrawy i
zdejmowały z rusztów mięso. Jak się potem okazało, to mięso spożywało się wraz z
pieczonymi jabłkami z goĽdzikami i kawałkami pomarańczy, które to właśnie były
zawinięte w liście.
Drielfi wciśnięto w rękę duży kawałek kory i nałożono nań ową specyficzną
potrawę. Nie śmiała jeść, dopóki inni nie zaczną. A kiedy tylko wszyscy usiedli
w spokoju, ze swoją porcją, wybuchnął gwar rozmów. Kilka elfów podeszło do niej
zaciekawionych.
- Witaj, mała. - powiedział czarnooki i zielonowłosy elf. Wyglądał jakoś
upiornie. Dwie młode elfki wyłoniły się zza jego pleców.
- Elli Drielfi.
- Elli - Drielfi zaryzykowała użycie dialektu elfów, na co odpowiedział
perlisty śmiech dwóch panienek. Usiadły obok niej i rzucały kose spojrzenia na
zielonowłosego.
- Ty, mała chyba niewiele wiesz. - zaczął zielonowłosy i zmrużył oczy - Po
pierwsze to ja nazywam się Zielonowłosy - Drielfi ledwo wstrzymała śmiech.
Pomyślała sobie "ale niespodzianka". - a to Lilia i Lederien, moje siostry.
- Dokąd idziemy? - spytała rzeczowo, przeżuwając kawałek mięsa i zagryzając
go gorącym jabłkiem.
- Jak to?
- No... chyba nie wędrujemy bez celu?
- Prawda. Zmierzamy do Merrem, Miasta Krasnoludów.
- Po co?
- Jak to po co? Ach, no tak. Ty nic nie wiesz.
- Opowiemy ci o Merrem, Drielfi. To miłe miasto. - odezwała się jedna z
sióstr, o włosach równie zielonych, co Zielonowłosy i ułożonych w dwa koki,
jakby różki i zachichotała wraz z drugą. Nawet na ustach Zielonowłosego pojawiło
się coś na kształt uśmiechu.
- W Merrem... No więc w Merrem - siostry chichotały już jak najęte, a
Zielonooki spąsowiał.
- W Merrem mój braciszek miał małą wpadkę. Poszedł do haremu Doojeli i
spędził upojną noc z Keską! - zachichotała. - Nawet nie wiedział, jaki bubel mu
podsunęli. Ale była uciecha, jak Keska przyleciała do baru i zaczęła wrzeszczeć
"Elfy, elfy, koniec świata!". Przezabawne. Ach, a pamiętasz Dindiego, Lilia?
- Jakże mogłabym zapomnieć Dindiego! - elfki najwyraĽniej zapomniały o
swojej rozmówczyni i wraz z kilkoma innymi, które z okrzykiem: "Z Keską!"
dołączyły do dysputy, zaczęły szczebiotać.
Drielfi miała dość dziwną minę.
- Drielfi... - młoda ruda dziewczynka, która przysłuchiwała się całej
rozmowie i z trudem tłumiła śmiech, odezwała się nagle. - trafiłaś na najgorsze
plotkary w grupie. Szczęki im się nie zamykają. Ale to sympatyczne babeczki.
- Tak... A...
- Kto to są Kesi? - przerwała.
- Mhm.
- Ach, nic nie wiesz, kochana. - Drielfi potwierdziła skinieniem głowy i
powstrzymała szyderczy uśmieszek. Mała mówiła bardzo poważnym głosem. - więc na
całym Wielkim Księżycu jest mnóstwo, mnóstwo różnych istot. Ale jest kilka
głównych ras: elfy, Kesi, krasnoludy, niziołki, pernary, zjawy leśne i
Spodleńcy.
- Te nazwy nic mi nie mówią.
- Tensli, nie umiesz tłumaczyć - obruszył się niski, choć smukły blondynek o
anielskich oczkach i loczkach, który podsłuchiwał całą rozmowę. - Drielfi, -
dodał - dowiesz się o rasach spodlonych szczegółowiej potem. Ale określenie
zjawy leśne jest głupie i ogólne.
- WeĽ się zatkaj, Tini, ja tu jestem od myślenia.
- Tensli. Ostrzegam. Powiem ojcu. - Tensli oblała się rumieńcem. - No. I
bądĽ cicho. - Rudowłosa wstała obrażona i odeszła. - Jest głupiutka - zwrócił
się do Drielfi. - Ale wróćmy do rzeczy. Te zjawy leśne, co je Tensli wymieniła
to krasnale, driady, hamadriady, fauny, centaury, satyry i strzygi. Kojarzysz?
Widziałaś kiedyś którekolwiek z nich?
- Tam skąd pochodzę nikomu nawet się o nich nie śniło. Czytałam o nich w
książkach. Fauny to pół-koziołki pół-ludzie, a centaury to astronomowie i są od
pasa w dół końmi, a w górę ludĽmi. Tak?
- Nie wiem, co to znaczy "ludĽ". Ale te części, które należą, jak
powiedziałaś, do ludzi, to są części Kesów lub nas, elfów.
- Kesów?
- Kesowie są podobni do nas, niżsi, mają mniej szpiczaste uszy, duże i
zawsze zielone lub żółte oczy i takie jak my włosy. Odróżnić ich od nas można
najlepiej po głosie. Mają bardzo niskie i namiętne głosy. A głupi Zielonowłosy
się nic a nic nie zorientował.
- Ze puścił się z Keską?
- Bystra jesteś. I to jest takie śmieszne. Ze on się w ogóle nie
zorientował. No ale półelfy to niechciane dzieci. Z połączenia tych dwóch ras
wychodzą albo szpetni i obleśni Spodleńcy, albo przepiękne i przebiegłe
czarownice albo w ogóle nie wiadomo co. Ale to drugie rzadziej. Czarownice są
bardzo rzadkie. Mogą być i złe i dobre, a władają ogromną mocą, bo mają wiedzę
obydwu ras.
- Czarownice mogą być tylko półelfkami?
- Tylko.
- A są... Jacyś czarodzieje?
- Owszem. Wiesz skąd się biorą? Znikąd. Każdy elf może być czarodziejem. Ale
wtedy musi zamieszkać w Amon-erksi-k'il, co nie jest zbytnią przyjemnością.
Tini widząc zdziwienie na jej twarzy dodał po chwili:
- To twierdza wysoko w Górach Keenje. Samotna, z surową dyscypliną. Raz na
rok poddają cię kolejnym próbom. Coraz gorszym. Prawdziwi czarodzieje są
straszni. Mają czerwone oczy żmii, zacięte usta i czerwone, długie włosy. W ręku
zawsze trzymają zakrzywioną, magiczną laskę. Brr... Ja widziałem kiedyś jednego
i powiadam: nie było to miłe spotkanie.
- A reszta ras? Nic o nich nie wiem... - strapiła się.
- Drielfi... - wtrącił się nagle Terrfj, który pojawił się znikąd. Drielfi
zauważyła, że elfy mają jakieś przedziwne zdolności pojawiania się i znikania
oraz podsłuchiwania wszelkich rozmów.
- Skądś się tu wziął? - zapytała gniewnie. - Wszyscy zjawiacie się i
znikacie w najmniej spodziewanych momentach. O! A ten Tini już gdzieś wsiąkł, -
zmarszczyła brwi w bezsilnej złości - i ty znikasz...
- Nie złość się, bo ci nie do twarzy. No i złość piękności szkodzi.
- Nieprawda! - syknęła jakaś śniada elfka i zniknęła z pola widzenia.
- No widzisz! - Drielfi zacisnęła pięści. Terrfj zaśmiał się jeszcze
głośniej.
- Dobrze, już dobrze! Uśmiechnij się. Z czasem się przyzwyczaisz. -
Dziewczyna ściągnęła usta w wąską linijkę. - Te małe paple gadają i gadają.
Namąciły ci w głowie. Twoja nauka musi iść stopniowo. IdĽ spać, jutro opowiem ci
o Merrem i krasnoludach - widząc pytające spojrzenie dodał - i o Dindim. Połóż
się.
Poszli razem w kierunku skraju polany na którym świeciły dające słabe
światło, niebieskie latarenki. Tam też na hamakach pozaczepianych o drzewa, oraz
na posłaniach na gałęziach leżała już mała grupka elfów i kilkoro małych dzieci.
Drielfi od razu odurzył przyjemny zapach żywicy, mchu i igliwia bijący z lasu.
Że też go wcześniej nie poczuła.
- Połóż się tu - wskazał na jedno z wielu posłań na hamakach, umieszczone
jakieś trzy metry nad ziemią. - i śpij. Chyba, że nie jesteś zmęczona.
Drielfi opanowała kolejną falę gniewu i zmusiła się do łagodnego tonu.
- Dlaczego mi rozkazujesz? Nie podoba mi się to. - oczy Terrfja posmutniały
i Drielfi pożałowała tego co powiedziała.
- Płynie w tobie gorąca krew. Ale nie unoś się honorem. My robimy tu
wszystko dla ciebie. Nie złość się. Miałaś dziś ciężki dzień i oboje o tym
wiemy. Uwierz mi, jesteś zmęczona. - uśmiechnął się, ale jego oczy jakby lekko
pociemniały.
- Przepraszam - szepnęła cicho i nieśmiało. - Ja... już chyba nie myślę.
- Cieszę się, że umiesz się przyznać do błędu. ¦pij kochanie, śpij. -
pocałował ją w czoło. Drielfi przymknęła oczy, a gdy je otworzyła, już Terrfja
nie było. Położyła się więc na swoim posłaniu z mchu, które okazało się bardzo
miękkie i wygodne, przykryła się cienką puchową kołdrą i zasnęła od razu.
***
Rozdział 3
- ¦wieć księżycu na polanę, ja w jego sercu już zostanę, a jak on mnie nie
kocha, to trudno. ¦wieć słoneczko na stare drzewa, ja mu już nigdy nie
zaśpiewam, trudno...
Drielfi otworzyła oczy i przeciągnęła się. Obok niej smagła elfka, chyba
nawet ta sama, co wczoraj stwierdziła, że złość piękności nie szkodzi, nuciła
smętną piosenkę, pakując jakieś damskie fatałaszki do podwójnego worka.
- Ang Terill! - zaklęła.
- Słucham? - spytała zaintrygowana Drielfi. - Po jakiemu ty właściwie
mówisz?
- Widzę, że wreszcie wstałaś, frelli, czas się pakować.
- Co wcześniej powiedziałaś? Jaka frelli? - zmarszczyła brwi.
- Drielfi, kochanie, to co powiedziałam, ocenzurujmy. A frelli? To znaczy
kwiat. W języku elfów znad Morza Sekisso.
- Ach tak, no przecież. - zakpiła Drielfi. - Ja nic nie wiem. - dodała po
chwili wbijając wzrok w elfkę.
- Raczej niewiele wiesz, ale nie od razu, że nic... Jestem z tamtych stron.
Urodziłam się w Przystani Fali. Wiesz co? Ja ci skombinuję mapę, to się będziesz
orientować w terenie.
Elfka odbiegła, a każdy jej krok był jedną wielką gracją, co zresztą było
cechą tej rasy.
Drielfi obserwowała ją. Podbiegała do różnych współplemieńców, zajętych
krzątaniem się wokół noworozpalonego ogniska lub pakowaniem swoich rzeczy do
szarych, zamszowych worków, identycznych jak ten, który miała elfka, i pytała o
coś. Ci w odpowiedzi wskazywali jej coś, a ona odbiegała. W końcu zupełnie
zniknęła z oczu. Drielfi więc jęła obserwować elfy. Kilku z nich zbierało
chrust, uwalając go na sporą już kupę obok ogniska, inni siedzieli przy ogniu,
ustawiali ruszty, grzebali w żarze, sprawdzając czy jest już dostatecznie
rozpalony i wrzucali jakieś jedzenie do garnków. Dzieciaki biegały i krzyczały.
Cała reszta pakowała się sprawnie, podśpiewując. Jakaś dziewczyna podbiegła do
wykrotu w drzewie, wsadziła do środka płonącą pochodnię. Po chwili wyjęła ją,
zawinęła trzymaną w ręku kołdrę w brązową tkaninę i wepchnęła ją do tegoż
wykrotu. Inne elfy szły jej śladem. Jedne dorzucały swoje kołdry do wykrotu,
reszta szukała innego miejsca.
Drielfi nagle wpadła na pomysł, by policzyć wszystkich. 1, 2, 5, 10, 40...
Poddała się. Kręcili się, wiercili, nie mogąc ani chwili ustać w miejscu.
- Zamiast się patrzeć, pakuj kołdrę i szukaj miejsca. - smagła elfka
pojawiła się swoim zwyczajem znikąd. - A to dla ciebie - podała jej kawałek
brązowej tkaniny, starą, pogiętą kartkę, dwie pary długich, obcisłych i czarnych
zamszowych spodni, białą, sznurowaną koszulę z kwiatowym ornamentem i wiśniowy
sweter-golf.
- Zmierz spodnie i powiedz, które lepsze. To jedyne spodnie jeĽdzieckie,
jakie mamy na zbyciu. Koszula i sweter są moje. Powinny pasować. No, dalej,
wciągaj te gacie!
Drielfi upchnęła z trudem kołdrę w mały, suchy wykrot tuż pod jej hamakiem.
Wstała, ściągnęła białą, już trochę przybrudzoną sukienkę, którą miała na sobie
od wczoraj i zakryła się wstydliwie rękami.
- A niech ci konar w łeb przypierniczy! Ciała się wstydzić! Myślisz, że ci
faceci nie mają nic lepszego do roboty, tylko gapić się na gołe koleżanki? Hehe,
jak chcą je oglądać, to nie tu, nie tu... - zachichotała. - No! Tych to na tyłek
nie wciągniesz, spróbuj te większe. Za luĽne? Karamva, trzeba sznurek dla
ciebie. O! Bluzka pasuje. A jak ci ładnie! Oddałabym ci ją, gdyby to nie była
moja ulubiona. Jaka ja jestem głupia! Finiviel, idiotko, masz sznurek w jukach.
- zaczęła grzebać w przepasntym worku, który okazał się jukami.
- Więc masz na imię Finiviel?
- A co, nie przedstawiłam ci się? Skleroza nie boli, karamva.
- Karamva! - ryknęła Drielfi chcąc sprawdzić, co się stanie.
- Co się stało? Nie przeklinaj, frelli.
- A nic. Wiąż mnie tym sznurem, bo śniadanie już czeka. - faktycznie,
zaczynało się robić tłoczno przy kucharzach doglądających rożna i wody gotującej
się w garach.
Finiviel sprawnie zawiązała supeł na sznurze oplatającym biodra Drielfi.
- No, już świetnie! - uśmiechnęła się i błysnęła czarnymi oczami - ChodĽmy.
Wszyscy usiedli dokoła ogniska i zaczęli spożywać śniadanie na które
składały się: kawałek króliczego mięsa, dwa pieczone ziemniaki, mandarynka i
kawałek ciasta o smaku naleśników.
Jadła zapamiętale, aż przymknęła oczy. Było pyszne.
Zdziwiła się wielce, kiedy gdy miała zamknięte oczy, poczuła coś, w środku.
Wiedziała.
- Terrfj! - odwróciła się, falując włosami.
Rzeczywiście szedł do niej. A ona to wyczuła. Wewnątrz.
- Poczułaś mnie? - spytał rozradowany.
- Aha. Nie wiem jak.
- Cudnie, Drielfi. Jedz kochana, jedz. - uśmiechnął się ślicznie, sięgając
po swoją porcję.
Drielfi znowu poczuła dziwny impuls. Alardi? Odwróciła się i zobaczyła
zielonożółte oczy zimno się w nią wpatrujące. Alardi uśmiechnął się i pozdrowił
ją ręką.
- Co się ze mną dzieje? - spytała, patrząc na znikające w zastraszającym
tempie jedzenie Terrfja. - to jakaś telepatia?
- Jakbyś zgadła. Im dłużej z nami przebywasz, tym szybciej stajesz się
elfem. Wkrótce jedyną rzeczą, jaką będzie można odróżnić cię od nas będzie to,
że nie masz zbyt szpiczastych uszu.
Gdy tylko Drielfi skończyła jeść i już chciała wstać, głos zabrał Alardi.
- W południe wyruszamy z tej polany i jedziemy bez przystanków do Merrem.
Musimy wrócić do Pałacu przed zimą.
Elfy zerwały się z ziemi i rozpierzchły we wszystkie strony jak ławica ryb.
Tylko niektóre nerwowo kończyły się pakować.
"Ciekawe gdzie mają te konie, skoro juki szykują" - pomyślała Drielfi.
Była trochę zdezorientowana. Terrfj chwycił ją za rękę i pociągnął w las.
Najpierw się dziwiła, a potem roześmiała tak głośno i radośnie, że las, drzewa,
wszystko, zdawało się śmiać do niej w odpowiedzi. Była taka szczęśliwa. Terrfj z
obłędnie ślicznym uśmiechem biegł szybko jak wiatr. ¦cigali się. Wypadli nagle
na polankę, na której stało około czterdziestu koni. Pięknych, wysokich, w
większości białych, ale były również siwki, kare, kasztanki, jeden jabłkowity i
jeden izabelowaty. Ale w niewielkiej liczbie. Kiedy Drielfi podbiegła bliżej,
dojrzała ich piękne, mądre i skośne oczy, wspaniałe, lśniące, długie grzywy,
smukłe sylwetki i połyskującą sierść. Były piękne i bardzo zadbane. Co dziwne,
ich nogi były niebywale długie, widno przystosowane do jazdy wierzchem i do
cwału. Skubały sobie w spokoju trawkę lub witały się z przybyłymi elfami.
- Witaj Terond. - zakrzyknął Terrfj i wtulił się w niebieską, mięciutką
grzywę białego rumaka.
- Cześć Terrfj - roześmiał się koń.
"Masz babo placek, gadający koń, karamva!" - pomyślała Drielfi.
Koń Terond zarżał radośnie.
- Gadam, gadam. I czytam w myślach. - Drielfi zmarszczyła brwi, ale widząc
rozbawione oczy konia, zaśmiała się szczerze.
- Tam - rumak wskazał kopytem kierunek - jest jezioro. IdĽcie się umyć.
Zaczekam.
- Jasne! - I pognali polanką we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, ujrzeli
spore jezioro. Rozdzielili się, rozebrali w krzaczkach, żeby jedno drugiego nie
widziało i wskoczyli z rozbryzgiem do jeziora. Woda była lodowata. Drielfi
zanurkowała. To co zobaczyła zaskoczyło ją niezmiernie. Pod wodą, która była
przejrzysta jak szkło, rosły śliczne wodorosty obsypane kwiatami i pływały
delfiny.
Nagle jeden podpłynął do Drielfi.
- Pobawimy się? - zapytał.
- Jasne! - odparła ochoczo - A jak masz na imię?
- Ijjillenijaarkissle.
- Że jak?
- Mów mi Isle. W skrócie. Jak ty masz na imię?
- Drielfi.
- Dziecię elfów? Interesujące.
- Wypłyńmy, bo się uduszę. Nie mam zamiaru schodzić z tego świata.
Wypłynęli i zauważyli, że nie są sami. Elfów było około dziesięciu. A
właściwie elfek. Finiviel podpłynęła do nich.
- Kłaniam się delfinku. - uśmiechnęła się. - Drielfi! - zwróciła się do niej
- następnym razem ostrzegaj, jak ci się zachce kąpać w towarzystwie tego młodego
łachudry! Ja tu się rozbieram, wchodzę do wody i widzę pływającego sobie
beztrosko Terrfja. Kazałam mu wypierniczać z tego jeziora, bo my, kobiety, mamy
pierwszeństwo w myciu. Spróbowałby nie wyjść! Nogi bym mu z tyłka wyrwała i
zawiązała na supełek, ot co! I jeszcze zaśmiał się bezczelnie! Ha! Co on sobie
myślał? A ty, wstydliwa, co, igraszek z chłopaczkiem chciałaś zasmakować?
- Finiviel! Ja wcale nie myślałam co robię. Chciałam do wody i tyle. A
Terrfj no... Się przypałętał. Mówię ci, biegliśmy razem i jezioro... Się...
Jakoś tak nagle zbliżyło... No co? - przerwała. Finiviel zanosiła się
spazmatycznym śmiechem, a Isle wydawał z siebie bliżej nieokreślone dĽwięki i
bił płetwami powierzchnię wody.
- Zanurkujmy lepiej! - zaproponował Isle uśmiechając się figlarnie i tłumiąc
sapnięcia.
Zanurkowali więc we trójkę, rozkoszując się zimną wodą. Pływali tuż przy
dnie, oglądając muszelki. Nurkowali, skakali i bawili się pysznie.
- Finiviel, słońce prawie w zenicie.
- Nie przesadzaj, mamy jeszcze ze trzy godzi... - nie dokończyła zdania, bo
płynęła już w kierunku brzegu stylem "topielec".
Trzeba tylko przyznać, że bardzo szybko dotarła do brzegu. Mimo wszystko.
Tam pogrzebała w jakimś karminowym woreczku i zawołała.
- Frelli!
- Już pędzę! - ale Drielfi nie mogła zrozumieć, dlaczego i ona płynie
"topielcem".
"Przesiąkam nimi", pomyślała i wyleciało jej to z pamięci raz na zawsze.
Wszak to, co robiła Finiviel, było o wiele bardziej interesujące. Z rzeczonego
worka wyciągała coraz to nowe flakoniki. W końcu wybrała pięć i resztę schowała.
- Tu masz mydło, tu wywar z kory dębu, a tu z rumianku, do mycia głowy, tu
balsam, tu perfumy. No myj się.
Drielfi wylała na rękę mydło. Było zieloniutkie i pachniało różą. Ciekawe,
co ma kolor do zapachu.
Namydliła się szybko, potem umyła włosy, nasmarowała się balsamem i
wyperfumowała.
- Czekam na polanie. PrzyjdĽ szybko. - i znikła.
Drielfi ubrała się i pognała na polanę. Konie były już osiodłane za
wyjątkiem dwóch, może trzech.
- Aineshkel. Mam na imię Aineshkel. Ty musisz być Drielfi. - piękna
jabłkowita klacz uśmiechnęła się.
- Witam. Cieszę się, że ktoś cię już osiodłał, bo ja, szczerze mówiąc, nie
mam o tym pojęcia.
- Wsiadaj, nie gadaj. Patrz, jadą już. Au! Następnym razem postaw nogę
najpierw w strzemionie, dobrze? Ruszamy.
Aineshkel wyrwała z kopyta i od razu przeszła w galop, by dogonić grupę.
Wszak i tak za chwilę się zatrzymała na skraju lasu.
- Ruszamy. Kierujemy się na El. - Alardi spiął ostrogami białego, łaciatego
("jak krowa" - pomyślała Drielfi. "dzięki" - odpowiedział koń) wierzchowca.
Podjechał do Drielfi.
- To chyba twoje?
- Tak. Dziękuję. - wzięła z ręki Alardiego stary pergamin, który zostawiła
na hamaku.
- Obejrzyj ją sobie. Jesteśmy w Lerii czyli inaczej w lasach Kinifijjelâr.
Jedziemy do Fajansu, przekroczymy rzekę Doojeli, wyjdziemy z Ziem Elfów i
podążymy do Merrem, które znajduje się tuż nad polami niziołków. Wszystko masz
na mapie. Trzymaj się w siodle, bo Aineshkel lubi szarżować - uśmiechnął się, a
klacz parsknęła drwiąco.
Elfia gromada ruszyła. Konie jechały galopem, czasem nawet przechodząc w
cwał. Co bieglejsi muzycy przygrywali. "Kurka, dziwne że nie zlatują z tych
koni" - pomyślała. Inni śpiewali, lub gadali, co było ich naturą. Drielfi
zauważyła, że nigdzie nie było młodych elfów. Ani rudej Tensli, ani słodkiego
Tini, ani innych.
Po lewej ręce Drielfi jechał Terrfj, a po prawej Finiviel. Prowadzili
burzliwą dyskusję na temat cech charakterystycznych Kesów.
- Ja to bym ich do Spodleńców zaliczyła! - żachnęła się Finiviel.
- Finiviel, oni są nam równi. Żyją inaczej, ale to nie powód, żeby ich
oczerniać.
- A kto nas zepchnął na sam rożek Wielkiego Księżyca?
- Finiviel! A gdzie indziej znajdziesz takie ziemie? Gdzie wyrosną nasze
złotolistne drzewa? Gdzie moppy, o liściach niebieskich, nieopadających na zimę?
Kto ochroni centaury, satyry, leśne nimfy i driady? Gdzie podzieją się poczciwe
fauny?
- Dobra, pass. Przegadałeś mnie, młody. Dokończymy kiedy indziej. - Terrfj
uśmiechnął się tryumfująco.
Drielfi odchrząknęła.
- Ja też tu jestem. Może byście mi wreszcie jasno scharakteryzowali Kesów? -
kiedy stwierdziła, że nie ma posłuchu, ryknęła - Karamva ciężka!
Terrfj zachichotał i zaczął opowiadać.
- No więc, Drielfi, Kesowie są drugim z trzech największych ludów Księżyca.
Pierwsi to my, a trzeci krasnoludowie. Ponieważ pojawili się na świecie drudzy,
w ich sercach jest zaszczepiona zazdrość młodszego dziecka. Pragną nam dorównać,
ale nie idzie im to, bo elfy to nie Kesi, nie?
- Fakt.
- No więc są ogólnie dość sympatyczni, skorzy do zabawy, często urządzają
święta. Są gościnni i owszem, w końcu elf za górami Keenje to nie lada atrakcja.
Tylko w miastach Międzygórza można nas często widywać. Ale wiesz, każdy jest
inny. Jedni wspaniali, inni by nas wytępili. Nie ważą się, mamy krasnoludów po
swojej stronie.
- A krasnoludy, jakie są? - spytała zaciekawiona.
- Rubaszne, jowialne, przyjacielskie i wierne. Bardzo szczere i dosłowne.
- Z gatunku tych, co to nie sposób nie lubić?
- Taa, dokładnie.
- Powiedz mi jeszcze - widząc skrzywioną nieco minę Terrfja podkreśliła to
słowo - JEDNˇ rzecz.
Ciche westchnienie ulgi.
- Męczę cię?
- Nie, tylko wiesz, trudno tłumaczyć codzienność.
- Jasne. Powiedz tylko o co tu chodzi z tymi językami bo się zupełnie
zgubiłam.
- Uwolnię tego wymoczka - wtrąciła się Finiviel, na co elf parsknął - od
pracy umysłowej.
- Więc jak, Finiviel? Po jakiemu my mówimy? A po jakiemu Kesowie? I
krasnoludy? A jak porozumiałam się z Islem?
- My mówimy po elficku, krasnoludy po krasnoludzku, a Kesowie keskim
językiem Enk. A delfin wyjątkowo użył Ingry, czyli wspólnej.
- Czyli ja rozumiem dwa języki - elficki i Ingrę, tak?
- Owszem.
- A karamva jest po jakiemu?
- Po staroelficku. Nasz stary język. Prawie wymarł. Tylko nad Morzem Sekisso
jeszcze go używają.
- I wszyscy znają Ingrę?- upewniła się.
- Tak. Oprócz zwierząt. Nie trawią tej mowy. Mówią tylko po naszemu. Dlatego
też delfin spróbował w Ingrze, bo ty staroelfickiego nie znasz.
- To już chyba wszystko, co chciałabym wiedzieć.
- Nie sądzę. - Alardi wyłonił się z mroku, który powoli zapadał. - Powinnaś
wiedzieć coś o swoim przeznaczeniu. Wiesz, każdemu z nas wróżbitka
przepowiedziała przyszłość, gdy byliśmy bardzo mali. Tobie nikt niczego nie
wywróżył. W Fajansie pójdziemy do ¦wiątyni. Tam Koniczyna przepowie ci
przyszłość. Najlepsza wyrocznia.
Zniknął równie szybko jak się pojawił.
- Finiviel?
- Co?
- Długo tak będziemy jechać?
- Jeszcze ze dwie godziny. Aż zrobi się ciemno.
- Jestem głodna.
- A to ci dopiero! Głodna jesteś? Ja na przykład się skręcam.
- Czemu nie jemy?
- Zjemy z wieczora. Obficie.
- Dzięki za pociechę, Finiviel.
- Do usług.
***
Rozdział 4
Drielfi obudziła się, a raczej obudzona ją, gdy niebo było jeszcze szarawe.
Podziwiała elfy krzątające się z samego rana. Finiviel leżała tuż obok, sennie
mrugając oczami.
- Nie śpisz już, Finiviel?
- Niestety nie... - przewróciła się ostrożnie na drugi bok, tak, żeby nie
zlecieć.
- Wstawajcie, dziś wieczór, jeśli pogonimy konie, dotrzemy do Fajansu i
przenocujemy w porządnej karczmie... - Terrfj przemówił donośnym głosem.
- A idĽ ty ranny ptaszku! A paszoł won! - zniecierpliwiła się Drielfi i
nakryła głowę kocem.
- Właśnie, karamva, lepiej konia oburłacz, bo coś niecierpliwie stuka
kopytem.
- Wstawajcież, baby.
- Sam jesteś baba.
- Ang Terill!
- No dobra, nie przeklinaj, nie przeklinaj. Już wstajemy.
Zwaliły się leniwie z hamaków na ziemię. Na szczęście wisiały jakieś
trzydzieści centymetrów nad ziemią, więc nic im się nie stało. Ale narobiły
łomotu. Wszyscy, łącznie z nimi wybuchli śmiechem.
Po śniadaniu i osiodłaniu koni wskoczyli na swoje rumaki i pognali przed
siebie, w kierunku Fajansu, i to w dość zastraszającym tempie.
Kiedy jechali już ze cztery godziny, stało się coś niespodziewanego.
Konie nagle zwolniły. Połowa grupy się odłączyła. Po prostu odjechali w las.
Drielfi zobaczyła tylko przelotne błyski sztyletów u boku, kiedy zeskakiwali z
koni i wspinali się na drzewa. Alardi wysforował się na początek pochodu. Konie
parskały gniewnie.
Na drodze stało dwóch czarnowłosych i żółtookich, podobnych z twarzy, choć
nie takich samych Kesów, jeden był wyższy od drugiego o głowę.
- Kesi... - szepnęła Finiviel i zmrużyła oczy w wąziuteńkie szpareczki.
- Czemu tak mrużysz o... - uciszyła się widząc, że spojrzenie Kesa było w
niej utkwione. Zanim się do niej odezwał zdążyła tylko dojrzeć, że wszystkie
elfy zacisnęły oczy w szparki. I że na drzewach siedzą inni, z napiętymi łukami.
- Ktoś ty? - zapytał wyższy Kes.
Nie czekając na odpowiedĽ zrzucił ją z konia.
Drielfi się zakotłowała. Duma zagrała jej gdzieś w środku przenikliwie.
- Co robisz, idioto, jakim prawem mnie dotykasz! Zostaw mnie! - Kes
trzymając już jej brodę w ręce śmiał się szyderczo.
- Zostaw ją! Przeklęty wężu! - wrzasnęła Finiviel, dobyła sztylet, po czy
kopnęła Kesa w tyłek.
Odwrócił się do niej i wyszczerzył zęby.
Alardi przyłożył mu miecz do pleców.
- Tknij któregokolwiek z nas, a będziesz trupem. Pocoś tu przylazł? -
szturchnął go z obrzydzeniem.
- Posłaństwo. Królowa Lacrimosa przysłała mnie i moje wojsko - nieznacznym
ruchem głowy wskazał linię drzew - i nie dotykaj mnie. Kto to jest? Półelf? W
waszych szeregach? I o włosach koloru Grzywy. Mutanty hodujecie? - zarechotał
paskudnie.
- Nie pytaj się głupio. Jeżeli jesteś posłańcem, toś chyba zgubił miasto. Co
tu robisz?
- Mówię: posłaniec jestem.
- Masz coś przeciwko temu, bym skrócił ci życie?
- Tam stoi liczne wojsko i was zabije. I mają czarodzieja i z drzew was
pozrzu... - nie dokończył. Zwalił się na ziemię z kilkoma strzałami w plecach.
Jego milczący towarzysz również. Strzały miały ozdobne, złoto-niebieskie,
farbowane lotki z orlich piór.
Drielfi wstrząsnął dziwny dreszcz obrzydzenia i strachu. Miała ochotę zaraz
zwymiotować.
- Na drzewa. - powiedział Alardi spokojnie.
- ChodĽ, Drielfi - powiedziała mknąca do drzewa Finiviel.
Drielfi wdrapała się za nią na opasły, stary dąb. Widziała, jak elfka
zdejmowała z pleców łuk i wyjmowała dwie strzały z kołczanu.
Elfy skakały z drzewa na drzewo, poszukując czegoś, jak domyślała się
Drielfi co było owym wojskiem, o którym mówił Kes.
Rzeczywiście znaleĽli je dość prędko. Tylko, że na wojsko składało się około
dwudziestu oberwańców z kordelasami w łapach. Obok nich stał wyraĽnie znudzony
czerwonowłosy elf w powłóczystej szmaragdowej szacie.
Drielfi usłyszała tylko świst wypuszczanych cięciw i zanim którykolwiek z
drabów zdążył się połapać, już leżał na ziemi z przynajmniej jedną strzałą w
plecach.
- Aeghorn. - Alardi zeskoczył z drzewa cicho i z kocią gracją.
- Alardi.
-