7444
Szczegóły |
Tytuł |
7444 |
Rozszerzenie: |
PDF |
Jesteś autorem/wydawcą tego dokumentu/książki i zauważyłeś że ktoś wgrał ją bez Twojej zgody? Nie życzysz sobie, aby podgląd był dostępny w naszym serwisie? Napisz na adres
[email protected] a my odpowiemy na skargę i usuniemy zabroniony dokument w ciągu 24 godzin.
7444 PDF - Pobierz:
Pobierz PDF
Zobacz podgląd pliku o nazwie 7444 PDF poniżej lub pobierz go na swoje urządzenie za darmo bez rejestracji. Możesz również pozostać na naszej stronie i czytać dokument online bez limitów.
7444 - podejrzyj 20 pierwszych stron:
DAVID FARLAND
SUMA WSZYSTKICH LUDZI
Ksi�ga l
DZIE� DZIEWI�TNASTY
MIESI�CA �NIW
WSPANIA�Y DZIE� NA ZASADZK�
l
ZACZYNA SI� W CIEMNO�CI
Ca�e miasto wko�o zamku Sylvarresta przyozdobione by�o podobiznami Kr�la Ziemi.
Widzia�o sieje na ka�dym kroku: wisia�y w witrynach sklep�w, sta�y przy murach i
bramach
miejskich, stercza�y przybite obok drzwi budynk�w - umieszczono je wsz�dzie,
gdzie tylko
Kr�l Ziemi m�g�by znale�� jakie� wej�cie do domu.
Wi�kszo�� z nich by�a prostej, wyra�nie dzieci�cej roboty, ot, troch� trzciny
zwi�zanej
w kszta�t cz�owieka, cz�sto z koron� z li�ci d�bowych na g�owie. Jednak przed
sklepami i
tawernami wisia�y figury umiej�tnie wyrze�bione w drewnie, naturalnej wielko�ci,
nierzadko
pracowicie pomalowane i ubrane w porz�dne podr�ne szaty z zielonej we�ny.
Wierzono w�wczas, �e w wigili� Hostenfest duch ziemi wst�puje w swoje podobizny
i
budzi Kr�la Ziemi. Ten za�, o�ywiony, b�dzie chroni� rodzin� przez kolejny rok
oraz pomo�e
zebra� i zwie�� plony.
By� to czas zabawy i rado�ci. W wigili� Hostenfest ojciec rodziny odgrywa� rol�
Kr�la
Ziemi, uk�adaj�c podarki przed kominkiem. Rano, w pierwszy dzie� �wi�t, doro�li
odnajdywali tam flaszki z m�odym winem lub beczu�ki z ciemnym piwem.
Dziewczynkom
Kr�l Ziemi przynosi� lalki ze s�omy i kwiat�w, a ch�opcom jesionowe miecze albo
w�zki.
Wszystkie te podarunki od Kr�la Ziemi by�y tylko drobn� cz�ci� jego zasob�w,
niezmierzonego bogactwa �owoc�w las�w i p�l�, kt�rym wedle legendy nagradza�
tych, co
ukochali ziemi�.
I tak domy i sk�ady wok� zamku by�y mocno zdobne tej nocy dziewi�tnastego dnia
miesi�ca �niw, cztery dni przed Hostenfest.
Wszystkie sklepy zosta�y dok�adnie wysprz�tane i zaopatrzone jak si� patrzy na
bliski
ju� jesienny jarmark.
Ulice by�y puste, jak to o przed�wicie. Poza stra�� miejsk� i kilkoma nia�kami
pow�d,
aby o tak wczesnej porze wychodzi� z dom�w, mieli jedynie kr�lewscy piekarze.
Oni jednak
zbierali ju� piank� z kr�lewskiego piwa i dodawali j� do ciasta, aby bochenki
wyros�y do
rana. Co prawda by� to tak�e sezon na w�gorze, kt�re odbywa�y sw� coroczn�
w�dr�wk�
rzek� Wye, i kto� m�g�by oczekiwa� widoku paru przynajmniej rybak�w, ci jednak
opr�nili
wiklinowe wi�cierze godzin� po p�nocy i dobrze przed drug� stra�� dostarczyli
ju�
rze�nikom bary�ki z �ywymi rybami do osk�rowania i zasolenia.
Poza murami miasta, na ��kach na po�udnie od zamku Sylvarresta, ciemnia�y
sylwetki
namiot�w karawany z Indhopalu, przyby�ej na P�noc ze zbiorem letnich przypraw.
W
obozowisku panowa�a cisza, z rzadka przerywana porykiwaniem os�a.
Bramy miasta by�y zamkni�te, wszyscy cudzoziemcy zostali odprowadzeni, pod
stra��, z kwarta��w kupc�w kilka godzin temu. Nie licz�c przemykaj�cych z rzadka
fret, ulice
by�y wymar�e.
Nikt wi�c nie mia� mo�no�ci dojrze�, co si� dzieje w mrocznej alejce. Nawet
wyposa�ony w dary wzroku siedmiu ludzi kr�lewski dalekowidz�cy, kt�ry pe�ni�
stra� w
gnie�dzie starego graaka ponad Warowni� Darczy�c�w, nie wypatrzy� poruszenia w
w�skich
uliczkach dzielnicy handlowej.
A tymczasem na Kociej, tu� przy rogu z Ma�lan�, dw�ch ludzi walczy�o w mroku o
n�.
Gdyby ich kto zobaczy�, pomy�la�by zapewne o splecionych w walce tarantulach:
r�ce
i nogi tylko miga�y, b�yska� unoszony n�, stopy �lizga�y si� na wyg�adzonym
bruku. Obaj
m�czy�ni sapali i st�kali w tych zapasach ze �mierci�.
Obaj byli ubrani na czarno. Sier�ant Dreys z Gwardii Kr�lewskiej nosi� czarny
mundur ze srebrnym dzikiem, znakiem rodu Sylvarresta. Napastnika okrywa� czarny,
workowaty burnus z bawe�ny, zwyk�y str�j zab�jc�w z Muyyatinu.
Chocia� sier�ant Dreys, ci�szy od swego przeciwnika o pi��dziesi�t funt�w, mia�
si��
trzech ludzi i bez trudu unosi� nad g�ow� ci�ar o wadze sze�ciuset funt�w, to
jednak ba� si�,
�e tej walki nie wygra.
Kwarta� o�wietla�y jedynie gwiazdy, kt�rych blasku nader niewiele dociera�o na
Koci�. Uliczka mia�a ledwie siedem st�p szeroko�ci, a stoj�ce przy niej domy
liczy�y a� po
dwa pi�tra, od frontu za� ich fundamenty znacznie si� przez lata pozapada�y,
przez co dachy
niemal spotyka�y si� w g�rze, kilka metr�w nad g�ow� Dreysa.
Sier�ant ledwo widzia� cokolwiek, z ca�ego napastnika najcz�ciej miga�y mu
bia�ka
jego oczu i r�wnie bia�e z�by, per�owy poblask czego� w lewym nozdrzu... No i
ten l�ni�cy
n�. Jego bawe�niana szata pachnia�a lasem, a z ust zalatywa�o mu any�kiem i
curry.
Nie, Dreys ani si� spodziewa�, �e b�dzie tu musia� walczy�. Nie wzi�� �adnej
broni, na
grzbiet narzuci� jedynie p��cienn� opo�cz�, pod kt�r� zwykle wk�ada� kolczug�.
No i portki i
buty, ale to wszystko, bo przecie� nikt nie chodzi uzbrojony po z�by na
spotkanie z kochank�.
Ledwie chwil� temu wszed� w Koci�, aby si� upewni�, �e nie natknie si� na ront
Stra�y Miejskiej, gdy us�ysza� jakie� szuranie dochodz�ce zza sterty ��tych dy�
le��cych
przy jednym ze stragan�w. Pomy�la�, �e widocznie sp�oszy� fret� poluj�c� na mysz
albo
szukaj�c� skrawka tkaniny do okrycia. Obr�ci� si� pewien, �e ujrzy, jak
przypominaj�ce
szczura, tyle �e p�kate stworzenie pomyka w ukrycie, gdy z mroku skoczy� na�
zab�jca.
Porusza� si� szybko, w d�oni �ciska� n�. Umiej�tnie przenosi� ci�ar z nogi na
nog�, z
wpraw� macha� kling�, kt�ra zrazu �mign�a niebezpiecznie blisko ucha sier�anta,
ten jednak
zdo�a� si� obroni�. Jednak napastnik zaraz zawin�� r�k�, mierz�c w gard�o
Dreysa. Sier�ant
przytrzyma� na chwil� jego nadgarstek.
- Morderca! Cholerny morderca! - krzykn��.
Szpieg! Pomy�la�. Wykry�em szpiega! Jedyne, co mu przychodzi�o do g�owy, to �e
przy�apa� kogo� sporz�dzaj�cego plan okolic zamku.
Uderzy� kolanem w brzuch napastnika, a� tamten uni�s� si� w powietrze. Potem
szarpni�ciem wyprostowa� mu r�k� i spr�bowa� j� wykr�ci�.
Zab�jca pozwoli� mu na to, ale drug� r�k� uderzy� go z pi�ci w mostek.
Trzasn�y �ebra. Niewysoki m�czyzna musia� by� naznaczony runami mocy. Dreys
podejrzewa�, �e si�y ma co najmniej za pi�ciu.
Chocia� z uwagi na to obaj walcz�cy byli nieprawdopodobnie krzepcy, dary
zwi�ksza�y jedynie mo�liwo�ci mi�ni i �ci�gien, a w �adnym razie szkieletu,
przez co
podobne walki szybko zmienia�y si� w co�, co Dreys zwyk� nazywa� �mieleniem
ko�ci�.
Stara� si� utrzyma� nadgarstek napastnika i przez chwil� si�owali si� w
milczeniu.
- Chyba tam! - rozleg�y si� nagle krzyki gdzie� z lewej. - Tam, tam! - Z lewej
by�a
uliczka Tania, gdzie domy nie sta�y tak ciasno i gdzie sir Guilliam wybudowa�
sobie
niedawno trzypi�trowy dworek. Nadchodzi� stamt�d ront Stra�y Miejskiej, ten sam,
kt�rego
Dreys stara� si� nie napotka�. Sir Guilliam poprosi� stra�nik�w, sypn�wszy
monet�, aby
posiedzieli sobie nieco pod latarni� przy bramie dworku.
- Na Kociej! - krzykn�� Dreys. �eby tylko uda�o mu si� przytrzyma� zab�jc�
jeszcze
przez chwil�, �eby nie zdo�a� go pchn�� ani uciec.
Po�udniowiec wyrywa� si� rozpaczliwie. Zn�w uderzy�, tym razem wy�ej, �ami�c
sier�antowi kolejne �ebra. Dreys nie czu� zbytnio b�lu. Kto walczy o �ycie, nie
przejmuje si�
podobnymi drobiazgami.
Desperackie wysi�ki jednak poskutkowa�y. Zab�jca uwolni� r�k� z no�em.
Przera�ony
Dreys kopn�� go w kostk� i bardziej poczu� ni� us�ysza�, jak tamtemu p�ka ko��.
Napastnik rzuci� si� do przodu, b�ysn�� n�. Dreys usun�� mu si� z drogi i
pchn��
po�udniowca, kt�ry jednak zdo�a� przejecha� sier�antowi p�ytko ostrzem po
�ebrach.
Dreys z�apa� go za �okie� i obr�ci�. Tamten zachwia� si�, niezdolny utrzyma�
ci�aru
cia�a na z�amanej nodze. Dreys kopn�� j� na wszelki wypadek raz jeszcze i
odepchn��
napastnika.
Przez ca�y czas rozgl�da� si� gor�czkowo, szukaj�c jakiego� lu�nego kamienia
brukowego, czegokolwiek, co m�g�by wykorzysta� jako bro�. Za sob� mia� gospod�
zwan�
Ma�lnic�, kt�rej �ywy symbol sta� przy frontowym oknie obok kwitn�cej winoro�li
i figury
Kr�la Ziemi. Dreys umy�li�, �eby dosi�gn�� �elaznego ubijaka i u�y� go jako
pa�ki.
Odpychaj�c po�udniowca, s�dzi�, �e niewielki m�czyzna poleci do ty�u, ale on
z�apa�
si� opo�czy sier�anta i zatoczywszy gwa�townie p�kole, powr�ci�, wyci�gaj�c
r�k� z no�em.
Dreys uni�s� przedrami�, �eby si� os�oni�.
Ostrze opad�o nisko i wbi�o mu si� g��boko w brzuch, tu� pod pogruchotanymi
�ebrami. Straszliwy b�l przeszy� wn�trzno�ci sier�anta, obieg� r�ce i ramiona,
ogarn�� ca�y
�wiat.
Przez chwil� d�ug� jak wieczno�� Dreys tylko sta� i patrzy�. Krople potu zala�y
mu
szeroko otwarte oczy. Przekl�ty zab�jca patroszy� go jak ryb�, wcisn�� d�o� z
no�em a� po
nadgarstek w ran� i pcha� do g�ry, pr�buj�c si�gn�� serca. Lew� r�k� szuka�
kieszeni. W
ko�cu trafi� na ksi��k�. Zmaca� j� przez opo�cz� i u�miechn�� si�.
Wi�c o to ci chodzi�o? Zdumia� si� Dreys. O ksi��k�?
Gdy wieczorem jako stra�nik miejski odprowadza� obcokrajowc�w z kwarta��w
kupieckich, spotka� kupca z Tuulistanu, kt�ry rozstawi� namiot w pobliskim
lesie.
Tuulista�czyk podszed� do niego niepewnie, jakby z l�kiem.
- Podarek, dla kr�la - powiedzia� kiepskim rofehava�skim. - Podasz? Przeka�esz
kr�lowi?
K�aniaj�c si� s�u�bi�cie, Dreys obieca�, �e przeka�e. Spojrza� oboj�tnie na
ok�adk�.
Kroniki Owatta, emira Tuulistanu. Cienki tomik oprawny w jagni�c� sk�r�.
Sier�ant schowa�
go do kieszeni. Rano zamierza� przekaza� podarunek dalej.
Teraz bola�o go tak bardzo, �e nie tylko ruszy� si�, ale i krzycze� nie m�g�.
�wiat
zawirowa�. Odepchn�� si� od zab�jcy, chcia� si� odwr�ci� i ucieka�. Nogi mia�
jak z waty,
s�ania� si� s�aby niby koci�. Potkn�� si�. Zab�jca z�apa� go od ty�u za w�osy i
szarpn��, aby
ods�oni� gard�o.
Cholera, pomy�la� Dreys, ma�o ci jeszcze? Ju� mnie prawie zabi�e�! Ostatnim
wysi�kiem wyszarpn�� ksi��k� z kieszeni i cisn�� j� poprzez Ma�lan�.
We wn�ce obok stosu bary�ek r�s� tam krzak r�y. Sier�ant dobrze zna� to
miejsce,
zamglonym wzrokiem dostrzega� ��te kwiaty. Ksi��ka pos�usznie polecia�a w ich
kierunku.
Zab�jca zakl�� we w�asnym j�zyku, zostawi� Dreysa i poku�tyka� w �lad za
woluminem.
Dreysowi tak szumia�o w uszach, �e nic wi�cej nie s�ysza�. Z wysi�kiem d�wign��
si�
na kolana. Co� poruszy�o si� na skraju uliczki - to zab�jca zanurkowa� w r�e. Z
lewej
nadci�ga�y ros�e cienie.
B�ysn�y wyci�gni�te z pochew miecze, blask gwiazd odbi� si� w �elaznych
he�mach.
Stra� Miejska.
Dreys leg� na bruku i wtuli� twarz w kamienie.
W szarym przed�wicie przez niebo przeci�gn�� zd��aj�cy na po�udnie klucz dzikich
g�si. Ich klangor zda� si� Dreysowi podobny do szczekania odleg�ego stada ps�w.
2
CI, KT�RZY UKOCHALI ZIEMI�
Tego samego ranka, kilka godzin po napadzie na sier�anta Dreysa i ponad sto mil
na
po�udnie od zamku Sylvarresta, ksi��� Gaborn Val Orden musia� stawi� czo�o
sprawom tak�e
k�opotliwym, znacznie jednak mniej drastycznej natury. Niemniej, mimo �e
wys�ucha� wielu
lekcji w Domu Zrozumienia, �adna nie przygotowa�a go na spotkanie z tajemnicz�
m�od�
kobiet�, kt�r� ujrza� na wielkim targowisku w Bannisferre.
Zamy�li� si� akurat g��boko przy pewnym straganie na Rynku Po�udniowym. Sta�
zapatrzony w s�u��ce do ch�odzenia wina naczynia z polerowanego srebra.
Sprzedawca mia�
wiele zgrabnych �elaznych rondli, jednak jego skarbem by�y trzy spore kube�ki na
l�d z
dopasowanymi dzbanami w �rodku. Naczynia by�y tak �wietnej roboty, �e wygl�da�y
na
dawne dzie�a �niadych. Tyle, �e �niadzi znikn�li z powierzchni ziemi tysi�c lat
temu, a
kube�ki nie mog�y by� tak stare. Ka�dy mia� stylizowane na pazury n�ki, po
bokach widnia�y
sceny my�liwskie - ogary goni�ce przez las. Na dzbanach przedstawiono m�odego
lorda na
koniu: nastawion� kopi� mierzy� w maga rauben�w. Gdy wstawi�o si� dzban do
kube�ka,
obrazy si� uzupe�nia�y - m�ody lord walczy� z magiem w otoczeniu ogar�w.
Wszystkie sceny zosta�y utrwalone w metalu metod�, kt�rej istoty Gaborn nie
potrafi�
si� nawet domy�li�. Robota by�a tak misterna, tak dok�adnie oddawa�a detale, �e
a� dech
zapiera�o.
Gaborn tak si� zachwyci� cudami Bannisferre, �e nie zauwa�y� nawet, i� obok
niego
przystan�a m�oda kobieta. U�wiadomi� to sobie, gdy dobieg�a go wo� r� (Obok
mnie stoi
kobieta, kt�ra trzyma suknie w szafie z r�anymi p�atkami, pomy�la� bezwiednie),
ale i wtedy
s�dzi�, �e to jak on amatorka staroci, i dalej podziwia� kube�ki. Spojrza� na
ni�, dopiero gdy
uj�a jego r�k�.
Delikatnie �cisn�a praw� d�oni� palce jego lewej. Dotkni�cie by�o przyjemne,
elektryzuj�ce. Gaborn nie cofn�� r�ki.
Mo�e wzi�a mnie za kogo� innego, pomy�la�. Spojrza� na ni� z ukosa. By�a wysoka
i
pi�kna, mia�a zapewne z dziewi�tna�cie lat, ciemnobr�zowe w�osy przybrane
grzebykami z
macicy per�owej i czarne oczy z tak ciemnymi bia�kami, �e ich barwa wpada�a
niemal w
b��kit. Nosi�a prost� kremow� sukni� z jedwabiu z obszernymi r�kawami, kt�re
stawa�y si�
ostatnio modne w�r�d co bogatszych elegantek z Lysle. Gronostajowy pas ze
srebrn� klamr�
w kszta�cie kwiatu zapi�a wysoko, tu� pod zgrabnym biustem, powy�ej widnia�
skromny
naszyjnik. Z ramion zwiesza� si� jedwabny, ciemnoszkar�atny szal, tak d�ugi, �e
ko�cami
si�ga� ziemi. Gaborn uzna� po chwili, �e dziewczyna jest wi�cej ni� pi�kna. By�a
cudowna.
U�miechn�a si� do niego dyskretnie, nie�mia�o i Gaborn odwzajemni� u�miech,
zaciskaj�c usta. Nadzieja sz�a w nim o lepsze z zak�opotaniem. Poczynania
nieznajomej
kojarzy�y mu si� z �wiczeniami, kt�re obmy�la� dla� co rusz w Domu Zrozumienia
mistrz
ogniska domowego. Tyle, �e to nie by�o �adne �wiczenie.
Gaborn nie zna� tej dziewczyny, w og�le nie zna� nikogo w ca�ym tym wielkim
mie�cie. Mog�o si� to wydawa� dziwne, bior�c pod uwag� rozmiary Bannisferre, z
jej
wysokimi, wzniesionymi z szarego kamienia domami pie�ni, egzotycznymi �ukami i
bia�ymi
go��biami kr���cymi mi�dzy b��kitnym niebem a kasztanowcami. Jednak fakt
pozostawa�
faktem - Gaborn nie zna� tu nikogo, nawet najlichszego kupca. By� bardzo daleko
od domu.
Sta� na skraju rynku, blisko zabudowa� portowych i szerokiego nabrze�a
po�udniowej
odnogi rzeki Dwindell, obok otwiera� si� Zau�ek Kowali z paleniskami na otwartym
powietrzu. Dobiega�o stamt�d dzwonienie m�ot�w, skrzypienie miech�w, bi�y k��by
dymu.
Z zak�opotaniem skonstatowa�, �e spokojna atmosfera Bannisferre dziwnie u�pi�a
jego
czujno��. Nawet nie spojrza� na t� kobiet�, gdy stan�a obok. Dwakro� dot�d
nastawano na
jego �ycie. Zab�jcy dopadli jego matk�, jego babk�, brata i dwie siostry, a on
tymczasem
pl�ta� si� tutaj beztrosko niczym wie�niak z brzuchem pe�nym piwa.
Nie, upewni� si� zaraz. Nigdy jej nie widzia�em, a ona trzyma mnie za r�k�, cho�
wie,
�e jestem tu obcy. W najwy�szej mierze zdumiewaj�ce.
W Domu Zrozumienia wiele razy bywa� w Gabinecie Twarzy, gdzie zg��bia� tajniki
mowy cia�a, dowiaduj�c si�, ile mo�na wyczyta� z wyrazu oczu przeciwnika, jak
odr�ni�
objawy niepokoju czy zm�czenia od sygna��w zak�opotania wy��cznie na podstawie
drobnych zmian w u�o�eniu ust kochanki.
Jego mistrz ogniska domowego, Jorlis, by� m�drym nauczycielem, a studiuj�cy u
niego przez kilka ostatnich zim Gaborn wyr�nia� si� pilno�ci�.
Dowiedzia� si�, �e wszyscy, czy to ksi���ta, czy rozb�jnicy, kupcy czy �ebracy,
maj�
emocje i oczekiwania wypisane na twarzach i �e nosz� na obliczach przebrania,
kt�re zale�nie
od okoliczno�ci powszechnie uznaje si� za stosowne. Potrafi� przej�� przyw�dztwo
w
pomieszczeniu pe�nym m�odych m�czyzn, staj�c po prostu w�r�d nich z uniesion�
zdecydowanie g�ow�, umia� jednym u�miechem sk�oni� kupca do obni�enia ceny.
Okryty
jedynie zwyk�ym p�aszczem podr�nym, z opuszczon� g�ow�, m�g� niby zwyk�y
cz�owiek
przej�� przez rojny plac targowy i nikt nie rozpoznawa� w nim ksi�cia, a co
najwy�ej dziwi�
si�, sk�d ten m�ody �ebrak wytrzasn�� taki porz�dny p�aszcz.
Tak wi�c potrafi� czyta� w ludzkich gestach, postawie i mimice, a sam,
niezmiennie,
by� dla innych zagadk�. Ze sw� podw�jn� inteligencj� m�g� w godzin� zapami�ta�
tre��
sporej ksi�gi. Przez osiem lat w Domu Zrozumienia nauczy� si� wi�cej ni�
wi�kszo�� innych
przez ca�e �ycie wytrwa�ych studi�w.
Jako W�adca Run�w mia� trzy zapisy si�y i dwa wytrzyma�o�ci, w walce m�g� bez
trudu skrzy�owa� or� z m�em dwakro� od niego wi�kszym. Gdyby go zaatakowa�
jaki�
rauben, Gaborn dowi�d�by, jak �miertelnie niebezpieczny mo�e by� dla napastnika
W�adca
Run�w.
Jednak dla �wiata by� przede wszystkim nader przystojnym m�odzie�cem, co
zawdzi�cza� kilku zapisom czaru osobistego. Tyle �e w Bannisferre, gdzie
zje�d�ali �piewacy
i aktorzy z ca�ego kr�lestwa, nawet niepo�lednia uroda nie budzi�a �ywszych
reakcji.
Przyjrza� si� kobiecie, aby odczyta� co� z jej zamiar�w. Uniesiony podbr�dek
�wiadczy o pewno�ci siebie, a przechylona g�owa... Tak, to zapytanie, ona czeka
na
odpowied�.
Dotkni�cie d�oni... do�� s�abe, wyra�a wahanie. Silne jednak na tyle, �eby
sugerowa�... stosunek w�asno�ci. Czy�by ro�ci�a sobie do mnie jakie� prawa?
Mo�e to pr�ba uwiedzenia? zastanowi� si�. Ale nie, postawa cia�a powiada�a co
innego. Gdyby chcia�a mnie uwie��, dotkn�aby raczej plec�w, ramienia, po�ladk�w
lub
piersi. Na dodatek, cho� trzyma�a go za r�k�, sta�a w pewnym oddaleniu, jakby
nie chcia�a
narzuca� fizycznej blisko�ci.
Nagle zrozumia�: to propozycja ma��e�stwa. Nader niezwyczajna, nawet jak na
Heredon. Rodzina tak atrakcyjnej kobiety nie powinna mie� przecie� �adnych
k�opot�w ze
znalezieniem odpowiedniego kandydata.
A mo�e to sierota? pomy�la� nagle Gaborn. No tak, pr�buje znale�� parti� na
w�asn�
r�k�!
Ale i ta odpowied� nie usatysfakcjonowa�a go w pe�ni. Dlaczego nie zwr�ci si� do
jakiego� bogatego lorda, by j� wyswata�?
Zastanowi� si�, jak ona go widzi. Najpewniej ma go za syna kupca. Zgodnie z rol�
zreszt�, kt�r� przyj��. Chocia� mia� osiemna�cie lat, nie przesta� jeszcze
rosn��, a ciemne
w�osy i b��kitne oczy by�y czym� zwyk�ym w Crowthenie P�nocnym. Ubiera� si�
zatem jak
modni� z tego kr�lestwa, taki, co to ma wi�cej pieni�dzy ni� smaku i w�druje od
miasta do
miasta, podczas gdy jego ojciec zajmuje si� powa�nymi interesami. Nosi� zielone
rajtuzy i
spodnie zebrane nad kolanami, do tego kosztown� bawe�nian� koszul� z bufiastymi
r�kawami
i srebrnymi guzikami. Na koszul� wk�ada� kaftan z ciemnozielonej bawe�ny
obr�biony dobrze
wyprawion� sk�r� i przyozdobiony s�odkowodnymi per�ami. Przebrania dope�nia�
kapelusz z
szerokim rondem i bursztynow� spink� przytrzymuj�c� jedno strusie pi�ro.
Ubiera� si� tak, gdy� jawno�� by�aby podczas tej misji co najmniej niewskazana.
Ostatecznie mia� za zadanie oszacowa� potencja� obronny Heredonu, zbada�, ile
jest prawdy
w opowie�ciach o bogactwie tej krainy i niezwyk�ych przymiotach twardego pono
jak ska�a
miejscowego ludu.
Rzuci� okiem na ochraniaj�cego go Borensona. Ulica by�a zat�oczona, a stoj�ce
pod
�cianami stragany powi�ksza�y �cisk. Jaki� muskularny i opalony na br�z
m�odzieniec bez
koszuli, tylko w czerwonych spodniach, przegania� tuzin trzymanych na
postronkach k�z,
smagaj�c je wierzbow� witk�. Po drugiej stronie, pod kamiennym �ukiem obok
wej�cia do
gospody, sta� Borenson i u�miecha� si� szeroko, wyra�nie rozbawiony przygod�
Gaborna. By�
wysoki i szeroki w barach, z rudymi w�osami, spod kt�rych prze�witywa�a lekka
�ysina, g�st�
brod� i weso�ymi, b��kitnymi oczami.
Obok niego stercza� chudy jak szkielet m�czyzna z kr�tko przyci�t� jasn�
czupryn�.
Nosi� proste, brunatne szaty historyka, dobrane jakby pod kolor kasztanowych
oczu, i ma�o
gustowny szal. Cz�owiek ten by� kim� w rodzaju kronikarza. B�d�c w s�u�bie
W�adc�w
Czasu, towarzyszy� Gabornowi od dnia jego narodzin, zapisuj�c ka�de ksi���ce
s�owo i czyn.
Zwano go po prostu Dziennikiem, zar�wno od powo�ania, jak i od miana zakonu, do
kt�rego
nale�a� - Bractwa Dni. Jak wszyscy jego cz�onkowie, porzuci� dawne imi� i
to�samo��, gdy
tylko po��czy� sw�j umys� z umys�em innego brata. Obserwowa� teraz pilnie
Gaborna
czujnymi, strzelaj�cymi na boki oczami. Cokolwiek dojrza�, us�ysza� czy wyczu�,
zaraz
wszystko zapami�tywa�.
Trzymaj�ca Gaborna za r�k� kobieta pobieg�a oczami za jego spojrzeniem.
Zauwa�y�a
i stra�nika, i Dziennika. M�ody kupiecki syn z przybocznym stra�nikiem nie by�
niczym
niezwyk�ym, jednak taki, kt�remu towarzyszy�by ponadto Dziennik, trafia� si�
naprawd�
rzadko. To sugerowa�o, �e Gaborn jest kim� bardzo bogatym i wa�nym, na przyk�ad
synem
mistrza gildii. Tak czy owak, kobieta nie mog�a wiedzie�, �e jest ksi�ciem.
Poci�gn�a go za r�k�, zach�caj�c do przechadzki. Zawaha� si�.
- Co� si� panu spodoba�o? - spyta�a z u�miechem. G�os mia�a mi�y i zach�caj�cy
niczym sprzedawane na jednym z pobliskich stoisk placuszki z kardamonem, jednak
pobrzmiewa�a w nim jaka� kpi�ca nuta. Jasne, chcia�a wiedzie�, czy uzna� j� za
interesuj�c�,
chocia� przypadkowy s�uchacz pomy�la�by, �e m�wi o kube�kach do ch�odzenia wina.
- Maj� troch� porz�dnych sreber - odpar� Gaborn. U�ywaj�c mocy swego G�osu,
po�o�y� szczeg�lny akcent na s�owo �srebra�, co mia�o skrycie zasugerowa�
dziewczynie, �e
w Domu Zrozumienia studiowa� w Gabinecie D�oni. Niech my�li, �e naprawd� jestem
kupcem, powiedzia� sobie.
W�a�ciciel straganu, kt�ry wcze�niej wytrwale ignorowa� Gaborna, teraz wy�oni�
si� z
cienia prostok�tnego parasola.
- Chcia�by pan kupi� dzban dla damy? - zapyta�.
Jeszcze przed chwil� mia� go jedynie za syna handlarza, kt�ry przyszed�, by
sprawdzi�
dla ojca ceny towar�w. Teraz uzna� go widocznie za m�odego �onkosia paraduj�cego
z o
wiele bardziej atrakcyjn� ni� on sam po�owic�. Bogaci kupcy cz�sto �enili m�odo
swych
syn�w, aby po��czy� rodzinne kapita�y.
Uwa�a zatem, �e zwyk�em srebrem kupowa� przychylno�� �ony, pomy�la� Gaborn.
Oczywi�cie, tak pi�kna kobieta rz�dzi�aby w domu. Niemniej wynika z tego, �e
sprzedawca
te� jej nie zna, co znaczy, �e ona r�wnie� jest tu obca. Czy�by przyby�a z
P�nocy?
Dziewczyna u�miechn�a si� uprzejmie do sprzedawcy.
- Chyba nie dzisiaj - rzuci�a ironicznie. - Ma pan �wietne srebra, ale w domu
mamy
lepsze.
Odwr�ci�a si�, znakomicie graj�c rol� �ony. Tak to mo�e wygl�da�, je�eli si�
pobierzemy, zdawa�a si� m�wi�. Nie b�d� mia�a kosztownych zachcianek.
Sprzedawca nie kry� konsternacji. Po prawdzie trudno powiedzie�, czy we
wszystkich
kr�lestwach Rofehavanu znalaz�oby si� dw�ch kupc�w maj�cych na sk�adzie r�wnie
dobre
srebra sto�owe.
Dziewczyna poci�gn�a Gaborna za sob�. Nagle poczu� si� nieswojo. Na dalekim
Po�udniu damy z Indhopalu nosi�y czasem pier�cienie lub brosze z ukrytymi
zatrutymi ig�ami.
Stara�y si� zwabi� bogatych podr�nych do gospody, gdzie mordowa�y ich i
okrada�y. Ta
tutaj pi�kno�� mog�a si� trudni� czym� podobnym.
Chocia� niekoniecznie. Zerkn�wszy przelotnie na przybocznego, Gaborn spostrzeg�,
�e Borenson jest raczej rozbawiony ni� zaniepokojony. Chichota� z twarz� okryt�
rumie�cem,
jakby chcia� spyta�: I gdzie to si�, przepraszam bardzo, teraz wybieracie?
Borenson te� studiowa� mow� cia�a, szczeg�lnie cia�a kobiecego, i przenigdy by
nie
pozwoli�, �eby cokolwiek zagrozi�o bezpiecze�stwu jego pana.
Dziewczyna poprawi�a chwyt, zacisn�a mocniej d�o�. Domaga si� wi�kszej uwagi?
- Przepraszam, je�li si� narzucam, dobry panie - powiedzia�a. -
Czy zdarzy�o si� kiedy�, �e zauwa�ywszy kogo� z daleka, poczu� pan nagle
nieodparte
drgnienie serca?
Jej dotyk by� bardzo mi�y i Gaborn chcia�by wierzy�, �e ledwo go ujrza�a, zaraz
si� w
nim zakocha�a.
- Nie, tak to nie - sk�ama�. Kiedy� ju� si� tak zadurzy�.
Z bezchmurnego nieba �wieci�o na nich s�o�ce. �agodny i ciep�y wiatr ni�s� od
rzeki
wo� �wie�o skoszonych ��k na drugim brzegu. Pi�kny dzie�. Orze�wiaj�ca, dodaj�ca
ducha
pogoda.
Po wyg�adzonym przez lata bruku sz�o boso p� tuzina m�odziutkich kwiaciarek.
Czystymi g�osami nawo�ywa�y klient�w. Pachnia�y zbo�em. By�y w spranych
sukniach, a w
bia�ych fartuchach, kt�rych skraj unosi�y jedn� d�oni�, trzyma�y kolorowe
nar�cza kwiat�w -
burgundowych chabr�w, bia�ych stokrotek, ciemnoczerwonych i brzoskwiniowych r�
na
d�ugich �odygach. I jeszcze maki, i bukieciki s�odko pachn�cej lawendy.
Gaborn patrzy�, jak przechodz�, wszystkie pi�kne niczym nocny �piew skowronka.
Wiedzia�, �e nigdy nie zapomni ich widoku, tych u�miech�w. Sze��, wszystkie
blond lub o
jasnobr�zowych w�osach.
Jego ojciec roz�o�y� si� obozem kilka godzin drogi od miasta. Rzadko puszcza�
gdzie�
Gaborna bez silnej eskorty, ale tym razem nak�oni� go do ma�ej wycieczki.
- Musisz dobrze pozna� Heredon - powiedzia�. - Ten kraj to co� wi�cej ni� tylko
zamki i �o�nierze. Gdy ujrzysz Bannisferre, pokochasz t� ziemi�, podobnie jak ja
j� kiedy�
pokocha�em.
Dziewczyna zn�w �cisn�a mu d�o�.
Gdy patrzy� na kwiaciarki, zmarszczy�a brwi. By�o jej przykro. Gaborn poj��
nagle,
kim ona jest i czego z tak� desperacj� ode� oczekuje. Omal si� nie roze�mia�,
widz�c, jak
niewiele brakowa�o, aby go omota�a.
Odwzajemni� u�cisk ciep�o, po przyjacielsku. By� ju� pewien, �e nic ich nie
po��czy,
jednak �yczy� jej dobrze.
- Nazywam si� Myrrima... - powiedzia�a i zawiesi�a g�os w oczekiwaniu, �e on te�
si�
przedstawi.
- Pi�kne imi�, akurat dla urodziwej dziewczyny.
- A ty jak si� nazywasz? - Lubisz intrygi, prawda?
- Nie zawsze. - U�miechn�a si�, oczekuj�c, �e jednak jej odpowie.
Dwadzie�cia krok�w za nimi Borenson zastuka� pochw� miecza w mijaj�cy go w�zek.
Znak, �e opu�ci� posterunek przy drzwiach gospody i idzie teraz w �lad za panem.
W
towarzystwie Dziennika, rzecz jasna.
Myrrima obejrza�a si�.
- Tw�j przyboczny robi wra�enie - powiedzia�a.
- Jest dobry - zgodzi� si� Gaborn.
- Podr�ujesz w interesach? Podoba ci si� Bannisferre?
- Dwakro� tak.
Nagle cofn�a r�k�.
- Nie�atwo zawierasz znajomo�ci - stwierdzi�a, spogl�daj�c na niego nieco mniej
u�miechni�ta. Mo�e wyczu�a, �e wszystko na nic, �e jej nie po�lubi.
- Rzeczywi�cie. Dla mnie to normalne. Mo�e to kwestia s�abo�ci charakteru -
powiedzia� Gaborn.
- Ale dlaczego? - spyta�a Myrrima, ci�gle sk�onna do pewnej kokieterii.
Przystan�a
przy fontannie z pos�giem Edmona Tillermana trzymaj�cego dzban o trzech
dzi�bkach, z
kt�rych la�a si� woda na pyski trzech nied�wiedzi.
- Bo stawk� jest �ycie - odpar� Gaborn. Usiad� na skraju fontanny i spojrza� na
basen.
Zaskoczone jego pojawieniem si� wielkie kijanki czmychn�y w zielon� g��bin�. -
Gdy
zawieram z kim� blisk� znajomo��, staj� si� za tego kogo� odpowiedzialny.
Powierzam mu
nadto swoje �ycie, a w ka�dym razie jak�� jego cz��. Gdy za� kto� powierza mi
siebie,
oczekuj� ode� ca�kowitego oddania. Niczego mniej. W zamian te� chc� �ycia. To
musi by�
wzajemne... musi mnie wype�nia�.
Myrrima zmarszczy�a czo�o, zaniepokojona tak powa�nym tonem.
- Nie m�wisz jak kupiec. Raczej... jak lord!
Widzia�, co my�li. Mog�a pozna�, �e nie jest z linii Sylvarresty, nie jest
lordem z
Heredonu. Musia� wi�c by� jakim� zagranicznym dygnitarzem, zapewne w podr�y.
Przybyszem z kt�rego� z najbardziej na p�noc po�o�onych kr�lestw Rofehavanu.
- Powinnam si� domy�li�... kto� tak przystojny... - powiedzia�a. - Jeste� zatem
W�adc�
Run�w, kt�ry przyby�, aby pozna� nasz� krain�. Powiedz mi, czy uzna�e� j� za
do�� mi��, aby
stara� si� o r�k� ksi�niczki Iomy Sylvarresty?
Gaborn podziwia�, jak zgrabnie dziewczyna dosz�a do w�a�ciwego wniosku.
- Zdumiewa mnie bogactwo jej zieleni i si�a charakteru mieszka�c�w -
odpowiedzia�. -
Jest bogatsza, ni� s�dzi�em.
- Ale czy ksi�niczka Sylvarresta ci� przyjmie? - docieka�a dziewczyna.
Zastanawia�a
si�, z jakiego to ubogiego zamku m�g� przyby� ten nieznajomy. Usiad�a obok niego
na skraju
fontanny.
Gaborn wzruszy� ramionami, udaj�c, �e a� tak bardzo go to nie obchodzi.
- Znam j� jedynie z pochwalnych relacji - stwierdzi�. - Ty zapewne wiesz o niej
znacznie wi�cej. Jak, uwa�asz, wypadn� w jej oczach?
- Jeste� do�� przystojny - powiedzia�a Myrrima, szczerze spogl�daj�c na jego
szerokie
ramiona i d�ugie ciemnobr�zowe w�osy opadaj�ce spod kapelusza z pi�rem. W ko�cu
musia�a
zauwa�y�, �e mimo wszystko ma w�osy zbyt jasne, aby uj�� za przybysza z
Muyyatinu czy
przedstawiciela kt�rego� z narod�w Indhopalu.
Nagle wci�gn�a g��boko powietrze, oczy jej si� rozszerzy�y.
Wsta�a pospiesznie i odst�pi�a o krok, niepewna, czy powinna tylko sta�, czy
mo�e
dygn��, albo zgo�a pa�� na ziemi�, b�agaj�c uni�enie o �ask�.
- Wybacz mi, ksi��� Ordenie, ale... nie zauwa�y�am od razu podobie�stwa do
waszego
czcigodnego ojca! - Cofn�a si� a� o trzy kroki, jakby najbardziej ze
wszystkiego chcia�a
uciec na o�lep, bo wiedzia�a ju�, �e nie z synem biednego barona ma do czynienia
i �e ten
m�ody cz�owiek nie mieszka w zwanej na wyrost fortec� kupie kamieni, ale przyby�
tu z
samej Mystarrii.
- Znasz mego ojca? - spyta� Gaborn, po czym wsta� i podszed� do niej. Uj��
dziewczyn� za r�k�, by j� uspokoi�, �e nie dopu�ci�a si� obrazy.
- Raz go widzia�am wasza wysoko��... przeje�d�a� przez miasto w drodze na
polowanie - powiedzia�a Myrrima. - By�am wtedy tylko dziewczynk�, ale nie
potrafi�
zapomnie� jego twarzy.
- Zawsze lubi� Heredon.
- Tak... do�� cz�sto tu przybywa - powiedzia�a Myrrima. Jej pewno�� siebie
gdzie�
ulecia�a. - Przepraszam, je�li sprawi�am k�opot, panie. Nie chcia�am by�
arogancka. Och... -
Rzuci�a si� do ucieczki.
- Zatrzymaj si�! - zawo�a� Gaborn, wk�adaj�c w okrzyk akurat tyle mocy G�osu, by
j�
uspokoi�.
Stan�a jak uderzona pi�ci� i obr�ci�a si� ku niemu. Podobnie jak kilka innych
os�b
w pobli�u.
Zaskoczeni przez polecenie, pos�uchali odruchowo. Gdy si� zorientowali, �e
okrzyk
nie do nich by� skierowany, paru spojrza�o na ksi�cia z zaciekawieniem, inni
oddalili si�
zirytowani, �e W�adca Run�w zak��ca im spok�j.
Tu� za plecami Gaborna pojawili si� nagle Borenson i Dziennik.
- Dzi�kuj�, �e si� zatrzyma�a�, Myrrimo - rzek� ksi���.
- Kt�rego� dnia mo�esz zosta� kr�lem, panie - odpowiedzia�a pozornie bez
zwi�zku.
- Naprawd� tak my�lisz? S�dzisz, �e Ioma mnie zechce? To pytanie j� zaskoczy�o.
- Powiedz mi, prosz� - ci�gn�� Gaborn. - Jeste� pi�kna i spostrzegawcza. Dobrze
by�
sobie radzi�a na dworze. Twoja opinia ma dla mnie spor� wag�.
Gaborn wstrzyma� oddech, czekaj�c na jej szczer� ocen�. Nie mog�a wiedzie�,
jakie to
dla niego wa�ne, ale Gaborn naprawd� potrzebowa� tego aliansu. Potrzebowa�
silnego ludu
Heredonu, niezdobytych fortec tego kraju, jego szerokich r�wnin, kt�re starczy�o
tylko
zaora�, by przynios�y plon. Owszem, jego Mystarria by�a bogata, �yzna i ludna,
kwit� w niej
handel, ale po latach zmaga� Wilczy W�adca Raj Ahten podbi� ostatnio kr�lestwa
Indhopalu i
Gaborn wiedzia�, �e na tym si� nie sko�czy. Wiosn� Raj Ahten ruszy albo na
barbarzy�skie
pa�stwa Inkarry, albo zwr�ci si� na P�noc, ku kr�lestwom Rofehavanu.
To, gdzie dok�adnie zaatakuje, nie mia�o zreszt� wi�kszego znaczenia. Wojna
szykowa�a si� tak czy owak i Gaborn wiedzia�, �e bez bogactw tej krainy nie
zdo�a skutecznie
obroni� ludu Mystarrii.
Chocia� Heredon od czterystu lat nie zazna� �adnego wi�kszego konfliktu, jego
mur�w nie rozebrano. Nawet prowincjonalna, usadowiona po�r�d urwisk forteca Tor
Ingel
nadawa�a si� do obrony lepiej ni� wi�kszo�� zamk�w strzeg�cych posiad�o�ci
Gaborna w
Mystarrii. Potrzebowa� zatem Heredonu, tote� bardzo mu zale�a�o na ma��e�stwie z
Iom�.
Co jednak wa�niejsze, chocia� nikomu o tym nie �mia� wspomnie�, co� w g��bi
serca
podpowiada�o mu, �e potrzebuje tak�e samej Iomy. By� to jaki� dziwny poryw,
kt�ry
przygna� go tutaj wbrew zdrowemu rozs�dkowi. Niewidzialna gorej�ca ni�, kt�ra
z��czy�a w
jedno jego serce i umys�. Czasem w nocy, gdy le�a� bezsennie, mia� te� osobliwe
wra�enie, �e
co� wyrywa mu si� z piersi, jakby rozgrzany mocno kamie�. Nici splata�y si� w
sie�, a ta
ci�gn�a go ku Iomie. Ca�y rok zmaga� si� z pragnieniem, by poprosi� o jej r�k�,
i d�u�ej ju�
nie potrafi� si� opiera�.
Myrrima zn�w przyjrza�a si� Gabornowi, jakby ca�kiem obiektywnie ocenia�a jego
szans�. Potem roze�mia�a si� lekko.
- Nie - odpar�a. - Ioma ci� nie zechce, panie.
Nawet si� nie zawaha�a. Rzuci�a te s�owa, jakby to by�o oczywiste. I u�miechn�a
si�
uwodzicielsko. Ale ja owszem, m�wi� jej u�miech.
- Jeste� bardzo pewna siebie - powiedzia� Gaborn z udan� oboj�tno�ci�. - Chodzi
o
moje ubranie? Przywioz�em te� stosowniejsze stroje.
- Owszem, wasza wysoko��, przybywasz z najpot�niejszego kr�lestwa Rofehavanu,
ale... jak to powiedzie�?...wasza polityka budzi pewne podejrzenia.
To by�o prawie jak oskar�enie o brak skrupu��w. Gaborn obawia� si�, �e to mo�e
wyp�yn��.
- Bo m�j ojciec post�puje pragmatycznie? - spyta�.
- Dla niekt�rych to pragmatyzm, dla innych... zbytnia zach�anno��. Gaborn
u�miechn�� si� krzywo.
- Kr�l Sylvarresta uwa�a go za pragmatyka... ale jego c�rka nazywa go
zach�annym?
Tak powiedzia�a?
Myrrima u�miechn�a si� i dyskretnie skin�a g�ow�.
- S�ysza�am plotki, �e wyrazi�a si� tak podczas zimowej uczty.
Gaborn zdumiewa� si� cz�sto, ile posp�lstwo wie, lub przynajmniej si� domy�la, o
zamiarach i poczynaniach wysoko urodzonych. Sprawy, kt�re by�y nierzadko pilnie
strze�onymi sekretami dworu, publicznie omawiano w gospodach odleg�ych nawet o
setki staj
od pa�acu. Myrrima te� wydawa�a si� pewna swych �r�de�.
- Zatem odrzuci moj� propozycj� ze wzgl�du na mego ojca.
- W Heredonie powiadaj�, m�j panie, �e ksi��� Orden �bardzo przypomina swego
ojca�.
- Za bardzo? - spyta� Gaborn. Czy�by to powiedzia�a ksi�niczka Sylvarresta?
Zapewne po to, aby w miar� mo�liwo�ci uciszy� plotki. To prawda, Gaborn
zewn�trznie
przypomina� ojca, ale nie by� taki jak on. Nie uwa�a� te� wcale ojca za
zach�annego, o co
oskar�a�a go Ioma.
Myrrima mia�a do�� taktu, by nie m�wi� nic wi�cej. Wysun�a r�k� z jego d�oni.
- Ona wyjdzie za mnie - powiedzia� Gaborn, pewien, �e zdo�a po swojemu przekona�
ksi�niczk�.
Myrrima unios�a brwi.
- Jak mo�esz tak s�dzi�, m�j panie?! Bo post�pi�aby pragmatycznie,
sprzymierzaj�c
si� z najbogatszym kr�lestwem Rofehavanu? - Roze�mia�a si� melodyjnie, szczerze
ubawiona.
W normalnych okoliczno�ciach, gdyby jaki� wie�niak roze�mia� mu si� tak w twarz,
Gabornowi w�os zje�y�by si� ze z�o�ci. Teraz jednak zawt�rowa� dziewczynie.
- By� mo�e jednak, m�j panie, nie opu�cisz naszego kraju z pustymi r�kami -
rzuci�a
dwuznacznie.
Ostatnie zaproszenie. Ksi�niczka Sylvarresta ci� nie zechce, ale ja i owszem.
- Nie s�dzisz, �e niem�drze by�oby rezygnowa� z pogoni, nie czekaj�c nawet na
pocz�tek polowania? - spyta� Gaborn. - W Domu Zrozumienia, w Gabinecie Serca,
mistrz
ogniska domowego mawia�: �G�upiec okre�la si� wedle tego, kim jest. M�dry
cz�owiek -
wedle tego, kim mo�e by�.
- Je�li tak, m�j pragmatyczny ksi���, to obawiam si�, �e zgrzybiejesz i umrzesz
samotny, �udz�c si�, �e kiedy� po�lubisz Iom� Sylvarrest�. �ycz� mi�ego dnia.
Ju� mia�a odej��, ale Gaborn nie m�g� jej przecie� tak �atwo na to pozwoli�. W
Gabinecie Serca nauczy� si� mi�dzy innymi, �e czasem najlepiej dzia�a� pod
wp�ywem
impulsu, �e ta cz�� umys�u, w kt�rej rodz� si� sny, niejednokrotnie potrafi
najlepiej nami
pokierowa�, nawet je�li nie rozumiemy jej podszept�w. Gdy Gaborn powiedzia�
dziewczynie,
�e uwa�a j� za dobr� kandydatk� na dam� dworu, m�wi� powa�nie. Naprawd� chcia�by
j�
widzie� w swym otoczeniu. Nie jako �on�, nawet niejako kochank�, ale - jak
intuicyjnie
wyczuwa� - sojusznika. Czy nie zwraca�a si� do niego �m�j panie�? Bez w�tpienia
te� czu�a,
�e co� j� z nim ��czy.
- Poczekaj, moja pani - powiedzia� Gaborn.
Odwr�ci�a si�, zaskoczona tonem jego g�osu. M�wi�c �moja pani�, chcia� naznaczy�
ich stosunek elementem zale�no�ci. Wiedzia�a ju�, czego mo�e od niej oczekiwa�:
ca�kowitego oddania. Jej �ycia. Jako W�adcy Run�w Gabornowi zaszczepiono nawyk
stawiania poddanym wysokich wymaga�, jednak od tej cudzoziemki nie m�g� ��da� od
razu
a� tyle.
- Tak, m�j panie?
- W domu masz dwie brzydkie siostry, o kt�re musisz si� troszczy�? - spyta�. - I
g�upiego brata?
- Spostrzegawczy jeste�, panie - odpar�a Myrrima. - Tyle �e to matka zapisa�a mi
rozum, a nie brat. - Przez jej oblicze przemkn�� cie� b�lu. To by�o jej brzemi�.
Przera�aj�co
wysoka cena za magi�. Trudno jest wzi�� na siebie materialn� odpowiedzialno�� za
tych,
kt�rzy udzielili nam daru si�y, rozumu lub urody, ale gdy w gr� wchodz� bliscy
krewni lub
ukochani przyjaciele, to wr�cz bolesne. Rodzina Myrrimy musia�a by�
beznadziejnie biedna,
skoro spr�bowa�a ratowa� si� w ten w�a�nie spos�b - obdarzaj�c jedn� kobiet�
urod� trzech i
m�dro�ci� dw�ch, aby znalaz�a bogat� parti�, m�a, kt�ry wyci�gnie ich
wszystkich z dna
rozpaczy.
- Sk�d wzi�li�cie pieni�dze na dreny? - spyta� Gaborn. Magiczne �elaza, kt�re
pozwala�y przenie�� przymioty jednej osoby na drug�, by�y niezwykle kosztowne.
- Moja matka dosta�a ma�y spadek. No i pracowa�y�my, wszystkie cztery -
wyja�ni�a
Myrrima.
Wyczu� gorzk� nut� w jej g�osie. Zapewne jeszcze przed tygodniem lub dwoma, gdy
dopiero sta�a si� pi�kna, samo wspomnienie o tym przyprawia�o j� o �zy.
- W dzieci�stwie sprzedawa�a� kwiaty? Myrrima u�miechn�a si�.
- ��ka za naszym domem nie rodzi wiele wi�cej.
Gaborn si�gn�� do sakiewki i wyci�gn�� z�ot� monet�. Na awersie widnia� profil
kr�la
Sylvarresty, na rewersie Siedem Kamieni z Mrocznej Puszczy, na kt�rych wedle
legendy
wspiera�a si� ziemia. Ksi��� nie zna� zbyt dobrze tutejszych �rodk�w
p�atniczych, ale
wiedzia�, �e w monecie jest do�� z�ota, aby niezbyt liczna rodzina dziewczyny
mog�a
utrzyma� si� za ni� przez kilka miesi�cy. Uj�� r�k� Myrrimy i po�o�y� jej kr��ek
na d�oni.
- Nie... nie zarobi�am na to - powiedzia�a, patrz�c mu badawczo w oczy. Mo�e
obawia�a si� niecnej propozycji. Niekt�rzy mo�ni brali sobie kochanki. Gaborn
jednak nigdy
by tego nie uczyni�.
- Ale� zarobi�a� - odpar� ksi���. - Rozja�ni�a� u�miechem mroki niego serca.
Prosz�,
przyjmij ten podarunek. Pewnego dnia znajdziesz swego kupieckiego ksi�cia. I
oka�e si�
wtedy, �e jeste� cenniejsza od wszystkich skarb�w, kt�re znale�� mo�na na rynku
w
Bannisferre.
Sta�a z monet� w d�oni, zdumiona i przestraszona. Po kim� r�wnie m�odym jak
Gaborn nie oczekuje si� zwykle tak dwornych s��w, jednak jemu po �wiczeniach nad
G�osem
przychodzi�y one bez trudu. Spojrza�a mu w oczy zupe�nie inaczej, z respektem,
jakby
dopiero teraz go zobaczy�a.
- Dzi�kuj�, ksi��� Ordenie. Mo�e... powiem tyle, �e je�li Ioma ci� przyjmie, to
pochwal� jej decyzj�. - Obr�ci�a si� i okr��ywszy fontann�, znikn�a szybko w
g�stniej�cym
t�umie. Gaborn spojrza� jeszcze za ni�, doceniaj�c lini� karku, zwiewne szaty i
p�omienisty
szal.
Borenson podszed� i klepn�� ksi�cia w rami�.
- Ach, panie, co za kusz�cy cukierek - zachichota�.
- Tak, naprawd� przemi�a - szepn�� Gaborn.
- Ale mia�em zabaw�. Patrzy�em, jak staje za tob� i mierzy ci� spojrzeniem
niczym
tusz� na rze�nickim haku. Czeka�a z pi�� minut - Borenson uni�s� d�o� z
rozczapierzonymi
palcami - a� j� zauwa�ysz! Ale ty by�e� �lepy jak freta za dnia! Nic, tylko
podziwia�e� jakie�
kszta�tne rondle! Jak mog�e� jej nie dostrzec? Nie zauwa�y� takiej dziewczyny?
Aj! -
Borenson a� ramionami wzruszy�.
- Nie chcia�em nikogo urazi� - powiedzia� Gaborn, spogl�daj�c gwardzi�cie w
oczy.
Chocia� Borenson, jako przyboczny, powinien przede wszystkim wypatrywa�
potencjalnych
zab�jc�w, to po prawdzie �w niebywale chutliwy olbrzym nie potrafi� przej��
ulic�, �eby nie
cmokn�� na jak�� zgrabn� dzierlatk�. A je�li przez tydzie� �adnej nie poderwa�,
to zwraca�
g�o�no uwag� na ka�d� cho� troch� atrakcyjniejsz� od worka pasternaku. Czasem
�artowa�, �e
dzi�ki temu �aden zamachowiec przebrany za kobiet� na pewno nie ujdzie jego
czujno�ci.
- Ja ura�ony? W �adnym razie - stwierdzi� Borenson. - Ju� pr�dzej zaintrygowany.
I
zdumiony. Jakim cudem jej nie spostrzeg�e�? Przecie� musia�e� chocia� poczu� jej
zapach.
- Tak, pachnie bardzo mi�o. Trzyma suknie w szafie wy�o�onej p�atkami r�.
Borenson zatoczy� teatralnie oczami i j�kn��. Jego zarumieniona twarz zdradza�a
niezwyk�e podniecenie. To samo wida� by�o w spojrzeniu. Chocia� w zasadzie tylko
�artowa�, Gaborn wiedzia�, �e na Borensenie ta p�nocna pi�kno�� zrobi�a
znacznie wi�ksze
wra�enie, ni� okazywa�. Gdyby sam by� sobie panem, bez w�tpienia pogna�by za
dziewczyn�.
- Mog�e� jej przynajmniej pozwoli�, by ci� wyleczy�a z tej przykrej
dolegliwo�ci, na
kt�r� cierpisz, m�j panie. Z dziewictwa.
- W�r�d m�odych m�czyzn to do�� powszechna choroba - powiedzia� nieco ura�ony
Gaborn. Borenson odzywa� si� czasem do niego, jakby byli kumplami od bary�ki.
Przyboczny jeszcze bardziej poczerwienia�.
- I tak by� powinno, m�j panie!
- Poza tym - doda� ksi���, przypominaj�c sobie, �e od czasu do czasu dzieciom z
nieprawego �o�a udawa�o si� zdobywa� w�adz� w kr�lestwie - nierzadko lekarstwo
wi�cej
kosztuje chorego ni� choroba.
- Podejrzewam, �e to lekarstwo warte by�o ka�dej ceny - powiedzia� t�sknie
Borenson,
spogl�daj�c za Myrrim�.
Ca�kiem nagle za�wita� Gabornowi pewien plan. Wielki geometra powiedzia� mu
kiedy�, �e gdy znajduje rozwi�zanie jakiego� trudnego rachunku, nabiera
pewno�ci, �e wynik
jest w�a�ciwy, gdy czuje to ca�ym sob�. Gaborn pomy�la� w�a�nie, by zabra� t�
m�od� kobiet�
ze sob� do Mystarrii, i mia� niewyt�umaczalne wra�enie, �e to ze wszech miar
dobry pomys�.
By�o to uczucie podobne do tego, kt�re przyci�gn�o go do owej krainy,
nieodparty impuls.
Po chwili namys�u znalaz� te� spos�b, jak plan zrealizowa�.
Spojrza� na Borensona, aby utwierdzi� si� w domys�ach. Gwardzista sta� u jego
boku,
o g�ow� wy�szy od Gaborna, wci�� z czerwonymi policzkami, jakby zak�opotany
swymi
my�lami. Jego weso�e, b��kitne oczy zdawa�y si� �wieci� w�asnym blaskiem. Nogi
mu si�
trz�s�y, chocia� Gaborn nigdy nie widzia�, by zadr�a� kiedykolwiek w walce.
Myrrima oddali�a si� ju� sporo i skr�ca�a w�a�nie w w�sk� uliczk� przy rynku.
Prawie
bieg�a. Borenson pokr�ci� z �alem g�ow�, jakby chcia� spyta�: Jak mog�e�
pozwoli� jej
odej��?
- Borenson - szepn�� Gaborn. - Pospiesz za ni�. Przedstaw si� uprzejmie i
przyprowad� j� z powrotem, ale porozmawiajcie troch� po drodze. Nie poganiaj,
nie spiesz
si�. Powiedz, �e potrzebuj� jej tylko na chwil�.
- Wedle �yczenia, m�j panie - odpar� Borenson i pobieg� tak szybko, jak potrafi�
tylko
ci z zapisem metabolizmu. Wi�kszo�� przechodni�w schodzi�a wielkiemu gwardzi�cie
z
drogi, wolniejszych lub niezgrabnych zwinnie sam omija�.
Gaborn nie wiedzia�, jak d�ugo potrwa, nim Borenson wr�ci z dziewczyn�, cofn��
si�
zatem w cie� gospody. Dziennik pod��y� za nim. Stan�li tam razem nieco
zirytowani chmar�
kr���cych wko�o pszcz�. Ca�y fronton gospody zosta� urz�dzony jako �wonny
ogr�d� w
p�nocnym stylu. Na dachu wysiano b��kitne powoje, a z ca�ej masy skrzynek i
doniczek
wyrasta�y wszelkie kwitn�ce pn�cza: jasne i �zawi�ce na �cianach kapryfolium,
delikatne
pere�ki ko�ysanych �agodnym wiatrem malw, zduszona prawie w�r�d powodzi ja�minu,
gigantyczna i r�owa jak jutrzenka mandevilla. Pomi�dzy tym wszystkim przebija�y
brzoskwiniowe kwiaty pn�cej r�y, a na samym dole zielenia�y grz�dki mi�ty,
rumianku,
werbeny i innych przypraw.
Gospody na dalekiej P�nocy zwykle by�y otoczone podobnymi kwietnikami dla
st�umienia woni dolatuj�cych z rynku. Ogr�dkowe zio�a wykorzystywano ponadto w
kuchni.
Gaborn ul�y� w ko�cu swemu powonieniu, przechodz�c kilka krok�w dalej, w pe�ny
blask s�o�ca, gdzie zapach kwiat�w nie by� ju� tak dusz�cy.
Borenson wr�ci� po kilku chwilach. Wielk� d�oni� trzyma� Myrrim� za �okie� i
nader
osobliwie drobi� obok niej po bruku.
Gdy oboje stan�li przed nim, Myrrima sk�oni�a lekko g�ow�.
- Chcia�e� ze mn� rozmawia�, m�j panie?
- Tak - odpar� Gaborn. - Chocia� najbardziej zale�a�o mi na tym, aby� pozna�a
Borensona, mojego przybocznego. - Celowo nie nazwa� go gwardzist�, jak
powiedzia�by w
Mystarrii. - S�u�y mi od sze�ciu lat, dowodzi moj� stra�� osobist�. To dobry
cz�owiek. Moim
zdaniem jeden z najlepszych w Mystarrii. Na pewno naj�wietniejszy �o�nierz.
Borensonowi zap�on�y policzki. Myrrima spojrza�a na niego taksuj�ce i
u�miechn�a
si� dyskretnie. Nie mog�a nie zauwa�y� do tej pory, �e Borenson ma dodatkowy dar
metabolizmu. B�yskawiczne reakcje, chy�y krok i wyra�na niesk�onno�� do bezruchu
by�y
tego widomym dowodem.
- Borenson zosta� w�a�nie wyniesiony do godno�ci barona kr�lestwa i otrzyma�
nadanie ziemskie... Drewverry. - Gaborn natychmiast si� zorientowa�, �e paln��
g�upstwo. Nie
rozdaje si� lekk� r�k� tak du�ych w�o�ci. Ale s�owo si� rzek�o...
- M�j panie, nigdy nie s�ysza�em... - zacz�� Borenson, ale Gaborn uciszy� go
machni�ciem d�oni.
- Jak powiedzia�em, w�a�nie zosta� baronem. - W�o�ci Drewverry by�y jednymi z
rozleg�ej szych i gdyby Gaborn mia� czas si� zastanowi�, nie darowa�by ich nawet
najlepszemu �o�nierzowi za ca�e �ycie wzorowej s�u�by. Uzna� jednak, �e tak
hojny gest
winien podbudowa� lojalno�� Borensona, chocia� nigdy nie mia� powod�w, by w ni�
w�tpi�.
- Wszelako, jak sama widzisz, wi�kszo�� czasu poch�ania mu s�u�ba. Potrzebuje
�ony, kt�ra
pomog�aby mu zarz�dza� maj�tkiem.
Na twarzy Borensona zdziwienie ust�pi�o miejsca rado�ci. P�nocna pi�kno��
wyra�nie zawr�ci�a mu w g�owie, a Gaborn ewidentnie zamierza� ich wyswata�.
Myrrima przyjrza�a si� bez �enady obliczu Borensona, jakby po raz pierwszy
dostrzeg�a jego pot�n� �uchw�. Zerkn�a te� na odznaczaj�ce si� pod odzieniem
musku�y.
Nie kocha�a go, jeszcze nie, mo�e nigdy nie pokocha. Po�lubienie m�czyzny
�yj�cego
dwakro� szybciej, kt�ry zestarzeje si� i umrze, zanim jego ma��onka osi�gnie
wiek �redni, nie
by�o najciekawsz� perspektyw�. Niemniej zaaran�owany w ten niezwyk�y spos�b
zwi�zek
m�g� mie� pewne zalety.
Borenson sta� os�upia�y i oniemia�y niczym ch�opiec przy�apany na kradzie�y
jab�ek.
Wyraz jego twarzy �wiadczy� jednoznacznie, �e interesuje go ta partia, �e bardzo
na ni� liczy.
- M�wi�em ci, �e dobrze by� sobie poradzi�a na dworze - powiedzia� Gaborn. -
Chc�,
aby� przyby�a na dw�r mego ojca.
Bez w�tpienia zrozumia�a: �aden W�adca Run�w nigdy jej nie po�lubi, najlepsze,
na
co mo�e liczy�, to po��dliwy potomek kupieckiej arystokracji. Gaborn za�
ofiarowywa� jej
miejsce w kr�gu w�adzy, o czym normalnie mog�aby jedynie marzy�. To oraz
ma��e�stwo z
godnym szacunku m�czyzn�, kt�rego osobliwe koleje �ycia skaza�y na samotno��.
Nic nie
gwarantowa�o, �e go pokocha, ale Myrrima by�a praktyczn� kobiet�, kt�ra przej�a
urod�
si�str i m�dro�� matki ze �wiadomo�ci�, jak wielk� odpowiedzialno�� przyjmuje na
swoje
barki. Pami�ta�a, �e musi troszczy� si� o zubo�one w ten spos�b najbli�sze jej
osoby.
Wiedzia�a, czym jest brzemi� w�adzy. Tak, b�dzie idealn� gospodyni�, sprawi si�
w
Mystarrii.
Przeci�gle spojrza�a Borensonowi w oczy. Twarz jej st�a�a, usta si� zacisn�y.
Rozwa�a�a propozycj�. Pojmowa�a, jak nag�y impuls j� podyktowa�.
Prawie niedostrzegalnie skin�a g�ow�. Dobi�a targu.
W odr�nieniu od niej Borenson nie waha� si� ani chwili. Od razu uj�� jej smuk��
d�o�
w obie r�ce.
- Musisz wiedzie�, pani, �e jakkolwiek ogni�cie rozkwitnie jeszcze moja mi�o��
do
ciebie, przede wszystkim pozostan� wierny memu panu.
- Tak by� powinno - przytakn�a cicho Myrrima. Gabornowi serce �ywiej zabi�o.
Wygra�em jej mi�o��, pomy�la�, podobnie jak uczyni to Borenson.
Nagle odni�s� osobliwe wra�enie, �e upatrzy�a go sobie na zabawk� jaka� wielka
si�a.
Zdawa�o mu si�, �e j� czuje: co� jakby wiatr, wichur� w�a�ciwie, tak�
ogarniaj�ca bez reszty,
niewidoczn�, ale niezwyci�on�.
Przyspieszy� mu puls. Rozejrza� si� wko�o pewien, �e tak niezwyk�e odczucie musi
co� zwiastowa�, podobnie jak lekkie drgania gruntu uprzedzaj� o trz�sieniu
ziemi, a nag�y
ruch powietrza o bliskiej burzy. Ale nie zauwa�y�, by cokolwiek odbiega�o od
normy. Ludzie
doko�a nie wygl�dali na zaniepokojonych.
On jednak to czu�... ziemia dr�a�a mu pod stopami, ska�y szykowa�y si�, by o�y�,
wzruszy� grunt, krzykn�� wielkim g�osem.
Naprawd� osobliwe wra�enie.
Ulecia�o jednak po chwili r�wnie nagle, jak si� pojawi�o. Tak jak poryw wiatru
przechodzi ponad ��k�. Niedostrzegalny, ale poruszaj�cy wszystko na swej drodze.
Gaborn otar� pot z czo�a. By�o mu troch� nieswojo. Tysi�c mil przejecha�em, by
odpowiedzie� na odleg�y, nies�yszalny zew, a teraz to?
Zupe�nie szale�stwo.
- Czy wy... czujecie cokolwiek? - spyta� pozosta�ych.
3
O SKOCZKACH I PIONKACH
Gdy Chemoise dowiedzia�a si�, �e jaki� kupiec korzenny zrani� ci�ko jej
ukochanego,
s�o�ce nagle poczernia�o i przesta�o grza�. Sama dziewczyna zblad�a jak �ciana i
niemal
ca�kiem upad�a na duchu.
Ksi�niczka Ioma Sylvarresta patrzy�a na sw� dam� dworu, ukochan� przyjaci�k�,
i
szuka�a rozpaczliwie jakiego� sposobu, aby j� pocieszy�. Gdyby tu by�a lady
Jollenne, na
pewno wiedzia�aby, co robi�. Ale ochmistrzyni wyjecha�a na kilka tygodni do swej
babki,
kt�ra pot�uk�a si� paskudnie przy upadku.
Ioma, jej Dziennik i Chemoise wsta�y o �wicie. Posz�y do ogrodu kr�lowej i
zasiad�y
przy wielkim, wygi�tym jak p�ksi�yc kamieniu, kt�ry sta� pomi�dzy
przystrzy�onymi
starannie krzewami, gdy zjawi� si� kapral Clewes. Przerwa� im czytanie
najnowszych
romantycznych wierszy Adallego i oznajmi� z�� nowin�: z godzin� temu, mo�e
wi�cej, na
Kociej dosz�o do walki z pijanym kupcem. Sier�ant Dreys stawa� dzielnie, ale
bliski jest
�mierci. Rozp�atany od krocza do serca. Cierpi�c, wo�a� Chemoise.
Chemoise przyj�a wiadomo�