9611
Szczegóły |
Tytuł |
9611 |
Rozszerzenie: |
PDF |
Jesteś autorem/wydawcą tego dokumentu/książki i zauważyłeś że ktoś wgrał ją bez Twojej zgody? Nie życzysz sobie, aby podgląd był dostępny w naszym serwisie? Napisz na adres
[email protected] a my odpowiemy na skargę i usuniemy zabroniony dokument w ciągu 24 godzin.
9611 PDF - Pobierz:
Pobierz PDF
Zobacz podgląd pliku o nazwie 9611 PDF poniżej lub pobierz go na swoje urządzenie za darmo bez rejestracji. Możesz również pozostać na naszej stronie i czytać dokument online bez limitów.
9611 - podejrzyj 20 pierwszych stron:
M.C.BOLIN
ARMAGEDDON
Z angielskiego prze�o�y� J�drzej Polak
Tytu� orygina�u ARMAGEDDON
Wydanie angielskie: 1998
Wydanie polskie: 1998
Prolog
Przed sze��dziesi�cioma pi�cioma milionami lat po powierzchni �yznej planety,
poro�ni�tej bujn� ro�linno�ci�, chodzi�y dinozaury.
Rozkwita� z�o�ony, wysoko rozwini�ty ekosystem. I nagle histori� naturaln� tego
�wiata zmieni� na zawsze skalny od�am szeroki na nieca�e dziesi�� kilometr�w.
Asteroida.
Uderzy�a w Ziemi� z si�� dziesi�ciu tysi�cy detonuj�cych jednocze�nie bomb
nuklearnych. Wybuch wyrzuci� do ziemskiej atmosfery tryliony ton py�u i ska�.
Planet� otoczy�a chmura popio�u przez stulecia zas�aniaj�ca S�o�ce.
Co� takiego wydarzy si� ponownie.
Pozostaje tylko pytanie: kiedy?
Rozdzia� pierwszy
65 milion�w lat p�niej
Pete Shelby zakl�� pod nosem, maj�c nadziej�, �e kilkuset s�uchaj�cych go ludzi
niczego nie us�yszy. Marzy� o tym, �eby podnie�� r�k� i otrze� sp�ywaj�cy z
czo�a pot, co
by�o niewykonalne w kosmicznym he�mie.
Nie dawa� sobie rady z napraw� tego satelity i by� ju� got�w wr�ci� do wn�trza
promu
z podwini�tym ogonem - byle ukry� si� gdzie� przed ogromem otaczaj�cej go
przestrzeni.
Powinienem zosta� bibliotekarzem, jak mama - mrukn�� do siebie, zbieraj�c si�y
do dalszej
pracy. S�ysza� bicie w�asnego serca i sw�j g�o�ny oddech, czu�, jak pot wyp�ywa
ze
wszystkich zakamark�w sk�ry.
- Tak jest, Houston - powiedzia�. - Spr�buj� jeszcze raz.
Centrum Kosmiczne Johnsona w Houston, Kontrola Lot�w, 4:47 Strefy Czasowej
Wschodniej
Dan Truman pochyli� si� nad ramieniem dyrektora lotu Clarka i spojrza� na ekran.
- Mamy ju� z��cze na pok�adzie, Pete - powiedzia� Clark. - Powiemy ci z do�u,
kiedy
znajdzie si� we w�a�ciwym po�o�eniu.
Spi�ty g�os Shelby�ego zabrzmia� g�ucho:
-...w porz�dku... tak jest...
Truman skrzywi� si�. Nie podoba�o mu si� brzmienie g�osu astronauty. Klepn��
Clarka
w rami� i usiad� na zwolnionym przez niego miejscu. Clark zaj�� fotel obok.
- Pete, m�wi Truman. Mam przed sob� twoje odczyty medyczne. Spr�buj si�
odpr�y�. Masz mn�stwo czasu, ch�opie.
Shelby, lec�cy wysoko nad Ziemi� i oddzielony od niesko�czonych g��bin nico�ci
jedynie cienk� warstewk� materia�u, pomy�la�: �Cholera, �atwo ci m�wi�,
cz�owieku!� Ale
wzi�� si� w gar�� i rozpocz�� kolejn� rund� walki z delikatnymi instrumentami.
Wygl�da�o to
jak operacja na otwartym sercu, przeprowadzana w bokserskich r�kawicach.
- Okay, Houston - powiedzia�. - Czekam. Truman m�wi� wolno, spokojnie i
wyra�nie:
- Nie dotykaj z�otej pow�oki. Nie chcemy doprowadzi� do spi�cia.
Shelby wzi�� g��boki oddech i wolniute�ko ustawi� instrument we w�a�ciwym
po�o�eniu. R�b to spokojnie i powoli - m�wi� do siebie - tak jak radzi� bosman.
Spokojnie... i
po...
DANG!
Ostatni� rzecz�, jak� zobaczy� Shelby, by�o odbicie Ziemi w pokrywie he�mu
p�kaj�cej niczym paj�cza sie�.
W tej samej chwili zagotowa�a si� krew astronauty, a jego dusza wyparowa�a w
niesko�czone g��biny nico�ci, kt�re tak niedawno napawa�y go strachem.
Shelby ju� nigdy nie dowie si�, co go uderzy�o, ale umocowany na jego ramieniu
obiektyw kamery nie przesta� pracowa�.
Prom kosmiczny, do kt�rego Shelby przymocowany by� p�powin�, zosta� zalany
gradem tysi�cy male�kich, p�dz�cych w przestrzeni meteorytowych kamyk�w. Z burty
statku
znikn�o logo NASA, termiczne pokrywy odpad�y jak mi�so od ko�ci.
W kokpicie p�on�a kula ognia.
I wreszcie...
...prom eksplodowa�, a czarn� pustk� roz�wietli�y fajerwerki. Jak czwartego
lipca.
Na Ziemi, w Kontroli Lot�w, zgas�y monitory. Wszyscy zamarli, niczego nie
pojmuj�c, nie mog�c wydusi� ani s�owa.
W sali panowa�a grobowa cisza. Cisza wype�niona my�lami, z kt�rych �adna nie
by�a
dobra.
Pierwsi obudzili si� technicy. Jeden z nich rzuci� chrapliwie:
- Awaria!
S�owo to wyrwa�o wszystkich z ot�pienia.
- Awaria ca�ego systemu! - zameldowa� inny z technik�w. - Stracili�my...
Jego s�owa zag�uszy� niski, gor�czkowy pomruk pracownik�w Kontroli Lot�w.
Technicy odstawili styropianowe kubki z kaw� i opadli na fotele, opieraj�c
d�onie o
klawiatury. Narasta� techniczny gwar.
Dan Truman sta� w �rodku tego zamieszania. Nie m�g� si� ruszy�, nie m�g�
uwierzy�,
niczego ju� nie pojmowa�.
Ameryka�skie Dow�dztwo Kosmiczne, 4:49 SCW
W mrocznej sali wype�nionej najnowocze�niejsz� maszyneri� na �wiecie zaj��
pozycje
sztab kryzysowy. Na olbrzymich telewizyjnych ekranach migota�y ��tawe punkty.
- Sektor pi�� dziewi�� melduje trzy... teraz pi��... osiem... powtarzam: osiem
nie
zidentyfikowanych obiekt�w!
- Uwaga, wachta! - odezwa� si� inny g�os. - Mam cztery, teraz dziewi��,
powiedzmy:
jedena�cie... nie ziden... - Cholera! - Mam je wsz�dzie!
-
Z zawieszonego wysoko pomostu dobieg� glos zm�czonego dow�dcy sektora:
- Og�aszam wyprzedzaj�cy atak rakietowy! Uzbroi� or�y!
Baza Lotnicza Otis, Massachusetts, 5:03 SCW
Dwa tuziny przera�onych pilot�w i towarzysz�ce im za�ogi zarzuci�y na plecy
sprz�t i
wybieg�y na czarny, zamarzni�ty pas startowy, przy kt�rym czeka�y maszyny F-15
Eagle.
Stanowisko Dowodzenia Narodowej Rady Bezpiecze�stwa, 5:06
Zapali�y si� wszystkie konsolety.
M�ody oficer, rozmawiaj�cy jednocze�nie przez trzy telefony, podni�s� s�uchawk�
bezpiecznej linii:
- Generale Kimsey - rzuci� nerwowo. - Mam na linii genera�a Vladica z Rosyjskiej
Obrony Powietrznej. Chce wiedzie�, co si� u nas dzieje.
Kontrola Lot�w, 5:09
Dan Truman, szczup�y, twardy jak kamie� pi��dziesi�ciolatek, przemierza�
zat�oczon�
sal�, rzucaj�c na prawo i lewo polecenia. Piek�o zwali�o mu si� na g�ow� i
nale�a�o jako� si� z
nim upora�.
- Chc� mie� trzy grupy - powiedzia�. - Pierwsza: usterka wewn�trzna. Sprawdzi�
ta�my z odczytami. Cofn�� si� do samego pocz�tku misji. To m�g� by� jaki�
drobiazg. Druga:
skontaktowa� si� z NORAD-em, Dow�dztwem Kosmicznym i Pi��dziesi�t� Taktyczn�.
Niech sprawdz� wszystkie �mieci, jakie �ledz� na wszystkich orbitach. A gdy
sko�cz�, niech
zaczn� jeszcze raz. Dop�ki czego� nie znajd�. Trzecia: dzikie karty. Wszyscy i
wszystko.
Wzi�� oddech i rozejrza� si� po sali.
- Do roboty!
Sedona, Arizona, 5:38
Dottie obudzi�a si� i nie otwieraj�c oczu, dotkn�a r�k� drugiej po�owy
ma��e�skiego
�o�a.
Pow�oczki by�y zimne jak l�d.
Kln�c pod nosem jak szewc, opu�ci�a zesztywnia�e, stare nogi z ��ka i wsun�a
zmarzni�te stopy w futrzane pantofle. Chwyci�a plastikow� latark� le��c� na
nocnym
stoliczku i zapali�a j�. Ruszy�a przed siebie, potykaj�c si� o meble stoj�ce w
zagraconej
przyczepie mieszkalnej. Zatrzyma�a si� na chwil� i omiot�a �wiat�em latarki
stoliczek do
kawy, a potem pomaszerowa�a ku drzwiom. Na dworze by�o jeszcze ciemno. Dottie
podnios�a
oczy na stoj�ce za przyczep� amatorskie obserwatorium astronomiczne wielko�ci
ma�ego
gara�u. Rocznik 1920.
- Karl! - krzykn�a w pustk�.
By� oczywi�cie w �rodku. Jej pomarszczony, nic niewarty, osiemdziesi�cioletni
m��
Karl. Siedzia� z okiem przy teleskopie.
- Cholera, jest wp� do sz�stej rano! - wrzasn�a. - Kolacja stoi na stole od
dziesi�ciu
godzin! Mam ju� po dziurki w nosie i ciebie, i tego wszystkiego! Koniec
�art�w... Chc�
rozwodu!
Karl nie oderwa� oka od teleskopu.
- My�la�em, �e jeste�my rozwiedzeni - mrukn��.
- Co takiego? - zapiszcza�a Dottie.
Ale uwag� Karla zaprz�ta� kolejny ognisty wybuch.
- A to ci dopiero... - powiedzia� do siebie. - Dottie, przynie� mi m�j notatnik
z
telefonami.
- �e co! - wykrzykn�a. - Czy mo�e mam napisane na czole NIEWOLNICA
KARLA?
- Przynie� mi ten cholerny notatnik, kobieto!
Waszyngton, Pennsylvania Avenue, 5:45
Genera� Ameryka�skich Si� Powietrznych Kimsey, przewodnicz�cy Po��czonego
Szefostwa Sztab�w Si� Zbrojnych, siedzia� z ty�u jad�cej pod eskort� limuzyny.
Spojrza�
pytaj�co na swojego zast�pc�.
- Dow�dztwo Kosmiczne melduje, �e nie wystrzelono �adnych rakiet z powierzchni
globu - oznajmi� genera� Boffer. - By� mo�e by�y to od�amki promu, wchodz�ce do
atmosfery.
- By� mo�e by�y to g�wna renifer�w �wi�tego Miko�aja - warkn�� Kimsey. - Chc�
mie� meldunek wiarygodny w stu procentach. Nie ma czasu!
Most przy 59 Ulicy, Manhattan, 6:00
Jad�cy na rowerze pos�aniec lawirowa� mi�dzy stoj�cymi w korku samochodami.
Mrucza� pod nosem jaki� rapowy przeb�j i skr�ca� kierownic� do rytmu. W
wiklinowym
koszu na baga�niku siedzia� jego przyjaciel: buldog.
Zaparkowa� rower pod �cian� i ruszy� przed siebie ulic�. Fajnie jest mieszka� w
najwi�kszym mie�cie na �wiecie! Co tam na �wiecie! W ca�ym wszech�wiecie! Buldog
szarpn�� smycz�. W�cha� chodnik.
Pos�aniec skrzywi� si� na widok facet�w w garniturach, z nosami utkwionymi w
porannych gazetach. Nie wiedz�, co trac�! �ycie jest tutaj, a nie na Wall
Street.
Mijaj�c sklep ze sprz�tem elektronicznym, zauwa�y� niewielki t�umek.
Graj� w trzy karty o tej porze? - zastanawia� si�. Nieee, za du�o ich jak na
trzy karty...
Wcisn�� si� mi�dzy ludzi w szczeliny, w kt�re nie zmie�ci�by si� normalnie
zbudowany facet.
- Co si� dzieje? - zapyta�.
- Prom kosmiczny - rzuci� stoj�cy obok go��. - Pierdut! I po wszystkim!
Wyparowa�.
W tej samej chwili buldog podni�s� nog� i zasalutowa� wielkiemu butowi
nale��cemu
do jakiego� osi�ka... Chyba z Samoa? Samoa�czyk kopn�� psa, kt�ry zacz��
warcze�.
- Hej - w�ciek� si� ma�y pos�aniec. - Hej, kop�e� mojego psa, kole�!
- A zara sprzedam la�ka twoi wielki...
Ostatnie s�owa Samoa�czyka zag�uszy� straszliwy, �widruj�cy ha�as.
Szerokoekranowy telewizor na wystawie zamruga� i zgas�.
Osi�ek podni�s� g�ow�. W g�rze wirowa�y od�amki szk�a. Wprost z nieba lecia� ku
niemu kamie� wielko�ci pi�ki do kosza. Odrzuci�o go na jezdni�. Kamie� rozbi�
si� o chodnik.
Eksplodowa�a witryna sklepu z elektronik�, eksplodowa�y kineskopy telewizor�w.
Ludzie
zacz�li krzycze� i piszcze�, wybiegali na ulic� wprost pod tr�bi�ce samochody.
A potem...
...by�o ju� po wszystkim. Z szerokiej na kilkadziesi�t centymetr�w dziury
bucha�a w
g�r� para.
Ma�y pos�aniec ukryty w za�omie muru trzyma� w r�ku smycz, kt�rej koniec znika�
w
kraterze.
Podczo�ga� si� do kraw�dzi i spojrza� w g��b. Na dnie oddalonym od jego oczu o
dwana�cie metr�w wrza� i parowa� rozgrzany do czerwono�ci meteoryt.
Buldog wisia� na smyczy tu� za kraw�dzi�.
- Little Richard! - krzykn�� pos�aniec. - Om�j - bo�e! Dzwo�cie po pogotowie!
Trzymaj si�, Richard!
Ca�e miasto by�o zakorkowane. Taks�wkarz imieniem Stu wystawi� g�ow� przez
boczne okno auta. Ciekawe, co si� zn�w sta�o, do cholery!
- Jaki� du�y problem? - zapyta� z tylnego siedzenia azjatycki turysta.
- Normalka - rzuci� Stu. - Strzelaj�, d�gaj� si� no�ami... trupy na ulicach. -
Wzruszy�
ramionami. - Pi�tek. Wyp�ata. Mo�e kto� wyskoczy� z okna.
Nagle na niebie pojawi� si� pocisk wielko�ci �mieciarki. Przeci�� z hukiem trzy
domy
tu� przed ich nosem. Na skrzy�owaniu wybucha�y kolejne pociski, kt�rych od�amki
trafia�y w
samochody skr�caj�ce w lewo.
Ulic� kozio�kowa�y dwa auta razem z kawa�kiem chodnika.
Pi�� g�rnych pi�ter biurowca odpad�o jak odci�ta warstwa tortu i roztrzaska�o
si� na
ulicy, wyrzucaj�c w powietrze ceg�y, szk�o i kawa�ki rynien.
Kontrola Lot�w, 7:00
- Przeja�nia si� na ekranach Dow�dztwa Kosmicznego! - krzykn�� jeden z
technik�w.
- Mam co� - meldowa� inny. - Deszcz meteoryt�w na p�nocnej p�kuli!
- Pilnujcie tego - poleci� Truman. - Musimy mie� trajektorie. NATYCHMIAST!
- To niemo�liwie - odpowiedzia� technik. - Tydzie� nie wystarczy...
- Znajd� je, do cholery! - warkn�� Truman. - Chc� wiedzie�, czy najgorsze jest
ju� za
nami, czy te� powinienem kupi� sobie parasol...
- Genera� Kimsey na czw�rce - odezwa� si� g�os z drugiego ko�ca sali.
- Wspaniale... - mrukn�� Truman i wcisn�� czerwony przycisk. - Truman, s�ucham -
powiedzia� do aparatu.
Genera� Kimsey siedzia� w dow�dztwie Narodowej Rady Bezpiecze�stwa. Wok�
stali cz�onkowie kolegium Po��czonego Szefostwa Sztab�w Si� Zbrojnych. W
telewizorze
wykrzykiwano najnowsze doniesienia. Fotel prezydenta by� pusty.
- Mamy dziury od Finlandii do Karoliny P�nocnej - zachrypia� Kimsey. - Wiemy,
�e
to nie rakiety. Wi�c powiedz mi pan, do ci�kiej cholery, co to takiego!
- Deszcz meteoryt�w - rzuci� Truman. - Stracili�my prom.
- Prezydent jest na pok�adzie Air Force One i ��da odpowiedzi na kilka nagl�cych
pyta� - powiedzia� Kimsey. - Po pierwsze, czy ju� po wszystkim?
- Im szybciej sko�czymy t� rozmow�, tym pr�dzej odpowiem prezydentowi.
Zadzwoni� do pana, generale. - Od�o�y� s�uchawk� i stan�� przed pracownikami.
Doktor Ronald Quincy bieg� korytarzem z plikiem papier�w pod pach�.
- Quincy! - zawo�a� jeden z technik�w zza otwartych drzwi. - Mam na linii Karla
z
Sedony w Arizonie. M�wi, �e spotkali�cie si� na jakim� seminarium o kometach.
Chyba
powiniene� z nim porozmawia�.
Quincy s�ucha� Karla przez minut�, a potem prze��czy� go do Trumana.
Podczas rozmowy szefa z Karlem w sali zrobi�o si� ciszej.
- Nie, nie... nie �piesz si�, Karl - m�wi� Truman. - Lepiej, �eby� zrobi� to
dok�adniej
ni� szybciej - powiedzia�, cho� tak naprawd� zale�a�o mu na obu tych rzeczach
naraz. - Tak,
tak... z ca�� pewno�ci� jeste� pierwszy... Tak, widzieli�my wiadomo�ci... Dobra,
jestem
got�w. Strzelaj! - Truman zacisn�� z�by i spr�bowa� si� u�miechn��. - Tak, mam
o��wek. Nie
roz��czaj si�.
Jeden z technik�w podni�s� r�k�.
- FBI ma jego namiary!
Clark s�ucha� rozmowy z innego aparatu.
- Widzia� jak�� eksplozj� w przestrzeni... Od dw�ch tygodni �ledzi pewien s�abo
widzialny obiekt... To jedna szansa na milion, ale faktycznie m�g� co� zobaczy�.
- Karl - powiedzia� spokojnie Truman. - Zosta� tam, gdzie jeste�, okay?
Przy�lemy ci
kogo�. By� mo�e to nic wielkiego, ale chcia�bym, �eby� nikomu o tym nie m�wi�.
�ci�le
tajne, rozumiesz?
- Sie wie, szefie - powiedzia� Karl. - S�u�y�em w marynarce. Wiem, co znaczy
tajne...
Ale mam jeszcze jedn� spraw�... Ten, kto j� odkry�, mo�e nada� jej nazw�, czy
tak?
- Owszem - powiedzia� Truman. Zale�a�o mu, �eby nie denerwowa� tego faceta.
- Wi�c chc�, �eby si� nazywa�a Dottie. Tak jak moja �ona - powiedzia� Karl.
- To �adnie z twojej strony, Karl.
- Coo! - wrzasn�� staruszek. - Myli si� pan, szefie. Dottie jest mordercz� suk�
z piek�a
rodem i nie ma od niej ucieczki!
Hmm, s�usznie - pomy�la� Truman.
Dw�ch ludzi z ITK - Instytutu Trajektorii Kosmicznych - obs�uguj�cych konsolet�
sterownicz� teleskopu kosmicznego Hubble�a, wystukiwa�o na klawiaturach
polecenia
zmieniaj�ce ustawienie obiektywu umieszczonej na satelicie kamery. Wszyscy
chcieli jak
najpr�dzej zobaczy� to, co odkry� Karl.
- Nowe dane Houston: koordynaty 712 na 345. Przechodzimy na wysok�
rozdzielczo��.
Ruszy�y laserowe drukarki, kt�rym przekazano pierwsze obrazy z Hubble�a.
Technicy
wyrwali cztery wydruki i roz�o�yli je na konsolecie, by dopasowa� do siebie
fragmenty
uk�adanki. Powsta�a fotografia.
Dwaj m�czy�ni otworzyli usta.
- Skurwy...
- Sko�cz pan z tymi bzdurami o anomaliach - warkn�� prezydent w telefonie
konferencyjnym. - Chc� wiedzie�, co to jest.
- Asteroida, sir - powiedzia� Truman.
- Mam przed sob� ekran laptopu - poinformowa� go prezydent. - O jakiej wielko�ci
m�wimy?
Truman spojrza� na przys�uchuj�cego si� rozmowie naukowca z Grupy Analiz
Proporcjonalnych.
- Szacunkowo mo�emy okre�li� wielko�� tego cia�a... - zacz�� analityk -...na
dziewi��dziesi�t sze�� przecinek pi�� miliard�w kilometr�w sze�...
Truman machn�� r�k� i szepn��:
- Pro�ciej...
- Eee... powiedzmy, panie prezydencie, �e jest to obiekt odpowiadaj�cy
wielko�ci�
Teksasowi...
- I nie widzieli�cie, jak nadlatuje! - oburzy� si� prezydent.
- Nasz bud�et, panie prezydencie, jest... �e tak powiem... �aden... - w��czy�
si�
Truman. - Za te siedemset milion�w dolar�w niewiele mo�emy zdzia�a�. Obserwujemy
zaledwie trzy procent powierzchni nieba, a niebo, panie prezydencie, jest, jak
wiadomo,
du�e...
- Te meteoryty, kt�re spad�y na nas dzisiaj rano... - g�os nale�a� do genera�a
Kimseya.
- Jakiej by�y wielko�ci?
- Male�stwa - powiedzia� Truman. - Kamyczki. Jak pi�ki i volkswageny.
- Czy zatem grozi nam bezpo�rednie niebezpiecze�stwo? Mam na my�li kolizj� -
zapyta� prezydent.
-
- W tej chwili mo�emy tylko...
- Jakiego rodzaju szkody?
- O charakterze totalnym, sir - powiedzia� Truman. - Ten rodzaj
niebezpiecze�stwa
nazywamy GLOBALNYM ZAB�JC�. Inaczej m�wi�c, grozi nam koniec �wiata. Miejsce
kolizji nie b�dzie mia�o znaczenia. Nic nie przetrwa... nawet bakterie...
- M�j Bo�e... - szepn�� prezydent. - C� wi�c mamy robi�?
- Mo�emy sprawdza� nasze obawy, dr��y� opcje i wybra� to, co uznamy za
najlepsze...
Otworzy�y si� drzwi sali konferencyjnej, w kt�rej rozmawia� Truman. Wszyscy
podnie�li g�owy. W progu sta� matematyk z plikiem wydruk�w.
Cholera - pomy�la� Truman. Matematyk nie musia� nic m�wi�. By�o po nim wida�, �e
jest bardzo �le.
Truman kiwn�� g�ow�. Matematyk podszed� do sto�u i odchrz�kn��.
- Mamy osiemna�cie dni.
Rozdzia� drugi
Harry S. Stamper wepchn�� teownik w sztuczn� muraw�, uca�owa� pi�k� i umie�ci�
j�
starannie we wg��bieniu podstawki. Wspania�y ranek! Czy mo�na zacz�� dzie�
lepiej ni� na
polu golfowym? Posy�aj�c pi�k� prosto w tarcz� wschodz�cego s�o�ca, Harry zaj��
pozycj� i
zerkn�� na odleg�y cel. Wdech, wydech, zamach - TUAK!
Doskonale!
DANG!
Twarda, bia�a pi�eczka uderzy�a w kad�ub jachtu Greenpeace, budz�c �pi�cych w
kokpicie ekolog�w.
- Pobudka! S�oneczko ju� �wieci, �piochy! - krzycza� rado�nie Harry, cho� z
g��bi
�odzi odpowiada�y mu same przekle�stwa.
Przekle�stwa nie ucich�y, gdy ustawia� si� do nast�pnego uderzenia z pok�adu
platformy wiertniczej.
Stoj�cy za Harrym Charles �Chick� Chapple - gburowaty facet, z kt�rym Stamper
sp�dzi� ostatnie dwadzie�cia lat paprania si� w czarnej mazi - wykrzywi� usta z
niesmakiem.
- Zacumowali zbyt blisko. Zadzwoni� do Mas - seya... pami�tasz go? Kole� z
marynarki. Zaraz zrobi z nimi porz�dek.
TUAK! Druga pi�ka trafi�a prosto w kad�ub.
- Dzie�doberek! Co u was, �piochy? Nie chcecie rozmawia� ze z�ymi nafciarzami?
No
tak, ropa to wstr�tny... jak mu tam... polutant! A wiecie, ile ropy spala ten
zardzewia�y silnik
przy waszej balii? Chick poda� szefowi ostatnie raporty.
- Zadzwoni� do Masseya. Ten facet to burza. Taki sukinsyn, �e nienawidzi go
nawet
w�asna matka.
- Spokojnie, Chick. Greenpeace lubi wieloryby i ja te� lubi� wieloryby. Nie
podoba
mi si� tylko, �e parkuj� na moim podje�dzie. - Harry rzuci� okiem na raport. -
Dlaczego
wiercili na Dw�jce?
- Posz�o im nie�le. Ca�e pi��dziesi�t cztery metry...
- Kto, do cholery, kaza� im wierci�? - w�ciek� si� Harry. - Przecie� zamkn��em
Dw�jk�.
- Chcesz zgadywa�? - zapyta� Chick. - Czy ju� wiesz?
Harry zacisn�� z�by i poczerwienia� ze z�o�ci. Zamachn�� si� i wrzuci� kij
golfowy do
oceanu.
- Harry, czy wiesz, ile zap�aci�em za t� pi�tk�? - zapyta� go rzeczowo Chick.
Stamper szed� ju� przez pok�ad i wykrzykiwa� dono�nie:
- A.J.! A.J.! Bierz dup� w troki i chod� tu! Dw�ch robotnik�w podnios�o g�owy
znad
rury, kt�r� przycinali.
- Ciekawe co zmalowa� tym razem - zachichota� jeden z nich.
Harry wszed� do nadbud�wki.
Zaraz za progiem natkn�� si� na geologa, niejakiego Rockhounda, kt�ry siedzia�
na
ziemi, przyodziany jedynie w bokserki, kask ochronny i tenis�wki. Na d�oni mia�
r�kawic�, a
w niej ogon wielkiej ryby.
Harry omin�� go.
- Hej, Har! - krzykn�� geolog. - Sp�jrz na to �cierwo, cz�owieku! Ponad
dwadzie�cia
kilo umi�nionego, z�ego jak skurczybyk �a�cucha pokarmowego! Cholernej morskiej
maszyny do zabijania!
- Gdzie jest A.J.? - zapyta� Harry.
- A o co chodzi? - Rockhound nagle spowa�nia�. - Hej, trafili�my? Dzi�ki Ci,
Bo�e!
Mo�emy ju� st�d spada�?
Harry nie s�ucha� go. Ruszy� dalej.
- Wiesz, jak ze mn� jest! - wo�a� za nim geolog, potrz�saj�c rybim ogonem. - Jak
zaczynam �owi� ryby, to znak, �e nied�ugo mi odbije. Har, zaczekaj!
Sala konferencyjna Kontroli Lot�w
Wszystkie oczy skierowane by�y na Dana Trumana, kt�ry czyta� raport matematyk�w.
Liczby nie k�ama�y. To by�a rzeczywisto��.
Rozejrza� si� po sali. Mia� nadziej�, �e nie by�o po nim wida� tego, co czu� w
�rodku.
�e to, co czu�, nie udzieli si� innym.
- W porz�dku, przejd�my teraz do rzeczy - m�wi� cicho, ale jego g�os s�ycha�
by�o
doskonale w ca�ej sali. - Chc� pozna� ka�d� strategi�, jak� opracowali�my na
wypadek kolizji
z cia�em niebieskim. Ka�dy pomys�, ka�dy program, ka�dy szkic na serwetce i
pude�ku po
pizzy. Przez trzydzie�ci lat kwestionowano w tym kraju potrzeb� istnienia NASA -
ci�gn��. -
Teraz mamy szans� odpowiedzie� na ataki.
Nim up�yn�a sekunda, w ca�ej sali zawrza�o. Nadszed� czas, by spo�ytkowa� ca��
wiedz�, jak� zgromadzili od chwili przest�pienia progu szko�y, by przypomnie�
sobie ka�dy
najbardziej nieprawdopodobny pomys�, kt�rym dzielili si� z kolegami po lekcjach,
by
wykorzysta� wszystko, czego nauczyli si� w NASA, i rozwi�za� - modl�c si� do
Boga o
powodzenie - najwi�kszy problem, przed jakim stan�a ludzko�� w ca�ej swojej
historii.
Rozdzia� trzeci
Harry Stamper wy�adowa� ca�� swoj� z�o�� na drzwiach kabiny, kt�re otworzy� z
hukiem. Przekroczy� pr�g i rozejrza� si� po mrocznym wn�trzu. Chcia�o mu si�
rzyga�.
Wszystko przez to, �e widzia� w ciemno�ci jak kot. I jak kap�an zagl�da� wprost
do ludzkich
serc. Przede wszystkim jednak potrafi� odr�ni� pi��dziesi�t siedem odmian
k�amstwa.
Powinien by� od razu si� domy�li�, gdzie znajdzie tego sukinsyna. Le�a� na koi
zwini�ty jak
embrion. Harry przesun�� si� o dwa kroki w g��b i kopn�� koj� wci�ni�t� w
najciemniejszy
k�t.
- Wstawaj - warkn��. - Chyba �e wolisz, �ebym ci� wywali�.
A.J. usiad� na pos�aniu. Czu� strach, kt�ry maskowa� niewinnym wyrazem twarzy.
Rezultat by� mierny. Z takim wygl�dem A.J. nadawa�by si� do reklamy p�atk�w
kukurydzianych. Pod warunkiem, �e przesta�by pozowa�...
- Co jest...? - zapyta�. - Jeste� wkurzony... czy jak...
- Jeszcze nie widzia�e� mnie wkurzonego - rykn�� Harry. - I nie udawaj g�upka!
Zamkn��em Dw�jk�. Wiedzia�e� o tym!
- Co...? - A.J. zamar�. Wygl�da� jak facet siedz�cy na krze�le elektrycznym i
czekaj�cy na telefon od gubernatora. - Aha... - udawa�, �e poj��, o co chodzi. -
Aha...
Dw�jka...
- Tak, Dw�jka! - wrzasn�� Harry. - Nie ty w�adowa�e� w ten kontrakt osiem
milion�w
dolar�w! Nie tobie pali si� dupa! Je�li nie trafisz na dziewi�tnastu tysi�cach,
mo�esz robi�, co
ci si� �ywnie podoba, mo�esz si� nawet powiesi�, ale nigdy, przenigdy nie
lekcewa� moich
polece�!
- No taaa... - powiedzia� A.J. Za weso�o, jak na cz�owieka, kt�rego ruga� szef.
-
Oczywi�cie masz racj�. Pozw�l, �e si� ubior�. - Wsta�, zakrywaj�c si�
prze�cierad�em. - B�d�
gotowy za dwie minuty.
Harry zastanawia� si� przez chwil�, odk�d to A. J. jest taki wstydliwy, ale by�
za
bardzo rozgniewany, by rozwa�a� t� kwesti�.
- Chc� us�ysze� od ciebie pi�� s��w. Natychmiast! A. J. zmarszczy� brwi i liczy�
na
palcach, m�wi�c:
- Przykro mi... Harry... - To tylko trzy. - Bardzo... przykro?
- NIGDY JU� TEGO NIE ZROBI�! - wrzasn�� Stamper.
A. J. kiwn�� g�ow� jak uczniak.
- Nie zrobi�... Wiesz, �e nie zrobi�... Kto to spieprzy�? Ja. Cholera, Harry,
da�em
dupy... Wszystko, co my�lisz, to prawda... - Zachichota� nerwowo jak kiepski
sprzedawca
pr�buj�cy uspokoi� w�ciek�ego klienta. - B�d� w operacyjnym za pi�� minut, okay?
Harry zmru�y� powieki i wbi� wzrok w oczy A.J.�a. Tu co� �mierdzi. A.J. za
bardzo
si� kaja� jak na A.J.�a.
Co� jest nie w porz�dku.
- Pracuj� z tob� od pi�ciu lat, A.J. I przez te wszystkie lata nigdy mnie tak
szybko nie
przeprasza�e�. Co� ci powiem... Nie podoba mi si� ten po�piech... Robi� si�
nerwowy... I
podejrzliwy... - Podszed� bli�ej i zajrza� mu w twarz. A.J. odwr�ci� wzrok. -
M�w, A.J., co
jeszcze nie wysz�o?
- Nic, Har, przysi�gam! - A.J. podni�s� do g�ry praw� r�k�. - Chodzi o to, �e...
no
wiesz... w moim �yciu otwiera si� nowy rozdzia�...
Harry mrukn�� co� pod nosem i odwr�ci� si� do wyj�cia.
- Aaaapsiiik! - To nie by�o kichni�cie m�czyzny! Harry zamar�.
A.J. u�miechn�� si� g�upio i wytar� r�k� nos.
A wi�c to tak!
Stamper wyszczerzy� z�by jak krokodyl.
- Nowy rozdzia�, powiadasz... Sprawd�my, co kryje si� w starym... - Jednym
skokiem
znalaz� si� przy koi i szarpn�� ko�dr�.
Spod ko�dry wy�oni�a si� przezroczysta pi�ama okrywaj�ca m�od�, dwudziesto
trzyletni� kobiet� o ciemnych, l�ni�cych w p�mroku w�osach.
- Grace? - Harry�emu opad�a szcz�ka.
- Harry... - pisn�o znalezisko.
- Chyba wspomina�em, �e masz do mnie m�wi� TATO!
Zanim twarz Harry�ego wykrzywi� kolejny gniewny grymas, A.J. zd��y� wyskoczy� z
kabiny i zsun�� si� po kablu na pok�ad.
Po kilku sekundach Harry by� ju� u siebie. Wyrwa� z szafy �rut�wk� i pobieg� za
A.J.�em.
- Harry! Harry! - krzycza� A.J. - Masz prawo zachowywa� si� irracjonalnie... w
tych
okoliczno�ciach... ja to rozumiem...
BUUM!
Up�yn�o kilka dobrych chwil, zanim A.J. zorientowa� si�, �e Harry strzeli� w
powietrze, a nie w jego brzuch. Chryste, a� dzwoni w uszach! - Harry... nie
wyg�upiaj si�,
cz�owieku!
- Wyci�gn��em ci� z wi�zienia! - wrzasn�� Harry, repetuj�c bro�. - Uratowa�em ci
�ycie! Pokaza�em ci cel! I jak mi si� odp�acasz?
- Zaczekaj! - krzykn�� A.J. - Pos�uchaj mnie, Harry...
Ale Harry nie nale�a� do tych, kt�rzy czekaj�. A.J. rzuci� si� w stron� d�wigu
g�ruj�cego nad pok�adem i tafl� morza. Wspi�� si� na metalowe szczeble. Na
platform�
wybieg�a Grace.
- Harry, przesta�! - krzykn�a w stron� ojca. - Zachowujesz si� jak ob��kany!
- Kochanie - powiedzia� Harry, nie odwracaj�c g�owy w jej stron�. - Id� si�
ubra�.
- Nie mo�esz mn� rz�dzi�!
- Wiem. Id� si� ubra�! NATYCHMIAST! Ruszy� za A.J.�em.
- Harry, pos�uchaj... - A.J. dysza� i krzywi� si� uderzaj�c bosymi stopami o
metalowe
cz�ci d�wigu. - Nie b�d� tego powtarza�: OD�ӯ BRO�!
BUUUM!
A.J. o ma�o nie zemdla�, gdy poczu� gor�cy podmuch w okolicy majtek. Chryste,
gdzie ten facet celuje?!
Harry za�adowa� i podni�s� strzelb� do g�ry.
Nagle wyros�a przed nim jaka� ogromna posta�. Jayotis �Misiek� Kurleenbear -
jeden
ze sta�ych pracownik�w Harry�ego - zas�oni� mu widok. Misiek zas�u�y� na sw�j
przydomek
nie tylko dzi�ki nazwisku. Przypomina� nied�wiedzia swym wielkim cielskiem i
brakiem
nawyk�w higienicznych.
- Od�� pan te pukawke, szefie - powiedzia� cicho.
- Spadaj - rzuci� kr�tko Harry. - Chyba �e chcesz mie� dziur� w brzuchu.
Misiek u�miechn�� si�.
- Dobra jest... - roz�o�y� r�ce. - Chcia�em tylko da� facetowi fory...
Harry pokr�ci� g�ow� i omin�� Mi�ka. A.J. wci�� wspina� si�, ratuj�c sk�r�.
- Jeste� tym samym g�upim �mieciem, kt�rym by�e�! - wrzasn�� Harry. - Tylko �e
teraz jeste� dwa razy starszy!
- Harry, pos�uchaj mnie... - b�aga� A.J., stawiaj�c wszystko na jedn� kart�. -
Ja j�
KOCHAM!
- B��dna odpowied�! - Harry strzeli� po raz trzeci.
Tym razem trafi� w okucia pomp, z kt�rych sypn�y iskry.
Za plecami Harry�ego wyr�s� Chick.
- Harry, zanim zastrzelisz najlepszego cz�owieka z za�ogi, porozmawiaj ze mn�...
- Nie s�ysz�, co m�wisz - odburkn�� Harry. - Widz�, �e ruszasz ustami, ale z�o��
rzuci�a mi si� na uszy... A teraz znikaj... - Odepchn�� Chicka i zbli�y� si� do
podstawy
d�wigu.
- Porozmawiajmy o tym, cz�owieku! - krzykn�� z g�ry A.J.
- W�a�nie to robimy! - odpar� Harry. BUUUM!
Harry strzela� z bliska. A.J. straci� r�wnowag�, pr�buj�c uchyli� si� przed
strza�em.
Odpad� od metalowej konstrukcji.
- Nieeee! - pisn�a Grace.
Gdy otworzy�a oczy, A. J. wisia� na stalowym kablu. Wci�ga� si� z powrotem na
d�wig, a Harry repeto wa� bro�.
Nie zastrzel� przecie� g�wniarza - my�la� Harry, celuj�c w A.J.�a. I wtedy
przypomnia� sobie, �e ten g�wniarz le�a� w ��ku z jego c�rk�! Pod nosem ojca!
Morderstwo w afekcie? Je�li w �awie przysi�g�ych zasi�d� ojcowie dorastaj�cych
c�rek, zostanie uniewinniony...
AAAAAAAAAAAAAAAAAAHHHHHNNNNNNNN!
Wycie pok�adowej syreny przerwa�o po�cig. Syren� w��czano tylko w wyj�tkowych
okoliczno�ciach. Harry opu�ci� strzelb� i spojrza� za siebie na pok�ad, po
kt�rym bieg�
Rockhound, wymachuj�c r�kami.
- Przerwa! Przerwa! - Rockhound u�o�y� d�onie w liter� T. - Mamy go�ci!
Za�oga rozejrza�a si� po horyzoncie. W oddali pojawi� si� du�y statek.
Harry z�ama� strzelb�. Najpierw interesy, potem rodzinne nieprzyjemno�ci.
Na stole operacyjnym w Kontroli Lot�w le�a�y zwa�y ksi��ek, raport�w, szkic�w,
modeli pogl�dowych - dziesi�tki nie dopracowanych propozycji teoretycznych,
pe�nych
�je�li�, �gdyby� i �lub�.
M�odemu plani�cie, kt�ry pr�bowa� wyja�ni� sw�j pomys�, dr�a�y r�ce.
-...i wtedy... w tysi�c dziewi��set siedemdziesi�tym czwartym... by� taki...
pomys�, �e
w wypadku... gdyby planetoida... czy powiedzmy meteor... cho�, technicznie rzecz
ujmuj�c,
meteor to...
Truman przymkn�� oczy. Pieprzenie. Zanim ten dzieciak sko�czy, wszyscy
zamienimy si� w okruchy antymaterii.
- Niech kto�, kto wypi� dzisiaj mniej kawy, przet�umaczy mi to na angielski -
mrukn�� znudzonym tonem. - Grunberg, t�umacz.
- Nasza pierwsza propozycja mieszcz�ca si� w granicach wykonalno�ci to
wykorzystanie generatora laserowego o strumieniu sto�kowym w celu podgrzania
obiektu do
temperatury umo�liwiaj�cej...
- R�wnie dobrze mo�esz strzela� z korkowca w poci�g towarowy - przerwa�
zniecierpliwiony Truman. - Alexander, co tam masz?
- Powiedzmy... �e odpychanie elektrostatyczne... - powiedzia� nie�mia�o
Alexander.
- Co z nim? - wykrzywi� si� Truman. - Cz�owieku, mamy dwa i p� tygodnia, wi�c
nie opowiadaj mi o zmianie Ksi�yca w magnes. Waisler, twoja kolej...
Waisler podni�s� ze sto�u rysunek techniczny.
- Mamy projekt sondy, kt�ra po wyl�dowaniu na obiekcie umie�ci�aby na nim �agle
reaguj�ce na wiatr s�oneczny i zmieniaj�ce lekko trajektori�... Z tym �e
rozmiary...
- Tak, wiem. Ale to tw�rczy pomys�... Waislerowi opad�y k�ciki ust.
- Ale niewykonalny... Truman nawet nie mrugn��.
- Owszem. Co jeszcze macie? - Spojrza� ze z�o�ci� na zegar - oficjalny stoper
NASA
odliczaj�cy czas z dok�adno�ci� do tysi�cznej cz�ci sekundy. Do kolizji
pozosta�o
431:15:18:014. 18 dni.
- Czas, drodzy panowie, up�ywa nieub�aganie...
Na pok�adzie platformy wiertniczej zebra�a si� zaprawiona w bojach za�oga
Harry�ego. Wszyscy mieli powa�ne miny profesjonalist�w, gdy patrzyli na trzech
biznesmen�w z Hongkongu, przygotowuj�cych si� do wej�cia na pokryt� szlamem
platform�
z pok�adu l�ni�cego czysto�ci� jachtu.
Grace - ju� ubrana - sta�a u boku ojca niczym uosobienie fachowo�ci. Wci��
zdenerwowany A.J. zaj�� miejsce za masywnymi plecami Mi�ka.
Spok�j Grace by� tylko pozorem, mask�, pod kt�r� a� kipia�a ze z�o�ci.
- Rozumiem, �e cierpisz na naturaln� niedojrza�o��, Harry...
- Tato. M�w do mnie �Tato�.
- Ale ja nie mam zamiaru sko�czy� tak jak ty: sama, ze �wirem na punkcie pracy,
bez
�yciowego partnera...
- Mam mn�stwo partner�w - odpar� ura�ony Harry. - Misiek jest ze mn� od
dziesi�ciu lat, Chick od dwudziestu...
- Ja wybra�am A.J.�a, Harry. To m�j wyb�r! I chc�, �eby� to uszanowa�.
- To jedyny facet w twoim przedziale wiekowym, male�ka - zaprotestowa� Harry,
nie
spuszczaj�c z oczu nadchodz�cych Azjat�w. - To nie jest wyb�r, ale brak opcji!
Grace skrzywi�a si�.
- W porz�dku. Poniewa� jeste� tak znakomitym ekspertem w sprawach dziewcz�t i
ch�opc�w, zadam ci tylko jedno pytanie... - jej g�os ocieka� sarkazmem. -
Powiedz mi: gdzie
jest moja mama?
- Nie zaczynaj od nowa...
- Tu ci� boli - rzuci�a Grace, udaj�c, �e co� sobie przypomina, bawi�c si� z nim
w
przekonaniu, �e ju� wygra�a. - Biedaku, nie wiesz? No bo sk�d masz wiedzie�?
Zapomnia�a
zostawi� nam adres, kiedy od ciebie odesz�a.
- Grace - wtr�ci� z ty�u Chick. - Za du�o sobie pozwalasz.
Grace nie zwr�ci�a uwagi na s�owa starego i dr��y�a dalej:
- To by� dobry wyb�r, Harry, m�j ty znawco...
- M�wisz o swojej matce! - przerwa� jej. Grace pokr�ci�a g�ow�.
- Czego ty ode mnie chcesz? Nie mog� by� przez ca�e �ycie s�odk�, ukochan�
c�reczk� tatusia!
- Chc�, �eby� wr�ci�a na l�d nast�pnym transportem i w poniedzia�ek pojawi�a si�
w
biurze.
- Naprawd�? Rzucam prac�.
Harry potar� czo�o. Zepsu�em t� dziewczyn� - powiedzia� do siebie. Pozwoli�em
jej na
zbyt du�� niezale�no��. Ale teraz nadszed� czas, �eby pokaza� jej, kto tu
rz�dzi. Musi mnie
s�ucha�, jak wszyscy na tej platformie!
- Nie rzucisz pracy - powiedzia� g�o�no. - I nie b�dziesz spotyka� si� z
A.J.�em. I nie
b�dziemy ju� o tym rozmawia�. Zrozumia�a�?
Zdziwi� go �miech c�rki.
- Co...?
Grace ledwo zdo�a�a si� opanowa�, by powita� klient�w z Hongkongu, kt�rzy byli
oczarowani jej doskona�ym, p�ynnym kanto�skim dialektem chi�skiego.
Harry, rzecz jasna, nie mia� najmniejszego poj�cia, o czym, do cholery,
rozmawiali,
ale kiwa� g�ow�, u�miecha� si� i k�ania�, a gdy c�rka przerywa�a na chwil� sw�
miodop�ynn�
przemow�, nie przestawa�a k��ci� si� z nim, spogl�daj�c niewinnie na Chi�czyk�w.
- Spotykam si� z A.J.�em od sze�ciu miesi�cy! Harry mia� nadziej�, �e klienci
nie
zrozumieli dosy� popularnego s�owa, kt�re wyrwa�o mu si� z ust.
Grace zaprosi�a Chi�czyk�w do zwiedzania statku.
Harry zr�wna� si� z c�rk�.
- Czy kiedykolwiek... cho�by raz... zabroni�em ci czego�?
- Owszem. �y� na w�asny rachunek - u�miechn�a si� s�odko do Chi�czyka. - Wiesz,
dopiero ca�kiem niedawno dowiedzia�am si�, �e wi�kszo�� dzieci nie mieszka na
platformach
wiertniczych i nie zalicza osiemnastu m�rz i ocean�w, zanim sko�cz� dziewi�ty
rok �ycia.
Nie mia�am o tym poj�cia, a ty?
- Wi�c jeste� obyta! - rzuci� Harry. - Nie musisz mi dzi�kowa�. M�wisz pi�cioma
j�zykami. Dzi�ki komu? Oczywi�cie nie chc� s�ysze� �adnego merci ani grozie...
- ...podobnie jak o tym, �e wi�kszo�� dziewcz�t nie po�ycza golarki, �eby po raz
pierwszy ogoli� sobie nogi, od zwalistego potwora, na kt�rego wo�aj� Misiek! A
pami�tasz
m�j pierwszy okres, Harry? Rockhound zawi�z� mnie do Taipei, �ebym mog�a kupi�
sobie
tampaxy. I ten sam Rockhound pokaza� mi, jak ich u�ywa�!
Harry spojrza� twardo na Rockhounda, kt�ry zachichota� nerwowo.
- Ja jej tylko powiedzia�em, Harry. Niczego jej nie pokazywa�em...
- A w czasie, gdy wszystkie inne dziewczyny stroj� swoje lalki, ja bawi�am si�
tytanowymi g��boko�ciomierzami! - perorowa�a Grace. - O ptaszkach i pszcz�kach
dowiedzia�am si� z tatua�y Maksa. A pierwsz� sukienk� za�o�y�am na pogrzebie
nafciarza o
przezwisku Rocky �Nosoro�ec�! Trzynaste urodziny sp�dzi�am w burdelu w Managui w
towarzystwie Chicka, Maksa i jedenastu kurew o imionach: Rosa...
- Ach, Rosa! - rozmarzy� si� Maks. - Ka�da z nich...
- Wychowywa�am si� w�r�d facet�w, Harry - ci�gn�a Grace. - Przez ciebie. I
nagle
jeste� zdziwiony i zszokowany, �e zakocha�am si� w jednym z nich...
Zdruzgotany Harry spogl�da� niemo na c�rk�. Grace stan�a przed nim i uj�a si�
pod
boki.
- Doros�am, Harry. Mo�e akurat patrzy�e� w drug� stron�, wi�c nie zauwa�y�e�, �e
nie
bawi� si� ju� tytanowymi g��boko�ciomierzami!
Harry otworzy� usta, by odpowiedzie�, gdy nagle us�ysza� g�uche dudnienie. Wok�
dr�a�y wszystkie rury. Przeni�s� wzrok na ci�nieniomierze. Cholera, brakuje
skali! Po chwili
wskaz�wka opad�a... i zn�w podskoczy�a, raz, drugi...
Harry wyba�uszy� oczy i pu�ci� si� p�dem przed siebie.
Grace przygl�da�a si� ojcu zupe�nie zdezorientowana.
A.J. pobieg� za Harrym z szerokim u�miechem na ustach.
- Czy to Dw�jka?! - wrzasn�� Harry.
- Jasne, cz�owieku! - odkrzykn�� dumnie A.J. - Trafili�my! M�wi�em ci!
- Idioto! - Harry nie m�g� opanowa� gniewu. - Jak my�lisz, dlaczego j�
zamkn��em?
Zaw�r bezpiecze�stwa Dw�jki jest otwarty! - Odwr�ci� si� w stron� Grace. -
Zabierz st�d
tych ludzi!
-
Haaauuuuuuuszszszsz! Nafta, rury, szlam - wszystko poszybowa�o w powietrze.
- Chick! - krzykn�� Harry - Do obrotnicy! Ruszaj! Misiek, Maks - ko�nierze na
zawory! Gazem!
A. J. bieg� za Harrym. Grace wci�gn�a zdezorientowanych klient�w pod dach,
gdy...
UAAM! Ropa wyrwa�a zaw�r. Nad platform� wyros�a czarna fontanna. Chick i jego
ludzie �ci�gali sprz�t i pracowali przy otworze. Robili wszystko, by zatrzyma�
wyp�yw, daj�c
klientom niez�y pokaz sprawno�ci.
Harry udawa�, �e nic si� nie sta�o. Gdy spojrza� w stron� Chi�czyk�w, na jego
umazanej czarn� mazi� twarzy zal�ni� bia�y u�miech.
- To tylko test, panowie - t�umaczy�, przekrzykuj�c ha�as. - �wiczenia
przeciwpo�arowe. Nigdy nic nie wiadomo!
W Houston bia�a gor�czka ogarn�a wszystkich i wszystko.
Nie ma czasu do stracenia - m�wi� do siebie Truman, pocieraj�c czo�o.
Rozpoczyna�a
si� kolejna narada. Tym razem z genera�em Kimseyem.
- Bior�c pod uwag� blisko�� asteroidy i brak czasu na przygotowanie, �aden z
naszych pierwotnych plan�w nie ma szans powodzenia.
- Dlaczego nie mieliby�my pos�a� mu stu pi��dziesi�ciu g�owic i rozwali� go w
drobny py�? - zapyta� Kimsey.
- Dobre pytanie - powiedzia� rzeczowo m�czyzna siedz�cy po drugiej stronie
sto�u. -
Ale kiepski pomys�.
Kimsey spiorunowa� go wzrokiem.
- Czy ja m�wi�em do pana?
- Pan pozwoli, generale: doktor Ronald Quincy z dzia�u bada� - Truman
przedstawi�
niefortunnego komentatora. - Jeden z najm�drzejszych ludzi na tej planecie. By�
mo�e zechce
pan wys�ucha� jego opinii.
Quincy pochyli� si� w stron� genera�a.
- Nale�y zastanowi� si�, z jakim celem mamy do czynienia. Jaki jest jego sk�ad,
wymiary, szybko��. Zapewniam pana, generale, �e mo�e pan zbombardowa� ten obiekt
wszystkimi g�owicami, jakie ma pan do dyspozycji, a nasza sytuacja nie ulegnie
zmianie.
- Powinien pan wiedzie� - odrzek� Kimsey - �e doradcy naukowi prezydenta
zapewnili nas, i� wybuch nuklearny zmieni trajektori� asteroidy.
- Znam tych ludzi - przerwa� mu Quincy. - Znam ich z MIT. Z ca�ym szacunkiem,
panie generale: w sytuacji takiej jak ta nie b�dzie pan s�ucha� rad ludzi,
kt�rzy na zaliczeniu z
astrofizyki mieli trzy minus. Doradcy prezydenta si� myl�.
- Uderzenie z zewn�trz na nic si� nie zda - doda� Truman.
- Jak to z zewn�trz?
- Je�li odpali pan petard� na otwartej d�oni, mo�e si� pan poparzy� - t�umaczy�
Quincy. - Ale je�li zamknie pan d�o� i podpali lont... przez reszt� �ycia b�dzie
pan prosi� �on�
o otwarcie butelki z keczupem.
- Sugeruje pan wybuch podziemny? - zapyta� Kimsey. - Ale jak?
- Trzeba wywierci� otw�r - powiedzia� rzeczowo Truman. - Trzeba �ci�gn��
najlepszego na �wiecie specjalist� od g��bokich odwiert�w.
Najlepszy na �wiecie specjalista od g��bokich odwiert�w znalaz� si� w bardzo
niewygodnej sytuacji. Fontanna ropy pokry�a platform� i wszystkich obecnych
czarn� mazi�.
Na jaki� czas trzeba by�o zapomnie� o wierceniu. Harry �lizga� si� po pok�adzie
i potyka� o
rury, biegn�c w stron� gigantycznego kurka zamykaj�cego zaw�r.
Chwyci� za obr�cz. Kurek ani drgn��. Co� musia�o blokowa� tryby. Harry otar�
rop� z
oczu.
Sprawa wygl�da�a beznadziejnie. Nagle obok Harry�ego wyr�s� A.J. Razem, bez
s�owa, chwycili za obr�cz. Napi�li mi�nie. Powoli, milimetr po milimetrze,
kurek zacz�� si�
obraca� przy wt�rze zgrzytaj�cych tryb�w. Fontanna zmala�a.
Zrobili sobie przerw� i usiedli w czarnej ka�u�y. A.J. u�miechn�� si�
niewyra�nie. Po
chwili ju� szczerzy� z�by.
- Nie ma si� z czego �mia� - powiedzia� Harry. Wsta� i �lizgaj�c si� w ka�u�y
ropy,
odszed�.
Nie uszed� daleko. Stan�� jak wryty na widok Grace i klient�w z Hongkongu
pokrytych warstw� ropy. Niedobrze - pomy�la�. Chi�czyk�w, ich garnitury,
krawaty, a nawet
l�ni�cy nie tak dawno czysto�ci� jacht oblepia�a czarna, cuchn�ca ma�.
Dziwne, �e chce im si� �mia�.
- Kciuka do g�ry, Harry! - wykrzykn�� jeden z go�ci �aman� angielszczyzn�. - Ty
wielki cz�owiek! Mn�stwo kciuka!
Harry odwzajemni� u�miech i odpowiedzia� uniesionym kciukiem na gest Chi�czyka.
A potem odwr�ci� si� w stron� stoj�cego na mostku Chicka. - Wszyscy �yj�?
Trzymamy si�?
- Wszystko w porz�dku! - odkrzykn�� Chick. - OPEC podnosi ceny!
Harry o ma�o nie odgryz� sobie j�zyka, gdy kto� uderzy� go z ca�ej si�y w plecy.
Odwr�ci� g�ow� i ujrza� szczerz�cego z�by A.J.�a.
- Nast�pnym razem powiedz mi, kiedy odkr�casz zaw�r, dobraaaa...
BANG!
A.J. pad� na pok�ad, zanim b�l z pi�ci Harry�ego dotar� do jego m�zgu. Grace
zas�oni�a usta i podbieg�a do m�czyzn.
- Ale... ale... to przecie� ja trafi�em, Harry! - be�kota� z niedowierzaniem
A.J.
- Mia�e� szcz�cie, g�wniarzu! Co nie znaczy, �e jeste� m�dry - warkn�� Harry. -
Kto� m�g� dzisiaj zgin��.
A.J. pomaca� szcz�k� i wsta�. Grace zatrzyma�a si� obok niego.
- Mam szcz�cie i jestem m�dry - rzuci� Harry�emu na z�o��.
- Naprawd�? - Harry pchn�� go przed sob�. - To jest szcz�cie? - Pchn�� go
ponownie. - A mo�e wolisz wykaza� si� m�dro�ci�?
TUK-TUK-TUK-TUK-TUK.
Wszyscy - w��cznie z Chi�czykami - podnie�li g�owy. Nadlatywa� helikopter. Harry
zmru�y� oczy w porannym s�o�cu. Nie mia� poj�cia, co si� dzieje. Seahawk...? Tak
wcze�nie?
I wcale nie przelatuje. Przygotowuje si� do l�dowania. Na jego cholernym
pok�adzie!
Za�oga zebra�a si� wok� l�dowiska w niedba�ym szyku. Helikopter usiad�, a na
pok�adzie stan�o sze�ciu ros�ych marines. Za nimi wyskoczy� oficer z baretkami
na piersi.
Harry pomy�la�, �e to admira�.
- Gdzie jest Harry Stamper?! - krzykn�� oficer. Harry pokr�ci� g�ow� z
niedowierzaniem.
- Cholera, przecie� jeszcze nie ma dziewi�tej - mrukn�� do siebie. - O co
chodzi?! -
krzykn�� g�o�niej.
�o�nierz ruszy� w jego stron�, ostro�nie stawiaj�c kroki na �liskim pok�adzie.
- Musimy porozmawia� - powiedzia�. - Na osobno�ci.
Harry wprowadzi� go do nadbud�wki.
- Admira� Kelso - przedstawi� si� nowo przyby�y. - Jestem dow�dc� Floty
Pacyfiku.
Przylecia�em do pana z rozkazu sekretarza obrony na bezpo�rednie polecenie
prezydenta
Stan�w Zjednoczonych. Sprawa dotyczy bezpiecze�stwa narodowego. Chc�, by pan
natychmiast wsiad� do mojego helikoptera i nie zadawa� �adnych pyta�. Prosz�
powiedzie�
swoim ludziom, �e leci pan ze mn� na ochotnika.
Harry przechyli� g�ow� i u�miechn�� si� do admira�a.
- Kto was napu�ci�? Szalony Will?
- Obawiam si�, �e nie znam nikogo o takim... nazwisku - powiedzia� powa�nie
admira�. - Jednak zapewniam pana, �e to nie jest �art.
Harry nie przestawa� si� u�miecha�, czekaj�c na puent�. Ale gdy spojrza� w
lustrzane
szk�a okular�w admira�a, poj��, �e nie ma mowy o �adnych kawa�ach. Zanim jednak
zd��y�
otworzy� usta, do kabiny wpad� Rockhound.
- Harry, kln� si� na Boga, �e nie wiedzia�em, ile ma lat... - be�kota� geolog. -
Nie
powiedzia�a mi... Nie musisz od razu �ci�ga� ca�ej armii...
- Zamknij si� - przerwa� mu Harry. - Im chodzi o mnie.
- Cooo? Aha... Przepraszam, przepraszam... Zapomnijmy o wszystkim... -
Rockhound wy�lizgn�� si�.
Harry podj�� decyzj� w typowy dla siebie spos�b: szybko. Spojrza� na pok�ad, na
Grace i A.J.�a zatopionych w rozmowie.
- Polec� z panem - powiedzia� do admira�a. - Ale pod jednym warunkiem...
Grace i A. J. byli tak zaj�ci sob�, �e nie zauwa�yli czterech �o�nierzy piechoty
morskiej id�cych w ich stron�.
- Uwa�am, �e nie posz�o nam tak �le - m�wi� A.J. - Bior�c pod uwag�...
- Co? - przerwa�a mu Grace z tak� sam� z�o�ci�, z jak� rozmawia�a z ojcem. - Co
chcesz wzi�� pod uwag�? �e wypiera ze �wiadomo�ci wszystko, co jest ze mn�
zwi�zane? �e
uwa�a ci� za syna?! Wed�ug niego pope�nili�my KAZIRODZTWO, A.J.!
- Mo�e powinni�my powiedzie� mu wcze�niej?
- Stajesz po jego stronie! - wykrzykn�a. - Przed chwil� uderzy� ci� w twarz!
Nie zd��y�a doda� niczego wi�cej, bo tu� przed ni� wyr�s� wielki �o�nierz.
- Panienko, prosz� wsi��� do tego helikoptera - powiedzia� beznami�tnie. -
Sprawa
bezpiecze�stwa narodowego.
Grace rozejrza�a si� b��dnie.
- Bezpiecze�stwa...? Co mam zrobi�...? Kolejne pytania zamar�y na jej ustach, bo
po
obu stronach A.J.�a stan�li dwaj �o�nierze i podnie�li go za �okcie do g�ry.
Grace otworzy�a usta, by krzykn��, gdy sama znalaz�a si� w powietrzu.
Umazany rop� Harry siedzia� ju� w helikopterze i przygl�da� si� z u�miechem, jak
Grace jest �eskortowana� do maszyny.
- Chick! - Harry wychyli� si� z helikoptera. - Teraz ty dowodzisz! Zawie� za�og�
do
domu! Panie Fong! Do twarzy panu w czarnym!
Centrum Kosmiczne Johnsona
Harry i Grace odbyli w�a�nie d�ug�, nie planowan� podr� przez Pacyfik. Byli
spi�ci,
zm�czeni i zdezorientowani, gdy wprowadzono ich do holu przed sal� konferencyjn�
krajowego centrum kosmicznego. Do tej pory nikt nawet si� nie zaj�kn��, o co, do
cholery,
chodzi!
Dan Truman powita� ich, wyci�gaj�c r�k�.
- Panie Stamper, panno Stamper. Nazywam si� Truman, Dan Truman. Jestem szefem
tej instytucji. W imieniu wszystkich zainteresowanych chcia�em przepro...
- Wystarczy - przerwa� mu Harry. - Mam do�� przeprosin. Przez bite osiemna�cie
godzin wys�uchuj� samych przeprosin. S�ysza�em przeprosiny na trzech
helikopterach,
jednym lotniskowcu i dw�ch odrzutowcach wojskowych. Przepraszano nas w sze�ciu
strefach
czasowych, wi�c niech pan, do cholery, powie wreszcie, o co chodzi!
Przez chwil� panowa�a niepokoj�ca cisza. M�czy�ni mierzyli si� wzrokiem. Truman
zerkn�� na Grace.
- Niczego nie ukrywam przed c�rk� - powiedzia� Harry. - I tak si� dowie, o co
chodzi.
Od pana albo ode mnie. Mo�e pan wybiera�.
Truman kiwn�� g�ow� i otworzy� przed nimi drzwi sali konferencyjnej. Gdy
znale�li
si� w �rodku, Truman przyciemni� �wiat�a i rozpocz�� przygotowan� napr�dce
prezentacj�.
- Jaki� czas temu kometa o dosy� ekscentrycznej trajektorii uderzy�a w pas
asteroid...
- wyja�nia� -...na skutek tego zderzenia kosmiczne od�amki skalne orbituj�ce do
tej pory w
bezpiecznej odleg�o�ci od Ziemi zmieni�y sw�j tor i ruszy�y w przestrze�. Jeden
z nich jest na
kursie kolizyjnym z nasz� planet�. Wed�ug naszych oblicze� do zderzenia mo�e
doj�� za dwa
i p� tygodnia. Skutki takiej kolizji s� niewyobra�alne... - Truman prze�kn��
�lin�.
- Nawet je�li asteroida, o kt�rej m�wimy... - kontynuowa� -...spad�aby na morze,
efekty odczu�aby ca�a Ziemia. W u�amku sekundy miliony ton wody wyparuje do
atmosfery,
a si�a uderzenia j�dra asteroidy o dno morskie wybije krater wielko�ci po�owy
naszego kraju.
Je�li obiekt spadnie na Pacyfik, powstanie fala uderzeniowa wysoko�ci pi�ciu
kilometr�w,
przemieszczaj�ca si� z szybko�ci� p�tora tysi�ca kilometr�w na godzin�. Fala ta
zaleje
Kaliforni� i dotrze prawdopodobnie a� do Denver. Po drugiej stronie oceanu
zniknie Japonia i
Australia. Po�owa ludzko�ci sp�onie na skutek promieniowania cieplnego, druga
po�owa
zamarznie nieco p�niej po globalnym och�odzeniu klimatu, wywo�anym pow�ok�
chmur z
gaz�w i py��w, kt�ra okryje ca�� Ziemi�.
Gdy Truman zapali� �wiat�a, w sali panowa�a grobowa cisza. Grace dotkn�a r�ki
ojca.
Harry �cisn�� jej d�o�. Oboje nie mogli wydusi� z siebie ani s�owa. Nie mieli
poj�cia, co
mogliby powiedzie�.
- To... niemo�liwe - wyj�ka� w ko�cu Harry.
- Panie Stamper... - zacz�� Truman -...c� mam panu odpowiedzie�?
Kiwn�� g�ow� w stron� stoj�cych z boku technik�w i ci ods�onili szyb�, za kt�r�
wrza�a kontrola lot�w.
- Zbli�a si� w ka�dym u�amku sekundy - powiedzia� Truman. - P�dzi z szybko�ci�
ponad trzydziestu tysi�cy kilometr�w na godzin�. Prosto ku Ziemi. Nikt,
zapewniam pana, nie
jest bezpieczny. Na ca�ej planecie nie ma miejsca, w kt�rym mo�na by si� ukry�.
Harry prze�kn�� �lin�.
- Rozumiem... �e nie ostrzegacie w ten spos�b ka�dego z obywateli.
- Nikt o tym nie wie - powiedzia� z naciskiem Truman. - I tak zostanie. Przez
nast�pne dziesi�� dni asteroida b�dzie widoczna tylko w dziesi�ciu teleskopach
na Ziemi.
Osiem z nich nale�y do nas. Prezydent na�o�y� embargo na ka�d� informacj�
zwi�zan� z tym,
co tu us�yszeli�cie. Podpisali�cie zobowi�zanie.
Kiwn�� na Harry�ego i wskaza� mu gestem ekran komputera.
- Przeprowadzili�my symulacj� skutk�w spo�ecznych. Prosz� spojrze� na punkt
osiemdziesi�ty si�dmy i ni�ej. Gdyby podano t� wiadomo�� publicznie, w ci�gu
kilku godzin
dosz�oby do globalnego za�amania wszystkich funkcji pa�stwa... bezpiecze�stwa
publicznego... systemu us�ug komunalnych... pr�d, gaz, woda, paliwa,
telekomunikacja... to
na pocz�tek. P�niej dosz�oby do zamieszek na ogromn� skal�. Do masowej histerii
religijnej... ca�kowitej erozji jakiejkowiek w�adzy i autorytetu... A zapewniam
pana, �e jest to
zaledwie namiastka tego, co dzia�oby si� w rzeczywisto�ci.
Harry przeciera� oczy ze zdumienia. Nadszed� jednak czas, by zada� najwa�niejsze
pytanie.
- Rozumiem... Ale na Ziemi �yje sze�� miliard�w ludzi, wi�c dlaczego zwracacie
si� z
tym do mnie?
Truman wyprowadzi� ich na korytarz, gdzie czeka� ju� Quincy i ma�a wojskowa
eskorta.
- Chcemy na niej wyl�dowa�. Wywierci� dziur�. Wrzuci� w ni� par� g�owic.
Odlecie�
i zdetonowa� �adunek. Problem w tym, �e mamy k�opoty ze sprz�tem.
Szli korytarzem. Stra�nicy otwierali przed nimi kolejne drzwi. Za ostatnimi
ujrzeli
magazynowy hangar.
- Sprz�t wiertniczy by� na wyposa�eniu pewnego projektu ksi�ycowego, nad kt�rym
pracowali�my przez ostatnie trzy lata - powiedzia� milcz�cy do tej pory Quincy.
- Nie wiem,
czy s�ysza� pan o tym, ale na Ksi�ycu odkryto wod�, du�e pok...
Harry zatrzyma� si�. W g��bi hangaru technicy t�oczyli si� wok� olbrzymiej
samojezdnej platformy, na kt�rej z�o�ono zrobotyzowane rami� wiertnicze,
otoczone
sprz�tem pomiarowym i teflonowymi kablami. Zacisn�� z�by i ruszy� w kierunku
platformy.
Niech ich szlag! - pomy�la�. To niemo�liwe!
- Hmm - chrz�kn�� nerwowo Quincy. - Widz�, �e poznaje pan sprz�t...
- Trudno nie rozpozna� czego�, co projektowa�o si� przez pi�� lat! - powiedzia�
z
niedowierzaniem. To by�o jego urz�dzenie wiertnicze - dok�adnie takie, jakie
widzia� w
marzeniach. I teraz marzenia si� spe�ni�y w r�kach tych facet�w z NASA. Czu� si�
tak, jakby
zasta� w ��ku �on� z kochanki