15928
Szczegóły |
Tytuł |
15928 |
Rozszerzenie: |
PDF |
Jesteś autorem/wydawcą tego dokumentu/książki i zauważyłeś że ktoś wgrał ją bez Twojej zgody? Nie życzysz sobie, aby podgląd był dostępny w naszym serwisie? Napisz na adres
[email protected] a my odpowiemy na skargę i usuniemy zabroniony dokument w ciągu 24 godzin.
15928 PDF - Pobierz:
Pobierz PDF
Zobacz podgląd pliku o nazwie 15928 PDF poniżej lub pobierz go na swoje urządzenie za darmo bez rejestracji. Możesz również pozostać na naszej stronie i czytać dokument online bez limitów.
15928 - podejrzyj 20 pierwszych stron:
Marian Załucki
przepraszam -żartowałem
I
MOJE ĆWIERĆWIECZE
Przez ćwierć wieku mnie ganią,
że zbyt słabo chłoszczę,
że nazbyt łagodne
satyry mej ostrze.
Tak sprawę tę stawia
recenzent z Wrocławia
i nawet Trybuna Ludu namawia
i także prywatnie,
gdy spotkam gdzieś fiszę,
to fisza narzeka,
że ostrzej nie piszę.
W ten sposób przeżyłem —
karcony jak dziecię —
to całe
dwudziestopięciolecie...
A ja nawet bym pragnął popłoch siać i trwogę — tylko serce za miękkie... Ot, po prostu nie mogę!
Gdy coś zrobi pryncypał z czego wyjdzie niewypał, ja nie będę go gromił i nie będę go sypał! Jakże mógłbym
na los go narażać ponury?
Jeszcze go mogą zdjąć.
Bez wymówienia.
I co potem?...
Wiadomo:
dadzą do Kultury —
i ja nie będę miał z nim do czynienia!
Po co? Nie!...
Nikogo nie gromię, nie niszczę —
a już wprost się rozczulam
na myśl
o Ministrze!
Ja miałżebym komuś psuć nerwy i zdrowie, kto tyle ważnych spraw ma na głowie?! Minister haruje, oblewa się potem i życie doczesne ma ciężkie i potem...
Bo dokąd Minister
idzie po śmierci,
już dawno Opatrzność orzekła:
za to, co mówił,
wiadomo — do nieba.
Lecz !za to, co czynił,
do piekła.
Na szczęście z przyczyn zasadniczych marksistów to nie dotyczy —
ale i tak nie znajduję powodów do psioezeń, proszę Narodu!
Raczej łzy roztkliwienia
zraszają mi twarz —
nawet wady wzruszają mnie szczerze..
No to co, że bałagan?
Ale jakiż nasz!
Nie, tego nam nikt nie odbierze!
No to co, że lemoniad latem brak? Spokojnie! Przecież to dopiero ćwierć wieku po wojnie.
Po cóż o chuligaństwie krzyczeć zbyt donośnie? Owszem —
w pysk można dostać... Ale przemysł rośnie!
Każdy minus znajduje u nas wyrównanie: może żony są ikiepskie — za to wczasy są tanie! Telewizji niesłusznie też się nie docenia: Kobra może i nudna... Za to — przemówienia?!
Mnie nawet biurokracja tkliwością napawa — nigdym zdobyć się nie mógł, by ją zniszczyć do cna:
wpierw nie miałem sumienia, bo była zbyt słaba... Potem, już nie mogłem — za mocna.
Z jakąż więc satyrą
mam dziś wyjść na scenę —
kogóż uchwycić za gardziel?
De mortuis — nil nisi bene.
O żywych?
Jak widzicie — tym bardziej.
10
ULICA DOWCIP
Doprawdy żal mi tych narodów, którym do śmiechu brak powodów... Zjechałem cały już kontynent i z pewną dumą Warn wyjawię, że nigdzie turystycznych przynęt tyle, co w naszej Warszawie...
Bo cóż to za życie
gdzieś tam w dobrobycie,
gdzie wszystko działa znakomicie?
Gdzie człek, co zechce — sobie kupi,
po prostu w sklepie...
Jak ten głupi!
Gdzie wobec pełnych lad i witryn
żadnej radości z kila cytryn!
Gdzie nie zadziwi globtrotera
wywieszka skromna, ale szczera:
„Przepraszamy — afera!"
Po prostu nudno — nieciekawie, nie to, co w naszej Warszawie!
U nas czy w windzie,
czy gdzie indziej
zazdrością każdy przybysz pała...
U nich też technika wspaniała, ale tam nudno: tam działa!
U nas dojrzewa się i rośnie
już w najwcześniejszej życia wiośnie...
Dwunastolatków spotyka się para:
„Cześć, stary!
Cześć, stara!"
Na najweselszych w świecie ulicach najpiękniejsze w świecie dziewczęta! Warszawa nie tylko się nimi zachwyca, ale dba — i pamięta... Cała dzielnica zafrapowana nowym amantem panny Mieci: „Czy to poważny jakiś amant?" „Poważny! Ma żonę i dzieci!"
I choć los niezbyt był łaskawy, żart zawsze bliski sercu Warszawy... Bo czyż istnieje gdzieś w Europci ulica, która zwie się Dowcip?
A u nas jest — ulica Dowcip! Patrzysz i myślisz, i szukasiz niuansów: dlaczego tuż koło Ministerstwa Finansów?...
Aż ci wyłuszezy rzecz tak oto jakiś warszawski stary jubilat: „Ulica Dowcip istnieje po to,
12
żeby się nie śmiać z placu Defilad!"
Doprawdy żal mi tych narodów, którym do śmiechu brak powodów.
2966 r.
¦
SWOJSKIE STWORZENIE ŚWIATA
Świat mi się całkiem nie podoba: W kosmosie gospodarka do kitu... Gwiazdy się palą, jak okrągła doba — nawet w godzinie szczytu!
„Na Marsa — namawiają — poleć!"
A któż by głowę pchał pod nóż?
Na Mlecznej Drodze
pewnie gołoledź,
bo zmów nie posypał Anioł Stróż!...
Burzliwe wiosny,
mokre sierpnie —
słowem •— gdzie spojrzę — pełno wad...
Lecz na myśl jedną
skóra aż cierpnie:
co by to było,
co by to było,
gdyby tak Polak stworzył świat?!
Gdyby tak Polak -— trafem jakim, nasz rodak z wąsem w kształcie wiechcia! Lub... gdyby Pan Bóg był Polakiem...
~ 14 ~
Nie!
Tego nawet Bóg by nie chciał.
Po prostu
przed miliardem lat
gdyby bieg rzeczy zmianie uległ
i gdyby Polak stworzył świat...
0 — rany Julek!
Kulą nie byłaby ta Ziemia! Nie kulą byłby Księżyc blady... Sześcianem?... Nie wiem. Jedno -wiem ja: Bez kantów nie dałoby rady!
Spitsbergen byłby — gdzie Kalkuta. Alpy na głowie by stały... Włochy by miały może kształt buta, lecz pewnie o numer za mały!
Tylko przez Polskę płynęłaby wartko szeroka Wisła... z czerwoną kartką! Nad nią cytryny szumiałyby z cicha, na każdej gałązce — zagrycha!
A gdyby już była gotowa ta rzeka, Polak by chyba dłużej nie zwlekał
1 by się wreszcie (cieszcie się, cieszcie!)
wziął do stworzenia Człowieka!
Nie powiem, jak byśmy wyglądali... (Za dużo dorosłych na sali!) To nawet głupstwo już, że Adam pomieszałby mu się z Ewą,
15
bo i tak
(ja się z Wami zakładam!)
co ważniejsze — poszłoby na lewo!
Tyle że może w bezhołowiu ciał
Opatrzność zrządziłaby bystra,
że przez pomyłkę
plecy bym miał
nie tu — lecz u Pana Ministra.
16
MIESZKAM W DOMU CHŁOPA
Teraz prywatnie Wam coś wyznać chcę:
gdy bywam w Warszawie,
mieszkam w „Domu Chłopa".
I — co Wam powiem —
gdzie jak gdzie,
ale na wsi to u nas Europa!
Lustra, marmury,
słowem poemat,
i to nareszcie na wiejski temat.
Gdy stanę tak w tej lśniącej sali,
myśląc, co począć z niedopałkiem,
aż drżę, by mnie tylko
nie wylali,
że niby chłop,
ale nie całkiem, :
żeby nie zrobić jakiegoś faux pas,
żeby wyglądać •
na prostego chłopa.
Lecz sam się zdradzam,
jakkolwiek stanę,
bo oczy .mam-jakoś rozbiegane...
Portierzy patrzą dziwnym wzrokiem, recepcjonistka na mnie zerka... Więc ja po schodach tanecznym krokiem: raz krakowiaka — raz oberka!
2 — Przepraszam...
17
Potem,
ażeby ochłonąć z tych tańców,
siadam na przyzbie.
Od placu Powstańców.
I siedzę,
a to serce wali,
żeby mnie tylko nie wylali.
Bo izba miła —
komfort, wygoda:
telefon, ciepła-zimna woda,
prysznic
i winda działa znakomicie...
Lubię to proste chłopskie życie!
Do wszystkich z uśmiechniętą miną
tu rzucę „A dyć",
tam wtrącę „A ino!"
Czasem zagadnę:
„Jak tam, kumie,
czy obrodziło latoś u bacy?"
A kum po francusku,
że nie rozumie...
Ci chłopi teraz jacyś tacy.
Zapewne z wyższych chłopskich sfer —
ja wiem? — z PGR?...
Lecz ja się do nich upodobnię!
Już zamówiłem czarne spodnie
i jeszcze krawiec do nich uszyć ma mi
taką czarną siermięgę...
Z jedwabnymi klapami.
Może być kamizela
albo wolę — bez.
A tutaj — muszka.
~ 18 ~
(Znaczy się — giez).
Tu u mankietów spinki jak dwie śliwki
i wieczorem w tym wszystkim —
widzicie —
wychodzi się hen...
Na podorywki!
Lubię to proste chłopskie życie...
W izbie radyjo —
wdzięczna muzyka —
i świerszcz za kaloryferem cyka...
Tam cyka,
a tu serce wali,
żeby mnie tylko nie wylali.
Bo żyję sobie niby książę,
lecz wciąż nerwowo drżę przed gafą...
Ubrania na noc
w snopki wiążę.
I kosę trzymam za szafą.
Gdy mnie namawia ktoś do kina,
„Nie mogę — mówię. —
Dyć ozimina!"
A gdy już księżyc świeci blado,
do łóżka kładę się
z Gromadąl
Jeśli wykryją mi jednak protoplastę, to pójdę z ostatnią w sercu nadzieją i się powołam na sojusz Wsi z Miastem!
No cóż?... Sojusznika wyleją?!
19
MONOLOG Z CZASZKĄ
Nie martwcie się! Spokojna czaszka!
To nie będzie Hamlet,
ale zwykła fraszka.
Sceneria tylko nieco uroczysta,
jak do Szekspira lub Kobry,
żebyście wiedzieli,
żem prawdziwy artysta!
Tyle że niedobry...
Bo czaszka ta głównie przeznaczenie to ma
żebym wiedział, co począć
na scenie z rękoma.
Lecz i tak jedna dynda!
Niewiele pomocy,
a tylko potem śni się w nocy...
Nic o niej nie wiem...
Nie wiem nawet czyja.
Gładka i lśniąca, aż blaski odbija,
tylko z tyłu pęknięta!
Wyraźna oznaka,
że należała kiedyś do rodaka.
Bo to już taka nasza dola narodowa,
że choćby się bronić z pasją nieulękłą,
ciągle nam coś pęka:
serca, budżet, głowa...
20
O, biedny Polaku!
Zobacz, tu ci pękło!
Może to problemami, jakie rzucać hasła,
by potrzeba forsy w narodzie wygasła,
łamałeś sobie głowę
tak długo, aż trzasła?...
A możeś już po śmierci łamał sobie głowę,
jak zarobić na życie?...
To ¦— pozagrobowe.
Podobno tam także pracować już trzeba,
odkąd komuniści
wdarli się do nieba...
A może gdzieś po prostu
dali ci po głowie?
Tylko gdzie?... Pod Grunwaldem?
Czy — w Komór owie?...
Czyżbyś na pomysł wpadł niedorzeczny,
że jeżeli pokój, to jużeś bezpieczny
i w żaden pancerz nie zakuty
wybrałeś się nocą do parku?...
Na ksiuty?...
Bez hełmu, bez zbroi
tam, gdzie sami swoi?!
O, na to, by w Polsce przeżywać romanse,
tylko zakuta głowa ma szansę!
Niechże naszym ubiorem
wreszcie zajmą się razem:
„Telimena", „Moda Polska"
i — Handel Żelazem!
21
Niech dadzą nam model na wieczorne spacery: stalowe kapelusze, pancerne berbery... Może i zardzewieję w takich fatałaszkach, ale nerwy spokojne! I — spokojna czaszka...
Nie szkodzi, niech wyglądam jak ten Pałac pod Blachą, niech mi zgrzyta w kolanie, niech mi dzwoni pod pachą!... Wolę to niż zębami... Ze strachu.
Bo odkąd to bliźniego
jeden z naszych gawroszy
rąbnął dla stu złotych i czterdziestu groszy,
codziennie wzdycham
patrząc na swe ciało:
— Oj, żebyś ty mi nie potaniało!
Wybaczcie mi monolog niegodny gieroja
i to, że nie Szekspira to rzecz,
tylko moja...
Wiem, ciut różnimy się talentu siłą,
ale za to ja jestem,
a Szekspira nie było!
W każdym razie dysputę wiedzie się zażartą, czy był — i ktoś zawsze wyskoczy z protestem.
I warto być geniuszem? Widzicie — nie warto!
Dlatego — nie jestem... ~ 22 ~
WYZNANIE PODATKOWE
Krótkie ostrzeżenie,
proszę pań,
na początek:
to wdersE nie dla dzieci
ani niewiniątek!
Gdy więc jest jakieś dziewczę
cnotliwe w tym tłumie,
to niech chociaż udaje,
że nic nie rozumie.
Otóż angielski pewien lord,
deputowany z miasta York,
pragnąc uzdrowić publiczne finanse
poprzez najbardziej prywatne romanse
wystąpił z projektem
nowego podatku
od tzw. cielesnego aktu.
Bez ulg.
Bez zniżek.
Bez żadnej klauzuli —
na twardej zasadzie:
kto tuli — niech buli!
W Anglii ten podatek nie przyjął się jesizcze —
23
deficyt mu grozi. Przez klimat i dreszcze.
Sądzę wszak, proszę państwa,
że dojrzały warunki
i sytuacja już do tego dorosła,
by przenieść ten projekt
na nasze stosunki!
(Z ulgami, rzecz jasna, dla rzemiosła.)
W finansach — wiadomo — drętwota.
Cały resort bez forsy się miota...
A niech coś i zakochane parki
zrobią dla dobra gospodarki!
Od finansowej niech chroni nas klęski
zacny patriotyzm
pozamałżeński!
Niech stanie się jasne
dla każdego mężczyzny,
co winien czynić dla dobra Ojczyzny,.
a zobaczycie,
jak rozkwitnie wspaniale
Referat Erotyczny
w Finansowym Wydziale.
Wszak mamy pięci o raczki, że skromnie napomknę, więc coś jednak w tym kraju robimy na piątkę!
Doprawdy, proszę państwa, ten projekt mnie urzekł... I nie trzeba kontrolerów pchać ludziom do łóżek.
24
Nikt nic nie zatai —
wierzę w to głęboko:
każdy sam się przyzna,
jaki z niego Nabokow.
Zapłaci.
Dumą będzie dla starego drania
to, że jeszcze w wieku
jest — pokwitowania.
Ja sam —
jako patriota oraz bawidamek — deklaruję dodatkowe pieszczoty... Na Zamek!
B\ŁO JAK CO WIECZÓR
Było jak co wieczór: wznowił mi ten ból się... Przyszedł lekarz, potrzymał mi rękę na pulsie i zapisał z zapałem jakieś proszki na poty.
— Czy to groźne? — spytałem.
— Nie, niegroźne: sto złotych.
— Ale jedno, doktorze, mnie się nie podoba: skąd właściwie u mnie tak kosztowna choroba?
Lekarz myślał,
pomyślał
i spytał czym prędzej:
— Czy w pańskiej rodzinie nie miał ktoś pieniędzy?
Rzuciłem jemu spojrzenie niewinne.,
— Nie miał, panie doktorze, to u nas rodzinne!
~ 26 ~
Jakaś dziedziczna wręcz epidemia:
Mój dziad po pradziadku
już to miał, że nie miał!
A potem z mężczyzny
to szło na mężczyznę,
aż zaraziliśmy całą Ojczyznę...
~ 27 ~
CZŁOWIEK Z METRAŻEM
Już mieszkam...
Codziennie od ranka
chłonę uroki nowego mieszkanka,
a w sercu burza szczęścia, sztorm —
sztorm według ustawowych norm,
więc z rozczuleniem myślę, nim zasnę:
własne, ale ciasne!
Trudno tu — prawda — wycinać hołubce
ale to miło
tak wszystko mieć w kupce:
biurko i pralkę,
i stolik z wikliny,
szafę, lodówkę
i członków rodziny...
Wystarczy rękę wyciągnąć — i już
pod ręką wanna
i tusz tuż-tuż.
Harmonizują się niesłychanie
życie wewnętrzne — i pranie.
Tylko do łóżka
wchodzi się po szafie
i z parasolem w dół się skacze.
28
Przywykłem już .— już nie potrafię, nie zasnąłbym inaczej!
A kiedy z szafy trzeba coś wyjąć,
też ma się dużą zabawę,
bo żeby szafę otworzyć,
trzeba przesunąć agawę,
żeby przesunąć agawę,
trzeba odsunąć biurko,
żeby odsunąć biurko,
muszę wyjść z domu —
ja z córką.
I świat przed nami. Podwórko.
A gdy wizyta — gość — pogaduszka,
ja nie zawadzam,
komfortu nie mącę,
bo mnie po prostu
wściela się do łóżka.
I milczę.
Cały w koronce!
Wiem:
gdy się zjawiam niespodzianie,
to żonie marzy się mieszkanie
nie tylko z szafą:
z mężem w ścianie!
Bo ja ponoć nic,
tylko stoję i śmiecę...
— Siadłbyś na półce — mówi —
w bibliotece!
O tam, na miejscu zupełnie pustyni —
w przepaści pomiędzy
Putramentem a Proustem!
29
Ale tej hańby już chyba nie strawię, sprzeciwiam się zawsze z impetem. Żebym był chociaż w twardej oprawie i ze złoconym grzbietem, to może jeszcze... A tak to wolę pospacerować trochę... Po stole.
W radości tej jedynym zgrzytem
ta wolna przestrzeń!
Pod sufitem.
Patrzysz i drżysz,
jak liść się pietrasz,
czy to przypadkiem nie nadmetraż?!
A nuż ci jeszcze zechcą gwałtem
dokwaterować kosmonautę?
Ha, cóż...
Stosunek mam do spraw tych twórczy.
Wiem: człowiek rośnie,
gdy się kurczy!
Wśród rogów i kantów
przeciskam więc ciało
posiniaczone zgodnie z uchwałą,
a za mną się bezradnie miota
mój Anioł-Stróż-Patriota!
Bo że się rąbnę w to czy w owo —
należy mi się!
Ustawowo!
Jutro wszak siądę, moi ulubieni,
na półce, między książkami...
Muszę. Wesele.
Syn się żeni.
Będą mieszkali z nami!
1961 r.
COCA-COLA
Sztandar dźwigam wysoko —
duma na mym czole:
oto mamy nareszcie w Polsce
Coca-colę!
Jak stwierdzili eksperci drogą żmudnych analiz, Coca-cola przestała szkodzić na socjalizm.
Teraz pić ją możemy
ufnie, ze spokojem —
i wierząc w współistnienie
na światowej arenie —
kapitalistycznym będziemy napojem
demokratyczne swe
gasić pragnienie!
W górę gardła, rodacy! Bez żadnej przesady dościgamy ten Zachód twardo, choć powoli: dotąd brakło nam w lecie zwykłej lemoniady — teraz nam brakować będzie Coca-ooli!
30
31
¦fr
I to jest właśnie nasz postęp w ostatnim z ćwierćwieczy, że ciągle nam brakuje coraz lepszych rzeczy.
Ludzkość to ja
32
¦V 1:
fr
PŁASZCZ
Jestem sobie zwykły połatany przechodzień. Te łaty nie od święta — nie, stać mnie na co dzień. To nie ekstrawagancja ani żadna zbrodnia — to kwiaty uczciwości kwitną na mych spodniach! I na płaszczu też plamą zakwitają ziaszczytną... Ale nie szkodzi. Jesizcze rok — a przekwitną.
Jeszcze tylko ten roczek —
tylko' tyle właśnie —
karku mój, łachman ten taszcz!
A jak będzie spokój,
jeśli nic nie trzaśnie —
za rok zaoszczędzę na płaszcz:
z kołnierzem,
na futrze...
marengo...
Nie będę już czuł się łazęgą.
Przełamię kompleks.
I melaneholiję...
Ostatni krzyk mody — raz się szyje!
Będą się oglądać panowie i panie...
Za rok.
Jeśli spokój.
Jeśli nic się nie stanie.
Czytam więc tę prasę
i słucham dziennika —
i widzę,
jak ten płaszcz mój
zjawia się...
I znika...
Zjawy migotliwe —
raz dłuższe, raz krótsze —
ale zawsze marengo!
Z kołnierzem.
Na futrze.
Bo też ta Historia
wszędzie swój pcha nos
do drobnych ludzkich smutków i frajd.
I tam, gdzie diabeł
mówi: Dobranoc —
i tam, gdzie mówi
Good night.
Niby mój własny problem — i basta.
Szaraczek. Z prowincji. Nawet nie z Warszawy. A coraz to różne kraje i mocarstwa wtrącają się w moje osobiste sprawy.
36
To znaczy zwłaszcza
w sprawę mego płaszcza!
Czy mnie to szczęście
spotka, czy ominie,
w Kongu się rozstrzyga,
w Wietnamie,
w Berlinie...
O, jakaż ta Polska wielka!
Jak się rozprzestrzenia,
jeżeli idzie
0 zmartwienia.
Wtrącają się
wysoko postawione osoby,
choć ja się nie mieszam
do ich garderoby.
Wcale się przecież
nie zajmuję nikim,
co,
kto
1 pod jakim płaszczykiem...
A na mój się uwzięli!
Ciągle ktoś zachwaszcza
międzynarodowy
problem
mego płaszcza:
dzisiaj Johnson ma mowę,
de Gaulle ma pojutrze —
w sprawie mego płaszcza...
Marengo.
Na futrze.
Może i ja ważniejszy, niż sobie myślicie:
37 ~
mój płaszcz w ONZ-cie! I mój płaszcz na Szczycie! O mój płaszcz się spiera Potęga z Potęgą: zielony czy marengo? Z jakiego materiału? Jaki ma być krój? Czy ostatni krzyk mody, czy mój?...
Wysoka Władzo i Magistracie! Chcieliście Gogola, no to go macie.
1961 r.
LUDZKOŚĆ TO JA
Z miłym uczuciem wstaję oo dnia,
w sercu pogoda,
ruchy żwawsze...
Pomyśleć:
Ludzkość — to przecież j a!
Cząsteczka, ale zawsze.
Pomyśleć:
wszyscy toczą dziś boje
o Dobro Ludzkości,
to znaczy — moje!
0 Szczęście Ludzkości, to znaczy — moje! Doprawdy — jeden czart wie, czym ja się jeszcze martwię...
Tysiące zagranicznych gości —
politycy,
mędrcy
1 burżuje —
wciąż mają usta pełne Ludzkości!
(Ciekawe, jak ja im smakuję —
bez przypraw,
bez konfiturki
i nie obrany ze skórki?)
~ 39 ~
»' 38
I oto znowuż koło wtorku
zjadą się (dla mnie!) w Nowym Jorku
najwięksi na tym globie.
Dla mego Szczęścia ów coś powie,
a ja tu sobie
poczekam w Krakowie —
wzruszony, że im chce się
tak — w moim interesie...
Dla mnie się te Osobistości
trapią o Lepsze Jutro Ludzkości —
o, jak Je za to uczczę?
To Jutro cieszy mnie ogromnie
i nawet, jeśli idzie o ranie,
pal sześć ¦—
niech będzie Pojutrze!
Tymczasem sam we własnym zakresie zadbam o Ludzkość —
niech sdę podniesie!
Zarobię na Mlo mięsa bez kości
dla siebie — czyli
dla Ludzkości.
A gdy już Ludzkość się nawcina —
szczęśliwy, że jej w dołku nie rwie —
pójdę na ludzki film do kina,
niech Ludzkość się rozerwie!
Zaś kiedy w parku mrok zagości,
powiodę damską cząstkę Ludzkości
w ową liryczną ciemność
na skromne,
niewinne
trele-morele
(żeby Ludzkości nie było za wiele) — niech Ludzkość ma przyjemność!
I do New Yorku raport z tych prac ja wyślę depeszą
pilną
na czasie:
LUDZKOŚĆ — PANOWIE — TO NIE
ABSTRAKCJA, NAWET USZCZYPNĄĆ DA SIĘ!
40
41
POPROSZĘ O ROZBROJENIE
Nie śpi pan prezydent.
Gryzie się generał!
Martwią się
w sztabskomandach
ich uczeni koledzy,
żebym ja —
obcy człowiek! ¦—¦
nowocześnie umierał,
według najnowszych osiągnięć wiedzy!
Trudzą się w tym kierunku
znawcy,
koneserzy...
A mnie ¦— nie zależy.
Dbają o mnie po prostu jak z rodziny kto bliski: ulepszają te bomby, doskonalą pociski, żeby we mnie nie rąbnął czasem jaki nieświeży...
A ja nie wiem, jak państwu, ale mnie — nie zależy!
42
W ogóle,
jeśli im to rachunku nie zmienia,
to, zamiast wydawać
wszystko na zbrojenia,
niech dadzą mi
tych kilka na mnie
przeznaczonych groszy —
i ja sobie umrę sam!
Z przejedzenia.
Albo z nadmiaru ziemskich rozkoszy.
Bez liczników Geigera,
bez promieniomierzy —
no, mnie nie zależy!
Ja nie snob,
ja prosty,
chłopsko-robotniezy,
niech na mnie Geiger nie liczy!
Chyba pójdę do ONZ-etu, rozbrajająco się uśmiechnę i poproszę
0 rozbrojenie powszechne! Powszechne i kompletne, bom ja entuzjasta:
z zakazem produkcji wałków do ciasta!
1 wszystkiego'. Systematycznie. Kolejno — dopóki
już tylko amorkom poziostaną łuki!
Amor kom się zostawi... To nawet przyjemnie,
43
kiedy trafiają. Sam dobrze wiem... Tylko też — do diabła! — nie wciąż tylko we mnie!
Po wsiem! Po wsiem!
A jeśli już wojna, to mym cichym snom by odpowiadała wyłącznie wojna na... sexbomby. Typu Brigitte Bardot — zrzucane z samolotów.
Sam
na czas jakiś
polec byłbym gotów —
w cichym bohaterstwie,
w sekrecie przed władzą...
He, he...
Generałowie nie dadzą!
Wszystkie światła zapalić
każą przed nalotem,
zaciemnienie — potem.
Ten guzik na względzie mając,
ONZ-ecie,
do likwidacji zbrojeń prowadź!
O — już likwidują...
Ciesz się, świecie:
Guzik kazali zlikwidować!
Ja tu swoją drogą plotę na tej scenie, a satyra — to broń! Ponoć groźna szalenie — i jeszcze ode mnie zaczną rozbrojenie...
Lecz inna broń, panowie,
niech sczeźnie!
Niech znika!
Bo guzika się lękam...
Tak, tego guzika,
co gdy go nawet nieumyślnie
po pijanemu sierżant naciśnie,
to tylko świśnie i zabłyśnie!
r%/ 44
45 iv
SPRAWIEDLIWOŚĆ
Powstał problem na pewnym
składkowym przyjęciu: podzielić sprawiedliwie
jadło wśród dziesięciu. Kto ma dzielić?
— Pan, mistrzu! —
zakrzyknął ktoś z gości. Pan o sprawiedliwość
walczył od młodości!
Wszyscy przytaknęli
w szlachetnym porywie. Więc zacząłem dzielić —
dzielić sprawiedliwie: Dla każdego serdelek,
ale dla mnie świeży. (Za tę sprawiedliwość
coś mi się należy!) Każdemu kawał gęsi —
tylko dla mnie duży. (Kto bowiem sprawiedliwy,
ten sobie zasłużył!) Każdemu ciastko z kremem —
mnie gdzie więcej kremu...
46
(No bo komuż, jeżeli
nie sprawiedliwemu?)
Każdemu puchar wina,
lecz dla mnie Bożole... (Sprawiedliwie przyznaję,
że francuskie wolę).
Niestety...
Obudziłem tylko złość i mściwość, sprawiedliwie premiując
ludzką sprawiedliwość... Wszyscy w najpospolitszej
tonąc demagogii — Sprawiedliwość dla wszystkich! —
darli się, jak mogli.
Dla wszystkich?... O bracia,
o obywatele! Sprawiedliwość jest jedna!
Jakżeż ją podzielę? Czyż porznę, czyż posiekam
na kawałki tycie Tę, o którą walczyłem
całe swoje życie?!
47
ARKA PRZYMIERZA
Od zarania dziejów
twardo choć pomału Ludzkość do swojego
zdąża ideału —
lecz ten świat idealny
ciągle nie jest gotów, bo każde pokolenie
swoi c h ma idiotów.
Jak jasno z powyższego
wynika stwierdzenia,
jest jednak, coś, co łączy
wszystkie pokolenia.
Jak się masz, okresie miniony
~ 48
TWARZ NIE NA ETAPIE
W imieniu własnym, Ojca
I matki
Przepraszam za moje oblicze!
Chodzą po ludziach wypadki —
Takiego nikomu nie życzę...
Nie moja wina.
To się mięśnie
Tak układają mi nieszczęśnie,
Że smutna twarz od urodzenia.
I jak pamięcią sięgnę wstecz —
To nic od wtedy się nie zmienia.
Potworna rzecz!
Robią mi ślubną fotografię...
— Uśmiechnij się!
Chcę. Nie potrafię.
Próbuję tak i siak, i wspak —
I nic.
I zdjęcie wyszło tak:
Żoneczka śmieje się od ucha,
A ja — po prostu rozpacz głucha!
Smutny z profilu.
Smutny z przodu.
Choć jeszcze wtedy nie było powodu..
~ 51 ~
Zapyta mnie kto: — Jak teściowa? A ja ze smutkiem mówię: — Zdrowa. Wrażenie — Że niech Bóg uchowa!
Jest mecz — i klub mój go wygrywa, A moja gęba nieszczęśliwa! Człek się na mecze chodzić boi, Bo raz mnie zbili... I to swoi.
Sam personakiik zauwiażył Kiedyś na temat mojej twarzy: — Oj, ten Załucki miewa rysy, Jakby nie cieszył się Z Odry i Nysy!...
Raz tylko,
Kiedym był w Zetempie,
To obejrzeli mnie na wstępie,
Z uznaniem pokiwali głową
I dali Sekcję Rozrywkową!
Niestety •—
Nadszedł nowy etap
I człowiek całkiem przepadł!
Dziś aż się gapią na mnie gapie,
Bo ja mam twarz nie na etapie...
Proszę —
Niech Państwo mi pokażą,
Jak tańczyć mambo z taką twarzą!
Nie tańczę — mówią mi „wyrodku!"
Bo dziś jest właśnie
Taki zwrot ku...
52
Czułbym się — słowem — Jak wyrzutek
Przez ten na twarzy wieczny smutek, Lecz los pociechę tę przynajmniej Dał mnie — smutnemu indywiduum. Że zawsze mnie tam ktoś wynajmie Na akademię... Do prezydium!
2955 r.
/^ 53
ŻONA I DZIECI
Słowiki sobie śpiewają. Księżyc na niebie świeci. Gwiazdy lśnią całą zgrają... A ja?... Ja mam żonę i dzieci.
Mnie to już nikt nie nabierze
Na te wzruszenia liryczne...
Ja, proszę was,
Mówiąc szczerze,
Wolę wyraźne wytyczne!
Możecie szeptać tu i tam,
Że kiepscy dzisiejsi poeci...
Nie wiem...
Ja wszystkich czytam!
Ja mam żonę i dzieci.
Kruczkowiski idzie w teatrze...
Akt pierwszy.
Drugi.
I trzeci...
Inni już śpią —
A ja patrzę!
Ja mam żonę i dzieci.
Dziś się już byle bubek
Zna na architekturze
I psioczy na temat ozdóbek
Tych tam na górze...
Że to nie żadna ozdoba!
Że Pałac Kultury to szpeci!
Ja nie wiem...
Mnie się podoba —
Ja mam żonę i dzieci.
Kiedyś tu —
Pragnąc mieć spokój
W Mickiewiczowskim tym roku ¦
Kupiłem Pana Tadeusza
I czytam...
Ciurkiem.
Jak leci.
Ja wiem: nikt mnie nie zmusza,
Lecz ja mam żonę i dzieci.
Persoinalniczka w biurze
Od roku już na mnie leci...
Miłość!
Co robić?
Służę...
Żona i dzieci!
PocałunM...
Słowiki śpiewają.
Księżyc na niebie świeci.
Jak ona mnie — no to ja ją!
Trudno —
Mam żonę i dzieci.
54
55
A potem dansing...
Nie jazz —
Oberki w prawo i w lewo!
Jak samba — to maksimum raz,
I to tylko w związku z Genewą.
Bo mnie —
Choćbym słuchał bez końca —
Zachodni rytm nie podnieci.
Ja lubię zachód...
Lecz słońca!
Żona i dzieci...
Myślałem, że będziecie się śmiali,
A wy się już nie śmiejecie.
Rozumiem...
Wy tutaj na sali
Też macie żony i dzieci.
1955 r.
DOMEK JEDNORODZINNY
Każdy ma swe ideały... I ja mam — skromny i mały: Jednorodzinny domek. Jednorodzinny potomek. Żona... Też być powinna. Nieduża. Jednorodzinna.
Ogródek. Bez. Konwalijka...
Skromniutko, proszę ja was... I pięciorodzinna pensyjka. Dla jednej Rodzinki W sam raz.
Sam domek dziś — moi złoci -
Taniocha!
Może być bowiem:
Z żużlu.
Z odpadków.
Z trocin.
I z tego, czego nie powiem...
Z wikliny jeszcze oszczędniej..
Zabawa zaś znakomita:
Jesienią domek ci więdnie —
Wiosną domek zakwita...
»>« 57 ***
Tyle ¦— że boże krówki Trzymają się w prześcieradłach. Więc trzeba domku pilnować, Żeby go która nie zjadła...
Lecz ja mam pomysł, co płynie Z mej poetyckiej natury: Czy mógłbym dom mej rodzinie Zbudować z... makulatury?
Czemuż wiklina i łoza
Słowo w tym względzie ubiegła?
Nie gorsza poezja i proza,
I zawsze
Co cegła — to cegła!
Mieszkałbym tam kulturalnie, Bobym zbudował — widzicie: Z Trybuny Ludu — bawialnię... Sypialnię — z Kobiety i Życia. Okap, co smętnie zwisa, Z Obywateli Brandysa... A z Putramenta fundament, Bo twarda sztuka Putrament!
Z dachem już trudniej, niestety, Lecz też znalazłem — eureka! Dach — z byle jakiej gazety — Tam dziś już nic nie przecieka.
Na dachu parę ozdóbek, Nadto szpikulec na czubek — Żeby się dumnie piął do góry Mój pałac makulatury!
2956 r.
STOPA W GŁOWIE
Czy to na Śląsku,
Czy w Krakowie,
W ogonku
Czy w dziewiczym lesie —
Bez przerwy mam
Tę stopę <w głowie
I czekam,
Kiedy się podniesie...
Bo ja nie jestem byle zrzędą.
Nie!...
Mam już miejsce w pularesie
Na te pieniądze,
Co tam będą,
Kiedy mi stopa się podniesie.
I kocham...
Kocham dziewczę młode —
Lecz czekam
(Chociaż serce rwie się)!...
Za to na pewno ją uwiodę,
Kiedy jej stopa się podniesie!
To nic,
Że czuję troszkę źle się,
58
59
A na Krynicę
Nie wystarczy...
Kiedy mi stopa się podniesie —
Podleczę sobie...
Uwiąd starczy.
Tyś mi
Najbardziej ukochaną,
O, przebudzenia chwilo wzniosła,
Kiedy to sprawdzam
W każde rano,
Czy mi już troszkę się podniosła!
Pełen niepokojących przeczuć
Węszę, czy forsy nie czuć...
Nie czuć.
Lecz słyszę
Pisk najoczywistszy...
Więc serce drży mi,
Wzdycham: „Oby!..."
I nasłuchuję, co to aż piszczy...
Może dobrobyt?!
Nie...
To był tylko dzwonek w drzwiach.
Więc znów przeczucia
Przez grzbiet płyną:
Może ni stąd, ni zowąd (ach!)
Mój szofer
Z moją limuzyną?!...
Wzruszony wołam przeto: — Proszę!
Sąsiad.
Pożyczył mi kalosze.
Trudno.
Poczekam.
Odrobinę.
W gazetę nóżki swe owinę.
Najszybciej bowiem
(Jak to wiecie)
Stopa podnosi się
W gazecie!
1955 r.
61 ~
MOJA KRAKOWSKA BOLEŚĆ
Ja tu biedny z Krakowa,
gdzie już piąty wiek się
pławimy w smutnym naszym kompleksie.
Niby w porządku.
Niby wszędzie
uznają nas...
Lecz żebym skonał,
jak ten warszawiak w piątym rzędzie
nie myśli o mnie:
Prowinc jionał!
Krakusik!
CeintuśL.
Niby czemu?
Panie! tu, tutaj, na tej sali jeszcze niespełna pięćset lat temu inaczej byśmy rozmawiali!
Ach, gdzież jest czas ten zapomniany,
o którym mi śpiewała niania,
gdy kantor służył do wymiany,
nie tak jak dziś:
do malowania.
Kiedy to...
~ 62 ~
Zresztą sam łaskawie
Pan przyzna, że przed laty wielu
gwizdałbym na chody w Warszawie,
bo miałbym bliżej:
na Wawelu!
Po każdą protekcję
byłoby mi blisko,
po talon na jednorodzinne zamczysko,
po wszystko...
I wszystko załatwiłby wnet tam
jakiś znajomy kasztelan
czy hetman,
bo król był w Krakowie!
W Krakowie królowa.
I tylu dygnitarzy
że niech Bóg uchowa.
Byliśmy stolicą. Byliśmy bógwico. Aż naistał król Zygmunt, co miał plany dumne i poszedł do Warszawy... Bo chciał mieć kolumnę.
A nam
cóż zostało z królewskiej świetności?
Alicja Boibrowska
(królowa piękności)
i jak wyrzut sumienia
po krakowskim Rynku
krąży jeden minister...
I to w stanie spoczynku.
Historio,
nie bądźcie dzieckiem!
~ 63 ~
Chyba już czas pomyśleć o tym, by wbrew pomysłom feudalno-szlacheckim Kraków stolicą był z powrotem.
W Krakowie mędrców całe mnóstwa
myślą rozważnie,
myślą ściśle...
W Krakowie też się robi głupstwa,
ale — po dłuższym namyśle!
Wciąż się Krakowa nie docenia przez jakieś dawne uprzedzenia: że miasto emerytów... Bzdury!
Któż wyżyłby z emerytury?
Centusie? Skąpi?
Też nie sądzę:
gdy o państwowe idzie pieniądze,
stolicą możem być... Bez słowa.
A w razie czego —
sesja sejmowa,
z Zakopanego bliżej do Krakowa!
I żeby ministerstw
było choć czterdzieści,
to się w Krakowie
wszystko jakoś zmieści: Ministerstwo Aprowizacji z całą jego armią na Plantach bym umieścił. Niech wiewórki karmią!
/v (M <v
Budownictwo — w Smoczej Jamie... By spokojnie spali, źe im się na głowę sufit nie zawali.
Finanse
(Ministerstwo Ciaćków, czyli Dudów)
na placu Kossaka,
który słynie z cudów.
I — żeby nie było później ambarasu — Kulturę i Sztukę na Skałkę. Zawczasu.
Ministerstwo Górnictwa będzie zbędną utopią, wystarczy Zarząd Miejski: oni więcej kopią.
A tam — na Wawelu,
gdzie srebro i złoto,
Szczerbiec, arrasy i kafelki —
zamieszkać mógłby... Kto?
Mniejsza o to.
No, przecież nie Kazimierz Wielki.
I zniknie krakowska dola beznadziejna, dzień i noc stolica będzie trąbić. (Hejnał!)
A ja —
już odwykły od zgiełku i wrzawy — pojadę gdzieś ina prowincję... Może do Warszawy.
) — Przepraszam...
65
r
MILLENNIUM PRZED LUSTREM
Stanąłem przed lustrem nago,
spojrzałem na siebie z uwagą,
westchnąłem —
i w oka mgnieniu-m
przypomniał sobie
Millennium...
Bo gdy się Wiktorie te nasze pozlieza od Mieszka Pierwszego do Cyramkiewieza, to serce mi rośnie i duma mnie łechce! A spojrzę do lustra — to wierzyć się nie chce...
Może i nie na niedorajdę
wyglądałbym w hełmie
i w szyszaku...
Ale pomyśleć,
że pod tym Grunwaldem
to my — tych Krzyżaków?!...
Postura niby dość poślednia, bicepsy niby nie ze stali...
Ale spytajcie
tych Turków spod Wiednia,
jak przed nami wiali!
Doprawdy
samego przechodzi mnie mróz aż,
kiedy wyobrażę sobie,
żem — husarz!...
Tu ja —
tu koń, który cwałem leci,
gdzieś tam, gdzie wy,
czeredy niewiernych!
A tutaj — Sobiesiki,
czyli król Jan III —
i per „towarzyszu" do mnie woła..
,,Pancerny!"
Więc na namiot wezyra uderzam w zapale! No — ja, czy nie ja, (mniejsza o detale) — polski rycerz po prostu! Każdy z nas to w krwi ma, że gdy jest pod Wiedniem, nic go nie powstrzyma! Tysiąc lat tą szablą
cięliśmy dla glorii — nikt się tak jak my nie naciął w historia. Millennium heroizmu — z tarczą lub na tarczy!...
Przepraszam —
a może wystarczy?...
66
67
Może za te boje
dawne i ostatnie
można już Polakiem
być trochę .— prywatnie?...
Bez czekania,
aż znowu mi gębę rozkwaszą
za Wolność Naszą i Waszą?...
Niech wiem,
że kiedy oczka zmrużę —
to chrapię j a,
a nie — przedmurze!
Stąd w związku z Millennium zwracam się do świata:
Dajcie nam już spokój na te starsze lata... Spokój! A w zamian
przyrzekamy ci, świecie, wykonać przed terminem drugie Tysiąclecie — i jeszcze premiera zaoszczędzić na trzecie!
1960 r.
PRZEPIS PO POLSKU
Wziąć tego, czego nie ma. Dodać soli i kminku potem zmieszać z tym, czego brak chwilowo na rynku.
Mieszać długo, dokładnie — jak się znudzi, to przestać i posypać tym, na co absolutnie nas nie stać.
Można smażyć lub upiec, lub przypalać na rożnach, polewając tym, o czym nawet marzyć nie można!
Wszyscy u nas to jedzą — dla każdego wystarczy, na czym właśnie polega polski cud gospodarczy.
68
KOMFORT DZIAŁA
W nowo wizniesionym mieszkam domu..
Dwa pokoiki,
Kuchnia,
W.C. —
I pierwsze miejsce w zbiórce złomu!
(Bo przecież klamek nie wyrzucę).
Łazienka,
Światło,
Gaz i woda —
Mieszkanko pełnokomfortowe.
Żaden półkomfort — nie!
A szkoda...
Może bym zmartwień miał połowę?
Lecz kto się z takim faktem liczy?
Nic nie poradzisz —
Co byś rzekł.
Musisz korzystać ze zdobyczy —
Trudno: dwudziesty wiek!
Więc żyję sobie nowocześnie —
0 każdej porze. Nawet we śnie
Widzę kontakty, kurki, złącza, To, co się włącza
1 wyłącza —
~ 73 <**
A wreszcie jasny świta ranek Pełen technicznych niespodzianek:
Odkręcam kurek —
Światło świeci.
Przekręcam kontakt -—
Woda leci.
Przekręcam kontakt jeszcze raz —
To z wodociągu idzie gaz.
Ale nie u mnie! Nie — przesada...
Na drugim piętrze.
U sąsiada!
Za to gdy sąsiad gaz zamyka —
To u minie gaśnie...
(Elektryka!)
Gdy to powtarzać nieustannie —
To ja mam ciepłą wodę w wannie,
A sąsiadowi zimna sika.
Nie z wodociągu — nie...
Z palnika!
Lecz kiedy w kuchni gaz odkręcę —
To światło nawet jest.
(W łazience!)
Tylko nie u mnie.
Na parterze.
U mnie jest prąd!...
(W kaloryferze).
Więc też nie grzeje,
Tylko trąca —
Za to lodówka jest gorąca!
Lecz wtedy —
Nie wiadomo skąd —
Sąsiadkę w łóżku kopie prąd!
Dobrze jej tak!
Bo żal mam do niej,
74
Że gdy pociąga tam — za sznurek,
To u mnie dzwoni.
W telefonie.
I się odzywa Jalu Kurek!
I wini mnie o niecne sprawki,
Bo mu się leje...
(Ze słuchawki).
0 co się czepia mnie — psiakrew — an?i Wściekły wyłączam więc telefon,
Gdy wtem ze zlewu — Wśród zmywaków — Rozlega się:
— Tu mówi Kraków!
1 w takt piosenki, co zachwyca, Płynie wojskowa tajemnica, Że...
„Na granicy jest strażnica"!
Na pamięć znamy już ten śpiew,
Więc żona krzyczy:
— Wyłącz zlew!
No ale jak — psiakrew?
Skręcam — włączani
Kontakt — gaz,
Kurek — sznurek
Raz po raz,
Elektryka
Sika z kurka,
Gaz z kontaktu
Ciurkiem ciurka,
Tylko woda według planu
Całą siłą wali z kranu,
Jakby tamę jej kto zerwał!
Woda — zimna.
Rześka.
75
Zdrowa...
Nagle — pst... Przerwa.
Włączyła się międzymiastowa!!!
— Minister budownictwa prosi! Duma mą wątłą pierś unosi, Że do mnie dzwoni
Ktoś z daleka
W ramach tej troski o człowieka!
Serce z radości
Skacze mi jak piłka.
Powiedział:
— Przepraszam, pomyłka!
1953 r.
ROK 2000
Przepraszam bardzo, że ciut-ciut
Zanadto myślą sięgam w przód —
Lecz sprawa w tym się głównie streszcza,
Że odkąd zmarł
Mickiewicz Adam,
To u nas brak w poezji wieszcza.
Więc może ja się nadam...
Ten przyszły,
Nowy,
Piękny świat
Wy sobie tylko wyobraźcie:
My starsi o kilkadziesiąt lat —
Kobiety o kilkanaście!
Epoka nowa.
Atomowa.
A technika tak się rozwinie,
Że nawet będzie słychać słowa
Na polskim filmie w kinie!
A w restauracjach —
Bez przesady -—
Też całkiem nowe obyczaje:
Zamiast kelnerów — automaty,
Co same mówią:
— Kolega podaje!
~ 76
77
A w medycynie jakie cuda!
Gdzie tylko człowiek się nie uda —
Wszędzie lekarskich szyldów szereg:
WYMIANA SERCA, WĄTROBY I NEREK!
NA POCZEKANIU!
NA ŻYCZENIE!
Sam dam w gazecie ogłoszenie,
Które tę będzie miało, treść:
UNIEWAŻNIAM serce skradzione przez pewną piękną blondynkę w rakiecie nr 6.
I wstawię sobie nowe — Prościutko ze skrzynki — Dla jakiejś innej • blondynki!
Słowem,
Techniczny postęp wszędzie,
Wygoda na każdym kroku —
Sam nie wiem,
Czego nie będzie
W tym dwutysięcznym roku...
Wprost wyobraźnią nie ogarnę:
Podróże międzyplanetarne!
Nowa rubryka w ankiecie:
„Czy ma pan krewnych na innej planecie?"
Astrona wigac ja!
Automatyzacja!
Nareszcie spadnie nam z głowy
Ten cały problem lokalowy:
Naciśniesz guzik —
Masz mieszkanie!
Każdy __ kto wniesie podanie Taki guzik dostanie.
78
TAKSÓWKA LOTNICZA
Dałem się wziąć na czułe słówko, Bo wiosna — i gwiazdy rzęsiście...
— Przelecimy się — rzekła — taksówką? A ja: — Oczywiście!
I rękę wysoko podniosłem ¦— Podleciała landara skrzydlata...
— Dokąd?
— Dokąd — to proste:
Z tobą... na koniec świata!
I tak się zaczęła ta jazda... We dwoje nas niosło po wietrze •— Jej wzrok tkwił wesoło na gwiazdach, Mój — smutnie — na taksometrze...
Aż wreszcie spostrzegła i blada — Na cyfry wskazując — mnie szturcha... A pilot wciąż drogi nakłada! — Tu objazd — powiada. — Bo chmurka!
Już łzy niemal z oczu nam ciekną, Już humor się zepsuł nam do cna: Do końca świata — daleko, A taksa — wiosenna i nocna!
~ 79 ~
w
fi lii
— Skaczemy, miła!
Skoczyłem —
I sen mój prysnął w tej chwili...
Od dzisiaj, miła, na spacer Tramwajem będziemy jeździli!
WIERSZ CYBERNETYCZNY
Nie rozpaczajcie!
Nie ma sensu — skądże!
Ten czas już bliski
i już życiem tętni,
kiedy będziemy jeszcze wszyscy mądrzy
i może — kto wie? —
inteligentni. : • :
Kiedy — innymi mówiąc słowy —
każdy będzie miał już własny
mózg elektronowy. .
Najpierw na talony . ., . . z pierwszeństwem dla głupich, a potem szary człowiek także sobie kupi.
Technokraeja ludowa!... Jakżeż czekam na to... ja, który zawsze byłem szczerym technokratą! Na arenę niech zwycięski wkroczy cybernetyk — i niech nie słucha przestróg piewców dawnych etyk,
że technika zabije w nas ludzkie uczucia. O, nie! Prawdziwa zawiść jest nie do zepsucia!
A w miłości mózg sztuczny
też pomoże ogromnie:
gdy na przykład dziewczyna
powie ci
„Myśl o mnie!" —
to włączasz mózg do sieci
najwyższego napięcia,
naciskasz klawisz
z imieniem dziewczęcia,
a gdy naciśniesiz już ten klawisz,
maszyna tęskni —
ty się bawisz!
Wieczorem — łóżeczko...
Ty zasypiasz lekko, a przy tobie się kładzie ten twój mózg. Z gazetką.
To nic, że weźmie Express albo Życie Warszawy. Najwyżej nazajutrz dasz go do naprawy, żeby znów — jak dotąd — sprawnie, bez wahania mądrze odpowiadał na głupie pytania.
Lecz przyjdzie dzień, kiedy mózg elektronowy
~ 82 ~
odpowie ni stąd, ni zowąd: — Nie zawracajcie mi głowy! Ja chcę też poznać życie i tę miłość prawdziwą — nie żyje się samą oliwą!
I na spacer
przy świetle zwykłego księżyca
pójdą: sztuczny mózg
i sztuczna mózgownica —
przez pustą ulicę,
przez wieczorną ciszę,
czule naciskając
sobie te klawisze...
Aż kiedyś ona wyzna:
— Miły, los nie ustrzegł...
Tu — w transformatorze
tajemnica słodka:
Mózgu, będziemy mieli móżdżek!.
móżdżek po polsku.
Bom patriotka.
I od tego wieczoru i od tego słowa rozwinie się nasza produkcja krajowa!
83
I
ROZTERKA RADIOWO-TELEWIZYJNA
Gdy ludzie szarpią się i gryzą, Bezstronność moją jest dewizą. W każdej życiowej pierepałce ten obiektywizm :w" sobie kształcę i zanim minie do muru przyprą, rozważam wszystkie centra i pro, by sądem swym nikomu nigdy _
pochopnej nie wyrządzić krzywdy...
I gdy walczą dwie kliki,
na mnie nie ma sposobu • —
ja jestem bezstronny:
należę do obu! . : :
Dzisiaj równie bezstfonnie
i bez hipokryzji
chciałbym mówić o Radiu i o Telewizji.
O środkach masowego przekazu —
bez ikpain i bez reprymend,
jako że do przekazów
zawsze czułem sentyment.
Od dawna drzemie we mnie
ta pasja artysty,
by budzić w Pe-er-elu śmiech...
Pe-er-elisty!
/*> 84 ~
Tylko jak? Którędy?... Tu — rozterka duchowa, bo głos — telewizyjny, a uroda — radiowa!
Pommę, jak mnie kochała pewna Leokadia
dotąd, póki znała
mnie wyłącznie z radia.
W telewizji nawet dowcip
wydał jej się płaski.
I skończyła się miłość
przez te wynalazki!...
Cóż... Przyznaję:
telewizja ciekawsze mass-medium.
Można oglądać zebrania —
i członków prezydium!
A 0*0 już drugi program...
Otwierasz aparat
i masz dwa razy tyle posiedzeń...
I narad!
A cóż to będzie za rozkosz,
gdy nadejdzie pora
oglądania zebrań w naturalnych kolorachi
"Wprost wierzyć mi się nie chce,
że to kiedyś zobaczę:
i prelegent — jak żywy,
i nawet — słuchacze!
Tak, cenię telewizję,
jej walor i rolę...
Sarn jednakże w radiu występować wolę.
Radiosłuchacz lepsze serce
ma od telewidza:
z postury się nie śmieje,
twarzy nie wyszydza...
85
Radiosłuchacz się nigdy
uwagą nie splami: I
„Jak ona może śpiewać z takimi nogami?.1']
Nie powie radiosłuchacz
z Mielca czy z Jaworzna:
„Na tę gębę, proszę pani,
to już patrzeć nie można!"
Nie powie, bo nie widzi. Oto powód, który sprawia, że radiosłuchacz to Człowiek Kultury!...
Niestety... Każdy przyzna, czy filozof, czy cieśla, że jedną rzecz telewizja znacznie mocniej podkreśla: tę jedność niezmąconą, równy krok, równy szereg całego społeczeństwa!
Z wyjątkiem — tancerek.
86
DEPESZE Z ŻYCZENIAMI
Bardzo to lubię — bardzo się cieszę, Kiedy dostaję świąteczne depesze.
Takie depesze otwieram tkliwie,
A otworzywszy — tkliwie się dziwię...
Bo niby skądże i w sposób jaki
Poczta tę pewność zdobywa i ma,
Że MIARIAN ZALCUKI
I MARCIN ZACLUKI,
I MRRRRAIN ZUCLAKI —
To ja?
Podziw widnieje na mym obliczu... A kiedy czytam, czego mi życzą — Uśmiech zakwita jak kwiat! Pierwszy mi życzy: WSZY SKTEIGO DBRRREGO! Drugi mi życzy: WZSYSTKIEOG MALPSZEGO! A trzeci: WSZOLYCH ŚWIAT...
Jestem wzruszony — uśmiecham się błogo. — Od kogóż te miłe czułości? Od kogo?
~ 87 ~
Czytam z kolei więc wszystkie podpisy:
Pierwszy — COICIA!
(Wiem: Ciocia z Nysy!)
Drugi — AUTOXI!
(Wiem: Antoś z Gniezna!)
Trzeci — BRXTXRRBMMMXXXXU?...
Ciekawe — nie znam...
Więc nieznajome-ż nawet persony Uprzejme słowa z oddali mli ślą!... Jestem doprawdy do głębi wzruszony I radość — d duma rozpiera pierś mą!
Takie uczucia zawdzięcza się poczcie, Dlatego jestem z serca jej rad I — proszę — nigdy na pocztę nie psioczcie! Lepiej jej życzcie: WSZOLYCH ŚWIAT!
MÓJ POSTĘP TECHNICZNY
Jako że w sprawach błahych języka nie strzępię, pragnąłbym coś powiedzieć o technicznym postępie.
Postęp kolejnictwa — zwłaszcza mnie zachwyca na trasie Kraków—Krynica...
Podobno pradziadkowie naszych zacnych rodzin pożerali itę przestrzeń w ciągu sześciu godzin... Dziś — my wciąż tak samo. Oto nasza dziedziczna rewolucja naukowo-techniczna!
W krwi ją rnamy po prostu. Myśmy z mlekiem matki wyssali tę pazerność na techniczne zagadki. Nas już nic nie zaskoczy — nawet neon z dala:
~ 89 ~>
AUTOSERYICE
SPECJALNOŚĆ „CHEVROLET — IMPALA"
CIASNA 8 W BRAMIE
PYTAĆ O KOWALA!
Już nasi wynalazcy
myślą o czymś takim
jak samochód pędzony
polskim jarzębiakiem!
Pomyślcie, co byśmy zyskali:
na skrzyżowaniach,
gdzie największy ruch,
zamiast trujących, groźnych spalin
z rur wydechowych — swojski chuch...
Zdrowy,
przyjemny,
towarzyski —
jakbyś całował lube pyski!
Słowem — tak się unowocześnia wszystko w naszym kraju, jak najstarsi ludzie tylko pamiętają!
Ja sarn z biegiem tych latek,
co mi lecą i lecą,
to się unowocześniam,
to starzeję co nieco,
aż stanę się kiedyś
ultranowoczesnym staruszkiem:
cały na tranzystorach,
z komputerem pod łóżkiem.
Już dziś
w sprawach miłości —
'¦'. raju mój, się dowiedz —
•i"woczesny jestem niczym odrzutowiec:
¦sercu jedna jedyna
ślubnej premiery, ., yMskazując na głową) TU-104!
A gdy już kocham,
to mi furda, czy wygram, czy przegram... Nowocześnie rzecz stawiam — wysyłam telegram:
POKOCHAŁEM PANIĄ MIŁOŚCIĄ SZALONĄ — MARIAN ZAŁUCKI Z ŻONĄ.
~ 91
CZŁOWIEK, KTÓRY CHCIAŁ MIEĆ SAMOCHÓD
Już ludzie nie chcą mówić ze mną ¦
Unika mnie już nawet cięć,
Bo jedną pasję mam. /
Daremną:
Samochód chciałbym mieć...
Jeździć po Kruczej, Mokotowie,
A nawet i po MDM-ie,
Choć tam wyrodni synowie
Kopią bez przerwy matkę-ziemię!
Lecz cóż...
Lecz mi nie spadnie z nieba
Simca, Syrenia ni Mercedes.
Ja sobie marzę —¦
A tu trzeba
Z żywymi naprzód iść...
Per pedes!
Człowiek w marzeniach
Biegi zmienia,
Naciska sprzęgło,
Włącza gaz...
A nigdzie nie ma zrozumienia —
Jakaś drętwota, proszę was!
92
Więc chodząc sobie przez mój Kraków, Przestrzegam choć drogowych znaków! Gdy jest tablica na mej drodze,
Że nie ma wjazdu —
To nie wchodzę!
Zakaz postoju — to nie stanę.
Nawet na gazie! Zakazane.
Gdy strzałka w prawo —
To ja w prawo,
Jakbym był Fiatem lub Warszawą!
Pieszo co prawda...
No to pieszo,
A przecież takie rzeczy cieszą!
Tylko mnie peszy odrobinę
Napis w czerwono-białym kole:
„30 kilometrów na godzinę"!
Raz spróbowałem.
Nie wydolę!
Podchodzę więc do milicjanta,
Żeby zapłacić za to mandat...
Namawiam.
Proszę...
Nie chciał wziąć.
Obejrzał tylko z tyłu, z przodu...
Tak mnie traktować —
Bądź co bądź
Za to, że nie mam samochodu?!
To przecież mnie bolało...
Toć —
Jęczała wtedy moja dusza.
Żeby zapisał numer choć!
Nie mówię •—¦ auta.
Kapelusza!
93
Lecz gdym miał odejść już — To rzeki,
Spod opuszczonych patrząc powiek: — Nacisnąć sprzęgło! Włączyć bieg!...
A jednak _ widzicie — człowiek!
O PRZEDŁUŻANIU ROZKOSZY
Gdy dzień masz jakiś zezowaty, to się pocieszaj tym i pieść, że już ci wolno wpłacać raty na Fiata 126.
Pomyśl: na szosach własny ślad ¦
wreszcie marzenie twe się ziści...
Wprawdzie za sześć
czy siedem lat —
lecz ileż innych stąd korzyści:
i procent płynie wartką strugą,
i ten moralny też masz dochód,
że nigdzie w świecie
nikt tak długo
nie cieszy się na samochód!
95 ~
POCHWAŁA STRIP-TBASL'U
Wszyscy mmie pytają, czemu twarz mam beksy i czemu na oko już ze mnie niedojda... Kompleksy, proszę państwa! Tak, klasyczne 'kompleksy prosto od pana Freuda.
Wciąż mnie onieśmielają panie i dziewczęta. Mnie nawet szafa —• jak się śni, to zamknięta!
Istotnie — młodość
mnie nie rozpieściła:
bez punktów za pochodzenie,
bez książęcych pałek,
na ten świat przyszedłem
sam o własnych siłach
w szary bezmięsny poniedziałek.
Wychowywany zgoła staroświecko jedno tylko słyszałem ciągle jako dziecko: — Rączki z daleka, oczka z daleka,
myśli z daleka
od miejsca,^ gdzie się człowiek
różni od człowieka!
Zawsze w niewiedzy...
Zawsze żyłem w ciemno.
Do późnej starości ukrywano przede mną,
ile Polakowi dać może radości
prawdziwa Polka
z krwi i przy kości!
Człowiek niewinny chodził
i bez mała
nie wierzył w pewne części dała.
Ale (teraz z tym koniec!
Ufniej w przyszłość się wlokę.
Jak wiemy bowiem z gazet —
znaczy się ex scriptis —
z opóźnieniem zaledwie
o jedną epokę
będziemy mieli wreszcie w Polsce
strip-tease!
Niech pokolenie nasze młode