Ilja Warszawski Kawiarnia „Pod molekułą” Przełożyła Irena Lewandowska Wskazówki Elektronowego Kalkulatora Sprawowania się Miszki przez cały tydzień niezmiennie wskazywały stopień: „celująco”, postanowiliśmy więc uczcić to wydarzenie. Lula zaproponowała, żebyśmy się wybrali na koncert Silnych Wrażeń. Ja powiedziałem, że można by zwiedzić Muzeum Zapachów Alkoholowych Napojów Wysokoprocentowych. A Miszka zażądał, żebyśmy poszli do kawiarni „Pod molekułą”. Oczywiście pojechaliśmy do kawiarni, bo to przecież właśnie Miszka tak dobrze się sprawował i byłoby rażącą niesprawiedliwością pozbawiać go prawa wyboru. Na myślolocie dotarliśmy do kawiarni bardzo szybko. W drodze tylko raz zatrzęsło nami, kiedy pomyślałem, że warto by jednak na minutkę wpaść do Muzeum. Na szczęście nikt tego nie zauważył. W kawiarni skierowaliśmy się do czerwonego stolika, ale Lula powiedziała, że bardziej jej smakują potrawy syntetyzowane z jasnej nafty niż te z ciemnej. Przypomniałem jej o tym, co pisały gazety, że nie ma między tymi potrawami żadnej istotnej różnicy. Lula na to, że być może jest to jej kaprys, ale że jeżeli już robi się coś dla własnej przyjemności, to czemu nie pozwolić sobie na kaprysy. Nie sprzeczaliśmy się z nią, bo bardzo kochamy naszą Lulę i chcieliśmy, żeby miała jak najwięcej przyjemności z naszego pobytu w kawiarni. Kiedy usiedliśmy przy białym stoliku, na ekranie telewizora pojawił się robot w białej czapeczce i w białym fartuchu. Uśmiechnięty robot poinformował nas, że w kawiarni syntezy molekularnej mamy do wyboru trzysta sześćdziesiąt dań. By otrzymać wybrane danie, należy nakręcić jego numer na tarczy automatu i danie zostanie zsyntetyzowane wprost na naszych talerzach. Robot powiedział jeszcze, że jeżeli mamy ochotę na coś, czego nie ma w karcie, to musimy przymocować do głowy antenę i wyobrazić sobie to danie, a wtedy automat wykona nasze zamówienie. Spojrzałem na Miszkę i zrozumiałem, że mamy ochotę wyłącznie na to, czego nie ma w karcie. Lula zamówiła dla siebie porcję oładków, a ja pseudobefsztyk pospolity. Befsztyk był rumiany i wyglądał nad wyraz apetycznie. Lula powiedziała, że nie zdoła zjeść tylu oładków i żebym wziął od niej połowę jej porcji Tak też zrobiliśmy, a ja jej oddałem połowę befsztyka. Kiedyśmy się tym zajmowali, Miszka smętnie dłubał widelcem w potrawie własnego pomysłu, składającej się z kiszonych ogórków, śledzia, bitej śmietany i dżemu malinowego i próbował zrozumieć, dlaczego czasami połączenie bardzo dobrych rzeczy daje w rezultacie takie obrzydliwstwo. Zlitowałem się nad nim i wstawiłem jego talerz do destruktora, a Lula powiedziała, że kiedy wymyśla się jakieś danie, należy się bardziej skoncentrować. Wtedy Miszka zaczął syntetyzować ciastko w kształcie rakiety kosmicznej, a ja przez ten czas próbowałem wyobrazić sobie, jaki smak miałby przygotowywany dla mnie napój, gdyby dodać do niego parę kropli koniaku. Kiedy mi się to już prawie udało, zapaliła się nagle czerwona lampka, na ekranie pojawił się robot i powiedział, że u nich nie wolno robić takich rzeczy. Lula pogłaskała mnie po ręku i powiedziała, że jestem biedactwo, że z kawiarni ona z Miszką pojedzie do domu, a ja mogę sobie iść do Muzeum. Lula zawsze troszczy się o innych bardziej niż o siebie. Wiedziałem przecież, że bardzo chciała iść na koncert Wrażeń. Powiedziałem, że ja pójdę z Miszką do domu, a ona niech jedzie na koncert. Wtedy ona powiedziała, że najlepiej będzie, jeżeli wszyscy troje pójdziemy sobie do domu i spokojnie spędzimy resztę wieczoru. Zachciało mi się sprawić jej przyjemność i wymyśliłem dla niej owoc, który z kształtu przypominał pomarańczę, w smaku – lody, zapachem – jej ulubione perfumy. Lula uśmiechnęła się i odważnie ugryzła duży kawałek. Bardzo lubię, kiedy Lula się uśmiecha, bo wtedy kocham ją jeszcze bardziej. Kiedy wsiadaliśmy do myślolotu, żeby udać się do domu, Lula powiedziała, że takie staroświeckie molekularne kawiarnie są szalenie miłe, a jedzenie w nich jest znacznie smaczniejsze niż to, które syntetyzuje się w domu z centralnej stacji. Pomyślałem, że jest tak zapewne dlatego, że kiedy syntetyzuje się potrawy systemem przewodowym, nie sposób uniknąć niepożądanych dodatków i zanieczyszczeń. A wieczorem Lula nagle się rozpłakała. Powiedziała, że syntetyczne jedzenie to paskudztwo, że ona, Lula, nienawidzi cybernetyki i chce żyć na łonie przyrody, – chodzić piechotą, doić kozę i pić prawdziwe mleko zagryzając je smacznym razowcem. A potem powiedziała jeszcze, że Silne Wrażenia to parodia ludzkich uczuć. Miszka również rozryczał się i oświadczył, że Kalkulator Sprawowania się to obrzydliwy wymysł, i że Tomek Sawyer, który żył w starożytności, znakomicie obchodził się bez Kalkulatora. Potem powiedział jeszcze, że tylko po to zapisał się do kółka elektroniki, żeby nauczyć się oszukiwać Kalkulatora, i że jeżeli mu się to nie uda, to zrobi sobie procę i rozstrzela z niej ten idiotyczny automat. Uspokajałem ich jak umiałem, chociaż także pomyślałem, że być może Muzeum Zapachów nie jest takim świetnym wynalazkiem, jak mi się to wydawało. Pomyślałem sobie także o pseudorumsztykach. Najprawdopodobniej po prostu wszyscyśmy się zmęczyli zamawiając sobie jedzenie. A potem położyliśmy się spać. W nocy śniło mi się, że samotnie walczę z niedźwiedziem, i że wszyscy siedzimy przy ognisku, jemy znakomite niedźwiedzie mięso pachnące krwią i dymem. Miszka pakował do ust olbrzymie jego kawały, a Lula uśmiechała się do mnie swoim prześlicznym, nieco nieśmiałym uśmiechem. Trudno sobie wyobrazić, jaki byłem szczęśliwy we śnie, bo nie pamiętam, czy już o tym mówiłem? – strasznie kocham Lulę i Miszkę.