Jesteś autorem/wydawcą tego dokumentu/książki i zauważyłeś że ktoś wgrał ją bez Twojej zgody? Nie życzysz sobie, aby podgląd był dostępny w naszym serwisie? Napisz na adres
a my odpowiemy na skargę i usuniemy zabroniony dokument w ciągu 24 godzin.
Zobacz podgląd pliku o nazwie 12811 PDF poniżej lub pobierz go na swoje urządzenie za darmo bez rejestracji. Możesz również pozostać na naszej stronie i czytać dokument online bez limitów.
Zbigniew Batko
Oko
DRAMATIS PERSONAE
Felix Kier
młody idealista,
dalekowidz, figura patologicznie banalna
Sonia Amor
dziewczę naiwne i niewinne, serce gorące,
umysł zhomogenizowany
Rita Szaternand
kobieta ze stali,
niezmordowany stymulator wydarzeń
Ignac
geniusz techniczny analfabeta, bezwolne narzędzie
Markiz Donat A.7. de Sadowski
libertyn rodzimego chowu,
środkowoeuropejska replika słynnego francuskiego
męczennika idei
BudiWolK
szwarccharakter
Maxie Singiel
Wieczny Tułacz, mistrz mimetyzmu
Kulturalny
inteligencki nuworysz z kompleksami,
w rozkroku między Kulturą i Naturą
latarnik
zawodowy patriota emigrant
Oko
szklane
Pasażerowie, Górale, Wieśniacy i Indianie
Zbigniew
BATKO
oko
super nowa
WARSZAWA 2004
s^
Miejska Biblioteka Publiczna
4 000220829
23 bulwar (kara 29-31
Opracowanie graficzneTomasz Piorunowski
Ilustracja na okładceTomasz Tomaszewski
Copyright © by Zbigniew Batko, Warszawa 2004
Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA Sp. z o.o.
Biuro Handlowe
ul. Nowowiejska 10/12
00-653 Warszawa
e-mail:
[email protected]
Redaktor naczelnyMirosław Kowalski
ISBN 83-7054-030-9
Druk i oprawa: WZDZ - Drukarnia LEGA, Opole
Witold Gombrowicz
Zdarzenia na brygu „Banbury"
- Czyje to oko?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem, sir.
- Czy komu wypadło, czy też zostało wyjęte?
- Nie widziałem, sir. Leży tutaj od rana.
Byłbym podniósł i schował do pudełka,
ale nie wolno mi odchodzić od steru.
adastrea
I
- ...a szparag będzie strawą ubogich - perorował
Fil potrząsając szparagiem. Sos holenderski chlap-
nął Soni w oko. Otarła twarz wierzchem dłoni i znów
zawisła wzrokiem na wargach mówiącego. Chłonęła
każde słowo. Czuła, że go ubóstwia. Nie był wybitnie
męski, to prawda, a przebyta choroba morska po-
wlekła jego oblicze zielonkawoszarą bladością, ale
żar, z jakim mówił o swoich projektach, czynił go
niemal pięknym. Poza tym miał wyspę. Ilu z obe-
cnych w stodole mogłoby się tym pochwalić?
Ona nie miała nic - jeśli nie liczyć nader skro-
mnego bagażu osobistych doświadczeń. Chociaż rejs
„Tatuńkiem" pochłonął całe wieloletnie oszczędności
niezamożnej dziewczyny, teraz była już pewna, że
postąpiła słusznie ulegając swemu z pozoru szalone-
mu kaprysowi. Nie mogła uwierzyć, że jeszcze dwie
godziny temu, podczas skromnego balu kapitańskie-
go dla pasażerów drugiej klasy, poprzedzającego ten
właściwy, siedziała przygnębiona i samotna nad pa-
rówką z musztardą i szklanką letniej, ekspresowej
herbaty, myśląc tylko o jednym: aby jak najprędzej
znaleźć się w domu.
Nieprzyjemny dreszcz przebiegł jej po szczupłych
plecach, gdy uświadomiła sobie, jak niewiele brako-
wało, by nigdy nie spotkała Fila. Rygorystycznie
przestrzegane na „Tatuńku" zasady segregacji klaso-
wej przypominały jakiś upiorny apartheid. Była nie-
mal wdzięczna temu ordynarnemu stewardowi: gdy-
by nie wypchnął jej brutalnie ze stodoły, kiedy wró-
ciła po zgubiony kolczyk, i gdyby padając nie podcię-
ła nóg Filowi, ten z pewnością nie zwróciłby uwagi
na skromną pasażerkę drugiej klasy z żółtą kokard-
ką przypiętą do gorsu. Teraz miała kokardkę niebie-
ską, a ten sam steward stawał na głowie, żeby jej
się przypodobać i zatrzeć niemiłe wrażenie.
Dopiero gruntowna zmiana dekoracji w sali balo-
wej uprzytomniła Soni, jak wielkie znaczenie dla ro-
daków z zagranicy miała ta monstrualna, dziwaczna
stodoła, ile uroku krył w sobie wystrój d la rustiąue:
palisandrowe belki i krokwie, platynowa strzecha
i klepisko z polimetakrylanu, budzące tyle nostalgi-
cznych wspomnień. Swoje robiła też orkiestra: grała
bosko - wytwornie i porywająco zarazem. Sprawiała
to nienatrętna ludowa stylizacja, dzięki której wal-
ce, tanga, fokstroty i beguiny pulsowały tym drogim
sercu i rach-ciach-ciach, i rach-ciach-ciach, jakiego
próżno by szukać na parkietach Ritza czy Waldorf-
-Astorii.
Oficer kulturalny wyłaził wprost z munduru, aby
wieczór był udany i zapadł w pamięć balującym. Po
dwóch tygodniach rejsu z tak trudnymi do przebicia
atrakcjami, jak niedawny sztorm czy zaćmienie
słońca, nawet połączona inwencja Edisona i Groucho
Marxa miałaby prawo się wyczerpać. Był już i ba-
lans na rowerze, i połykanie tuzinami zimnych ogni,
i sztuczki z hawajem sztywnym i kiwanym - teraz
przyszła kolej na numer popisowy: brzuchomówstwo.
Sala umilkła, ucichło nawet dyskretne staccato
sztućców; wszyscy, oprócz Fila i Soni, zjednoczyli się
yz podziwie dla nadzwyczajnych zdolności trzewi ofi-
cera.
- Wuj zapisał mi ją w testamencie już w dniu
moich urodzin, na piętnaście lat przed swoim taje-
mniczym zniknięciem. Trzeba było odczekać jeszcze
dziesięć, by uznać go za zmarłego. Od dziesięciu lat
Astrea jest bezludna, więc tego... gdyby pani... gdy-
byś... - Fil zniżył głos do szeptu i w tej samej chwili
głowa siedzącej tyłem do ich stolika damy po raz
trzeci tego wieczoru znalazła się między nimi. Końce
włosów nurzały się w rakowej zupie. W innych oko-
licznościach Fil uznałby to może za oburzającą nie-
dyskrecję, ale teraz, gdy zależało mu na pozyskaniu
jak największej liczby sprzymierzeńców, wścibstwo
nieznajomej sprawiało mu wręcz przyjemność; mó-
wiąc do Soni, wsączał jednocześnie ekstrakt swych
teorii społecznych w rasowe, zaróżowione od aperiti-
fu ucho damy:
- Astrea, to potencjalny raj na ziemi. Moim... na-
szym zadaniem jest uczynić z niej raj rzeczywisty.
Mam gotowy, oparty na najbardziej postępowych
tradycjach i wzbogacony oryginalnymi koncepcjami
program...
Sonia była głęboko przekonana, że i ona mogłaby
wnieść swój skromny wkład w zaludnienie wyspy
i urzeczywistnianie raju na ziemi.
Popis Kulturalnego zakończył się tymczasem i z po-
dium dla orkiestry popłynęły tony walca. Steward
podał im sherry cobbler w wysokich szklankach -
słomki wyciągał wprost ze strzechy - i pochylił się
nad Sonią z ojcowską, więcej, matczyną troskliwością.
- Jeśli ten babsztyl - rzekł półgłosem, wskazując
ruchem brwi na przechyloną niebezpiecznie do tyłu
damę - deranżuje państwa, wykopnę jej niechcą-
cy krzesełko spod...
Nie dokończył, bo z parkietu wrócili do stolika
państwo Singielowie - jowialny Maxie i jego korpu-
lentna żona Minnie. Maxie, przedsiębiorca teatralny
z Broadwayu, tryskał wprost energią.
- Wstyd, młodzi! - zahuczał. - Ja w waszym wie-
ku wygrywałem maratony tańca. Dla rozrywki! Bo
pieniędzy miałem zawsze jak lodu - przypalił cygaro
Maria Mancini studolarowym banknotem.
Fil zerwał się posłusznie z krzesła i poprosił Sonię
do walca. Dziewczyna była w siódmym niebie; już
zaczęła doświadczać tego rozkosznego, tak dobrze
znanego miłośnikom tańca uczucia, że płynie czter-
naście centymetrów nad parkietem, gdy wrota sto-
doły otworzyły się raptownie i na salę wkroczył ka-
pitan. Powitały go spontaniczne brawa. Kapitan
uniósł rękę: w palcach trzymał jakiś niewielki, bły-
szczący przedmiot. Zaczął coś mówić, ale orkiestra,
zmylona jego gestem, zagrała tusz i słowa utonęły
w unisonowym ryku sześciu saksofonów.
- Czy to nie szklane oko? - zapytał zdziwiony
Fil, przypatrując się uważnie błyszczącej kulce, i ro-
zejrzał się odruchowo po obecnych, podczas gdy
wszystkie damy odruchowo sięgnęły do swych na-
szyjników z pereł. Nikomu nie brakowało oka. Ani
perły.
- Czyja zguba? - powtórzył głośno kapitan. W tym
momencie kulka wysmyknęła mu się z palców i po-
toczyła po klepisku. Fil puścił się w pogoń, ale nim
jej dopadł, znikła w szerokiej szczelinie między ścia-
ną i podłogą, tuż obok ich stolika. Przyklęknął i zaj-
rzał w czeluść: oko jarzyło się w ciemnościach. Już
miał po nie sięgnąć, gdy o dwa metry w prawo spo-
strzegł drugie.
Zawahał się: czyżby w dziurze było dwoje szkla-
nych oczu? A może nie szklanych? Nie, to przecież
niemożliwe, żeby ktoś miał taki rozstaw! Sięgnął -
po to z lewej - i natychmiast cofnął rękę z okrzy-
kiem bólu. Na wskazującym palcu nabiegały krwią
ślady zębów.
Ktoś siedział w dziurze.
Sonia przypadła do rannego i zaczęła dmuchać na
puchnący palec. Pozostali pasażerowie otoczyli ich
kołem - zanosiło się na sensację. Kapitan prze-
pchnął się przez tłum, rozłożył na podłodze śnieżno-
białą serwetkę i przyklęknąwszy, zajrzał ostrożnie
w szczelinę.
- Jest tam, swołocz - sapnął. - Mruga.
Poprawił czapkę na głowie i rzucił w ciemność ofi-
cjalnym tonem:
- Bilet do kontroli proszę!
Pasażerowie wstrzymali oddech; z kryjówki nie
dochodził żaden odgłos.
- Gapowicz - rzekł kapitan głucho. Był wstrząś-
nięty.
Zapadła pełna grozy cisza.
- Dajcie no jakiś drąg! - Kapitan otrząsnął się. -
I zawołajcie paru marynarzy - polecił Kulturalnemu.
Drąga nie udało się znaleźć. Ktoś z orkiestry pró-
bował dosięgnąć gapowicza puzonem, ktoś inny ra-
dził zabić go harmonią i choć nikt nie wiedział do-
kładnie na czym miałoby to polegać, śmiała propozy-
cja rozpaliła wyobraźnię obecnych. Kiedy wrócił po-
rucznik z marynarzami, jedna deska była już ode-
rwana, a w powietrzu unosił się zapach mordu.
Czwórka majtków przystąpiła bez zwłoki do dzia-
łania. Wśliznęli się zręcznie do kryjówki, ale po
krótkiej walce, której towarzyszył głuchy łomot
i przekleństwa, wycofali się pospiesznie. Pokąsani
i skopani, z płaczem wybiegli ze stodoły, ignorując
Prośby i groźby kapitana.
Porażka marynarzy ostudziła nieco zapał zebra-
nych, ale wtedy nieoceniony Kulturalny, zawodowo
przytomny w każdej sytuacji, znalazł wreszcie spo-
sób na uparciucha.
- Wykurzyć go! - zawołał. - Wykurzyć lisa z ja-
my!
Załadował rakietnicę specjalnym, używanym pod-
czas wielkich fet na „Tatuńku" pociskiem dymnym,
położył się na podłodze, wycelował starannie, by nie
trafić w gapowicza - i wypalił.
Po trzech pełnych napięcia sekundach z kłębów
purpurowego dymu wynurzył się kaszląc mizerny,
osmalony osobnik w nieokreślonym wieku i tanim,
źle skrojonym garniturze. Prawe oko łzawiło mu ob-
ficie, lewe, suche, patrzyło na prześladowców z zi-
mną nienawiścią.
Człowiek ten spadł Kulturalnemu z nieba: ambit-
ny porucznik wyczerpał już cały swój repertuar, i
nie mając nic w odwodzie musiałby chyba zjeść
szklankę albo odebrać sobie życie, co na jedno wy-
chodziło. Teraz sytuacja zmieniła się radykalnie.
Stewardzi przywiązali pojmanego do krzesła ka-
wałkiem fokbombramtopenanty, zabezpieczając za-
szplajsowane końce omotką. Ustawiwszy dodatkowo
przy wrotach straże, aby podarunek losu nie czmy-
chnął przypadkiem razem z krzesełkiem, oficer
wskoczył na stołek barowy.
- Ladies and gentlemen! - wykrzyknął. - Odpra-
wimy sąd nad łobuzem. Co państwo na to?
Gromkie brawa wstrząsnęły stodołą. Po dwóch
tygodniach rejsu każda bardziej oryginalna propozy-
cja witana była z entuzjazmem.
- Oto program! - zawołał Kulturalny. - A: wybór
rodzaju kary, B: głosowanie, C: egzekucja!
- Na reję! Powiesić na rei! - wyrwało się kre-
wkiemu pułkownikowi R. siedzącemu w głębi sali.
Kulturalny zawahał się przez ułamek sekundy -
nie zdążył jeszcze sformułować aktu oskarżenia -
ale w końcu sumiennie zapisał sugestię pułkownika
na tablicy-menu balu kapitańskiego, tuż pod dese-
rem: kawową bombe-plombiere.
- Chodźmy stąd! - Sonia spojrzała błagalnie na
Fila. Przeczuwała jakieś nieszczęście.
- Nie możemy. To byłoby nie fair wobec tego bie-
daka - odparł Fil wzburzony. - Trzeba mu jakoś po-
móc.
- Przeciągnąć pod kilem! - zawołała staruszka
w złotym pince-nez.
Zapisano.
- Chłosta! Pięćdziesiąt batogów!
- Dyby!
- Dieta: solone śledzie i ani kropli wody! - jedna
propozycja goniła drugą. W stodole zapanował har-
mider jak na nowojorskiej giełdzie, ale Kulturalny
z wprawą doświadczonego maklera wyławiał kolejne
wnioski i notował je na tablicy.
Ml wstał. Gdyby pasażerowie nie rozpoznali w nim
dzielnego młodzieńca, który wykrył gapowicza, a na-
wet odniósł zaszczytne rany, jego głos nie przebiłby
się zapewne przez ogólną wrzawę. Spodziewając się
jednak po poszkodowanym jakiejś szczególnie wyra-
finowanej propozycji, sala zastygła w pełnym sza-
cunku milczeniu.
- Uniewinnić. Jestem gotów pokryć wszelkie ko-
szty - powiedział Fil i usiadł.
Spontaniczne, lecz samotne oklaski Soni utonęły
wśród gwizdów, wycia i tupania publiczności. Kultu-
ralny, obrzuciwszy dziwoląga taksującym spojrze-
niem, zapisał jednak wniosek; kalkulował jednocześ-
nie, ile zdoła z frajera wydoić i jakiej doli zażąda ka-
pitan.
Pokerowe dotychczas oblicze przestępcy drgnęło
lekko, ale natychmiast znów zastygło w pozbawioną
wyrazu maskę.
Rozpoczęło się głosowanie: najwięcej zwolenników
zyskała sobie reja, w dalszej kolejności szedł kil, po-
tem chłosta i inne, lżejsze kary. Za uniewinnieniem
głosowały tylko cztery osoby: Fil, Sonia, Maxie i Min-
nie. Wścibska sąsiadka konsekwentnie wstrzymywa-
ła się od głosu.
Kulturalny podryfował niby od niechcenia do sto-
lika Fila.
- Ile? - mruknął brzuchem, patrząc w sufit. -
Mogę unieważnić głosowanie.
- Co? Ach tak, oczywiście... - Fil sięgnął do tylnej
kieszeni i zesztywniał: porftel z gotówką, książeczką
czekową, dokumentami i testamentem wuja, znikł.
Zerwał się i wybiegł ze stodoły, odprowadzany zdzi-
wionymi spojrzeniami.
- A więc na reję - obwieścił porucznik. Pozbył się
złudzeń co do możliwości finansowych Fila. - Wyko-
nać.
Dwóch stewardów podbiegło do skazańca. Przecię-
li więzy nożycami do dzielenia drobiu, chwycili go
pod pachy i powlekli do wyjścia. Tłum pasażerów
ruszył za nimi.
- Panie Singiel, niechże pan coś zrobi, na litość
boską! - zawołała Sonia. Żałowała, że nie ma Fila -
z pewnością potrafiłby zapobiec linczowi.
- Stop! - Maxie zerwał się z krzesła. Wszyscy
znieruchomieli.
- Nie będzie żadnego wieszania - oznajmił spo-
kojnie Singiel. Sonia spojrzała nań z wdzięcznością
i podziwem: ileż odwagi w tym niepozornym czło-
wieczku!
- A czemuż to? - zapytał jadowicie porucznik. -
Kto nam przeszkodzi? Pan?
- „Tatuniek" nie ma rei, panie oficerze - odparł
Maxie z flegmą. To motor ship.
- Rzeczywiście - stropił się Kulturalny. - Na
śmierć zapomniałem. Rzadko wychodzę na pokład.
Proszę państwa - zwrócił się do zebranych - reja nie
wchodzi w rachubę ze względów technicznych...
Jęk zawodu wyrwał się z piersi dwustu sześćdzie-
sięciu ośmiu zwolenników rei.
- ...ale zapewniam państwa, że kil wcale nie jest
gorszy. Czy „Tatuniek" ma kil? - szepnął zaniepoko-
jony do Maxiego.
- Kil, kil, kil! - zaczęli skandować entuzjaści
przeciągania pod kilem.
- Gdzie jest Fil? - przypomniała sobie nagle So-
nia i rozpłakała się.
- Proszę szanownych państwa! - zawołał Maxie,
przekrzykując gwar. - Czy wolno mnie jest coś po-
wiedzieć? Przeciąganie pod kilem to duży kłopot.
Kolosalny. Wiem coś o tym; wystawialiśmy Bunt na
„Bounty". I co? Flop - sorry - klapa! Katastrofa
w box-office\ Mnóstwo zachodu a efekt marny. Pro-
ponuję coś bardziej widowiskowego, a nikt nie wie
lepiej ode mnie, co to dobry show, no więc proponu-
ję... - zawiesił głos - ...wodowanie.
- Co? - zapytała staruszka w pince-nez podejrzli-
wie.
- Odmiana pławienia. Ordalia - wyjaśniał Maxie
cierpliwie. - W wiekach średnich dość rozpowszech-
nione, pod nazwą próba wody. - Rzuca się czarowni-
cę do wody - Maxie mówił tak, jakby podawał prze-
pis kulinarny -jeśli utonie, była niewinna. Jeśli wy-
płynie - idzie na stos. Nasz wariant będzie trochę
inny, bo wina pana gapowicza nie ulega kwestii. To
nie będzie próba, to będzie wodwwanie. Starym, ma-
rynarskim obyczajem, z całym stosownym ceremo-
niałem.
Sala milczała przez chwilę, jakby smakując propo-
zycję.
- Fantastyczne! - zawołał Kulturalny, zaniepoko-
jony, że tempo imprezy niebezpiecznie siada. - Or-
dalia! Fantastyczne!
- Co pan najlepszego zrobił? - Sonia patrzyła na
Maxiego ze zgrozą. - Przecież oni go utopią!
- Ale ma szanse. Pod kilem nie miałby żadnych -
odparł spokojnie Singiel.
Orkiestra wybuchnęła żwawym dixielandowym
kawałkiem. W mgnieniu oka uformował się tanecz-
ny orszak: na czele dwaj stewardzi wlekli wierzgają-
cego skazańca, za nimi przytupywał kapitan z butel-
ką „Dom Perignon" w dłoni, obok niego kłusował
Kulturalny, dalej orkiestra, wreszcie tłum podekscy-
towanych pasażerów. Pochód zamykali Maxie, Min-
nie i zgnębiona Sonia. Wrota stodoły rozwarły się
z trzaskiem i wijący się korowód, jak gigantyczna
pijana stonoga, wypadł na pokład. Kulturalny oświe-
tlał drogę lampionem. Noc była chłodna, bezksięży-
cowa, biały opar unosił się nad nagrzaną w ciągu
dnia wodą.
Czołówka zatrzymała się przy burcie i widzowie
otoczyli ją ciasnym półkolem.
- Płyń po morzach i oceanach świata... - zaczął
kapitan unosząc butelkę, lecz nie dokończył formuł-
ki. Nagły wstrząs targnął „Tatuńkiem" i powalił całe
towarzystwo na pokład. Szampan eksplodował z hu-
kiem, lampion zgasł, po czym zapadła cisza, przery-
wana tylko boleściwymi postękiwaniami kontuzjo-
wanego statku.
Najszybciej zerwał się kapitan. Po omacku odna-
lazł swoją czapkę, nasunął ją głęboko na oczy, schwy-
cił gapowicza jedną ręką za kołnierz, drugą za spod-
nie na tyłku, i z siłą jakiej nikt by się po starym nie
spodziewał, cisnął go daleko za burtę.
Wrzask ucięty nagłym pluskiem rozdarł ciszę pod-
zwrotnikowej nocy.
Było po wszystkim.
Pasażerowie rzucili się ku burcie, ale na próżno
wytrzeszczali oczy: gęsty tuman litościwie okrył zwo-
dowanego.
Tymczasem kapitan chyłkiem, boczkiem zaczął się
wymykać, jeszcze głębiej czapkę na oczy nacisnął,
przebił się przez ciżbę i pocwałował z łomotem przez
pokład. Tłum pasażerów, sądząc zrazu, że to zachęta
do dalszej zabawy, puścił się za nim w pogoń. Orkie-
stra podjęła swoje rach-ciach-ciach i znów wesoło się
zrobiło, ale nie na długo: kapitan najwidoczniej ba-
wić się już nie chciał, biegł zakosami, próbując im
się wymknąć, a najszybszego, który prawie go do-
padł, zwalił potężnym ciosem pięści na deski. Znie-
ważył ich ciężko; nie może to być, aby - gdy wszyscy
się weselą - ktokolwiek się smucił, jak jakiś borsuk
gdzieś się zaszywał, smętkiem swoim i mordą ponu-
rą porządnych ludzi obrażał, tym bardziej, że bal był
w takim punkcie, kiedy tylko śmierć albo co naj-
mniej paraliż od zabawy i od tańców zwalnia. A już
kapitan - nie do pomyślenia, by sam kapitan na to-
warzystwo się boczył, od towarzystwa stronił, z to-
warzystwem się nie napił.
- Kapitanie! A cóż to ma znaczyć? Dokąd to, ka-
pitanie? - rozległy się pojedyncze okrzyki, które
wkrótce przeszły w chóralne skandowanie. Do pości-
gu zaczęli przyłączać się ochoczo pasażerowie dru-
giej klasy.
Nagle wszystko ucichło, biegnący zawahali się:
kapitan wykonał raptowny zwrot i jak strzała po-
mknął w kierunku drewnianego wychodka, do któ-
rego wchodziła właśnie starsza pani w pince-nez.
Odepchnął staruszkę brutalnie i znikł we wnętrzu
szaletu.
Wychodek pierwszej klasy na „Tatuńku" był obiek-
tem szczególnym. Ten z pozoru zwykły wiejski sracz
z wyrżniętym w drzwiach serduszkiem, a w istocie -
podobnie jak stodoła - staranna replika oryginalne-
go przybytku, wykonany został z palisandru pod-
rasowanego tak, by imitował poczerniałe, nie heblo-
wane deski. Rzemieślnik-artysta, który go budował,
wiele włożył kunsztu i wysiłku w uzyskanie efektu
absolutnej prostoty. Dyskretnie umieszczony zamek
szyfrowy bronił wstępu niepożądanym użytkowni-
kom - pasażerom drugiej klasy. Ci mieli do dyspozy-
cji burtę za stodołą, i to wtedy tylko, gdy była zawie-
trzną.
Wobec wyższej konieczności udobruchane towa-
rzystwo zdecydowało się trochę poczekać, aby zaś
z rytmu zabawy nie wypaść, wszyscy podskakiwali,
przytupywali i stepowali przy akompaniamencie
rach-ciach-ciach orkiestry. Jedna staruszka nie mog-
ła się pogodzić z chamstwem kapitana i głośno da-
wała temu wyraz.
- Nie wytrzymam! Nie wytrzymam! - lamento-
wała, załamując ręce.
- Proszę skorzystać z drugiej klasy - poradził
ktoś życzliwie.
- Gbur! Wypraszam sobie! - krzyknęła staruszka
i rozpłakała się.
- Starsza pani ma rację - poparł ją Maxie. - Op-
łaciła bilet pierwszej klasy. Należy jej się minimum
komfortu.
Atmosfera zrobiła się nieprzyjemna. Taniec zaczął
zamierać, przerodził się w półtaniec, potem w ćwierć-
taniec, aż w końcu ustał zupełnie. Postępek kapita-
na był istotnie naganny; gdyby zachował się tak pro-
sty matros, bosman, a nawet oficer, uznano by to za
naturalne, ale kapitan?
Zapadło milczenie. Orkiestra przestała grać. Z wnę-
trza wychodka nie docierał żaden odgłos. Kulturalny
zapukał delikatnie w drzwi i nadstawił ucha.
- Kapitanie, co z panem? - zaniepokoił się. Zna-
jomość kombinacji szyfrowej była bezużyteczna: kie-
dy ktoś korzystał z wygódki, nie dało się jej od zew-
nątrz otworzyć.
- Kapitanie, prosimy, bal dopiero się zaczął! - za-
wołała Minnie.
- Bal kapitański bez kapitana, to jak żołnierz bez
karabinu! - huczał pułkownik R.
- Nie wytrzymam! - zawodziła staruszka.
- Rozwalić tę budę! - krzyknęła wścibska dama.
Bunt wisiał w powietrzu.
- Odrobinę kultury! - ryknął Kulturalny widząc
co się święci. - Cóż za bydło! Zamknijcie wreszcie
mordy!
Autorytet oficera podziałał natychmiast. Zebrani
umilkli i na komendę Kulturalnego, zawstydzeni,
zawrócili posłusznie, w szyku, do stodoły, choć wo-
jownicza dama burczała jeszcze gniewnie, a starusz-
ka pochlipywała z cicha i pociągała nosem.
Na widok Fila, stojącego przy relingu w miejscu
wodowania gapowicza, oczy Soni rozbłysły jak szkieł-
ka odblaskowe.
- Fil, to było straszne! Wyrzucili go za burtę. I nic
nie mogłam poradzić, i pan kapitan zamknął się
w klozecie - paplała z ożywieniem, jakby opowiada-
ła mu obejrzany przed chwilą w kinie dreszczowiec.
- O, tu go wyrzucili...
Wyciągnęła szyję, próbując daremnie wypatrzyć
w mroku główkę gapowicza. Fil w posępnej zadumie
obracał w palcach szklane oko.
- Co ci jest? - zaniepokoiła się Sonia. - Skąd to
masz?
- Znalazłem tu, na pokładzie. Soniu, stała się
rzecz straszna. Straciłem wszystko: pieniądze, doku-
menty, a co najgorsze - testament wuja.
Dziewczyna milczała dłuższą chwilę, szukając go-
rączkowo stosownych słów otuchy. Zapewnienia, że
pieniądze nie grają dla niej roli, wydawały jej się nie
na miejscu.
- Wszystko się znajdzie - rzekła wreszcie z głębo-
kim przekonaniem. - Musisz jeszcze raz dobrze po-
szukać. Poza tym jest gdzieś na pewno jakaś kopia
testamentu...
Wrócili na salę. Fil raz jeszcze przeszukał wszy-
stko dokładnie, zerkając podejrzliwie na damę przy
sąsiednim stoliku. Zajrzał nawet pod obrus - portfel
ulotnił się jak kamfora.
Incydent z kapitanem wyraźnie popsuł atmosferę
wieczoru. Kulturalnemu wyczerpał się repertuar, je-
go żałosne improwizacje przyjmowane były teraz
przez publiczność grobowym milczeniem, stokroć
gorszym od gwizdów i tupania. Jakże żałował, że za-
chował się wobec nich tak szorstko! Niech no ktoś
doniesie do Izby Morskiej, że bal się nie udał - wte-
dy żegnaj „Tatuńku"! Żegnaj z takim trudem zdoby-
ta posado! Na znalezienie drugiego gapowicza nie
miał co liczyć, a jeśli nawet zdarzyłby się cud, byłby
to numer odgrzewany, niestrawny dla tak wybrednej
klienteli.
Zdesperowany sięgnął po szklankę, tę ostatnią de-
skę ratunku, i długo przyglądał się jej wzrokiem sa-
mobójcy. W końcu podniósł ją z wolna do ust i już
zaciskał zęby na cienkim szkle, gdy na estradę
wskoczył Maxie Singiel. Szepnął coś oficerowi do
ucha i nagle poszarzałą twarz Kulturalnego rozjaś-
nił promienny uśmiech. Odstawił szklankę i pokłu-
sował do orkiestry. Chwilę naradzał się z pierwszym
skrzypkiem, po czym Maxie stanął na podium z po-
życzonym instrumentem.
- Panie i panowie! - zawołał porucznik. - Proszę
o uwagę! Oto nadszedł wielki moment! Niespodzian-
ka! Gwóźdź wieczoru!
Potworny wstrząs, huk, i seria ogłuszających trza-
sków przerwały zapowiedź w połowie. W jednej se-
kundzie pasażerowie znaleźli się na podłodze wśród
szczątków zastawy. Trzy setki dżentelmenów w smo-
kingach i dam w wieczorowych sukniach tarzały się
w szparagach, sosach i kawiorze; było tak, jakby na-
gle zmaterializowała się roztaczana niedawno przez
Fila wizja powszechnego dobrobytu. Kilka osób za-
śmiało się nerwowo, ale większość przyjęła z dez-
aprobatą kiepski dowcip oficera.
Nie był to jednak dowcip. Przez otwarte wrota
chlusnęła woda. Klepisko stanęło dęba i bezładny
kłąb ludzi, krzeseł i porcelany potoczył się w stronę
estrady.
„Tatuniek" tonął.
- Co robić? - Maxie wskoczył na fortepian. - Co
ja mam robić, panie oficerze?
- Grać! Śpiewać! - ryknął Kulturalny. - To nie
„Titanic", to „Tatuniek"! Bal trwa! Bez paniki! -
Przebiegł po plecach taplających się w wodzie pasa-
żerów ku zapasowemu wyjściu i zniknął w mroku.
Maxie pociągnął mokrym smyczkiem po strunach
i drżącym głosem zaintonował:
Na kapuście drobne liście...
Pozostałe instrumenty zaczęły włączać się sto-
pniowo i po chwili potężne tutti zagłuszyło solistę.
Przy akompaniamencie dziarskiego mazura i trza-
sku pękających grodzi ludzie tratowali się w rozpa-
czliwej walce o dostęp do wrót.
Na zewnątrz rozgrywały się sceny dantejskie. Ni-
gdzie nie było widać kapitana, toteż panika ogarnęła
załogę na równi z pasażerami. Nikt już nad niczym
nie panował. Oszalały tłum napierał z wyciem na
reling, poszły w ruch pięści i łokcie. W obawie, aby
tonący kolos nie wciągnął ich za sobą w głębinę, de-
speraci zgromadzeni na rufie skakali w czarną to-
piel bez kamizelek i kół ratunkowych, a tam natych-
miast przykrywała ich wysoka fala. Słabsi szli pod
wodę od razu, silniejsi wypływali, ale nie na długo.
Jedynie stewardzi zachowywali jaką taką przyto-
mność umysłu i krążyli wytrwale z tacami wśród
kłębiącej się w kipieli ciżby, serwując orzeźwiające
napoje. Nie było na nie jednak chętnych, nawet
wśród pasażerów drugiej klasy, choć w innych okoli-
cznościach darmowy poczęstunek byłby dla tych bie-
daków nie lada gratką. Przez ogólny tumult i zgiełk
przebijał głos nieszczęśnika, który daremnie usiło-
wał przekupić towarzyszy niedoli, oddając udziały
w spółce „Home & Dry" w zamian za miejsce w sza-
lupie. Transakcja doszłaby może do skutku, gdyby
nie to, że na „Tatuńku", reklamowanym przez arma-
tora jako niezatapialny, nie było szalup.
Kulturalny przedarł się pod prąd wąskim przej-
ściem prowadzącym do kabin. Do jego kajuty, poło-
żonej w części rufowej statku woda jeszcze nie do-
tarła. Ściągnął z półki jedną z czterech waliz, upew-
nił się, że w środku są pieniądze, dorzucił parę pa-
czek ulubionych petits fours i założywszy korkową
kamizelkę, skoczył ku wyjściu. Już chwytał za klam-
kę, gdy podłoga umknęła mu nagle spod nóg i sterta
waliz runęła oficerowi na głowę. Zamroczyło go na
krótko, ale po chwili zerwał się, złapał swój cenny
bagaż i zataczając się wybiegł pustym teraz, usła-
nym jedynie zadeptanymi pasażerami korytarzem
na pokład. „Tatuniek" sterczał z wody niemal piono-
wo, niczym krzywa wieża w Pizie: wystarczyło zsu-
nąć się po stromiźnie pokładu jak po zjeżdżalni
w ogródku jordanowskim. Szorując brzuchem po de-
skach, porucznik spostrzegł nagle na fibrowym wie-
ku nalepkę z miniaturowym pawim piórem. Pomylił
walizki! Zaklął głośno i zaczął rozpaczliwie hamo-
wać, ale było za późno: „Tatuniek" błyskawicznie po-
grążał się w bezdni oceanu.
Tymczasem stodoła pustoszała stopniowo. Gwał-
towny przechył wychlusnął resztki pasażerów wraz
z wodą; orkiestra, wierna do końca swym słucha-
czom, wypłynęła za nimi. Jeszcze tylko Fil i Sonia
zaplątani w obrusy pozostali we wnętrzu. Właśnie
toczyli się ku wyjściu, gdy ponowny przechył odrzu-
cił ich pod przeciwległą ścianę. Jednocześnie wierze-
je zatrzasnęły się z ogłuszającym hukiem i zapadła
ciemność.
Miejsce katastrofy, z setkami kołyszących się na
powierzchni główek, przypominało teraz ogromny
zagon kapusty. Raz po raz kolejna ofiara żywiołu
znikała pod wodą, by na zawsze połączyć się ze spo-
czywającym już na dnie oceanu statkiem. Tonęli jak
popadło - żółte i niebieskie kokardki - zrównani ig-
norancją nie odróżniającego kolorów i wolnego od
klasowych uprzedzeń molocha.
Najdłużej trzymała się orkiestra. Cięższe instru-
menty poszły już wraz z muzykami na dno, ale lżej-
sze - wśród nich parę bębnów, kontrabas i niektóre
dęciaki - bohatersko kontynuowały swe dzieło. Mo-
głoby się zdawać, że nieugięte, niezwyciężone, nie-
zniszczalne rach-ciach-ciach rozbrzmiewać będzie
wiecznie, lecz wkrótce grupka zaczęła topnieć. Mu-
zyka zacichała, szum oceanu głuszył coraz słabsze
dźwięki pożegnalnego walca. Nonet przekształcił się
rychło w oktet, oktet w septet, septet w sekstet, se-
kstet w kwintet, kwintet w kwartet, kwartet w trio,
trio w duo. Gdy i ta dwójka znikła pod wodą i wyda-
wało się, że ryk sił natury zatriumfował ostatecznie
i nieodwołalnie nad rozpaczliwym, anemicznym pi-
skiem ginącej kultury, z odmętów wystrzelił nagle
ku niebu złoty kielich puzonu. Czyste, krótkie, lecz
przejmujące solo poszybowało nad oceanem w dal
niesione wiatrem.
Rach-ciach-ciach, rach-ciach-ciach...
A potem: bul-bul-bul...
I to już było naprawdę wszystko.
II
Natarczywe pukanie nie ustawało.
Fil otworzył oczy. Była głęboka noc.
Kogo licho przyniosło o tej porze? - pomyślał sen-
nie. Głowa mu pękała. Odrzucił okrywające go prze-
ścieradło i spuścił nogi z łóżka, ale nie mógł sięgnąć
stopami podłogi. Na próżno usiłował wymacać w cie-
mnościach przycisk lampki nocnej; łóżko kiwało się
na boki jak kołyska. No tak, to przecież koja. Je-
stem na „Tatuńku" - przypomniał sobie.
Na „Tatuńku". Obrazy potwornej katastrofy zami-
gotały mu przed oczami jak seria slajdów z auto-
matycznego rzutnika. Co to było? Koszmarny sen?
Lodowaty dreszcz przebiegł po plecach Fila: to nie
był sen, tak jak rzekoma koja nie była koją, a bar-
kiem w sali balowej, prześcieradło zaś - obrusem.
Jeśli „Tatuniek" zatonął, czemu on żyje? Jeśli nie,
gdzie są inni? Gdzie ta dziewczyna?
I czy na pewno żyje?
- Hej, jest tam kto? - zawołał głos za drzwiami
i czyjeś pięści znowu załomotały w deski. Równocześ-
nie z góry dobiegły smętne, głuche tony skrzypiec.
Niebo czy czyściec? - przemknęło mu przez głowę.
Zsunął się z barku i ruszył chwiejnym krokiem
w stronę wrót.
- Kto tam? - zapytał na wszelki wypadek. Miał
nadzieję, że nie dusza potępiona.
- Otwieraj pan! - niecierpliwił się damski głos.
Z całej siły naparł na wrota ramieniem - ustąpiły
natychmiast. Rozległ się krótki, urywany wrzask,
skrzydła wierzei prasnęły o ściany stodoły.
Za progiem rozciągał się wzburzony ocean. Woda
chlustała do wnętrza.
A więc żyje!
Wytężył swój sokoli wzrok, ale nie dostrzegł na fa-
lach nikogo.
- Hop, hop! - zawołał w ciemność. Nie było odpo-
wiedzi. Już miał zamknąć wrota, gdy główka nie-
znajomej wystrzeliła jak korek na powierzchnię. Ka-
szląc i parskając niczym mors, kobieta dopłynęła do
stodoły i uchwyciła się progu. Fil wyciągnął ku niej
pomocną dłoń.
- Rita Szaterhand - wydyszała, miażdżąc mu
w uścisku prawicę. - Przyciął mi pan palce drzwia-
mi, młody człowieku. Cały lakier zdarty.
- Bardzo mi przyjemnie - bąknął Fil. - Felix Kier.
Pani Szaterhand wpełzła do stodoły.
- Byłam pewna, że otwierają się do wewnątrz -
sapnęła, zamykając wrota. - Na szczęście nie udało
się panu mnie utopić.
- Bardzo mi przykro - wyjąkał Fil speszony. -
Chciałem jak najlepiej...
- Ależ tu ciemno! Powinnam gdzieś mieć zapalni-
czkę... - pani Szaterhand grzebała nerwowo w to-
rebce. Po chwili bladoniebieski płomyk wydobył
z mroku jej twarz; Fil rozpoznał w niej wścibską da-
mę od sąsiedniego stolika.
- Wodoszczelna. Od Cartiera - uniosła zapalnicz-
kę do góry i rozejrzała się wokół. - Podobnie jak ta
stodoła.
- To Cartier budował również stodoły? - zdziwił
się Fil.
- Również stodoły bywają wodoszczelne - wyjaś-
niła cierpliwie. - Dzięki temu żyjemy. Choć nieźle
pływam, wessało mnie, kiedy „Tatuniek" szedł na
dno; na szczęście stodoła urwała się przy wstrząsie
i wypłynęła. Pomyśleć, że gdyby nie panika, ocalała-
by przynajmniej cała pierwsza klasa! Ale, ale - czy
to nie pańska urocza znajoma?
Z kłębowiska obrusów wystawała para zgrabnych
nóg. Zapaliwszy poniewierający się na podłodze lam-
pion Szaterhandowa powiesiła go na belce i zaczęła
odwijać dziewczynę. Sonia była nieprzytomna: ani
klepanie po twarzy, ani szczypanie w policzki nie
przynosiło rezultatów. Pani Szaterhand podeszła do
barku i długo grzebała w kupie szkła, z lubością
wdychając opary wymieszanych trunków.
- Jest! Jedna zawsze musi ocaleć - zawołała po
chwili i triumfalnie uniosła nad głową butelkę
szkockiej. Wstała, pociągnęła zdrowy łyk i poklepała
się za uszami palcem zwilżonym w alkoholu. Potem
przyklękła obok zemdlonej i ponownie zanurzywszy
spuchnięty palec w wódce, wetknęła go Soni w usta.
Dziewczyna mlasnęła parę razy i otworzyła oczy.
- Fil? - szepnęła. - Gdzie jest Fil?
Skrzypce na górze zaintonowały Marzenie Schu-
manna.
- Łyknij, dziecko, to cię postawi na nogi - pani
Szaterhand podsunęła jej pod nos butelkę.
Pokrzepiona whisky i - przede wszystkim - obe-
cnością Fila, Sonia szybko przychodziła do siebie,
a przyszedłszy, zabrała się wraz z Szaterhandowa do
sprzątania. Wymiotły za próg szkło i szczątki mebli,
wytarły na mokro podłogę, zapaliły kilka dodatko-
wych lampionów. Sonia ułożyła bukiet ze sztywnych
hawajów; jej najgorętszym pragnieniem było stwo-
rzyć Filowi dom, nawet w tak niecodziennych okoli-
cznościach. Ocean doszczętnie wypłukał ze stodoły
wszystko, co nadawałoby się do zjedzenia, żałowała
więc, że nie może zrobić kolacji, nie mówiąc już
o marynatach i przetworach na zimę, choć z drugiej
strony nie miała pojęcia, czy zostaną w stodole aż
tak długo i czy w strefie podzwrotnikowej kultywuje
się ten miły, znany jej z domu rodzinnego obyczaj.
Malwy pod oknami też niestety nie wchodziły w ra-
chubę. Mimo tych oczywistych mankamentów udało
jej się z grubsza osiągnąć cel: we wnętrzu sali balo-
wej zapanował nastrój niemal intymny. Tylko koły-
sanie oceanu i obłąkańczy taniec ich cieni na ścia-
nach kazały myśleć rozbitkom o grożących niebez-
pieczeństwach - sztormie, rafach czy - w dalszej
perspektywie - śmierci z głodu i pragnienia.
- Dryfujemy na północny zachód - rzekła pani
Szaterhand spoglądając przez bulaj w gwiazdy. -
Możemy się zdrzemnąć; nie zaczną nas i tak szukać
przed świtem.
Zgasiła lampiony i rzuciła się na posłanie z obru-
sów. Fil nie miał ochoty na drzemkę. Siedział na
stołku barowym wygięty w wielki znak zapytania
i rozmyślał o bliskości Astrei. Sonia przycupnęła na
podłodze, ciesząc się bliskością Fila.
Skrzypce podjęły motyw z Koncertu e-moll Men-
delssohna.
- Czy mógłby pan wyłączyć to radio, młodzień-
cze? - zapytała sennie pani Szaterhand.
A więc to jednak nie halucynacje! - Zsunął się ze
stołka i zaczął krążyć po stodole, wypatrując w cie-
mnościach radia pod sufitem.
- Au! - wrzasnęła pani Szaterhand. - Co pan wy-
rabia? Nadepnął mi pan na rękę!
- Nie mogę znaleźć tego radia - tłumaczył się Fil
zmieszany.
Pani Szaterhand zaklęła soczyście, zwlokła się
z posłania, zapaliła światło i dłuższą chwilę nasłu-
chiwała strzygąc uszami.
- To nie radio - oświadczyła. - To jakiś skrzypek
na dachu.
- Pan Singiel! - zawołała Sonia.
Jakby w odpowiedzi, na górze rozwibrowały się
brawurowe tremolanda, rozbrzdąkały podwójne piz-
zicata, rozśpiewały arcytrudne flażolety. Pani Szater-
hand weszła na stołek i zapukała w belkę stropową:
- Czy to pan, panie Singiel?
Skrzypek nie odpowiadał.
- Trzeba po niego iść - westchnęła Szaterhandowa.
Zanim zdążyli ją powstrzymać, otworzyła wrota,
podciągnęła się na rękach i znikła na dachu. Wiatr
wtargnął ze świstem do stodoły i zakołysał gwałtow-
nie lampionami.
Muzyka urwała się w pół frazy i po chwili w czar-
nym prostokącie drzwi ukazała się głowa pani Sza-
terhand.
- Odbierzcie go! - zawołała.
Skrzypce plusnęły do wody i natychmiast uniosła
je fala. Wspólnie wciągnęli Maxiego do środka.
- Jest w szoku - wyjaśniła pani Szaterhand, kie-
dy już zamknęła za sobą wrota. Masie stał na środ-
ku stodoły i ciągnął smyczkiem po wyimaginowa-
nych strunach, przebierając palcami lewej ręki po
nie istniejącym gryfie.
Szaterhandowa wyjęła mu delikatnie smyczek
z dłoni i złamała go na kolanie. To poskutkowało:
Maxie zamrugał oczami i rozejrzał się przytomnie po
stodole.
- Cóż za niespodzianka - wychrypiał z nutką lek-
kiego rozczarowania w głosie. - Byłem pewien, że
wszyscy poszli na dno...
Zapadło kłopotliwe milczenie. Cała trójka myślała
o Minnie.
-Niech nam pan coś zagra... zaśpiewa - poprosi-
ła Sonia. - Tę piosenkę... jak to szło? Na kapuście...
-Straciłem głos - wyrzęził Maxie. - I żonę. -
Spojrzał na zegarek: - Od godziny jestem wdowcem.
Usiadł przy barze i ukrył twarz w dłoniach. Sza-
terhandowa poczęstowała go nieprzemakalnym pa-
pierosem i podsunęła mu butelkę. Sonia nieśmiało
położyła swą drobną dłoń na jego włochatej ręce.
Spojrzał na nią wilgotnymi oczyma.
Chryzantem, co spadł,
Nie wraca na krzew...
- rzekł filozoficznie. - Niech jej woda lekką będzie.
Minnie bardzo lubiła się kąpać...
Wiedzieli już, że nie zasną - do świtu było zresztą
niedaleko. Wkrótce w butelce zaświeciło dno. Pani
Szaterhand zadumała się nad losem wdowców, Fil
wodził palcem po blacie, rysując kontury Astrei, a So-
nia wpatrywała się w jego zasępiony profil.
Maxie otrząsnął się z chwilowego przygnębienia.
Wyjął z jednego z lampionów ogarek świeczki, osa-
dził go w butelce, wyciągnął z kieszeni wilgotny no-
tes, poślinił długopis - przyzwyczajenie z czasów,
gdy ślęczał nad księgami rachunkowymi w kantorku
ojca - i zaczął pisać:
Maximilian Singiel
OSTATNIE CHWILE „TATUŃKA"
Relacja naocznego świadka
(all rights reserued)
Była północ. Bal na „Tatuńku" trwał; pasażerowie
bawili się w najlepsze, nie podejrzewając, że zbliża
się najgorsze.
Właśnie szykowałem się do występu, który miał
stanowić clou programu, gdy nagły wstrząs...
Gwałtowny wstrząs powalił ich na syntetyczne
klepisko. Pierwsza zebrała się pani Szaterhand:
z przekrzywioną głową zaczęła nasłuchiwać docho-
dzących z zewnątrz odgłosów. Wzburzony ocean hu-
czał jeszcze i szumiał, ale kołysanie - o dziwo -
ustało.
- Astrea! - wyrwało się Filowi i nagły rumieniec
wykwitł na jego grynszpanowych policzkach.
Kiedy Maxie i pani Szaterhand wspólnym wysił-
kiem uchylili wrota, okazało się, że istotnie przybili
do brzegu jakiejś skalistej wysepki, nie była to jed-
nak Astrea: na tle przejaśniającego się już nieco nie-
ba czerniała wyniosła sylweta latarni morskiej z wy-
gaszonymi światłami. Szaterhandowa przymocowała
stodołę fokbombramtopenantą do dużego kamienia.
- Pewnie wyłączyli prąd - domyślał się Maxie,
kiedy już cała czwórka znalazła się na lądzie. -
Zbrodniarze! Zapłacą mi za to. Minnie była wysoko
ubezpieczona u Lloyda.
Wyjął z kieszeni portfel ze świńskiej skóry i rozło-
żywszy polisę usiłował odcyfrować w półmroku
przedświtu liczbę zer po jedynce.
- Może pan latarnik zasłabł - zaniepokoiła się
Sonia. - Słyszałam o takich przypadkach.
- Czytałem gdzieś artykuł o latarniku zjedzonym
przez wygłodniałe szczury zbiegłe z tonącego statku
- przypomniał sobie Fil.
- Na „Tatuńku" nie było szczurów - rzekła nie-
pewnie Sonia. - A jeśli nawet były, to nie wygłodniałe.
- Nie dowiemy się, co się stało, dopóki nie wej-
dziemy na górę - zniecierpliwiła się pani Szater-
hand. - Nie będę tak sterczeć pod latarnią, nawet
morską.
Na dole było otwarte; zaczęli piąć się po krętych,
stromych schodach i Fil doznawał już od nowa przy-
krych sensacji, gdy wreszcie dotarli do drzwi z mo-
siężną tabliczką „Nie upoważnionym wstęp zabro-
niony". Maxie zapukał ostrożnie, potem mocniej,
w końcu, nie doczekawszy się żadnej reakcji, nacis-
nął klamkę. Drzwi nie drgnęły.
- Nie ma się co certolić - sapnęła Szaterhando-
wa. Cofnęła się, wzięła rozpęd i wyrżnęła w drzwi
barkiem. Dębowa zapora ustąpiła z trzaskiem i czwo-
ro rozbitków weszło z wyciągniętymi szyjami do
służbowego pokoiku latarnika.
W żółtawym kręgu światła rzucanego przez nocną
lampkę siedział w fotelu nie ogolony starzec o płci
spalonej jak u Kreolów i twarzy smutnej, lecz uczci-
wej. Nitka śliny sączyła się z jego rozchylonych ust,
oczy miał zamknięte. Chrapał. Na spiczastych kola-
nach starego leżało kolorowe czasopismo ze zdjęciem
nagiej, rudowłosej modelki na okładce. Okulary
w drucianej oprawie zsunęły się staremu z nosa, po-
większając - zapewne przez przypadek - biust
dziewczyny do monstrualnych rozmiarów.
- O przeklęty! - zakrzyknął Fil, rwąc swe lekko
falujące włosy z głowy. - Morderco! Lubieżny, obleś-
ny satyrze! Gdy tam przez twoje niedbalstwo tysiące
istot ludzkich, w tym kobiety i dzieci, szło pod wodę,
tyś swym starczym chuciom folgował, tyś...
Podbiegł do latarnika i wyszarpnął gwałtownie
„Plejboja" z jego bezwładnych dłoni. Oprawny w skó-
rę tomik wysunął się ze środka i stuknął o podłogę.
Nim zaskoczony Fil zdążył się schylić po książkę,
starzec, nagle rozbudzony i od razu przytomny, we-
pchnął ją szybko nogą pod fotel i przybrał obojętny,
lekko nawet znudzony wyraz twarzy.
Fil zdążył jednak rzucić okiem na tytuł i nazwi-
sko autora.
- Poezje? - zapytał z niedowierzaniem. - Najwię-
kszego Poety Naszego?
- Poezje - wyznał latarnik, czerwieniąc się jak
mak wśród łanów. - Na obczyźnie jedyna to dla mnie
pociecha...
Przybyszom zrobiło się głupio i żaden wyrzut nie
padł już z ich ust, choć we wzroku sporo się go jesz-
cze czaiło. Wobec ich zakłopotania latarnik zaczął
odzyskiwać pewność siebie.
- A co? - rzekł zaczepnie, chociaż nikt nie odzy-
wał się słowem.
- Jednakowoż... - zaczął Maxie nieśmiało - po-
ezje poezjami, sam czasem poczytam, kiedy nikt nie
widzi, a obowiązek obowiązkiem. Szkoda statku. Lu-
dzi szkoda. Ja osobiście, widzi pan, owdowiałem... -
położył odruchowo rękę na sercu, gdzie spoczywała
polisa.
-Obowiązek, łatwo mówić! - wybuchnął latar-
nik. - Ja nienawidzę tego zajęcia, tej latarni, tej wy-
sepki, tego życia klasztornego - cisnął „Plejbojem"
o ziemię. - Nienawidzę. Rzucił mnie tu los tułaczy.
Ja... ja nawet nie mam przygotowania zawodowego!
- Kim pan jest w takim razie? - zapytała rzeczo-
wo pani Szaterhand, myszkując w kredensie w po-
szukiwaniu herbaty.
Latarnik wyprostował się dumnie.
- Patriotą - rzekł dobitnie.
- To nie zawód - zauważył Fil.
- No i szkoda - mruknął starzec. - Dla mnie sła-
bą. Serce...
Czekając aż zagotuje się woda, rozmawiali o pa-
triotyzmie, tułaczce, obczyźnie i poezji. Fil zwierzył
się ze swoich planów.
- Astrea musi być gdzieś blisko?
- I owszem - potwierdził latarnik. - Około mili
stąd. Siid-West. Ale wpław nie dacie rady.
- Mamy stodołę.
- Co? - stary przyłożył dłoń do ucha.
- Stodołę. Pływającą.
- Stodołę?! - latarnik zerwał się na równe nogi. -
Prawdziwą, naszą, swojską?
Podbiegł do okna porywając po drodze lornetkę,
i wychyliwszy się przez parapet, długo sycił wzrok
widokiem rustykalnej pozostałości „Tatuńka". Pa-
trzył na przycumowaną do brzegu stodołę, a widział
wszystko, wszystko jak było, niczym w fotoplastyko-
nie. Stodoła pyta: „Pomnisz?" On pomni! I karczmę
w swej rodzinnej Sadówce, do której jeszcze pacholę-
ciem chadzał, i opar co nad wsią się unosi i świat ca-
ły spowija tumanem, i staw, i wedle stawu groblę...
Rzekłbyś - toć to ocean. Nie ocean to wszakże, a łę-
gi, łąki i łątki nad łąkami: tylko czekać jak bekas
beknie, derkacz zaderka, bąk na łąkach bąknie. Tam
znowu bór sosnowy szumi żywicznie jak morska fa-
la. Świta już i zza płota kur zapiał. Lecz pst! - ktoś
się zbliża. Głos jakiś nagle rozlega się za plecami
starca:
- Ile pan słodzi?
To głos pani Szaterhand.
Oderwał się od okna, odwiesił ociekającą łzami
serdecznymi lornetkę na gwóźdź i usiadł ciężko przy
stole z twarzą ukrytą w dłoniach. Milczenie legło
kamieniem wśród obecnych.
- Mimo wszystko nie radzę - rzekł wreszcie stary
wziąwszy się w garść. Przyszło mu do głowy, że mó-
głby jakoś wyłudzić od nich stodołę. - Pojutrze bę-
dzie tu holownik z prowiantem i do portu w Mihal-
ton was zabierze, a stamtąd już na Astreę prosta
droga. Trójkąt Wermucki tylko czeka na takich
śmiałków...
- A cóż to takiego? - zainteresowała się pani Sza-
terhand.
- Trygonometria - wyjaśniła Sonia.
Latarnik podszedł do okna na palcach, jakby Trój-
kąt był jakimś szczególnie płochliwym zwierzęciem,
i skinął na nich dłonią.
- Widzicie?
- Widzę trzy butelki powiązane sznurkiem - po-
wiedział Fil. - Sądząc z kształtu, po żubrówce...
- To on właśnie. Trójkąt. Sam go zlokalizowałem
i oznakowałem. Połknie was jak rekin płotkę - za-
chichotał stary.
Fil zasępił się. Byli już tak blisko celu! W Mihal-
ton władze zażądają z pewnością paszportu, wizy,
wyjaśnień, potrzebne będą pieniądze, zaczną się nie
kończące, biurokratyczne korowody...
- Zaryzykujemy - oświadczył z mocą, patrząc wy-
mownie na patriotyczny sztych, który przedstawiał
Poetę śpieszącego pod wiatr do powstania.
- Wolna wola - wzruszył ramionami latarnik. -
Ja ostrzegałem.
Pozostawiwszy nie dopitą herbatę, pożegnali się
i zeszli na dół. Latarnik przyglądał się im z góry
przez lornetkę; złowróżbny uśmiech błąkał się po je-
go wysmaganej mistralami, fenami, blizzardami i bu-
ranami twarzy. Spotkanie z tym zagadkowym czło-
wiekiem dało Filowi wiele do myślenia. Moralna
ocena jego zbrodniczego zaniedbania nieprosta była
i niejednoznaczna: nostalgia, to problem, z którym
i jemu przyjdzie się uporać w przyszłości, choć dziś
nie miał jeszcze żadnych wątpliwości co do kierun-
ku, w jakim powinienem zmierzać - Siid-West. Tak-
że Sonia zamyślona była i nieswoja. Ona z kolei
uległa dziwnemu wrażeniu deja vu, a raczej deja lu,
ale na próżno usiłowała wydobyć z zakamarków pa-
mięci jakieś bliższe dane bibliograficzne.
Tylko Maxie pozostawał obojętny wobec całej
sprawy.
-I o co mu chodzi, temu staremu? O co ten
gwałt? - dopytywał się, wymachując zwiniętym w
rulon „Plejbojem". - Też mi coś - tułaczka! Ja tam
jestem wieczny tułacz i chwalę sobie! Jeszcze płacę
Cookowi grube pieniądze!
Jedna pani Szaterhand nie traciła czasu na jało-
we roztrząsania: znalazła wśród walających się do-
koła szczątków zatopionych statków solidny ułomek
masztu, i posłużywszy się nim jako dźwignią, zepch-
nęła stodołę na wodę. Cienka cuma nie budziła za-
ufania - należało się śpieszyć. Ocean przycichł na
tyle, że bez trudności dostali się na pokład. Szater-
handowa przegryzła linę i „Tatuniek II" odbił od
brzegu.
- To będzie coś w rodzaju steru - wyjaśniała pani
Szaterhand, mocując do progu stodoły zdobyczny,
zbutwiały rudel. - Jak to mówił ten stary? Siid-
-West?
Zanim Fil zdążył odpowiedzieć, potężny prąd za-
kręcił stodołą i rzucił nią jak łupiną w stronę fatal-
nego Trójkąta.
- O-strze-ga-łem! - wrzasnął z góry latarnik.
Ale oni już tego nie