Czytaj więcej:
Wojna w kosmosie okładka

Średnia Ocena:



Wojna w kosmosie

Oto nasza opowiadanie o wojnie i pokoju - na Ziemi i w Kosmosie. Nieujarzmiona natura człowieka. Innowacyjne technologie i śmiałkowie kosmosu. Nowa kosmiczna gospodarka i postępująca rewolucja informacyjna. Wielkie strategie i duże mocarstwa. Rywalizacja Eurazji i Oceanu Światowego „Jestem bardzo dumny z tej książki. Jest najistotniejsza z tych, ponad którymi do tej pory pracowałem.” Jacek Bartosiak „Ludzkość wychodzi poza Ziemię. A za ludźmi - jak zawsze - podąża wojna" George Friedman Ludzkość sięgnęła po raz pierwszy granic kosmosu bynajmniej nie dla chwały, lecz by po prostu zwyciężyć wojnę. Pierwsza rakieta, która opuściła ziemską atmosferę, nie była ani amerykańska ani sowiecka. Była nią niemiecka rakieta V-2. W czasach, gdy punktem ciężkości wojny są centra systemów dowodzenia i komunikacji, przestrzeń kosmiczna nieustanna się miejscem kluczowym, umożliwiającym nowoczesną wojnę na Ziemi. Kogo tam nie ma, ten się nie liczy. Już dzisiaj orbity Ziemi zamieniane są w rynek, gdzie zarabia się coraz większe pieniądze dzięki dynamicznie postępującej rewolucji informacyjnej. Są tacy, co twierdzą, że informacja jest ropą naftową świeżych czasów.

Szczegóły
Tytuł Wojna w kosmosie
Autor: Friedman George , Bartosiak Jacek
Rozszerzenie: brak
Język wydania: polski
Ilość stron:
Wydawnictwo: Fronda
Rok wydania: 2022

Tytuł Data Dodania Rozmiar
Zobacz podgląd Wojna w kosmosie pdf poniżej lub w przypadku gdy jesteś jej autorem, wgraj własną skróconą wersję książki w celach promocyjnych, aby zachęcić do zakupu online w sklepie empik.com. Wojna w kosmosie Ebook podgląd online w formacie PDF tylko na PDF-X.PL. Niektóre ebooki nie posiadają jeszcze opcji podglądu, a inne są ściśle chronione prawem autorskim i rozpowszechnianie ich jakiejkolwiek treści jest zakazane, więc w takich wypadkach zamiast przeczytania wstępu możesz jedynie zobaczyć opis książki, szczegóły, sprawdzić zdjęcie okładki oraz recenzje.

 

 

Wojna w kosmosie PDF Ebook podgląd:

Jesteś autorem/wydawcą tej książki i zauważyłeś że ktoś wgrał jej wstęp bez Twojej zgody? Nie życzysz sobie, aby pdf był dostępny w naszym serwisie? Napisz na adres [email protected] a my odpowiemy na skargę i usuniemy zgłoszony dokument w ciągu 24 godzin.

 


Pobierz PDF

Nazwa pliku: Bielański Wehikuł Czasu.pdf - Rozmiar: 27.5 MB
Głosy: 0
Pobierz

 

 

Wgraj PDF

To Twoja książka? Dodaj kilka pierwszych stron
swojego dzieła, aby zachęcić czytelników do zakupu!

Wojna w kosmosie PDF transkrypt - 20 pierwszych stron:

 

Strona 1 Marta Dobrowolska-Kierył Bielanski wehikuł czasu ilustracje Agnieszka Korfanty warszawa 2016 1 Strona 2 Drodzy młodzi Mieszkańcy Bielan! Z przyjemnością oddaję w Wasze ręce najnowszą książkę o naszej dzielnicy, przygotowaną specjal- nie z myślą o Was. Każdy z nas, niezależnie od wieku, lubi ciekawe historie. Dlatego opowiemy Wam o Bielanach przez pryzmat przygód czwor- ga przyjaciół – Waszych rówieśników: Piotrka, Hani, Leny i Michała. W naszej dzielnicy jest wiele pięknych, a także waż- nych historycznie miejsc. Zapewne część z nich znacie, ale na pewno są i takie, których jeszcze nie odkryliście. Z każdym miejscem opisanym w tej książce wiąże się bardzo ciekawa opowieść. Czy wiecie, dlaczego słoń jest symbolem Bielan, a Bielany nazwano Bielanami? Zachęcam, abyście odwiedzili opisane przez nas miejsca na Bielanach. Z pozdrowieniami Tomasz Mencina Burmistrz Dzielnicy Bielany m.st. Warszawy 2 3 Strona 3 — Bielany nie są moją ojczyzną, nawet małą! – zapro- testowałem. – Uważam, że ojczyzną może być tylko miejsce, z którym człowiek jest związany. — Masz rację – poparł mnie tata. – Ale jestem pe- wien, że za jakiś czas ta dzielnica stanie ci się bliska. ielany – moja nowa mała ojczyzna Już niedługo poznasz okolicę, znajdziesz kolegów i ani się obejrzysz, jak nie będziesz umiał wyobrazić sobie życia w innym miejscu. — Od teraz jesteśmy pełnoprawnymi mieszkańcami Znów spojrzałem na obrazek leżący na stole. Tyle Bielan! – powiedziała mama, wchodząc do domu. Wróci- było na nim szczegółów. Patrzyłem na wszystko z nie- ła z urzędu dzielnicy, gdzie załatwiała różne sprawy, dowierzaniem. Gdzie myśmy się przeprowadzili? Czy bo właśnie wprowadziliśmy się do nowego mieszkania. naprawdę na Bielanach tak po prostu wchodzi się do – Muszę przyznać, że bielańscy urzędnicy są bardzo mili. lasu i spotyka sarnę? Albo bawi nad stawem? Przecież — A my wygraliśmy dziś puzzle! – wykrzyknęła w od- jesteśmy w mieście! A swoją drogą ciekawe, czy można powiedzi Hania, moja siostra bliźniaczka, pokazując na- grodę, którą dostaliśmy w szkole za udział w konkursie. — Odłóżmy je na razie. Zajmiemy się nimi po kolacji. Najpierw musicie doprowadzić do porządku swoje po- koje – odezwał się tata. Jeszcze jakiś czas temu mieliśmy z Hanką wspólny pokój i mieszkaliśmy w Śródmieściu. A potem wielka ciężarówka przewiozła ze starego mieszkania nasze meb- le, książki, zabawki i wszystkie inne rzeczy na Bielany. Po kolacji wspólnie ułożyliśmy puzzle. Kolorowy obra- zek przedstawiał mnóstwo różnych budynków oraz parki i inne miejsca, jakie można odwiedzić na Bielanach. — Oto podpowiedź, od czego zacząć poznawanie naszej nowej małej ojczyzny – ucieszyła się mama. 4 5 Strona 4 wejść do Huty i zobaczyć, jak wygląda w środku? Albo dlaczego ulica Płatnicza może być interesująca? I co może znaczyć ten dziwny znak w rogu obrazka: kąd się wzięła nazwa „Bielany”? Kilka dni później do Hanki przyszła koleżanka z klasy – Lena Twardowska. Pierwszego dnia w nowej szkole Hania usiadła z nią w ławce i w pięć minut zostały najlepszymi przyjaciółkami w całej Vb! Tamtego dnia Lenę przyprowadził do nas dziadek. Rodzice zaprosili go na herbatę i od razu bardzo polubili. Rodzina Leny mieszka niedaleko, w domu z ogród- Takich pytań miałem coraz więcej. Nie wiedziałem kiem. Jest tam strych pełen skarbów. Oczywiście tak wtedy, że zanim poznam odpowiedzi, przeżyję mnó- naprawdę nie są to żadne skarby, tylko stare meble i in- stwo niezwykłych przygód. ne niepotrzebne już przedmioty. Niektóre mają tyle lat co dziadek Leny! Podczas pierwszej wizyty znalazłem tam małego drewnianego słonia. Coś mi przypominał, ale nie wiedziałem co, więc zabrałem go ze sobą na dół. Po obiedzie zauważyłem w pokoju naszej koleżanki takie same puzzle, jakie wygraliśmy w szkolnym kon- kursie. Zdjąłem je z półki i już wiedziałem, dlaczego drewniany słoń wydał mi się znajomy. Wyglądał tak samo jak ten z puzzli! — Dziewczyny, zobaczcie! – krzyknąłem podekscyto- wany, stawiając słonika obok pudełka. – Widzicie to? 6 7 Strona 5 Lena z Hanią patrzyły zdziwione, więc wyjaśniłem, słonia na pudełku puzzli. Wziął kartkę i narysował na skąd mam figurkę. niej tarczę z dwoma polami, a w nich. . . no właśnie! — Bardzo podobny – powiedziała Hania. — Przepraszam, ale nie rozumiem, co król i kościół ma- — Dziwny zbieg okoliczności. Skąd się wziął na na- ją wspólnego z Bielanami – Hanka kontynuowała wy- szym strychu? – zastanawiała się Lena. I zaraz dodała: wiad, a ja poczułem, że powietrze wokół nas zafalowało. – Pewnie jeszcze nie wiecie, że ten słoń na pudełku to Potem stało się coś, czego nie umiałem wtedy wytłuma- symbol Bielan. Nie wiedziałam tylko, że takiego same- czyć. Słyszałem każde słowo wypowiedziane w pokoju, go mamy w rupieciarni… Musiał tam leżeć od lat. a jednocześnie byłem gdzie indziej. Dokoła siebie wy- Do pokoju wszedł jej dziadek. raźnie widziałem drzewa. — O, mój słonik! – uśmiechnął się na widok drewnia- — Ten herb to opowieść o początkach Bielan – zaczął nej zabawki. – Myślałem, że zaginął na dobre podczas wyjaśniać dziadek Leny. – W tamtych czasach Warsza- licznych przeprowadzek, a tu taka niespodzianka! wa była dużo mniejsza i tu, gdzie jesteśmy, znajdowały — Czy dobrze zrozumiałam, że ten słoń to herb Bie- się wtedy tylko niewielkie osady z łąkami i pastwiska- lan? – zapytała Hania swoim ulubionym tonem dzien- mi. Otaczały je lasy, do których królowie lubili przyjeż- nikarki rozpoczynającej wywiad w telewizji. dżać na polowania. — Niezupełnie – dziadek Leny znów się tak ciepło W tym momencie poczułem zapach liści i zobaczy- uśmiechnął. – Bo herb to oficjalny znak, umieszczany łem króla ze śmieszną bródką i z podkręconymi do góry na flagach czy dokumentach. A tego zwierza na nich wąsami, pędzącego na koniu. Obok biegły dwa psy. nie znajdziecie. Ale czy ktoś z was wie, jak naprawdę — Mniej więcej w połowie XVII wieku król Włady- wygląda herb naszej dzielnicy? sław IV Waza zaprosił w te odludne okolice pewien Nie wiedzieliśmy. Nawet Hania, która w szkole ma zakon – mówił dalej dziadek Leny. – Jego członkowie, same piątki i kilka szóstek. Pan Twardowski postawił zwani kamedułami, zamieszkali w pustelniach na Gó- rze Pólkowej nad Wisłą. Później stanął tam też kościół. Zakonnicy nosili białe habity. Właśnie dlatego zaczę- to nazywać ich samych i miejsce, w którym mieszkali, Bielanami. — Bielanami? Czy to stąd pochodzi nazwa dzielni- cy? – Skojarzenie wyrwało mnie z tego dziwnego snu, 8 9 Strona 6 w którym widziałem ludzi w długich białych strojach, — Nie wiedziałam, dziadku, że jest taki park – powie- stawiających drewniany krzyż przed kościołem. działa Lena, a ze mną znów działy się dziwne rzeczy. — Brawo. Popularna nazwa zakonnków stała się póź- Pokój zafalował. Dziadek Leny opowiadał, a ja czu- niej nazwą całej dzielnicy. I chociaż kamedułów już daw- łem, jak grzeje mnie słońce, i słyszałem krzyki bawią- no tu nie ma, to eremy, czyli ich domki, oraz kościół mo- cych się dzieci. żecie odwiedzić w Lesie Bielańskim przy ulicy Dewajtis. — Bo już go nie ma. Oprócz słonia, konia i żyrafy były Wróciłem do sprawy słonia, bo nie dawała mi spokoju. w parku zjeżdżalnia, wypożyczalnia sprzętu dla dzieci — Skąd pan ma tego słonika? z rowerami, hulajnogami, piłkami, skakankami i różny- — Dostałem go w dzieciństwie. Bawiłem się na pla- mi grami. No i oczywiście ogromna karuzela! O, ta – cu zabaw, gdy do mojej mamy podszedł jakiś pan. Dał dziadek Leny pokazał ilustrację na pudełku puzzli. – jej trzy figurki: słonia, konia i żyrafę, mówiąc, że to Często chodziłem tam z rodzicami. Dla dorosłych też prezent dla mnie. Bardzo się ucieszyłem, bo były to były atrakcje: koncerty, tańce na specjalnym parkiecie miniaturowe kopie zwierząt z placu zabaw, na które i nawet kino na świeżym powietrzu. ja i moi koledzy uwielbialiśmy się wspinać. ten słoń — To musiało być wspaniałe miejsce! – westchnęła był atrakcją na placu zabaw w parku kultury Hania z żalem. w lesie bielańskim. — Było, ale dziś na Bielanach jest tyle placów zabaw i innych atrakcji, że nie macie na co narzekać – odpo- wiedział dziadek Leny. – A ja się cieszę, że od kilku lat mój słoń z dzieciństwa reklamuje różne wydarzenia organizowane przez naszą dzielnicę. Na pewno nieraz zobaczycie go na plakatach i ogłoszeniach. — A co się stało z żyrafą i koniem? – zapytałem, do- tykając drewnianego słonia. — Zaginęły wiele, wiele lat temu. Nawet ja nie wiem dokładnie kiedy – westchnął i posmutniał. 10 11 Strona 7 działa Hania, patrząc na wodę, wzdłuż której jechaliśmy chwilę wcześniej. — To nie jest kanał, to starorzecze Wisły. Kiedyś tędy płynęła – podzieliłem się z siostrą zdobytą niedawno informacją. dzie są granice Bielan? W końcu pojawiła się Lena z dziadkiem. — Dziadek nie chce mi powiedzieć, dokąd jedziemy – powiedziała trochę naburmuszona. „Zbiórka jutro o 10.00. Gwiaździsta przy alei Armii Kra- — Sprawdzę waszą domyślność – odparł pan Twardowski. jowej. Na rowerach!” – takiego SMS-a dostała Hania Ruszyliśmy ścieżką rowerową wzdłuż alei Armii Kra- w pewien piątek, kilka tygodni po przeprowadzce. Oczy- jowej. Początkowo próbowaliśmy zgadywać, jaki jest wiście od Leny. cel naszej wycieczki, ale w końcu nam się to znudziło. Ogromnie ciekawi, dokąd pojedziemy, pojawiliśmy się Minęliśmy kilka osiedli, park pachnący lasem, place w umówionym miejscu grubo przed czasem, mogliśmy zabaw, aż dojechaliśmy do wąskiej piaszczystej drogi, się więc przejechać po parku Kępa Potocka. która po chwili zmieniła się w brukowaną uliczkę, przy — Piotrek, stój! Chcę zobaczyć, co to jest – zawołała której stały wiejskie domki. Potem znów było parę blo- Hanka na widok kolorowych plastikowych tulipanów- ków, a zaraz za nimi pole. Nad nami krążyły szybowce, -gigantów stojących na trawie. Okazało się, że to rozkładane krzesełka. Usiadłem na żółtym, moja siostra na czerwonym i odkryliśmy, że ob- racają się wokół własnej osi. — Dzięki temu można o każdej porze siedzieć twarzą do słońca i się opalać! – ucieszyła się Hanka. — Albo tyłem do słońca i czytać książkę – dodałem, a moja siostra roześmiała się. Potem okrążyliśmy staw z niedużą wyspą pośrodku i pojechaliśmy z powrotem. — Ciekawa jestem, dokąd prowadzi ten kanał – powie- 12 13 Strona 8 po lewej stronie pojawiło się lotnisko, z którego wy- Wisłą – powiedziała Lena, patrząc na mapę. – Mam startował mały samolot wyglądający jak zabawka, aż nadzieję, dziadku, że nie wskoczymy teraz do wody, w końcu wjechaliśmy w las. Tak dotarliśmy do asfal- żeby płynąć wpław do Kępy Potockiej. towej drogi. Tu musieliśmy bardzo uważać, bo jeździło Pan Twardowski pokręcił głową, wyjął z kieszeni sło- nią dużo samochodów. Po jej obu stronach stały domy nia, którego znalazłem na strychu, i podał mi go, mówiąc: w ogródkach, czasem minęliśmy jakiś krzyż albo ka- pliczkę, a potem, zupełnie nagle, ulica zamieniła się w leśną ścieżkę. Trochę po piachu, trochę po asfalcie dotarliśmy w końcu nad rzekę. — Czy to Wisła? – spytała ze zdziwieniem Lena. — Na pewno, ciekawe tylko, jak daleko od Warszawy – wydyszała Hania. Po kilkugodzinnej jeździe miała czerwoną twarz i była rozczochrana. – Ledwie żyję! Przejechaliśmy chyba pół miasta, potem jeszcze przez te lasy… — Pewnie nie uwierzysz, ale my nawet na chwilę nie Dziwożony opuściliśmy Bielan – zaśmiał się dziadek Leny. — Jak to?! – krzyknęła Hanka, a ja wyjąłem z plecaka IN Y ciowa mapę. Powoli przesuwałem po niej palcem. MŁOC Wyjś W — Jechaliśmy tędy: aleja armii krajowej, macz- isł is a ka, księżycowa, kampinoska, estrady, rękopis, Rękop A Ó LK OWA LAS wyjściowa, dziwożony. Te ostatnie ulice to już W ĘGL W HUTA BIEL A granice Warszawy – zauważyłem zaskoczony. E- ŃSK I go RZ O kie W ION Ma — To wspólne granice Warszawy i Bielan – poprawił nic C NT rym Estrady na cz WAW leś O No mnie dziadek Leny. RADIOW O d onc YM ajowej RZYS - P o ZEW STARE R ka MA rmii K BIELA r — Czy to znaczy, że właśnie objechaliśmy dookoła Kam CHO MIC NY pino ZÓW SŁO A ska całą dzielnicę? – domyśliłem się. Księ KA WIEDO- Alej a — Niezupełnie, bo został nam jeszcze ostatni fragment. życo aw PI ASK C Ma czk I a 14 15 Strona 9 — Należy ci się nagroda. Właśnie odkryłeś, co było celem naszej wyprawy – granice dzielnicy. A z tym słoniem przeżyłem wiele nieprawdopodobnych chwil. Może tobie też się uda. — Strasznie wielkie te Bielany – zmieniła temat moja siostra, patrząc na mapę. rehistoria Bielan — Co ty? Wcale nie są takie duże. Mają tylko 32 ki- lometry kwadratowe, a największa dzielnica Warszawy ma ich aż 80 – rzuciłem i zauważyłem, że zrobiłem Bardzo polubiłem mojego słonia, nie miałem jednak wrażenie na naszej koleżance. pojęcia, co mógłbym z nim robić. Stał więc spokojnie — Skąd wiesz? – spytała. na półce nad biurkiem. Do pewnego popołudnia. — Gdzieś przeczytałem i pamiętam – powiedziałem Hanka z Leną wpadły do mojego pokoju. Niby miały niedbale. – Wiem też, że mieszka tu ponad 126 tysięcy tylko coś pożyczyć, ale zamiast od razu wyjść, rozsia- osób, czyli więcej niż w Kaliszu albo Płocku! dły się na moim łóżku. — No, Piotrek, widzę, że wreszcie wziąłeś się do na- — Chciałabym wiedzieć, kim był pierwszy człowiek uki – powiedziała moja siostra, ale nie brzmiało to jak na Bielanach – powiedziała moja siostra, a jej przy- pochwała. jaciółka bawiła się słonikiem, nucąc: „Odsłoń Bielany, odsłoń Bielany…”. 16 17 Strona 10 Powietrze w pokoju zafalowało, a po chwili zoriento- wałem się, że stoimy na wilgotnej ziemi w dość ciemnym lesie. Przed nami siedziała grupa kilkunastu dziwnych osób. Wszystkie miały długie, nieuczesane włosy, męż- czyźni byli też nieogoleni. Zwisały z nich strzępy czegoś, co chyba nigdy nie było ubraniem. Przypominało ka- wałki futra. Poza tym nie mieli butów. Obok nich leżały łuki oraz podłużne, lśniące kamienie, które robiły wraże- nie ostrych i kanciastych. Jeden z mężczyzn spostrzegł nas, podniósł kamień i rzucił w naszą stronę. Zdążyłem zauważyć, że na jego szyi wisiała na rzemyku drewnia- na żyrafa! Poczułem zawrót głowy, a po chwili siedzieliśmy w moim pokoju. Początkowo myślałem, że to wszystko mi się przyśniło, ale krótka rozmowa z Hanią i Leną przekonała mnie, że to nie był sen. One widziały to, co ja! — Stało się z nami coś tajemniczego – stwierdziła Hanka. – Musimy się dowiedzieć co. — I kim byli ci dziwni ludzie – dodała Lena. Do wieczora szukaliśmy w różnych źródłach odpo- wiedzi na nasze pytania. W końcu tak to podsumowa- liśmy: 1. Byliśmy w przeszłości (bardzo dalekiej). 2. Przeniósł nas tam drewniany słoń (dowód: zanim wszystko się zaczęło, nagle bardzo się rozgrzał). 3. Hasło „odsłoń Bielany” pomaga się przenieść w przeszłość. 4. Dziwni ludzie to gromada łowców z epoki kamiennej! 18 19 Strona 11 — Żyli 10 tysięcy lat temu! I wędrowali sobie przez Europę, polując na zwierzęta! – krzyczała w podnie- ceniu Hanka. — A różne pamiątki po nich znajdowano w wielu zakąt- kach Bielan! Chciałabym kiedyś trafić na coś takiego, a wy? – spytała Lena. awrzyszew — To powinnaś zostać archeologiem – pouczyła ją moja siostra. — Nieprawda! Zobacz, tu jest napisane, że w 1977 roku Następnego dnia chcieliśmy sprawdzić, czy nasze przy- ozdobną szpilę znalazł uczeń podstawówki! Więc każ- puszczenia były słuszne. Ściskając słonia, powtórzyli- dy z nas też ma szansę. śmy hasło chyba z tysiąc razy, ale nic się nie działo. Nagle Hania roześmiała się: W końcu Lena zaproponowała przejażdżkę na Waw- — Na zawsze zapamiętam, że pierwsze nogi, które cho- rzyszew. Jadąc ulicą Wergiliusza, zagłębialiśmy się dziły po Bielanach, były strasznie brudne! No, ale wte- w wielkie osiedle. dy to nie były jeszcze Bielany – dodała sprawiedliwie. — Zobaczcie, tutaj chodzę na taniec nowoczesny – Lena pokazała ręką pawilon pod adresem Goldoniego 1. – To Bielański Ośrodek Kultury. Jak skończę czternaście lat, zapiszę się do grupy teatralnej. — Byliśmy tu chyba na koncercie z rodzicami... – przypomniało się Hance, ale Lena już myślała o czymś innym. — Słyszałam, że Wawrzyszew to bardzo stara osada. Podobno istniała już w XIV wieku. — Jesteś pewna, że nic nie pokręciłaś? – spytałem z niedowierzaniem, przyglądając się nieufnie blokom, placom zabaw, trawnikom i parkingom. – Nic tu nie wygląda na tak stare. — Oczywiście, że nie, bo te bloki zbudowano, kiedy 20 21 Strona 12 mój dziadek kończył studia. Mówił mi, że wcześniej — Nie martw się, drugi jest trochę dalej. stały tu małe drewniane domki i tylko gdzieniegdzie Obeszliśmy dookoła oba stawy, a potem usiedliśmy widniały domy z cegły. Ale wszystkie, nawet te muro- na ławce. wane, były parterowe, bo Wawrzyszew, choć należał — Bardzo tu miło – odezwała się po chwili Hanka, przy- już do Warszawy, wciąż wyglądał jak wieś. glądając się wodzie, trawnikom i drzewom. – W ogóle — Widzicie to, co ja?! – przerwała jej Hanka, bo właś- nie słychać samochodów. Czy te stawy powstały razem nie dojechaliśmy do drewnianego mostku, który pro- z osiedlem? – zwróciła się do Leny, która nie znała wadził na drugą stronę wąskiego kanału. odpowiedzi na to pytanie. Kawałek dalej kanał wpadał do otoczonego trzcinami Wyręczyła ją jednak pani, stojąca od dłuższej chwili stawu, po którym pływały kaczki. Na przeciwległym przy naszej ławce i robiąca zdjęcia fontanny tryskają- brzegu był drewniany pomost, a obok niego piaszczy- cej wodą pośrodku stawu. ste zejście do wody. — Stawy są dużo starsze. Mają prawie dwieście lat. — To stawy brustmana – poinformowała nas Lena. Ciekawa jestem, czy zgadniecie, co było tu przed nimi. — Jak to stawy? Ja widzę tylko jeden – powiedziałem — Może las albo jakieś łąki? – wysiliłem wyobraźnię. zawiedziony. — Były tu dość podmokłe tereny, na których stała wieś Wawrzyszew. Została jednak spustoszona w czasie po- wstania kościuszkowskiego pod koniec XVIII wieku. Opuszczone miejsce po jakimś czasie zmeliorowano i tak powstały nasze stawy. — Czy to znaczy, że Wawrzyszew przestał wtedy ist- nieć? – zainteresowała się Lena. — Nie, wyobraźcie sobie, że wieś przeniesiono w inne miejsce, niedaleko stąd. Odrodziła się tam, gdzie dziś biegnie Wólczyńska. Wtedy oczywiście nie była taką ruchliwą ulicą, ale zwykłą polną drogą. I wzdłuż tej dro- gi jedno po drugim pojawiały się nowe zabudowania, a w 1830 roku również mały cmentarz. Przetrwał do dziś. Jest tylko dużo większy. To Cmentarz Wawrzyszewski. 22 23 Strona 13 Pani z aparatem odeszła, a my wsiedliśmy na rowery. Wróciliśmy przed frontowe wejście do kościoła. Za- — Spójrzcie, jakie nietypowe miejsce! – powiedziała darliśmy głowy, patrząc na białe ściany, i wtedy Lena Hanka, zatrzymując się na ulicy Czechowa. zawołała: — Rzadko można zobaczyć dwa kościoły tak blisko — Nie sądziłam, że jest aż tak stary! 1542 rok? To siebie – dodałem. chyba niemożliwe! — To prawda, pewnie tylko na Starym Mieście. Tam Słoń w mojej kieszeni zrobił się ciepły, dotknąłem go jest ich mnóstwo – potwierdziła Lena. i wyszeptałem: „Odsłoń Bielany”. Powietrze zafalowało — Ale tam wszystkie są stare – zauważyła trafnie Hania. – – po chwili drzewa oraz mur kościelny zniknęły. Za- A tu mamy duży, nowy kościół pasujący do otocze- miast nich zobaczyliśmy piaszczystą drogę, przy której nia i maleńki, stary, który wygląda, jakby wzniesiono stały malutkie drewniane chatki. Na ich tle kościół wy- go przypadkiem. Jest śliczny. Zajrzyjmy do środka – dawał się bardzo duży, choć na pewno nie był większy poprosiła, przechodząc przez furtkę w jasnym murze. niż przed chwilą. Coś zmieniło się w jego wyglądzie, Obeszliśmy stary kościół św. marii magdaleny, ale nie miałem czasu, żeby się nad tym zastanawiać, bo przyglądając się rosnącym wokół drzewom. Na jed- Hanka złapała mnie za rękę i pociągnęła za róg. Lena nym z nich zauważyłem tabliczkę z informacją, że jednym susem znalazła się koło nas. jest pomnikiem przyrody. — Chyba znów przenieśliśmy się w czasie – powie- działa moja siostra. – Musimy być ostrożni. Z oddali dobiegały dźwięki rozmowy. Początkowo nie rozróżnialiśmy słów, ale gdy mówiący zbliżyli się do nas, rozumieliśmy już każde z nich. — Wspaniały kościół, Baltazarze. Słyszałem, że sporo było zachodu, zanim stanął. — Tak, Mikołaju, staraliśmy się o założenie tu parafii od kilkudziesięciu lat. Chciano tego od wielu pokoleń. Do warszawskiej kolegiaty św. Jana jest stąd naprawdę daleko. — Nie musisz mnie przekonywać. Właśnie stamtąd przyjechałem i zajęło mi to dwie godziny – odpowiedział 24 25 Strona 14 pan Mikołaj. – Cieszę się, że w końcu udało ci się do- prowadzić sprawę do końca – ciągnął, zbliżając się nie- bezpiecznie do naszej kryjówki. — To była długa droga. Na początku postawiliśmy tu drewniany kościół. Dochody z jednej z moich wsi prze- znaczyłem w całości na budowę. Dzięki temu dziś mo- łociny żemy się już modlić w murowanym. Liczę, że będzie tu stał na wieki wieków. — Amen – zakończył pan Mikołaj i już nie zamknął Tydzień później postanowiliśmy z Hanią i Leną, że po- ust, bo właśnie wtedy zauważył nas. jedziemy na Młociny, a pan Twardowski spytał, czy Wpatrywaliśmy się w siebie z przerażeniem. Drżącą może do nas dołączyć. ręką odnalazłem słonia, ale zamarłem na widok tego, We czwórkę jeździliśmy po spokojnych, cichych ulicz- co właśnie podniósł z ziemi pan Baltazar. kach, przy których stały wille. Jedne były nowe i zad- — Zasłoń Bielany! – krzyknęła desperacko Lena. bane, inne bardzo zniszczone i chyba już dawno opusz- — Dlaczego to zrobiłaś? – zapytałem z żalem, gdy do- czone przez swoich mieszkańców. Wszystkie otaczały koła nas pojawiły się z powrotem drzewa i mur. – Bal- ogrody pełne zieleni. tazar właśnie znalazł konia! Drewnianego! Przypomi- — To chyba dosyć stara część Bielan? – zapytałem nał mojego słonika! Muszę tam wrócić! dziadka Leny. Ściskałem słonia z całej siły, powtarzając zaklęcie, ale — Zgadza się. Niektóre z tych domów postawiono mię- nic się nie wydarzyło. dzy pierwszą a drugą wojną światową. Ale wtedy Mło- — Wiecie, że ten Baltazar to nadworny lekarz króla ciny nie należały jeszcze do Bielan ani do Warszawy. Zygmunta Starego? – spytała Hanka, która już zdążyła — A do czego? – chciała od razu wiedzieć moja do- znaleźć tę informację w internecie. – Miał na nazwisko ciekliwa siostra. Smosarski i był właścicielem Wawrzyszewa. — Były po prostu Młocinami. Miejscowością, która — I chyba jasnowidzem – zaśmiała się Lena. – Prze- ma swoje początki tak dawno temu, że trudno ocenić, widział przecież, że kościół przetrwa w tym miejscu kiedy powstała. Na pewno w średniowieczu, jeszcze całe wieki! przed XIV stuleciem. Ale spójrzcie na to – powiedział dziadek Leny, pokazując nam dom, obok którego się 26 27 Strona 15 zatrzymaliśmy. Była to piękna żółta willa, która się wtedy w różnych krajach Europy, także w Polsce, wyglądała troszkę staroświecko – jak dworek. Z nie- choć nie wszystkie plany udało się zrealizować w ca- bieskiej tabliczki na ogrodzeniu dowiedziałem się, łości, tak jak tu. że jesteśmy przy ulicy Dankowickiej 1. — Zauważyliście, że na części tych ulic nie ma asfal- — To właśnie jedna z tych przedwojennych willi. Zbu- tu? – spytała Hania. dowano ich tu wtedy kilkadziesiąt. — Trudno było nie zauważyć, skoro jechało się na ro- — Dużo – oceniłem. werze po tym bruku – odpowiedziała Lena, masując — A miało być znacznie więcej. Wszystko zaplanowa- sobie poobijaną pupę. – Ale muszę przyznać, że dzięki no jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny. Miało tu kocim łbom jest tu jeszcze ładniej. powstać miasto ogród. Kolejny postój zrobiliśmy na skrzyżowaniu ulic Mu- — Dziwna nazwa – zawyrokowała Lena. zealnej i Farysa. — Miasto ogród to piękna koncepcja. Łączyła najlep- — Wyobrażacie sobie, że kiedyś Młociny były tylko sze cechy miasta i wsi, czyli dawała możliwość korzys- małą wioską, otoczoną ogromną puszczą, pełną dzikich tania z miejskich rozrywek i wiejskiego zdrowego po- zwierząt? W wiosce mieszkało zaledwie kilkanaście wietrza. Mówiąc w skrócie: miasto ogród to małe domy rodzin. Okolica musiała być atrakcyjna, skoro w po- oraz duże ogrody i parki. Wiele takich miast pojawiło łowie XVIII wieku minister króla Augusta III, hrabia Henryk Brühl, wybrał ją na swoją letnią rezydencję – opowiadał dziadek Leny. Poczułem, że słoń w mojej kieszeni zrobił się cie- pły, więc dotykając go, szepnąłem: „Odsłoń Bielany”. Sprzed moich oczu zniknęło ogrodzenie, które było tam jeszcze przed chwilą, i znalazłem się na drodze prowadzącej do niewysokiego, jasnego budynku. Obok mnie stały Hania i Lena, ale pan Twardowski zniknął. — Skąd się tu wzięliście? – zapytała ze zdziwieniem ja- kaś dziewczynka, wychodząc zza rosnącego przy drodze drzewa. Miała na sobie jakąś staroświecką sukienkę. – Nie widziałam, żebyście się zbliżali. 28 29 Strona 16 — A ty co tu robisz? – odpowiedziała pytaniem Hania. bardzo pięknie wystrojeni goście, a jednym z nich jest — Mieszkam tu. Moja mama jest kucharką w pałacu. sam król! – opowiadała Jadzia. – Słyszałam też, jak — A czyj to pałac? – chciała wiedzieć Lena. pewien pan nazwał nasz pałac Wilanowem Północy — Sądzę, że to pałac hrabiego brühla – domy- i zachwycał się tym, jak pięknie jest urządzony. śliłem się. Minęliśmy pałac i weszliśmy do ogrodów. Kwitło w nich — Zgadza się – potwierdziła dziewczynka. – Jeśli mnóstwo kwiatów, ale mnie najbardziej spodobał się chcecie, mogę was oprowadzić po ogrodzie. Dziś nie zwierzyniec. Podobno hrabia trzymał w nim żubry, dzi- będzie żadnego balu, więc nikogo tu nie ma i nikt na ki i jelenie, jednak nam udało się zobaczyć tylko daniele nas nie nakrzyczy. Ale do pałacu nie wolno wam wcho- i bażanty. dzić. – Pogroziła nam palcem. — Tam dalej jest nasz teatr leśny – oznajmiła Jadzia Idąc w stronę pałacu, który był parterowym, dość roz- takim tonem, jakby ona sama była hrabiną i właściciel- ległym budynkiem, dowiedzieliśmy się, że nasza prze- ką tego wszystkiego. – Hrabia zaprasza na przedsta- wodniczka ma na imię Jadzia i mieszka tu od urodzenia. wienia tylko wybranych gości. — Nasz pałac jest naprawdę wspaniały. Hrabia często — Spójrzcie, jak pięknie wygląda stąd Wisła – zachwy- urządza tu bale i różne zabawy, na które przyjeżdżają ciła się Lena. – W ogóle wszystko tu jest ładne. — Skoro się wam podobało, to może dostanę coś w na- grodę. Niedawno były tu inne dzieci, którym też poka- załam ogrody, i dały mi to. – Otworzyła dłoń, na której zobaczyliśmy drewnianego konia. – Widziałam, że ty masz podobne zwierzątko. — Nie oddam ci go! – krzyknąłem, a potem dotknąłem słonika i już staliśmy bezpiecznie obok dziadka Leny, który nawet nie zauważył naszego zniknięcia! Powiedział tylko: — A teraz czas na piknik w Parku Młocińskim! W parę chwil dotarliśmy do polany, na której stało kilka wiat. Usiedliśmy pod jedną, a dziadek Leny roz- łożył na stole nasz prowiant. Potem pobiegliśmy na plac 30 31 Strona 17 zabaw. Był zupełnie inny niż te w mieście. Wszystko żyje tu sporo mniejszych zwierząt, jak zające, lisy, wie- zbudowano z drewna, a zamiast miękkiego sztucznego wiórki czy kuny, a także różne płazy oraz gady, jak podłoża mieliśmy pod nogami piasek. Lena wyjaśniła choćby żaby, ropuchy czy padalce… nam, że na pomysł takiego placu wpadli mieszkańcy — A zauważyliście, ile tu jest budek dla ptaków? – dzielnicy. Chcieli, żeby był ekologiczny. przerwała mu Lena. — Moi rodzice głosowali na niego w budżecie party- — To skrzynki lęgowe. Zawieszono je na drzewach, cypacyjnym – pochwaliła się. żeby ptaki miały gdzie mieszkać – wyjaśnił jej dziadek. — Bardzo fajne miejsce – powiedziała Hania, gdy — Nie wystarczą im dziuple? – zdziwiłem się. wsiadaliśmy z powrotem na rowery. – Musimy tu jesz- — Jest ich za mało, a las potrzebuje wielu ptaków. cze przyjechać. — Las ich potrzebuje? — To może umówimy się kiedyś na ognisko? – zapro- — Tak, żeby polowały na owady. Niektóre gatunki owa- ponowała Lena. – Wiecie, że tu zawsze jest przygoto- dów są szkodliwe dla leśnej roślinności. Dzięki ptakom wane drewno, z którego każdy może skorzystać? ich liczba nie wzrośnie zanadto i nie zagrożą drzewom. A potem pojechaliśmy szeroką drogą przez las pełen Chwilę później zjechaliśmy na dróżkę wyłożoną kos- wysokich drzew, których pnie porastały huby. tką i dotarliśmy nią nad Wisłę. Stała tam metalowa — Dziadku, to mi nie wygląda na leśną ścieżkę, bar- tablica z liczbą „525”, były schodki, prowadzące aż do dziej przypomina aleję w jakimś parku. samej wody, a z boku nieduża piaszczysta plaża. — Słuszna uwaga. Ten las to park leśny, czyli miejsce, — Ciekaw jestem, co oznacza ta liczba – odezwałem w którym możemy spędzać czas jak w parku, ale jed- się pierwszy, mając nadzieję, że dziewczyny też tego nocześnie żyją tu dzikie zwierzęta i ptaki oraz rosną nie wiedzą. Nie przeliczyłem się. drzewa typowe dla lasów. — To oznaczenie kilometra Wisły – wyjaśnił dziadek — Jakie zwierzęta można tu spotkać? – spytałem, Leny. czując i ciekawość, i trochę niepokoju. — Czyli, że gdzieś tam – machnąłem ręką w prawo – — Pewnie wiecie, że całkiem blisko stąd jest Pusz- 525 kilometrów stąd, jest jej początek? – upewniłem się. cza Kampinoska, w której żyją dziki, sarny oraz łosie. — Tak, i wyobraźcie sobie, że przy okazji jesteśmy Potrafią zawędrować i tutaj. Zimą dokarmiają je leś- mniej więcej w połowie jej długości – dodał pan Twar- nicy opiekujący się tym terenem, a latem, gdy robi się dowski, więc szybko policzyłem w pamięci, jaką długość gorąco, dostają wodę w specjalnych poidłach. Poza tym ma cała Wisła. – I właśnie tu była przystań, do której 32 33 Strona 18 przybijały parostatki z wycieczkami z Warszawy. Już w XIX wieku warszawiacy lubili spędzać na Młoci- nach wolny czas. — No pewnie, wszyscy zawsze chcieli korzystać z na- szego parku leśnego – oburzyła się Lena. — I wszyscy mieli do tego prawo. Bo w 1907 roku as Bielański władze Warszawy kupiły ten kawałek lasu właśnie z myślą o mieszkańcach stolicy. I kilka lat później – jeszcze przed pierwszą wojną światową – powstał — Czy ja dobrze pamiętam, że ten stary kościół, od Park Młociński. którego zaczęła się historia Bielan, stoi do dziś? – za- pytała w jakiś sobotni poranek Hania, wchodząc do mojego pokoju. — Bardzo dobrze pamiętasz. A dlaczego pytasz? — Bo może czas się do niego wybrać. Nie ciekawi cię, jak wygląda? Poza tym jest w lesie, więc miło będzie spędzić tam upalny dzień – namawiała mnie siostra, zerkając za okno. — Dobra, możemy jechać. Tylko zadzwonię po Mi- chała – dodałem, bo w końcu ja też zaprzyjaźniłem się z kolegą z klasy. — To ja powiem Lenie – zawołała moja uszczęśliwio- na siostra. Godzinę później staliśmy przed kościołem niepo- kalanego poczęcia najświętszej marii panny, św. józefa i św. ambrożego, podziwiając jego zdo- biony front. 34 35 Strona 19 — Teraz ludzie nie starają się już tak jak kiedyś, Szliśmy środkiem kościoła, rozglądając się dookoła żeby budynki były ładne – pożaliła się Hania. – Po- i co chwilę któreś z nas wołało szeptem resztę, żeby patrzcie na te posągi we wnękach, rzeźbione drzwi i na coś pokazać. dekoracje na szczytach kolumn. — Jakie piękne girlandy nad oknami! — Masz na myśli kapitele? – To pytanie mógł zadać — Słodkie są te amorki! tylko Michał – miłośnik historii. — Popatrzcie na sufit! — Wejdźmy do środka – zaproponowała Lena. – Może Mnie najbardziej spodobały się dwa duże anioły za będzie otwarte. ołtarzem głównym. Wnętrze kościoła okazało się bardzo jasne – ściany Nagle z zakrystii wyszedł ksiądz. Michał uśmiechnął były białe, a przez wysoko umieszczone okna wpadał się na jego widok. blask słońca. — To ksiądz Wojtek Drozdowicz, proboszcz parafii — Ten kościół ma ponad 250 lat, chociaż poszczególne w Lesie Bielańskim. Zna mnie od urodzenia. Chodźcie, elementy wnętrza pochodzą z różnych czasów – ogłosiła przedstawię was. Lena po przeczytaniu informacji, które wisiały przy Ksiądz zaprosił nas do zakrystii, zachęcając do obej- wejściu. rzenia trzech dużych malowideł na suficie. Środkowe było największe i przedstawiało króla Salomona skła- dającego ofiarę. — To cenne siedemnastowieczne freski – wyjaśnił. Obejrzeliśmy jeszcze ogromne gdańskie szafy, rozło- żysty kredens i biały piec kaflowy, a potem wyszliśmy na zewnątrz. — To było jak wycieczka do muzeum – stwierdziła Hanka, która wyglądała na bardzo zadowoloną. — Coś w tym jest – przyznał jej rację Michał. – W całej dzielnicy nie ma drugiego miejsca z tyloma zabytkami. Krążąc wokół kościoła, trafiliśmy na grób Stanisława Staszica. Nazwisko wydało mi się znane, ale nie wie- działem skąd. 36 37 Strona 20 — To ksiądz, który żył na przełomie XVIII i XIX wie- — Co się dzieje? – krzyknął przerażony Michał, któ- ku. Zrobił bardzo dużo dla Polski. Był też naukowcem. remu nie zdążyłem jeszcze powierzyć naszej tajemnicy. Dzięki niemu powstało kilka ważnych szkół, między in- Uspokajaliśmy go naprawdę długo. W tym czasie nymi Uniwersytet Warszawski – oświeciła mnie siostra. po drugiej stronie zarośli, w których się skryliśmy, — A dlaczego został pochowany właśnie tutaj, a nie na gromadziły się coraz większe tłumy ludzi ubranych jakimś cmentarzu? – chciała wiedzieć Lena. w stroje, jakie można zobaczyć na filmach o dawnych — I dlaczego taki ważny człowiek ma tak zwyczajny czasach. grób? – uzupełniłem. — Ale piękna suknia! Chciałabym mieć taką – szepnęła — Bo poprosił o to w swoim testamencie. Chciał być z podziwem Hania na widok wystrojonej damy wysiadają- pochowany właśnie tu, ponieważ kochał to miejsce – cej z karety, którą ciągnęło sześć koni. odezwała się pani, która podeszła do grobu. – Chciał — A mnie wystarczy sama kareta – uśmiechnął się mieć też skromny grób i nakazał, żeby w dniu pogrze- w końcu Michał. bu rozdać ubogim część jego majątku. — Kim jesteście? – spytał nagle chłopiec, którego nadej- Chwilę później zauważyliśmy w pobliżu kościoła ścia nawet nie zauważyliśmy. – I dlaczego nie jesteście małe domki otoczone murem. ubrani? – dodał, patrząc z przerażeniem na nasze nogi — To eremy, czyli pustelnie kamedułów. Każdy zakon- w szortach. nik miał swój domek, w którym żył samotnie – ode- Przez chwilę wyglądało na to, że chce krzyknąć, ale zwał się Michał. tylko zadał pytanie: — Ach, więc to tutaj zamieszkał pan Wołodyjowski po — Czy może jesteście znajomymi Franciszka Twardow- śmierci swojej Anusi! – krzyknęła Hanka, która zimą skiego? w czasie choroby przeczytała całą „Trylogię” Sienkie- — Tak – odpowiedziała Lena bez namysłu – to mój wicza i zamęczała mnie opowieściami o przygodach jej dziadek. bohaterów. – Tak się cieszę, że widzę to miejsce! — Niemożliwe. Poznałem go ostatnio i zapewniam cię, Potem poszliśmy na taras widokowy. Ledwo stanę- że nie ma więcej lat niż ty, więc chyba myślimy o innej liśmy przy barierkach, żeby spojrzeć na Wisłę, słoń osobie. w mojej kieszeni rozgrzał się. Szepnąłem: „Odsłoń Bie- — Pewnie tak – zgodziła się Lena. – Powiesz nam, co tu lany” i Wisłostrada zniknęła z naszych oczu, a rzeka się dzieje? znalazła się bliżej skarpy. — Nie wiecie?! Przecież to Zielone Świątki. Mamy odpust. 38 39

O nas

PDF-X.PL to narzędzie, które pozwala Ci na darmowy upload plików PDF bez limitów i bez rejestracji a także na podgląd online kilku pierwszych stron niektórych książek przed zakupem, wyszukiwanie, czytanie online i pobieranie dokumentów w formacie pdf dodanych przez użytkowników. Jeśli jesteś autorem lub wydawcą książki, możesz pod jej opisem pobranym z empiku dodać podgląd paru pierwszych kartek swojego dzieła, aby zachęcić czytelników do zakupu. Powyższe działania dotyczą stron tzw. promocyjnych, pozostałe strony w tej domenie to dokumenty w formacie PDF dodane przez odwiedzających. Znajdziesz tu różne dokumenty, zapiski, opracowania, powieści, lektury, podręczniki, notesy, treny, baśnie, bajki, rękopisy i wiele więcej. Część z nich jest dostępna do pobrania bez opłat. Poematy, wiersze, rozwiązania zadań, fraszki, treny, eseje i instrukcje. Sprawdź opisy, detale książek, recenzje oraz okładkę. Dowiedz się więcej na oficjalnej stronie sklepu, do której zaprowadzi Cię link pod przyciskiem "empik". Czytaj opracowania, streszczenia, słowniki, encyklopedie i inne książki do nauki za free. Podziel się swoimi plikami w formacie "pdf", odkryj olbrzymią bazę ebooków w formacie pdf, uzupełnij ją swoimi wrzutkami i dołącz do grona czytelników książek elektronicznych. Zachęcamy do skorzystania z wyszukiwarki i przetestowania wszystkich funkcji serwisu. Na www.pdf-x.pl znajdziesz ukryte dokumenty, sprawdzisz opisy ebooków, galerie, recenzje użytkowników oraz podgląd wstępu niektórych książek w celu promocji. Oceniaj ebooki, pisz komentarze, głosuj na ulubione tytuły i wrzucaj pliki doc/pdf na hosting. Zapraszamy!