14007
Szczegóły |
Tytuł |
14007 |
Rozszerzenie: |
PDF |
Jesteś autorem/wydawcą tego dokumentu/książki i zauważyłeś że ktoś wgrał ją bez Twojej zgody? Nie życzysz sobie, aby podgląd był dostępny w naszym serwisie? Napisz na adres
[email protected] a my odpowiemy na skargę i usuniemy zabroniony dokument w ciągu 24 godzin.
14007 PDF - Pobierz:
Pobierz PDF
Zobacz podgląd pliku o nazwie 14007 PDF poniżej lub pobierz go na swoje urządzenie za darmo bez rejestracji. Możesz również pozostać na naszej stronie i czytać dokument online bez limitów.
14007 - podejrzyj 20 pierwszych stron:
Kiedy ostatni raz przebiegały Ci po plecach dreszcze?
Nie przegap innych fascynujących książek z serii „Krąg Ciemności":
Dom żywych trupów
Lato mulistych potworów
Krzyki w mroku
Kosmita pod łóżkiem
Pożegnanie z mumią
J. R, Black
Zemsta komputerowych wojowników
Przełożyła Iwona Żółtowska
Siedmioróg
1
INWAZJA LATAJĄCYCH SPODKÓW
Nie było czasu do namysłu.
Otaczały mnie pojazdy obcych. Latające spodki opadały z nieba. Ledwie dotknęły ziemi, z
otwartych luków wynurzali się szkarłatni przybysze z kosmosu. Sunęli w moją stronę drobnym
kroczkiem — zupełnie jak pingwiny. W przeciwieństwie do tych zabawnych ptaków byli jednak
bardzo niebezpieczni; dysponowali śmiercionośną bronią. Ich skrzydła emitowały groźne
promieniowanie, które mogło w mgnieniu oka unicestwić przeciwnika.
Nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że kosmici mnie wybrali sobie za cel.
Odwróciłem się błyskawicznie i unieszkodliwiłem napastników, którzy próbowali zajść mnie od
tyłu.
Zniszczyłem jeden spodek; pozostało jeszcze pięć.
Udało mi się unicestwić kolejny, ale sytuacja z minuty na minutę była coraz gorsza. Kończyła się
amunicja. Brzegi ogromnego leja, w którym znalazłem prowizoryczne schronienie, osypywały
się pod wpływem niszczycielskiego promieniowania. Moje położenie było niemal beznadziejne.
Miałem tylko jeden pocisk. Nie mogłem go zmarnować! Czułem, że pocą mi się dłonie.
Zamierzałem nacisnąć spust, gdy czyjaś ręka przesłoniła ekran gry elektronicznej.
Niespodziewanie wróciłem do rzeczywistości. Właśnie trwała matma.
5
>?
— Przepraszam! — Usiłowałem niepostrzeżenie przesunąć miniaturowy komputerek, ale
było już za późno. Wystarczyła chwila nieuwagi, by kosmici błyskawicznie ruszyli do ataku.
Zostałem unicestwiony, starty na proch. Gra skończona!
— Co za pech! A mogłem ich pokonać — wyrwało mi się, gdy podniosłem wzrok. Ujrzałem
okrągłe okulary i groźnie ściągnięte brwi. Powinienem był ugryźć się w język. Między ławkami
stała pani Fernandez! Próbowałem jakoś wybrnąć z głupiej sytuacji. — O rany, ale mnie pani
wystraszyła!
Światło odbijało się od szkieł. Może to i lepiej, że nie widziałem ciskających pioruny oczu pani
od matematyki.
— O ile się nie mylę, masz do rozwiązania kilka zadań, prawda, Willis? — stwierdziła
ironicznie. W klasie było cicho jak makiem zasiał. Ponad ramieniem pani Fernandez widziałem
zwrócone ku nam twarze uczniów szóstej klasy. Moi koledzy błyskawicznie zwęszyli sensację.
— Już skończyłem, proszę pani — odparłem podsuwając jej zeszyt. Wszystkie zadania były
dziecinnie proste. Uporałem się z nimi w mgnieniu oka.
— W takim razie powinieneś wziąć się do odrabiania pracy domowej. — Pani Fernandez
wyciągnęła rękę. — Oddaj mi tę
grę.
— Proszę, niech jej pani nie zabiera — trajkotałem jak karabin maszynowy, zaciskając dłoń
na niewielkim pudełku. — Przecież rozwiązałem wszystkie zadania. Wiadomo, że gry rozwijają
zdolność logicznego myślenia. Obiecuję, że nie będę grał w klasie, skoro pani zdaniem nie należy
tego robić. Obiecuję...
— To już trzeci raz w tym tygodniu — przypomniała zirytowana nauczycielka. —
Natychmiast oddaj mi tę grę!
Totalna klęska. Pani Fernandez zabrała elektroniczne pudełko i podeszła do swego biurka.
Gapiłem się wrogo na jej plecy. Chętnie pokazałbym język tej podłej babie. Najlepiej byłoby
zetrzeć ją na proch. Przestałaby mnie wreszcie prześladować.
— Nauczyciele to potwory — oznajmiłem półgłosem,
zwracając się do siedzących w pobliżu kolegów. Spodziewałem się usłyszeć cichy szmer
aprobaty, ale moi sąsiedzi gryźli tylko końcówki długopisów i z wielkim zapałem rozwiązywali
zadania.
Devon 0'Dell, lizus, który na matmie zajmował ławkę tuż przede mną, odwrócił się i stwierdził z
głupkowatym uśmiechem:
— Wiedziałem, że cię nakryje.
Siedzący trzy ławki dalej, mój najlepszy przyjaciel Ben Hux-ley toczył po klasie umęczonym
spojrzeniem. Przeganiał palcami krótkie włosy. Ben ma czarną skórę i jest niesamowicie
ostrzyżony. Włosy na czubku głowy są gęste i równiutko obcięte; tworzą idealną płaszczyznę.
Ben chciał wystrzyc nad karkiem swoje inicjały, ale jego mama się sprzeciwiła.
Ben jest moim najlepszym przyjacielem, ale pani Fernandez nie pozwala nam razem siedzieć.
Huxley twierdzi, że pani od matematyki okropnie się nas boi. Gdybyśmy siedzieli razem,
podwójna siła naszych umysłów byłaby tak wielka, że okropny babiszon wyleciałby z pracowni
jak z procy. To się nazywa tele-kineza. Sądzę jednak, że nie możemy razem siedzieć, bo okropnie
gadamy podczas zajęć.
W końcu zabrzmiał dzwonek. Lekcje dobiegły końca. Podszedłem do stolika nauczycielki, by
odebrać grę elektroniczną, ale pani Fernandez schowała ją do teczki.
— Będziesz musiał pożegnać się z tym pudełkim na cały tydzień — oznajmiła.
— Nie! Bardzo panią proszę! — jęknąłem błagalnie.
— Jeśli zaczniesz marudzić, gra pozostanie u mnie przez całe dwa tygodnie — ostrzegła pani
od matmy. Natychmiast zamilkłem. Nie miałem żadnych szans. Wróciłem do ławki, by zabrać
swoje rzeczy.
— T. S. — stwierdził ponuro Ben podając mi zeszyt.
Chcecie wiedzieć, co to znaczy? Wyjaśniam: trudna sprawa.
Ben uwielbia mówić skrótami.
6
7
— Ostrzegałem cię. Lepiej nie zadzieraj z panią Fernandez
— ciągnął Ben. — To herold-baba.
— Herod-baba — poprawiłem machinalnie i dodałem z naciskiem: — Od Heroda,
prześladowcy niewiniątek.
— Mniejsza z tym — odparł z uśmiechem. — Nie przejmuj się, Mikey.
Tylko mojemu przyjacielowi pozwalałem używać tego zdrobnienia. Wszyscy inni mogliby za to
zdrowo oberwać.
— Weź się w garść i po prostu zapomnij na kilka dni o tej
grze — poradził Ben. — Ostatnio jedynie to cię interesuje.
Chwilami mam wrażenie, że przeniosłeś się już na drugą stronę
ekranu i żyjesz w innym wymiarze.
Cóż mogłem na to odpowiedzieć? Ben miał rację. Gry komputerowe były o wiele bardziej
interesujące niż codzienność szkoły podstawowej w Woodmont.
— Co ja na to poradzę, że ta buda jest nudna jak flaki z olejem? — odparłem wzruszając
ramionami.
— Przestań jęczeć. Chodźmy już — przerwał mi Ben, zarzucając plecak na ramię. —
Powinniśmy być u Vickie o pół do czwartej.
Ben, Vickie Goldberg i ja pracowaliśmy jako zespół na lekcjach geografii i przedmiotów
ścisłych. Całkiem zapomniałem, że postanowiliśmy dziś po południu zabrać się wreszcie do
konstruowania zadanego modelu.
— Nie idziesz do pracowni komputerowej? — zapytałem.
— Daruję sobie dzisiejsze zajęcia. To żadna rewelacja. Pewnie bym się nudził. Musimy jak
najszybciej zacząć pracę nad modelem. Od tego zależą nasze oceny z geografii. Mama Vickie
pozwoliła nam wykorzystać swoją piwnicę do zbudowania makiety wulkanu.
— Powiedz Vickie, że przyjdę kiedy indziej — poprosiłem.
— Hacker obiecał mi pożyczyć kopię gry „Niebezpieczna wy
prawa". Mają dzisiaj przynieść.
— Jutro odbierzesz dyskietkę — stwierdził Ben, dając mi
8
kuksańca. — Zrób sobie wolny dzień. Ciągle przesiadujesz w pracowni komputerowej. Nic, tylko
grasz i grasz. Ben także uwziął się na mnie!
— Stary, przestań mi prawić morały. Najpierw pani Fernan
dez, a teraz na dokładkę ty. — Zniecierpliwiony podniosłem
ręce do góry. — Czy ktoś się w ogóle zastanawia, co mi sprawia
przyjemność, na co mam ochotę?
Cisza.
— No dobrze — mruknął Ben, kierując się do wyjścia. —
Tylko pamiętaj, nie miej do mnie pretensji, jeśli zawalisz geo
grafię.
Czułem się podle. Chyba nie powinienem pochopnie skazywać Bena na towarzystwo Vickie.
Wzruszyłem ramionami. Sam dokonał wyboru. Mógł przecież iść ze mną do pracowni
komputerowej. Poza tym termin oddania modelu upływał dopiero za dwa tygodnie. Ben i Vickie
będą plotkować o mnie i całej klasie, zamiast się wziąć do roboty.
Gdy usiadłem przed ekranem komputera, byłem ponury jak listopadowa noc. Hacker się nie
pokazał. W pracowni było pusto. Przyszło zaledwie kilka osób. Inni zaraz po lekcjach popędzili
do domu, chcąc zdążyć przed deszczem, który lunął wkrótce po ostatnim dzwonku.
— Hacker miał pecha, co? — oznajmił siedzący obok mnie chłopak. Nazywał się John
Miluski. Był maniakiem komputerowym. Z wyglądu przypominał pudla. Miał wielką szopę
kręconych włosów i długi wąski nos.
— O czym ty gadasz? — burknąłem, odsuwając książki leżące na biurku.
— Nie słyszałeś, co mu się przytrafiło? — odparł z niedowierzaniem John. Pokręciłem
głową. Miluski perorował z zapałem:
— Hacker spadł dziś rano z dachu swego domu. Zleciał na tylną werandę, która się pod nim
zawaliła. Hacker wylądował w szpitalu. Ma złamaną nogę.
Serce podeszło mi do gardła. Okropna wiadomość!
9
— Co Hacker robił na dachu?
— Skąd mam wiedzieć? — John wzruszył ramionami. — Zawsze był dziwakiem, ale
ostatnio całkiem mu odbiło.
Zadudnił grzmot. John wrócił do swego komputera. Otworzyłem pudełko i wyjąłem z niego
dyskietkę. No cóż, będę się musiał zadowolić „Wojną szczurów". Skoro Hacker jest w szpitalu,
przyjdzie mi jeszcze przez jakiś czas spędzać wolne chwile przy tej grze. Włożyłem dyskietkę;
rozgrywka się rozpoczęła.
Elektroniczny bohater pędził długim korytarzem, umieszczając tu i ówdzie pułapki na podstępne
gryzonie. Niespodziewanie usłyszałem, że ktoś woła mnie po imieniu.
— Wybacz, że muszę ci przeszkodzić. — To był pan Norman, opiekun pracowni
komputerowej, blady i korpulentny mężczyzna, który przypominał mi pieczarkę. Przerzedzone
jasne włosy zaczesywał na bok, aby ukryć łysinę. Starałem się na nią nie gapić. Pan Norman jest
w porządku: to najlepszy nauczyciel, jakiego dotąd spotkałem.
— Co się stało? — zapytałem. Podał mi brązową kopertę. — Mama Hackera zostawiła rano
tę przesyłkę w szkolnym sekretariacie. Na kopercie jest twoje nazwisko.
Poprawiłem okulary i zerknąłem na wyraźny napis: Mikę Wil-lis. Niżej widniały drukowane
litery układające się w podkreśloną dwa razy uwagę: DO RĄK WŁASNYCH. Nigdy jeszcze nie
otrzymałem listu za pośrednictwem sekretariatu. Domyślałem się, co jest w brązowej kopercie.
— Dziękuję — powiedziałem do pana Normana.
Gdy usiadł przy swoim biurku, rozerwałem kopertę i zajrzałem do środka. Była tam dyskietka i
kartka papieru.
Wyciągnąłem je natychmiast. „Niebezpieczna wyprawa"! Hacker zdołał mi ją dostarczyć, mimo
złamanej nogi! Rozłożyłem kartkę i przeczytałem skreślone naprędce bazgroły.
Cześć, Mikę.
Przekazuję ci dyskietkę, bo obiecałem i muszę dotrzymać sło-
wa. Radzę ci jednak zapomnieć raz na zawsze o tej grze. Ostrzegam, jest jak narkotyk. To
nielegalna kopia. Wydaje mi się podejrzana. Dotarłem na trzeci poziom; to górska wyprawa. Nie
mam pojęcia, jakim cudem znalazłem się na dachu. Gra wciąga jak żadna inna. Nie będziesz
mógł się oderwać od komputera i w końcu przydarzy ci się nieszczęście. Dostałem tę dyskietkę
od Eryka Gottlieba. Sam wiesz, co mu się przytrafiło. Teraz kolej na mnie. Eryk twierdzi, Że do
programu dostał się jakiś wirus. Moim zdaniem wszystkiemu winna jest ciążąca na tej grze
klątwa. Mówię serio, Mikę. To nie gra, tylko potworny koszmar!
Hacker
10
2 KLĄTWA WIDMOWYCH PRZEŚLADOWCÓW
Coś ścisnęło mnie za gardło. Zastanawiałem się, dlaczego Hacker próbuje napędzić mi strachu.
Jeszcze raz przeczytałem otrzymany list. Czy to żart? Jeśli tak, to dość makabryczny zważywszy,
że Hacker wylądował w szpitalu ze złamaną nogą. Poza tym trudno uznać tego chłopaka za
wesołka. Poznałem go lepiej na początku roku szkolnego i od tamtej pory zaledwie kilka razy
widziałem uśmiech na jego twarzy.
Doskonale pamiętałem, co spotkało Eryka Gottlieba, który omal nie utonął w czasie szkolnych
zawodów pływackich. Wiadomość o tym wypadku ukazała się nawet w lokalnej gazecie.
Podczas wyścigu ktoś nagle spostrzegł, że Eryk leży bez ruchu na dnie. Kiedy ratownik
wyciągnął Gottlieba z wody, chłopak nie oddychał. Na szczęście lekarze wiedzieli, co robić, i
uratowali topielca.
Wszyscy daremnie zachodzili w głowę, jak to się stało, że Eryk opadł niepostrzeżenie na dno
basenu. Muszę przyznać, że Ben i ja najedliśmy się wtedy strachu, ale po raz pierwszy spotkałem
się teraz z twierdzeniem, że tajemnicze utonięcie spowodowane zostało klątwą ciążącą na grze
komputerowej.
Na skutek nieszczęśliwego wypadku ucierpiała chyba nie tylko noga... lecz także głowa Hackera!
Po namyśle doszedłem do wniosku, że Eryk najzwyczajniej w świecie zasłabł podczas zawodów
pływackich. Cóż ma z tym
wspólnego program komputerowy — choćby nawet został skopiowany nielegalnie. Przecież
Gottlieb nie mógł jednocześnie używać komputera i pływać w basenie!
Sięgnąłem po dyskietkę. Wydawała się całkiem zwyczajna: trzyipółcalowa, wykonana z
plastyku. To niemożliwe, by ktoś rzucił klątwę na program komputerowy! Dawno przestałem
wierzyć w rozmaite zabobony!
Spojrzałem na ekran. Gromada przebiegłych szczurów ominęła zręcznie moje pułapki i deptała
uciekinierowi po piętach. Przerwałem grę i ponownie wziąłem do ręki otrzymaną od Hackera
dyskietkę.
Przez chwilę spoglądałem na nią podejrzliwie. „Niebezpieczna wyprawa"! Tak długo jej
szukałem. Ach, trudno, kto nie ryzykuje...
Wsunąłem dyskietkę i rozpocząłem pierwszą rozgrywkę. Na ekranie pojawił się standardowy
napis: „Czy jesteś gotowy do rozpoczęcia gry?" Nacisnąłem klawisz oznaczający potwierdzenie.
Niebieskożółta błyskawica wyrysowała na ekranie świetlisty tytuł: „Niebezpieczna wyprawa".
Byłem na pierwszym poziomie. Czekała mnie podmorska ekspedycja. Musiałem wydobyć
zatopiony skarb, nim mnie dopadną zamaskowani, przypominający ponure widma prześladowcy.
— Coś nowego? — zagadnął John, zerkając na ekran ponad moim ramieniem.
— Zdobyłem ciekawą grę.
— Już wiem! Miał ją mój kuzyn — oznajmił John, spoglądając na monitor. — To
„Niebezpieczna wyprawa", zgadłem?
Skinąłem głową, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Piracka czy legalna kopia? — dopytywał się John.
— A jak sądzisz?
Nie miałem dość forsy, żeby kupić nową grę. Rodzice nie kwapili się z pomocą. Mama traci
pewność siebie na sam widok komputera, a tata był zdania, że zbyt dużo czasu spędzam w swoim
pokoju, zamiast szaleć na świeżym powietrzu.
12
13
— Trudna sprawa — mruknął John. — Dobrze ci radzę, miej się na baczności. Całkiem
możliwe, że ta dyskietka ma jakiś feler.
— Będę ostrożny. — Wielokrotnie słyszałem takie ostrzeżenia. Rozmaici spryciarze tworzą
groźne wirusy, które niszczą programy komputerowe. Zawsze istnieje spore
prawdopodobieństwo, że nielegalna kopia będzie trefna. Do tej pory miałem szczęście; na żadnej
z moich bezprawnie skopiowanych dyskietek nie było komputerowego wirusa.
Całkiem nieźle radziłem sobie na pierwszym poziomie. Mój nurek użył wielkiej muszli, która
uchroniła go przed pociskami widmowych prześladowców. Po chwili wybrzeże opustoszało.
Dałem nura w głębinę, podpłynąłem do skrzyni ze skarbami i otworzyłem ją specjalnym
kluczem. Wieko odskoczyło i moim oczom ukazały się niezliczone kosztowności.
Pierwszą wyprawę zakończyłem wielkim sukcesem!
— Wspaniale! — zawołałem, gdy na ekranie pojawiły się klejnoty i złote łańcuchy.
— Dobrze ci idzie — stwierdził John. — Mój kuzyn nie przebrnął przez drugi poziom.
— Może za wcześnie zrezygnował.
— Nie. — John zamilkł na chwilę. Potem dodał: — Początkowo grał na okrągło. Najchętniej
w ogóle nie wstawałby od komputera. Zmienił się z dnia na dzień, gdy omal nie został
pogrzebany żywcem.
— Proszę? — Nie mogłem się skoncentrować. Odwróciłem głowę, żeby popatrzeć na Johna.
— Chyba żartujesz?
— Niestety to prawda. — Podobne do psich ślepi oczy mojego kolegi wyrażały prawdziwy
smutek. — Wypadek zdarzył się na budowie. Ten chłopak wpadł do głębokiego dołu, a pracujący
w pobliżu spychacz przypadkiem go zasypał. Mój kuzyn twierdził, że coś go wciągnęło do jamy.
Tych samych sztuczek używają widma grasujące na drugim poziomie.
— Okropne! — mruknąłem. — Jak tamten chłopak wydostał się spod zwałów ziemi?
— Miał szczęście. Ktoś przechodził obok i widział, co się
stało. Po wypadku mój kuzyn zapomniał raz na zawsze o „Nie
bezpiecznej wyprawie". Przysiągł, że więcej nie tknie pirackiej
dyskietki. Dziwne, co?
Wzdrygnąłem się. To była trzecia opowieść o cudem uratowanym pechowcu, którą mnie
uraczono tego dnia. Nie mieściło mi się w głowie, że tego rodzaju nieszczęścia mogą mieć jakiś
związek z nielegalną kopią gry komputerowej.
Chciałem porozmawiać o tym z Johnem, lecz nim zdążyłem coś powiedzieć, kolega przesiadł się
do innego komputera.
Popatrzyłem znowu na ekran. W samą porę! Zaczynała się kolejna wyprawa; tym razem była to
ekspedycja w głąb ziemi. Nim dotknąłem klawiatury, widmowi prześladowcy przeniknęli
warstwy gruntu, by pochwycić i w mgnieniu oka przykuć do podziemnej skały mego śmiałka.
Nastąpił zawał, który pozbawił go życia.
Napis na ekranie głosił: „Jesteś trupem!"
Nie było mi do śmiechu, lecz mimo to ponownie rozpocząłem
grę.
Bohaterem drugiej wyprawy był górnik, który miał za zadanie dotrzeć do środka ziemi przed
depczącymi mu po piętach widmami. Gra pochłonęła mnie tak bardzo, że ledwie słyszałem
śmiechy i rozmowy kolegów. Niespodziewanie ekran poczerniał. Zniknęły kolorowe sylwetki
uczestników niebezpiecznego wyścigu.
— Co się dzieje? — jęknąłem. Może to wirus komputerowy,
o którym wspomniał Hacker? Sprawdziłem dyskietkę. Okazało
się, że są kłopoty z odczytaniem dwu sektorów. Uznałem, że
trzeba przenieść cały program z dyskietki na twardy dysk. Powi
nienem był wprawdzie zapytać o pozwolenie Normana, ale wola
łem tego nie robić. Nasz pan od informatyki zawzięcie tępił
komputerowych piratów.
Wydałem polecenie skopiowania gry. To musiało chwilę potrwać. Rozejrzałem się po sali. Pan
Norman sprawdzał klasówki.
14
15
Większość naj wy trwalszy eh miłośników informatyki zbierała się do odejścia. Nie zwracali na
mnie uwagi.
Wciąż lało, gdy ponownie rozpocząłem grę. Powinienem lada chwila wyruszyć do domu, ale nie
mogłem się oderwać od komputera. Marzyłem, że jako pierwszy w Woodmont w stanie Illinois
zostanę prawdziwym mistrzem „Niebezpiecznej wyprawy". Z pewnością nie będę
wykorzystywał losowych wypadków, by ukryć sromotną klęskę!
Tym razem udało mi się bez przeszkód dotrzeć na trzeci poziom. Czekała mnie górska wyprawa.
Gdy alpinista strącił w przepaść swoich prześladowców, usłyszałem głos pana Normana.
— Zaraz wracam. Muszę przynieść z sekretariatu parę kwe
stionariuszy.
Skinąłem głową, nie odrywając wzroku od ekranu. Musiałem skoncentrować się na grze, by
znaleźć pewne oparcie dla stóp na pionowej skale, po której wspinał się alpinista. Nadal ścigały
go widma. Ich zadaniem było zepchnąć alpinistę ze skały.
Mimo wszystko zdołałem wspiąć się na szczyt! Gdy zatknąłem flagę w śnieżnej zaspie, na
ekranie pojawił się napis: „Wspaniały wyczyn, Mikey!"
— Co to było? — Miałem wrażenie, że widzę swoje imię,
ale świetliste litery ukazały się tylko na ułamek sekundy. Wy
obraźnia mogła spłatać mi brzydkiego figla. Byłem przecież
w euforii; niemal oszalałem z radości, gdy znalazłem się na
czwartym poziomie, gdzie miałem toczyć pojedynki z dzielnymi
wojownikami.
Upiorne światło błyskawicy rozjaśniło pracownię, kiedy cztery zakapturzone sylwetki pojawiły
się na ekranie.
Ale numer!
Ujrzałem te same widma, które próbowały mnie unicestwić na trzech niższych poziomach.
Tajemnicze postaci przypominały zwykłych rzezimieszków... póki nie zdjęły czarnych kapturów.
Ujrzałem cztery niezwykłe oblicza.
16
„Wybierz wojownika, który stanie do pojedynku!"
— Żaden z kandydatów nie budzi mojej sympatii — mruk
nąłem. Jedyną odpowiedzią na tę uwagę był donośny grzmot.
Czworo wojowników patrzących na mnie z ekranu nie wzbudza
ło zaufania. Pierwszy był muskularnym blondynem, drugi przy
sadzistym łysym osiłkiem, a trzeci krępym stalowym robotem;
towarzyszyła im postawna kulturystka o złośliwym uśmiechu.
Wybrałem jasnowłosego olbrzyma, który miał na imię Thor.
Krople deszczu bębniły po szybach. Nie zważałem na nic. Cały świat przestał dla mnie istnieć.
Istotne były tylko wydarzenia dziejące się na czwartym poziomie. Wybrany przeze mnie
wojownik poddawany był niezliczonym próbom, które miały dowieść jego siły fizycznej.
Pojedynków było kilka, a każdy z nich poprzedzało wybieranie głównego bohatera trudnych
zmagań. Thor świetnie dawał sobie radę, toteż raz za razem posyłałem go do walki. Musiał
stawić czoło odrzuconym przeze mnie wojownikom, którzy przed kolejnym pojedynkiem z
powrotem zakładali kaptury, przybierając postać krwiożerczych widm.
Pierwszy etap zmagań nosił nazwę „Pajęcza sieć". Thor wspinał się po olbrzymiej pajęczynie, a
widma próbowały go z niej strącić, by nie dotarł na sam szczyt.
Drugie zadanie przypominało grę w kręgle. Thor uciekał wąską dróżką, a widma spychały w jego
kierunku olbrzymie czarne kule.Wojownik musiał w porę uskoczyć lub wykonać unik. Gdyby się
zagapił, zostałby spłaszczony i starty na miazgę. Musiał przetrwać trzydzieści sekund, by wyjść z
pojedynku jako zwycięzca. Wskazówka zegara wolno pełzła do przodu.
Naciskałem właśnie klawisz, by zmusić Thora do kolejnego skoku, gdy błyskawica ponownie
rozświetliła niebo. Pracownię zalał na moment oślepiający blask, a potem zrobiło się zupełnie
ciemno.
— Tylko nie to! — krzyknąłem w bezsilnej złości. Dlaczego awarie sieci elektrycznej
następują zawsze w najmniej odpowiednim momencie?
17
- Zemsta komputerowych..
Opadłem bezwładnie na oparcie fotela czekając, aż oczy przywykną do mroku. Jeśli przerwa w
dopływie prądu się przedłuży, będę musiał zebrać manatki i pojechać do domu. W chwili gdy
podniosłem się z fotela, zamigotało górne światło, a ekran komputera zalśnił czerwonym
blaskiem, co od razu wzbudziło moje podejrzenia. Po włączeniu zasilania powinienem zobaczyć
ciemny ekran z migającym wesoło kursorem.
Pochyliłem się nad klawiaturą. Mogłem w każdej chwili podjąć grę w miejscu, w którym została
przerwana. Pojedynek był pasjonujący. Czułem, że mam szansę na zwycięstwo.
Z niepokojem obserwowałem smugę zielonego dymu, która wydobyła się z monitora. Pracownię
wypełniła szmaragdowa poświata. Serce waliło mi jak młotem. Czyżby nastąpiło jakieś zwarcie?
A może nielegalnie skopiowany program wywołał spustoszenia na twardym dysku i spowodował
zniszczenie sprzętu?
Migotliwy obłok przesłonił ekran. W zielonej mgle niewyraźnie majaczyły twarze czworga
wojowników. Po chwili rozpłynęły się bez śladu.
— Niesamowite!
Smuga zielonkawego dymu zaczęła wirować. Ujrzałem oblicze wybranego do pojedynku
wojownika imieniem Thor. Z mgły wyłoniła się głowa pokryta złotymi kędzierzawymi włosami.
Oczy Thora były jasnobłękitne i zimne niczym okruchy lodu, szczęka kwadratowa i mocna.
Ujrzałem obraz wyrazisty i kolorowy jak na komiksowym rysunku. Problem w tym, że
widziałem go w trzech wymiarach!
Nie ulegało wątpliwości, że mam halucynacje. To było jedyne rozsądne wyjaśnienie.
Postać Thora stawała się coraz bardziej wyrazista. Z migotliwego obłoku wyłoniły się barczyste
ramiona. Wojownik stęknął, podciągnął się na rękach i wylazł z wnętrza monitora.
Przypominał do złudzenia człowieka z krwi i kości, a co gorsza... przybył, by się ze mną
rozprawić!
tS
KATASTROFA!
Dotknęła mnie klątwa...
Chciałem wrzeszczeć ze strachu. Otworzyłem szeroko usta, ale nie mogłem wydobyć głosu.
Prawa logiki zawodzą, gdy komputerowy wojownik niespodziewanie i wbrew zasadom nauk
ścisłych wyłazi z komputera i zaczyna siać spustoszenie w świecie rzeczywistym.
Czy ten osiłek chce mnie żywcem pogrzebać lub zrzucić z dachu?
Musiałem go powstrzymać! Ale jak to zrobić?
Gdy spowity zieloną poświatą Thor wychodził z wnętrza monitora, niespodziewanie doznałem
olśnienia. Trzeba wyłączyć komputer, a wówczas elektroniczne widmo zniknie natychmiast.
Drżąc na całym ciele, przysunąłem fotel do biurka. Poczułem ciepło emanujące ze srebrzystej
klamry, którą miał u pasa Thor. Pochyliłem się i nacisnąłem wyłącznik. Ekran od razu zgasł, lecz
groźne widmo ani myślało zniknąć.
Zapewne Thor dysponował własnym źródłem zasilania, niczym maskotki, które łażą w kółko, bo
mają wmontowaną niewielką bateryjkę. A może ten osiłek czerpał energię z wyładowań
atmosferycznych? Drapałem się po głowie, próbując rozwiązać ten problem, gdy...
Trach!
19
Thor skierował w moją stronę dwa ogromne paluchy, z których wydobyła się połyskliwa smuga.
Dostałem prosto w pierś.
Wrzasnąłem na całe gardło. Uderzenie wepchnęło mnie w oparcie fotela i odrzuciło wraz z nim
w głąb pracowni. Zwijałem się z bólu. Byłem od stóp do głów naładowany elektrycznością!
Pospiesznie zdjąłem okulary, by wytrzeć płynące z oczu łzy. Obraz pracowni stracił ostrość. Gdy
podniosłem wzrok, Thor przerzucał właśnie stopy nad krawędzią ekranu. Skoczył w dół z kocią
zręcznością, ale podłoga zadudniła pod ciężarem olbrzyma, który opadł tuż przede mną.
Miał na sobie kolarskie spodenki i obcisły czerwony podkoszulek, uwydatniający potężne
mięśnie. Na głowie nosił metalową przepaskę ozdobioną rogami, która sprawiała, że przypominał
Wikinga albo... szarżującego byka.
— A więc tak wygląda rzeczywistość — mruknął rozglądając się podejrzliwie. Potem dodał
z uśmiechem: — Nie jest tak źle.
— Co to ma znaczyć? — pisnąłem nerwowo. Nadal nie mieściło mi się w głowie, że postać z
gry komputerowej stoi przede mną jak żywa.
— Przyszedłem po ciebie! — ryknął Thor, rzucając mi taksujące spojrzenie. — Jesteś
wprawdzie słabeuszem, ale za to lubisz gry komputerowe. Wkrótce rozpoczniesz rozgrywkę,
która potrwa całą wieczność.
— Co masz na myśli? — zapytałem słabnącym głosem i cofnąłem się na bezpieczną
odległość. — Chcesz mnie zabić? — Już widziałem nagłówki w gazetach: UCZEŃ PORAŻONY
PRĄDEM W PRACOWNI KOMPUTEROWEJ!
— Nie pozwolę, żebyś się wykręcił tanim kosztem — odparł Thor uśmiechając się
złowieszczo. — Mam dla ciebie coś znacznie ciekawszego. Zabawimy się nieźle przy
komputerze, chłopaczku. Kolejne rozgrywki będą następowały jedna po drugiej, aż...
— Do czego zmierzasz? — wpadłem mu w słowo. Trząs
łem się ze strachu. Wodziłem spojrzeniem od mego prześladowcy
do komputera. Rozsądek podpowiadał mi, że trzeba wiać, i to
natychmiast! Niestety, paraliżował mnie strach. Bałem się, że
Thor zaatakuje ponownie. Po jego poprzednim ciosie bolało mnie
całe ciało.
Thor wskoczył na biurko i kopniakem zwalił na podłogę klawiaturę.
— Gdzie są inni? — zapytał, rozglądając się po szkolnej pracowni.
— Inni? — Nie śmiałem mu powiedzeć, że wszyscy już poszli. Gdybym zaczął wrzeszczeć, i
tak nikt by mnie nie usłyszał. Poza tym, gdy nieco ochłonąłem ze strachu, przypomniałem sobie,
co od lat kładziono mi do głowy: napastnikowi nie wolno zdradzać, że jestem zdany na własne
siły.
— Mam na myśli Eksterminatora, Syrenę i Mongo — burknął osiłek. Gdy nie usłyszał
odpowiedzi, zeskoczył z biurka i zamierzył się na mnie. — To imiona pozostałych wojowników,
chłopaczku. Nie próbuj mi wmówić, że zapomniałeś, kto uczestniczy w grze!
— Przecież dopiero dziś otrzymałem dyskietkę — próbowałem się usprawiedliwić.
Zaniemówiłem, gdy Thor chwycił mnie za kołnierz koszuli. Jeśli nie spodobała mu się
odpowiedź, ciśnie mną pewnie o ścianę i zatłucze jak szczura. Dodałem skwapliwie: — Szybko
się uczę.
— Wątpię. Jeszcze do ciebie nie dotarło, że niebezpiecznie jest korzystać z kradzionych
programów. Teraz z pierwszej ręki dowiesz się wszystkiego o ciążącej na nich klątwie.
Olbrzym zachichotał ponuro i uniósł mnie w powietrze jak bezbronne szczenię. Gapiłem się
bezmyślnie na kolorową błyskawicę, która zdobiła jego koszulkę. Może to i lepiej, że mnie tak
mocno chwycił, bo nie byłem w stanie utrzymać się na nogach.
— Jesteś mięczakiem. Co za cherlak!
20
21
Fakt. Nie zaczynam dnia od dwudziestu pompek. Nikt nie jest doskonały.
— Słusznie — przytaknąłem, szukając gorączkowo sposobu, by uwolnić się od tego
potwora. — Jestem wątłym chłopcem. Powinieneś znaleźć większego i silniejszego przeciwnika.
Chętnie się wycofam. Nie mam nic przeciwko temu, żebyś wrócił do komputera i poczekał tam
na lepszego kandydata.
— Nie próbuj przechytrzyć wojownika! — zagrzmiał Thor, rzucając mnie na fotel i
popychając w stronę komputera, przy którym siedziałem poprzednio. Nacisnął guzik. Na ekranie
pojawił się znak „Niebezpiecznej wyprawy". Niebieskożółte upiorne światło rozjaśniło twarz
osiłka.
— Graj, szczeniaku! — rozkazał.
— Teraz? — zapytałem z niedowierzaniem. Wierzcie mi, ostatnią rzeczą, na którą miałem
wtedy ochotę, była zabawa przy komputerze. Chciałem zwinąć się w kłębek i zamknąć oczy.
Miałem nadzieję, że gdy je otworzę, Thora już przy mnie nie będzie.
— Graj! — powtórzył wojownik.
Zamierzałem stawić mu czoło, ale coś niezwykłego działo się ze mną. Odczuwałem w palcach
dziwne mrowienie. Mimo woli dotknąłem klawiszy i zacząłem w nie uderzać jak szalony.
Odniosłem wrażenie, że ktoś z zewnątrz kontroluje moje ręce. Grałem, chociaż nie miałem na to
ochoty.
— To mi się podoba — pochwalił stojący za moimi plecami
Thor.
Zacisnąłem zęby, daremnie próbując oderwać dłonie od klawiatury. Waliłem w nią jak oszalały.
— Coś ty mi zrobił?
— Pilnuję tylko, żebyś grał — burknął Thor.
Gdy dotarłem do czwartego poziomu, wojownik zbliżył twarz do ekranu.
— Chwileczkę, musimy się przekonać, czy reszta nadal tam
tkwi.
Na ekranie pojawiły się trzy zakapturzone sylwetki. Gdy odsłoniły twarze, Thor zarechotał na
widok trojga wojowników.
— Doskonale! Ci durnie są w komputerze, a mnie udało się
stamtąd wydostać! — Pomachał kolegom. — Cześć, pechowcy!
Było oczywiste, że nie żywi dla swych kolegów przyjaznych uczuć. Brakło mi czasu na
rozmyślania o jego sympatiach i antypatiach. Palce uderzały w klawisze z oszałamiającą
szybkością. Wkrótce rozbolały mnie dłonie.
— Kiedy przerwiemy grę? — zapytałem, z trudem łapiąc
oddech. — Drętwieją mi ręce.
— Przerwać grę? — rzucił z irytacją jasnowłosy wojownik. — To niemożliwe! Przestań gadać
bzdury i skup się — rozkazał, spoglądając na ekran. Syrena miotała się na wszystkie strony,
umykając przed wielkimi czarnymi kulami. Thor rzucił drwiąco: — Ta idiotka powinna wyżej
skakać. — Ledwie to powiedział, wojowniczka się przewróciła. Straciłem punkt.
— Nie dorównuje mi zręcznością — oznajmił chełpliwie
Thor.
Kolejne zadanie wymagało, by wojownik utrzymał się przez jakiś czas na rozkołysanej linie.
Widmowi prześladowcy próbowali go z niej strącić. Tym razem wybrałem Monga, żeby dla mnie
walczył. Thor zmarszczył brwi.
— Nie wyznaczaj tego durnia do pojedynków — skarcił
mnie wskazując łysiejącego wojownika. — Brak mu krzepy.
Długo nie wytrzyma.
Thor miał rację. Nim minęło piętnaście sekund, ubrani w czarne stroje prześladowcy dopadli
Monga, który z hukiem spadł na ziemię.
Nie zważając na obolałe, palce posłałem Eksterminatora ku olbrzymiej pajęczynie. Miał za
zadanie wspiąć się jak najwyżej; pozostali wojownicy próbowali mu w tym przeszkodzić.
— Strasznie się wlecze — marudził Thor, obserwując wo
jownika, który pełzł w górę najszybciej, jak potrafił. Wkrótce
zleciał na łeb na szyję.
22
23
— Eksterminator musi jeszcze długo terminować — zażar
tował Thor. Porażka kolegów po fachu najwyraźniej go ucieszy
ła. To był dowód, że nie dorastają mu do pięt.
Cóż za pyszałek i egoista!
Obolałe palce coraz bardziej dawały mi się we znaki. Dłonie miałem spuchnięte.
— Muszę przerwać na chwilę — jęknąłem błagalnie. — Proszę, zlituj się.
— Graj, bo odmowa drogo cię będzie kosztować, Mikey — wycedził Thor, chwytając mnie
za kołnierz koszuli i unosząc w górę. — Jeśli przerwiesz, to na własną odpowiedzialność.
— Zapłacę, ile chcesz — odparłem skwapliwie. — Przy sobie mam niewiele, ale w domu
trzymam większą forsę.
— Nie potrzebuję twoich pieniędzy — rzucił wzgardliwie Thor, unosząc mnie jeszcze wyżej.
— Teraz wiesz, na czym polega klątwa. Zapłatą za nieposłuszeństwo jest ból.
4
ZIELONA MGŁA
— Nie! — wrzasnąłem na całe gardło. Zacisnąłem powieki.
Kopałem na oślep i wiłem się jak piskorz, ale chwyt Thora był
mocny. Czułem, jak moje nogi odrywają się od podłogi. Przygo
towałem się na najgorsze.
W chwilę później poczułem, że leżę na podłodze obok fotela. Ostrożnie uniosłem powieki. Było
ciemno. Nasłuchiwałem próbując dojść, co się stało. Wszędzie panowała głucha cisza i
nieprzenikniona ciemność.
Podłoga z ceramicznych płytek przyjemnie chłodziła obolałe dłonie. Oczy z wolna przywykły do
ciemności. W mroku rozpoznałem niewyraźne zarysy przedmiotów. Byłem nadal w pracowni
komputerowej. Nie słyszałem żadnych głosów. Wokół panowała głęboka cisza. Znowu nie było
prądu.
W miejscu, gdzie stał Thor, ujrzałem obłok zielonej mgły. Materializacja wojownika i jego nagłe
zniknięcie na pewno miały związek z dzisiejszą burzą.
Ostatkiem sił podpełzłem do komputera. Ręce mi drżały, kiedy go wyłączałem i wyjmowałem
dyskietkę. Thor został odcięty od źródła zasilania. Koniec nieszczęść! Choćby waliły pioruny, a
powietrze kipiało od elektryczności, mój prześladowca nie zdoła ponownie wy leźć z komputera,
skoro przerwałem grę!
— Mikę... — rozległ się czyjś głos.
Natychmiast schowałem się pod biurko. Po chwili dotarło do
25
mnie, że to pan Norman. Stał w drzwiach, trzymając w ręku zapaloną latarkę.
— Nic ci się nie stało? — zapytał.
— Skądże. — Oczywiście kłamałem!
— Moim zdaniem piorun uszkodził przewody — stwierdził nauczyciel. — Wybierasz się do
domu?
— Tak, proszę pana! — Schowałem książki i dyskietki do plecaka. Ruszając ku drzwiom,
podniosłem zrzuconą przez Thora klawiaturę.
— Czy komputery są wyłączone? — dopytywał się z niepokojem pan od informatyki. —
Byłoby fatalnie, gdyby zaczęły pracować w środku nocy, gdy awaria zostanie usunięta.
— Sprawdziłem. Wszystko w porządku — zapewniłem, gdy wychodziliśmy z pracowni.
Poczułem się lepiej po opuszczeniu budynku, chociaż musiałem przejechać rowerem spory
kawałek w ulewnym deszczu, nim wreszcie dotarłem do domu. Dygotałem z zimna i
wyczerpania. Trudno się dziwić, że obolałymi dłońmi z trudem ściskałem kierownicę, jadąc
zakosami po mokrym i śliskim chodniku.
Pędziłem w deszczu, myśląc o jasnowłosym wojowniku i grze dotkniętej złowieszczą klątwą.
Czy to już koniec? Może Thor zniknął na dobre? Gdy pan Norman obchodził pracownię, świecąc
latarką w każdy kąt, miałem wrażenie, że poza nami dwoma nikogo tam nie ma.
— Obym już więcej nie spotkał tego potwora — mruknąłem skręcając w ulicę, przy której
stał nasz dom. Gdy wprowadzałem rower do garażu, poczułem się dziwnie. Miałem wrażenie, że
ktoś obserwuje mnie z ukrycia.
— Przemokłeś do suchej nitki! — zawołała mama, kiedy wszedłem do kuchni. Woda
dosłownie lała się na podłogę.
— Straszna pogoda — stwierdziłem zgodnie z prawdą.
— Zdejmij natychmiast buty i wytrzyj głowę — poleciła mama, rzucając mi kuchenny
ręcznik.
Wtuliłem twarz w miękką czystą tkaninę i westchnąłem głę-
boko. Miałem nadzieję, że nie zobaczę więcej widmowego prześladowcy z czwartego poziomu.
Po kolacji próbowałem zapomnieć o Thorze, skupić się i odrobić pracę domową. Miałem do
przeczytania cały rozdział o elektryczności na jutrzejszą lekcję fizyki.
Kartkując podręcznik, myślałem o dziwnym promieniowaniu, którym posłużył się Thor, kiedy
mnie zaatakował. Czułem ból, kiedy dotykałem miejsca, gdzie uderzyła srebrzysta błyskawica.
Podwinąłem sweter i... zobaczyłem czerwone znamię! Lekko nabrzmiała, zygzakowata linia
przecinała mój tors!
— Niesamowite... — Zastanawiałem się, czy ślad po ude
rzeniu kiedyś zniknie. Latem podczas kąpieli w jeziorze trudno
mi będzie wytłumaczyć, skąd się wziął.
Z drugiej strony jednak ten znak stanowił dowód, że Thor naprawdę istnieje. A zatem nie
zwariowałem. Postanowiłem natychmiast opowiedzieć Benowi o swoich przygodach. Zbiegłem
do holu i wystukałem numer telefonu.
— Nie masz pojęcia, co mi się przydarzyło w pracowni komputerowej — oznajmiłem bez
żadnych wstępów. Opowiedziałem o dotkniętej klątwą grze komputerowej. Zacząłem od tego, że
Hacker spadł z dachu. Potem krótko opisałem szalonego wojownika, który wyskoczył z
komputera.
— Ten facet chwycił mnie za kołnierz, podniósł jak szczeniaka...
— Nie wygłupiaj się, Mikey — przerwał Ben. — Zmyślanie słabo ci wychodzi.
Przygryzłem wargę. Chyba powinienem był poczekać, aż się zobaczymy, i dopiero wówczas
opowiedzieć Benowi o swoich przygodach. To była niesamowita historia. Ludzie niechętnie dają
wiarę takim opowieściom. Z drugiej strony jednak Ben to mój najlepszy przyjaciel. Niechby
okazał trochę dobrej woli.
— Wcale nie zmyślam, Ben! Słowo daję! Mogę nawet...
— No dobrze, niepotrzebnie dziś powiedziałem, że nudzę się
26
27
w pracowni komputerowej — przerwał mi kolega. — Nie powinieneś się tym przejmować. Jeśli
chcesz, żebym zmienił zdanie, wymyśl coś lepszego od idiotycznej historyjki o klątwie ciążącej
na programie komputerowym. Przecież to bez sensu!
Rozległ się trzask odkładanej słuchawki. Połączenie zostało przerwane. Najlepszy przyjaciel nie
chciał ze mną gadać!
Byłem wyczerpany. Włożyłem piżamę i wśliznąłem się do łóżka. Benowi i mnie zdarzały się
takie spory. Byłem przekonany, że pan Mądraliński (tak go czasami nazywałem) w końcu mi
uwierzy. Jutro pokażę mu czerwone znamię. Dotknąłem obolałego miejsca i westchnąłem.
Poczułem senność. Miałem za sobą ciężki dzień.
Byłem wykończony, ale spałem marnie. Dręczyły mnie koszmarne sny, w których na ekranie
monitora widziałem twarze nieznajomych; ostrzegali, żebym nie grał. Zgodnym chórem
twierdzili, że grozi za to wieczna klątwa. Obudziłem się z krzykiem.
Szybko zapomniałem o koszmarnych zjawach, przewróciłem się na drugi bok i ponownie
zasnąłem. Tym razem nawiedził mnie jeszcze gorszy sen. Miałem wrażenie, że zostałem
przysypany zwałami ziemi jak górnik z drugiego poziomu. Czarny piach osypywał się
nieubłaganie, spychając mnie na dno jamy. Nie mogłem złapać powietrza, brakło mi tchu...
Zostałem pogrzebany żywcem!
Widmowy prześladowca zagłębił w ziemi kościstą rękę i chwycił mnie za nogę.
Ocknąłem się nagle i usiadłem na łóżku. Dygotałem na całym ciele. Gdy otworzyłem oczy,
natychmiast zrozumiałem, że koszmar wcale się nie skończył!
Nad moim łóżkiem wisiał duszący obłok zielonej mgły. W tej widmowej poświacie ujrzałem
pochylonego nad łóżkiem Thora!
5
SPALONE PIERZE
Jęknąłem rozpaczliwie i przetarłem oczy. Miałem nadzieję, że okropne widmo zniknie. Gdy
powtórnie uniosłem powieki, komputerowy wojownik wydał mi się większy i groźniejszy niż
kiedykolwiek przedtem. Skąd się tu wziął, skoro burza minęła?
— Wstawaj, mięczaku! — ryknął Thor.
Skuliłem się oparty plecami o wezgłowie łóżka. Z całej siły objąłem poduszkę. Mój
prześladowca zbliżał się coraz bardziej.
— Boisz się? — rzucił kpiąco.
Czy ktokolwiek zachowałby w takiej sytuacji zimną krew?
— Jak się tu dostałeś? — zapytałem słabym głosem. — Przecież burza minęła.
— Ha! Burza nie ma nic do tego. Czerpię energię z innego źródła — oznajmił.
— Skąd się tu wziąłeś? — nie dawałem za wygraną. — Przecież mój komputer jest
wyłączony.
— Mam swoje tajemnice. Nie twoja sprawa. Postanowiłem się wyrwać na wolność. Miałem
dosyć tej gry. Jak długo można robić bez przerwy to samo? Sam wskazałeś mi wyjście, gdy
wkroczyłeś do Kręgu Ciemności, Mikey.
Krąg Ciemności? Raz jeszcze przetarłem oczy; miałem wrażenie, że nadal śnię.
— Nie wiem, o czym mówisz. Co to za kraina? Przecież mnie
interesują wyłącznie gry komputerowe!
29
— No właśnie — krzyknął tryumfalnie jasnowłosy osiłek. — Gra stała się dla ciebie
znacznie ważniejsza niż rzeczywistość. Żyłeś na granicy dwóch obszarów. Musisz wiedzieć, że
między światem realnym i królestwem wyobraźni znajduje się Krąg Ciemności. Dzięki tobie
powstał most łączący wszystkie trzy strefy. Wstawaj! Szkoda czasu! Zaczynamy kolejną partię.
— Skończyłem z „Niebezpieczną wyprawą" — odparłem, zerkając ku drzwiom.
Zastanawiałem się, czy zdołam ich dopaść i zwiać, nim Thor połapie się, o co chodzi. Wojownik
był wyraźnie zniecierpliwiony.
— Mam dość tej gry — perorowałem z zapałem. — Nigdy więcej!
— Tak ci się tylko wydaje — oznajmił mój prześladowca.
Jego oczy lśniły zimnym blaskiem; przypominały okruchy
lodu. Wyciągnął rękę w moją stronę. Tym razem byłem przygotowany na najgorsze. Nie
pozwoliłem, by mnie ponownie zaskoczył! W mgnieniu oka zasłoniłem się poduszką.
Oślepiające promienie strzeliły z palców Thora. W poduszce powstała okrągła dziura. Posypało
się z niej nadpalone pierze. Poczułem okropny swąd i zacząłem kaszleć.
— Nie wygłupiaj się! — burknąłem. — Kto będzie grał,
jeśli mnie usmażysz?
Thor buńczucznie wziął się pod boki i wytrzeszczył oczy, jakby nie rozumiał, co do niego
mówię. Nagle chwycił mnie za stopę i ściągnął z łóżka. Zleciałem na podłogę. Thor ani myślał
się zatrzymać. Przeciął pokój, wlokąc mnie za sobą niczym worek rupieci. — Dokąd mnie
ciągniesz? — krzyknąłem.
— Musisz grać. — Zatrzymał się przy biurku i puścił moją nogę. Nadal leżałem na podłodze.
Gdy ośmieliłem się podnieść wzrok, Thor wskazał palcem monitor.
— Do roboty! — rzucił tonem nie znoszącym sprzeciwu.
— To niemożliwe! — pisnąłem łamiącym się głosem, który przypominał skrzek
wystraszonej papugi. — To znaczy... gra jest przecież zapisana na twardym dysku szkolnego
komputera.
Thor pogrzebał w moim plecaku i wyciągnął stamtąd trefną dyskietkę. Na jej widok jęknąłem
rozpaczliwie. Oczy wojownika zalśniły zimnym niebieskim światłem.
A to co?
. Kopia — odparłem z westchnieniem. — Nie nadaje się
do użytku. Dwa sektory zostały...
Graj! — wrzasnął Thor.
Miałem wrażenie, że ten krzyk wywoła trzęsienie ziemi. Zerwałem się na równe nogi i
pospiesznie włożyłem okulary. Ujrzałem mego prześladowcę w całej okazałości. Wyglądał teraz
o wiele groźniej.
Rzuciłem okiem na zegar. Była trzecia w nocy! Dawno nie zdarzyło mi się być na nogach o tej
porze. Ostatniego lata raz jeden nie spałem do rana, gdy biwakowaliśmy z Benem w jego
ogródku.
Westchnąłem głęboko. Próbowałem zyskać na czasie. Nie w głowie mi była przeklęta gra! Jeśli
istotnie wszyscy użytkownicy dyskietki narażali się na śmiertelne niebezpieczeństwo, każda
kolejna rozgrywka stanowiła dla mnie coraz poważniejsze ryzyko. Czy mogłem się jednak
przeciwstawić barczystemu osiłkowi?
— Nim zacznę grać, chciałbym zadać ci pytanie — oznajmiłem, czując dziwne i znajome
mrowienie w palcach. Wiedziałem, że lada chwila przestaną mnie słuchać. — Czy jesteś tu, by
ukarać osoby używające nielegalnie skopiowanego programu? Na tym polega klątwa? Chciałbym
wiedzieć, czy własnoręcznie zepchnąłeś Hackera z dachu i próbowałeś utopić Eryka...
— Graj! — ryknął Thor.
Byłem przekonany, że jego wrzask obudzi moich rodziców. Oczyma wyobraźni widziałem, jak
wchodzą zaspani i zdumieni do mego pokoju, a potem jakimś cudem przenoszą Thora na drugą
stronę ekranu albo teleportują go na ulicę. Nie miałem innego wyjścia: musiałem grać, żeby nie
rozdrażnić wojownika. Zrobię, co każesz, jeśli odpowiesz na moje pytania —
30
31
stwierdziłem zdecydowanie. Okazało się jednak, że nie mam wyboru. Moje palce już uderzały w
klawisze. Były chyba zdalnie sterowane przez Thora. Jasnowłosy siłacz bez trudu złamał opór
znacznie słabszego przeciwnika.
— Powiedz wreszcie, o co chodzi z tą klątwą — mruknąłem, obserwując własne palce, które
poruszały się automatycznie. — Dlaczego dotknęła innych chłopców?
— Wszyscy posługiwali się nielegalnie skopiowaną dyskietką — wyjaśnił Thor i wskazał
falujące na ekranie błękitne morze. — Eryk utknął na pierwszym poziomie, a zatem kara spadła
na niego w wodzie. Sądziliśmy, że utonął, ale jakimś cudem zyskał drugie życie.
— Lekarze go reanimowali — oznajmiłem, kuląc się ze strachu na myśl o straszliwym
zagrożeniu. — A pozostali chłopcy? Hacker... i kuzyn Johna? Czy jesteś ich prześladowcą?
— Zajęli się nimi inni wojownicy — wyjaśnił Thor. — Musisz wiedzieć, Mikey, że po raz
pierwszy wykonuję samodzielne zadanie. Dopiero dziś udało mi się wydostać z tego pudła.
Wspaniała nowina! Przyszło mi zatem stawić czoło raczkującemu potworowi!
— To Syrena wciągnęła do dołu tamtego chłopaka — perorował niestrudzenie wojownik. —
Miała szczęście, że spychacz pracował akurat w pobliżu. Smarkacz w mgnieniu oka zniknął pod
zwałami piachu.
— Kto wpadł na ten okropny pomysł, by atakować podstępnie zwykłych chłopców? —
zapytałem, nie kryjąc oburzenia.
— Uznaliśmy, że kara powinna odpowiadać winie, a także okolicznościom, w których
została popełniona — stwierdził Thor, wzruszając ramionami.,— Hacker dotarł do trzeciego
poziomu. Nie ma w okolicy żadnej wysokiej góry, więc Mongo posłał chłopaka na dach.
Niestety, spaprał tę robotę. Twój kolega wyszedł z wypadku obronną ręką. Mogło być gorzej,
zważywszy wysokość, z jakiej spadł. Reszta dzieciaków też może mówić o dużym szczęściu,
skoro wszyscy zdołali przeżyć.
Uśmiechnął się do mnie szeroko. Błękitna poświata ekranu nadała jego twarzy sinawe
zabarwienie.
— Na twoim miejscu nie liczyłbym zbytnio na pomyślny zbieg okoliczności, Mikey —
dodał ironicznie.
— Co... co ty knujesz? — wykrztusiłem sparaliżowany potwornym strachem.
— Na razie nic — szepnął. — Wszystko będzie dobrze, o ile nie przerwiesz gry. Gdy
odmówisz współpracy, pomyślę, jak cię ukarać. Wszystko będzie zależało od poziomu, na
którym się zatrzymasz. Jesteśmy na czwórce? Pojedynki wojowników — to brzmi interesująco...
chociaż wątpię, czy taki mięczak jak ty da sobie radę, kiedy przyjdzie do prawdziwej walki.
Waliłem w klawisze jak oszalały. Minęła trzecia nad ranem, a ja byłem już na nogach. Jak
pozbyć się barczystego osiłka, który siedział mi na karku?
Wyczerpany i śpiący patrzyłem bezmyślnie na rozświetlony ekran, gdy niespodziewanie
otworzyły się drzwi do mojego pokoju.
Na progu stał ojciec. Potargane kasztanowate włosy sterczały jak koguci grzebień, a niedbale
zarzucony szlafrok zwisał z ramion.
— Michael... — zaczął spokojnie i