2928
Szczegóły |
Tytuł |
2928 |
Rozszerzenie: |
PDF |
Jesteś autorem/wydawcą tego dokumentu/książki i zauważyłeś że ktoś wgrał ją bez Twojej zgody? Nie życzysz sobie, aby podgląd był dostępny w naszym serwisie? Napisz na adres
[email protected] a my odpowiemy na skargę i usuniemy zabroniony dokument w ciągu 24 godzin.
2928 PDF - Pobierz:
Pobierz PDF
Zobacz podgląd pliku o nazwie 2928 PDF poniżej lub pobierz go na swoje urządzenie za darmo bez rejestracji. Możesz również pozostać na naszej stronie i czytać dokument online bez limitów.
2928 - podejrzyj 20 pierwszych stron:
JOSEPH CONRAD
W�R�D PR�D�W
OD AUTORA
Opowiadania zebrane w tej ksi��ce da�y pow�d do dw�ch wypowiedzi, kt�re
stanowi�y jakby komentarz do nich, a tak�e formu�owa�y pewien krytyczny zarzut.
Jeden z recenzent�w zauwa�y�, �e lubi� pisa� o ludziach, kt�rzy p�dz� �ycie na
morzu lub na samotnych wyspach, gdzie nie s� skr�powani wymogami �ycia
towarzyskiego, takie bowiem postacie pobudzaj� gr� mej wyobra�ni stosuj�c� si�
wtedy ju� tylko do praw natury i konwencji ludzkich. Uwaga ta jest do pewnego
stopnia s�uszna, ale nie uwzgl�dnia mej wolno�ci wyboru. Wybieraj�c postacie i
tematy nie szuka�em takich, kt�re by dawa�y pole dla swobody wyobra�ni. Rodzaj
wiadomo�ci, sugestii czy wskaz�wek, z kt�rych robi�em u�ytek w mych dzie�ach,
bra� si� bezpo�rednio z do�wiadcze� mego czynnego �ycia. By� to wynik raczej
kontakt�w, i to bardzo powierzchownych, ni� rzeczywistych zdarze�, gdy� �ycie
moje nie by�o awanturnicze. Nawet teraz, gdy z pewnym �alem (a kt� nie �a�uje
m�odo�ci?), a tak�e z g��bokim wzruszeniem spogl�dam w przesz�o��, widz� j� w
surowych barwach ci�kiego trudu i powa�nych obowi�zk�w, kt�re same przez si�
nie budz� romantycznych skojarze�. Je�li mnie nawet poci�gaj�, gdy si�gam my�l�
w przesz�o��, s�dz�, �e wynika to z wrodzonego mi romantycznego spojrzenia na
rzeczywisto��. Stanowisko takie samo przez si� mo�e stanowi� pewn� przeszkod�,
ale gdy jest podporz�dkowane poczuciu odpowiedzialno�ci i uznaniu twardej
rzeczywisto�ci, wsp�lnej nam wszystkim, wtedy staje si� punktem widzenia, z
kt�rego nawet ciemne strony �ycia wida� opromienione blaskiem wewn�trznym. A
taki romantyzm nie jest b��dem. Nie jest te� przeszkod� w poznawaniu prawdy.
Stara si� wybrn�� z tego, jak mo�e, cho� nie jest to �atw� spraw�, ale w�r�d
tych trudno�ci mo�e nawet odkry� pewien rodzaj pi�kna.
M�wi� tu o romantyzmie w �yciu, a nie o romantyzmie w literaturze, kt�ry w swych
pocz�tkach zwi�zany by� z tematyk� sredniowieczn� lub w ka�dym razie z czym� -
co w owej zamierzch�ej przesz�o�ci za tak� by�o uwa�ane. Temat�w mych nie
czerpa�em z �redniowiecza i mam do nich niezaprzeczalne prawo, gdy� przesz�o��
moja do mnie tylko nale�y. Je�li tematy te zbaczaj� z utartych �cie�ek
zorganizowanego �ycia spo�ecznego, to dlatego, �e ja sam we wczesnej mej
m�odo�ci wy�ama�em si� z tego �ycia pod nakazem impulsu, kt�ry musia� by� chyba
bardzo szczery, gdy� nie opu�ci� mnie mimo gro��cego mi rozczarowania. Lecz to
�r�d�o literackiej tw�rczo�ci nie przyczyni�o si� do rozbujania mej fantazji.
Przeciwnie, fakt, �e mia�em do czynienia ze sprawami wychodz�cymi poza codzienny
bieg wypadk�w, zmusza� mnie do skrupulatniejszego liczenia si� z prawd� mych
dozna�. Problemem dla mnie by�o tylko, jak opisa� rzeczy niezwyk�e, by uczyni�
je wiarogodnymi. W tym celu musia�em odtworzy� ich w�asn�, realn� atmosfer� i
ni� je otoczy�. To by�o najtrudniejszym i najwa�niejszym zadaniem w �wiadomym
wysi�ku ukazania prawdy o my�lach i faktach, do czego zawsze d��y�em.
Druga wypowied�, spo�r�d dw�ch powy�ej przeze mnie wzmiankowanych, podkre�la�a,
�e w tej ksi��ce ca�o�� by�a rzecz� wa�niejsz� od poszczeg�lnych cz�ci. Tu
odwo�uj� si� do s�du czytelnik�w, zaznaczaj�c tylko, �e je�li jest tak istotnie,
musz� to przyj�� jako wyraz uznania dla siebie. Opowiadania te bowiem, kt�re
wedle tego pogl�du zdaj� si� tak do siebie pasowa�, �e nale�y je rozpatrywa�
jako ca�o�� i jako wytw�r jednego nastroju, powsta�y w rozmaitych czasach, pod
r�nymi wp�ywami, i jako pr�by znalezienia rozmaitych sposob�w pisania nowel.
Sugestie i pomys�y do nich zbierane by�y w r�nych chwilach �ycia i w odleg�ych
od siebie stronach �wiata. Ksi��ka spotka�a si� z mn�stwem krytyk, wi�kszo�� z
nich by�a s�uszna, ale w paru wypadkach zarzuty mnie zaskoczy�y. Mi�dzy innymi
zarzut fa�szywego realizmu w odniesieniu do pierwszej noweli: Plantatora z
Malaty. By�bym traktowa� ten zarzut jako powa�ny, gdybym czytaj�c dalej nie
przekona� si�, �e znakomity jego autor oskar�a mnie po prostu o to, i� nie da�em
pomy�lnego zako�czenia noweli na skutek pewnego rodzaju moralnego tch�rzostwa,
obawiaj�c si�, by mnie nie pos�dzono o powierzchowny sentymentalizm. Gubi� si� w
przypuszczeniach, gdzie (i jakie) mo�na by znale�� w Plantatorze z Malaty
zarodki szcz�cia, kt�re mog�yby w ko�cu wyda� owoce? Krytyka ta jakby nie
zauwa�y�a celu i znaczenia tego utworu, przede wszystkim estetycznego. Stara�em
si� w danym wypadku zbudowa� opowiadanie wok� pewnej sytuacji psychologicznej.
M�j dawny i ceniony przyjaciel ustnie zrobi� mi zarzut, �e w scenie pod ska��,
decyduj�cej z punktu widzenia psychologii, ani Felicja Moorsom, ani Geoffrey
Renouard nie potrafili sobie powiedzie� tego, co powinni. W�wczas nie spiera�em
si� o to, gdy� szczerze m�wi�c nie by�em sam zupe�nie zadowolony z tej sceny.
Odczytuj�c t� nowel� dla obecnego wydania, doszed�em do przekonania, �e du�o
jest racji w krytyce mego przyjaciela, i� tych dwoje uczyni�em zbyt szczerymi w
wypowiadaniu uczu� i to w pewnym stopniu zniweczy�o charakterystyczny i z�udny
czar ich postaci. Tej omy�ki �a�uj� bardzo, gdy� zdawa�o mi si�, �e uda�o mi si�
stworzy� co� bardzo trudnego. Pragn��em, by utw�r ten by�, na miar� moich si�,
jak najdoskonalszy. Zwa�aj�c jednak na ton i napi�cie ca�ego opowiadania, bardzo
trudno wyobrazi� sobie, co tych dwoje mog�o sobie powiedzie� w owym momencie i w
tym w�a�nie punkcie kuli ziemskiej. W nastroju, w jakim oboje byli, i wobec
wyj�tkowego stanu ich uczu� mogli byli w�wczas powiedzie� wszystko.
�w wybitny krytyk, kt�ry mi zarzuca� fa�szywy realizm, jako objaw mej
nie�mia�o�ci, myli� si� ca�kowicie. Chcia�bym go zapyta�, jak sobie wyobra�a
ca�e �ycie Felicji Moorsom sp�dzone, �e si� tak wyra��, w ramionach Geoffrey a
Renouarda? Czy� by�o to w og�le mo�liwe? Czy� by�o to prawdopodobne? Nie! Nie
napisa�em tego ani przez nie�mia�o��, ani przez lenistwo. W tym wypadku mo�e
by�oby lepiej mniej ufa� w�asnym si�om. Ale nie zrobi�em tego i jestem w tym
podobny do Geoffreya Renouarda, �e kiedy wci�gnie mnie jaka� przygoda, nie mog�
znie�� my�li, �e m�g�bym si� cofn��. Nadesz�a dla nich chwila, kiedy musieli si�
wypowiedzie�. Musieli. Wyrazi� mow� ludzk� najwznio�lejsze uczucia jest to
nieosi�galne zadanie. S�owa napisane b�d� tylko rodzajem przek�adu uczu�. A
je�li nawet ten przek�ad zostanie ju� dokonany, to ludzie uwik�ani w sid�a
nami�tno�ci, przez niezr�czno�� czy z obawy, aby si� nie wyda� zbyt
prozaicznymi, zamiast wyjawi� swe uczucia, co wkracza�oby ju� w dziedzin�
sztuki, zdradzaj� tylko siebie, co nie jest ani sztuk�, ani �yciem. Ani te�
prawd�! W ka�dym razie nie ca�� prawd�; gdy� jest to prawda odarta ze wszystkich
koniecznych i �yczliwych zastrze�e� i obwarowa�, kt�re nadaj� jej
nieposzlakowan� form�, w�a�ciwe proporcje i pozory ludzkiego braterstwa.
Zaiste zadanie cz�owieka, kt�ry ma prze�o�y� uczucia na s�owa, okre�li� nale�y
jako "zbyt trudne". Mimo to ze zwyk�ym sobie brakiem odpowiedzialno�ci ciesz�
si�, �e jednak spr�bowa�em napisa� to opowiadanie, pomimo wszystkie komplikacje
i trudno�ci, w��cznie ze scen� pod szar� ska�� g�ruj�c� nad Malat�. Ale nie
jestem tak zadowolony z rezultatu, abym nie mia� wybaczy� cierpliwemu
czytelnikowi jego rozczarowania.
Nie pozostawi�em miejsca dla om�wienia trzech dalszych nowel, gdy� nie uwa�am,
by wymaga�y komentarza. W ka�dej z nich panuje inny nastr�j i umy�lnie
usi�owa�em ka�dej z nich nada� inny ton i inn� budow� zda�. Kt�ry� recenzent
pisz�c o Gospodzie pod Dwiema Wied�mami zapyta�, czy czyta�em opowiadanie
zatytu�owane Bardzo dziwne ��ko, kt�re si� ukaza�o w "Household Words" w roku
1852 czy 1854. Nie widzia�em nigdy �adnego numeru tego pisma z wzmiankowanego
dziesi�ciolecia. ��ko takie znaleziono w pewnym zaje�dzie na drodze mi�dzy
Rzymem a Neapolem w ko�cu XVIII wieku. Gdzie ja znalaz�em t� informacj�, nie
umiem powiedzie�, ale jestem pewien, �e nie w �adnym opowiadaniu. To ��ko jest
jedynym "rzeczywistym faktem" w Gospodzie pod Dwiema Wied�mami, Nast�pne dwie
nowele zawieraj� wi�cej "rzeczywistych fakt�w", kt�re zawdzi�czam w�asnemu
do�wiadczeniu.
1920 r.
J. C.
PLANTATOR Z MALATY
I
W prywatnym gabinecie redakcji naczelnego dziennika wychodz�cego w du�ym
kolonialnym mie�cie rozmawiali dwaj m�czy�ni. T�szy z nich, blondyn,
wygl�daj�cy bardziej po miejsku, by� redaktorem i wsp�w�a�cicielem tej powa�nej
gazety.
Drugi zwa� si� Renouard. Na jego �niadej, pi�knej twarzy wida� by�o, �e
poch�oni�ty jest jak�� my�l�. By� to cz�owiek szczup�y, �ywy, z pewn�
n�edba�o�ci� w ruchach. Dziennikarz zapyta�:
- A wi�c wczoraj by�e� na obiedzie u starego Dunstera?
U�y� wyrazu "stary" nie z t� serdeczno�ci�, z jak� si� go stosuje do bliskich,
lecz jako trze�we stwierdzenie faktu. Dunster, o kt�rym tu mowa, by�
rzeczywi�cie stary. By� to wybitny polityk kolonialny; odsun�� si� od czynnego
�ycia politycznego od czasu swej podr�y do Europy i d�u�szego pobytu w Anglii,
kiedy to ca�a prasa wyra�a�a si� o nim bardzo przychylnie. Kolonia dumna by�a z
niego.
- Tak, by�em tam na obiedzie - odpar� Renouard. - M�ody Dunster mnie zaprosi�,
kiedy ju� wychodzi�em z jego biura. Robi�o to wra�enie, jakby ten pomys� nagle
mu przyszed� do g�owy. Podejrzewam go jednak, �e mia� jakie� ukryte zamiary,
gdy� nalega�, zapewniaj�c, �e wuj rad by mnie zobaczy�. Podobno wspomina�
niedawno, �e udzielenie mi koncesji na Malacie by�o ostatnim aktem jego �ycia
politycznego.
- Bardzo to wzruszaj�ce. Staruszek rozczula si� czasem nad swoj� przesz�o�ci�.
- Nie umiem powiedzie�, co mnie sk�oni�o do przyj�cia tego zaproszenia - ci�gn��
dalej Renouard - gdy� nie�atwo daj� si� powodowa� uczuciom. Stary Dunster
oczywi�cie by� dla mnie uprzejmy, ale nawet nie zapyta�, jak mi si� wiedzie na
mojej plantacji ro�lin jedwabniczych. Zapomnia� pewnie o jej istnieniu. By�o tam
znacznie wi�cej os�b, ni� si� spodziewa�em, bardzo du�e towarzystwo.
- I mnie zaproszono - rzek� dziennikarz - ale nie mog�em si� wybra�. Kiedy
przyjecha�e� z Malaty?
- Wczoraj o �wicie. Rzuci�em kotwic� w zatoce przy Garden Point, a w biurze
m�odego Dunstera zjawi�em si�, nim zd��y� przejrze� korespondencj�. Czy
widzia�e� go kiedy czytaj�cego listy? Zobaczy�em go przez otwarte drzwi:
siedzia�, trzymaj�c list w obu r�kach, z ramionami podniesionymi a� po same
wstr�tne uszy; nos i usta wysun�� naprz�d jak ss�cy aparat. To potw�r, istny
symbol handlu!
- My nie uwa�amy go tutaj za potwora - rzek� dziennikarz przygl�daj�c si� w
zamy�leniu swemu go�ciowi.
- Zapewne, przywykli�cie do jego wygl�du i do wielu jemu podobnych. Nie umiem
sobie wyt�umaczy�, dlaczego, gdy przyje�d�am do miasta, wygl�d ludzi na ulicach
robi na mnie takie silne wra�enie.
Maj� twarze pe�ne wyrazu.
- Ale niezbyt przyjemne?
- No, nie wszystkie. Wra�enie to jest bardzo silne, cho� niejasne. Wiem, �e
b�dziesz to uwa�a� za skutek mojego samotnego �ycia.
- Tak. My�l� tak rzeczywi�cie. Ca�ymi miesi�cami nie widujesz nikogo. Takie
�ycie jest demoralizuj�ce i niezdrowe.
Renouard u�miechn�� si� blado i mrukn��, �e istotnie min�o ju� dobrych
jedena�cie miesi�cy od ostatniej jego bytno�ci w mie�cie.
- Samotno�� dzia�a jak trucizna - nalega� redaktor. - Dlatego potem w twarzach
ludzkich dopatrujesz si� tajemnicy i przymusu: zdrowy cz�owiek nie �ama�by sobie
nad tym g�owy. Ale ty naturalnie si� przejmujesz.
Geoffrey Renouard nie przyzna� si� dziennikarzowi, �e i jego twarz, twarz
przyjaciela, zastanawia go tak jak i inne. Odkrywa� niszcz�ce �lady, jakie na
wygl�dzie ludzkim pozostawia czas swym codziennym dotkni�ciem. Wzrusza�y go i
dr�czy�y jako widome znaki straszliwych wewn�trznych zmaga�, by�y przera�aj�co
widoczne dla jego �wie�ych oczu po przyje�dzie z Mala�y, gdzie �y� w samotno�ci.
Osiad� tam po pi�ciu latach niebezpiecznych przyg�d i poszukiwa�.
- Faktem jest jednak - rzek� - �e u siebie na Malacie nikomu si� specjalnie nie
przygl�dam. Nie zwracam uwagi na wygl�d robotnik�w na plantacji.
- A my tutaj nie zwracamy uwagi na przechodni�w, i to jest zdrowy punkt
widzenia.
Go�� nic na to nie odpowiedzia� z obawy przed dyskusj�. Nie przyszed� do biura
redaktora dla dyskusji, lecz po informacje. Ale nie m�g� si� jako� zdecydowa� na
przyst�pienie do rzeczy. Samotne �ycie czyni cz�owieka wstrzemi�liwym w
stosunku do wszelkiego rodzaju plotki, chleba powszedniego tych, kt�rzy j�zyka
u�ywaj� zwykle do obmowy bli�nich.
- Czy bardzo jeste� zaj�ty?
Redaktor, kt�ry robi� czerwone znaczki na d�ugiej zadrukowanej szpalcie, rzuci�
o��wek i odpar�:
- Nie. W�a�nie sko�czy�em rubryk� towarzysk�!
W tym biurze wie si� wszystko o wszystkich, nawet o wielu ludziach bez
znaczenia. Niejeden dziwak przewin�� si� przez ten pok�j. Wyp�dki i rozbitki z
Kraju, z wn�trza l�du, z Oceanu Spokojnego... Ale, ale, jak tu by�e� ostatni
raz, zgodzi�e� sobie jednego z nich na pomocnika, prawda?
- Zaanga�owa�em pomocnika jedynie po to, aby po�o�y� kres twoim kazaniom o z�ych
skutkach samotno�ci - odpar� spiesznie Renouard, a dziennikarz roze�mia� si� z
jego na wp� obra�onego tonu. �mia� si� nie bardzo g�o�no, ale oty�a jego posta�
trz�s�a si� ca�a. Wiedzia�, �e m�ody przyjaciel us�ucha� tej rady, nie bardzo
wierz�c w jego rozum - czy te� przenikliwo��. On to jednak pierwszy dopom�g�
Renouardowi w jego zamiarach eksploracji i zaplanowa� pi�cioletni� ekspedycj�
naukow�, doprowadzon� do ko�ca z wielkim powodzeniem, po wielu przygodach,
niebezpiecze�stwach, trudach i ci�kiej pracy, ekspedycj�, wynagrodzon� skromnie
przez oszcz�dny rz�d kolonii wydzier�awieniem Renouardowi wyspy Malaty. Nagrod�
t� m�ody badacz zawdzi�cza� tak�e dziennikarzowi, kt�ry, b�d�c cz�owiekiem
wp�ywowym, wywalczy� j� s�owem i pi�rem. W�tpi� bardzo w prawdziw� sympati�
Renouarda, ale i on sam nie lubi�- pewnych stron jego charakteru, kt�rych nie
m�g� zrozumie�; czu� jednak niejasno, �e one to w�a�nie stanowi� rzeczywist�,
prawdziw�, a bodaj czy nie absurdaln� natur� Renouarda. Tak, na przyk�ad, by�o
ze spraw� pomocnika. Renouard uzna� za s�uszne argumenty swego przyjaciela i
protektora o niezdrowym wp�ywie samotno�ci, uzna�, �e lepszy jest od niej
niezgodny nawet towarzysz. Doskonale, pos�usze�stwo jego by�o rozs�dne, nawet
przyjemne. Lecz c� potem uczyni�? Zamiast w sprawie wyboru towarzysza poradzi�
si� swego starego przyjaciela i protektora, kt�ry, w dodatku, zna� na bruku
miasta wszystkich ludzi zaj�tych i niezaj�tych, ten niezwyk�y cz�owiek
niespodziewanie, prawie podst�pnie przygarn�� B�g wie kogo i czym pr�dzej
odp�yn�� z nim z powrotem na Malat�; by�o to post�powanie oczywi�cie nierozwa�ne
i niezbyt lojalne. Oto, jak si� ta sprawa przedstawia�a. Dziennikarz w g��bi
serca nie m�g� mu tego wybaczy�, �mia� si� te� d�ugo, a� wreszcie przesta� si�
trz��� i zapyta�:
- Ale prawda. Opowiedz mi co o swoim pomocniku...
- C� ci o nim powiedzie�? - odpar� Renouard po chwili, a cie� niezadowolenia
powl�k� jego rysy.
- Nic mi nie masz do powiedzenia?
- Nic, tylko... - Przelotny wyraz surowo�ci znik� z twarzy i g�osu Renouarda,
gdy po chwili powa�nego zastanowienia zmieni� sw�j pierwotny zamiar i rzek�:
- Nie, nie mam nic do powiedzenia.
- Nie przywioz�e� go czasem ze sob�, aby si� rozerwa�?
Plantator z Malaty spojrza� na niego ze zdumieniem, wreszcie, potrz�sn�wszy
g�ow�, mrukn�� niedbale:
- My�l�, �e mu bardzo dobrze tam, gdzie jest. Ale chcia�bym si� dowiedzie� od
ciebie, dlaczego m�odemu Dunsterowi tak na tym zale�a�o, �ebym by� u jego wuja
na tym wczorajszym obiedzie; wszyscy chyba wiedz�, �e nie jestem bynajmniej
towarzyski.
Redaktor oburzy� si� na tyle skromno�ci. Czy�by przyjaciel jego nie wiedzia�, �e
nie maj� tu pr�cz niego innego odkrywcy - przecie� to on robi do�wiadczenia z
jedwabiem.
- Ale to mi nie t�umaczy wczorajszego zaproszenia. Nigdy jeszcze m�ody Dunster
nie zrobi� mi tej uprzejmo�ci...
- To fakt, �e nasz Willie nie czyni nic bez powodu - rzek� dziennikarz.
- I nie do�� tego: zaprosi� mnie do domu swego wuja.
- On tam mieszka.
- Tak, ale m�g� mi zafundowa� obiad gdzie indziej. Szczeg�lnie, �e stary nie
mia� mi nic specjalnego do powiedzenia. U�miechn�� si� do mnie dobrotliwie par�
razy, i na tym koniec. To by�o du�e przyj�cie, szesna�cie os�b.
Redaktor, wyraziwszy �al, �e nie m�g� tam by�, zapyta�, czy przyj�cie by�o mi�e.
Renouard �a�owa�, �e jego przyjaciel nie by� na tym obiedzie. Wiedzie� o
wszystkim, co si� dzieje na tej p�kuli, to jego zaj�cie, a raczej zaw�d.
Zapewne wi�c m�g�by mu co� powiedzie� o paru osobach, niedawno przyby�ych z
Anglii, kt�re znalaz�y si� mi�dzy zaproszonymi. M�ody Dunster (Willie), �yskaj�c
szerokim gorsem koszuli i bia�� sk�r� czaszki mi�dzy rzadkimi, czarnymi,
przylepionymi do czubka g�owy kosmykami w�os�w, rzuci� si� na Renouarda i
przedstawi� go ca�emu towarzystwu niczym tresowanego psa albo cudowne dziecko.
Renouardowi Willie zdecydowanie si� nie podoba� - jak wszyscy ludzie, kt�rych
obecno�� przyt�acza.
Po tych s�owach zapanowa�o milczenie. Wydawa�o si�, �e Renouard nic ju� wi�cej
nie powie, gdy nagle wyjawi� rzeczywisty pow�d swojej wizyty w gabinecie
redaktora.
- Wydali mi si� wszyscy lud�mi, na kt�rych kto� rzuci� urok.
Redaktor spojrza� na niego z uznaniem i pomy�la�, �e czy to by� skutek samotnego
�ycia, czy czego� innego, w ka�dym razie Renouard da� dow�d niezwyk�ej
przenikliwo�ci w rozszyfrowywaniu ludzkich twarzy.
- Nie powiedzia�e� mi nazwisk, ale mog� odgadn��, o kogo ci chodzi. By� to
zapewne profesor Moorsom, jego c�rka i siostra?
Renouard przytakn��. Tak, by�a mi�dzy nimi siwa pani. Lecz �atwo by�o odgadn�� z
jego milczenia i oczu, kt�re unika�y spojrze� przyjaciela, �e nie o siw� pani�
mu chodzi.
- S�owo daj� - rzek�, odzyskuj�c zwyk�y spos�b bycia - zdaje mi si�, �e
zaprosili mnie tylko po to, aby c�rka profesora rozm�wi�a si� ze mn�.
Nie ukrywa�, jak wielkie wra�enie zrobi�a na nim jej uroda; zreszt�, ka�dy by�
pod jej urokiem. R�ni�a si� od wszystkich obecnych, i to nie tylko londy�sk�
toalet�. Do sto�u poprowadzi� j� Willie, nie Renouard. Dopiero potem na
tarasie...
Wiecz�r by� cudownie cichy. Renouard siedzia� na uboczu, samotny, i marzy� o
tym, aby znale�� si� gdzie� daleko st�d, najlepiej na swym �aglowcu, z dala od
nudy proszonego obiadu. Przez ca�y wiecz�r nie zamieni� z innymi go��mi nawet i
czterdziestu s��w. Nagle ujrza� j�, jak zbli�a�a si� do niego sama, w p�mroku
tarasu.
By�a wysoka i gibka; g�ow�, uwie�czon� bujnymi w�osami, nosi�a z godno�ci�:
mia�a w sobie co� uderzaj�co szczeg�lnego, przypomina�a zjawisko z czas�w
poga�skich. Chcia� wsta�, lecz pewno��, z jak� si� zbli�a�a, nie pozwoli�a mu
si� ruszy� z miejsca. Nie przyjrza� jej si� tego wieczoru. Wzrok jego nie
posiada� tej swobody, kt�rej nabywa si� w �wiecie, cz�sto spotykaj�c wielu
obcych ludzi. Nie by�a to nie�mia�o��, lecz pow�ci�gliwo�� cz�owieka nie
przyzwyczajonego do stosunk�w towarzyskich i do beztroskiej ciekawo�ci
ukradkowych spojrze�. Rzuci� tylko na ni� jedno przenikliwe spojrzenie i zaraz
spu�ci� wzrok, zdo�a� jednak zauwa�y�, �e w�osy jej by�y wspania�ego rudego
koloru, a oczy bardzo ciemne. Wra�enie by�o niepokoj�ce, lecz przelotne;
zapomnia� o nim niemal zupe�nie, a� do chwili kiedy ujrza� zbli�aj�c� si�
tarasem powoli, ale jak gdyby z hamowan� �ywo�ci�; posta� jej porusza�a si�
rytmicznie i powiewnie. Gdy sz�a, pad�o na ni� �wiat�o z otwartego okna i w�osy
jej zap�on�y jak roztopiony metal; widok tego he�mu z p�on�cej miedzi nape�ni�
go podziwem i zachwytem. Nie opowiedzia� jednak tego redaktorowi, nie przyzna�
mu si� tak�e, �e obecno�� jej zbudzi�a w jego umy�le obraz wiecznotrwa�ej
mi�o�ci i �e zrozumia� w�wczas, jak� niedo�cig�� rado�� �ycia zawiera w sobie
pi�kno. Nie podzieli� si� z redaktorem tymi uczuciami, lecz opowiada� mu suche
fakty trze�wym tonem i w niewyszukanych s�owach:
- M�oda ta osoba, zbli�ywszy si�, siad�a obok mnie i zapyta�a: "Czy pan jest
Francuzem, prosz� pana?"
Nie wspomnia� te� nic o zapachu nie znanych mu perfum, kt�ry go w�wczas owion��.
G�os jej by� cichy i wyra�ny. Obna�one ramiona i r�ce ol�niewa�y niezwyk��
bia�o�ci�, a gdy unios�a g�ow� do �wiat�a, ujrza� doskonale pi�kny kontur jej
twarzy, prosty, cienki nos o delikatnych nozdrzach i �yw� purpurow� plam� warg w
bladym owalu twarzy. Wyraz oczu gin�� w tajemniczej grze ciemnych �renic,
mieni�cych si� srebrem i czerni� w cieniu rdzawego z�ota w�os�w, jakby by�a
istot� stworzon� ze stopu drogocennych metali i ko�ci s�oniowej, przemienionych
w �yw� tkank�.
- ...Opowiedzia�em jej o mojej rodzinie, mieszkaj�cej w Kanadzie, i o tym, �e
wychowa�em si� w Anglii, nim tu przyby�em. Nie rozumiem, dlaczego interesowa�a
si� histori� mojego �ycia?
- Czy jeste� z tego niezadowolony?
Ton wszystkowiedz�cego dziennikarza dotkn�� widocznie Renouarda, gdy�
odpowiedzia� st�umionym g�osem, z odcieniem niezadowolenia:
- Nie. - Po chwili milczenia jednak ci�gn�� dalej: - Ale to wszystko jest bardzo
niezwyk�e. Opowiedzia�em jej tak�e, �e maj�c lat dziewi�tna�cie, to jest prawie
zaraz po uko�czeniu szko�y, ruszy�em w �wiat. Podobno nie�yj�cy jej brat by� w
tej samej szkole na par� lat przede mn�. Chcia�a si� dowiedzie�, co robi�em,
przyjechawszy tutaj, i do jakiej pracy bior� si� zazwyczaj przyjezdni; dok�d si�
st�d udaj�; co si� im mo�e przytrafi�; jak gdybym z w�asnego do�wiadczenia m�g�
zgadn�� i przewidzie� losy ludzi, kt�rzy tu przyje�d�aj� z tysi�cem r�nych
projekt�w, dla tysi�ca r�nych przyczyn lub te� bez �adnych przyczyn, po prostu
przygnani duchem niepokoju - przyje�d�aj�, wyje�d�aj� i gin�! Niedorzeczne
wymaganie! Widocznie chcia�a, bym jej opowiada� o �yciu tych ludzi. T�umaczy�em
jej, �e o wi�kszo�ci wypadk�w nie warto nawet m�wi�.
Znakomity dziennikarz opar� si� na �okciu i, podtrzymuj�c g�ow� lew� r�k�,
przys�uchiwa� si� z wielk� uwag�, lecz bez zdziwienia, jakiego spodziewa� si�
Renouard, gdy przerwawszy na chwil� tok swego opowiadania zapyta� nagle:
- Ty co� wiesz?
Wszystkowiedz�cy dziennikarz poruszy� z wolna g�ow� i odpar�:
- Wiem. Lecz m�w dalej.
- To wszystko, nie mam nic wi�cej do powiedzenia. Na koniec spostrzeg�em si�, �e
opowiadam jej pierwsze moje przygody. Nie mog�y przecie� jej zainteresowa�.
Naprawd�! - zawo�a�. - W tym jednak jest co� bardzo dziwnego. Oni co� maj� na
my�li. Siedzieli�my w �wietle padaj�cym od okna, podczas gdy jej ojciec kr��y�
po tarasie z za�o�onymi w ty� r�kami i opuszczon� g�ow�. Siwa dama dwa razy
zbli�a�a si� do okna sto�owego pokoju, zapewne, aby spojrze� na nas. Reszta
go�ci zacz�a si� ju� rozchodzi�, a my wci�� siedzieli�my. Oni widocznie
mieszkaj� u Dunster�w. Wreszcie sama panna Moorsom po�o�y�a temu koniec. Ojciec
i ciotka kr��yli dooko�a, jakby si� bali przeszkadza� pannie, ale ona nagle
wsta�a sama i, podawszy mi r�k� na po�egnanie, wyrazi�a nadziej�, �e si� jeszcze
zobaczymy.
M�wi�c to, Renouard widzia� j� poruszaj�c� si� z wdzi�kiem i si��, odczuwa�
u�cisk jej d�oni, s�ysza� ostatnie, ciche d�wi�ki jej g��bokiego g�osu, ogl�da�
jej szyj�, tak bardzo bia�� w �wietle padaj�cym od okna, zapami�ta� ciemne
spojrzenie jej �mia�ych oczu, kt�re prze�lizn�o si� po jego twarzy, kiedy si�
odwraca�a. By�y to wspomnienia czysto wzrokowe i wywo�ywa�y co� innego ni�
prost� przyjemno��, raczej dziwi�y go, gdy� odkrywa� w sobie oto nowe zdolno�ci.
S� zdolno�ci, bez kt�rych cz�owiek wola�by si� obej��, takie w�a�nie jak mo�no��
widzenia poprzez mur lub zachowanie w pami�ci z tak� niesamowit� wprost
dok�adno�ci� czyjego� �ywego obrazu. I co nale�a�o s�dzi� o tych dwojgu jej
krewnych z ich niespokojn� troskliwo�ci�? Te postacie, przeniesione tu wprost ze
Starego Kraju, rzeczywi�cie narzuca�y si� uwadze. Prawd� m�wi�c, to w�a�nie ich
uporczywa obecno�� mi�dzy nim a konkretnymi zjawiskami codziennego, materialnego
�ycia pchn�a Renouarda do �o�enia wizyty przyjacielowi w jego biurze.
Spodziewa� si�, �e troch� pospolitych plotek rozproszy widmow� atmosfer� tego
niezwyk�ego przyj�cia. Naturalnie, w�a�ciwiej by by�o zwr�ci� si� z tym do
m�odego Dunstera, ale po prostu nie m�g� go znie��.
Tymczasem redaktor zmieni� poz� za biurkiem, u�miechn�� si� z lekka, daj�c tym
do zrozumienia, �e wie du�o, i rzek�:
- Czaruj�ca dziewczyna, nieprawda?
Niew�a�ciwo�� tego okre�lenia wytr�ci�aby ka�dego z r�wnowagi. Czaruj�ca! Ta
dziewczyna czaruj�ca! Cza... Renouard jednak opanowa� si�. Przyjaciel jego nie
by� cz�owiekiem, kt�remu mo�na by si� zwierza�. Zreszt�, na tak� przecie�
rozmow� tu przyszed�. Skoro jednak ju� si� poruszy�, zasiad� wygodniej i
przyzna� z doskonale udan� oboj�tno�ci�, �e rzeczywi�cie jest czaruj�ca.
Szczeg�lnie po�r�d tego stada wystrojonych czupirade�; nie by�o w�r�d nich ani
jednej kobiety poni�ej lat czterdziestu.
- �adnie si� wyra�asz o �mietance naszego towarzystwa, le dessus du panier, jak
m�wi� Francuzi - oburzy� si� �artobliwie redaktor. - Nie przebierasz w s�owach.
- Tak rzadko m�wi�, co my�l� - odpar� mu na to Renouard powa�nie.
- Powiem ci moje zdanie: za ma�o liczysz si� ze s�owami. Oczywi�cie ze mn�
jeste� bezpieczny, ale czy nigdy si� nie nauczysz...
- Co mnie najbardziej zdumia�o - przerwa� mu Renouard - to, �e mnie w�a�nie
wybra�a sobie na tak� d�ug� rozmow�.
- Mo�e dlatego, �e by�e� najwybitniejszym cz�owiekiem z ca�ego towarzystwa.
Renouard potrz�sn�� g�ow�.
- Nie trafi�e� chyba - odpar� spokojnie. - Szukaj czego� innego.
- Nie wierzysz mi? O skromna istoto! Zapewniam ci�, �e w zwyk�ych
okoliczno�ciach przypuszczenie to by�oby s�uszne, gdy� bez w�tpienia mo�na ci�
zaliczy� do ludzi wybitnych. W tym wypadku jednak rzeczywi�cie da�e� dow�d
wielkiej przenikliwo�ci, gdy�, na Boga, okoliczno�ci s� niezwyk�e.
Zaduma� si�. Plantator po chwili rzuci� od niechcenia:
- I ty znasz te okoliczno�ci.
- Znam - odpowiedzia� kr�tko wszystkowiedz�cy redaktor, jak gdyby sytuacja by�a
zbyt powa�na, aby popisa� si� pr�no�ci� w�a�ciw� jego zawodowi; Renouard zna�
j� tak dobrze, �e brak jej zdziwi� go, a nawet zaniepokoi� jako oznaka z�ych
nowin.
- Czy znasz t� rodzin�? - zapyta�.
- Nie. Mia�em ich w�a�nie pozna� na wczorajszym obiedzie, ale musia�em si�
wym�wi�, i wtedy to Willie wpad� na genialny pomys�, aby zaprosi� ciebie na moje
miejsce. Mia� przy tym jakie� mgliste przeczucie, �e mo�e przydasz si� na co.
Willie miewa czasem takie g�upie pomys�y: jeste� przecie� ostatnim z ludzi,
kt�ry by m�g� im dopom�c.
- C� bym m�g� mie� wsp�lnego z t� spraw�? - G�os Renouarda zadr�a� z lekka
nerwow� irytacj�. - Przecie� dopiero wczoraj przyjecha�em.
II
Redaktor zwr�ci� si� do niego otwarcie: - Willie zasi�ga� mojej rady. A
poniewa�, jak si� wydaje, i ciebie dopu�ci� do sekretu, najlepiej b�dzie, gdy ci
wszystko opowiem. Postaram si� by� zwi�z�y.
Ale pami�taj, �e powierzam ci to wszystko w zaufaniu.
Zatrzyma� si� na chwil�, Renouard, kt�rego niepok�j niewyt�umaczalnie wzrasta�,
skin�� tylko g�ow�, a wtedy ju� redaktor, nie trac�c czasu, rozpocz�� swoj�
opowie��.
- Profesor Moorsom - s�awny fizyk i filozof - obdarzony (s�dz�c z fotografii)
pi�kn� siw� czupryn�... a nie tylko pi�kn� czupryn�, ale i m�dr� g�ow�, autor
kilku znakomitych dzie� - pewnie nawet i ty s�ysza�e� o nich...
Renouard odburkn��, �e to lektura nie w jego typie, ale przyjaciel natychmiast z
powag� go zapewni�, �e i on nie zwyk� ich czytywa�, chyba �e z interesu i
obowi�zku, gdy� jest kierownikiem dzia�u literackiego w dzienniku, b�d�cym jego
w�asno�ci� (i dum� jego �ycia). Jedyne literackie pismo antypod�w nie mo�e
ignorowa� modnego wsp�czesnego filozofa. Nikt go tu nie czyta, lecz ka�dy o nim
s�ysza�, nie wy��czaj�c kobiet, dzieci, robotnik�w portowych i doro�karzy.
Jedyny, pr�cz niego, kt�ry tu czyta� Moorsoma, to stary Dunster, zwa� siebie
nawet Moorsomist� (a mo�e nale�y m�wi� - Moorsomit�) ju� od lat, gdy Moorsom nie
by� jeszcze tak� wielko�ci�, jak� jest teraz pod ka�dym wzgl�dem, nawet
towarzyskim: jest modny przecie� w najwy�szych sferach.
Renouard s�ucha� tego ze skupion� uwag�, wreszcie mrukn�� od niechcenia:
- Szarlatan.
- Nie, tak nie jest. Nie dziwi�oby mnie to jednak, gdyby wi�kszo�� jego dzie�
by�a nabieraniem publiczno�ci. Tego mo�na si� spodziewa�, gdy� uczciwie pisz�
jedynie w gazetach, nigdzie wi�cej - zapami�taj to sobie.
Redaktor zamilk� i wpatrywa� si� wzrokiem bazy liszka w Renouarda, dop�ki ten
nie rzuci� mu niedbale: - Zapewne! - dopiero w�wczas rozpocz�� na nowo
opowiadanie o tym, jak stary Dunster, podczas swej podr�y po Europie, sta� si�
w Londynie atrakcj� sezonu. Mieszka� w�wczas u Moorsoma i jego c�rki, profesor
bowiem jest od dawna wdowcem.
- Nie wygl�da na zwyk�� pann� - mrukn�� Renouard.
Redaktor przytakn��. Jest to, zreszt�, zrozumia�e, gdy� w Londynie jako pani
domu przyjmowa�a najwykwintniejsze towarzystwo, zapewne od chwili kiedy upi�a
w�osy.
- Tote� nie spodziewam si�, �e znajd� w niej wdzi�k dziewcz�cy, kiedy b�d� mia�
zaszczyt j� pozna�. Mieszkaj� u Dunster�w incognito, niby jacy� panuj�cy. Nikogo
tym nie wprowadzaj� w b��d, lecz chc�, aby ich pozostawi� w spokoju. Aby
dogodzi� staremu Dunsterowi, nie wspomnieli�my nawet o nich w gazecie. Ale
wydrukujemy za to o przyje�dzie twoim, naszej lokalnej s�awy.
- B�j si� Boga!
- Tak. Pan G. Renouard, podr�nik, kt�rego niespo�yta energia itd., i kt�ry
teraz w swych plantacjach na Malacie w inny spos�b pracuje dla po�ytku naszego
kraju... Ale, ale, powiedz mi przy sposobno�ci, jak ci si� udaj� twoje plantacje
ro�lin jedwabniczych?
- Doskonale.
- Przywioz�e� ju� w��kna?
- Pe�en �aglowiec.
- Zapewne, aby je prze�adowa� na statek do Liverpoolu dla pr�bnej fabrykacji.
Wielcy kapitali�ci angielscy musz� si� interesowa� tymi pr�bami?
- Rzeczywi�cie, interesuj� si� nimi.
Zapad�o milczenie. Po chwili redaktor rzek� powoli:
- B�dziesz kiedy� bogatym cz�owiekiem.
Twarz Renouarda nie zdradzi�a, co my�li o tej poufa�ej przepowiedni; nic nie
odpowiedzia�. Po chwili przyjaciel jego rzek� tym samym tonem:
- Powiniene� zainteresowa� te� Moorsoma t� spraw�, skoro ci� ju� Willie z nim
zapozna�.
- To filozof!
- Zdaje mi si�, �e nie mia�by nic przeciwko temu, aby troch� zarobi�. O ile go
znamy, mo�e on mie� spryt do interes�w. Wydaje mi si�, �e ten stary jest
praktyczny: zrobi� przecie� wyj�tek na swojej filozofii - doda� z odcieniem
szacunku.
Renouard podni�s� na niego oczy i pohamowawszy si�, nie zerwa� si� z fotela,
lecz wsta� z wolna.
- Mo�e to i niez�a my�l - rzek� - w ka�dym razie z�o�� mu wizyt�.
Zastanowi� si� sam, czy uda�o mu si� wypowiedzie� te s�owa g�osem pewnym i
oboj�tnym, ow�adn�o nim bowiem g��bokie wzruszenie, nie maj�ce nic wsp�lnego z
czysto handlow� stron� tego projektu. Chodzi� po pokoju, zbieraj�c si� do
odej�cia, gdy us�ysza� nagle cichy �miech. Odwr�ci� si� szybko ze zmarszczon�
brwi�, lecz redaktor �mia� si� nie z niego. Chichota�, patrz�c poprzez wielkie
biurko na �cian�; by� to, zapewne, wst�p do przem�wienia, kt�rego Renouard,
oprzytomniawszy, oczekiwa� z milcz�c� podejrzliwo�ci�.
- Nie, nie odgad�by� nigdy! Zreszt� nikt by nie odgad�, czego ci ludzie szukaj�.
Gdy Willie przyszed� mi o tym powiedzie�, oczy po prostu wy�azi�y mu na wierzch
ze zdziwienia.
- Jak zwykle zreszt� - zauwa�y� Renouard z obrzydzeniem. - Idiota!
- By� zdumiony. Zreszt� i ja, dowiedziawszy si�, o co chodzi, by�em nies�ychanie
zdziwiony: oni szuka�a pewnego cz�owieka. Willie, kieruj�c si� swym czu�ym
sercem, dopomaga im w tych poszukiwaniach.
- Szukaj� cz�owieka - powt�rzy� Renouard i usiad� nagle, jak gdyby si� chcia�
lepiej przyjrze� redaktorowi. - Czy�by Willie przychodzi� do ciebie po�yczy�
latarni? - zapyta� z ironi� i powsta� zn�w bez widocznego powodu.
- Jakiej latarni? - �achn�� si� zaniepokojony redaktor, a twarz jego pokry� cie�
podejrzliwo�ci. - Ty zawsze robisz aluzje, kt�re s� dla mnie niezrozumia�e.
Gdyby� si� zajmowa� polityk�, ja, jako partyjny dziennikarz, poty bym ci
wierzy�, dop�ki bym ci� widzia�. Ba�amut z ciebie. A wi�c pos�uchaj: cz�owiek,
kt�rego szukaj�, to narzeczony panny Moorsom, z kt�rym by�a przez rok zar�czona.
Nie m�g� to by� byle kto, ale zdaje si�, �e nie grzeszy� m�dro�ci�. To pech dla
takiej panny.
Opowiada� z przej�ciem, widocznie by� prawdziwie wzruszony, lecz jako cz�owiek
�wiatowy i do�wiadczony, zaznacza�, �e go to bawi i dziwi.
- M�ody cz�owiek z dobrej rodziny, z dobrymi koneksjami, bywa� wsz�dzie, ale co
wi�cej mia� oparcie w obu du�ych W.
Renouard, kt�ry kr��y� bez celu po pokoju, odwr�ci� si� i zapyta� z cicha: - C�
to zn�w, u diab�a?
- Wielki �wiat i Wielkie Finanse - obja�ni� go redaktor. - Tak ja to nazwa�em.
S� trzy du�e R u podstaw spo�ecznego gmachu i dwa du�e W u szczytu. Rozumiesz?
- Cha! cha! to znakomite! Cha! cha! - Renouard �mia� si�, lecz wzrok mia�
kamienny.
- W tera�niejszych demokratycznych czasach przechodzi si� z �atwo�ci� od podstaw
do szczytu - ci�gn�� dalej redaktor z niezm�conym zadowoleniem.
O tyle jednak tylko, o ile si� jest wystarczaj�co m�drym. Jedyne
niebezpiecze�stwo to by� za m�drym. Zdaje mi si�, �e w tym le�y przyczyna
wypadku, o kt�rym mowa. M�odzieniec wpl�ta� si� w kaba�� najgorszego gatunku, bo
finansow�. Willie, czemu si� nie zdziwisz, nie bawi� si� ze mn� w szczeg�y,
kt�rych i jemu nie udzielono w obfito�ci, w ka�dym razie by�a to nieczysta
sprawa, pachn�ca krymina�em. Narzeczony by�, naturalnie, zupe�nie niewinny, ale
musia� wyjecha�.
- Cha! cha! - Renouard za�mia� si� zn�w gwa�townie, wci�� patrz�c nieruchomym
wzrokiem - a wi�c jest jeszcze jedno du�e W w tym opowiadaniu?
- Co chcesz przez to powiedzie�? - zapyta� redaktor szybko, jakby si� l�ka�, �e
kto� go chce ograbi� z patentowanego wynalazku.
- Jest tak�e i... Wielki g�upiec.
- Nie, tego nie mo�na powiedzie�.
- No, to w takim razie nazwijmy go �ajdakiem!
Co mnie to mo�e, do diab�a, obchodzi�!
- Poczekaj, nie wys�ucha�e� jeszcze tej historii do ko�ca!
Renouard ju� w kapeluszu, usiad� z powrotem, z pogardliwym u�miechem cz�owieka,
kt�ry odgad� ju� moraln� nauk� zawart� w opowiadaniu. Redaktor, zwr�ciwszy si�
ku niemu na swym obrotowym krze�le, ci�gn�� dalej z powag�:
- Nazwa�bym go tylko nieostro�nym. Pieni�dze pod wieloma wzgl�dami s� r�wnie
niebezpieczne jak proch, nie mo�na by� do�� ostro�nym; tyczy si� to, zreszt�,
tak�e i ludzi, z kt�rymi si� pracuje. Kr�tko m�wi�c, nast�pi� wielki krach, i
znajomi nie chcieli go ju� zna�. Lecz nim znikn��, poszed� do panny Moorsom.
Fakt ten przemawia za jego niewinno�ci�, nieprawda? Co sobie powiedzieli, nikt
na �wiecie nie wie chyba �e c�rka zwierzy�a si� profesorowi. Zreszt� nie by�o
tak bardzo o czym m�wi� i nie pozostawa�o nic innego, jak pozwoli� mu wyjecha�,
gdy� sprawa dosta�a si� ju� do gazet. Zapomnie� go, oto co mo�na by�o zrobi�
najlepszego, a przynajmniej naj�atwiejszego. Przypuszczam, i� przebaczenie
by�oby rzecz� znacznie trudniejsz� dla m�odej panny, nieg�upiej i z tak� pozycj�
towarzysk�, zapl�tanej w tak brzydk� spraw�. Naturalnie, mam na my�li zwyk��
pann�. M�odzieniec nie ��da� niczego wi�cej, tylko zapomnienia, ale sam, wida�,
nie uwa�a� tego za rzecz �atw�, gdy� czasem pisywa� do kraju. Nie zwraca� si� do
�adnego ze swych przyjaci�; nie mia� te� nikogo z bliskich, a opiekunem jego
by� profesor. Biedak pisywa� czasem do starego emeryta, kt�ry by� kiedy�
s�u��cym jego nieboszczyka ojca, a mieszka� gdzie� na wsi, jednocze�nie jednak
zakazuj�c mu opowiada� komukolwiek, gdzie si� znajduje. Stary, wierny osio�,
kr��y� woko�o domu Moorsom�w w mie�cie, czatowa� na pokoj�wk�, a potem pisa� do
"panicza Artura", �e panna wygl�da na zdrow� i szcz�liw� lub inne, r�wnie
inteligentne a pocieszaj�ce wiadomo�ci. Biedak godzi� si� mo�e z my�l�, �e o nim
zapomn�, lecz nie przypuszczam jednak, by go te nowiny cieszy�y. Jak s�dzisz?
Renouard, siedz�c z wyci�gni�tymi nogami i z g�ow� spuszczon� na piersi, nic nie
odpowiedzia�. Nieprzyjemne uczucie, nie ciekawo��, a raczej nerwowy niepok�j,
niby nieznany objaw jakiej� choroby nie dozwoli�o mu wsta� i odej��.
- Gdy otrzymywa� te listy, musia�y nim miota� sprzeczne uczucia - zaopiniowa�
redaktor. - Wielu ludzi tutaj otrzymuje nowiny z domu ze sprzecznymi uczuciami.
Lecz jakich dozna uczu�, kiedy pos�yszy wiadomo��, kt�r� ci za chwil� opowiem?
Wiemy
bowiem, �e jeszcze jej nie zna. P� roku temu pewnemu staremu urz�dnikowi w
jakim� banku dowiedziono, �e pope�ni� sprzeniewierzenie czy inne nadu�ycie.
Widz�c, �e zostanie skazany na ci�k� kar�, chcia� ul�y� swemu sumieniu i wyzna�
dawno ju� przebrzmia�� histori� sfa�szowanych czy ukrytych dokument�w, kt�ra
ca�kowicie oczyszcza�a honor naszego skompromitowanego m�odzie�ca. Defraudant
m�g� to dok�adnie wiedzie�, gdy� by� urz�dnikiem w owej firmie przed katastrof�.
Opinia m�odzie�ca zosta�a w zupe�no�ci oczyszczona, lecz gdzie on si� znajdowa�,
nikt nie umia� powiedzie�. Wywo�a�o to now� sensacj�. W�wczas panna Moorsom
o�wiadczy�a: "Powr�ci do mnie i ja za niego wyjd�." Ale nie powr�ci�. M�wi�c
mi�dzy nami, nikt poza pann� Moorsom tak bardzo nie pragn�� jego powrotu, ale
ona zwyk�a post�powa� wed�ug w�asnego widzimisi�. Zniecierpliwiwszy si�
wreszcie, o�wiadczy�a, �e gdyby wiedzia�a, gdzie si� znajduje, pojecha�aby do
niego. Od starego s�u��cego zdo�ano si� tylko dowiedzie�, �e na ostatniej
kopercie jego listu nalepiona by�a marka naszego pi�knego grodu i �e to by�
jedyny adres "panicza Artura", jaki kiedykolwiek posiada�. Na tym koniec.
Staruszek, w dodatku ci�ko chory na serce, bliski by� ko�ca. Panna Moorsom nie
zobaczy�a si� z nim nawet osobi�cie, cho� pojecha�a na wie�, aby si� dowiedzie�
wszystkiego; ale musia�a zaczeka� na dole, podczas gdy �ona wesz�a na g�r� do
chorego po t� odrobin� wiadomo�ci, o kt�rych ci wspomnia�em. By� ju� zbyt ci�ko
chory, aby go mo�na by�o wzi�� w krzy�owy ogie� zapyta�, i umar� tej samej nocy.
Jak widzisz, pozostawi� niewiele wskaz�wek. Willie da� mi do zrozumienia, �e
nast�pi�y w�wczas burzliwe dni w domu profesora - lecz w ko�cu przyjechali
tutaj. Zdaje mi si�, �e pan na Moorsom nie nale�y do rz�du kobiet, kt�re mog�
same w��czy� si� po �wiecie. Uznaj�, �e by�o to bardzo szlachetne z jej strony,
ale rozumiem te� profesora kt�ry w tych okoliczno�ciach musia� wezwa� na pomoc
ca�� sw� filozofi�. To przecie� teraz jego jedyne dziecko, i nie byle jakie.
Opisuj�c mi j�, Willie zach�ystywa� si� po prostu z zachwytu, a jak tylko tu
wszed�e�, od razu pozna�em, �e ci� spotka�o co� niezwyk�ego.
Renouard, zirytowany, nasun�� kapelusz g��biej na oczy, udaj�c znudzonego.
Redaktor doda�, �e zapewne ani Renouard, ani Willie nie spotykali nigdy tak
niezwyk�ych panien. Gdy Willie par� lat temu praktykowa� w pewnym domu handlowym
w Londynie, bywa� tylko w towarzystwie pensjonatowym. On sam, gdy w dawnych
dobrych czasach w��czy� si� po bruku s�awnej Fleet Street, ani nie mia� dost�pu
do wy�szego towarzystwa, ani nie dba� o nie. W�wczas interesowa�a go tylko
polityka parlamentarna i przem�wienia w Izbie Gmin.
U�miechn�� si� s�odko do tej niedawnej przesz�o�ci i powr�ci� do swego pogl�du,
�e jak na pann� z towarzystwa post�pi�a wyj�tkowo szlachetnie.
Niemniej jednak profesor niezbyt musia� by� z tego zadowolony. M�odzieniec, cho�
niewinny jak lilia, pozbawiony by� jednak teraz wszelkich d�br ziemskich. Bywaj�
niepowodzenia, kt�re, chocia� niezas�u�one, szkodz� cz�owiekowi na zawsze. Z
drugiej za� strony trudno si� cynicznie opiera� szlachetnym pobudkom, nie m�wi�c
ju� o wielkiej mi�o�ci, b�d�cej ich podstaw�. Ach, ta mi�o��! Zreszt� panna,
b�d�c ju� pe�noletni�, gotowa by�a ruszy� w �wiat sama, szczeg�lnie, �e odwagi
jej nie brak�o i mia�a sw�j w�asny maj�tek. Moorsom wi�c zdecydowa�, �e post�pi
rozs�dnie i prawdziwie po ojcowsku, je�li si� da
Wci�gn�� w t� pogo�; ciotka przy��czy�a si� do niego dla tych samych powod�w;
jako pretekst podano najbanalniejsz� podr� naoko�o �wiata.
Renouard wsta� z krzes�a i stoj�c s�ucha� z bij�cym sercem, dziwnie wzruszony t�
opowie�ci�, odart� z wszelkiego blasku przez prozaiczn� osob� redaktora.
Dziennikarz doda�:
- Proszono mnie, abym dopom�g� w tych poszukiwaniach.
Renouard mrukn�� co� o um�wionym spotkaniu i wyszed� na ulic�. Zdrowa jego
natura nie mog�a go obroni� przed wzrastaj�cym, mglistym jeszcze, uczuciem
zazdro�ci. Uwa�a�, �e cz�owiek tego rodzaju nie mo�e by� godny wierno�ci i
po�wi�cenia takiej kobiety. �y� jednak ju� do�� d�ugo na �wiecie, aby rozumie�,
i� czyny, zapatrywania, pogl�dy nawet maj� nieraz mniejsz� warto�� od charakteru
cz�owieka. Pod wp�ywem subtelnego szacunku dla tej wspania�ej dziewczyny stara�
si� wyobrazi� sobie tego cz�owieka nies�ychanie poci�gaj�cym, doskona�ym i
obdarzonym niezwyk�ymi zdolno�ciami. Na pr�no jednak. Miesi�ce prze�yte w
samotno�ci i ostatnie dni sp�dzone na morzu sprawia�y, �e naiwnie wyobra�a�
sobie pann� Moorsom jako niezdobyt� doskona�o��, kt�ra poddaje si� chyba
w�wczas, gdy j� do tego sk�oni jej w�asna fantazja. �atwiej mu przychodzi�o
podejrzewa� j� o fantazj� ani�eli wyobrazi� sobie cz�owieka, kt�ry by�by
obdarzony zaletami jej godnymi. By�o to �atwiejsze i mniej upokarzaj�ce.
Fantazja powoduje si� czasem wspania�omy�lno�ci�, a panna Moorsom z pewno�ci�
dzia�a�a jedynie pod jej wp�ywem; natomiast niezno�n� wydawa�a mu si� my�l, i�by
mog�a si� powodowa� pospolitymi pobudkami.
Wra�enie fizyczne, jakie na nim wywar�a panna Moorsom, nie dopuszcza�o nawet
takich podejrze�, a wra�enia takie s� istotnym �r�d�em najg��bszych prze�y� w
duszach ludzkich. Lecz nikt jeszcze nie napotka� Zaczarowanego Kr�lewicza poza
granicami Krainy Bajek. Nie spotyka si� go te� w Wielkim �wiecie i w Wielkich
Finansach, i to ska�onego podejrzeniem. Tak, z jej strony by�a to
wspania�omy�lno�� doprowadzona prawie do absurdu, nieomal kr�lewska; mo�na by j�
prawie bez przesady nazwa� wspania�omy�lno�ci� bosk�.
Wieczorem, na pok�adzie �aglowca, siedz�c na barierze z r�kami skrzy�owanymi na
piersiach i z oczami utkwionymi w pok�ad, da� si� zaskoczy� ciemno�ciom po�r�d
rozmy�la� o mechanizmie uczu� i o �r�d�ach nami�tno�ci. Nie opuszcza�o go
wra�enie, �e panna Moorsom jest przy nim we w�asnej osobie. Wra�enie to tak
g��boko przenika�o jego zmys�y, �e w �rodku nocy, obudziwszy si� i usiad�szy na
pos�aniu z szeroko otwartymi oczami, wpatrzonymi w ciemn� kabin�, nie ujrza� jej
bladej wizji, lecz wyra�nie poczu� bliski zapach perfum, jakich u�ywa�a, co
jeszcze bardziej nim poruszy�o, i m�g� by� przysi�c, �e obudzi� go cichy szelest
jej sukni. Siedzia� nawet przez pewien czas, nas�uchuj�c w ciemno�ciach. Potem,
westchn�wszy, po�o�y� si� z powrotem; nie by� podniecony, przeciwnie, raczej
przygn�biony czym�, co mu si� przytrafi�o, pozostawiaj�c niezatarte �lady.
III
Po po�udniu zaszed� do redakcji. Z udan� niedba�o�ci� d�wiga� ten ci�ar rzeczy
nieodwo�alnych, kt�ry leg� noc� na jego barkach, t� �wiadomo��, �e jest wobec
czego� bezradny. Przyjaciel jego i protektor oznajmi� mu zaraz, �e poprzedniego
wieczoru pozna� rodzin� Moorsom�w; zdarzy�o si� to, naturalnie, u Dunster�w. Na
obiedzie.
- Zebranie odby�o si� w �cis�ym k�ku, nie by�o nikogo opr�cz nas, co u�atwi�o
obgadanie ca�ej sprawy. Powiem ci wi�c...
Renouard, �ciskaj�c kurczowo por�cz krzes�a, niemo wpatrywa� si� w przyjaciela.
- Phi! Co za panna!... Zdumiewaj�ca!... Nie siadaj na tym krze�le, okropnie
niewygodne!...
- Wcale nie mia�em zamiaru usi��� na nim. - Renouard odszed� powoli do okna,
zadowolony, ze m�g� jeszcze zapanowa� nad sob� i postawi� spokojnie krzes�o,
zamiast zamachn�� si� nim i uderzy� w g�ow� redaktora.
- Willie, roni�c �zy, nie spuszcza z niej swoich wy�upiastych �lepi. Szkoda, �e
nie widzia�e�, jak czule pochyla� si� nad ni� podczas obiadu.
- Do��! - zawo�a� Renouard g�osem tak wzburzonym, �e redaktor okr�ci� si� w
miejscu. Zobaczy� jednak tylko plecy przyjaciela.
- Zbyt daleko posuwasz swoj� antypati� do m�odego Dunstera, to ju� chorobliwe -
zgani� go �agodnie. - Nie wszyscy bywaj� pi�kni, przekroczywszy trzydziestk�.
Rozmawia�em troch� z profesorem, g��wnie o tobie; zdawa� si� interesowa� twoimi
plantacjami... pozwala mu to czasem zapomnie� o najwa�niejszej dla niego
sprawie. Zdaje si�, �e panna Moorsom nie by�a niezadowolona, gdy przyzna�em si�
jej, i� wtajemniczy�em ci� w t� histori�. Nasz Willie pochwali� mnie tak�e, a
stary Dunster zdawa� si� b�ogos�awi� mi sw� siw� brod�. Wszyscy oni s� o tobie
jak najlepszego mniemania, gdy� opowiedzia�em im, �e nie by�o takiego �ycia,
kt�rego by� nie popr�bowa�, zanim osiad�e� na swojej plantacji. Spodziewaj� si�,
�e mo�e wpadniesz na my�l, do czego m�g� si� wzi�� "panicz Artur".
- Do jakiej� �atwej pracy - mrukn�� Renouard przez zaci�ni�te z�by.
- Polowa� kiedy�. To atleta. Nie b�d� okrutny dla ch�opaka. Mo�e gdzie� po
stepach konno ugania za byd�em albo s�u�y w stra�y granicznej, albo w�druje z
w�ze�kiem na plecach przez pustkowia, gdzie diabe� m�wi dobranoc. Mo�e nawet
gdzie� na ko�cu �wiata szuka z�ota w tej chwili.
- Albo mo�e le�y pijany w przydro�nej knajpie. Pora dnia jest na to dostatecznie
p�na.
Redaktor odruchowo podni�s� g�ow� i spojrza� na zegar, kt�ry wskazywa� kwadrans
przed pi�t�.
- Rzeczywi�cie - przyzna�. - Ale mo�e tak nie jest. Mo�e nagle si� pojawi� na
przyk�ad w zachodniej cz�ci Oceanu Spokojnego na jakim� statku handlowym, cho�
rzeczywi�cie nie wiem, w jakiej roli. Ale...
- Mo�e w tej w�a�nie chwili przechodzi pod tym w�a�nie oknem.
- Co to, to nie... Ale odsu� si� od tego okna, tak �ebym m�g� patrze� ci w oczy.
Nie lubi� rozmawia� z cudzymi plecami. Wygl�da�e� przy tym oknie jak pustelnik,
kt�ry na brzegu morskim szepcze sam do siebie. Powtarzam ci raz jeszcze,
Geoffrey, ty nie lubisz rodzaju ludzkiego.
- Nie zarabiam przecie� na �ycie gadanin� o ludzkich sprawach - odparowa�
Renouard, zbli�aj�c si� Jednak pos�usznie i siadaj�c w fotelu. - Sk�d ta
pewno��, �e tej twojej zguby nie ma w tej chwili tam, na ulicy? Tyle samo w tym
prawdopodobie�stwa co w ka�dym twoim poprzednim przypuszczeniu.
Redaktor, ug�askany pos�usze�stwem Renouarda, przygl�da� mu si� przez chwil�.
- Zaraz wyt�umacz� ci dlaczego. Przede wszystkim musz� ci powiedzie�, �e
rozpocz�li�my ju� kampani�. Roztelegrafowali�my do policji wszystkich miast tego
kraju jego rysopis, a co wi�cej, upewnili�my si�, �e nie by�o go tutaj co
najmniej od trzech miesi�cy. Nie mogli�my jednak ustali�, kiedy wyjecha�.
- Niezwykle ciekawe.
- Bardzo by�o �atwo to sprawdzi�. Panna Moorsom napisa�a do niego, adresuj�c na
tutejsz� poczt�, zaraz po powrocie do Londynu z wycieczki na wie� do starego
s�u��cego. List ten le�y dotychczas na poczcie, nikt si� o niego nie upomnia�,
ergo: miasto nasze nie jest miejscem jego sta�ego zamieszkania. Co do mnie,
nigdy zreszt� tak nie przypuszcza�em. Kiedy� jednak musi tu przyjecha�.
Pok�adamy nadziej� g��wnie w tym, �e pr�dzej czy p�niej na pewno zjawi si� w
tym mie�cie, gdy�, jak wiesz, nie dowiedzia� si� dotychczas o �mierci s�u��cego,
przyjedzie wi�c po jego list. Ot� wtedy zastanie kartk� od panny Moorsom.
Renouard, milcz�c, przyzna� w duchu, �e to do�� prawdopodobne. G��boka odraza,
jak� budzi�a w nim ta rozmowa, odbi�a si� znu�eniem na jego energicznej i
smag�ej twarzy, a oczy zamgli�y si� jeszcze wi�kszym rozmarzeniem. Redaktor, w
my�l swej teorii, wszystkie te objawy zaliczy� do dalszych dowod�w niemoralnego
wprost odsuni�cia si� Renouarda od ludzi, jego niewra�liwo�ci na cudze uczucia,
podsycanej niezdrow� atmosfer� odosobnienia. G�o�no za� zauwa�y�, �e dop�ki kto�
pisuje listy, nie mo�na go uwa�a� za zaginionego. Przypomnia� te� przyjacielowi,
�e policja nieraz odszukiwa�a w ten spos�b zbieg�ych przest�pc�w. Nagle,
zmieniaj�c temat rozmowy, zapyta� Renouarda, czy w ostatnich czasach mia� jak�
wiadomo�� od swej rodziny i czy wszyscy jej liczni cz�onkowie s� zdrowi i
szcz�liwi.
- Owszem, dzi�kuj�.
Renouard odpowiedzia� kr�tko, jak gdyby chcia� po�o�y� kres zbytniej poufa�o�ci.
Nie lubi�, gdy go pytano o rodzin�, do kt�rej mia� g��bokie i pe�ne skruchy
przywi�zanie. Od �at nie widzia� ju� nikogo z bliskich, i zreszt� r�ni� si� od
nich kra�cowo.
Zaraz pierwszego ranka po przyje�dzie do miasta poszed� do biura Willie'ego
Dunstera i tam wyj�� z przegr�dki z napisem "Malata" niewielk� paczk� list�w, z
kt�rych par� zaadresowanych by�o do niego samego, a jeden - do jego pomocnika.
Wszystkie by�y wys�ane na r�ce firmy W. Dunster i S-ka. Zale�nie od okoliczno�ci
firma ta wysy�a�a korespondencj� na Malat� trampem lub parowcem towarowym,
jad�cym w tamt� stron�. Lecz w ci�gu ostatnich czterech miesi�cy nie zdarzy�a
si� �adna okazja do wys�ania list�w.
- Czy masz zamiar d�ugo tu zabawi�? - zapyta� redaktor po d�u�szej chwili
milczenia.
Renouard odpar� z oboj�tno�ci�, �e nie ma powodu, dla kt�rego mia�by si� tu
zatrzyma� d�u�ej.
- Dla zdrowia, dla twego zdrowia duchowego, m�j ch�opcze - nalega� dziennikarz -
dla przyzwyczajenia si� do ludzkich twarzy, aby nie robi�y na tobie takiego
wra�enia, kiedy ujrzysz je na ulicach, dla nabrania �yczliwo�ci do bli�nich.
Zapewne mo�esz si� spu�ci� w prowadzeniu interes�w na swego pomocnika?
- Mam tak�e Mulata, Portugalczyka, kt�ry zna si� na wszystkim.
- Ach tak. - Redaktor spojrza� badawczo na przyjaciela. - A jak si� nazywa?
- Kto taki?
- Ten tw�j pomocnik, zgodzony przez ciebie podst�pnie, poza moimi plecami.
Renouard uczyni� nieznaczny ruch zniecierpliwienia.
- Spotka�em go wypadkiem pewnego wieczoru; pomy�la�em, �e nie b�dzie gorszy od
innego. Przyjecha� z g��bi kraju i nie zdawa� si� zadowolony z pobytu w mie�cie.
Powiedzia� mi, �e nazywa si� Walter, a rozumiesz, �e nie pyta�em o dowody.
- Wydaje mi si�, �e nie bardzo si� z nim zgadzasz.
- Dlaczego? Z czego to wnosisz?
- Nie wiem. Zdradzasz pewn� niech��, gdy mowa jest o nim.
- Czy� naprawd� robi� takie wra�enie? Wydaje mi si� tylko, �e nie jest to bardzo
interesuj�cy temat. Najlepiej b�dzie, je�li pozostawimy go w spokoju.
- Dobrze. Ty nigdy nie przyznasz si� do pomy�ki. Niemniej mam pewne podejrzenia.
Renouard powsta� ju�, aby odej��, lecz zawaha� si� i spojrza� z g�ry na
siedz�cego redaktora.
- Jakie to �mieszne - rzek� wreszcie z niezm�con� powag� i skierowa� si� do
drzwi. Wtedy jednak zatrzyma� go g�os przyjaciela:
- Czy wiesz, co o tobie m�wi�? Ze n