Wiera Iwanowna Krzyżanowska Pięcioksiąg ezotoryczny dziewięciotomowy Prawodawcy Tom III wydane przez POWRÓT DO NATURY Katolickie publikacje 80-345 Gdańsk-Oliwa ul. Pomorska 86/d tel/fax. (058) 556-33-32 Spis rozdziałów Rys biograficzny str. 2 Rozdział I str - 8 Rozdział II str - 15 Rozdział III str - 23 Rozdział VI str - 32 Epilog str - 42 Zakończenie str. - 45 TOM III Rys krytyczno-biograficzny WIERY KRYŻANOWSKIEJ (ROCHESTER) Tyś - król; żyj sam. Idź drogą wolną. Dokąd pociąga cię twój wolny rozum. Puszkin Kiedy zachodzi potrzeba napisania o szerokiej i różnorodnej twórczości wielkiego pisarza, wówczas mimowoli napotykamy na trudności i niemożność oddania w tak ograniczonym rysie całej pełni wrażeń, płynących z gatorii portretów jego bohaterów, z obrazów historycznych i wziętych z życia oraz drama- tycznych sytuacji, które tak bogato obfitują, na przykład, utwory WIERY (córki Jana) KRZYŻANOW- SKIEJ. Jej osobliwy a twórczy talent literacki wymaga osobnej i nader szczegółowej oceny krytycznej. W ramach naszej krótkiej wzmianki mamy tylko możność zwrócenia uwagi miłośników wytwornej litera- tury na szczególnie wyróżniające się dzieła i ze smutkiem musimy pominąć milczeniem bardzo liczne utwory, przez nią pozostawione, oraz ciekawe i pełne artystycznego piękna opisy i obrazy. WIERA KRYŻANOWSKAJA pochodzi ze starego szlacheckiego rodu z Tambowskiej gubernii, lecz urodziła się w Warszawie, gdzie ojciec jej podówczas był dowódcą brygady artylerii. Po śmierci ojca od- dano ją do Instytutu Katarzyny w St. Petersburgu, lecz z powodu wątłego zdrowia nie mogła ukończyć całego kursu Instytutu i dalsze kształcenie zmuszona była prowadzić w domu. Kto wie, czy nie na korzyść wyszło jej to przedwczesne opuszczenie "państwowego" zakładu? Są- dząc z otrzymanych rezultatów, należy przypuszczać, że domowe otoczenie intelignetnej rodziny daleko korzystniej oddziaływało na kształtujący się w niej talent poetycki. Wiera wyszła za mąż za szambelana Siemianowa, lecz w literaturze zachowała swoje panieńskie nazwisko KRYŻANOWSKAJA i pseudonim W.l. ROCHESTER. Nieżyjący książę Roczester, jako duchowy opiekun jej, za grobu drogą wewnętrznego słyszenia, przekazywał jej całą prawie jej spuściznę literacką w poznawaniu okultystycznym rzeczy historycznych stworzonych a nie wyjaśnionych przez naukę. Ograniczymy się zatem tą krótką wzmianką, odnoszącą się do biografii pisarki i przejdziemy do przeglądu jej dzieł. Ożywiając w pamięci tę wielką ilość wydanych i nie wydanych prac W. Kryżanowskiej jesteśmy przekonani, że prawie nieomylnie możemy ocenić ogólne literackie wartości jej utworów, a mianowicie: stałe zaciekawianie treścią, subtelna psychologiczna analiza charakterów działających osób, artystycz- 2 na prawdziwość sytuacji, a co najważniejsze - pełna czaru harmonijność filozoficznego światopoglądu. Celem ułatwienia ogólnego poglądu, w związku z rozmiarami naszego artykułu, wypada nam wszystkie utwory W. Kryżanowskiej podzielić na grupy i mówić, o czym już wspominaliśmy wyżej, jedynie o najbar- dziej wyróżniających się. Do pierwszej grupy włączymy powieści WSPÓŁCZESNE, z życia społeczeństwa rosyjskiego, lub obcego; z utworów zaś, przedstawiających obrazy z życia rosyjskiego, zasługuje na największą uwagę, zdaniem naszym, powieść "SIEĆ PAJĘCZA". Ubiegłe tak jeszcze niedawno wypadki zerwały osłonę ze zgnilizny i rozkładu rosyjskiego społeczeństwa; oczywistym jest, iż wrażliwy talent W.K. nie mógł nie za- trwożyć się objawami duchowej niemocy ojczyzny i natychmiast stworzył oddźwięk w obrazie, który z przygniatającą jasnością wykazuje zaczynający się podówszas rozłam Rosji państwowy i społeczny, wyrażający się z jednej strony - Czuszimą, a z drugiej - politycznym szaleństwem 1904 - 1905 r. Będąc oczywiście SPIRYTUALISTKĄ i przepowiadając zawsze zwycięsto ducha W.K. nie mogła inaczej, jak tylko ze sprzeciwem odnieść się do tego rodzaju psychicznej choroby. Po tym względem au- torka nasza wykazała głęboką znajomość psychologii i niezrównany artyzm w powieściach: "ZEMSTA ŻYDA" (La vengeance du juif) i "REKENSZTEJNOWIE". Następny i wyższy już stopień w sferze twórczości W.K. zajmują powieści HISTORYCZNE, którte już przed innymi utworami przyniosły jej zaszczytny rozgłos. W.P. Burenin, mówiąc o historycznych powieściach Szachowskiej i Mereżkowskiego, w związku z powieścią W.K. pt. "KRÓLOWA HATASU" ("La reine Hatasou"), między innymi, powiedział co nastę- puje :"... pani Kryżanowskaja jeszcze bardziej czuje się u siebie w domu w Egipcie, niż pani Szachow- ska w Rzymie; znane jej jest życie starożytnych Egipcjan tak samo, jak Ebersowi, a być może nawet i le- piej". Taż sama mianowicie cecha wyróżniająca powieści W.K. podkreślana przez sędziego i ustalentowa- nego krytyka i znawcę literatury: owo żywe i jasne odtworzenie bytu i samego ducha opisywanej epoki - została potwierdzona następnie przez Francuską Akademię, która ozdobiła laurami powieść "ŻELAZNY KANCLERZ STAROŻYTNEGO EGIPTU" (La chancelier de fer de I antique Egypte") i zaszczyciła autor- kę tytułem "Officier d^Academie". I nie jest to bynajmniej dziwne, jeżeli się zważy, że W.K. włada dosko- nale obcymi językami, szczególnie francuskim, który znany jej jest omal nie lepiej od rosyjskiego, dlate- go też jej pierwsze utwory należą jdenakowo do obu literatur - francuskiej i rosyjskiej - ponieważ wiele z nich było wydawanych we Francji. Wypada dodać, że i Rosyjska Akademia Nauk, aby prawdopodob- nie, nie pozostać w tyle za swoją znakomitą towarzyszką francuską, na dowód uznania i oceny arty- stycznej twórczości, chociaż zmarszczyła czoło, to jednak nie mogła nie dać jej zaszczytnej pochwały za inną powieść pt. "POCHODNIE CZECHOW" - z epoki przebudzenia narodowej i religijnej świadomości czeskiego narodu w końcu XIV i w początkach XV wieku. Powieści historyczne w. Kryżanowskiej poświęcone są przeważnie trzem epokom: egipskiej, rzym- skiej i średniowiecznej. Z licznych tego rodzaju utworów, odnoszących się do pierwszej z tych epok, oprócz wymienionej przez nas wyżej "Żelazny Kanclerz Starożytnego Egiptu", dającej niezwykle cieka- wy i żywy obraz życia Józefa, wskażemy jeszcze powieść "Faraon Mernefta" - w której przedstawiona jest znakomita postać wielkiego proroka Izraelskiego narodu. Spośród powieści z epoki rzymskiej, na pierwszym miejscu należy postawić powieść *W tym znaku Zwycięższysz" ("in hoc singo vinces") z czasów prześladowania chrześcijan za Dioklecjana. Będąc znawcą strażotnych nauk w ogóle, a filozofii w szczególności, autorka odtworzyła najciekawszy obraz zamierzchłej starożytności, w którym zestawiła dwa światy: ginące pogaństwo, w osobie starożytnego Rzymu i powstające młode Chrześcijaństwo, które swoją siłą etyczną i tryumfującą wiarą miało zastąpić ów zamierający świat. Osobliwie zajmującą jest potężna postać maga Oriona, skupiającego w sobie naj- lepsze i trwałe wartości filozofii i nauk ludów starożytnych. Osobliwość ta jest jakby prototypem pociąga- jących magicznych obrazów, zawartych w cyklu wybitnie OKULTYSTYCZNYCH utworów w porządku chronologicznym. Z prac W.K., odnoszących się do epoki średniowiecznej, oprócz wymienionej wyżej: "Pochodnie Czechów", pozostaje jeszcze kilka poważnych utworów z których zasługuje na uwagę powieść "Na Ru- bieży", malująca obraz dwóch światów: staroruskiego i germańskiego, które zetknęły się na Inflantach, czyli na rubieży państwa Moskiewskiego. Drugim z kolei, bardziej godnym uwagi dziełem, jest powieść 3 z XIII-go stulecia pt. "BENEDYKTYŃSKIE OPACTWO", opisująca osobliwe, burzliwe, lecz ponure życie średniowiecznego społeczeństwa i duchowieństwa. Powieść ta, w formie spowiedzi trzech osób, kreślona jest po mistrzowsku, bez powtarzań, czego najtrudniej uniknąć, opisując jedne i te same zdarzenia. Poza tym, nie mniej osobliwą cechą tego utwo- ru jest okoliczność, że opowiadania bohaterów nie kończą się wraz z ich śmiercią, lecz trwają za gro- bem, dając groźny obraz nieubłaganej KARMY, jako następstwa przebytych egzystencji. Dzieło to tworzy jakby przejście do trzeciej grupy powieści: SPIRYTUALISTYCZNYCH I EZOTE- RYCZNYCH. Nie wiemy, czy wszystkim znana jest ta ciernista droga, jaką do ostatniej chwili postępował u nas Spirytualizm w śisłym tego słowa znaczeniu, nie mówiąc już o okultyzmie; pomimo tego, że cały szereg znakomitych uczonych, u nas i za granicą, potwierdził rzeczywistość zjawisk spirytystycznych, które być może, burzą utarte poglądy na właściwości materii, lecz rodzą nowe pojęcia o różnorodności stopni i form bytu. Nie mówiąc już o świadomym przeliczaniu zjawisk, pseudo-uczeni "liberalni*", "postępowcy" i "ma- terialiści" z radością gotowi byliby - według opinii znakomitego Pilnera - dokonać tego, co ogniś doko- nywał katolicyzm: "To, co trzysta lat temu" - mówi on - działo się NA CHWAŁĘ BOŻA, dzieje się obec- nie NA CHWAŁĘ NAUKI. Aktorzy - pozostają zawsze ci sami, zmieniła się tylko dekoracjaę. Przy podobnym ustosunkowaniu się "nauki" i "krytyki", owianych duchem materializmu i trzymających przy tym w rękach swoich taki straszny bicz, jak drukowane słowo - dużo doprawdy cywilnej odwagi musiał mieć autor, do tego jesz- cze z wielkim literackim tytułem, ażeby zdecydować się rozwinąć śmiało sztandar EZOTERYZMU i sta- nąć otwarcie w szeregu jego obrońców i kaznodziei, bez tych błazeńskich wykrzywiań i grmasów, z jaki- mi czynią to niektórzy "pisarze", grzeszący raz do roku haftowaniem swoich "wigilijnych" opowieści ze "świata tajemnic", byleby tylko zarobić niezbędny grosz "na rybkę". Lecz wrogi stosunek i rzekoma siła materialistycznego obozu bynajmniej nie przestraszyła W.K. od- ważnie też głosiła ona drogi jej światopogląd spirytualistyczny tej nielicznej może, lecz najbardziej wraż- liwej i myślącej części społeczeństwa, która pragnie zbadać zjawiska duchowego zakresu człowieka i skryte dotąd jeszcze siły przyrody, a mówiąc w ogóle - zjawiska świata, choć niewidzialnego, lecz jed- nakże istniejącego realnie. A droga zaś takiego pisarza - pioniera, niewątpliwie, jest drogą nad wyraz ciernistą, sądząc z własnych słów W.K., wypowiedzianych w przedmiowie do powieści "ELIKSIR ŻY- CIA":"... oglądając się na przebytą drogę, mogę powiedzieć sobie: PER ASPERA"!... Na drodze swojej nie spotykałam łatwych postępów, życzliwości, przyjaźni i wsparcia; przeciwnie, nie mówiąc już o eks- ploatowaniu mnie i wrogiej nieżyczliwości, nierzadko niskie drwiny, lub też złośliwe przemilczanie - uczyniły wszystko, ażeby zgłuszyć moje prace". Zawdzięczając świetnemu tanelnowi literackiemu autorki, ten rodzaj utworów W.K. jest szczególnie cennym w dziale popularyzacji okultystycznych nauk, wprawdzie teoretycznych, lecz dlatego też najbar- dziej dostępnych możliwie szerokiemu ogółowi czytelników. Utwory te są niejako SYNTEZĄ nauki ezo- terycznej i stanowią po prostu REWELACJE, zmuszającą człowieka do zastanowienia się nad celem ży- cia. Mimowoli przychodzą na myśl słowa Fichtego: "Starożytne przysłowie MEMENTO MORI!" - Mówi on - zamienia się na nowe, bardziej poważne MEMENTO VIVERE, to znaczy, "pamiętaj że będziesz z pewnością żył, lecz twój przyszły stan po prostu określa się ogólnym rezultatem teraźniejsze- go życia, jakiekolwiekby ono było dla ciebie, zarówno radosne, jak i smutne". To, widocznie, było też i celem autorki, jeżeli sądzić ze słów wspomnianej wyżej przedmowy: "Cho- ciaż dla POWAŻNYCH badaczy okultyzm możnaby było wyłożyć te prawa i teorie w formie suchych, na- ukowo - filozoficznych traktatów, ale czy wielu znajdzie się czytelników, poświęcających się poważnym studiom okultyzmu i czy będą oni mieli możność, ze względu na warunki życia, czasu i miejsca, prowa- dzić, systematycznie zajęcia praktyczne z dziedziny wiedzy tajemnej? Wszak nie każdy może być leka- rzem, a jednak nawet najbardziej ogólne pojęcie o anatomii i fizjologii okazuje się w życiu rzeczą bardzo pożytecznąę. Mówiąc tedy o olbrzymim znaczeniu moralnym tych utworów, niemożliwym jest nawet ocenić całego ogromu zawartego w nich światła i dobra. Niechaj nam wybaczy czcigodna autorka, jeżeli pozwolimy so- bie użyć cokolwiek prostackiego porównania, upodabiając jej dzieła - z punktu widzenia odradzającego U oddziaływania na czytelnika - do odświeżającego deszczu, który zmywa z człowieka życiowy pył i brud przyrosły do niego. Autorka wykazuje tak dokładną znajomość tajemnego świata z jego prawami, że może jej pozazdro- ścić niejeden prawdziwy okultysta; oprócz tego w dziełach jej wyjaśnione są liczne pojęcia naukowe, dość mglisto podawane nawet w europejskiej literaturze, odnoszącej się do tego przedmiotu. Należy przy tym dodać, że ta bezsprzeczna znajomość świata tajemnego, wzbogacona jest jeszcze niezwykły- mi zdolnościami okultystycznymi W.K., które tym samym w jej ujęciu przedstawiają INNE, nadzwyczajne źródła poznania świata oraz metody badania i zdobywania wiedzy. Jeżeli dla profana te tak wysokopo- etyczne a jednocześnie głęboko naukowe dzieła W.K. okażą się poprostu dziwną, czerowną bajką, to z okultysta będzie wręcz odwrotnie; im głębsza będzie wiedza czytelnika, i im uważniej zacznie on stu- diować (a nie tylko czytać) te dzieła, tym szerzej otwierał się mu będzie widnokrąg świata niewidzialne- go i jego wielkie prawa. Spośród utworów okultystycznych W.K., na pierwszym miejscu należy postawić wydaną w nowym tysiącleciu serię powieści: "ELIKSIR ŻYCIA", "MAGOWIE", "GNIEW BOŻY", "ŚMIERĆ PLANETY" i "PRAWODAWCY" - przedstawiające znany cykl WTAJEMNICZENIA w naukę hermetyczną. Bohate- rem powieści jest jak wiemy lekarz - materialista, który po raz pierwszy zetknął się z tajemnym światem i zajrzał za zasłonę, skrywającą przed nami niewidzialne sfery. Z pomiędzy wielu, najciekawsze są opisy życia i bytu bractwa Nieśmiertelnych ("Eliksir Życia"). Poza tym, obrazowo i głęboko przemyślany jest opis wtajemniczenia bohatera, tak w sensie spotniowego rozwoju utajonych w czowieku sił psychicz- nych, jak również w sensie zapoznania się ze światem astralnym ("Magowie"). Nie mniej pouczające i niezmiernie ciekawe są obrazy życia w ciągu 300 lat, przedstawione w po- wieści "Gniew Boży". W każdym bądź razie nie można zaprzeczyć proroczym, może zbyt śmiałym, lecz bezwarunkowo możliwym, a poza tym skończenie logicznym i głęboko rozumnym przypuszczeniom au- torki, opartym jednakże na wyraźnie objawiających się już znakach duchowo- morlanego rozprzężenia i upadku współczesnego ludzkości. Artykuł pisany był w r.1910 Na szczególną uwagę tych osób, które zajmują się, lub po prostu interesują się nauką hermetyczną, zasługuje powieść "W INNYM ŚWIECIE". Była ona napisana wprawdzie już dawno, lecz nie chcąc, prawdopodobnie, podporządkowywać się względom i wymaganiom tego czy innego wydawnictwa, au- torka postanowiła wydać ją samodzielnie, w oddzielnym wydaniu, za co możemy jej tylko być wdzięczni, ponieważ najlepszym sędzią będzie czytająca publiczność. Dzieło to, niezawodnie, będzie szczególnie drogie dla każdego zdecydowanego okultysty, jako IDEAŁ państwowego, naukowego, religijnego, rodzi- mego i społeznego ustroju - zdrowo myślącej ludzkości, która poznała swoje przeznaczenie, wyjaśniła sobie cel życia i stosownie do tego urządziła swoją egzystencję, - a więc ludzkości świadomie i nieza- chwianie dążącej do doskonałości. Wyższość takiej, bezsprzecznie wielkiej kultury, szczególnie zaznacza się w porównaniu z potrzeba- mi miejscowych kolonii Ziemian, które zamieszkują przesiedlone na wyższą planetę duchy z ziemi, przy- noszące ze sobą i ziemskie reminiscencje: nędzę duchową, egoizm i bezmyślny upór. Jeżeli EZOTERY- ZMOWI sądzonym jest zająć kiedykolwiek miejsce fundamentu w światopoglądzie ludzkości, a na grun- cie tej okulistycznej teozofii wyrośnie następnie państwowość, to takiego rodzaju jednostka polityczna będzie niewątpliwie idendtyczną, lub przynajmniej bardzo podobną do form, jakie przedstawia W.K. Nieprzygotowany czytelnik bynajmniej nie powinien zrażać się tym, że akcja powieści rozgrywa się na planecie Wenerze. "Urzędowa" nauka nie rozporządza dotychczas bezspornymi danymi, ażeby móc kategorycznie i do tego nieomylnie odrzucić możliwość życia na innych planetach w ogóle, a na Wene- rze - w szczególności; mówiąc zaś poważnie, zabawnym byłoby wyludnić zupełnie wszechświat i za- chować przywilej egzystencji ludzkiego rodzaju tylko dla naszej Ziemi - tego planetarnego mikrobu, pły- wającego w bezgranicznej niebieskiej przestrzeni, pośród milionów słońc i planet. Uwagę taką czynimy dla ludzi nie zaznajomionych z tradycjami i danymi nauki hermetycznej, ponieważ na nich opiera się wi- docznie W.K. Należy tu wspomnieć że na Ziemi żyją obecnie tysiące ludzi, którzy mają swe korzenie na innych planetach, w obecnych gwiazdozbiorach i galaktykach. Nie przybyli oni do nas pojazdami kosmicznymi, ale się tu urodzili. Pojawili się w okresie przełomowym w dziejach Ziemi, aby uczestniczyć w przemia- 5 nach pomagać, nauczać. Część z nich jak nas informują, żyła już na Ziemi w swych poprzednich wciele- niach - takim łatwiej jest przystosować się do ziemskiej egzystencji, aniżeli tym, którzy przybyli tu po raz pierwszy. Rozsiani są wszędzie, po całej planecie, w różnym wieku, w rozmaitych warstwach społecz- nych, wśród przedstawicieli różnych zawodów. Wielu już odkryło swe pochodzenie, ale jest też dużo takich, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, gdzie tkwią ich korzenie. Łączy ich jedno: bardziej lub mniej uświadomiona tęsknota za domem - ota- czające ich rzeczy są im obce i nieprzyjazne. Jako dzieci czuli się samotni i nierozumiani. Mają w sobie jednak zawsze wewnętrzny urok - promie- niują dobrem - co sprawia, że są lubiani. Są pełni Miłości i sami też szukają uczucia. Niektórym wydaje się, że są świadomi swej misji - dla innych rola ich jest narazie niejasna i niezdefiniowana. Określenie „gwiezdne istoty", „gwiezdni ludzie", przylgnęło do nich, jako że innego wyłumaczenia nie mogli znaleźć dwaj autorzy książki z roku 1980 „The Star Peopleę. Brad i France Steiger. Steigerowie nawiązali kontakt z wieloma ludźmi podającymi się za istoty gwiezdnego pochodzenia. A oto ustalone przez nich niektóre fakty: Prawie połowa twierdzi, że faworyzowano ich jako dzieci, ale aż 92% badanych ma wrażenie, że oj- ciec i matka nie są ich prawdziwymi rodzicami. Co ciekawe i charakterystyczne, że prawie wszyscy utrzymują, iż odczuwają nieustannie tęsknotę za miejscem, które nazywają „prawdziwym domemę i któ- re nie znajduje się na Ziemi. Aż 86% przyznaje, że ma niewidzialnych przyjaciół - lub też, że miało ich w dzieciństwie. Wielu z nich, a szczególnie bioenergoterapeuci, twierdzi, że są przekaźnikami uzdrawiających ener- gii, którą przez swoje ciała przekazują. Energie, które pobierają od swoich kosmicznych rodaków. Wspomagani są oni energetycznie, także kontaktem myślokształtów, jak i wizualnymi obrazami astralnymi, które to odbierają telepatycznie lub poprzez czakram trzeciego oka. Dusza nieśmiertelna, została wcielona w ziemskie ciało, a przebłyski podświadomości, które są bankiem pamięci i informacji oraz niezbyt szczelną zasłoną pomiędzy podświadomością i świadomością, pozwala im czerpać infor- macje z poprzednich wcieleń. Każda cywilizacja pozaziemska przesyła swoim „Ziemskim Dzieciom" in- nego rodzaju odczucia telepatycznie, wspomagając ich w ten sposób i podnosząc ich na wyższy stopień rozwoju duchowego, oraz psychicznego. Cel i zamiary Boga w stosunku do tych ludzi-kosmitów. „Jesteście wybranym plemieniem obdarzeni królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem, Bogu na własność przeznaczonym. (1 P. 2,9). Po osiągnięciu wyższej doskonałości duchowej, poznania nauki Miłości Jezusa Chrystusa, ludzie- kosmici, powrócą do swych planet, przy pomocy biolokacji, aby być uczniami Jezusa Chrystusa, podno- sić wyżej swych współziomków do „Doskonałości Boga Ojca", oraz Budowania Królestwa Bożego na tych planetach. Ziemia z tego tytułu jest niesamowicie uhonorowana, gdyż właśnie na niej, urodził się Bóg-człowiek i został ukrzyżowany, by spełniła się wola Boga Ojca odkupienia „Świata Całego", tzn. potężnej elipso- idy, której rola kosmiczna wynosi ponad 72 min lat świetlnych. Czasy teraźniejsze, w których dominuje ZŁO, kończą się. Ludzie-kosmici, po odłączeniu zła w mają- cej nastąpić Apokalipsie, osiągną wyższą inteligencję, po przejściu tzw. „Chrztu Ognia" przed drugim przyjściem Chrystusa na Ziemię, gdyż wraz z Nim przyjdzie na Ziemię „Królestwo Boże", o które modli- my się w naszych codziennych Ojcze Nasz. Nastąpi to z całą pewnością krótko po roku 2000, gdyż do tego czasu szatan ma czas, na swoje krecie działanie. A że będzie taki chrzest z ognia, wspomina o tym Ewangelia św. Łukasza (3:15-16, 21-22) ... „Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem" Opętanie narodów, które tak charakterystycznie opisała prawie sto lat temu W. K. Narody skazane na zagładę odznaczają się tym, że zatracają wszelkie prawa, religijne uczucia, w związku z tym obniża się ich moralność, ponieważ duszą ludzi nie kierują już boskie prawa. Wiadomym jest, że człowiek składa się z duszy i ciała. Ciało jest mieszkaniem ducha, który z kolei dzieli się na złego ducha i ducha świętego. Skoro w duszy takich ludzi mieszka zły duch, wiadomo kto takim człowiekiem kieruje. e Powoli następuje zwyrodnienie mózgu i wszystkie zdolności takiego narodu koncentrują się w jed- nym określonym kierunku, a mianowicie w kierunku materialnych interesów. Umysły ich pracują wyłącz- nie w sferze twórczości przemysłowej, przejawiają zadziwiające postępy w mechanice, chemii, handlu, stwarzają warunki rozkosznego życia itd.; natomiast odczuwanie pierwiastków boskich zaciera się, usta- ją emanacje, wywoływane silną wiarą, a sztuka przyjmuje pseudorealny zgubny kierunek. Pod pozorem rzekomej „artystycznej prawdy", muzyka staje się jazgotliwa, hałaśliwa, chaotyczna i działająca w sposób szczególny na nerwy; malarstwo i rzeźba podnosi kult brzydoty, literatura ulega skażeniu, idealizując występki i rozluźnienie obyczajów. Przez długi okres czasu nikt nawet nie spostrzega, że pod kwitnącą i wysoko „kulturalnąę zewnętrz- nością, stopniowo dokonywuje się moralne i fizyczne zwyrodnienie. Społeczeństwo oddaje się zwierzęcym namiętnościom, niesłychana pycha opanowuje umysły mas, a jej dzikie okrucieństwo staje się taką samą potrzebą, jak głód i pragnienie i czeka tylko okazji, aby się przejawić w formie niebezpiecznego szaleństwa. Przed wystraszonym wzrokiem całego cywilizowanego świata, nagle ukazuje się naród, który pod zewnętrzną, błyszczącą powłoką, zżerany jest przez żądze swego poprzednio dzikiego stanu; zatracił szacunek, poczucie godności, moralności, obowiązku i miłosierdzia, poszanowania Boga i bliźniego. I takie właśnie narody, które zeszły do poziomu pierwotnych hord, przedstawiają niebezpieczeństwo dla wszystkiego, co je otacza; i niebezpieczeństwo to jest tym większe, że narody te są straszne przez swoje bogactwo, ordynarną dyscyplinę, przez wyższość techniki, stan dzikości i okrucieństwa umysło- wego. W chwilach takich, nieomylne przeznaczenie wydaje na światło ducha zniszczenia. Okoliczności nieuchronnie prowadzą do samozniszczenia. Prowadząc wojny, mimo swej przewagi technicznej, nigdy ich nie wygrywają. Podjudzani są przez niebezpiecznych mącicieli powszechnego spokoju, którzy czę- sto w rękawiczkach doprowadzają do takiego stanu, mając na uwadze korzyści materialne i bogacenie się na krzywdzie drugich. Wśród powszechnego strachu, wywołanego ich zwierzęcym okrucieństwem nad bliźnimi, wskrzeszającym z głębin przeszłości obrazy pierwotnych czasów, są ujarzmiani i karani. Niechby taki naród, który został rozproszony po świecie, został zupełnie izolowany i pozostawiony sa- memu sobie, to wstręt do piękna i występki przeciw naturze cofnęłyby go do stanu zwierzęcego, wymor- dowałby się nawzajem. W nadchodzącej Apokalipsie zniszczone zostaną jedynie tylko ciała, które stały się niebezpiecznymi i szkodliwymi i dlatego muszą zginąć. Dodam jeszcze, że to samo podstawowe prawo działa także we wszystkich niższych światach, tylko nie zawsze używa się do wyniszczenia sił kosmicznych, jak w tym wypadku lecz tępi ich przeważnie wojna. Zdarza się także niekiedy, w ciągu wieków, że i kulturalne na- rody wpadają w stan atawizmu i skutkiem tego stają się niebezpiecznymi dla innych, sąsiadujących z ni- mi narodów - wówczas i do nich stosuje się wspomniane przeze mnie prawo. Przykładem niech będzie komunistyczna Rosja, która na podłożu milionów istnień wybudowała pod przywództwem Żydów ustrój bez Boga. Podobne wypadki zdarzały się zwykle w takich czasach, kiedy cywilizacja upada, na skutek swego przeżycia lub nawet z powodu nieodpowiedniego jej rozrostu, czego jesteśmy świadkami obecnie. Przykładem niech będzie potęga babilońska, państwo egipskie, rzymskie, które poprzez kult bożków zaczęło staczać się poprzez uprawianie szatańskich praktyk, wykorzystując szatańskie siły astralne do swych praktyk. Odwrócenie ołtarzy przez sobór watykański niech będzie tego przykładem u nas. Balans energe- tyczny pomiędzy złem, a dobrem został zachwiany. Zło wzięło górę nad dobrem i pięknem. Tylko modlitwa, egzorcyzmy, święcona woda i czyste powietrze mogą oczyścić podobne „akwariu- m", w którym wszystko: ściany i przedmioty przepełnione są astralnym kałem, jakim wyrasta, rozmnaża się, żywiąc się emancjami mieszkańców i zarażonym powietrzem; przy tym fluidyczni mieszkańcy mogą zamienić się w istoty wampiryczne, szodliwe i tak dalece niebezpieczne, że niekiedy dla ich odpędzenia trzeba używać ognia. Gdyby człowiek miał możność ujrzenia tych tysięcy diabłów, które przyciągane przekleństwami, tworzą i bez tego - gęstą powłokę na skutek jego gniewnych emanacji - wzdrygnąłby się z przerażenia. Lecz ludzie nie widzą nic i najspokojniej oddychają zarażonym bakcylami powietrzem, a potem jeszcze żalą się na nagłe i niewyjaśnione bóle w ciele, choroby, zawroty głowy i bezsenność. 7 Na zakończenie naszych uwag pozwolimy sobie tylko wypowiedzieć stanowcze przekonanie, że po- śród artystów słowa, którzy poświęcali swoje talenty możliwie szerokiemu zaznajamianiu czytającej pu- bliczności ze zjawiskami i prawami "tajemnego" świata, na pierwszym miejscu -jak u nas, tak i za grani- cą - stoi bezsprzecznie WIERA KRYŻANOWSKA. Wiera Kryżanowskaja - Rochester ostatnie lata swojego niezwykle owocnego życia spędziła w wiel- kiej nędzy materialnej i w sędziwym wieku zmarła w Rewlu 1924 r. Ktokolwiek z naszych czytelników był w posiadaniu starych wydań W. Krzyżanowskiej, prosilibyśmy o inforrmacje, gdyż do wydania pełnego zestawu, brakuje nam kilka pozycji tej niezwykłej pisarki. tom III Rozdział pierwszy Nadszedł wreszcie dzień odjazdu, w którym miało się odbyć wtajemniczenie Abrasaka i zarazem je- go ślub. Prowadzony przez dwu hierofantów, wszedł Abrasak do głównej świątyni miasta magów, gdzie ze- brani już byli wszyscy jego mieszkańcy, a po skończonym nabożeństwie i odśpiewaniu przez obecnych hymnów i modlitw, ci sami hierofanci wprowadzili go do Sanktuarium. Tam został dokonany nad nim ma- giczny obrzęd wtajemniczenia, wkładający nań ciężki i odpowiedzialny obowiązek króla. Z Sankturarium Abrasak wyszedł z wyrazem głębokiego skupienia i najwidoczniej bardzo wzruszo- ny. Ubrany był w nowe, białe szaty, obszyte purpurą; na głowie lśniła mu się szeroka, wysadzana drogo- cennymi kamieniami królewska korona, na szyi wisiał długi, o kilku rzędach naszyjnik, zaś piersi zdobił złoty znak maga. W tym czasie dwaj młodzi adepci ustawili pośrodku świątyni przenośny ołtarz, na którym w kryszta- łowej o ozdobnych kształtach wazie, uwieńczonej krzyżem, zapłonął jasny ogień. Kiedy nowy król znajdował się jeszcze w Sankturaium, Nara z Urżanią przyprowadziły Avani. Ubra- na była w skromną śnieżno-białą tunikę, przepasaną złotym pasem i jakby obłokiem, okryta długim sre- brzystym welonem. Czarująco piękne oblicze Avani w chwili tej nosiło wyraz powagi i skupienia, wskazującego na to, że młoda kobieta pogrążona była w gorącej modlitwie. Abrasak wziął ją za rękę i oboje weszli na stopnie ołtarza. Oczekiwał ich tam już jeden z wielkich hierofantów, który złączył na płomieniem ręce obojga narzeczonych,a nstępnie odczytał formuły, mające zjednoczyć ich fluidycznym węzłem. Podczas tej ceremonii ogień zgasł, a wazę napełnił purpurowy płyn, wydzielający jasny opar. Płynu tego, hierofanta dał się napić nowożeńcom, poczem włożył im na palce pierścienie, ponownie złączył ręce ich i trzy razy oprowadził wokół ołtarza, przemawiając uroczyście ty- mi słowy: - Podobnie jak Wszechświat obraca się wokół tajemnego centrum, w którym przebywa Niewypowie- dziany, tak i wy - cząsteczki Bóstwa - wędrujecie po orbicie swego przeznaczenia. Niechże droga wa- szego życia, którą w chwili tej rozpoczynacie wspólnie, będzie zawsze opromieniona czystym światłem dobra i niechaj wprowadzi was na wyżyny stopień drabiny doskonałości. Po zakończeniu ceremonii Avani zeszła ze stopni, zaś Abrasak pozostał jeszcze przy ołtarzu. Jed- nocześnie jeden z adeptów zabrał naczynie z tajemnym płynem, kładąc na tym miejscu ciężką i dużych rozmiarów księgę praw w masywnej, złotej oprawie. Abrasak położył rękę na owej księdze i donośnym, dochodzącym aż do ostatnich rzędów głosem, wypowiedział przysięgę, w której przyrzekał, że zarówno w prywatnym, jak i w publicznym życiu, w mia- 8 rę sił swoich, będzie jak najdokładniej wypełniał boskie przekazania, wskazane mu przez nauczycieli i surowo karać będzie tych, którzy by przestąpili ustanowione prawa, względnie wykorzystali w złym ce- lu swoją wiedzę lub władzę; zobowiązał się też nie rozpoczynać żadnej sprawy bez uprzedniego błogo- sławieństwa niebios i współdziałania władców czterech żywiołów, przyrzekając czcić ich i wznosić na ich cześć świątynie, w których niższe narody, nie będące jeszcze w stanie uświadomić sobie istnienia Jedy- nego, Niepojętego Stwórcy, mogłyby składać ofiary i oddawać pokłon Wszechmogącemu, w Jego wi- dzialnych przejawach i atrybutach twórczej potęgi Jego. Uroczystość zakończono ucztę. Wszyscy odjeżdżający zebrali się na pożegnalnym braterskim obie- dzie i zasiedli przy długich stołach, rozstawionych na wielkich pałacowych dziedzińcach. Po skończo- nym obiedzie Abrasak ukląkł i w gorących słowach podziękował Nauczycielom za wszystkie otrzymane od nich dobrodziejstwa i łaski. Potem nastąpiło pożegnanie. Wszyscy obecni po bratersku ucałowali Abrasaka i jego żonę, nie wyłączając Urzani, co młodego króla napełniło szczególną radością i wdzięcz- nością. Podróżni umieścili się na kilku okrętach powietrznych i flotylla wzniosła się w przestworza, kierując lot swój ku krainie przyszłej działalności. - Oto "marnotrawny syn", który zaledwie powrócił do rodzinnego ogniska i już odlatuje, aby założyć naród i państwo, mające odegrać szczególną rolę w przyszłości. A czy po upływie długich wieków domyśli się ktokolwiek, że przed potopem przybyli tam z nieznane- go świata inni zupełnie ludzie, osiedlili się i założyli podstwową cywilzację? - zauważył Ebramar, który pozostał z Supramatim na tarasie. Wsparty o balistradę Supramati w zadumie spoglądał na znikającą w oddali powietrzną flotyllę. Na głos Nauczyciela odwrócił się i rzekł z westchnieniem: - O, tak, ludzkości wirują niczym ciała niebieskie. Lecz powiedz mi, proszę, Ebramarze, czy nie uczuwasz czasami czegoś przygniatającego ucisku i nie doznajesz zawrotu głowy z powodu bezgra- niczności tego wszechświatowego kołowrotu? Ja przeżywam nieraz takie chwile. Wydaje mi się wtedy, że im wyżej wstępujemy na drabinę wiedzy, tym bardziej stajemy się mechanikami strasznych sił prze- strzeni; i w miarę jak się zmienia materia naszego ciała, tak i my stopniowo zatracamy swoją osobo- wość. I czymże ja jestem bez pragnień, bez namiętności, bez ambicji? Zwykłym robotnikiem w arsenale wiedzy, przedstawicielem niewzruszonych prac, koniec którego będzie taki, że rozproszy się, być może, w promienistej materii. Ebramar uśmiechnął się i pokręcił głową. - Długą jeszcze jest droga, dzieląca cię od doskonałej wiedzy. Pozwól jednak, że udzielę ci rady: ni- gdy nie staraj się zbadać samego tylko źródła, stanowiącego punkt wyjścia i ostatecznego celu twojej duszy. I jedno i drugie zakryte jest przed nami. Tymczasem ciesz się ze zdobytej wiedzy i bądź przygo- towany na ogromne trudy, jakie jeszcze na ciebie czekają; a kiedy już dojrzejemy, aby móc objąć wszystko, wówczas niewątpliwie będziemy zdolni pojąć także i to. Jesteśmy podobni do mrówki, która chciałaby wszystko wiedzieć i zawczasu niepokoi się tym, co będzie robiła, jak zostanie człowiekiem. - Porównanie twoje, Nauczycielu, świetnie ochładza moją ambicję - odpowiedział dobrodusznie Su- pramati, spoglądając z wyrazem wdzięczności w bezdennie głębokie oczy wielkiego maga, odbijające całą harmonię jego duszy. Spływające z osoby Nauczyciela czyste emanacje, podobne do fal muzykalnych wibracji, prawie na- tychmiast rozwiały chwilową tęsknotę, jaka zakradła się do serca Supramatiego, a jakiej doświadczali niekiedy nawet i wyżsi adepci. - Otóż i wyleczyłem się - dodał po chwili. - Dziękuję ci, drogi nauczycielu i przyjacielu. Powiedz mi tylko proszę, z jakiej przepaści wychodzi ten cień, który nagle opanowuje i przygniata duszę? Nie powi- nien on jednak panować nade mną, ponieważ droga do wiedzy i doskonalenia się jest już dla mnie zu- pełnie jasna. - Źródło jego - to zetknięcie się z ludzką, materialną zasadą, właściwą niższym istotom; to zaraźliwy wpływ strachu, napeniającego duszę, ślepego ludzkiego stada, które boi się wszystkiego, a osobliwie - jego niewiedza; następnie - zjawiska przyrody, śmierć i wszelkie, mogące zagrażać mu niebezpieczeń- stwa. Czy sądzisz, że i ci wszyscy, którzy odjechali przed chwilą, nie uczuwają obawy? Oni nie śmieli tyl- 9 ko wypowiedzieć tego. Nawet Abrasak - dusza mężna i oczyszczona - wątpi w swoje siły i obawia się, że nie będzie w stanie wypełnić zakreślonego mu programu. Wszyscy podlegamy takim chwilowym sła- bostkom i to bynajmniej nie powinno cię trwożyć, Supramati. Posiadamy swój program i przede wszyst- kim, musimy myśleć o wypełnieniu go. Założyć fundamenty kultury - to sprawa w ogóle nie łatwa... A pomimo to pragnąłbym przecież być dumnym z naszych uczniów. - Sądzę, że przyjdzie czas, kiedy wszystko, co zostało założone i utrwalone przez nas, pochłonie ja- kiś przewrót geologiczny i świat pogrąży się znów w stan barbarzyństwa - zauważył Supramati. - Bez wątpienia. Jak wszystko, co istnieje, tak też i nasze dzieło przejdzie swój kwaterner*): powstanie, wyrośnie, osiągnie najwyższy rozkwit, a potem nastanie jego upadek i - śmierć... jednak nie pochłonie ona wszystkiego. *) Poczwórny cykl (przy.tłum.) Założone przez nas kolegia wtajemniczonych, dzięki swej wiedzy, potrafią uniknąć powszechnego kataklizmu i w niedostępnych dla tłumu świątyniach przechowują w całości naszą naukę, poczem mago- wie oświecą znów stopniowo nowe narody. Z tego też względu nadzwyczaj ważny jest trafny wybór wyższych wtajemniczonych, którzy pójdą naszymi śla darni. Nadejdzie bowiem czas, kiedy wszyscy opuścimy tę ziemię, aby kierować jakąś inną planetą lub też przejdziemy do wyższego systemu. Co nasi następcy z pewnością utrzymają się na poziomie lecz wśród niższych wtajemniczonych po- wstaną nie uniknione nadużycia, które wywołają właśnie katastrofę, o jakiej mówiłeś. Jednak ta odległa przyszłość bynajmniej nie zwalnia nas od bezustannej pracy w teraźniejszości. Ciężka to sprawa, stosować prawdę odpowiednio do umysłowego rozwoju, ponieważ wiedza w rękach zarozumiałego ślepca -jest śmiercionośnym narzędziem. Wszak żądany i drapieżny tłum handluje wszystkim i uważa siebie także za wielkiego, mocnego i doskonałego do tego stopnia, że nie potrzebuje już ani nauczyciela, ani nawet Boga. - To, co powiedziałeś, nauczycielu, przypomina mi wypadki, jakie zachodziły na zmałej Ziemi w ostatnich wiekach jej życia, a osobliwie niektóre zdarzenia i sceny z tych czasów, kiedy byłem jeszcze Ralfem Marganem. Już wtedy zaczęto odsłaniać tłumowi tajemne siły z dziedziny nauk okultystycznych, jak na przykład hipnotyzm, którego tak bardzo nadużywano. Najzabawniejsi zaś byli pseudo - "magowie", wyrastający wszędzie, jak grzyby po deszczu; niemal w każdym kraju pełno było najrozmaitszych fakirów, rzekomych "radża-jogów" i "hierofantow". Wszyscy ci panowie, nie przechodzący bynajmniej żadnego wtajemniczenia, nie poddający się próbom samotno- ści i zupełnego milczenia, w celu oczyszczenia swojej aury, ośmielili się zuchwale mniemać, że mogą naśladować Chrystusa, dokonywać cudownych udzrowień i wojować z piekłem lub wypędzać demony; a jednocześnie, wskutek swej głębokiej niewiedzy, nierzadko przesiedlali demoniczną istotę z jednego chorego w drugiego lub też sami stawali się wreszcie ofiarą tych demonów. A jakże chełpili się między sobą ze "strasznych tajemnic", znanych rzekomo tylko im! Dobrze, jeśli to zwyczajni głopcy, a nie oszuści lub też przestępcy, nadużywający okruchów wiedzy w celu szkodzenia ludziom. - O, tak. Potrzeba dużo cierpliwości, miłości i delikatności, aby móc kierować tymi pigmejami - zło- śliwymi, upartymi i nadętymi zarozumiałością. Lecz jeżeli Ojciec Przedwieczny jest cierpliwy i bezgra- nicznie miłosierny, to nie nam - zbyt niedoskonałym - sądzić naszych niższych braci. Zresztą i w naszym życiu bywają także radosne chwile. W tym nadętym pychą, złośliwym i leniwym tłumie znajdują się czasami zazdrosne, szlachetne i kochające dusze, wdzięczne swoim nauczycielom. I jakąż wielką radość uczuwa nauczyciel, widząc że boska iskra walczy z namiętnościami, bez szemra- niawytrzymuje wszystkie próby, bohatersko zmaga się w więzach swego ciała, a wreszcie, łamie zapory i podnosi się ku światłu. - Szczególnie wówczas, kiedy się ma szczęście być kierowanym przez ciebie, Ebramarze. Okropna myśl, że opuścisz nas kiedyś i ja zostanę pozbawiony twoich rad - budzi we mnie rozpacz. - Jeśli to nie jest tajemnicą i nie uznasz prośby mej za natrętną, powiedz mi, proszę, dokąd udasz 40 się, opuszczając tę ziemię? - spytał Supramati z wyrazem niezdecydowania. - Phi! Piękny owoc wydało moje wychowanie, nie ma co mówić! Mag, prawie w przeddzień otrzyma- nia czwartego promienia, wpada w rozpacz, ponieważ przestaną wieść go za rączkę, jak uczące się chodzić dziecko. Przede wszystkm, łączność między nami nie zerwie się nigdy. Gdziekolwiek będę i jakiekolwiek będę wypełniał zadanie - nie przestanę troszczyć się o tych, któ- rych kocham, a w razie koniecznym znajdę ku nim drogę, aby pomocą i radą zawsze im służyć. I Ebramar serdecznie uścisnął dłoń Suprametiego. Pewnego wieczoru, po upływie paru miesięcy od opisanej wyżej rozmowy, w pracowni Ebramara zebrało się kilku jego przyjaciół i uczniów, w oczekiwaniu na Narajanę i Udeę, którzy dnia tego powrócili z ważnej podróży. Wkrótce obaj przybyli. Narajana był wesoły i ożywiony, a Udea, jak zawsze, poważny i zamyślony. - A więc, ukończyliśmy pracę, którą zadałeś nam nauczycielu - przemówił Narajana z wyrazem za- dowolenia. - Oznaczony przez ciebie obszar podzieliliśmy przy pomocy naszych mierniczych na dwa państwa: jedno dla Udei - drugie dla mnie. Okazało się, że ludność była tam o wiele liczniejsza, niż spodziewaliśmy się; przekonałem się także, iż poprzednicy nasi, posyłani do niej w swoim czasie w celach cywilizacyjnych, dobrze pracowali. Ludy te, należące do trzech ras i zamieszkujące olbrzymi kontynent, są obecnie już dostatecznie rozwinięte dla przyjęcia wyższej cywilizacji. - Pomiędzy nimi znajdują się także resztki ludności z dwóch ostatnich, częściowo zatopionych lą- dów i choć zmieszali się oni z nowymi rasami, to jednak pożytecznym byłoby, zda się, zupełnie wygubić tę pierwotną rasę i przeszkodzić dalszej asymilacji, która szkodliwie odbija się na wyższych plemionach - wtrącił Udea. - Masz słuszność i rozważymy to zagadnienie - odrzekł Ebramar. - Tak, warto byłoby wyrwać z korzeniami te porosty ludzkie, których daleko więcej posiada kraj Udei, niż mój. Muszę bowiem przyznać się ze wstydem, że wybrałem sobie najpiękniejszy i najlepszy "kąsek" - podkreślał Narajana. - "Altruizm" taki czyni ci wielki zaszczyt - powiedział z uśmiechem Supramati. - Ha, trudna rada! Jeszcze ostatecznie nie pokonałem w sobie tego śmiertelnego grzechu, który zwie się egoizmem, a przy tym i Udea nie sprzeciwał się, mówiąc, że jest zadowolony z wyboru. Być może, iż lubi on równiny, których jest tam wiele i wspanialłe rzeki, nawadniające owe posiadłości - od- powiedział dobrodusznie Narajana. - Ja zaś wolę morze i góry. A otóż i plany! - dodał. Kiedy magowie obejrzeli już plan państwa Narajany, wówczas wskazał im punkt, oznaczony czer- wonym ołówkiem i rzekł: - Spójrz, Ebramarze, oto tutaj założę swoją stolicę. Jest to przepiękna miejscowość. Nad samym brzegiem morza wznosi się pochyło, pokryte lasem wzgórze, sięgające blisko pięćset metrów; dalej cią- gnie się łańcuch górski i rozpościera wielkie jezioro, mogące zaopatrywać w wodę całe miasto; w górach zaś można będzie wykuć świątynie i podziemne groty celem urządzenia w nich archwiwów itd. Z wyżyny tej rozciąga się wspaniały widok i tam właśnie zbuduję sobie pałac. O! mam nadzieję, że kiedy uczynicie mi zaszczyt i przyjedziecie zwiedzić moje państwo, wówczas stolica jego - Urżana - niezawodnie spodoba się wam bardzo. - Cokolwiek zrobisz - przewiduję, że urządzisz się znakomicie - z odcieniem ledwie dostrzegalnej ironii zauważył, śmiejąc się, Ebramar. - Nie śmiej się, drogi nauczycielu. Posiadam w sobie wrodzone zamiłowanie do sztuki i piękna i za skłonności moje w tym kierunku nigdy przedtem nie ganiłeś mnie przecież. Właśnie w sprawie tej mam prośbę do ciebie i nauczycieli. Kiedyś, gdy już wszystko będzie przygotowane, obiecaliście obejrzeć wszystkie królestwa, aby oce- nić trudy nasze i pobłogosławić rządy. Chciałem więc prosić was, byście przyjechali poświęcić założoną przeze mnie stolicę i pierwszą świątynię, którą zamierzam zbudować na cześć sił przyrody, jako widocz- // nych przejawów twórczości Najwyższej Istoty. Pragnąłbym usłyszeć o tym zdanie twoje, Ebramarze? - Przedłożę twą prośbę najwyższym hierofantom i zakomunikuję ci odpowiedź ich. A ty Udeo, czy także podzielasz życzenia Narajany? - Ja, osobiście, nie mam żadnych specjalnych życzeń i całkowicie zdaję się na wolę nauczycieli; bę- dę szczęśliwy, mogąc widzieć ich u siebie, jeżeli oczywiście okażą mi tę łaskę i odwiedzą kraj mój także - odpowiedział Udea. - Spójrzcie, proszę, na tego rozczarowanego dyplomatę. No, jeżeli ty, przyjacielu, będziesz szczepił w swoich poddanych podobną obojętność i bezinteresowność, to uczynisz z nich najnudniejszy naród na całej planecie - zawołał Narajana z właściwą sobie żartobliwą emfazą. - Miejmy nadzieję, że przyswoją sobie tylko moje dobre przymioty, a złe postaram się ukryć przed nimi - odrzekł spokojnie Udea. Nazajutrz Ebramar zakomunikował Narajanie, że nauczyciele przychylili się do jego prośby i jeden z wyższych hierofantow osobiście uda się tam w celu poświęcenia kamienia węgielnego pod budowę miasta, oraz dokona związanych z tym magicznych obrzędów. Pozwolili mu także zabrać ze sobą pewną liczbę artystów, wyszkolonych przezeń spośród ziemian. Narajana odjechał wcześniej, ponieważ należało pobudować tymczasowe pomieszczenia dla ma- gów i hierofantow, a także i dla przesiedleńców; kiedy zaś wszystko zostanie już odpowiednio przygoto- wane - miał zawiadomić o tym Ebramara. Rozmawiając wieczorem z Ebramarem, Supramati zapytał go, dlaczego założenie stolicy przez Na- rajanę miało być poprzedzone tak wielką uroczystością, podczas gdy państwa Udei i Abrasaka będą musiały jeszcze bardzo długo czekać na magiczne poświęcenie. - Miasto to ma przeznaczoną wyjątkowo długą egzystencję, zaś naród, którego będzie stolicą, ode- gra poważną rolę w życiu kontynentu. Nauczyciele wystudiowali astralne klisze Sunazefa, któremu pole- cono wykonać tę osobliwą pracę, opowiedział mi w związku z tym wiele bardzo ciekawych rzeczy. A więc - naród, rządzony przez Narajanę, rozwinie olbrzymią cywilizację, wprost zdawiającą na tle tych pierwotnych czasów; potem zejdzie jednak z prawdziwej drogi, popadnie w błędy i głęboka jego wiedza stanie się nawet elementem rozkładu, który spowoduje wreszcie katastrofę, a następnie - ląd zniknie w wodach oceanu. Ze względu więc na takie świetne lecz burzliwe losy, nauczyciele zgodzili się udzielić magicznej ochrony tej kolebce przyszłego wielkiego narodu. Miejsce, które obrał Narajana na stolicę, było rzeczywiście wyjątkowo piękne. Po upływie więc kilku tygodni, od czasu opisanej wyżej rozmowy, u stóp wysokiego wgórza, gdzie miało stanąć miasto - w zielonej dolinie zebrały się wielkie tłumy ludzi. Jak tylko mogło sięgnąć oko, cisnęła się miejscowa ludność, tworząc olbrzymie półkole. Był to typ lu- dzi piękny, wzrostu wysokiego, o smagłym, z lekka czerwonawym odcieniu twarzy i dużych, rozumnych oczach. W środku owego półkola zgromadzili się znów ludzie odmiennego typu. Na czele ich znajdował się najwyższy hierofanta, ubrany w śnieżno białe szaty, usiane jakby brylan- towym pyłem; twarz miał zakrytą lekką zasłoną, a na głowie lśniła wysoka, spiczasta tiara, mieniąc się barwami tęczy. Wokół i za nim postępowała świta: magowie, maginie i adepci różnych stopni wtajemniczenia; wszy- scy śpiewali hymn magiczny w takt dźwięków kryształowych harf. Za procesją wtajemniczonych szli ziemianie: najpierw nauczyciele sztuk i rzemiosł, a dalej tłum zwy- kłych pracowników. Wijąc się równo, jak olbrzymia wstęga, ten nieskończony, zdawało się, pochód wstępował powoli na wzorze i wyszedłszy wreszcie na rozległy plac niedaleko szczytu - zatrzymał się. Stąd otwierał się rzeczywiście przepiękny widok. U podnóża stromych skał, okalających dolinę, roz- pościerało się morze błękitne, jak szafir i gładkie, jak lustro; tylko grzebienie fal, od czasu do czasu roz- bijających się o nadbrzeżne kamienie, pokrywały się białą jak śnieg pianą. Z przeciwległej znów strony opasywały plac wysokie, porosłe lasem góry, a w oddali, pomiędzy okrytymi ciemną zielenią wyżynami, jak srebrna tarcza, lśniła powierzchnia dużego jeziora. W środku samego płackowyżu grunt wznosił się znacznie, tworząc drugi placv mniejszych rozmia- rów i tam właśnie skierowała się procesja. Przyszedłszy tu, wszyscy uklękli, za wyjątkiem najwyższego hierofanty, który stał pod baldachimem, niesionym przez czterech adeptów; boki baldachimubyły opuszczone, wobec czego wielki sługa światła 42 nie dla wszystkich był widzialny. Po chwili z pod fałd zasłony wystrzelił ognisty obłok, który wznosił się stopniowo do góry, wirując i rozrzucając snopy iskier. Niebo pokryło się wkrótce ciemnymi chmurami, a na tle ich zarysowała się szeroka tęcza, która wzrastała powoli i jakby opuszczała się na ziemię, przyjmując kształt wielkiego ko- ła, opasującego plac. Następnie koło to rozszerzało się coraz dalej i już na horyzoncie wydawało się cie- niutką siatką, aż wreszcie znikło w przestrzeni. Gdzie niegdzie zaczęły ukazywać się świecące punkty, które powiększały się coraz bardziej, podob- ne do maleńkich, płonących ognisk. Cała atmosfera burzyła się i drgała, jakby wokół panował wielki gwar niewidzialnego tłumu. Najwyższy hierofanta wyszedł teraz z pod badlachimu i wydawało się, że płonął w ogniu; z tiary spływał snop świetlistych płomieni, a cała postać jego otaczała purpurowa areola. Wzniósł ręce, pokłonił się nisko na wszystkie cztery strony świata i dźwięcznym głosem zaczął wymawiać formuły złożone nie z wyrazów lecz dziwnych rytmicznych dźwięków. I nagle, z rozpostartych rąk jego, z piersi i pleców bły- snęły cztery złote promienie, które rozszerzały się stopniowo i mieniły różnobarwnymi ogniami. Upłynęło kilka chwil i ze wszystkich czterech stron świata pojawiły się tłumy duchów żywiołów, pro- wadzone przez swoich zwierzchników. Wysokie, mgliste postacie ich zatrzymały się nieopodal i kolejno pokłoniły przed hierofanta. - Duchy żywiołów! - przemówił wówczas najwyższy mag, a każde jego słowo grzmiącym echem rozlegało się po górach. - Oto powierzam wam naród, który macie darzyć względami i otaczać go swą opieką. W kraju tym zostaną wzniesione świątynie na waszą cześć; będą was tu czcili i wzywali na po- moc tłumowi, który choć nie pojmie lecz uwierzy w was, i - dopóki nie zostanie zerwana łączność z nim i zachowa się podanie o zawartej między nami umowie - będziecie pomagali i życzliwie sprzyjali temu narodowi! - Władcy powietrza, ognia, wód i wnętrz ziemi! Będziecie strzegli ludzi, zwierzęta i roślinność przed ogniem niebieskim; będziecie chronić kraj cały od niszczycielskich burz, od powodzi i trzęsień ziemi. Bądźcie więc życzliwi dla ludności, zamieszkującej te ziemie. Płynąć będą ku wam modlitwy ich, a dla podtrzymania astralnej łączności z narodem - na ołtarzach nieprzerwanie będzie płonął święty ogień; dymy kadziedeł i magiczne pienia ułatwią wam zbliżenie się. Składać wam będą w ofierze dary przyrody i pozostaniecie między ludźmi, a oni pośród was. Dopóki wszystko zachowa się w takim stanie - zacho- wa się także i urodzajność ziemi w całej obfitości, siła kraju i zdrowie wszystkiego, co w nim żyje! A teraz pójdziemy poświęcić kamień, założony pod fundamenty świątyni słońca, w której będą odda- wać cześć siłom przyrody i składać ofiary czerem żywiołom. W towarzystwie magów i magiń hierofanta skierował się na koniec placu, gdzie na wysokości kilku stopni leżał wielki, ociosany z czterech stron meteoryt; na nim gorzał jasny ogień, a nieopodal w szczeli- nie skalnej biło źródło, sącząc sturmień kryształowej wody. Duchy żywiołów ustawiły się z czterech stron kamienia, a hierofanta wymówił tajemne zaklęcia, któ- re niby obrzęd ślubny, związały je z owym miejsce i krajem. Następnie wylał na ogień esencję i natychmiast wzbił się słup aromatycznego dymu; dokonał pierw- szego polewania winem i mlekiem, okadził i wreszcie złożył pierwszą ofiarę z owoców i kwiatów. W tejże chwili padł promień słońca i otoczył kamień oślepiającym blaskiem. Hierofanta padł na twarz, a magowie i maginie uklękli i chórem odśpiewali radosny, dziękczynny hymn. Potem złożyli swoje instrumenty i przeszli do drogocennych materiałów, nagromadzonych wokół ka- miennego sześcianu. Z brył złota, srebra, minerałów, podobnych do malachitu, jaspisu, lapis-lazuli i t.p., zbudowali szybko obszerną kaplicę, kopuła której nakryła kamień, pozostawiając jedynie wąskie wej- ście, zastępujące drzwi. Po skończeniu tej pracy hierofanta znów przemówił dźwięcznym głosem: - To jest Sanktuarium! Wchodzić do niego może tylko wyższy hierofanta, władający magicznym ję- zykiem, w celu odprawienia modłów za naród, w wypadku grożącego niebezpieczeństwa. - A teraz zbliż się, Narajano, pierwszy królu, kapłanie i prawodawco tego kraju - i przyjmij tajemne święcenia dla wypełnienia wielkiego i trudnego dzieła. Rzekłszy to, hierofanta wziął z rąk jednego z adeptów szeroką, złotą koronę i włożył ją na głowę klę- czącego przed nim Narajany. Potem wyjął zza pasa flakon z pierwotną materią i pomazał nią czoło, pier- /J si i dłonie nowego króla. Ognisty płyn wybuchnął na chwilę płomieniem, poczym jakby wessał się w or- ganizm Narajany i znikł bez śladu. - Pasterzu powierzonej ci trzody! Mocą świętego ognia, który otrzymałeś w tej chwili będziesz spro- wadzał na ludzi i wszystko, co cię otacza, błogosławieństwo Boże; poczem ogień ów, wraz z jego potęż- nymi przymiotami, przekażesz temu, kogo poświęcisz służbie Bożej. Władając tajemnym językiem i przy pomocy posiadanej wiedzy będziesz rozkazywał siłom przyrody i mówił z ich władcami, albowiem nie istnieją siły "ślepe", zarówno jak nie istnieje i "martwa przyroda". Wszystko żyje, wszystko oddycha, mówi, wszystko jest napełnione życiodajnym tchnieniem Niepojętego i bezustannie śpiewa chwałę swemu Stwórcy. Ludzie nie zdolni dosięgnąć Najwyższego Opiekuna, będą Go ubóstwiali w Jego żywych tworach, a siły przyrody staną się bogami ich. Tobie zaś, jako wtajemniczonemu adeptowi, danym jest rozumieć mowę gwiazd, drganie powietrza, szelest liści, szum wód; możesz więc założyć szkołę wtajemniczenia, w której ta nauka przekazywana będzie z pokolenia na pokolenie. I biada narodowi, jeśli zapomni ma- giczny język i zatraci zdolność komunikowania się z rozumnymi siłami przyrody! Pracuj więc gorliwie i wytrwale na polu, leżącym przed tobą otworem! Obdarzony jesteś zdolnością czytania w sercach powierzonych ci owiec; co jest utajone przed innymi - tobie będzie znane; w twojej również władzy będą wszelkie choroby, zarówno cielesne, jak i duchowe. Tu, przed tym ołtarzem, gdzie skupia się boska siła, będziesz modlił się za swój naród. A im wyższą będzie twoja czystość, im płomienniejszą wiara - tym potężniejszą okaże się modlitwa i silniejsze dzia- łanie przeciąganego przez nią ognia niebieskiego. Naucz swój naród uczęszczać do świątyni, bowiem modlitwa wierzących - to oliwa, podsycająca niewidzialny ogień, płonący na ołtarzu. W symbolu bóstwa zawarte jest Jego tchnienie i odbicie; dlatego też świątynię napełniać powinny zawsze subtelne aromaty i chwalebne pienia, aby nie uleciało to święte tchnienie, pozostawiając pustymi posąg lub ołtarz. Mówiąc to, hierofanta wziął złotą laskę z zakrzywionym końcem i podał ją Narajanie: - Przyjmij symbol swej władzy. Jest to łaska pasterza i jednocześnie narzędzie kary, ponieważ DO- BRY pasterz obowiązany jest być nie tylko sprawiedliwym i wspaniałomyślnym lecz także surowym. A teraz - winszuję ci, synu mój i niechaj Bóg Wszechmocny błogosławi twoje trudy. Hierofanta pobłogosławił Narajanę i pocałował go w czoło, poczem cała procesja zaczęła schodzić ze wzgórza. Olbrzymi tłum tubylców, który obserwował płocące w powietrzu ognie i te niezwykłe zjawi- ska, jakie zachodziły wokół hierofanty - rozstąpił się z zabobonnym strachem i padł na twarz, dając przejście prosecji magów. Z powodu uroczystości tej przygotowano dla ludności ucztę i rozdawano podarunki. Po obiedzie, który się odbył w tymczasowym domu Narajany, magowie i maginie pożegnali nowego króla wraz z jego żoną, poczem wsiedli na statki powietrzne i odlecieli z powrotem do boskiego miasta. W kilka dni po swoim powrocie Udea znajdował się w pracowni Ebramara, gdzie rozmawiali obaj o zapowiedzianych wypadkach, które mają nastąpić w przyszłości oraz niektórych przypuszczeniach, ja- kie na ten temat zakomunikował przyjaciołom Nrajana. Wsparłszy głowę na rękach, Udea zamyślił się, a Ebramar w milczeniu obserwował jego blade i za- frasowane oblicze. - Rozmyślasz o swoim odjeździe, Udeo? Przyznam, że nie masz się czego ociągać i czas byłby wejść już w rolę króla i prawodawcy - zauważył Ebramar. - Przygotowania moje są już prawie zakończone. Pozostaje mi tylko wybrać kilku pomocników spo- śród ziemian i w sprawie tej chciałem właśnie prosić cię o radę. - Tu Udea wymienił kilka nazwisk. - Wybór twój jest najzupełniej odpowiedni i lepszego sam nie mógłbym ci poradzić. Lecz czemuż to wcale nie wspomniałeś, przyjacielu o swojej pierwszej pomocnicy i głównej nauczycielce szkół żeńskich, kierowniczce prac kobiecych i matce boskich królów - twoich przyszłych następców - o królowej? Czyś ją już wybrał sobie? Wszak wiesz, że bez tej towarzyszki życia i pomocnicy w trudzie nie możesz rozpo- cząć panowania - zauważył Ebramar z powagą. Udea westchnął głęboko. - Nie. Dotąd nie myślałem jeszcze o nikim i jak widzę, jest to najtrudniejszy dla mnie wybór, choć wiem, że obowiązkowy. Prosiłbym cię więc, Ebramarze, abyś zechciał dopomóc mi i ułatwić rozwiązanie M tego drażliwego zagadnienia. Obawiam się bowiem, że okres długiej i ciężkiej próby pozostawił szcze- gólne piętno na mej duszy; jestem mizantropem, nie towarzyskim, małomównym... nudnym. Będę też z pewnością nieznośnym mężem. Jakaż więc kobieta zechce mnie, zwłaszcza na przeciąg długich wie- ków, kiedy wzajemna pobłażliwość i przywiązanie są najbardziej niezbędne? - Wady, które wyliczyłeś, dowodzą tylko, że mag musi koniecznie pozbyć się ich - odrzekł z uśmie- chem Ebramar. - Lecz powróćmy do głównego przedmiotu. Zdawało mi się, że interesujesz się Arjaną, córką Suna- zefa; przynajmniej gawędziłeś z nią częściej, niż z innymi dziewczętami. - Istotnie, Arjana jest czarująca i posiada rzadką zdolność wyrażania powagi, zarówno jak i potrafi być wesołą, zależnie od okoliczności. Pamiętam jednak, że przeznaczyłeś ją Sandirze, synowi Supra- matiego. - Nie przeczę, że był kiedyś taki zamiar lecz został zaniechany. Obecnie mam całkowitą pewność, że dziewczyna interesuje się innym. - Ach! więc, właściwie to na jedno wychodzi - odpowiedział żywo Udea z jakimś nieokreślonym wy- razem. - Bez wątpienia. Lecz wyobraź sobie, jaki dziwny gust posiada Arjana! Ten, który jej się podoba, jest właśnie mizantropem, nie towarzyskim, małomównym, nawet nudnym i prawdopodobnie będzie niezno- śnym mężem; jednak wiem, że pomimo to ona z radością przyjmie oświadczyny skrytego wielbiciela oraz, że przyszłość nie budzi w niej najmniejszej obawy - odrzekł Ebramar, uśmiechając się chytrze i spoglądając na Udeę, którego twarz pokryła się rumieńcem. - Dziękuję ci, nauczycielu, za to, co mi powiedziałeś. Że zaś Arjana jest na tyle odważna, więc zary- zykuję i poproszę ją o rękę. Jeżeli przyjmie małomównego narzeczonego to - królowa moja została zna- leziona i po ślubie będę mógł zaraz odjechać - odpowiedział wzruszony Udea. Po upływie dwóch dni w pałacu Sunazefa odbyły się zaręczyny Udei z Arjaną, a po miesiącu - ślub; poczem okręt powietrzny poniósł trzecią kolonię prawodawców na nowe pole ich działalności. Rozdział drugi Był piękny, ciepły i cichy wieczór. Promienie zachodzącego słońca mieniły się złotymi blaskami na różnobarwnych pałacach miasta magów, a powietrze przesycone było przecudnymi zapachami kwia- tów, zapełniających olbrzymie ogrody. Na dużym tarasie pałacu Ebramara zebrało się dość liczne towarzystwo. Oprócz gospodarza był tam Suupramati i Dachir z kilkoma uczniami i przyjaciółmi, niektórzy członkowie kolegium egpiskich hie- rofnatów oraz kobiety, należące do szkoły wyższego wtajemniczenia; pośród nich znajdowała się także Nara, Edyta i Olga. Skończono już skromną wieczerzę i obecnie prowadzono ożywioną rozmowę o szczegółach zamie- rzonej podróży. - Przegląd nasz zaczniemy od odwiedzin państwa Udei - rzekł Ebramar. - Otrzymałem dziś od niego zawiadomienie, że oczekuje nas w górach w pobliżu źródeł wielkiej rze- ki, nawadniającej większą część jego kraju. Następnie udamy się do Narajany, który pisze, iż nie skoń- czył jeszcze swoich przygotowań na nasze przyjęcie. - Wyobrażam sobie, jakimi niespodziankami on cię obdarzy, Ebramarze i obawiam się, że wiele z nich będzie niezbyt pocieszających, ponieważ Narajana jest niepoprawny i nie ma sposobu na wyko- rzenienie zeń ziemskich wspomnień - zauważył Supramati. - Możliwe lecz nie będziemy uprzedzać faktów. Przy całej impulsywności jego natury i skłonności do uniesień, zamiary posiada w każdym razie szlachetne, przy tym w utworzonej przezeń kulturze główne miejsce zajmuje sztuka - odpowiedział Ebramar. - Pamiętam wpajaną przez ciebie niejednokrotnie zasadę: „kto pracuje, ten pochłania czasę; i dzi- siaj właśnie w szczególny sposób czuję prawdę tych słów. 45 Oto, jakby wczoraj, na tym samym tarasie, Abrasak z Udeą żegnali się z nami przed odjazdem na miejsce ich krzewicielskiej pracy. Jednocześnie pięć wieków minęło już od chwili, kiedy braliśmy udział w uroczystości zakładania stolicy Narajany i czas ten upłynął prawie niespostrzeżenie. - Dla nas, którzy liczymy tysiąclecia, jak zwykli śmiertelnicy miesiące swej przemijającej egzystencji, pięć wieków - to drobiazg; lecz dla ludzi zwykłych, pięćset lat - to okres dostatecznie długi, aby móc są- dzić osiągnięty postęp. W dziele wychowania narodów potrzeba nierzadko wiele czasu dla otrzymania namacalnych rezul- tatów - odpowiedział Ebramar. - Lecz oto zbliża się nasz statek. Czas w drogę, przyjaciele; o świcie będziemy już gościli u Udei - dodał, zwracając się do zebranych. Słońce wschodziło, zalewając blaskiem zieleniejącą równinę, którą przecinała dość szeroka, wi- docznie sprawna rzeka, ponieważ widać było na niej stojące przy brzegu statki. Wszystkie łodzie poma- lowane na kolor biały, posiadały wysokie, zakrzywione dzioby i zaopatrzone były w szerokie baldachimy dla ochrony podróżnych przed palącymi promieniami słońca. Na brzegu rzeki stała grupka mężczyzn w zwyczajnych, szarych ubraniach, przepasanych skórza- nymi pasami. Nieco przed nimi, na wzgórku, stał Udea. Ubrany był w białą tunikę ze złotą frendzlą i takimże zło- tym pasem. Piękne jego oblicze zmieniło się bardzo. Pozostał wprawdzie młodym człowiekiem, w pełni sił, lecz dawny wyraz znużenia i głębokiego smutku zamienił się teraz w spokojną energię; spojrzenie jego było po dawnemu surowe, a jednocześnie z głębi dużych, jasnych oczu, promieniował spokój, jaki daje tylko szczęście. - A otóż i oni! - rzekł wesoło, wskazując na powietrzny statek, który szybując w powietrzu zbliżał się szybko i powoli zaczął zniżać swój lot, a wkrótce wylądował nieopodal wspomnianej gromadki ludzi. Na przedniej części samolotu, na pomoście, stał Ebramar wraz z kilkoma hierofantami i magami. Udea pospieszył ku przybyłym i pomógł im wysiąść. - Pokłon wam głęboki! - Bądźcie łaskawi wstąpić na tę ziemię, czcigodni nauczyciele i przyjaciele, którzy darzycie mnie ta- kim szczęściem, przybywając dla przeglądu prac moich - przemówił Udea, klękając przed Ebramarem dla otrzymania błogosławieństwa. Ebramar podniósł go i ucałował, a za nim i wszyscy przybyli, poczem Udea przedstawił im swoich towarzyszy, którzy na widok hierofantów upadli przed nimi na twarz. W istocie bowiem z nich wszystkich, a szczególnie z Ebramara spływało wprost oślepiające światło, zaś szaty ich wydawały się jakby osypane brylantowym pyłem. Po skończeniu powitalnych ceremonii, Ebramar wesoło zapytał: - No, przyjacielu Udeo, w jakiż sposób zamierzasz wieźć nas do stolicy? Widzę przygotowane łódki lecz może chciałbyś skorzystać z naszego samolotu? - Jeżeli uważacie, czcigodni nauczyciele, że tak będzie wygodnie, to pragnąłbym zawieźć was do stolicy wodą. W ten bowiem sposób moglibyście zobaczyć część kraju i kilka miast; potem można było by zwiedzić okolice gdzie już w szczegółach poznalibyście mój system rządzenia i otrzymane zeń rezul- taty. - Plan doskonały i spodziewam się, że bracia moi również nie będą czynili sprzeciwu - odpowie- dział Ebramar. Wkrótce wszyscy umieścili się na łodziach, a silni wioślarze popchnęli je i pomnkęły szybko po spo- kojnych wodach szerokiej rzeki. Wzdłuż jednego z brzegów widać było ciągnący się łańcuch niezbyt wysokich gór; zaś po stronie przeciwległej, jak tylko mogło sięgnąć oko, na nieprzejrzanej przestrzeni rozpościerały się obszerne równiny. Ziemia była wszędzie doskonale uprawiona i sieć nawadniających kanałów przecinała pola. Od czasu do czasu ukazywały się wielkie osiedla, które pod względem architektonicznym przedstawiały mniej więcej jednakowy obraz, zaś maleńkie domki z płaskimi dachami, stojące od siebie w niewielkiej odległości, otaczały sady i ogródki. Prawie wszystkie osiedla tonęły w zieleni drzew owocowych, obficie okrytych przeróżnymi owocami. Po środku każdego osiedla znajdował się zwyczajny, kamienny dom, /