Corso Lucas - Ronin
Szczegóły |
Tytuł |
Corso Lucas - Ronin |
Rozszerzenie: |
PDF |
Jesteś autorem/wydawcą tego dokumentu/książki i zauważyłeś że ktoś wgrał ją bez Twojej zgody? Nie życzysz sobie, aby podgląd był dostępny w naszym serwisie? Napisz na adres
[email protected] a my odpowiemy na skargę i usuniemy zabroniony dokument w ciągu 24 godzin.
Corso Lucas - Ronin PDF - Pobierz:
Pobierz PDF
Zobacz podgląd pliku o nazwie Corso Lucas - Ronin PDF poniżej lub pobierz go na swoje urządzenie za darmo bez rejestracji. Możesz również pozostać na naszej stronie i czytać dokument online bez limitów.
Corso Lucas - Ronin - podejrzyj 20 pierwszych stron:
Lucas Corso
Ronin
Sygnalizator świetlny zamrugał i błysnął czerwienią.
Kierowca grafitowego lincolna zdjął nogę z gazu i pozwolił, by limuzyna
wytraciła prędkość. Zatrzymał się tuż przed wymalowaną na jezdni białą linią
stopu, choć jadący przed nim granatowy ford zdążył jeszcze przejechać przez
skrzyżowanie.
Ford zmienił pas i wyraźnie zwolnił, niemal zatrzymując się w linii samochodów
zaparkowanych przed oświetlonym reklamami centrum handlowym. Siedzący obok
kierowcy Washuioki poprawił krawat i spojrzał w boczne lusterko na stojącego na
światłach lincolna. Tuż obok, na chodniku, kobieta z aparatem fotograficznym na
szyi i planem miasta przed oczyma, zatrzymała się przed wejściem do sklepu.
Uczepiony nogawki jej szortów chłopiec pomachał dłonią i uśmiechnął się.
Washuioki odwzajemnił uśmiech, wyjął ze schowka paczkę gum i wyciągnął ją przez
uchylone okno. Chłopiec zaczerwienił się, ale sięgnął dłonią w kierunku dłoni
mężczyzny.
Biała furgonetka pojawiła się na skrzyżowaniu nagle, z piskiem opon wyjechała
zza zakrętu, cudem unikając zderzenia z pędzącym autobusem przecięła dwa pasy
ruchu i uderzyła bokiem w limuzynę. Impet uderzenia obrócił lincolna, który
tylnym zderzakiem ściął hydrant i otarł się o maskę stojącego za nim samochodu.
Przeciągły odgłos klaksonów zagłuszył szczęk giętej blachy i tłuczonego szkła.
Washuioki zacisnął zęby i sięgnął pod marynarkę, gdy samochodem targnął silny
wstrząs. Uderzył czołem o deskę rozdzielczą, krew przysłoniła mu oczy. Gdzieś z
lewej strony rozległ się basowy jazgot broni maszynowej. Kule przeszyły
karoserię na wylot, rozerwały tapicerkę, przeszły ze świstem przez siedzenie
kierowcy. Stojąca przed sklepem kobieta z piskiem rzuciła się na ziemię.
Przeszklona witryna eksplodowała na tysiąc części, a stojące w niej manekiny
zatańczyły w rytmie tnących pocisków. Washuioki zdołał otworzyć drzwi łokciem,
mrużąc oczy przed kryształowym deszczem szkła przetoczył się po chodniku.
Zrzucił marynarkę i sięgnął po broń. Kierowca już nie żył, leżał z przestrzeloną
głową na kierownicy. Nie widział, co stało się z ochroniarzami zajmującymi
tylnie siedzenie. Wyskoczył na maskę i mocno odbił się od dachu samochodu,
przelatując na głową zdezorientowanego napastnika, mężczyzny w ciemnych
okularach z pistoletem maszynowym w dłoniach. W locie, delikatnym, oszczędnym
cięciem uderzył go przez skronie. Lustrzane okulary upadły na asfalt rozcięte na
pół.
Upadł miękko, uklęknął i przetoczył się pod czarną toyotą, której przód wbity
był w bok forda. Znalazł się tuż za plecami drugiego napastnika. Ten odwrócił
się gwałtownie, kierując broń w stronę samuraja, ale Washuioki uskoczył z linii
strzału. Prawą ręką zbił lufę automatu a lewą sięgnął po wakizashi, krótszy
miecz o szerszym ostrzu i jednym, szybkim ruchem rozciął przeciwnikowi gardło od
ucha do ucha.
Rzucił się biegiem przez skrzyżowanie w stronę limuzyny. Spokojne do tej chwili
ulice nagle ożyły, ludzie z panicznym krzykiem starali się ukryć w okolicznych
sklepach czy pod zaparkowanymi samochodami. Część kierowców wybiegła z
unieruchomionych pojazdów i przyłączyła się do biegnącego chodnikiem tłumu.
Washuioki wściekle uderzał stopami o asfalt, aż czuł w nich bolesne pieczenie.
Gdzieś w oddali słychać było wrzask policyjnych syren. Jeden ze stojących na
kompletnie zakorkowanej ulicy samochodów ruszył gwałtownie przed siebie, w
szaleńczym slalomie trąc o inne pojazdy. Washuioki rzucił się przez maskę,
dostrzegając jeszcze kątem oka przerażoną twarz kierowcy. Syknął z bólu i
chwycił się za stłuczony bark. Katana upadła kilka kroków dalej. Nie miał czasu
po nią sięgać. Przełożył krótszy miecz do prawej dłoni i biegł dalej. Od strony
unieruchomionej limuzyny ruszył w jego stronę wysoki mężczyzna w jasnym
garniturze. Biegł lekko, starannie odmierzając kroki. W ostatniej chwili, tuż
przed Washuiokim, zerwał z siebie marynarkę i rzucił ją w stronę samuraja,
skręcając jednocześnie ciało i zachodząc go z lewej strony. Uwolniony z pochwy
miecz zatoczył szerokie koło, ostra jak brzytwa klinga przecięła powietrze.
Washuioki nie dał się zaskoczyć, nie próbował chwytać dłonią ograniczającej
widok marynarki, lecz okręcił się wokoło i zbił cięcie kierując się słuchem.
Przeciwnik natarł ponownie, serią błyskawicznych, krótkich, oszczędnych cięć.
Uderzał szybko, zza obu ramion, starając się zmieniać tępo i strefę, na którą
uderzał. Washuioki odparł natarcie i spróbował wyprowadzić kontrę, lecz jego
miecz był zbyt krótki, smukła klinga przeciwnika nie pozwalała mu się zbliżyć,
atakując niespodziewanie jak rozszalała kobra. Połyskujące brzeszczoty zderzały
się z metalicznym szczękiem, wirowały w powietrzu, opadały i wznosiły na
przemian. Washuioki rzucił się do przodu w odważnym wypadzie, przez ułamek
sekundy trwał nieruchomo z ramieniem wyciągniętym przed siebie, widział, jak
śmiercionośna klinga przeciwnika tnąc powietrze zbliża się do jego barku.
Odrzucił głowę w tył, przepuszczając cięcie bez bloku, obrócił ciało w ciasnym
skręcie, przyklęknął i uderzył w kolano mężczyzny. Ten zgiął się w bolesnym
grymasie, lecz nie wypuścił broni. Washuioki wyprostował się za jego plecami i
szerokim, mocnym cięciem powalił na ziemię.
Nagle, tuż przed jego oczyma biała furgonetka ruszyła do przodu, torując sobie
drogę w zakorkowanej ulicy i wyjeżdżając na chodnik. Naderwany zderzak samochodu
ciągnął się po asfalcie, wzbijając tumany iskier. Washuioki podbiegł do
limuzyny. Jej drzwi były otwarte. Na tylnym siedzeniu leżał Masuhiro Dalehata,
prezes korporacji Dalehata Soft. W jego klatce piersiowej, wbity niemal po
rękojeść, tkwił długi, smukły sztylet. Oczy, nieruchomo szkliste, wpatrywały się
w samuraja niewidzącym wzrokiem.
Washuioki padł na kolana, chowając twarz w dłoniach. Nie słyszał burzy syren ani
coraz głośniejszych nawoływań policjantów. Właśnie stracił swego pana. Stracił
miecz. Stracił wszystko.
Motel stał tuż przy zjeździe z autostrady. Biały, piętrowy budynek z zielonym
neonem zawieszonym ponad bramą otoczony był szerokim, asfaltowym placem, z
wymalowanymi miejscami parkingowymi. Ponad hotelem, nad linią drzew i słupów,
wznosił się daleki zarys świętej góry Fuji, opasanej cieniutkimi wstęgami linii
kolejowych.
Samahiko zaparkował swój samochód na skraju placu. Wszedł obrotowymi drzwiami do
recepcji i stanął przed kontuarem.
- Umówiłem się tu ze swym przyjacielem - powiedział. - Myślę, że już na mnie
czeka. Nazywa się Hideochi Washuioki. Chciałbym wiedzieć, w którym pokoju się
zatrzymał.
- Przykro mi - recepcjonistka obrzuciła go nieufnym spojrzeniem, na moment
zatrzymując wzrok na krawacie od Armaniego i nienagannie skrojonej, jedwabnej
marynarce.
- Nikt o tym nazwisku u nas nie mieszka.
Samahiko uśmiechnął się i wyciągnął wizytówkę, chowając pod białym kartonikiem z
czerpanego papieru zwinięty banknot.
- Pokój numer 23 - ton głosu recepcjonistki stał się bardziej uprzejmy i miły,
jakby rozpoznała w nim dawno nie widzianego przyjaciela. - Pan Washuioki jest u
nas od trzech dni. Nie chciał, by ktokolwiek mu przeszkadzał, za wyjątkiem pana,
oczywiście.
Podziękował i wyszedł na piętro, urządzone w prostym, funkcjonalnym stylu.
Otworzył drzwi pokoju i wszedł do ciemnego, dawno nie wietrzonego wnętrza.
Zasłony i rolety były szczelnie zasunięte, tylko przez podłużne szpary na
krawędziach okien do środka przeciskały się długie, wąskie strumienie światła.
Wszystkie meble ustawiono równo przy ścianach, nawet łóżko oparte było pionowo
na wprost wejścia.
Washuioki siedział pośrodku pokoju, ze stopami ułożonymi pod pośladkami i dłońmi
na kolanach. Był zupełnie nagi, jeśli nie liczyć śnieżnobiałej opaski
przytrzymującej włosy ponad wysokim czołem. Wychudzona, pokryta ciemnoczerwonymi
tatuażami pierś unosiła się spokojnym rytmem zwolnionego oddechu, napinając
skórę na nienaturalnie wystających żebrach. Tuż obok, na wyciągnięcie dłoni,
leżały dwa miecze skryte w czarnych pochwach. Musiał słyszeć szmer otwieranego
zamka, ale nie otworzył oczu.
Samahiko zdjął buty i marynarkę, poluźnił krawat. Usiadł tuż przed Washuiokim,
przybierając lustrzaną pozycję. Zamknął oczy. Czekał.
- Dziękuję przyjacielu. Cieszę się, że znów mogę cię zobaczyć -po długiej chwili
Washuioki przerwał milczenie. Mówił powoli, z wysiłkiem. Kilkudniowy post i
medytacje osłabiły jego ciało. - To dla mnie zaszczyt, że będziesz towarzyszył
mi w tej chwili.
Samahiko ukłonił się.
- Twoja prośba jest dla mnie wyróżnieniem. Przybyłem tak szybko, jak było to
możliwe.
Sięgnął za pasek i wyjął dwa kolorowe, zwinięte wachlarze. Wolnym ruchem
przechylił się do przodu, kładąc je na podłodze. Dokładnie w miejscu oświetlanym
przez wkradające się do pokoju promienie słońca. Zauważył, jak spod
wpółprzymkniętych powiek Washuioki obserwuje ten gest, wiedział jak bardzo jest
zaskoczony, ale wyraz skupionej, nienaturalnie nieruchomej twarzy koloru
zastygłego wosku nie zmienił się ani trochę.
Dwa wachlarze, papierowe półksiężyce ozdobione wizerunkami tańczących wśród
chmur, zielonych smoków.
Samuraj ze świstem wypuścił powietrze przez nos.
- Co to ma znaczyć - zapytał cicho. - Obrażasz mnie, Samahiko. - Znamy się od
lat, przyjacielu. Nie przybyłem cię obrażać. Przyniosłem ci nadzieję, Washuioki.
- Dla mnie nie ma już nadziei. Jestem samurajem i znam swoje obowiązki. Nie
potrafiłem ochronić mego pana, utraciłem miecz, utraciłem honor. Nie ma dla mnie
nadziei.
- Jesteś samurajem, jak twój ojciec i ojciec twego ojca, jak wszyscy twoi
przodkowie. Straciłeś miecz, widziałeś śmierć swego pana. Wiem, że jesteś gotów
wypełnić swój obowiązek zgodnie z nakazami Bushido. Ale wiem też, że samuraj
wybiera ostatnią drogę, gdy nie ma już żadnej innej, pozwalającej mu odzyskać
honor. Znasz prawo, Washuioki, wiesz, że mówię prawdę. Seppuku jest honorem, a
nie ucieczką.
- Utraciłem miecz. Utraciłem pana. Nie ma dla mnie żadnej innej drogi.
- Splamiłeś swój honor - przytaknął Samahiko. - Splamiłeś swe nazwisko. Ale masz
szansę naprawić swe błędy i odzyskać dobre imię. Pan Gatsu postanowił dać ci
szansę i podarować wachlarze. Chce przyjąć cię do swego domu.
Washuioki pochylił głowę i zacisnął powieki aż poczuł pod nimi piekący ból.
Gatsu był jednym z najpotężniejszych panów w Japonii, służyły mu dziesiątki
samurajów. Sprawował godność ministra, zasiadał w rządzie. Od lat cieszył się
opinią cesarskiego ulubieńca, był jego towarzyszem w czasie ostatniej podróży do
Europy. Ród Gatsu sięgał swymi początkami starożytnych czasów szoguna Nashaheke.
Nigdy jeszcze nie zdarzyło się, by tak wielki pan proponował służbę splamionemu
hańbą roninowi. - Popełniłeś błąd - ciągnął Samahiko. - Ale twój miecz wiele lat
wiernie służył panu Dalehata. Zdobyłeś sławę wielkiego wojownika, nigdy nie
okazałeś strachu czy słabości. Zawsze kroczyłeś drogą honoru. Nawet twoi
wrogowie wypowiadają się o tobie z szacunkiem. Jeżeli uważasz, że jedynym
wyjściem jest śmierć, pomogę ci umrzeć. Jeżeli jednak jesteś gotów zmyć hańbę
drogą miecza, przyjmij proszę te wachlarze.
-Nie widzę twojego miecza, przyjacielu - Washuioki uśmiechnął się smutno. - Nie
przybyłeś tu, by mi towarzyszyć w ostatniej drodze. Skąd mogłeś mieć pewność, że
przyjmę propozycję?
- Jesteś potomkiem wielkiego rodu. Kaganki płonące w świątyni ku czci twych
przodków palą się jasnym ogniem. Zawsze postępujesz zgodnie z Bushido, wiernie
krocząc drogą miecza. Przyjęcie wachlarzy jest twym obowiązkiem. Washuioki nie
bał się śmierci. Jako samuraj wiedział, że pewnego dnia zginie od miecza, choć
miał nadzieję że polegnie w obronie swego seniora. Od dziecka przygotowywano go
jednak i na taką ewentualność, że dla zachowania honoru będzie musiał sam
odebrać sobie życie. Wiedział, że jest do tego zdolny. Tak naprawdę, nie żył już
od trzech dni. Napisał pożegnalny list - poemat do matki, oprócz niej nie miał
nikogo. Nie miał żadnych zobowiązań oprócz tych, które wynikały z przynależności
do kasty samurajów. Wydał odpowiednie dyspozycje swym adwokatom i maklerowi.
Zapalił świeczkę ku czci swych przodków, prosząc ich w modlitwie o odwagę i siłę
potrzebną do odebrania sobie życia. Przez trzy dni postu i medytacji zdołał
przygotować się na śmierć. Wydawało mu się, że osiągnął już stan, w którym nie
odczuwał już radości życia i żalu za czymkolwiek. Nie pragnął już niczego,
pozbył się ambicji, planów, celów. Był gotów odejść. Pogodził się z samym sobą i
losem, który go czekał. Zdawał sobie sprawę, że seppuku było jedynym, naprawdę
godnym rozwiązaniem. Dwa papierowe wachlarze z siłą rzuconych kamieni
roztrzaskały chłodny spokój jego duszy. Pochylił głowę, a jego zapadłe policzki
przecięły spływające łzy.
Sięgnął po wachlarze.
Wciśnięty w kąt kanapy starzec wykrzywił pożółkłą twarz i wycelował pilota w
telewizor zawieszony tuż pod sufitem świetlicy domu spokojnej starości. Drugi,
znacznie niższy, nie dawał za wygraną, próbując powstrzymać go przed
przełączaniem kolejnych kanałów. Ustawiona przy kanapie kobieta na wózku
niezadowolona z nadawanych programów zaczęła bić stalową laską o kant stolika,
aż dyżurująca pielęgniarka wywiozła ją z sali.
- Opłakałam już cię, synu - powiedziała matka, nie odrywając wzroku od
plastikowego blatu niskiego stolika w pastelowym odcieniu błękitu. Starała się
zapanować nad chorobliwym drżeniem dłoni, splatając je przed sobą. - Już cię
opłakałam, jak matka opłakuje samuraja. - Pan Gatsu okazał mi wielką łaskę -
odpowiedział Washuioki spokojnym głosem, choć słowa z trudem przeciskały mu się
przez gardło. - To wielki pan. Jedna czwarta świata jeździ samochodami
wyprodukowanymi w jego koncernie, kontroluje większość azjatyckiego rynku
elektronicznego. Nawet wasz telewizor pochodzi z jednej z jego fabryk. Służba
dla niego to wielki zaszczyt.
- Ma wielu samurajów gotowych oddać za niego życie - staruszka wciąż unikała
spojrzenia syna. - Dlaczego więc przywołał cię z krainy cieni? Washuioki nie
odpowiedział. - Czy przybrałeś już jego barwy - pytała dalej bezbarwnym, starczo
niewyraźnym głosem. - Czy wachlarze odebrałeś z jego rąk? Złożyłeś mu przysięgę
wierności?
Spuścił głowę i zacisnął dłonie na kolanach, aż zbielały mu końcówki palców.
- Zanim dostąpię tego zaszczytu, muszę wykazać się siłą i sprytem. Muszę
udowodnić, że jestem godzien służyć cesarskiemu ministrowi. Mam do wykonania
zadanie. Jeżeli mi się powiedzie, pan Gatsu oficjalnie przyjmie mnie do swego
domu. Staruszka pokiwała ze zrozumieniem głową.
- Co to za zadanie?
- Mam zabić dla mego pana pewnego człowieka. Wroga. To Edo, prezes Edo
Electronics. Edo również jest cesarskim ministrem, zasiada w rządzie, ma
samurajów, którzy nie odstępują go na krok. W dzień i w nocy chodzą za nim jak
cienie, gotowi poświęcić życie za swego pana. To trudne zadanie, lecz gdy mi się
powiedzie, dostąpię wielkiego zaszczytu. Zostanę samurajem rodu Gatsu. Takiej
roli nie pełnił żaden z mych przodków.
- Żaden z przodków - przysłaniająca oczy matki mgła starości zgęstniała jeszcze
bardziej. - Nawet nie wiesz, jak bardzo przypominasz mego ojca, a swego dziadka.
Pamiętam go tak dobrze. Przed Rewolucją pracował na kolei jako dyspozytor ruchu,
wychodził z domu wczesnym rankiem, a wracał przed wieczorem. Jadł obiad, oglądał
telewizję, czytał gazetę. Był przeciętnym, skromnym człowiekiem, ciężko
pracował, aby zapewnić rodzinie utrzymanie. Nigdy nie trzymał w ręku broni.
Nigdy nikogo nie uderzył. Nie wiedział, że w jego żyłach płynie krew rodu
wojowników, że jego przodkowie, przed tysiącem lat, walczyli w obronie cesarza.
Pracownicy Cesarskiej Komisji Nobilitacyjnej zupełni niespodziewanie odkryli
chwalebną przeszłość jego rodu. Kurier, który dostarczył akt nadania godności
samuraja, zastał mego ojca w fotelu, przed telewizorem, w kapciach i poplamionej
koszuli. Zaraz potem zamknął się na długie godziny w swym pokoju, a kiedy z
niego wyszedł, nie był już przygarbionym urzędnikiem w okularach, lecz
najprawdziwszym samurajem. Udowodnił to już niespełna trzy miesiące później,
kiedy to przyszło mu stoczyć walkę w obronie honoru swego daimyo. Walczył
przeciw młodszemu, bieglejszemu w szermierce wojownikowi, lecz nie okazał
strachu ani wahania. Zginął jak mężczyzna, z mieczem w dłoni i rodowym
zawołaniem na ustach. Do dziś każdy, kto wspomina mego ojca, jego imię wypowiada
z najgłębszym szacunkiem.
Washuioki milczał, wpatrując się w jej twarz, której rysy złagodniały w
przypływie wspomnień.
- Czy jesteś pewny, synu?
- Pewny? - zdziwił się. - Pewny czego?
- Pewny tego, że wybrałeś dobrze? Podniósł się i zasunął za sobą krzesło.
Położył dłonie na kruchych ramionach matki i pocałował ją w czoło. Siedząca pod
ścianą pielęgniarka zrozumiała, że to koniec wizyty i podniosła się z krzesła,
chcąc odprowadzić staruszkę do jej pokoju.
Matka uniosła twarz i uśmiechnęła się smutno.
- Walcz dzielnie - powiedziała posłusznie dając się chwycić pod ramię. - I wróć
martwy.
Długie wąskie łodzie, obciążone kwiatami, owocami i świeżymi morskimi rybami,
kołysały się spokojnie na łagodnych falach brudnej, żółtej rzeki. Wiejący od
strony morza słony wiatr szarpał słomianymi pokryciami czółen i sampanów, niosąc
ze sobą zapach otwartych przestrzeni. Tuż nad głowami pracujących rybaków
kołowały popiskujące ptaki, które co raz gwałtownie zniżały lot w poszukiwaniu
resztek ludzkiego jedzenia. Washuioki przechodził z jednego pokładu na drugi,
uważnie stawiając stopy przytrzymywał się krytych słomą, niskich daszków.
Prowadzący go chłopiec radził sobie o wiele lepiej, zręcznie balansując na
chwiejnych pokładach. Wchodzili coraz głębiej w labirynt pływających straganów,
dawno straciwszy z oczu równe, wyasfaltowane nabrzeże. - Tu zostawisz broń -
chłopiec zatrzymał się pośrodku płytko wydrążonego czółna i wskazał dłonią
wiklinowy kosz. - Inaczej nie przejdziemy.
Washuioki podniósł wzrok, napotykając spojrzenie ściągającego sieci, krępego
rybaka. Za jego plecami stali inni, uważnie obserwując obcego. Nie byli
uzbrojeni, ale dobrze wiedział, że odkąd wszedł w granice ich królestwa,
nieustannie otaczają go uważne spojrzenia wielu par oczu. Jeden nieprzemyślany
gwałtowny ruch mógł kosztować go życie. Ludzie z jego kasty nieczęsto wchodzili
do królestwa Szczurów.
Minęli jeszcze dwie łodzie, gdy chłopiec pokazał palcem unoszący się na
szerokiej tratwie słomiany szałas, znad którego unosiła się blada smuga dymu.
- Tam czeka na ciebie Król Szczur.
Washuioki skinął głową i podał małemu zmięty banknot. Przed szałasem siedziało
dwóch półnagich mężczyzn, o twarzach naznaczonych słońcem i dłoniach popękanych
od ściągania linek. Obejrzeli go uważnie, lecz nie zatrzymywali, gdy wszedł do
środka.
W niskim, dusznym i przydymionym wnętrzu w pierwszej chwili nie był w stanie
dostrzec czegokolwiek. Czuł tylko wszechobecny, słodki, korzenny zapach opium.
Dopiero po chwili wychwycił w ciemnościach zarys siedzącej na ziemi,
przykurczonej postaci starca. Łysa, pomarszczona głowa kiwała się w jednostajnym
rytmie, żółte, połyskujące oczy patrzyły z pozbawionym emocji zainteresowaniem.
Przy jego lewym udzie połyskiwała w półmroku zielona poświata ekranu laptopa.
Washuioki ukłonił się głęboko, zdjął buty i ułożył je równo przy stojących w
wejściu sandałach starego.
Miał przed sobą człowieka, który był niepodzielnym władcą miasta. Tak jak cesarz
z wysokości swego tronu wydawał rozkazy członkom rządu, a ci przekazywali je
dalej, do urzędników niższego stopnia, tak on rządził ulicami przy pomocy armii
żebraków i nędzarzy, włóczęgów i prostytutek. Był królem slumsów, zaułków,
stacji publicznego metra i gett zamieszkanych przez bezrobotną biedotę. Miał na
swych usługach złodziei, morderców i uliczne prostytutki. Nawet Yakuza okazywali
mu szacunek.
- Samuraj - zaśmiał się gardłowo starzec. - Nieczęsto widuje się wojowników w
Południowym Ku. Nie boisz się? Wiele wysiłku włożyłeś w to, by się ze mną
spotkać.
- Chylę czoła przed twą mądrością i potęgą, królu - Washuioki ukłonił się w
stronę starca. - Twoje uszy są uszami ulicy, twoje oczy są jej oczyma. Bez twej
wiedzy nic w mieście nie może się wydarzyć.
Starzec odwzajemnił ukłon, zaciągając się głęboko fajką i wypuszczając z płuc
kolejną falę dymu.
- Potrzebuję twej pomocy, królu - Washuioki zmrużył piekące od narkotycznych
oparów oczy. - Przybyłem tu, ufny w twą siłę i mądrość.
- Twoja kasta gardzi pieniędzmi, ale dzieci ulicy potrzebują ich do życia.
Jeżeli chcesz naszej pomocy, będziesz musiał zapłacić.
- Pieniądze nie będą problemem - Washuioki zdawał sobie sprawę z tego, iż
zyskanie przychylności króla nie będzie możliwe bez poważnych nakładów
finansowych, lecz był na nie przygotowany. Przez długie lata służby u pana
Dalehaty pełnił dodatkowo funkcję wiceprezesa do spraw inwestycyjnych, co
zapewniało mu roczny dochód w wysokości ośmiuset tysięcy nowych jenów rocznie.
-To dobrze - starzec ucieszył się. - To bardzo dobrze. W czym król może ci
pomóc?
- Potrzebuję informacji.
Wysuszone usta rozerwały się w nagłym ataku suchego, chorowitego śmiechu,
odsłaniając niemal nagie dziąsła.
- A kto ich nie potrzebuje? Handluję kobietami, narkotykami, czasem bronią. Ale
to informacje są towarem, który nie tylko ja uważam za najcenniejszy. I
najdroższy - starzec zmrużył przekrwione oczy. - Czego chcesz się dowiedzieć?
Pragniesz przecieków z Cesarskiej Komisji Giełdowej? A może nie jesteś pewien
wierności swej małżonki?
- W mieście żyje pewien człowiek, a ja chcę, by jego cień powiedział mi o nim
wszystko. Kiedy wstaje, dokąd udaje się po przebudzeniu, gdzie jada, z kim
sypia. Chcę znać wszystkie ścieżki którymi chadza, chce wiedzieć, w którym
miejscu układa głowę, kładąc się spać.
- Dobrze - król uśmiechnął się. - Podaj tylko nazwisko tego człowieka, a nawet
jego cień będzie pracował dl ciebie.
- To nie wszystko. Ten człowiek ma rodzinę, żonę, dwie córki. Pragnę, by ich
cienie po zmroku szły do mnie.
- Dobrze. Tak będzie. Podaj nazwisko.
- Edo. Masheko Edo.
Starzec gwizdnął cicho. Wyjął z ust cybuch i wytrzepał zawartość fajki. Wplótł
palce w siwą, rzadką brodę i przyjrzał się uważnie Washuiokiemu.
- Komu służysz, samuraju? - zapytał. - Nie widzę barw twego pana. Z jakiego
powodu je ukrywasz?
- Przybyłem tu prosić o informacje, królu. Nie sprzedawać.
- Bezpański wojownik interesujący się cesarskim ministrem. Ciekawe.
- Chcę tylko informacji - Washuioki podniósł wzrok i spojrzał królowi w oczy.
- O nim i jego rodzinie. Chcę poznać jego rozkład dnia, przyzwyczajenia, sposób
spędzania wolnego czasu. Wszystko, czego twoi słudzy są w stanie się dowiedzieć.
Pieniądze nie stanowią problemu.
- Odważna deklaracja - starzec nabił fajkę nową porcją narkotyku. - A nie znasz
jeszcze ceny, którą przyjdzie ci zapłacić. A może....Może nie chodzi o
pieniądze? Nie widzę barw seniora, mogę więc założyć, że pozostajesz bez pana. A
może w zamian za informacje, których pragniesz zażądam, byś mi służył ? Byś
został moim samurajem?
Washuioki zacisnął zęby i nie odpowiedział.
- Wiem, wiem - zaśmiał się król. - Zasady. Nieubłagany kodeks Bushido. Już za
samą propozycję powinieneś pozbawić mnie życia. Nie należę do żadnego z rodów,
nie jestem godzien być panem dla żadnego samuraja. Panem może zostać tylko
szlachcic, arystokrata krwi i obyczajów, człowiek honoru, prawdomówny i uczciwy.
Ktoś, kogo wojownik nie zawaha się osłonić własną piersią. Powiedz, czy to
prawda, iż samuraj, który straci seniora jest zobowiązany odebrać sobie...
- Znasz doskonale obyczaje mej kasty - głos samuraja brzmiał zupełnie spokojnie.
-Wiesz, jakim zasadom służę.
- Zasady - zastanowił się starzec. - Dziś wszyscy mówią o zasadach. Zasady
zaczynają miewać nawet złodzieje i prostytutki. Wiesz, dlaczego? Cena, za którą
kupuje się człowieka mającego zasady jest wyższa od tej, którą trzeba zapłacić
niegodziwcowi uczciwie przyznającemu się do ich braku. Dlatego nie zdziwi cię
pewnie fakt, iż uważam szpiegowanie cesarskiego ministra za sprzeczne z moimi
zasadami -król uśmiechnął się chytrze i pochylił do przodu. -Jestem przecież
cesarskim poddanym, prawda?
Mimo iż dopiero co minęło południe, hotelowy apartament pogrążony był w niemal
absolutnej ciemności. Promienie słońca nie były w stanie przebić się przez
osłonięte kilkoma warstwami czarnej folii okna. Stojący na szafce telefon nie
mógł wydobyć z siebie dźwięku, odłączony od sieci kabel leżał zwinięty przy
słuchawce. Szczelnie zakręcone zawory uniemożliwiały zakłócenie ciszy przez
kapiący kran czy nieszczelny prysznic. Dwa zrolowane ręczniki wciśnięte pod
drzwi odgradzały pokój od wszelkich hałasów z zewnątrz.
Washuioki siedział na łóżku z podciągniętymi pod siebie kolanami. Przed sobą, na
białej pościeli z hotelowymi emblematami, rozłożył serię fotografii,
połyskujących matowo bladym światłem stojącej na obrzeżu łóżka świeczki.
Wpatrywał się po kolei w każdą z nich, nie pomijając żadnego szczegółu, po czym
przestawiał ich kolejność. Starannie dobierał miejsce w szeregu dla każdego
zdjęcia. Ściana drapaczy chmur, nisko zawieszone chmury pogłębiające
perspektywę. Zbliżenie jednego z nich - srebrnej wieży wyróżniającej się
strzelistością konstrukcji. Seria zdjęć jednego z pięter, siedziby Edo
Electronics, trudna do umiejscowienia w przestrzeni mozaika szklanych kwadratów.
Parkingi. Wejście do holu. Tylne wejście, przez uchylone drzwi widać luk windy
towarowej.
Zamknął oczy, lecz pod powiekami wciąż miał serię fotografii. Wciągnął powietrze
przez nos, wypełnił nim płuca, powoli wypuścił je ustami Nie patrząc na zdjęcia
mógł odtworzyć wszystkie ich detale. Las budynków. Jeden z nich, srebrna wieża.
Szeroki parking. Szereg drzwi wejściowych, przeszklonych, obrotowych...
...Niebo straciło swą właściwą barwę, wyblakło, promienie słońca nie odbijały
się od szklistej tafli wieżowca. Nie czuł ani nie słyszał wiatru, choć kartonowy
kubek po napoju bezszelestnie sunął po chodniku a plastikowe listki ustawionych
przy wejściu sztucznych drzew pomarańczowych ocierały się lekko o siebie. Wszedł
do holu, minął stojących przy drzwiach umundurowanych ochroniarzy. Wszyscy
gdzieś się śpieszyli. Otyły mężczyzna szeroko otwierając usta wydawał instrukcje
młodszemu asystentowi, sekretarka ze służbowym uśmiechem na twarzy mówiła coś do
słuchawki. Śmigło wentylatora ustawionego na blacie jej biurka leniwie mieszało
zastygłe powietrze i podrywało do góry równo ułożone notatki. Nie wyczuwał
żadnej bariery, jego obecność pozostawała niezauważona. Ochrona budynku nie
spodziewała się tego rodzaju inwigilacji. Wszystko szło po jego myśli, ale nie
mógł sobie pozwolić na zbytnią pewność siebie. Jeszcze raz skupił się na
ewentualnym systemie obrony telepatycznej, ale znów nie wyczuł niczego
niepokojącego. Ustawił się pośrodku holu, zerknął na ekran komputera, przy
którym pracował sekretarka. Ruszył do windy...i nagle obraz zafalował,
odkształcił się jak odbicie na wodnej tafli. Skoncentrował się, lecz wciąż nie
wyczuwał żadnej bariery. Teren był czysty, ale coś wciąż nie pozwalało mu się
skupić na tyle, by dostać się na wyższe kondygnacje biurowca. Przeczekał, aż
wizja odzyska ostrość, po czym ruszył do przodu. Obraz zafalował po raz drugi,
kontury straciły ostrość, sylwetki rozmazały się...
Ciche pukanie do drzwi wyrwało go z transu. Obraz rozprysnął się jak kruche
szkło. Czuł w ustach suchość, miał zawroty głowy. Znał te objawy, wielokrotnie
doświadczał ich przy gwałtownym i nieprzygotowanym przerwaniu wizji. Wciąż miał
zaburzenia ostrości widzenia, kolory nie nabrały jeszcze swej właściwej toni.
Otarł dłonią oczy i sięgnął do szuflady, za pasek spodni wsunął pistolet.
Odetchnął głęboko. W tej chwili nie był pewien reakcji swego ciała, musiał być
ostrożny. Z palcem na spuście otworzył drzwi, lecz korytarz, aż po załom przy
schodach, był pusty. Na plastikowej wycieraczce leżała żółta koperta sporych
rozmiarów. Rozerwał szeleszczący papier i wyjął plik fotografii. Na trzech z
pięciu zdjęć przedstawiona była młoda kobieta w szarym kostiumie, z papierową
torbą znanego domu mody w dłoni. Rozpoznał ją natychmiast, pamiętał jej twarz z
ekranu swego komputera. Była to najmłodsza córka Edo. Na pozostałych dwóch
fotografiach widać było zwykłe, tokijskie ulice, uchwycone w godzinach szczytu.
Rozłożył zdjęcia na biurku i przyjrzał się im uważnie. Nie potrafił rozpoznać
ludzi z pierwszego planu. Nie mógł ustalić miejsc, w których je wykonano, lecz
czuł, że nie ma to większego znaczenia. Skoncentrował się na przechodniach. Za
pomocą szkła powiększającego obejrzał obce, nic nie znaczące twarze, zastygłe w
pozbawionych wyrazu minach. Sięgnął po kolejną fotografię i nagle zrozumiał.
Mężczyzna w skórzanej kurtce, dość wysoki jak na Japończyka. Dziewczyna była
śledzona.
Mężczyzna wygodnie rozłożony na tylnym siedzeniu granatowego nissana zabił po
raz pierwszy w życiu dokładnie trzy dni po swych osiemnastych urodzinach. Kiedy
czasem wracał do tamtej chwili, za nic w świecie nie potrafił przypomnieć sobie
twarzy swej pierwszej ofiary. Być może sprawił to panujący tamtej nocy mrok
potęgowany odosobnieniem brudnego zaułka, a może upływ czasu. Jedyne, co
zapamiętał dobrze, to poczucie własnego profesjonalizmu. Nie popełnił błędu,
zrobił wszystko, co do niego należało. Udowodnił, że może przysłużyć się swej
rodzinie, że jest gotów dla niej zabić. Począwszy od tamtej chwili
profesjonalizm był dla niego najważniejszy. Dlatego gdy ujrzał po drugiej
stronie ulicy rozmytą mrokiem kobiecą sylwetkę, natychmiast zdał sobie sprawę,
że popełnił błąd.
Do świtu pozostawała jeszcze jedna może godzina. Było zupełnie cicho, właśnie
teraz, przez jedną krótką chwilę, zawieszoną między jarzącą się neonami nocą a
zasnutym smogiem dniem, miasto odpoczywało. Stagnacji nie mącił nawet szum
pędzącego pod ulicami metra. Kobieta pojawiła się niespodziewanie, jakby
spłynęła z nieba. Nie był pewny, czy wyszła z budynku, czy też przyszła ulicą.
Przymknął oczy tylko na chwilkę, znużony monotonią nocnej obserwacji, a gdy je
otworzył, ona już tam stała. Nie widział jej twarzy, ale wzrost i kolor włosów
się zgadzał. Stała przez chwilę na chodniku, po czym ruszyła przed siebie. Nie
miał czasu, musiał podjąć decyzję.
Wysiadł i cicho zamknął drzwi. Pozbył się wszelkich wątpliwości, to była ona.
Szedł po przeciwnej stronie ulicy, blisko muru, mając nadzieję, że jego czarna
kurtka nie będzie widoczna na szarym tle budynków. Kiedy znikła za rogiem
odczekał chwilę, a następnie przebiegł przez jezdnię. Postawił kołnierz kurtki,
dłoń wsunął do kieszeni, zaciskając ją na chłodnej rękojeści broni. Dziewczyna
szła zdecydowanym krokiem przed siebie, omijając przystanki autobusowe i postoje
taksówek, nie spojrzała nawet w stronę przejścia podziemnego prowadzącego na
stację metra. Zaczynał się już niepokoić, gdy skręciła w ciemny zaułek między
pralnią a kinem. Nie znał tego miejsca, lecz jeżeli nie chciał jej zgubić,
musiał iść dalej. Wszedł między budynki.
Mimo całego swego doświadczenia i profesjonalizmu nie był w stanie zareagować,
kiedy nagle panujący w zaułku mrok zgęstniał, a on sam poczuł, że gardło więzi
mu stalowa obręcz. Nie sięgnął po broń, lecz odruchowo chwycił zaciskającą się
na przełyku dłoń. W tej samej chwili ziemia uciekła mu spod nóg, a ciemność
ogarnęła nie tylko oczy, ale i umysł.
Valerie była prostytutką od blisko trzech lat i sądziła, że tak długi okres
spędzony na ulicy nauczył ją rozsądku. Sama jednak nie wiedziała, dlaczego
zgodziła się spełnić dziwną prośbę nieznajomego. Niewątpliwie wpływ na to miał
spory plik banknotów, jak też jej doświadczenie w spełnianiu najbardziej
wymyślnych nawet życzeń. Kiedy jednak otworzyła drzwi swej kawalerki przed
nieznajomym, który ciągnął za sobą po schodach nieprzytomnego mężczyznę, uznała,
że tak dziwnego zlecenia nie miała jeszcze nigdy.
Kiedy ubrana w sięgający połowy ud, połyskujący plastikiem płaszcz wyszła na
przydzieloną jej ulicę, nic nie wskazywało, by ten wieczór w czymkolwiek miał
być różny od innych. Spacerowała wzdłuż swojego kawałka chodnika obserwując, jak
inne dziewczyny wymyślnymi pozami ciała czy jednoznacznymi gestami starają się
przyciągnąć przejeżdżających ulicą klientów. Znała je wszystkie z imienia,
pracowały tu od dawna, wszystkie przywiązane do tego miejsca indywidualnymi
przywilejami cesarskimi. Miały zaszczyt wykonywać powszechnie szanowany i
ceniony zawód, w zamian za co były ograniczone do konkretnej ulicy i zmuszone do
odprowadzania wysokich podatków. Niedopełnienie któregokolwiek obowiązku
pociągało za sobą możliwość cofnięcia przywileju.
Mijały godziny, a żaden z samochodów nie zatrzymał się w blasku witryny sklepu
sportowego, przed którym stała. Powoli traciła nadzieję na to, że tego wieczora
znajdzie klienta, gdy nadjechała granatowa toyota. Natychmiast wsiadła do
samochodu.
- Zdejmij płaszcz - polecił nieznajomy i wskazał dłonią tylne siedzenie. -
Ubierz się w to.
Nie zaprotestowała. Była przyzwyczajona do tego rodzaju próśb. Nieznajomy
zawiózł ją do Geramohiko, drogiej i ekskluzywnej ku, będącej sypialnią
pracującej wyższej klasy średniej. Zatrzymał się w jednym z zaułków i zgasił
silnik.
- Wyjdź z samochodu i przejdź ulicą za róg - polecił. - Zatrzymaj się przed
budynkiem oznaczonym cyfrą osiem. Stój przed drzwiami jakieś pół minuty, a potem
wróć do samochodu idąc sąsiednią przecznicą.
- Jasne - uśmiechnęła się. - Co tylko zechcesz. Czy tutaj po raz pierwszy
umówiłeś się ze swoją dziewczyną? Jak miała na imię? Możesz się do mnie zwracać
jej imieniem...
- Idź powoli, ale pewnie. Nie rozglądaj się na boki. Spisz się dobrze, a nie
pożałujesz.
Wysiadła z samochodu i ruszyła ulicą. Zatoczyła szerokie koło, stojąc przed
wyznaczonym budynkiem przez pół minuty. Kiedy wróciła do samochodu, usłyszała za
sobą cichy szelest. Odwróciła głowę i krzyknęła.
- Cicho - rozkazał zimnym głosem nieznajomy. - Otwórz tylne drzwi. Mężczyzna
wciągnął nieprzytomnego człowieka do samochodu i odwrócił się twarzą do niej.
- Jak masz na imię - zapytał.
- Valerie - odpowiedziała niepewnie. - Jestem prostytutką, zgodnie z cesarskim
przywilejem żaden mężczyzna nie może okazać mi braku szacunku, nie może bez
mojej zgody...
- Nie zamierzam cię skrzywdzić. Ale potrzebuję twojej pomocy. Gdzie mieszkasz?
- Potrzebuję tylko godziny - powiedział stojąc pośrodku jej skromnie
umeblowanego pokoju. Wpadające przez blaszane żaluzje światła pobliskiego
supermarketu padały na bladobłękitne ściany i zasłany wełnianym kocem tapczan. -
Po godzinie zniknę i nigdy więcej mnie już nie zobaczysz. -wyjął z kieszeni
portfel i odliczył kilka banknotów. - Myślę, że to wystarczy. Zaczekasz na
zewnątrz. Kiedy skończę, zawołam cię.
Sięgnęła po pieniądze i skinęła głową. W niespełna trzy godziny zarobiła tyle,
ile zwykle przez trzy tygodnie. To wystarczyło, by pozbyła się wszelkich
wątpliwości i powstrzymała się przed zadawaniem jakichkolwiek pytań. Wyszła na
korytarz, zapaliła światło i usiadła na nierównych, brudnych schodach. Zapaliła
papierosa. Przed nią, na odrapanej ścianie, jej skulony cień kołysał się w rytm
wahadłowych ruchów wiszącej przy stropie żarówki.
Mężczyzna wciąż leżał nieprzytomny na podłodze, z jego skroni spływała cienka
wstążka krwi, brudząc szary dywan. Washuioki przewrócił go na brzuch, wykręcił
do tyłu ręce i giętką, gumową rurką przywiązał nadgarstki do kostek. Dwa palce
jego lewej dłoni były ucięte w jednej trzeciej długości. Prawy nadgarstek
otaczał zielony wąż połykający swój ogon. Washuioki znał ten znak. Mimo iż
nadwerężone stawy musiały emanować bólem, mężczyzna nawet nie jęknął.
- Wiem, że mnie słyszysz. Chcę wiedzieć, co robiłeś przed tym domem. Mężczyzna
nie odpowiedział, lecz skrzydełka jego nosa zaczęły otwierać się i zamykać w
nerwowym rytmie. Washuioki objął dłonią jego szyję, wbijając palec w okolice
tchawicy. Czubkami palców czuł ciepło przyśpieszonego tętna. Zwiększył nacisk, a
mężczyzna jęknął głucho.
- Nie powiem - wycharczał, odrzucając głowę w tył. - Nic nie powiem.
Washuioki położył dłoń na jego czole. Przymknął oczy. Mężczyzna oddychał coraz
głośniej, wiedział już, kim jest pochylający się nad nim człowiek. Jeżeli do tej
pory zamiar powstrzymania się od odpowiedzi był szczery, teraz pozbył się
złudzeń, iż oprze się torturom. Poczuł jak zimne, obce myśli wchodzą w jego
głowę, słyszał je równie wyraźnie, a może nawet bardziej, niż swoje własne.
Minęła jeszcze chwila, a nie potrafił już ich rozróżnić. Było mu gorąco i zimno
na przemian. Jego pamięć stała się otwartą książką, z której samuraj mógł czytać
bez przeszkód.
- Kto cię przysłał? Dla kogo pracujesz? Mężczyzna szarpnął głową w tył, z ust
spłynęły mu białe bąbelki piany.
- Nic ci nie powiem -jęknął. -Nic!
...Rodzina Henoishi. Trzeci Dom w mieście pod względem wpływów. Kontroluje trzy
ku, ściąga haracze z dziewiętnastu restauracji i czterech hoteli. Jej
przedstawiciel zasiada w miejskiej radzie Yakuza....
- Dlaczego śledziłeś dziewczynę?
...Hoko Henoishi, głowa rodziny. Sekretna rozmowa, polecenie milczenia, nawet
wobec braci. Zwolnienie z wszelkich innych obowiązków. Ten rozkaz ma być
najważniejszy. Ważniejszy niż wszystko inne. Jeżeli wszystko dobrze się
powiedzie, może awansować nawet na...
- Dlaczego - pytał dalej samuraj. - Jaki macie w tym interes? Nie wiesz?
Zastanów się nad tym, pomyśl...
Ciałem mężczyzny targnął dreszcz, wzdłuż szyi spłynęła kolejna strużka śliny.
...Dwa tygodnie temu. Dziwne zachowanie, spotkanie w środku nocy, odludne
miejsce przy moście. Hoko Henoishi tylko z osobistą ochroną, dziwne podniecenie.
Szara limuzyna wyłaniająca się z ciemności. Drzwi otwiera człowiek z białą
opaską na czole. Samuraj. Henoishi przesiada się do limuzyny. Sam. Dziwne.
Dziwna ozdoba na drzwiach samochodu. Srebrny jeleń przeskakujący ponad falami
jeziora....
Washuioki odwrócił wzrok od pobladłej twarzy mężczyzny. Srebrny jeleń nad
wzburzoną tonią jeziora. Herb rodu Gatsu. A więc senior nie dowierzał mu, nie
był pewien jego poświęcenia, kazał śledzić członków rodziny Edo. Ale dlaczego
posłużył się w tym celu Yakuza? Szlachcic kontaktujący się z członkami Rodzin
skazywał się na hańbę i odrzucenie przez innych. Gatsu mógł wysłać swych
samurajów, kogoś z licznej służby, ale dlaczego zniżył się do poziomu Yakuza?
Wtem poczuł na karku czyjś wzrok. Odwrócił się, lecz drzwi wciąż były zamknięte.
Wyprostował się i podszedł do okna. Rozchylił pokryte lepkim kurzem żaluzje.
Ulica była pusta, tak samo jak parking przed sklepem. Mimo to wyczuwał czyjąś
obecność, dyskretną, przyczajoną. Niemal słyszał obcy, tłumiony oddech...
Rzucił się w kierunku drzwi, lecz było już za późno. Stalowy pancerz zmiażdżył
mu pierś, ciemna płachta przysłoniła oczy. Spróbował się bronić, zebrać myśli,
lecz przeciwnik był silniejszy. Stracił równowagę, siłą rozpędu wpadł na drzwi.
Korytarz wydłużał się i rozciągał, ściany kołysały się jak pokład miotanego
sztormem okrętu. Z nosa buchnął mu strumień krwi, wypełniając usta i spływając
wzdłuż szyi. Chwycił się poręczy, lecz podłoga uciekła mu spod stóp i runął w
dół schodów. Z daleka, zza ciężkiej aksamitnej kotary, usłyszał krzyk Valerie.
Kiedy otworzył oczy, wciąż szumiało mu w głowie, a w ustach czuł suchy posmak
kurzu. W pokoju panował półmrok, lecz zza przysłoniętych ciemnożółtymi zasłonami
okien dobiegał codzienny głos ulicy. Słyszał gwar ludzkich rozmów i szczęk
pneumatycznie otwieranych drzwi autobusu. Leżał w za krótkim łóżku, przykryty
dwoma, mocno przesiąkniętymi zapachem papierosów kocami. Valerie siedziała w
przekrzywionym fotelu pod ścianą, chłodząc czoło puszką piwa. Jej zmęczone oczy
otoczone były wianuszkiem rozmytego makijażu.
- Gdzie ja jestem?
Wstała, odłożyła piwo i klęknęła przed łóżkiem. Już wiedziała. Nie miał na sobie
koszuli, a koce zsunęły się na bok. Intensywne barwy pokrywającego pierś tatuażu
opalizowały w półmroku. Dwa krwistoczerwone smoki, o krętych ogonach biegnących
od obojczyków, po raz pierwszy splatały się na mostku, wiły się osobno w stronę
tchawicy, by tam łagodną spiralą spleść się po raz drugi. Dwa wielkie,
wypełnione zębami pyski zwieńczone jadeitowymi ślepiami buchały strumieniami
ognia. Gdy Washuioki nabierał powietrza, smoki zdawały się tańczyć na wietrze.
- Jesteś tu bezpieczny - powiedziała. - Nie możesz jednak zostać tu zbyt długo.
To mieszkanie mojej przyjaciółki, a ja...
- Która godzina ? - przerwał jej. - Jak długo już tu leżę?
- Spałeś cztery godziny - pociągnęła nosem. - Tam, na schodach, wyglądałeś
okropnie. Siłą wciągnęłam cię do samochodu. Bałam się, nie wiedziałam, gdzie
jechać. Prawie godzinę krążyłam po mieście, gdy przypomniałam sobie o tym
mieszkaniu...
Ból rozsadzał mu głowę, lecz zmusił się do myślenia. Człowiek obserwujący dom
córki Edo nie był sam, ubezpieczał go samuraj, a może kilku. Kiedy ściągnął go z
ulicy, oni poszli jego śladem. To był jego błąd, nie upewnił się, czy nie jest
śledzony. W mieszkaniu dziewczyny popełnił drugi, zareagował zbyt późno. Jednak
ci ludzie nie pragnęli jego śmierci, gdyby było inaczej, już by nie żył. Ale z
jakiego powodu pozwolili mu odejść?
Dziewczyna wciąż klęczała ze spuszczoną głową. Po policzkach spływały jej łzy.
- Wstań - powiedział. - Nie jestem samurajem, nie służę żadnemu rodowi. Jestem
roninem. Wobec prawa jesteśmy równi - zaczekał, aż podniesie się i usiądzie w
fotelu.
- Masz coś do jedzenia?
- Jest tylko piwo. Bałam się wyjść do sklepu.
Milczał przez dłuższą chwilę.
- Kiedy traciłem przytomność - powiedział, patrząc jej w oczy - krzyknęłaś.
Przywołałaś imię, które mocą cesarskiego rozkazu zostało zakazane. Mogę cię za
to pozbawić życia, nawet nie będąc samurajem.
Nie odpowiedziała.
- Jesteś chrześcijanką? Jak to możliwe? Jesteś zbyt młoda, by pamiętać czasy
wolności religijnej. Nie wychowałaś się w Japonii.
- Nie - pociągnęła łyk piwa. - Wychowałam się w Europie. Mój ojciec pracował w
jednej z firm informatycznych w Paryżu. Kiedy po przewrocie Cesarz wezwał
wszystkich Japończyków do powrotu z emigracji, wrócił zabierając mnie z sobą.
Wierzył to, o czym tylko słyszał, a czego nie widział. Został publicznie ścięty,
jak tysiące innych. Mnie oszczędzono, jak wszystkie dzieci, które nie ukończyły
piątego roku życia. Uznano, że można nas przywrócić właściwej kulturze. Nie
pamiętam nawet, kiedy ostatni raz modliłam się do chrześcijańskiego boga. Ten
okrzyk był odruchowy.
- Masz chłopaka - zapytał Washuioki. - Rodzinę? Kogoś, kto na ciebie czeka?
- Nie - odwróciła wzrok. - Nikogo takiego.
- Czy jest coś, co wiąże cię z tym miastem?
- Zupełnie nic.
- Posłuchaj mnie więc uważnie - przełamał sztywność mięśni i uniósł się na
łokcie. - Sam nie wiem, w co zostałem wplątany, ale ty tkwisz w tym tak samo
głęboko. To moja wina. Być może grozi ci niebezpieczeństwo. Mimo to raz jeszcze
muszę prosić cię o pomoc. Zajmie to nam dwa dni, może mniej. Po tym czasie kupię
ci bilet lotniczy w dowolne miejsce na świecie i zostawię trochę pieniędzy na
rozpoczęcie nowego życia. Rozumiesz mnie?
- Tak. Ale co, jeśli się nie zgodzę?
- Nie wiem - powiedział szczerze. - Może nic. Może wyjdziesz na ulicę i będziesz
mogła dalej pracować przez nikogo nie niepokojona. A może pierwszy mężczyzna,
który zapłaci ci za noc, odbierze ci życie. Nie wiem.
Spuściła głowę i otarła rękawem łzę.
Samahiko wsunął plik dokumentów do eleganckiego neseseru i przekręcił zamek.
Rzucił jeszcze okiem na rozkład jutrzejszego dnia, starając się znaleźć choćby
trzydzieści minut na załatwienie pewnej prywatnej sprawy, lecz w natłoku zajęć
nie znalazł żadnej luki. Nic dziwnego. Był zaliczany do dziesiątki najlepszych
doradców podatkowych w Cesarstwie, choć sam umieściłby się na pierwszym miejscu
tej listy. Miał szczęście, okres jego studiów przypadał na czas łagodnej
polityki kulturalnej cesarza, mógł więc ukończyć najbardziej prestiżową uczelnię
w Europie. Kiedy wrócił do Japonii, bardzo szybko znalazł pracę w Gatsu
Industries. W firmie przeszedł przez wszystkie szczeble kariery, zaczynając od
szeregowego księgowego, na prezesie do spraw finansów skończywszy. Cieszył się
najwyższym szacunkiem, jakim mógł cieszyć się arystokrata nie używający miecza.
Wydał ostatnie dyspozycje sekretarce i wyszedł z gabinetu. W korytarzu uważnie
przyjrzał się swemu odbiciu w lustrze. Wszystko było w idealnym porządku. Miał
nadzieję, że już na niego czekała. Po raz pierwszy zobaczył ją kilka godzin
wcześniej w stołówce. Wystarczyła krótka rozmowa, ale nie zdziwiło go to. Był
przyzwyczajony do wrażenia, jakie na kobietach robiła jego pozycja zawodowa i
status majątkowy.
Na dole czekał już ochroniarz. Samahiko wsunął mu do kieszeni banknot o wysokim
nominale i polecił, by zrobił sobie wolny wieczór. Goryl zaprotestował głośno,
ale zaraz uśmiechnął się i podziękował.
Dziewczyna stała na parkingu przy swoim samochodzie. Chciała, by pojechali jej
wozem, a on zgodził się bez oporów. Jego luksusowa limuzyna za bardzo rzucała
się w oczy. Usiadł w fotelu pasażera, a dziewczyna wyjechała z podziemi biurowca
i włączyła się do ruchu.
- Pojedziemy do mnie - zaproponowała.
- Jasne - uśmiechnął się i kątem oka spojrzał na jej smukłe, opięte czarnymi
pończochami uda, odsłonięte głębokim rozcięciem świetnie dopasowanej spódniczki.
Minęli dwie przecznice , gdy dziewczyna zwolniła i zjechała do linii chodnika.
Jeden z przechodniów, spacerujących wzdłuż bogato wystrojonych, sklepowych
witryn, podbiegł i otworzył tylne drzwi samochodu.
- Co pan robi - krzyknął Samahiko i odwrócił się przez ramię. - To ty?
- Jedź - rozkazał dziewczynie Washuioki, obejmując ramionami fotel pasażera. - A
my porozmawiamy.
- Co robisz, przyjacielu - Samahiko spróbował się odwrócić, lecz ostrze sztyletu
przyłożonego do jego szyi uniemożliwiało mu jakikolwiek ruch. - Co robisz!
- Dlaczego Gatsu chce, żebym to ja zabił Edo? - zapytał Washuioki. - Dlaczego
nie wyśle swych samurajów?
- To p