14195
Szczegóły |
Tytuł |
14195 |
Rozszerzenie: |
PDF |
Jesteś autorem/wydawcą tego dokumentu/książki i zauważyłeś że ktoś wgrał ją bez Twojej zgody? Nie życzysz sobie, aby podgląd był dostępny w naszym serwisie? Napisz na adres
[email protected] a my odpowiemy na skargę i usuniemy zabroniony dokument w ciągu 24 godzin.
14195 PDF - Pobierz:
Pobierz PDF
Zobacz podgląd pliku o nazwie 14195 PDF poniżej lub pobierz go na swoje urządzenie za darmo bez rejestracji. Możesz również pozostać na naszej stronie i czytać dokument online bez limitów.
14195 - podejrzyj 20 pierwszych stron:
David Hagberg
Ogień krzyżowy
(Crossfire)
Tłumaczył: Feliks Forbert-Kaniewski
Ta książka jest dla mojej matki, Katharine Samson, która zawsze wychwalała mnie pod
niebiosa i dla Laurie, która zawsze była moją chwałą.
Prolog
6 marca 1945 – zatoka San Matias, Argentyna
Na okręcie podwodnym panowała prawie idealna cisza, a ze względu na wyładowanie
akumulatorów jego wnętrze spowijał półmrok. Niski, żylasty człowiek, ubrany w czarne, skórzane
spodnie i gruby, biały golf, wszedł przez owalny luk do tylnego magazynku, znajdującego się
pomiędzy maszynownią, mieszczącą silniki wysokoprężne, a rufowym przedziałem torpedowym.
Mężczyzna stanął, wstrzymał oddech i zaczął nasłuchiwać. Był pewien, że coś usłyszał. Gdzieś
z dołu, z miejsca znajdującego się pomiędzy pokładem, a zbiornikami balastowymi dobiegł go
zgrzyt metalu ocierającego się o inny metal.
Przez kilka długich sekund mężczyzna trwał nieruchomo, wciąż nasłuchując, ale dźwięk już
się nie powtórzył. Czyżby zrodził się jedynie w jego wyobraźni? Wszyscy na pokładzie byli
zmęczeni, napięci i zdenerwowani. Zbliżał się koniec i każdy z członków załogi wiedział, co to
oznacza. Zrozumieli to wreszcie.
Kapitan Ernst Reiker, idąc bezszelestnie w butach o gumowych podeszwach po kratownicy
pokładu, posuwał się w głąb pomieszczenia. Drzwi w grodzi przedziału torpedowego były
częściowo uchylone. Osadzone na dobrze naoliwionych zawiasach, otworzyły się lekko pod
pchnięciem jego ręki i kapitan zajrzał do środka. Wnętrze ledwie oświetlała pojedyncza,
przyćmiona, czerwona żarówka, zwisająca nad jedną z wyrzutni torpedowych. Wewnątrz unosił
się odór przepoconych ciał i oleju maszynowego zmieszanego z zapachem alkoholu, którego
używano do napędu torped.
Czterech zakwaterowanych tu mężczyzn spało w hamakach zawieszonych nad zapasowymi
torpedami. Jeden z nich cicho pochrapywał. Świetni marynarze – właściwie chłopcy. Niewielu
spośród członków zredukowanej do trzydziestu dziewięciu osób załogi, zaczęło się dopiero golić.
Szkoda, że żaden z nich nie zobaczy już więcej ojczyzny. Wojna skończyła się. Niemcy przegrały.
Gdy tylko zejdą z okrętu na ląd, będą musieli pozostać na argentyńskiej ziemi. Na świecie nie było
zbyt wielu miejsc, gdzie pozwolono by się osiedlić nazistom.
Z żalem pomyślał o tym, że w ciągu tego krótkiego czasu stworzyli prawdziwą załogę; ufali
mu bezgranicznie, a on podziwiał ich za męstwo, z jakim znosili wszelkie trudy.
Kapitan rzucił jeszcze raz okiem na śpiących i zawrócił, przechodząc znów przez
maszynownię. Było już bardzo późno, więc po skończeniu codziennego obchodu okrętu, sam
również powinien pójść spać. Ernst Reiker wątpił jednak, czy uda mu się usnąć równie łatwo, jak
jego młodziutkiej załodze.
Liczący sobie czterdzieści cztery lata Reiker był już niemłody, jak na oficera pełniącego
czynną służbę na niemieckich okrętach podwodnych. Większość jego rówieśników albo zginęła,
albo awansowała na dowódców we flocie czy zgrupowaniach bojowych, i zasiadła za biurkami
w Berlinie lub Bremerhaven. Reikera omijały jednak takie awanse, ponieważ coś ciążyło na jego
pochodzeniu. Było to coś, czemu zawsze zaprzeczał, jednak nadaremnie. Zaszedł w swej karierze
tak daleko, jak to było tylko możliwe, o wiele nawet dalej, niż powinien.
Reiker przez cały czas zdawał sobie, rzecz jasna, sprawę, że u końca kariery nie czekają go
żadne zaszczyty, chociaż, jak na ironię, ostatni otrzymany przez niego rozkaz, dotyczący
przeprowadzenia okrętu podwodnego przez nieprzyjacielskie wody, naszpikowany był zwrotami
w rodzaju: poświęcenie dla ojczyzny, honor, bohaterstwo i tak dalej. Tym razem nie będzie jednak
żadnych medali, żadnej orkiestry na powitanie. Nie będzie wiwatujących tłumów w dokach. Nie
miał co do tego wątpliwości.
Był jednak niemieckim oficerem, wiernym Hitlerowi. Przysięgał, że będzie kontynuował
walkę nawet po zakończeniu wojny. Teraz na północnym Atlantyku nie toczyła się żadna bitwa,
w której mógłby wziąć udział. Nie było też nikogo, kto przyjąłby jego okręt i załogę. Port
macierzysty już nie istniał.
Tak wiele uwarunkowań, pomyślał, wchodząc przez luk do oświetlonego czerwonymi
żarówkami centrum dowodzenia. Wciąż tylko „gdyby”. I cała masa pytań... bez odpowiedzi.
– Kapitan na stanowisku – zameldował drugi oficer, porucznik Lotti Zigler. Sonarzysta,
sternik i oficer zanurzeniowy stanęli na baczność.
– Spocznij – powiedział zmęczonym głosem Reiker. – Macie coś jeszcze?
– Nie, panie kapitanie – odparł Zigler.
– Gdzie jest Dieter?
– Przy peryskopie.
Reiker podszedł do drabiny i zajrzał w górę, do stanowiska bojowego. Porucznik Dieter Schey,
jego pierwszy oficer, stał wczepiony w uchwyty peryskopu; na głowie miał czapkę przekręconą
daszkiem do tyłu.
– Widzisz coś, Dieter? – zawołał Reiker. Był zbyt zmęczony, by wspiąć się na górę i popatrzeć
samemu.
Schey, o kilka lat młodszy od Reikera, a wyglądający zaledwie na dwudziestopięciolatka,
odwrócił się od okularu i pokręcił przecząco głową. Chociaż był blondynem, jego włosy na brodzie
miały rudawy odcień.
– Nic. Żadnych świateł, żadnego ruchu... ani w zatoce, ani na brzegu. Zupełnie jakbyśmy
przybyli na bezludną wyspę.
Reiker spojrzał w stronę stanowiska nawigacyjnego, gdzie stało krzesło, przygotowane dla ich
jedynego pasażera, majora RSHA Walthera Roeblinga, który eskortował przewożony przez nich
ładunek. Major przedstawił im list, podpisany przez najwyższe dowództwo, na mocy którego on
i Reichssicherheitshauptamt (Centralne Biuro Bezpieczeństwa Rzeszy) otrzymywali pełnię
władzy nad okrętem i jego załogą. Roebling, oficer tajnych służb, spędzał całe dnie wysiadując na
swoim krześle, skąd obserwował pracę załogi w centrum dowodzenia oraz śledził zaznaczane na
mapie pozycje okrętu, gdy pokonywali północny Atlantyk i posuwali się dalej na południe, za
równik. W tej chwili nie było go jednak na posterunku.
– Gdzie on jest? – spytał Ziglera Reiker.
– Nie było go tu przez całą noc, kapitanie. Co najmniej od kolacji.
– Ernst, może byśmy tak wystawili nosy i uruchomili diesle? – zawołał z góry Schey. – Nikt
nas tu nie usłyszy, a przydałoby się podładować akumulatory.
– Chwileczkę – odparł Reiker. Coś go gnębiło. Coś tu było nie tak. Czuł to wyraźnie. To
przeczucie wiązało się z majorem.
– Zadzwoń do jego kabiny – polecił drugiemu oficerowi.
Zigler podniósł słuchawkę interkomu i nacisnął właściwy guzik. Po trzydziestu sekundach
rozejrzał się wokół i pokręcił głową. – Nie odpowiada. Czy mam go poszukać?
Reiker sięgnął ręką do przycisku uruchamiającego system nagłośniający na okręcie. – Major
Roebling zgłosi się do centrum dowodzenia. Major Roebling proszony do centrum.
Kapitan odwrócił się w stronę Ziglera. – Jeżeli major nie zjawi się w przeciągu sześćdziesięciu
sekund, macie go znaleźć, nawet jeśli trzeba będzie przeszukać cały okręt.
– Rozkaz, panie kapitanie.
Reiker wspiął się do ciasnego stanowiska bojowego i zajął miejsce Scheya przy peryskopie.
W pierwszej chwili nie mógł niczego dostrzec. Stopniowo jednak zaczął rozróżniać ciemną linię
brzegową od jeszcze ciemniejszej powierzchni wody. Tej nocy niebo częściowo zasłaniały chmury
i nie dostrzegł księżyca. Kapitan zdołał zobaczyć białe linie fal, załamujących się na wąskiej,
kamienistej plaży, ale nic poza tym. Nie było widać żadnych świateł ani jakichkolwiek innych
śladów ludzkiej obecności czy to na wodzie, czy od strony lądu.
– O co chodzi naszemu małemu szpiegowi? – spytał szeptem Schey, spoglądając przez ramię
Reikera.
– To jest miejsce przewidywanego rendez-vous – odparł Reiker, ponownie omiatając
peryskopem horyzont. – Przez dwadzieścia cztery godziny mamy pozostawać na peryskopowej,
czekając, aż się ktoś pojawi. Wciąż nic.
– Może kontakt się spóźnia. Reiker zerknął znad okularu.
– Nikt nie przypuszczał, że to skończy się tak szybko – powiedział Schey, wzruszając
ramionami. – Nieciekawie to wygląda.
– Dlaczego go tu nie ma, Dieter? Dlaczego nie rozkaże nam wysłać desantu na brzeg, żeby
sprawdzić, co się stało?
– Jego rozkazy...
– Chciałeś powiedzieć: jego prawdziwe rozkazy – mruknął Reiker. Większość tajemniczego
ładunku, który pobrali w Bremie, została złożona pod kratownicą pokładu, w tylnym magazynie.
Kapitanowi wydawało się, że właśnie stamtąd słyszał jakiś hałas.
– Myślisz, że ten bydlak coś knuje? – spytał Schey.
– Sądzę, że powinienem go o to spytać. Jeszcze tej nocy. Schey ponuro pokiwał głową.
– Ale w taki sposób, żeby nie mógł nas okłamać.
– Racja.
– O co to całe zamieszanie? – spytał z dołu zirytowanym głosem major Roebling.
Reiker spojrzał w dół, do centrum dowodzenia. – Proszę na górę, majorze. Myślę, że chciałby
pan z pewnością to zobaczyć. Roebling, niepokaźny mężczyzna, którego ziemista cera zdradzała,
że zbyt wiele czasu spędził w podziemnych bunkrach, zmrużył oczy. – O co chodzi, kapitanie?
– Chyba jest w końcu ten nasz wyczekiwany kontakt.
– Niemożliwe... – wyrwało się Roeblingowi, ale natychmiast ugryzł się w język.
– Mniejsza z tym, powinien pan tu przyjść i zobaczyć to sam, majorze.
Roebling zaczął się wspinać po drabinie, a Reiker i Schey wymienili porozumiewawcze
spojrzenia. Schey podciągnął nieco sweter, odsłaniając przy tym kolbę Lugera.
– No więc, cóż takiego pan zobaczył? – warknął gniewnie Roebling. – Nie jestem dziś
w nastroju do głupich kawałów.
Reiker skinął w stronę peryskopu. – Niech pan sam spojrzy. Roebling badawczo zajrzał
kapitanowi w oczy, po czym pochylił się nad peryskopem i przywarł do okularu. Schey wyciągnął
pistolet.
– Niczego nie widzę – warknął Roebling i, odwróciwszy się, dostrzegł tuż przed nosem wylot
lufy pistoletu Scheya. Zmrużył oczy. – Czy pan zwariował, Schey? Proszę natychmiast odłożyć
pistolet. Ale już!
– Najpierw przez chwilkę porozmawiamy, majorze – powiedział Reiker.
– Obaj już nie żyjecie! – ryknął Roebling.
– Ale to nie pan trzyma w tej chwili pistolet – zauważył Reiker. Zwrócił się do drugiego
oficera: – Zigler!
– Rozkaz.
– Z której strony przyszedł major Roebling?
– Od rufy.
– Pańska kajuta jest na dziobie – zauważył Reiker.
– Byłem w kambuzie marynarskim. W naszym, na dziobie, skończyła się kawa – powiedział
Roebling.
– Zigler! – zawołał ponownie Reiker.
– Tak jest.
– Wyślij kogoś, żeby sprawdził kabinę majora. Niech wszystko przeszuka i dajcie mi znać, co
znaleźliście.
Roebling wlepił wzrok w Reikera. W sposób wręcz namacalny z majora emanowała czysta
nienawiść.
– Rozkaz.
– I wyślij paru ludzi do magazynu za przedziałem diesli. Niech otworzą te pakunki, które
wzięliśmy w Bremie jako fracht.
Roebling usiłował rzucić się naprzód, ale Schey powstrzymał go, wciskając majorowi lufę
pistoletu w twarz.
– Kapitanie? – zawołał z dołu wyraźnie zmieszany Zigler.
– Zajrzyjcie do tego ładunku. Otwórzcie kilka skrzynek. Chcę wiedzieć, co w nich jest.
Natychmiast. Biegiem!
– Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, co pan robi? – spytał przez zaciśnięte zęby Roebling.
– Wojna jest już skończona, majorze – odparł Reiker. – A przynajmniej prawie skończona.
Wszyscy dobrze o tym wiemy. Dla mnie oznaczy to jedynie, że nie mam się dokąd udać, nie mam
dokąd zabrać mojej załogi. Chciałbym jedynie wiedzieć, czy w ładunku, jaki wniósł pan na pokład,
znajduje się cokolwiek, co mogłoby być dla nas przydatne.
– Ten ładunek należy do Rzeszy. Zna pan rozkazy.
– Nie ma już żadnej Rzeszy. A zatem, wszystko, co wniósł pan na pokład w Bremie, należy do
pana. Chciałbym wiedzieć, co to jest. Chciałbym również wiedzieć, co robił pan przed chwilą na
rufie. Słyszałem pana hałasującego pod pokładem.
– Ty skurwysynu, dostałeś przecież wyraźny rozkaz, żeby... Schey gwałtownie pchnął majora
na klapę zamykającą luk awaryjny i przycisnął mu pistolet do czoła z taką siłą, że muszka przecięła
skórę; spomiędzy oczu Roeblinga pociekła cienka strużka krwi.
– Mówi pan do mojego dowódcy, majorze. Proszę odnosić się do niego z szacunkiem, bo
w przeciwnym razie pański mózg rozpryśnie się na grodzi za panem – powiedział Schey,
uśmiechając się przy tym szeroko. Czekał na ten moment od chwili, gdy tylko opuścili Bremę.
Wyglądało na to, że major Roebling po raz pierwszy zwątpił w swoją nietykalność. Spoglądał
to na Scheya, to na Reikera, to znów zerkał w stronę luku wiodącego do centrum dowodzenia.
– Co się stało z pańskim rendez-vous? – spytał Reiker.
– Nie wiem. Spóźnia się. Może nie żyje. Nie mam pojęcia.
– Co przewidują pańskie instrukcje w takiej sytuacji?
– Mam oczekiwać w umówionym miejscu wraz z okrętem podwodnym całe czterdzieści
osiem godzin.
– A potem?
Roebling nie odpowiedział.
– Czekamy – ostrzegł go Schey.
– Kapitanie! – zawołał z dołu Zigler.
Reiker spojrzał w dół, do centrum dowodzenia. Zigler trzymał w ręku mały, otwarty plecak.
– Ma tu argentyński paszport na inne nazwisko – powiedział Zigler podnieconym głosem. – Są
również pieniądze, chyba dolary amerykańskie, trochę cywilnych ciuchów, notes.
– Wybieramy się gdzieś? – spytał nonszalancko Schey. Oczy majora robiły się coraz większe.
Z wyraźnym trudem, kilkakrotnie przełknął ślinę.
– Kapitanie, jego torba była wciśnięta do boi sygnałowej.
– Wodoszczelna – powiedział Reiker. – Czy zamierza pan opuścić potajemnie okręt? Tu? Tej
nocy?
Roebling milczał.
– Odpowiedz kapitanowi – nalegał Schey.
Roebling niemal wstrzymał oddech, zupełnie jakby na coś czekał. Reiker usiłował wniknąć
spojrzeniem w głąb oczu majora, wysondować, co kryje się w jego umyśle. Coś się stało lub miało
wydarzyć się lada chwila. Major przygotował się do opuszczenia okrętu. A w dodatku był
w pomieszczeniu zawierającym ładunek...
Reiker nagle zesztywniał. Uderzył w przycisk uruchamiający nagłośnienie okrętu i wrzasnął
do mikrofonu: – Wynosić się z pomieszczenia, w którym leży ładunek! Natychmiast! Mówi
kapitan! Wynosić się stamtąd!
Trzy kolejne eksplozje zakołysały okrętem, pozbawiając Reikera równowagi. Omal nie wpadł
do luku prowadzącego do centrum dowodzenia.
Schey na chwilę stracił orientację, ale ten moment wystarczył, by Roebling wyrwał mu pistolet
i wycelował w niego.
Na całym okręcie zawyły syreny.
– Alarm! Wszyscy na stanowiska! – krzyknął do mikrofonu Reiker.
– Niech Zigler da tu moją torbę – rozkazał Roebling. – Natychmiast!
– Przeciek w rufowej akumulatorowni – odezwał się w interkomie przerażonym głosem
marynarz. – Nie możemy sobie z nim poradzić!
– Zamknąć grodzie! – krzyknął Reiker. – Opróżnić zbiorniki balastowe. Przygotować się do
alarmowego wynurzenia!
– Moja torba! – warknął Roebling, trzymając pistolet wycelowany w Scheya.
Zigler cisnął ją przez luk, Roebling pochwycił torbę w locie. Major otworzył pokrywę luku
awaryjnego, uśmiechając się pod nosem wszedł do środka i zatrzasnął za sobą klapę, opuszczając
ją na dół. Natychmiast dał się słyszeć szum wody wypełniającej zbiornik.
– Kapitanie – krzyknął Zigler. – Rufowe zbiorniki balastowe są nieszczelne! Wybuch musiał je
uszkodzić!
W centrum dowodzenia rozpętało się istne piekło. Wszyscy wiedzieli, że okręt idzie na dno
i nic nie zdoła go ocalić. Ale przynajmniej część załogi, znajdująca się przed akumulatorownią,
mogła uratować się dzięki wodoszczelnym grodziom. Niektórzy z nich zdołają dostać się do
włazów awaryjnych, gdy tylko okręt osiądzie na dnie, jakieś osiemdziesiąt kilka metrów pod wodą.
Schey podszedł do włazu awaryjnego i zablokował go, uniemożliwiając w ten sposób
majorowi Roeblingowi powrót do wnętrza okrętu. Następnie odłączył główne zawory, odcinając
dopływ wody do zbiornika ewakuacyjnego. Przy zbiorniku napełnionym tylko do połowy klapa
prowadząca na zewnątrz nie mogła się otworzyć, i major został skazany na przebywanie
w zbiorniku, co skończy się śmiercią z braku powietrza, chyba że wpuszczą go z powrotem do
wnętrza okrętu.
Ktoś krzyczał coś do interkomu. Gdy Reiker i Schey schodzili z powrotem po drabinie, woda
zaczęła zalewać centrum dowodzenia. Okręt pochylony był już pod kątem dwudziestu stopni na
rufę i nieuchronnie pogrążał się coraz bardziej.
– Zamknąć luk! – wrzasnął Reiker.
Zigler napierał ramieniem na pokrywę luku, kręcąc przy tym głową z niedowierzaniem
i przerażeniem.
– Niemożliwe! – krzyknął. – Wszystkie luki zostały uszkodzone! Już po nas!
Reiker i Schey rzucili się do tylnego luku, zamykającego grodź wodoszczelną, i wparli się
w niego ramionami, ale ten ani drgnął. Zawiasy zostały zablokowane.
Woda wypełniła do połowy centrum dowodzenia, sięgając im już do piersi. Z tablic
kontrolnych strzeliły iskry i światło zgasło, pogrążając okręt w ciemnościach.
Od strony przedziałów dziobowych Reiker słyszał wołania swoich marynarzy, krzyczących
coś w panice. Za późno. Za kilka minut wszyscy będą już martwi.
Reiker spojrzał w górę, tam gdzie powinien znajdować się właz w centrum kierowania ogniem,
i poczuł w końcu odrobinę satysfakcji. Roebling umrze również, a należący do Rzeszy cenny
ładunek, który on, Reiker, miał dostarczyć na ten brzeg, pójdzie na dno razem z majorem.
Głowa Reikera znalazła się pod wodą. Ostatnie świadome myśli poświęcił żonie i dzieciom,
których już nigdy nie zobaczy.
1
Chmara pieszych i pojazdów, która gęstniała na końcu Pól Elizejskich od strony placu
Concorde, ze względu na paskudną pogodę poruszała się wolniej niż zazwyczaj tego popołudnia.
Temperatura wahała się w okolicach zera, a porywisty wiatr siekł marznącym deszczem, który
zamieniał się chwilami w kłęby śniegu, wirującego wzdłuż szerokiej alei. Była właśnie godzina
szczytu i wydawało się, że całe miasto zanurzyło się w wielkiej śnieżnej mazi.
Mimo to, nie bacząc na pogodę, garstka paryżan spacerowała w ogrodach Tuillries, chociaż
żadna z restauracji nie wystawiła stolików na zewnątrz, ani też żaden sprzedawca nie otworzył
swojego kramiku.
Wysoki, dobrze ubrany mężczyzna z teczką w ręku wyszedł z ogrodów, przeszedł na drugą
stronę ulicy i ruszył szerokim chodnikiem w stronę starego, zdobionego sztukaterią
czteropiętrowego budynku, którego dach wieńczyły nie tylko kominy, ale również gąszcz anten
radiowych i kilka anten talerzowych łączności satelitarnej. Mosiężny szyld informował:
AMBASADA STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI.
– Dobry wieczór – odezwał się mężczyzna do żołnierzy Piechoty Morskiej pełniących służbę
przy drzwiach wewnątrz holu. Wręczył teczkę jednemu z nich, drugiemu zaś podał swój
amerykański paszport. – Chciałbym się widzieć z jakimś pracownikiem wydziału konsularnego.
– Pan McGarvey? – spytał żołnierz studiujący paszport, który, jak wynikało z naszywki na
lewej piersi, nazywał się Selkirk.
– Zgadza się. Kirk McGarvey. Mieszkam tu, w Paryżu – powiedział mężczyzna, miło się
uśmiechając. Był wysoki, dobrze zbudowany, rysy miał bardzo ostre, lecz był na swój sposób
przystojny. W jego dużych, patrzących śmiało oczach igrały zielone błyski. Mówił z akcentem
charakterystycznym dla wschodniego wybrzeża, prawie na pewno z Bostonu.
– Czy pan wie, że ważność pańskiego paszportu wygasła? – spytał Selkirk, wskazując na datę.
Mężczyzna skinął głową.
– Właśnie dlatego tu jestem. Głupio wyszło, ale zupełnie to przeoczyłem. Ostatnio byłem
w interesach w Brukseli przez parę dni i gdy przekraczałem granicę tuż obok Valenciennes,
zwrócono mi na to uwagę. Pomyślałem sobie, że lepiej będzie, jak przyjdę tu i przedłużę paszport.
W tym czasie drugi żołnierz, Danberg, przepuścił teczkę przez urządzenie prześwietlające
i oddał ją właścicielowi.
– Może pan zwrócić się z tym do kogokolwiek w ostatnim pokoju po prawej stronie –
powiedział. – Ale proszę się pospieszyć. Dochodzi szósta i większość urzędników już poszła do
domu albo właśnie szykuje się do wyjścia.
– Rozumiem – powiedział mężczyzna, uśmiechając się – ale myślę, że wy, chłopaki,
zostaniecie tu przez całą noc.
Danberg pokręcił głową.
– Nie proszę pana, kończymy służbę za kilkanaście minut.
– No cóż, w takim razie opatulcie się ciepło. Na zewnątrz nie jest zbyt przyjemnie.
– Jasne, proszę pana.
Mężczyzna odwrócił się i ruszył przez obszerny hol, stąpając bezgłośnie po marmurowej
podłodze. Wokół nie było żywego ducha. Budynek sprawiał wrażenie opustoszałego. W połowie
długiego korytarza, skręcającego w prawo, minął wejście na klatkę schodową dokładnie w miejscu,
gdzie – zgodnie ze studiowanym uprzednio planem budynku – powinna się znajdować. Kiedy
doszedł do końca korytarza, zapukał do drzwi z matowego szkła i wszedł do środka.
W poprzek sali ciągnął się kontuar. Za nim znajdowało się duże pomieszczenie, w którym
stało sześć biurek, ale wszystkie oprócz jednego były już puste. Atrakcyjna młoda kobieta w sukni
z czerwonej dzianiny, z narzuconym na ramiona białym szalem, do którego przypięła plastikowy
identyfikator z nazwiskiem, rozmawiała z kimś przez telefon. Podniosła wzrok i, wyraźnie
zaskoczona, zasłoniła dłonią słuchawkę.
– W czym mogę panu pomóc? – spytała. Oprócz niej w biurze nie było nikogo. Jej czerwony
płaszcz i torebka leżały na krześle, stojącym naprzeciwko zajmowanego przez nią biurka.
– Chodzi o mój paszport – powiedział cicho. Coś tu było nie tak, ale musiał zaryzykować. –
Powinien zostać przedłużony.
– Czy to pilne?
– Jeszcze nie – odparł mężczyzna. – Może byłoby lepiej, gdybym przyszedł jutro rano?
– Chyba lepiej.
– Od której pani pracuje jutro?
– Od dziewiątej.
– Doskonale – odparł mężczyzna. – A zatem do zobaczenia. Odwrócił się i wyszedł z biura.
Na korytarzu nie było nikogo, kto mógłby zobaczyć, jak pospiesznie podąża do schodów i wchodzi
na górę. Zdjął rękawiczki i płaszcz, a zanim dotarł na podest pierwszego piętra, przypiął sobie do
brązowej marynarki identyfikator, podobny do tego, jaki nosiła kobieta z wydziału konsularnego.
Identyfikator głosił, że był specjalnym asystentem ambasadora.
Zarówno nazwisko jak i funkcja były, rzecz jasna, fałszywe, i gdyby kobieta z wydziału
konsularnego wiedziała, kim naprawdę jest ten człowiek, uciekałaby teraz w popłochu, ratując
życie.
* * *
Carley Webb odłożyła słuchawkę i wzięła z krzesła płaszcz i torebkę. Przed wyjściem z sali
wydziału konsularnego sporządziła notatkę o wizycie mężczyzny, który musiał przedłużyć
ważność paszportu, i położyła ją na biurku Cedrica Evansa.
Twarz mężczyzny wydała się jej znajoma. Zapomniała wprawdzie spytać go o nazwisko, ale
mniejsza z tym, przecież ma się zgłosić jutro rano. Ostatecznie nie należało to do jej obowiązków.
Praca w wydziale konsularnym stanowiła jedynie przykrywkę dla zadań, które wykonywała dla
paryskiego oddziału Centralnej Agencji Wywiadowczej. To stanowisko ciężko sobie wywalczyła
i cieszyła się każdą chwilą przepracowaną w charakterze oficera operacyjnego Firmy.
Wśród personelu ambasady było wiele kobiet, ale żadna z nich oprócz Carley Webb nie
działała w terenie. Większość pracowała jako sekretarki, szyfrantki, a w kilku przypadkach jako
tłumaczki. Paryska placówka CIA była największa w Europie, większa nawet od oddziału Firmy
w Bonn, ponieważ tu właśnie następował proces porządkowania i weryfikacji informacji
zebranych w Europie przed przekazaniem ich do Langley. Niektóre koleżanki miały jej za złe
charakter pracy, a nawet wygląd. W wieku trzydziestu trzech lat Carley Webb utraciła swój
niewinny dziewczęcy powab, zmieniając się w piękną kobietę, w pełni świadomą swoich
wdzięków. Miała długą szyję, może nieco zbyt wydatne kości policzkowe i olbrzymie ciemne oczy.
W odpowiednim oświetleniu można było wziąć ją za młodą Audrey Hepburn.
Ostatnio Carley kończyła finalny etap tworzenia nowej siatki, opatrzonej kryptonimem
ISKRA. Nawiązała kontakt i umiejętnie rozwijała znajomość z dwoma wysoko postawionymi
urzędnikami z rosyjskiej ambasady. Jeden z nich był trzecim zastępcą paryskiego rezydenta KGB,
a drugi – drugim zastępcą attache wojskowego. Obaj wyraźnie mieli na nią ochotę, do czego ich
Carley oczywiście zachęcała, i obaj nic o sobie nie wiedzieli. Zaletą tej szczególnej siatki, oprócz
oczywistych korzyści płynących z posiadania takich wtyczek w rosyjskiej ambasadzie, była
możliwość bezustannej weryfikacji dostarczanych jej z dwóch różnych źródeł informacji.
– Przyjdzie taki dzień, Carley, kiedy będą chcieli pójść z tobą do łóżka – ostrzegał ją szef
placówki, Thomas Lord.
Jeszcze do tego nie doszło, ale w przypadku Władimira Rudiczewa, pracownika KGB,
moment ten szybko się przybliżał.
– Poradzę sobie z tym we właściwym czasie – odpowiedziała Lordowi.
– Może powinniśmy cię z tego wyłączyć. Stewart stopniowo przejąłby sprawę.
– Jeszcze nie, Tom, proszę. Daj mi jeszcze w tym pobyć. Lord był dla Carley niczym brat,
a raczej ojciec, od momentu, kiedy przysłano ją z Langley do Paryża. Uśmiechnął się.
– Bądź tylko ostrożna, dziecinko. Czy możesz tyle przynajmniej dla mnie zrobić?
– Oczywiście – obiecała. Jej przywiązanie do tego zadania wynikało jednoznacznie z poczucia
dumy. Zaszła samodzielnie tak daleko i za nic nie chciałaby stracić ani kropelki z tego bezcennego
strumienia informacji, nad którego uzyskaniem pracowała od początku.
A zresztą, mówiła sobie, otulając się płaszczem, gdy szła korytarzem w stronę wyjścia,
Rudiczew i Gurianow nie byli jej największym zmartwieniem. Miała zamiar podjąć wkrótce
zupełnie inną decyzję, z pewnych względów nawet o wiele ważniejszą. Być może podejmie ją
jeszcze tego wieczora.
Chociaż z powodu paskudnej pogody prawie wszyscy pracownicy wyszli wcześniej do domu,
Carley przypuszczała, że Lord wciąż jeszcze siedzi w swoim gabinecie. Popołudniowy serwis
informacyjny wysyłany był via maszyny kodujące w postaci skondensowanego do kilku sekund
przekazu około siódmej, i Thomas zawsze był pod ręką, żeby wprowadzić ostatnie poprawki lub
usunąć część przygotowanego wcześniej materiału. Nazywał to precyzyjnym dostrajaniem.
Carley przeszła przez główny hol i oddała swój identyfikator żołnierzom.
– Dobranoc, panno Webb – powiedzieli.
– Dobranoc – odparła, kierując się ku drzwiom, ale nagle rozmyśliła się i zawróciła. – Był tu
wysoki, przystojny mężczyzna, który przyszedł w sprawie przedłużenia ważności paszportu. Czy
macie jego nazwisko?
W obawie przed atakami terrorystycznymi we wszystkich ambasadach Stanów Zjednoczonych
na całym świecie zapisywano nazwiska interesantów i skrupulatnie sprawdzano ich bagaż oraz
dokumenty.
– Dopiero co objęliśmy służbę, proszę pani – powiedział jeden z żołnierzy Piechoty Morskiej.
– Musiał się z nami rozminąć.
Drugi żołnierz przekręcił książkę recepcyjną tak, że mógł odczytać ostatni zapis.
– O, tu, ostatnia notatka. Nazywa się Kirk McGarvey.
– Kirk jest tutaj? – zdziwiła się. – Nie widziałam go. Młody żołnierz wzruszył ramionami.
– Tak tu jest zapisane, panno Webb. Skierowany do wydziału konsularnego o godzinie 17.58,
teczka sprawdzona.
– To zaledwie przed paroma minutami – powiedziała Carley, przeanalizowała kilka
możliwości, ale odrzuciła je wszystkie. – Kto jeszcze przychodził tuż przed McGarveyem?
– Henri Perigord, również do wydziału konsularnego, ale było to znacznie wcześniej, proszę
pani, o 15.27.
Carley pamiętała go.
– Nikogo nie było pomiędzy nimi?
– Nie, proszę pani. Czy coś nie tak?
– Nie wiem – odparła Carley – ale mężczyzna, który zgłosił się do mnie o szóstej nie był tym
Kirkiem McGarveyem, którego znam.
– Czyżby ktoś podszył się pod niego?
– Możliwe – powiedziała, spoglądając w stronę wind. – Powiedział, że wróci jutro rano.
Sprawdzę to osobiście.
– Czy coś możemy w tym czasie zrobić?
Carley zajrzała do książki recepcyjnej. Obok nazwiska McGarveya pełniący uprzednio służbę
żołnierz zanotował numer jego paszportu. To już było coś. Podniosła wzrok.
– Jeżeli wróci jeszcze dzisiaj, zadzwońcie do mnie. Mam włączony pager.
– Zrobi się – odpowiedział żołnierz.
Carley odwróciła się i wyszła z ambasady. Możliwe, że ten, który skierował do niej mężczyznę,
pomylił się wpisując nazwisko. Carley wydawało się to jednak nieprawdopodobne.
Dręczyło to ją, gdy pokonując podmuchy zimnego wiatru spieszyła, by złapać taksówkę na
ulicy Gabriel. Tajemniczy interesant rozpłynął się bez śladu. Nie pozostawało nic innego, jak tylko
czekać do rana.
Korytarz na drugim piętrze ambasady świecił pustkami, ale intruz słyszał wyraźnie wysoki
pisk drukarki komputerowej rozlegający się gdzieś wyżej. Zatrzymał się na podeście schodów
przez jakieś dwie sekundy.
Większość dyplomatów i personelu już wyszła. Jednak centrum łączności Centralnej Agencji
Wywiadowczej na trzecim piętrze było pełne ludzi, a nawet, być może, pozostało jeszcze w pracy
kilku ważniejszych pracowników Firmy, przygotowując kolejny pakiet informacji przed
wysłaniem ich o siódmej do USA.
Była to jedna z wewnętrznych informacji, o której wiedziało niewielu ludzi, nie żaden tam
sekret, po prostu nikt tego nie rozgłaszał.
* * *
– Dywersja, Arkasza, oto czego nam trzeba – powiedział mu generał podczas ostatniego
spotkania w Trypolisie. – Zostałeś wybrany przeze mnie do tej roboty. Zamierzam ponownie
skorzystać z twoich kwalifikacji. Zupełnie jak za dawnych lat. Tylko że tym razem nikt nie będzie
podejrzewał, że to ty. Wszyscy myślą, że nie żyjesz.
Generał Didienko był wysokim mężczyzną o posturze niedźwiedzia, czarnych gęstych
włosach, krzaczastych brwiach a’la Breżniew, miał szerokie czoło Sybiraka i ogorzałą cerę.
– Paryż – kontynuował – będzie, jak sądzę, dobrym miejscem do rozpoczęcia działań. Potem
Rzym, może Bonn, Lizbona, a na końcu Bruksela. – Generał uśmiechnął się. Nie był to bynajmniej
przyjacielski uśmiech. – Te wszystkie szczegóły pozostawiam tobie. Jeżeli tylko będziesz
potrzebował informacji, w każdym mieście czeka na ciebie kontakt. Z Paryżem włącznie.
Spacerowali wzdłuż plaży we wschodniej części miasta, z obstawą Didienki podążającą z tyłu
za nimi, w odległości, w której mogli swobodnie rozmawiać. Bryza wiejąca znad Morza
Śródziemnego była chłodna, ale przyjemna.
– Poradzisz sobie z tym zleceniem? – spytał generał. Krążyły plotki, że jego pozycja
w Moskwie była poważnie zagrożona. Jeśli nawet tak było, to pewna siebie twarz nie zdradzała
żadnych obaw.
– Dywersja, w jakim celu? – spytał łagodnym głosem mężczyzna, który w Paryżu podszywał
się pod McGarveya.
– Czy dasz sobie z tym radę? – nalegał generał, ignorując zadane mu pytanie.
– Owszem, poradzę sobie – skinął głową mężczyzna – ale przede wszystkim proszę
powiedzieć mi, co pan naprawdę planuje, towarzyszu generale. Nie jesteście Baranowem.
– Nie – zgodził się Didienko. – Ty również nie jesteś już zabawką w jego dłoniach. –
Uśmiechnął się ponownie i wziął go za rękę. – No dobrze, Arkasza, powiem ci wszystko, co tylko
zechcesz wiedzieć. Po prostu wszystko. Wtedy zrozumiesz, czemu wybrałem właśnie ciebie.
* * *
Intruz wyszedł z klatki schodowej, przeszedł spiesznie przez korytarz i wszedł do jednego
z pokojów, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Prawie wszystkie operacje CIA zostały ulokowane na trzecim piętrze, co ułatwiało ochronę,
również elektroniczną. Na korytarzu trzeciego piętra stali uzbrojeni pracownicy Firmy pilnujący
drzwi od klatki schodowej i wind. W początkowym okresie planowania akcji stanowiło to dla
niego poważną przeszkodę. Nie było możliwości, aby swobodnie poruszać się po trzecim piętrze.
Nawet gdyby udało mu się przeniknąć do wewnątrz, prawdopodobnie nie wymknąłby się żywy
z budynku, a przynajmniej zostałby zauważony i śledzony.
Położył płaszcz i rękawiczki na biurku w małym pomieszczeniu, potem zdjął marynarkę
i krawat, i również odłożył je na bok. Następnie wyjął z kabury pod pachą pistolet Walther PPK,
nakręcił tłumik na lufę, położył broń na biurku, po czym zdjął kaburę i zaczął rozpinać koszulę.
Centrum łączności znajdowało się dokładnie nad tym właśnie biurem. W tej chwili pracowało
tam co najmniej tuzin techników i operatorów urządzeń, nie mówiąc już o precyzyjnym sprzęcie
szyfrującym i łącznościowym wartym kilka milionów dolarów.
Po drugiej stronie budynku, również na trzecim piętrze, mieściły się zabezpieczona przed
podsłuchem sala konferencyjna oraz biura szefa placówki, Thomasa Lorda i jego zastępcy, Boba
Gravesa. Obaj byli wyjątkowo zdolnymi ludźmi, niezbędnymi wręcz dla paryskiego oddziału CIA.
Bez nich wszystkie operacje Firmy w całej Europie kulałyby przez dłuższy czas.
Ktoś z zewnątrz nacisnął klamkę, usiłując otworzyć drzwi. Intruz, cofając się w ciemny kąt,
pochwycił pistolet i przesunął bezpiecznik. Pokój rozjaśniało jedynie światło wpadające przez
szczelinę pod drzwiami.
W chwilę potem klucz zazgrzytał w zamku i drzwi otworzyły się. Starszy, siwy, przygarbiony
człowiek o wydatnym, obwisłym brzuchu wszedł do pokoju i zapalił światło. Był sam.
W pierwszej chwili nie bardzo pojmował, co widzi: leżące na biurku ubranie, mężczyznę
w kącie. Ale zaraz potem zaczął się wycofywać, unosząc w obronnym geście lewą rękę; Rosjanin
strzelił mu w twarz, pocisk trafił starszego mężczyznę w lewe oko, a impet częściowo wypchnął
ciało na korytarz.
Intruz nie spodziewał się, że ktokolwiek się tu pojawi. Starszy człowiek nie miał o tej porze nic
do roboty na drugim piętrze.
Morderca podbiegł do drzwi i wyjrzał na korytarz. Nikogo nie było. Wyglądało również na to,
że nikt niczego nie słyszał. Żadnych oznak alarmu.
Pospiesznie wciągnął ciało z powrotem do pokoju. Na wypadek, gdyby ktoś w ciągu paru
najbliższych minut tędy przechodził, zabójca wytarł chusteczką rozpryśniętą na korytarzu krew
i płyn rdzeniowo-mózgowy.
Następnie zamknął drzwi na klucz, zgasił światło i głęboko zaczerpnął powietrza, by się choć
trochę odprężyć.
To był głupi błąd, który mógł zaważyć na powodzeniu misji. Teraz ktoś może poszukiwać tego
mężczyzny. Trzeba się pospieszyć.
Rosjanin uśmiechał się ponuro sam do siebie, zdejmując koszulę i odrywając taśmę mocującą
co jego piersi i boków pięć kilogramów plastycznego materiału wybuchowego C4.
2
Bar w hotelu „Inter-Continental”, znajdującym się opodal placu Concorde, był zatłoczony, ale
ze względu na stosunkowo wczesną porę, w przylegającym do baru pomieszczeniu z grillem
zajętych było niewiele miejsc. Przy stoliku w kącie sali trzech mężczyzn butelką wina skracało
sobie oczekiwanie na posiłek. Kelner krążył w stosownej odległości.
Najstarszym z trójki był Horst Höhner, liczący sobie sześćdziesiąt osiem lat. Przyleciał na
weekend z Wiednia i strawił dwa dni na dostarczaniu informacji dotyczących niejakiego Muellera
Leitnera, strażnika z obozu koncentracyjnego, który, według opinii ludzi Simona Wiesenthala, żył
w Paryżu jako emeryt.
Höhner był zupełnie pozbawiony włosów na całym ciele. Ten stan był spowodowany
chemicznymi eksperymentami, jakie przeprowadzano na nim w latach 1941-1943 w Dachau.
Ponieważ nie miał włosków w nozdrzach, zawsze wkładał tam sobie odrobinę waty, która
spełniała rolę filtra zatrzymującego kurz. A z braku rzęs stale mrugał oczami, broniąc się przed
kurzem. Nosił, rzecz jasna, perukę, co przy braku brwi nadawało mu osobliwy wygląd. Ale umysł
miał otwarty, a doświadczenia, jakich doznał z rąk hitlerowców, nie wywołały w nim, tak jak
u wielu innych, zgorzknienia. Stał się natomiast człowiekiem pełnym determinacji.
– Musimy działać z wielką ostrożnością, Horst – ostrzegał go jego francuski gospodarz,
Maurice Gavalet. Powtarzał to samo od wczoraj.
– Nie obchodzi mnie, jak bardzo ten Leitner czy Mann, czy jak tam się nazwał po wojnie – jest
cenny dla Francji. Jego dobre uczynki nie mogą wymazać zbrodni przeciwko ludzkości, jakich
dopuścił się w Oświęcimiu i gdzie indziej. Zbrodni, które popełniał również na Francuzach. Co,
jak sądzę, będę mógł udowodnić, żeby pozbawić cię wszelkich wątpliwości. I niekoniecznie byli to
Żydzi. Niektórzy z nich należeli do Resistance.
Współpracę z grupą Wiesenthala, gdy tylko trop łowców nazistów prowadził ich na terytorium
Francji, zlecano zazwyczaj Gavaletowi z Deuxieme Bureau. Pracował już z Höhnerem w paru
sprawach, których finał nie zawsze układał się po myśli rządu francuskiego. Szanował jednak
Austriaka nie tylko za jego upór, ale również za niezaprzeczalną inteligencję i pewnego rodzaju
staromodny wdzięk.
– Nie o to chodzi, mój stary. To, jak wspominałem na początku, kwestia niepodważalnej
identyfikacji.
– Mann to Leitner – oświadczył Höhner.
– Nie jestem tego taki pewien – odparł łagodnie Gavalet. Trzeci z mężczyzn siedzących przy
stole, o wiele młodszy od pozostałych, nazywał się Carleton Reid i był pracownikiem ambasady
amerykańskiej, gdzie oficjalnie pełnił funkcję szefa ochrony. Ale zarówno Gavalet, jak i Höhner
wiedzieli doskonale, że Reid w rzeczywistości jest agentem CIA. Poproszono go o pomoc,
bowiem Höhner był przekonany, że Leitner pracował w Stanach Zjednoczonych od roku 1946 aż
po wczesne lata sześćdziesiąte, kiedy to wyemigrował do Francji. Dorobił się już milionów na
handlu nieruchomościami i hojnie obdarowywał szpitale, oraz uniwersytety.
– Nie ma mowy, aby powiedzieć coś pewnego wyłącznie na podstawie studiowania starych
dokumentów – powiedział Reid. Amerykanin był w szkole średniej filarem drużyny piłkarskiej.
Do tej pory zachował atletyczną sylwetkę i młodzieńczą chęć rywalizacji. – Mogły zostać, po
pierwsze, sfałszowane. Czy chce pan napiętnować, najprawdopodobniej niewinnego, człowieka?
Höhner lubił Amerykanów za te ich cechy, które większości Europejczyków wydawały się
trudne do przyjęcia: bezceremonialność i coś, co pojmował jako naiwność. Sądzili, że wszystko da
się naprawić i często się im to udawało. W pewnym sensie, on sam był taki jako dziecko... dopóki
nie zapłonął jego świat. Ale tym razem poczuł pewną niechęć do Reida.
– W obozach koncentracyjnych pełno było niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci – wycedził.
– Jest jednak sposób na upewnienie się – kontynuował Reid. – Jak pan wspomniał, Leitner
spłodził przynajmniej tuzin dzieci z więźniarkami.
– Te informacje są ściśle tajne...
– Wysłuchaj go jednak, Horst – przerwał mu Gavalet. – Proszę cię.
– Niektóre z tych dzieci musiały przeżyć obóz i sądzimy, że wasi ludzie wiedzą, gdzie one się
znajdują.
– I co z tego, panie Reid? Czy spodziewa się pan, że się zgłoszą, i w jakiś cudowny sposób
zidentyfikują swojego ojca?
– Owszem, w rzeczy samej tego się właśnie spodziewam. Höhner był wstrząśnięty.
– Co, na miłość Boską, chce pan przez to powiedzieć?
– Potrzebujemy jedynie próbki krwi któregokolwiek z nich. Któregoś z potomków Leitnera.
– Czy sądzi pan, że na podstawie próbki krwi uda się stwierdzić, czy Mann jest rzeczywiście
Leitnerem? To nie dowiedzie niczego.
– Grupa krwi nie – wyjaśnił Reid. – Ale porównanie kodu DNA we krwi wystarczy. Pomyłka
wykluczona. Będziemy mieli stuprocentową pewność.
Höhner nie odpowiedział. To była nowa gałąź nauki. Może jednak jego żona miała rację. Może
należało już o wszystkim zapomnieć, a przynajmniej przejść w stan spoczynku. Zdobył się na
słaby uśmiech.
– Chcemy z tobą współpracować, Horst – odezwał się Gavalet. – Uwierz mi, kiedy mówię, że
jest nowa metoda, jedyna droga pozwalająca mieć pewność, że nie wsadzimy do więzienia
niewinnego człowieka.
W tym momencie znów pojawiła się ona. Stała w drzwiach. Höhner nie mógł uwierzyć
własnym oczom. Jęknął i pokręcił głową.
– Co ci jest, Horst? – spytał zaniepokojony Gavalet. – Źle się czujesz? O co chodzi?
– To ona – odparł Höhner. – Najwyraźniej przyjechała za mną aż z Wiednia.
Gavalet i Reid odwrócili się i dostrzegli bardzo zdenerwowaną kobietę, która ruszyła ku nim.
Ubrana była w płaszcz przeciwdeszczowy, wyrzucony na ciemną spódnicę biały sweter i wysokie
czarne buty.
– Kim ona jest? – spytał Reid.
– Nie uwierzycie, ale to Maria Schimmer, argentyńska łowczyni skarbów – odparł Höhner.
– Co? – spytał rozbawiony Gavalet. – Schimmer? Czy jest z pochodzenia Niemką?
– Jej dziadek był prawdopodobnie generałem Abwehry. Wyjechał do Argentyny z żoną
i synem, porucznikiem marynarki.
– Czy ścigałeś ich?
– Nie. To byli zwykli żołnierze – ani gorsi, ani lepsi od innych.
– Co ona od ciebie chce? – zapytał Reid.
– Poczekaj tylko chwileczkę, bo zanim uda mi się ją spławić, sama wszystko ci powie. Możesz
mi wierzyć, powie ci wszystko.
– Guten Abend, Herr Höhner – kobieta odezwała się niskim, nieomal męskim głosem
z wyraźnym południowoamerykańskim akcentem.
– Proszę mówić po angielsku – zażądał Höhner. – To język, który znają wszyscy obecni przy
tym stole. Czego pani chce ode mnie, panno Schimmer?
Kobieta obrzuciła Gavaleta i Reida uważnym spojrzeniem.
– Pańskiej pomocy, panie Höhner. Tak jak i przedtem. Pomyślałam sobie, że skoro jest pan
z dala od zatęchłego biura w Wiedniu, mógł pan zmienić zdanie.
– Nie zmieniłem. Nie ma też nic takiego, co mógłbym lub powinienem dla pani zrobić...
– Wie pan, że nie rezygnuję tak łatwo – powiedziała, uśmiechając się lekko kącikami
zmysłowych ust. Zdjęła chustkę. Miała długie włosy, upięte w węzeł na karku, o tak głębokim
odcieniu brązu, że wydawały się niemal czarne. Wyraźnie zarysowane kości policzkowe
i szlachetna linia brwi, nadawały jej arystkratyczny wygląd. Widać też było, że ostatnio
przebywała dużo pod zwrotnikowym słońcem.
– Na pewno nie – odparł Höhner. – Ale marnuje pani tylko swój czas... mój zresztą również.
– Szkoda czasu na takie dzielenie włosa na czworo... – zorientowała się, że strzeliła gafę. –
Przepraszam.
– W czym właściwie należy pani pomóc, panno Schimmer? – spytał Reid.
Obdarzyła go przeciągłym spojrzeniem.
– Usiłuję odnaleźć okręt podwodny. Reid otworzył usta, ale nic nie powiedział.
– Pozwolę sobie przedstawić moich towarzyszy – powiedział szarmancko Höhner. – Panna
Maria Schimmer – Carlton Reid, szef ochrony ambasady amerykańskiej, tu, w Paryżu. A to
Maurice Gavalet, znany mi od lat oficer policji francuskiej.
Reid i Gavalet podnieśli się i uścisnęli jej dłoń.
– Jestem zaintrygowany, mademoiselle – rzekł Gavalet. – Czy przyłączy się pani do nas?
– Prosimy – powiedział Reid. Spoglądał na Marię z wyraźną ciekawością.
Maria spojrzała na Höhnera, który z kwaśną miną w końcu skinął przyzwalająco głową.
– Być może nie mogę zaoferować pani żadnej pomocy, młoda damo, ale z pewnością nie
odprawimy stąd pani głodnej.
– Gradas – odrzekła, uśmiechając się ciepło, gdy Reid zdejmował jej płaszcz, a Gavalet skinął
na kelnera, by przyniósł nakrycie i kieliszek.
Gdy już wszyscy usiedli, Höhner napełnił jej kieliszek winem.
– Panna Schimmer pragnie odnaleźć niemiecki okręt podwodny, którego kapitanem był – jak
twierdzi – jej dziadek, a który zaginął podczas tajnej misji u brzegów Argentyny pod koniec wojny.
Wierzy, że moje wpływy w niektórych środowiskach mogłyby pomóc w jej poszukiwaniach.
– Mam podstawy przypuszczać, że okręt po przebyciu Atlantyku został zatopiony na wodach
argentyńskich przez amerykański okręt patrolowy lub wpadł na minę – powiedziała Maria.
– Chciałabym odnaleźć okręt mojego dziadka i... jego ciało.
– Wszystkie dane na ten temat powinny znajdować się na mikrofilmach w Archiwum
Narodowym w Waszyngtonie – zauważył Reid.
Höhner powstrzymał lekki uśmieszek.
– Panna Schimmer nie jest naukowcem. A zwoje mikrofilmów są raczej odstraszające.
– I tak prawdopodobnie niczego tam nie ma – wyjaśniła Maria.
– Ale jakieś dane powinny być we Freiburgu, zawarte w przesłuchaniach kadry dowódczej
marynarki wojennej.
– Myślałem, że dane dotyczące nazistów są przechowywane w Berlińskim Centrum
Dokumentacji – powiedział Gavalet.
– Ale nie dokumenty marynarki – odparła Maria. – Przechowują je we Freiburgu.
– Czy oglądała je pani? – spytał Höhner.
– Chciałam spróbować – zauważyła. – Ale te dane udostępniane są tylko uczonym, ludziom
takim jak pan. Więc jak pan widzi, jest pan teraz moją ostatnią szansą.
– Byłem we Freiburgu – powiedział Höhner. – Jak tylko opuściła pani Wiedeń. Pani dziadek,
Hermann Schimmer, jeśli idzie o ścisłość, był rzeczywiście generałem Abwehry. Wiosną roku
1945 uciekł do Argentyny ze swoim synem, a pani ojcem, porucznikiem marynarki Joachimem
Schimmerem. Żaden z nich nie służył na niemieckich okrętach podwodnych.
Maria spojrzała na kieliszek z winem, który trzymała w dłoni.
– I sprawdził pan również w Berlinie.
– Owszem.
– Okłamałam pana – przyznała niechętnie.
– Na to wygląda – stwierdził grzecznie Höhner. Spojrzała na niego z wyzwaniem w oczach.
– Joachim był moim ojczymem. Adoptował mnie w sześć miesięcy po tym, jak mój
prawdziwy ojciec zginął w wypadku samochodowym.
– Jak się nazywał pani prawdziwy ojciec? – spytał Höhner.
– Rolph Reiker. Przybył do Argentyny wraz z moją babką po zakończeniu wojny. Spodziewali
się zastać tam mego dziadka.
– Kapitana okrętu podwodnego? – spytał Reid. Maria skinęła głową.
– Ernsta Reikera. Ale on nigdy się nie odnalazł. Babka umarła dwa lata później na zapalenie
płuc, a ojciec ożenił się z Argentynką, moją matką, która zmarła rodząc mnie.
– A kiedy zginął pani ojciec? – dopytywał się Reid.
– W 1970 roku. Miałam wtedy szesnaście lat. Höhner patrzył na nią z dziwnym wyrazem
twarzy.
– Czemu wtedy nie powiedziała mi pani prawdy?
Maria na chwilę zamknęła oczy, a gdy je ponownie otworzyła, były wilgotne.
– Ponieważ wtedy pan wyrzuciłby mnie ze swego biura.
– A to dlaczego? – łagodnie zapytał Höh