2427
Szczegóły | |
---|---|
Tytuł | 2427 |
Rozszerzenie: |
2427 PDF Ebook podgląd online:
Pobierz PDF
Zobacz podgląd 2427 pdf poniżej lub pobierz na swoje urządzenie za darmo bez rejestracji. 2427 Ebook podgląd za darmo w formacie PDF tylko na PDF-X.PL. Niektóre ebooki są ściśle chronione prawem autorskim i rozpowszechnianie ich jest zabronione, więc w takich wypadkach zamiast podglądu możesz jedynie przeczytać informacje, detale, opinie oraz sprawdzić okładkę.
2427 Ebook transkrypt - 20 pierwszych stron:
ISAAC ASIMOV
FUNDACJA I IMPERIUM
PRZE�O�Y�: ANDRZEJ JANKOWSKI
SCAN-DAL
Prolog
Imperium Galaktyczne chyli�o si� ku upadkowi.
By�o to kolosalne Imperium, obejmuj�ce miliony �wiat�w i ci�gn�ce si� od ko�ca do ko�ca podw�jnej spirali tworz�cej Drog� Mleczn�. Jego upadek by� r�wnie kolosalny, a przy tym powolny, gdy� taki kolos musi przeby� d�ug� drog�, nim upadnie.
Proces ten trwa� ju� setki lat, kiedy wreszcie znalaz� si� cz�owiek, kt�ry zorientowa� si�, co si� dzieje. Cz�owiekiem tym by� Hari Seldon. Jego praca naukowa by�a nik�� iskierk� w ogarniaj�cych Imperium mrokach. Stworzy� on i wzni�s� na najwy�szy poziom rozwoju nauk� zwan� psychohistori�.
Psychohistoria nie zajmowa�a si� jednostkami ludzkimi, lecz masami. By�a nauk� o zachowaniu t�umu, t�umu licz�cego miliardy jednostek. Mog�a przewidzie� jego reakcje na dzia�aj�ce na� bod�ce z tak� mniej wi�cej dok�adno�ci�, z jak� nauka ni�szej rangi mog�aby obliczy� k�t uderzenia kuli bilardowej. Nie ma takiej matematyki, kt�ra by�aby w stanie przewidzie� zachowanie pojedynczego cz�owieka, ale zachowanie miliarda ludzi to sprawa nieco inna.
Hari Seldon skonstruowa� matematyczny obraz spo�ecznych i gospodarczych tendencji epoki, przeanalizowa� krzywe, i na tej podstawie doszed� do wniosku, �e cywilizacj� czeka stopniowy i w miar� up�ywu czasu coraz szybciej post�puj�cy upadek. Stwierdzi� te�, �e musi up�yn�� trzydzie�ci tysi�cy lat, nim powstanie z ruin nowe, pr�ne Imperium.
By�o ju� za p�no, aby powstrzyma� ten upadek, ale by� jeszcze czas, aby skr�ci� okres barbarzy�stwa. Seldon za�o�y� na przeciwleg�ych kra�cach Galaktyki dwie Fundacje, kt�rych po�o�enie zosta�o w taki spos�b dobrane, aby w czasie zaledwie jednego tysi�clecia rozgrywaj�ce si� w Galaktyce wypadki tak si� wzajemnie zaz�bi�y i splot�y, by ca�y ten �a�cuch wydarze� doprowadzi� ostatecznie do powstania silniejszego i bardziej trwa�ego ni� poprzednie Imperium.
Fundacja opisuje losy jednej z dwu Fundacji Seldona w czasie pierwszych dwustu lat jej istnienia. Zaczyna�a ona jako kolonia naukowc�w za�o�ona na Terminusie, planecie znajduj�cej si� na ko�cu jednego ze spiralnych ramion Galaktyki. Odgrodzeni od zgie�ku Imperium, pracowali oni nad u�o�eniem i wydaniem ca�o�ciowego kompendium wiedzy, Encyklopedii Galaktycznej, nie�wiadomi znacznie wa�niejszej roli, jak� przeznaczy� im do odegrania nie�yj�cy ju� Seldon.
W miar� jak Imperium rozpada�o si�, jego pobrze�a przechodzi�y we w�adanie niezale�nych "kr�l�w". Zagra�ali oni Fundacji. Jednak�e, wygrywaj�c umiej�tnie ich wzajemne animozje, mieszka�cy Fundacji pod wodz� pierwszego burmistrza Terminusa, Salvora Hardina, zdo�ali utrzyma�, niepewn� co prawda, suwerenno��. Uda�o im si� nawet zdoby� przewag�, gdy� byli jedyn� spo�eczno�ci� dysponuj�c� energi� atomow� po�r�d �wiat�w, na kt�rych nauka sz�a w zapomnienie i wracano do w�gla i ropy naftowej. Fundacja sta�a si� o�rodkiem kultu "religijnego" dla s�siaduj�cych z ni� �wiat�w kr�lestw.
Powoli Encyklopedia schodzi�a w cie�, a Fundacja rozwija�a gospodark� opart� na handlu. Handlarze z Fundacji zajmuj�cy si� sprzeda�� urz�dze� o nap�dzie atomowym, kt�rych z powodu ich niewielkich rozmiar�w nie by�oby w stanie na�ladowa� Imperium nawet b�d�c u szczytu rozwoju, zapuszczali si� setki lat �wietlnych w g��b Peryferii.
Pod rz�dami Hobera Mallowa, pierwszego z magnat�w handlowych Fundacji, rozwin�a ona technik� wojny gospodarczej do tego stopnia, �e zdo�a�a pokona� Republik� Korelijsk�, mimo i� ta ostatnia otrzyma�a pomoc ze strony kresowych prowincji kurcz�cego si� Imperium.
Pod koniec drugiego stulecia Fundacja by�a najpot�niejszym pa�stwem w Galaktyce i ust�powa�a tylko szcz�tkom Imperium, kt�re, mimo i� ogranicza�o si� teraz do jednej trzeciej - �rodkowej cz�ci Drogi Mlecznej, nadal sprawowa�o kontrol� nad trzema czwartymi ludno�ci Galaktyki i mia�o w r�ku trzy czwarte jej bogactw naturalnych.
Wydawa�o si�, �e nast�pnym niebezpiecze�stwem, kt�remu Fundacja b�dzie musia�a nieuchronnie stawi� czo�a, b�dzie zrywaj�ce si� do ostatniego zrywu Imperium.
Musi zosta� przetarta droga do wojny Fundacji z Imperium.
Cz�� I Genera�
W poszukiwaniu mag�w
"Bel Riose... Mimo stosunkowo kr�tkiej kariery Riose otrzyma� przydomek "Ostatni z Wielkich", i trzeba przyzna�, �e na� zas�u�y�. Analiza jego kampanii wojennych wykazuje, �e umiej�tno�ciami strategicznymi dor�wnywa� Peurifoyowi, a umiej�tno�ci� obchodzenia si� z lud�mi chyba go nawet przewy�sza�. To, �e nie zosta� r�wnie wielkim zdobywc� jak Peurifoy, by�o prost� konsekwencj� faktu, i� przysz�o mu �y� w dniach schy�ku Imperium. Pojawi�a si� jednak i przed nim pewna szansa, kiedy to, jako pierwszy z genera��w Imperium, zetkn�� si� twarz� w twarz z Fundacj�..."
Encyklopedia Galaktyczna
Bel Riose podr�owa� bez eskorty, co by�o pogwa�ceniem przepis�w obowi�zuj�cych dow�dc� floty stacjonuj�cej w ponurym systemie gwiezdnym na kresach Imperium Galaktycznego.
Bel Riose by� jednak m�ody i energiczny - wystarczaj�co energiczny, aby w opinii podejrzliwego i wyrachowanego dworu zas�u�y� sobie na wys�anie w najdalszy koniec wszech�wiata. Poza tym by� z natury ciekawy. Dziwne, nieprawdopodobne opowie�ci powtarzane z ust do ust w pewnych kr�gach, a w zarysach znane tysi�com obywateli Imperium, rozpala�y t� ciekawo�� i wzbudza�y nadziej� na przygod� wojenn�, kt�rej domaga�y si� m�odo�� i energia. Skutek by� taki, �e Bel Riose przesta� zwa�a� na przepisy.
Wyszed� ze sfatygowanego, wypo�yczonego wehiku�u i stan�� przed wej�ciem do chyl�cego si� ku ruinie dworu, celu swej podr�y. Fotokom�rka uruchamiaj�ca drzwi wygl�da�a na sprawn�, ale kiedy si� otworzy�y, okaza�o si�, �e pchn�a je ludzka r�ka.
Bel Riose u�miechn�� si� do stoj�cego w nich starca.
- Jestem Riose...
- Poznaj� pana - rzek� starzec, ale nie wykona� �adnego ruchu. Jego twarz nie wyra�a�a najmniejszego zdziwienia. - Pan w jakiej sprawie?
Riose pokornie cofn�� si� o krok. - Pokojowej. Je�li pan jest Ducemem Barrem, prosz� o rozmow�.
Ducem Barr odsun�� si� na bok, robi�c przej�cie i �ciany wewn�trz budynku rozjarzy�y si�. Genera� wszed� do pokoju, w kt�rym by�o jasno jak na dworze w bia�y dzie�.
Dotkn�� �ciany gabinetu i obejrza� koniuszki palc�w.
- Macie to na Siwennie?
Barr u�miechn�� si� lekko. - My�l�, �e nie znajdzie pan tego nigdzie wi�cej. Naprawiam to sam, tak jak mog�. Przepraszam, �e musia� pan czeka�. Automat sygnalizuje go�cia, ale niestety nie otwiera ju� drzwi.
- Pana naprawy nie pomagaj�? - w g�osie genera�a zabrzmia�a nutka drwiny.
- Nie mo�na ju� dosta� cz�ci. Mo�e zechce pan usi���? Napije si� pan herbaty?
- Na Siwennie? Ale�, szanowny panie, by�by to wielki nietakt, gdybym odm�wi�.
Stary patrycjusz wyszed� bezszelestnie, z lekkim uk�onem, kt�ry nale�a� do ceremonia�u pozostawionego w spadku przez arystokracj� z lepszych czas�w minionego stulecia.
Riose patrzy� na oddalaj�c� si� posta�, czuj�c, �e traci pewno�� co do poprawno�ci swych wystudiowanych manier. Jego wykszta�cenie ogranicza�o si� do spraw czysto wojskowych, do�wiadczenie r�wnie�. Stawa�, jak to si� m�wi, niejeden raz twarz�
w twarz ze �mierci�, ale by�o to zawsze niebezpiecze�stwo znane, konkretne. Nie ma wi�c nic dziwnego w fakcie, �e ub�stwiany w�dz Dwudziestej Floty poczu� si� troch� nieswojo w st�ch�ej atmosferze starodawnego dworu.
Genera� stwierdzi�, �e ma�e czarne pude�ka stoj�ce rz�dami na p�kach to ksi��ki. Tytu�y by�y mu nieznane. Domy�li� si�, �e pot�ne urz�dzenie w rogu pokoju jest aparatur� s�u��c� do przekazywania tre�ci ksi��ek za pomoc� d�wi�ku i obrazu. Nigdy nie widzia� takiego urz�dzenia, ale s�ysza� o nim.
M�wi� mu kto� kiedy�, �e dawno temu, w owym z�otym wieku, kiedy to Imperium obejmowa�o obszar ca�ej Galaktyki, w dziewi�ciu domach na dziesi�� by�y takie urz�dzenia i takie rz�dy ksi��ek.
Teraz jednak trzeba by�o strzec granic, ksi��ki by�y zaj�ciem odpowiednim dla starc�w. A zreszt� po�owa z opowie�ci o dawnych czasach to bajki. Nawet wi�cej ni� po�owa.
Ducem Barr wni�s� herbat� i Riose usiad�. Barr podni�s� fili�ank�.
- Na zdrowie.
- Dzi�kuj�. Na zdrowie. Ducem Barr rzek� z namys�em:
- Powiadaj�, �e jest pan m�ody. Ile pan ma lat? Trzydzie�ci pi��?
- Prawie. Trzydzie�ci cztery.
- W takim razie - rzek� Barr z lekkim naciskiem - musz� poinformowa� pana, �e niestety nie mam ani lubczyku, ani napoju czy te� filtr�w mi�o�ci. Nie jestem r�wnie� w stanie zapewni� panu wzgl�d�w �adnej m�odej damy.
- W tych sprawach nie potrzebuj� �adnych sztucznych �rodk�w. - Duma, wyra�nie wyczuwalna w g�osie genera�a s�siadowa�a ze szczerym zdziwieniem. - Cz�sto styka si� pan z takimi pro�bami?
- Do�� cz�sto. Ludzie maj� niestety sk�onno�� do mylenia nauki z magi�, a �ycie mi�osne wydaje si� by� t� sfer�, kt�ra szczeg�lnie wymaga stosowania sztuczek magicznych.
- To chyba zupe�nie naturalne. Ale ja my�l� inaczej. Traktuj� nauk� jako �rodek na rozwi�zywanie trudnych zagadnie� i nic wi�cej.
Siwe�czyk stwierdzi� ponuro:
- Mo�e jest pan w b��dzie, tak jak tamci.
- To si� oka�e.
Genera� wstawi� sw� fili�ank� w �wiec�cy koszyczek, w kt�rym nape�ni�a si� ponownie. Przyj�� od Barra pastylk� z aromatem i wrzuci� j� do fili�anki. Wpad�a z lekkim pluskiem.
- Niech mi pan powie, patrycjuszu - rzek� - kim s� magowie? Ci prawdziwi.
Barr wydawa� si� zaskoczony dawno nie u�ywanym tytu�em. - Nie ma �adnych mag�w - powiedzia�.
- Ale ludzie o nich m�wi�. Siwenna pe�na jest takich opowie�ci. Darzy si� ich kultem. Jest pewien zwi�zek mi�dzy tym zjawiskiem i tymi spo�r�d pana rodak�w, kt�rzy marz� o dawnych czasach i plot� bzdury o czym�, co nazywaj� wolno�ci� i autonomi�. Mog�oby si� w ko�cu okaza�, �e jest to niebezpieczne dla Pa�stwa.
Starzec potrz�sn�� g�ow�.
- Dlaczego mnie pan o to pyta? Obawia si� pan powstania pod moim przyw�dztwem?
Riose wzruszy� ramionami.
- Sk�d�e! Nic podobnego. Chocia� nie by�oby w tym nic niezwyk�ego, gdybym tak pomy�la�. Pana ojciec by� banit�, pan, swego czasu, patriot�, a nawet szowinist�. Jestem tu go�ciem, wi�c niegrzecznie z mojej strony jest wspomina� o tym, ale wymagaj� tego sprawy, w kt�rych tu przyby�em. W�tpi� jednak, by istnia� tu w tej chwili jaki� spisek. Trzy pokolenia temu wybito Siwe�czykom z g�owy takie my�li.
Starzec odpar� z trudem:
- B�d� r�wnie niedelikatnym gospodarzem, jak pan go�ciem. Chcia�bym przypomnie� panu, �e kiedy� pewien wicekr�l my�la� dok�adnie tak jak pan i uwa�a�, �e Siwe�czycy pogodzili si� ze swym losem. To w�a�nie z polecenia tego wicekr�la m�j ojciec sta� si� n�dznym wygna�cem, moi bracia m�czennikami, a moja siostra samob�jczyni�. Ale �w wicekr�l poni�s� straszn� �mier� z r�k tych samych pogardzanych Siwe�czyk�w.
- Owszem. Ale ja te� m�g�bym o tym co� powiedzie�. Trzy lata temu tajemnicza �mier� wicekr�la przesta�a by� dla mnie - zagadk�. Do jego osobistej ochrony nale�a� pewien m�ody �o�nierz, kt�rego poczynania by�y do�� interesuj�ce. Tym �o�nierzem by� pan, ale my�l�, �e mo�emy sobie darowa� szczeg�y.
Barr odrzek� spokojnie:
- Owszem. Co pan proponuje?
- �eby odpowiedzia� pan na moje - pytania.
- Gro�by na nic si� nie zdadz�. Jestem co prawda stary, ale nie a� tak bardzo, �ebym przesadnie dba� o �ycie.
- Drogi panie, �yjemy w ci�kich czasach - rzek� znacz�co Riose - a pan ma dzieci i przyjaci�. Ma pan kraj, o kt�rym wyra�a� si� pan w przesz�o�ci z mi�o�ci� i niezbyt rozs�dnie. Ot�, je�li zdecyduj� si� u�y� si�y, to na pewno nie uderz� bezpo�rednio w pana.
Barr spyta� ch�odno:
- Czego pan chce?
Riose uni�s� do g�ry pust� fili�ank�.
- Prosz� pos�ucha�, patrycjuszu. �yjemy w czasach, kiedy za �o�nierzy, kt�rym si� powiod�o, uwa�a si� tych, kt�rych zadaniem jest przewodzenie paradom urz�dzanym w czasie �wi�t na terenie pa�acu Imperatora i eskortowanie luksusowych statk�w wycieczkowych wioz�cych Jego Wysoko�� na letnie planety. Ja... ja jestem przegrany. Jestem przegrany w wieku trzydziestu czterech lat i takim ju� pozostan�. A jest tak dlatego, �e chcia�bym walczy�.
W�a�nie dlatego wys�ano mnie tutaj. Na dworze sprawiam za du�o k�opot�w. Nie stosuj� si� do etykiety, obra�am fircyk�w i lord�w admira��w, ale jestem zbyt dobrym dow�dc�, �eby zes�a� mnie na jak�� bezludn� planet� gdzie� w otch�ani kosmosu. No wi�c zdecydowano si� na Siwenn�. To �wiat pogranicza, niespokojna i s�abo zaludniona prowincja. Daleko st�d do stolicy Imperium, wystarczaj�co daleko aby dw�r m�g� spa� spokojnie.
Zgnu�niej� tutaj. Nie ma powsta�, kt�re trzeba by zdusi�, a wicekr�lowie pogranicza ostatnio nie zdradzaj� ochoty do buntu, przynajmniej od czasu jak nieod�a�owanej pami�ci nieboszczyk ojciec Jego Wysoko�ci Imperatora da� wszystkim odstraszaj�cy przyk�ad rozprawiaj�c si� z Mountelem Paramay.
- Silny Imperator - mrukn�� Barr.
- Tak, oby tacy rodzili si� cz�ciej. On jest moim panem, radz� o tym pami�ta�. Strzeg� tu jego interes�w.
Barr wzruszy� ramionami:
- Jaki to ma zwi�zek z przedmiotem naszej rozmowy?
- Wyja�ni� to w kilku s�owach. Magowie, o kt�rych m�wi�em, pochodz� z zewn�trz - z przestrzeni le��cej za stra�nicami granicznymi, gdzie gwiazdy z rzadka s� rozsiane...
- Gdzie gwiazdy z rzadka s� rozsiane - wyrecytowa� Barr - i gdzie przestrzeni ch��d przenika.
To poezja? - zmarszczy� brwi Riose. W tej chwili wiersz wydawa� mu si� zupe�nie nie na miejscu. - W ka�dym razie oni s� z Peryferii, z jedynego sektora przestrzeni, w kt�rym wolno mi walczy� ku chwale Imperatora.
- S�u��c w ten spos�b interesom Jego Wysoko�ci Imperatora i zaspokajaj�c wewn�trzn� potrzeb� walki.
- W�a�nie. Ale musz� wiedzie�, z czym walcz�, i w�a�nie w tym pan mo�e mi pom�c.
- Sk�d pan to wie?
Riose nadgryz� trzymane w r�ku ciasteczko.
- St�d, �e od trzech lat zbieram wszystkie plotki, wszystkie legendy, a nawet lu�ne uwagi dotycz�ce mag�w i �e wszyscy zgadzaj� si� tylko co do dwu nie zwi�zanych z sob� fakt�w, co dowodzi, �e musz� one by� prawdziwe. Po pierwsze, magowie pochodz� ze skraju Galaktyki naprzeciw Siwenny, po drugie - pana ojciec spotka� kiedy� �ywego, autentycznego maga i rozmawia� z nim.
Wiekowy Siwe�czyk patrzy� bez mrugni�cia okiem, a Riose m�wi� dalej:
- Lepiej b�dzie, je�li powie mi pan, co pan wie... Barr rzek� z namys�em:
- By�oby interesuj�ce powiedzie� panu o kilku rzeczach. By�by to m�j prywatny eksperyment psychohistoryczny.
- Jaki?
- Psychohistoryczny - starzec u�miechn�� si� cierpko, a potem rzek� szorstko: - Lepiej niech pan sobie naleje herbaty. Mam zamiar wyg�osi� kr�tk� mow�.
Opar� si� o mi�kkie poduszki fotela. �ciany jarzy�y si� r�owo-bia�ym �wiat�em, w kt�rego �agodnym blasku nawet ostry profil �o�nierza nabra� pewnej mi�kko�ci.
Po chwili Ducem Barr zacz�� sw� opowie��.
- To, co wiem, jest wynikiem dw�ch przypadkowych zdarze�, a mianowicie tego, �e jestem synem mego ojca i �e urodzi�em si� w tym kraju. Zacz�o si� to przesz�o czterdzie�ci lat temu, tu� po Wielkiej Masakrze, kiedy to m�j ojciec musia� szuka� schronienia w lasach po�udnia, a ja sam zosta�em artylerzyst� w osobistej flocie wicekr�la. Nawiasem m�wi�c, by� to ten sam wicekr�l, kt�ry odpowiedzialny by� za Masakr�, i kt�ry potem zmar� tak okropn� �mierci�.
Barr u�miechn�� si� ponuro i ci�gn�� dalej:
- M�j ojciec by� patrycjuszem Imperium i senatorem Siwenny. Nazywa� si� Onum Barr.
Riose przerwa� ze zniecierpliwieniem:
- Bardzo dobrze znam okoliczno�ci jego wygnania. Nie musi pan si� nad tym rozwodzi�.
Siwe�czyk pu�ci� t� uwag� mimo uszu i m�wi� dalej tym samym tonem:
- Kiedy by� na wygnaniu, zjawi� si� u niego w�drowiec - kupiec ze skraju Galaktyki, m�odzieniec, kt�ry m�wi� z obcym akcentem, zupe�nie nie zna� najnowszej historii Imperium i dysponowa� osobistym ekranem ochronnym.
- Osobistym ekranem ochronnym? - Riose wyba�uszy� oczy na Barra. - Bzdury pan opowiada. Jaki generator posiada tak� moc, �eby skondensowa� pole si�owe do rozmiar�w jednego cz�owieka? Na Wielk� Galaktyk�! Czy�by ten kupiec ci�gn�� za sob� na w�zku �r�d�o energii j�drowej o wadze pi�ciu tysi�cy myriaton?
- To jest w�a�nie ten mag, o kt�rym zbiera pan legendy i pog�oski - odpar� spokojnie Barr. - Nie�atwo jest zdoby� miano maga. Jego generator by� tak ma�y, �e nie by�o go wida�, a mimo to najci�sza bro�, jak� zdo�a�by pan unie��, nie naruszy�aby nawet jego ekranu.
- I to wszystko? Czy�by magowie byli tylko wytworem chorej wyobra�ni starca z�amanego wygnaniem i cierpieniami?
- Opowiadania o magach si�gaj� czas�w znacznie wcze�niejszych ni� te, w kt�rych �y� m�j ojciec. I s� konkretne dowody na ich istnienie. Wyszed�szy od mego ojca, ten kupiec, kt�rego ludzie nazywaj� magiem, odwiedzi� techmana w mie�cie, do kt�rego drog� wskaza� mu m�j ojciec i tam zostawi� generator pola takiego samego typu, jak ten, kt�rego sam u�ywa�. M�j ojciec odnalaz� ten generator wr�ciwszy z zes�ania po egzekucji krwawego wicekr�la. Poszukiwania trwa�y d�ugo...
Ten generator wisi za panem na �cianie. Nie dzia�a. Dzia�a� tylko przez pierwsze dwa dni. Wystarczy spojrze� na niego, by doj�� do przekonania, �e nie zosta� zaprojektowany przez nikogo z Imperium.
Bel Riose si�gn�� po pas z metalowych ogniw, kt�ry przylega� do wypuk�ej �ciany. Po�� przylegania ust�pi�o pod naciskiem jego palc�w i pas oderwa� si� od �ciany wydaj�c odg�os podobny do mla�ni�cia. Uwag� Riose'a zwr�ci�a elipsoida na ko�cu pasa. By�a rozmiar�w orzecha.
- To... - powiedzia�
- ...by� generator - skin�� g�ow� Barr. - By�. Zasada jego dzia�ania pozostanie ju� na zawsze tajemnic�. Badania subelektroniczne wykaza�y, �e przekszta�ci� si� w jednolit� bry�k� metalu i nawet najbardziej szczeg�owa analiza wzor�w dyfrakcji nie pozwala wyodr�bni� poszczeg�lnych cz�ci istniej�cych tam przed jego stopieniem.
- A zatem pana "dow�d" to w rzeczywisto�ci nic pr�cz czczych s��w nie popartych niczym konkretnym.
Barr wzruszy� ramionami.
- Domaga� si� pan, �ebym powiedzia�, co wiem. Grozi� pan, �e wydrze t� wiedz� si��. Je�li woli si� pan zapatrywa� na to sceptycznie, to co mnie to obchodzi? Chce pan, �ebym przesta�?
Niech pan m�wi dalej! - powiedzia� szorstko genera�.
- Po �mierci ojca kontynuowa�em jego badania. Wtedy w�a�nie pom�g� mi drugi ze wspomnianych przypadk�w, jako �e Siwenna by�a dobrze znana Hari Seldonowi.
- A kto to jest ten Hari Seldon?
- Hari Seldon by� uczonym za panowania imperatora Dalubena IV. By� psychohistorykiem, ostatnim i najwi�kszym z psychohistoryk�w. Odwiedzi� kiedy� Siwenn�, kt�ra by�a w�wczas wielkim o�rodkiem handlowym i miejscem, gdzie kwit�a nauka.
- Ach - mrukn�� kwa�no Riose - czy jest jaka� planeta, kt�ra nie chwali�aby si�, �e w dawnych czasach by�a krajem o niezmierzonych bogactwach?
- M�wi� o czasach sprzed dwustu lat, kiedy to w�adza imperatora si�ga�a jeszcze do najodleglejszych gwiazd i Siwenna by�a �wiatem w centrum Imperium, a nie p�dzik� prowincj� kresow�. Ot� Hari Seldon przewidzia� zmierzch pot�gi Imperium i ostateczne pogr��enie si� ca�ej Galaktyki w mrokach barbarzy�stwa.
Riose roze�mia� si� nagle.
- Tak? A zatem pomyli� si�, m�j uczony panie. My�l�, �e pan sam zdaje sobie z tego spraw�. Od tysi�ca lat Imperium nie by�o tak pot�ne jak teraz. Ch��d i smutek pogranicza przyt�pia pana wzrok. Powinien pan zobaczy� centralne regiony Imperium, pozna� ich bogactwo i przytulne ciep�o.
Starzec ponuro potrz�sn�� g�ow�.
- Najpierw zaczynaj� obumiera� obrze�a. Trzeba troch� czasu, nim rozk�ad si�gnie serca uk�adu. To znaczy, ten wyra�ny, widoczny dla wszystkich rozk�ad, a nie rozk�ad wewn�trzny, kt�ry zacz�� si� ju� dobre pi�tna�cie wiek�w temu.
- A wi�c ten Hari Seldon przewidzia� powr�t ca�ej Galaktyki do stanu barbarzy�stwa - stwierdzi� z rozbawieniem Riose. - A co potem, h�?
- Dlatego za�o�y� dwie fundacje na przeciwnych kra�cach Galaktyki, fundacje, kt�re zgromadzi�y najlepszych, najm�odszych i najsilniejszych, by mogli tam �y� i rozwija� si�. �wiaty, na kt�rych zosta�y za�o�one, zosta�y starannie wybrane, podobnie jak czas ich za�o�enia i ich otoczenie. Wszystko zosta�o zaaran�owane w taki spos�b, �eby zgodnie z tym, co przewidzia�a psychohistoria na podstawie ca�kowicie pewnych oblicze� matematycznych, fundacje straci�y dostatecznie szybko ca�kowity kontakt z o�rodkami cywilizacji Imperium i stopniowo zacz�y si� przekszta�ca� w zal��ki Drugiego Imperium Galaktycznego, skracaj�c nieuchronny okres barbarzy�stwa z trzydziestu tysi�cy do zaledwie jednego tysi�ca lat.
- A gdzie pan znalaz� to wszystko? Wydaje si� pan zna� to w szczeg�ach.
- Jest pan w b��dzie - powiedzia� spokojnie patrycjusz. - Nigdy nie zna�em szczeg��w. To, o czym panu powiedzia�em, jest wynikiem mozolnej pracy polegaj�cej na uk�adaniu pewnych wiadomo�ci, kt�re zdoby� jeszcze m�j ojciec i dowod�w, kt�re ja sam znalaz�em, w jedn� ca�o��. Podstawa jest krucha, a jej nadbudow� stworzy�em tylko po to, by czym� zape�ni� ogromne luki w materiale. Ale jestem przekonany, �e w og�lnych zarysach odpowiada prawdzie.
- �atwo si� pan przekonuje.
- Czy�by? Po�wi�ci�em na to czterdzie�ci lat.
- Hm. Czterdzie�ci lat! Ja rozwi�za�bym ten problem w ci�gu czterdziestu dni. Prawd� m�wi�c, my�l�, �e powinienem to zrobi�. Ale inaczej ni� pan.
- Jak?
- W prosty spos�b. Zosta�bym podr�nikiem. M�g�bym znale�� t� Fundacj�, o kt�rej pan m�wi i zobaczy� wszystko na w�asne oczy. Powiada pan, �e s� dwie?
- Zapiski m�wi� o dw�ch. Znalaz�em dowody na istnienie tylko jednej, co jest zupe�nie zrozumia�e, je�li si� zwa�y, �e druga znajduje si� na przeciwnym ko�cu d�u�szej osi Galaktyki.
- No c�, wobec tego odwiedzimy t� - bli�sz� - rzek� Genera� podnosz�c si� i poprawiaj�c pas.
- Wie pan, w kt�r� stron� trzeba si� uda�? - spyta� Barr.
- Z grubsza. W zapiskach przedostatniego wicekr�la, tego, kt�rego pan zamordowa� tak skutecznie, znajduj� si� podejrzane opowie�ci o barbarzy�cach z zewn�trz. Prawd� powiedziawszy, jedn� z jego c�rek po�lubi� jaki� barbarzy�ski ksi���. Znajd� drog�.
Wyci�gn�� r�k�:
- Dzi�kuj� za go�cin�.
Ducem Barr dotkn�� jego d�oni koniuszkami palc�w i sk�oni� si� ceremonialnie.
- Pan wizyta by�a dla mnie zaszczytem.
- A je�li chodzi o informacje, kt�rych mi pan udzieli� - rzek� Bel Riose - b�d� wiedzia� jak panu podzi�kowa�, kiedy wr�c�.
Ducem Barr pokornie odprowadzi� go�cia do drzwi dworu i szepn�� patrz�c na znikaj�cy w dali pojazd:
- Je�li wr�cisz.
Magowie
�Fundacja... Po czterdziestu latach ekspansji Fundacja stan�a w obliczu niebezpiecze�stwa gro��cego jej ze strony Riose'a. Czasy Hardina i Mallowa odesz�y w przesz�o��, wraz z nimi odwaga i zdecydowanie...�
Encyklopedia Galaktyczna
W pokoju by�o czterech m�czyzn, a pok�j znajdowa� si� w miejscu, do kt�rego nikt nie mia� dost�pu. Czterej m�czy�ni obrzucili si� kr�tkimi spojrzeniami, a potem wbili wzrok w st�, kt�ry ich rozdziela�. Na stole sta�y cztery butelki i tyle� nape�nionych szklanek, ale nikt nie wyci�gn�� po nie r�ki.
W ko�cu m�czyzna siedz�cy tu� przy drzwiach po�o�y� d�o� na stole i zacz�� wystukiwa� palcami jaki� rytm.
- D�ugo macie zamiar tak siedzie� i martwi� si�? - spyta�. - Czy to wa�ne, kto zacznie?
- No to zacznij ty - powiedzia� pot�ny m�czyzna siedz�cy naprzeciw niego. - Ty masz najwi�cej powod�w, �eby si� martwi�.
Sennett Forell zachichota� bezg�o�nie.
- Bo my�licie, �e jestem najbogatszy. A mo�e uwa�acie, �e skoro zacz��em t� histori�, to powinienem ci�gn�� j� dalej. Nie przypuszczam, �eby�cie zapomnieli o tym, �e to moja flota handlowa przechwyci�a ten ich statek zwiadowczy.
- Ty masz najwi�ksz� flot� - rzek� trzeci - i najlepszych pilot�w, co znaczy, �e jeste� najbogatszy. To by�o diabelne ryzyko, ale by�oby jeszcze wi�ksze dla kt�rego� z nas.
Sennett Forell znowu zachichota�.
- Sk�onno�� do podejmowania ryzyka odziedziczy�em po ojcu. W ko�cu wa�ne jest tylko to, czy op�aci�o si� ryzykowa�. A je�li o to chodzi, to faktem jest, �e nieprzyjacielski statek zosta� odseparowany od reszty i przechwycony, zanim zd��y� ostrzec inne, i �e nie odnie�li�my przy tym �adnych strat.
O tym, �e Forell jest dalekim krewnym wielkiego Hobera Mallowa m�wi�o si� otwarcie w ca�ej Fundacji. O tym, �e jest jego nie�lubnym synem m�wi�o si� r�wnie szeroko, lecz po cichu.
Czwarty zmru�y� swe ma�e oczka i spojrza� z ukosa. Wycedzi� wolno:
- Nie ma si� co tak puszy� z powodu z�apania jednego stateczku. Najprawdopodobniej to tylko jeszcze bardziej rozw�cieczy tego m�odego cz�owieka.
- My�lisz, �e szuka pretekstu do zwady? - zapyta� szyderczo Forell.
- My�l�, �e tak, a to mog�oby mu oszcz�dzi� i mo�e oszcz�dzi zachodu. Hober Mallow dzia�a� inaczej - m�wi� wolno czwarty. - I Salvor Hardin. Oni dzia�anie si��, kt�re nigdy nie wiadomo czym si� sko�czy, zostawiali innym, a sami po cichu, lecz skutecznie, snuli misterne intrygi.
Forell wzruszy� ramionami.
- Ten statek wart by� zachodu. Pretekst mo�na zawsze znale�� bez trudu, a z tego przynajmniej my te� mamy jaki� zysk. - Powiedzia� to z zadowoleniem urodzonego handlarza. - Ten m�ody cz�owiek jest ze starego Imperium.
- Wiedzieli�my o tym - rzek� drugi, z wyra�nym zniecierpliwieniem.
- Podejrzewali�my to - poprawi� go �agodnie Forell. - Je�li kto� przybywa ze statkami i bogactwami, z zapewnieniami o przyja�ni i z ofertami, handlowymi, to trzeba stara� si� jak mo�na, �eby go nie zrazi�, dop�ki si� nie oka�e, �e przyjazna twarz to tylko maska. Ale teraz...
- Mogli�my dzia�a� ostro�niej - wtr�ci� trzeci, W jego g�osie zabrzmia�a jakby z lekka p�aczliwa nuta. - Mogli�my najpierw go przejrze�. Mogli�my go rozszyfrowa�, zanim pozwolili�my mu odlecie�. To by�oby najm�drzejsze.
- Ta sprawa by�a dyskutowana i zosta�a odrzucona - powiedzia� Forell, podkre�laj�c to wymownym ruchem r�ki.
- Rz�d jest mi�kki - biadoli� dalej trzeci. - Burmistrz to idiota.
Czwarty popatrzy� po kolei na pozosta�ych i wyj�� z ust niedopa�ek cygara. Niedba�ym ruchem wrzuci� go do otworu po swej prawej r�ce, gdzie bezg�o�nie rozpad� si�, znikn�� w b�ysku anihilacji.
Powiedzia� sarkastycznie:
- My�l�, �e gentleman, kt�ry m�wi� ostatni, powiedzia� tak tylko z przyzwyczajenia. Tutaj mo�emy m�wi� otwarcie - rz�d to my.
Odpowiedzia� mu cichy pomruk zgody.
Czwarty skierowa� spojrzenie swoich ma�ych oczek na st�. - Wobec tego zostawmy polityk� rz�du. Ten m�ody cz�owiek... ten przybysz m�g� by� potencjalnym klientem. Zdarza�y si� ju� takie przypadki. Wszyscy trzej pr�bowali�cie nam�wi� go do zawarcia wst�pnej umowy. Zawarli�my ciche porozumienie, �e nikt z nas nie b�dzie tego robi�, a mimo to pr�bowali�cie.
- Ty te� - warkn�� drugi.
- Wiem o tym - powiedzia� spokojnie czwarty.
- Wi�c zapomnijmy o tym, co powinni�my byli zrobi� wcze�niej - przerwa� Forell z wyra�nym zniecierpliwieniem - i zastan�wmy si�, co powinni�my zrobi� teraz. Mogli�my go uwi�zi� albo nawet zabi�, ale co potem? Nawet teraz nie znamy jego, zamiar�w, a w najgorszym razie i tak nie zdo�aliby�my zniszczy� Imperium pozbawiaj�c �ycia jednego cz�owieka. Mo�e niezliczona liczba flot czeka tylko na to, �eby nie powr�ci�.
- W�a�nie - przytakn�� czwarty. - Mo�e si� wreszcie dowiemy, co ci si� uda�o wyci�gn�� od ludzi z tego przechwyconego statku. Jestem za stary na takie gadanie.
- To si� da uj�� w paru s�owach - powiedzia� ponuro Forell. - To genera� Imperium czy kto� w tym rodzaju. M�ody cz�owiek, kt�ry wykaza� si� geniuszem wojskowym, tak mi przynajmniej m�wiono, i jest bo�yszczem swoich ludzi. Zupe�nie romantyczna kariera. To, co o nim opowiadaj�, jest bez w�tpienia w po�owie zmy�lone, ale nawet je�li to odrzuci�, i tak mamy do czynienia z niezwyk�ym cz�owiekiem.
- Kto to opowiada? - spyta� drugi.
- Za�oga przechwyconego statku. Wszystkie ich wypowiedzi mam zarejestrowane na mikrofilmie, kt�ry trzymam w bezpiecznym miejscu. P�niej, je�eli chcecie, mo�ecie go obejrze�. Je�li uwa�acie, �e to konieczne, mo�ecie sami z nimi porozmawia�. Poda�em tylko najwa�niejsze szczeg�y.
- Jak to od nich wydoby�e�? Sk�d wiesz, �e m�wi� prawd�?
Forell zmarszczy� brwi:
- Nie cacka�em si� z nimi, m�j panie. Dawa�em im w ko��, faszerowa�em narkotykami tak, �e prawie odchodzili od zmys��w, i bezlito�nie aplikowa�em sond�.
- W dawnych czasach - powiedzia� trzeci, zmieniaj�c nagle temat - zastosowano by czyst� psychologi�. Metoda bezbolesna, rozumiecie, ale bardzo pewna. Nie ma mowy o oszustwie.
- Mo�na by du�o m�wi� o tym, co by�o w dawnych czasach - rzek� Forell sucho. - Teraz mamy nowe czasy.
- Ale czego chcia� tutaj ten genera�, ten romantyczny bohater? - spyta� czwarty. Z jego pyta� przebija� niezno�ny, m�cz�cy up�r.
Forell spojrza� na niego ostro.
- My�lisz, �e opowiada swojej za�odze o sekretach polityki pa�stwa? Nic nie wiedz�. W tym wzgl�dzie nie mo�na by�o z nich absolutnie nic wydoby�, a Galaktyka �wiadkiem, �e stara�em si�.
- Pozostaje nam wobec tego...
- Wyci�gn�� wnioski. To oczywiste - Forell znowu zaczai b�bni� palcami po stole. - Ten m�ody, cz�owiek jest jednym z dow�dc�w wojskowych Imperium, ale udawa� ksi���tko z gwiazd zagubionych w jakim� zabitym deskami k�cie Peryferii. Ju� samo to Wystarczy, �eby go zacz�� podejrzewa� o z�e zamiary. Je�li przy tym wzi�� pod uwag� charakter jego profesji oraz to, �e Imperium raz ju�, za �ycia mego ojca, finansowa�o napa�� na Fundacj�, to nasza przysz�o�� rysuje si� nieweso�o. Pierwszy atak nie powi�d� si�. W�tpi�, �eby Imperium darzy�o nas mi�o�ci�.
- Nie znalaz�e� nic - spyta� ostro�nie czwarty - co dawa�oby nam wi�ksz� pewno��? Niczego nie ukrywasz?
- Niczego nie mog� ukry� - odpar� Forell, nie daj�c wytr�ci� si� z r�wnowagi. - Poczynaj�c od tej chwili, partykularne interesy i konkurencja handlowa przestaj� si� liczy�. Musimy dzia�a� wsp�lnie.
23
- Patriotyzm? - w g�osie trzeciego brzmia�a wyra�na drwina.
- Do diab�a z patriotyzmem - rzek� spokojnie Forell. - Za przysz�e Drugie Imperium nie da�bym nawet krzty emanacji j�drowej. My�lisz, �e zaryzykowa�bym cho�by jedn� misj� handlow�, �eby utorowa� mu drog�? Ale chyba nie przypuszczasz, �e podb�j Fundacji przez Imperium pomo�e mnie albo tobie w interesach? Je�li Imperium zwyci�y, to pojawi si� tu zaraz zgraja s�p�w czyhaj�cych tylko na to, �eby wyrwa� sobie dobry k�sek z trupa i podzieli� si� �upem.
- A tym �upem jeste�my my - doda� sucho czwarty.
Drugi, kt�ry od pewnego czasu nie odzywa� si�, uni�s� nagle z krzes�a swe pot�ne cia�o i rzek� gniewnie:
- Po co to ca�e gadanie? Imperium nie mo�e zwyci�y�, prawda? Mamy gwarancj� Seldona, �e w ko�cu stworzymy Drugie Imperium. To tylko jeszcze jeden kryzys. Do tej pory zdarzy�y si� ju� trzy.
- Tylko jeszcze jeden kryzys! - powt�rzy� Forell. - Tak, ale w czasie dw�ch pierwszych mieli�my Salvora Hardina, podczas drugiego by� tu Hober Mallow. A kogo mamy teraz?
Popatrzy� ponuro na pozosta�ych i m�wi� dalej:
- Seldonowskie regu�y psychohistorii, na kt�rych jest nam tak wygodnie polega�, zak�adaj� prawdopodobnie jako jedn� z wa�nych zmiennych pewn� normaln� inicjatyw� w podejmowaniu dzia�a� ze strony ludzi Fundacji. Prawa Seldona strzeg� tych, kt�rzy sami siebie strzeg�.
- Okazja czyni bohatera - rzek� trzeci. - To te� przys�owie.
- Nie mo�na na to liczy� - mrukn�� Forell. - W ka�dym razie, nie jest to takie pewne. Wed�ug mnie, sprawa wygl�da tak. Je�li to jest czwarty kryzys, to Seldon go przewidzia�. A je�li go przewidzia�, to mo�na go przezwyci�y� i powinien by� na to jaki� spos�b.
Imperium jest teraz silniejsze ni� my. Zreszt� zawsze takie by�o. Ale teraz po raz pierwszy jeste�my nara�eni na bezpo�redni atak z ich strony, tak �e dopiero teraz ich si�a naprawd� nam zagra�a. A wi�c, je�li mo�na ich pokona�, to - jak w przypadku poprzednich kryzys�w - nie mo�na tego zrobi� tylko si��. Musi by� jaki� inny spos�b. Musimy znale�� ich s�aby punkt i tam uderzy�.
- A co jest tym s�abym punktem? - spyta� czwarty. - Masz jaki� pomys�?
- Nie. W�a�nie do tego zmierzam. Nasi dawni przyw�dcy zawsze dostrzegali s�abe strony wroga i mierzyli w nie. Ale teraz...
Urwa� bezradnie. Przez chwil� nikt nie odzywa� si�.
W ko�cu czwarty przerwa� milczenie:
- Potrzebujemy szpieg�w. Forell podchwyci� to skwapliwie:
- Tak jest! Nie wiem, kiedy Imperium zaatakuje. Mo�e mamy jeszcze czas.
- Hober Mallow sam uda� si� do Imperium - podda� my�l drugi.
Forell pokr�ci� przecz�co g�ow�.
- To wykluczone. �aden z nas nie jest ju� m�ody. Wyszli�my z wprawy zajmuj�c si� biurow� robot� i zarz�dzaniem. Potrzeba nam m�odych ludzi, kt�rzy orientuj� si� w terenie...
- Niezale�ni handlarze? - spyta� czwarty. Forell potakuj�co kiwn�� g�ow� i wyszepta�:
- Je�li jeszcze mamy czas...
Martwa r�ka
Bel Riose przesta� nerwowo chodzi� z k�ta w k�t i spojrza� na wchodz�cego adiutanta. - Wiadomo ju� co� o "Gwiazdce"?
- Nie. Grupa zwiadowcza przeczesa�a przestrze�, ale aparatura nic nie wykry�a. Komandor Yume melduje, �e flota jest gotowa do natychmiastowego uderzenia odwetowego.
Genera� potrz�sn�� g�ow�.
- Nie, nie z powodu statku patrolowego. Jeszcze nie teraz. Przeka� mu, �eby podwoi�... Zaczekaj! Napisz� rozkaz. Zaszyfrowa� i przes�a� zwart� wi�zk�!
M�wi�c to, pisa�. Potem rzuci� kartk� czekaj�cemu oficerowi.
- Jest ju� Siwe�czyk? - Jeszcze nie.
- Chc� go widzie� tutaj, jak tylko przyb�dzie. Adiutant zasalutowa� i wyszed�. Riose zn�w zacz�� kr��y� po pokoju jak zwierz w klatce.
Kiedy drzwi otworzy�y si� ponownie, stan�� w nich Ducem Barr. Wszed� wolnym krokiem za prowadz�cym go adiutantem do jasno o�wietlonego pokoju, na kt�rego suficie znajdowa� si� ozdobny, tr�jwymiarowy model Galaktyki. W rogu pokoju sta� Bel Riose w mundurze polowym.
- Witaj, patrycjuszu! - Genera� wysun�� nog� krzes�o ku niemu i odprawi� adiutanta ruchem r�ki, dodaj�c: - Drzwi maj� by� zamkni�te, dop�ki sam ich nie otworz�.
Stan�� przed Siwe�czykiem na rozkraczonych nogach, z r�koma za�o�onymi do ty�u i zaczai si� wolno, w zamy�leniu, ko�ysa� na pi�tach w prz�d i w ty�. W ko�cu spyta� szorstko:
- Patrycjuszu, czy jest pan wiernym poddanym imperatora?
Barr, kt�ry dot�d zachowywa� oboj�tne milczenie, zmarszczy� brwi i odpar�:
- Nie mam najmniejszego powodu, �eby darzy� imperatora mi�o�ci�.
- Z tego nie wynika jeszcze, �e m�g�by pan zosta� zdrajc�.
- Istotnie. Ale z tego, �e nie jestem zdrajc�, nie wynika jeszcze, �e zgodzi�bym si� zosta� sprzymierze�cem.
- Zasadniczo tak. Ale je�li odm�wi mi pan swojej pomocy w tym punkcie - rzek� Riose niespiesznie - zostanie to uznane za zdrad� i tak te� potraktowane.
Barr �ci�gn�� brwi.
- Prosz� zostawi� swoje pogr�ki dla podw�adnych. Mnie wystarczy, je�li pan po prostu powie, czego pan chce ode mnie.
Riose usiad� i za�o�y� nog� na nog�.
- Rozmawiali�my ju� p� roku temu, panie Barr.
- O tych pa�skich magach?
- Tak. Pami�ta pan, co zamierza�em zrobi�? Bar skin�� g�ow�. Jego r�ce spoczywa�y bezw�adnie na brzuchu.
- Zamierza� pan poszuka� ich w ich w�asnej siedzibie. Nie by�o pana przez ostatnie cztery miesi�ce. Znalaz� ich pan?
- Czy ich znalaz�em? Tak! - krzykn�� Riose i zacisn�� usta.
Wydawa�o si�, �e z trudem panuje nad tym, aby nie zacz�� zgrzyta� z�bami. - Patrycjuszu, to nie magowie, to diab�y! To nieprawdopodobne. Niech pan pomy�li! �wiat rozmiar�w chusteczki do nosa, nawet nie - rozmiar�w paznokcia, o zasobach naturalnych tak ma�ych, sile tak mikroskopijnej i ludno�ci tak nielicznej, �e nie wystarczy�oby to nawet najbardziej zacofanym prefekturom Czarnych Gwiazd, a jednak tak dumny i pyszny, �e o�miela si� my�le�, i to wcale nie kryj�c tego, o panowaniu nad Galaktyk�!
Ba, s� tak pewni siebie, �e nawet si� nie spiesz� z wykonaniem swoich zamiar�w. Wszystko robi� wolno, flegmatycznie, m�wi�, �e potrzeba na to stuleci. Poch�aniaj� �wiaty bez po�piechu, pe�zn�c przez systemy gwiezdne z b�ogim i leniwym zadowoleniem z siebie.
I udaje si� im. Nie ma nikogo, kto by ich powstrzyma�. Stworzyli ohydn� spo�eczno�� handlarzy, kt�ra obejmuje swoimi mackami systemy po�o�one dalej, ni� o�mielaj� si� si�ga� ich dziecinne stateczki. Ich handlarze, jak sami okre�laj� si� ich agenci, penetruj� ca�e parseki przestrzeni.
Ducem Barr przerwa� potok gniewnych s��w:
- Ile z tych informacji jest sprawdzonych, a ile wynika z w�ciek�o�ci?
Genera� zaczerpn�� g��boko powietrza i uspokoi� si� troch�.
- W�ciek�o�� mnie nie za�lepia. Powiem panu, �e odwiedzi�em �wiaty le��ce bli�ej Siwenny ni� Fundacji, gdzie Imperium jest odleg�ym mitem, a handlarze namacaln� prawd�. Nas samych brano za handlarzy.
- To sama Fundacja o�wiadczy�a panu, �e zmierza do panowania nad Galaktyk�?
- O�wiadczy�a! - Riose znowu wybuchn��. - To nie by�a sprawa o�wiadczenia. Osoby oficjalne nic nie m�wi�y. Rozmawiali wy��cznie o interesach. Ale rozmawia�em ze zwyk�ymi lud�mi. Pozna�em wyobra�enia prostego ludu o jego oczywistym przeznaczeniu i niewzruszon� wiar� w czekaj�c� go wielk� przysz�o��. To jest rzecz, kt�rej nie mo�na ukry�, ten powszechny optymizm. Zreszt� nie staraj� si� nawet tego ukrywa�.
Siwe�czyk rzek� z cich� satysfakcj�:
- Raczy pan zauwa�y�, �e jak dot�d wszystko zdaje si� dok�adnie zgadza� z obrazem wypadk�w zrekonstruowanym przeze mnie w oparciu o te mizerne dane, kt�re uda�o mi si� zebra�.
- Przynosi to niew�tpliwie zaszczyt pa�skiej zdolno�ci my�lenia analitycznego - odpar� Riose z sarkazmem. - Jest to tak�e, z ich strony, szczera, cho� pysza�kowata ocena niebezpiecze�stwa gro��cego posiad�o�ciom Jego Wysoko�ci Imperatora.
Barr wzruszy� ramionami, okazuj�c brak zainteresowania i Riose pochyli� si� nagle, chwyci� go za ramiona i spojrza� mu w oczy.
- No, patrycjuszu, do�� tego! Nie chc� by� barbarzy�c�. Je�li o mnie chodzi, to wrogi stosunek Siwe�czyk�w do Imperium jest mi nienawistnym ci�arem i zrobi�bym wszystko, co w mojej mocy, �eby wymaza� z�e wspomnienia. Niestety, polem mojego dzia�ania jest armia i nie mog� si� miesza� do spraw cywilnych. Spowodowa�oby to moje odwo�anie i od razu przekre�li�o ca�� moj� u�yteczno��. Rozumie pan? Wiem, �e tak. A wi�c, je�li o nas dw�ch chodzi, uznajmy, �e zem�ci� si� pan ju� za okrucie�stwa sprzed czterdziestu lat na ich sprawcy, i zapomnijmy o tym. Potrzebuj� pa�skiej pomocy. Otwarcie to przyznaj�.
W g�osie genera�a brzmia�a szczera pro�ba, ale Ducem Barr pokr�ci� przecz�co g�ow�. Gest by� �agodny, lecz stanowczy.
Riose nie ust�powa�. Powiedzia� b�agalnie:
- Nie rozumie mnie pan, patrycjuszu, i w�tpi�, czy potrafi� pana przekona�. Nie podejmuj� si� dyskusji z panem. To pan jest uczonym, nie ja. Ale jedno powiem. Bez wzgl�du na to, co pan my�li o Imperium, nie mo�e pan nie uzna� jego zas�ug. Jego si�y zbrojne dopuszczaj� si� niekiedy zbrodni, ale og�lnie bior�c strzeg� pokoju i cywilizacji. To flota wojenna Imperium zaprowadzi�a Pax Imperium, kt�ry zapanowa� w ca�ej Galaktyce na dwa tysi�ce lat. Niech pan por�wna te dwa tysi�clecia pokoju pod znakiem S�o�ca i Kosmolotu Imperium z dwoma tysi�cleciami anarchii, kt�ra je poprzedzi�a. Niech pan pomy�li o wojnach i zniszczeniach tej dawnej epoki i powie mi, czy - przy wszystkich jego wadach - Imperium nie jest warte zachowania.
Niech pan pomy�li - m�wi� gwa�townie - w co zamieni�y si� obrze�a Galaktyki w naszych czasach, kiedy odrywaj� si� od Imperium i zdobywaj� niezale�no�� odleg�e �wiaty, i niech pan spyta swego sumienia, czy dla drobnej zemsty zgodzi�by si� pan na zdegradowanie Siwenny z roli prowincji pozostaj�cej pod ochron� pot�nej floty wojennej do pozycji barbarzy�skiego �wiata w barbarzy�skiej Galaktyce, ca�kowicie pogr��onej, wraz z jej cz�stkow� wolno�ci�, w powszechnej n�dzy i nikczemno�ci.
- Czy jest a� tak �le? - spyta� Siwe�czyk. - Ju� teraz?
- Nie - przyzna� Riose. - My sami byliby�my bez w�tpienia bezpieczni, nawet gdyby�my mieli �y� czterokrotnie d�u�ej. Ale ja walcz� dla Imperium, dla niego i dla tradycji wojskowej, co ma pewne znaczenie dla mnie osobi�cie i czego nie potrafi� panu wyt�umaczy�. To jest tradycja instytucji, kt�rej s�u��.
- Zaczyna pan m�wi� jak mistyk, a mnie jest zawsze trudno zrozumie� mistycyzm innego cz�owieka.
- To niewa�ne. Pojmuje pan chyba, jakie niebezpiecze�stwo grozi nam ze strony tej Fundacji.
- To przecie� ja wskaza�em panu na to, co nazywa pan niebezpiecze�stwem, zanim jeszcze wytkn�� pan nos poza Siwenn�.
- A zatem zdaje pan sobie spraw� z tego, �e trzeba to zdusi� w zarodku, bo w przeciwnym razie trzeba b�dzie by� mo�e pogodzi� si� z przegran�. Pan wiedzia� o tej Fundacji, zanim ktokolwiek o niej us�ysza�. Pan wie o niej. wi�cej ni� ktokolwiek inny w Imperium. Prawdopodobnie wie pan r�wnie� jak najskuteczniej ich zaatakowa�, i prawdopodobnie mo�e mnie pan ostrzec przed ich przeciwdzia�aniem. No, prosz�, zosta�my przyjaci�mi.
Ducem Barr wsta�. Powiedzia� stanowczym tonem:
- Pomoc, kt�rej m�g�bym panu udzieli�, jest niewiele warta. A wi�c, wobec pana stanowczego ��dania, obiecuj� j� panu.
- To ja oceni� jej znaczenie.
- M�wi� powa�nie. Nawet ca�a pot�ga Imperium nie zdo�a zniszczy� tego lilipuciego �wiata.
- A dlaczeg� to? - w oczach Bel Riose'a pojawi� si� gniewny b�ysk. - Nie, prosz� zosta� na miejscu. Powiem panu, kiedy b�dzie pan m�g� odej��. Dlaczego? Je�li s�dzi pan, �e nie doceniam wroga, kt�rego odkry�em, to jest pan w b��dzie. Patrycjuszu - rzek� z wahaniem - wracaj�c, straci�em statek. Nie mam �adnego dowodu, �e wpad� w r�ce ludzi z Fundacji, ale do tej pory nie odnaleziono go, a gdyby by� to zwyk�y wypadek, jego wrak znaleziono by na pewno gdzie� na tym szlaku, kt�rym wraca�em. Nie jest to powa�na strata, nawet mniej bolesna ni� uk�szenie pch�y, ale mo�e to znaczy�, �e Fundacja podj�a ju� wrogie dzia�ania,. Taka pop�dliwo�� i takie nieliczenie si� z konsekwencjami mo�e oznacza�, �e posiadaj� jak�� tajn� bro�, o kt�rej nic nie wiem. Czy mo�e mi pan pom�c i odpowiedzie� na konkretne pytanie? Jaki maj� potencja� militarny?
- Nie mam �adnego poj�cia.
- A zatem niech mi pan to wyja�ni, u�ywaj�c w�asnych termin�w. Dlaczego powiedzia� pan, �e Imperium nie mo�e pokona� tak s�abego przeciwnika?
Siwe�czyk ponownie usiad� i odwr�ci� wzrok od wpatruj�cego si� we� uwa�nie Riose'a. Powiedzia� ci�ko:
- Poniewa� wierz� w zasady psychohistorii. To dziwna nauka. Osi�gn�a pe�ni� rozwoju i matematyczn� precyzj� za spraw� jednego cz�owieka, Hari Seldona, i z nim odesz�a, gdy� od tamtej pory nikt nie by� w stanie poradzi� sobie z jej zawi�ymi wzorami. Ale w tym kr�tkim okresie dowiod�a, �e jest najpot�niejszym instrumentem, jaki kiedykolwiek wynaleziono dla bada� nad ludzko�ci�. Nie kryj�c, �e nie jest w stanie przewidzie� zachowa� poszczeg�lnych jednostek, sformu�owa�a �cis�e prawa pozwalaj�ce przewidzie� i ukierunkowa� na drodze analizy matematycznej i ekstrapolacji masowe dzia�ania grup ludzi.
- A wi�c...
- Tej w�a�nie psychohistorii u�y� w ca�ej rozci�g�o�ci Seldon i jego zesp� do ustanowienia Fundacji. Miejsce, czas, warunki - wszystko to sk�ada si� matematycznie, a wi�c nieuchronnie, na pomy�lno�� i rozw�j Og�lnego Imperium. G�os Riose'a dr�a� z oburzenia:
- Chce pan powiedzie�, �e ta jego sztuka przewiduje, �e ja napadn� na Fundacj� i przegram tak� i tak� bitw� z takiego i takiego powodu?! Pr�buje mi pan wm�wi�, �e jestem g�upim robotem pod��aj�cym �lepo ku zag�adzie wcze�niej ustalon� drog�?
- Nie - odpar� ostro stary patrycjusz. - Powiedzia�em ju�, �e ta nauka nie zajmuje si� indywidualnymi dzia�aniami. Zosta�o przewidziane tylko szersze t�o wydarze�.
- A wi�c trzyma nas mocno w gar�ci Bogini Historycznej Konieczno�ci?
- Psychohistorycznej Konieczno�ci - poprawi� go spokojnie Barr.
- A je�li skorzystam ze swej prerogatywy -
z wolnej woli? Je�li zdecyduj� si� uderzy� w przysz�ym roku albo postanowi� nie atakowa� w og�le? Jak gi�tka jest ta Bogini? Jak zaradna? Barr wzruszy� ramionami.
- Mo�e pan zaatakowa� teraz lub nigdy, jednym statkiem lub wszystkimi si�ami Imperium, mo�e pan u�y� presji ekonomicznej, wypowiedzie� otwarcie wojn� lub uderzy� podst�pem. Niech pan robi, co pan zapragnie, korzystaj�c w najwy�szym stopniu z wolnej woli. I tak pan przegra.
- Z powodu martwej r�ki Hariego Seldona?
- Z powodu martwej r�ki - je�li pan to tak okre�la - matematyki ludzkiego zachowania, r�ki. kt�rej nie mo�na ani powstrzyma�, ani zwr�ci� w inn� stron�, ani op�ni� jej ruchu.
Patrzyli sobie przez chwil� w oczy, nic nie m�wi�c, a� w ko�cu genera� odst�pi� do ty�u. Powiedzia�:
- Podejmuj� wyzwanie. Martwa r�ka przeciw �ywej woli.
Imperator
�Cleon II potocznie zwany Wielkim. Ostatni silny w�adca Pierwszego Imperium. Jego d�ugie panowanie by�o okresem politycznego i kulturalnego odrodzenia. Najcz�ciej jednak jego imi� pojawia si� w fantastycznych opowie�ciach w zwi�zku z Bel Riosem, tote� dla zwyk�ych ludzi jest on po prostu "Panem Riose'a". Wypadki, kt�re zdarzy�y si� w czasie ostatniego roku jego panowania nie powinny przes�oni� czterdziestu lat...�
Encyklopedia Galaktyczna
Cleon II by� W�adc� Wszech�wiata. Cleon II cierpia� na bolesne, lecz nierozpoznane schorzenie. Dziwnym zbiegiem rzeczy, charakterystycznym dla ludzkich los�w, te dwa stwierdzenia nie wykluczaj� si� wzajemnie ani nie s� szczeg�lnie niesp�jne. Historia dostarcza a� nadto podobnych przyk�ad�w.
Nie by�o to jednak dla Cleona II �adn� pociech�. Studiowanie d�ugiej listy podobnych przypadk�w nie zmniejsza�o jego w�asnego cierpienia nawet o marny elektron. R�wnie mizern� pociech� by�a �wiadomo��, �e jeszcze jego dziad by� zaledwie piratem rz�dz�cym jak�� zagubion� planet�, a on sam rezydowa� w zbytkownym pa�acu Ammenetika Wielkiego jako spadkobierca d�ugiej linii w�adc�w Galaktyki, kt�rej pocz�tek gin�� w pomroce dziej�w. Nie sprawia�a mu teraz �adnej rado�ci my�l, �e dzi�ki wysi�kom jego ojca zduszone zosta�y wszelkie odruchy rebelii i w Imperium zapanowa�y harmonia i pok�j jak w czasach Stannela VI, i �e skutkiem tego, podczas dwudziestu pi�ciu lat jego panowania najmniejszy przejaw buntu nie przes�oni� ani na chwil� blasku jego s�awy.
W�adca Galaktyki i Pan Wszystkiego j�kn�� sk�adaj�c g�ow� na poduszki otoczone orze�wiaj�cym polem si�owym. Podda� si� jego �agodnemu dzia�aniu i czuj�c przyjemne mrowienie, rozlu�ni� si� nieco. Uni�s� si� z trudem, siad� na �o�u i wpatrzy� si� smutnym wzrokiem w odleg�e �ciany wielkiej komnaty. Nie by� to odpowiedni pok�j dla samotnej osoby. By� zbyt du�y. Wszystkie pokoje by�y zbyt du�e.
Lepiej wszak�e by� samotnym podczas tych okropnych napad�w b�lu ni� znosi� widok napuszonych dworak�w, ich niezmierne wsp�czucie i pokorne przygn�bienie. Lepiej cierpie� samotnie ni� ogl�da� te przygn�bione twarze b�d�ce maskami, kt�re kryj� zwyk�e wyrachowanie i spekulacje na temat czasu jego �mierci i los�w korony.
Ta my�l przygn�bi�a go jeszcze bardziej. Mia� trzech syn�w, trzech dorodnych i obiecuj�cych m�odzie�c�w. Gdzie si� oni podziewaj�? Na pewno czekaj�. Jeden �ledzi drugiego, a wszyscy bacznie obserwuj� ojca.
Poruszy� si� niespokojnie. A teraz Brodrig b�aga o audiencj�. Nisko urodzony, wierny Brodrig. Wierny, poniewa� serdecznie znienawidzony przez tuzin dworskich koterii ca�kowicie zgodnych w tym jednym jedynym punkcie.
Brodrig - faworyt, kt�ry musi by� wierny, gdy� jedynie posiadanie najszybszego statku w Imperium i dotarcie do niego w dniu �mierci Imperatora mog�oby go uchroni� przed komor� atomow�.
Cleon II dotkn�� g�adkiej ga�ki umieszczonej na oparciu otomany i pot�ne drzwi w ko�cu komnaty rozp�yn�y si� jak ob�ok mg�y.
Pojawi� si� w nich Brodrig. Przeszed� po purpurowym dywanie i przykl�kn��, aby uca�owa� zwisaj�c� bezw�adnie d�o� Imperatora.
- Jak zdrowie, panie? - spyta� Tajny Sekretarz z obaw� w g�osie.
- �yj� - burkn�� Imperator z rozdra�nieniem - je�li mo�na tak okre�li� fakt, �e ka�dy �otr, kt�ry potrafi przeczyta� ksi��k� lekarsk�, traktuje mnie jak poligon do�wiadczalny. Je�li jest jeszcze w og�le jaki� �rodek, chemiczny, fizyczny czy j�drowy, kt�rego na mnie nie wypr�bowano, to za�o�� si�, �e jutro przyb�dzie tu gdzie� z odleg�ego k�ta Imperium jaki� uczony gadu�a, aby sprawdzi� jego dzia�anie. I znowu b�dzie si� powo�ywa� na autorytet jakiej� nowo odkrytej, a raczej podrobionej ksi��ki.
Na pami�� mego ojca! - krzykn�� z w�ciek�o�ci� - zdaje si�, �e nie ma ju� ani jednego medyka, kt�ry by potrafi� bada� chorego, patrz�c na� w�asnymi oczyma! �aden z nich nie potrafi nawet zmierzy� pulsu bez pomocy staro�ytnych ksi�g. Jeste�my chorzy, a oni nie wiedz� na co. G�upcy! Je�li pojawi� si� nowe choroby, to jako nierozpoznane i nieopisane przez staro�ytnych, pozostan� na zawsze nieuleczalne. Staro�ytni powinni �y� teraz albo ja wtedy.
Imperator zakl�� cicho. Brodrig czeka� pokornie. Cleon II spyta� z rozdra�nieniem wskazuj�c ruchem g�owy drzwi:
- Ilu czeka?
- Wielka Sala pomie�ci�a normaln� liczb� - odpar� cierpliwie Brodrig.
- Niech czekaj�. Jestem zaj�ty sprawami pa�stwa. Niech to oznajmi dow�dca stra�y. Albo nie, niech nie m�wi o sprawach pa�stwa. Niech powie po prostu, �e nie udzielam �adnych audiencji i niech, m�wi�c to, wygl�da na zmartwionego. Mo�e te hieny, kt�re tam s�, same si� zdradz� - doda� z�o�liwie.
- Kr��y plotka, panie - rzek� g�adko Brodrig - �e chorujesz na serce.
Imperator u�miechn�� si� szyderczo:
- Je�li kto�, opieraj�c si� na tej plotce, zacznie dzia�a� przedwcze�nie, to inni odczuj� to bole�niej ni� ja. Ale m�w, czego chcesz. Niech to ju� b�dzie za nami.
Brodrig podni�s� si� z kl�czek i stan�� w pokornej postawie.
- To dotyczy genera�a Bel Riose'a, Wojskowego Gubernatora Siwenny - rzek�.
- Riose'a? - Cleon II zmarszczy� brwi. - Nic mi nie m�wi to nazwisko. Zaczekaj, to ten, kt�ry przys�a� ten donkiszotowski meldunek kilka miesi�cy temu? Tak, teraz sobie przypominam. Pragn�� zosta� zdobywc� ku chwale Imperium i Imperatora i prosi� o zgod� na to.
- Istotnie, panie. Imperator za�mia� si� kr�tko.
- Czy przypuszcza�e�, Brodrig, �e mam jeszcze takich genera��w? On zdaje si� by� dziwnym prze�ytkiem. Jaka by�a odpowied�? Mam nadziej�, �e zaj��e� si� tym.
- Tak, panie. Polecono mu, aby przys�a� dodatkowe informacje i nie podejmowa� �adnych dzia�a� zbrojnych bez rozkazu z Imperium.
- Hmm... Do�� przezornie. Kto to jest ten Riose? Czy by� kiedy� na dworze?
Brodrig kiwn�� twierdz�co g�ow�, a jego usta lekko si� wykrzywi�y.
- Zaczyna� jako kadet gwardii dziesi�� lat temu. Mia� udzia� w tej sprawie w pobli�u Skupiska Lemula.
- Skupiska Lemula? Pami�� mi niezupe�nie... Czy to by�o wtedy, kiedy jaki� m�ody �o�nierz uchroni� dwa liniowce przed zderzeniem czo�owym robi�c... no... co� tam? - Machn�� r�k� ze zniecierpliwieniem. - Nie pami�tam szczeg��w. By� to jaki� bohaterski wyczyn.
- Tym �o�nierzem by� Riose. Dosta� za to awans - powiedzia� sucho Brodrig - i nominacj� na kapitana statku.
- A teraz, w tak m�odym wieku, jest ju� Gubernatorem Wojskowym systemu gwiezdnego na pograniczu. Zdolny cz�owiek!
- Niebezpieczny, panie. On �yje przesz�o�ci�. Marzy o dawnych czasach, a raczej o ich mitycznym obrazie. Tacy ludzie s� sami w sobie nieszkodliwi, ale ich zu