Wied¼min Zone by Silvan - www.wiedzmin.art.pl[Wersja "do druku"] Wybór 2: Zemsta Rozdzia³ pierwszy Ping...ping...ping...ping...ping... Jednostajny g³os dochodz±cy do mojej g³owy stawa³ siê coraz g³o¶niejszy. Narasta³, pulsowa³, zmienia³ tonacjê. Ciemno¶æ przed oczami zaczê³a bledn±æ. Robi³o siê coraz ja¶niej i ja¶niej i w koñcu otworzy³em oczy. - Witaj w¶ród ¿ywych Luter! Jak mi³o zobaczyæ, ¿e znowu wytrzeszczasz ¶lepia. - Aahherrr - próbowa³em co¶ wyj±kaæ, jednak nie wychodzi³o mi to zbyt dobrze. - Gdyby ciê to interesowa³o jeste¶ w szpitalu. - Cze¶æ Peint - no w koñcu uda³o mi siê co¶ powiedzieæ. - Znalaz³em ciê w ka³u¿y krwi, na dodatek nie tylko twojej. Jako dobry samarytanin zabra³em ciê wiêc do szpitala, gdzie siê ju¿ tob± zajêli, nie wygl±da³e¶ najlepiej. Dlaczego ty nigdy mi nic nie mówisz jak idziesz trochê poszaleæ. - rozgl±dn±³em siê wokó³ siebie nie zwracaj±c uwagi na dalsze narzekanie, bia³e ¶ciany, bia³e prze¶cierad³a, jednostajne ping...ping...ping maszyny stoj±cej przy moim ³ó¿ku, a obok drugie ³ó¿ko z tak± sam± maszynk± ping...ping............ping.......piiiiiiiiiiiiiiiiiiii. - Wiesz co stary, chyba mam Deja vu, czy ja ju¿ tu nie by³em i nie s³ucha³em tego twojego glêdzenia? - To pewnie od odniesionych urazów, gdyby nie ja, to nie wiem czy le¿a³by¶ w takim ciep³ym pomieszczeniu. - Pewnie tak. Jak mnie znalaz³e¶? - Us³ysza³em, ¿e szukasz panny Adams, popyta³em siê trochê tu, trochê tam i dowiedzia³em siê, co to za osóbka, mia³em w³a¶nie ciê odwiedziæ, tyle, ¿e nie by³o ciê w motelu. Portier tzn. ten mi³y pan co wydaje klucze i otwiera drzwi co ³adniejszym panienkom po krótkich pertraktacjach powiedzia³ mi, ¿e do¶æ szybko wyjecha³e¶. Po kilku dok³adniejszych pytaniach i lekkim przyci¶niêciu delikwenta dowiedzia³em siê paru innych szczegó³ów. Nawet sobie nie wyobra¿asz ile wie taki cz³owiek, który siedzi ca³y czas w jednym miejscu i obserwuje. Naprawdê fascynuj±ce. Sam siê zdziwi³em jego wiedz± i ... - Dosyæ! Przestañ ju¿ gadaæ!!! Jeste¶my przyjació³mi, ale nie nadu¿ywaj mojej cierpliwo¶ci. D³ugo ju¿ tu jestem? - Bêdzie z 5 dni. - Cholera. - zamkn±³em oczy - wiesz mo¿e kiedy mnie wypuszcz± - Powinien pan pole¿eæ jeszcze przynajmniej 3 dni. - us³ysza³em jaki¶ obcy, kobiecy g³os, otworzy³em oczy, przede mn± sta³a ubrana na bia³o pielêgniarka u¶miechaj±ca siê serdecznie. - Niestety musimy przenie¶æ pana do Miejskiego Szpitala. - Co? Dlaczego? Miejski Szpital to umieralnia. Kto¶ mia³ niez³e poczucie humoru nazywaj±c to "szpitalem", bardziej pasuje do tego kostnica. - Niestety nie ma innej rady. - powtórzy³a pielêgniarka, nie u¶miecha³a siê ju¿ sympatycznie, teraz mia³a u¶miech w stylu "i tak nie walniesz mnie w mordê frajerze, nie jeste¶ w stanie!" i ten blask w oczach wyra¼nie dawa³ mi do zrozumienia, ¿e czasy, w których pielêgniarki by³y mi³ymi osóbkami nios±cymi pomoc minê³y bezpowrotnie. - Pañskie konto jest zablokowane i nie ma pan czym p³aciæ, wiêc jedynym wyj¶ciem jest przeniesienie pana w inne miejsce. To jest szpital, a nie instytucja charytatywna. - Konto zablokowane? Mam rozumieæ, ¿e jest puste? To ile mnie kosztowa³o le¿akowanie w tej budzie? - Z pana konta pobrali¶my 1100$. 100$ wpisowe i po 200$ za ka¿dy spêdzony tu dzieñ. Jednak nie mo¿emy pobraæ nastêpnej kwoty, gdy¿ bank zablokowa³ konto, co równa siê z usuniêciem pana z listy naszych pacjentów. - Kurwa, ten u¶miech, jeszcze chwila, a postaram siê, by znikn±³ z jej twarzy na zawsze i wtedy zamienimy siê miejscami. - Przepraszam - zapyta³em grzecznie, stara³em siê nie okazywaæ chêci wbicia jej no¿a w brzuch i pokrêcenia nim na wszystkie strony, to zazwyczaj zniechêca ludzi do dalszej rozmowy ze mn±, a wprowadzenie tych chêci w ¿ycie jeszcze bardziej pogarsza sytuacjê. - czy bank poda³ jak±¶ informacjê co do zablokowania konta? - Nie, nic takiego nie mia³o miejsca. Zostanie pan przewieziony do drugiego szpitala za dwie godziny. - Chwileczkê - wtr±ci³ siê Peint - proszê skorzystaæ z mojego konta, zap³acê za niego. - Dobrze. Proszê udaæ siê ze mn± do recepcji. - i Peint ruszy³ ra¼nym krokiem za pani± w bia³ej spódniczce wyszeptawszy "zaraz wracam, nie odchod¼" znikn±³ za drzwiami razem ze swoim sarkastycznym u¶mieszkiem. Mog³em siê za³o¿yæ, ¿e ju¿ próbuje dobraæ siê do biednej pielêgniarki i gdy tylko wróci zacznie siê chwaliæ swoim nowym podbojem. Tylko co siê kurwa dzieje z moim kontem, wyczerpaæ siê nie mog³o, bo nawet po odjêciu tych 1100$ pozosta³o mi na koncie prawie 1000 dolców, no i przecie¿ mia³em dostaæ 500 000$ za zabicie Kathren Adams. Nie przychodzi³o mi nic do g³owy oprócz kolejnego "kurwa maæ". Mike wróci³ dopiero po 20 min. U¶miechniêty jak cz³owiek, który idzie odebraæ miliard w lotka i nie wie, ¿e zaraz przejedzie go ciê¿arówka. - Hehe, no to wieczór mam ju¿ zajêty. Wiesz, ¿e panna Natalia jest tak naprawdê bardzo mi³± osóbk±. - Jezu!!! Ca³y Michael Peint. Mówi³em ci ju¿, ¿eby¶ nie szed³ do ³ó¿ka z ka¿d± kobiet±, któr± spotkasz. Jeszcze kiedy¶ tego po¿a³ujesz. - Ale jak na razie jest O.K., wiêc nie martw siê na zapas. - Ja siê o ciebie nie martwiê, tyle, ¿e masz takie znajomo¶ci, ¿e szkoda mi bêdzie, gdy co¶ ci siê stanie. No w³a¶nie, spróbuj siê dowiedzieæ co jest nie tak z moim kontem. - Dobra, zobaczê co da siê zrobiæ, a ty le¿ tutaj spokojnie i nie narób k³opotów. - Postaram siê - powiedzia³em lekko siê u¶miechaj±c - Aha, wiesz mo¿e gdzie jest mój pluszowy mi¶? - Zobacz w szafce. - powiedziawszy to wyszed³. Siêgn±³em do szafki i rzeczywi¶cie le¿a³ tam mój mi¶. By³ ju¿ lekko wylinia³y i trochê przybrudzony (g³ównie krwi±) no i mia³ naderwane jedno ucho. Wzi±³em go do rêki i pod³o¿y³em pod g³owê, trzeba jako¶ przeczekaæ te trzy dni. Spróbowa³em zasn±æ i chyba mi wysz³o, bo ju¿ po kilku chwilach jednostajne ping...ping...ping znik³o z mojej ja¼ni i nasta³a ciemno¶æ. Rozdzia³ drugi Zapi±³em rozporek i ju¿ zabiera³em siê za guzik, gdy drzwi siê otworzy³y. Podnios³em wzrok, w wej¶ciu sta³ Mike. - Cze¶æ, jeste¶ ju¿ gotowy? - Noo, tzn. tak, ju¿ idê - powiedzia³em mocuj±c siê z guzikiem, próbowa³em go zapi±æ, ale gdy ju¿ przechodzi³ przez dziurkê w ostatniej chwili z niej wypada³. Chwyci³em go jeszcze raz i spróbowa³em ponownie, z tym samym skutkiem. - Kurwa, co jest! - Mo¿e ci pomóc, hehe. - Spierdalaj, lepiej poszukaj moich zabawek, nigdzie nie mogê ich znale¼æ. - S± w samochodzie, chyba nie my¶lisz, ¿e odwióz³bym ciê do szpitala z takim arsena³em. - Jest!!! Uff w koñcu siê uda³o, powinienem dostaæ Nobla. - zarzuci³em marynarkê, poprawi³em bia³± koszulê i rozprostowa³em rêce - Choæ zmywamy siê, bo ju¿ nie mogê tu wytrzymaæ. - Wodzu prowad¼. - powiedzia³ z u¶miechem i wyszli¶my. Po drodze do wyj¶cia zahaczy³em jeszcze o recepcje, gdzie otrzyma³em resztê moich rzeczy, zegarek, kartê kredytow± itp. Ra¼nym krokiem ruszyli¶my do drzwi wyj¶ciowych. - Aha, mówi³e¶ co¶ o samochodzie, to ju¿ nie je¼dzisz autobusami? - Nie, hehe, ju¿ nie je¿d¿ê. Po ostatniej naszej robótce ju¿ nie musze, choæ znowu zaczyna brakowaæ mi pieni±¿ków - doszli¶my ju¿ do wyj¶cia, drzwi otworzy³y siê automatycznie, ¶wie¿e powietrze (no mo¿e nie takie ¶wie¿e, powiedzmy powietrze ró¿ni±ce siê od tego, które za¿ywa³em przez ostatni tydzieñ) wtargnê³o do p³uc i ... zacz±³em kaszleæ. - Cholera, czy mi siê wydaje czy tego smogu robi siê coraz wiêcej. - powiedzia³em robi±c kilka kroków do przodu. - Hoho, posiedzia³ trochê w szpitalu i ju¿ narzeka na domowe pielesze, choæ lepiej przywitaæ siê ze swoim motorem i zobaczyæ samochód. - Ju¿ ... ekhem idê - przez chwilê stara³em siê nie kaszleæ, szed³em za Peintem, drapanie w gardle zaczê³o jednak narastaæ - poczekaj chwilê - zdo³a³em powiedzieæ i skuliwszy siê trochê zacz±³em kaszleæ. Pyk...lekki, prawie nies³yszalny d¼wiêk, trawnik obok chodnika, po spotkaniu z kul±, wybuchn±³ wyrzucaj±c w przestrzeñ kawa³ki ziemi. - Co jest? - rzuci³em siê do przodu biegn±c w stronê motoru, patrz±c w stronê, z której prawdopodobnie pad³ strza³. PYK, ¶wist kuli poczu³em na szyi, co¶ zaiskrzy³o obok, rzuci³em siê do przodu upadaj±c ko³o motoru i chowaj±c siê za niego, Mike nerwowo otworzy³ drzwi czerwonego Ferrari. - TO JEST TEN NOWY SAMOCHÓD??? - Tak, podoba siê? £ap - i rzuci³ mi Colta, - Powiem ci jak przestan± do mnie strzelaæ - chwyci³em go i wyjrza³em zza motoru. Lot kuli wskazywa³ na to, ¿e strzelano z dachu budynku po drugiej stronie ulicy, gdybym siê nie schyli³ to pewnie ju¿ nigdy nie musia³bym siê martwiæ o ból g³owy. Uwa¿nie ogl±da³em dach, ale nikogo tam nie by³o! Za to dwóch policjantów sz³o w naszym kierunku, szybko schowa³em Colta za pasek. Ju¿ po chwili byli przy nas. - Czy co¶ siê sta³o panowie, mogê zobaczyæ wasze dowody to¿samo¶ci? - Nie, wszystko w porz±dku. ¦cigali¶my siê z koleg± i chyba siê potkn±³em. - powiedzia³em przywo³uj±c na twarz u¶miech numer 52, specjalnie na takie okazje. - Wygl±da³o na to, ¿e pan specjalnie skoczy³ za motor. - Wzruszy³em ramionami i poda³em mu dowód. - Chyba to nie jest karalne. - Na szczê¶cie dla pana nie, - przejrza³ dokument - proszê, i niech pan, panie King ju¿ tak nie robi, bo mo¿emy uznaæ to za zak³ócanie porz±dku. - Dobrze, postaram siê. - odpowiedzia³em u¶miechaj±c siê pod nosem, nienawidzi³em dzielnic korporacyjnych - czy to wszystko? - Tak, dobrego dnia. - W takim razie papa - powiedzia³em s³odkim g³osem, policjant obróci³ siê i popatrzy³ na mnie, jakby zauwa¿y³ sarkazm, czy¿by jaki¶ inteligentniejszy??? Jego wzrok spoczywa³ na mojej twarzy przez d³u¿sz± chwilê, wiêc podnios³em rêkê i pomacha³em mu wymawiaj±c bezg³o¶nie "pa, pa" Odwróci³ siê i odszed³ szybkim krokiem. Z u¶miechem satysfakcji patrzy³em w ¶lad za nimi, gdy nagle zobaczy³em cz³owieka w garniturze, z teczk± w rêku, rozgl±daj±cego siê nerwowo na boki, wybiegaj±cego z budynku po drugiej stronie ulicy. W g³owie od razy za¶wieci³a mi siê ¿aróweczka powiedzia³em "Mike poczekaj tu" i truchtem ruszy³em na drug± stronê. Dobieg³em do niego , gdy wsiada³ do taksówki, popchn±³em do ¶rodka i wsiad³em za nim. Przystawi³em mu pistolet do brzucha. - Gdzie mam jechaæ? - zapyta³ taksówkarz nie odwracaj±c siê. - Powiedz gdzie, a je¶li co¶ pi¶niesz to sprawdzê co jad³e¶ na ¶niadanie. - Bank na jedenastej alei - wyszepta³ trzês±cym siê g³osem. - Kto ciê wykn±³? - Co? Mnie, ja... nie. Chcesz pieni±dze? S±...s± tu - uniós³ rêkê. - Nie! Stój, nie chce ¿adnej forsy. Otwórz teczkê, tylko powoli.- facet trzês±cymi rêkoma siêgn±³ do szyfru i otworzy³, wysypa³o siê trochê papierów. Szybko przeszuka³em dno teczki, a pó¼niej jego samego, nic nie znalaz³em, chyba nie by³by taki g³upi, by wywalaæ karabin snajperski! - Przepraszam pana najmocniej, chyba siê pomyli³em. Proszê pokazaæ mi swoje dokumenty. - Gostek siêgn±³ do kieszeni marynarki i wyj±³ portfel, przegl±dn±³em go i powiedzia³em: - Najlepiej by by³o, gdyby zapomnia³ pan o tym spotkaniu i nikomu o tym nie mówi³, ka¿dy ma prawo siê pomyliæ, czy¿ nie? - patrzy³ siê na mnie dziwnym wzrokiem, jego oczy przypomina³y raczej szklane kulki, otworzy³ usta, ale zamiast s³ów wylecia³a z nich stró¿ka ¶liny. Odj±³em Colta od jego brzucha. - Proszê, oto pañskie dokumenty, je¶li siê dowiem , ¿e pan co¶ powiedzia³ to pana zabije, dobrze? - pokiwa³ g³ow± w odpowiedzi, ¶lina pokapa³a na jego garnitur. - No to super. - ¶cisn±³em mu policzek jak wujaszek odwiedzaj±cy swojego ma³ego krewnego - To dobrze, ¿e siê rozumiemy, dziêki za przeja¿d¿kê, mi³o by³o ciê poznaæ. Znikam - popuka³em w szybê oddzielaj±c± nas od kierowcy i powiedzia³em - Ja tu wysi±dê, zatrzymaj siê. - Kierowca szybko wjecha³ na chodnik zahaczaj±c lekko ty³em o lampê. Wysiad³em nie zwracaj±c ju¿ uwagi na cz³owieka le¿±cego na masce i krzycz±cego co¶ do taksówkarza. Wróci³em do szpitala. Michael czeka³ na mnie przy swoim samochodzie. - No, nareszcie wróci³e¶, ju¿ zaczyna³o mi siê nudziæ - To nie ten. Daj mi resztê broni i wynosimy siê st±d. - odpowiedzia³em i wyruszyli¶my. Po kilku minutach drogi w kasku motoru odezwa³ siê g³os Mike'a. - Mia³e¶ powiedzieæ co my¶lisz o wozie. - A co mo¿na my¶leæ, super fura, rzuca siê w oczy, pewnie kosztowa³a ciê fortunê. Dziwiê siê tylko sk±d masz jeszcze forsê. - No to jest ten problem - ju¿ nie mam, za ostatni± wynaj±³em pokoje w motelu. - Heh, du¿o to ciê nie kosztowa³o, w takiej dzielnicy - Wyjechali¶my w³a¶nie z korporacyjnych posiad³o¶ci i wdarli¶my siê przez zas³onê brudu. Znale¼li¶my siê, tak jak Alicja, w ca³kiem innym ¶wiecie i zag³êbiali¶my siê w niego coraz bardziej jak bezdomny do wnêtrza ¶mietnika. W pewnej chwili do moich uszy dobieg³ terkot karabinu i ju¿ po chwili zauwa¿y³em cz³owieka z tym w³a¶nie urz±dzeniem pruj±cego do kilku ludzi gor±czkowo szukaj±cych schronienia. Mike zatrzyma³ siê, a ja dojecha³em do niego. Zauwa¿y³em jak dwóch ludzi wykrzywiaj±c siê upada na ziemie z krzykiem. Pozostali migiem zniknêli nam z oczy chowaj±c siê za ¶mietnikami lub domami. Cz³owiek z karabinem odwróci³ siê w nasz± stronê i zacz±³ podchodziæ, twarz wykrzywia³ mu wyraz szaleñstwa, usta otworzy³y siê wydaj±c g³o¶ne, nieartyku³owane d¼wiêki, po dwóch krokach nacisn±³ spust, kule zagruchota³y obok, szybko skrêci³em i wjecha³em w boczn± uliczkê zatrzymuj±c siê w niej. Us³ysza³em odg³os silnika, wielu silników i po chwili ulic±, z której wyjecha³em przyjecha³o stado motorów, do odg³osów silników do³±czy³y siê szaleñcze okrzyki i wrzaski, gdy przeje¿d¿ali obok, ludzie wymachiwali broni±, a niektórzy strzelali, ha³as narasta³. Z zainteresowaniem podjecha³em tak, by widzieæ co siê stanie. Kanonada motocyklistów zwali³a z nóg go¶cia z karabinem, lecz ten upadaj±c odda³ celn± seriê. Jeden z ludzi na motorze dosta³, jego cia³o zachwia³o siê, przechyli³o do ty³u po czym razem z motorem zaczê³o ¶lizgaæ siê po jezdni sypi±c na oko³o iskry. Inny motocyklista próbuj±c na niego nie wpa¶æ zderzy³ siê z koleg± i razem krzycz±c polecieli na ziemiê poci±gaj±c za sob± kolejnego. Jaki¶ motocykl uderzy³ w t± zaporê i kierowca wylecia³ krzycz±c przera¼liwie a¿ do momentu upadku. Reszta zatrzyma³a siê przed wrakami i wtedy jeden z ludzi, którzy uciekali przed kulami karabinu rzuci³ w nich ma³y, owalny przedmiot. Spowodowa³ on wielkie zamieszanie, którego nieszczê¶nik ju¿ nie dostrzeg³, gdy¿ kula uderzy³a go o g³owê i spryskuj±c pobliskie otoczenie krwi± upad³ na ziemiê. Przedmiot ów wybuch³ nagle milionem barw, ogieñ uderzy³ w motocykle i ich je¼d¼ców, ogarn±³ wszystko i podzieli³ siê swoim ciep³em, sekundê po tym pierwszy motocykl wybuch³ przy³±czaj±c siê do ognia i scalaj±c siê z nim. Krzyki, wrzaski, wyciekaj±cy z nich ból, BUM, kolejna ofiara, obok mnie przejecha³ motor z pal±cym siê kierowc±, jego krzyk narasta³ w miarê zbli¿ania siê i milk³ w miarê oddalania. Po kolejnym wybuchu co¶ upad³o niedaleko mnie, co¶, co patrzy³o siê na mnie swoim jedynym, sczernia³ym okiem, w³osy p³onê³y, ogieñ próbowa³ dostaæ siê do ¶rodka g³owy, zakosztowaæ m±dro¶ci, po³±czyæ siê ca³kowicie ze swym nowym "przyjacielem". - Spadamy - szepn±³em we wnêtrze kasku, a ciche mrukniêcie potwierdzi³o moj± decyzjê. Ruszy³em wiêc próbuj±c jak najszybciej oddaliæ siê od tego miejsca. W pewnej odleg³o¶ci przed nami pojawi³ siê samochód, a tu¿ za nim dwa motocykle. Pojazdy by³y oznakowane, co znaczy³o, ¿e policja pofatygowa³a siê, by zobaczyæ co siê dzieje. Tego siê w³a¶nie obawia³em. HUK. Co¶ ¶mignê³o ko³o mnie. HUK. Kuloodporna pokrywa motoru zaiskrzy³a. Gdy dojechali¶my do pierwszej bocznej uliczki Mike skrêci³ w ni± i nie zmieniaj±c prêdko¶ci pogna³ dalej. Wchodz±c w zakrêt zatrzyma³em motor czemu towarzyszy³ g³o¶ny pisk, szybko chwyci³em Colty w obie d³onie i strzeli³em. Szybka kasku jednego z motocyklistów pêk³a na poziomie oczu, si³a wystrza³u wyrzuci³a go z siode³ka i z g³ow± odchylon± do tylu szybowa³ w kierunku asfaltu. Drugi motocyklista dosta³ w pier¶, uderzenie odrzuci³o go do ty³u, a ¿e mocno trzyma³ kierownicê motor poderwa³ siê w górê staj±c dêba. Kierowca spad³ z siod³a, za¶ motor iskrz±c szalenie sun±³ ulic±. Z piskiem ruszy³em dalej widz±c jak z samochodu wysuwa siê policjant wyci±gaj±c za sob± poka¼nych rozmiarów karabin. Zd±¿y³em jeszcze nadusiæ przycisk, który powodowa³ zwolnienie granatu przyczepionego z ty³u. Potoczy³ siê za mn±. Przy¶pieszy³em, mijaj±c skrzy¿owanie, mija³em lampy, które coraz szybciej miga³y mi w oczach, WYBUCH, spojrzenie do ty³u - dym, kawa³ki muru. Szybki skrêt w boczn± uliczkê, pó¼niej w nastêpn± i nastêpn±. Dojecha³em tak do parkingu, który znajdowa³ siê najbli¿ej motelu. Zostawi³em tam motor i pieszo poszed³em do przybytku, w którym mia³em spêdziæ noc Mike czeka³ na mnie przy wej¶ciu. Powiedzia³, który mam pokój i zaproponowa³, by¶my spotkali siê za kilka godzin omówiæ dalsze dzia³anie. Nie mia³em nic przeciwko. Rozdzia³ 3 Siedzieli¶my przy stoliku pij±c piwo. Wszechobecna muzyka wciska³a siê w uszy, Mike papla³ jak szalony prze¿ywaj±c "wypadek" (jak to okre¶li³a pani z radia), który wydarzy³ siê parê godzin temu. Przez jak±¶ godzinê s³ucha³em, jak to Michael Peint radzi³ sobie od czasu naszego ostatniego rozstania. Dopiero kilka minut temu przeniós³ siê na aktualne wydarzenia. - Dobra, przestañ gadaæ i powiedz czy dowiedzia³e¶ siê czego¶ o koncie. - Co?...A no tak, pewnie, ¿e siê dowiedzia³em. Popyta³em siê to tu to tam, spotka³em siê z kilkoma przyjació³mi, no ... nie ka¿dy mnie lubi³, ale zdo³a³em jako¶ przekonaæ ich, by pomogli mi w potrzebie, a tak przy okazji masz mo¿e pociski do Stenmayera, bo mi siê ju¿ koñcz±? Nie? Szkoda, ale na pewno? - MÓW DO JASNEJ CHOLERY BO CI ZARAZ PYSK ROZPIERDOLE! - No dobrze nie gor±czkuj siê. Chce tylko ¿eby¶ wiedzia³ jak wiele mnie to kosztowa³o. - A wiêc?!? - Hmm, to trochê dziwne, bo konto zablokowano ci z polecenia Arasaki. - Arasaki? Przecie¿ to oni mnie wynajêli. - No w³a¶nie to mnie tak zdziwi³o, hmm, na koncie masz... - wyci±gn±³ jak±¶ kartkê - o jest, 498 050$. Wynika z tego, ¿e wynagrodzenie dosta³e¶ i hmm, zablokowano ci je do¶æ szybko. Po wizycie kilku panów dyrektor kaza³ zablokowaæ konto z numerem - znowu zerkn±³ na kartkê - 2896508434844207656, czyli twoje. Zastanawia³em siê nad tym... - Misiu, czy mogê ciê prosiæ do tañca? - us³ysza³em cichy mêski g³os nad uchem, a ciep³e powietrze wtargnê³o do ¶rodka. - ...nad tym, ¿e...¿e - Mike podniós³ wzrok na przybysza i przez chwilê panowa³a cisza. - To jak bêdzie z tym tañcem, mój ty prosiaczku? - odwróci³em g³owê, sta³ przede mn± mê¿czyzna ubrany w obcis³e skórzane ciuszki i mruga³ do mnie okiem. - Móg³by¶ potrz±sn±æ g³ow±? Proszê. - powiedzia³em spokojnie. - Czego tylko pragniesz - odpowiedzia³ nieznajomy u¶miechaj±c siê szeroko po czym zacz±³ merdaæ ³epetyn± na prawo i lewo, gdy skoñczy³ powiedzia³em. - Teraz przynajmniej wiem, ¿e zaistnia³a szansa zderzenia siê twoich dwóch szarych komórek i mo¿e dziêki temu skokowi inteligencji nie bêdê musia³ powtarzaæ. - przechyli³em na bok g³owê - Wyno¶ siê. - Ale¿ kotku ja ciê kocham, nie porzucaj mnie. - Nie, ty mnie nie zrozumia³e¶, skup siê - nabra³em powietrza - SPIERDALAJ!!!! Masz to?? - Ale...ale, ty brutalu, ty gnido!, ty... - przez chwilê patrzy³em na poruszaj±ce siê usta nieznajomego, porusza³y siê rytmicznie wyrzucaj±c coraz to nowe obelgi, twarz robi³a siê coraz bardziej wykrzywiona, s³owa p³ynê³y i p³ynê³y, nie s³ysza³em ju¿ ich widzia³em tylko poruszaj±ce siê wargi, przypomnia³ mi siê film, który ogl±da³em bêd±c dzieckiem, a mianowicie "Nie koñcz±ca siê opowie¶æ", nie wiem dlaczego, ale zacz±³em go sobie przypominaæ, skupia³em siê na nim powtarzaj±c zapamiêtan± tre¶æ, gdy z zamy¶lenia wyrwa³ mnie krzyk: - S³uchasz mnie!! - wyci±gn±³em Colta i przystawi³em mu do ucha - Masz brudne uszy, wyczyszczê ci je, dobrze? - nacisn±³em spust, BUM, mieszanka szarej cieczy wytrysnê³a z prawego ucha, zabieraj±c je ze sob±, lecia³a przez chwilê po czym upad³a na pod³ogê z cichym pluskiem rozchlapuj±c siê jeszcze bardziej. - No teraz jest czyste - £UP, cia³o uderzy³o o deski. - Nokaut - us³ysza³em g³os Michaela. - Ogl±da³e¶ kiedy¶ "Nie koñcz±c± siê opowie¶æ"? - powiedzia³em siadaj±c z powrotem na krze¶le - Co? - Taki film. - Nie...nie s±dzê. - wpatrywa³ siê za moje plecy. Sszzuuu...szszuuu, odwróci³em g³owê patrz±c na cia³o ci±gniête przez bramkarza. Mike spojrza³ na mnie. - No co, nie mog³em siê przez niego skupiæ. - Peint potrz±sn±³ lekko g³ow±, chrz±kn±³, i przeniós³ na mnie wzrok. - O czym to ja mówi³em? - W³a¶nie nad czym¶ siê zastanawia³e¶ - przypomnia³em grzecznie, wyj±³em z kieszeni pluszowego misia i zacz±³em czêstowaæ go piwem. - Co? A, no tak, eee, zastanawia³em siê nad tym trochê i poszpera³em dalej. Jeden ze znajomych obieca³, ¿e zobaczy co da siê zrobiæ. Je¶li pozwolisz to zadzwoniê do niego. - Ale¿ proszê - powiedzia³em wycieraj±c pyszczek misia rêk± - Ech, ty brudasku! Nawet nie umiesz piwa wypiæ i siê przy tym nie u¶winiæ. Smakowa³o ci chocia¿? - schyli³em g³owê przyk³adaj±c ucho do pyszczka. - Niedobrze - powiedzia³ Peint odk³adaj±c komórkê. Chwilê czeka³ na moj± reakcjê. Wyprostowa³em g³owê, pog³aska³em misia po ³epku u¶miechaj±c siê i schowa³em go z powrotem do kieszeni. Podnios³em wzrok na Mike'a. - Ten strza³ przed szpitalem to te¿ sprawka Arasaki. Wynajêli zabójcê. - chwila ciszy - Rozumiesz co¶ z tego? - Konto, zabójca, konto, zabójca, kontozabójca... - Jest jeszcze co¶. Policja szuka zabójcy Kathrin Adams. - Mieli wszystko za³atwiæ, ³obuzy. Nigdy nie ufaj korporacji przyjacielu. - I co teraz? - Teraz? BUHAHA! - za¶mia³em siê odchylaj±c g³owê do tylu - Teraz zabawa zacznie siê na dobre, ale nie martw siê, to ju¿ moja potañcówka. - No, no. Nawet nie próbuj robiæ czegokolwiek beze mnie. - Heh, dobra. Jutro spróbuj znale¼æ nazwisko gostka, który na mnie poluje. A ja spróbuje za³atwiæ gotówkê. A na razie bawmy siê! Duszkiem dopi³em piwo, które zostawi³ misio, wsta³em przewracaj±c krzes³o i ruszy³em po³±czyæ siê z t³umem. Sza³ ogarn±³ mnie szybko, przesta³em my¶leæ, scala³em siê z muzyk±, ze ¶wiat³em. By³em jednym z t³umu, zros³em siê z nimi, tworzyli¶my jedno cia³o i duszê ogarniêt± tylko jednym - zapomnieæ. Problemy zniknê³y rozbijaj±c siê o ogrom otaczaj±cej mnie atmosfery, umys³ przesta³ dzia³aæ, zast±pi³ go instynkt, który opu¶ci³ mnie dopiero nastêpnego popo³udnia, gdy wstawa³em z ³ó¿ka. Nawet nie wiedzia³em jak siê w nim znalaz³em. Rozdzia³ 4 Otworzy³em oczy i przez chwilê wpatrywa³em siê w sufit. Gdzie ja jestem? Zmusi³em moje szare komórki do my¶lenia, ale sz³o to im jak ostatnie metry biegu na 1000 metrów. Przez chwilê mia³em pustkê w g³owie. Wsta³em powoli przypominaj±c sobie wszystko (czy¿by moje komórki uros³y, za³o¿y³y korki i zaczê³y graæ w pi³kê? Dlaczego mnie tak ³eb napierdala???). Gdy zasiada³em do odgrzanej pizzy s³u¿±cej mi za ¶niadanie mia³em ju¿ jaki taki porz±dek w g³owie. Zjad³em i poszed³em do Mika. Nie by³o go, mo¿e to i lepiej, bo nie wiem czy zdo³a³bym siê odezwaæ, a je¶li ju¿ dokona³bym tego heroicznego czynu pewnie z gard³a nie wydoby³o mi siê nic wiêcej ni¿ "aghrh". Z my¶l±, by znale¼æ trochê forsy uda³em siê do gara¿u i ju¿ po chwili jecha³em w stronê granicy miasta. Pieni±dze to bardzo dziwna rzecz (prawie tak dziwna jak kobiety!!!), a jedynym znanym mi cz³owiekiem, który potrafi³ je zrozumieæ by³ Xaviert. Za bardzo nie wiedzia³em, gdzie mo¿e siê podziewaæ. S³ysza³em jedynie, ¿e znajduje siê gdzie¶ na trasie New York - Nightcity, wiêc zacz±³em poszukiwania. Jecha³em w stronê Nightcity zwiedzaj±c ka¿d± napotkan± stacjê benzynow± i zajazdy. Na jednej z takich stacji zauwa¿y³em cz³owieka stoj±cego przy agregatorze, a obok niego ci±gnê³a siê sporawa kolejka samochodów. Podjecha³em do niego. - Witaj Xaviert! Jak mi³o ciê spotkaæ, có¿ za niespodzianka! - Twarz wykrzywiona u¶miechem zwróci³a siê w moj± stronê, dredy podskoczy³y przy tym szybkim ruchu, a bia³e zêby kontrastuj±ce z murzyñsk± twarz± ukaza³y siê w pe³nej krasie. - Luter King! Witaj brachu. - odwracaj±c siê do stoj±cych w kolejce wrzasn±³ - Dobra panowie koniec zabawy mo¿ecie i¶æ do domu! - Widzê, ¿e klientów ci nie brakuje. - powiedzia³em patrz±c na odje¿d¿aj±cych z oci±ganiem ludzi. - Je¶li by³by¶ tak mi³y móg³by¶ mi zatankowaæ? - Pewnie - podszed³ do agregatora, trochê przy nim pogrzeba³ wystukuj±c na pulpicie jakie¶ liczby - co ciê sprowadza, bo nie uwierzê, ¿e wpad³e¶ z przyjacielsk± wizyt±. - Niestety masz racjê, potrzebuje pieniêdzy i pomocy. - Hoho, ty to masz wymagania. Powiadasz, ¿e potrzebna ci pomoc? Zawsze sam sobie radzi³e¶, to musi byæ co¶ powa¿nego. - No, takie tam przepychanki. Arasaka na mnie poluje. - Ekhem. Co powiedzia³e¶? - Mam ma³y problem z Arasak±. - Ma³y problem z korporacj± jest ¶miertelnym problemem. - Nie przesadzaj, pomo¿esz? - Tak, nigdy nie lubi³em tych bogatych dupków, czemu nie. - Hahaha, no to niech zabawa siê zacznie! New York 15 - g³osi³a tablica. W polu widzenia pojawia³y siê pierwsze wie¿owce przys³oniête chmur± spalin. Jecha³em przodem przed pó³ciê¿arówk± Xavierta, linie na drodze zmywa³y siê w jeden wielki szlak znacz±cy nasz± podró¿. Oprócz wie¿owców pojawi³ siê przed nami tak¿e rój pojazdów. Gdy podjechali¶my bli¿ej posypa³y siê w nasz± stronê pierwsze przekleñstwa. Zbieranina pojazdów ró¿norakiego typu ci±gnê³a siê na jaki¶ kilometr. Motory przeplata³y siê z samochodami, trójko³owcami i innymi cudami techniki, których nigdy nie podejrzewa³bym o istnienie. Spróbowa³em wjechaæ w tê zgrajê i utorowaæ przejazd Xaviertowi, lecz ju¿ po chwili drogê zajecha³o mi kilka aut zagradzaj±c drogê. - Spierdalaj st±d. To nasza droga. - Lepiej znajd¼ sobie objazd, chyba, ¿e chcesz uzupe³niæ niedobór ¿elaza w swoim organizmie, buhaha. - cz³owiek ods³oni³ kurtkê i pokaza³ spluwê. Przy¶pieszy³ odje¿d¿aj±c do przodu, a dwóch motocyklistów pojawi³o siê przy moich bokach próbuj±c mnie zepchn±æ. Zwolni³em, ale jeden z motorów zahaczy³ o mój motor i odrapa³ go trochê, 3 ma³e iskierki ulecia³y w stronê asfaltu. Nasze motory lekko siê zachybota³y. Ze zdziwieniem popatrzy³em na zdarty lakier, u¶miechn±³em siê: - Odrapa³e¶ mi mój motor. - Je¶li nie chcesz ¿ebym ciê odrapa³ to lepiej wypierdalaj na grzyby, jarzysz? - Ja bardzo lubiê swój motor, a ty mi go popsu³e¶ - pu¶ci³em kierownice i wyj±³em misia, jad±c bez trzymanki ws³uchiwa³em siê w wyrok, który szepta³ mi do ucha. Gdy skoñczy³ od³o¿y³em go z powrotem. Popatrzy³em w twarz mê¿czyzny na motorze, patrzy³ siê na mnie jak na wariata, nie przeszkadza³o mi to, bo wiedzia³em, ¿e to nie ja zwariowa³em, to ¶wiat zwariowa³. Usta przys³ania³y mu w±sy, lecz nie ukrywa³y one lekkiego u¶miechu tl±cego siê na nich. Siêgn±³em rêkoma pod pachy wyci±gaj±c Colty, wypali³y równocze¶nie robi±c dziurê w lewym oczodole, kolega zaje¿d¿aj±cy mi drogê z drugiej strony podzieli³ jego los, u¶miech momentalnie znikn±³, czê¶æ g³owy odlecia³a do ty³u, a reszta upad³a z cia³em na ulicê. Huk obudzi³ pozosta³ych. Odwrócili siê w moim kierunku siêgaj±c po broñ, wsta³em, skokiem przenios³em nogi na siode³ko i z trudem utrzymuj±c równowagê unios³em siê, BUM, kula przedar³a siê przez cienk± barierê powietrza i zagnie¼dzi³a siê w g³owie, lewe oko wysz³o na jej przywitanie, BUM, dziura w szybie otoczona pajêczyn± pêkniêæ, samochód skrêci³ przewracaj±c jakiego¶ motocyklistê, wyprostowa³em siê balansuj±c na motorze, otworzy³em usta, BUM, BUM, BUM...pierwsze kule wylecia³y w moim kierunku, Patrzy³em na zdziwione twarze, niedowierzanie cisnê³o im siê na usta, u¶miech pewnego zwyciêstwa wykrzywia³ inne. Zmusi³em moje struny g³osowe do pracy, zadzia³a³y: - "Kolorowe kredki w pude³eczku nosze, kolorowe kredki bardzo lubiê je..." - d¼wiêk wydoby³ siê na ¶wiat. Kolejne dwa strza³y, kolejne dwie g³owy eksplodowa³y w miejscu lewego oka. BUM, co¶ przelecia³o mi ko³o rêki, chcia³em podnie¶æ j± i oddaæ zmarnowan± na mnie kulê, lecz rêka odmówi³a pos³uszeñstwa, zwróci³em na ni± wzrok ¶piewaj±c dalej: - "...kolorowe kredki kiedy je poproszê namaluj± wszystko to co chce..." - rêka zwisa³a znacz±c moj± drogê strumykiem krwi, co¶ uderzy³o mnie w pier¶, przez chwilê widzia³em mój motor jad±cy przede mn±, lecz mnie ju¿ nie by³o na siode³ku, widzia³em jak przewraca siê po kilku metrach wpadaj±c na czyje¶ cia³o, co¶ twardego uderzy³o mi w plecy, g³owa odbi³a siê od czego¶ i zamazany stró¿kami jakiej¶ lepiej cieczy obraz znikn±³ ca³kowicie. Us³ysza³em huk, jednostajny, ci±g³y, jakie¶ strza³y, a pó¼niej pojawi³a siê cisza i ciemno¶æ, otaczaj±cy mnie mrok rozja¶nia³o ¶wiate³ko. Rozdzia³ 5 Ping...ping...ping...ping...ping... Jednostajny g³os dochodz±cy do mojej g³owy stawa³ siê coraz g³o¶niejszy. Narasta³, pulsowa³, zmienia³ tonacjê. Ciemno¶æ przed oczami zaczê³a bledn±æ. Robi³o siê coraz ja¶niej i ja¶niej i w koñcu otworzy³em oczy. - Witaj w¶ród ¿ywych Luter! Jak mi³o zobaczyæ, ¿e znowu wytrzeszczasz ¶lepia. - Aahherrr - próbowa³em co¶ wyj±kaæ, jednak nie wychodzi³o mi to zbyt dobrze. - Gdyby ciê to interesowa³o jeste¶ w szpitalu. - Cze¶æ Peint - no w koñcu uda³o mi siê co¶ powiedzieæ. - Znalaz³em ciê w ka³u¿y krwi, na dodatek nie tylko twojej. Jako dobry samarytanin zabra³em ciê wiêc do szpitala, gdzie siê ju¿ tob± zajêli, nie wygl±da³e¶ najlepiej. Dlaczego mnie nigdy nie ma, gdy dzieje siê co¶ ciekawego. - rozgl±dn±³em siê wokó³ siebie nie zwracaj±c uwagi na dalsze narzekanie, bia³e ¶ciany, bia³e prze¶cierad³a, jednostajne ping...ping...ping maszyny stoj±cej przy moim ³ó¿ku, a obok drugie ³ó¿ko z tak± sam± maszynk± ping...ping............ping.......piiiiiiiiiiiiiiiiiiii. - Wiesz co stary, chyba mam Deja vu, czy ja ju¿ tu nie by³em i nie s³ucha³em tego twojego glêdzenia? - To pewnie od odniesionych urazów, gdyby nie ja, to nie wiem czy le¿a³by¶ w takim ciep³ym pomieszczeniu. - Pewnie tak. Jak mnie znalaz³e¶? - Xaviert zadzwoni³ do mnie i powiedzia³ co siê sta³o, wzi±³em kumpla z furgonetk± i przywioz³em ciebie i twój motorek do bezpiecznej przystani. Pamiêtasz co siê sta³o? Nie? To ci opowiem. Z tego co mówi³ Xaviert to zaatakowa³e¶ rodzinê nomadów, nigdy ciê nie zrozumiem, samemu porwaæ siê na ca³± rodzinê to trzeba byæ szalonym, rozumiem kilku opryszków, ale tyle ludzi, przecie¿ to pewna ¶mieræ i to jeszcze z samymi Coltami, trzeba by³o mi... - Mo¿esz przej¶æ do rzeczy?!!!! Przestañ tyle paplaæ. - No wiêc, gdy zastrzeli³e¶ tych dwóch ca³a reszta rzuci³a siê.... - ...na mnie, WIEM! Powiedz mi jak siê tu znalaz³em i dlaczego. - No dobra, dobra. Przylecia³y s³u¿by policyjne utrzymuj±ce porz±dek na drodze. Widocznie kto¶ mia³, z tymi nomadami, wcze¶niej k³opoty i powiadomi³ ich. Jednym s³owem mia³e¶ cholerne szczê¶cie. - Gdzie Xaviert? - Za³atwi³ remont twojego motoru, a teraz odblokowuje ci konto. - Dowiedzia³e¶ siê czego¶ nowego? - W³a¶ciwie to tak. Znalaz³em netrunera, który przypadkiem przechwyci³ zlecenie twojego zabójstwa, mam jego adres. - OK. Jutro do niego pójdê. - Jutro?? Musisz le¿eæ jeszcze przynajmniej przez tydzieñ. Zbytnio ufasz tym cybernetycznym zabawkom, pole¿ i odpocznij, a my siê wszystkim zajmiemy. - Nie pozwoli³bym wam nawet zanie¶æ mojego garnituru do pralni, a co dopiero oddaæ wam w rêce koleje mojego ¿ycia. Przyja¼ñ to jedna sprawa, ale nie pozwolê ¿eby¶cie co¶ spieprzyli. Ju¿ te ma³e skurwysyny, które sobie wszczepi³em zajm± siê moim zdrowiem, nic mi nie bêdzie. - To pole¿ chocia¿ dzisiaj, jutro ciê wypiszê i odwiedzimy tego netrunera. - Dobrze mamusiu. - za¶mia³em siê - Dziêki za troskê. Do jutra. Nastêpnego dnia wyszed³em ze szpitala, na zewn±trz sta³ mój motor, wygl±da³ jak nowy. Pojechali¶my do znajomego motelu, gdzie czeka³ na nas Xaviert. Razem pojechali¶my pod wskazany przez Peinta adres. - Mike, ty poczekaj tutaj, gdyby co¶ siê dzia³o to us³yszysz. - powiedzia³em i skin±³em na Xavierta, by poszed³ za mn±. Weszli¶my do odrapanego budynku, wydawa³o siê, ¿e ¶ciany zaraz przewróc± siê nam na g³owy, pod nienaturalnym k±tem przechyla³y siê do ¶rodka korytarza. Grafitti ozdabia³y ka¿d± woln± przestrzeñ ¶ciany, tak jak ¶mieci pod³ogê. Przekroczy³em jakiego¶ mê¿czyznê le¿±cego we w³asnych wymiocinach, podszed³em do drzwi i zapuka³em. Zacz±³em siê rozgl±daæ czekaj±c na odpowied¼, rozgl±da³em siê i rozgl±da³em, ale nikt nie otwiera³. Siêgn±³em do klamki i otworzy³em drzwi, z lekkim skrzypniêciem ust±pi³y, wiêc wszed³em do ¶rodka. - Jest tu kto? - chwila oczekiwania, ¿adnej odpowiedzi. W±skim korytarzem post±pi³em kilka kroków, zagl±dn±³em do dwóch pokoi, na prawo i na lewo ode mnie. W koñcu doszed³em do koñca wchodz±c do ostatniego pomieszczenia. Znajdowa³ siê tu ma³y stolik, na nim le¿a³ notebook, a na nim g³owa netrunera. Wszed³em dalej wpuszczaj±c Xavierta. - Zobacz czy znajdziesz co¶ w notebooku, a ja zobaczê co siê sta³o temu panu. - Ten pan nie ¿yje. - To wiem, ale dlaczego? - podnios³em jego g³owê, oczy mia³ otwarte, emanowa³ z nich strach i ból, kilka przednich zêbów zmieni³o miejsce zamieszkania. Le¿a³y teraz na pod³odze. Na szyi kto¶ namalowa³ czerwon± prêgê, chyba za mocno, bo gostek nie wytrzyma³. Odrzuci³em go na bok nie chc±c patrz±c na trupa. Nie lubi³em widoku uduszonego cz³owieka, takie okazywanie si³y irytowa³o mnie, bo czy nie lepiej strzeliæ komu¶ w oko? Raz, ¿e ofiara nie mêczy siê, dwa, ¿e ja siê nie mêczê, a trzy to, ¿e dajemy pracê sprzedawcom broni. W ¶wiecie, w którym panuje takie bezrobocie jest to wrêcz w dobrym gu¶cie. - Luter znalaz³em co¶. - Mów. - Tu jest tylko jeden plik. Zawiera... - podszed³em i sam popatrzy³em w monitor. "Gurtensky masz znale¼æ i zabiæ Lutera Kinga, ostatnio by³ w New Yorku, czeka na ciebie 1.000.000 $." I podpis "wiesz kto". - Co? Tylko milion dolców? Oni mnie zaczynaj± denerwowaæ. I dlaczego mi nie dali tyle! Musimy znale¼æ tego Gurtenskiego! Znam go to debil. Dlaczego wybrali tego kretyna? - Arasaka schodzi na psy, aha, uda³o mi siê nawet odblokowaæ twoje konto - Nie doceniasz ich, co¶ tu nie gra. - Wiesz co? - Jeszcze nie, ale Gurtensky mi to powie. Chod¼ idziemy st±d. - Wrócili¶my do Peinta, obok jego samochodu sta³a jaka¶ laska, d³ugie nogi przykryte obcis³ymi d¿insami, wypiêty w nasz± stronê ty³eczek zachêca³ tylko do klepniêcia, bluzeczka os³ania³a tylko wydatne piersi ukazuj±c p³aski brzuch. Za¶mia³a siê odrzucaj±c do ty³u g³owê, a jej d³ugie w³osy zafalowa³y b³yszcz±c roz¶wietlane tymi resztkami ¶wiat³± przedzieraj±cymi siê przez spaliny. Podeszli¶my bli¿ej, gdy nas zauwa¿y³a przesta³a siê ¶miaæ i trochê zmieszana popatrzy³a na nas przygl±daj±c siê ka¿demu kawa³kowi. - Ju¿ jeste¶cie? Poznajcie Justin, najpiêkniejsz± dziewczynê jak± pozna³em! - Chyba w tym tygodniu - doda³em ¶miej±c siê serdecznie - Witaj, mi³o mi ciê poznaæ. Uwa¿aj na tego drania, bo to niez³e zió³ko. - Dziêki za radê. - u¶miechnê³a siê ukazuj±c zêby. - Nono, Luter nie przesadzaj! Lepiej powiedz co znale¼li¶cie. - Nie teraz, jak przyjedziemy. - To pewnie przeze mnie. Mogê poczekaæ trochê dalej. - powiedzia³a Justin - pogadajcie sobie. - zaczê³a siê oddalaæ. Przez chwilê patrza³em za ni±, po czym spojrza³em na Xavierta, jego oczy wpatrzone by³y w postaæ dziewczyny. Zamacha³em mu rêk± przed oczyma, a on tylko odtr±ci³ j± jak niesforn± muchê i dalej po¿era³ j± wzrokiem. - Xaviert zapad³ w ¶pi±czkê, heh, to mamy go z g³owy na parê lat. - Onna jest nawet ³adna, jak na bia³± kobia³kê - powiedzia³ cicho, charcz±cym g³osem. - Obetrzyj brodê i powiedz co znale¼li¶cie. - Chwila, gdzie j± znalaz³e¶? - Sama podesz³a i poprosi³a, ¿ebym j± podwióz³ do centrum. - Pyta³e¶ siê czy ma siê gdzie zatrzymaæ? - zapyta³em patrz±c jak podchodzi do mojego motoru i powoli przek³adaj±c nogê na drug± stronê siada na siode³ku. Z³apa³a rêkoma kierownicê i popatrzy³a siê w nasz± stronê, a widz±c, ¿e my te¿ siê na ni± patrzymy u¶miechnê³a siê lekko, spu¶ci³a wzrok i trochê poczerwienia³a. - Tak, powiedzia³a, ¿e jest tu nowa i zapyta³a siê czy nie znam jakiego¶ lokum. - I co powiedzia³e¶? - ¯e znam, u nas. - roze¶mia³ siê. - zgodzi³a siê, tyle, ¿e ja nie mam czasu dzi¶ wieczorem. O dziewi±tej mam siê spotkaæ z Ambrozj±, a o czwartej rano mam wpa¶æ po Ann, bo koñczy pracê i chcia³a, abym zrobi³ jej masa¿. Nie wiem czy siê wyrobiê. - Nie ma sprawy, ja siê ni± zajmê. - powiedzia³em obserwuj±c jak Justin ko³ysze siê na motorze bezg³o¶nie poruszaj±c ustami na¶laduj±c g³os silnika. - To mo¿e mi powiecie co znale¼li¶cie. - Dobra. - zacz±³em nie odrywaj±c wzroku od motoru - no wiêc... - próbowa³em zebraæ my¶li - eee, ten, no Xaviert ty powiedz. - Hê?... - przez chwilê Mike czeka³ na dalszy rozwój opowie¶ci, ale bole¶nie siê zawiód³. Cisza trwa³a przerywana iskrz±cym siê powietrzem na trasie Ferrari Mike'a - mój motor. - No powie mi kto¶ wreszcie?! - powoli zacz±³em odwracaæ w jego stronê g³owê. - Poszli¶my na górê i tam znale¼li¶my pana netrunera odpoczywaj±cego na klawiaturze notebooka. - Nie ¿y³? - Taa, kto¶ go udusi³. Xav rzuci³ okiem na notebooka i znalaz³ zlecenie mojej ¶mierci. Ma j± wykonaæ niejaki Gurtensky. - Ten fajt³apa? Chyba ciê nie docenili. - Taa, - mrukn±³em odchodz±c od Ferrari. - Ej, poczek... - Znajd¼ go, potem pogadamy. - krzykn±³em nie odwracaj±c siê, podszed³em do Justin - podoba ci siê? - Tak, jest taki du¿y. - Nawet nie wiesz jak. - Masz du¿o paliwa? - Nigdy nie narzeka³em. Przejedziemy siê? - Z przyjemno¶ci±. - To bêdzie dla mnie zaszczyt. - wsiad³em, zapali³em maszynê i ruszy³em z piskiem zostawiaj±c za sob± kumpli i chmurê dymu. K±tem cybernetycznego oka zauwa¿y³em postaæ stoj±c± w wej¶ciu do mieszkania netrunera, sta³a wpatruj±c siê w moj± stronê, zdawa³o mi siê, ¿e widzê wymiociny na ubraniu. Przesta³em o tym my¶leæ, gdy poczu³em zaciskaj±ce siê na pasie rêce, mo¿e trochê za mocno, ale nie przeszkadza³o mi to, cia³o przyciskaj±ce siê do mnie - miêkkie i ciep³e, w³osy uderzaj±ce o moj± twarz, g³owa przyciskaj±ca siê do pleców, to wszystko skutecznie rozprasza³o moje my¶li. Jecha³em przed siebie wybieraj±c jak najd³u¿sz± drogê, chcia³em, by ta jazda trwa³a jak najd³u¿ej, chcia³em jak najd³u¿ej czuæ ten ciê¿ar na plecach. Justin zamieszka³a w tym samym motelu co my, zap³aci³em za jej pobyt, Mike'a nie by³o ca³y dzieñ, wyruszy³ na poszukiwanie informacji, pojawi³ siê przed wieczorem, zdoby³ adres mojego zabójcy, nie móg³ jednak z nami pój¶æ, bo mia³ bardzo wa¿ne spotkanie z Ambrozj±. Wyszed³ po piêciu minutach, a zaraz za nim ja i Xaviert. Dojechali¶my motorem pod wskazany dom. By³a to piêtrowa, jednorodzinna cha³upa tak rzadko ju¿ spotykana, teraz wszêdzie pe³no by³o bloków, wysokich drapaczy chmur zas³aniaj±cych s³oñce. Podeszli¶my pod drzwi. Siêgn±³em do klamki, by³o otwarte. Wyci±gn±³em Colty i po cichu wszed³em do ¶rodka. Cisza ¶widrowa³a mi w g³owie, dom znajdowa³ siê na uboczu i nie dociera³ do niego gwar miasta. Zacz±³em sprawdzaæ pokój po pokoju wchodz±c do ka¿dego ostro¿nie z wystawionym pistoletem. Nikogo nie by³o. Wszed³em po schodach na górê, trzy pomieszczenia. Wszed³em do pierwszego. Na ¶rodku le¿a³o cia³o mê¿czyzny, krew rozla³a siê po dywanie barwi±c go na czerwono, na jednej ze ¶cian rozmazana by³a jaka¶ szara substancja i du¿e zgrupowanie krwi. Wszystko powoli zastyga³o tworz±c makabryczn± ozdobê pokoju. - Ten pan ju¿ nam chyba nic nie powie. - Aha, to wszystko jest trochê dziwne, nie uwa¿asz? - Mhm - potwierdzi³ mrukniêciem. Przez chwilê sta³em nieruchomo staraj±c siê u³o¿yæ jak±¶ ca³o¶æ z tych puzzli, które mia³em w rêku. - Co¶ mi tu nie gra, co¶ nie gra, co¶ ... o kurwa!!! Uciekaj!! - krzykn±³em, czas jakby zatrzyma³ siê, w mózgu trybiki przeskoczy³y. - Co??? O... - podbieg³em ³api±c go i biegn±c w stronê okna. HUK, ogromny trzask ³amanych desek i pêkaj±cych ¶cian, BRZDÊK szyba pêk³a pod moim naporem znalaz³em siê w powietrzu, co¶ uderzy³o mnie w plecy, poczu³em ciep³o, podmuch popchn±³ mnie do przodu, us³ysza³em krzyk, daleki, odleg³y, lecia³em czuj±c pêd powietrza i ciep³o bij±ce mi w plecy. Upad³em na trawê, BUM, dom eksplodowa³, kawa³ki sprzêtów wylecia³y w powietrze, nadal s³ysza³em krzyk, stawa³ siê coraz wyra¼niejszy, g³o¶niejszy, po chwili zda³em sobie sprawê, ¿e dochodzi on z mojego gard³a, zamkn±³em usta. Rozejrza³em siê, Xaviert le¿a³ obok próbuj±c siê podnie¶æ, obok upad³o co¶, co kiedy¶ mog³o byæ sto³em. - Wynosimy siê st±d i to szybko! - krzykn±³em i ju¿ po chwili jechali¶my pe³n± prêdko¶ci± oddalaj±c siê od p³on±cego budynku. Po godzinie dojechali¶my do motelu. Bola³a mnie ka¿da czê¶æ cia³a, a ubranie ¶mierdzia³o dymem i by³o przypalone w kilku miejscach, zw³aszcza z ty³u. Poszed³em pod prysznic, nie mog³em my¶leæ, nawet nie próbowa³em. Le¿a³em, gdy us³ysza³em pukanie. Justin wesz³a do pokoju, chcia³a wyj¶æ na miasto, wiêc siê zgodzi³em. Mo¿e to i lepiej, musia³em choæ na chwilê odci±æ siê od k³opotów. Poszli¶my do baru, do¶æ szybko przesta³em zwracaæ uwagê na to co siê wokó³ mnie dzieje, znów da³em siê ponie¶æ muzyce, chcia³em, by trwa³o to wiecznie, zapomnia³em o Arasace, o wybuchu, o wszystkim. By³a tylko ona i muzyka, pi³em na pocz±tki piwo, pó¼niej co¶ mocniejszego, ciemno¶æ, b³yski stroboskopu, dym, ha³as, wszystko zlewa³o siê w jedn±, doskona³a realno¶æ, która przenosi³a mnie do innego ¶wiata. Pamiêta³em tylko taniec, szaleñstwo i alkohol. W pewnym momencie utrwali³a siê tylko ciemno¶æ. Rozdzia³ 6 Powracaj±ca ¶wiadomo¶æ, jeszcze senny i zmêczony otworzy³em oczy. G³owa pulsowa³a bólem, czu³em jak wydziera siê poza ni± prawie przerywaj±c jej pow³okê. Le¿a³em w ³ó¿ku na rozbeb³anej po¶cieli, na piersi le¿a³a g³owa Justin, a jej w³osy sp³ywa³y mi po torsie. Jedna z jej nóg przykrywa³a moje, by³a naga. Wpatrywa³em siê w ni± przez chwilê podziwiaj±c doskona³o¶æ budowy i ciesz±c siê ciep³em i miêkko¶ci± jej cia³a. Pukanie do drzwi przerwa³o mi i przywróci³o do realnego ¶wiata. Wsta³em delikatnie odsuwaj±c Justin i zacz±³em siê szybko ubieraæ. - Chwila, zaraz otworze. - wybe³kota³em - To ja Mike, nie ¶piesz siê, jak skoñczysz to przyjd¼ do mnie. - Dobra zaraz bêdê. - ju¿ spokojniej dokoñczy³em ubieranie i wyszed³em. W pokoju Peinta by³ ju¿ Xaviert. - Jak siê czujesz? - G³owa mi napierdala jakbym mia³ w niej balon i kto¶ w niego dmucha³. - Wypij to, pomo¿e. - powiedzia³ Xaviert podaj±c mi szklankê z jakim¶ p³ynem. - Trzeba by pomy¶leæ nad dalszym postêpowaniem. Co masz zamiar zrobiæ? - zapyta³ Peint. - Taa, teraz to ci chojracy z Arasaki porz±dnie mnie wkurwili. - ³ykn±³em p³ynu ze szklanki - Trzeba im skopaæ dupê. - Jak masz zamiar to zrobiæ? - Dostanê siê do ¶rodka budynku i zabije skurwysynów. Proste. - Hahaha, to rzeczywi¶cie brzmi banalnie. A bra³e¶ pod uwagê wydostanie siê? - Wczoraj, gdy wrócili¶my z domu Gurtenskiego my¶la³em trochê o tym. Je¶li dobrze wszystko pójdzie to powinno siê udaæ. - Nie uwa¿asz, ¿e to ciê trochê przerasta. - Nie. Oni zaczêli to ja skoñczê. Ale to ich g³owy polec±! Zdob±d¼ plany budynku, a ja siê zajmê reszt±. - Mike zdob±d¼ to, Mike zdob±d¼ tamto. Czy ty uwa¿asz, ¿e ja mogê wszystko za³atwiæ? - Tak. I zrób to jak najszybciej. Nie uda³o im siê mnie zabiæ u Gurtenskiego to wymy¶l± co¶ innego. - Ehhh, Luter jeste¶ nie do podrobienia. Zrobiê co w mojej mocy. Mike ju¿ po 7 godzinach wróci³ nios±c plany. Zacz±³ mówiæ co¶ o trudach, o tym, ¿e musia³ kogo¶ zabiæ, ale szybko wyrwa³em mu papiery i poszed³em studiowaæ. Gdy podnios³em z nad nich g³owê by³a trzecia rano, ale mia³em ju¿ pomys³ zemsty i to dopracowany tak, ¿e przy du¿ej dozie szczê¶cia móg³ siê udaæ. Rozdzia³ 7 Szed³em ulic± podnosz±c wzrok na wielki budynek Arasaki. Wie¿owiec ci±gn±³ siê pod chmury wywo³uj±c lekki zawrót g³owy. Robi³o siê coraz ciemniej, noc zbli¿a³a siê szybko. Przechodz±c przez drzwi sprawdzi³em czy moje Colty le¿± na swoich miejscach, by³y tam. Tak samo Stenmayer i dwa granaty. Wnêtrze budynku by³o piêkne, wszêdzie czysto, kafelki b³yszcz± siê wypolerowane, na ¶cianach obrazy i trochê zieleni. Naprzeciw znajdowa³y siê 4 windy, a obok nich sta³o kilku stra¿ników. Mia³em ochotê wystrzelaæ ich wszystkich, porozpierdalaæ im g³owy, utopiæ to wszystko we krwi, poczuæ j± na wargach, posmakowaæ. Wiedzia³em jednak, ¿e to nie jest w³a¶ciwa droga i to mnie tylko powstrzymywa³o. Wsiad³em do jednej z wind kieruj±c siê jak najwy¿ej. Guziki powy¿ej 48 piêtra by³y przys³oniête, co sprawia³o, ¿e musia³em siê przedostaæ przez dwa ostatnie, by daæ upust swojej z³o¶ci. Ruszy³em, przez chwilê czu³em jak ¿o³±dek podchodzi mi pod gard³o, ale to uczucie ust±pi³o, krew burz±ca siê w mózgu by³a silniejsza. Drzwi siê otworzy³y i zobaczy³em stra¿ników. Powoli wyszed³em, obejrza³em siê w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo. Nic nie jecha³o. Wierz±c, ¿e pracownicy skoñczyli ju¿ pracê odwróci³em siê do jednego ze stra¿ników. Rêka sama powêdrowa³a do jego krtani, chrzêst, zdziwione oczy przez chwilê wpatrywa³y siê we mnie, a ja w nie. K±tem oka zobaczy³em jak drugi stra¿nik siêga po broñ, otwiera usta. Praw± nog± siêgn±³em jego twarzy, chrzêst, z ust zamiast g³osu wydosta³a siê krew i zêby. Odwracaj±c siê zrobi³em obrót i jeszcze raz uderzy³em go w g³owê, która odskoczy³a nienaturalnie w bok. £up, cia³o upad³o. Wzrok powêdrowa³ na nie chc±c wypatrzyæ ¶ladów ¿ycia, ³udz±c siê, ¿e bêdzie w stanie jeszcze stan±æ do walki. D¼wiêk dochodz±cy od strony okna obudzi³ mnie. Otworzy³em najbli¿sze drzwi szybko wchodz±c do pomieszczenia, w ¶rodku nikogo nie by³o, ale ¶wiat³o by³o zapalone. Zacz±³em nas³uchiwaæ d¼wiêków dochodz±cych od strony korytarza. Ciche kroki, coraz bli¿ej, bli¿ej, ju¿ prawie w zasiêgu, lekkie uderzenia o pod³ogê, JU¯! Otworzy³em drzwi i moim oczom ukaza³a siê kobieta ubrana na czarno, krótkie w³osy, czarne, kombinezon przylega³ do jej gibkiego cia³a b³yszcz±c w ¶wietle jarzeniówek, ze zdziwieniem wpatrywa³a siê w trupy na pod³odze. S³ysz±c otwieraj±ce siê drzwi z szybko¶ci± kota odwróci³a siê, jej oczy siê zwêszy³y, a z palców wyskoczy³y 30 centymetrowe pazurki, prawdziwa kocica. Rzuci³a siê na mnie, z³apa³em jej rêkê uzbrojon± w ostrza, wykrêci³em i podstawiaj±c nogê rzuci³em za siebie. Nie przewróci³a siê, zrobi³a w powietrzu salto i spad³a, jak kot, na cztery ³apy. Podszed³em bli¿ej chc±c j± z³apaæ, ale wy¶lizgnê³a mi siê i stanê³a naprzeciwko gotowa do ataku. - Kim jeste¶? - zapyta³em cicho, coraz bardziej zaciekawiony, patrz±c na wyciêt± w szybie dziurê. - Gówno ciê to obchodzi skurwielu, kto zabi³ tych dwóch. - Heh, sama zgadnij. - Niby ty? Jako¶ nie mogê w to uwierzyæ. - Co tu robisz? Tylko nie mów, ¿e wpad³a¶ z wizyt± na 48 piêtro i to nie u¿ywaj±c schodów. - A dlaczego nie? Zabronisz mi? - Ja nie, ale nie wiem jak koledzy tych dwóch - wskaza³em skinieniem g³owy martwych stra¿ników. - Poradzê sobie. - spojrza³em jej w oczy, jeszcze nigdy nie widzia³em ca³kowicie czarnych, a te takie by³y, wydawa³o siê, ¿e prowadz± do innego ¶wiata, ¶wiata, który ró¿ni³ siê ca³kowicie od mojego. Chcia³em go zakosztowaæ, sprawdziæ, zrozumieæ. Intrygowa³a mnie. - Wiem, jestem tego pewien, ale nie wiem czy ja sobie poradzê. - wargi leciutko mi drgnê³y, im d³u¿ej wpatrywa³em siê w jej twarz wydawa³a mi siê tym bardziej piêkna, zacz±³em pogr±¿aæ siê w oczach, powoli ton±³em. - Mo¿e po³±czymy si³y? Mnie te¿ oni nie lubi±. - podszed³em bli¿ej, bardzo blisko, chcia³a mnie uderzyæ, ale znów z³apa³em jej rêkê i tym razem nie puszczaj±c osadzi³em j± na pod³odze. Szybko znalaz³em siê na niej, próbowa³a mnie zrzuciæ, ale by³em silny no i nie taki lekki. - To jak po³±czymy si³y? - szepn±³em blisko jej ucha. - Spierdalaj, pu¶æ mnie. - A magiczne s³owo? - Zaraz zacznê krzyczeæ i przyjd± stra¿nicy, i... - Zabij± ciebie i mnie, tego chyba nie chcesz? Powiedz co tu robisz. - przez chwilê szarpa³a siê, ale chyba zauwa¿y³a, ¿e nie ma szans. - O co ci chodzi. Pu¶æ mnie i pozwól robiæ swoje. - Nie mogê tego zrobiæ, jeszcze co¶ ci siê stanie, a tego nie bêdê móg³ sobie wybaczyæ. - schyli³em g³owê zbli¿aj±c j± do jej ust, wyci±gn±³em jêzyk przeje¿d¿aj±c jej po wargach. Zdezorientowana patrzy³a siê przez chwilê na mnie nie wiedz±c co zrobiæ. Jej wzrok powêdrowa³ za po³y marynarki, gdzie podczas szarpania wysun±³ siê Misio. - Co to? - powiedzia³a wskazuj±c na niego. - To? Mój przyjaciel. Misio. - dziwnym wzrokiem popatrzy³a na mnie wpatruj±c siê w oczy. - Dobrze siê czujesz? - Tak, a czemu pytasz? - Zwariowa³e¶. - bardziej stwierdzi³a ni¿ zapyta³a. - Czuje siê bardzo dobrze, to jak pracujemy razem? - To mo¿e wstañ ze mnie. - Jak sobie ¿yczysz. - Zawsze nosisz przy sobie pluszow± zabawkê? - powoli wsta³a nadal trzymaj±c siê w pewnej odleg³o¶ci. - To nie zabawka, to mój najlepszy przyjaciel, trochê ma³omówny, ale przecie¿ nikt nie jest doskona³y. A zreszt± to tylko malutki misiaczek, nie mo¿na od niego zbyt du¿o wymagaæ.- wyci±gn±³em misia i zacz±³em g³askaæ go po pyszczku. - To jak powiesz mi co tu robisz? - cichutko za¶mia³a siê rozchylaj±c wargi i ukazuj±c zêby. W³osy okalaj±ce jej g³owê poruszy³y siê i zamigota³y w ¶wietle. - Czemu nie. Przysz³am pozabijaæ tych popierdoleñców z Arasaki. - Przysz³am, heh. - spojrza³em na okno, przez które siê tu dosta³a. - Nie¼le. - Masz jaki¶ plan? - Idziemy têdy. - powiedzia³em wskazuj±c na wentylacjê. Podskoczy³em ³api±c siê jej jedn± rêk±, wyci±gn±³em ¶rubokrêt i zacz±³em odkrêcaæ, po dwóch ¶rubach krata urwa³a siê. - Wchod¼ za mn± i trzymaj siê blisko. - Znalaz³em siê w ciemnym i w±skim tunelu, zacz±³em i¶æ do przodu. Po kilku minutach zatrzyma³em siê, odkrêci³em kolejn± kratê wci±gaj±c j± do tunelu i zeskoczy³em. Na dole by³o trzech stra¿ników stali ko³o drzwi otwieraj±cych drogê na 50 piêtro. Rzuci³em siê biegiem w ich stronê, mê¿czy¼ni zaczêli wyjmowaæ broñ, co¶ ¶mignê³o ko³a mnie, zobaczy³em moj± now± przyjació³kê biegn±c± po ¶cianie, w mgnieniu oka znalaz³a siê obok stra¿ników, nagle krew pola³a siê po pod³odze, jeden z nich z³apa³ siê za szyje, lecz nie móg³ zatamowaæ rzeki p³yn±cej z rozoranego gard³a. Z wyskoku wlecia³em pomiêdzy nich kopi±c jednego w pier¶, odlecia³ na ¶cianê, kociak skoczy³ na niego, okrêci³em siê i piê¶ci± uderzy³em w twarz ostatniego pana, pistolet wypad³ mu z rêki, on jednak z³apa³ równowagê i spróbowa³ mnie kopn±æ, odbi³em cios rêk± i nog± kopn±³em go w szyjê, upad³ martwy. - Uff, dobrze jest. Idziemy dalej. - Otworzy³em drzwi wbiegaj±c szybko na schody, przeskakiwa³em po kilka staraj±c siê jak najszybciej doprowadziæ do koñca, chcia³em ju¿ poczuæ krew, ich krew. Wypadaj±c za drzwi spodziewa³em siê stra¿ników, nie by³o ich. Byli tak ufni w swoj± potêgê, nawet im do g³owy nie przysz³o, ¿e kto¶ mo¿e ich zaatakowaæ. Znów powtórzy³em operacje z krat±, i po chwili znalaz³em siê ponownie w tunelu wentylacji. Szybko przemierza³em jego czelu¶cie, mija³em kraty, przez które wdziera³o siê trochê ¶wiat³a. W koñcu doszed³em do tej w³a¶ciwej, us³ysza³em g³osy. Powoli zacz±³em odkrêcaæ ¶rubki, stara³em siê zachowaæ cisze. Na dole k³ócili siê o co¶. Poczu³em na ramieniu oddech. - Co ty chcesz zrobiæ??? - ledwo dos³yszalny d¼wiêk wla³ siê w moj± g³owê. - Zaufaj mi. - Pozabijasz nas, jeste¶ pieprzonym wariatem. - krata pu¶ci³a, upad³a na dó³, a wraz z ni± dwa granaty. Rzuci³em siê do przodu najszybciej jak mog³em. HUK, wielki huk. Mija³em rozga³êzienia, nagle us³ysza³em ha³as, alarm wy³ jak szalony. Krata, ta upragniona, tym razem u góry, serce bi³o szybko, ¶rubokrêt znalaz³ siê w rêku, jakie¶ strza³y. Krata upad³a wzniecaj±c ha³as. Wyskoczy³em na górê, by³em na dachu, przede mn± sta³ AV-6. Wyci±gn±³em Colta, otworzy³em drzwi i przystawi³em go do skroni pilota. - Jedno s³owo, nie ¿yjesz, rozumiesz? - pokiwa³ g³ow±. Wpad³em do ¶rodka, a za mn± ona. Jaki¶ ha³as, pojawili siê ludzie, tak jak my¶la³em, granat ich nie zabi³, teraz z obstaw± zmierzali do pojazdu. Zdenerwowanie wyczuwa³o siê na odleg³o¶æ, zdenerwowanie, zdziwienie i z³o¶æ. Wsiedli wchodz±c prosto w moje rêce, pilot dosta³ rozkaz odlotu, spojrza³ na mnie, a ja pozwoli³em skinieniem g³owy. Wystartowali¶my. Pojazd wzniós³ siê, odlatywa³ coraz dalej, s³ysza³em rozmowê, ¶miech i rado¶æ, wydawa³o im siê, ¿e uciekli od niebezpieczeñstwa. Wyszed³em z kabiny pilota i ukaza³am siê pasa¿erom. - Witajcie, jak mi³o was znowu zobaczyæ. - ¶miech ucich³, spojrzenia trzech mê¿czyzn, od których tak niedawno dosta³em zlecenie zabicia Kathren powêdrowa³y w moim kierunku. - King. - jedno s³owo wyra¿a³o wszystko, strach, zdziwienie, zrezygnowanie i co najwa¿niejsze - ¶mieræ. - Nie próbujcie niczego, bo skoñczy siê to nieciekawie. Próbowali¶cie mnie zabiæ, a tego nie potrafiê wybaczyæ. Za b³êdy siê p³aci. - cofn±³em siê do pilota, po krótkim pytaniu o spadochrony wskaza³ w³a¶ciwe miejsce. Kaza³em mu lecieæ poza miasto. Mijali¶my budynki, ulice pod nami zape³nione by³y lud¼mi i samochodami, z ty³u panowa³a cisza. Gdy miasto powoli zaczê³o znikaæ za nami, kaza³em wznie¶æ siê wy¿ej. "Bêd± siê d³u¿ej bali" - pomy¶la³em z u¶miechem. Po osi±gniêciu odpowiedniej wysoko¶ci wyci±gn±³em Colta i strzeli³em pilotowi w g³owê, wywo³a³o to krzyk z czê¶ci pasa¿erskiej. Krew zamaza³a jedn± z szyb, razem z mózgiem zaczê³a sp³ywaæ w dó³. Otworzy³em drzwi. - Panie przodem - powiedzia³em ustêpuj±c ubranej na czarno przyjació³ce. Popatrzy³a siê na mnie z politowaniem i skoczy³a. Nacisn±³em na ¶lepo kilka przycisków, skierowa³em maszynê w dó³ i wyskoczy³em. Spada³em szybko, przez moment pomy¶la³em co by by³o gdybym nie otworzy³ spadochronu, jednak zrobi³em to. Lot wyhamowa³ siê, pocz±³em spadaæ wolniej, w dole widzia³em drugi spadochron, wyl±dowa³ ju¿ na ziemi. Ja te¿ siê ju¿ zbli¿a³em. Wstrz±s, krótki bieg, i jestem ju¿ na twardym pod³o¿u. Odpi±³em niepotrzebny ju¿ baga¿ i podszed³em do niej. - No, chyba siê uda³o. - w tym momencie ziemia siê zatrzês³a, potê¿ny wybuch, s³up ognia, to wszystko brzmia³o jak upragniona muzyka. - Taa, chyba siê uda³o. Hahaha. - Jak masz w³a¶ciwie na imiê? - Patrycja. - No wiêc Patrycjo, masz ochotê na drinka? - Hahaha, pewnie, ¿e tak. - i znów wybuch³a ¶miechem, miêkkim, s³odkim, aksamitnym. Przy³±czy³em siê do niej nie mog±c siê kontrolowaæ. Czu³em siê wolny, spe³niony. Atobos[F]