Dan Simmons Ilion Przekład Wojciech Szypuła Tę powieść dedykuję Wabash College: jego studentom, wykładowcom i spuściźnie Tymczasem myśli, zmęczone rozkoszą, W świat szczęśliwości większej się przenoszą: Umysł – ocean, gdzie każdy gatunek Znajdzie swój własny wierny wizerunek – Wznosi się przecież nad rzeczy gotowe I tworzy światy inne, morza nowe, Choć stawia ponad wszystko, co stworzone, W zielonym cieniu dumanie zielone. Andrew Marvell Ogród Jedne straciwszy, w drugie zamożesz się zbiory, Nowe pozyskasz sprzęty, stada i obory; Dusza się nie powróci, nikt się nie doczeka, Aby na nowo przyszła ożywiać człowieka. Achilles w Iliadzie Homera, księga IX w. 419–422 Serce bijące gorzko, czekające. Kaliban w wierszu Roberta Browninga Kaliban o Setebosie 1. Równina liońska. Gniew. Wyśpiewaj, muzo, gniew Achillesa, syna Peleusa, mężobójcy, któremu los śmierć przeznaczył, wyśpiewaj gniew, który kosztował Achajów życie wielu dobrych ludzi i wiele dusz posłał w mroki okrutnego Domu Śmierci. I wyśpiewaj też, muzo, gniew bogów, drażliwych i jakże potężnych tu, na nowym Olimpie; gniew postludzi, choć ci już dawno odeszli z tego świata; gniew nielicznych ocalałych prawdziwych ludzi, choć ci z kolei stali się egocentryczni i bezużyteczni. Śpiewając, muzo, wspomnij też o gniewie tych świadomych, czujących, poważnych, lecz niezbyt bliskich ludziom istot, które śnią pod lodami Europy, umierają w siarkowym popiele Io, rodzą się w zimnych dolinach Ganimedesa. Ach, śpiewaj i o mnie, muzo, o wskrzeszonym wbrew swojej woli Hockenberrym, biednym, martwym doktorze Thomasie Hockenberrym, przez przyjaciół zwanym Hockenbushem – przez przyjaciół, którzy dawno obrócili się w proch, w świecie, który dawno został zapomniany. Wyśpiewaj mój gniew, muzo – o tak, mój gniew! – nawet jeśli jest on wątły i nic nieznaczący w porównaniu z gniewem bogów nieśmiertelnych albo gniewem Achillesa bogobójcy. Albo muzo, lepiej w ogóle nie śpiewaj. Znam cię. Byłem twoim sługą i niewolnikiem, dziwko niezrównana. Nie ufam ci. Nie ufam ci ani trochę. Jeżeli mam w tej opowieści pełnić rolę chóru – choć wcale mi się to nie podoba – mogę zacząć gdziekolwiek. Zacznę więc tutaj. „Ten dzień niczym nie różni się od wielu dni, jakie upłynęły od moich ponownych narodzin, które miały miejsce przed ponad dziewięciu laty. Budzę się na terenie scholii. Otaczają mnie olbrzymie kamienne głowy, czerwony piasek ciągnie się po horyzont, nade mną wisi błękitne niebo. Muza wzywa mnie do siebie, mordercze cerberydy obwąchują mnie i wpuszczają do środka, kryształową windą wjeżdżam – jak zwykle – dwadzieścia siedem kilometrów po zboczu Olimpu na położone pod szczytem łąki i, zaanonsowany w pustej willi muzy, odbieram rozkazy od schodzącego z dyżuru scholiasty, a potem zakładam bransoletę morfującą i pancerz bojowy, wsuwam paralizator za pas i tekuję się – przenoszę za pomocą TK, teleportacji kwantowej – na równinę pod Ilionem. Jest wieczór. Jeżeli kiedykolwiek próbowaliście sobie wyobrazić oblężenie Troi – ja zajmowałem się tym zawodowo przez dwadzieścia lat – wiedzcie, że wasze wyobrażenia zapewne do pięt nie dorastały faktom. W moim wypadku tak właśnie było. Rzeczywistość jest o wiele piękniejsza i straszniejsza niż wizje niewidomego poety. Przede wszystkim samo miasto – Troja, Ilion, jedno z najwspanialszych ufortyfikowanych starożytnych polis. Znajduje się nieco ponad trzy kilometry od plaży, na której stoję, i ze swojego wzniesienia dominuje nad okolicą. Jest piękne. Tysiące pochodni i ognisk oświetlają jego mury i iglice – nie tak może niebosiężne, jak to przedstawiał Marlowe, ale i tak niewiarygodne: wysokie, krągłe, obce. Imponujące. Dalej: Achajowie, Danajowie i reszta najeźdźców, którzy formalnie nie są jeszcze „Grekami” (ten naród ukształtuje się dopiero za dwa tysiące lat), ale których mimo to tak właśnie będę nazywał. Ich obozowiska ciągną się wzdłuż brzegu na przestrzeni wielu kilometrów. Kiedy wykładałem Iliadę, powtarzałem moim uczniom, że wojna trojańska – mimo epickiego rozmachu, jaki nadał jej Homer – była prawdopodobnie całkiem skromną potyczką: ot, parę tysięcy Greków starło się z paroma tysiącami Trojan. Nawet najznamienitsi członkowie scholii, grupy znawców Iliady chełpiącej się dwutysiącletnią tradycją, twierdzili, że czarne okręty przywiozły na trojański brzeg najwyżej pięćdziesiąt tysięcy Achajów i ich sprzymierzeńców. Mylili się. Z moich obecnych szacunków wynika, że dwieście pięćdziesiąt tysięcy Greków walczy pod Troją z o połowę mniej liczną armią obrońców. Wygląda na to, że bohaterowie zlecieli się pod Ilion ze wszystkich greckich wysp (wojna to przecież obietnica łupów), zabierając po drodze swoich żołnierzy, sojuszników, służących, niewolników i nałożnice. Widok jest niesamowity: ciągnące się bez końca rozświetlone namioty, częstokoły, całe kilometry okopów wyrytych w twardym gruncie powyżej plaży – nie po to bynajmniej, żeby się w nich chować, lecz by przeszkodzić natarciu trojańskiej kawalerii. Blask płomieni migocze na tarczach i grotach włóczni; scenerię rozświetlają tysiące ognisk, przy których Grecy grzeją się, gotują, palą trupy. Palą trupy. Od kilku tygodni w greckich szeregach szerzy się zaraza. Pierwsze zaczęły padać osły i psy, później gdzieś tam zmarł żołnierz, gdzie indziej służący, aż ostatnio choroba przerodziła się w prawdziwą epidemię. W ciągu dziesięciu dni zmarło więcej Achajów i Danajów, niż przez całe miesiące padło z rąk Trojan. Ja osobiście podejrzewam tyfus. Grecy są przekonani, że to gniew Apolla. Widziałem Apolla z daleka, zarówno tutaj, jak i na Olimpie. Wredny gość. Boski strzelec, pan srebrnego łuku, który „strzałę wypuszcza daleką”, jest bogiem zdrowia, ale także patronem choroby. Co ważniejsze, jest także głównym niebiańskim sprzymierzeńcem Trojan i gdyby dać mu wolną rękę, wygubiłby Achajów do nogi. Nieważne więc, czy źródłem tyfusu są zatrute trupami rzeki, czy srebrny hak boga; Grecy mają rację, mówiąc, że Apollo źle im życzy. Tymczasem achajscy królowie – każdy z tych greckich bohaterów jest królem w swoich stronach i w swoich oczach – zbierają się w namiocie Agamemnona, by radzić o tym, jak położyć kres zarazie. Zmierzam w tamtą stronę bez pośpiechu, można by powiedzieć: niechętnie, chociaż po ponad dziewięciu leniwie toczących się latach nadchodzi najbardziej emocjonujący moment w moim życiu w roli obserwatora. Dziś wieczorem Iliada zaczyna się naprawdę. Byłem już, rzecz jasna, świadkiem wielu wydarzeń, które Homer w swoim poemacie przeniósł w dogodniejszy czas; widziałem na przykład tak zwany Katalog Okrętów, czyli spis sił inwazyjnych, który znalazł się w drugiej księdze eposu, a który oglądałem przed dziewięciu laty w Aulidzie, porcie w cieśninie między Eubeą i greckim lądem, kiedy szykowano ekspedycję pod Troję. Śledziłem epipolesis, dokonany przez Agamemnona przegląd wojsk, który Homer umieścił w księdze czwartej, a który odbył się wkrótce po lądowaniu pod Ilionem. Widziałem także scenę którą przygotowałem niegdyś studentom jako teichoskopię, czyli „widok z muru”, kiedy to Helena wskazuje Priamowi achajskich bohaterów i wodzów trojańskich. Teichoskopia znalazła się w trzeciej księdze Iliady, choć w rzeczywistości miała miejsce wkrótce po lądowaniu i epipolesis. Jeżeli w ogóle można tu mówić o jakiejś rzeczywistości. Mniejsza z tym. Dziś wieczorem odbędzie się spotkanie w królewskim namiocie i dojdzie do konfrontacji między Achillesem i Agamemnonem. To początek Iliady, powinienem więc – jak na uczonego przystało – bez reszty skupić się na tej doniosłej chwili, lecz prawda jest taka, że guzik mnie to wszystko obchodzi. Niech się puszą. Niech sobie pokrzykują. Niech Achilles wyciągnie miecz... No nie, muszę przyznać, że akurat ten fragment szczerze mnie intryguje. Czy Atena naprawdę przybędzie osobiście, żeby go powstrzymać? Czy też jej interwencja jest tylko metaforą, a w istocie Achilles sam się opamięta, wiedziony zdrowym rozsądkiem? Całe życie marzyłem o tym, by poznać odpowiedzi na takie pytania, a teraz, gdy od wyjaśnienia zagadki dzielą mnie dosłownie chwile, o dziwo, mam... to wszystko... gdzieś. Zmęczyło mnie dziewięć lat mozolnego odzyskiwania pamięci po bolesnym zmartwychwstaniu, dziewięć lat wiecznej wojny i przybierania heroicznych póz, że nie wspomnę już o zniewoleniu przez muzę i bogów. Nie zmartwiłbym się, gdyby na niebie pojawił się B–52 i zrzucił bombę atomową na Greków i Trojan. Chrzanię tych wszystkich bohaterów i ich drewniane rydwany. Ale posłusznie maszeruję w stronę namiotu Agamemnona. Taki już mój los. Jeżeli nie będę świadkiem sporu i nie złożę sprawozdania muzie, ryzykuję coś więcej niż utratę posady. Bogowie po prostu zmienią mnie z powrotem w kupkę DNA, z której mnie stworzyli. I będzie, jak to się mówi, po wszystkim. 2. Wzgórza Ardis. Dwór Ardis Daeman zmaterializował się nieopodal domu Ady. Zamrugał gapowato. Niebo było bezchmurne, zachodzące słońce płonęło czerwienią wśród drzew na grani, rozświetlając obracające się na kobaltowym firmamencie pierścienie B i R. Daeman miał prawo być zdezorientowany: tutaj dzień się kończył, a jeszcze przed sekundą, zanim wyfaksował się z przyjęcia w I Ułanbacie, na którym Tobi świętował drugą dwudziestkę, był ranek. Minęły całe lata od jego ostatnich odwiedzin u Ady, a poza domami przyjaciół, których odwiedzał regularnie – Sedmana w Paryżu, Ono w Bellinbadzie, Risir na urwiskach Chomu – nigdy nie wiedział, w jakiej strefie czasowej i na którym kontynencie wyląduje. Chociaż z drugiej strony... I tak nie znał nazw kontynentów, nie miał pojęcia o ich położeniu, nie wiedział, co to geografia i strefy czasowe – nie przejmował się więc swoją niewiedzą. Mimo wszystko czuł się zagubiony. Stracił cały dzień... A może zyskał? Jednego był pewien: powietrze miało tu inny aromat: bogatszy, bardziej dziki, bardziej wilgotny. Rozejrzał się. Stał na środku platformy faksowej. Permabetonowy krąg otaczały ozdobne żelazne kolumny, podtrzymujące – niczym w pergoli – kratownicę z żółtego kryształu. Pośrodku znajdował się obowiązkowy obelisk z symbolem, którego Daeman nie umiał odcyfrować. W całej dolinie nie było żadnej innej budowli – tylko trawa, drzewa, strumień w oddali i powoli obracające się pierścienie na niebie, przywodzące na myśl mechanizm jakiegoś olbrzymiego żyroskopu. Wieczór był ciepły, powietrze – inaczej niż w Ułanbacie – przesycone wilgocią. Platforma znajdowała się na środku łąki okolonej wianuszkiem niskich wzgórz. Pięć metrów od niej czekał stareńki, dwuosobowy, jednokołowy kabriolet. Nad kozłem unosił się równie wiekowy służek, a między drewnianymi hołoblami stał wojniks. Daeman wracał do Ardis po dziesięcioletniej z górą nieobecności, ale szybko przypomniał sobie związane z taką wizytą barbarzyńskie niewygody. Jak można było nie mieć faksowęzła w domu? – Daeman Uhr? – zapytał służek, chociaż musiał wiedzieć, kogo ma przed sobą. Daeman chrząknął i pokazał mu sfatygowaną walizkę. Maleńki służek podfrunął bliżej, chwycił bagaż gościa w opatrzone poduszeczkami szczypce i załadował pod płócienną budę. Daeman wsiadł do pojazdu. – Czekamy jeszcze na kogoś? – Pan jest ostatni. Służek zabuczał, zajął miejsce w półkolistej niszy woźnicy i cmoknął na wojniksa, który chwycił hołoble i ruszył truchtem w stronę zachodzącego słońca. Na żwirowej drodze spod zardzewiałych odnóży wojniksa i jedynego koła pojazdu unosiło się niewiele kurzu. Daeman rozsiadł się na pokrytej zieloną skórą kanapie, wsparł ręce na lasce i napawał się urokami przejażdżki. Nie przybył do Ady w odwiedziny bezinteresownie, lecz po to, by ją uwieść. Bo tym właśnie Daeman się zajmował: uwodził młode kobiety. I kolekcjonował motyle. Różnica wieku – Ada niedawno skończyła dwadzieścia lat, a on zbliżał się do drugiej dwudziestki – zupełnie mu nie przeszkadzała, podobnie jak fakt, że byli ciotecznym rodzeństwem. Kazirodztwo dawno już przestało być tabu. Daeman nigdy nie słyszał o dryfie genetycznym, ale gdyby nawet ktoś uświadomił mu istnienie tego problemu, zaufałby konserwatorni. W konserwatorni wszystko dawało się naprawić. Kiedy dziesięć lat wcześniej odwiedził wzgórze Ardis i próbował uwieść Virginie, kuzynkę Ady (z nudów, gdyż atrakcyjnością Virginia dorównywała wojniksowi), pierwszy raz zobaczył Adę nago. Szedł właśnie jednym z tysięcy korytarzy dworu Ardis, szukając oranżerii, w której miał zjeść śniadanie. Przechodząc obok pokoju dziewczyny, zajrzał przez uchylone drzwi. W wysokim, lekko zdeformowanym lustrze dostrzegł odbicie kąpiącej się Ady. Siedziała w wannie i ze znudzoną miną – od tamtej pory poznał ją lepiej i przekonał się, że nie jest fanatyczką higieny osobistej – spłukiwała ciało gąbką. Na widok młodej kobiety, która niczym imago motyla dopiero niedawno wynurzyła się z kokonu dzieciństwa, dorosłemu Daemanowi – był wówczas starszy niż Ada obecnie – zaparło dech w piersi. Mimo jeszcze dziecięcych bioder, ud i pączkujących piersi, Ada rzeczywiście przykuwała wzrok. Miała jasną skórę, która nawet po długim czasie spędzonym na słońcu zachowywała delikatną, pergaminową biel. Jej szare oczy, malinowe usta i czarne jak smoła włosy dopełniały obrazu, jakby żywcem wyjętego z amatorskich erotyków. Zgodnie z obowiązującą modą większość kobiet goliła pachy, ale ani młoda Ada, ani – jak miał nadzieję Daeman – jej dorosła wersja nie przejmowały się zbytnio kaprysami mody. W myślach przebił szpilką i dołączył do swojej kolekcji zamrożony w lustrze obraz – dziewczęcokobiece kształty, jasne, pełne piersi, kremową skórę i bystre oczy, a wszystko to podkreślone czterema plamami ciemnych włosów: falistym znakiem zapytania na głowie, w kąpieli niedbale podpiętym, zwykle jednak – przy zabawie – rozpuszczonym, dwoma przecinkami pod pachami i kształtnym wykrzyknikiem, nierozrośniętym jeszcze w szeroki trójkąt, ześlizgującym się w cień między udami. Daeman się uśmiechnął. Nie miał pojęcia, dlaczego Ada po tylu latach zaprosiła go na urodziny ani czyją właściwie dwudziestkę będą świętować, ale był przekonany, że uwiedzie ją, zanim wróci do prawdziwego świata niekończących się przyjęć, długich wizyt i niezobowiązujących romansów ze światowymi kobietami. Niezmordowany wojniks truchtał wytrwale. Chrzęścił żwir, wiekowe żyroskopy kabrioletu buczały cichutko. W dolinę zakradał się nocny cień, droga jednak wychodziła na grzbiet wzgórza, skąd widać było jeszcze zachodzące słońce, w połowie ukryte za następną granią, a potem opadała w szerszą dolinę, między pola ciągnące się po obu stronach. Nad polami unosiły się służki. Daemanowi przypominały piłki do krykieta. Droga skręciła na południe – czyli w lewo z punktu widzenia siedzącego w powoziku gościa. Kabriolet przejechał po drewnianym, krytym moście na drugą stronę rzeki, zygzakiem wjechał na strome wzgórze i zagłębił się w stary las. Daeman jak przez mgłę przypominał sobie, że przed dziesięciu laty polował w tym lesie na motyle, po południu tego samego dnia, kiedy ujrzał nagą Adę w lustrze. Pamiętał, jaki był podekscytowany, gdy nieopodal wodospadu udało mu się złapać rzadką odmianę rusałki żałobnika; podobne podniecenie czuł na widok jasnej skóry i czarnych włosów dziewczyny. Przypomniał sobie też, jak Ada na niego spojrzała, gdy podniosła przypadkiem wzrok: nie okazała zadowolenia ani złości, w jej zachowaniu nie było ani wstydu, ani prowokacji. Przyglądała się dwudziestosiedmioletniemu, sparaliżowanemu żądzą Daemanowi równie beznamiętnie, jak on obserwował motyle. Powozik zbliżał się do dworu Ardis. Pod szczytem wzgórza, w cieniu wiekowych dębów, wiązów i jesionów panował półmrok, ale przy trakcie płonęły żółte latarnie, a w głębi lasu, prawdopodobnie wzdłuż poprowadzonych w nim ścieżek, migotały sznury lamp w innych kolorach. Kiedy wojniks wynurzył się spomiędzy drzew, oczom Daemana ukazał się dwór Ardis. Od rozświetlonego gmachu we wszystkich kierunkach odchodziły kręte, wysypane białym żwirkiem ścieżki i alejki, rozległy trawnik ciągnął się przez dobre czterysta metrów, aż do skraju lasu, a za dworem wiła się rzeka, mieniąca się resztkami dziennego światła. W wycięciu przełęczy na południowym zachodzie widać było mroczne, zalesione wzgórza, za nimi następne i następne, aż te najdalsze zlewały się z ciemnymi chmurami na horyzoncie. Daemana przeszedł dreszcz. Dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że dom Ady znajduje się w samym sercu dinozaurowych lasów. Poprzednio las też napawał go strachem, chociaż Virginia, Vanessa i wszyscy pozostali – wszyscy poza piętnastoletnią Adą, która obdarzyła go tym swoim wyrachowanym, lekko rozbawionym spojrzeniem (szybko się nauczył, że to jej zwykły wyraz twarzy) – zapewniali go, że w promieniu blisko tysiąca kilometrów nie ma żadnych niebezpiecznych zwierząt. Wtedy w pogoni za motylami odważył się zapuścić do lasu. Teraz motyle nie wystarczą. Wiedział, że w obecności służków i wojniksów nic mu nie grozi, ale nie podobała mu się myśl, że miałby dać się pożreć jakiemuś wymarłemu gadowi, a potem obudzić się w konserwatorni z tak wstydliwym wspomnieniem. Gałęzie olbrzymiego wiązu w pobliżu dworu było obwieszone lampionami. Wokół podjazdu i wzdłuż białych ścieżek płonęły pochodnie. Stacjonarne wojniksy strażnicze stały przy żywopłotach i na skraju lasu. Pod wiązem wystawiono podłużny stół, również oświetlony pochodniami, przy którym powoli zbierali się pierwsi goście. Daeman zauważył również – z pewnym poczuciem wyższości i nie bez satysfakcji – że większość mężczyzn ma na sobie białobure burnusy, pełniące rolę wieczorowych płaszczy, które jednak w znamienitszych kręgach towarzyskich (w jakich obracał się na co dzień) wyszły z mody już ładne kilka miesięcy wcześniej. Kabriolet zajechał na okrągły podjazd. Wojniks zatrzymał się w plamie żółtego światła, padającego z otwartych drzwi, i tak delikatnie oparł hołoble na ziemi, że Daeman nie odczuł nawet najlżejszego wstrząsu. Służek podfrunął po bagaż, Daeman zaś wysiadł i z zadowoleniem rozprostował nogi. Jeszcze trochę kręciło mu się w głowie po ostatnim faksowaniu. Ada wybiegła mu na spotkanie. Na jej widok Daeman stanął jak wryty i uśmiechnął się głupawo. Nie tylko była piękniejsza, niż pamiętał – była piękniejsza, niż sobie wyobrażał. 3. Równina iliońska Greccy dowódcy zgromadzili się przed namiotem Agamemnona. Zebrał się też tłum gapiów. Sprzeczka między Agamemnonem i Achillesem nabiera rumieńców. Powinienem nadmienić, że zawczasu morfowałem w Biasa, ale nie pylijskiego kapitana w szeregach wojsk Nestora, lecz kapitana służącego pod Menesteusem. Ten nieszczęsny ateńczyk choruje akurat na tyfus i – mimo że dożyje aż do księgi trzynastej, kiedy to weźmie udział w walkach – na razie rzadko opuszcza namiot, stojący zresztą daleko stąd, na plaży. Bias jako kapitan budzi respekt szeregowych włóczników i gapiów, którzy rozstępują się przede mną i przepuszczają mnie do środka kręgu. Nikt nie oczekuje, że zabiorę głos w nadchodzącej dyspucie. Przegapiłem tę część przedstawienia, w której Kalchas, syn Testora, wieszczek „pierwszy w swym urzędzie” wyłożył Achajom prawdziwy powód gniewu Apolla. Stojący obok mnie grecki kapitan szepcze mi do ucha, że Kalchas przed zabraniem głosu zażądał gwarancji nietykalności. Poprosił Achillesa o obronę, na wypadek gdyby jego słowa nie przypadły do gustu królowi i tłumom. Achilles przychylił się do jego prośby, Kalchas zaś potwierdził podejrzenia zebranych: Chryzes, kapłan Apolla, błagał, by zwrócono mu uprowadzoną córkę, a odmowna odpowiedź Agamemnona rozwścieczyła boga. Wodzowi Greków nie spodobały się wyjaśnienia wieszczka. – Wyglądał, jakby piana miała mu pójść z pyska – chichocze kapitan. Zalatuje od niego winem. O ile się nie mylę, ma na imię Orus i za parę tygodni zginie z ręki Hektora, gdy ten zacznie masowo wyrzynać Achajów. Orus twierdzi, że przed chwilą Agamemnon zgodził się oddać tę niewolnicę, Chryzeidę. Krzyknął przy tym, iż „posiadanie tej branki bardzo jest mu miłe” i „byłaby w jego domu pociechą jedyną, większą niż Klitajmestra”, po czym zażądał rekompensaty w postaci innej, równie urodziwej dziewczyny. Zdaniem Orusa – nawalonego jak szpak, nawiasem mówiąc – Achilles nazwał go „łakomcą” i „człekiem bezwstydnego czoła” i zauważył, że Argiwowie (to kolejne przezwisko Achajów, Danajów, tych przeklętych Greków o wielu imionach) chwilowo nie mogą oddać wodzowi żadnych więcej łupów. Obiecał jednak Agamemnonowi, że jeśli w przyszłości szala zwycięstwa przechyli się na ich stronę, dostanie swoją dziewczynę, a na razie powinien oddać Chryzeidę ojcu i stulić pysk. – Dopiero wtedy Agamemnon, syn Atreusa, naprawdę się zapienił. – Orus zaśmiewa się do rozpuku. Inni kapitanowie obrzucają nas gniewnym wzrokiem. Kiwam ze zrozumieniem głową i spoglądam w sam środek zbiegowiska – Agamemnon jak zwykle znajduje się w centrum wydarzeń. Wygląda jak prawdziwy wódz armii: jest wysoki, ma brodę skręconą w klasyczne loczki, czoło godne półboga, przenikliwe oczy i błyszczące od oliwy muskuły. W najelegantszych szatach i pełnym rynsztunku stoi pośrodku kręgu przed Achillesem, którego wprost trudno opisać. Jest młodszy, silniejszy i piękniejszy od Agamemnona. Kiedy zobaczyłem go pierwszy raz, z górą dziewięć lat wcześniej, przy okazji Katalogu Okrętów, pomyślałem, że wśród tych wszystkich boskich mężczyzn on najbardziej przypomina boga, tak dumnie się prezentował. Od tamtej pory przekonałem się, że Achilles wprawdzie siłą i urodą góruje nad Grekami, jest jednak dość ograniczony – ot, taka nieskończenie przystojniejsza kopia Arnolda Schwarzeneggera. Krąg wokół tej dwójki tworzą bohaterowie, o których przez dziesięciolecia opowiadałem studentom w moim poprzednim życiu. Widziani na żywo wcale mnie nie rozczarowują. Tuż obok Agamemnona – chociaż bynajmniej nie po jego stronie w tej wściekłej kłótni – stoi Odyseusz. Jest o głowę niższy od dowódcy, ale bardziej barczysty; porusza się wśród Greków jak tryk wśród swoich owieczek. W jego oczach i rysach ogorzałej twarzy widać przypisywaną mu niezwykłą przebiegłość i inteligencję. Nie miałem dotąd okazji z nim porozmawiać, ale mam taki zamiar, zanim wojna się skończy, a on wyruszy w swoją długą podróż. Po prawicy Agamemnona stoi jego młodszy brat Menelaos, mąż Heleny. Byłbym bogaty, jeślibym dostawał dolara za każdym razem, kiedy zdarzało mi się podsłuchać skargi Achajów, że gdyby Menelaos był lepszym kochankiem – czy też, jak to przed trzema laty ujął Diomedes w rozmowie z przyjacielem, „miał większego kutasa” – Helena nie uciekłaby z Parysem, a herosi nie musieliby zjeżdżać się pod Ilion ze wszystkich greckich wysepek i tracić dziewięciu lat na oblężenie tego przeklętego miasta. Na lewo od Agamemnona stoi Orestes – nie ten rozpieszczony królewski syn, który teraz został w domu, a w przyszłości pomści ojca i zostanie uwieczniony w tragedii, ale jego imiennik, wierny królewski włócznik, który zginie w czasie najbliższego trojańskiego szturmu. Za plecami Agamemnona widzę Eurybatesa, królewskiego herolda, którego nie należy mylić z Eurybatesem heroldem Odyseusza. Obok niego stoi Eurymedon, syn Ptolemeusza, przystojny chłopak, woźnica rydwanu Agamemnona – jego z kolei nie należy mylić ze znacznie mniej urodziwym imiennikiem, który powozi końmi w rydwanie Nestora. Muszę przyznać, że czasem miałbym ochotę wymienić te wszystkie cudne patronimika na kilka zwykłych nazwisk. Dziś wieczorem w kręgu po stronie Agamemnona znajdują się także Ajaksowie, Wielki i Mały, dowódcy wojsk z Salaminy i Lokrydy. Tych dwóch nie sposób pomylić. Zbieżność imion jest najzupełniej przypadkowa: pierwszy z wyglądu przypomina zawodowego futbolistę, drugi – kieszonkowca. Euryalus, trzeci w hierarchii argolidzkich wodzów, stoi obok swojego bezpośredniego przełożonego, Stenelosa, który tak potwornie sepleni, że nie potrafi nawet wymówić własnego imienia. Jest wśród nas również przyjaciel Agamemnona i naczelny dowódca wojsk Argolidy, prostolinijny Diomedes. Twarz ma ponurą. Założył ręce na piersi i wpatruje się posępnie w ziemię. Stary Nestor, z którego ust „słodsze płyną wyrazy od miodu”, stoi mniej więcej w połowie obwodu kręgu i wygląda na jeszcze bardziej stroskanego od Diomedesa, gdy Agamemnon i Achilles przerzucają się wyzwiskami. Jeżeli wydarzenia potoczą się tak, jak opisywał je Homer, za chwilę Nestor wygłosi swoją płomienną przemowę, próbując – na próżno – pogodzić Agamemnona i Achillesa, zanim przez swój gniew przysłużą się Trojanom. Nie ukrywam, że chciałbym przy tym być, chociażby po to, by usłyszeć, jak wspomina wojnę z centaurami. Centaury zawsze mnie intrygowały. U Homera Nestor mówi o nich jak o zupełnie zwyczajnych istotach, chociaż są jednym z dwóch rodzajów mitycznych bestii wspomnianych w Iliadzie (drugim jest chimera). Czekam więc na wzmiankę o centaurach, a na razie staram się nie rzucać Nestorowi w oczy. Bias, pod którego się podszyłem, jest jednym z jego podwładnych, a ja wolałbym nie wdawać się teraz w konwersację. Chwilowo zresztą nie muszę się tym martwić: uwagę wszystkich zebranych bez reszty pochłania wymiana gniewnych zdań między Agamemnonem i Achillesem. Obok Nestora stoją – obojętni wobec tego konfliktu – Menesteus (który, jeżeli wszystko pójdzie po myśli Homera, za parę tygodni zginie z ręki Parysa), Eumelus (dowódca wojsk tesalskich z Feraju), Poliksynus (drugi dowódca Epejczyków), jego przyjaciel Talpius, Toas (dowódca wojsk etolskich), Leonteus i Polipoetes w charakterystycznych argiwskich strojach, Machaon z bratem Polidariosem, ich tesalscy porucznicy, ukochany przyjaciel Odyseusza Leukus (któremu los szykuje rychłą śmierć z rąk Antipusa) i inni, których tak dobrze poznałem przez ostatnie dziewięć lat: wiem, jak wyglądają, znam ich głosy, metody walki, sposoby składania ofiar, buńczuczne przechwałki. Nie pamiętam, czy już o tym wspomniałem, ale ci starożytni Grecy niczego nie robią na pół gwizdka. We wszystko, czym się zajmują, wkładają całe serce. W każdy ich wysiłek wkalkulowane jest, jak to powiedział jeden z dwudziestowiecznych naukowców, „pełne ryzyko porażki”. Naprzeciw Agamemnona i nieco na prawo od Achillesa stoi jego najbliższy przyjaciel Patroklos, którego śmierć (z ręki Hektora) wywoła prawdziwy gniew Achillesa i doprowadzi do największej rzezi w historii wojen. Jest tu także Tlepolemos, piękny syn mitycznego Heraklesa, który uciekł z domu po zabiciu wuja ojca, a wkrótce zginie zabity przez Sarpedona. Między nimi dwoma widzę starego Fojniksa, przyjaciela i byłego nauczyciela Achillesa, który szepcze coś do Orsylochusa, syna Dioklesa; nawiasem mówiąc, Orsylochus niedługo padnie z ręki Eneasza. Z lewej strony wściekającego się Achillesa znajduje się Idomeneus, którego zażyłość z mężobójcą jest znacznie bliższa, niżby to wynikało z Iliady. Naturalnie w kręgu stoi jeszcze wielu innych bohaterów, a za moimi plecami niezliczona rzesza widzów. Chyba już sobie wyobrażacie, jak się czuję. W tym tłumie nie ma bezimiennych – znam ich albo z poematu, albo z codziennej rzeczywistości pod murami Ilionu: każdy ma imię, patronimikum, swoją historię, swoje włości, żony, dzieci i niewolników, z którymi nie rozstaje się ani w bitwie, ani w słownych potyczkach. To za dużo jak na możliwości zwykłego naukowca. – Słuchaj no, Achillesie, bogom podobny mężu. Oszukujesz przy grze w kości, na wojnie i w miłości, a teraz próbujesz oszukać i mnie! – krzyczy Agamemnon. – Nie uda ci się! Nie nabiorę się na twoje sztuczki! Masz niewolnicę, Bryzeidę, najpiękniejszą z branek, która nie ustępuje urodą mojej Chryzeidzie, i chciałbyś zachować swoją nagrodę, a ja miałbym zostać z pustymi rękami. Niedoczekanie! Prędzej oddam dowództwo Ajaksowi... Idomeneusowi... przebiegłemu Odyseuszowi... albo i tobie, Achillesie, właśnie tobie, niż dam się tak oszukać! – Zrób to. – Achilles krzywi się pogardliwie. – Przyda się nam wódz z prawdziwego zdarzenia. Agamemnon sinieje na twarzy. – Dobrze. Spuść na wodę czarny okręt, wyładuj go ofiarami dla bogów, zapędź wioślarzy do wioseł i weź Chryzeidę, jeśli się odważysz... Sam będziesz musiał złożyć ofiarę, Achillesie mężobójco. Wiedz jednak, że ja wynagrodzę sobie tę stratę. Zabiorę ci twoją śliczną Bryzeidę! Grymas wściekłości wykrzywia piękne oblicze Achillesa. – Bezwstydniku! Okrywasz się swoim bezwstydem jak zbroją, jesteś chciwy i szczwany, tchórzu z mordą psa! Agamemnon robi krok do przodu. Wypuszcza berło i kładzie dłoń na rękojeści miecza. Achilles jest nieustępliwy. Również sięga po broń. – Trojanie nic nam nie zrobili, Agamemnonie, ty zaś wyrządziłeś wielkie szkody. To nie trojańscy włócznicy przywiedli nas na ten brzeg, lecz twoja zachłanność. Walczymy dla ciebie, żałosna kupo wstydu! Przypłynęliśmy tu z tobą, bo chciałeś zemścić się na Trojanach, którzy pozbawili honoru ciebie i twojego brata. Menelaos nie potrafił zatrzymać własnej żony w sypialni... Teraz Menelaos występuje naprzód i chwyta za miecz. Kapitanowie i zwykli żołnierze garną się do bohaterów, krąg pęka, powstają trzy obozy: zwolenników Agamemnona, popleczników Achillesa oraz tych, którzy zbierają się przy Odyseuszu i Nestorze z tak zdegustowanymi minami, jakby mieli ochotę zaszlachtować obu harcowników. – Odchodzę! – krzyczy Achilles. – Zabieram moich ludzi i wracam do Ftyi. Wolę utonąć na pustym okręcie w drodze do domu, niż zostać tu i w hańbie napełniać kielich Agamemnona winem i gromadzić dla niego łupy. – Dobrze! – woła Agamemnon. – Odejdź! Proszę bardzo, zdezerteruj. Nie będę cię błagał, byś został i walczył w mojej sprawie. Jesteś wielkim wojownikiem, Achillesie, ale co z tego? Twoje męstwo to dar bogów, nie zaś twoja zasługa. Uwielbiasz wojnę, krew, rzezie... Zabieraj tych swoich Myrmidonów i wynoś się stąd! Achilles trzęsie się ze złości. Walczy ze sobą: miałby ochotę odwrócić się na pięcie, zabrać swoich żołnierzy i na zawsze odpłynąć spod Troi – ale równie chętnie wyszarpnąłby miecz z pochwy i wypatroszył Agamemnona jak ofiarne jagnię. – Wiedz jednak – kontynuuje Agamemnon złowieszczym, teatralnym szeptem, doskonale słyszalnym dla wszystkich zebranych – że bez względu na twoją decyzję poddam się naciskowi Apolla i zwrócę Chryzeidę, ale w zamian zatrzymam Bryzeidę. Niech każdy żołnierz wie, że Agamemnon to prawdziwy mężczyzna, w przeciwieństwie do Achillesa, który jest zaledwie aroganckim chłopcem. Achilles traci panowanie nad sobą. Wyciąga miecz – i tu Iliada by się skończyła: zginąłby Agamemnon, Achilles albo jeden i drugi, Achajowie wróciliby do domu, Homer dożyłby spokojnej starości, Ilion przetrwałby tysiąc lat i, być może, dorównał potęgą Rzymowi... Gdyby nie Atena, która w tej właśnie chwili pojawia się za plecami Achillesa. Widzę ją. Achilles odwraca się z wściekłym wyrazem twarzy i najwyraźniej również ją widzi. Poza nami nikt jej nie zauważa. Nie rozumiem zasady funkcjonowania tych strojów kamuflażowych, ale technologia, z której sam teraz korzystam, sprawdza się również na usługach bogów. Zaraz jednak zdaję sobie sprawę, że w wypadku Ateny chodzi o coś więcej niż zwykły kamuflaż. Bogowie znów zatrzymali czas. Chętnie stosują tę sztuczkę, kiedy chcą porozmawiać na osobności z którymś ze swoich pupilów, ale sam widziałem to zaledwie kilkakrotnie. Agamemnon rozdziawia usta, widzę zawisłe w powietrzu kropelki śliny, ale z gardła nie dobywa się żaden dźwięk; jego szczęki tężeją, oczy przestają mrugać. Tak samo nieruchomieją wszyscy żołnierze w kręgu, zasłuchani i zdumieni. Nad naszymi głowami morski ptak zastyga w locie. Fale pienią się, ale nie dochodzą do brzegu. Powietrze gęstnieje niczym syrop, więżąc nas jak owady w bursztynie. W zamrożonym wszechświecie poruszają się tylko Atena Pallas, Achilles – i ja: nachylam się w ich stronę, żeby lepiej słyszeć. Dłoń Achillesa zaciska się na rękojeści miecza, na wpół wysuniętego z ozdobnej pochwy, ale po tym, jak Atena łapie go za włosy, nie waży się już dobyć broni. Nie rzuci przecież wyzwania bogini. Oczy płoną mu szaleństwem, kiedy jego krzyk przerywa gęstą, lepką ciszę, jaka zawsze towarzyszy zatrzymaniu czasu: – Dlaczego?! Dlaczego właśnie teraz, do pioruna?! Czemu w tej chwili przychodzisz do mnie, o bogini, córko Zeusa? Chcesz zobaczyć, jak Agamemnon mnie upokarza?! – Ustąp mu! – żąda Atena. Jeżeli nigdy w życiu nie widzieliście boga ani bogini, mogę tylko powiedzieć, że są wielcy – i to całkiem dosłownie: Atena ma sporo ponad dwa metry wzrostu – i uderzająco piękni. Żaden śmiertelnik nie może równać się z nimi urodą. Przypuszczam, że to zasługa rekombinowanego DNA i laboratoriów nanotechnologicznych. Atena jest po prostu cudem wcielonym: łączy w sobie kobiecą urodę, majestat i boską moc. Nawet sobie nie wyobrażałem takiej doskonałości, dopóki w cieniu Olimpu nie przywrócono mnie do życia. Bogini nie zwalnia chwytu. Ciągnie Achillesa za włosy i zmusza, by odwrócił się plecami do Agamemnona i jego stronników. – Nie ustąpię! – krzyczy Achilles. Jego głos rozbrzmiewa donośnie nawet w tym znieruchomiałym powietrzu, które tłumi wszystkie dźwięki. – Ten wieprz, który ma się za króla, zapłaci życiem za swoją arogancję! – Ustąp – powtarza Atena. – Białoręka bogini Hera przysłała mnie z nieba, bym powstrzymała twój gniew. Ustąp! Widzę wahanie w oczach dzielnego wojownika. Hera, małżonka Zeusa, jest jego patronką i głównym sojusznikiem Achajów na Olimpie. – Przestań natychmiast – ciągnie Atena. – Schowaj miecz, Achillesie. Przeklnij Agamemnona, jeśli musisz, ale go nie zabijaj. Jeżeli nas posłuchasz, pewnego dnia w trójnasób wynagrodzimy ci tę chwilę. Wiem, że tak będzie, tak jak znam przyszłość twoją i wszystkich śmiertelników. Jeśli jednak się nam sprzeciwisz, zginiesz tu i teraz. Bądź posłuszny mnie i Herze, a nagroda cię nie minie. Achilles krzywi się, szarpnięciem uwalnia włosy z jej uchwytu i z zawziętą miną wsuwa miecz do pochwy. Mam wrażenie, jakbym obserwował jedyne dwie żywe istoty w gąszczu posągów. – Nie mogę sprzeciwić się wam obu, bogini – mówi Achilles. – Człowiek powinien słuchać bogów, nawet jeśli serce pęka mu z gniewu. Uczciwość wymaga jednak, by ci sami bogowie słuchali modłów posłusznego im śmiertelnika. Atena uśmiecha się kącikiem ust i znika – tekuje się z powrotem na Olimp. Czas wznawia bieg. Agamemnon kończy swoją diatrybę. Achilles mężobójca bez broni wychodzi na środek kręgu. – Ty zapijaczony psie o zajęczym sercu! – woła. – Jesteś jak nasączony winem bukłak! Nazywasz się wodzem, a nigdy nie poprowadziłeś nas do walki, nie stanąłeś w szeregach najlepszych Achajów. Brak ci odwagi, by złupić Ilion, więc szukasz łupów w namiotach swoich żołnierzy. Tytułujesz się królem, ale rządzisz tylko najnędzniejszymi z nas. Obiecuję ci jedno, przysięgam dziś uroczyście... – Setki zebranych ludzi jak jeden mąż wstrzymują oddech. Są bardziej poruszeni obietnicą rychłej klątwy, niż byliby, gdyby Achilles na ich oczach zarżnął Agamemnona jak prosię. – Pewnego dnia synowie Achai srodze zatęsknią za Achillesem. – Głos mężobójcy niesie się tak daleko, że w odległych o sto metrów namiotach żołnierze porzucają grę w kości, żeby go posłuchać. – Wszyscy, co do jednego, pożałują, że go tu nie ma, a ty, Atrydo, z bólem serca zrozumiesz, że nic was nie ocali. Hektor będzie was żął jak dojrzałą pszenicę. Wtedy wydrzesz sobie serce z piersi i zjesz je w rozpaczy, żałując, żeś tak upokorzył najlepszego z Achajów. Achilles obraca się na swojej słynnej pięcie i wychodzi z kręgu. Żwir plaży chrupie mu pod stopami, gdy znika w ciemności wśród namiotów. Muszę przyznać, że wyjście miał niezgorsze. Agamemnon krzyżuje ręce na piersi i kręci głową. Ludzie są poruszeni, rozlegają się pierwsze szepty. Nestor występuje na środek, gotów rozpocząć swoją przemowę o wojnach z centaurami i jedności ludzi wobec zagrożenia. Trochę to dziwne: u Homera wygłasza ją jeszcze przed odejściem Achillesa. Odnotowuję to odruchowo moim umysłem scholiasty, ale myślami jestem zupełnie gdzie indziej. W tej właśnie chwili, gdy wspominam mordercze spojrzenie rzucone przez Achillesa Atenie, zanim ta chwyciła go garścią za włosy i zmusiła do posłuszeństwa, w mojej głowie kiełkuje plan tak nieprawdopodobny, tak niechybnie skazany na porażkę i zarazem tak cudowny, że na dobrą minutę zapiera mi dech w piersi. – Dobrze się czujesz, Biasie? – pyta stojący obok mnie Orus. Spoglądam na niego tępym wzrokiem. Nie wiem, kim jest ten człowiek ani jakiego Biasa ma na myśli; zapominam o swojej świeżo wymorfowanej tożsamości. Kręcę głową i przepycham się przez tłum wspaniałych zabójców. Żwir chrzęści mi pod nogami jakoś mniej heroicznie niż pod stopami odchodzącego Achillesa. Schodzę nad wodę, po czym – zniknąwszy gapiom z oczu – zrzucam kamuflaż. Gdyby ktoś teraz na mnie spojrzał, zobaczyłby Thomasa Hockenberry'ego, okularnika w średnim wieku, odzianego w absurdalny pancerz i futrzany płaszcz achajskiego żołnierza, które skrywają agregat morfujący i pancerz bojowy. Ocean jest ciemny. Ciemny jak wino, dodaję w myślach, ale wcale mnie to nie bawi. Czuję nieprzepartą chęć – nie pierwszy raz zresztą – żeby, korzystając z kamuflażu i uprzęży lewitacyjnej, odlecieć z plaży, ostatni raz zatoczyć koło nad Ilionem, a potem pofrunąć na południowy zachód nad ciemnymi jak wino wodami morza, które w przyszłości będzie Morzem Egejskim, aż dotrę do jeszcze nie greckich wysp i nie greckiego lądu. Mógłbym odwiedzić Klitajmestrę, Penelopę, Telemacha i Orestesa. Profesor Hockenberry zarówno w młodości, jak i na starość lepiej dogadywał się z kobietami i dziećmi niż z dorosłymi mężczyznami. Kłopot w tym, że te protogreckie kobiety i dzieci są bardziej gwałtowne i krwiożercze niż wszyscy mężczyźni, jakich profesor Hockenberry znał w swoim pierwszym, bezkrwawym życiu. Odkładam więc odlot na później. Fale wypełzają na brzeg w uspokajającym, łagodnym rytmie. Zrobię to. Podjąwszy decyzję, czuję to samo podniecenie, które towarzyszy człowiekowi przy lataniu – a właściwie nie przy lataniu, tylko w tej krótkiej chwili nieważkości, spadku swobodnego, kiedy rzuca się z wysokości w dół i wie, że nie ma dla niego powrotu na ląd. Utonie albo będzie pływał. Spadnie – albo poleci w dal. Zrobię to. 4. Okolice Conamara Chaos Batyskaf europańskiego morawca Mahnmuta wyprzedzał krakena o trzy kilometry i systematycznie powiększał swą przewagę. Spokój ducha małego roborganicznego automatu mącił jedynie fakt, że macki krakenów miewały nawet i po pięć kilometrów długości. Kraken go drażnił. Więcej, kraken mu przeszkadzał. Mahnmut kończył właśnie nową analizę Sonetu 116, nie mógł się doczekać, kiedy prześle jej wyniki na Io, do Orphu, i naprawdę nie podobała mu się perspektywa, że jakiś morski stwór połknie mu w tej chwili batyskaf. Namierzył krakena sonarem, stwierdził, że olbrzymia, wygłodniała galareta ściga go uparcie i na ułamek sekundy połączył się z reaktorem, żeby przyspieszyć o trzy węzły. Kraken, który z rodzinnych głębin zabłąkał się w pełen otwartych kanałów rejon Conamara Chaos, uparcie starał się nadążyć za zdobyczą. Mahnmut zdawał sobie sprawę, że przy tej prędkości monstrum nie może wyciągnąć macek i pochłonąć batyskafu, ale gdyby ten napotkał jakąś przeszkodę – na przykład ławicę świetlistego krasnorostu – i musiał zwolnić albo, co gorsza, zaplątałby się w plechę, kraken dopadłby go niczym... – Niech to szlag... – mruknął na głos Mahnmut, nie znalazłszy zgrabnego porównania. Ciszę ciasnego wnętrza batyskafu mąciło tylko monotonne buczenie mechanizmów. Czujniki morawca były podłączone bezpośrednio do sensorów batyskafu. Wirtualny zmysł wzroku ostrzegł go właśnie, że zbliża się do olbrzymiej masy krasnorostu. Świecące kolonie glonów pławiły się w wodach prądów izotermicznych, żywiąc się siarczanem magnezu, którego czerwone żyłki niczym krwiste korzenie opadały w głębinę z unoszących się na powierzchni morza szelfowych lodowców. Mahnmut w myślach wydał polecenie „zanurz się” i batyskaf zszedł dwadzieścia kilometrów głębiej, zaledwie o kilkadziesiąt metrów wymijając dolne warstwy glonów. Kraken zanurkował w ślad za nim. Gdyby umiał szczerzyć zęby, właśnie teraz by to zrobił: uwielbiał łowy na takiej głębokości. Mahnmut z żalem skasował Sonet 116 z wirtualnego pola widzenia i zaczął rozważać możliwe wyjścia z sytuacji. Głupio byłoby dać się pożreć niespełna sto kilometrów od Centrum Conamara Chaos. Wszystko przez tych przeklętych biurokratów: powinni byli oczyścić podlodowe morza z potworów, zanim każą morawcowi wracać do bazy. Mógłby zabić krakena, ale w promieniu tysiąca kilometrów nie było żadnej żniwiarki. Zanim firma zdążyłaby przysłać żniwiarkę, cielsko bestii padłoby łupem pasożytów żyjących w krasnorostach, solnych rekinów, pogonoforów i innych krakenów. A to byłoby straszne marnotrawstwo. Wygasił na chwilę wirtualną wizję i rozejrzał się po wnętrzu batyskafu, jakby oczekiwał, że widok fizycznego otoczenia podsunie mu jakiś pomysł. I rzeczywiście. Na konsoli, obok oprawionych w skórę dzieł Szekspira i pracy Helen Vendler, stała lampa woskowa, żartobliwy prezent od innego morawca, Urtzweila. Dwadzieścia jowiszowych lat wcześniej Urtzweil był partnerem Mahnmuta. Mahnmut uśmiechnął się i otworzył wirtualny kanał wizyjny na wszystkich częstotliwościach. W tej odległości od centrum musiały być jakieś diapiry, a krakeny nie cierpiały diapirów... Diapir był grudą rozmiękłego lodu, rozgrzaną w wulkanicznych głębinach i gorących strefach grawitacyjnych i unoszącą się ku powierzchni zasolonego epsomitem morza, a właściwie w stronę okrywającej je lodowej czapy. Dawniej lodowiec pokrywał całą powierzchnię Europy; od rozpoczęcia prac przez krioboty minęły dwa tysiące ziemskich lat, ale lód ustąpił tylko z dwóch procent powierzchni globu. Diapir wypatrzony przez Mahnmuta miał około piętnastu kilometrów średnicy. Płynął szybko. Krakeny nie przepadały za diapirami z powodu ich specyficznych właściwości elektrycznych. Na widok ciepłego lodu zwijały nie tylko mordercze macki, ale nawet niewinnie wyglądające czułki. Batyskaf Mahnmuta dopadł diapiru z dziesięciokilometrową przewagą nad krakenem. Zwolnił, wzmocnił kadłub, wciągnął do środka czujniki i sondy i wwiercił się w głąb miękkiej bryły. Za pomocą sonaru i satelitarnego systemu nawigacyjnego namierzył soczewki w lodzie i kanały, od których dzieliło go jeszcze osiem kilometrów w pionie. Za kilka minut diapir z impetem uderzy w lodową skorupę. Tworząca go breja przeciśnie się przez pęknięcia powierzchni i tryśnie stumetrową fontanną rozwodnionego lodu. Ten rejon Conamara Chaos na chwilę upodobni się do parku narodowego Yellowstone, który w zapomnianej erze znajdował się w Ameryce i słynął z zasiarczonych gejzerów i gorących źródeł. Przy ciążeniu Europy siedmiokrotnie słabszym od ziemskiego fontanna opadnie na lód w zwolnionym tempie, niczym leniwy deszcz ze śniegiem, i szybko skrzepnie w rzadkiej, sztucznie wytworzonej atmosferze (ciśnienie na powierzchni wynosiło zaledwie sto milibarów), dodając nowe niezwykłe formy do niewiarygodnych kształtów tutejszych pól lodowych. Mahnmut nie mógł zginąć w dosłownym sensie tego słowa. Był wprawdzie tworem częściowo organicznym, trudno jednak byłoby powiedzieć, że „żyje”; on po prostu „istniał”, ale – choć prawie niezniszczalny – nie miał ochoty stać się częścią fontanny i spędzić następnego tysiąca ziemskich lat w roli elementu abstrakcyjnej rzeźby z lodu. Zapomniał chwilowo o krakenie i analizowanym sonecie, dokonując gorączkowych obliczeń: uwzględniwszy prędkość wznoszenia diapiru i szybkość batyskafu w miękkim lodzie, przesłał wyniki do maszynowni i zbiorników balastowych. Jeżeli wszystko pójdzie po jego myśli, przebije się na drugą stronę diapiru pół kilometra pod powierzchnią. Prując wodę z maksymalną prędkością, dokona awaryjnego wynurzenia, trafi w kanał w lodzie i znajdzie się tuż przed czołem tsunami wywołanej zderzeniem diapiru ze skorupą. Sto kilometrów na godzinę powinno wystarczyć, żeby utrzymał się na szczycie fali – w ten sposób jak na desce surfingowej przemierzy połowę odległości dzielącej go od Centrum Conamara Chaos. Kiedy impet fali osłabnie, będzie musiał pokonać pozostałe dwadzieścia kilometrów, płynąc po powierzchni morza, ale na to nie mógł już nic poradzić. I tak będzie miał niezłe wejście. Chyba że kanał okaże się zablokowany. Albo inny batyskaf będzie nim płynął w przeciwnym kierunku. Przez te kilka sekund, zanim Mahnmut i „Mroczna Dama” zostaliby zniszczeni, morawiec najadłby się wstydu jak nigdy. Przynajmniej krakenem nie musiałby się już przejmować. Te stwory nie zbliżały się bliżej niż na pięć kilometrów do lodowej czapy. Po wprowadzeniu wszystkich poleceń i sprawdzeniu, że zrobił wszystko, co mógł, by uniknąć zniszczenia i na czas wrócić do bazy, Mahnmut wrócił do przerwanej analizy sonetu. Batyskaf – który dawno temu Mahnmut nazwał „Mroczną Damą” – pokonał ostatnie dwadzieścia kilometrów drogi do centrum szerokim na kilometr kanałem. Płynął po powierzchni czarnego morza pod czarnym niebem. Jowisz w trzeciej kwarcie właśnie wschodził, rozświetlając chmury bladą poświatą. Maleńka Io ślizgała się przed tarczą wschodzącego olbrzyma, unosząc się nisko nad lodowym horyzontem. Po obu stronach kanału wznosiły się kilkusetmetrowe ściany lodu, którego matową szarość przecinały pręgi o barwie przytłumionej czerwieni. Podekscytowany Mahnmut wyświetlił sobie sonet Szekspira. Sonet 116 Niechaj do prawych umysłów złączenia Żadne warunki nie będą przydane. Miłością nie jest miłość, co się zmienia Lub jako rzeczy jest powyginane. Nie. Miłość znak to we wieczności stały, Co nie wstrząśnięty jest nawet przez burze, Gwiazda dla barki, którą wichry gnały, Wartość nieznana, światło lśniące w górze. Nie błaznem czasu miłość jest, choć zgodnie Z prawami jego więdną nasze wdzięki. Nie zmienia się w godziny i tygodnie, Lecz do zagłady trwa, do skraju męki. Gdy sprawdzą na mnie: kłamstwo to – rzecz płocha – Nigdym nie pisał, nigdy nikt nie kochał. W ciągu minionych lat znienawidził ten sonet. Takie mniej więcej bzdety ludzie recytowali sobie na weselach w zapomnianej erze. Tandeta. Miernota. Grafoman, nie Szekspir. Kiedy jednak natrafił na mikrozapisy prac krytycznych Helen Vendler, kobiety, której życie i twórczość przypadały na XIX, XX lub XXI wiek (datowanie nie było jednoznaczne), znalazł klucz do tajemnicy tego wiersza. Może wbrew powszechnemu przekonaniu Sonet 116 nie był wcale niezręczną aprobatą, lecz stanowczą odmową? Mahnmut przejrzał spis wynotowanych z sonetu słów kluczowych: w co drugiej linijce jakieś „nie”, „żadne”, „nigdy”. A w wersie czternastym „nigdym”, „nie”, „nigdy”, „nikt” i jeszcze raz „nie” – niczym echo nihilistycznego „nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy” króla Leara. Nie mogło być wątpliwości: to wiersz o odrzuceniu. Wiedział, że sonet należy do cyklu sonetów adresowanych do „Młodzieńca”, ale wiedział również, że etykietka „Młodzieńca” została dodana niczym listek figowy w późniejszych, bardziej pruderyjnych czasach. Adresatem wierszy miłosnych nie był żaden „Młodzieniec”, lecz po prostu chłopiec, i to najwyżej trzynastoletni. Mahnmut znał opinie krytyków z drugiej połowy XX wieku i wiedział, że traktowali sonety dosłownie, jak prawdziwe listy homoseksualnego dramatopisarza do jego kochanka. Wiedział jednak również – z dzieł o bardziej naukowym charakterze, zarówno wcześniejszych, jak i pochodzących z późniejszego okresu zapomnianej ery – że politycznie motywowana dosłowna interpretacja wierszy jest zwykłą dziecinadą. Zdaniem Mahnmuta Szekspir skonstruował z sonetów dramat. Młodzieniec i pojawiająca się później Mroczna Dama były dwiema osobami tego dramatu. Sonety powstawały latami i to nie w młodzieńczej gorączce namiętności, lecz w późniejszym, dojrzałym okresie twórczości Szekspira. Czym poeta się w nich zajmował? Miłością. Co o niej sądził? Tego nikt nigdy się nie dowie – Mahnmut nie miał wątpliwości, że bard był zbyt sprytny, cyniczny i skryty, by okazać swoje prawdziwe uczucia. Ale w dramatach systematycznie pokazywał, jak targające ludźmi emocje, także miłość, czynią z nich głupców. A Szekspir, tak jak Lear, kochał swoich głupców i trefnisiów. Romeo był błaznem Fortuny, Hamlet – Losu, Makbet – Ambicji, Falstaff... No, Falstaff akurat nie był głupcem, ale miłość do księcia Hala uczyniła z niego głupca i sprawiła, że kiedy młody książę go odrzucił, z żalu pękło mu serce. Morawiec wiedział również, że „poeta” pojawiający się w sonetach, czasem występujący pod imieniem Will, nie był – wbrew twierdzeniom wielu niewydarzonych dwudziestowiecznych „uczonych” – historycznym Williamem Szekspirem, lecz sztucznym tworem, konstrukcją dramatyczną, którą dramatopisarz/poeta powołał do istnienia, by swobodnie badać wszelkie zawiłości uczuć. Czy nie mogło zatem zdarzyć się, że ów poeta był – tak jak szekspirowski hrabia Orsino – błaznem miłości? Człowiekiem, który zakochał się w miłości? Ta interpretacja bardzo się Mahnmutowi spodobała. Zdał sobie sprawę, że „prawych umysłów złączenie” nie jest homoseksualnym związkiem starego poety i młodego chłopca, lecz prawdziwą unią wrażliwości, aspektem miłości cenionym na długo przed Szekspirem. Z pozoru sonet mógł się wydawać trywialną deklaracją wiecznego uczucia, ale jeśli naprawdę był to wiersz o odrzuceniu... Tak, wszystko układało się w spójną całość. Wiersze Szekspira, podobnie jak innych wielkich twórców, odsłaniały tylko część poetyckiej rzeczywistości. O jakiego rodzaju odrzucenie chodziło? Co takiego powiedział młodzieniec starzejącemu się, podpitemu poecie, że ten musiał tak ostro zareagować? Mahnmut rozprostował palce głównego manipulatora, chwycił rysik i zaczął pisać: Drogi Willu, z pewnością chcielibyśmy, by nasze prawych umysłów złączenie – dwaj mężczyźni nie mogą bowiem cieszyć się uświęconym sakramentalnie związkiem cielesnym – było równie szczere i wiecznotrwałe, jak prawdziwe małżeństwo. Niestety to niemożliwe. Ludzie się zmieniają, Willu. Okoliczności również. Kiedy ludzie odchodzą – albo kiedy tracą pewne cechy – miłość również się ulatnia. Kiedyś kochałem cię, Willu, naprawdę kochałem, ale ty się zmieniłeś. Potem zmieniłem się ja i zmieniła się nasza miłość. Twój szczerze oddany Młodzieniec Mahnmut przeczytał swój list i parsknął śmiechem, ale śmiech zamarł mu w gardle, gdy dotarło do niego, jak diametralnie zmienia się wymowa Sonetu 116. Zamiast sentymentalnych zapewnień o miłości aż po grób, wiersz stał się protestem przeciw beztrosce i egoizmowi kochanka. Teraz należało go odczytywać inaczej: Niechaj do prawych umysłów złączenia Żadne (tak zwane) „warunki” nie będą przydane. Miłością nie jest miłość, co „się zmienia” Lub „jako rzeczy jest powyginane”. Nie! Mahnmut drżał z podniecenia. Sens i tego sonetu, i całego cyklu nagle stał się oczywisty. Z miłości, która miała być „prawych umysłów złączeniem”, zostały tylko gniew, pretensje, oskarżenia, kłamstwa i niewierność. Emocje wyczerpią się do Sonetu 126, po którym Młodzieniec i idealna miłość odejdą w niepamięć, a ich miejsce zajmą burdelowe rozkosze z Mroczną Damą. Morawiec przeniósł świadomość w przestrzeń wirtualną i zaczął pisać elektroniczny list do swojego wiernego interlokutora, Orphu z Io. Zawyły syreny. W wirtualnym świecie Mahnmuta rozbłysły światła. W pierwszym odruchu pomyślał: kraken! Ale potwór nie wypłynąłby przecież na powierzchnię i nie ścigał go otwartym kanałem. Zapisał sonet i swoje notatki, wykasował list z kolejki nadawczej i włączył zewnętrzne sensory. Od Centrum Conamara Chaos dzieliło go pięć kilometrów. Znajdował się w obszarze doków dla batyskafów, w zasięgu zdalnego sterowania, przekazał więc stery automatycznemu operatorowi i oddał się podziwianiu lodowych urwisk. Na pierwszy rzut oka Centrum Conamara Chaos niczym nie różniło się od reszty powierzchni Europy: potrzaskane, wypiętrzone na kilkaset metrów wzwyż zwały lodu, labirynt kanałów, czarne soczewki. Dopiero z bliska dawało się zauważyć ślady cywilizacji: ziejący czernią wjazd na teren doków, poruszające się windy na urwisku, okna w lodowej ścianie, migające światła nawigacyjne na naziemnych budowlach, węzłach mieszkalnych i czubkach anten. Wysoko nad krawędzią urwiska od czerni nieba odcinało się kilka zacumowanych na lądowisku i zabezpieczonych przed burzą promów międzyksiężycowych. Statki kosmiczne w centrum. To było coś niezwykłego. Mahnmut wszedł do doku, przełączył mechanizmy batyskafu w jałowy tryb pracy i zaczął się wysprzęglać z systemów statku. Po co go tu wezwali, do ciężkiej cholery? Zakończył procedurę cumowania. Z bólem odłączył dodatkowe zmysły i czujniki, dopasowując się do ograniczeń humanoidalnego ciała, i zszedł z pokładu batyskafu. Korytarzem w niebiesko podświetlonym lodzie dotarł do windy, którą ruszył na górę, do odległych węzłów mieszkalnych. 5. Dwór Ardis Kolacja przy stole nakrytym dla kilkunastu osób, pod drzewem obwieszonym lampionami: dziczyzna z lasu, łosoś z płynącej nieopodal rzeki, wołowina ze stad pasących się między Ardis i platformą faksową, białe i czerwone wina z miejscowych winnic, świeża kukurydza, sok owocowy z wodą gazowaną, sałata i groszek z ogrodu, kawior przyfaksowany gdzieś z daleka. – Czyje to urodziny? – zapytał Daeman, kiedy służki zaczęły podawać jedzenie. – I która dwudziestka? – Moje – odparł przystojny mężczyzna o kręconych włosach. Miał na imię Harman. – Ale to nie dwudziestka. – Słucham? Daeman się uśmiechnął. Nie zrozumiał. Nalał sobie soku i podał wazę siedzącej obok kobiecie. – Harman obchodzi urodziny co roku – wyjaśniła Ada. Siedziała u szczytu stołu. Opalona, w czarnej jedwabnej sukni wyglądała tak pięknie, że Daemana na jej widok przeszedł dreszcz. Teraz pokręcił głową i zmarszczył pytająco brwi. Corocznych urodzin nawet nie odnotowywano, nie mówiąc już o ich uroczystym obchodzeniu. – A więc to nie jest naturalna dwudziestka – powiedział do Harmana i skinął pustym kieliszkiem na unoszącego się w powietrzu służka. – Co nie zmienia faktu, że mam dziś urodziny – odparł z uśmiechem Harman. – Dziewięćdziesiąte dziewiąte. Wstrząśnięty Daeman znieruchomiał i rozejrzał się dyskretnie. Z pewnością padł ofiarą jakiegoś kiepskiego dowcipu, zrozumiałego tylko dla tej bandy prowincjuszy. Dziewięćdziesiąte dziewiąte urodziny to nie temat do żartów. Uśmiechnął się lekko i czekał na puentę. – Harman mówi poważnie – dodała Ada. Goście milczeli. Z lasu dobiegał świergot nocnych ptaków. – Ja... Najmocniej przepraszam – wykrztusił Daeman. – Nie mogę się doczekać tego roku. – Harman pokręcił głową. – Mam tyle do zrobienia. – W zeszłym roku Harman przeszedł sto pięćdziesiąt kilometrów po dnie Bruzdy Atlantyckiej – wtrąciła Hannah, młoda, wysportowana, krótko ostrzyżona przyjaciółka Ady. Teraz Daeman nie miał już wątpliwości: kpili sobie z niego. – Nie można chodzić po Bruździe Atlantyckiej. – Mnie się udało. – Harman ogryzał kolbę kukurydzy. – To był tylko rekonesans, tak jak mówi Hannah: sto pięćdziesiąt kilometrów w głąb i tyle samo z powrotem, na wybrzeże Ameryki Północnej. Nic wielkiego. Daeman uśmiechnął się uprzejmie, nie chcąc nikomu psuć zabawy. – Ale jak pan dotarł do bruzdy, Harman Uhr? W jej okolicach nie ma żadnego faksowęzła. Nie miał zielonego pojęcia, gdzie właściwie znajduje się Bruzda Atlantycka czy jakaś tam Ameryka Północna ani gdzie leży Ocean Atlantycki, ale odwiedził wszystkie trzysta siedemnaście węzłów – po kilka razy – i nigdy nie widział legendarnej bruzdy. Harman odłożył kukurydzę. – Poszedłem pieszo, Daeman Uhr. Bruzda zaczyna się u wschodnich wybrzeży Ameryki Północnej i biegnie dokładnie wzdłuż czterdziestego równoleżnika aż do krainy, którą w zapomnianej erze nazywano Europą. Jeżeli mnie pamięć nie myli, tereny, w których dosięga Europy, należały dawniej do państwa zwanego Hiszpanią. Ruiny starożytnej Filadelfii, znane panu zapewne jako węzeł 124 w posiadłości Lomana Uhr, są oddalone tylko o kilka godzin marszu od początku bruzdy. Gdyby starczyło mi odwagi – i jedzenia – mógłbym nią dojść do samej Hiszpanii. Daeman kiwał głową, potakiwał i uśmiechał się. Nic nie rozumiał z bełkotu tego pajaca, z jego bezwstydnego chwalenia się dziewięćdziesiątymi dziewiątymi urodzinami, z bredni o jakichś równoleżnikach, miastach z zapomnianej ery i chodzeniu pieszo. Nikt przecież nie chodzi piechotą dalej niż kilkaset metrów. Bo i po co? Wszystko, co mogłoby człowieka zainteresować, leży w pobliżu faksowęzłów, a jeśli trafi się kuriozum w rodzaju odległej od faksu posiadłości Ady, można tam dotrzeć kabrioletem bądź bryczką. Znał, naturalnie, rozległy majątek Lomana – świętował tam niedawno trzecią dwudziestkę Ono – ale reszta wypowiedzi Harmana nie trzymała się kupy. Najwidoczniej pod koniec życia facet zwariował. Nie szkodzi, ostatni faks do konserwatorni i wniebowstąpienie załatwi sprawę. Spojrzał na Adę z nadzieją, że zmieni temat, ale gospodyni uśmiechała się, jakby zgadzała się z każdym słowem Harmana. Powiódł wzrokiem po gościach, szukając u nich pomocy, ale wszyscy słuchali ich rozmowy uprzejmie, nawet z pewnym zainteresowaniem, tak jakby plecenie podobnych banialuk przy kolacji było czymś zupełnie naturalnym. – Całkiem niezły ten łosoś, prawda? – zapytał swoją sąsiadkę z lewej. – Pani też smakuje? Siedząca naprzeciwko niego kobieta, ruda, krępa, z pewnością dobrze po drugiej dwudziestce, oparła na drobnej piąstce najwydatniejszy ze swoich podbródków i spytała Harmana: – Jak tam było? To znaczy, jak było w bruździe? Opalony na brąz Harman z początku nie bardzo chciał spełnić jej prośbę, ale kiedy inni goście – nie wyłączając nieuprzejmej młodej blondynki, która zignorowała pytanie Daemana – zaczęli nalegać, uległ. Uciszył ich pełnym gracji gestem. – Bruzda wygląda fascynująco, nawet oglądana z brzegu. Zwłaszcza jeśli widzi się ją po raz pierwszy. Ma około siedemdziesięciu metrów szerokości i ciągnie się na wschód jak okiem sięgnąć. Im bliżej horyzontu, tym wydaje się węższa. Na końcu wygląda jak jasna kreska na granicy oceanu i nieba. Kiedy się nią idzie... To dziwne uczucie. Piasek na plaży, u wylotu bruzdy, jest suchy. Fale go nie zalewają. Z początku człowiek nieustannie rozgląda się na boki: schodzi po dnie oceanu i podziwia pionowe ściany wody, które niczym gładkie szkło oddzielają go od kipieli. Nie sposób się oprzeć pokusie dotknięcia ścian: są gąbczaste, przezroczyste i chłodne od napierającej wody; pod mocnym naciskiem leciutko się uginają, ale nie przepuszczają ani kropli. Wchodzi się coraz głębiej, cały czas po suchym gruncie, bo od stuleci dno bruzdy robi się wilgotne tylko wtedy, gdy spadnie deszcz. Piasek i ziemia są stwardniałe. Morskie stwory i rośliny, który zostały na dnie, wyschły na wiór i upodobniły się do skamielin. Po kilkunastu metrach ściany wody sięgają człowiekowi ponad głowę. A w głębinach za nimi poruszają się cienie: małe rybki podpływają do granicy morza i powietrza, czasem mignie sylwetka rekina, to znowu poświata galaretowatej, trudnej do zidentyfikowania istoty. Morskie stwory podpływają do ścian, szturchają je zimnymi łbami, po czym natychmiast zawracają i znikają w otchłani, jakby coś je przestraszyło. Kilometr, może dwa od brzegu ściany sięgają tak wysoko, że na dnie bruzdy robi się wyraźnie ciemniej; po kilkunastu kilometrach mają ponad trzysta metrów wysokości. Na widocznym w górze skrawku nieba widać gwiazdy, nawet w środku dnia. – Niemożliwe! – wykrzyknął chudy blondyn. Daeman przypomniał sobie, że nazywa się Loes. – Żartujesz. – Wcale nie. – Harman znów się uśmiechnął. – Szedłem tak cztery dni. Noce przesypiałem. Zawróciłem, kiedy skończyły mi się zapasy. – Skąd wiedziałeś, czy jest noc, czy dzień? – zapytała Hannah. – Za dnia niebo jest tam ciemne i widać na nim gwiazdy, ale ocean mieni się wszystkimi odcieniami błękitów i szarości: wysoko jest lazurowy, potem coraz ciemniejszy, a przy dnie, na wysokości wzroku, prawie czarny. – Znalazłeś tam coś ciekawego? – zainteresowała się Ada. – Wraki statków. Stare, z zapomnianej ery i starsze. I jeden, który... mógł być nowszy. Jeden z nich obejrzałem z bliska: ogromny, zardzewiały, przechylony na bok wrak sterczał z północnej ściany. Wszedłem do środka przez dziurę w kadłubie, wspiąłem się po drabince i ruszyłem pochylonym korytarzem na północ, przyświecając sobie latarnią, którą zabrałem na drogę, aż dotarłem do dużego pomieszczenia – ładowni, tak się to chyba nazywało – gdzie natrafiłem na granicę Bruzdy Atlantyckiej: od sufitu do podłogi biegła ściana wody, a w niej kłębiły się ryby. Przytknąłem twarz do zimnej, niewidzialnej przegrody. Zobaczyłem za nią pąkle, ślimaki, węże i inne morskie stwory; czepiały się wszelkich możliwych powierzchni i żerowały jedne na drugich. A po drugiej stronie ściany tylko suche powietrze i stara rdza. Jedynymi żywymi istotami byliśmy ja i biały krab, który – podobnie jak ja – musiał przywędrować z lądu. Zerwał się wiatr. Liście zaszeleściły nad stołem. Lampiony zakołysały się, śląc plamy światła na jedwabne i bawełniane stroje, eleganckie fryzury, na ręce i twarze gości, którzy słuchali jak zaczarowani. Nawet Daeman złapał się na tym, że opowieść Harmana – choć bzdurna – wciągnęła go. Rozstawione przy dróżkach pochodnie trzaskały i migotały w podmuchach wiatru. – A wojniksy? – zapytała kobieta siedząca obok Loesa. Daeman nie mógł sobie przypomnieć jej imienia. Może Emme? – Czy w oceanie jest ich więcej, czy mniej niż na lądzie? I czy są ruchome, czy stacjonarne? – Tam w ogóle nie ma wojniksów. Wszystkim zaparło dech w piersi. Daeman był nie mniej wstrząśnięty niż w chwili, gdy usłyszał, że Harman obchodzi dziewięćdziesiąte dziewiąte urodziny. Zakręciło mu się w głowie. Może to wino było mocniejsze, niż myślał? – Nie ma wojniksów – powtórzyła Ada. W jej głosie brzmiała raczej melancholia niż zdziwienie. Wzięła ze stołu swój kieliszek. – Proponuję toast. Służki podfrunęły bliżej, gotowe dolać gościom wina. Daeman otrząsnął się z nieprzyjemnego uczucia i zmusił do uśmiechu. Ada nie wygłosiła toastu, ale wszyscy przy stole wychylili kieliszki. Nawet Daeman po chwili wahania poszedł w ich ślady. Pod koniec posiłku wiatr jeszcze się wzmógł, chmury zakryły niebo i przesłoniły pierścienie B i R. Zapachniało ozonem i znad wzgórz na zachodzie nadciągnęły kurtyny deszczu, przyjęcie przeniosło się więc do wnętrza. Towarzystwo kurczyło się, gdyż goście parami rozchodzili się po rezydencji w poszukiwaniu rozrywki. W południowej oranżerii służki zorganizowały koncert muzyki kameralnej, kryty basen na tyłach dworku też przyciągnął garstkę chętnych, a na hakowatym tarasie na piętrze przygotowano bufet z przekąskami. Niektóre pary udawały się do sypialni, żeby się kochać, inne w zacisznych miejscach rozwijały swoje całuny i przenosiły się pod Troję. Daeman udał się z Adą, Hannah i Harmanem do mieszczącej się na drugim piętrze biblioteki. Jeżeli chciał zrealizować swój zamiar uwiedzenia gospodyni przed końcem weekendu, musiał spędzać z nią każdą wolną chwilę. Dobrze wiedział, że uwodzenie jest w połowie sztuką, a w połowie nauką i wymaga specyficznych umiejętności, samodyscypliny, kontaktu i sprzyjających okoliczności. Ale kontaktu przede wszystkim. Idąc obok Ady, czuł bijące od niej przez czarny jedwab ciepło. Ze zdumieniem stwierdził, że jej wargi nadal są oszałamiająco pełne, czerwone i wprost stworzone do kąsania. Kiedy podniósłszy rękę, wskazywała Hannah i Harmanowi górne półki bibliotecznych regałów, Daeman obserwował delikatne poruszenie jej piersi pod cienkim materiałem. Bywał już w różnych bibliotekach, ale takiej dużej jeszcze nie widział. Pokój musiał mieć około trzydziestu metrów długości i piętnastu wysokości. W połowie wysokości wokół trzech ścian biegła antresola. Na obu poziomach przy regałach zainstalowano ruchome drabiny, ułatwiające dostęp do najwyższych półek. Było tu sporo zacisznych alków, wnęk, stołów z rozłożonymi na nich opasłymi tomami i wygodnych kanap; półki z książkami zawieszono nawet nad ogromnym oknem w wykuszu naprzeciwko wejścia. Daeman zdawał sobie sprawę, że zebrane w bibliotece materialne książki musiały w przeszłości – prawdopodobnie przed wiekami – zostać potraktowane chemikaliami, które zapobiegły ich rozkładowi (te bezużyteczne przedmioty wykonano przecież ze skóry i papieru, a zapisano je zwykłym atramentem, na litość boską!), ale wyłożony mahoniem pokój z plamami ciepłego światła, zabytkowymi skórzanymi meblami i ponurymi regałami i tak emanował wonią starości i rozkładu. Nie mógł zrozumieć, dlaczego Ada i reszta jej rodziny utrzymują w Ardis takie muzeum, tak jak nie wiedział, co sprowadza do niego Hannah i Harmana. Mężczyzna o kręconych włosach, który twierdził, że spacerował po dnie Bruzdy Atlantyckiej i że właśnie rozpoczyna ostatni rok życia, był zachwycony. – Jak tu pięknie... Wszedł na drabinę, przejechał wzdłuż regałów i musnął palcami grubą księgę w skórzanej oprawie. Daeman parsknął śmiechem. – Myśli pan, że przywrócono funkcję czytania, Harman Uhr? Harman uśmiechnął się, ale sprawiał wrażenie tak pewnego siebie, że Daeman spodziewał się lada chwila ujrzeć na jego przedramieniu szereg złocistych symboli, które świadczyłyby o uruchomieniu funkcji czytania i skanowaniu zawartości księgi. Nigdy, rzecz jasna, nie widział, jak to działa, ale babka i inni starzy ludzie opowiadali mu o przywilejach, jakimi cieszyli się ich prapradziadkowie. Słowa nie popłynęły. Harman cofnął rękę. – A pan chciałby ją odzyskać, Daeman Uhr? Daeman roześmiał się – nie po raz pierwszy tego niezwykłego wieczoru – i nagle zdał sobie sprawę, że obie kobiety przyglądają mu się z ciekawością i jakby ze zmieszaniem. – Nie, oczywiście, że nie – odparł. – Po co? Czego mógłbym się dowiedzieć z tych staroci? I jaki miałoby to wpływ na moje życie? Harman wspiął się wyżej. – A nie intryguje pana, dlaczego nie widuje się już na Ziemi postludzi? Nie jest pan ciekaw, dokąd odeszli? – Ani trochę. Wrócili do domu, do swoich miast w pierścieniach. Wszyscy o tym wiedzą. – Ale dlaczego? Przez tysiące lat mieszali się do naszych spraw, pilnowali nas... Dlaczego nas zostawili? – Bzdura – parsknął Daeman, chyba bardziej arogancko, niż zamierzał. – Cały czas nas pilnują. Z góry. Harman zrobił taką minę, jakby nagle doznał olśnienia, i przejechał wraz z drabiną dalsze kilka metrów po mosiężnej szynie. Głową ocierał się prawie o sufit pod antresolą. – Awojniksy? – Cowojniksy? – Nie zastanawiał się pan, dlaczego przez setki lat pozostawały nieruchome? I co spowodowało ich nagłe ożywienie? Daeman otworzył usta, ale nie wiedział, co odpowiedzieć. – Twierdzenie, że wojniksy ożywiły się dopiero po ostatnim faksowaniu, to niedorzeczność – wykrztusił wreszcie. – Mit. Bujda. Ada podeszła do niego. – A zastanawiałeś się kiedyś, skąd pochodzą? – Kto skąd pochodzi, kotku? – Wojniksy. Daeman roześmiał się głośno i szczerze. – Oczywiście, że nie, młoda damo. Wojniksy są tu od zawsze. Są wieczne. Ponadczasowe. Poruszają się, czasem ich nie widzimy, ale cały czas są obecne, tak jak słońce i gwiazdy. – I pierścienie? – zapytała półgłosem Hannah. – Właśnie. – Daeman ucieszył się, że ktoś go rozumie. Harman zdjął z półki ciężkie tomiszcze. – Ada mówiła mi, Daeman Uhr, że niezły z pana lepidopterolog. – Słucham? – Podobno jest pan ekspertem od motyli. Daeman poczuł, że się rumieni. Zawsze było mu miło, gdy ktoś doceniał jego wiedzę. Nawet obcy. Nawet lekko szurnięty obcy. – Żaden ze mnie ekspert, Harman Uhr. Jestem zwyczajnym kolekcjonerem. Od wuja nauczyłem się tego i owego. Harman zszedł z drabiny i położył książkę na pobliskim stoliku. – W takim razie mam tu coś, co powinno pana zainteresować. Otworzył księgę, której strony były pokryte kolorowymi podobiznami motyli. Daeman zaniemówił z wrażenia. Wuj nauczył go nazw około dwudziestu gatunków, od innych kolekcjonerów dowiedział się, jak nazywają się te nieliczne, które udało mu się złowić. Dotknął ilustracji przedstawiającej pazia królowej. – Paź królowej – powiedział Harman. – Papilio machaon. Daeman nie zrozumiał dwóch ostatnich słów, ale i tak spojrzał na Harmana z podziwem. – Pan też jest kolekcjonerem! – Nie. – Harman wskazał kolejny znajomy, złotoczarny okaz. – Danaida. – Zgadza się – przytaknął oszołomiony Daeman. – Admirał. Perłowiec. Przeplatka. Modraszek. Osetnik. Niepylak apollo. – Harman dotykał kolejnych rysunków. Daeman rozpoznał tylko trzy gatunki. – Pan się naprawdę zna na motylach – stwierdził. Harman pokręcił głową. – Dopóki nie otworzyłem tej książki, nie wiedziałem nawet, że każdy rodzaj ma własną nazwę. Daeman przeniósł wzrok na jego dłoń. – Ma pan aktywną funkcję czytania! – Nikt jej nie ma. Tak jak nie mamy dostępu do komunikatorów, satelitów nawigacyjnych i datasfery ani możliwości samofaksowania z dala od węzłów. – W takim razie... Daeman nic już z tego nie rozumiał. Dlaczego ci ludzie się z nim drażnią? Chciał miło spędzić weekend, przyjechał do Ardis w dobrych zamiarach... To znaczy z zamiarem uwiedzenia Ady, ale w tym nie było nic złego. Tymczasem padł ofiarą jakiegoś złośliwego żartu. Ada chyba wyczuła narastającą w nim złość, bo pojednawczo pociągnęła go za rękaw. – Harman nie ma aktywnej funkcji czytania, Daeman Uhr. Po prostu niedawno nauczył się czytać. Daeman wytrzeszczył oczy. Słowa Ady brzmiały równie nonsensownie jak pomysł uczczenia swoich dziewięćdziesiątych dziewiątych urodzin i brednie o spacerze w Bruździe Atlantyckiej. – To umiejętność – wyjaśnił spokojnie Harman. – Taka sama jak znajomość nazw motyli albo pewne... talenty towarzyskie, z których pan słynie. Daemana zatkało. Czyżby jego hobby było aż tak powszechnie znane? – Harman obiecał, że nauczy nas tej sztuczki – dodała Hannah. – Czytania. Może nam się przydać. Chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej o odlewnictwie, zanim się poparzę. O odlewnictwie? Daeman słyszał kiedyś to słowo, ale nie miał pojęcia, co mogłoby mieć wspólnego z poparzeniami albo funkcją czytania. Oblizał wargi. – Nie interesują mnie wasze gierki. Czego ode mnie chcecie? – Musimy znaleźć statek kosmiczny – odparła Ada. – I mamy powody sądzić, że możesz nam w tym pomóc. 6. Olimp Po zakończeniu mojej zmiany, przypadającej na noc sporu Achillesa z Agamemnonem, teleportuję się z powrotem do kompleksu mieszkalnego scholiastów na Olimpie, notuję swoje obserwacje i analizę wydarzeń, zapisuję myśli w kamieniu tekstowym i zanoszę go do małego pokoiku muzy. Pokój ma białe ściany, a jego okna wychodzą na Jezioro Kalderowe. O dziwo, muza jest u siebie. Rozmawia właśnie z innym scholiastą. Scholiasta ten nazywa się Nightenhelser i przypomina dobrodusznego niedźwiedzia. Znamy się od czterech lat. Dowiedziałem się przez ten czas, że żył, wykładał na uniwersytecie i zmarł na amerykańskim środkowym Zachodzie w początkach XX wieku. Na mój widok muza odprawia go pospiesznie, a on wychodzi przez wykute z brązu drzwi i windą zjeżdża do naszych koszar i rozciągającego się w dole czerwonego świata. Muza przywołuje mnie gestem. Kładę kamień tekstowy na stojącym przed nią marmurowym stole. Spodziewam się, że odprawi mnie bez słowa, gdyż tak zwykle wyglądają nasze spotkania, ona jednak, nie zwracając na mnie uwagi, bierze kamień do ręki, zamyka oczy i koncentruje się. Czekam. Muszę przyznać, że się denerwuję. Serce wali mi jak młotem, dłonie – splecione za plecami, kiedy stoję przed muzą, nieudolnie naśladując wojskową pozycję „spocznij” – pocą mi się obficie. Dawno już doszedłem do wniosku, że bogowie nie potrafią czytać w myślach, a ich niesamowita zdolność przenikania myśli śmiertelników – herosów i scholiastów – nie jest niczym innym, jak tylko umiejętnością interpretacji drgań mięśni twarzy, ruchów oczu i podobnych drobiazgów. Mogę się jednak mylić. Może są telepatami. Jeśli tak – i jeśli zajrzeli mi do głowy w chwili, gdy po sprzeczce Agamemnona z Achillesem doznałem na plaży olśnienia i podjąłem decyzję – jestem trupem. Znowu. Widywałem scholiastów, którzy rozzłościli muzę, nie wspominając już o wzbudzeniu gniewu ważniejszych bogów. Parę lat temu, konkretnie w piątym roku oblężenia, żył wśród nas scholiasta z XXVI wieku – pulchniutki, bezczelny Azjata o intrygującym nazwisku Bruster Lin. Był najinteligentniejszym i najbardziej przenikliwym z nas, ale miał niewyparzoną gębę. Wygłosił jeden ironiczny komentarz za dużo. Poszło o pojedynek Parysa z Menelaosem, który mógł zakończyć wojnę. Starcie mano a marto między trojańskim kochankiem Heleny i jej achajskim małżonkiem – kibicowały im całe wiwatujące armie, Parys wystąpił we wspaniałej złotej zbroi, Menelaos stanął naprzeciw niego z wściekłym błyskiem w oku – pozostało jednak nierozstrzygnięte. Kiedy Afrodyta zorientowała się, że jej ukochany Parys zostanie zaraz posiekany na kawałki, sfrunęła spod nieba, porwała go Menelaosowi sprzed nosa i zaniosła do sypialni Heleny. Parys, jak wszyscy zniewieściali liberałowie w dziejach świata, był znacznie lepszym wojownikiem w łóżku niż na polu bitwy. Po jednej z zabawnych uwag Brustera Lina muza – bynajmniej nie rozbawiona – pstryknęła palcami i miliardy miliardów posłusznych nanocytów niczym gromada mikrolemingów równocześnie wyprysnęły z jego ciała. Efekt był taki, że Bruster Lin eksplodował deszczem krwawych ochłapów. Staliśmy przed muzą na baczność, gdy jego uśmiechnięta głowa potoczyła się nam pod nogi. Wzięliśmy sobie tę lekcję do serca: własne opinie zachować dla siebie, nie żartować z boskich rozrywek. Karą za kpinę jest śmierć. Muza otwiera oczy i patrzy na mnie. – Hockenberry... – mówi głosem dwudziestowiecznej kadrowej, która właśnie zamierza zwolnić z pracy urzędnika średniego szczebla. – Od jak dawna z nami jesteś? Wiem, że to pytanie retoryczne, ale boginiom – nawet tym pomniejszym – odpowiada się nawet na retoryczne pytania. – Dziewięć lat, dwa miesiące i osiemnaście dni, bogini. Muza kiwa głową. Jestem najstarszym scholiastą. A właściwie: jestem scholiastą z najdłuższym stażem. I ona o tym wie. Zastanawiam się, czy to potwierdzenie mojej długowieczności nie jest przypadkiem moim nekrologiem. Może za chwilę wybuchnę chmurą nanocytów? Zawsze uczyłem studentów, że było dziewięć muz, córek Mnemosyne: Klio, Euterpe, Talia, Melpomena, Terpsychora, Erato, Polihymnia, Urania i Kaliope. W tradycji greckiej, zwłaszcza w późniejszym okresie, każda z nich patronowała jakiejś dziedzinie sztuki: grze na flecie, tańcowi, poezji heroicznej. Ja jednak przez ostatnie dziewięć lat, dwa miesiące i osiemnaście dni, odkąd pod Ilionem pełnię rolę obserwatora i sprawozdawcy, spotykam się tylko z tą jedną muzą: wysoką boginią, która siedzi teraz przede mną przy marmurowym stole. Ze względu na jej ostry ton chętnie nazywam ją w myślach Kaliope, chociaż imię to oznaczał „tę o pięknym głosie”. Nie mogę powiedzieć, żeby jej głos był piękny – w moich uszach z pewnością bardziej przypomina wycie syreny niż dźwięki fletu – ale z całą pewnością nauczyłem się, że kiedy rozkazuje „skacz!”, należy skakać. – Chodź ze mną – mówi. Wstaje z gracją i wychodzi z marmurowej komnaty bocznym wyjściem. Idę za nią. Muza dorównuje wielkością bogom: ma dobrze ponad dwa metry wzrostu, ale jej ciało zachowuje przy tym idealne proporcje. Jest może mniej doskonała niż niektóre boginie, lecz i tak przypomina dwudziestowieczne atletki i nawet przy zmniejszonym ciążeniu, jakie panuje na Olimpie, muszę nieźle wyciągać nogi, żeby za nią nadążyć. Przechodzi po krótko przyciętej trawie między białymi budynkami i zatrzymuje się przy rydwanie. Mówię „rydwanie”, bo pojazd trochę przypomina rydwan: jest niski, podkowiasty w kształcie – nie ma jednak koni, lejców ani woźnicy. Muza wsiada i gestem daje mi do zrozumienia, żebym do niej dołączył. Niepewnie, z bijącym sercem wsiadam do rydwanu i odsuwam się na bok. Muza dotyka smukłymi palcami złotego klina, który mógłby być panelem sterowniczym. Zapalają się lampki, słychać buczenie i trzaski, pajęczyna wyładowań elektrycznych otacza rydwan i wzbijamy się w powietrze. Z przodu pojawia się nagle para holograficznych koni w galopie; naprawdę można odnieść wrażenie, że są zaprzężone do pojazdu. Zdaję sobie sprawę, że iluzja została stworzona na potrzeby obserwujących nas Greków i Trojan, ale i tak złudzenie, że to materialne rumaki ciągną rydwan, jest bardzo silne. Łapię metalową poręcz i zapieram się o nią odruchowo, ale nie czuję wstrząsów, chociaż rydwan podskakuje i kładzie się w ostry skręt nad skromną świątyńką muzy. Potem przyspiesza i kieruje się prosto w stronę jeziora. Jadę rydwanem bogów! Zaraz jednak besztam się w myślach za swoją zarozumiałość. To ze zmęczenia. I z nadmiaru adrenaliny. Oczywiście widywałem już takie rydwany tysiące razy, gdy krążyły wokół Olimpu bądź szybowały nad Ilionem, niosąc bogów pochłoniętych boskimi sprawami – zawsze jednak oglądałem je z ziemi. I konie, i sam rydwan wyglądają z dołu jak prawdziwe. Kiedy siedzi się w środku i leci trzysta metrów nad szczytem wulkanu, który wznosi się na wysokość dwudziestu sześciu kilometrów, złudzenie nie jest już tak zupełne. Wierzchołek Olimpu powinien być skuty lodem i praktycznie pozbawiony atmosfery, ale wcale tak nie jest: powietrze jest tu gęste i nadaje się do oddychania nie gorzej od tego, które wdycham dwadzieścia pięć kilometrów niżej, w scholii, u stóp wulkanicznych urwisk. Zamiast lodu wszędzie ściele się trawa, rosną drzewa, a przy tutejszych śnieżnobiałych budynkach, olbrzymich i przepięknych, nawet Akropol wyglądałby jak wygódka na podwórzu. Jezioro Kalderowe w kraterze Olimpu ma kształt ósemki i prawie sto kilometrów długości. Przelatujemy nad nim z prędkością bliską prędkości dźwięku. Tylko dzięki polu siłowemu – albo boskiej magii – świst nas nie ogłusza, a pęd powietrza nie urywa nam głów. Wokół jeziora stoją setki budynków, otoczonych hektarami wypielęgnowanych trawników i ogrodów – zapewne są to domy bogów. Po błękitnej wodzie suną wolno olbrzymie autotriremy. Bruster Lin mówił mi kiedyś, że według jego szacunków Olimp jest wielkości Arizony, a sam trawiasty wierzchołek ma powierzchnię w przybliżeniu równą powierzchni Rhode Island. Dziwnie się czułem, słuchając porównań tutejszej rzeczywistości do tamtego innego świata, innych czasów, innego życia. Oburącz ściskam wąską poręcz i podziwiam zapierające dech w piersi widoki. Z tej wysokości widać krzywiznę planety. Na północnym zachodzie błękitny ocean ciągnie się aż po łukowato zakreślony horyzont. Na północnym wschodzie biegnie linia brzegowa; oczyma wyobraźni widzę szereg ogromnych kamiennych głów, rozgraniczający wodę od lądu. Dokładnie na północ od nas rysuje się półksiężycowaty, bezimienny archipelag. Widać go z plaży przy koszarach, w których mieszkamy, gdyż leży dosłownie kilka kilometrów od brzegu. Za nim niebieska pustka wód ciągnie się aż do bieguna. Na południowym wschodzie majaczą następne trzy wulkany, z pewnością niższe od Olimpu, ale pozbawione dobrodziejstw sterowanej pogody i w związku z tym pokryte śniegiem. Domyślam się, że jednym z nich jest Helikon, dom mojej muzy i jej sióstr – o ile ona w ogóle ma siostry. Na południu i południowym zachodzie setkami kilometrów ciągną się pola uprawne, dalej puszcza, za nią czerwona pustynia, za nią chyba kolejny las, ale później ląd rozmywa się już we mgle i łączy z niebem. Żadne mruganie ani przecieranie oczu nie pomaga: nie jestem w stanie rozróżnić szczegółów. Kierowany przez muzę rydwan posłusznie skręca i obniża lot, kierując się ku zachodnim brzegom Jeziora Kalderowego. Widzę już, że białe kropki, które dostrzegłem, kiedy lecieliśmy nad jego taflą, są w rzeczywistości dużymi budowlami ze schodami, kolumnowymi portykami, frontonami i posągami. Jestem przekonany, że żaden scholiasta nie widział tej części Olimpu... a jeśli któryś widział, to nie dożył chwili, w której mógłby nam o tym opowiedzieć. Lądujemy przy największym z olbrzymich gmachów. Holograficzne konie znikają. Na trawie stoją tu setki zaparkowanych w pośpiechu rydwanów. Muza wyjmuje z kieszeni coś, co wygląda jak mały medalion. – Kazano mi zabrać cię do miejsca, w którym nie powinieneś się znaleźć, Hockenberry. Jedna z bogiń poleciła mi, bym przekazała ci dwa rekwizyty. Dzięki nim nawet w wypadku wykrycia nie zostaniesz od razu zgnieciony jak natrętna mucha. Załóż je. Podaje mi dwa przedmioty: medalion na łańcuszku i coś, co na pierwszy rzut oka przypomina kaptur z miękko wyprawionej skóry. Medalion jest nieduży, ale ciężki, jakby ze złota. Muza sięga po niego i przesuwa ruchomy kawałek jego tarczy w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. – To jest osobisty teleporter kwantowy. Takich samych używają bogowie – wyjaśnia półgłosem. – Przeniesie cię w każde miejsce, jakie sobie wyobrazisz. Ten egzemplarz pozwala również śledzić bogów, kiedy teleportują się przez przestrzeń Plancka, natomiast nikt poza boginią, która mi go dała, nie może wytropić ciebie. Rozumiesz? – Tak – odpowiadam, z trudem powstrzymując drżenie głosu. Nie powinienem przyjmować tego daru. Przyniesie mi zgubę. Ale drugi prezent jest jeszcze gorszy. – To Hełm Śmierci – mówi dalej muza. Zakłada mi ozdobne nakrycie głowy, ale zsuwa mi je na ramiona jak fałdy kaptura. – Sam Hades go zrobił. To jedyny przedmiot w całym wszechświecie, która sprawia, że jesteś niewidzialny dla bogów. Rozdziawiam głupawo usta. W pamięci kołaczą mi się naukowe przypisy dotyczące Hełmu Śmierci; przypominam sobie, że imię Hades (po grecku AIDS) miało znaczyć „niewidoczny”. O ile jednak pamiętam, Homer tylko raz wspomina o tym hełmie: Atena zakłada go, by ukryć się przed Aresem, bogiem wojny. Dlaczego, na litość boską, któryś z olimpijskich bogów postanowił mi go podarować? W co oni mnie chcą wrobić? Nogi się pode mną uginają. – Włóż go. Niezdarnym ruchem naciągam kaptur na głowę. W skórę są wszyte jakieś przyrządy, układy scalone, nanomechanizmy. Otwory na oczy mają przezroczyste, elastyczne osłony, usta zasłania siateczka. Kiedy naciągam kaptur do końca, powietrze wokół mnie faluje lekko, poza tym jednak nic się nie zmienia. – Nie do wiary – mówi muza. Patrzy na mnie, ale mnie nie widzi. Zdaję sobie sprawę, że oto urzeczywistniam marzenie każdego młodego chłopaka: jestem niewidzialny. Chociaż nie mam pojęcia, jakim cudem hełm skrywa całe moje ciało przed wzrokiem obcych. Mam ochotę uciec gdzie pieprz rośnie i schować się przed muzą i bogami, ale powstrzymuję się. Na pewno jest w tym jakiś haczyk: żaden bóg, bogini ani nawet moja pomniejsza muza nie daliby zwykłemu scholiaście takiego daru, nie zabezpieczywszy się odpowiednio. – Teraz jesteś niewidzialny dla wszystkich bogów poza boginią, która upoważniła mnie do przekazania ci hełmu – ciągnie muza, wpatrując się w pustą przestrzeń na prawo od mojej głowy. – Ona jednak będzie cię normalnie widziała i wszędzie cię wytropi, Hockenberry. Medalion tłumi wydawane przez ciebie dźwięki, zagłusza bicie twojego serca i neutralizuje twój zapach, ale zmysły bogów są niewiarygodnie wyczulone. Dlatego przez najbliższe parę minut trzymaj się blisko mnie. Stąpaj lekko, nic nie mów, oddychaj najciszej i najpłycej jak umiesz. Jeżeli twoja obecność zostanie odkryta, ani ja, ani twoja boska patronka nie zdołamy cię uchronić przed gniewem Zeusa. Jak można oddychać cicho i płytko, kiedy serce podchodzi człowiekowi do gardła? Bez słowa kiwam głową, zapomniawszy, że muza mnie nie widzi. Kiedy orientuję się, że czeka na moją reakcję, nadal patrząc w miejsce, w którym mnie nie ma, z moich ust dobywa się skrzeczenie: – Rozumiem, bogini. – Weź mnie za rękę – rozkazuje mi krótko. – I nie oddalaj się. Jeżeli to zrobisz, zginiesz. Kładę jej rękę na ramieniu jak nieśmiały debiutant na pierwszym przyjęciu w dobrym towarzystwie. Muza ma zimną skórę. Zwiedzałem kiedyś halę montażową Centrum Kosmicznego imienia Kennedy'ego na przylądku Canaveral. Przewodnik powiedział nam, że pod sufitem, który znajdował się dobrze ponad sto metrów nad naszymi głowami, tworzą się czasem chmury. Cała ta hala zmieściłaby się w jednym rogu sali, w której się z muzą znaleźliśmy – i nikt by jej tam nie zauważył, tak jak nie zauważa się porzuconych w kącie dziecinnych zabawek. Kiedy myślimy o bogach, przed oczami stają nam ci najważniejsi: Zeus, Hera, Apollo i paru innych. Tutaj bogów są setki, a mimo to sala świeci pustkami. Kilometry – zdawałoby się – nad nami wznosi się złota kopuła; starożytni Grecy nie odkryli geometrii kopuł, przez co ta budowla wyraźnie kontrastuje z innymi gmachami na Olimpie, które zachowały klasycznie konserwatywny styl. Kopuła odpowiada za niezwykłą akustykę wnętrza: odbija rozmowy i rozprasza je po całym pomieszczeniu. Podłoga wygląda na wykonaną z kutego złota. Bogowie spoglądają w dół z antresoli, oparci o marmurowe poręcze. W ścianach są całe setki nisz, a w nich – białe marmurowe posągi bóstw, które zebrały się w sali. Tu i ówdzie dostrzegam hologramy przedstawiające Trojan i Achajów: naturalnej wielkości kolorowe obrazy mężczyzn i kobiet, którzy kłócą się, kochają, jedzą, śpią. Mniej więcej pośrodku sali złota posadzka obniża się (na obszarze większym niż kilkanaście połączonych pełnowymiarowych basenów pływackich), a w zagłębieniu widzę dalsze obrazy przekazywane spod Ilionu: rozległe widoki z powietrza, zbliżenia, panoramy, powtórki. Dialogi słychać tak wyraźnie, jakby Grecy i Trojanie stali obok nas. Dookoła tej wypełnionej obrazami niecki też zgromadzili się bogowie: jedni siedzą na kamiennych tronach, inni leżą rozparci na miękkich otomanach, jeszcze inni stoją z boku, odziani w powłóczyste szaty. To te najważniejsze bóstwa, najpospolitsze, znane każdemu nauczycielowi w szkole średniej. Pomniejsi bogowie rozstępują się przed muzą, która kieruje się w stronę zagłębienia. Przyspieszam kroku, żeby za nią nadążyć. Moja dłoń drży na jej złocistym ramieniu, kiedy staram się nie potknąć, nie skrzypnąć sandałami, nie kichnąć, nie oddychać. Bogowie chyba mnie nie widzą– przypuszczam, że zorientowałbym się natychmiast, gdyby było inaczej. Muza zatrzymuje się przed Ateną Pallas. Czuję się jak trzyletnie dziecko, które trzyma się kurczowo fałdów maminej spódnicy. Trwa jakiś spór. Hebe, jedna z mniej znacznych bogiń, częstuje gości złocistym nektarem, którym napełnia ich złote puchary. Zeus siedzi na tronie – i od razu widać, że to on jest tu królem: Zeus gromowładny, bóg bogów. Nie przypomina bynajmniej rysunku karykaturzysty – jest jak najbardziej prawdziwy, niewiarygodnie wysoki, brodaty i natarty oliwą, a jego królewska aura mrozi mi krew w żyłach. – Jak mamy kierować tą wojną? – Z tym pytaniem zwraca się do wszystkich, ale tylko Herze, swojej małżonce, posyła mordercze spojrzenie. – Jak rządzić losem Heleny? Jak mamy tego dokonać, kiedy takie boginie jak Hera z Argos i Atena, patronka żołnierzy, cały czas wtrącają się do bitwy? Przecież to Atena powstrzymała Achillesa, kiedy ten chciał zadać cios synowi Atreusa. – Zwraca swój ponury jak burza wzrok ku innej bogini, wyciągniętej na fioletowej sofie. – Ty, Afrodyto, wcale nie jesteś od nich lepsza. Zawsze się śmiejesz i bronisz tego pięknisia Parysa, odpędzasz od niego złe duchy i odbijasz celnie ciśnięte włócznie. Jak ma się ujawnić wola bogów i, co najważniejsze, wola Zeusa, jeśli chronicie swoich faworytów, lekceważąc wyroki przeznaczenia? Mimo wszystkich twoich knowań, Hero, Menelaos może jeszcze odbić Helenę i zabrać ją do domu... Ale równie dobrze Troja może przetrzymać oblężenie. Zakusy kilku bogiń nie powinny o tym decydować. Hera krzyżuje smukłe ręce na piersi. W poemacie tak często wspomina się o jej „śnieżnym ciele”, że podświadomie oczekuję, iż jej skóra będzie bielsza niż u innych bogiń, tymczasem – choć biała jak mleko – nie jest wcale bielsza niż cera Afrodyty, Hebe (córki Hery) ani innych bogiń, które widzę z mojego miejsca... Tylko Atena się wyróżnia: jest wyraźnie opalona. Wiem dobrze, że opisy pełnią w epickiej poezji Homera funkcję służebną; Achilles jest zazwyczaj „szybkonogi”, Apollo „strzały wypuszcza dalekie”, Agamemnon "narodów król”, „trzyma szerokie panowanie”, okręty Achajów są „czarne” i tak dalej. Powtarzające się epitety bardziej niż opisowi służyły surowym wymogom heksametru daktylicznego – dzięki nim śpiewak mógł zmieścić się w rytmie metrum. Zawsze też podejrzewałem, że niektóre z tych rytualnych fraz, takie jak „różanopalca jutrzenka”, pełniły funkcję zapchajdziury, dającej pieśniarzowi kilka bezcennych sekund na przypomnienie sobie – lub wymyślenie – następnego fragmentu poematu. Co nie zmienia faktu, że kiedy Hera sposobi się do odpowiedzenia mężowi, patrzę jej na ręce. – Synu Kronosa, straszliwy w swym majestacie – zaczyna. – O co ci chodzi, do cholery? Śmiesz twierdzić, że moje wysiłki są bezcelowe? Śmiesz lekceważyć moje starania, mój boski pot przelany, by zebrać achajską armię, ugłaskać wybujałe ego naszych herosów i pilnować, żeby nie powyrzynali się nawzajem, zanim wyrżną Trojan. Zadałam sobie wiele trudu, Zeusie, by przysporzyć trosk Priamowi, jego synom i jego miastu. Zeus marszczy brwi, wspiera się mocniej na poręczach niewygodnego tronu i pochyla do przodu. Na przemian zaciska i rozluźnia pięści. Hera rozkłada ręce w dramatycznym geście. – Niech będzie po twojemu, jak zwykle. Ale nie oczekuj, że ktoś z nieśmiertelnych cię za to pochwali. Zeus wstaje. Inni bogowie mierzą po dwa i pół, może trzy metry, on jednak przewyższa ich znacznie. Musi mieć ponad trzy i pół metra wzrostu. Zmarszczki na jego czole wyrażają więcej zdumienia niż złości, kiedy – to wcale nie jest metafora – grzmi: – Hero! Moja kochana, droga, nienasycona Hero! Co takiego zrobił Priam albo jego synowie, że tak się na nich uwzięłaś i pałasz żądzą zniszczenia ich miasta? – Hera opuszcza ręce i milczy, czym chyba jeszcze bardziej złości Zeusa. – Więcej w tobie zachłanności niż gniewu, bogini. Nie spoczniesz, póki nie wyłamiesz bram Troi, nie obalisz murów i nie pożresz żywcem obrońców! – Hera patrzy na niego z kamienną twarzą. Nie zaprzecza. – No dobrze... – chrząka niepewnie Zeus. Do złudzenia przypomina potulnego małżonka z którejkolwiek innej epoki. – Rób, co chcesz. Ale coś ci powiem, Hero, i radzę ci, żebyś dobrze zapamiętała moje słowa. Jeżeli kiedyś nastanie dzień, w którym to ja będę chciał unicestwić miasto i pochłonąć jego mieszkańców, miasto, które kochasz równie mocno jak ja kocham Ilion, nie próbuj mi się sprzeciwiać. Bogini robi trzy szybkie kroki do przodu. Przypomina mi drapieżnika, który rzuca się na zwierzynę, albo wytrawnego szachistę, który dostrzegł lukę w obronie przeciwnika i rusza do ataku. – Doskonale! Moje trzy ukochane miasta to Argos, Sparta i cudne Mykeny, gdzie ulice są równie szerokie i wspaniałe, jak w Ilionie. Możesz je zniszczyć i złupić, jeśli uraduje to twe barbarzyńskie serce, mój panie. Nie stanę ci na drodze, nie będę miała do ciebie żalu; nie miałoby to zresztą sensu, bo i tak jesteś ode mnie silniejszy. Pozwól jednak, że i ja ci coś przypomnę: jestem wprawdzie twoją małżonką, ale jestem również córką Kronosa. Zasługuję na twój szacunek. – Nigdy nie twierdziłem, że jest inaczej – mamrocze Zeus, moszcząc się na tronie. – Proponuję zatem wzajemne ustępstwo – mówi Hera słodko. – Ty mi pójdziesz na rękę, a ja tobie. Pomniejsi bogowie nam przyklasną. Ale spiesz się, mój mężu. Achilles chwilowo ustąpił z placu boju, Grecy i Trojanie zawarli rozejm, na polu bitwy zapanował spokój. Spraw, żeby Trojanie naruszyli zawieszenie broni. Niech złamią przysięgę i pierwsi uderzą na sławnych Achajów. Zeus toczy dookoła ponurym wzrokiem, mamrocze coś pod nosem, wierci się, ale w końcu zwraca się do czekającej na jego polecenia Ateny: – Udaj się czym prędzej na pole bitwy, gdzie Grecy i Trojanie zawarli rozejm. Spraw, żeby Trojanie złamali przysięgę i pierwsi uderzyli na słynnych Achajów. – Niech zmiażdżą Argiwów – podpowiada Hera. – Niech zmiażdżą Argiwów – powtarza znużonym głosem Zeus. Atena znika w błysku teleportacji kwantowej. Zeus i Hera wychodzą, inni bogowie zaczynają się rozchodzić, rozmawiając półgłosem. Muza dyskretnym skinieniem palca daje mi do zrozumienia, że mam iść za nią. Wychodzimy z sali spotkań. – Hockenberry... – mówi rozparta na sofie bogini miłości. Zmniejszone ciążenie podkreśla jej jedwabiste, pełne kształty. Muza przyprowadziła mnie do jej komnaty na Dworze Bogów. Wnętrze jest ciemne, rozświetla je tylko żarzący się piecyk koksowy i dziwna poświata, która do złudzenia przypomina blask komputerowego monitora. Muza szeptem kazała mi zdjąć Hełm Śmierci. Z ulgą ściągnąłem skórzany kaptur, choć perspektywa ujawnienia się napawała mnie przerażeniem. Potem Afrodyta weszła do pokoju, usiadła na sofie i powiedziała: – To wszystko, Melete. Wezwę cię, kiedy będziesz mi potrzebna. Muza wyszła przez zamaskowane drzwi. Melete. Imię z wcześniejszej epoki, kiedy muzy były tylko trzy: Melete od „ćwiczenia”, Meneme od „zapamiętywania” i Aoide... – Widziałam cię na Dworze Bogów, Hockenberry. – Głos Afrodyty wyrywa mnie z naukowych rozważań. – Gdybym pokazała cię Zeusowi, nie zostałaby z ciebie nawet kupka popiołu. Twój medalion teleportacyjny też by ci nie pomógł, bo mogłabym śledzić cię w czasie i przestrzeni. Czy wiesz, dlaczego się tu znalazłeś? Więc to Afrodyta jest moją patronką. To ona kazała muzie dać mi te dwie magiczne zabawki. Co powinienem zrobić – uklęknąć? Paść plackiem w obliczu bogini? Jak się mam do niej zwracać? Nie licząc mojej muzy, przez ostatnie dziewięć lat, dwa miesiące i osiemnaście dni żadne bóstwo nie zwróciło na mnie uwagi. Postanawiam ukłonić się lekko i spuścić wzrok, żeby nie zachwycać się jej urodą, nie widzieć prześwitujących spod cieniutkiego jedwabiu różowych sutków, łagodnie zarysowanego brzucha i cienia między udami. – Nie, bogini – odpowiadam, cudem przypomniawszy sobie jej pytanie. – A czy wiesz, dlaczego zrobiono z ciebie scholiastę, Hockenberry? Dlaczego twoje DNA zostało zabezpieczone przed wstrząsem nanocytowym? Dlaczego, zanim wybrano cię do reintegracji, wprowadzono do simpleksu twoje dzieła na temat wojny trojańskiej? – Nie, bogini. Moje DNA jest zabezpieczone przed wstrząsem nanocytowym? – A czy wiesz, cieniu śmiertelny, czym jest simpleks? Wirusem wścieklizny? – myślę. – Nie, bogini – odpowiadam. – Simpleks to prosty obiekt geometryczny, wprawka z logistyki, trójkąt lub trapez, wygięty i zwinięty w trzecim wymiarze. Dopiero w przestrzeni wielowymiarowej, po uwzględnieniu algorytmów definiujących nowe obszary pojęciowe, tworzących i odrzucających potencjalne segmenty przestrzeni N, płaszczyzna wykluczenia zmienia się w kontur. Teraz rozumiesz, Hockenberry? Wiesz, co to ma wspólnego z przestrzenią kwantową, z czasem, wojną i twoim przeznaczeniem? – Nie, bogini. – Tym razem mój głos naprawdę drży. Nic nie mogę na to poradzić. Słyszę szelest jedwabiu. Na ułamek sekundy podnoszę wzrok i widzę cudne ręce i gładkie uda najpiękniejszej kobiety na świecie. Mości się wygodniej na sofie. – Nieważne. Parę tysięcy lat temu napisałeś książkę, ty czy też śmiertelnik, który był twoim wzorcem. Pamiętasz jej treść? – Nie, bogini. – Jeszcze raz to powiesz, Hockenberry, a rozedrę cię od krocza po czaszkę i zrobię sobie z twoich jelit podwiązki. Czy to przynajmniej rozumiesz? Trudno się mówi, kiedy człowiek nie ma w ustach ani kropli śliny. – Tak, bogini – szeleszczę sucho. – Twoja książka liczyła dziewięćset trzydzieści pięć stron i traktowała o jednym, jedynym słowie: menin. Przypominasz sobie? – Nie, bo... Obawiam się, że nie pamiętam tej książki, bogini Afrodyto, ale jestem pewien, że się nie mylisz. Kiedy tym razem na nią zerkam, uśmiecha się. Lewą dłonią podpiera brodę, wyprostowany palec sięga prawie do idealnie zakreślonej brwi. Oczy Afrodyty mają barwę drogiego koniaku. – Gniew – mówi półgłosem. – Menin aide thea...* Wiesz, kto wygra tę wojnę, Hockenberry? Muszę myśleć szybko. Nędzny byłby ze mnie scholiasta, gdybym nie znał dalszego przebiegu wojny trojańskiej, chociaż sama Iliada kończy się opisem uroczystego pogrzebu Patroklosa, a nie zniszczeniem Troi; o koniu trojańskim dowiadujemy się tylko z małej wzmianki Odyseusza, i to pochodzącej z innego eposu... Jeśli jednak udam, że znam zakończenie tej konkretnej wojny – a z podsłuchanego niedawno sporu jasno wynika, że edykt Zeusa, zakazujący informowania bogów o treści Iliady, pozostaje w mocy – czy nie będzie to wynoszenie się ponad bogów i przeznaczenie? Oni nie wiedzą, co się stanie, a ja miałbym wiedzieć? Pycha nigdy nie należała do cech mile widzianych u śmiertelników. Poza tym Zeus, który jako jedyny zna treść poematu, zakazał bogom zadawania pytań, a nam, scholiastom, dyskutowania o wydarzeniach, które jeszcze nie miały miejsca. A rozdrażnienie Zeusa nie wróży długiego życia na Olimpie. Chociaż jeśli jestem zabezpieczony przed wstrząsem nanocytowym... Z drugiej strony, wierzę bogini miłości bez zastrzeżeń, kiedy grozi, że zrobi sobie z moich jelit podwiązki. – O co pytałaś, bogini? – udaje mi się wykrztusić. – Znasz zakończenie Iliady, ale złamałabym zakaz Zeusa, gdybym cię o nie zapytała. – Afrodyta już się nie uśmiecha, lecz krzywi płaczliwie. – Mogę jednak zapytać, czy poemat przepowiada to, co dzieje się w tej chwili. Tak czy nie? Jak uważasz, scholiasto, kto rządzi wszechświatem: Zeus czy przeznaczenie? O żesz kurna, myślę. Cokolwiek odpowiem, zostanę wypatroszony, a ta piękna kobieta – bogini – założy sobie oślizłe podwiązki. – Moja opinia, bogini, jest następująca: wszechświat nagina się wprawdzie do woli Zeusa i musi być posłuszny kaprysom boskiej siły zwanej Przeznaczeniem, ale życiem bogów i ludzi rządzi przede wszystkim kaos. Afrodyta odpowiada mi cichym, rozbawionym prychnięciem. Jest taka delikatna, miękka, kusząca... – Nie będziemy czekać, aż chaos rozstrzygnie wojnę – mówi. W jej głosie nie ma śladu rozbawienia. – Widziałeś dzisiaj, jak Achilles wycofał się z walki? – Tak, bogini. – Wiesz, że mężobójca modlił się już do Tetydy, by ukarała Achajów za hańbę, jaką okrył go Agamemnon? – Nie byłem przy tym, bogini, ale takie zachowanie byłoby zgodne z... z poematem. To bezpieczne sformułowanie. Modlitwa należy do przeszłości. Poza tym Tetyda, bogini morza, jest matką Achillesa i cały Olimp po prostu wie, że syn prosił ją o interwencję. – W rzeczy samej – przytakuje Afrodyta. – Ta głupia kwoka o mokrych cycach była już tutaj, na dworze: rzuciła się Zeusowi do stóp, gdy tylko stary dureń wrócił znad Okeanosa, z hulanki u Etiopów. Błagała go w imieniu Achillesa, żeby Trojanie zwyciężyli, a ten stary pryk się zgodził. Potem przez to ściął się z Herą, główną sojuszniczką Argiwów. I stąd scena, której byłeś świadkiem. Stoję wyprostowany, z opuszczonymi rękami i dłońmi zwróconymi ku przodowi. Kątem oka obserwuję Afrodytę, jakby była jadowitą kobrą, chociaż mam świadomość, że jeśli zaatakuje, będzie szybsza i bardziej zabójcza od wszystkich węży świata. – Wiesz, dlaczego żyjesz najdłużej ze wszystkich scholiastów? Nie wiem, co powiedzieć, żeby się nie narazić. Kręcę przecząco głową. – Jesteś jeszcze żywy, ponieważ przewidziałam, że możesz mi się przydać. Pot spływa mi po czole, szczypie w oczy, ścieka po szyi i policzkach. Obowiązkiem scholiastów – także moim, od dziewięciu lat, dwóch miesięcy i osiemnastu dni – jest obserwacja wojny na równinie pod Ilionem. Nie możemy ingerować w jej przebieg, nie wolno nam w ogóle podejmować żadnych działań, które mogłyby wpłynąć na wydarzenia lub zachowanie żołnierzy. – Słyszałeś mnie, Hockenberry? – Tak, bogini. – Chciałbyś usłyszeć, jakie zadanie ci wyznaczyłam, scholiasto? – Tak, bogini. Afrodyta wstaje. Kłaniam się nisko i przestaję ją widzieć, ale słyszę szelest sukni, tak jak słyszę delikatny szmer jej ocierających się o siebie ud, kiedy podchodzi do mnie. Staje tak blisko, że czuję zapach jej perfum i kobiecego ciała. Zapomniałem, jak wysokie są boginie, teraz jednak, gdy góruje nade mną, a jej piersi znajdują się na wysokości mojej pochylonej głowy, uświadamiam sobie dzielącą nas różnicę wzrostu. Udaje mi się zwalczyć pokusę wtulenia się w pachnącą dolinę między tymi piersiami. Zdaję sobie sprawę, iż byłaby to ostatnia rzecz, jaką zrobiłbym przed śmiercią, ale przez chwilę mam wrażenie, że byłaby tego warta. Afrodyta kładzie mi dłoń na ramieniu, muska ozdoby na Hełmie Śmierci, przesuwa palcem po moim policzku. Mimo paraliżującego strachu czuję narastającą potężną erekcję. Szept bogini, który rozlega się po chwili, jest cichy, zmysłowy, lekko rozbawiony. Afrodyta z pewnością zdaje sobie sprawę z mojego stanu; ba, oczekuje takiej reakcji jako należnego hołdu. Kiedy się nade mną nachyla, czuję na policzku ciepło jej twarzy. Wypowiada mi do ucha dwa proste polecenia. – Będziesz dla mnie szpiegował bogów – słyszę. Bicie mojego serca prawie zagłusza jej głos. – A w odpowiednim momencie zabijesz Atenę. 7. Centrum Conamara Chaos Łącznie z Mahnmutem w hermetycznej sali konferencyjnej znajdowało się pięć galilejskich morawców. Mahnmut znał robota z Europy: główny integrator działał w rejonie krateru Pwyll i nazywał się Asteague/Che. Pozostała trójka stanowiła dla takiego prowincjusza jak Mahnmut większą zagadkę niż kraken. Morawiec z Ganimedesa był wysoki, elegancki jak wszyscy Ganimedanie i atawistycznie humanoidalny. Miał wielofasetowe, owadzie oczy i czarną fulerenową skorupę. Robot z Callisto, wielkością i kształtem bardziej podobny do Mahnmuta, mierzył około metra, ważył najwyżej czterdzieści kilogramów i prawie nie przypominał człowieka. Pod jego polimerową powłoką było widać synskórę i fragmenty organicznego ciała. Morawiec przybyły z Io wyglądał... imponująco: stary, zbudowany według dawnych wzorów, zaprojektowany do pracy w ekstremalnych warunkach w plazmowych torusach i wyziewach siarkowych gejzerów, miał dobre trzy metry wysokości i sześć metrów długości. Przypominał gigantycznego ziemskiego skrzypłocza, któremu z grubego pancerza wyrósł chaotyczny gąszcz wyrostków, silników, obiektywów, witek, anten, czujników i manipulatorów. Musiał dużo pracować w próżni: jego skorupa – pokryta dziurami po uderzeniach mikrometeorów, wielokrotnie piaskowana, polerowana i znów dziurawiona – do złudzenia przypominała zrytą kraterami powierzchnię Io. Tylko dzięki potężnym reflektorom grawitacyjnym, które podtrzymywały jego ciężar, nie dziurawił podłogi w sali. Mahnmut wolał trzymać się w bezpiecznej odległości od niego, usiadł więc po przeciwnej stronie wspólnego stołu. Nikt się nie przedstawił, ani w podczerwieni, ani przez radio, więc Mahnmut również milczał. Podłączył się do pępowin regeneracyjnych w swojej niszy i czekał, sącząc odżywczy płyn. Lubił oddychać, kiedy tylko mógł sobie na ten luksus pozwolić, ale zdziwił się, że ciśnienie w sali ustalono na poziomie siedmiuset milibarów, i to w obecności morawców z Ganimedesa i Io, które z całą pewnością nie korzystały z dobrodziejstw atmosfery. Dopiero kiedy Asteague/Che się odezwał, dokonując mikromodulacji fal ciśnieniowych rozchodzących się w powietrzu, czyli przemówił, używając – ni mniej, ni więcej – języka angielskiego z zapomnianej ery, Mahnmut zorientował się, że wysokie ciśnienie miało im zapewnić nie komfort, lecz dyskrecję. W układzie galilejskim komunikacja dźwiękowa była najbezpieczniejszym sposobem porozumiewania się i nawet pancerny morawiec z Io został doposażony w stosowne mechanizmy. – Chcę wam wszystkim podziękować, że zgodziliście się przerwać pracę i przybyć tutaj – zaczął integrator z Pwylla. – Szczególnie wdzięczny jestem tym z was, którzy przybyli spoza planety. Nazywam się Asteague/Che. Witam Korosa III z Ganimedesa, Ri Po z Callisto, Mahnmuta, który prowadzi badania południowych rejonów polarnych tu, na Europie, oraz Orphu, którzy przybył do nas z Io. Mahnmut pstryknął ze zdziwienia i natychmiast uruchomił łączność radiową na wydzielonym kanale. – Orphu z Io? Czy to ty jesteś moim długoletnim rozmówcą i krytykiem dzieł Szekspira? – W rzeczy samej, Mahnmucie. Miło mi poznać cię osobiście, przyjacielu. – Niesamowite! Jakie mieliśmy szansę, żeby się w ten sposób spotkać? – Nie ma w tym nic dziwnego, przyjacielu. Kiedy się dowiedziałem, że zostaniesz zaproszony do udziału w tej samobójczej misji, również się zgłosiłem. – Samobójczej misji? – …po ponad pięćdziesięciu jowiszowych latach, czyli około sześciuset ziemskich, w których nie mieliśmy kontaktu z postludźmi – mówił właśnie Asteague/Che – przestaliśmy się orientować w ich poczynaniach. Zaczynamy się niepokoić. Nadszedł czas, aby zorganizować ekspedycję w głąb Układu Słonecznego, w stronę centrum, i sprawdzić, jaki poziom rozwoju osiągnęły te istoty i czy stanowią bezpośrednie zagrożenie dla nas, Galilejczyków. – Asteague/Che zawiesił głos. – Mamy powody sądzić, że tak właśnie jest. Ściana za jego plecami, dotąd przezroczysta – widać było przez nią błyszczące w świetle gwiazd lodowce Europy i kawał powierzchni Jowisza – zmatowiała nagle, zmieniając się w ekran, na którym wyświetlił się obraz planet i księżyców krążących w dostojnym tańcu wokół odległego Słońca. Projektor dokonał zbliżenia na układ Ziemi, jej księżyca i pierścieni. – Przez pierwsze pięćset ziemskich lat z zamieszkanych przez postludzi pierścieni, równikowego i biegunowego, docierało do nas coraz mniej sygnałów radiowych, grawitonowych i neutrinowych – ciągnął Asteague/Che. – Sto lat temu pierścienie zamilkły całkowicie. Z samej Ziemi odbieraliśmy tylko szczątkowe sygnały, prawdopodobnie będące efektem działania robotów. – Czy nadal mieszka na niej ta mała grupka pierwotnych ludzi? – zainteresował się maleńki Ri Po z Callisto. – Tego nie wiemy. – Asteague/Che skinął ręką i obraz Ziemi na zbliżeniu wypełnił cały ekran. Mahnmutowi zaparło dech w piersi. Dwie trzecie planety pławiło się w słonecznym blasku, spod wędrujących po niebie białych chmur przezierały masy błękitnej wody i kontury brunatnych kontynentów. Nigdy wcześniej nie widział Ziemi. Oszołomiła go ta niezwykła intensywność kolorów. – Czy to transmisja w czasie rzeczywistym? – spytał Koros III. – Tak. Konsorcjum Pięciu Księżyców skonstruowało niewielki teleskop optyczny i umieściło go w przestrzeni kosmicznej tuż poza obrębem magnetosfery Jowisza. Ri Po uczestniczył w tym projekcie. – Przepraszam za mizerną rozdzielczość – usprawiedliwił się callistański morawiec. – Minęło ponad sto jowiszowych lat, odkąd bawiliśmy się w astronomię w paśmie widzialnym, a prace nad teleskopem przebiegały w pośpiechu. – Są jakieś ślady pierwotnych? – zapytał Orphu. – To potomkowie twojego Szekspira – dodał przez radio pod adresem Mahnmuta. – Trudno powiedzieć – odparł Asteague/Che. – Maksymalna rozdzielczość wynosi nieco poniżej dwóch kilometrów. Nie widzieliśmy żadnych oznak życia ani wytworów ludzkich rąk, jeśli nie liczyć dawno opisanych i naniesionych na mapy ruin. Wykryliśmy neutrinowe ślady faksowania, ale nie wykluczamy, że to ślad jakichś automatycznych procesów. Albo aktywność resztkowa. Prawdę mówiąc, pierwotni ludzie niezbyt nas w tej chwili interesują. Co innego postludzie. – Mojego Szekspira? Chciałeś chyba powiedzieć: naszego Szekspira – nadał Mahnmut do ogromnego przybysza z Io. – Przykro mi, ale chociaż uwielbiam sonety, a nawet dramaty twojego barda, interesuje mnie przede wszystkim Proust. – Proust?! Ten esteta?! Chyba żartujesz! – Bynajmniej. W poddźwiękowym widmie rozległo się dudnienie, które Mahnmut zinterpretował jako śmiech Orphu. Asteague/Che wyświetlił na ekranie obraz orbitalnych modułów mieszkalnych, tworzących wirujące wokół Ziemi pierścienie. Większość z nich była biała, część srebrna; odbijając promienie bliskiego Słońca wyglądały prześlicznie, ale sprawiały przy tym wrażenie zdumiewająco zimnych. I pustych. – Promy nie kursują. Nie ma śladów faksowania z pierścieni na Ziemię. Zniknął też konwój przewożący ciężkie surowce z pierścieni na Marsa, który zaobserwowaliśmy dwadzieścia jowiszowych, a dwieście czterdzieści kilka ziemskich lat temu. – Uważacie, że postludzie gdzieś się wynieśli? – wtrącił Koros III. – Emigrowali? A może wymarli? – Wiemy tylko, że drastycznie zmniejszyło się ich zapotrzebowanie na energię: chronoklastyczną, kwantową i grawitacyjną– odparł integrator. Był wyższy i nieco bardziej humanoidalny od Mahnmuta. Miał jaskrawożółty pancerz i cichy, spokojny, modulowany głos. – Teraz interesuje nas głównie Mars. Obraz czwartej planety Układu Słonecznego wypełnił ekran. Mahnmut nigdy specjalnie nie interesował się Marsem, toteż ostatnie jego zdjęcia, jakimi dysponował, pochodziły jeszcze z zapomnianej ery. Planeta, którą zobaczył teraz na ekranie, w niczym nie przypominała tamtych hologramów. Zamiast rudoczerwonej pustyni znaczną część północnej półkuli Marsa pokrywało błękitne morze, do którego wpadała rzeka płynąca doliną Valles Marineris, widoczna w postaci szerokiej na kilka kilometrów niebieskiej wstążki. Półkula południowa w większości zachowała czerwonobrunatną barwę, ale pojawiły się na niej duże plamy zieleni. Wulkany w rejonie Tharsis – z jednego buchał czarny pióropusz dymu – po staremu tworzyły mroczny szereg, biegnący z południowego zachodu na północny wschód, za to Olympus Mons od szerokiej zatoki północnego oceanu dzieliło zaledwie około dwudziestu kilometrów. Nad jasną połową obrazu szybowały skupiska białych obłoków, po drugiej zaś stronie terminatora, na ciemnym obszarze planety, w okolicy Basenu Hellas widać było światła. Na północ od wybrzeży Chryse Planitia Mahnmut dostrzegł spiralnie skręconą chmurę huraganu. – Terraformowali go – powiedział na głos. – Postludzie terraformowali Marsa. – Kiedy? – zapytał Orphu. Galilejczycy nie interesowali się Marsem – prawdę mówiąc, w ogóle nie interesowali się innymi planetami wewnętrznymi, jeśli nie liczyć ziemskiej literatury – toteż zmiany na Marsie mogły nastąpić w dowolnym momencie trwającej dwa i pół tysiąca ziemskich lat przerwy w kontaktach morawców z ludzkością. – W ciągu ostatnich dwustu lat – odparł Asteague/Che. – Może nawet stu pięćdziesięciu. – To wykluczone – stwierdził stanowczo Koros III. – Terraformowanie Marsa w tak krótkim czasie byłoby niemożliwe. – Zgadzam się – przytaknął integrator. – Ale jednak go dokonano. – I postludzie się tam przenieśli – dodał Orphu. – Raczej nie – wtrącił Ri Po. – Z Marsa mamy lepsze obrazy niż z Ziemi. Na przykład wzdłuż wybrzeża... Na ekranie pojawiła się urozmaicona linia brzegowa półwyspu leżącego na północ od Valles Marineris. Płynąca doliną rzeka, przypominająca raczej podłużne morze śródlądowe, uchodziła do ogromnej zatoki, która przez wąską cieśninę łączyła się z rozciągającym się na północy oceanem. Na zbliżeniu widać było maleńkie punkciki, tworzące biegnącą wzdłuż brzegu kropkowaną linię, zarówno tam, gdzie ląd stanowiły czerwone marsjańskie pustynie, jak i w miejscach, gdzie rysowały się zielone, zalesione równiny. Projektor dokonał ostatniego zbliżenia. – Czy to są... rzeźby? – zdziwił się Mahnmut. – Najprawdopodobniej kamienne głowy – odparł Ri Po. Obraz się przesunął: na cieniu rzucanym przez jeden z tajemniczych kształtów można było dopatrzyć się zarysów łuku brwiowego, nosa i wydatnego podbródka. – To jakiś idiotyzm! – prychnął Koros III. – Gdyby te posągi miały stanąć na całym wybrzeżu oceanu, musiałyby ich być miliony! – Naliczyliśmy cztery miliony, dwieście trzy tysiące pięćset dziewięć sztuk – powiedział Asteague/Che. – Ich budowa trwa. Oto zdjęcie wykonane kilka miesięcy temu, kiedy Mars był najbliżej nas. Mrowie maleńkich, niewyraźnych postaci ciągnęło jakąś bryłę, która mogła być olbrzymią kamienną głową leżącą na rolkach. Twarz miała zwróconą ku górze, ciemnymi oczodołami wpatrywała się wprost w obiektyw teleskopu. Wyglądało na to, że mali robotnicy ciągną za umocowane do kamiennej głowy liny. Mahnmutowi do złudzenia przypominali egipskich niewolników, z mozołem wlokących kolejny element piramidy. – Ludzie? – zaciekawił się Orphu. – Czy roboty? – Najprawdopodobniej ani jedno, ani drugie. Wielkość się nie zgadza – wyjaśnił Ri Po. – Proszę poza tym zwrócić uwagę na ich kolor podany przez analizator spektralny. – Zielony? – Mahnmut lubił literackie zagadki, ale za prawdziwymi nie przepadał. – Zielone roboty? – Może to jakiś nieznany dotąd gatunek zielonych humanoidów – podsunął Asteague/Che. Orphu zadudnił basowym śmiechem. – Emzetele – mruknął. – MZL, małe zielone ludziki – wyjaśnił Orphu na wspólnym paśmie i znów się roześmiał. Mahnmut zwrócił się do Asteague/Che: – Po co nas tu wezwano? Nie mamy nic wspólnego z terraformowaniem Marsa. Integrator wygasił ekran, okno znów stało się przezroczyste. W wieczornym świetle barwne smugi na powierzchni Jowisza i lodowa równina Europy wyglądały blado i nieciekawie w porównaniu z intensywnymi bielami i błękitami planet leżących bliżej Słońca. – Chcemy wysłać na Marsa ekipę, która zrobi rekonesans i złoży meldunek. Jesteście kandydatami na jej uczestników, ale możecie jeszcze odmówić. Żaden z czterech morawców się nie odezwał. – Zwróćcie uwagę, że powiedziałem „złoży meldunek”, a nie „wróci” – ciągnął Asteague/Che. – Nie możemy wam zagwarantować powrotu do układu Jowisza. Jeżeli chcielibyście zrezygnować, słucham. Wszystkie pasma komunikacyjne pozostały nieme. – Dobrze. Za chwilę pobierzecie szczegółowe instrukcje, ale pozwólcie, że pokrótce przedstawię wam główne założenia misji. Batyskaf Mahnmuta będzie potrzebny do zwiadu na powierzchni planety. Ri Po i Orphu dokonają mapowania z orbity, natomiast Mahnmut i Koros III wylądują na Marsie. Szczególnie interesuje nas to, co się dzieje na stokach największego wulkanu, Olympus Mons, i w jego okolicy. Notujemy w tym rejonie niezwykle intensywne fluktuacje kwantowe, których nie umiemy wytłumaczyć. Mahnmut przewiezie Korosa III na wybrzeże, skąd nasz ganimedzki przyjaciel wyruszy na rekonesans. Z lektur i zapisów w pamięci Mahnmut wiedział, że w zapomnianej erze ludzie chrząknięciem dawali znać, że chcą zabrać głos. Wygenerował podobny dźwięk. – Proszę mi wybaczyć, może to głupie pytanie, ale jak dostarczymy „Mroczną Damę”, to znaczy mój batyskaf, na Marsa? – Pytanie wcale nie jest głupie. Orphu? Ogromny skrzypłocz przesunął swój ciężar na reflektorach grawitacyjnych, zwracając na Mahnmuta czarne obiektywy. – Od wieków niczego nie wysyłaliśmy w głąb układu. Gdybyśmy chcieli posłużyć się starymi technikami, lot trwałby pół roku jowiszowego. Dlatego postanowiliśmy użyć nożyc. Ri Po poruszył się niespokojnie. – Myślałem, że nożyce mają być wykorzystywane tylko do podróży międzygwiezdnych. – Konsorcjum Pięciu Księżyców uznało, że ta wyprawa ma wyjątkowe znaczenie – wyjaśnił Orphu. – Rozumiem, że zostaniemy tam wysłani w jakimś statku kosmicznym – odezwał się Koros III. – A może zamierzacie nas tam ciskać tak jak stoimy, jak kurczaki wystrzeliwane z trebusza? Mahnmut podłączył się do wspólnej sieci, skąd dowiedział się, że trebusz jest nazwą machiny oblężniczej, stosowanej w zapomnianej erze przez cywilizacje na drugim poziomie rozwoju – czyli przed nastaniem wieku pary. Urządzenie to było czysto mechaniczne, mocniejsze od zwykłej katapulty i pozwalało miotać olbrzymie głazy na odległość blisko dwóch kilometrów. – Owszem, mamy taki statek – przyznał Asteague/Che. – Może w kilka dni dolecieć na Marsa. Został zaprojektowany w taki sposób, żeby pomieścić batyskaf Mahnmuta, „Mroczną Damę”. Ma dla niej również komplet osłon termicznych, które umożliwią jej wejście w atmosferę. – Na Marsa w kilka dni... – powtórzył Ri Po. – Jakiego przeciążenia należy się spodziewać przy starcie z torusa plazmowego Io? – Niespełna trzy tysiące g – odrzekł integrator. – Ziemskich g. Mahnmut, który nigdy nie doświadczył innego ciążenia niż jedna siódma g na Europie, bezskutecznie próbował sobie wyobrazić przyciąganie, które byłoby dwadzieścia jeden tysięcy razy większe. – Podczas przyspieszania cały statek, włącznie z „Mroczną Damą”, będzie wypełniony żelem – powiedział Orphu. – Umościmy się w nim wygodnie jak układy scalone w galaretowatej formie. Nie ulegało wątpliwości, że Orphu brał udział w projektowaniu statku, a Ri Po odpowiadał za obserwację Ziemi i Marsa. Koros III prawdopodobnie został uprzedzony, że przypadnie mu rola dowódcy misji. Wyglądało na to, że tylko Mahnmut nie uczestniczył w przygotowaniach – pewnie dlatego, że rola sternika „Mrocznej Damy” na marsjańskich morzach nie była szczególnie ważna. Może jednak powinien się wycofać? – Proust? – nadał do gościa z Io. – Szkoda, że nie lecimy na Ziemię, przyjacielu. Moglibyśmy odwiedzić Stratfordon–Avon i kupić pamiątkowy kufel. Żart był stary, ale w nowym kontekście okazał się nie mniej zabawny niż dawniej. Mahnmut nadał przez radio całkiem udaną parodię basowego śmiechu Orphu, na co ten zareagował tak donośnym dudnieniem, że wszyscy je usłyszeli. Pochłonięty obliczeniami Ri Po milczał. – Przy takim rozwarciu nożyc – odezwał się po chwili – nasza prędkość początkowa byłaby równa dwóm dziesiątym prędkości światła. Nawet po ostrym hamowaniu czerpakiem magnetycznym w głębi układu, na podejściu do Marsa wciąż mielibyśmy prędkość około jednej tysięcznej prędkości światła, czyli ponad trzysta kilometrów na sekundę. Rzeczywiście, dotrzemy na miejsce błyskawicznie, nawet jeśli Mars będzie po drugiej stronie Słońca, tak jak w tej chwili. Ale czy zastanawialiście się nad tym, jak możemy wyhamować? – Owszem. – Orphu z Io spoważniał. – Zastanawialiśmy się. Mimo że istniał już trzydzieści lat jowiszowych, nie miał się z kim żegnać na Europie. Odkąd przed osiemnastu laty jego partner w badaniach, Urtzweil, został zniszczony w okolicach krateru Pwyll – zmiażdżył go zamykający się kanał w lodzie – Mahnmut nie zaprzyjaźnił się bliżej z żadną świadomą istotą. Szesnaście godzin po zakończeniu konferencji na polecenie Centrum Conamara Chaos holowniki orbitalne dźwignęły „Mroczną Damę” z kanału i wyniosły ją na orbitę, gdzie morawce próżniowe, którymi dyrygował Orphu z Io, wepchnęły ją do marstatku. Stare międzyksiężycowe ciągniki sprowadziły marstatek na Io. Biorące udział w ekspedycji morawce rozważały nadanie pojazdowi nazwy, ale kiedy nic ciekawego nie przychodziło im do głowy, chęć ochrzczenia jednostki osłabła i od tej pory nie mówili o niej inaczej niż „statek”. Podobnie jak większość morawieckich konstrukcji powstałych w ciągu tysiącletniej eksploracji kosmosu, ten statek również nie grzeszył urodą – a w każdym razie trudno byłoby go nazwać klasyczną pięknością. Miał sto piętnaście metrów długości i składał się głównie z fulerenowych dźwigarów, modułów otulonych powłoką antyradiacyjną, półautonomicznych sond, gąszczu anten, czujników i przewodów. Od jednostek kursujących w przestrzeni okołojowiszowej różnił się błyszczącym magnetycznym rdzeniem dipolowym i fantazyjnymi ekranami, chroniącymi gruzłowaty dziób, w którym mieściły się cztery dzwonowate silniki termojądrowe i pięciorożny czerpak Matloffa/Fennelly'ego. W umieszczonym na rufie dziesięciometrowym bąblu znajdował się zwinięty żagiel borowy. Czerpak i żagiel miały znaleźć zastosowanie w drugiej fazie rejsu, przy hamowaniu; podobnie jak silniki jądrowe nie miały nic wspólnego z pierwszym etapem lotu, na którym statek miał nabrać odpowiedniej prędkości. Mahnmut zasiadł w wyładowanej żelem „Mrocznej Damie”. Koros III i Ri Po zajęli miejsca w odległym o sześćdziesiąt metrów module sterowniczym, który nazwali mostkiem: Ri Po miał zajmować się nawigacją podczas wariackiego lotu w głąb układu, Koros III był zaś oficjalnym dowódcą wyprawy. Zaplanowano, że Ganimedanin przeniesie się na pokład opróżnionej z żelu „Mrocznej Damy” na krótko przed zrzuceniem jej w marsjańską atmosferę. Na Marsie Mahnmut będzie pełnił rolę taksówkarza i zawiezie Korosa III do wybranego przez niego punktu, w którym ten rozpocznie lądowy etap rekonesansu. W tym celu pobrał do pamięci szczegółowe instrukcje, które Mahnmuta nie dotyczyły. Orphu z Io usadowił się w swojej niszy w zewnętrznej powłoce statku, za zwojami solenoidu, a przed rozporkami szotów żagla. Z mostkiem i batyskafem Mahnmuta łączyły go wszelkie możliwe linie komunikacyjne, głosowe i radiowe, wąsko– i szerokopasmowe. Kiedy nie zajmował się technicznymi aspektami lotu, rozmawiał głównie z Mahnmutem. – Zaintrygowała mnie twoja teoria dramatycznej konstrukcji sonetów, przyjacielu. Mam nadzieję, że pożyjemy dostatecznie długo, byś mógł przeanalizować resztę cyklu. – Ale Proust?! – nie mógł się nadziwić Mahnmut. – Po co zajmować się Proustem, jeśli można całe istnienie poświęcić badaniu Szekspira? – Nie jest wykluczone, że Proust był największym badaczem czasu, pamięci i percepcji – odparł Orphu. Mahnmut odpowiedział trzaskiem zakłóceń. Chropowaty morawiec z Io zareagował basowym chichotem na kanale audio. – Nie mogę się doczekać chwili, w której przyznasz, że obu da się czytać z przyjemnością i od obu można się czegoś nauczyć, przyjacielu. Koros III nadał komunikat na wspólnym paśmie: – Chyba warto włączyć bezpośredni przekaz wizyjny. Zbliżamy się do torusa plazmowego Io. Mahnmut posłusznie włączył wszystkie czujniki optyczne. Wolał śledzić zachodzące na zewnątrz wydarzenia za pośrednictwem obiektywów Orphu, ale w tej chwili dziobowe kamery statku przekazywały znacznie ciekawszy obraz – i to niekoniecznie w świetle widzialnym. Pędzili coraz szybciej na spotkanie czerwonożółtej Io. Mieli przeciąć jej płaszczyznę ekliptyki, przelecieć nad północnym biegunem i wpaść w tunel magnetyczny, łączący Io z Jowiszem. Podczas krótkiego lotu z Europy Ri Po i Orphu pobrali z sieci informacje dotyczące tych okolic przestrzeni okołojowiszowej. W mrokach europańskich oceanów Mahnmut nauczył się korzystać przede wszystkim z sonaru i – w ograniczonym stopniu – światła widzialnego, teraz jednak, dysponując większą liczbą czujników, postrzegał magnetosferę Jowisza jako hałaśliwy i zatłoczony obszar. W widmie fal radiowych widział gruby torus plazmowy Io i odchodzący od niego pod kątem prostym tunel magnetyczny, który niczym przyprawione księżycowi gigantyczne rogi łączył bieguny Io i Jowisza. W obszarze magnetopauzy, daleko poza orbitami księżyców, fale magnetyczne rozbijały się z hukiem przypominającym łoskot przyboju na morskich rafach. Mahnmut słyszał śpiew wstecznych fal Langmuira w ciemności i trzask łamiących się jonowych fal akustycznych, które przebyły długą drogę od Słońca. Samo Słońce widziane z tej odległości było po prostu bardzo jasną gwiazdą na jowiszowym niebie. Kiedy statek przelatywał nad powierzchnią księżyca, kierując się w stronę tunelu magnetycznego, Mahnmut usłyszał w paśmie radiowym świst wydawany przez Io wpadającą w swój torus plazmowy – pożerającą, w pewnym sensie, własny ogon. Podziwiając szerokie pasma emisji równoleżnikowych, wyciszył ogłuszający szum średnich i długich fal radiowych, którymi pulsował tunel magnetyczny. Cała przestrzeń galilejska tętniła aktywnością elektromagnetyczną – Mahnmut od początku wychwytywał wirtualnymi narządami słuchu jej oznaki – ale przeskok z torusa do tunelu magnetycznego w tak małej odległości od Jowisza sprawiał, że opływające statek kaskady elektronów skowyczały jak potępione dusze. To było całkiem nowe doświadczenie i Mahnmut musiał przyznać, że trochę się denerwuje. Nagle wpadli w sam środek tunelu. – Trzymajcie się! – krzyknął jeszcze Koros III, zanim ryk huraganu zagłuszył łącza akustyczne. Torus plazmowy był olbrzymim pierścieniem naładowanych cząstek, zmieszanych w ciągnącym się za Io ogonie z dwutlenku siarki, siarkowodoru i innych gazów. Ojczysty księżyc Orphu pędził po swojej orbicie z ogromną prędkością: okrążał Jowisza w czasie jednego i siedemdziesięciu siedmiu setnych jowiszowego dnia. Kiedy w silnym polu magnetycznym Jowisza wpadał we własny ogon plazmowy, jego ruch generował silny prąd elektryczny. Magnetyczne fale uderzeniowe o niewiarygodnie dużej gęstości płynęły łukowatym torem, łączącym bieguny Io i Jowisza i nazywanym tunelem magnetycznym. W miejscach, gdzie stykał się z północnym i południowym biegunem magnetycznym Jowisza, tworzyły się niesamowite zorze polarne o najdzikszych barwach. W tunelu płynął stały prąd o natężeniu pięciu megaamperów, który generował moc ponad dwóch bilionów watów. Już przed kilkudziesięciu laty Konsorcjum Pięciu Księżyców doszło do wniosku, że takie zapasy energii nie powinny się marnować. Przemknęli nad północnym biegunem Io. Materiał wulkaniczny wyrzucany z kraterów, zwłaszcza z leżącego nieopodal równika Prometeusza, wzlatywał na sto czterdzieści kilometrów ponad dziobatą powierzchnię księżyca – zupełnie jakby Io ostrzeliwała ich i próbowała zawrócić z drogi, zanim osiągną punkt, z którego nie ma powrotu. Za późno. Na nadawany we wspólnym paśmie obraz z kamer dziobowych Ri Po nałożył grafikę nawigacyjną. Na ekranie widać było planowany tor wejścia w tunel i ułożenie statku względem nożyc. Pędzili na spotkanie Jowisza, który wypełniał ekran niczym coraz bliższy, pasiasty mur. Fizyczne ostrza nożyc – dwuramiennego obrotowego akceleratora magnetycznego, ulokowanego w obrębie naturalnego akceleratora cząstek, jakim był tunel magnetyczny – miały osiem tysięcy kilometrów długości i zajmowały zaledwie ułamek liczącego pół miliona kilometrów tunelu. W odróżnieniu od niego były jednak ruchome. – Moment pędu to wspaniała rzecz, przyjacielu – tłumaczył Mahnmutowi Orphu. Mimo wysiłków holowników jonowych statek niosący na pokładzie ukochany batyskaf Mahnmuta zbliżał się do Io z mizerną prędkością dwudziestu czterech kilometrów na sekundę, czyli niespełna osiemdziesięciu sześciu tysięcy kilometrów na godzinę. Przy tej szybkości pokonanie tunelu magnetycznego trwałoby kilka godzin, a podróż na Marsa – wiele ziemskich lat. Nikt jednak nie zamierzał lecieć dalej w tym żółwim tempie. Statek wpadł w trzeszczące, huczące, rozedrgane pole tunelu magnetycznego, namierzył zawias nożyc i ustawił się równolegle do jednej z gigantycznych cewek, stanowiących ich ostrza. Napędzany energią tunelu zagłębił się w mierzący pięć kilometrów średnicy pusty rdzeń nadprzewodzącego akceleratora dipolowego. Gdy tylko minął pierwszy zwój solenoidu, niczym piłka krokietowa, która wpada w pierwszą z tysięcy bramek, ostrza akceleratora zaczęły się z ogromną prędkością rozwierać. Wypadkowa prędkość statku była bliska prędkości światła, a w teorii mogła nawet ją przekroczyć. W jednej chwili pędzili po ostrzu nożyc jak po fali rozchodzącej się w biczu, a w następnej wystrzelili z ich czubka, wykorzystując całą energię tunelu magnetycznego. W ciągu dwóch i sześciu dziesiątych sekundy na statek podziałało przyspieszenie blisko trzech tysięcy g. Jowisz, nad którym przelecieli w mgnieniu oka, zniknął z ekranu. Mahnmut musiał obejrzeć całą transmisję w zwolnionym tempie, żeby w pełni docenić moment startu. – Jjjuuupiii! – zawołał Orphu ze swojego stanowiska w zewnętrznej powłoce. Statek i batyskaf zareagowały na przeciążenie jękiem, zgrzytem i skrzypieniem, ale masywna konstrukcja – w oceanach Europy „Mroczna Dama” wytrzymywała ciśnienia mierzone w milionach kilogramów na centymetr kwadratowy – pozwoliła im znieść je bez szwanku. Same morawce były zbudowane równie solidnie. – Jasny gwint... – mruknął Mahnmut do Orphu, ale przez przypadek jego słowa trafiły w otwarty wspólny kanał radiowy. – Istotnie – zgodził się z nim Ri Po. Świetlisty owal zorzy polarnej nad północnym biegunem gazowego olbrzyma i rozpalony punkt styku tunelu magnetycznego z atmosferą Io śmignęły pod brzuchem statku i zniknęły za rufą. Znajdujący się po przeciwnej stronie Jowisza Ganimedes, od którego przed chwilą dzielił ich milion kilometrów, zbliżył się gwałtownie, minął ich i zaraz zniknął im z oczu. – Unik Sulcus – odezwał się Koros III na wspólnym kanale. Mahnmut pomyślał, że dowódca krztusi się lub klnie szpetnie, po chwili wychwycił jednak melancholijną nutę w jego opanowanym zwykle głosie. Dotarło do niego, że Koros III miał pewnie na myśli swój macierzysty rejon na powierzchni przypominającego brudną kulę śniegu Ganimedesa. Himalia – maleńki księżyc, na którym nikt z załogi nie był i na który nikt się nie wybierał – śmignęła obok nich jak wystraszony robaczek świętojański. – Minęliśmy granicę magnetosfery – oznajmił Ri Po z charakterystycznym, niemelodyjnym callistańskim akcentem. – Nie wiem jak wy, ale ja pierwszy raz wyściubiłem nos poza naszą piaskownicę. Mahnmut zerknął na ekrany. Z danych, które podał Ri Po, wynikało, że oddalili się od Jowisza na odległość równą pięćdziesięciu trzem jego średnicom. Dopiero gdy pogrzebał w rzadko używanych bankach pamięci i stwierdził, że Jowisz ma ponad sto czterdzieści tysięcy kilometrów średnicy, docenił prędkość, jaką rozwinęli, pędząc łukiem nad płaszczyzną ekliptyki. Jak przez mgłę przypominał sobie, że przyciąganie Słońca miało zakrzywić trajektorię ich lotu i skierować ich w stronę Marsa, który w tej chwili znajdował się po przeciwnej stronie Układu Słonecznego. Mniejsza z tym, nie on miał zajmować się nawigacją. Jego rola zacznie się dopiero po lądowaniu na Marsie, a żegluga po marsjańskich oceanach zapowiadała się całkiem przyjemnie: słońce, ciepło, niewielkie głębokości, ciśnienie niewarte wzmianki, praktycznie zero promieniowania (przynajmniej w porównaniu z Europą), nocna nawigacja według gwiazd, dzienna – na podstawie sygnałów z satelitów, które zawczasu rozmieszcza na orbicie. Nie będzie krakenów ani lodu. Nie będzie lodu! Istna sielanka. Oczywiście jeśli postludzie będą mieli wrogie zamiary, morawce mogą nie przeżyć podróży albo wejścia w marsjańską atmosferę. Jeśli nawet lądowanie się powiedzie, mieli minimalne szansę na powrót w okolice Jowisza... Ale na to Mahnmut nie mógł już nic poradzić. Wrócił myślami do Sonetu 127. – Co tam u was? – zapytał na wspólnym kanale Koros III. Nikt nie zgłaszał problemów. Trzeba było czegoś więcej niż miażdżące pierś przeciążenie, żeby przygnębić taką załogę. Ri Po rozpoczął litanię dalszych informacji nawigacyjnych, ale Mahnmut nie słuchał zbyt uważnie. Sonet 127, pierwszy z sonetów poświęconych Mrocznej Damie, pochłonął go bez reszty. 8. Ardis Daeman spał dobrze i śnił o kobietach. Bawiło go to – i trochę zastanawiało – że kobiety śnią mu się tylko wtedy, gdy śpi sam. Wyglądało na to, że co noc czuje potrzebę przytulenia się do ciepłego, damskiego ciała i podświadomość dostarcza mu stosownych bodźców, gdy podejmowane za dnia wysiłki nie przyniosą oczekiwanych rezultatów. Kiedy obudził się w swoim komfortowym pokoju w dworze Ardis, było już późno. Sen rozpłynął się w świetle dnia, ale została po nim tradycyjna poranna erekcja i dość strzępków, żeby przywołać niejasne wspomnienie Ady, albo kogoś bardzo do niej podobnego: pachniała perfumami, miała ciepłe ciało, jasną skórę, obfite pośladki, pełne piersi i masywne uda. Nie mógł się doczekać, kiedy weekendowa zdobycz wpadnie mu w ręce – bo w ten piękny poranek nie miał wątpliwości, że tak się właśnie stanie. Wziął prysznic, ogolił się i włożył nieskazitelny strój, który uznał za idealny w tym niewyrafinowanym wiejskim towarzystwie: bawełniane spodnie w białoniebieskie prążki, kamizelkę z wełnianej serży, marynarkę w pastelowym odcieniu, białą jedwabną koszulę i rubinowy fular. Wizerunku dopełniała jego ulubiona drewniana laska i buty z czarnej skóry, nieco solidniejsze od eleganckich mokasynów, w których wystąpił wieczorem. Przy śniadaniu, które zjadł w osłonecznionej oranżerii, z zadowoleniem odnotował fakt, że Hannah i ten cały Harman wyjechali o świcie. – Przygotowują się do wieczornego odlewu – wyjaśniła Ada. Brzmiało to tajemniczo, ale Daemanowi nie chciało się prosić o wyjaśnienia. Po prostu cieszył się, że Harmana nie ma. Ada nie wracała w rozmowie do tematów z poprzedniego wieczoru. Zamiast pleść bzdury o książkach i statkach kosmicznych, oprowadziła go przed południem po dworze, przypomniała mu dawno niewidziane skrzydła gmachu, opatrzone dwuspadowym sufitem korytarze pod dachem, rozległe piwniczki z winem, tajne przejścia i zapomniane strychy. Pamiętał, że podczas pierwszej wizyty w Ardis też odbyli taką wycieczkę; roztargniona Ada wyprowadziła go wtedy po drabinie na lądowisko dla skoczków, on zaś, jak zwykle czujny, dostrzegł pod jej zadartą spódnicą najpiękniejszy widok, o jakim może zamarzyć młody chłopak. Do dziś pamiętał te śnieżnobiałe uda i cień między nimi. Tego ranka po tej samej drabinie weszli na tę samą platformę, ale tym razem Ada skinęła na niego, żeby szedł przodem i uśmiechem skwitowała dżentelmeńską uwagę, że kobiety mają pierwszeństwo. Przebiegły uśmiech sugerował, że zapamiętała tamto wydarzenie, chociaż Daeman nigdy by jej o to nie podejrzewał. Dwór Ardis był wysokim budynkiem. Sterczące spomiędzy okien strychu lądowisko, wyłożone mahoniowymi deskami, znajdowało się dwadzieścia metrów nad żwirowym podjazdem z wojniksami, które z tej wysokości przypominały zardzewiałe skarabeusze, stojące na tylnych nogach. Daeman wolał się nie zbliżać do pozbawionej balustrady krawędzi platformy, Ada natomiast od razu do niej podeszła. Tęsknym wzrokiem powiodła po trawniku i odległej linii lasu. – Nie chciałbyś mieć sprawnego skoczka? – zapytała. – Chociaż na parę dni? – Nie. Po co? Ada zamaszystym gestem ogarnęła całą okolicę. – Nawet na dziecięcym skoczku można by przefrunąć nad lasem i rzeką, zobaczyć, co jest za wzgórzami na zachodzie i lecieć tak, lecieć całymi dniami, z dala od wszystkich faksów. – Ale po co? Ada odwróciła się w jego stroną. – Nie jesteś ciekaw, co tam jest? Daeman przygładził kamizelkę, jakby strzepywał z niej okruszki. – Nie bądź śmieszna. Tam nie ma nic ciekawego. To zupełna dzicz, kompletnie niezamieszkana. Nie znam nikogo, kto mieszkałby dalej niż parę kilometrów od faksu. Poza tym w takiej głuszy czyhają tyranozaury. – Tyranozaury? W naszych lasach? Nonsens. Nigdy nie widziano tu tyranozaura. Kto ci naopowiadał takich bzdur, kuzynie? – Ty, kiedy tu poprzednio byłem, czyli pół dwudziestki temu. Ada pokręciła głową. – Najwyraźniej sobie z ciebie zakpiłam. Daeman przypomniał sobie strach przed następną wizytą u Ady i dręczące go przez całe lata koszmary z tyranozaurami w rolach głównych – i mógł tylko zmarszczyć gniewnie brwi. Ada uśmiechnęła się lekko, jakby czytała mu w myślach. – Zastanawiałeś się kiedyś, kuzynie, dlaczego postludzie postanowili ograniczyć liczebność naszej populacji do miliona osobników? Czemu nie do miliona plus jeden? Albo do dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu tysięcy dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu? Skąd ten milion? Daeman rozdziawił usta. Nie rozumiał tej dziewczyny. Co miał wspólnego skoczek z zapomnianej ery z dinozaurami i liczebnością ludzkiej populacji, która pozostawała na stałym poziomie od... od... no, od zawsze. Nie podobało mu się też przypomnienie, że są kuzynami; niektórzy wciąż hołdowali starym przesądom, jakoby kontakty seksualne między krewniakami były czymś niewłaściwym. – Z doświadczenia wiem, że takie próżne rozważania prowadzą do niestrawności – stwierdził. – Nawet w taki piękny dzień jak dzisiaj. Może zmienimy temat na bardziej przyjemny? – Ależ naturalnie. – Ada posłała mu najsłodszy ze swych uśmiechów. – Proponuję zejść na dół i znaleźć pozostałych gości, zanim zjemy lunch i udamy się na miejsce odlewu. Tym razem to ona pierwsza weszła na drabinę. Lunch podano na pomocnym patio. Daeman gawędził uprzejmie z młodymi ludźmi, których zebrało się całkiem sporo – wszyscy przybyli na wieczorny „odlew”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Po posiłku większość gości znalazła sobie miejsce na sofach w pokojach lub na wygodnych fotelach wystawionych na zacienionym trawniku, gdzie, wyciągnąwszy się wygodnie, rozłożyli na oczach całuny turyńskie. Pod całunem spędzało się zwykle około godziny, więc Daeman wybrał się na spacer pod las, wypatrując po drodze ciekawych motyli. Ada dogoniła go u stóp pagórka. – Nie używasz całunu, kuzynie? – Nie – odparł przesadnie oficjalnym tonem. – Po dziesięciu latach przyzwyczaiłem się do widoku całunów, ale nie bawią mnie one. Ty również ich unikasz, jak widzę? – Nie zawsze. – Ada obracała w ręce pomarańczową parasolkę. Światło przesączało się miękko przez materiał i nadawało jej twarzy uroczy blask. – Zaglądam od czasu do czasu, żeby sprawdzić, co się dzieje, ale mam zbyt wiele zajęć, żeby się uzależnić, co wielu ludziom się ostatnio przytrafia. – Rzeczywiście, całuny stały się wszechobecne. Ada przystanęła w cieniu rozłożystego wiązu. Złożyła parasol. – Próbowałeś chociaż? – Ależ naturalnie. W okresie między moją pierwszą i drugą dwudziestką to był prawdziwy szał. Spędziłem pod całunem kilka tygodni, napawając się tym... przepychem. – Daeman nie potrafił ukryć niesmaku, jaki budziło w nim to wspomnienie. – Ale potem nigdy już nie sięgnąłem po całun. – Nie lubisz przemocy, kuzynie? Daeman machnął niezobowiązująco ręką. – Nie lubię... pośredniości tego doświadczenia. – To samo mówi Harman. – Ada zaśmiała się cicho. – Jesteście do siebie podobni. Myśl ta wydała się Daemanowi tak nieprawdopodobna, że nie wiedział, co odpowiedzieć. Ograniczył się do roztrącenia laską zaściełających ziemię suchych liści. Zamiast wywołać funkcję czasową na dłoni, Ada spojrzała na słońce. – Niedługo się ockną. Jak to się mówi: „godzina pod całunem to osiem godzin szlachetnego życia”. – Tak... – Daeman nie był pewien, czy wyświechtany slogan w ustach Ady nie był jakąś aluzją. Jej wyraz twarzy, jak zwykle figlarny i sympatyczny, niczego nie zdradzał. – Ten odlew... Czy to długo potrwa? – Co najmniej kilka godzin. Daemana zatkało. – Nie będziemy chyba biwakować nad rzeką czy gdzie tam ma się odbyć ta cała impreza? Był ciekaw, czy noc pod gwiazdami i pierścieniami zwiększy jego szansę na zdobycie tej kobiety. – Tym, którzy zechcą zostać do rana na miejscu odlewu, zapewni się wszelkie wygody. Hannah obiecuje, że widowisko będzie warte obejrzenia. Mimo to sądzę, że większość z nas po północy wróci do dworu. – Czy przy tym... eee... odlewie podacie też wino i inne drinki? – Oczywiście. Daeman się rozpromienił. Inni goście mogą sobie zostać i oglądać spektakl. On przez cały czas będzie Adzie dolewał wina, toczył z nią „szlachetne” dysputy, a potem odwiezie ją do domu (jeśli dobrze to zaplanuje, przy odrobinie szczęścia znajdą się w kabriolecie sami) i – przy kolejnej odrobinie szczęścia – tej nocy nie będzie musiał śnić o kobietach. Późnym popołudniem służki zebrały wszystkich gości (niektórzy wciąż trajkotali o wydarzeniach ze spektaklu turyńskiego, czyli bzdurach w rodzaju historii Menelaosa trafionego zatrutą strzałą), sformowały karawanę bryczek i kabrioletów i skierowały ją na „miejsce odlewu”. Jedne wojniksy ciągnęły powozy, inne zaś biegły obok w charakterze eskorty, chociaż Daeman nie widział powodów do obaw, skoro w okolicznych lasach nie było tyranozaurów. Sprytnie zajął miejsce w pierwszym kabriolecie, obok gospodyni, która wskazywała mu najciekawsze okazy drzew, malownicze łąki i strumienie, kiedy trzykilometrową bitą dróżką telepali się nad rzekę. Rozsiadł się na obitej czerwoną skórą kanapie wygodniej, niż to było konieczne – nawet uwzględniając jego sympatycznie zaokrąglone kształty – dzięki czemu przez całą drogę mógł cieszyć się dotykiem uda Ady na swoim udzie. Kiedy wyjechali na grzbiet wapiennego wzgórza, zorientował się, że nie zmierzają nad samą rzekę, lecz nad jeden z jej dopływów, mizerną, mierzącą raptem kilkaset metrów szerokości strugę. Na jej brzegu wskutek erozji i zalewów powstała szeroka, piaszczysta łacha – coś na kształt plaży, na której ktoś zbudował wysoką, rozchwierutaną konstrukcję z drewna. Rusztowanie, a właściwie plątanina słupów, koryt, drabin, ramp i schodów kojarzyła się Daemanowi z prymitywną szubienicą, chociaż – co zrozumiałe – nigdy w życiu nie widział prawdziwej szubienicy. Budowla stała w połowie na brzegu, w połowie zaś na palach wbitych w płytki nurt, z którego sterczały też przygotowane na wieczór pochodnie. Sto metrów dalej, w ujściu rzeczki, znajdowała się wąska wysepka, zarośnięta sagowcem i paprocią, z której poderwało się nagle do lotu stado ptaków i fruwających gadów, czyniąc przy tym niemiłosierny hałas. Ciekawe, pomyślał odruchowo Daeman, czy są tam jakieś motyle. Na trawie powyżej plaży stały piękne, kolorowe namioty, fotele ogrodowe i długie zastawione stoły. Nad wszystkim uwijały się służki, które natychmiast podfrunęły na spotkanie gości. Kiedy Daeman wysiadł z kabrioletu i ruszył za Adą, rozpoznał niektórych uwijających się na dziwacznym rusztowaniu robotników. Na samej górze stała Hannah w czerwonej bandanie na głowie, zajęta wiązaniem elementów nośnych. Szurnięty Harman – bez koszuli, spocony i nienaturalnie opalony od słońca – stał sześć metrów niżej, na ziemi, i dokładał do ognia płonącego w zabudowanym palenisku. Inni ludzie, młodzi, zapewne przyjaciele Hannah i Ady, śmigali po rampach i drabinach z workami piasku, dodatkowymi balami i okrągłymi kamieniami. W glinianym rdzeniu tej konstrukcji buzował ogień, sypiąc skrami pod ciemniejące wieczorne niebo. Pracującym najwyraźniej przyświecał jakiś cel, ale Daeman nie miał pojęcia, czemu mogłaby służyć sterta patyków, te wszystkie koryta, glina, piasek i ogień. Służek zaproponował mu drinka. Daeman wziął od niego kieliszek i poszedł poszukać fotela stojącego w cieniu. – To jest żeliwiak – mówiła Hannah. – Budowaliśmy go prawie przez tydzień. Zwoziliśmy materiały kajakami w dół rzeki, przycinaliśmy i gięliśmy gałęzie, żeby nadać mu odpowiedni kształt. Wcześniej zjedli wyśmienitą kolację. Promienie słońca oświetlały jeszcze stoki wzgórz po tej stronie rzeki, ale sama dolina pogrążyła się w cieniu. Pierścienie świeciły jasno na mrocznym niebie, iskry wzlatywały ku górze, sapanie miechów i ryk płomieni były ogłuszające. Daeman wziął sobie następnego drinka – ósmego lub dziesiątego z kolei – i sięgnął po drugi kieliszek, żeby podać go Adzie. Ta jednak podziękowała mu ruchem głowy i z powrotem zwróciła się w stronę Hannah. – Upletliśmy z gałęzi rodzaj dużego kosza. Od środka wylepiliśmy go żaroodporną glinką, uzyskaną ze zmieszania suchego piasku z bentonitem i odrobiną wody. Wymieszaliśmy je łopatą, utoczyliśmy z tej mazi kule, owinęliśmy je świeżymi liśćmi paproci, żeby nie wyschły, i wyłożyliśmy nimi całe wnętrze pieca. Dzięki temu drewniana konstrukcja pieca nie zajmie się ogniem. Daeman nie miał zielonego pojęcia, o czym ta kobieta mówi. Po co budować takie wielkie paskudztwo z drewna, a potem rozpalać mu ogień u stóp, skoro nie chce się go spalić? To był istny dom wariatów. – Najwięcej czasu w ostatnich dniach zabrało nam podsycanie płomieni i gaszenie minipożarów okolicznych traw – ciągnęła Hannah. – I tak dobrze, że zbudowaliśmy żeliwiak nad rzeką. – Cudownie – mruknął Daeman i ruszył na poszukiwania kolejnego drinka. Hannah i jej przyjaciele, wśród nich nieznośny Harman, bredzili dalej, używając idiotycznych słów w rodzaju „złoże koksu”, „strefa wiatrów”, „dysza powietrzna” (to ostatnie określenie, jak tłumaczyła Hannah, oznaczało dziurę w wyłożonym gliną piecu, przy której młoda kobieta imieniem Emme zmagała się z sapiącymi miechami), „strefa topienia”, „masa formierska”, „otwór spustowy” i „otwór żużlowy”. Wszystkie te nazwy wydały się Daemanowi barbarzyńskie i dziwnie obsceniczne. – A teraz nadszedł czas, żeby się przekonać, czy to wszystko działa – oznajmiła Hannah. W jej głosie zmęczenie mieszało się z uniesieniem. Gościom kazano odsunąć się od brzegu rzeki. Daeman z zadowoleniem wycofał się aż na trawę, między stoły. Młodzi – w towarzystwie tego przeklętego Harmana – rzucili się w wir gorączkowych przygotowań. Iskry trysnęły pod samo niebo. Hannah wspięła się na szczyt „żeliwiaka”, Harman zaś, zaglądając w ogień, zaczął wykrzykiwać jakieś polecenia. Kiedy Emme padła w końcu ze zmęczenia przy miechach, zastąpił ją chudy Loes. Daeman jednym uchem słuchał dalszych wyjaśnień, jakich podekscytowana Ada udzielała grupce znajomych. Wyłapywał takie słowa jak „okrężnica”, „klapa podmuchowa”, „schłodzony żużel” (płomienie tymczasem szalały wściekle w palenisku) i „ciśnienie dmuchu”. Odsunął się jeszcze pięć metrów dalej. – Temperatura spustu dwa tysiące trzysta stopni! – krzyknął Harman do Hannah. Ta otarła pot z czoła, coś przestawiła na szczycie pieca i pokiwała głową. Daeman zamieszał drinka. Zastanawiał się, ile jeszcze czasu musi minąć, zanim znajdzie się z Adą sam na sam w kabriolecie. Nagle zrobiło się jakieś zamieszanie. Daeman podniósł wzrok, przekonany, że zobaczy płonące rusztowanie i Hannah z Harmanem palących się jak słomiane lalki. Ale niezupełnie. Hannah chwyciła koc i próbowała ugasić płomyki, które pięły się po drabinie na czubek żeliwiaka – musiała przy tym opędzać się od chętnych do pomocy służków, a nawet jednego wojniksa, który poruszył się, zaniepokojony, że ludziom może się stać krzywda – ale Harman z dwójką pomagierów przestali dokładać do pieca i odblokowali „otwór spustowy”. Coś, co wyglądało jak żółta lawa, popłynęło drewnianymi korytami na plażę. Część gapiów chciała podejść bliżej, lecz powstrzymały ich ostrzegawcze krzyki Hannah i bijące od roztopionego metalu gorąco. Toporne, nieprecyzyjnie połączone koryta zaczęły dymić, ale żadne nie stanęło w płomieniach. Żółtoczerwony płynny metal spływał leniwie z żeliwiaka do osadzonej w piasku formy w kształcie krzyża. Hannah zbiegła po drabinie i pomogła Harmanowi zatkać spust. Zajrzeli przez wziernik do wnętrza pieca, pomajstrowali przy – jak właśnie tłumaczyła Ada jednemu z gości – „otworze żużlowym” (nie uszło uwagi Daemana, że różnił się od „otworu spustowego”) i razem – młoda kobieta i stary mężczyzna (któremu już niedużo życia zostało, dodał w myślach Daeman) – pobiegli zobaczyć napełniającą się formę. Inni poszli w ich ślady. Daeman również zszedł na plażę, odstawiając po drodze kieliszek na podsuniętą przez służka tacę. Od rzeki wiało chłodem, ale żar buchający od rozpalonej formy uderzył Daemana jak ognista pięść. Metal tężał, tworząc szary krzyż. – Co to ma być? – zapytał Daeman na głos. – Jakiś symbol religijny? – Nie. – Hannah zdjęła bandanę i wytarła spoconą, ubrudzoną sadzą twarz. Szczerzyła zęby jak wariatka. – To pierwszy odlew z brązu od... Od jak dawna, Harmanie? Od tysiąca lat? – Może nawet od trzech tysięcy – odparł półgłosem Harman. Wśród gości dał się słyszeć szmer podziwu, rozległy się oklaski. Daeman tylko się roześmiał. – Na co to komu? – A na co komu niemowlę? – spytał półnagi Harman. – Dobry przykład. Hałaśliwe, śmierdzące, wymaga stałej opieki... Jest bezużyteczne. Nikt go nie słuchał. Ada, Hannah, Harman i reszta robotników obściskiwali się właśnie, zupełnie jakby dokonali czegoś sensownego. Tłum się kłębił. Po chwili Harman i Hannah zaczęli się znów krzątać przy piecu, zaglądać przez wizjery, grzebać żelaznymi prętami w palenisku... Wyglądało na to, że popisy pirotechniczne będą trwały do rana. Daeman przeszedł między stolikami, przez chwilę zastanawiał się, czy nie załatwić naturalnej potrzeby w największym z namiotów (byłoby to bardzo w duchu tych pogańskich zabaw), ale koniec końców postanowił posłuchać głosu natury i zrobić to na świeżym powietrzu. Przeszedł przez łączkę, kierując się ku drzewom w ślad za monarchą wędrownym, który chwilę wcześniej przeleciał mu przed nosem. W widoku motyla nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pora – zarówno dnia, jak i roku – była ciut za późna dla monarchy. Daeman minął ostatniego wojniksa i zanurzył się pod wysokie korony wiązów i sagowców. Ktoś – może Ada? – zawołał go z odległego o trzydzieści metrów brzegu rzeki, ale Daeman zdążył już rozpiąć spodnie. Zamiast więc odwrócić się i krzyknąć coś w odpowiedzi, wszedł dalsze pięć, sześć metrów w głąb lasu. Otuliła go ciemność. Przecież to potrwa najwyżej minutkę. Westchnął z ulgą, podziwiając trzepoczące mu nad głową motyle skrzydła. Strumień moczu zaszemrał na korze drzewa. Olbrzymi alozaur, mierzący blisko dziesięć metrów od czubka pyska do końca ogona, wypadł z mroku z prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę. Uchylił się przed nisko zwisającymi gałęziami drzewa i skoczył. Daeman zdążył jeszcze krzyknąć, ale potem wolał zapiąć spodnie, niż odwrócić się i wybiec z lasu w takim stanie. Mógł być lubieżnikiem, ale był wstydliwy z natury. Zamachnął się laską na potwora. Alozaur jednym kłapnięciem szczęk pochłonął laskę z ręką, wyrywając Daemanowi ramię z barku. Daeman wrzasnął i zatoczył się do tyłu w fontannie własnej krwi. Jaszczur powalił go i odgryzł mu drugą rękę; podrzucił ją w powietrze i złapał w locie w pysk jak krokodyl. Jedną pazurzastą łapą przytrzymał szarpiącą się ofiarę, przełknął niewygodny kąsek i znów pochylił swój paskudny łeb. Jakby od niechcenia przegryzł Daemana wpół i za jednym zamachem połknął tułów z głową, żebra i kręgosłup chrupnęły donośnie i zniknęły w brzuchu potwora. Na koniec zostawił sobie nogi i biodra. Szarpał łbem na boki jak pies, który bawi się złapanym szczurem. Rozległo się buczenie faksu. Dwa wojniksy dopadły alozaura i zabiły go w mgnieniu oka. – O mój Boże! – krzyknęła Ada, stanąwszy na skraju lasu. Wojniksy właśnie kończyły krwawe dzieło zniszczenia. – Ale jatka – mruknął Harman i dał znać pozostałym, żeby się nie zbliżali. – Nie mówiłaś mu, że nie wolno przekraczać kordonu wojniksów? Nie wspomniałaś o dinozaurach? – Pytał o tyranozaury – odparła Ada. Jedną dłonią wciąż zasłaniała sobie usta. – Więc mu powiedziałam, że ich tu nie ma. – Szczera prawda – stwierdził Harman. Za ich plecami żeliwiak huczał i pluł iskrami. 9. Troja i Olimp Afrodyta zrobiła ze mnie szpiega. Dobrze wiem, jaka kara spotykała szpiegów z rąk śmiertelników. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak zemszczą się na mnie bogowie – ale, szczerze mówiąc, wolałbym tego nie robić. Rano, następnego dnia po tym, jak zostałem tajnym agentem bogini miłości, Atena teleportuje się z Olimpu pod Ilion i przybiera postać trojańskiego włócznika imieniem Laodokus. Wypełniając wolę Zeusa, który postanowił, że Trojanie mają złamać rozejm, szuka Pandarosa, łucznika, syna Likaona. Korzystając z Hełmu Hadesa i otrzymanego od muzy medalionu teleportacyjnego, tekuję się w ślad za Ateną, morfuję w trojańskiego kapitana imieniem Echepolus i ruszam za podróżującą w przebraniu boginią. Czemu wybrałem Echepolusa? Dlaczego imię tego mało znaczącego oficera brzmi dla mnie znajomo? Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że Echepolusowi zostało zaledwie kilka godzin życia. Jeżeli udająca Laodokusa Atena doprowadzi do zerwania rozejmu, argiwska strzała wkrótce przeszyje czaszkę mojego Trojanina – przynajmniej według Homera. No cóż, postaram się, żeby pan Echepolus odzyskał na czas swoje ciało i tożsamość. W Iliadzie do naruszenia rozejmu dochodzi zaraz po pojedynku Parysa z Menelaosem, kiedy to Afrodyta ratuje życie synowi Priama, unosząc go z pola boju. Tutaj jednak, w naszej wojnie trojańskiej, ten niedoszły pojedynek miał miejsce ładnych kilka lat temu. Obecne zawieszenie broni to nic wielkiego: wysłannicy króla Priama spotkali się z achajskimi heroldami i wypracowali jakąś zawiłą ugodę, która pozwoliła przerwać walki i urządzić festiwal, pogrzeb czy co tam jeszcze innego. Moim skromnym zdaniem jednym z powodów, dla których oblężenie trwa już blisko dziesięć lat, są właśnie takie częste przerwy. Grecy i Trojanie mają równie wiele świąt religijnych, co Hindusi z XXI stulecia, i tyle samo świąt świeckich, co amerykańscy listonosze. Aż się człowiek zaczyna zastanawiać, kiedy oni mają czas się zabijać pośród tych wszystkich uczt, nabożeństw ofiarnych i dziesięciodniowych pogrzebów. W tej chwili – wkrótce po tym, jak poprzysiągłem zbuntować się przeciw woli bogów (przez co jak nigdy wcześniej stałem się igraszką w ich rękach) – najbardziej intryguje mnie kwestia tego, jak dalece wydarzenia tej wojny mogą odbiegać od treści eposu Homera i jak szybko można je zmienić. Niezgodności, które zaobserwowałem do tej pory – na przykład inna kolejność zwoływania wojsk czy o kilka lat wcześniejszy pojedynek Parysa z Menelaosem – były drobiazgami, które łatwo dało się wytłumaczyć względami praktycznymi – bo jak tu opowiedzieć dziewięć lat wojny w poemacie, który obejmuje zaledwie wycinek ostatniego roku walk. Co by się jednak stało, gdyby wydarzenia naprawdę potoczyły się znacząco innym torem? Co by było, gdybym podszedł dzisiaj do – powiedzmy – Agamemnona i włócznią (należała wprawdzie do biednego Echepolusa, którego los był przesądzony, ale włócznia to włócznia) przebił królewskie serce? Bogowie znają różne sztuczki, ale nie potrafią wskrzeszać martwych ludzi. Ani martwych bogów, chociaż samo określenie „martwy bóg” brzmi jak oksymoron. – Kimże jesteś, Hockenberry, żeby sprzeciwiać się Przeznaczeniu i woli bogów? – pyta tchórzliwy głosik, któremu byłem posłuszny przez większość poprzedniego życia. Jestem sobą, Thomasem Hockenberrym, odpowiada mu współczesny Hockenberry, chociaż jest tylko cieniem tamtego starego Thomasa. I mam dość tych łotrów, którzy nazywają się bogami. Od nadmiaru władzy we łbach im się poprzewracało. Bardziej jako szpieg niż jako scholiasta przysłuchuję się rozmowie Ateny, udającej Laodokusa, z Pandarosem, który jest wprawdzie bufonem, ale po mistrzowsku strzela z łuku. Bogini rozmawia z tym durniem jak żołnierz z żołnierzem, jak Trojanin z Trojaninem. Podjudza go, by zabił Menelaosa, mamiąc obietnicą chwały i prezentów, jakimi w nagrodę obsypie go Parys. Ba, porównuje go nawet do mistrza wszystkich łuczników, samego Apolla, i przekonuje, żeby oddał ten jeden celny strzał. Pandaros łyka przynętę razem z haczykiem i żyłką, jak przedstawił to jeden z tłumaczy Homera, „chytra jej rada niebacznemu mężowi do serca przypada” – i każe się towarzyszom zasłonić tarczami, kiedy szykuje łuk i wybiera najlepszą strzałę. Scholiaści przez stulecia spierali się, czy Grecy i Trojanie używali zatrutych strzał. Przychylałem się zawsze do zdania większości: nie stosowano trucizny, gdyż przeczyłoby to zasadom honorowej walki, a honor ci szlachetni mężowie cenili wysoko. Myliliśmy się: i jedni, i drudzy czasem smarują strzały trucizną, w dodatku szybko działającą i zabójczą. To wyjaśnia, dlaczego tak wiele z opisanych w Iliadzie ran było śmiertelnych. Pandaros puszcza cięciwę. Strzała pięknym łukiem pokonuje setki metrów, mierząc prosto w rudowłosego brata Agamemnona. Przeszyje na wylot Menelaosa, który stojąc na czele swoich wojsk, obserwuje dyskutujących na ziemi niczyjej heroldów – przeszyje go, o ile w sprawę nie wtrąci się żadne ze sprzyjających Grekom bóstw. A jednak: mój podrasowany wzrok pozwala mi dostrzec Atenę, która porzuca ciało Laodokusa, tekuje się i staje u boku Menelaosa. Bogini prowadzi podwójną grę: najpierw przekonała Trojan do złamania rozejmu, a teraz robi wszystko, żeby Menelaos, jeden z jej faworytów, przypadkiem nie zginął. Niewidzialna dla wrogów i przyjaciół – widoczna tylko dla mnie, scholiasty – odtrąca strzałę, niczym matka, która odgania natrętną muchę od dziecka (wydaje mi się, że podkradłem Homerowi to porównanie, ale od tak dawna nie czytałem już Iliady – ani w oryginale, ani w przekładzie – że wcale nie mam pewności). Mimo interwencji Ateny pocisk dosięga celu: Menelaos krzyczy z bólu i upada, strzała sterczy mu z brzucha tuż powyżej pachwiny. Czyżby Atenie nie udało się go ocalić? Robi się zamieszanie. Heroldowie Priama pędem wracają pod mury i kryją się w szeregach Trojan, wysłannicy Achajów wycofują się pod osłonę greckich tarcz. Agamemnon, który wykorzystał okres spokoju na inspekcję swoich oddziałów (zapewne po to, by w dzień po buncie Achillesa pokazać wojsku, kto tu dowodzi), dopada zebranych wokół Menelaosa oficerów i znajduje brata wijącego się z bólu na ziemi. Wycelowuję w ich stronę pałkę, która do złudzenia przypomina laskę, jaką mógłby mieć przy sobie trojański oficer. Pałka nie należy jednak do kapitana Echepolusa: jest elementem standardowego wyposażenia scholiastów i łączy funkcje paralizatora i mikrofonu kierunkowego. Mikrofon ma zasięg trzech kilometrów; wychwytuje wszelkie dźwięki, wzmacnia je i przesyła prosto do maleńkich słuchawek, z którymi nie rozstaję się na iliońskiej równinie. Agamemnon wygłasza kapitalną mowę pogrzebową na cześć brata. Widzę, jak trzyma jego głowę na kolanach i słyszę, jak zapowiada Trojanom srogą zemstę za zabicie szlachetnego Menelaosa. Potem jednak zaczyna lamentować nad Achajami, którzy – nie bacząc na krwawą zemstę Agamemnona – po śmierci Menelaosa stracą zapał do walki, odstąpią od wojny i odpłyną na swych lotnych okrętach za morze. Po co odbijać Helenę, skoro jej mąż rogacz nie żyje? Agamemnon dalej bawi się w proroka: – Tu, na Priamowych polach robaki toczyć będą twe ciało i kości, bracie mój, który ległeś pod niezdobytymi murami Troi, nie wypełniwszy swej misji. Ależ radosna ta przemowa. Coś w sam raz dla umierającego człowieka. – Zaczekaj – stęka Menelaos przez zaciśnięte zęby. – Nie grzeb mnie jeszcze, bracie. Strzała nie dosięgła żadnego ważnego organu. Spójrz: grot przebił mój brązowy pas i utkwił w warstwie tłuszczyku, której chciałem się pozbyć. A mógł trafić w brzuch albo w jaja, prawda? – Hm... Agamemnon marszczy brwi i przygląda się ranie, która faktycznie nie jest zbyt poważna. Można by niemal pomyśleć, że jest rozczarowany. Mowę pogrzebową diabli wzięli, a brzmiała tak, jakby od jakiegoś czasu nad nią pracował. – Ale strzała jest zatruta – dodaje Menelaos, jakby chciał go pocieszyć. Złoty hełm spadł mu z głowy, zmieszany z kurzem pot zlepił jego rude włosy. Agamemnon puszcza go, wstaje – robi to tak szybko, że Menelaos grzmotnąłby głową o ziemię, gdyby oficerowie go nie podtrzymali – i wzywa Taltybiosa, swojego herolda, któremu każe znaleźć Machaona, syna Asklepiosa, osobistego lekarza królewskiego. Machaon uchodzi za niezłego specjalistę w swoim fachu, gdyż tajniki sztuki lekarskiej poznawał pod okiem centaura Chirona. Taka scena mogłaby rozgrywać się na dowolnym innym polu bitwy, w dowolnej epoce: leżący na ziemi ranny człowiek drze się wniebogłosy, na przemian klnie i płacze, kiedy pierwszy wstrząs mija i ból zaczyna docierać do jego świadomości. Przyjaciele otaczają go kręgiem, przyklękają przy nim, bezradni i niepotrzebni. Potem zjawia się lekarz z pomocnikami, wydaje polecenia, wyrywa opatrzony zadziorami brązowy grot, wysysa truciznę i opatruje ranę – a Menelaos kwiczy przez ten czas jak zarzynane prosię. Agamemnon zostawia brata pod opieką Machaona i idzie zagrzewać swoich ludzi do boju – chociaż Achajowie, nawet bez Achillesa, są dziś tak ponurzy i wściekli, że nie potrzebują szczególnej zachęty do bitki. Dwadzieścia minut po nieprzemyślanym strzale Pandarosa rozejm należy już do przeszłości. Grecy atakują Trojan na trzykilometrowej linii frontu, którą wyznacza chmura kurzu i rzeka krwi. Czas porzucić ciało Echepolusa, zanim biedny skurczybyk dostanie włócznią w środek czoła. Niewiele pamiętam z życia na Ziemi. Nie wiem, czy miałem żonę, dzieci, nie pamiętam, gdzie mieszkałem. Mam jakieś mętne wspomnienia pełnego książek gabinetu, w którym czytałem i przygotowywałem się do wykładów, ale sam uniwersytet w Indianie, na którym uczyłem, pamiętam jak przez mgłę: jakieś gmachy z cegły i kamienia, stojące na wzgórzu, z którego rozpościera się wspaniały widok na wschód. Jednym z najdziwniejszych doświadczeń w życiu scholiasty jest fakt, że prescholiastyczne wspomnienia jednak odżywają – czasem po kilku miesiącach, czasem po latach. Może to dlatego bogowie nie pozwalają nam żyć zbyt długo. Ja jestem najstarszym wyjątkiem. Pamiętam za to sale wykładowe, twarze studentów, same wykłady i dyskusje przy owalnym stole. Pamiętam ładną, młodą dziewczynę, która zapytała, dlaczego wojna trojańska trwała tak długo. Miałem ochotę wytknąć jej, że wychowała się w epoce szybkiego jedzenia i szybkich konfliktów, McDonaldów i wojny w Zatoce Perskiej, Pizzy Hut i wojny z terroryzmem, i że w czasach antycznych zarówno Grecy, jak i ich przeciwnicy wojowali równie niespiesznie, jak niespiesznie spożywali swoje wystawne uczty. Zamiast jednak ubliżać studentom i wytykać im historyczną krótkowzroczność, wyjaśniłem, że dawni herosi wprost kochali wojnę. Przypomniałem, że jedno z greckich określeń bitwy brzmiało charme i miało wspólny rdzeń ze słowem charo, „radować się”. Zacytowałem scenę, w której dwóch stojących naprzeciw siebie wojowników opisano jako charmei gethosunoi – „radujących się bitwą”. Wyjaśniłem grecką koncepcję aristeiów: pojedynków lub małych potyczek, w których wojownik mógł wykazać się męstwem i okryć chwałą. Wytłumaczyłem, że uczestnicy aristeiów cieszyli się ogromnym szacunkiem i zdarzało się, że całe armie przerywały bój, żeby podziwiać pojedynek. – To znaczy, że... no... – zająknęła się studentka. Jej mózg buksował bezradnie, jąkanie się ilustrowało zaś ten irytujący defekt w procesach myślowosłownych, który jak epidemia szerzył się wśród młodych Amerykanów pod koniec XX wieku. – Znaczy, wojna by się szybciej skończyła, no nie, gdyby nie robili tych, no... przerw na te... aristecoś tam, tak? – Właśnie – westchnąłem, zerkając błagalnie na wiszący na ścianie zabytkowy zegar, by jak najszybciej uwolnił mnie od tych męczarni. Teraz zaś, po dziewięciu latach oglądania aristeiów na własne oczy, mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że ukochane przez Trojan i Achajów pojedynki naprawdę są jednym z powodów, dla których oblężenie tak niemiłosiernie się wlecze. I tak jak przeciętny Amerykanin, który pojeździwszy trochę po Francji tęskni za szybkim żarciem, tak ja zatęskniłem za szybką wojną. Przydałoby się jakieś małe bombardowanko, atak komandosów, bum, bum, dziękujemy państwu i wracamy do domu, do Penelopy. Ale nie tym razem. Echepolus jest pierwszym trojańskim kapitanem, który ginie podczas szturmu Achajów. Nie wiem, może jeszcze się nie pozbierał po tym, jak na chwilę pożyczyłem sobie jego ciało. W każdym razie kiedy dowodzony przez niego oddział ściera się z Grekami pod wodzą Antilochusa, syna Nestora i dobrego przyjaciela Achillesa, nieszczęsny Echepolus zbyt późno unosi włócznię – i Antilochus pierwszy wykonuje pchnięcie. Grot z brązu trafia Trojanina w sam skraj hełmu, ozdobionego kitą z końskiego włosia, ześlizguje się po nim, wchodzi w głąb czaszki. Oko wypływa z oczodołu, mózg wycieka przez zęby i Echepolus pada, jak to mawiał Homer, zwalony jak wieża. Teraz zaczyna się przedstawienie, które śledziłem już mnóstwo razy, ale które nigdy nie przestaje mnie fascynować. Prawdą jest, że Grecy i Trojanie najwyżej cenią sobie honor, ale żądza zdobycia łupów jako motywacja do bitki niewiele mu ustępuje. To zawodowi wojownicy: zabijają, bo taki mają fach, a łupią, bo taka jest w ich profesji forma zapłaty. Zdobyte na wrogu elementy pięknie zdobionych pancerzy – tarcze, napierśniki, nagolenniki, pasy – przysparzają żołnierzom i honoru, i majątku. Zgarnięcie zbroi wroga jest dla starożytnego Greka równie wielkim powodem do chwały, co dla Siuksa bezkrwawe pokonanie wroga, a przynosi znacznie większą korzyść materialną. Kapitanowie mają pancerze kute z brązu, a wyżsi rangą oficerowie ze złota, i to najczęściej zdobionego szlachetnymi kamieniami. Zaczyna się więc walka o dobytek zabitego kapitana Echepolusa. Pierwszy dopada go achajski dowódca imieniem Elefenor: chwyta zmarłego za kostki i zaczyna wlec zakrwawione ciało na tyły, wśród trzasku włóczni, szczęku mieczy i łoskotu tarcz. Widywałem go czasem w greckim obozowisku, śledziłem jego losy w pomniejszych potyczkach i muszę przyznać, że to imię do niego pasuje*: jest potężnie zbudowany, w barach szeroki jak szafa, ma masywne uda i ręce jak młoty; nie jest może najbystrzejszym żołnierzem Agamemnona, ale niedostatki intelektu nadrabia posturą, siłą i odwagą. Patrzę więc, jak syn Chalkodona, Elefenor, dowódca Abantów i król Eubei, który w czerwcu skończył trzydzieści osiem lat, ciągnie zwłoki Echepolusa, chowa się za szeregiem napierających Achajów i zaczyna odzierać martwego wroga ze zbroi. Wtedy jednak Agenor, Trojanin, syn Antenora i ojciec Echeklosa (obu zdarzało mi się widywać na ulicach Ilionu), prześlizguje się przez mur Achajów i zauważa Elefenora, który, osłaniając się od przodu tarczą, kończy właśnie ściągać pancerz z Echepolusa. Agenor doskakuje do niego i wymierza mu cios włócznią prosto w odsłonięty bok. Grot druzgocze żebra i przebija serce Elefenora, ten zaś, rzygnąwszy krwią, pada na ziemię. Trojanie napierają, spychają Achajów wstecz, Agenor zaś wyrywa włócznię, która utkwiła w piersi zabitego, i zaczyna ściągać z niego pas, nagolenniki, napierśnik. Jego towarzysze odciągają do tyłu niemal nagie ciało Echepolusa. Walka koncentruje się wokół dwójki poległych. Achaj zwany Ajaksem – Ajaks Wielki, Telamoński, ten z Salaminy, nie mylić z Ajaksem Małym, który dowodzi armią Lokrydy – rąbie na prawo i lewo, przedziera się przez tłum, po czym nagle chowa miecz do pochwy i przebija włócznią młodego Trojanina imieniem Symojzus, który próbował osłaniać wycofującego się Agenora. Zaledwie przed tygodniem w jednym z trojańskich parków spotkałem się (przebrany za Stenelosa) z Symojzusem. Piliśmy wino i przerzucaliśmy się sprośnymi anegdotami. Szesnastoletni chłopak, kawaler, który nawet jeszcze nie był z kobietą, opowiedział mi o tym, jak jego ojciec, Antemion, nadał mu imię na cześć rzeki Symojdy, która przepływa nieopodal ich skromnego domku, półtora kilometra od miasta. Dzieciak miał niespełna sześć lat, kiedy na horyzoncie pojawiły się czarne achajskie okręty i dopiero kilka tygodni temu ojciec pozwolił mu dołączyć do armii trojańskiej i wyjść wraz z nią za mury. Symojzus przyznał, że boi się śmierci – a właściwie nie tyle śmierci jako takiej, ale śmierci przedwczesnej, która zabierze go, zanim zdąży dotknąć kobiecej piersi i poznać smak pierwszej miłości. Ajaks Wielki z krzykiem uderza włócznią, która odbija na bok tarczę chłopca, wchodzi w jego pierś powyżej prawego sutka, łamie na pół obojczyk i przebija ciało na wylot, aż z pleców Symojzusa sterczy jej spory kawałek. Symojzus osuwa się na kolana i wytrzeszcza zdumione oczy, a Ajaks opiera mu obutą w sandał stopę na ustach i nosie i wyszarpuje broń z rany. Chłopiec pada twarzą naprzód w wilgotny od krwi piach. Ajaks uderza się triumfalnie w pierś i ryczy na swoich ludzi, żeby szli za nim. Inny z Trojan, Antifos, stojący nie dalej niż siedem, osiem metrów od Ajaksa, rzuca w niego włócznią. Chybia wprawdzie, ale trafia w podbrzusze innego z Achajów, Leukusa, który akurat pomagał Odyseuszowi odciągnąć na bok ciało jakiegoś trojańskiego żołnierza. Leukus osuwa się na zwłoki przeciwnika. Jeszcze przez krótką, okrutną chwilę żyje – miota się, chwyta wbitą w ciało włócznię, ale kiedy próbuje ją wyciągnąć z rany, wnętrzności wylewają mu się z brzucha na ręce. Krzyczy przy tym przeraźliwie, wolną ręką łapie śliską od krwi dłoń Odyseusza. W końcu umiera, oczy mu się szklą, jedną dłonią wciąż kurczowo ściska broń Antifosa, drugą trzyma Odyseusza za nadgarstek. Odyseusz strząsa jego rękę i odwraca się ze złością w stronę Trojan, szukając nowego przeciwnika. Dowolnego przeciwnika. Ciska włócznią i rusza biegiem w tym samym kierunku. Achajowie rzucają się za nim w wyłom, który powstał w szeregach Trojan. Pierwszym ciosem Odyseusz zabija Demokona, nieślubnego syna Priama, króla Troi. Byłem przy tym, jak pewnego ranka, dziewięć lat temu, Demokon przyjechał wesprzeć Ilion swoim zbrojnym ramieniem. Tajemnicą poliszynela było, że Priam wyznaczył go na strażnika swojej słynnej stadniny koni wyścigowych w Abydos, mieście leżącym na północny wschód od Troi, na południowym brzegu Hellespontu, żeby nie pokazywał się na oczy żonie króla i jego prawowitym synom. Rumaki z Abydos uchodziły za najpiękniejsze i najszybsze na świecie, toteż Demokon poczytywał sobie za zaszczyt fakt, że powierzono je jego opiece. W tej chwili młody Trojanin odwraca się, słysząc bojowy okrzyk Odyseusza, ale włócznia dosięga go w pół obrotu: wchodzi przez lewą skroń, wychodzi z drugiej strony czaszki i przyszpila go do przewróconego rydwanu. Nieszczęsny stajenny nawet się nie zorientował, co go trafiło. Trojanie cofają się na całej linii, ustępując przed furią Odyseusza i Ajaksa Wielkiego. Tam, gdzie to możliwe, próbują zabrać ze sobą poległych; tam, gdzie nie mogą ich dosięgnąć, zostawiają ich na pastwę zwycięzców. Hektor, najmężniejszy i najszlachetniejszy z trojańskich wojowników, zeskakuje z rydwanu, z którego dowodzi armią, i wchodzi pod prąd w tłum pierzchających żołnierzy. Z mieczem i włócznią w rękach próbuje powstrzymać odwrót, na nowo sformować szyk obronny, ale Achajowie nacierają z determinacją, przed którą nawet on musi ustąpić, choć do końca próbuje ratować resztki dyscypliny. Trojanie odgryzają się napierającym Grekom, tną, rąbią i miotają za siebie włócznie. Zawczasu morfowałem w mało ważnego trojańskiego wojownika, teraz zaś wycofuję się szybciej niż inni, starając się trzymać poza zasięgiem włóczni. Próbowałem wcześniej, maskując się przed wzrokiem śmiertelników, przedrzeć się na tyły achajskiej armii, gdzie mignęła mi Atena, a wkrótce potem także Hera – obie niewidzialne dla walczących – ale walka rozgorzała tak gwałtownie, że po śmierci Echepolusa musiałem wycofać się z pierwszej linii. Został mi tylko mój wspomagany wzrok i mikrofon, dzięki którym wiem, co się dzieje na całym placu boju. Nagle cała scena tężeje w bezruchu, powietrze gęstnieje, lecące włócznie zatrzymują się w powietrzu, krew przestaje płynąć. Żołnierze znajdujący się o krok od śmierci dostają odroczenie wyroku, z którego nawet nie zdają sobie sprawy. Dźwięki cichną. Ruch zamiera. Bogowie znów bawią się czasem. Pierwszy zjawia się Apollo: jego rydwan wychodzi z pola teleportacji kwantowej i pojawia się nieopodal Hektora. Następny przybywa rozzłoszczony Ares, bóg wojny, który przez dłuższą chwilę dyskutuje z Herą i Ateną, a potem przelatuje w swoim rydwanie nad walczącymi i ląduje obok Apolla. Dołącza do nich Afrodyta. Zerka w moją stronę – stoję nieruchomo, udając zamrożonego w czasie zwykłego śmiertelnika – ale trwa to tylko ułamek sekundy, bo zaraz uśmiecha się i wdaje w pogawędkę z Apollem i Aresem, którzy, podobnie jak ona, są sprzymierzeńcami Trojan. Obserwuję ją kątem oka, kiedy gestykuluje zamaszyście nad polem bitwy, niczym jakiś piersiasty George Patton. Bogowie będą walczyć. Apollo podnosi rękę. Dźwięk powraca ogłuszającą falą, czas wznawia bieg w kłębach kurzu, jatka trwa w najlepsze. 10. Krater Paryski A da, Harman i Hannah odczekali dwa dni, uznawane za przyzwoite minimum przed odwiedzinami u człowieka, który właśnie wrócił z konserwatorni, po czym przefaksowali się do Krateru Paryskiego, żeby odszukać Daemana. Było późno, ciemno i zimno, a w dodatku – o czym przekonali się, gdy tylko wyściubili nos spod dachu faksowęzła Guarded Lion*[ Nazwa jednego z paryskich dworców, Gare de Lyon, zniekształcona w taki sposób, aby brzmiała jak sensowna nazwa angielska] – padał deszcz. Harman złapał krytą dorożkę i wojniks pociągnął ich na północny zachód wśród ciągnących się kilometrami ruin, wzdłuż wyschniętego łożyska rzeki, pełnego zbielałych czaszek. – Nigdy nie widziałem Krateru Paryskiego – przyznała Hannah. Była młoda (do pierwszej dwudziestki brakowało jej dwóch miesięcy) i nie lubiła dużych miast, a KP należał do największych ośrodków faksowych na Ziemi: liczył około dwudziestu pięciu tysięcy semipermanentnych mieszkańców. – Między innymi dlatego faksowaliśmy się do Guarded Lion, a nie na przykład do Hotelu Inwalidów, który leży bliżej krawędzi i miejsca zamieszkania Daemana – wyjaśniła Ada. – To naprawdę stare miasto. Warto się trochę po nim rozejrzeć. Hannah bez przekonania skinęła głową. Rzędy kamiennostalowych gmachów, w większości otulonych błyszczącą powłoką eterplastu, ciągnęły się bez końca. Były ciemne, puste i zalatywały tanią elegancją. Żarkule i zaaferowane służki unosiły się nad mrocznymi ulicami, na rogach stałych nieruchome wojniksy, niewielu natomiast spotykało się ludzi. Ale jak zauważył Harman, było już po dziesiątej wieczór. Nawet taka kosmopolityczna metropolia jak Krater Paryski musi kiedyś spać. – A to ci dopiero... – Hannah wskazała niezwykłą konstrukcję, wznoszącą się setki metrów ponad okoliczne dachy. Harman pokiwał głową. – To budowla z wczesnego okresu zapomnianej ery. Niektórzy mówią, że jest równie stara jak Krater Paryski, inni twierdzą, że nawet starsza, równie wiekowa jak miasto, które istniało tu przed powstaniem krateru. To symbol miasta i jego dawnych budowniczych. – Ciekawe – przyznała Hannah. Nieforemna podobizna nagiej kobiety, wykonana najprawdopodobniej z jakiegoś przezroczystego polimeru, miała trzysta metrów wysokości. Chmury chwilami zasłaniały jej głowę, ale Hannah zauważyła, że twarz olbrzymki jest prawie zupełnie pozbawiona rysów – widać było tylko rozwarte w uśmiechu czerwone usta. Ciemne sprężyny o długości piętnastu metrów opadały ze szczytu okrągłej głowy niczym kruczoczarne loki. Kobieta stała na szeroko rozstawionych nogach. Stopy miała zasłonięte przez ciemne sylwetki gmachów w zachodniej części miasta, za to uda grube i szerokie jak wzgórze Ardis. Jej piersi – absurdalnie ogromne i kuliste – na przemian to napełniały się czerwonym, spienionym i fosforyzującym płynem, to opróżniały. Ciecz to spływała kaskadą do wnętrza brzucha i nóg, to znów wznosiła się do uśmiechniętej twarzy i podniesionych rąk. Krwawa poświata brzucha, biustu i gigantycznych pośladków kładła się na szczytach okalających krater budowli. – A to co? – spytała Hannah. – La putain enorme – odparła Ada. – Co to znaczy? – Tego nikt nie wie – stwierdził Harman. Kazał wojniksowi skręcić w lewo na rozklekotany mostek. Wjechali na teren, który dawniej, gdy pełnym kości korytem płynęła rzeka, musiał być wyspą. Zbliżali się do ruin dużego budynku. Wśród zburzonych ścian, w kupie gruzu fioletową poświatą lśniła niska, przejrzysta kopuła. Wyglądała jak jajo jakiegoś niezwykłego ptaka, złożone w kamiennym gnieździe. – Zaczekaj tutaj – polecił Harman wojniksowi i poprowadził kobiety przez ruiny, ku przezroczystej czaszy. W samym środku spoczywał biały kamienny blok, mierzący blisko półtora metra wysokości. Wokół niego w kamiennej podłodze wyżłobiono rowek uchodzący do odpływów. Nad kamieniem górował toporny posąg nagiego mężczyzny, który trzymał w rękach łuk i strzałę o karbowanym drzewcu. – Marmur – stwierdziła Hannah, gładząc palcami powierzchnię bloku. Znała się na kamieniach. – Co to za miejsce? – Świątynia Apolla. – Słyszałam o tych nowych świątyniach – wtrąciła Ada – ale pierwszy raz taką widzę. Myślałam raczej, że ludzie dla żartu ustawiają gdzieś w lesie parę kamieni, wiecie, że to nic poważnego. – Takie świątynie są w wielu miejscach w Kraterze Paryskim – powiedział Harman. – W innych dużych miastach również. Są poświęcone Atenie, Zeusowi, Aresowi... W spektaklu turyńskim wszyscy bogowie mają swoje przybytki. – A ten ściek i odpływy... – zaczęła Hannah. – Spływa nimi krew składanych w ofierze zwierząt, głównie owiec i bydła. Hannah cofnęła się i założyła ręce na piersi. – Ale ludzie chyba nie... nie zabijają zwierząt, prawda? – Nie. Wojniksy ich w tym wyręczają. Przynajmniej na razie. Ada stała w progu. Krople deszczu skapywały z opalizującej futryny, tworząc liliowy wodospad. – Co tu było... wcześniej? Co to za ruiny? – Sądzę, że w zapomnianej erze też stała tu świątynia – odparł z przekonaniem Harman. – Apolla? – Hannah stała sztywno wyprostowana, kurczowo przyciskając ramiona do piersi. – Raczej nie. W gruzach można tu jeszcze znaleźć resztki rzeźb. Nie są to posągi bogów, ludzi ani wojniksów; nie przedstawiają też demonów... Chyba nie. Dawniej nazywano je gargulcami. Nie jestem pewien, jaką właściwie pełniły funkcję. – Chodźmy stąd – zaproponowała Ada. Wrócili na brzeg rzeki czaszek i skierowali się na zachód, w stronę krateru. Szerokie bulwary kończyły się w okolicy, w której pochodzące z zapomnianej ery budynki zostały nadbudowane nowszymi, wyższymi konstrukcjami (niektóre z nich były całkiem nowe, miały nie więcej niż tysiąc lat). Kratownice z czarnej fulerenowej koronki i błyszczącego od deszczu trójbambusa pięły się pod samo niebo. Hannah wywołała funkcję wyszukiwania i zaczęła namierzać Daemana. Prostokąt światła, unoszący się nad jej otwartą lewą dłonią, zmienił kolor na bursztynowy, potem na czerwony i zielony, kiedy korzystając ze schodów i wind dostali się z poziomu ulicy na antresolę, z niej na wiszącą esplanade, piętnaście kondygnacji powyżej dachów starych domów, a stamtąd bezpośrednio na poziom stosów mieszkalnych. Zatrzymała się na chwilę przy barierce na esplanadzie, zauroczona – jak większość nowo przybyłych – widokiem czerwonego oka, jarzącego się całe kilometry niżej, w bezdennej studni krateru. Ada musiała wziąć ją za łokieć, odciągnąć od balustrady i zaprowadzić do następnej windy. O dziwo, w domicylu Daemana drzwi otworzył im nie służek, lecz żywa kobieta. Ada przedstawiła siebie i dwoje pozostałych gości, kobieta zaś – wyglądająca jak osoba pod pięćdziesiątkę, czyli jak każdy, kto skończył trzy lub cztery dwudziestki – odparła, że ma na imię Marina i jest matką Daemana. Poprowadziła ich pomalowanymi w ciepłe barwy korytarzami, po schodach, aż do prywatnych apartamentów, położonych w wychodzącej na krater części domicylu. – Oczywiście służek uprzedził mnie o waszym przybyciu – stwierdziła, stając przed pięknie rzeźbionymi mahoniowymi drzwiami – ale nic nie powiedziałam Daemanowi. Nadal jest trochę... rozbity... po wypadku. – Ale go nie pamięta? – upewnił się Harman. – Nie, skądże. – Marina była całkiem atrakcyjną kobietą. Ada zwróciła uwagę na jej podobieństwo do syna: mieli takie same rude włosy i sympatycznie krępą budowę ciała. – Ale sami wiecie, co się mówi o takich przypadkach... Komórki pamiętają. Tylko że to już nie są te same komórki, zauważyła w myślach Ada. Nic jednak nie powiedziała. – Czy nasza wizyta go nie rozdrażni? – zaniepokoiła się Hannah, chociaż zdaniem Ady w jej głosie więcej było ciekawości niż troski. Marina skinęła ręką we wdzięcznym, niedbałym geście, jakby chciała powiedzieć „Zobaczymy”. Zapukała do drzwi i otworzyła je, gdy z drugiej strony doleciał stłumiony głos Daemana: – Proszę. Duży pokój zdobiły udrapowane na ścianach materie o intensywnych barwach, jedwabne gobeliny i koronkowe zasłony wokół kąta sypialnego. Tylko ściana naprzeciw drzwi była przeszklona i wychodziła na prywatną werandę. Lampy były przygaszone, za to za oknem na obwodzie krateru łukiem ciągnęły się światła miasta. Dalej, po drugiej stronie krateru, majaczyły konstelacje latarń, żarkul i łagodnych świateł elektrycznych. Daeman siedział w rozłożystym fotelu przy oknie. Krople deszczu spływały po szybie, a on wpatrywał się w przestrzeń, jakby odległe światła wprawiały go w zadumę. Zdziwił się na widok Ady, Hannah i Harmana, ale gestem wskazał im kąt gościnny i ustawione w półokrąg miękkie fotele i sofy. Marina zostawiła ich samych. Daeman otworzył drzwi na werandę. W pokoju zapachniało deszczem i mokrym bambusem. – Wpadliśmy zobaczyć, jak się czujesz – odezwała się Ada. – A ja dodatkowo chciałam cię osobiście przeprosić za ten wypadek... za brak należytej opieki nad gościem. Daeman uśmiechnął się i wzruszył ramionami, ale ręce mu się trzęsły. Oparł je na okrytych jedwabiem kolanach. – Pamiętam tylko, że słyszałem, jak jakiś ogromny stwór z chrzęstem przedziera się przez gąszcz. Potem jeszcze zapachniało padliną i obudziłem się w konserwatorni, w zbiorniku. Oczywiście służki zdążyły mi już opowiedzieć, co się stało. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie było takie... odrażające. Ada pokiwała głową, przysunęła się do niego i wzięła go za rękę. – Proszę przyjąć moje najszczersze przeprosiny, Daeman Uhr. Alozaury bardzo rzadko pojawiają się w okolicy posiadłości, a poza tym mamy wojniksy, które nas bronią... Daeman zmarszczył brwi, ale nie cofnął ręki. – Mnie jakoś nie obroniły. – I to właśnie jest dziwne – wtrącił Harman. Założył nogę na nogę i zabębnił palcami w okryte tekturą podłokietniki. – Bardzo dziwne, Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zdarzyło się, żeby w podobnych okolicznościach wojniks nie obronił człowieka. Daeman spojrzał na niego podejrzliwie. – Chce pan powiedzieć, że sytuacja, w której rekombinowane zwierzę pożera człowieka, nie jest niczym nadzwyczajnym, Harman Uhr? – Skądże znowu. Miałem na myśli sytuacje, w których zagrożone jest ludzkie życie. – Jeszcze raz przepraszam – powiedziała Ada. – Brak reakcji wojniksów pozostaje niewyjaśniony, natomiast moja beztroska jest niewybaczalna. Przykro mi, że nie udał ci się weekend w dworze Ardis, a twoje poczucie harmonii zostało zakłócone. – Istotnie, zakłócone... To słowo chyba nie bardzo pasuje do sytuacji, kiedy człowiek zostaje pożarty przez sześciotonowego potwora – mruknął Daeman, ale uśmiechnął się lekko i ledwie zauważalnie skinął głową. Przeprosiny zostały przyjęte. Harman pochylił się w fotelu i złożył dłonie. Kiedy mówił, poruszał nimi rytmicznie w górę i w dół, jakby chciał podkreślić wagę swoich słów. – Chciałbym wrócić do naszej rozmowy, Daeman Uhr... – Chodzi o statek kosmiczny. – W głosie Daemana sarkazm zupełnie wyparł ironię. Harman niezrażony mówił dalej, miarowo kołysząc dłońmi. – Tak. A właściwie nie tyle o statek kosmiczny, który jest naszym ostatecznym celem, lecz o dowolny pojazd latający. Może to być skoczek, sonik, lotka... Cokolwiek, co pozwoliłoby nam zbadać obszary położone pomiędzy faksowęzłami... Daeman odchylił się na oparcie, chcąc znaleźć się jak najdalej od natarczywego wzroku Harmana. – Czemu tak się przy tym upieracie? I dlaczego zawracacie mi głowę? – Posłuchaj, Daemanie. – Ada musnęła jego dłoń. – Słyszałyśmy z Hannah od kilku różnych osób, że na niedawnym przyjęciu w Ułanbacie, mniej więcej miesiąc temu, mówiłeś, że znasz kogoś, kto podobno widział statek kosmiczny... I kogoś, kto mówił o lataniu pomiędzy węzłami. Wyraz twarzy gospodarza przez chwilę wyrażał jednocześnie znudzenie i irytację – przynajmniej dopóki Daeman nie roześmiał się i nie zaczął kręcić głową. – Wiedźma... – Wiedźma? – zdziwiła się Hannah. Daeman rozłożył ręce w geście niemal identycznym z tym, jaki wcześniej wykonała jego matka. – Tak ją nazywaliśmy. Nie pamiętam jej prawdziwego imienia. Była szurnięta. Z pewnością dobiegała końca ostatniej dwudziestki... – Zerknął z ukosa na Harmana. – Pod koniec życia ludzie tracą kontakt z rzeczywistością. Harman tylko się uśmiechnął. Udał, że nie słyszał przytyku. – Nie pamięta pan, jak się nazywała? – Nie. – Tym razem gest Daemana miał w sobie znacznie mniej wdzięku. – Jak się poznaliście? – spytała Ada. – Półtora roku temu, przy okazji ostatniego Palenia Człowieka. Nie pamiętam, gdzie odbywała się uroczystość... Wiem tylko, że było tam piekielnie zimno. Przefaksowałem się na miejsce w ślad za moimi przyjaciółmi z Chomu. Nigdy nie interesowały mnie obrzędy z zapomnianej ery, ale na to spotkanie przybyło wiele wspaniałych, młodych kobiet. – Byłam tam! – wykrzyknęła Hannah z błyskiem w oku. – Zebrało się chyba z dziesięć tysięcy ludzi. Harman wyjął z kieszeni wielokrotnie złożony arkusz i zaczął go rozkładać na stojącej pośrodku otomanie. – Pamiętasz węzeł? – Nie. – Hannah pokręciła głową. – Jeden z tych pustych, na wpół zapomnianych. Dzień przed uroczystością organizatorzy rozesłali kod węzła zainteresowanym. Nikt tam chyba nie mieszkał, to była taka skalista dolina, otoczona ze wszystkich stron połaciami śniegu... Pamiętam, że przez pięć dni i pięć nocy Palenia Człowieka cały czas było jasno. I zimno. Służki osłoniły okolicę polem Plancka, a w samym wąwozie rozstawiły grzejniki, więc dało się przeżyć, ale nie mogliśmy wychodzić poza obręb doliny. Harman powiódł wzrokiem po wyblakłym, poznaczonym zagięciami mikropergaminie. Arkusz pokrywały kręte linie, kropki i tajemnicze rany, takie jak w książkach. Wskazał palcem punkt blisko dolnej krawędzi. – Tutaj. Dawna Antarktyda. Węzeł Sucha Dolina. Daeman spojrzał na niego pytająco. – Pracuję nad tą mapą od pięćdziesięciu lat – wyjaśnił Harman. – To dwuwymiarowe odwzorowanie powierzchni Ziemi, na które naniesiono wszystkie znane faksowęzły razem z kodami. „Antarktyda” to dawna nazwa jednego z siedmiu kontynentów. Na mapie mam siedem antarktycznych węzłów, ale tylko Sucha Dolina, w której nigdy nie byłem osobiście, jest wolna od śniegu i lodu. Było widać, że słowa Harmana niczego Daemanowi nie wyjaśniły. Ada i Hannah również sprawiały wrażenie zdezorientowanych. – Mniejsza z tym – uciął Harman. – Skoro słońce było na niebie przez cały czas, Sucha Dolina jest najbardziej prawdopodobną lokalizacją. Kiedy trwa tam polarne lato, słońce nie zachodzi przez wiele dni. – W Chomie w czerwcu słońce też nie zachodzi – zauważył Daeman, nie kryjąc znudzenia. – Czy to znaczy, że Chom leży w pobliżu tej Suchej Doliny? – Nie. – Harman wskazał punkcik przy górnej krawędzi mapy. – Jestem praktycznie pewien, że Chom leży na tym dużym półwyspie, tutaj, za kręgiem polarnym. Blisko bieguna północnego, nie południowego. – Bieguna północnego? – powtórzyła Ada. Daeman spojrzał na nią i Hannah. – A ja myślałem, że to wiedźma od Palenia Człowieka była nienormalna. – Pamięta pan coś jeszcze? – Harman najwyraźniej był za bardzo podekscytowany, żeby się obrazić. Znużony Daeman pokręcił głową. – To był bełkot. Sporo wypiliśmy. Nastała noc Palenia, a my przez ten przeklęty wieczny dzień prawie nie sypialiśmy... Tyle co zdrzemnął się człowiek parę godzin w którymś z tych dużych, pomarańczowych namiotów. W ostatnią noc zwykle są orgie, więc myślałem, że może... Ale była za stara jak na mój gust. – W każdym razie mówiła o statku kosmicznym, tak? – Harman ze wszystkich sił starał się nie tracić cierpliwości. Daeman wzruszył ramionami. – Jeden z gości, taki młody człowiek, mniej więcej w wieku Hannah, biadolił, że od ostatniego faksowania nie ma już soników i nie możemy sobie polatać. Wtedy ta... ta wiedźma... Mało mówiła, była już nieźle wstawiona... Ale wtedy powiedziała, że to nieprawda, że są soniki i skoczki, tylko trzeba wiedzieć, gdzie ich szukać. Twierdziła, że korzysta z nich, kiedy chce. – A ten statek kosmiczny? – przypomniał Harman. – Powiedziała, że go widziała. To wszystko. – Daeman potarł skronie, jakby rozbolała go głowa. – Stał w pobliżu muzeum. Zapytałem, o jakim muzeum mówi, ale nie odpowiedziała. – A dlaczego nazwałeś ją wiedźmą? – spytała Hannah. – To nie był mój pomysł – odparł z rezerwą Daeman. – Wszyscy ją tak nazywali. Twierdziła, że nie użyła faksu, tylko przyszła piechotą. A przecież wszyscy wiedzieliśmy, że to niemożliwe... W pobliżu nie było innych węzłów, a pole Plancka odcięło dolinę od reszty kontynentu. – To prawda – przytaknęła Hannah. – Ostatnie Palenie Człowieka odbyło się naprawdę na końcu świata. Nigdy nie byłam w takiej głuszy. Szkoda, że nie spotkałam wtedy tej kobiety. – Jeśli mnie pamięć nie myli, spędziła tam tylko dwie noce – zauważył Daeman. – Pierwszą i ostatnią. I poza tą krótką wymianą zdań raczej unikała ludzi. – Skąd wiedziałeś, że jest stara? – spytała cicho Ada. – Poza tym, że była nienormalna? – Tak. – Wyglądała staro – westchnął Daeman. – Tak jakby za często bywała w konserwatorni... – Zawiesił głos i zmarszczył brwi, najwidoczniej wspominając swój ostatni pobyt w konserwatorni. – W życiu nie widziałem nikogo, kto by wyglądał tak staro. Miała nawet bruzdki na twarzy! – Zmarszczki? – spytała zazdrosnym tonem Hannah. – I nie pamiętasz, jak się nazywała? – upewnił się Harman. – Nie. Ktoś przy ogniu zawołał ją po imieniu, ale nie mogę sobie... No wiecie, ja też sporo wypiłem... I jeszcze ten brak snu... Harman zerknął na Adę, wstrzymał oddech i zapytał: – Może Savi? Daeman poderwał głowę. – Tak, to mogło być to imię... Savi... Tak, brzmi nieźle. Jest odpowiednio niezwykłe. O co chodzi? – spytał, widząc znaczące spojrzenia Ady i Harmana. – To ważne? Znacie ją? – A znasz legendę o Żydówce Wiecznej Tułaczce? – odpowiedziała pytaniem Ada. Daeman uśmiechnął się pobłażliwie. – O kobiecie, która tysiąc czterysta lat temu spóźniła się na ostatnie faksowanie i została skazana na wieczną poniewierkę? Oczywiście, że znam. Ale nie wiedziałem, że jej bohaterka ma imię. – Ma – powiedział Harman. – Nazywa się Savi. Do pokoju weszła Marina, a za nią wleciały dwa służki, niosące kubki z grzanym winem i tacę z serem i chlebem. Jedząc i pijąc, rozmawiali o błahostkach i chwila niezręcznego milczenia poszła w zapomnienie. – Zaraz się tam przefaksujemy – Harman oznajmił Adzie i Hannah. – Do Suchej Doliny. Może znajdziemy jakiś ślad. – Wątpię. – Hannah oburącz trzymała parujący kubek. – Daeman ma rację: od tamtego Palenia Człowieka minęło ponad osiemnaście miesięcy! – A kiedy będzie następne? – spytała Ada. Rzadko zdarzało jej się bywać na takich tradycyjnych uroczystościach. – Nigdy nie wiadomo – odparł Harman. – Kapituła Palenia ustala datę i powiadamia publiczność z minimalnym wyprzedzeniem. Czasem między Paleniami upływa kilka miesięcy, czasem nawet kilkanaście lat. W Suchej Dolinie było ostatnie. Jeżeli ktoś był na jednym z trzech ostatnich, jest automatycznie zaproszony na następne. Ja je przegapiłem, bo wędrowałem wtedy po Basenie Śródziemnym. – Chcę udać się z wami na poszukiwanie tej kobiety – oznajmił Daeman. Wszyscy, nie wyłączając matki, spojrzeli na niego zdziwieni. – Myślisz, że dasz sobie radę? – spytała Ada. Udał, że jej nie słyszy. – Będę wam potrzebny, żeby zidentyfikować tę całą... Savi. – Dobrze – zgodził się Harman. – Będziemy ci wdzięczni za pomoc. – Ale wyruszymy dopiero rano – zastrzegł się Daeman. – Jestem zmęczony. – Naturalnie. – Ada spojrzała pytająco na Hannah i Harmana. – Wrócimy na noc do Ardis, prawda? – Wolne żarty! – prychnęła Marina. – Dziś będziecie naszymi gośćmi. Na górnym poziomie mamy wygodne domicyle gościnne. – Zauważyła, że Ada dyskretnie spogląda na Daemana. – Mój syn jest bardzo zmęczony po tym... wypadku. Może się okazać, że będzie spał dziesięć godzin albo i dłużej. Jeżeli zostaniecie, będziecie mogli ruszyć w drogę, gdy tylko wstanie. No i gdy zjecie śniadanie. – Naturalnie – powtórzyła Ada. Między Kraterem Paryskim i Ardis było siedem godzin różnicy czasu. W dworze Ardis nie nadeszła jeszcze pora kolacji, ale, jak wszyscy podróżnicy korzystający z faksów, Ada i jej towarzysze łatwo przestawiali się na czas lokalny. – Umieścimy was w dwóch pokojach – zapowiedziała Marina. Przeszła przez pokój w asyście dwóch służków. „Pokoje” okazały się w rzeczywistości małymi, samodzielnymi domicylami. Znajdowały się piętro wyżej niż pokój Daemana, a wchodziło się do nich po kręconych schodach. Hannah stwierdziła, że bardzo jej się tu podoba, ale zaraz wyszła pozwiedzać krater. Harman pożegnał się i udał na spoczynek do swojego domicylu. Ada zamknęła drzwi na klucz, popodziwiała ozdobne tkaniny, popatrzyła z balkonu na krater – deszcz ustał i spomiędzy chmur wyjrzały księżyc i pierścienie – po czym zamówiła u służków lekką kolację. Po posiłku zrobiła sobie gorącą, aromatyczną kąpiel. Rozkoszowała się nią co najmniej pół godziny, czując, jak napięcie ustępuje i mięśnie się rozluźniają. Poznali się z Harmanem zaledwie przed dwunastoma dniami, ale miała wrażenie, że znają się od dawna. Fascynował ją. Nie wybrałaby się pewnie na przyjęcie z okazji letniego przesilenia, wydane w posiadłości nieopodal ruin Singapuru – nie przepadała za takimi imprezami, raczej przeciwnie, starała się unikać faksowania i masowych spotkań, wolała kameralne spotkania w gronie przyjaciół – ale uległa prośbom młodej Hannah. Przyjęcie okazało się na swój sposób udane, poznała na nim ciekawych ludzi (gospodyni obchodziła niedawno czwartą dwudziestkę, Ada zaś lubiła towarzystwo ludzi starszych od siebie), ale kluczowe okazało się przypadkowe spotkanie z Harmanem, kiedy ten myszkował po bibliotece. Był małomówny, skryty, lecz Ada naciągnęła go na zwierzenia, używając tych samych technik, z których korzystały jej bystrzejsze przyjaciółki, kiedy chciały się czegoś od niej dowiedzieć. Z początku nie wiedziała, co myśleć o umiejętności czytania bez funkcji; zresztą Harman zdradził się z nią dopiero później, na innej imprezie, sześć dni przed spotkaniem w Ardis. Zawsze uważała się za osobę wykształconą; znała wszystkie popularne ludowe piosenki i legendy, nauczyła się na pamięć genealogii Jedenastu Rodów, zapamiętała położenie całkiem znacznej liczby faksowęzłów, ale Harman – człowiek, który umiał odcyfrować stare księgi – naprawdę jej zaimponował. Oszołomił ją ogrom jego wiedzy i bezmiar ciekawości. Wróciła pamięcią do mapy, którą pokazał Daemanowi, a której nawet wścibska, żądna przygód Hannah zupełnie nie potrafiła docenić. Ada była pełna podziwu. Dopóki Harman przed tygodniem nie pokazał jej swojego rysunku, nie znała w ogóle idei mapy. To on wytłumaczył jej, że świat ma kształt kuli. Ilu jej znajomych mogło pochwalić się taką wiedzą? Ilu w ogóle zastanawiało się kiedyś nad kształtem świata, w którym żyją? Zresztą – po co? „Świat” był domem, po którym człowiek poruszał się za pomocą faksu, kiedy chciał się spotkać z przyjaciółmi. Kogo obchodziła fizyczna struktura leżąca u podstaw faksnetu? Szybko się zorientowała, że zainteresowanie, jakim Harman darzy nieobecnych od dawna postludzi, zakrawa na obsesję. A właściwie nie, poprawiła się, leżąc w ciepłej kąpieli i goniąc pęcherzyki powietrza na piersiach i szyi. Nie zakrawa, tylko jest obsesją. Harman nie przestaje o nich myśleć: kim są, dlaczego odeszli... Po co mu to? Oczywiście nie znała odpowiedzi, ale nauczyła się dzielić jego namiętną ciekawość i traktować to pytanie jak zaproszenie do gry, jak zapowiedź przygody. Harman zaś zadawał następne – takie, które inni jej znajomi zbyliby śmiechem: – Dlaczego nas, ludzi, jest tylko milion? Czym kierowali się postludzie, wybierając akurat taką liczbę? Czemu nie może nas być o jednego więcej albo o jednego mniej? I dlaczego każdy ma przeznaczone równo sto lat życia? Dlaczego ratują nas przed skutkami naszej własnej głupoty, tylko po to, żebyśmy dożyli setki? Pytania były tak proste i głębokie zarazem, że wprawiały słuchaczy w zakłopotanie. Zupełnie jakby dorosły człowiek pytał, skąd się bierze pępek. Niemniej jednak Ada przyłączyła się do jego poszukiwań: chcieli znaleźć pojazd latający, może nawet statek kosmiczny, żeby polecieć do pierścieni i osobiście porozmawiać z postludźmi. Teraz mieli następny cel: odszukać legendarną Żydówkę Wieczną Tułaczkę. Każdy dzień przynosił nowe, ekscytujące wydarzenia. Na przykład śmierć Daemana w paszczy alozaura. Ada zaczerwieniła się aż po linię wody i bąbelków. To dopiero wstyd. Nikt z gości nie przypominał sobie podobnej tragedii. Dlaczego wojniksy w porę nie zareagowały? – Czym właściwie są wojniksy? – zapytał ją przed dwunastoma dniami Harman. Siedzieli w nadrzewnym kompleksie mieszkalnym pod Singapurem. – Skąd się biorą? Czy są dziełem ludzi z zapomnianej ery? Produktem demencji rubikonowej? Może stworzyli je postludzie? A może w ogóle nie pochodzą z tego świata ani czasu i zjawiły się tu z sobie tylko znanych powodów? Pamiętała swój nerwowy śmiech i uczucie lekkiego zażenowania. Siedzieli na oplecionym winoroślą tarasie, z kieliszkami szampana w rękach, a on śmiertelnie poważnym tonem zadawał takie właśnie absurdalne pytania. Nie znała na nie odpowiedzi. Przyjaciele, których potem pytała o to samo, reagowali podobnym niepewnym śmiechem. Nikt się nie zastanawiał nad takimi oczywistościami. A jednak już po kilku dniach Ada, która przez całe życie stykała się z wojniksami, zaczęła obserwować je z lękiem i ciekawością. Hannah również. Kim jesteście? – pytała w myślach, kiedy wysiedli z dorożki w Kraterze Paryskim. Wojniks stał przednimi nieruchomo, bezoki, zardzewiały, w mokrym od deszczu skórzanym kapturze, ze schowanymi ostrzami i podkurczonymi manipulatorami, którymi podtrzymywał hołoble. Wyszła z wanny, wytarła się, włożyła cienki szlafrok i odprawiła służki. Wyszły z pokoju przez jedną z osmotycznych ścian. Ada stanęła na tarasie. Z prawej strony do jej tarasu przylegał taras Harmana i tylko przepierzenie z gęstej bambusowej plecionki, sięgające ponad pół metra poza barierkę, zapewniało minimum prywatności. Ada podeszła do niego i zerknęła w głąb czerwonookiego krateru. Potem przeniosła wzrok na niebo, rozpraszające się chmury, coraz wyraźniejsze gwiazdy i pierścienie – i przerzuciła nogę nad barierką, czując na wewnętrznej stronie uda dotyk gładkiego, wilgotnego bambusa. Na bosaka, ostrożnie, zaczęła stąpać po wąziutkiej krawędzi przepierzenia. Przez kilka sekund cały ciężar jej ciała spoczął na czubkach palców rąk i nóg, kiedy po omacku szukała podobnego gzymsu po drugiej stronie przegrody. Nieubłagana grawitacja ściągała ją w przepaść. Jakie to uczucie, pomyślała, spadać na spotkanie morza magmy, wiedząc, że po paru straszliwych minutach spadku swobodnego będę martwa? Zdawała sobie sprawę, że nigdy się tego nie dowie. Gdyby teraz spadła, gdyby jej palce ześliznęły się z mokrego przepierzenia, obudziłaby się w zbiorniku w konserwatorni, nie pamiętając upadku. Postludzie nie pozwolili ludziom zachować wspomnienia śmierci. Przycisnęła piersi do pionowej krawędzi przegrody i przełożyła lewą nogę na drugą stronę. Namacała palcami podobny gzyms, prowadzący do apartamentu Harmana. Nie odważyła się podnieść wzroku i sprawdzić, czy Harman obserwuje ją z tarasu lub z pokoju – była całkowicie skoncentrowana na tym, by nie pośliznąć się na mokrym trójbambusie. Kiedy dotarła do skraju tarasu, zacisnęła dłonie na balustradzie z taką siłą, że ręce jej zadrżały. Czując, że adrenalina odpływa i siły ją opuszczają, szybko przerzuciła nogę nad barierką, nie zwracając uwagi na rozchylające się poły szlafroka ani na ostry kant poręczy, który zarysował jej udo. Harman siedział po turecku na białym szezlongu i nie odrywał od niej oczu. Jedyne oświetlenie tarasu stanowiła osłonięta szklanym kloszem świeca. – Mogłeś mi pomóc – szepnęła Ada, nie bardzo wiedząc, dlaczego to mówi ani dlaczego przemawia szeptem. Zauważyła, że Harman też ma na sobie tylko cienki szlafrok, luźno przewiązany w pasie. – Świetnie ci szło. – Uśmiechnął się i pokręcił głową. – Nie lepiej było podejść do drzwi i zapukać? Ada wstrzymała oddech i zamiast odpowiadać, rozwiązała pasek szlafroka. W chłodnym powietrzu, które napływało znad krateru i pieściło jej podbrzusze, dało się wyczuć cieplejsze nuty. Harman wstał, podszedł do niej, zasłonił ją i zawiązał jej pasek. – Czuję się zaszczycony – powiedział, również szeptem. – Ale nie teraz, Ado. Później. Wziął ją za rękę i pociągnął na szezlong. Kiedy już leżeli obok siebie (Ada wciąż lekko oszołomiona, zarumieniona, jakby upokorzona, chociaż trudno byłoby jej powiedzieć, co bardziej ją poruszyło: odmowa Harmana czy jej własna bezczelność), Harman sięgnął po leżące na podłodze dwa całuny turyńskie. Złożył je w taki sposób, żeby mikroobwody elektroniczne znalazły się we właściwym położeniu. – Ja nie... – próbowała protestować. – Wiem, ale to wyjątkowa sytuacja. Mam przeczucie, że wydarzy się coś ważnego. Chciałbym, żebyśmy przeżyli to razem. Ada wyciągnęła się wygodnie na poduszkach i czekała, aż Harman ułoży jej całun na oczach. Poczuła, jak kładzie się przy niej i przykrywa jej lewą dłoń swoją prawą. A potem napłynęły obrazy, dźwięki i inne odczucia. 11. Równina iliońska Bogowie przyszli się zabawić. A dokładniej: bogowie przyszli zabijać. Bitwa trwa już jakiś czas. Apollo zagrzewa do boju Trojan, Atena popędza Argiwów, a pozostałe bóstwa wylegują się w cieniu na pobliskim pagórku. Śmieją się, żartują, Iryda i służący dolewają im wina. Widziałem, jak tracki wódz Pirus, dzielny sprzymierzeniec Troi, kamieniem zabił szarookiego Dioresa, zastępcę dowódcy kontyngentu epejskiego. Właściwie kamień strzaskał mu tylko kostkę, ale kiedy jego towarzysze się cofnęli, rozwścieczony Pirus wyrżnął w pień tych paru, którzy zostali bronić dowódcy, a unieruchomiony Diores mógł tylko bezradnie czekać, aż Trojanin dopadnie go, przebije mu włócznią brzuch i haczykowato zakrzywionym grotem wywlecze wnętrzności, głuchy na wrzaski umierającego. Tak mniej więcej przedstawiały się uroki ostatniej półgodziny starcia, zanim Atena podniosła rękę i – otrzymawszy przyzwalające skinienia głowy od przyglądających się jatce bogów – zatrzymała czas. Mój podrasowany wzrok – podrasowany soczewkami kontaktowymi, które dostałem od bogów – pozwala mi śledzić Atenę, która po przeciwnej stronie lasu włóczni przerabia właśnie Diomedesa, syna Tydeusa, na prawdziwą machinę do zabijania. Dosłownie. Podobnie jak bogowie – i jak ja – Diomedes stanie się po części maszyną: jego oczy, skóra i krew zostaną ulepszone nanotechnologią, pochodzącą z odległej przyszłości, której mój krótki żywot nie pozwolił mi doświadczyć. Korzystając z chwili przerwy, Atena wstawia Achajowi w oczy soczewki, podobne do tych, które sam noszę. Dzięki nim Diomedes nie tylko zobaczy bogów, ale także, przy odrobinie koncentracji, będzie mógł spowolnić na chwilę bieg czasu, co postronny obserwator odbierze jako trzykrotne przyspieszenie jego reakcji. Homer napisał, że Atena „nowym ogniem Tydejdę zagrzewa”. Teraz nareszcie rozumiem tę metaforę. Korzystając z wbudowanej w dłoń i przedramię nanoaparatury, Atena przeobraża śladowe pole magnetyczne ciała Diomedesa w pole siłowe z prawdziwego zdarzenia. Widziane w podczerwieni członki, tarcza i hełm Greka buchają nagle płomieniem, jak się wydaje gwiazda, co w czasie jesiennym w oceanie skąpana światłość żywą ciska”. Kiedy tak patrzę na ognistego Diomedesa, zamrożonego w bursztynowym boskim bezczasie, zdaję sobie nagle sprawę, że Homer musiał mieć na myśli Syriusza, Psią Gwiazdę, która pod koniec lata świeci najjaśniej na greckim (i trojańskim) niebie. Dziś też widać ją nad wschodnim horyzontem. Widzę, jak bogini wstrzykuje w udo Diomedesa miliardy nanorobotów molekularnych. Organizm ludzki traktuje taką inwazję jak zwykłą infekcję, toteż temperatura ciała wojownika od razu rośnie o kilka stopni. Śledzą najazd nanomaszyn, które posuwają się w górę, do serca Diomedesa, dalej do płuc, stąd do rąk i znów do nóg; w podczerwieni jego rozognione ciało rozbłyska nowym światłem. Zatrzymanie czasu wstrzymało zbierającą obfite żniwo śmierć. Dziesięć metrów ode mnie widzę rydwan, zastygły w bąblu kurzu, ludzkiego potu i końskiej śliny. Jego woźnica – niski, zimnokrwisty Fegeos, syn głównego trojańskiego kapłana Hefajstosa, brat mężnego Ideusa (przez ostatnie parę lat wielokrotnie i w różnych morfowanych przebraniach łamałem się chlebem i piłem wino z Ideusem) – zamarł wychylony z pojazdu; lewą rękę zaciska na przedniej krawędzi rydwanu, w prawej trzyma długą włócznię, której nie zdążył rzucić. Ideus stoi obok brata, stężały w pół wymachu batem nad grzbietami znieruchomiałych koni; w drugiej ręce ściska sztywne wodze. Rydwan szarżuje na Diomedesa. Żaden z ludzkich bohaterów nie zdaje sobie sprawy z tego, że Atena zatrzymała czas i bawi się swoim ulubionym herosem jak lalką, niczym dziesięciolatka, która dostała wymarzoną Barbie: odziewa go w pola siłowe, zakłada mu szkła kontaktowe, montuje nanowspomaganie. Pamiętam jakąś małą dziewczynkę z lalką Barbie. Może to wspomnienie z dzieciństwa – dziewczynka mogłaby być moją siostrą, bo nie przypominam sobie, żebym miał córkę. Oczywiście niczego nie jestem pewien, ponieważ reminiscencje odżywające ostatnio w mojej głowie przypominają drzazgi szkła, w których odbijają się różne zamglone obrazy. Z bliska widzę gniew malujący się na opalonej twarzy Fegeosa – i strach w jego piwnych, nieruchomych oczach. Jeżeli Homer się nie pomylił, Fegeosowi została niespełna minuta życia. Inni bogowie zlatują się do bitwy jak kruki do padliny. Ares materializuje się po tej samej stronie linii frontu co ja i podchodzi do rydwanu wiozącego Ideusa i jego skazanego na śmierć brata Fegeosa. Bóg wojny własnym polem siłowym otacza ich obydwóch, pędzących na spotkanie przeznaczenia. Dlaczego tak mu na nich zależy? Wiadomo, że nie przepada za Grekami; podczas tej wojny nauczył się ich nienawidzić i zabija ich przy każdej okazji – albo własnoręcznie, albo za pośrednictwem swoich zauszników – ale skąd ta jawna troska o Ideusa i Fegeosa? Czy to zwykły kontratak, odpowiedź na pomoc, jakiej Atena udziela Diomedesowi? Spowszedniały mi te szachy, w których rolę figur grają prawdziwi ludzie, krzyczący, krwawiący i umierający każdego dnia, ale strategiczne manewry bogów nie przestają mnie intrygować. – W końcu przypominam sobie, że Ares jest przyrodnim bratem Hefajstosa, boga ognia (obaj są synami Hery, żony Zeusa), a ojciec Fegeosa i Ideusa, Dares, długo i wiernie służył w Troi Hefajstosowi. Cała ta kretyńska konfrontacja jest bardziej popieprzona i bezsensowna od wojny wietnamskiej, którą jak przez mgłę pamiętam z czasów mojej młodości. Dziesięć metrów ode mnie nagle pojawia się Afrodyta, moja nowa szefowa. Z pewnością ma ochotę ponapawać się rzezią i wspomóc Trojan, ale... Na ułamek sekundy przed tym, jak czas znów zaczyna płynąć w zwykłym rytmie, uświadamiam sobie, że jeśli wydarzenia potoczą się zgodnie z prastarym eposem, Diomedes wkrótce zrani Afrodytę. Po co by się tu zjawiała, gdyby wiedziała o tym, że śmiertelnik może jej zrobić krzywdę? Znam odpowiedź na to pytanie. Od dziewięciu lat wtłacza mi sieją do głowy, ale teraz jej siła powala mnie jak fala uderzeniowa po wybuchu atomowym: bogowie nie znają przyszłości! Tylko Zeus ma wgląd w rozpiskę, którą przygotowało Przeznaczenie. My, scholiaści, dobrze o tym wiemy. Zeus zakazał nam rozmawiać o przyszłości z bogami, im zaś zabronił wypytywać nas o treść dalszych ksiąg Iliady. Mamy tylko potwierdzać – post factum – że poemat Homera wiernie opisuje wydarzenia, które kazano nam obserwować i rejestrować. Ileż to już razy siadywaliśmy z Nightenhelserem na brzegu morza, podziwialiśmy zachodzące słońce, śledziliśmy trud małych zielonych ludzików, wlokących po plaży ogromne kamienne głowy i rozmawialiśmy o tym paradoksie, o ślepocie bogów na przyszłe zdarzenia. Ja wiem, że Afrodyta wkrótce zostanie ranna, ona zaś nie ma o tym pojęcia. Co mogę zrobić z taką informacją? Gdybym zdradził ją Afrodycie, Zeus by się o tym dowiedział – nie wiem jak, ale na pewno by się dowiedział – a wtedy ja zamieniłbym się w kupkę popiołu, a bogini miłości zostałaby ukarana w inny, łagodniejszy sposób. Jak wykorzystać wiedzę o tym, że Afrodyta, której zawdzięczam moje szpiegowskie podarunki, zostanie – być może – zraniona przez Diomedesa? Nie mam czasu na szukanie odpowiedzi. Atena kończy oporządzać swojego faworyta i uwalnia czasoprzestrzeń. Pojawia się prawdziwe światło, znów słychać straszliwy jazgot, dookoła zapanowuje chaos. Diomedes rusza naprzód. Całe jego ciało promienieje, jego blask widzą nawet śmiertelnicy – zarówno jego sojusznicy, Achajowie, jak i wrogowie, Trojanie. Ideusowi udaje się strzelić z bata. Rydwan z hurgotem pędzi na spotkanie Greków – prosto na oszołomionego Diomedesa. Fegeos ciska swoją włócznię. Pocisk o centymetry chybia celu: przelatuje tuż nad lewym barkiem syna Tydeusa. Diomedes, z czołem lśniącym od potu i rozpalonym bitewną gorączką, też miota włócznię – i trafia Fegeosa prościuteńko w pierś, „między sutki”, jak to chyba po grecku ujął Homer. Fegeos spada z rydwanu w tył i koziołkuje; włócznia pęka z trzaskiem i rozszczepia się na kawałki, gdy trup nieruchomieje w tabunie kurzu wzbitym kołami pojazdu, którym jeszcze przed chwilą jechał. Na iliońskiej równinie śmierć – kiedy wreszcie nadejdzie – przychodzi szybko. Ideus zeskakuje z rydwanu, przetacza się po ziemi, łapie równowagę i dobywa miecza. Zamierza bronić zwłok brata. Diomedes chwyta następną włócznię i rusza do ataku, najwyraźniej gotów zadźgać Ideusa tak jak przed chwilą Fegeosa, ten jednak zaczyna uciekać, porzuciwszy ciało brata w kurzu. Ale Diomedes i tym razem rzuca celnie: grot włóczni mierzy w sam środek pleców młodego Trojanina. Ares, bóg wojny, leci mu na ratunek – dosłownie leci, gdyż posługuje się taką samą uprzężą lewitacyjną, jaką dostają scholiaści – i wstrzymuje bieg czasu. Włócznia zamiera w powietrzu nie dalej niż trzy metry od pleców odwróconego wojownika. Ares rozpościera swoje pole siłowe, na ułamek sekundy uwalnia czas, żeby zdążyło odbić pocisk, a potem uruchamia mechanizm teleportacji kwantowej i ewakuuje Ideusa w bezpieczne miejsce. Wstrząśnięci i przerażeni Trojanie widzą tylko, że ciemna jak noc chmura porwała ich towarzysza. Zdążam odnotować w myślach, że dzięki temu Hefajstos, brat Aresa, straci tylko jednego z przyszłych kapłanów – i odskakuję wstecz, gdy bitwa zostaje wznowiona i Grecy rzucają się za Diomedesem w wyłom w szeregach wroga. Pusty rydwan kolebie się na wszystkie strony, pędząc po kamienistym gruncie, ale tylko do chwili, gdy zostaje złapany przez triumfujących Achajów. Ares wraca. Tekuje się na pole bitwy i w półmaterialnej postaci próbuje obudzić w Trojanach ducha walki, lecz jego pupile są rozproszeni: część ucieka w panice przed promieniejącym Diomedesem i tylko niektórzy, posłuszni grzmiącemu głosowi boga wojny, odwracają się i stawiają czoło napastnikom. Nagle nad głowami walczących pojawia się Atena: podlatuje do Aresa, łapie go za przegub dłoni i szepcze mu coś do ucha. Oboje znikają. Patrzę w lewo, tam, gdzie stoi Afrodyta, niewidzialna dla Trojan i Greków, którzy walczą, klną i giną dookoła. Widzę, jak daje mi ręką znak, żebym tekował się w ślad za dwojgiem bogów. Naciągam na głowę Hełm Hadesa i staję się niewidzialny dla wszystkich bogów poza samą Afrodytą. Uruchamiam zawieszony na szyi medalion. Podążam czasoprzestrzennym tropem Aresa i Ateny z taką łatwością, jakbym szedł po śladach odciśniętych w mokrym piasku. Łatwo jest być bogiem – pod warunkiem że ma się odpowiedni sprzęt. Nie teleportowali się daleko, może z piętnaście kilometrów, na zacienione brzegi Skamandra, szerokiej rzeki płynącej nieopodal Ilionu, którą bogowie nazywają Ksantosem. Kiedy materializuję się piętnaście kroków od nich, Ares odwraca się gwałtownie i patrzy prosto na mnie. Przez ułamek sekundy jestem przekonany, że mój hełm zepsuł się, bóg wojny widzi mnie i zaraz zginę. – Co się stało? – dziwi się Atena. – Wydawało mi się... Coś poczułem. Zakłócenie. Szmer kwantowy. Bogini spogląda w moim kierunku. – Tam nic nie ma. Widzę świetnie w całym widmie fazowym. – Ja też! – warczy Ares i odwraca wzrok. Oddycham z ulgą, najciszej jak potrafię. Hełm Śmierci nadal mnie chroni. Bóg wojny zaczyna przechadzać się brzegiem rzeki. – Zeusa ostatnio wszędzie pełno. Atena zrównuje się z nim. – To fakt. Ojciec jest na nas zły. – To po co go prowokujesz? Bogini staje jak wryta. – Czym go prowokuję? Tym, że próbuję ocalić moich Achajów przed jatką? – Tym, że robisz z Diomedesa rzeźnika. – Pierwszy raz zauważam, że kręcone włosy Aresa mają lekko rudawy odcień. – Prowadzisz niebezpieczną grę, Ateno Pallas. Bogini parska śmiechem. – Od dziewięciu lat mieszamy się w tę wojnę. Przecież to gra, na litość boską! Od tego jesteśmy. Dobrze wiem, że jeszcze dziś zamierzasz się wtrącić do bitwy, stanąć po stronie swojego ukochanego Ilionu i wyrżnąć moich Argiwów jak owce. Czy bezpośredni udział boga wojny w takim starciu nie jest niebezpieczny? – Nie tak, jak dozbrajanie jednej ze stron nanotechnologią. Nie tak, jak wyposażanie żołnierzy w pola siłowe. Co ty sobie wyobrażasz, Ateno? Próbujesz zmienić tych śmiertelników w nas... w bogów. Atena znów się śmieje, ale poważnieje, widząc, że jej wesołość tylko złości Aresa. – Bracie, dobrze wiesz, że udoskonalenia Diomedesa mają charakter krótkotrwały. Chcę, by przeżył tę walkę, to wszystko. Afrodyta, twoja ukochana siostrzyczka, namówiła już Pandarosa z Troi, żeby zranił jednego z moich faworytów, Menelaosa. My tu sobie teraz rozmawiamy, a ona właśnie szepcze łucznikowi do ucha: „Zabij Diomedesa”. Ares odpowiada wzruszeniem ramion. Wiem, że Afrodyta jest jego sojuszniczką – i podżegaczką. Bóg wojny zachowuje się jak rozzłoszczony dzieciak – dwuipółmetrowy dzieciak, otoczony pulsującym polem energetycznym: podnosi z ziemi płaski kamień i ciska go do wody. – A jakie to ma znaczenie, czy Diomedes zginie dziś, czy za rok? Jest śmiertelny. Musi umrzeć. Tym razem Atena śmieje się głośno i szczerze. – Oczywiście, że musi, braciszku. Zgadzam się również, że życie jednego śmiertelnika nic dla nas nie znaczy. Ale w grze obowiązują pewne reguły. Nie pozwolę, żeby ta suka Afrodyta zmieniała wyroki Przeznaczenia. – A kto z nas je zna? – pyta nieprzejednany Ares. Patrzy spode łba i krzyżuje ramiona na muskularnej piersi. – Ojciec. – On tylko tak mówi. – Bóg wojny uśmiecha się pogardliwie. – Wątpisz w słowa naszego pana i władcy? – pyta Atena tonem, w którym słychać delikatną nutę prowokacji. Ares rozgląda się nerwowo. Przenika mnie lęk, że zdradziłem się jakimś dźwiękiem, że moje stopy zaszurały o płaski głaz, na którym stoję (boję się, że na piasku mogłyby zostać odciski moich stóp). Ale boski wzrok Aresa gładko się po mnie prześlizguje. – Szanuję ojca – mówi. Z głosu przypomina mi Richarda Nixona, kiedy mówił do ukrytego w Gabinecie Owalnym mikrofonu, wiedząc o jego obecności. Kiedy nagrywał swoje łgarstwa. – Jestem całkowicie wierny i bez reszty oddany Zeusowi, Ateno Pallas. – Nasz ojciec z pewnością to docenia i darzy cię podobnymi uczuciami – mówi Atena. Jej głos ocieka sarkazmem. Ares podnosi na nią wzrok. – Niech cię diabli! – krzyczy. – Odciągnęłaś mnie od pola bitwy, na którym twoi cholerni Achajowie mordują moich Trojan! – Naturalnie. – Atena prowokująco cedzi te cztery sylaby i przez chwilę mam wrażenie, że zaraz będę świadkiem wydarzenia, którego przez te całe dziewięć lat nie widziałem ani razu: pojedynku bogów. Ale rozkapryszony Ares tylko kopie demonstracyjnie w ziemię. Tryska fontanna piasku i bóg wojny tekuje się z powrotem pod Ilion. Uśmiechnięta Atena klęka na brzegu Skamandra i ochlapuje twarz wodą. – Głupiec – szepcze, zapewne sama do siebie, ja jednak mam nieodparte wrażenie, że zwraca się do mnie, naiwniaka, który myśli, że Hełm Hadesa go ochroni. „Głupiec”. Jakże celna byłaby to ocena mojego zachowania. Bogini również teleportuje się na pole bitwy. Ja jeszcze przez dobrą minutę stoję roztrzęsiony w miejscu, rozmyślając nad swoim frajerstwem, po czym fazuję i tekuje się w ślad za Ateną. Grecy i Trojanie nadal wyrzynają się nawzajem. Nic nowego. Dostrzegam jedynego – poza mną – scholiastę, który obserwuje bitwę. Dla postronnego widza Nightenhelser jest jednym z wielu niechlujnych trojańskich żołnierzy, który po prostu nie pcha się na pierwszą linię frontu. Ja jednak dzięki soczewkom kontaktowym widzę otaczającą go zieloną poświatę, którą bogowie oznaczyli nas, scholiastów. Zdejmuję Hełm Hadesa, morfuję w Falkesa (Trojanina, który niebawem zginie z ręki Antilochusa) i podchodzę do Nightenhelsera, który z niskiego wzniesienia obserwuje przebieg walki. – Dzień dobry, scholiasto Hockenberry – odzywa się pierwszy. Rozmawiamy po angielsku. W pobliżu nie ma Trojan, którzy mogliby nas podsłuchać w bitewnym zgiełku, a poza tym po obu stronach walczy taka zbieranina ludów, że wszyscy przywykli już do najdziwniejszych języków i dialektów. – Dzień dobry, scholiasto Nightenhelser. – Gdzie się podziewałeś przez ostatnie pół godziny? – Zrobiłem sobie przerwę – odpowiadam. To się zdarza. Czasem nawet my, scholiaści, nie jesteśmy w stanie dłużej znieść widoku rzezi i tekujemy się na godzinkę czy dwie do Troi, żeby odpocząć. Albo żeby przynieść sobie dzban wina. – Dużo straciłem? Nightenhelser odpowiada mi wzruszeniem ramion. – Jakieś dwadzieścia minut temu Diomedes zaszarżował na Trojan i zgodnie z planem został trafiony strzałą z łuku. – Z łuku Pandarosa. – Kiwam głową. Pandaros wcześniej zranił już Menelaosa. – Widziałem, jak Afrodyta podburzała Pandarosa, żeby strzelił – dodaje Nightenhelser. Trzyma ręce w kieszeniach płaszcza. Trojańskie płaszcze nie miały, naturalnie, kieszeni, więc sam musiał je sobie doszyć. To ci dopiero nowina. Homer nie wspomina o tym, żeby Afrodyta namawiała Pandarosa do odstrzelenia Diomedesa – chociaż donosi o podobnych zabiegach ze strony Ateny, kiedy ta chciała doprowadzić do wznowienia wojny. Biedny Pandaros: dzisiaj – a to jego ostatni dzień życia – jest prawdziwą igraszką w rękach bogów. – Diomedes został ranny? – pytam. – W ramię. Stenelos zaraz wyciągnął strzałę, która najwyraźniej nie była zatruta. Atena przed chwilą teleportowała się w sam środek zamieszania, odciągnęła na bok swojego pupila i „wlała nową moc w jego członki, stopy i waleczne ramiona”. Nightenhelser cytuje nieznany mi przekład Homera. – Dodatkowy zastrzyk nanotechnologii. Czy Diomedes znalazł już i zabił łucznika? – Jakieś pięć minut temu. – A czy Pandaros wygłosił przed śmiercią swoją słynną przemowę? W moim ulubionym tłumaczeniu Pandaros przez czterdzieści wersów opłakuje swój los, rozmawia z Eneaszem, trojańskim kapitanem (tak, tak, z tym Eneaszem), po czym razem ruszają rydwanem na Diomedesa i rzucają oszczepami. – Nie – mówi Nightenhelser. – Pandaros powiedział tylko: „Kurwa mać!”, kiedy Diomedes nie padł od strzały. Wskoczył do rydwanu Eneasza, rzucił włócznią, która przebiła tarczę i napierśnik Diomedesa, ale nie sięgnęła ciała, i zdążył jeszcze mruknąć: „Psiakrew...”, zanim oszczep Greka trafił go prosto między oczy. Cała ta jego przemowa to chyba kolejny przykład homeryckiej licentia poetica. – A co z Eneaszem? – dopytuję się. Starcie z Diomedesem ma kluczowe znaczenie nie tylko dla Iliady, ale dla całego biegu historii. Nie mogę sobie darować, że je przegapiłem. – Afrodyta go ocaliła, dosłownie przed chwilą – potwierdza Nightenhelser. Eneasz jest śmiertelnym synem bogini miłości, która strzeże go jak oka w głowie. – Diomedes zdruzgotał mu kamieniem staw biodrowy, tak jak w poemacie, ale Afrodyta osłoniła swojego synalka polem siłowym i właśnie znosi go z pola bitwy. Diomedes niewąsko się zapienił. Przysłaniam oczy dłonią. – Gdzie jest w tej chwili? – Dostrzegam Diomedesa, zanim Nightenhelser zdąży mi go pokazać: jest mniej więcej sto metrów od nas, w samym środku największej ciżby, w głębi trojańskich szyków. Rąbie, tnie i dźga bez opamiętania. Otacza go krwawa mgiełka i stosy trupów. Wspomagany nanotechnologią Diomedes przerzyna się przez falę ludzkich ciał, ścigając wycofującą się powoli Afrodytę. – Jezu Chryste... – Taaa... Zabił już Astynusa i Hypirona, Abasa i Polidosa, Ksantosa i Toona, Echemona i Chromiusa... Cztery kapitańskie pary. – Dlaczego pary? – zastanawiam się na głos. Nightenhelser patrzy na mnie jak na niezbyt rozgarniętego pierwszoroczniaka. – Jechali w rydwanach, Hockenberry. Po dwóch. Diomedes zabijał ich parami, kiedy się zbliżyli. – Naturalnie – przytakuję zawstydzony. Bardziej od poległych kapitanów interesuje mnie Afrodyta, która chwilowo przerwała odwrót i z rannym Eneaszem na rękach, widoczna dla Trojan, przechadza się za ich plecami. Wystraszeni natarciem Diomedesa obrońcy kłębią się bez ładu i składu, ale bogini spycha ich do walki prądem i własnym polem siłowym. Diomedes na jej widok wpada w szał. Przebija się przez ostatni kordon Trojan i staje twarzą w twarz z boginią. Bez słowa wznosi włócznię do ciosu, Afrodyta zaś od niechcenia zasłania się polem siłowym, wyraźnie lekceważąc gniew zwykłego śmiertelnika. Zapomniała, że ten śmiertelnik został ulepszony przez Atenę. Diomedes rzuca się na nią. Pole siłowe ustępuje z trzaskiem, włócznia przebija osobisty ekran ochronny Afrodyty, jej jedwabne szaty i boską skórę. Ostry jak brzytwa grot tnie na odlew nadgarstek bogini. Rana lśni czerwienią mięśni i bielą kości. W powietrze tryska fontanna boskiej krwi – złocistego ichoru. Afrodyta z niedowierzaniem spogląda na ranę i krzyczy z bólu: jej wrzask jest nieludzki, ogłuszający, jakby ogromne kolumny głośnikowe ryknęły wzmocnionym dźwiękiem rockowego koncertu, który odbywa się w piekle. Bogini zatacza się – nie przestając krzyczeć – i upuszcza rannego Eneasza. Diomedes zaś, zamiast kontynuować natarcie, dobywa miecza i szykuje się do odcięcia głowy nieprzytomnemu Trojaninowi. Febus Apollo, pan srebrnego łuku, materializuje się między wściekłym Diomedesem i leżącym na ziemi Eneaszem. Spycha Greka w tył pulsującą półkulą pola siłowego. Zaślepiony żądzą krwi Diomedes tnie na oślep, jego własne pole siłowe trzeszczy i jarzy się czerwono w zetknięciu z żółtą tarczą energetyczną Apolla. Afrodyta nie odrywa wzroku od swojego rozchlastanego przegubu; mam wrażenie, że zaraz zemdleje i legnie bezbronna przed rozjuszonym Grekiem. Z bólu nie może się skoncentrować i teleportować w bezpieczne miejsce. Nagle zjawia się jej brat, Ares. Ognistym latającym rydwanem roztrąca Greków i Trojan, kiedy poszerza plazmowy ślad pojazdu i ląduje obok siostry. Afrodyta zawodzi płaczliwie, próbując mu wytłumaczyć, że Diomedes oszalał. – Rzuciłby się na samego Zeusa! – wykrzykuje i pada w ramiona boga wojny. – Umiesz tym latać? – pyta Ares. – Nie! Afrodyta naprawdę traci przytomność. Podtrzymując krwawiącą – a właściwie tryskającą ichorem – lewą rękę prawą, osuwa się bezwładnie na pierś Aresa. Dziwnie się czuję, patrząc na nią. Bogowie nie krwawią. W każdym razie przez ostatnie dziewięć lat nie krwawili. Iryda, osobista posłanka Zeusa, pojawia się nagle między rydwanem i Apollem, który nadal osłania leżącego na ziemi Eneasza. Trojanie cofnęli się już na bezpieczną odległość, wytrzeszczając oczy. Boskie pole siłowe wciąż opiera się naporowi Diomedesa, który w podczerwieni do złudzenia przypomina wojownika odlanego z wrzącej lawy, tak pulsuje gniewem i bitewnym zapałem. – Zawieź ją do matki – rozkazuje Irydzie Ares i pakuje nieprzytomną Afrodytę do rydwanu. Iryda podrywa pojazd w powietrze, fazuje i znika. – Niesamowite – mówi Nightenhelser. – Zajefajne – przyznaję. Pierwszy raz od ponad dziewięciu lat widziałem, jak śmiertelnikowi udało się zranić boga. Nightenhelser patrzy na mnie zszokowany. Czasem zapominam, że dzieli nas ponad dziesięć lat. – Niewiarygodne – wyjaśniam ostrożnie. Korci mnie, żeby tekować się na Olimp i zobaczyć reakcję Zeusa na przybycie rannej Afrodyty. Oczywiście Homer już je opisał, ale widziałem dziś tyle scen niezgodnych z opisem w Iliadzie, że zżera mnie ciekawość. Odsuwam się pomalutku od Nightenhelsera, który – zafascynowany bieżącymi wydarzeniami – nawet nie zauważa mojego odejścia. Szykuję się do założenia hełmu i uruchomienia medalionu, kiedy coś mnie powstrzymuje. Okrzyk bojowy, który dobywa się z piersi Diomedesa, niewiele ustępuje wrzaskowi bólu Afrodyty, którego echo wciąż przetacza się po placu boju. Grek znów szarżuje na Apolla i Eneasza – i tym razem jego wielofazowy miecz, pchnięty nanowspomaganym ramieniem, przebij a się przez zewnętrzną powłokę boskiej tarczy energetycznej. Bóg ani drgnie. Diomedes przedziera się przez pole siłowe jak przez zwały niewidzialnego śniegu. Kiedy Apollo przemawia, jego głos grzmi tak donośnie, że słychać go chyba w promieniu pięciu kilometrów: – Zastanów się, Diomedesie! Odstąp! Wystarczy tego bezrozumnego zapału, śmiertelniku. Nie walcz z bogami. Nie jesteśmy z tej samej gliny ulepieni. Nigdy nie byliśmy i nigdy nie będziemy równi. Apollo rośnie w oczach: zamiast dwóch i pół metra wzrostu mierzy w tej chwili ponad sześć metrów. Diomedes opuszcza miecz i cofa się, chociaż trudno powiedzieć, czy robi to ze strachu, czy po prostu chce odetchnąć przed następnym atakiem. Apollo przyklęka, jego pole siłowe ciemnieje i matowieje, a kiedy po minucie czarna mgła się rozwiewa, boga nigdzie nie widać, na ziemi leży zaś ranny, krwawiący Eneasz z rozpłatanym biodrem. Trojanie otaczają go kręgiem, zanim Diomedes zdąży go dopaść i zaszlachtować. Tylko że to wcale nie jest Eneasz. Wiem, że Apollo zostawił tu wiarygodny hologram, a prawdziwego Eneasza przeniósł na wzgórze Pergamon, gdzie stoi trojańska cytadela i gdzie Leto i Artemida, siostra Aresa, za pomocą boskiej nanomedycyny błyskawicznie poskładają go do kupy i uratują mu życie. Już, już mam się tekować na Olimp, kiedy Apollo niespodziewanie wraca na pole bitwy. Jest niewidzialny dla śmiertelników. Ares, który osłania Trojan swoim polem siłowym i nie przestaje zagrzewać ich do boju, spogląda na niego pytająco. Niewidzialny dla Achajów Apollo wskazuje zdyszanego Diomedesa. – Aresie okrutny, co gubisz narody i krew przelewasz, jak możesz pozwolić, żeby byle gnój tak cię znieważał? – Znieważał? Niby jak mnie znieważył? – Ty durniu – grzmi Apollo na częstotliwościach naddźwiękowych, słyszalnych wyłącznie dla bogów, scholiastów i trojańskich psów, które odpowiadają mu przeraźliwym skowytem. – Ten... Ten śmiertelnik zaatakował boginię miłości, twoją siostrę, i przeciął jej ścięgna w boskim przegubie. Ba, śmiał nawet rzucić się na mnie, jednego z najpotężniejszych bogów. Atena uczyniła z niego nadczłowieka, żeby wystawić cię na pośmiewisko! Ciebie, Aresa, boga wojny, ociekającego posoką! Ares spogląda na wykończonego Diomedesa, który od czasu nieudanej próby przedarcia się przez pole siłowe nie zwraca na bogów najmniejszej uwagi. – Mnie?! – Ares krzyczy tak głośno, że słychać go chyba aż na Olimpie. Lata obserwacji przywiodły mnie do wniosku, że jak na boga, Ares jest raczej głupi. Dziś potwierdza moje spostrzeżenia. – Odważa się ze mnie kpić?! Ze mnie?! – Zabij go! – judzi Apollo. – Wyrwij mu serce i je zjedz. Po tych słowach pan srebrnego łuku znika. Ares wpada w szał, ja zaś dochodzę do wniosku, że jeszcze chwilę poczekam z teleportacją. Bardzo jestem ciekaw, jak się miewa Afrodyta, ale najbliższe wydarzenia zapowiadają się niezwykle interesująco. Bóg wojny morfuje najpierw w Akamasa, bystrego posłańca, księcia Tracji, i zaczyna podburzać spanikowanych Trojan, biegając wśród nich w tę i z powrotem, żeby odepchnęli Greków, którzy natarli za Diomedesem i klinem wbili się w ich szyki. Następnie przybiera postać Sarpedona i prowokuje Hektora, który z niezwykłą u niego rezerwą trzyma się dziś z dala od walki i dopiero zawstydzony oskarżeniami rzekomego Sarpedona dołącza do swoich żołnierzy. Widząc, że Hektor pociągnie za sobą główne siły trojańskie, Ares – już we własnej postaci – staje w kręgu wojowników strzegących hologramu nieprzytomnego Eneasza. Muszę przyznać, że odkąd obserwuję przebieg wojny, nie widziałem jeszcze tak zaciętych walk. Jeśli Homer może nas czegoś nauczyć, to z pewnością tego, że człowiek jest kruchym naczyniem, miękkim dzbanem pełnym krwi i wnętrzności, które tylko czekają na okazję, żeby się wylać z rozbitej skorupy. I właśnie się wylewają. Achajowie nie czekają, aż Ares złapie drugi oddech, lecz ściskają mocniej włócznie, popędzają konie i ruszają falą za Diomedesem i Odyseuszem. Konie kwiczą. Rydwany rozbijają się, a ich odłamki koziołkują po ziemi. Jeźdźcy pchają wierzchowce wprost na mur tarcz i grotów. Ognisty Diomedes staje na czele armii i wydaje rozkazy, machinalnie mordując każdego Trojanina, który podejdzie mu pod miecz. Apollo wraca w kłębach fioletowej mgły i zrzuca uzdrowionego Eneasza – tego prawdziwego – w sam środek ludzkiego młyna. Eneasz został nie tylko wyleczony – widzę, że pulsuje płynnym światłem podobnie jak Diomedes po zabiegach Ateny. Trojanie, i tak już zagrzewani do walki przez Hektora, na widok swojego wskrzeszonego bohatera wydają triumfalny okrzyk i ruszają do kontrataku. Teraz Eneasz i Diomedes stają naprzeciw siebie, każdy na czele swojej armii, i hurtowo zabijają żołnierzy przeciwnika. Tymczasem Apollo i Ares spychają na pierwszą linię coraz liczniejsze zastępy Trojan. Na moich oczach Eneasz rozprawia się z nieostrożnymi achajskimi bliźniakami Orsilochusem i Kretonem. Menelaos, który odzyskał siły po zranieniu, odpycha na bok Odyseusza i prze w stronę Eneasza. Ares śmieje się donośnie: byłby zachwycony, gdyby brat Agamemnona, prawowity mąż Heleny, który rozpętał tę wojnę po tym, jak stracił małżonkę, zginął właśnie dzisiaj. Eneasz i Menelaos stają naprzeciw siebie. Inni żołnierze cofają się, pełni szacunku dla aristei, i zaczyna się pojedynek na włócznie: pchnięcie, unik, finta, znowu pchnięcie. Nagle Antilochus, syn Nestora i dobry przyjaciel chwilowo zapomnianego Achillesa, doskakuje do Menelaosa i staje przy nim ramię w ramię. Chyba obawia się, że jeśli się nie wtrąci, sprawa grecka polegnie razem z jej głównym zwolennikiem. Mając naprzeciw siebie dwóch legendarnych wojowników zamiast jednego, Eneasz się wycofuje. Dwieście metrów na wschód od miejsca tego spotkania Hektor napiera na greckie szeregi z takim impetem, że spycha wstecz nawet Diomedesa i jego przybocznych. Diomedes z pewnością widzi Aresa, który – niewidzialny dla innych śmiertelnych – walczy u boku Hektora. Wciąż mam ochotę zmyć się stąd, sprawdzić, co z Afrodytą, ale nie mogę się oderwać od widowiska. Nightenhelser pospiesznie notuje coś w swoim ansiblu. Śmiać mi się chce. Szlachetni Trojanie i Argiwowie, którzy zwarli się pod Troją, są równie niepiśmienni, jak przeciętne dwuletnie dzieci. Gdyby znaleźli zapiski Nightenhelsera – nawet spisane po grecku – nie mieliby pojęcia, co znaczą. Tymczasem do bitwy miesza się coraz więcej bogów. Zjawiają się Hera i Atena – pierwsza ewidentnie namawia drugą, żeby wzięła udział w walce. Atenie nie trzeba tego dwa razy powtarzać. Hebe, bogini młodości i służka starszych bogów, sfruwa spod nieba w płonącym rydwanie. Hera przejmuje stery i zabiera Atenę, która odrzuciwszy powłóczystą szatę, dopina ostatnie sprzączki błyszczącego kirysu. Osłania się trzeszczącym polem energetycznym, które mieni się jaskrawą żółcią i pulsuje czerwienią. Strzelające z jej miecza błyskawice biją w ziemię. – Patrz! – Nightenhelser usiłuje przekrzyczeć zgiełk i coś mi pokazać. Z północy uderza najprawdziwszy piorun. Na rozpalonym popołudniowym niebie wypiętrzają się mierzące dobrze ponad dziesięć kilometrów wysokości burzowe chmury. Ciemne, posępne stratocumulusy przybierają nagle kształty Zeusa. Rozlega się grzmot, w którym słychać wyraźne słowa: – Do dzieła zatem, żono i córko! Przekonajmy się, Ateno, czy dorównasz bogu wojny. Pokonaj go, jeśli zdołasz! Czarne chmury zasnuwają niebo nad równiną. Zaczyna padać deszcz. Pioruny nie wybierają – trafiają i Trojan, i Achajów. Hera prowadzi rydwan nisko nad głowami Greków, po czym jeszcze trochę obniża lot i roztrąca Trojan jak skórzanometalowe kręgle. Atena przeskakuje do prawdziwego rydwanu, obok wyczerpanego, zakrwawionego Diomedesa i jego wiernego woźnicy Stenelosa. – Cóż to, masz dość na dzisiaj, śmiertelniku?! – kpi Atena. – Chyba jednak nie płynie w twoich żyłach krew twojego ojca, skoro nie potrafisz dotrzymać pola wrogom? Wskazuje Hektora i Aresa, którzy ramię w ramię masakrują Greków. – Ależ bogini... – stęka Diomedes. – Nieśmiertelny Ares wspiera Hektora i... – Czyż ja cię nie chronię?! – grzmi Atena. Ma pięć metrów wzrostu i jeszcze rośnie, górując nad przygaszonym wojownikiem. – Owszem, bogini, ale... – Diomedesie, radości mego serca, idź, zabij tego Trojanina i boga, który go osłania! Diomedes spogląda na Atenę ze zdumieniem i lękiem w oczach. – Śmiertelnik nie może zabić boga... – Kto tak powiedział? Bogini pochyla się nad Grekiem i daje mu nowy zastrzyk energii; przelewa w niego część swojej boskiej mocy. Wyrzuca z rydwanu bezradnego Stenelosa, który przelatuje dziesięć metrów w powietrzu i uderza o ziemię, Atena zaś chwyta wodze i zmusza konie do biegu. Rydwan pędzi prosto na Hektora, Aresa i resztę trojańskiej armii. Diomedes wznosi włócznię do ciosu. Naprawdę zamierza zabić boga. Naprawdę chce zgładzić Aresa. A Afrodyta chce, żebym zabił dla niej Atenę, przypominam sobie. Ze strachu i podniecenia czuję, jak serce podchodzi mi do gardła. Wkrótce wydarzenia pod Troją mogą przybrać zupełnie inny obrót niż u Homera. 12. Okolice Pasa Asteroid Niemal od razu po wyjściu z magnetosfery Jowisza statek zaczął zwalniać. Lot po łuku balistycznym ponad płaszczyzną ekliptyki, w kierunku Marsa, który znajdował się po przeciwnej stronie Słońca, miał z tego powodu trwać nie kilka godzin, lecz kilka dni standardowych. Mahnmutowi i Orphu było to na rękę, ponieważ mieli sporo do przedyskutowania. Niedługo po starcie siedzący na mostku Ri Po i Koros III zapowiedzieli wystrzelenie żagla borowego. Podłączywszy się do czujników, Mahnmut patrzył, jak okrągły żagiel szybuje na fulerenowych szotach siedem kilometrów za rufę statku, po czym rozwija się i osiąga pełną średnicę pięciu kilometrów. Obserwując obraz z rufowej kamery, miał wrażenie, że patrzy wprost w bezdenny czarny otwór, w samym środku gwiaździstego nieba. Orphu z Io wynurzył się ze swojej wnęki w kadłubie. Niczym jakiś skrzypłoczowy Quasimodo przemknął po głównym fale żagla, wzdłuż solenoidu, następnie obejrzał wszystkie szoty i sprawdził, czy są właściwie napięte. Na koniec, korzystając z wbudowanych w korpus silniczków rakietowych, prześliznął się nad samym żaglem, wypatrując pęknięć, osłabionych szwów i innych niedoskonałości powierzchni. Nie znalazłszy nic niepokojącego, wrócił na pokład statku. Poruszał się swobodnie, z niezwykłą jak na stan nieważkości gracją. Koros III uruchomił zmodyfikowany czerpak magnetyczny Matloffa–Fenelly'ego. Mahnmut poczuł lekkie szarpnięcie i odnotował przepływ energii w układach statku. Umieszczone na dziobie urządzenie generowało pole magnetyczne o średnicy tysiąca czterystu kilometrów, które zgarniało zabłąkane jony i chwytało wiatr słoneczny. – Jak długo musimy hamować, żebyśmy mogli wylądować na Marsie? – zapytał Mahnmut na otwartym kanale. Miał nadzieję, że zgłosi się Orphu, ale to Koros III odpowiedział mu swoim władczym tonem. – W miarę spadku prędkości statku efektywne pole powierzchni czerpaka będzie się powiększać. Masa statku osiągnie cztery razy dziesięć do potęgi szóstej. Uwzględniając maksymalną dopuszczalną temperaturę żagla, który mógłby ulec stopieniu przy przekroczeniu dwóch tysięcy kelwinów, hamowanie od naszej obecnej prędkości, równej 0,1992 c, do 0,001 c i punktu nieelastycznego zderzenia potrwałaby dwadzieścia trzy koma sześć lat standardowych... – Dwadzieścia trzy koma sześć lat standardowych! – wykrzyknął Mahnmut. Nawet mu się nie śniło, że będzie miał tyle czasu na naukowe debaty. – Przy czym nadal poruszalibyśmy się z całkiem znaczącą prędkością trzystu kilometrów na sekundę – dodał Koros III. – A przy lotach międzyplanetarnych jedna tysięczna prędkości światła to nie w kij dmuchał. – Czyli na Marsie czeka nas twarde lądowanie. We wspólnym paśmie dało się słyszeć basowe parsknięcie Orphu i do rozmowy włączył się callistański nawigator. – Żagiel nie jest naszym jedynym hamulcem, Mahnmucie. Dlatego też podróż potrwa niecałe jedenaście dni standardowych, a na orbitę Marsa wejdziemy z prędkością sześciu kilometrów na sekundę. – Tak lepiej – odetchnął z ulgą Mahnmut. Siedział w sterówce „Mrocznej Damy”, ale nie mógł korzystać z żadnych znajomych sensorów. Dziwnie się czuł, pobierając wszystkie informacje ze statkumatki. Tylko zasilanie miał niezależne. – Skąd ta różnica? – Z wiatru słonecznego – odezwał się Orphu. – Wieje tu z prędkością około trzystu kilometrów na sekundę i ma gęstość jonową rzędu dziesięć do szóstej na metr sześcienny. Przy starcie mieliśmy pół zbiornika wodoru, zabranego z Jowisza, i ćwierć zbiornika deuteru. Czerpak Matloffa–Fenelly'ego pozwoli nam zebrać znacznie więcej, dzięki czemu po drugiej stronie Słońca będziemy mogli uruchomić cztery umieszczone na dziobie silniki termojądrowe. Wtedy też zacznie się prawdziwe hamowanie. – Nie mogę się doczekać – mruknął Mahnmut. – Ja również – przyznał Orphu i znów przez łącza przetoczył się jego świszczący, basowy śmiech. Mahnmut doszedł do wniosku, że olbrzymi morawiec albo w ogóle nie wyczuwa ironii, albo ma niezwykle cięte poczucie humoru. Kiedy Mahnmut czytał La recherche du temps perdu, czyli W poszukiwaniu straconego czasu Prousta, statek przelatywał około stu czterdziestu tysięcy kilometrów nad Pasem Asteroid. Orphu przesłał mu język francuski wraz ze wszystkimi jego klasycznymi zawiłościami, samą powieścią i biografią autora, ale Mahnmut koniec końców i tak przeczytał Prousta w pięciu różnych angielskich przekładach. Z języków używanych w zapomnianej erze dawno upodobał sobie angielski: od półtora ziemskiego wieku koncentrował się na nim w swoich studiach i czuł się swobodnie, kiedy przyszło mu wypowiadać się na temat tworzonej w nim literatury. Orphu skwitował jego decyzję parsknięciem śmiechu i przypomniał mu, że porównywanie Prousta z jego ukochanym Szekspirem byłoby błędem, gdyż różnią się między sobą równie wyraźnie jak skalisty, terraformowany glob, ku któremu zmierzali, różnił się od ich macierzystych księżyców Jowisza. Mahnmut jednak nie dał się przekonać i przeczytał Prousta po angielsku. Kiedy skończył lekturę (zdawał sobie sprawę, że z konieczności czytał szybko i po łebkach, ale chciał jak najszybciej rozpocząć dyskusję), połączył się z Orphu na wydzielonym kanale radiowym. Morawiec z Io znów opuścił swoje stanowisko, żeby sprawdzić stan żagla, tym razem jednak z kadłubem hamującego statku łączyła go lina ratunkowa; z takimi przeciążeniami nie było żartów. – Nie wiem, co o tym myśleć – przyznał Mahnmut. – Miałem wrażenie, że czytam pretensjonalne dywagacje estety. – Estety? Orphu skierował jedną z anten w stronę kadłuba. Manipulatorami przytrzymywał szot żagla, który wymagał natychmiastowego zespawania. Mahnmutowi, który obserwował całą scenę na ekranie, łuk aparatu spawalniczego przypominał samotną gwiazdę na czarnym tle żagla, rysującego się z tyłu, za niezgrabną sylwetką olbrzymiego morawca. – Masz na myśli Prousta czy raczej Marcela – narratora? – spytał Orphu. – A co to za różnica? – Mahnmut udał zdziwienie. Wiedział, że zachowuje się nie fair. W ciągu ostatnich kilkunastu ziemskich lat zasypał Orphu setkami – jeśli nie tysiącami – maili, w których wyjaśniał mu, czym różni się występujący w sonetach poeta imieniem Will od historycznego Szekspira. Przypuszczał, że u Prousta kwestia rozdzielenia autora i postaci z jego dzieł może być równie skomplikowana. Orphu udał, że nie odebrał jego pytania. – Przyznaj, że spodobał ci się komizm tej powieści – nadał w odpowiedzi. – Jakkolwiek by na to patrzeć, Proust jest przede wszystkim autorem komicznym. – Jaki komizm? Nie przypominam sobie. Mahnmut mówił zupełnie poważnie. Nie chodziło bynajmniej o to, że on sam albo inne morawce nie rozumiały ludzkich żartów. Nawet najstarsze kosmiczne roboty, ewoluujące, ale ledwie świadome własnego istnienia, wysłane przez ludzi w przestrzeń na długo przed pandemią rubikonu, miały zaprogramowane poczucie humoru. Komunikacja z istotami ludzkimi – taka prawdziwa, dwustronna – byłaby bez tego niemożliwa; poczucie humoru było równie nieodłączną cechą ludzkości, jak złość, logika, zazdrość czy pycha, o których Proust nie omieszkał wspomnieć w swojej przydługiej powieści. Ale Proust i jego bohaterowie jako twórcy i postacie komedii? Mahnmut niczego podobnego nie zauważył, a jeśli Orphu miał rację, było to z jego strony ogromne przeoczenie. Sam przecież potrafił całymi dniami ślęczeć nad dramatami Szekspira i wyszukiwać w nich gry słów. Wytropił wszystkie, nawet najdrobniejsze ślady ironii w sonetach. – No dobrze – rzekł Orphu, kiedy wracając na statek po jednej z fulerenowych linek pomagał sobie silniczkami. – Przeczytaj jeszcze raz ten fragment Miłości Swanna. Swann, zniewolony urokiem niewiernej i kapryśnej Odety, wznosi się na wyżyny sztuki szantażu emocjonalnego, aby nie poszła bez niego do teatru. Wczuj się w humor tego kawałka. I Orphu przesłał mu wybrany urywek powieści: – Przysięgam ci – powiadał na chwilę przed jej wyjściem do teatru – proszę cię, żebyś nie szła, ale gdybym był egoistą, powinien bym pragnąć, abyś mi odmówiła. Mam tysiąc rzeczy do roboty dziś wieczór; jeśli się zgodzisz zostać, sam wpadnę we własne sidła i będę w wielkim kłopocie. Ale moje zajęcia, moje przyjemności to dla mnie nie jest wszystko; muszę myśleć o tobie. Może przyjść dzień, kiedy widząc, jak się na zawsze zraziłem do ciebie, będziesz miała prawo wyrzucać mi, żem cię nie ostrzegł w rozstrzygającym momencie; miłość niedługo zdoła przetrwać surowy wyrok wydany w takiej chwili. Widzisz, Noc Kleopatry (co za tytuł!) jest w tym wypadku niczym. Ważne jest to, czy ty jesteś doprawdy istotą na najniższym szczeblu inteligencji, a nawet wdzięku; marnym stworzeniem, niezdolnym oprzeć się przyjemności. Jeżeli jesteś czymś takim, w jaki sposób można by cię kochać? W takim razie nie jesteś nawet kimś, nawet indywiduum, niedoskonałym, ale bodaj zdolnym do udoskonalenia. Jesteś czymś w rodzaju bezpostaciowej cieczy, spływającej po każdej pochyłości; rybą bez pamięci i bez zastanowienia, która dopóki żyje w swoim akwarium, będzie się tłukła sto razy o szybę, wciąż biorąc ją za wodę. Rozumiesz, ja nie mówię, aby twoja odpowiedź koniecznie miała ten skutek, że natychmiast przestanę cię kochać. Oczywiście nie; ale ileż stracisz w moich oczach, kiedy zrozumiem, że ty jesteś nic, że jesteś poniżej wszystkiego, niezdolna wznieść się ponad cokolwiek! Oczywiście wolałbym cię prosić, żebyś się wyrzekła Nocy Kleopatry i skoro mnie zmuszasz, abym splugawił wargi tym ohydnym tytułem), ot, jak o coś bez znaczenia, w nadziei, że i tak pójdziesz. Ale, zdecydowany sporządzić ten bilans, wyciągnąć takie konsekwencje z twojej odpowiedzi, uważałem za lojalniejsze uprzedzić cię. Odeta zdradzała od paru chwil oznaki wzruszenia i niepewności. Nie rozumiejąc dokładnie słów Swanna, rozumiała, że wchodzą one w pospolity rodzaj „scen”, wyrzutów lub błagań. Znajomość mężczyzn pozwalała Odecie – bez troski o jakość słów – wnioskować, że nie mówiliby tak, gdyby nie byli zakochani, a z chwilą gdy są zakochani, nie ma potrzeby się z nimi liczyć, bo będą później jeszcze bardziej zakochani. Toteż byłaby słuchała Swanna z największym spokojem, gdyby nie widziała, że czas mija i że o ile mu pozwoli mówić dłużej, spóźni się, jak mu to rzekła z tkliwym, upartym i zawstydzonym uśmiechem: „na uwerturę!”.* Zamknięty w ciasnej, hermetycznej sterówce „Mrocznej Damy” Mahnmut zaśmiewał się do rozpuku. Tak, teraz wszystko rozumiał. Humor był najwyższej próby. Kiedy pierwszy raz czytał ten fragment, skupił się na ludzkim uczuciu zazdrości i oczywistych wysiłkach, które bohater imieniem Swann podejmował w celu wpłynięcia na zachowanie tej kobiety, Odety. Teraz zaś wszystko stało się jasne. – Dzięki – nadał do Orphu, kiedy sześciometrowy skrzypłocz usadowił się ponownie w swojej komorze. – Wydaje mi się, że zaczynam doceniać komizm tej prozy. Styl, język i struktura są zupełnie inne niż u Szekspira, ale coś jednak jest... podobne. – Może obsesja na punkcie zagadki człowieczeństwa? – podsunął Orphu. – Twój Szekspir badał różne aspekty ludzkiej natury przez pryzmat reakcji człowieka na zewnętrzne okoliczności. Definiował postać przez jej działania i w ten sposób docierał do jej wnętrza. Bohaterowie Prousta znajdują podobną wieloznaczność, sięgając w głąb swojej pamięci. Twój bard przypomina w pewnym sensie Korosa III, który prowadzi ekspedycję poza granice przestrzeni galilejskiej. Mój kochany Proust jest bardziej podobny do ciebie, kiedy otulony w kokon „Mrocznej Damy” nurkujesz w oceanach i za pomocą echolokacji poznajesz geografię raf i morskiego dna, badasz istoty żywe i cały świat. Mahnmut zamyślił się na kilka długich nanosekund. – Nie znalazłem u Prousta klucza do tej zagadki. Nie widzę nawet prób jej rozwiązania, poza postulatem zanurzenia się we wspomnieniach. – Nie w samych wspomnieniach, mój druhu, lecz w czasie. Mimo że dzieliły ich dziesiątki metrów, niemal niezniszczalny kadłub batyskafu i szkielet samego statku kosmicznego, Mahnmut poczuł się tak, jakby olbrzymi morawiec z Io jakimś cudem zdołał go dotknąć, w bardzo osobistym, głębokim sensie. – Czas istnieje niezależnie od pamięci – mruknął pod nosem. – Ale czy pamięć można oddzielić od czasu? – Właśnie! – zagrzmiał Orphu. – Bohaterowie Prousta – przede wszystkim narrator, Marcel, czyli, ja”, ale także nieszczęsny Swann – cztery razy mają szansę odkryć tajemnicę życia, poskładać ją jak układankę. Czterokrotnie im się nie udaje, lecz mimo to opowieść jako całość skutecznie się broni. Autor i narrator ponoszą klęskę, ale historia triumfuje! Tym razem Mahnmut na dłużej pogrążył się w zadumie. Przełączając się z kamery na kamerę, obejrzał całą złożoną konstrukcję statku i przerażający, czarny jak noc żagiel, skierowany „w dół”, w kierunku asteroid. Skoncentrował się i wydał w myślach polecenie „powiększ”. Na czarnym tle koziołkowała samotna asteroida. Nie było obawy, że w nich uderzy, nie dość że statek znajdował się sto pięćdziesiąt milionów kilometrów ponad płaszczyzną ekliptyki i z ogromną szybkością mijał Pas Asteroid, to jeszcze ten konkretny kawał skały – z astronawigacyjnej bazy danych Ri Po wynikało, że nazywa się Gaspra – oddalał się od nich. Był jednak całkiem zgrabną miniaturową planetką. Miał wymiary dwadzieścia na szesnaście na jedenaście kilometrów i na zbliżeniu (obraz w powiększeniu odpowiadał widokowi z odległości szesnastu tysięcy kilometrów) przypominał nieregularny, kostropaty ziemniak, ozdobiony złożonym wzorem z kraterów. Najciekawiej prezentowały się jednak te elementy asteroidy, które nie były pochodzenia naturalnego: wyryte w kamieniu linie proste, światła migoczące na dnie kraterów, wyraźne świetlne szlaczki na nieforemnym nosie planetki. – Skałowce – powiedział półgłosem Orphu, który najwyraźniej śledził obraz z tej samej kamery. – W całym pasie jest ich parę milionów. – Naprawdę są takie nieprzyjazne, jak się o nich mówi? – spytał Mahnmut, zanim zorientował się, że mimowolnie zdradza swoje obawy. – Nie wiem. Przypuszczam, że tak. Zdecydowały się na ewolucję w kulturze znacznie bardziej agresywnej od naszej. Ponoć boją się postludzi i gardzą nimi, a nas, morawców z planet zewnętrznych, wprost nienawidzą. Koros III może mieć więcej do powiedzenia na temat legend, jakie o nich krążą. – Dlaczego akurat on? – Nie jest to powszechnie znany fakt, ale stał na czele ekspedycji do skałowców, którą sześćdziesiąt ziemskich lat temu zorganizował Asteague/Che w porozumieniu z Konsorcjum Pięciu Księżyców. Łącznie wyruszyło dziesięć morawców. Tylko cztery wróciły. Mahnmut znów miał nad czym myśleć. Pożałował, że nie zna się na żadnej broni. Gdyby skałowce chciały ich pozabijać, jak by się do tego zabrały? Miały jakąś broń energetyczną? Albo pociski hiperkinetyczne, zdolne przechwycić statek? To było raczej mało prawdopodobne, zwłaszcza dopóki ten rozwijał 0,193 prędkości światła. – Na jakie cztery sposoby bohaterowie Prousta usiłowali przeniknąć tajemnicę życia? – spytał. Olbrzymi pancerny morawiec wydał odgłos przypominający chrząknięcie i zaczął mówić: – Najpierw, kierując się instynktem, ruszyli tropem arystokracji, tytułów, przyrodzonych praw i zamożnego ziemiaństwa. Marcel, narrator, podąża tą ścieżką przez jakieś dwa tysiące stron. Wierzy, że najwyżej stojących w hierarchii arystokratów cechuje szlachetność charakteru, ale przeżywa zawód. – Znajdując zwyczajny snobizm – dodał Mahnmut. – Nie lekceważ snobizmu – zaoponował z ożywieniem Orphu. – Zdaniem Prousta to właśnie snobizm był spoiwem społeczeństw, niczym klej, i to w każdej epoce. Proust bada go przez całą książkę, na różnych poziomach. Fascynują go wszelkie jego przejawy. – Mnie nie zafascynowały – mruknął Mahnmut. Miał nadzieję, że nie urazi przyjaciela swoją szczerością, ale basowe dudnienie, jakie przeniosło się na częstotliwościach poddźwiękowych, zabrzmiało uspokajająco. – Jaka była druga ścieżka, którą podążył, aby odkryć tajemnicę życia? – Miłość. – Miłość? Rzeczywiście, na z górą trzech tysiącach stron W poszukiwaniu straconego czasu było jej niemało, ale przedstawiono ją jakoś tak... pesymistycznie. – Tak. Zarówno miłość sentymentalna, jak i fizyczne pożądanie. – Masz na myśli sentymentalną miłość Marcela i jak sądzę, Swanna, do rodziny? Do babki Marcela? – Nie, Mahnmucie, chodzi mi o sentyment do znajomych przedmiotów, o przywiązanie do pamięci i do ludzi, którzy należą do królestwa rzeczy znajomych. Mahnmut jeszcze raz spojrzał na koziołkującą na ekranie Gasprę. Według danych Ri Po pełny obrót wokół własnej osi zajmował asteroidzie około siedmiu godzin standardowych. Morawiec zastanawiał się, czy taki kawałek skały mógłby być źródłem sentymentu – dla niego albo dla innej świadomej istoty. – Morza Europy takie właśnie są – mruknął. – Słucham? Dreszcz przebiegł po organicznych elementach powłoki Mahnmuta, kiedy uświadomił sobie, że myśli na głos na otwartym kanale. – Nie, nic. Dlaczego miłość nie pozwoliła mu odkryć sekretu życia? – Ponieważ Proust wiedział, a jego bohaterowie się przekonali, że ani miłość, ani jej szlachetniejsza kuzynka, przyjaźń, nie są w stanie oprzeć się niszczycielskim ostrzom zazdrości, nudy, familiarności i egoizmu. Pierwszy raz, odkąd zaczęli się porozumiewać bezpośrednio, Mahnmut odniósł wrażenie, że w głosie pancernego morawca brzmi smutek. – Naprawdę? – Naprawdę. – Orphu westchnął ciężko. – Pamiętasz, jak się kończy Miłość Swannal „I pomyśleć, że spartoliłem kilka lat życia, że chciałem umrzeć, żem przeżył swoją największą miłość – dla kobiety, która mi się nie podobała, która nie była w moim typie!” – Zwróciłem uwagę na te słowa – przyznał Mahnmut – ale nie zdawałem sobie jeszcze wtedy sprawy, że mają mieć taką strasznie zabawną, okrutnie gorzką albo przeraźliwie smutną wymowę. Jakie właściwie powinny być? – Takie, takie i takie, mój przyjacielu – odparł Orphu z Io. – Jest w nich wszystkiego po trochu. – A jaka była trzecia droga, którą bohaterowie Prousta chcieli podążyć, żeby rozwiązać zagadkę życia? – spytał Mahnmut. Zwiększył dopływ tlenu do sterówki, żeby rozwiać pajęcze nici smutku, które zaczynały mu się zbierać w sercu. – Była nią sztuka, ale zostawmy ją sobie na kiedy indziej – zaproponował Orphu, zupełnie jakby wyczuł zmianę nastroju rozmówcy. – Koros III planuje poszerzenie czerpaka. Szykują się niezłe fajerwerki w widmie rentgenowskim. Kiedy przelatywali ponad orbitą Marsa, nie było nic do oglądania. – Mars znajdował się bowiem po przeciwnej stronie Słońca. Dzień później minęli orbitę Ziemi: Ziemia przesuwała się daleko w dole, po płaszczyźnie ekliptyki. Tylko Merkurego mogli sobie dokładnie obejrzeć, chociaż z tej odległości blask Słońca zaćmiewał monitory, a szum zagłuszał wszystkie pasma radiowe. Kiedy minęli samo Słońce w odległości zaledwie dziewięćdziesięciu siedmiu milionów kilometrów (włókna radiacyjne prawie dymiły, intensywnie odprowadzając ciepło), złożyli żagiel, ściągnęli go na pokład i upchnęli w przeznaczonej dla niego komorze rufowej. Orphu wspomógł przy tej pracy zdalne manipulatory. Mahnmut patrzył na ekran, na którym pancerny morawiec z Io krzątał się przy żaglu. Oślepiające światło wydobywało wszystkie skazy i uszkodzenia jego skorupy. Dwie godziny przed planowanym uruchomieniem silników termojądrowych Koros III kompletnie zaskoczył Mahnmuta: poprosił wszystkich o przybycie na mostek, znajdujący się na dziobie tuż obok czerpaka magnetycznego. Statek nie miał wewnętrznych korytarzy. Po wyhamowaniu i dotarciu na marsjańską orbitę Koros III miał przejść po kadłubie na pokład „Mrocznej Damy”, przytrzymując się zewnętrznych uchwytów. Pomysł spaceru po kadłubie w tej chwili, przy obecnych przeciążeniach, budził w Mahnmucie niepokój. – Nie musimy przecież spotykać się osobiście, żeby porozmawiać – powiedział do Orphu. – Poza tym ty i tak się nie zmieścisz w sterówce. – Ale mogę przyczepić się do kadłuba od zewnątrz, obserwować was przez iluminator i połączyć się z wami zabezpieczoną linią komunikacyjną. – W czym takie rozwiązanie jest lepsze niż rozmowa przez wszechłącze? – Nie wiem – przyznał Orphu. – Za sto czternaście minut odpalamy silniki. Co ty na to, żebym zabrał cię po drodze z ładowni? Tak też zrobili. Sama próżnia i promieniowanie kosmiczne nie robiły na Mahnmucie wielkiego wrażenia, ale myśl o odłączeniu się od statku napełniała go dziwnym lękiem. Orphu czekał na niego w głównej ładowni. Mahnmut miał przez chwilę okazję podziwiać niezapomniany widok: „Mroczna Dama” skąpana w ostrych promieniach Słońca, wciśnięta w kąt ładowni jak solny rekin w brzuchu krakena. Orphu za pomocą manipulatorów ulokował Mahnmuta w osłoniętym zagłębieniu w swoim korpusie. Następnie wpiął się w liny zabezpieczające i włączywszy silniki manewrowe, rozpoczął wędrówkę po czarnym brzuchu statku, na górę, wzdłuż grodzi i obręczy solenoidu, i po górnej powierzchni kadłuba ku dziobowi. Mahnmut zerknął na kopuły kryjące silniki termojądrowe, umieszczone na dziobie jakby na doczepkę, i sprawdził czas: sto cztery minuty do odpalenia. Dzięki specyficznej powłoce maskującej: matowej, czarnej jak noc i porowatej, statek – nie licząc silników jądrowych, żagla i innych dodanych elementów – był praktycznie niewykrywalny w świetle widzialnym, podczerwieni i ultrafiolecie, niewidoczny dla radarów (także radarów dalekiego zasięgu), detektorów grawitonowych i sond neutrinowych. – I co z tego, skoro przez najbliższe dwa dni z naszych dysz będą buchać cztery słupy jądrowego ognia? Na mostek prowadziła śluza. Mahnmut pomógł Orphu podłączyć się do ekranowanej linii komunikacyjnej, po czym przeszedł przez śluzę i zaczął oddychać normalnie, w staromodny sposób, powietrzem. – Na statku jest broń – oznajmił bez zbędnych wstępów Koros III. Jego słowa poniosły się echem w powietrzu. W wielofasetowych oczach i czarnej humanoidalnej powłoce odbijało się czerwone światło halogenów. Poza nim i Mahnmutem w hermetycznej sterówce znajdował się również maleńki Ri Po. – Słyszałeś? – subwokalizował Mahnmut na prywatnym kanale łączącym go z Orphu, którego było widać przez iluminator. – Naturalnie. – Dlaczego nam o tym mówisz? – spytał Mahnmut. – Uznałem, że ty i Orphu z Io macie prawo o tym wiedzieć. W tej misji ryzykujecie swoje istnienie. Mahnmut spojrzał na nawigatora. – Wiedziałeś wcześniej o broni? – Zdawałem sobie sprawę, że statek ma wbudowane uzbrojenie obronne – przyznał Ri Po. – Nie wiedziałem natomiast, że zabierzecie broń na powierzchnię planety, ale to logiczne założenie. – Na powierzchnię planety... – Mahnmut zawiesił głos. – Więc w ładowni „Mrocznej Damy” też jest broń. – To było bardziej stwierdzenie faktu niż pytanie. Koros III przytaknął mu odwiecznym ludzkim gestem: pokiwał głową. – Jaka? – Tego nie wolno mi zdradzić – odparł sztywno dowódca. – A może mnie nie wolno przewozić broni na pokładzie mojego batyskafu? – warknął Mahnmut. – Nie masz w tej kwestii nic do powiedzenia – zauważył Koros III tonem nieznoszącym sprzeciwu. Mahnmut cały się zjeżył. – Koros ma rację – odezwał się Orphu na wspólnym kanale. – Nie mamy wyboru. Musimy wykonać zadanie. – Dlaczego w takim razie nam o tym mówisz? – powtórzył Mahnmut. – Kiedy minęliśmy Słońce, skierowaliśmy wszystkie instrumenty na Marsa – odparł Ri Po. – I rzeczywiście, mamy potwierdzenie aktywności kwantowej, którą wykryto już z przestrzeni okołojowiszowej, tyle że jej natężenie o kilka rzędów wielkości przekracza wszelkie nasze prognozy. Ta planeta stanowi zagrożenie dla całego Układu Słonecznego. – Jak to? – zdziwił się Orphu. – Postludzie w swoich miastach orbitalnych wokół Ziemi przez setki lat eksperymentowali z teleportacją kwantową. Koros III pokręcił głową w ten urokliwie ludzki sposób, chociaż „urokliwy” nie było tym określeniem, które pierwsze przychodziło Mahnmutowi na myśl, kiedy obserwował wysoką, czarną, połyskliwą sylwetkę o ślepiach muchy. – Nie na taką skalę – wyjaśnił. – W tej chwili natężenie kwantowych przesunięć fazy na Marsie sugeruje istnienie dziury wydartej w samej strukturze czasoprzestrzeni. To nie są rozsądne eksperymenty z technologią kwantową. – Czy wojniksy mogą mieć z tym coś wspólnego? – zainteresował się Orphu. Wiedza większości jowiszowych morawców na temat wojniksów ograniczała się do faktu, że pierwsza wzmianka na ich temat, wychwycona dwa tysiące ziemskich lat wcześniej z monitorowanych przez morawce postludzkich przekazów komunikacyjnych, zbiegła się w czasie z gwałtownym przyrostem aktywności kwantowej na Ziemi. – Nie wiemy, czy wojniksy maczały w tym palce – przyznał Koros III, – Nie wiemy nawet, czy nadal są na Ziemi. – Powtórzę jeszcze raz: uznałem, że z powodów etycznych jestem wam winien informację, iż broń znajduje się zarówno na samym statku jak i na pokładzie batyskafu, którym będziemy z Mahnmutem podróżować po Marsie. Nie wy będziecie decydować o jej użyciu. Dopóki jestem na pokładzie, cała odpowiedzialność za użycie broni spada na moje barki. Kiedy z Mahnmutem udamy się na Marsa, Ri Po będzie odpowiedzialny za uruchomienie systemów obronnych, ja zaś będę miał wyłączne prawo podjąć decyzję o użyciu broni na powierzchni planety. – Czy to znaczy, że na statku nie ma broni ofensywnej? Takiej, której można by użyć przeciw celom znajdującym się na Marsie? – upewnił się Mahnmut. – Tak – potwierdził Ri Po. – Uzbrojenie statku może posłużyć wyłącznie do jego obrony. – Ale broń na pokładzie „Mrocznej Damy” jest bronią masowej zagłady, prawda? – spytał Orphu z Io. Koros III zawahał się. Otrzymał wprawdzie rozkazy, ale też zdawał sobie sprawę, że załoga ma prawo znać fakty. – Tak – przyznał w końcu. Mahnmut próbował odgadnąć, o jakiej broni mowa. Bomby jądrowe? Termojądrowe? Emitery neutrinowe? Ładunki plazmowe? Miotacze antymaterii? Czarne dziury, zdolne unicestwić całą planetę? Nie miał pojęcia. Przez całe wieki egzystencji nie stykał się z bronią inną niż sieci, ościenie i elektrolizery, którymi odpędzał krakeny i chwytał żywcem istoty zamieszkujące oceany na Europie. – Posłuchaj, Korosie, czy kiedy przed laty dowodziłeś wyprawą do skałowców, też zabraliście broń? – zapytał półgłosem. – Nie. Nie było takiej potrzeby. Mimo że na drodze ewolucji morawce z asteroid wykształciły nader nieokrzesaną i wojowniczą naturę, nie stanowiły zagrożenia dla wszystkich istot rozumnych w całym układzie. Koros III wyświetlił aktualny czas: do włączenia silników zostało czterdzieści jeden minut. – Są jeszcze jakieś pytania? Zgłosił się Orphu. – Po co nam powłoka maskująca, skoro do Marsa zbliżymy się z czterema włączonymi silnikami, świecąc jak supernowa, widoczni w dzień i w nocy dla każdego Marsjanina, który nie jest całkiem ślepy? Ależ... No tak, chcecie ich sprowokować. Chcecie, żeby nas zaatakowali! – Owszem – przytaknął Koros. – W ten sposób najłatwiej będzie przekonać się, jakie mają zamiary. Silniki wyłączą się w odległości osiemnastu milionów kilometrów od Marsa. Jeżeli do tego czasu nie spróbują nas przechwycić, odrzucimy silniki, solenoid i resztę urządzeń zewnętrznych i zamaskowani wejdziemy na orbitę. Nie wiemy jeszcze, czy postludzie albo inne istoty, które terraformowały Marsa i obecnie go zamieszkują, wykształciły zwykłą cywilizację techniczną czy też bardziej zaawansowaną. Mahnmut rozważył w myślach słowa dowódcy. Zamierzali odrzucić wszystkie urządzenia napędowe, które mogłyby im umożliwić powrót do domu. – Intensywna aktywność kwantowa to chyba oznaka wysokiego zaawansowania technologicznego, prawda? – zauważył Orphu. – Być może – odparł Ri Po. – Ale wszędzie we wszechświecie trafiają się niedorozwinięci geniusze. Ta tajemnicza uwaga zakończyła dyskusję i całe spotkanie. Z mostku wypompowano powietrze i Orphu przeniósł Mahnmuta z powrotem do jego spoczywającego w ładowni batyskafu. Na dany sygnał cztery silniki zagrały jak jeden. Następne dwa dni Mahnmut spędził wciśnięty w fotel przeciążeniowy. Wracając na płaszczyznę ekliptyki i kierując się w stronę Marsa, statek hamował z przeciążeniem równym czterysta g. Cała ładownia ponownie wypełniła się żelem, ale kabina „Mrocznej Damy” pozostała pusta. Zwiększony ciężar i przymusowa bezczynność okropnie drażniły Mahnmuta. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, co musi przeżywać Orphu, siedzący w zagłębieniu w zewnętrznej powłoce kadłuba. Buchający z silników ogień przesłonił Marsa i inne obrazy, nadawane z dziobowych kamer, Mahnmut dla zabicia czasu zerkał więc na ekrany pokazujące sam kadłub i świecące za rufą gwiazdy, a także przeglądał A la recherche du temps perdu, wyszukując odniesienia do swoich ukochanych sonetów Szekspira. Miłość, jaką Mahnmut i Orphu darzyli języki i literaturę ludzi z zaginionej ery, w gruncie rzeczy nie była niczym niezwykłym. Kiedy przed z górą dwoma tysiącami ziemskich lat postludzie wysłali pierwsze morawce, aby nawiązały kontakt z istotami rozumnymi, które – o czym wiedziano – zamieszkiwały atmosferę Jowisza, umieścili w ich pamięci multimedialne informacje o ludzkiej historii, kulturze i sztuce. Było już oczywiście po pandemii rubikonu i uprzednim Wielkim Odwrocie, ale wciąż istniała nadzieja na ocalenie wspomnień i zapisów ludzkiej egzystencji – nawet gdyby nie udało się w ostatnim faksowaniu ocalić pozostałych na Ziemi dziewięciu tysięcy stu czternastu przedstawicieli dawnej ludzkości. Potem urwał się kontakt z Ziemią i na przestrzeni stuleci sztuka, literatura i historia ludzkiej rasy stały się hobby tysięcy morawców, zarówno tych pracujących w przestrzeni międzyplanetarnej, jak i tych, które koncentrowały się na badaniach księżyców Jowisza. Były partner Mahnmuta, Urtzweil, który osiemnaście jowiszowych lat temu został zniszczony w lodowym kanale na Europie, pod kraterem Tyre Macula, pasjonował się Biblią Króla Jakuba. Mahnmut do tej pory przechowywał jeden jej egzemplarz w schowku pod składanym biurkiem, obok otulonej żelem lampy woskowej, którą dostał od Urtzweila w prezencie. Wpatrując się w stłumiony filtrami obraz ogni termojądrowych, Mahnmut próbował w myślach połączyć historycznego Marcela Prousta – człowieka, który ostatnie trzy lata życia spędził w łóżku, w swojej słynnej, wykładanej korkiem sypialni, w otoczeniu ustawicznie spływających korekt szpaltowych, starych rękopisów i butelek uzależniających trucizn, odwiedzany z rzadka przez męską prostytutkę i pracowników telefonii, którzy zainstalowali mu jeden z pierwszych w Paryżu aparatów transmitujących opery – z innym Marcelem, narratorem ogromnego dzieła traktującego o percepcji świata, jakim było W poszukiwaniu straconego czasu. Mahnmut miał niewiarygodne zasoby pamięciowe. Mógł przywołać plany Paryża z 1921 roku, obejrzeć Vermeera, który doprowadził bohatera Prousta do omdlenia, porównać wszystkie postaci występujące w książce ze wszystkimi ludźmi, których Proust znał osobiście – ale wcale nie pomogło mu to zrozumieć jego dzieła. Dobrze wiedział, że ludzka sztuka wykracza daleko poza ograniczenia samych ludzi. Orphu wspomniał o czterech drogach, które miały prowadzić do rozwikłania tajemnicy życia. Pierwsza – poszukiwanie ideału wśród arystokracji i najwyższych warstw społecznej hierarchii – w ewidentny sposób prowadziła na manowce. W przeciwieństwie do bohaterów Prousta Mahnmut nie musiał przedzierać się przez trzy tysiące stron opisów uroczystych kolacji, żeby dojść do takiego wniosku. Za to druga droga, wskazująca miłość jako klucz do zagadki życia, zafascynowała Mahnmuta. Bez wątpienia Proust (zresztą podobnie jak Szekspir) usiłował zgłębić wszystkie aspekty miłości międzyludzkiej: heteroseksualnej, homoseksualnej, biseksualnej, rodzinnej, partnerskiej; interesował się także miłością do miejsc, rzeczy i samego życia. I Mahnmut musiał zgodzić się z przedstawioną przez Orphu tezą: Proust odrzucił miłość jako drogę poznania świata. Trzecią drogę w życiu Marcela wytyczyły sztuka i muzyka, ale choć poznał dzięki nim piękno, nie doprowadziły go do prawdy. A czwarta? Jeśli i ona zawiodła bohaterów Prousta, to czy między wierszami dałoby się wyczytać, którędy wiedzie szlak ku prawdzie – nieznany postaciom książkowym, ale, być może, odkryty przez autora? Wystarczyłoby połączyć się z Orphu i wszystko stałoby się jasne. Ale podczas drugiego dnia hamowania siedzieli pogrążeni w rozmyślaniach i rzadko się komunikowali. Porozmawiamy później, pomyślał Mahnmut. A może wcześniej sam zrozumiem... Przekonam się czy Proust dogadałby się z Szekspirem w kwestii tajemnicy miłości. Bo pod koniec cyklu sonetów bard odrzucał właściwie wszelką miłość – sentymentalną, romantyczną i fizyczną. Silniki zgasły. Nagły brak przeciążenia i przenoszonych przez kadłub hałasów i wibracji wydał się Mahnmutowi przerażający. Natychmiast odrzucono kuliste jednostki napędowe i zbiorniki paliwa; małe silniczki manewrowe zepchnęły je z kursu statku i odsunęły na bezpieczną odległość. – Odcinam żagiel i solenoid – zameldował Orphu na wspólnym paśmie. Mahnmut przez chwilę śledził na ekranach proces odłączania obu elementów, po czym przełączył się na obraz i kamery na dziobie. Mars był teraz doskonale widoczny – znajdował się osiemnaście milionów kilometrów przed nimi, w dolnej części obrazu. Ri Po nałożył na ekran planowaną trajektorię lotu – zapowiadało się perfekcyjne podejście. Pomocnicze silniczki jonowe korygowały lot statku i kierowały go na orbitę. – Nie widać, żeby podczas podejścia ktoś nas namierzał radarem albo innymi detektorami – oznajmił Koros III. – Nie zarejestrowano żadnej próby przechwycenia. Mahnmut zauważył, że mimo całej swojej godności ganimedzki morawiec zdradza skłonność do głoszenia prawd oczywistych. – Mamy odczyty z sensorów pasywnych – wtrącił Ri Po. Mahnmut zerknął na wyniki. Gdyby zbliżali się na przykład do Europy, na ekranach pojawiłyby się wykresy promieniowania radiowego, grawitonowego, mikrofalowego i innych emisji, związanych z zaawansowaną technicznie cywilizacją morawców. Mars milczał, chociaż po terraformowaniu z pewnością był zamieszkany. Teleskop na dziobie statku wyłowił już białe budowle na Olympus Mons, proste i zakrzywione linie dróg, kamienne głowy, ciągnące się szpalerem wzdłuż brzegów Morza Północnego, nawet jakieś ślady ruchu. Nie wychwycili jednak żadnej aktywności radiowej, żadnych transmisji mikrofalowych, żadnych elektromagnetycznych śladów wysoko rozwiniętej cywilizacji. Jak to powiedział Ri Po? Niedorozwinięci geniusze? – Czas do wejścia na orbitę Marsa: szesnaście godzin – zapowiedział Koros III. – Planowane dwadzieścia cztery godziny obserwacji z orbity. Mahnmucie, przygotuj batyskaf do lądowania za czterdzieści godzin od teraz. – Dobrze – odparł Mahnmut. Zdusił impuls, który kazał mu odpowiedzieć: „Tak jest, kapitanie”. Przez prawie całe dwadzieścia cztery godziny, jakie spędzili na orbicie, Mars wyglądał jak wymarły. Na Phobosie, w Kraterze Stickneya, odkryli ślady działalności człowieka: maszyny górnicze, resztki akceleratora magnetycznego, potrzaskane kopuły mieszkalne i automatyczne łaziki – wszystko jednak zimne, pokryte pyłem i podziurawione mikrometeorytami. Szczątki z pewnością liczyły sobie ponad trzy tysiące lat. Ktokolwiek w ciągu ostatnich stu lat terraformował Marsa, nie miał nic wspólnego ze śmieciami porzuconymi na jednym z jego księżyców. Mahnmut znał stare zdjęcia Marsa z czasów, gdy nazywano go jeszcze Czerwoną Planetą (osobiście zawsze uważał zresztą, że Mars jest bardziej pomarańczowy niż czerwony). Teraz jednak trudno byłoby go tak nazwać. Teleskop, wycelowany w północny biegun planety, pokazywał resztki czapy lodowej: małą, białą wysepkę pośrodku ogromnego morza, złożoną zresztą wyłącznie z zamrożonej wody, gdyż w procesie terraformowania cały dwutlenek węgla wysublimował do atmosfery. Nad zajmującym ponad połowę północnej półkuli oceanem szybowały spirale chmur. Wyżyny zachowały swój czerwonopomarańczowy odcień, a niżej położony ląd był w większości brunatny i jałowy, ale w wielu miejscach gołym okiem dało się dostrzec żywą zieleń pól i lasów. Nikt ich nie zaczepiał; nie było wywołań przez radio, namierzania radarem, wiązką laserową ani modulowanym strumieniem neutrin. Pełne napięcia minuty przechodziły w godziny milczenia, a cztery morawce podziwiały widoki i przygotowywały się do lądowania „Mrocznej Damy”. Na Marsie z całą pewnością istniało życie – nie potrafili na razie rozstrzygnąć, czy spotkają tam ludzi, czy raczej postludzi, ale nie ulegało wątpliwości, że na powierzchni rezyduje jeszcze co najmniej jeden gatunek istot: uwijające się przy kamiennych głowach stworzenia, przypominające niskie, zielonoskóre ludziki. Statki z białymi żaglami sunęły wzdłuż brzegów oceanu na północy i wpływały do zatopionych wąwozów Valles Marineris – nie było ich jednak zbyt wiele. Dalsze żagle teleskop pokazywał na poznaczonym kraterami morzu, które kiedyś było basenem Hellas. Oczywiste ślady zamieszkania nosił Olympus Mons – na stokach wulkanu morawce wypatrzyły windę lub schody ruchome do przewozu ludzi, nad szczytową kalderą unosiły się zaś liczne pojazdy latające. Dalsze białe budowle i tarasowate ogrody rozciągały się na stokach wulkanów w rejonie Tharsis: Ascraeus Mons, Pavonis Mons i Arsia Mons, nigdzie jednak nie było widać śladów rozległej cywilizacji planetarnej. Koros III oznajmił na wspólnym kanale, że według jego szacunków na stokach czterech wulkanów mieszkają najwyżej trzy tysiące człekokształtnych istot o jasnej skórze. W namiotach na brzegu żyje zaś około dwudziestu tysięcy zielonoskórych robotników. Mars był w większości pusty. Terraformowany, ale pusty. – Trudno zatem powiedzieć, żeby stanowił zagrożenie dla wszystkich rozumnych istot w Układzie Słonecznym, prawda? – zauważył Orphu z Io. – Spójrz na jego widmo kwantowe – odpowiedział mu Ri Po. – Mój Boże... – mruknął Mahnmut, siedzący w pustej kabinie „Mrocznej Damy”. Ślady aktywności kwantowej płonęły oślepiającą czerwienią. Linie przepływu zbiegały się przy największym wulkanie, Olympus Mons. – Czy te kilkanaście pojazdów latających może powodować takie zaburzenia kwantowe? – powątpiewał Orphu. – Nie zostawiają śladów w widmie elektromagnetycznym, a z całą pewnością nie mają napędu chemicznego. – Nie – odparł Koros III. – Te pojazdy poruszają się wprawdzie w obrębie pola fazowego, ale to nie one je generują. W każdym razie nie tylko one. Musi być inne źródło. Mahnmut przez dobrą minutę przyglądał się nałożonej na obraz z teleskopu mapie widma kwantowego, zanim podsunął rozwiązanie, które rozważał od paru dni: – Może skontaktować się z nimi przez radio? Albo w inny sposób? Moglibyśmy wyjść z ukrycia i wylądować na szczycie Olympus Mons, pokazać się jako przyjaciele, nie szpiedzy. – Zastanawialiśmy się nad tym – przyznał Koros III. – Jednak wskutek znacznego nasilenia aktywności kwantowej uważamy, że przed podjęciem dalszych działań należy koniecznie zebrać więcej informacji. Zebrać więcej informacji, a przy okazji podlecieć z tą bronią masowej zagłady jak najbliżej, pomyślał z goryczą Mahnmut. Nigdy nie pociągała go kariera żołnierza. Morawców nie produkowano z myślą o zastosowaniach wojskowych, a myśl, że miałby zabijać inne istoty świadome, kłóciła się z programami starymi jak cały morawiecki gatunek. Mimo wszystko zaczął przygotowywać „Mroczną Damę” do lądowania. Przełączył batyskaf na autonomiczne zasilanie i odciął wszystkie układy podtrzymywania życia łączące go ze statkiem – zostawił tylko łącza, które miały zostać odczepione, gdy „Mroczna Dama” wynurzy się z ładowni. Batyskaf został okryty powłoką maskującą i wyposażony w umieszczone na dziobie i rufie silniki manewrowe; podczas lądowania miał nimi kierować Koros III, później zostałyby odrzucone. Ostatnim dodatkiem były podobne do bąbli na skórze batyskafu spadochrony, które spowolnią tempo spadania w marsjańskiej atmosferze. Koros III miał nadzorować ich rozwinięcie i późniejsze odłączenie. Dopiero w oceanie Mahnmut odzyska władzę nad batyskafem. – Schodzę do batyskafu – zapowiedział z mostku Koros III. – Zezwalam na wejście na pokład – odpowiedział Mahnmut, chociaż Koros nie prosił o pozwolenie; nie pochodził z Europy i nie znał protokołu. Zaświeciła się lampka ostrzegawcza: wrota ładowni otwierały się, aby Koros mógł dostać się do batyskafu. Mahnmut przełączył się na inną kamerę. Na ekranie pojawił się Orphu, który od razu zauważył, że ktoś go obserwuje. – Do zobaczenia za jakiś czas, przyjacielu – powiedział. – Jeszcze się spotkamy. – Mam taką nadzieję. Mahnmut otworzył dolną śluzę batyskafu i przygotował się do odcięcia ostatnich łączy. – Zaczekajcie – odezwał się Ri Po. – Właśnie wychodzimy zza krawędzi tarczy planety. Koros III cofnął się od włazu i wrócił na swoje miejsce przy konsoli. Mahnmut zdjął palec z detonatora ładunku, który miał odstrzelić przewody. Zza brzegu marsjańskiej tarczy coś się wynurzało – na razie obiekt był widoczny jedynie jako plamka na radarze. Teleskop dopiero próbował go namierzyć. – Musiał wylecieć z Olympus Mons, kiedy straciliśmy go z oczu – zauważył Orphu. – Spróbuję go wywołać – powiedział Ri Po. Mahnmut śledził transmisję na wszystkich częstotliwościach. Punkcik na radarze nie odpowiadał. – Wy też to widzicie? – spytał Koros III. Mahnmut widział. Obiekt miał niespełna dwa metry długości. Był to odkryty rydwan, pozbawiony koni, ale za to otoczony świetlistym polem siłowym. W pojeździe znajdowały się dwie humanoidalne istoty – mężczyzna i kobieta. Kobieta najwyraźniej nim kierowała, mężczyzna zaś, wyższy od niej, stał ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń, zupełnie jakby widział statek morawców, okryty powłoką maskującą i odległy o osiem tysięcy kilometrów. Kobieta była wysoką blondynką o iście królewskiej posturze. Mężczyzna miał krótkie, szpakowate włosy i brodę. Orphu parsknął śmiechem. – Wygląda jak Bóg z książkowych ilustracji – zadudnił. – Ale tej jego dziewczyny nie znam. Mężczyzna, jak gdyby w odpowiedzi na kpiny morawca, podniósł rękę. Ekran rozbłysnął oślepiająco i zgasł. Gwałtowne szarpnięcie wcisnęło Mahnmuta w pasy fotela przeciążeniowego. Statek zadygotał dwukrotnie i wpadł w chaotyczny korkociąg. Siła odśrodkowa miotała Mahnmutem na wszystkie strony. – Jesteście tam? – zawołał na wszystkich kanałach. – Słyszycie mnie?! Przez parę sekund słyszał tylko szum. Dopiero po chwili rozległ się trzask zakłóceń i zgłosił się Orphu: – Słyszę cię, przyjacielu. – Nic ci się nie stało? Co się dzieje ze statkiem? Strzeliliśmy do nich? – Jestem uszkodzony i nic nie widzę – odpowiedział Orphu wśród szumów i trzasków. – Ale widziałem, co się stało, zanim błysk mnie oślepił. Nie strzelaliśmy. A co do statku... Została połowa... – Połowa? – powtórzył bezmyślnie Mahnmut. – Jak to... – To musiała być lanca laserowa. Mostek zniknął razem z Korosem i Ri Po. Po prostu wyparował. Straciliśmy cały dziób. Górna część kadłuba jest nadtopiona. Statek koziołkuje z częstotliwością około dwóch obrotów na sekundę i właśnie zaczyna się rozpadać. Mam pęknięty korpus, straciłem silniki manewrowe i większość manipulatorów. Tracę zasilanie. Odłącz batyskaf. Pospiesz się! – Nie umiem! – wrzasnął Mahnmut. – To Koros miał kierować tą operacją! Nie wiem jak... Statkiem znowu szarpnęło i łączność została przerwana. Słysząc narastający syk, Mahnmut zdał sobie sprawę, że kadłub statku gotuje się wokół niego. Przełączył się na kamery batyskafu: ze wszystkich stron otaczała go rozżarzona plazma. „Mroczna Dama” zaczęła się miotać na wszystkie strony, chociaż trudno było Mahnmutowi stwierdzić, czy podąża za ruchami statku, czy koziołkuje już na własną rękę. Włączył kolejne kamery, silniki manewrowe i system kontroli zniszczeń. Połowa układów została uszkodzona albo reagowała z opóźnieniem. – Orphu? – Nikt nie odpowiedział. Mahnmut włączył masery bezkierunkowe, zaczął też przeczesywać przestrzeń skoncentrowaną wiązką radiową. – Orphu? Brak odpowiedzi. Wstrząsy stawały się coraz gwałtowniejsze. Ładownia, w której spoczywał batyskaf – hermetycznie zamknięta w oczekiwaniu na przybycie Korosa – nagle się rozszczelniła. „Mroczną Damą” szarpnęło. – Idę po ciebie, Orphu – zawołał Mahnmut. Otworzył śluzę i wypiął się z pasów. Gdzieś za jego plecami – na statku albo w samej „Mrocznej Damie” – rozległ się wybuch. Podmuch eksplozji cisnął morawcem o panel sterowniczy i zepchnął go w ciemność. 13. Sucha Dolina Rano, po pysznym śniadaniu, przyrządzonym przez służki matki Daemana w jej mieszkaniu nad kraterem, Ada, Harman, Hannah i Daeman przefaksowali się na miejsce ostatniego Palenia Człowieka. Faksowęzeł był – co zrozumiałe – jasno oświetlony, ale poza obrębem okrągłego pawilonu panowała noc i hulał wiatr, którego zawodzenie dało się słyszeć nawet przez półprzepuszczalne pole siłowe Harman spojrzał na Daemana. – Wpisałem kod, jaki mam na mapie: dwa, jeden, osiem, sześć. Miejsce się zgadza? – Przecież to zwykły faksowęzeł – jęknął Daeman. – One wszystkie wyglądają podobnie. W dodatku na dworze jest ciemno, a w środku jesteśmy tylko my. Jak mam rozpoznać miejsce, w którym byłem osiemnaście miesięcy temu za dnia, otoczony tłumem ludzi? – Kod wydaje mi się znajomy – wtrąciła Hannah. – Podróżowałam razem z innymi, ale pamiętam, że kod węzła był wysoki. Nigdy przedtem nie faksowałam się do węzła z tak wysokim numerem. – A ile lat wtedy miałaś? Siedemnaście? – zapytał z przekąsem Daeman. – Trochę więcej – odparła spokojnie dziewczyna. W przeciwieństwie do bladego, sflaczałego Daemana była opalona i muskularna. Daeman, jakby nagle dotarła do niego ta różnica, cofnął się o krok – chociaż nie słyszał, żeby ludzie bili się poza spektaklem turyńskim. Ada udała, że nie słyszy tej rozmowy. Podeszła na skraj pawilonu i przytknęła palce do pola siłowego, które zafalowało pod jej dotykiem, ale nie ustąpiło. – Pole jest nieprzenikliwe – stwierdziła. – Nie wyjdziemy stąd. – Nie gadaj bzdur. – Harman dołączył do niej i razem zaczęli napierać na niewidzialną ścianę, pchać ją i szturchać. Bariera, choć elastyczna, wcale nie zamierzała ustąpić. Nie była więc wcale półprzepuszczalna, w każdym razie nie dla ludzi. – Nigdy o czymś takim nie słyszałam – zdziwiła się Hannah, uderzając barkiem w zaporę. – Jaki sens ma zamykanie platformy faksu polem siłowym? – Jesteśmy w pułapce! – Daeman przewrócił oczami. – Jak szczury! – Kretyn – mruknęła Hannah. Tego dnia wyjątkowo nie mogli się z Daemanem dogadać. – Zawsze możesz się wyfaksować z powrotem. Portal masz za plecami. Przecież działa. Jakby dla potwierdzenia jej słów dwa kuliste służki uniwersalne wynurzyły się z rozedrganego portalu i podleciały do ludzi. – Pole nie pozwala nam opuścić węzła – poskarżyła się im Ada. – Wiemy o tym, Ada Uhr – odparł jeden z automatów. – Przepraszamy, że nie przybyliśmy z pomocą wcześniej. Ten węzeł jest... rzadko używany. – No i co z tego? – Harman skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał spode łba na służka. Druga z maszyn podfrunęła do umieszczonego w białej kolumnie schowka. – Od kiedy to faksowęzły odcina się od świata zewnętrznego? – Jeszcze raz przepraszam, Harman Uhr – odparła maszyna tym prawie męskim głosem, jakiego używały wszystkie uniwersalne służki. – O tej porze roku klimat w tej okolicy jest niezwykle surowy. Gdyby wyszli państwo na zewnątrz bez termoskór, mieliby państwo niewielkie szansę przeżycia. Drugi służek wyjął ze schowka cztery cieńsze od papieru skafandry molekularne i rozdał je ludziom. Daeman wziął termoskórę do ręki i spojrzał na nią podejrzliwie. – Ta ma być żart? – Nie – uspokoił go Harman. – Już coś takiego nosiłem. – Ja też – zawtórowała mu Hannah. Daeman rozwinął termoskórę. Miał wrażenie, że trzyma w palcach obłok dymu. – Nie dam rady włożyć tego na ubranie. – Nie musisz. Skafander powinien przylegać do skóry. Kaptur nie utrudnia widzenia ani słyszenia. – A możemy założyć ubranie na wierzch? – spytała Ada z odcieniem niepokoju w głosie. Po nocnym akcie ekshibicjonizmu, z którego nic nie wynikło, nie miała ochoty na dalsze przygody. W każdym razie nie na golasa. – Poza obuwiem lepiej byłoby nie wkładać odzieży wierzchniej, Ada Uhr – odparł pierwszy służek. – Termoskóra działa najlepiej, kiedy nic nie utrudnia osmozy. Okrycie wierzchnie zmniejszyłoby jej skuteczność. – To chyba jednak jest żart – stwierdził Daeman. – Moglibyśmy wrócić do domu i włożyć zimowe ubrania – zasugerował Harman. – Chociaż przypuszczam, że nie na wiele by się zdały w tutejszych warunkach. – Zerknął na migotliwą barierę energetyczną. Skowyt wiatru brzmiał przerażająco. – Rzeczywiście – przytaknął drugi służek. – Standardowe kurtki, płaszcze i czapki nie sprawdziłyby się w Suchej Dolinie. Jeżeli sobie państwo życzą, możemy w ciągu pół godziny sprokurować dyskretniejsze stroje zimowe. – Do diabła z nimi! – burknęła Ada. – Chcę zobaczyć, co jest na zewnątrz. Wyszła na środek pawilonu, obok portalu, i zaczęła się rozbierać. Hannah poszła w jej ślady: ściągnęła kurtkę i jedwabne, bufiaste spodnie. Daeman przez chwilę gapił się bezczelnie – do czasu, aż Harman wziął go pod łokieć, zaprowadził na drugą stronę pawilonu i też zaczął zdejmować ubranie. Daeman nie rezygnował: nawet rozbierając się, zerkał przez ramię na kobiety. Skóra Ady w świetle umieszczonych pod sufitem lamp przybrała ciepły odcień. Hannah była szczupła, silna i opalona. Naciągając termoskórę na uda, podniosła na chwilę głowę i napotkała spojrzenie Daemana, który natychmiast spuścił wzrok. Kiedy znów zebrali się na środku pawilonu, odziani tylko w buty i termoskóry, Ada parsknęła śmiechem. – Lepiej wszystko widać, niż gdybyśmy byli całkiem nadzy. Daeman niepewnie przestępował z nogi na nogę, zakłopotany prawdziwością jej słów. Harman tylko się uśmiechnął. Termoskóry bardziej przypominały warstwę farby niż ubranie. – Dlaczego mamy różne kolory? – zainteresował się Daeman. Ada była żółta, Hannah pomarańczowa, Harman jaskrawoniebieski, a on sam zielony. – Łatwiej będzie się państwu rozpoznawać – odpowiedział służek, jakby pytanie było skierowane właśnie do niego. Ada znów się roześmiała. Jej swobodny, beztroski śmiech wywołał podejrzliwe spojrzenia mężczyzn. – Przepraszam... Miałam na myśli... Przecież nawet z daleka widać, kto jest kto. Harman przytknął niebieską dłoń do bariery energetycznej. – Teraz już możemy wyjść? Służki nie zareagowały, ale pole siłowe zadrżało i ręka Harmana przeszła przez nie na wylot. Kiedy zrobił krok do przodu, wyglądało to tak, jakby zanurzał się w srebrzystym wodospadzie. Służki wyleciały za nimi z pawilonu. Na zewnątrz panowała wietrzna noc. – Nie potrzebujemy eskorty – zauważył Harman. Daeman zauważył, że wiatr zagłusza jego słowa, a mimo to doskonale je słychać w kapturze termoskóry. Skafandry musiały mieć wbudowany jakiś system łączności. – Proszę o wybaczenie, Harman Uhr, ale myli się pan. Tu jest ciemno. Promienie padające z reflektorów wbudowanych w korpusy maszyn oświetlały okoliczny nierówny teren. Harman pokręcił głową. – Używałem już termoskór w wysokich górach i na dalekiej północy. W obiektywach kapturów są wbudowane wzmacniacze świetlne. – Sięgnął do skroni, jakby czegoś tam szukał. – O, już. Widzę doskonale. Gwiazdy są cudowne. – O rety... – szepnęła Ada, kiedy uruchomiła noktowizję. Teraz Sucha Dolina ukazała się jej oczom w całej okazałości; każda skała i każdy głaz wyraźnie odcinały się od tła. Kiedy podniosła głowę, widok gwiazd zaparł jej dech w piersi. Spojrzała w bok: jasno oświetlony pawilon faksu buchał światłem jak rozpalony piec. Termoskóry jarzyły się kolorowym blaskiem. – Jakie to... cudowne – stwierdziła Hannah. Skacząc po kamieniach, oddaliła się od reszty. Znajdowali się na dnie szerokiej, skalistej doliny o łagodnych zboczach. Wyżej ciągnęły się błękitnobiałe śniegi. Chmury jak fosforyzujące owce chwilami przesłaniały gwiazdy. Wiatr wył potępieńczo i siekł ich chronione membranami ciała. – Zimno mi – powiedział Daeman, drepcząc w miejscu. Na nogach miał cienkie pantofle. – Możecie wrócić do pawilonu – oznajmił służkom Harman. – Damy sobie radę bez was. – Bez urazy, Harman Uhr, ale mamy wbudowany program ochrony istot ludzkich. Nie możemy państwa zostawić samych w Suchej Dolinie. Moglibyście zabłądzić albo zrobić sobie krzywdę. Jeśli jednak takie jest państwa życzenie, możemy utrzymywać stały dystans stu metrów. – Takie jest nasze życzenie. I wyłączcie te cholerne lampki! Oślepiacie nas, kiedy mamy włączoną noktowizję. Służki wykonały polecenie i cofnęły się w okolice pawilonu. Hannah ruszyła przodem, pozostali szli za nią. W dolinie nie rosły drzewa ani trawa, nie było w ogóle śladów życia – jeśli nie liczyć czterech kolorowych sylwetek ludzkich. – Czego szukamy? – spytała Hannah. Przeszła na drugą stronę rowu, który w lecie mógł być łożyskiem strumienia. O ile lato w ogóle gościło w tej dolinie. – Czy znajdujemy się w miejscu ostatniego Palenia Człowieka? – zapytał Harman. Daeman i Hannah jak na komendę rozejrzeli się dookoła. – Być może – przytaknął z wahaniem Daeman. – Tylko że wtedy wszędzie stały namioty, pawilony, kopuły mieszkalne, dolina była nakryta polem siłowym. Poza tym te grzejniki, Palenie Człowieka, wieczny dzień... Wszystko wyglądało inaczej. I nie było tak zimno. – Cały czas ostrożnie przestępował z nogi na nogę. – Hannah? – odezwał się Harman. – Nie jestem pewna. Dolina na pewno była skalista i odludna, ale... Daeman ma rację. W świetle dnia i z tłumem ludzi wyglądała inaczej. Sama nie wiem. – Proponuję się rozdzielić. – Ada przejęła inicjatywę. – Poszukajmy śladów Palenia Człowieka: resztek po ogniskach, kopczyków kamieni, czegokolwiek... Wątpię, żebyśmy dziś znaleźli tu tę twoją wędrującą Żydówkę, Harmanie. – Ćśśś... – Harman obejrzał się na trzymające się z daleka służki, ale zaraz zdał sobie sprawę, że przecież i tak rozmawiają na niekodowanym paśmie. – No dobrze – westchnął. – Rozdzielmy się, rozstawmy w tyralierę co pięćdziesiąt, sześćdziesiąt metrów. Szukamy czegoś, co... Urwał w pół zdania. Z bocznego wąwozu wynurzyła się olbrzymia, na wpół humanoidalna sylwetka, która znajomym, niezgrabnym krokiem zaczęła przemierzać usłany kamieniami teren. Kiedy od ludzi dzieliło ją dziesięć metrów, Harman znów się odezwał: – Wracaj. Nie potrzebujemy wojniksów. Odpowiedział mu jeden ze służków: – Będziemy nalegać, panie i panowie. – Głos rozbrzmiał wyraźnie w uszach ludzi, chociaż kulisty automat unosił się w powietrzu daleko za ich plecami. – To najbardziej odludny i niebezpieczny ze znanych faksowęzłów. Nie możemy dopuścić do tego, by komuś stała się krzywda, nawet jeśli prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest niewielkie. – Są tu dinozaury? – zapytał spięty Daeman. Ada roześmiała się głośno i szeroko rozłożyła ręce. – Wątpię. Musiałby się tu uchować jakiś rekombinowany zimowy gatunek, o którym w życiu nie słyszałam. – Wszystko jest możliwe. – Hannah wskazała ogromny głaz, leżący pięćdziesiąt metrów dalej, u wylotu następnego bocznego wąwozu. – To by przecież mógł być alozaur, który tylko czeka, aż podejdziemy bliżej. Daeman cofnął się, potknął o kamień i omal nie przewrócił. – Tu nie ma dinozaurów – stwierdził Harman. – Na takim mrozie nic by nie wyżyło. Kto mi nie wierzy, niech zdejmie na chwilę kaptur. Ledwie Ada, Hannah i Daeman zsunęli kaptury, w słuchawkach rozległy się ich rozpaczliwe krzyki. – Trzymaj się z tyłu, dopóki cię nie wezwiemy – rozkazał wojniksowi Harman. Wojniks posłusznie cofnął się o dziesięć metrów. Ruszyli w górę doliny – czyli na północny zachód, jak podpowiadały wyświetlone na dłoniach kierunkowskazy. Nawet gwiazdy zdawały się drżeć, targane huraganowym wiatrem. Niejednokrotnie musieli kryć się w cieniu olbrzymich głazów, żeby przeczekać uderzenie wichury. Kiedy podmuchy słabły, rozdzielali się i szli dalej. – Coś znalazłam – oznajmiła nagle Ada. Pozostała trójka podbiegła do niej. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to zwykły kamień, ale z bliska Daeman zaczął rozróżniać delikatną sierść, dziwne wypustki i czarne otwory, przypominające oczodoły. Stworzenie wyglądało jak sfatygowana, drewniana rzeźba. – To foka – stwierdził Harman. Hannah uklękła i dotknęła nieruchomego ciała. – A co to jest foka? – Rodzaj wodnego ssaka. Widywałem foki na wybrzeżu, z dala od faksowęzłów. – Ukucnął i również dotknął martwego zwierzęcia. – Zasuszyła się... Została, jak to się mówi, zmumifikowana. Może tu leżeć od setek lat. Albo od tysięcy. – To znaczy, że jesteśmy blisko wybrzeża – skonkludowała Ada. Harman wstał i rozejrzał się. – Niekoniecznie. – Ej! – zawołał nagle Daeman. – Pamiętam ten głaz! Obok niego w namiocie była piwiarnia! – Ruszył w stronę głazu spoczywającego u stóp ściany wąwozu. – Jesteś pewien? – spytała Ada, kiedy go dogoniła. Potężny skalny blok sterczał pionowo, wznosząc się ku świecącym lodowato gwiazdom i pędzącym po niebie chmurom. Wszyscy zaczęli szukać śladów namiotów, ognisk, kolein wyrytych kołami kabrioletów – ale na próżno. – Minęło półtora roku – przypomniał Harman. – Służki wszystko posprzątały... – O Boże...jęknęła Hannah. Wszyscy odwrócili się w jej stronę. Dziewczyna w pomarańczowym kombinezonie patrzyła w niebo. Odruchowo podnieśli wzrok, kątem oka dostrzegając pląsające po okolicznych kamieniach plamy barwnego światła. Niebo ożyło kurtynami migoczących, roztańczonych świateł, słupów błękitu, żółci i czerwieni. – Co to jest? – wyszeptała Ada. – Nie wiem – odparł równie cicho Harman. Światła płynęły po niebie wężowym ruchem. Zdjął kaptur termoskóry. – Mój Boże, nawet bez noktowizji wygląda niesamowicie. Chyba widziałem już coś takiego, dawno temu, kiedy... – Służki! Co to za światła? – zapytał Daeman. – Zjawisko atmosferyczne, będące efektem oddziaływania pochodzących ze Słońca naładowanych cząstek z ziemskim polem elektromagnetycznym – odpowiedziała maszyna. – Nie zachowały się szczegółowe naukowe wyjaśnienia tej osobliwości, ale nadawano jej różne nazwy, między innymi... – Dobrze, dobrze... – przerwał służkowi Harman i naciągnął kaptur. – Wystarczy. Patrzcie! Na skalnym bloku widać było dziwne rysy. Raczej nie mogły powstać w naturalny sposób. – A to co znowu? – zdziwiła się Ada. – Nie wygląda jak te symbole z książek. – Nie – zgodził się z nią Harman. – Pozostałość po Paleniu Człowieka? – zasugerowała Hannah. – Nie przypominam sobie, żebym je tu widział – mruknął Daeman. – Może po zakończeniu imprezy służki niechcący zarysowały jego powierzchnię, na przykład przy transporcie sprzętu? – To możliwe – przyznał Harman. – Szukamy dalej? – spytała Ada. – Może znajdziemy ślady pobytu tej waszej kobiety. Albo chociaż ślady Palenia Człowieka, jakiś popiół czy coś. – Przy takim wietrze? – prychnął Daeman. – I to po półtora roku? – Palenisko w zagłębieniu terenu. Moglibyśmy... – Nie – przerwał Adzie Harman. – Nic tu nie znajdziemy. Faksujmy się lepiej gdzieś, gdzie jest ciepło, i chodźmy na lunch. Ada spojrzała na niego podejrzliwie, ale nic nie powiedziała. Służki podfrunęły bliżej, wojniks również się przysunął. – Wracamy – wyjaśnił Harman bliższej z maszyn. – Możecie nam oświetlić drogę do pawilonu. W Ułanbacie było wczesne popołudnie. Na siedemdziesiątej dziewiątej kondygnacji Niebiańskich Kręgów, gdzie wciąż trwało przyjęcie z okazji drugiej dwudziestki Tobiego, tłoczyło się jak zwykle – około setki gości. Wiszące ogrody szeleściły i szemrały w podmuchach zefirku wiejącego znad czerwonawej pustyni. Liczni młodzi ludzie, którzy zauważyli kilkudniową nieobecność Daemana, witali się z nim wylewnie, ale on szedł za Harmanem, Hannah i Adą, aż znaleźli na długim stole bankietowym gorące przekąski i schłodzone wino. Potem Harman wyciągnął ich z tłumu i zaprowadził do kamiennego stołu pod niskim murkiem, okalającym cały teren. Dwieście pięćdziesiąt metrów niżej karawany wielbłądów – kierowane przez służki i eskortowane przez wojniksy – przemierzały Trakt Gobijski. – O co chodzi? – zapytała Ada, kiedy usiedli w cieniu i zaczęli jeść. – Wiem, że coś się stało. Harman już chciał odpowiedzieć, ale powstrzymał się i poczekał, aż minie ich przelatujący obok służek. – Zastanawiacie się czasem, czy służek, który was obsługuje, nie jest tym samym, którego przed chwilą widzieliście w zupełnie innym miejscu? Są takie podobne... – Bzdura – stwierdził Daeman, który między jednym i drugim kęsem mięsa z kurzej nóżki oblizywał palce i popijał wino. – Być może. – Co cię tam tak poruszyło? – dopytywała się Hannah. – Te rysy na kamieniu? – To były liczby. Daeman się roześmiał. – Wcale nie. Wiem, jak wyglądają liczby. Wszyscy wiemy. To nie były liczby. – Były. Zapisane słowami. – Nie przypominały tych zawijasów z książek – zauważyła Ada. No wiesz, słów. – Nie, nie przypominały, bo to pismo odręczne. Litery były baloniaste, połączone i trochę zatarte przez wiatr, ale udało mi się je odczytać. Pewnie wyryto te słowa przy okazji Palenia. – Słowa! – parsknął Daeman. – Przecież dopiero co mówiłeś, że to liczby. – Co tam było napisane? – zniecierpliwiła się Hannah. Harman rozejrzał się ostrożnie. – Osiem, osiem, cztery, dziewięć – wyszeptał. Ada pokręciła głową. – To brzmi jak kod faksowęzła, ale jest za wysoki. Nie słyszałam o węźle, którego kod zaczynałby się od dwóch ósemek. – Bo takich nie ma – zgodził się z nią Daeman. – Może i nie. – Harman wzruszył ramionami. – Ale kiedy zjemy, zamierzam przejść się do tutejszego węzła i sprawdzić. Ada zapatrzyła się w przestrzeń. Na niebie było widać pierścienie, dwie mlecznobiałe pręgi, przecinające błękitny firmament. – Czy to dlatego postanowiłeś zatrzymać termoskóry, zamiast je wyrzucić, jak kazały nam służki? – Nie wiedziałem, że zauważyłaś. – Harman uśmiechnął się i napił wina. – Starałem się zachować dyskrecję, ale pewnie kiepski ze mnie konspirator. Dobrze przynajmniej, że służki już sobie poszły. Jakby na dany sygnał, jedna z usługujących przy stole maszyn zaczęła dolewać im wina. Unosiła się za murkiem, dwieście pięćdziesiąt metrów nad żółtoczerwonym piaskiem, a jej delikatne dłonie w białych rękawiczkach uzupełniały zapas trunku w kieliszkach. Gdyby Harman nie uparł się, żeby przed faksowaniem przebrali się w termoskóry i ukryli je pod zwykłym ubraniem, mogliby zginąć. – Na Boga! – wykrzyknął Daeman. – Co to za miejsce? Co się dzieje?! Nie było pawilonu. Kod 8849 zaprowadził ich prosto w ciemność i chaos. Wiatr zawodził przeraźliwie, pod stopami mieli lód i przy każdym kroku w skowyczącej ciemności wpadali na jakieś ostre, kanciaste obiekty. Portal faksowy zniknął. – Ada! – zawołał Harman. – Światło! Nawet gdyby zdążyli założyć kaptury, w tej przestrzeni nie było światła, które noktowizory mogłyby wzmocnić. – Właśnie... próbuję... włączyć... Jest! Promień światła z pożyczonej od Tobiego latarki przeciął mrok i padł na otwarte drzwi. Futryna była oblodzona, obwieszona metrowej długości soplami i wrośnięta w płożące się po ziemi lodowe fale. Ada skierowała latarkę w bok, na trzy zastygłe w zdumieniu twarze przyjaciół. – Nie ma pawilonu – stwierdził Harman. – W każdym faksowęźle jest pawilon – zaprotestował Daeman. – Portale bez pawilonów nie istnieją. Mam rację? – Kiedyś było inaczej. Istniały tysiące prywatnych węzłów. – O czym on mówi? Wynośmy się stąd! Ada poświeciła w mrok. Znajdowali się w małym pomieszczeniu, w którym lód skuł ściany, lady i regały. Nigdzie nie było widać portalu ani platformy faksowej, zwykle znajdującej się na środku pawilonu – to zaś oznaczało, że droga powrotu jest dla nich zamknięta. Miliony lodowych igiełek tańczyły w snopie światła. Na zewnątrz szalała zamieć. – Mówiłeś to już wcześniej, Daemanie, ale dopiero teraz faktycznie masz rację – zauważył Harman. – O czym? Nie przypominam sobie... – Powiedziałeś, że wpadliśmy w pułapkę. Jak szczury. Daeman rozdziawił usta. Snop światła przesuwał się po zalodzonych ścianach. Wiatr zawodził wściekle. – Gwiżdże jak w Suchej Dolinie – mruknęła Hannah. – Ale tam nie było żadnych zabudowań. A może się mylę? – Raczej nie. Mimo to przypuszczam, że w dalszym ciągu jesteśmy na Antarktydzie. – Gdzie? – Daeman zaszczekał zębami. – Co to jest anta... Antarktyda? – Lodowaty kontynent, który odwiedziliśmy dziś rano – przypomniała mu Ada i wyszła za drzwi, na chwilę zostawiając pozostałą trójkę w ciemnościach. – Tu jest korytarz. Chodźcie, tylko patrzcie pod nogi. Na podłodze jest chyba z pół metra śniegu i lodu. Zmrożony korytarz prowadził do zmrożonej kuchni, ta otwierała się na zmrożoną jadalnię, gdzie wokół poprzewracanych mebli utworzyły się zaspy. Ada poświeciła po oknach, powleczonych potrójną warstwą lodu. – Chyba wiem, gdzie jesteśmy – szepnął Harman. – To nieistotne – ucięła Hannah. – Powiedz lepiej, jak się stąd wydostać? – Zaraz. – Ada opuściła latarkę. Odbite od lodu rozproszone światło padło na twarze. – Chcę usłyszeć, gdzie według Harmana jesteśmy. – Zgodnie z legendą kobieta, której szukam, Żydówka Wieczna Tułaczka, miała domicyl w kraterze Erebusa, wulkanu na Antarktydzie. – W Suchej Dolinie? – upewnił się Daeman, oglądając się przez ramię. – Boże, jak tu zimno! Hannah prześliznęła się po lodzie z taką szybkością, że odruchowo cofnął się i omal nie stracił równowagi. – Załóż kaptur, głuptasie. Wszyscy załóżcie. Odmrozimy się bez kapturów. Poza tym przez głowę traci się mnóstwo ciepła. Wyciągnęła zaplątany w koszulę kaptur termoskóry Daemana i nasunęła mu go na głowę. Pozostali wzięli z niej przykład. – Od razu mi lepiej – przyznał Harman. – Nareszcie coś widzę. I słyszę. Słuchawki tłumią odgłosy wichury. – Powiedziałeś, że ta kobieta mieszkała w wulkanie nieopodal Suchej Doliny, tak? Na tyle blisko, żebyśmy mogli piechotą dojść do tamtego faksowęzła? – Nie wiem! – Harman rozłożył bezradnie ręce. – Pomyślałem, że to by wyjaśniało, skąd się wzięła na Paleniu Człowieka. Mogłaby po prostu przyjść pieszo. Ale nie znam geografii Antarktydy. Od Suchej Doliny może nas dzielić równie dobrze kilometr, jak i tysiąc kilometrów. Daeman spojrzał na ciemne, zalodzone okna. Pancerne szyby zdawały się uginać pod naporem huraganu. – Ja stąd nie wyjdę – oznajmił oschle. – Za żadne skarby. – Wyjątkowo muszę się z tobą zgodzić – poparła go Hannah. – Nic z tego nie rozumiem – poskarżyła się Ada. – Powiedziałeś, że ta kobieta mieszkała tu dawno temu, przed wiekami. Jak to możliwe, żeby... – Nie wiem. Harman wziął od Ady latarkę i zapuścił się w następny korytarz. Wszędzie zalegały zwały śniegu, a po chwili drogę zagrodziły mu białe pręty, podobne do krat więziennej celi. Wrócił do ośnieżonej jadalni, wziął najcięższy mebel, jaki udało mu się wyrwać z lodu (był to masywny stół, który postradał przy tej okazji nogi) i zaczął nim wyłamywać grube sople, wyrąbując sobie ścieżkę w zasypanym śniegiem korytarzu. – Co robisz? – zawołał Daeman. – Po co chcesz tam iść? Od miliona lat nie było tu żywej duszy. Pozamarzamy tylko... Harman kopniakiem wyłamał drzwi w końcu korytarza. Z drugiej strony buchnęło światło. I fala ciepła. Troje jego towarzyszy dołączyło do niego tak szybko, jak tylko pozwalało na to zdradzieckie podłoże. Pokój przypominał pomieszczenie, do którego się przefaksowali: nie miał okien i mierzył mniej więcej pięć na pięć metrów, był jednak ogrzewany, oświetlony i wolny od śniegu i lodu. W dodatku większość miejsca zajmowała owalna, metalowa machina, której korpus miał długość ponad czterech metrów. Unosiła się bezszelestnie jakiś metr nad betonową posadzką, otulona od góry migotliwą powłoką pola siłowego. Na jej górnej powierzchni znajdowało się sześć wgłębień wyłożonych czarnym, miękkim materiałem. Rozmiarami odpowiadały wielkości ludzkiego ciała. Na wysokości rąk człowieka, który by się w nich położył, znajdowały się krótkie, pionowe uchwyty. – Chyba ktoś się tu spodziewał dwojga gości więcej – szepnęła Hannah. – Co to właściwie jest? – spytał Daeman. – Wydaje mi się, że sonik. SPL – odparł półgłosem Harman. – Że co? Co to za nazwy? – Nie wiem, ale w zapomnianej erze ludzie umieli czymś takim latać. Harman dotknął pola siłowego, które niczym rtęć rozstąpiło się pod jego palcami, opłynęło mu dłoń, sięgnęło do przegubu. – Uważaj! – krzyknęła Ada. Harman uklęknął, a po chwili położył się na brzuchu w jednym z zagłębień. Tył jego głowy i plecy ledwie wystawały ponad górną powierzchnię maszyny. – W porządku – powiedział. – Tu jest całkiem wygodnie. I ciepło. Ten argument wszystkim przemówił do wyobraźni. Ada pierwsza poszła w ślady Harmana: wyciągnęła się na brzuchu w drugim zagłębieniu i oparła dłonie na uchwytach. – To są stery? – Nie mam pojęcia – przyznał Harman, kiedy Hannah i Daeman również umościli się w swoich leżankach. Dwa zagłębienia w tylnej części pojazdu pozostały puste. – Nie umiesz tym latać? – Tym razem głos Ady zdradzał napięcie. – Nie czytałeś o tym w książkach? Harman pokręcił głową. – No to po co tu wleźliśmy? – Żeby poeksperymentować. Harman odkręcił górną część prawego drążka i nacisnął znaleziony pod spodem czerwony guzik. Ściana przed nimi zniknęła, jakby huragan porwał ją i uniósł w otchłań antarktycznej nocy. Do środka wpadł niesiony lodowatym wiatrem tuman śniegu. Ciepło zostało błyskawicznie wyssane na zewnątrz, wokół nich szalała polarna burza śnieżna. Harman otworzył usta, ale nie zdążył już powiedzieć: „Trzymajcie się mocno!”, bo sonik z niewiarygodną szybkością śmignął na dwór. Pasażerowie i tak kurczowo ścisnęli uchwyty, gdy przyspieszenie wcisnęło im stopy w korpus pojazdu. Bańka pola siłowego chroniła pasażerów, kiedy sonik (czy SPL, czy jak tam powinno się nazywać tę latającą machinę) wystrzelił z bielusieńkiego wulkanu. Od strony morza na stokach góry znajdowały się zrujnowane, skute lodem zabudowania. W noktowizorach widzieli resztki sosnowego lasu, który poddał się władzy żywiołów i zamarzł. Dalej, nad samym brzegiem, majaczyły przysypane śniegiem ciężkie maszyny, a za nimi rozciągało się białe, zamarznięte morze. Sonik wyrównał lot na wysokości trzystu metrów nad powierzchnią morza i zaczął oddalać się od lądu. Harman puścił jeden z uchwytów i wywołał na dłoni funkcję kierunkowskazu. – Północny wschód – powiedział na głos. Nikt się nie odezwał: jego towarzysze zaciskali dłonie na uchwytach i dygotali na całym ciele; nikomu nie chciało się komentować kierunku lotu, który musiał niechybnie zakończyć się ich śmiercią. Harman przemilczał fakt, że jeśli znane mu stare mapy nie kłamały, w tym kierunku na przestrzeni tysięcy mil rozciągało się tylko morze. Po dziesięciu minutach sonik zaczął obniżać lot. Lądolód już się skończył i znaleźli się w strefie lodu pływającego. – Co się dzieje? – zaniepokoiła się Ada, bezskutecznie próbując ukryć drżenie głosu. – Kończy mu się energia? Paliwo... Czy co mu tam jest potrzebne... – Nie wiem. Sonik znów wyrównał lot, tym razem niespełna pięćdziesiąt metrów ponad falami oceanu. – Patrzcie! – krzyknęła Hannah, puściła na chwilę uchwyt i wyciągnęła przed siebie rękę. Ponad fale wynurzył się grzbiet olbrzymiej żywej istoty – wiekowy, obrośnięty pąklami i pomarszczony ze starości. W okularach noktowizorów ciepło emanujące z ogromnego cielska pulsowało czerwienią krwi. Naraz trysnęła fontanna wody wysoko w górę, w kierunku sonika. W powietrzu, które przenikało przez pole siłowe, dało się wyczuć rybią woń. – Co...zaczął Daeman. – To chyba tak zwany... wieloryb – wyjaśnił Harman. – Ale myślałem, że wieloryby wyginęły dawno temu. – Może postludzie sprowadzili je z powrotem – zasugerowała Ada. – Być może. Lecieli cały czas na północny wschód. Kiedy przez następne kilkanaście minut sonik zachowywał się przyzwoicie, pasażerowie zaczęli się rozluźniać, dostosowując się do nowej sytuacji, tak jak ich przodkowie czynili to od niepamiętnych czasów. Harman odwrócił się na bok i zerkał na gwiazdy, wyzierające chwilami zza chmur, gdy z zadumy wyrwał go okrzyk Ady: – Patrzcie! Przed nami! Nad ciemnym horyzontem rysowała się gigantyczna góra lodowa. Sonik leciał prosto na nią. Mijali już podobne bryły lodu, przelatywali nad nimi albo obok, ale nie widzieli jeszcze ani tak szerokiej – ta bowiem niczym niebieskobiały mur ciągnęła się na przestrzeni kilku kilometrów – ani tak wysokiej: lód sięgał znacznie powyżej dziobu sonika. – Co robimy? Harman pokręcił głową. Nie wiedział, z jaką prędkością lecą – żadne z nich nie podróżowało jeszcze pojazdem szybszym niż ciągnięta przez wojniksa bryczka – ale zdawał sobie sprawę, że przy takiej prędkości muszą roztrzaskać się o lód. – Nie masz innych sterowników na uchwytach? – spytała go Hannah. – Nie. – Moglibyśmy wyskoczyć – zasugerował Daeman. Leżał w zagłębieniu znajdującym się na lewo i w tył od Harmana. Sonik zachybotał się lekko, kiedy Daeman dźwignął się na czworaki, muskając głową powierzchnię pola siłowego. – Nie – odparł z całą stanowczością Harman. – W morzu zginąłbyś najdalej po pół minucie, nawet gdyby udało ci się przeżyć sam upadek... A to wątpliwe. Połóż się. Daeman posłuchał. Sonik nie zamierzał zwolnić ani zmienić kursu. Lodowe urwisko, którego długość Harman oceniał na dobre trzy kilometry, zbliżało się błyskawicznie i rosło w oczach. Zanosiło się na to, że uderzą w nie w dwóch trzecich wysokości. – Naprawdę nic nie możemy zrobić? – odezwała się Ada. Brzmiało to raczej jak stwierdzenie faktu niż pytanie. Harman ściągnął kaptur i odwrócił się do niej. W otulonym energetyczną barierą kokpicie ziąb nie dawał się zbytnio we znaki. – Chyba nie. Przykro mi. Wyciągnął do niej rękę. Ada zdjęła kaptur i spojrzała Harmanowi w oczy. Ich palce splotły się na kilka sekund. Kiedy od zderzenia z górą lodową dzieliło ich dosłownie kilkaset metrów, sonik znów zwolnił i wzniósł się wyżej. Przemknął nad krawędzią z trzymetrowym zapasem i skręcił ostro w prawo. Przelecieli ponad lodem kawałek na południe, kiedy pojazd zawisł w powietrzu i powoli wylądował. Zasyczał śnieg, topiący się pod rozgrzanym kadłubem. Jeszcze przez chwilę wszyscy leżeli bez ruchu na swoich miejscach, z dłońmi zaciśniętymi na uchwytach, niechętni do dzielenia się swoimi myślami z resztą towarzystwa. Nagle pole siłowe zniknęło. Lodowaty wiatr zmusił Harmana do pośpiesznego naciągnięcia kaptura. Ada natychmiast poszła w jego ślady. – Chyba powinniśmy wysiąść, zanim ta machina postanowi wywieźć nas gdzieś indziej – zasugerowała Hannah na wspólnym kanale radiowym. Wygramolili się z leżanek i zeszli na lód. Wiatr uderzył w nich ze zdwojoną siłą, zachwiał nimi, zelżał na chwilę – i przypuścił kolejny atak. Drobinki lodu siekły ich po ubraniach. – Co dalej? – spytała Ada. Jakby w odpowiedzi na jej słowa zapalił się migający w podczerwieni szpaler zimnych flar nawigacyjnych, tworzący trzymetrowej szerokości ścieżkę, która prowadziła od sonika... donikąd. Ruszyli nią, podtrzymując się wzajemnie i wspólnie opierając uderzeniom wiatru. Gdyby nie wytyczony szlak, jarzący się oślepiająco w okularach noktowizorów, odruchowo odwróciliby się plecami do wiatru i natychmiast zabłądzili. I pewnie błąkaliby się po lodowcu do chwili, aż gdzieś całkiem niedaleko spadliby z urwiska do morza. Ścieżka kończyła się przy otworze: wykute w lodzie stopnie prowadziły w głąb góry, skąpane w podczerwonej poświacie. – Wchodzimy? – zapytała Hannah. – A mamy inne wyjście? – mruknął Daeman. Schody były śliskie, ale ktoś wbił w prawą ścianę metalowe pręty z pierścieniami i umocował do nich linę, więc mieli się czego trzymać. Harman naliczył czterdzieści stopni, zanim doszedł do litej lodowej ściany, gdzie schody skręcały w prawo. Dalsze pięćdziesiąt stopni w dół prowadziło do zakrętu w lewo, gdzie czekało ich kolejne pięćdziesiąt. Wmontowane w lód podczerwone flary oświetlały im drogę. Wreszcie schody się skończyły i dalej oprócz czerwonych prowadziły ich flary zielone i niebieskie. Na rozwidleniach jedna z dróg zawsze była ciemna, wybierali więc tę drugą, oświetloną. W jednym miejscu korytarz lekko się wznosił, w innym zeszli dalsze kilkadziesiąt metrów w głąb. Zakręty i rozwidlenia tworzyły istny labirynt, w którym szybko stracili orientację. – Ktoś na nas czeka – wyszeptała Hannah. – Mam taką nadzieję – odparła Ada. Wreszcie znaleźli się w przestronnej sali, szerokiej na trzydzieści metrów i wysokiej na dziesięć. W ścianach widniały liczne wyloty innych korytarzy – znajdowały się na różnej wysokości i były połączone lodowymi schodami. Ustawione na postumentach grzejniki jarzyły się pomarańczowo; ściany, sufit i posadzkę nabito przeróżnymi źródłami światła. Na jednej z niższych platform leżało kilka poduszek i coś, co przypominało stertę zwierzęcych skór. Obok stał niski stolik, na nim zaś miski z jedzeniem oraz dzbanki i kieliszki z napojami. Goście zgromadzili się wokół stołu, popatrując niepewnie. – Nie bójcie się – rozległ się za ich plecami kobiecy głos. – Jedzenie nie jest zatrute. Kobieta weszła do sali przez wysoki lodowy portal powyżej platformy i po biegnących zygzakiem schodach zeszła na jej poziom. Harman zdążył zwrócić uwagę na niezwykły kolor jej włosów – były szpakowate, a poza wyjątkowymi ekscentrykami mało kto decydował się na taką właśnie barwę – i twarz, którą, zgodnie z tym, co mówił Daeman, gęsto żłobiły zmarszczki. Kobieta wyglądała staro. Żadne z nich (poza Daemanem, który spotkał ją przy okazji Palenia Człowieka) nie widziało w życiu człowieka, który by się w taki sposób zestarzał. Na jej widok nawet dziewięćdziesięciodziewięcioletniemu Harmanowi ciarki przeszły po plecach. Pomijając jednak podeszły wiek, prezentowała się całkiem atrakcyjnie. Miała na sobie zwyczajną niebieską tunikę, sztruksowe spodnie i ciężkie buty. Jedynym niebanalnym elementem jej stroju była zarzucona na ramiona peleryna z czerwonej wełny, o bardzo wymyślnym kroju. Za nic nie chciała ułożyć się w proste fałdy. Kiedy kobieta energicznym krokiem weszła na platformę, na której zebrali się przybysze, Harman zauważył, że trzyma w ręce jakiś ciemny, metalowy przedmiot. Widząc jego spojrzenie, kobieta podniosła przedmiot, jakby sama pierwszy raz widziała go na oczy. – Wiecie, co to jest? – Nie – odparli ściszonym chórem Daeman, Ada i Hannah. – Tak – powiedział Harman. – Jakaś broń z zapomnianej ery. Pozostała trójka wybałuszyła oczy. Owszem, widywali broń w spektaklu turyńskim – miecze, włócznie, tarcze, łuki i strzały – nigdy jednak nie widzieli czegoś podobnego. Ten tępy, czarny przedmiot przypominał raczej maszynę. – Zgadza się. Nazywa się pistolet i służy tylko jednemu celowi: zabijaniu. Daeman podszedł o krok bliżej. – Chcesz nas zabić? Po to nas tu sprowadziłaś? Kobieta uśmiechnęła się i położyła broń na stole, obok misy z pomarańczami. – Witaj, Daemanie. Miło cię znów widzieć, chociaż wątpię, byś pamiętał nasze ostatnie spotkanie. Byłeś w stanie ciężkiego upojenia alkoholowego. – A jednak cię pamiętam, Savi – odparł spokojnie. – Was również witam serdecznie, Hannah, Ado i Harmanie. Przyznam, że Harman uparcie szedł moim tropem. Usiadła na stosie skór i skinęła ręką. Przybysze pojedynczo, z wahaniem, dołączyli do niej. Wzięła do ręki pomarańczę i zaczęła ją obierać, pomagając sobie ostrym paznokciem. Goście odmówili poczęstunku. – Nie zostaliśmy sobie przedstawieni – zauważył Harman. – Skąd zatem znasz moje imię? A właściwie: nasze imiona? – Zostawiasz za sobą wyraźny trop, Harmanie... Jak to się teraz tytułujecie? A, już wiem: Harman Uhr. – Jaki trop? – Włóczysz się z dala od faksowęzłów i wojniksy muszą cię pilnować. Uczysz się czytać. Wyszukujesz i odwiedzasz nieliczne ocalałe biblioteki, także tę należącą do Ady Uhr. – Savi skinęła głową Adzie, która odpowiedziała podobnym gestem. – Skąd wiesz, że wojniksy mnie śledzą? – Zauważą każde niecodzienne zachowanie. – Savi podzieliła pomarańczę na cząstki, wyłożyła po dwie na kawałkach płótna i podała gościom. Tym razem nikt nie odmówił. – Ja też cię śledzę – dodała pod adresem Harmana. – Dlaczego? – Harman odłożył swoją szmatkę na stół. – Dlaczego mnie szpiegujesz? I w jaki sposób? – To dwa różne pytania, mój młody przyjacielu. Harman nie mógł powstrzymać się od uśmiechu: znajomi od dawna nie nazywali go młodym. – W takim razie odpowiedz na pierwsze: dlaczego mnie szpiegujesz? Savi zjadła drugi kąsek pomarańczy i oblizała palce. Harman zauważył, że Ada z niekłamaną fascynacją przygląda się jej zmarszczkom i starczym plamom na dłoniach. Jeśli jednak sama Savi zwróciła na to uwagę, nie dała nic po sobie poznać. – Harmanie... Pozwolisz, że daruję sobie Uhr? – Nie czekając na odpowiedź, mówiła dalej: – Jesteś obecnie jedyną istotą ludzką na Ziemi, w populacji liczącej ponad trzysta tysięcy osobników, która umie czytać. Albo która chce czytać. Jedyną oprócz mnie, ma się rozumieć. – Ale... – Trzysta tysięcy? – wtrąciła się Hannah. – Jest nas milion. Zawsze był nas milion. Savi z uśmiechem pokręciła głową. – Kto ci powiedział, moja droga, że w tej chwili na Ziemi żyje milion ludzi? – No... nikt, ale... przecież wszyscy wiedzą... – Właśnie: wszyscy wiedzą. A przecież nie ma jak policzyć ludzi. – Ale kiedy ktoś przenosi się do pierścieni... – Wtedy może się urodzić nowe dziecko – dokończyła Savi, widząc zakłopotanie Hannah. – Zgadza się. Tak to się odbywa mniej więcej od tysiąca lat. Co nie zmienia faktu, że ludzi jest znacznie mniej niż milion. – Dlaczego postludzie mieliby nas okłamywać? – zdziwił się Daeman. – Postludzie... – Savi uniosła brew. – Tak, postludzie. Rozmawiał pan z nimi ostatnio, Daeman Uhr? Daeman najwyraźniej uznał, że jest to pytanie retoryczne, ponieważ nie odpowiedział. – Ja rozmawiałam. Zapadła cisza jak makiem zasiał. Wszyscy w milczeniu czekali na ciąg dalszy. Sam pomysł, że ktoś mógłby kontaktować się z postludźmi, dosłownie zapierał dech w piersi. – Dawno temu – dodała Savi głosem tak cichym, że musieli się pochylić nad stołem, żeby ją usłyszeć. – Bardzo dawno temu. Przed ostatnim faksowaniem. Jej szarobłękitne oczy, jeszcze przed chwilą tak przenikliwe, nagle się zamgliły. Harman pokręcił głową. – Znam legendę, wiem, co mówi o tobie... o Żydówce Wiecznej Tułaczce, ostatnim człowieku z zapomnianej ery – ale jej nie rozumiem. Jak to możliwe, że przeżyłaś swoją piątą dwudziestkę? Ada zgromiła go wzrokiem, wstrząśnięta bezczelnością tego pytania, ale Savi wcale nie była wzburzona. – Po pierwsze: ograniczenie czasu życia do stu lat jest stosunkowo nowym wynalazkiem w dziejach ludzkości. Postludzie wpadli na ten pomysł dopiero po tym tragicznym ostatnim faksowaniu, po tym, jak schrzanili dosłownie wszystko, zmarnowali naszą przyszłość i przyszłość całej Ziemi. Wiele stuleci upłynęło od chwili, gdy dziewięć tysięcy stu trzynastu moich rodaków, którzy przeżyli pandemię rubikonu, zostało wyfaksowanych wprost w strumień neutrin, z którego nie wrócili, chociaż postludzie obiecali im, że będzie inaczej. Dopiero po tym... po tym ludobójstwie... ci wasi wspaniali postludzie odtworzyli populację waszych praprzodków i wpadli na pomysł ze stuletnim życiem i teoretyczną liczebnością populacji wynoszącą milion osobników... Savi westchnęła ciężko, było widać, że jest bardzo poruszona. Odetchnęła głęboko i wskazała stojące na stole dzbanki. – Jeśli macie ochotę, częstujcie się. Jest herbata, jest i mocne wino. Ja osobiście napiję się wina. Nalała sobie drżącymi rękami i spojrzała pytająco na gości. Daeman podziękował ruchem głowy, Hannah i Ada nalały sobie herbaty, Harman przystał na kieliszek czerwonego wina. – Zanim zboczyłam w dygresję, Harmanie, zadałeś mi dwa pytania – podjęła Savi, wyraźnie spokojniejsza. – Interesowało cię, dlaczego zwróciłam na ciebie uwagę, oraz jak to możliwe, że tak długo żyję. Odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi następująco: interesuję się wszystkim tym, czym interesują się i niepokoją wojniksy. Twoje zachowanie w ostatnich latach zwróciło ich uwagę... – Ale dlaczego moje życie miałoby je obchodzić... Savi gestem uciszyła Harmana. – Co do twojego drugiego pytania: żyję tak długo, ponieważ większość czasu przesypiam, a kiedy nie śpię, ukrywam się. Kiedy się przemieszczam, korzystam z sonika, takiego jak ten, którym mieliście się okazję dziś przelecieć, albo wędruję pieszo od jednego faksowęzła do drugiego. – Nie rozumiem – odezwała się Ada. – Jakim cudem udaje ci się na piechotę przejść taki kawał drogi? Savi wstała od stołu. Goście również. – Zdaję sobie sprawę, młodzi przyjaciele, że macie za sobą ciężki dzień, ale jeżeli zdecydujecie się pójść za mną, czeka was jeszcze wiele niespodzianek. Jeśli wolicie zawrócić, sonik zawiezie was do najbliższego pawilonu faksowego... To chyba będzie gdzieś w dawnej Afryce. Wybór należy do was. – Spojrzała na Daemana. – Każdy musi sam zdecydować. Hannah dopiła herbatę i odstawiła kieliszek. – Co nam pokażesz, jeśli pójdziemy za tobą, Savi Uhr? – Wiele rzeczy, drogie dziecko. Przede wszystkim nauczę was latać. Zobaczycie miejsca, o których nie słyszeliście, miejsca, o których nawet wam się nie śniło. Spojrzeli po sobie. Harman i Ada zgodnie skinęli głowami. – Wchodzę w to – stwierdziła Hannah. Daeman przez dłuższą chwilę w milczeniu rozważał propozycję. – Dobrze, pójdę z wami, ale zanim to zrobię, napiję się wina. Savi napełniła mu kieliszek. 14. Niska orbita okołomarsjańska Mahnmut wyzerował wszystkie swoje układy i dokonał szybkiej oceny zniszczeń: ani jego organiczne, ani cybernetyczne elementy nie doznały uszkodzeń, które uniemożliwiałyby dalsze funkcjonowanie. Eksplozja spowodowała rozhermetyzowanie trzech przednich zbiorników balastowych batyskafu, nie naruszając dwunastu pozostałych. Mahnmut sprawdził czas: był nieprzytomny przez trzydzieści sekund przed wyzerowaniem, ale przez cały czas utrzymywał wirtualny kontakt z „Mroczną Damą” na wszystkich standardowych kanałach. Sądząc po sygnałach, batyskaf koziołkował w niekontrolowany sposób. Poza tym wykazywał drobne pęknięcie kadłuba, przeciążenie systemów obserwacyjnych i temperaturę zewnętrznej powłoki przekraczającą punkt jej wrzenia. Skarżył się także na całą masę innych dolegliwości, żadna jednak nie wymagała natychmiastowej reakcji ze strony Mahnmuta. Morawiec odświeżył połączenia wideo, ale na ekranach widział tylko rozpalone do czerwoności wnętrze ładowni, otwarte wrota i – za nimi – koziołkujące gwiazdy. – Orphu? Żadnej odpowiedzi ani na wspólnym paśmie, ani na wydzielonym kanale. Odbiornik maserowy milczał. Nie było nawet trzasków. Śluza cały czas była otwarta. Mahnmut sięgnął po przenośny silnik odrzutowy, wziął zwój liny z odpornego na zerwanie mikrowłókna i wyszedł z batyskafu. Siła odśrodkowa próbowała miotać nim po całej ładowni, łapał się więc uchwytów, których położenie – po dziesiątkach lat pracy w głębinach oceanów – znał na pamięć. Znalazłszy się na powierzchni kadłuba, upewnił się, że ładownia batyskafu nadal jest otwarta, oszacował ilość potrzebnego mu miejsca i na chybił trafił wyciągnął część zgromadzonego przez Korosa III sprzętu. Odholował całą tę maszynerię jak najdalej od rozpadającego się statku i patrzył, jak nurza się w bąblach plazmy i roztopionego metalu. Nie miał pojęcia, czy wyrzucając ją, pozbywa się broni, którą Koros chciał przewieźć na Marsa (na pokładzie jego batyskafu! Niedoczekanie!), czy też pozbawia się wyposażenia niezbędnego do przetrwania na powierzchni planety, gdyby jakimś cudem udało mu się wylądować. W tej chwili nie miało to znaczenia. Potrzebował dużo wolnego miejsca. Przywiązał linę do uchwytów na kadłubie „Mrocznej Damy” i wystrzelił się w otwartą przestrzeń, starając się nie uderzyć w zdruzgotane wrota ładowni. Znalazłszy się w bezpiecznej odległości, czyli jakieś sto metrów od chaotycznie wirującego statku, odwrócił się i spokojnie obejrzał uszkodzenia. Było gorzej, niż myślał. Orphu nie przesadzał: statek stracił cały dziób. Mostek i następne dziesięć metrów kadłuba zostały odcięte tak gładko, jakby nigdy nie istniały. Tylko obłok rozżarzonej plazmy wskazywał miejsce, w którym siedzieli Koros III i Ri Po. Cała reszta kadłuba była spękana i potrzaskana. Mógł sobie tylko wyobrażać, jakie byłyby rozmiary katastrofy, gdyby przed atakiem nie odrzucili silników, zbiorników z wodorem, czerpaka magnetycznego i innych elementów napędu. Zarówno on sam, jak i Orphu wyparowaliby w ogniu wtórnych eksplozji. – Orphu? Mahnmut nadawał równolegle na wspólnym paśmie i na kanale wydzielonym, ale zewnętrzne anteny uległy stopieniu i nie był w stanie nawiązać kontaktu z przyjacielem. Unikając latających dookoła kawałków żelastwa, bąbli stopionego metalu i obłoków plazmy, popuścił linę, włączył swoje silniki manewrowe i przeleciał na drugą stronę kadłuba. Statek koziołkował w tak opętańczym tempie – Mars, gwiazdy, Mars, gwiazdy – że Mahnmut musiał zamknąć oczy i zdać się na wskazania radaru. Orphu tkwił w swojej niszy w kadłubie. Przez ułamek sekundy Mahnmut poczuł, jak przepełnia go radość – z odczytów radarowych: wynikało, że drugi morawiec ma się doskonale; kiedy jednak otworzył oczy, powalił go ogrom zniszczeń i Eksplozja, która oderwała dziób statku, poharatała też i osmaliła górną powierzchnię kadłuba aż do miejsca, które zajmował Orphu. Ioński morawiec miał okopcony i poważnie pęknięty pancerz, stracił przednie manipulatory, anteny i oczy. Połowę skorupy pokryła siateczka drobnych rys. – Orphu! – krzyknął Mahnmut, kierując wiązkę radiową bezpośrednio w korpus przyjaciela. Bez odpowiedzi. Wykorzystując całą swoją moc obliczeniową, Mahnmut oszacował chaotyczną trajektorię statku i zaczął się do niego przybliżać, korygując lot mikroimpulsami wszystkich dziesięciu silników manewrowych. Zbliżywszy się na metr do kadłuba, wstrzelił kołek w powłokę statku i zarzucił nań pętlę z liny, starając się jej zbytnio nie poplątać. Wiedział, że za chwilę będzie musiał szybko się oddalić. Napiął linę i – podwieszony do kołka niczym wahadło – rozhuśtał się i łukiem prześliznął w kierunku dzioba i stanowiska Orphu, które do złudzenia przypominało osmolony krater. Złapał się korpusu przyjaciela i rozpaczliwie majtając w próżni krótkimi nóżkami, umocował końcówkę stałego łącza do pancerza tuż obok miejsca, w którym jeszcze niedawno Orphu miał oczy. – Orphu? – Mahnmut? – Głos Orphu, choć słabo słyszalny, brzmiał całkiem dziarsko. Ale i tak dominowało w nim zdziwienie. – Gdzie jesteś? Jak się ze mną skontaktowałeś? Moje systemy łączności nie działają. Mahnmut poczuł radość, której większość szekspirowskich bohaterów mogłaby mu tylko pozazdrościć. – Jestem przy tobie. Zainstalowałem stałe łącze. Zaraz cię stąd wyciągnę. – Nie wygłupiaj się! Jestem do niczego, nie... – Zamknij się. Mam linę i muszę cię do niej przywiązać. Gdzie... – Dwa metry za zespołem czujników jest wygodny uchwyt. – Był. Pomysł, że miałby wstrzelić kołek w pancerz Orphu, wcale się Mahnmutowi nie podobał, ale wiedział, że zrobi to, jeśli będzie musiał. – W takim razie... – Orphu zamilkł na kilka strasznych sekund, w których musiały do niego dotrzeć prawdziwe rozmiary zniszczeń. – Z tyłu. Nad silnikami. To osłonięte miejsce. Mahnmut nie powiedział mu, że silników też już nie ma, tylko przesunął się we wskazanym kierunku, znalazł uchwyt i solidnie umocował linę. Jeśli coś go łączyło z marynarzami, którzy tysiące lat przed nim przemierzali ziemskie morza, to z pewnością umiejętność wiązania trwałych węzłów. – Trzymaj się – powiedział jeszcze do Orphu. – Teraz cię wyciągnę. Nie martw się, jeśli urwie nam się łączność. Działają tu przeciążenia, których nie sposób przewidzieć. – To szaleństwo! Na pokładzie „Mrocznej Damy” nie ma dość miejsca. A nawet gdyby było, do niczego bym ci się nie przydał. Nie mam manipulatorów, żeby przytrzymać się kadłuba. – Cicho bądź – odparł spokojnie Mahnmut. I dodał: – Przyjacielu. Uruchomił wszystkie silniki manewrowe i szarpnięciem uwolnił zarzuconą na kołek linę. Moc silników wystarczyła, żeby dźwignąć Orphu z jego kołyski, a reszty dokonała bezwładność: odrzucone siłą odśrodkową morawce bardzo szybko znalazły się dobre sto metrów od statku. Mahnmut napiął linę. Wyliczenia trajektorii statku przesłaniały mu pół pola widzenia, na którym Mars co dwie sekundy zamieniał się miejscami z rozgwieżdżonym niebem. Odpalił silniki z pełną mocą, w przerażającym tempie zużywając paliwo, ale dostosował swoją prędkość do prędkości statku i zaczął podciągać się na linie w kierunku ładowni. Orphu ważył sporo, akrobacje, jakie wyczyniali w przestrzeni, dodatkowo utrudniały Mahnmutowi zadanie, ale wisiał w tej chwili na niezniszczalnej linie i nic nie mogło złamać w nim ducha walki. Z każdą chwilą zbliżali się do otwartego luku „Mrocznej Damy”. Poddany niewiarygodnym naprężeniom statek zaczynał się rozpadać. Odłamane w okolicach rufy odpryski poszycia śmigały wokół Mahnmuta, który przywarł do korpusu Orphu. Dwutonowa bryła żelastwa minęła jego głowę o niespełna pięć metrów, ale cały czas parł do przodu. Na próżno. Także ta część statku, w której znajdowała się „Mroczna Dama”, rozlatywała się na kawałki; pękały hermetyzowane komory, śladowe ilości paliwa eksplodowały i rozdzierały kadłub. Mahnmut wiedział już, że nie zdąży dotrzeć do batyskafu. – No dobrze – mruknął. – To jednak góra musi przyjść do Mahometa. – Co takiego?! – Tym razem Orphu wyraźnie się zaniepokoił. – Nic – odparł Mahnmut. Zapomniał, że łącze cały czas działa. – Trzymaj się mocno. – Czego się mam trzymać, przyjacielu? Straciłem manipulatory i ręce, a poza tym to ty się mnie trzymasz. – To fakt. Mahnmut znów uruchomił silniki. Pracując z pełną mocą, pożerały tyle paliwa, że musiał sięgnąć do rezerw. Ale udało się. „Mroczna Dama” wynurzyła się z ładowni dosłownie na kilka sekund przed tym, jak środkowa część kadłuba zaczęła się przełamywać. Mahnmut próbował oddalić się od statku. Bąble stopionego metalu rozbryzgiwały się na zmaltretowanym pancerzu Orphu. – Przepraszam – wyszeptał. Wstrzyknął do silników resztkę paliwa, aby jak najszybciej odciągnąć koziołkujący batyskaf od umierającego statku. – Za co? – zdziwił się Orphu. – Nieważne – wysapał Mahnmut. – Później ci powiem. Ciągnął, pchał, holował i szarpał, aż wreszcie udało mu się wcisnąć olbrzymiego iońskiego morawca do prawie pustej ładowni „Mrocznej Damy”. W ciemnym wnętrzu od razu poczuł się lepiej; nie widział marsjańskogwiaździstej karuzeli, która przyprawiała go o zawroty głowy. Upchnął przyjaciela w głównej komorze ładunkowej i umocował w uniwersalnych uchwytach. Orphu był już bezpieczny. Istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że cała ich trójka – razem z „Mroczną Damą” – jest i tak skazana na zagładę, ale przynajmniej razem zakończą egzystencję. Mahnmut podłączył system łączności batyskafu do gniazda stałego łącza. – Chwilowo jesteś bezpieczny – stęknął. Czuł, że jego organicznym elementom w każdej chwili grozi przeciążenie. – Na razie się rozłączę. – Jak... – Orphu próbował coś powiedzieć, ale Mahnmut odciął łącze i przemieścił się do śluzy. Działała, więc ją zamknął. Resztkami sił przebrnął przez korytarz do sterówki, zatrzasnął właz, ale nie zahermetyzował wnętrza, tylko od razu podłączył się do systemu podtrzymywania życia i zaczął chłonąć tlen. W słuchawkach było słychać wyłącznie trzaski. Batyskaf cały czas meldował o nieusuniętych, ale niegroźnych uszkodzeniach. – Jesteś tam jeszcze? – spytał Mahnmut. – A ty? Gdzie jesteś? – W sterówce. – Jak wygląda sytuacja? – Statek nie wytrzymał tych fikołków i rozleciał się na kawałki. Za to batyskaf jest w miarę sprawny. Powłoka maskująca nienaruszona, silniki na dziobie i rufie w porządku – tylko nie mam pojęcia, jak się je włącza. – Jak to: włącza? – zdziwił się Orphu, ale po chwili doznał olśnienia. – W dalszym ciągu zamierzasz wejść w atmosferę Marsa? – A co innego nam pozostaje? Dobre dwie sekundy upłynęły w całkowitej ciszy, zanim Orphu przetrawił te słowa. – Zgoda. Umiesz pilotować batyskaf w atmosferze? – Ni cholery – odparł rozbawiony Mahnmut. – Zainstaluję oprogramowanie sterujące, które Koros wpakował mi do komputera pokładowego, i oddam ci stery. W słuchawkach rozległo się znajome basowe dudnienie, chociaż Mahnmutowi nie bardzo chciało się wierzyć, że jego przyjaciel uznał ich sytuację za zabawną. – Chyba żartujesz. Przecież jestem ślepy! Straciłem nie tylko oczy i kamery, spaliła mi się cała sieć optyczna. Jestem ruiną, kawałkiem mózgu w rozwalonym opakowaniu. Powiedz, że żartowałeś. Mahnmut zaczął ściągać z komputera wszystkie informacje na temat dodatkowego napędu i spadochronów. Nic prawie nie zrozumiał. Włączył wszystkie kamery, ale natychmiast odwrócił wzrok: batyskaf koziołkował w przestrzeni równie szybko – i równie nieprzyjemnie – jak przedtem. Mars wypełniał całe pole widzenia: czapa lodu na biegunie, niebieskie morze, czapa, morze, kawałek czarnego nieba, czapa... Zrobiło mu się niedobrze. – Dobrze – powiedział po zakończeniu instalacji. – Będę twoimi oczami. Będę ci na bieżąco podawał wszelkie dane nawigacyjne, jakie batyskaf wyciągnie z programu. Ty musisz ustabilizować lot i wprowadzić nas w atmosferę. Tym razem Orphu na pewno się roześmiał. – Ależ proszę bardzo. I tak impet upadku wystarczy, żeby nas zabić. Silniki odrzutowe „Mrocznej Damy” zagrały w narzuconym przez Orphu rytmie. 15. Równina iliońska Diomedes, dosłownie niesiony do ataku przez uzbrojoną po zęby, otuloną mgłą Atenę, która powozi rydwanem, rzuca się na Aresa. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Najpierw ulepszony Achaj, syn Tydeusa, ranił Afrodytę, a teraz wyzywa na pojedynek samego boga wojny. Aristeia z bogiem. Niewiarygodne. Ares – w swoim stylu – rano obiecał Zeusowi i Atenie, że wesprze Greków, teraz zaś, sprowokowany przez Apolla, daje się ponieść swojej zdradzieckiej naturze i bez litości morduje Argiwów. Przed chwilą ściął Peryfasa, syna Ochezjosa, najlepszego żołnierza w całym etolskim kontyngencie, i właśnie obdziera go ze zbroi, gdy, podniósłszy wzrok, dostrzega prowadzony przez Atenę rydwan, który pędzi prosto na niego. Sama bogini okryła się czarną maskującą zasłoną. Ares z pewnością wie, że woźnicą jest któreś z bóstw, ale nie traci czasu na przeniknięcie kamuflażu. W tej chwili myśli tylko o tym, żeby zabić Diomedesa. Atakuje pierwszy. Rzuca włócznią z precyzją, na jaką stać tylko bogów. Drzewce przelatuje nad przednią burtą pojazdu, mierząc prosto w pierś Diomedesa, ale Atena wyciąga rękę i odbija je w bok. Ares wybałusza oczy: nie może uwierzyć, że jego boski oręż chybił celu. Wolframowy grot wbija się w kamienisty grunt. Łoskot kół nasila się, rydwan jest coraz bliżej, aż nadchodzi kolej Diomedesa, który bierze zamach, wychyla się z wozu i ciska swoją włócznię z brązowym ostrzem. Ludzka broń, otulona udzielonym jej przez Atenę Pallas polem Plancka, przebija ochronne pole siłowe Aresa, jego ozdobny pas, a na koniec jego brzuch i boskie wnętrzności. Kiedy Ares krzyczy z bólu, poprzedni skowyt Afrodyty, od którego świat trząsł się w posadach, brzmi przy nim jak szept. Pamiętam, co pisał o nim Homer: „Tak doniośle zaryczał bóg Ares miedziany, jako dziewięć lub dziesięć tysięcy by razem krzyknęło ludzi, krwawym walczących żelazem”. Cóż, wygląda na to, że poeta wyraził się dość powściągliwie. Już drugi raz w tym okrutnym dniu przerażone armie zamierają w bezruchu, porażone boskim jazgotem, i porzucają swe krwawe dzieło. Nawet szlachetny Hektor, który myśli tylko o tym, jak szybko przerąbać się przez tłum Argiwów i dopaść czmychającego Odyseusza, zatrzymuje się i spogląda na spłachetek zakrwawionej ziemi, gdzie zraniono Aresa. Diomedes zeskakuje z rydwanu, gotowy dobić Aresa, ten jednak, wijąc się w boskim bólu, rośnie, zmienia kształt, stopniowo traci ludzki wygląd. Powietrze wokół Diomedesa, innych Greków i Trojan, ścierających się nad ciałem chwilowo zapomnianego Peryfasa, eksploduje tumanem kurzu, odłamków kamienia, kawałków materiału i skóry: to Ares porzuca swą boskoludzką postać i zmienia się w... w coś innego. Tam, gdzie jeszcze niedawno stał potężny bóg wojny, wiruje czarny cyklon plazmy, z którego na oślep biją pioruny, rażąc znajdujących się w pobliżu Greków i Trojan. Diomedes staje jak wryty, kuli się i cofa. Wściekły wir czystej energii hamuje jego żądzę krwi. A potem Ares znika, tekuje się w bezpieczne miejsce, podtrzymując zalanymi ichorem dłońmi wypływające z rany trzewia. Pole bitwy jest z pozoru nieruchome, jakby bogowie znów zatrzymali czas... Ale nie: ptaki fruwają, kurz osiada, wieje wiatr. Bezruch jest spowodowany ni mniej, ni więcej, tylko nabożnym lękiem żołnierzy. – Widziałeś kiedyś coś podobnego, Hockenberry? – Głos Nightenhelsera wyrywa mnie z zadumy. Zapomniałem o jego obecności. – Nie. – Milczymy przez chwilę. Bitwa rozpala się na nowo, Atena znika z rydwanu Diomedesa, ja odsuwam się od mojego rozmówcy. – Włączę kamuflaż i zajrzę do Troi – mówię. – Zobaczę, co na to powie rodzina królewska. I znikam Nightenhelserowi z oczu. Naprawdę morfuję, ale tylko po to, żeby ukryć przed nim moment mojego prawdziwego zniknięcia. Ukryty w chmurze kurzu w głębi trojańskich szyków, zakładam Hełm Śmierci, włączam medalion i tekuję się w ślad za Aresem. Krętym tropem w przestrzeni kwantowej podążam na Olimp. Nie ląduję ani na zielonej murawie pod szczytem, ani w Dworze Bogów, lecz w rozległej komnacie, która bardziej mi przypomina dwudziestowieczny szpital niż wnętrza tutejszych olimpijskich budowli. W sterylnym pomieszczeniu widzę zebranych w grupki bogów i inne istoty. Przez pół minuty po wyjściu z przestrzeni Plancka wstrzymuję oddech i z bijącym sercem czekam, czy ktoś zwróci na mnie uwagę. Najwyraźniej ani bogowie, ani ich sługi mnie nie widzą. Ares siedzi na czymś w rodzaju stołu operacyjnego, opatrywany przez trzy humanoidalne – ale jednak nie do końca ludzkie – istoty lub maszyny. Mogłyby to być roboty, chociaż są bardzo smukłe, wyglądają na wytwory zaawansowanej biotechnologii i prezentują się niezwykle obco w porównaniu z cyborgami, o których budowie mówiło się za moich czasów. Jeden z nich podłącza bogu kroplówkę, inny skanuje rozpruty brzuch Aresa jakimś fioletowym promieniem. Bóg wojny w dalszym ciągu podtrzymuje rękami wylewające się bebechy. Widać, że cierpi; jest przerażony i wściekły zarazem. Krótko mówiąc, wygląda jak człowiek. Pod białą ścianą stoją olbrzymie, ustawione pionowo kadzie. Wznoszą się na wysokość ponad pięciu metrów. Są wypełnione fioletowym płynem, pełno w nich różnych przewodów i rurek, są w nich też... bogowie. W wielu z nich pławią się wysokie, opalone sylwetki ludzkie o doskonałych proporcjach, w różnych stadiach rozwoju – lub rozkładu. Widzę otwarte trzewia, białe kości, czerwone, żyłkowane mięśnie, ohydną biel nagich czaszek. Większości nie rozpoznaję, ale w drugim zbiorniku z kolei unosi się Afrodyta – naga, z zamkniętymi oczami, o ciele, które byłoby doskonałe, gdyby nie fakt, że jedna z doskonałych dłoni ledwie trzyma się reszty doskonałej ręki. Wokół obnażonych ścięgien, żył i kości kłębią się jakieś zielone robaki, które albo karmią się jej ciałem, albo próbują je poskładać – albo jedno i drugie. Nie mogę na to patrzeć. Zeus wchodzi do sali. Mija pozbawione pokręteł monitory, roboty okryte syntetycznym ciałem, bogów, którzy na znak szacunku pochylają głowy i schodzą mu z drogi. Spogląda przelotnie w moją stronę: przenikliwe oczy patrzą wprost na mnie spod siwych brwi i już wiem, że moja obecność została odkryta. Czekam na boski piorun i grzmot, ale nic się nie dzieje. Zeus odwraca wzrok – czyżby się uśmiechał? – i podchodzi do Aresa, który nadal siedzi zgarbiony na stole w otoczeniu maszyn. Staje przed nim ze skrzyżowanymi na piersi ramionami i spuszczoną głową, w elegancko udrapowanej todze. Ma przystrzyżoną, szpakowatą brodę i bynajmniej nieprzystrzyżone szpakowate brwi. Jego naga pierś emanuje spiżowym blaskiem i siłą. Jego twarz wyraża gniew. Na mój gust bardziej przypomina w tej chwili zirytowanego dyrektora szkoły niż zatroskanego ojca. Ares odzywa się pierwszy: – Ojcze Zeusie! Czy nie złości cię czyniony przez ludzi gwałt? Nie drażni cię ten rozlew krwi? Jesteśmy wieczni i nieśmiertelni, jesteśmy bogami, ale, do ciężkiej cholery, nie może być tak, że za każdym razem, kiedy okażemy tym śmiertelnym ścierwom odrobinę łaskawości, jesteśmy narażeni na cierpienie i obelgi, których w naszych boskich sprzeczkach nie brakuje. Ares wzdycha ciężko, krzywi się z bólu i czeka. Zeus milczy. Przygląda się bogu wojny spode łba, jakby ważył w duchu jego słowa. – I jeszcze ta Atena! – jęczy zranione bóstwo. – Pozwalasz jej na zbyt wiele, synu Kronosa. Odkąd ta córka chaosu i zniszczenia zrodziła się z twojej głowy, zawsze jej ulegasz. Nigdy nie próbujesz jej poskromić. Zmieniła tego śmiertelnika, Diomedesa, w żywą broń i podżega go do walki z nami. Z bogami! Ares już nad sobą nie panuje. Jest wściekły. Piana występuje mu na usta. Widzę sine sploty jelit, które podtrzymuje rękoma umazanymi złotym ichorem. – Najpierw zachęciła tego... tego śmiertelnika, żeby zaatakował Afrodytę. Dźgnął ją w przegub, utoczył jej boskiej krwi. Pomocnicy Uzdrowiciela mówią, że przez cały dzień będzie musiała się regenerować w kadzi. Potem podburzyła Diomedesa przeciwko mnie. Mnie, bogu wojny! Jego wspomagany nanotechnologią organizm funkcjonuje tak szybko, że niewiele brakowało, a ja sam trafiłbym do kadzi na drugie dni albo tygodnie! Może nawet wymagałbym wskrzeszenia, gdybym, naturalnie, nie był od niego szybszy. Gdyby grot jego włóczni sięgnął mego serca, wiłbym się z bólu wśród ludzkich zwłok, cierpiąc jeszcze większe katusze niż teraz. Nie oddałbym łatwo pola, ale uległbym pod ciosem oręża zwykłego śmiertelnika. Ległbym osłabiony niczym jakiś duch z naszych starych ziemskich dni i... – Dość! – Bas Zeusa nie tylko przerywa Aresową diatrybę, ale przy okazji sprawia, że wszyscy bogowie i roboty nieruchomieją. – Nie zamierzam dłużej słuchać twojego biadolenia, Aresie. Ty kłamliwy, dwulicowy, zdradziecki wypierdku, żałosna namiastko człowieka, która do pięt nie dorasta bogom. Ares rozdziawia usta, ale – całkiem rozsądnie, moim zdaniem – postanawia milczeć. – Posłuchaj tylko, jak jojczysz nad tym swoim skaleczeniem. – Zeus uśmiecha się pogardliwie. Wyciąga w stronę Aresa rękę z otwartą dłonią, jakby zamierzał siłą woli zmieść go w niebyt. – Ciebie, żałosny hipokryto, nienawidzę najbardziej z całego tego tałatajstwa, które w czasie Przemiany awansowało do rangi bóstw. Kochasz śmierć, krew, wojnę, ale masz zajęcze serce. Jesteś małostkowy jak twoja matka, Aresie, i tak samo porywczy. Muszę przyznać, że czasem ledwie udaje mi się przywołać Herę do porządku, zwłaszcza kiedy coś sobie ubrda. Tak jak teraz upiera się, żeby wyciąć Trojan w pień. Ares zgina się wpół, jakby słowa Zeusa sprawiały mu ból. Przypuszczam jednak, że przyczyną jego cierpień jest unoszący się w powietrzu kulisty robot, który zszywa mu mięśnie brzucha urządzeniem podobnym do przemysłowej maszyny do szycia. Nie zwracając uwagi na starania lekarzy, Zeus zaczyna się przechadzać obok stołu. Zatrzymuje się dwa metry ode mnie, po czym zawraca i podchodzi do krzywiącego się, skulonego Aresa. – Mam nadzieję, boże wojny, że to knowania twojej matki, Hery, przysporzyły ci bólu. – Boski sarkazm w głosie Zeusa jest oczywisty. – Ja pozwoliłbym ci umrzeć... Kiedy wstrząśnięty Ares podnosi głowę, na jego twarzy maluje się autentyczny strach. Zeus wybucha śmiechem. – Co, nie wiedziałeś, że możemy zginąć? Że możemy umrzeć prawdziwą śmiercią, po której życia nie przywróci nam ani odbudowa w kadzi, ani nawet wskrzeszenie? Otóż tak, synu, to jest możliwe. Zmieszany Ares spuszcza wzrok. Maszyna upchnęła mu już wnętrzności w jamie brzusznej i kończy zszywać ostatni kawałek powłoki. – Uzdrowicielu! – dudni Zeus. Jakiś wysoki i bardzo niehumanoidalny stwór wynurza się zza rzędu kadzi. Bardziej przypomina stonogę niż robota: ma mnóstwo odnóży, każde zaopatrzone w kilka stawów, i owadzie oczy, osadzone w głowie na szczycie segmentowanego cielska, pięć metrów nad podłogą. Jest cały opleciony dziwaczną uprzężą, do której podwieszone są jakieś taśmy, narzędzia i strzępy materii organicznej. – Nadal jesteś moim synem – mówi tymczasem Zeus do rozkapryszonego boga wojny. Zniża głos. – Jesteś moim synem tak samo, jak ja jestem synem Kronosa. To ja cię spłodziłem. Ares wyciąga rękę, jakby chciał go złapać za przedramię, ale Zeus nie zauważa tego gestu. – Ale będę z tobą szczery, Aresie. Gdybyś zrodził się z nasienia innego boga i wyrósł na takiego beznadziejnego gnojka, możesz mi wierzyć, że dawno już strąciłbym cię w otchłań, w której po dziś dzień cierpią Tytani. Zeus skinieniem ręki wskazuje Aresa Uzdrowicielowi, po czym odwraca się i energicznym krokiem opuszcza salę. Podobnie jak wszyscy pozostali bogowie cofam się, kiedy olbrzymi Uzdrowiciel pięcioma odnóżami podnosi Aresa ze stołu, przenosi go do pustej kadzi, podłącza do przeróżnych rurek, przewodów i drenów i zanurza w bulgoczącej fioletowej cieczy. Znalazłszy się pod powierzchnią, Ares zamyka oczy, a z otworów w szkle wynurzają się zielone robaki, które skupiają się wokół jego rozharatanego brzucha i biorą się do roboty. Czas się stąd wynosić. Zaczynam się uczyć teleportacji za pomocą medalionu. Wystarczy jasno wyobrazić sobie miejsce, do którego chcę się udać, i przyrząd sam mnie tam tekuje. Przywołuję z pamięci obraz kampusu mojego uniwersytetu w Indianie pod koniec XX wieku. Nic się nie dzieje. Z ciężkim sercem koncentruję się na wizji położonego u stóp Olimpu dormitorium scholiastów. Medalion natychmiast mnie tam przenosi. Materializuję się – chociaż nie pojawiam, bo wciąż chroni mnie Hełm Hadesa – obok czerwonych schodów, prowadzących do zielonych drzwi koszarowego budynku z czerwonego piaskowca. Mam za sobą piekielnie długi dzień. Chciałbym po prostu pozbyć się tego całego sprzętu, uwalić na swojej pryczy i spać. Niech Nightenhelser złoży sprawozdanie muzie. Muza pojawia się dosłownie dwa metry ode mnie, jakby moje myśli powołały ją do istnienia. To niesamowite: nigdy nas tu nie odwiedzała. Zawsze to my jeździmy windą do jej apartamentów. Wchodzę za nią do świetlicy. Nadal jestem niewidzialny. – Hockenberry! – woła swoim donośnym, boskim głosem. Blix, młody scholiasta, specjalista od Homera pochodzący z XXI wieku (dziś przypadła mu nocna zmiana pod Ilionem), wychodzi z pokoju na piętrze. Przeciera oczy. Nie bardzo wie, co się dzieje. – Gdzie Hockenberry? – pyta muza. Blix kręci bezradnie głową i rozdziawia usta. Sypia w bokserkach i poplamionym podkoszulku. – Hockenberry! – Muza zaczyna się niecierpliwić. – Nightenhelser powiedział mi, że teleportował się do Ilionu, ale tam go nie ma. Nie zgłosił się do mnie. Widziałeś tu któregoś ze scholiastów z dziennej zmiany? – Nie, bogini. – Blix pochyla głowę w namiastce uniżonego ukłonu. – Wracaj do łóżka – odprawia go zdegustowana muza. Wychodzi na zewnątrz, spogląda w stronę brzegu, na którym zielone ludziki mozolą się przy transporcie kamiennych głów z kamieniołomów, i tekuje się z powrotem. Powietrze z cmoknięciem wypełnia pozostawioną przez nią pustkę. Mógłbym teleportować się za nią, ale po co? Na pewno chce mi zabrać hełm i medalion. Teraz, kiedy Afrodyta trafiła do kadzi, z takim sprzętem stałem się niebezpieczny. Podejrzewam, że poza boginią tylko muza wie o moim szpiegowskim wyposażeniu, ale nawet ona może nie zdawać sobie sprawy, do czego Afrodyta chce mnie wykorzystać... Mam szpiegować Atenę, a później ją zabić. Po co? Nawet jeśli Zeus nie okłamał Aresa – to znaczy, jeśli bogowie naprawdę mogą umrzeć – czy możliwe jest, żeby zwykły śmiertelnik pozbawił ich życia? Diomedes włożył dziś cały swój kunszt w zamach na dwoje bóstw. I wykluczył ich z wojny. Śpią teraz w kadziach, podgryzani przez zielone robale. Kręcę głową. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Jestem potwornie zmęczony. Postanowiłem sprzeciwić się bogom, ale po zaledwie dwudziestu czterech godzinach moja determinacja ulotniła się bez śladu. Jutro o tej porze będę martwy. Afrodyta się mnie pozbędzie. Dokąd mam uciec? Nie mogę zbyt długo ukrywać się przed bogami, bo jeśli zorientują się, że tego próbuję, Afrodyta tym chętniej zrobi sobie podwiązki z moich jelit. Kiedy ozdrowieje, szybko mnie znajdzie. Mógłbym wrócić na pole bitwy i poczekać, aż muza mnie wytropi. To byłoby najrozsądniejsze rozwiązanie. Zabrałaby sprzęt, ale pozwoliłaby mi żyć do czasu, aż Afrodyta wyjdzie z kadzi. Co mam do stracenia? Jeden dzień. Afrodyta przez cały dzień będzie w szpitalu, a dopóki nie wyjdzie, jestem dla bogów niewidzialny. Jeden dzień. Innymi słowy: został mi jeden dzień życia. Mając to na uwadze, wiem już, gdzie powinienem się udać. 16. Ocean Antarktyczny Koniec końców czworo podróżnych postanowiło jednak coś zjeść. Savi na kilka minut zniknęła w jednym z podświetlonych tuneli i przyniosła cieplejsze dania: kurczaka, grzany ryż, paprykowe curry i kawałki pieczonej jagnięciny. W Ułanbacie nie mieli specjalnego apetytu, za to teraz z zapałem rzucili się najedzenie. – Jeżeli jesteście zmęczeni, możecie dziś tu zanocować – zaproponowała Savi. – W paru pokojach są całkiem przytulne kąciki sypialne. Jutro wyruszymy. Goście zgodnie odparli, że nie są aż tak znużeni; według czasu lokalnego, który obowiązywał w Kraterze Paryskim, było dopiero późne popołudnie. Daeman rozejrzał się, przełknął kawałek mięsa i spytał: – Dlaczego mieszkasz we wnętrzu... – Odwrócił się do Harmana. – Jak ty to nazwałeś? Góry lodowej? Savi się uśmiechnęła. – Powiedzmy, że z powodu... mojej nostalgicznej natury. – Widząc zdziwione spojrzenie Harmana, dodała: – Można powiedzieć, że spędzałam w podobnym miejscu urlop, kiedy tysiąc czterysta lat temu odbyło się ostatnie faksowanie. Beze mnie. – Myślałam, że przedtem wszystkich zebrano w jednym miejscu – przyznała Ada, wycierając palce w prześliczną lnianą serwetkę. – Całe te miliony ludzi. – Żadne miliony, moja droga. Zostało nas niewiele ponad dziewięć tysięcy, kiedy postludzie zarządzili ostatnie faksowanie. Jeżeli się nie mylę, nikt z tych ludzi – a miałam wśród nich wielu przyjaciół – nie został odtworzony po Interludium. Z pandemii ocaleli tylko Żydzi, którzy wykazali największą odporność na wirus rubikonu. – Kim są Żydzi? – zainteresowała się Hannah. – Albo raczej, kim byli? – To określenie pewnego teoretycznego tworu rasowego, nie do końca zdefiniowanego zespołu genetycznego, który wytworzył się wskutek trwającej kilka tysięcy lat izolacji kulturalnej i religijnej. Savi zawiesiła głos i powiodła wzrokiem po gościach. Tylko Harman sprawiał wrażenie, jakby z grubsza wiedział, o czym mówi gospodyni. – Sam ten fakt nie jest może najważniejszy, ale to dzięki niemu zyskałam przydomek Żydówki Wiecznej Tułaczki. Stałam się mitem, Harmanie. Żywą legendą. Fraza „Wieczna Tułaczka” przetrwała długo po tym, jak straciła swój pierwotny sens. – Savi uśmiechnęła się bez przekonania. – Jak to się stało, że przegapiłaś faksowanie? – zainteresował się Harman. – Dlaczego postludzie cię zostawili? – Nie wiem. Od wieków zadaję sobie to pytanie. Może chcieli mieć świadka. – Świadka? – zdziwiła się Ada. – Czego? – Zarówno przed ostatnim faksowaniem, jak i po jego zakończeniu na Ziemi i na niebie zaszło wiele zdumiewających zmian. Może postludzie uznali, że ktoś powinien być ich świadkiem. Nawet jeśli miałby to być zwykły, samotny człowiek. – Jak to, zaszło wiele zmian? – mruknęła Hannah. – Nic z tego nie rozumiem. – Istotnie, moja droga, nic a nic. Wasz świat, świat waszych rodziców, a także rodziców ich rodziców praktycznie się nie zmienia. No, może poza pojawianiem się i znikaniem ludzi, a i to dzieje się w stałym tempie: po sto lat na osobę. Zmiany, o których ja mówię, też nie zawsze były widoczne. Ale dzisiejsza Ziemia jest zupełnie inna od tej, jaką znali nasi przodkowie i pierwsi postludzie. – A na czym polega różnica? – zapytał Daeman, chociaż jego głos zdradzał, że wcale go nie interesuje, jaka będzie odpowiedź. Savi utkwiła w nim spojrzenie przenikliwych, szaroniebieskich oczu. – Na przykład – może to drobiazg, zwłaszcza w porównaniu z innymi zmianami, ale dla mnie drobiazg niezwykle istotny – nie ma już Żydów. Zaprowadziła ich do osobnych łazienek i poradziła, żeby przed podróżą zdjęli termoskóry. – Na pewno nie będą nam potrzebne? – zaniepokoił się Daeman. – Trochę zmarzniecie, zanim ulokujemy się w soniku, ale potem będziecie mogli się bez nich obejść. Ada zdjęła termoskórę, włożyła z powrotem ubranie i zdążyła wrócić do głównej sali i rozsiąść się na kanapie, kiedy z jednego z bocznych korytarzy wyszła Savi. Przebrała się w grubsze spodnie, mocniejsze wysokie buty i płaszcz z podszewką. Nie założyła na razie kaptura. Siwe włosy spięła w koński ogon. Przez ramię miała przerzucony spłowiały plecak koloru khaki, który musiał chyba sporo ważyć. Ada, która nie widziała jeszcze tak ubierających się kobiet, była zafascynowana jej strojem. Nie, nie tylko strojem, doszła do wniosku. Savi w ogóle wydała jej się fascynującą osobą. Harmana interesowała przede wszystkim broń, którą Savi zatknęła sobie za pasek. – Nadal myślisz o tym, żeby któreś z nas zabić? – Nie. W każdym razie nie w tej chwili. Czasem jednak trzeba trochę postrzelać. Wracając na powierzchnię lodu i sadowiąc się w soniku, rzeczywiście przemarzli – wiatr bynajmniej nie zelżał i nadal niósł tumany śniegu – ale w pojeździe, pod osłoną pola siłowego, było całkiem ciepło. Savi zajęła to miejsce z przodu, gdzie wcześniej leżał Harman. Ada ulokowała się na swojej leżance. Kiedy Savi przesunęła dłonią nad czarnym panelem poniżej uchwytu, w powietrzu wyświetliła się holograficzna konsola. – A to skąd się tu wzięło? – zdziwił się Harman. Leżał na lewo od Savi. Między Daemanem i Hannah pozostało jedno wolne miejsce. – Wolałam nie ryzykować, że będziecie samodzielnie pilotować sonik – odparła Savi. Odwróciwszy się, sprawdziła, czy wszyscy leżą bezpiecznie na swoich miejscach, po czym pociągnęła drążek do siebie. Pojazd zabuczał, wzniósł się pionowo dwieście metrów ponad lód, zrobił pętlę (pole siłowe nie pozwoliło pasażerom wypaść, ale nie zapobiegło przemożnemu wrażeniu, że zaraz spadną i roztrzaskają się o rozjarzony oślepiającym blaskiem lód), wyrównał lot, skręcił w lewo i zaczął wznosić się stromym torem ku gwiazdom. Kiedy już z dużą szybkością i na znacznej wysokości lecieli na północny zachód, Harman wyciągnął lewą rękę i musnął palcami elastyczną powłokę pola siłowego. – Moglibyśmy tam nim polecieć? – Tam? To znaczy gdzie? – spytała Savi, skoncentrowana na wskazaniach holograficznych wyświetlaczy. Podniosła wzrok. – Do pierścienia B? Harman odwrócił się prawie na wznak, podziwiając pierścień, który przesuwał się nad ich głowami z północy na południe: dziesiątki tysięcy osobnych elementów emanowały niesamowicie jasnym światłem. Na tej wysokości powietrze było czyste i rozrzedzone. – Nie. To tylko sonik, nie statek kosmiczny. Pierścień jest naprawdę wysoko. A po co chciałbyś tam polecieć? Harman udał, że nie słyszał pytania. – Wiesz, gdzie moglibyśmy znaleźć statek kosmiczny? Savi uśmiechnęła się tajemniczo. Ada, która bacznie się jej przyglądała, zaczęła doceniać bogactwo jej mimiki: uśmiechy ciepłe, obojętne i takie jak ten, oschłe i ironiczne. – Być może – odparła Savi tonem, który sugerował, że lepiej jej nie wypytywać. – Naprawdę spotkałaś postludzi? – spytała Hannah. – Tak. Naprawdę. – Jacy byli? – W tonie Hannah dało się słyszeć tęskną nutę. – Przede wszystkim: były. Wszyscy postludzie, których poznałam, byli kobietami. – Jak to? – Tak to. Podejrzewaliśmy, że na Ziemię fatygowało się bardzo niewielu postludzi, ale że przybierali różne postacie. Zawsze jednak były to postaci kobiece. Może nie było postludzi płci męskiej, może na drodze sterowanej ewolucji odrzucili płeć. Kto to może wiedzieć? – A miały jakieś imiona? – zaciekawił się Daeman. – Tak. Ta, którą najlepiej poznałam... to znaczy ta, którą najczęściej widywałam, nazywała się Mojra. – Jak wyglądały? – dopytywała się Hannah. – Jaki miały charakter? – Wolały szybować niż chodzić – odparła tajemniczo Savi. – Lubiły urządzać przyjęcia dla nas, zwykłych ludzi. I przemawiać delfickimi zagadkami. Przez długą chwilę jedynym dźwiękiem w soniku był szum powietrza, opływającego poliwęglanowy kadłub i bańkę pola siłowego. – Często zstępowały z pierścieni? – zapytała w końcu Ada. – Niezbyt często. Zwłaszcza pod koniec. Im bliżej ostatniego faksowania, tym rzadziej je widywano. Ale chodziły słuchy, że w Basenie Śródziemnym postludzie pobudowali jakieś instalacje. – W Basenie Śródziemnym? – zainteresował się Harman. Savi się uśmiechnęła. Zdaniem Ady był to jeden z uśmiechów świadczących o szczerym rozbawieniu. – Tysiąc lat przed ostatnim faksowaniem postludzie osuszyli spore morze, leżące na południe od Europy. Zbudowali tamę łączącą skałę zwaną Gibraltarem z północnym brzegiem Afryki i zabronili wstępu zwykłym ludziom. Twierdzili, że większość osuszonej ziemi przeznaczyli pod uprawy, ja jednak pomyszkowałam tam trochę i zanim zostałam wykryta i wyrzucona, znalazłam... Czyja wiem? „Miasta” to chyba najlepsze określenie, jeżeli konstrukcję z energomaterii można nazwać miastem. – Z energomaterii? – zdziwiła się Hannah. – Nieważne. Harman położył się z powrotem na brzuchu i oparł na łokciach. – Nigdy nie słyszałem o żadnym Basenie Śródziemnym. Ani o Gibraltarze. Ani o tej całej... Jak to powiedziałaś? Afryce Północnej? – Wiem, Harmanie, że udało ci się znaleźć parę map i że nauczyłeś się je czytać... w pewnym sensie. Ale to nędzne mapy. I stare. Nieliczne książki, które postludzie oszczędzili, są raczej niejasne... Nieszkodliwe. Harman zmarszczył brwi. W milczeniu lecieli na północ. Opuścili obszar polarnego mroku i wlecieli w strefę popołudniowego światła. Ocean się skończył, lecieli teraz nad lądem – na wysokości, której nawet nie potrafiliby ocenić i z szybkością, o której wcześniej mogli tylko marzyć. Pierścień B zbladł na niebieskim niebie, na północy natomiast zarysował się pierścień R. Minęli krainę ukrytą w wypiętrzonych, białych chmurach. Kiedy zobaczyli wysokie góry o ośnieżonych szczytach, wyrastające z lodowcowych dolin, Savi sprowadziła sonik niżej, minęła góry od wschodu i prześliznęli się tysiąc metrów nad dżunglą. Nadal pędzili na złamanie karku: punkciki, które pojawiały się nad horyzontem, w kilka minut rosły do rozmiarów prawdziwych górskich olbrzymów. – Czy to jest Ameryka Południowa? – spytał Harman. – Kiedyś była. – Co masz na myśli? – To, że odkąd nakreślono mapy, które znasz, kontynenty trochę się zmieniły. Ich nazwy również. Czy na twoich mapach ta kraina łączy się z lądem nazywanym Ameryką Północną? – Tak. – A teraz już nie. Savi dotknęła holograficznych symboli, skręciła drążek i obniżyła lot. Ada uniosła się na łokciach, aż jej włosy otarły się o bańkę pola siłowego, i wyjrzała poza krawędź pojazdu. Sonik leciał bezszelestnie, muskając brzuchem czubki drzew – sagowców, ogromnych paproci i wiekowych, bezlistnych olbrzymów. Na wschodzie wśród pofalowanych, zielonych pagórków widać było jeszcze więcej takich prymitywnych drzew. Na zachodzie ciągnęły się wzgórza, stopniowo przechodzące w wyższe góry. Nad brzegami rzek i jezior przechadzały się olbrzymie roślinożerne zwierzęta, bardziej podobne do ruchomych głazów niż do żywych istot. Miały pyski najdziwniejszych kształtów i sierść w różnych odcieniach bieli, brązu i rudości. Ada nie miała pojęcia, co to za zwierzęta. Nagle wypłoszone stado przebiegło z donośnym tupotem trzydzieści metrów pod brzuchem sonika. Zwierzęta były śmiertelnie przerażone. Ich śladem mknęło pięć lub sześć ptakopodobnych stworów, masywnie zbudowanych, mierzących ponad dwa i pół metra wzrostu, kolorowo upierzonych i paskudnych jak noc. Roślinożercy biegli szybko – Ada oszacowała, że rozwijali prędkość mniej więcej sześćdziesięciu kilometrów na godzinę – ale ptaki były szybsze. Musiały pędzić co najmniej dziewięćdziesiąt na godzinę, a więc czterokrotnie szybciej niż wszystkie znane Adzie kabriolety i bryczki. – Co to... – zaczęła Hannah. – Strachptaki – wyjaśniła Savi. – Po pandemii rabikonu arniści przez kilkaset lat mieli wolną rękę i bawili się na całego. Można powiedzieć, że zatriumfowała sprawiedliwość dziejowa: prawdziwe strachptaki przemierzały tutejsze równiny dwa miliony lat temu. Kłopot w tym, że takie rekombinowane śmiecie mają fatalny wpływ na ekologię. Postludzie obiecali, że w czasie Interludium po ostatnim faksowaniu zrobią na Ziemi porządek. Ale nie zrobili. – Kto to są arniści? Zwierzęta – zarówno czerwonodziobe ptaszyska, jak i ich potencjalne ofiary – zostały daleko w tyle. Na zachodzie widać było duże stada jeszcze większych stworzeń, na które polowały bestie podobne do tygrysów. Sonik wzbił się wyżej i skręcił w stronę wzgórz. Z piersi Savi dobyło się znużone westchnienie. – Rzeźbiarze RNA. Artyści. Specjaliści od rekombinacji, wolni strzelcy, anarchiści i dowcipnisie, którzy zaopatrzyli się w sekwencery i nielegalne zbiorniki regeneracyjne. – Powiodła wzrokiem po swoich słuchaczach. – To bez znaczenia, moje dzieci. Jeszcze kwadrans lecieli nad spowitym w mgłę lasem, zanim skręcili na zachód, w stronę gór. Widoczne w dole chmury opływały najwyższe szczyty, sonik leciał w śnieżnej zamieci, ale pole siłowe skutecznie odcinało żywiołom dostęp do pasażerów. Savi musnęła jeden z błyszczących piktogramów. Sonik zwolnił, zatoczył koło i skierował się wprost ku zachodzącemu słońcu. Lecieli bardzo wysoko. – O rety... – westchnął Harman. Po dwóch stronach wąskiej przełęczy wznosiły się strome szczyty. Na samym siodle rysowały się zielone tarasy i starożytne ruiny – same kamienne ściany, bez dachów. Most, również pochodzący z zapomnianej ery, ale z pewnością nie tak stary jak zabudowania, spinał stoki gór ponad ruinami. Nie prowadziła do niego żadna droga: most wyrastał wprost z nagiej skały. Sonik znów zatoczył koło. – Most wiszący – wyszeptał Harman. – Czytałem o czymś takim. Ada, która umiała nieźle oceniać odległości i rozmiary, doszła do wniosku, że przęsło musi mieć około półtora kilometra długości. Nawierzchnia była spękana, z dziur w czarnej powłoce wyzierała rdzewiejąca kratownica. Pylony mostu, mocno zardzewiałe, pokryte nędznymi resztkami pomarańczowej farby, wysokie na dobre dwieście metrów, wznosiły się ponad połączone mostem szczyty. Prócz farby pokrywało je coś zielonego, podobnego do bluszczu. Dopiero kiedy sonik podleciał bliżej, Ada zorientowała się, że ten „bluszcz” jest sztuczny: całą konstrukcję obrastały zielone bąble, kopuły i schody z dziwnego tworzywa przypominającego szkło, ale jakby elastycznego: kleiło się to do pylonów, ciągnęło wzdłuż grubych lin nośnych, zwieszało nad sfatygowaną jezdnią. Płynące po niebie chmury mieszały się z mgłą unoszącą się z głębokich wąwozów, otulając południową wieżę i kryjąc przed wzrokiem obserwatorów najbliższy fragment lin i drogi. – Czy to miejsce się jakoś nazywa? – Golden Gate w Machu Picchu – odparła Savi. Musnęła stery i podlecieli bliżej. – Co to znaczy? – spytał Daeman. – Nie mam pojęcia. Sonik obleciał północny pylon i powoli, bezgłośnie osiadł na jego wierzchołku. Promienie słońca podkreślały pomarańczowy odcień matowej farby i czerwień szorstkiej rdzy. Pole siłowe zniknęło. Na dany przez Savi znak pasażerowie wysiedli i zaczęli się przeciągać i rozprostowywać kości. Powietrze było zimne i bardzo rozrzedzone. Daeman podszedł do krawędzi pordzewiałej platformy i spojrzał w dół. Wychował się w Kraterze Paryskim, więc nie miał lęku wysokości. – Uważaj, żebyś nie spadł – ostrzegła go Savi. – Stąd nie trafisz do konserwatorni. Jeżeli umrzesz z dala od faksowęzła, będziesz naprawdę martwy. Daeman odskoczył do tyłu, omal nie tracąc równowagi. – Co ty wygadujesz?! – Słyszałeś. – Savi zarzuciła plecak na ramię. – Nie można się stąd dostać faksem do konserwatorni, więc nie zrób sobie krzywdy. Ada podniosła wzrok. Na niebie przecinały się pierścienie. – Myślałam, że postludzie mogą nas faksować do siebie z dowolnego miejsca, jeśli... jeśli wpadniemy w tarapaty. – Do pierścieni? – dodała Savi wypranym z emocji głosem. – Do konserwatorni, gdzie można was wyleczyć? I gdzie wstępujecie po piątej dwudziestce, żeby połączyć się z postludźmi? – No właśnie – przytaknęła niepewnie Ada. Savi pokręciła głową. – To nie postludzie faksują was na górę w wypadku jakiegoś nieszczęścia i odtwarzają. To mit. Albo, mówiąc mniej elegancko, kosmiczna bzdura. Harman chciał coś powiedzieć, ale Daeman go uprzedził: – Przecież dopiero co stamtąd wróciłem – zauważył ze złością. – Z konserwatorni. Z pierścieni. – Byłeś w konserwatorni, zgoda, ale to nie postludzie cię wyleczyli. Jeśli nawet są na górze, mają was wszystkich w nosie. A szczerze mówiąc wątpię, żeby jeszcze tam byli. Stali na szczycie rdzewiejącego pylonu, ponad sto pięćdziesiąt metrów nad zdezelowaną jezdnią i dwieście pięćdziesiąt nad trawiastą przełączką z kamiennymi ruinami. Górski wiatr smagał ich dokuczliwie i burzył im włosy. – Przecież po ostatniej dwudziestce wzlatujemy do góry i łączymy się z postludźmi... – zaprotestowała słabo Hannah. Savi roześmiała się tylko i ruszyła w stronę nieregularnej szklanej kapsuły, sterczącej z zachodniej krawędzi platformy. Szli przez dziesiątki pokojów, przedpokojów, zwykłych schodów, nieczynnych schodów ruchomych i mniejszych pomieszczeń, odchodzących w bok od głównego korytarza. Ada trochę się dziwiła, że niebo, pylony, liny nośne, a także widoczne w dole las i jezdnia widziane przez to niezwykłe tworzywo wcale nie mają zielonkawego odcienia; światło słoneczne również nie zmieniało barwy. Savi prowadziła ich przez kolejne moduły, z jednej strony rozdwojonego pylonu na drugą, przez cienkie korytarze, które bynajmniej nie kołysały się na wietrze, mimo że na pierwszy rzut oka powinny. Niektóre pomieszczenia wystawały z dziesięć metrów poza obrys pylonu. Ada nie miała pojęcia, w jaki sposób przytwierdzono szkliste tworzywo do betonu i stali. Niektóre pokoje były puste, w innych znajdowały się różne... przedmioty. W jednym natrafili na zwierzęce szkielety, rysujące się na tle górskiego krajobrazu; w innym natknęli się na kopie różnych maszyn, wystawione na blatach i zawieszone pod sufitem; w jeszcze innym znaleźli zatopione w pleksiglasie płody stu różnych istot, nie ludzkich, ale niepokojąco do ludzi podobnych. W którejś sali przywitał ich wyblakły holograficzny obraz nieba: gwiazdy i pierścienie poruszały się wokół nich i przenikały ich ciała. – Co to za miejsce? – spytał Harman. – Jakieś muzeum. Chyba pozbawione najciekawszych eksponatów. – Kto je stworzył? – wtrąciła Hannah. Savi wzruszyła ramionami. – Raczej nie postludzie, ale pewności nie mam. Jestem natomiast przekonana, że ten most albo jego oryginał, bo nie jest wykluczone, że tu postawiono tylko kopię, był w zapomnianej erze przerzucony nad wodą w jednym z miast na zachodzie kontynentu, który leżał na północ stąd*[* Most Golden Gate znajduje się w USA, w San Francisco) Słyszałeś o takim miejscu, Harmanie? – Nie. – Może mi się przyśniło. – Savi zaśmiała się smutno. – Po tylu latach snu pamięć płata mi figle. – Mówiłaś przedtem, że przespałaś kilkaset lat – przypomniał jej Daeman tonem, który, zdaniem Ady, brzmiał dość opryskliwie. – Co miałaś na myśli? Savi sprowadziła ich po kręconych schodach, biegnących we wnętrzu przezroczystej rury między linami mostu, i gestem wskazała rząd stojących na podłodze szklanych pojemników, podobnych do trumien. – Pewną formę kriośpiączki. Właściwie to głupia nazwa, bo ta kriośpiączka nie ma nic wspólnego z zimnem, a przecież takie jest znaczenie przedrostka „krio–”. Niektóre z tych kokonów są wciąż sprawne: tłumią wszelkie drgania molekularne, tylko zamiast zimna wykorzystują mikrotechnologię. Most je zasila. – Jak to, most? – Ada zmarszczyła brwi. – To jedna wielka bateria słoneczna. W każdym razie wszystkie te zielone elementy. Ada spojrzała na przykurzone kryształowe trumny i próbowała sobie wyobrazić, jak kładzie się w jednej z nich i zasypia, czekając... Na co? Ile lat musiałaby spać: dziesięć? Sto? Tysiąc? Zadrżała. Zarumieniła się, czując na sobie spojrzenie Savi – ale Savi tylko się uśmiechnęła. I to tak, jakby naprawdę coś ją rozbawiło. Wdrapali się do długiego zielonego cylindra, zawieszonego na pordzewiałej i strzępiącej się linie o średnicy co najmniej półtora metra. Ada złapała się na tym, że stara się stąpać jak najostrożniej, jakby chciała się przemieszczać siłą woli, żeby połączony ciężar całej ich piątki nie uszkodził cylindra, nie zerwał liny, nie zburzył mostu. Zauważyła, że Savi znów ją obserwuje – ale tym razem zamiast się zarumienić, spojrzała spode łba, znużona podejrzliwością starej kobiety. Nagle wszyscy się zatrzymali; mieli wrażenie, że weszli w sam środek sali konferencyjnej pełnej ludzi: dziwnie ubrani mężczyźni i kobiety stali pod ścianami i siedzieli przy biurkach, wpatrzeni w pulpity sterownicze – ale nie poruszali się i nie zwracali uwagi na przybyszy. – To nie są prawdziwi ludzie – domyślił się Daeman, podchodząc do pierwszej postaci z brzegu i dotykając jej twarzy. Figura przedstawiała mężczyznę w niebieskim garniturze, z szyją przewiązaną kawałkiem materiału. Zaczęli spacerować wśród nieruchomych ludzi, przyglądać się ich niecodziennym strojom, dziwacznym fryzurom i niezwykłym ozdobom: tatuażom, biżuterii, farbowanym włosom, malunkom na skórze. – Czytałem, że dawniej służki miały ludzką postać... – zaczął Harman. – To nie są roboty, tylko manekiny. – Co znowu? – zaciekawił się Daeman. Savi, która stanęła z boku i czekała, aż jej goście wszystko spokojnie obejrzą, wyjaśniła mu znaczenie tego słowa. – Wiesz, kogo przedstawiają? – spytała Hannah. – I co tu robią? – Nie. W przeciwległym końcu sali, w szklanej wnęce, jak gdyby na honorowym miejscu, znajdował się posąg mężczyzny, siedzącego na ozdobnym tronie, wyrzeźbionym z drewna i obciągniętym skórą. Manekin siedział, ale było widać, że jest niższy od większości męskich figur w sali. Miał na sobie krótką, jasnobrązową tunikę z szorstkiej tkaniny, spiętą w talii paskiem, na nogach sandały. Właściwie wyglądałby całkiem zabawnie, gdyby nie rysy twarzy: orli nos, wydatne łuki brwiowe, wyzierające spod nich przenikliwe szare oczy i krótkie, kręcone, szpakowate włosy. Ada zbliżała się do niego z rezerwą. Liczne blizny znaczyły muskularne przedramiona, krótkie palce zaciskały się na poręczach tronu z pozoru swobodnie, ale z widoczną siłą. Cała postać mężczyzny emanowała taką mocą– zarówno ciała, jak i ducha – że Ada przystanęła dwa metry od niego. Wyglądał starzej niż ludzie w jej czasach, tak jakby był starszy od Harmana, choć młodszy od Savi. Luźna tunika odsłaniała siwiejące owłosienie torsu. – Ja go znam! – powiedział Daeman. Szybko podszedł do Ady. – Gdzieś go już widziałem. – W spektaklu turyńskim! – zawtórowała mu Hannah. – Tak, tak... – Daeman pstryknął palcami. – Nazywa się... – Odyseusz – podpowiedział mu siedzący na tronie mężczyzna. Wstał i zrobił krok w stronę zdumionego Daemana. – Jestem Odyseusz, syn Laertesa. 17. Mars Trajektoria powoli się wyrównuje – poinformował Mahnmut Orphu. – Tempo koziołkowania spadło do jednego obrotu na sześć sekund. Odchylenie bliskie zeru. – Spróbuję zniwelować obroty. Powiedz mi, kiedy złapiesz w celownik biegunową czapę lodową. – Mam... Nie, zdryfowała... Jasny gwint! Co za szajs! Mahnmut próbował zgrać siatkę nitek w okularze z białą, rozmazaną plamą marsjańskiego lodu, ledwie widoczną w chmurze odłamków i resztkach plazmy. – To prawda – przytaknął Orphu. – Został ze mnie szajs. – Nie ciebie miałem na myśli. – Wiem, ale fakt pozostaje faktem. Oddałbym połowę swojej biblioteki Prousta za choćby jedno z sześciorga oczu. – Spróbujemy cię podpiąć do którejś kamery. Cholera jasna, dalej koziołkujemy. – Nic nie szkodzi. Dopóki nie wchodzimy w atmosferę, nie ma tragedii, a przynajmniej zaoszczędzimy trochę paliwa. A co do tej drugiej sprawy: nie uda się mnie do niczego podpiąć. Kiedy mnie tu ulokowałeś, przeprowadziłem test wszystkich układów i oszacowałem uszkodzenia. Nie chodzi o to, że straciłem oczy i kamery. Kiedy statek dostał, patrzyłem akurat w stronę dziobu i błysk wypalił mi cały kanał optyczny aż do poziomu organicznego. Mam zwęglone nerwy wzrokowe. – Przykro mi. – Mahnmutowi zbierało się na wymioty i to nie tylko z powodu gwałtownych podrygów batyskafu. Musiał chwilę odczekać, zanim znów mógł się odezwać. – Kończą nam się zapasy wody, powietrza i paliwa. Na pewno chcesz zostać w tej chmurze szczątków? – To nasza jedyna szansa. Na radarze będziemy po prostu jednym z wielu odłamków rozbitego statku. – Na jakim radarze? Nie widziałeś, co nas zaatakowało? To był rydwan, do stu diabłów! Myślisz, że rydwan ma radar? Orphu zaśmiał się – po swojemu, basowo. – A myślisz, że ma lancę laserową, która zniszczyła nasz statek? Poza tym, Mahnmucie, owszem, widziałem ten pojazd. To był ostatni widok w moim życiu. Mimo to nie wierzę, że był to zwykły rydwan, którym para przerośniętych humanoidalnych istot wzleciała sobie w próżnię, jakby nigdy nic. Co to, to nie. Nie ma mowy. Tego argumentu Mahnmut zbić nie potrafił. Żałował, że Orphu nie wyrównał lotu, bo batyskaf znów rozpoczął dzikie harce w locie, ale ponieważ wszystkie inne szczątki statku koziołkowały jak głupie, oni też powinni. – Chcesz pogadać o sonetach Szekspira? – spytał Orphu. – Jaja sobie ze mnie robisz? Morawce uwielbiały wszelkie potoczne wyrażonka z języka dawnych ludzi – im bardziej wulgarne, tym lepiej. – O tak, przyjacielu. Oczywiście, że robię sobie z ciebie jaja. – Zaraz, zaraz... Te śmieci wokół nas zaczynają się jarzyć. My też. To jonizacja. Mahnmut z satysfakcją zauważył, że głos mu wcale nie drży. Co większe odłamki żarzyły się matową czerwienią, podobnie jak dziób „Mrocznej Damy”. Zewnętrzne termometry wskazywały wzrost temperatury kadłuba. Zanurzali się w marsjańską atmosferę. – Czas wyrównać lot – oznajmił Orphu. Siedział w ładowni, analizował spływające z czujników informacje i dysponując tym co miał, czyli niepełnym oprogramowaniem sterowniczym, uruchamiał silniki batyskafu i stabilizował żyroskopy. – Przestaliśmy koziołkować? – Niezupełnie. – Nie możemy dłużej czekać. Odwrócę tę kupę złomu tyłem naprzód, zanim się upieczemy. – Ta kupa złomu nazywa się „Mroczna Dama” i prawdopodobnie ocali nam życie – zauważył oschle Mahnmut. – Dobrze, dobrze. Powiedz mi, kiedy krzyż z nitek na rufowym monitorze pokryje się z obrzeżem tarczy Marsa nad biegunem. Wtedy zacznę stabilizować lot. Boże, co ja bym dał, żeby mieć chociaż jedno oko... Przepraszam, więcej tego nie powtórzę. Mahnmut wpatrywał się w ekran. Ze względu na rozszerzanie się otaczającej ich chmury rupieci mógł namierzać się wyłącznie na powierzchnię planety – nie widział nie tylko gwiazd, ale nawet dwóch malutkich księżyców Marsa. Silniki zagrzmiały głucho i zdezelowany batyskaf powoli się obrócił. Obraz planety zniknął z dziobowego monitora, a jego miejsce zajął obłok rozżarzonej plazmy, stopionego metalu i miliony rozpalonych do białości odłamków, które niedawno były ich statkiem i dwójką współpasażerów. Czerwono–pomarańczowo–brązowo–zielona tarcza Marsa znalazła się w obiektywie kamery rufowej. Krzyżyk, który Orphu kazał obserwować, sunął w górę ekranu, pomalutku minął spowity w chmury skraj lądu, prześliznął się po niebieskim morzu, wszedł na białe tło podbiegunowego lodu... – Czapa lodowa – zameldował Mahnmut. – Górna krawędź tarczy. – W porządku – odparł Orphu. Zagrały wszystkie silniki. – A teraz? Widzisz na rufie biegun? – Nie. – A jakieś znajome gwiazdy? – Nie. Tylko poświatę zjonizowanego kadłuba. – Wystarczy, to nie apteka. Użyję silników rufowych jako rakiet hamujących. – Koros III zamierzał użyć zespołu silników na dziobie, żeby wyhamować, a potem, przed wejściem w atmosferę, chciał je odrzucić – stwierdził Mahnmut. Rufa batyskafu świeciła coraz mocniej. – Ja ich nie odrzucę. – Dlaczego? – Zobaczysz. – Nie wydaje ci się prawdopodobne, że w podwyższonej temperaturze eksplodują? – To możliwe. – Poza tym jesteśmy trochę poobijani. Czy batyskaf może się rozlecieć? – To też jest możliwe – przyznał Orphu i włączył napęd jonowy. Przyspieszenie wgniotło Mahnmuta w fotel, ale po trzydziestu sekundach ustąpiło. Hałas ucichł, wibracje się zmniejszyły. Głuchy stukot oznajmił odrzucenie pierwszego pierścienia silników, który niczym ognista kula śmignął przez pole widzenia dziobowej kamery, pokazującej teraz obraz przestrzeni za batyskafem. – Nie da się ukryć, że wchodzimy w atmosferę – stwierdził Mahnmut. Tym razem głos jednak mu zadrżał. Nigdy przedtem nie nurkował w prawdziwej planetarnej atmosferze i świadomość, że otaczają go miliardy ciasno upakowanych cząsteczek, była nad wyraz niepokojąca. – Odrzucone silniki rozgrzały się do białości i buchnęły płomieniem. Widzę, jak nam się rufa nagrzewa. Główny zespół napędowy na dziobie też się żarzy, ale słabiej. Odłamki, które spadają przed nami, palą się na całego. Lecimy w deszczu meteorytów. – Doskonale – stwierdził Orphu. – Trzymaj się mocno. Opis Mahnmuta był całkiem trafny: resztki statku kosmicznego wyglądały w marsjańskiej atmosferze jak deszcz meteorytów, rozciągnięty na dystansie kilkuset metrów. Największe szczątki musiały ważyć po kilka ton. Setka ognistych kul przecięła bladobłękitne niebo nad Marsem. Zwielokrotniony grzmot zadudnił nad północną półkulą planety. Płonące kule przeleciały nad czapą lodową na biegunie północnym jak stado ognistych ptaków i pomknęły na południe ponad Morzem Tetydy, ciągnąc za sobą długie ogony oparów plazmowych. Sprawiały wrażenie, jakby szybowały swobodnie, zamiast spadać. Przez setki milionów lat Mars mógł się poszczycić jedynie śladową atmosferą, o mizernym ciśnieniu ośmiu milibarów, złożoną głównie z dwutlenku węgla, i daleko mu było na przykład do Ziemi, gdzie średnie ciśnienie na poziomie morza osiąga tysiąc czternaście milibarów. A potem nagle, na przestrzeni niespełna stu lat, Mars został terraformowany i ciśnienie na jego powierzchni podniosło się do całkiem znośnych ośmiuset czterdziestu milibarów. Morawce nie miały pojęcia, jak do tego doszło. Ogniste pociski w luźnym szyku cięły północne niebo. Pierwsze małe odłamki – wystarczająco duże, by nie spłonąć całkowicie, ale zarazem dostatecznie małe, by wyraźnie zwolnić w gęstym powietrzu – zaczęły spadać do wody osiemset kilometrów na południe od bieguna. Widziane z orbity, przypominały ogromne pociski smugowe, którymi jakieś bóstwo ostrzeliwuje północne marsjańskie morza. „Mroczna Dama” była jednym z tych pocisków. Powłoka maskująca na rufie spaliła się, podobnie zresztą jak dwie trzecie całego poszycia, dołączając do ciągnącego się za koziołkującym batyskafem plazmowego ogona. Zewnętrzne anteny i czujniki uległy stopieniu. Kadłub zaczął się tlić, pękać i gubić zwęglone płatki metalu. – Eee... Nie powinniśmy przypadkiem wypuścić spadochronów? – zaniepokoił się Mahnmut. Jeśli dobrze pamiętał, Koros zamierzał rozwinąć fulerenowe spadochrony na wysokości piętnastu tysięcy metrów i łagodnie osiąść na powierzchni oceanu. Kiedy ostatnio widział ocean – zanim stopił się obiektyw kamery rufowej – byli znacznie niżej niż piętnaście kilometrów i spadali bardzo, ale to bardzo szybko. – Jeszcze nie – stęknął Orphu. Przeciążenie chyba zaczynało mu dokuczać. – Zmierz wysokość radarem. – Nie mamy już radaru. – A co z sonarem? – Zaraz zobaczę. – Sonar, o dziwo, działał: namierzył powierzchnię wody w odległości ośmiu tysięcy dwustu metrów... ośmiu tysięcy... siedmiu tysięcy ośmiuset... Mahnmut na bieżąco przekazywał te informacje Orphu. – Może już czas wypuścić spadochrony? – Inne odłamki nie mają spadochronów. – Co z tego? – Na pewno chcesz tak szybować wolniutko w powietrzu, widoczny razem z czaszą na wszystkich ich ekranach? – Czyich ekranach? – burknął Mahnmut, chociaż musiał przyznać Orphu rację. Ale... – Pięć tysięcy metrów. Prędkość: trzy tysiące dwieście kilometrów na godzinę. Na pewno chcemy grzmotnąć w wodę przy takiej szybkości? – Nie – zgodził się z nim Orphu. – Bo nawet gdybyśmy przeżyli zderzenie, wbilibyśmy się głęboko w denne osady. Mówiłeś, zdaje się, że ten północny ocean ma tylko kilkaset metrów głębokości? – To prawda. – Odwrócę nas. – Co takiego?! Zagrzmiały silniki, zahuczały – czy raczej zgrzytnęły – żyroskopy i „Mroczna Dama” zaczęła z mozołem obracać się wokół własnej osi, dziobem naprzód. Powietrze tarło wściekle o kadłub, zdzierając ostatnie czujniki ulokowane w jego środkowej części. Pękały kolejne przedziały batyskafu. Mahnmut wyłączył ogłuszające sygnały alarmowe. Dziób batyskafu skierował się w dół. Jedna z ostatnich ocalałych kamer przekazywała obraz rozbryzgów w oceanie – o ile mierzącą dwa kilometry wysokości fontannę plazmy i pary można jeszcze nazwać rozbryzgiem. Zanosiło się na to, że za parę sekund „Mroczna Dama” podzieli los innych szczątków. Mahnmut opisał widok przyjacielowi i dodał: – Spadochrony? Proszę... – Nie – odparł stanowczo Orphu i włączył główne silniki, których nie chciał odrzucić na orbicie. Przeciążenie wcisnęło Mahnmuta w pasy, którymi był przypięty do fotela. Z rozczuleniem wspomniał żel antyakceleracyjny, którego użyli przy starcie z tunelu magnetycznego Io. Wszędzie dookoła biły w niebo słupy pary, przywodzące na myśl gigantyczne korynckie kolumny; obraz oceanu wypełnił całe pole widzenia. Dysze grzmiały, batyskaf dygotał, ale zwalniał. Nagle silniki umilkły i w tej samej chwili zostały odstrzelone. „Mroczna Dama” znajdowała się zaledwie kilometr nad wodą, która sprawiała wrażenie równie twardej jak europańskie lądolody. – Spado... – błagał Mahnmut i wcale się tego nie wstydził. Otworzyły się dwie olbrzymie czasze. Przed oczami zatańczyły mu czerwone plamy, potem zrobiło się ciemno. Uderzyli o powierzchnię Morza Tetydy. – Orphu? Orphu? – Cisza i ciemność otaczały Mahnmuta, który desperacko próbował uruchomić kamery i czujniki. Sterówka była nietknięta, tlen płynął... Nie do wiary. Wewnętrzny zegar podpowiadał mu, że od zderzenia z powierzchnią morza upłynęły trzy minuty. Batyskaf się nie poruszał. – Orphu? – Grrhhh... Ilekroć uda mi się zasnąć, zaraz mnie budzisz. – Co z tobą? – Powinieneś najpierw zapytać: gdzie jestem. Wypadłem z mojego kąta w ładowni. Nie wiem nawet, czy dalej znajduję się na pokładzie „Mrocznej Damy”, ale jeśli tak, to pękł kadłub, bo zalała mnie woda. Słona. Chociaż może nie, może po prostu się zsikałem. – Stałe łącze działa – zauważył Mahnmut, świadomie ignorując ostatnie słowa Orphu. – Podejrzewam więc, że nadal jesteś w ładowni. Mam już pierwsze odczyty z sonaru. Jesteśmy osiemdziesiąt metrów pod powierzchnią wody. Wbiliśmy się w muł denny, ale nie głęboko, na parę metrów. – Ciekawe, w ilu jestem kawałkach. – Nie ruszaj się. Odepnę łącze i zejdę po ciebie. Nie ruszaj się. – Jak niby miałbym się ruszyć, przyjacielu? – zaśmiał się Orphu. – Wszystkie moje manipulatory i witki odeszły do wielkiego morawieckiego nieba. Jestem krabem bez szczypiec. Nie wiem zresztą, czy mam jeszcze skorupę jak krab. Mahnmucie... Zaczekaj chwilę. – O co chodzi? – Mahnmut odpiął już pasy i zaczął się odłączać od przewodów odżywczych i sterowniczych. – Jeżeli nawet jakimś cudem uda ci się do mnie zejść... jeżeli korytarzem da się przejść, a wrota ładowni nie są zablokowane ani zaspawane pod wpływem gorąca... Co chcesz ze mną zrobić? – Sprawdzę, czy nic ci się nie stało. – Mahnmut odłączył się od kanałów optycznych. Monitory i tak były ciemne. – Zastanów się, stary druhu. Wyciągniesz mnie stąd, o ile nie rozpadnę ci się w rękach, i co dalej? Nie zmieszczę się w wewnętrznych korytarzach batyskafu. Gdybyś nawet jakoś mnie przeciągnął, nie wejdę do sterówki, a na pewno nie dam rady utrzymać się na zewnątrz kadłuba. Chcesz maszerować tysiąc kilometrów po dnie oceanu, niosąc mnie na plecach? Mahnmut się zawahał. – Nadal działam – ciągnął tymczasem Orphu. – W każdym razie porozumiewam się z tobą. Mam tu zasilanie i dopływ tlenu. Muszę więc znajdować się w ładowni, która zapewne została zalana. Może odłożymy osobiste spotkanie na później, a na razie spróbujesz uruchomić „Mroczną Damę” i przewieźć nas w jakieś przyjemniejsze miejsce? Mahnmut odciął sobie tlen i odetchnął głęboko powietrzem sterówki. – Dobrze. Zobaczmy, co się da zrobić. „Mroczna Dama” była umierająca. Mahnmut pracował z nią – w kolejnych jej wersjach i wcieleniach – przez ponad sto ziemskich lat i wiedział, że potrafi być twarda. Po odpowiednim przygotowaniu znosiła bez szwanku ciśnienie wielu ton na centymetr kwadratowy i przeciążenia rzędu trzech tysięcy g, ale jak każda maszyna miała swoje mocniejsze i słabsze elementy. Te słabsze nie najlepiej zniosły atak na orbicie i jego późniejsze skutki. Przeciążony kadłub popękał w wielu miejscach i nadpalił się w atmosferze. W tej chwili tkwił w trzymetrowej warstwie osadów na dnie oceanu, z której sterczał tylko mały kawałek rufy. Konstrukcja i poszycie zdeformowały się przy uderzeniu, wrota ładowni zakleszczyły, pękło dziesięć z osiemnastu zbiorników balastowych. Korytarz łączący sterówkę z ładownią był zmiażdżony i zalany wodą. Z powłoki maskującej zostały nędzne strzępy, a razem z nią spaliły się wszystkie zewnętrzne czujniki. Działał tylko jeden z czterech sonarów, w dodatku mógł wysyłać wiązkę ultradźwięków wyłącznie do przodu, przed dziób batyskafu. Ocalał również tylko jeden z czterech głównych silników. Z silniczków manewrowych została miazga. Bardziej martwiło Mahnmuta zasilanie: podczas ataku energetyczna fala uderzeniowa uszkodziła główny reaktor, którego wydajność spadła do ośmiu procent nominalnej. Akumulatory pracowały na rezerwie mocy, co wystarczało do minimalnej aktywności układów podtrzymywania życia. Gorzej, że „Mroczna Dama” straciła przetwornik substancji odżywczych, a zapas słodkiej wody mógł wystarczyć najwyżej na kilka dni. Nie działał również generator tlenu i batyskaf nie produkował powietrza. Zanosiło się na to, że Mahnmut i Orphu prędzej się uduszą, niż umrą z głodu lub pragnienia. Mahnmut miał własny zbiornik powietrza, ale wystarczyłoby go na dzień, może dwa ziemskie dni. Mógł mieć tylko nadzieję, że Orphu, któremu zdarzało się całymi miesiącami pracować w próżni, nie przejmie się takim drobiazgiem jak niedobór tlenu. Postanowił odłożyć na później poruszenie tej kwestii. Tymczasem sztuczna inteligencja batyskafu donosiła o dalszych uszkodzeniach. Gdyby „Mroczna Dama” mogła spędzić przynajmniej miesiąc w lodowych dokach Conamara Chaos, najlepiej pod opieką rzeszy morawców serwisowych, dałoby się ją jeszcze uratować. Ale ponieważ to nie wchodziło w grę, jej dni – mierzone w marsjańskich solach, ziemskich dniach czy europańskich tygodniach – były policzone. Mahnmut cały czas utrzymywał kontakt z milczącym Orphu, bojąc się, że jego przyjaciel mógłby bez uprzedzenia przestać działać. Teraz przekazał mu możliwie najbardziej optymistyczną wersję raportu o uszkodzeniach i wystrzelił boję peryskopową. Na szczęście wyrzutnia boi znajdowała się w rufowej części kadłuba, sterczała powyżej dna oceanu i zadziałała bez zarzutu. Sama boja była mniejsza niż dłoń Mahnmuta, ale wypakowana po brzegi przeróżnymi sensorami. Od razu zaczęła przesyłać informacje. – Mam dobre wieści – oznajmił Mahnmut. – Konsorcjum Pięciu Księżyców zorganizowało wyprawę ratunkową – zadudnił Orphu. – Nie aż tak dobre. – Zamiast przesłać Orphu wszystkie dane poza obrazem z kamer, Mahnmut wolał mu o nich opowiedzieć. W ten sposób przynajmniej zmuszał go do reakcji. – Boja działa. Co więcej, satelity komunikacyjne i nawigacyjne, które Koros III i Ri Po rozmieścili na orbicie, nadal tam są. Ciekawe dlaczego ci... te istoty, które nas ostrzelały, ich także nie zestrzeliły. – Zaatakował nas starotestamentowy Bóg i jego panienka – zauważył Orphu. – Może nie chcieli się zniżać do walki z satelitami. – Na mój gust bardziej przypominali bóstwa greckie niż Boga ze Starego Testamentu. Chcesz posłuchać, co jeszcze tu mam? – Wal. – System nawigacyjny sugeruje, że znajdujemy się na północnym oceanie, w południowej części Chryse Planitia, zaledwie trzysta czterdzieści kilometrów od wybrzeża Xanthe Terra. Mamy fart. Ta część Acidalia i Chryse to jedna wielka zatoka. Gdybyśmy zboczyli kilkaset kilometrów na zachód, grzmotnęlibyśmy prosto we wzgórza Tempe Terra; gdybyśmy polecieli na wschód, rozbilibyśmy się na Arabia Terra. Kilka sekund lotu na południe, nad wyżynami Xanthe Terra... – Wyparowalibyśmy, gdybyśmy jeszcze kilka sekund lecieli w atmosferze. – Wiem o tym. Gdyby udało nam się ruszyć „Mroczną Damę”, moglibyśmy popłynąć prosto do delty Valles Marineris. – Mieliście z Korosem wylądować na drugiej półkuli, na północ od Olympus Mons, zrobić rekonesans i dostarczyć na szczyt przewożoną w ładowni machinę. Nie wmówisz mi, że batyskaf da radę opłynąć półwysep Tempe Terra... – Nawet nie próbuję – przyznał Mahnmut. Mogliby mówić o niezwykłym szczęściu, gdyby „Mroczna Dama” dowiozła ich do najbliższego lądu, ale tę informację wolał zachować dla siebie. – Są inne dobre wieści? – spytał Orphu. – No cóż, na powierzchni oceanu jest piękny dzień. Aż po horyzont ciągnie się woda, nigdzie nie widać ani skrawka lodu. Fale są łagodne i niskie, poniżej metra, niebo błękitne, temperatura dwadzieścia kilka stopni... – Szukają nas? – Słucham? – Czy ci... ludzie... którzy nas ostrzelali, szukają nas? – Tak. Na pasywnym radarze widziałem kilka tych latających pojazdów... – Rydwanów. – …latających pojazdów. Latają nad strefą, w której szczątki statku spadły do wody. Czyli nad kilkoma tysiącami kilometrów kwadratowych oceanu. – I nas szukają. – Nie rejestruję prób użycia radaru ani szperaczy neutrinowych. Nie ma w ogóle żadnych śladów energetycznych... – Mogą nas znaleźć, Manhmucie? – Głos Orphu był pozbawiony wszelkich emocji. Mahnmut się zawahał. Nie chciał okłamywać przyjaciela. – Być może. Na pewno znaleźliby nas, gdyby korzystali z takiej techniki, jaką dysponują morawce, ale nic na to nie wskazuje. Oni po prostu... rozglądają się. Może mają magnetometry, ale chyba nic więcej. – Na orbicie znaleźli nas i namierzyli bez trudu. – To prawda. Nie ulegało wątpliwości, że rydwan albo jego pasażerowie dysponowali urządzeniem namierzającym, skutecznym na dystansie ponad ośmiu tysięcy kilometrów. – Ściągnąłeś boję z powrotem? – Tak. – Na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko jęczeniem uszkodzonego kadłuba, sykiem wentylacji i dudnieniem pomp, które bezskutecznie walczyły z wodą zalewającą uszkodzone przedziały batyskafu. – Kilka faktów przemawia na naszą korzyść – odezwał się w końcu Mahnmut. – Po pierwsze, razem z nami spadły całe tony odłamków. Po drugie, obszar, na którym wpadły do morza, jest bardzo rozległy, bo pierwsze szczątki lądowały tuż pod biegunem. Po trzecie, wbiliśmy się w muł dziobem naprzód i ponad dnem sterczy tylko fragment rufy, na którym ocalały resztki powłoki maskującej. Po czwarte, batyskaf pobiera tak znikome ilości energii, że praktycznie nie sposób go wykryć. Po piąte... – Po piąte? – spytał wyczekująco Orphu. Mahnmut pomyślał o słabnącym zasilaniu, żałosnych zapasach wody i powietrza i niebudzącym zaufania układzie napędowym. – Po piąte, nadal nie mają pojęcia, po co tu przylecieliśmy. Odpowiedział mu charakterystyczny śmiech Orphu. – My chyba też nie, przyjacielu. – Minęła dobra minuta, zanim Orphu odezwał się ponownie: – Ale muszę ci przyznać rację. Jeżeli nie znajdą nas w ciągu paru najbliższych godzin, mamy szansę. Chyba że masz dla mnie inne złe wiadomości... – Mamy... drobny kłopot z przetwornikiem tlenu. – Jak drobny? – W ogóle nie wytwarzamy powietrza. – No to faktycznie mamy problem... Na ile wystarczy nam rezerwa? – Około osiemdziesięciu godzin. Dla nas obu, bo gdybym zużywał je sam, to na dwa razy dłużej. Orphu zabulgotał przez interkom. – Ty sam? Chcesz mi zakręcić kurek, stary druhu? Zdajesz sobie chyba sprawę, że moje organiczne elementy też potrzebują tlenu? Mahnmuta zamurowało. – Myślałem... Wydawało mi się... Skoro jesteś przystosowany do pracy w próżni... – Chodzi ci o to, że w przestrzeni wokół Io całymi miesiącami obywam się bez uzupełniania zapasów – westchnął Orphu. – Owszem, sam produkuję tlen na własne potrzeby. Generator tlenu jest zasilany ogniwami fotowoltaicznymi, które mam wbudowane w pancerz. Mahnmut się uspokoił. Gdyby Orphu faktycznie nie musiał korzystać z zapasów batyskafu, ich szansę przetrwania gwałtownie by wzrosły. – Kłopot w tym, że te ogniwa szlag trafił – ciągnął Orphu, zniżając głos. – Od chwili, kiedy nas zaatakowano, mój generator tlenu nie działa. Czerpię powietrze z batyskafu. Przykro mi, Mahnmucie. – Nic nie szkodzi – odparł stanowczym tonem Mahnmut. – I tak zamierzałem nas obu trzymać na tlenie. To żaden kłopot. Wszystko policzyłem: przy obecnym tempie zużycia powietrza wystarczy nam na osiemdziesiąt godzin, a ja mogę to zużycie jeszcze obniżyć. W tej chwili mam wypełnioną całą sterówkę. Wypompuję powietrze do zbiorników i zacznę je racjonować. Bez problemu wytrzymamy osiemdziesiąt godzin, a potem się wynurzymy i odnowimy zapasy. Poszukiwania powinny się przez ten czas skończyć. – Jesteś pewien, że uda ci się wyciągnąć „Mroczną Damę” z tego bagna? W głosie Mahnmuta nie było cienia wątpliwości: – Na sto procent. – W takim razie proponuję udawać nieszkodliwy kawał złomu przez najbliższe... trzy sole, trzy marsjańskie dni, czyli jakieś siedemdziesiąt trzy godziny. Albo przynajmniej odczekać dwanaście godzin od ostatniego kontaktu radarowego. Potem sprawdzimy, czy rydwany faktycznie wróciły do bazy. Czy przez ten czas zdążymy się wygrzebać z mułu i wynurzyć, zachowując rezerwę powietrza i energii? Mahnmut spojrzał na wirtualną konsolę, jarzącą się czerwienią lampek awaryjnych. – Siedemdziesiąt trzy godziny to aż nadto czasu. Ale jeżeli rydwany znikną wcześniej, powinniśmy jak najszybciej się wynurzyć i skierować w stronę lądu. Przy tym poziomie zasilania na powierzchni będziemy robić około dwudziestu węzłów, więc i tak czeka nas półtora dnia żeglugi. Zwłaszcza jeśli nie będziemy chcieli przybić do brzegu byle gdzie. – Chyba nie bardzo możemy wybrzydzać – mruknął Orphu. – W każdym razie wygląda na to, że naszym największym wrogiem będzie w najbliższych dniach nuda. Może zagramy w pokera? Wziąłeś wirtualne karty? – Oczywiście! – Mahnmutowi od razu zrobiło się raźniej na duszy. – Nie oszukałbyś chyba ślepego morawca, prawda? Mahnmut przerwał w połowie proces ładowania kart i nakrytego zielonym suknem stolika. – Rany boskie, ja tylko żartowałem – uspokoił go Orphu. – Nie mam oczu, ale została mi przecież pamięć i większość mózgu. Możemy zagrać w szachy. Trzy sole trwały siedemdziesiąt trzy i osiem dziesiątych godziny, ale Mahnmut nie chciał tak długo tkwić na dnie. Tracili moc szybciej, niż przewidywał (pompy pobierały więcej energii niż w jego wyliczeniach), i układ podtrzymywania życia ledwie funkcjonował. W pierwszym okresie snu Mahnmut przełączył się na wewnętrzne zasilanie, wziął rygle i spawarkę i wąskim przejściem zaczął się przeciskać do ładowni. Wnętrze batyskafu było zalane, a chodnik nieoświetlony, Mahnmut musiał więc włączyć reflektory na ramionach. Spłynął niżej. Woda była tu znacznie cieplejsza niż w europańskich morzach. Na ostatnich dziesięciu metrach dźwigary pogięły się i popękały, blokując przejście. Mahnmut ciął je spawarką i uparcie brnął naprzód. Musiał zobaczyć Orphu. Dwa metry przed śluzą ładowni stanął jak wryty. Impet uderzenia wgiął grodzie i przejście, i tak już wąskie, skurczyło się do szerokości dziesięciu centymetrów. Widział przed sobą zamknięty i zdeformowany właz, ale nie miał jak się do niego dostać. Musiałby przeciąć którąś z grubych grodzi, może nawet obie, a potem rozciąć także sam właz. Zajęłoby mu to siedem, osiem godzin, ale najgorszy był fakt, że spawarka potrzebowała tlenu. Używając jej, uszczuplałby zapasy swoje i Orphu. Przez kilka długich minut unosił się w ciemnej wodzie głową w dół, śledząc wzrokiem muł, który w snopach reflektorowego światła tańczył mu przed obiektywami. Musiał szybko podjąć decyzję. Kiedy Orphu się ocknie i zorientuje w jego zamiarach, będzie próbował go od nich odwieść. A logika podpowiadała, że Mahnmut powinien dać mu się przekonać. Nawet gdyby poświęcił te siedem czy osiem godzin i przedarł się przez grodzie i właz, Orphu miał rację: Mahnmut nie zdoła go podnieść, dopóki tkwią na dnie morza. Nawet pierwsza pomoc będzie z konieczności ograniczona do zasobów, które trzymał na pokładzie batyskafu na własny użytek – i które mogły okazać się całkowicie nieprzydatne w przypadku morawca przystosowanego do pracy w otwartym kosmosie. Gdyby zaś wydobył „Mroczną Damę” z mułu i wypłynął nią na powierzchnię, mógłby się spokojnie dostać do Orphu, nawet jeśli musiałby w tym celu ciąć zewnętrzną powłokę kadłuba. Tlenu na pewno mu nie zabraknie. W razie potrzeby mógłby nawet wyciągnąć Orphu z ładowni i jakoś umocować go do kadłuba, gdzie miałby pod dostatkiem powietrza i światła. Mahnmut odepchnął się nogami i zawrócił w przekrzywionym korytarzu. Wcisnął się przez śluzę do sterówki, schował spawarkę. Później. Ledwie zasiadł w fotelu przeciążeniowym, odezwał się Orphu: – Nie śpisz? – Nie. – Gdzie jesteś? – W sterówce. Gdzie miałbym być? – No tak... – Głos Orphu zabrzmiał nagle bardzo, bardzo staro. – Coś mi się przyśniło. Wydawało mi się, że czuję drgania, tak jakbyś... Sam nie wiem. – Śpij – uspokoił go Mahnmut. Morawce nie potrzebowały odpoczynku, ale lubiły śnić. – Obudzę cię za dwie godziny. Wystrzelimy boję. Mahnmut co dwanaście godzin wypuszczał boję peryskopową: trzymał ją na powierzchni dosłownie kilkanaście sekund, skanował niebo i łagodnie rozfalowane morze, po czym zwijał linkę i ściągał boję na pokład. Przez pierwsze czterdzieści dziewięć godzin latające maszyny śmigały po niebie dniem i nocą, ale prowadziły poszukiwania dalej na północy, w okolicach bieguna. Mahnmut nie mógł narzekać. W nienaruszonej sterówce było ciepło i przytulnie i mimo że podłoga lekko przechyliła się ku dziobowi, mógł się po niej swobodnie poruszać. Kilka innych pomieszczeń mieszkalnych – między innymi dawna kabina Urtzweila i jego laboratorium – zostało zalanych. Pompy wprawdzie szybko i sprawnie usunęły wodę, ale Mahnmut celowo nie napełniał ich powietrzem. Po pierwszej rozmowie z Orphu podłączył się bezpośrednio do przewodu tlenu i wypompował powietrze ze sterówki. Tłumaczył sobie, że robi to z oszczędności, ale w rzeczywistości dręczyły go wyrzuty sumienia, że opływa w takie luksusy, kiedy Orphu cierpi – przynajmniej w sensie egzystencjalnym, jeśli nie fizycznym – w ciemnej, zatopionej ładowni. Niewiele mógł na to poradzić, dopóki batyskaf tkwił zagrzebany w mule, ale przeszedł do laboratorium i zmontował sobie moduł łącznościowy i inne narzędzia, które mogły mu być przydatne, gdyby w przyszłości udało mu się oswobodzić towarzysza. I siebie, dodał w myślach, chociaż rozłąka z „Mroczną Damą” niewiele miała wspólnego z wolnością. Wszystkie krioboty pracujące w otchłaniach europańskich oceanów cierpiały na utajoną agorafobię, którą przekazały w spadku swojemu morawieckiemu potomstwu. Drugiego dnia, po ósmej partii szachów, Orphu zapytał: – „Mroczna Dama” na pewno ma jakąś kapsułę ratunkową, prawda? – Tak – przytaknął Mahnmut, który do tej pory łudził się, że to pytanie nie padnie. – Jakiego rodzaju? – Taki hermetyczny bąbel, niewiele większy ode mnie – odparł niechętnie Mahnmut. – Pozwala przeżyć na dużej głębokości i bezpiecznie się wynurzyć. – Z pewnością jest wyposażony w radiolatarnię, autonomiczny system podtrzymywania życia, napęd i układ nawigacyjny, prawda? I ma własne zapasy jedzenia i wody? – Tak. I co z tego? Nie zmieścisz się do środka, a ja nie mógłbym cię nim holować. – Nic, tak tylko pytam. – Nie podoba mi się pomysł porzucenia „Mrocznej Damy” – przyznał bez ogródek Mahnmut. – Na szczęście nie muszę o tym myśleć ani teraz, ani w najbliższych dniach. – Niech ci będzie. – Mówię poważnie. – Dobrze, Mahnmucie. Pytałem z ciekawości. Gdyby w tym momencie Orphu zachichotał, Mahnmut był gotów wcisnąć się do kapsuły ratunkowej i odstrzelić ją od batyskafu. Trząsł się ze złości. – Zagramy jeszcze raz? – zaproponował. – Nie w tym życiu. Sześćdziesiąt jeden godzin po katastrofie na ekranie radaru widać było tylko jeden rydwan, za to krążący całkiem blisko: zaledwie osiem kilometrów nad oceanem i dziesięć kilometrów na północ od batyskafu. Mahnmut błyskawicznie ściągnął boję na dół. Siedział w sterówce, słuchając Brahmsa przez interkom. Orphu w ładowni robił zapewne to samo, gdy niespodziewanie zapytał: – Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego obaj jesteśmy humanistami? – Co masz na myśli? – To, co powiedziałem. Wszystkie morawce ewoluują albo w takich humanistów jak my, zafascynowanych dokonaniami dawnej rasy ludzkiej, albo w takie interaktywne typy jak Koros III. To różni Korosowie wykuwają społeczeństwa, zakładają Konsorcja Pięciu Księżyców, tworzą partie polityczne i tak dalej. – Naprawdę? Nie zauważyłem. – Nie żartuj! Mahnmut milczał. Nagle dotarło do niego, że przez półtora wieku zdołał pozostać ignorantem we wszystkich ważnych dziedzinach egzystencji. Całym jego światem były lodowate morza Europy (których, nawiasem mówiąc, miał już nigdy nie ujrzeć) i ten batyskaf (który z kolei w najbliższych godzinach lub – najdalej – dniach miał na dobre przestać funkcjonować). Poza tym znał się jeszcze na sonetach i dramatach Szekspira. Omal nie parsknął śmiechem. Cóż mogło być bardziej bezużytecznego od starej poezji? – Co by powiedział twój bard, gdyby znalazł się na naszym miejscu? – spytał Orphu, jakby czytał mu w myślach. Mahnmut przejrzał informacje o zużyciu energii i innych zapasów. Nie mogli czekać siedemdziesiąt trzy godziny: najdalej za sześć godzin powinni się wynurzyć. Nawet jeśli się pospieszą, muszą wyrwać się z dna przy pierwszej próbie, gdyż inaczej ryzykują przeciążenie reaktora i... – Mahnmucie? – Przepraszam, zdrzemnąłem się. Mówiłeś coś o Szekspirze... – Na pewno miał coś do powiedzenia o wrakach. Wydaje mi się, że u niego aż roi się od zatopionych statków. – To prawda, jest ich bez liku. W Wieczorze trzech króli, w Burzy... Można by długo ciągnąć taką wyliczankę. Wątpię jednak, byśmy znaleźli w jego dziełach użyteczne wskazówki. – Opowiedz mi o tych wrakach. Mahnmut pokręcił głową; dobrze wiedział, że Orphu próbuje go czymś zająć, oderwać od bieżących problemów. – Lepiej ty mi coś powiedz o swoim ukochanym Prouście. Czy narrator imieniem Marcel wspomina o zabłądzeniu na Marsie? – Owszem. – Wolne żarty! – Ja nigdy nie żartuję na temat A la recherche du temps perdu – odparł Orphu tonem, którym prawie, prawie przekonał Mahnmuta, że mówi serio. – No dobrze, więc co Proust ma nam do powiedzenia o przetrwaniu na Marsie? Mahnmut zamierzał za pięć minut ponownie wystrzelić boję, a następnie dokonać wynurzenia, nawet gdyby rydwan unosił się dziesięć metrów nad ich głowami. – W trzecim tomie wydania francuskiego, a piątym angielskiego, które ci przesłałem, Marcel mówi, że gdybyśmy nagle znaleźli się na Marsie i wyrosłyby nam skrzydła i nowy układ oddechowy, i tak pozostalibyśmy sobą. Dlatego, że bylibyśmy skazani na nasze stare zmysły i starą świadomość. – Żartujesz... – Ja nigdy nie żartuję na temat odczuć Marcela w A la recherche du temps perdu – powtórzył Orphu. Tym razem Mahnmut miał pewność, że choć w jego słowach nie brakowało ironii, to jednak o Marsie mówił całkiem serio. – Nie przeczytałeś książek, które wysłałem ci na początku podróży? – Przeczytałem. Naprawdę przeczytałem. No, może ostatnie dwa tysiące stron przejrzałem tak bardziej pobieżnie... – To się zdarza... Posłuchaj, zacytuję ci fragment, który następuje zaraz po tym wyrastaniu skrzydeł i drugich płuc na Marsie. Wolisz po francusku czy po angielsku? – Po angielsku – odparł pospiesznie Mahnmut. Skoro i tak znalazł się o krok od śmierci przez uduszenie, nie chciał powiększać swoich tortur, słuchając francuszczyzny. – „Jedyną prawdziwą podróżą, jedyną kąpielą w wodzie Młodości byłoby iść nie ku nowym krajobrazom, ale mieć inne oczy, widzieć wszechświat oczami kogoś innego, stu innych, widzieć sto światów, które każdy z nich widzi, którym każdy z nich jest”. Mahnmut tak głęboko zamyślił się nad znaczeniem tych słów, że na chwilę zapomniał o swojej niechybnej śmierci. – To jest ta czwarta, ostatnia ścieżka, jaką obiera Marcel, aby przeniknąć tajemnicę życia, prawda, Orphu? Orphu milczał. – Mówiłeś mi, że pierwsze trzy zaprowadziły go na manowce – ciągnął Mahnmut. – Próbował uwierzyć w doskonałość arystokracji, później w przyjaźń i miłość, na końcu w sztukę. Żaden z tych motywów nie był motywem transcendentnym, więc spróbował znaleźć czwarty, tę... – Zabrakło mu słów. – Świadomość, która wykracza poza granice świadomości – odparł półgłosem Orphu. – Wyobraźnię, która lekceważy ograniczenia wyobraźni. – Właśnie – szepnął Mahnmut. – Teraz rozumiem. – To dobrze. Jesteś teraz moimi oczami. Widzę cały wszechświat za twoim pośrednictwem. Mahnmut przez długą chwilę milczał, wsłuchany w syk tlenu w przewodach. – Spróbujmy się wynurzyć – powiedział w końcu. – A boja? – Guzik mnie obchodzi, czy ktoś na nas czeka, czy nie. Wolę zginąć w walce, niż udusić się w tym błocku. – W porządku – zgodził się Orphu. – Powiedziałeś „spróbujmy”. Masz wątpliwości, czy ci się uda? – Nie mam zielonego pojęcia, czy wyrwiemy się z tego gówna. – Mahnmut zaczął siłą woli przestawiać wirtualne przełączniki. Podkręcił moc reaktora, aż strzałka weszła na czerwone pole. Uruchomił silnik i dopalacze. – Ale na pewno się postaramy, za... osiemnaście sekund. Trzymaj się, staruszku. – Rozumiem, że to figura stylistyczna? Straciłem przecież wszystkie chwytaki, manipulatory i witki... – Trzymaj się zębami. Sześć sekund. – Jestem morawcem – odparł urażonym tonem Orphu. – Nie mam zębów. Co chciałeś... Łoskot dopalaczy zagłuszył jego słowa. Grodzie zaskrzypiały donośnie, a cała „Mroczna Dama” jęknęła rozpaczliwie, próbując uwolnić się z mulistych marsjańskich uścisków. 18. Ilion To miasto – Ilion, Troja, Gród Priama, Pergamon – najpiękniejsze jest nocą. Mury, wysokie na ponad trzydzieści metrów, są oświetlone pochodniami i wystawionymi na blanki koksownikami, a od dołu także poświatą setek ognisk, które rozpaliła koczująca na równinie trojańska armia. Wiele jest tu wysokich wież, które do późnych godzin nocnych pławią się w świetle; z okien sączy się ciepły blask, podwórka lśnią łagodnie, tarasy i balkony jarzą się płomieniami świec. Ulice Ilionu, szerokie i solidnie wybrukowane (próbowałem kiedyś wcisnąć ostrze noża między dwa brukowce, ale mi się nie udało), są oświetlone pochodniami, światłem sączącym się z otwartych drzwi domów i ogniskami tysięcy żołnierzy, sojuszników Priama, którzy z całymi rodzinami ściągnęli tu z bliższych i dalszych stron. Tu nawet cienie żyją własnym życiem. Młodzi, ubodzy mężczyźni i kobiety kochają się w ciemnych zaułkach i na osłoniętych tarasach. Syte psy i sprytne koty prześlizgują się w półmroku od uliczki do uliczki, z jednego podwórka na drugie; wychylają się na pobocza ulic, gdzie trafiają im się owoce, jarzyny, mięso i ryby, które spadły ze stojących tu za dnia straganów, i znów kryją się w mroku ścieżek i pod osłoną wiaduktów. Mieszkańcy Ilionu nie muszą bać się śmierci głodowej ani męki pragnienia. Gdy na wieść o achajskiej wyprawie wojennej ogłoszono alarm – dziewięć lat temu, na całe tygodnie przed tym, jak czarne okręty przybiły do trojańskich plaż – do miasta spędzono setki sztuk bydła i tysiące owiec. Okolica wyludniła się na obszarze tysiąca kilometrów kwadratowych. Zresztą podobne transporty bydła do tej pory regularnie trafiają do Troi. Grecy próbują wprawdzie blokować miasto, ale czynią to bez szczególnego zapału. Świeże warzywa i owoce bez przeszkód docierają na targ, dostarczane przez tych samych cwanych wieśniaków, którzy zaopatrują armię achajską. Troję zbudowano przed wiekami w tym akurat miejscu ze względu na rozciągającą się pod ziemią formację wodonośną. Cztery ogromne miejskie studnie nieprzerwanie dostarczają świeżej i czystej wody, ale Priam na wszelki wypadek dawno już kazał zmienić bieg dopływu Symojdy, przecinającego północną równinę, i skierować go do miasta systemem łatwych do upilnowania kanałów i akweduktów. Grecy mają więcej problemów z wodą niż – teoretycznie oblężeni – Trojanie. Od początku wojny liczba mieszkańców Ilionu – w owych czasach z całą pewnością największego miasta na Ziemi – zwiększyła się ponad dwukrotnie. Pierwsi zjawili się szukający schronienia przed wojną wieśniacy, pasterze, rybacy i inni koczownicy z iliońskich równin. Później przybyły wojska sprzymierzonych z Troją krain, i to w komplecie z żonami wojowników, ich dziećmi, starszyzną, psami i żywym inwentarzem. Ci sojusznicy tworzą zadziwiającą mieszaninę; nazywa się ich Trojanami, choć bynajmniej nie pochodzą z Troi. Są wśród nich Dardanowie oraz przybysze z innych, mniejszych miast i ziem całkiem od Ilionu odległych: wierni Priamowi żołnierze spod Idy i z pomocnej Likii, Adrastejczycy i inni woje z ziem leżących daleko na wschód od Troi, Pelazgowie z położnej na południu Laryssy. Z Europy przybyli Trakowie, Peończycy i Kikonowie. Z południowych wybrzeży Morza Czarnego nadciągnęli Elizyjczycy, zamieszkujący dolinę rzeki Elis i spowinowaceni z Chalibami, kowalami z prastarych legend. Przy ogniskach słyszy się pieśni i przekleństwa w językach Paflagów i Enetojów, ludzi z północnych obrzeży Morza Czarnego, którzy mogliby być praprzodkami Wenetów. Z północno–środkowej Azji Mniejszej przyszli włochaci Myzyjczycy. Znam dwóch z nich: Ennomosa i Nastesa, którzy, według Homera, zginą z ręki Achillesa w zbliżającej się bitwie nad rzeką; rzeź ma być tak okrutna, że Skamander miesiącami będzie spływał krwią, a trupy zabitych przez Achillesa wojowników – w tym Nastesa i Ennomosa, o których nikt się nie upomni – zatamują rzeczny nurt. Po zapachu, rozczochranych kudłach i brązowym rynsztunku o niespotykanych kształtach rozpoznać można Frygijczyków, Meończyków, Karyjczyków i przybyszów z Licji. Przez całą dobę – z wyjątkiem dwóch, trzech środkowych godzin nocnych – Troja jest zatłoczona, cudownie hałaśliwa i tętniąca życiem. To najpiękniejsze i najwspanialsze miasto na świecie, nie tylko w tej epoce, lecz w całych dziejach ludzkości. Rozmyślam o nim, leżąc nago u boku Heleny Trojańskiej. Pościel pachnie nami i naszą miłością, nocny zefirek wydyma zasłony i chłodzi nasze ciała. Gdzieś w oddali słychać grzmot. Nadciąga burza. Helena przeciąga się i szepcze moje nazwisko: – Hockenberrrrii... Przybyłem do Troi późnym popołudniem; tekowałem się ze szpitala bogów na Olimpie. Zdawałem sobie sprawę, że muza mnie szuka i chce mnie zabić, i jeśli jej się nie uda, zrobi to za nią Afrodyta, gdy tylko wyjdzie z kadzi regeneracyjnej. Pomyślałem, że mógłbym wtopić się w tłum żołnierzy, obserwujących ostatnią walkę tego dnia: w popołudniowym słońcu spowity w tuman kurzu Diomedes nadal wyrzynał Trojan. Kiedy jednak zobaczyłem, jak Hektor wraca do Troi z garstką przybocznych, morfowałem w jednego z moich dobrych znajomych, Dolona (ten doskonały włócznik i zwiadowca miał wkrótce zostać schwytany i zabity przez Odyseusza i Diomedesa), i poszedłem za nim. Szlachetny wojownik wszedł do miasta przez Bramę Skajską, główną bramę Ilionu, zbudowaną z dębowych desek i sięgającą wysokości dziesięciu mężczyzn postury Ajaksa. Natychmiast obiegły go trojańskie żony i córki, wypytując o mężów, synów, braci i kochanków. Śledziłem wzrokiem wysoką, rudą kitę na jego hełmie, płynącą przez morze kobiet, które wodziły za nim błagalnymi spojrzeniami. W końcu zatrzymał się i przemówił do gęstniejącego tłumu: – Módlcie się do bogów, Trojanki – powiedział, po czym okręcił się na pięcie i pomaszerował prosto do pałacu. Żołnierze skrzyżowanymi włóczniami zagrodzili drogę napierającej masie lamentujących kobiet, ja zaś dołączyłem do trójki najbliższych druhów Hektora i razem z nimi wszedłem do pałacu Priama, „wysokimi przysionki wspaniałego”, jak pisał Homer, oświetlonego pochodniami, które odbijały się w wypolerowanym marmurze kolumnad. Wieczorne cienie zakradały się już na pałacowe dziedzińce i do królewskich sypialni. Stanęliśmy na straży, gdy Hektor udał się na krótkie spotkanie z Hekubą. – Nie chcę wina, matko. – Gestem odprawił służącego, który przyniósł mu kielich. – Nie teraz. Jestem zmęczony. Wino wypłukałoby ze mnie resztki sił i czujności, a będę ich potrzebował w wieczornym boju. Poza tym jestem cały zakrwawiony i zakurzony. Wstydziłbym się takimi brudnymi rękami ulać odrobinę wina dla Zeusa. – Synu mój – powiedziała Hekuba, którą przez te dziewięć lat nieraz widziałem w roli dobrej i czułej matki. – Po co zszedłeś z pola bitwy, jeśli nie po to, by modlić się do bogów? Hektor zdjął hełm i położył obok siebie na kanapie. – To ty powinnaś się modlić – rzekł głucho. Rzeczywiście był brudny: kurz i na wpół skrzepła krew zmieszana z potem utworzyły na jego twarzy maskę z czerwonego błota. Siedział w pozie, jaką przyjmują tylko skrajnie wyczerpani ludzie, ze spuszczoną głową i rękami opartymi na kolanach. – Idź do świątyni Ateny – mówił – weź ze sobą największą i najpiękniejszą szatę, jaką znajdziesz w pałacu, i zgromadź tam najszlachetniejsze z iliońskich kobiet. Rozpostrzyj szatę na kolanach złotego posągu Ateny i obiecaj, że złożysz jej w ofierze dwanaście rocznych jałówek, jeśli tylko zmiłuje się nad Troją. Błagaj zawziętą boginię, by oszczędziła nasze miasto, żony i bezbronne dzieci przed gniewem Diomedesa. – Jest aż tak źle? – wyszeptała matka Hektora. Nachyliła się nad nim i ujęła jego zakrwawioną dłoń w swoje ręce. – Do tego już doszło? – Tak. Hektor wstał z wysiłkiem, wziął hełm i wyszedł. Wraz z resztą włóczników ruszyłem za zmęczonym bohaterem do odległej o sześć przecznic rezydencji Parysa i Heleny, ogromnego gmachu z licznymi pięknymi tarasami, wieżami mieszkalnymi i dyskretnymi dziedzińcami. Nie oglądając się na służbę i strażników, Hektor wbiegł po schodach i otworzył drzwi prowadzące do prywatnych apartamentów Parysa i Heleny. Spodziewałem się zastać Parysa nagiego w objęciach uprowadzonej królowej (Homer twierdził przecież, że po tym, jak Afrodyta porwała trojańskiego księcia Menelaosowi sprzed nosa, napalona młoda para natychmiast skoczyła do łóżka), ale kiedy weszliśmy, Parys podniósł wzrok znad zbroi, którą czule gładził, Helena zaś dyrygowała swoimi służącymi, które coś haftowały. – Co ty sobie wyobrażasz, do kurwy nędzy?! – ryknął Hektor na swojego młodszego brata. – Siedzisz tu jak baba, jak rozbeczany bachor i bawisz się pancerzem, kiedy prawdziwi Trojanie giną setkami, a wróg kłębi się u stóp murów i ogłusza nas swoimi cudzoziemskimi okrzykami bojowymi! Rusz się, dezerterze, jeden! Rusz się, zanim Troja legnie w gruzach wokół twojego tchórzliwego dupska! Dystyngowany Parys nie oburzył się, nie zerwał na równe nogi, tylko odparł z uśmiechem: – Ach, Hektorze! Zasłużyłem na twe łajania. Szczera prawda z twoich ust płynie. – No to poderwij dupcię i włóż zbroję – rzucił szorstkim tonem Hektor, ale już bez złości w głosie. Nie wiem, co go rozbroiło: czy uległość Parysa, czy własne zmęczenie. – Dobrze – odpowiedział Parys – ale najpierw mnie wysłuchaj. Chcę ci coś powiedzieć. Hektor milczał. Zachwiał się na nogach i podparł długą włócznią, przeznaczoną specjalnie do rzucania, którą pożyczył od sierżanta naszego oddziałku straży. Pod pachą trzymał hełm. – Nie ze złości siedzę tu sam tak długo. – Parys szerokim gestem ogarnął wnętrze wraz z Heleną i jej służącymi, jakby były częścią wyposażenia komnaty. – Nie z gniewu, lecz z żalu. – Z żalu? – powtórzył Hektor z nieskrywaną pogardą w głosie. – Tak, z żalu. Żałuję swojego tchórzostwa, chociaż z woli boskiej, nie własnej, ustąpiłem pola Menelaosowi i opłakuję los naszego miasta. – Ten los nie został wykuty w kamieniu – warknął Hektor. – Możemy powstrzymać Diomedesa i jego dyszące żądzą krwi sługi. Włóż zbroję i stań ze mną do walki. Ściemni się dopiero za godzinę. Możemy zgładzić wielu Greków w krwawym blasku zachodzącego słońca i później, w chłodnym świetle zmierzchu. Parys uśmiechnął się i wstał. – Masz rację. Nawet ja, najlepszy kochanek świata, ale wcale nie najlepszy wojownik, muszę przyznać, że walka to jedyne wyjście. Sam dobrze wiesz, Hektorze, że szale losu i zwycięstwa przechylają się raz w jedną, raz w drugą stronę, wahają się i uginają jak szereg bezbronnych ludzi pod gradem strzał nieprzyjaciela. Hektor włożył hełm i w milczeniu czekał, co zrobi Parys. Najwyraźniej nie ufał jego obietnicy przyłączenia się do walki. – Idź już – dodał Parys. – Dogonię cię, gdy tylko się ubiorę. Hektor nadal nic nie mówił. Nie chciał odejść sam, ale piękna Helena – a naprawdę była piękna – wstała wtedy z krzesła, przeszła po marmurowej posadzce i musnęła palcami jego zakrwawione ręce. – Mój przyjacielu – zaczęła głosem drżącym z emocji. – Jesteś mi drogi jak brat, a ja... ja jestem zwykłą suką, wredną dziwką, podłą cipą, koszmarem w kobiecej skórze. Wolałabym, żeby matka utopiła mnie po urodzeniu w Morzu Jońskim, niż żebym miała stać się przyczyną tego, co się wydarzyło. Cofnęła dłoń i rozpłakała się. Szlachetnego Hektora zatkało. Wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć włosów Heleny, zaraz jednak ją cofnął i chrząknął zakłopotany. Podobnie jak wielu bohaterów, także wielki Hektor, choć przecież żonaty, nie umiał sobie radzić z kobietami. Chciał coś powiedzieć, ale Helena, wstrząsana szlochem jak czkawką, uprzedziła go: – Szlachetny Hektorze, jeśli to rzeczywiście z mojego powodu bogowie urządzili Troi tę długoletnią rzeź, tym bardziej żałuję, że nie jestem żoną lepszego człowieka. Chciałabym mieć za męża wojownika, a nie lowelasa; mężczyznę, który zrobiłby coś konkretnego, zamiast zabawiać się z małżonką w łóżku, kiedy miasto dogorywa. Parys zrobił krok w jej kierunku, jakby chciał ją uderzyć, ale powstrzymała go obecność Hektora. My, zwykli żołnierze, staliśmy pod ścianą, gapiliśmy się w przestrzeń i udawaliśmy, że nie mamy uszu. Helena spojrzała na Parysa. Łzy napłynęły jej do zaczerwienionych oczu. Mówiła dalej do Hektora, jakby Parysa – człowieka, który uprowadził ją ze Sparty, jej drugiego męża – nie było w pokoju: – Bo ten... zasłużył na najgłębszą pogardę ze strony prawdziwych mężczyzn. Nie ma w nim ducha walki... Nie ma za grosz charakteru. Nigdy nie było. Parys rozdziawił usta i zaczerwienił się, jakby go spoliczkowano. – Ale kiedyś zbierze żniwo swego tchórzostwa, Hektorze – ciągnęła Helena z odrazą, aż drobinki jej śliny spadały na podłogę. – Przysięgam, że pożałuje swojej słabości. Przysięgam na bogów! Parys dyskretnie się oddalił, a Helena odwróciła się do stojącego przy niej zakrwawionego wojownika. – A na razie chodź, spocznij obok mnie na sofie, bracie. To ty najwięcej cierpisz przez tę wojnę, a wszystko z mojego powodu. Wszystko przez jedną głupią dziwkę. – Usiadła i poklepała leżące obok poduszki. – Los nas połączył, Hektorze. Zeus posiał w naszych duszach ziarno milionów śmierci, które przyniosą kres naszej epoki. Jesteśmy śmiertelni, mój drogi Hektorze, oboje umrzemy, ale pamięć o nas, zapisana w pieśni, przetrwa tysiące pokoleń... Hektor chyba nie miał ochoty dalej jej słuchać, bo odwrócił się i wymaszerował z komnaty, zakładając po drodze hełm. Poziome promienie zachodzącego słońca zamigotały na blasze. Spojrzałem jeszcze raz na Helenę, która siedziała ze spuszczoną głową. Miała śnieżnobiałe ramiona i miękkie piersi, rysujące się pod cienkim materiałem. Ścisnąłem mocniej włócznię, własność Dolona zwiadowcy, i wyszedłem w ślad za Hektorem i trójką jego wiernych żołnierzy. To ważne, żebym tak właśnie o tym opowiedział. Helena porusza się przez sen, szepcze moje nazwisko i znów nieruchomieje. Moje nazwisko. Kiedy słyszę „Hockenberrrrii”, czuję się tak, jakby grot włóczni przeszywał mi serce. Leżąc u boku najpiękniejszej kobiety antycznego świata, a może i najpiękniejszej kobiety w historii ludzkości, z pewnością zaś kobiety, przez którą zginęło najwięcej mężczyzn w dziejach, wspominam swoje życie. Moje poprzednie życie. To prawdziwe. Miałem żonę, Susan. Poznaliśmy się na studiach w Boston College i pobraliśmy wkrótce po uzyskaniu dyplomów. Susan była z wykształcenia pedagogiem, ale od kiedy w 1972 roku przeprowadziliśmy się do Indiany (objąłem posadę wykładowcy filologii klasycznej na tamtejszym uniwersytecie), rzadko pracowała. Nie mieliśmy dzieci, chociaż wcale nie dlatego, że się nie staraliśmy. Żyła jeszcze, kiedy zachorowałem na raka i trafiłem do szpitala. Dlaczego, na Boga, akurat teraz mi się to przypomina? Przeżyłem dziewięć lat prawie bez wspomnień, a teraz przypomniałem sobie Susan. Dlaczego strzępy mojego poprzedniego życia zaczynają mnie prześladować w takiej chwili? Nie wierzę w Boga przez duże B. Nie wierzę również w bogów przez małe b, chociaż widziałem ich na własne oczy. Nie traktuję ich jako rzeczywistych sił, zdolnych kształtować wszechświat. Wierzę natomiast w tę sukę Ironię. Jest ponadczasowa, rządzi ludźmi, bogami i Bogiem. I ma paskudne poczucie humoru. Czuję się jak Romeo leżący u boku Julii. Słyszę nadciągającą z południowego zachodu burzę: grzmot niesie się echem po dziedzińcu, nasilający się wiatr porusza zasłonami w drzwiach tarasów po obu stronach ogromnej sypialni. Helena znów się porusza, ale się nie budzi. Jeszcze nie. Zamykam oczy i przez parę minut udaję, że śpię. Mam wrażenie, jakby piasek zgrzytał mi pod powiekami. Starzeję się; powinienem więcej spać, zwłaszcza po trzykrotnym kochaniu się z najpiękniejszą i najbardziej zmysłową kobietą na świecie. Po wyjściu od Heleny i Parysa poszliśmy z Hektorem do jego domu. Heros, który prawie nigdy nie cofał się z pola boju, uciekł przed pokusą pięknej Heleny. Czmychnął do domu, do Andromachy i swojego rocznego synka. Wprawdzie przez dziewięć lat błąkania się po Ilionie i jego okolicach ani razu nie rozmawiałem z żoną Hektora, ale znam jej historię. Wszyscy w Troi ją znają. Andromacha była piękną kobietą – nie tak piękną jak Helena czy boginie, ale niezwykle urodziwą w taki zwyczajny, ludzki sposób. Poza tym była córką króla. Pochodziła z trojańskiego kraiku znanego w Tebach pod nazwą Kilikii, a jej ojcem był Eetion, miejscowy władca, którego wszyscy poddani darzyli szacunkiem, a większość także podziwem. Ich pałac stał na zboczach góry Placos, której lasy słynęły z doskonałego drewna. Bramę Skajską w Ilionie zbudowano właśnie z kilikijskiego drewna – podobnie zresztą jak stojące trzy kilometry od niej, za plecami oblegających Troję wojsk, greckie machiny oblężnicze. Ojca Andromachy zabił Achilles. Szybkonogi mężobójca ściął Eetiona w walce wkrótce po lądowaniu pod Troją, gdy na czele swoich oddziałów zdobywał okoliczne miasta. Andromacha miała siedmiu braci, pasterzy, nie wojowników. Achilles zabił ich tego samego dnia: wytropił wśród pól i pomordował w kamienistych wąwozach poniżej linii lasu. Oczywistym było, że przyświeca mu zamiar pozbycia się wszystkich męskich potomków kilikijskiego rodu królewskiego. Wieczorem kazał przyodziać Eetiona w zbroję z brązu, spalił jego zwłoki z wszelkimi należnymi honorami i na popiołach króla usypał kurhan. Zwłoki braci Andromachy zostały porzucone na pastwę wilków. Mimo że Achilles wzbogacił się na łupach z tuzina zdobytych miast, za małżonkę Eetiona zażądał prawdziwie królewskiego okupu. I otrzymał go. Ilion był jeszcze wtedy zamożnym miastem i mógł swobodnie handlować z najeźdźcami. Matka Andromachy wróciła więc do pustego pałacu w Kilikii, gdzie, według słów samej Andromachy, która chętnie relacjonowała swoje żałobne dzieje, „dosięgła ją strzała Artemidy”. Przynajmniej w pewnym sensie. Artemida, córka Zeusa i Leto, siostra Apolla, którą nie dalej jak wczoraj widziałem na Olimpie, jest boginią łowów, ale patronuje też szczęśliwym porodom. Jest taka scena w Iliadzie, kiedy rozwścieczona Hera przed obliczem Zeusa miota na nią przekleństwa: – Lwicą jesteś dla kobiet, to twoja ozdoba! Możesz zabijać wszystko, co ci się podoba! Chodzi jej o to, że Artemida nie tylko służy śmiertelnym kobietom jako boska położna, ale także decyduje o śmierci matek w połogu. Matka Andromachy zmarła dziewięć miesięcy po tym, jak w dzień śmierci Eetiona uprowadził ją Achilles. Zmarła w połogu, wydając na świat dziecko mordercy swojego męża. I niech mi ktoś powie, że ta zdzira, bogini Ironia, nie rządzi światem. Andromachy i dziecka nie było w domu. Zostaliśmy przy wejściu, kiedy Hektor biegał po pokojach, wyraźnie zatroskany i chyba bardziej przestraszony niż kiedykolwiek na polu bitwy. W końcu wrócił do nas i zagadnął dwie wchodzące właśnie do domu służące: – Gdzie Andromacha? Poszła z kobietami do świątyni Ateny? A może do domu mojej siostry? Albo do bratowej? – Pani poszła na mury – odparła starsza z kobiet. – Wszystkie Trojanki słyszały, że dziś bój był okrutny. Ponoć Diomedes wpadł w szał, a fortuna zwróciła się przeciwko synom Ilionu. Wasza małżonka, panie, postanowiła wyjść na wieżę bramną i zobaczyć, czy jej mąż żyw jeszcze. Biegła jak obłąkana, panie. Niania z dzieckiem ledwie mogła za nią nadążyć. My też ledwie nadążaliśmy za Hektorem, kiedy ruszył biegiem do Bramy Skajskiej. Dopiero znalazłszy się o przecznicę od niej zdałem sobie sprawę, że nie powinienem iść tam razem z nim. To wydarzenie – spotkanie Hektora i Andromachy na murach miejskich – było zbyt ważne. Bogowie z pewnością zamierzali śledzić jego przebieg. Muza, która na mnie polowała, też mogła się tam pojawić. Kilkaset metrów przed bramą zostałem z tyłu i wmieszałem się w uliczny tłum. Cienie stały się głębsze, powietrze pochłodniało, ale niebosiężne wieże Ilionu wciąż były oświetlone czerwonymi promieniami zachodzącego słońca. Wszedłem do jednej z nich – cały czas w przebraniu Dolona – i krętymi schodami wdrapałem się na szczyt. Wieża konstrukcją przypominała minaret (mimo że do narodzin islamu pozostały jeszcze dwa tysiące lat), wyszedłem więc w końcu na wąski, okalający ją balkonik. Byłem sam. Słońce świeciło mi w oczy, ale kiedy spolaryzowałem soczewki i ustawiłem odpowiednie powiększenie, mogłem bez przeszkód obserwować rodzinne spotkanie na blankach. Andromacha zbiegła z najwyższego poziomu murów i rzuciła się mężowi na szyję. Hektor podniósł ją z ziemi i uściskał z całych sił; słońce zalśniło w polerowanej stali jego hełmu. Żołnierze i ich żony, którzy również znaleźli się na murach, rozstąpili się, by zapewnić wodzowi i jego małżonce odrobinę prywatności. Tylko niania z rocznym chłopczykiem na rękach trzymała się blisko małżonków. Mógłbym wycelować w ich stronę mikrofon kierunkowy i podsłuchać rozmowę, ale wolałem po prostu patrzeć, śledzić ruchy ich warg i wyrazy twarzy. Kiedy przeminęła chwilowa ulga na widok męża, Andromacha zmarszczyła brwi i zaczęła coś pospiesznie wykładać Hektorowi. Pamiętałem mniej więcej, co według Homera powinna mówić: chciała mu się zwierzyć ze swoich trosk, poskarżyć na samotność, której winny był Achilles, zabójca jej ojca i braci. Niektóre jej słowa naprawdę udało mi się odczytać z ruchu warg: – Zastępujesz mi teraz ojca i matkę, Hektorze. Jesteś mi jak brat. Zlituj się nade mną, mężu! Nie porzucaj mnie! Nie wracaj na iliońską równinę, gdzie zginiesz, a Achajowie wlec będą twoje zwłoki za rydwanem, aż ciało odejdzie od kości. Zostań! Walcz tutaj, na murach! Broń miasta! – Nie mogę – odparł krótko Hektor. Jego hełm znów błysnął w słońcu, gdy pokręcił przecząco głową. – Ależ możesz – zaprotestowała Andromacha. Na jej twarzy malowały się miłość i strach. – Musisz. Zbierz wojsko przy tym figowcu, tam... Widzisz? To najsłabszy punkt naszego ukochanego Ilionu. Argiwowie już trzy razy przypuścili tam szturm; trzykrotnie ich najwięksi bohaterowie prowadzili żołnierzy do boju: obaj Ajaksowie, Idomeneus i ten straszliwy Diomedes. Może jakiś prorok zdradził im słabość naszych linii obronnych. Walcz tutaj, mój mężu. Chroń nas! – Nie mogę. – Właśnie że możesz! – krzyknęła Andromacha i wyrwała się z jego objęć. – Ale tego nie zrobisz! – Nie – poruszyły się usta Hektora. – Nie zrobię. – Wiesz, co się stanie ze mną, szlachetny Hektorze, kiedy ty zginiesz i staniesz się karmą dla Achajskich psów? Hektor skrzywił się, ale nic nie powiedział. – Zostanę kurwą jakiegoś spoconego greckiego kapitana! – Andromacha krzyknęła tak głośno, że usłyszałem ją z mojego minaretu. – Trafię do Argos jako łup wojenny, jako niewolnica któregoś z Ajaksów, straszliwego Diomedesa albo jakiegoś mniej znaczącego oficerka, który będzie mnie posuwał, kiedy mu przyjdzie na to ochota! – Wiem o tym – odparł Hektor. – Ale ja będę wtedy martwy. Ziemia, która mnie przykryje, stłumi twoje krzyki. – O tak, tak... – Andromacha na przemian śmiała się i szlochała. – Wielki Hektor będzie martwy. A jego syn, którego cały Ilion zwie Astyanaksem, Władcą Miasta, będzie niewolnikiem achajskich świń. Oddzielą go od skurwionej matki i sprzedadzą. Szlachetne pozostawisz po sobie dziedzictwo, dostojny Hektorze! Wezwała do siebie nianię, zabrała jej dziecko i uniosła je przed sobą, zasłaniając się nim jak tarczą. Ból odmalował się na twarzy Hektora, kiedy wyciągnął ręce po synka. – Chodź do mnie, Skamandriosie – powiedział, zwracając Się do dziecka po imieniu, zamiast używać ludowego przydomka. Chłopiec skrzywił się, wyprężył i rozpłakał głośno. Dzielił nas kawał miasta, ale jego zawodzenie wyraźnie niosło się ponad dachami. To przez hełm. Hełm Hektora: wypolerowany, lśniący brąz, oblepiony kurzem i pokryty smugami krwi, odbijający zdeformowane słońce, fragment murów i twarz dziecka. Na górze wznosiła się ruda kita z końskiego włosia, twarz zasłaniały błyszczące policzki i ogromny nosal. Chłopiec wystraszył się własnego ojca i z krzykiem wtulił w matczyną pierś. Można by pomyśleć, że Hektor będzie zdruzgotany – nie dane mu było ostatni raz uściskać synka – ale on tylko się roześmiał. Odrzucił głowę do tyłu i zaniósł się serdecznym śmiechem. Po chwili Andromacha poszła w jego ślady. Hektor ściągnął hełm i postawił go na blankach. Potem zagarnął w ramiona dziecko i zaczął je podrzucać, aż chłopczyk uspokoił się i zaczął kwilić z radości. Wtedy Hektor przycisnął go prawą ręką do piersi, lewym ramieniem przytulił Andromache i zadarł głowę ku niebu. – Zeusie! Słyszysz mnie? Usłyszcie mnie wszyscy, nieśmiertelni! Ludzie na murach ucichli. Na ulicach zapanowało pełne wyczekiwania milczenie. Wyraźnie słyszałem donośny głos Hektora: – Sprawcie, by ten chłopiec, mój syn, który jest radością mego życia, był we wszystkim podobny do ojca! Niech będzie najsławniejszym z Trojan i wszystkich mężów świata, silny i dzielny jak ja, Hektor, jego ojciec! Pozwólcie, o bogowie, by pewnego dnia Skamandrios, syn Hektora, w chwale władał Ilionem. Niech wszyscy jego podwładni powtarzają: Jest lepszym człowiekiem, niż był jego ojciec. Taka jest moja modlitwa, bogowie. Nie pragnę innych waszych darów. Oddał syna żonie, wycałował oboje i zszedł na pole bitwy. Przyznam, że przez kilka następnych godzin chodziłem jak struty. Nie pomagała mi świadomość faktu, że za rok Andromacha naprawdę zostanie uprowadzona z płonącego miasta do obcej krainy, gdzie zostanie ekskluzywną kurtyzaną. Nie podnosiła mnie na duchu wiedza o tym, że jej przyszły pan i władca, Pyrros, który miał z nią spłodzić Molossosa, stać się protoplastą jednego ze słynnych epirskich rodów i zasłużyć sobie na piękny grobowiec w Delfach, wyrwie Skamandriosa (zwanego przez Trojan Astyanaksem, Władcą Miasta) z rąk niani i zrzuci go z murów. Ten sam Pyrros zabije również króla Priama, ojca Parysa i Hektora, i dokona tego w królewskim pałacu, przed ołtarzem Zeusa. W jedną noc ród Priama praktycznie przestanie istnieć. To była przygnębiająca myśl. Nie chcę się wypierać tego, co zrobiłem później, ale niech to będzie przynajmniej częściowe wyjaśnienie mojego zachowania. Do zmroku – a nawet dłużej – włóczyłem się ulicami miasta. Nigdy przedtem w mojej karierze scholiasty nie czułem się tak zdołowany i samotny. Porzuciłem kamuflaż Dolona, ale zachowałem strój trojańskiego włócznika. W każdej chwili byłem gotów włożyć Hełm Hadesa i użyć medalionu teleportacyjnego. Błąkając się tak bez celu, trafiłem w końcu w okolice rezydencji Heleny. Nie ukrywam, że przez lata często tam zachodziłem, wykradając czas z naukowych dyżurów i wyczekując chwili, kiedy może przypadkiem uda mi sieją zobaczyć... Ją, Helenę, najpiękniejszą i najbardziej uwodzicielską kobietę na świecie. Ileż razy stawałem naprzeciw jej kilkupiętrowego pałacu, po drugiej stronie ulicy, i gapiłem się na niego jak nieprzytomnie zakochany dzieciak? Czekałem, aż na tarasach i w komnatach zapalą się lampy i wbrew rozsądkowi liczyłem na to, że uda mi się choćby rzucić na nią okiem. Widok, który wyrwał mnie z rozmarzenia, był nad wyraz trzeźwiący: ponad dachami szybował powoli rydwan, niewidzialny dla śmiertelników, ale doskonale widoczny dla mnie z moim podrasowanym zmysłem wzroku. Moja muza powoziła rydwanem i przechylona przez poręcz przepatrywała ulice. Nigdy nie widziałem, żeby latała tak nisko nad miastem albo nad okoliczną równiną. Nie ulegało wątpliwości, że mnie szuka. Błyskawicznie naciągnąłem na głowę hełm, kryjąc się – taką miałem nadzieję – przed wzrokiem bogów i ludzi. Technika znów okazała się skuteczna: muza przefrunęła mi trzydzieści metrów nad głową i nawet nie zwolniła. Kiedy rydwan zaczął zataczać kręgi nad głównym bazarem, położonym kilkanaście kwartałów na południe od pałacu Heleny, włączyłem uprząż lewitacyjną. Wszyscy scholiaści mają takie uprzęże, ale rzadko z nich korzystamy. Osobiście najczęściej używałem jej na zakończenie dnia intensywnych walk, żeby przelecieć nad placem boju i zorientować w ogólnej sytuacji taktycznej. Często leciałem później do Ilionu – no dobrze, powiem prawdę: kierowałem się prosto do pałacu Heleny i przez parę minut z nadzieją wpatrywałem się w jej okna. Dopiero potem tekowałem się do koszar u podnóża Olimpu. Ale nie tym razem. Wzbiłem się nad ulicą, niewidzialny przeleciałem nad głowami strażników przy głównym wejściu, ponad murem i wylądowałem na tarasie wychodzącym na patio i przylegającym do prywatnych apartamentów Parysa i Heleny. Z bijącym sercem odgarnąłem wydęte wiatrem zasłony i wszedłem do środka przez otwarte drzwi balkonowe. Moje sandały nie robiły najmniejszego hałasu na kamiennej posadzce. Psy mogły mnie zwęszyć (Hełm Hadesa nie maskował zapachu), ale trzymano je tylko na parterze i zewnętrznych dziedzińcach, nie zaś tutaj, w mieszkalnych komnatach królewskiej pary. Helena właśnie się kąpała. Usługiwały jej trzy bose służące; zostawiały mokre ślady na podłodze, donosząc ciepłej wody do wpuszczonej w marmur wanny. Półprzejrzyste firanki oddzielały wannę od reszty pomieszczenia, ale ponieważ w ich obrębie ustawiono piecyki koksowe i zawieszono lampy, muśliny nie stanowiły przeszkody dla wzroku. Stanąłem niewidzialny przy samej zasłonie i podglądałem Helenę w kąpieli. Więc to są cycki, dla których tysiące okrętów wyruszyły w rejs, pomyślałem, i natychmiast skląłem się w duchu za takie kretyńskie skojarzenia. Mam ją wam opisać? Mam wyjaśnić, jak to możliwe, że jej uroda, jej nagie piękno działa na mężczyzn, których dzieli od niej lodowata otchłań tysiącleci? To chyba nie najlepszy pomysł. Nie chodzi mi bynajmniej o przyzwoitość czy dyskrecję. Widziałem wiele kobiecych piersi. Czy w krągłych, miękkich piersiach Heleny było coś niezwykłego? Coś szczególnie doskonałego w trójkątnej kępce włosów łonowych? Coś niezwykle podniecającego w kształcie jej bladych, umięśnionych ud? Coś niesamowitego w mlecznobiałych pośladkach, muskularnych plecach i szczupłych ramionach? Było, oczywiście, że było. Ale nie mnie to opisywać, nie mnie, zwykłemu scholiaście. Tylko poeta o talencie większym od Homera, Dantego i Szekspira razem wziętych umiałby opisać urodę Heleny. Wyszedłem z łazienki na pusty taras przy sypialni. Był chłodny wieczór. Dotknąłem cieniutkiej bransoletki, która pozwalała mi zmieniać postać. Gdybym przemówił na głos, rozjarzyłby się panel sterowania, ale bransoletą można było też sterować dotykiem. W jej pamięci znajdowały się wszystkie sylwetki mężczyzn, które wprowadziłem do niej przez ostatnie dziewięć lat. Teoretycznie mogłem nawet morfować w kobietę, ale jakoś nigdy nie miałem powodu, by to robić. A już z całą pewnością nie miałem go tej nocy. Powinienem wam wyjaśnić pewne aspekty morfowania. Nie chodzi w nim o proste przestawienie molekuł tworzących kości, mięśnie i pancerz i nadanie im nowego kształtu. Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie cały proces się odbywa, chociaż pewien dwudziestowieczny scholiasta, Hayakawa, próbował mi to wytłumaczyć. Spotkałem go pięć, sześć lat temu; nie pożył długo we wcieleniu scholiasty. Pamiętam, że podkreślał znaczenie zasady zachowania energii i masy, cokolwiek by to mogło znaczyć. Słuchałem go jednym uchem. W każdym razie morfowanie działa na poziomie kwantowym – jak wszystko, co ma jakiś związek z tymi bogami. Hayakawa kazał mi wyobrazić sobie wszystkich ludzi w okolicach Ilionu, w tym także jego i siebie, jako stojące fale prawdopodobieństwa. Na poziomie kwantowym, mówił, ludzie (podobnie jak wszystkie inne obiekty we wszechświecie) istnieją jako załamujące się fronty falowe: cząsteczki, pamięć, stare blizny, emocje, wąsy czuciowe, śmierdzący piwem oddech – dosłownie wszystko. Otrzymane od bogów bransolety rejestrowały fale prawdopodobieństwa wskazanych przez nas obiektów i umożliwiały nam krótkotrwałe sprzężenie naszych fal z falami zapisanymi w pamięci. Dzięki temu, przenosząc się w nowe ciało, zabieraliśmy ze sobą nasze wspomnienia i wolę. Nie rozumiem, dlaczego to nie naruszało zasady zachowania masy i energii, ale Hayakawa z uporem twierdził, że tak właśnie jest. Przejęcie kształtów innego człowieka przy zachowaniu własnego charakteru sprawiało, że my, scholiaści, prawie zawsze morfowaliśmy w mało znaczące postacie wojny trojańskiej, w bezimiennych statystów, takich jak strażnik, w którego zmieniłem się po zrzuceniu tożsamości Dolona. Gdybym upodobnił się, na przykład, do Odyseusza, Hektora, Achillesa czy Agamemnona, z wyglądu byłbym nie do odróżnienia, ale moje usposobienie – jakże dalekie od heroicznego usposobienia oryginału – sprawiałoby, że z każdą sekundą przebieg wojny trojańskiej coraz wyraźniej odbiegałby od opisu w Iliadzie. Nie mam pojęcia, co działo się z oryginałem, w który morfowaliśmy. Być może reprezentująca go fala prawdopodobieństwa rozchodziła się swobodnie w przestrzeni kwantowej, a jej kolaps w to, co nazywamy rzeczywistością, następował dopiero gdy odrzuciliśmy postać i głos oryginału. A może była rejestrowana w bransolecie albo jakiejś maszynie czy układzie scalonym na Olimpie... Nie wiem i niespecjalnie mnie to interesuje. Niedługo przed tym, jak Hayakawa rozzłościł muzę i zniknął, zapytałem go, czy moglibyśmy morfować w bogów. Roześmiał się. – Bogowie strzegą swoich fal jak oka w głowie, Hockenberry – odparł. – Nie radziłbym ci z nimi zadzierać. Uruchomiłem bransoletę i zacząłem przeglądać setki zapisanych w niej profili, aż znalazłem ten, którego szukałem. Parys. Podejrzewam, że muza zakończyłaby moją egzystencję, gdyby dowiedziała się, że w ogóle zeskanowałem Parysa z myślą o przyszłym morfowaniu. Scholiaści nie powinni mieszać się do tej historii. Gdzie był w tej chwili? Wytężyłem pamięć i przesunąłem palcem po ikonie aktywującej morfowanie. Wydarzenia z dzisiejszego popołudnia i wieczoru – spotkanie Hektora z Parysem i Heleną, późniejsze pożegnanie Hektora z żoną na murach – zostały opisane pod koniec szóstej księgi Iliady, prawda? Nie mogłem się skupić. Samotność rozdzierała mi serce, w głowie mi się kręciło, jakbym od południa bez przerwy chodził pijany. Tak, pod koniec szóstej księgi, Hektor zostawia Andromache, a Parys dogania go tuż przed wyjściem z miasta albo tuż po wyjściu. Jak to szło w moim ulubionym przekładzie? „I Parys dłużej w swoim pałacu nie siedzi”. Nowy mąż Heleny zgodnie z obietnicą włożył zbroję, pozapinał paski, pobiegł za Hektorem i razem wyszli przez Bramę Skajską na równinę, gdzie czekał ich dalszy ciąg bitwy. Przypomniał mi się odczyt, który wygłosiłem kiedyś na jakiejś konferencji. Analizowałem w nim metaforę przyrównującą Parysa do rumaka, który zerwał się z uwięzi z włosami rozwianymi wiatrem i podobnymi do grzywy i teraz rwie się do boju, i tak dalej, bla, bla, bla. Gdzie on się podział? Przecież jest noc. Coś przegapiłem? Co się wydarzyło, kiedy łaziłem bez celu po mieście, wpatrywałem się w okna Heleny, a potem gapiłem na jej cycki? To już była księga siódma, którą zawsze uważałem za miszmasz przypadkowo posklejanych faktów. Kończy się w niej długi dzień, który zaczął się w księdze drugiej. Parys zabija Achaja imieniem Menestejos, Hektor zwycięża Ejoneusa. To tyle, jeśli chodzi o mężowskie i ojcowskie uściski. Potem następują dalsze walki, Hektor wychodzi do pojedynku z Ajaksem Wielkim i... I co? Nic szczególnego. Ajaks wygrywał – był lepszym wojownikiem – ale wtedy bogowie znów posprzeczali się o wynik starcia, Grecy i Trojanie poprzemawiali i poprzerzucali się groźbami, aż doszło do zawarcia rozejmu. Hektor z Ajaksem wymienili się pancerzami i zaczęli zachowywać jak starzy kumple. Zatwierdzono zawieszenie broni, żeby każda strona mogła zebrać i spalić swoich poległych, a potem... Co tej nocy robił Parys, do ciężkiej cholery? Został z Hektorem? Pilnował przestrzegania rozejmu i wygłaszał mowy pogrzebowe? Czy raczej zachował się zgodnie ze swoim charakterem i wrócił do łóżka Heleny? – Kto by się tym przejmował? – powiedziałem na głos, wcisnąłem ikonę aktywującą morfowanie i zmieniłem się w Parysa. Nadal byłem niewidzialny. Miałem na sobie hełm, uprząż lewitacyjną i resztę sprzętu. Zdjąłem hełm. Rozebrałem się, zostawiając sobie tylko bransoletę morfującą, medalion teleportacyjny i wojskowy rynsztunek Parysa. Swój ekwipunek schowałem za trójnogiem w kącie tarasu. Ściągnąłem również zbroję, którą zostawiłem na tarasie, i stałem się Parysem w tunice. Gdyby muza wypatrzyła mnie w tamtej chwili, jedynym ratunkiem byłaby dla mnie szybka teleportacja. Wróciłem do łazienki. Kiedy rozsunąłem zasłony, Helena posłała mi zdumione spojrzenie. – Mój panie? – Najpierw dostrzegłem w jej oczach opór, później jednak spuściła wzrok, jakby chciała mnie przeprosić za wcześniejsze ostre słowa i okazać uległość. – Zostawcie nas – warknęła na służące, które posłusznie wyszły, klapiąc mokrymi stopami o posadzkę. Helena Trojańska wyszła po schodkach z wanny. Włosy miała prawie suche; tylko nieliczne wilgotne pasemka opadały jej na łopatki i piersi. Nie podnosząc głowy, spojrzała na mnie spod długich rzęs. – Czego sobie życzysz, mężu? Przy pierwszej próbie nie udało mi się wykrztusić ani słowa. Dopiero za drugim razem przemówiłem głosem Parysa: – Chodź do łóżka. 19. Golden Gate w Machu Picchu Szli mostem Golden Gate, od jednej zielonej kapsuły do drugiej, po nieczynnych ruchomych schodach i przez oblane zielonym szkłem chodniki, łączące grube liny, do których podwieszono leżącą daleko w dole jezdnię. Odyseusz szedł z nimi. – Naprawdę jesteś tym Odyseuszem ze spektaklu turyńskiego? – zaciekawiła się Hannah. – Nie znam spektaklu turyńskiego. Nigdy go nie widziałem. Ada zauważyła, że mężczyzna podający się za Odyseusza ani nie potwierdził podejrzeń Hannah, ani im nie zaprzeczył. Po prostu uniknął odpowiedzi. – Jak się tu dostałeś? – spytał Harman. – A przede wszystkim: skąd? – To skomplikowana sprawa. Od dłuższego czasu jestem w podróży, usiłuję wrócić do domu. Tu tylko zatrzymałem się na odpoczynek. Za kilka tygodni ruszam dalej. Jeśli nie macie nic przeciwko temu, wolałbym później opowiedzieć wam swoją historię. Może wieczorem, przy kolacji? Savi Uhr mogłaby wyjaśnić niektóre fragmenty mojej opowieści. Ada czuła się trochę dziwnie, słuchając człowieka, dla którego angielski nie był językiem ojczystym – nigdy dotąd nie słyszała, żeby ktoś mówił z obcym akcentem. W jej oplecionym siecią faksów świecie nie było nawet dialektów regionalnych, każdy mieszkał wszędzie – i zarazem nie mieszkał nigdzie. W szóstkę wyszli na szczyt pylonu, na którym Savi posadziła sonik. Słońce właśnie muskało jedną z turni, między którymi rozpięty był most, tę południową. Z zachodu wiał silny, zimny wiatr. Podeszli do balustrady i spojrzeli dwieście pięćdziesiąt metrów w dół, na łagodną, porośniętą trawą przełęcz z ruinami. – Kiedy byłam tu ostatni raz, czyli przed trzema tygodniami, znalazłam Odyseusza w jednym z tych kriotemporalnych sarkofagów, w których sama zwykle sypiam. To sprawiło, że postanowiłam się z wami skontaktować i zostawiłam wam wskazówki na kamieniu w Suchej Dolinie. Przybycie Odyseusza ma ogromne znaczenie. Ada, Harman, Hannah i Daeman zgodnie wytrzeszczyli oczy, najwyraźniej nic nie rozumiejąc. Savi jednak nie udzieliła żadnych wyjaśnień. Pozostało im więc liczyć na to, że może Odyseusz powie coś odkrywczego. – Co będzie na kolację? – zapytał Odyseusz. – To co zwykle – odparła Savi. – Nie. – Brodaty mężczyzna pokręcił głową. – Wy dwaj... – Tępym palcem wskazał Harmana i Daemana. – Została godzina do zmierzchu. To dobra pora na polowanie. Pójdziecie ze mną? – Nie! – odparł Daeman. – Tak – stwierdził Harman. – Ja też chcę iść – wtrąciła Ada, zaskoczona własną natarczywością. – Proszę, weźcie mnie ze sobą. Odyseusz zmierzył ją czujnym spojrzeniem. – Dobrze – powiedział w końcu. – Ja też powinnam z wami iść – stwierdziła z wahaniem Savi. – Umiem obsługiwać tę twoją machinę. – Odyseusz skinieniem głowy wskazał sonik. – Wiem, ale... – Savi dotknęła zatkniętej za pas broni. – Nie będzie nam potrzebna. Chcę tylko zapolować, a nie wszcząć wojnę. Nie spotkamy wojniksów. Savi nie wyglądała na przekonaną. Odyseusz spojrzał na Adę i Harmana. – Zaczekajcie. Pójdę po włócznię i tarczę. Harman roześmiał się, zanim zdał sobie sprawę, że barczysty mężczyzna w jasnej tunice bynajmniej nie żartuje. Odyseusz rzeczywiście umiał pilotować sonik. Wzbili się w powietrze z platformy na szczycie pylonu, zatoczyli koło nad ruinami, rzucającymi wymyślne cienie w promieniach zachodzącego słońca, i z dużą szybkością zlecieli w dolinę. – Myślałem, że chcesz polować pod mostem – zauważył Harman. Odyseusz pokręcił głową. Szpakowate włosy jak poskręcana grzywa opadały mu na kark. – Tu są tylko jaguary, wiewiórki i duchy. Musimy wydostać się na równinę i poszukać prawdziwej zwierzyny. Szczególnie interesuje mnie jeden jej rodzaj. Wylecieli z wąwozu i znaleźli się nad trawiastą wyżyną, na której z rzadka rosły ogromne sagowce i inne drzewa, zwieńczone pióropuszami kiełkujących na ich konarach paproci. Słońce wciąż wyzierało sponad gór, na sawannie kładły się długie cienie. Ada wypatrzyła liczące setki sztuk stado jakichś nieznanych roślinożernych zwierząt, brunatnych z prążkowanymi zadami. Przypominały nieco antylopy, ale były od nich trzy razy większe, miały dziwnie rozmieszczone stawy w nogach, drugie, giętkie szyje i obwisłe trąby, które wyglądały jak przyczepione do pysków różowe rury. Sonik przemknął nad nimi bezszelestnie. Żadna z „antylop” nawet nie podniosła łba. – Co to za zwierzęta? – spytał Harman. – Jadalne – odparł Odyseusz. Obniżyli lot i wylądowali za zasłoną z wysokich paproci, trzydzieści metrów po zawietrznej pasącego się stada. Słońce właśnie zachodziło. Poza dwoma niewiarygodnie długimi włóczniami (były długie jak sonik i sterczały daleko poza bąbel pola siłowego), Odyseusz zabrał okrągłą tarczę z brązu zdobioną misternym wzorem i okrytą kilkoma warstwami wołowej skóry, krótki miecz w pochwie oraz nóż, który nosił zatknięty za pas. Widok trojańskiego bohatera, przeniesionego do jej świata – a właściwie do dzikiej wersji jej świata – przyprawiał Adę (która, wbrew temu, co powiedziała Harmanowi, spędzała pod całunem turyńskim całkiem sporo czasu) o zawroty głowy. Wstała i ruszyła w ślad za oddalającymi się mężczyznami. – Nigdzie nie idziesz – powstrzymał ją Odyseusz. – Pilnuj pojazdu. – Niedoczekanie – warknęła. – Chcę, żebyście oboje zostali tutaj, w krzakach – westchnął Odyseusz. – Nie ruszajcie się. Jeżeli zbliży się do was jakieś zwierzę, wskoczcie do sonika i włączcie pole siłowe. – Nie umiem! – odparł szeptem Harman. – Zostawiłem włączoną SI. Wystarczy się położyć na swoim miejscu i powiedzieć „włącz pole siłowe”. Odyseusz wziął obie włócznie i zaczął się podkradać do „antylop”. Ada wyraźnie słyszała ich pomruki i chrzęst miażdżonej zębami trawy, czuła ich silną, zwierzęcą woń. Nie bały się człowieka. Zanim któraś zauważyła obecność myśliwego i podniosła łeb, Odyseusza dzieliło od nich niewiele ponad dziesięć metrów. Zatrzymał się, odłożył na bok tarczę i jedną z włóczni, a drugą zamachnął się do rzutu. Zwierzęta przestały żuć i czujnie obserwowały dziwacznego dwunoga, ale w dalszym ciągu nie sprawiały wrażenia przestraszonych. Muskularne ciało Odyseusza zwinęło się i rozkręciło jak sprężyna. Włócznia śmignęła w powietrzu, trafiła najbliżej stojące zwierzę powyżej kłębu i przeszła prawie na wylot przez drugą, umięśnioną szyję. Ofiara zatoczyła się, zakrztusiła i z łoskotem runęła na ziemię. Rozległo się prychanie, beczenie i reszta stworzeń zgodnie rzuciła się do ucieczki. Biegły zygzakiem, w sposób, jakiego Ada jeszcze nie widziała. Nietypowo rozmieszczone stawy umożliwiały im błyskawiczną zmianę kierunku. Wkrótce grzmot kopyt ucichł – całe stado oddaliło się na północ. Odyseusz przykucnął obok zabitego zwierzęcia i wyciągnął zza pasa krótki, zakrzywiony nóż. Kilkoma szybkimi cięciami rozpruł brzuch ofiary, wyciągnął wnętrzności i wyrzucił je na trawę, zostawiając tylko coś, co musiało być wątrobą: tę położył na kawałku nieprzemakalnego nylonu, który zawczasu rozłożył obok siebie na ziemi. Następnie rozciął skórę w okolicy łopatki, oddzielił soczysty kawał czerwonego mięsa i również rzucił go na płachtę. Poderżnął martwemu zwierzęciu gardło, wykrwawił je na trawę, i wyciągnął włócznię z rany, ostrożnie, żeby jej nie złamać. Starannie wytarł krew z drzewca i grotu. Adzie zrobiło się słabo. Usiadła na ziemi, żeby nie zemdleć. Nie widziała jeszcze, żeby człowiek zabił jakieś zwierzę; tym bardziej nie miała okazji przyglądać się skórowaniu i ćwiartowaniu ofiary. Odyseusz był w tym przerażająco... skuteczny. Zawstydzona spuściła głowę, czekając, aż sprzed oczu znikną jej czarne plamy. Zaniepokojony Harman położył jej dłoń na ramieniu, ale kiedy machnęła uspokajająco ręką, ruszył w stronę myśliwego. – Nie wychodź! – zawołał Odyseusz. Harman zatrzymał się w pół kroku. – Stado uciekło. Może pomogę ci nieść... Odyseusz uciszył go gestem. – Nie na tę zwierzynę poluję. To tylko... Nie ruszaj się. Harman i Ada jak na komendę spojrzeli ku zachodowi, skąd zbliżały się dwie dwunożne istoty o ciele w biało–czarno–rude pasy. Pędziły szybko, szybciej niż przed chwilą uciekający roślinożercy. Ada wstrzymała oddech. Harman zamarł bez ruchu. Stwory mknęły w stronę Odyseusza i jego wypatroszonej ofiary z prędkością stu kilometrów na godzinę, zanim zatrzymały się z poślizgiem, w tumanach kurzu. Ada rozpoznała zwierzęta, które widzieli już wcześniej z sonika: strachptaki, tak nazwała je Savi. O ile jednak z wysoka poruszające się kaczym chodem karykatury strusiów wydawały jej się co najwyżej zabawne, o tyle teraz wyglądały naprawdę przerażająco. Strachptaki zatrzymały się pięć kroków od truchła, ze wzrokiem utkwionym w Odyseusza. Miały prawie trzy metry wzrostu, muskularne ciała porośnięte białym pierzem, czarne lotki na szczątkowych skrzydłach i masywne nogi o grubych udach. Potężne, półtorametrowe dzioby były drapieżnie zakrzywione, u nasady czerwone, jakby unurzane we krwi, i wyrastały z dobrze umięśnionych szczęk. Tuż powyżej żuchwy rosły długie, czerwone pióra, sięgające aż na tył czaszki. Tkwiące w głębokich, gadzich oczodołach złośliwe ślepia miały paskudny żółty odcień i niebieskie obwódki. Oprócz morderczego dzioba, strachptak miał również szpony u łap (długie jak przedramię Ady) i złowieszcze pojedyncze pazury, wyrastające ze stawów skrzydeł. Nie ulegało wątpliwości, że strachptaki nie są zwykłymi padlinożercami, lecz okrutnymi drapieżnikami. Odyseusz zerwał się na równe nogi, dzierżąc po jednej włóczni w każdej ręce. Ptaszyska zgodnie szarpnęły głowami, spojrzały po sobie, zamrugały żółtymi ślepiami – i tanecznym krokiem zaczęły rozchodzić się na boki, żeby zaatakować jednocześnie z dwóch stron. Ada wyraźnie czuła bijącą od nich woń padliny. Widać było, że bez wysiłku mogłyby jednym skokiem dopaść odległej o pięć metrów zdobyczy – w tym wypadku Odyseusza – przygnieść ją ważącym tonę cielskiem i rozszarpać rozcapierzonymi szponami. Oczywiste było również, że na polowaniu stanowią idealnie zgrany zespół. Odyseusz nie czekał, aż zajmą dogodną pozycję do ataku. Z zabójczą gracją rzucił pierwszą włócznię. Poszybowała w powietrzu płasko, jak błyskawica, i trafiła w pierś strachptaka zachodzącego go z lewej strony, ale Odyseusz nie śledził jej lotu: natychmiast odwrócił się do drugiego drapieżnika. Z dzioba trafionego ptaszyska wydobył się jazgot, który zmroził Adzie krew w żyłach. Sekundę później odpowiedział mu wrzask Odyseusza, który przeskoczył nad trupem roślinożercy, przerzucił drugą włócznię z lewej ręki do prawej i pchnął, celując prosto w oko drugiego z pary strachptaków. Pierwszy stwór zachwiał się i zatoczył wstecz, drapiąc sterczące mu z piersi drzewce. Gruby, dębowy trzon włóczni pękł jak zapałka. Druga bestia cofnęła głowę wężowym ruchem, szponem odparowała uderzenie i odskoczyła trzy metry do tyłu, najwyraźniej zaskoczona napaścią ze strony tego nieopierzonego dwunożnego dziwoląga. Odyseusz po każdym pchnięciu musiał błyskawicznie cofać nieporęczny oręż, żeby cios szponu nie wytrącił mu go z ręki. Krzyknął, cofnął się o krok i wydawało się, że potknął się o leżące na ziemi zwłoki roślinożercy. Upadł i przetoczył się po trawie. Strachptak dostrzegł swoją szansę: wyskoczył na dwa metry w powietrze i spadł na Odyseusza z rozpostartymi skrzydłami. Odyseusz na ułamek sekundy przed atakiem potwora płynnym ruchem przyklęknął na jedno kolano i mocno wparł tępy koniec włóczni w ziemię. Strachptak całym ciężarem nadział się na grot, który przebił jego szeroką pierś i trafił prosto w okrutne serce. Odyseusz musiał odturlać się na bok, żeby nie zmiażdżył go ciężar martwej bestii. – Uważaj! – krzyknął Harman i rzucił się biegiem w jego kierunku. Pierwszy strachptak, zalany krwią, ze złamaną włócznią wciąż tkwiącą w piersi, właśnie zachodził Odyseusza od tyłu, szykując się do skoku. Jego łeb wystrzelił do przodu na dwumetrowej, pierzastej szyi, a dziób kłapnął morderczo w miejscu, gdzie znalazłaby się głowa herosa, gdyby ten zrobił unik. Odyseusz zdążył się jednak odwrócić i rzucić naprzód, po czym natychmiast odturlał się w bok. Strachptak minął go w pełnym pędzie i zawrócił prawie w miejscu, niemal równie szybko, jak potrafiły to robić niezwykłe „antylopy”. – Hola! – zawołał Harman i rzucił w niego kamieniem. Ptak targnął głową w bok, rozdrażniony tą niezwykłą impertynencją, i skoczył w stronę Harmana, który zabuksował na piasku, zawrócił i rzucił się do ucieczki. – Szlag by to... – kwiknął jeszcze, zanim zdał sobie sprawę, że nie ucieknie przed morderczą bestią. Zatrzymał się, odwrócił, stanął w rozkroku i wzniósł pięści, szykując się na przyjęcie szarży ptaszyska. Ada rozejrzała się rozpaczliwie w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby jej posłużyć za broń: kamienia, gałęzi, czegokolwiek. Nic takiego nie znalazła. Poderwała się na nogi. Tymczasem Odyseusz rozpędził się, chwycił w przelocie tarczę, wybił się z cielska zabitego roślinożercy jak z trampoliny i wskoczył na grzbiet pędzącego strachptaka. Zdążył jeszcze wyciągnąć miecz. Ptak nie przestał wprawdzie biec w stronę Harmana i Ady, ale wykręcił łeb i próbował dziobem dosięgnąć Odyseusza, który tarczą zasłaniał się przed jego ciosami. Po każdym kłapnięciu zsuwał się trochę, ale mocno ściskał udami korpus ptaka. W rezultacie jechał odchylony do tyłu, prawie leżąc, niczym woltyżer ze spektaklu turyńskiego – ale nie spadł. Dopiero kiedy strachptak odwrócił się i wbił spojrzenie żółtych ślepi w stojącego mu na drodze Harmana, Odyseusz pochylił się do przodu, przeciągnął mu ostrzem miecza po szyi, nisko, u nasady, i rozorał aortę. Błyskawicznie zeskoczył, zwinnie wylądował i podbiegł do Harmana. Strachptak zwalił się na ziemię niespełna trzy metry przed nimi. Fontanna krwi, która z początku trysnęła na półtora metra w górę, szybko zmalała, a wkrótce wyschła zupełnie, kiedy olbrzymie serce przestało bić. Zdyszany, zakrwawiony i brudny od kurzu i trawy Odyseusz wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Na kolację potrzebowałem tylko jednego – powiedział, nie opuszczając miecza ani tarczy. – A tak będą dwa. Najwyżej nie zjemy wszystkiego. Ada złapała Harmana za ramię. Stał nieruchomo, z oczami wychodzącymi z orbit, i nawet na nią nie spojrzał. Odyseusz podszedł do bliższego z martwych ptaków, odciął mu łeb i rozciął pierś. Zdarł upierzoną skórę i oddzielił mięso od kości z taką łatwością, jakby pomagał komuś ściągnąć gruby płaszcz. – Będę potrzebował więcej worków foliowych – stwierdził. – Znajdziecię je w schowku na rufie sonika. Powiedzcie „otwórz schowek” i SI to zrobi. Tylko się pospieszcie. Harman posłusznie skierował się w stronę sonika, ale zawahał się jeszcze i zapytał: – Dlaczego musimy się spieszyć? Odyseusz wierzchem dłoni otarł krew z brody i znów uśmiechnął się od ucha do ucha. – Te ptaszyska wyczuwają krew na pięćdziesiąt kilometrów. A o tej porze polują tu setki takich par. Harman odwrócił się do sonika i pognał na złamanie karku. Ada zauważyła, że Savi i Daeman upili się jeszcze przed rozpoczęciem kolacji. Jedli w szklanym pokoju, podwieszonym z boku do południowego pylonu. Savi podgrzewała gotowe jedzenie w mikrofalowym bąblu. Ada obserwowała każdy jej ruch: nigdy nie widziała, żeby człowiek osobiście przygotowywał cały posiłek. Brak służków w mieszkalnych pomieszczeniach Golden Gate stał się jeszcze bardziej zauważalny, kiedy zasiedli do stołu. Odyseusz został na zewnątrz. Na szerokim dźwigarze zbudował prymitywną kamiennostalową konstrukcję, na której rozpalił ognisko z przyniesionego z doliny drewna. Zaczęło padać, musiał więc solidnie dokładać do ognia. Płomienie lizały rdzę i pomarańczowy lakier z boku pylonu. Harman wyjrzał przez ścianę z zielonego szkła, pociągnął łyk dżinu i spytał: – Co to ma być? Ołtarz ku czci jego pogańskich bogów? – Niezupełnie – odparła Savi. – On w ten sposób gotuje jedzenie. Rozstawiła miski i talerze na okrągłym stole, przy którym siedzieli. – Zawołaj go, dobrze? Jego kolacja się pali, a nasza tymczasem stygnie. Poza tym idzie burza. A podczas burzy nie należy przesiadywać na takiej wysokości na żelaznym moście. Odyseusz odstawił drewniane półmiski, wyładowane parującym mięsiwem, na stojącą z boku ladę, żeby jedząc, nie musieli wpatrywać się w nadwęglone szczątki. Zasiedli do stołu i Savi puściła w obieg dzban z winem. Sobie nalała na końcu. Ada usłyszała jej szept: – Baruch atah adonai, eloheno melech ha olam, borai pri hagafen. – Co to znaczy? – spytała półgłosem. Poza nimi dwiema wszyscy śmiali się właśnie z żartu Daemana i nikt nie zwrócił uwagi na mamrotanie Savi. Adzie zdarzało się słyszeć obcy język tylko w spektaklu turyńskim: wojownicy porozumiewali się tam niezrozumiałym bełkotem, całun jednak tłumaczył go bez problemu i widzowie wszystko rozumieli. Savi tylko pokręciła głową. Może sama nie rozumiała tych słów, a może nie chciała wyjawić ich sensu. – Zwiedziłam wszystkie poziomy mostu i przylepionych do niego bąbli – mówiła podekscytowana Hannah. – Metal jest stary i zardzewiały, ale... niewiarygodny. W pokojach na dole znalazłam zresztą niesamowite metalowe przedmioty: wolno stojące, nietworzące żadnej konstrukcji. Niektóre mają kształt mężczyzn, inne kobiet. Savi parsknęła śmiechem. Właśnie dolewała sobie wina, tym razem bez żadnych tajemniczych sentencji. – To posągi – odparł Odyseusz. – Rzeźby. Nigdy czegoś takiego nie widziałaś? Hannah wolno pokręciła głową. Mimo że całe lata poświęciła poznawaniu tajników topienia i odlewania metali, pomysł nadawania im kształtu ludzi i innych żywych istot wydawał jej się absurdalny. Ada musiała przyznać, że i dla niej taka myśl jest co najmniej dziwna. – Oni nie znają sztuki – wyjaśniła Savi Odyseuszowi. – Nie mają pojęcia o rzeźbiarstwie, malarstwie, rzemiośle, fotografii, holografii, nawet o inżynierii genetycznej. Nie mają muzyki, tańca, baletu, nie uprawiają sportów, nie potrafią śpiewać, nie wiedzą, co to teatr, architektura, kabuki, no... Nic nie wiedzą. Są równie twórczy jak... pisklęta. Nie, to nie tak... ptaki umieją przynajmniej śpiewać i budować gniazda. Ci... elojowie... są jak nieme kukułki: mieszkają w gniazdach innych ptaków i nawet śpiewem nie odpłacają za gościnę. Język zaczynał się jej plątać. Odyseusz z nieprzeniknioną twarzą powiódł wzrokiem po Hannah, Adzie, Daemanie i Harmanie. Oni tymczasem patrzyli na Savi, nie rozumiejąc, skąd w jej słowach tyle złości. – Nie mają również literatury – dodała Savi, patrząc Odyseuszowi w oczy. – Podobnie jak ty. Odyseusz się uśmiechnął – tak samo jak przy wykrawaniu kawałków mięsa z ciała zabitego roślinożercy, pomyślała Ada. Przed kolacją wykąpał się i umył włosy, ale oczyma wyobraźni wciąż widziała w nim myśliwego nad świeżo upolowanym łupem: ręce we krwi, broda pozlepiana posoką w strąki. Nie chciała się wtrącać, ale jej zdaniem Savi nie powinna go tak prowokować. – Niepiśmienny z natury, poznaj niepiśmiennych z wyboru. – Savi charakterystycznym gestem wskazała czwórkę swoich gości. Uniosła wyprostowany palec. – Ach, byłabym zapomniała o naszym drogim Harmanie. Oto w jednej osobie Balzak i Szekspir bieżącego pokolenia. Opanował umiejętność czytania mniej więcej w takim samym stopniu, jak przeciętny sześciolatek z zapomnianej ery. Prawda, Harman Uhr? Poruszasz wargami, kiedy czytasz? – Tak. – Harman się uśmiechnął. – Poruszam. Nawet nie wiedziałem, że może być inaczej. Osiągnięcie tego stopnia wtajemniczenia i tak zajęło mi ponad cztery dwudziestki. Zdaniem Ady dziewięćdziesięciodziewięcioletni Harman doskonale zdawał sobie sprawę, że Savi go obraża, ale zupełnie się tym nie przejmował. Bardziej go ciekawiło, co Savi powie za chwilę. Ada odchrząknęła. – Co to było za zwierzę, które... dziś... zabiłeś? – zapytała niepewnie. – Nie chodzi mi o strachptaka, tylko o to drugie, większe. – Dla mnie to po prostu bezimienny trąbonosy jarosz – odparł Odyseusz. – Chcesz kawałek? – Sięgnął po stojący na ladzie półmisek i podsunął go Adzie. Nie chcąc być nieuprzejmą, wybrała najmniejszy kawałek i manipulując ostrożnie sztućcami, przeniosła go na swój talerz. – Ja też poproszę – odezwał się Harman. Drewniany półmisek poszedł w ruch. Hannah i Daeman skrzywili się, powąchali, uśmiechnęli się uprzejmie, ale odmówili. Kiedy półmisek dotarł do Savi, ta bez słowa oddała go Odyseuszowi. Ada włożyła do ust najmniejszy kęs, jaki udało jej się odkroić. Był przepyszny; przypominał stek, tylko mocniej pachniał i miał bardziej intensywny smak. Dym nadał mu aromat nieporównywalny z niczym, co wychodziło z mikrofalówki. Odcięła drugi, większy kawałek. Odyseusz przy jedzeniu posługiwał się swoim zakrzywionym nożem: odcinał cienkie paski mięsa i na czubku ostrza wkładał je do ust. Ada z trudem mogła oderwać od niego wzrok. – Makrauchenia – powiedziała Savi, zajadając się sałatką i ryżem. Ada spojrzała na nią ciekawie. Czyżby kolejny element tajemniczego rytuału? – Słucham? – zdziwił się Daeman. – Makrauchenia. Tak się nazywa zwierzę upolowane przez naszego greckiego przyjaciela, które dwoje twoich znajomych pochłania z takim apetytem, jakby miało nie być drugiego dania. Parę milionów lat temu makrauchenie rozpleniły się na tych równinach, ale wyginęły, zanim człowiek zasiedlił Amerykę Południową. Odtworzyli je arniści w przypływie twórczego szaleństwa po rubikonie, zanim postludzie położyli kres takiemu nieprzemyślanemu wprowadzaniu wymarłych gatunków. Po odtworzeniu makrauchenii niektórzy amiści doszli do wniosku, że przydałyby się jeszcze fororaki. – Foro... co? – Fororaki. Phorusrhacos. Strachptaki. Geniusze zapomnieli jednak, że przez miliony lat strachptaki były głównymi drapieżnikami w Ameryce Południowej – do czasu, aż poziom wód w oceanie obniżył się i lądowym pomostem przywędrowały z Ameryki Północnej smilodonty. Wiecie, że Przesmyk Panamski znów znalazł się pod wodą? Że kontynenty ponownie się rozdzieliły? Savi powiodła wzrokiem po twarzach sąsiadów – wstawiona, zadziorna i stuprocentowo pewna, że żadne z nich nie ma pojęcia, o czym ona mówi. Harman pociągnął łyk wina. – Chcemy wiedzieć, co to jest smilodont. Savi wzruszyła ramionami. – Cholernie wielki kocur z kłami jak szable. Smilodonty zjadały strachptaki na śniadanie i dłubały sobie ich szponami w zębach. Ci kretyni arniści odtworzyli je wprawdzie, ale nie tutaj, tylko w Indiach. Wiecie, gdzie to jest... To znaczy, gdzie to było? Gdzie powinno być? Postludzie oderwali Półwysep Indyjski od Azji i rozbili go na kawałki. Stworzyli, kurna, archipelag! Odpowiedziały jej zdumione spojrzenia. – Dziękuję za przypomnienie – powiedział Odyseusz z tym swoim nienaturalnym akcentem. Wstał i podszedł do lady. – Drugie danie: strachptak. – Postawił duży półmisek na stole. – Od dawna ostrzyłem sobie zęby na ten przysmak, ale jakoś nie miałem czasu na niego zapolować. Kto się przyłączy? Tylko Daeman i Savi odmówili. Wszyscy dolali sobie wina. Na zewnątrz rozpętała się wściekła burza z piorunami. Most stał skąpany w blasku błyskawic, oświetlających także ruiny, chmury, przełęcz i ostre granie po obu jej stronach. Ada, Harman i Hannah przełknęli po kawałku jasnego mięsa i obficie popili je wodą i winem. Odyseusz, cały czas używając noża, pochłaniał plaster za plastrem. – Przypomina... kurczaka – stwierdziła Ada. – Zgadza się – przytaknęła Hannah. – Kurczak, jak nic. – Ale z takim dziwnym, gorzkawym posmakiem – dodał Harman. – Sęp – oznajmił Odyseusz. – Smakuje jak sęp. – Przełknął następny duży kęs. – Następnym razem trzeba zrobić więcej sosu. Odyseusz pochłaniał góry mięsa strachptaka i makrauchenii, spłukując je obficie winem, pozostali zaś w milczeniu jedli ryż z mikrofalówki. Cisza może byłaby niezręczna, gdyby nie burza: wiatr się wzmógł, pioruny biły bez przerwy, zalewając dyskretnie podświetlony pokój powodzią białego światła, nieustanne dudnienie grzmotów groziło zagłuszeniem każdej konwersacji. Zielona bańka zdawała się chwiać w podmuchach wichury. Czworo gości, którzy pierwszy raz znaleźli się na Golden Gate, spoglądało po sobie z coraz większym niepokojem. – Nie bójcie się – uspokoiła ich Savi. Nie była już ani zła, ani wstawiona, tak jakby w poprzednich niemiłych słowach wystarczająco dała upust swojej goryczy. – Paraszkło nie przewodzi prądu, a kapsuła jest mocno przytwierdzona do stalowego szkieletu; dopóki most stoi, nic nam nie grozi. – Dopiła wino i uśmiechnęła się smętnie. – Oczywiście jest starszy niż zęby Boga, więc nie gwarantuję wam, że długo postoi. Kiedy żywioły trochę się wyszalały, a Savi podała kawę i herbatę w szklanych naczyniach o dziwnym kształcie, odezwała się Hannah: – Obiecał nam pan opowiedzieć o swoim przybyciu tutaj, Odyseusz Uhr. – Mam wam wyśpiewać zawiłe koleje mojego losu, który raz po raz spychał mnie z obranej drogi po tym, jak z towarzyszami złupiliśmy święte wzgórze pergamońskie? – spytał półgłosem Odyseusz. – Tak. – Dobrze, zrobię to, ale wydaje mi się, że najpierw Savi Uhr ma do was sprawę – odparł i wyczekująco spojrzał na starszą kobietę. – Potrzebuję waszej pomocy – przyznała Savi. – Przez setki lat unikałam kontaktów z waszym światem, z wojniksami i innymi strażnikami, którzy źle mi życzą. Odyseusz nie zjawił się tu jednak bez powodu. Jego cele są zbieżne z moimi. Chciałabym was prosić, żebyście zabrali go ze sobą do siebie do domu, gdzie mógłby spotkać się z waszymi przyjaciółmi i swobodnie z nimi porozmawiać. Ada, Harman, Hannah i Daeman spojrzeli po sobie. – Dlaczego po prostu nie przefaksuje się, gdzie chce? – zdziwił się Daeman. Savi pokręciła głową. – Nie może się faksować. Tak jak ja. – Co to za nowa bzdura? Każdy może korzystać z faksu! Savi z ciężkim westchnieniem dolała sobie resztkę wina. – Czy ty wiesz, na czym polega faksowanie, chłopczyku? – No pewnie! – roześmiał się Daeman. – Na przenoszeniu się z miejsca na miejsce. – Ale czy wiesz, jak to działa? Daeman pokręcił głową. Ależ ta starucha tępa! – Co to znaczy: jak to działa? Działa i już. Działają faksy, działają służki, z kranu leje się woda... Przenosisz się z portalu do portalu, z jednego faksowęzła do drugiego. Harman przerwał mu, podnosząc rękę. – Savi Uhr pyta chyba o to, jak funkcjonuje maszyneria, dzięki której faksujemy się z miejsca na miejsce, Daeman Uhr. – Sama się nad tym zastanawiałam – przyznała Hannah. – Umiem skonstruować piec, w którym topi się metal. Ale jak działa portal, który wysyła nas z jednego miejsca do drugiego? Savi parsknęła śmiechem. – Faks wcale tego nie robi, moje dzieci. Nigdzie nikogo nie przerzuca. Faks niszczy. Rozbija ciało na atomy. Ba, samych atomów też nigdzie nie wysyła, tylko zachowuje do czasu, aż będą potrzebne innej osobie. Faksowanie to nie podróż, tylko śmierć. Po drugiej stronie z innych atomów odtwarza się nowych was. Odyseusz popijał wino i obserwował słabnącą burzę. Wyjaśnienia Savi najwyraźniej go nie interesowały. Pozostała czwórka nie odrywała od niej oczu. – Ale jak... – wyszeptała Ada. – To... to... – To chore – orzekł Daeman. – Istotnie – przytaknęła Savi. Harman odchrząknął i odstawił filiżankę z kawą. – Jeżeli przy każdym faksowaniu nasze ciała ulegają zniszczeniu, Savi Uhr, jak to się dzieje, że po... dotarciu do celu nie tracimy pamięci? – Podniósł rękę. – Mam tu taką małą bliznę. Skaleczyłem się siedem lat temu. Zazwyczaj wizyta w konserwatorni, dokąd udajemy się co dwadzieścia lat, pozwala usunąć takie drobiazgi, ale... – zawiesił głos, jakby zaczynał domyślać się odpowiedzi. – Właśnie. Maszyny sterujące portalami zapamiętują wasze drobne niedoskonałości, tak jak przechowują wasze wspomnienia i osobowość. Przesyłają te informacje – i tylko informacje – z jednego faksowęzła do drugiego, a co dwadzieścia lat, podczas tych tak zwanych „wizyt w konserwatorni”, naprawiają was. Jak ci się wydaje, dlaczego skończywszy sto lat, znikacie, Harman Uhr? Dlaczego wtedy przestają was odnawiać? I co się z wami dzieje? Harman milczał, za to Daeman zabrał głos: – Udajemy się do pierścieni, niemądra kobieto. Po piątej dwudziestce wstępujemy do pierścieni. – I stajecie się postludźmi – dodała Savi z nieudolnie skrywaną kpiną w głosie. – Wstępujecie na niebiosa i zasiadacie po prawicy... kogoś tam. – Tak – dodała Hannah, chociaż w jej ustach zabrzmiało to jak pytanie. – Nie. Nie wiem, co się dzieje z wzorcem pamięciowym, przechowywanym w logosferze, ale wiem, że nikt nie wysyła tych danych do pierścieni. Może są gdzieś zapisywane, ale wątpię. Raczej ulegają zniszczeniu. Drugi raz tego dnia Ada miała wrażenie, że lada chwila zemdleje. Mimo to zdołała się odezwać: – Dlaczego ty, Savi Uhr, i Odyseusz Uhr nie możecie korzystać z faksu? A może możecie, tylko nie chcecie tego robić? Nie chcecie umierać, nie chcecie, żeby coś rozdzierało wasze ciało jak ciała zwierząt, które dziś zjedliśmy. Zamoczyła opuszki palców w szklance z wodą i musnęła nimi policzek. – Odyseusz nie może się faksować, ponieważ w logosferze nie ma jego zapisu. Dla niego pierwsza podróż faksem byłaby ostatnią. – W jakiej logosferze? – spytał Harman. – To skomplikowane. – Savi pokręciła głową. – Zbyt skomplikowane dla starej kobiety, która tyle wypiła. Harman nie dał się zbyć. – Ale później nam to wyjaśnisz? – Nie wyjaśnię, ale pokażę. Jutro, zanim nasze drogi znów się rozejdą. Ada spojrzała Harmanowi w oczy. Był podekscytowany jak nigdy. – Ale ta logosfera... Nieważne, co to jest, ale ma twój zapis, prawda? Ty mogłabyś się faksować? – dopytywała się Hannah. – Owszem. – Savi uśmiechnęła się ponuro. – Logosfera pamięta mnie sprzed tysiąca czterystu lat. Wtedy faksowałam się codziennie. Pamięta mnie i czyha na mnie niczym niewidzialny strachptak. Rozpoznałaby mnie od razu, gdybym próbowała użyć któregoś ze standardowych portali. Niestety, dla mnie również byłaby to ostatnia próba. – Nie rozumiem. – Mniejsza o techniczne szczegóły. Po prostu pogódźcie się z tym, że ani Odyseusz, ani ja nie możemy korzystać z waszych ukochanych faksów. Gdybym zaś poleciała sonikiem, żeby zbratać się z waszym cudownym społeczeństwem, byłoby po mnie. – Dlaczego? – zdziwił się Harman. – W naszym świecie przemoc można zobaczyć tylko w spektaklu turyńskim. A nikt chyba nie wierzy, że to, co tam widzimy, dzieje się naprawdę. Spojrzał znacząco na Odyseusza, ale ten nie zareagował. Savi napiła się wina. – Uwierzcie mi: gdybym się ujawniła, zginęłabym. Uwierzcie również, kiedy mówię, że to bardzo ważne, by Odyseusz mógł poznać nowych ludzi, porozmawiać z nimi, przemówić do nich. Czy jeżeli odwiozę was z powrotem, któreś z was udzieli mu gościny przez kilka tygodni? Może przez miesiąc? – Trzy tygodnie – wtrącił oschle Odyseusz, jakby irytowały go rozmowy na jego temat, prowadzone w taki sposób, jakby go tam nie było. – Nie dłużej. – W porządku. Trzy tygodnie. Czy ktoś z was przygarnie na trzy tygodnie obcego w obcym kraju? – Czy Odyseusz nie znajdzie się przez to w niebezpieczeństwie? – zainteresował się Daeman. – Ty byś się znalazła... – Odyseusz Uhr umie się o siebie zatroszczyć. Milczenie się przeciągało. Czworo gości próbowało zrozumieć istotę prośby Savi i zgłębić jej konsekwencje. – Chętnie zaprosiłbym Odyseusza – odparł w końcu Harman – ale chciałbym również udać się do miejsca, w którym, jak mówiłaś, może się znajdować statek kosmiczny, Savi Uhr. Chcę polecieć do pierścieni. Jak słusznie zauważyłaś, dożywam końca mojej ostatniej dwudziestki, nie mam więc czasu do stracenia. Wolałbym poszukać tego osuszonego morza, gdzie podobno postludzie trzymają pojazdy zdolne wzbić się do pierścieni R i B. Mogłabyś pokazać mi, jak się pilotuje sonik? Savi potarła dłonią czoło, jakby rozbolała ją głowa. – Chodzi ci o Basen Śródziemny? Tam nie można latać sonikiem, Harman Uhr. – To zabronione? – Nie. To po prostu niemożliwe. Soniki i inne latające pojazdy nie działają w rejonie basenu. – Savi popatrzyła po twarzach biesiadników. – Można natomiast pójść tam pieszo albo pojechać. Przez całe wieki próbowałam tego dokonać i nie udawało mi się, ale mogę cię tam zaprowadzić. Pod warunkiem że któreś z twoich przyjaciół udzieli Odyseuszowi gościny. – Ja chcę iść z wami – zastrzegła się Ada. – Ja też – zawtórował jej Daeman. – Chcę zobaczyć ten cały basen. Harman posłał mu zdumione spojrzenie. – No co? Nie jestem tchórzem. Założę się, że żadnego z was nie zeżarł alozaur. – Twoje zdrowie! – Odyseusz wychylił kieliszek do dna. – Zostałaś sama – stwierdziła Savi, zwracając się do Hannah. – Z przyjemnością ugoszczę Odyseusza, ale niezbyt często bywam w towarzystwie. Poza tym mieszkam z matką, więc rzadko też urządzam przyjęcia. – To niedobrze. Odyseusz ma tylko trzy tygodnie. Powinien trafić gdzieś, gdzie bywa dużo ludzi, gdzie panuje ruch. Szczerze mówiąc, dwór Ardis byłby idealny. – Savi spojrzała znacząco na Adę. – Skąd wiesz o dworze Ardis, Savi Uhr? A skoro już przy tym jesteśmy, skąd wiesz, że Harman umie czytać? I skąd czerpiesz wiedzę o świecie, skoro nie możesz żyć wśród ludzi ani korzystać z faksu? – Obserwuję. Patrzę, czekam, czasem latam. Odwiedzam miejsca, w których mogę wtopić się w tłum. – Palenie Człowieka – wtrąciła Hannah. – Między innymi... Jesteście zmęczeni. Może zaprowadzę was do pokojów? Wyśpicie się, a rano wrócimy do tej rozmowy. Zostawcie naczynia. Później pozmywam. Gościom nawet przez myśl nie przeszło, że mogliby zebrać albo umyć talerze. Ada nie po raz pierwszy wyraźnie odczuła brak służków i wojniksów. Chciała zaprotestować przeciw wyganianiu ich do łóżek (nie słyszeli przecież jeszcze opowieści Odyseusza), ale kiedy spojrzała na swoich przyjaciół – Hannah oczy się kleiły, podpitemu Daemanowi głowa opadała na pierś, Harman ze zmęczenia wyglądał starzej niż zwykle – sama też poczuła się wykończona. To był cholernie długi dzień. Powinni iść spać. Odyseusz został przy stole, gdy Savi wyprowadziła pozostałą czwórkę z jadalni. Korytarzami oświetlonymi tylko dogasającym światłem dnia dotarli do nieczynnych krętych schodów ruchomych. Weszli na górę, skąd długi korytarz zaprowadził ich do kapsuł pod szczytem pylonu. Sypialnie nie były bezpośrednio połączone z mostem – przylegały jedynie do korytarza wrośniętego południową ścianą w stalową konstrukcję. Zwisały nad przepaścią niczym kiść zielonych winogron. Każde dostało własny pokój. Hannah zawahała się w progu. Zrobiła krok – i natychmiast cofnęła nogę. W sypialniach nawet podłogi były przezroczyste. Korytarz, wyłożony dywanem, dawał przynajmniej złudzenie bezpieczeństwa. – Nic ci tu nie grozi – uspokoiła ją Savi. – Wiem. Hannah weszła do pokoju. Łóżko stało pod ścianą naprzeciw wejścia. Do ściany korytarza przylegała łazienka z umywalką i sedesem. Ścianki działowe zasłaniały łazienkę przed wzrokiem mieszkańców innych sypialń, ale przez posadzkę widać było leżącą ćwierć kilometra niżej dolinę, rozjaśnianą światłem błyskawic. Hannah ostrożnie przeszła przez pokój i usiadła na łóżku. Pozostali nagrodzili ją śmiechem i brawami. – Nie wiem, czy zdobędę się na odwagę i pójdę w nocy do łazienki – przyznała. – Nawet jeśli będę musiała. – Przyzwyczaisz się, Hannah Uhr – zapewniła ją Savi. – Drzwi reagują na słowne polecenia i są dostrojone do twojego głosu. – Zamknij – poleciła Hannah. Drzwi zamknęły się bezszelestnie. Savi odprowadziła pozostałych gości do ich komórek: Daeman zatoczył się na łóżko, nie okazując najmniejszego lęku przestrzeni; Harman życzył jej i Adzie dobrej nocy, po czym zamknął drzwi; Ada była ostatnia. – Śpij dobrze, moja droga – powiedziała Savi. – Wschody słońca są tu przecudne. Rano czeka cię piękny widok. Spotkamy się przy śniadaniu. Na łóżku Ada znalazła czystą jedwabną koszulę nocną. Wzięła szybki, gorący prysznic, wysuszyła włosy, zostawiła ubranie obok umywalki, włożyła nocną koszulę i wróciła do łóżka. Przykryła się i odwróciła twarzą do przezroczystej ściany, za którą było widać szczyty gór i płynące w dole obłoki. Burza przesunęła się na wschód, błyskawice rozświetlały chmury od wewnątrz, okoliczne góry i zielona przełęcz pławiły się w księżycowej poświacie. Jak to powiedział Odyseusz – że mieszkają tu tylko jaguary, wiewiórki i duchy? Spoglądając na wiekowe, bladoszare głazy w dole, Ada była skłonna uwierzyć w duchy. Rozległo się ciche pukanie do drzwi. Wyśliznęła się z łóżka, na palcach przemknęła do drzwi i oparła dłoń o metal. – Kto tam? – Harman. Serce żywiej zabiło jej w piersi. Miała cichą nadzieję, że Harman do niej przyjdzie. – Otwórz – szepnęła i cofnęła się na środek pokoju, zauważając przy tym, że w świetle księżyca jej skóra i nocny strój nabrały delikatnego, mlecznego odcienia. Harman przeszedł przez próg, i odczekał, aż Ada każe się drzwiom zamknąć. Miał na sobie niebieską piżamę, również jedwabną. Ada chciała, żeby ją przytulił, wziął na ręce i przeniósł na miękkie łóżko pod zakrzywioną, przezroczystą ścianą. Ciekawe, myślała, jakie to uczucie, kochać się nad chmurami. – Chciałem z tobą porozmawiać. Ada skinęła głową. – Wydaje mi się, że to bardzo ważne, umieścić Odyseusza we właściwym miejscu na najbliższe kilka tygodni. A wątpię, by domicyl matki Hannah był takim właśnie miejscem. Ada poczuła się nagle jak idiotka. Skrzyżowała ramiona na piersi. Wydawało jej się, że czuje przenikający przez szklaną posadzkę podmuch zimnego nocnego powietrza. – Nie wiesz przecież, co Odyseusz chce zrobić. – Nie, nie wiem, ale jeśli to prawdziwy Odyseusz, sprawa jest najwyższej wagi. Savi ma rację: dwór Ardis nadawałby się idealnie. W sercu Ady wezbrała złość. Jakim prawem ten człowiek dyktuje jej, co powinna zrobić? – Skoro to takie ważne, dlaczego nie zaprosisz go do siebie? Mógłbyś go przecież ugościć w swoim domu. – Ja nie mam domu. Ada rozdziawiła usta. Jak to? Wszyscy mają domy. – Od lat jestem w podróży – ciągnął Harman. – Mam tylko to, co noszę przy sobie, i książki, które przez lata zebrałem i które trzymam w pustym lokalu w Kraterze Paryskim. Ada chciała coś powiedzieć, ale nic mądrego nie zdołała wymyślić. Harman podszedł do niej. Z tej odległości czuła jego zapach, woń mydła i mężczyzny; on też się wykąpał. Zastanawiała się, czy kiedy już skończą tę rozmowę, będą się kochać. Gniew zniknął równie szybko, jak przedtem się pojawił. – Poza tym muszę udać się z Savi do Basenu Śródziemnego. Od ponad sześćdziesięciu lat szukam sposobu dotarcia do pierścieni. Teraz jestem tak blisko... Zrozum, muszę tam pójść. Złość wróciła. – Chcę iść z tobą. Chcę zobaczyć ten basen, znaleźć statek kosmiczny, polecieć do pierścieni. Przecież to dlatego od paru tygodni cały czas ci pomagam. – Wiem – szepnął Harman i musnął jej ramię. – Ja też chciałbym, żebyś ze mną poszła. Ale sprawa Odyseusza może być naprawdę ważna. – Rozumiem, ale... – Krąg znajomych Hannah jest po prostu zbyt mały. Podobnie jak jej domicyl. – Wiem, ale... – Za to Ardis nadaje się doskonale. Harman cofnął dłoń i utkwił w Adzie nieruchome spojrzenie. Nie mogła odwrócić wzroku, ale nagle zdała sobie sprawę z tego, jak jasno świecą gwiazdy nad ich głowami, ponad sferycznym, przejrzystym sufitem. – To również wiem – przytaknęła. Zrobiło jej się smutno, poczuła się rozdarta między powinnością a własnymi pragnieniami. – Ale przecież nawet nie wiemy, czego ten Odyseusz od nas chce... ani kim naprawdę jest! – Zgoda. Tym bardziej powinnaś go przygarnąć, kiedy ja w Basenie Śródziemnym będę szukał statku kosmicznego. Obiecuję ci, że jeżeli go znajdę, przylecę po ciebie i razem udamy się na górę, do pierścieni. Ada nie odpowiedziała od razu. Stała z lekko uniesioną głową, z twarzą zwróconą ku Harmanowi, jakby spodziewała się, że lada chwila, gdy tylko przestaną rozmawiać, on ją pocałuje. Błyskawica przecięła niebo. Zielona kapsuła zadygotała od uderzenia gromu. – Dobrze – szepnęła Ada. – Przyjmę u siebie Odyseusza i będę go gościć przez trzy tygodnie. Hannah mi pomoże. Ale jest jeden warunek: jeżeli znajdziesz sposób na dostanie się do pierścieni, zabierzesz mnie ze sobą. – Obiecuję – przyrzekł Harman. I rzeczywiście ją pocałował, ale tylko w policzek, tak po ojcowsku, pomyślała Ada, chociaż nie znała swojego ojca. Potem odwrócił się do wyjścia. Zanim jednak zdążyła otworzyć mu drzwi, obejrzał się jeszcze. – Co myślisz o Odyseuszu? – zapytał. – To znaczy? – Ada nie bardzo wiedziała, jak rozumieć to pytanie. – Chodzi ci o to, czy moim zdaniem jest prawdziwym Odyseuszem? – Nie, ciekaw jestem po prostu, co ty o nim myślisz. Nie zaciekawił cię? – Pytasz, czy interesuje mnie jego historia? Przyznam, że mnie intryguje, ale musiałabym usłyszeć, co ma do powiedzenia, zanim ocenię, czy mam mu wierzyć, czy nie. – Nie o to mi... – Harman z zakłopotaniem podrapał się po brodzie. – Czy wydaje ci się interesujący? Czy cię pociąga? Ada nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Gdzieś daleko, na wschodzie, grzmot zawtórował jej echem. – Ty durniu – mruknęła w końcu. Nie czekając dłużej, podeszła do Harmana, objęła go i pocałowała w usta. Przez chwilę nie reagował, ale zaraz odwzajemnił zarówno uścisk, jak i pocałunek. Przez dzielące ich warstwy cienkiego materiału Ada czuła jego rosnące podniecenie. Światło księżyca opływało ich skórę jak mleko. Potężny podmuch wiatru uderzył w most i podłoga zatrzęsła im się pod nogami. Harman wziął Adę na ręce i zaniósł do łóżka. 20. Mars, Morze Tetydy To chyba Falstaff zniechęcił mnie do twórczości barda. – Słucham? – zdziwił się Mahnmut, bez reszty pochłonięty prowadzeniem dogorywającego batyskafu. Płynęli coraz wolniej w stronę wciąż niewidocznego brzegu: w tej chwili rozwijali mizerną prędkość ośmiu węzłów. Starał się utrzymać zasilanie wszystkich układów, przez peryskop wypatrywał na niebie rydwanów nieprzyjaciela i ponuro rozważał malejące szansę przetrwania. Siedzący w ładowni „Mrocznej Damy” Orphu nie odzywał się od ponad dwóch godzin, a teraz nagle wyskoczył z czymś takim. – Co mówiłeś o Falstaffie? – Że to przez niego rozstałem się z Szekspirem i zwróciłem w stronę Prousta – odparł Orphu. – Wydawało mi się, że powinieneś uwielbiać Falstaffa. Jest przezabawny. – Uwielbiałem go. Do licha, identyfikowałem się z nim! Chciałem nim być! Chwilami wydawało mi się nawet, że jestem do niego podobny. Mahnmut wysilił wyobraźnię – ale ta zawiodła go na całej linii. Spojrzał na przyrządy, zerknął w peryskop. – Dlaczego zmieniłeś zdanie? – zapytał. – Pamiętasz tę scenę z pierwszej części Henryka IV, w której Falstaff znajduje na polu bitwy zwłoki Henryka Percy'ego, Hotspura? – Pamiętam. Ani w peryskopie, ani na radarze nie było żadnego śladu obecności wroga. W nocy Mahnmut musiał wyłączyć uszkodzony reaktor. Od tej pory zasoby mocy w akumulatorach rezerwowych skurczyły się do czterech procent, batyskaf zwolnił do sześciu węzłów, a energii wciąż ubywało. Zdawał sobie sprawę, że chwila, w której będą musieli wypłynąć na powierzchnię, zbliża się nieuchronnie. Przy każdym wynurzeniu nabierał do sterówki zapas marsjańskiego powietrza, którym następnie oddychał tak długo, aż stawało się gęste i duszne; cały produkowany w ogniwach batyskafu tlen wysyłał prosto do Orphu. Projektanci „Mrocznej Damy” nie przewidywali jej wietrzenia w europańskiej „atmosferze”, musiał więc po drodze obejść i wyłączyć kilkanaście procedur awaryjnych. – Falstaff dźga go w udo, żeby sprawdzić, czy na pewno jest martwy – ciągnął Orphu. – Potem zarzuca sobie zwłoki na plecy i znosi je z placu boju, żeby przypisać sobie zasługę zabicia Henryka. – Zgadza się. – Satelitarny system nawigacyjny sugerował, że od wybrzeża dzieli ich trzydzieści kilometrów, ale obiektyw peryskopu nie potwierdzał tych wskazań, a Mahnmut wolał nie kierować radaru w stronę lądu. Przygotował się do opróżnienia zbiorników balastowych i kolejnego wynurzenia, ale na wszelki wypadek pozostawił sobie możliwość awaryjnego zejścia pod wodę, gdyby coś jednak pojawiło się na radarze. – „Najcenniejszym składnikiem waleczności jest rozwaga i właśnie dzięki temu składnikowi ocaliłem życie” – zacytował. – Wszyscy komentatorzy, których czytałem: Bloom, Goddard, Bradley, Morgann, Hazlitt, nawet Emerson, zgadzają się, że Falstaff jest jedną z najciekawszych postaci szekspirowskich. – Bo to prawda – przytaknął Orphu. Batyskafem zatrzęsło, kiedy opróżniały się zbiorniki balastowe. Dopiero kiedy wstrząsy ustały, Orphu dodał: – Dla mnie jednak jest osobą godną najwyższej pogardy. – Pogardy?! Batyskaf kołysał się na powierzchni. Był wczesny poranek: słońce, o wiele większe niż gwiazdka, do której widoku Mahnmut przywykł na Europie, dopiero niedawno wzniosło się ponad widnokrąg. Otworzył luki wentylacyjne i zaciągnął się świeżym, słonawym powietrzem. – „W czym objawia zmyślność, jeśli nie w chytrości? W czym chytrość, jeśli nie w łajdactwie? W czym łajdactwo, jeśli nie we wszystkim?” – powiedział Orphu. – Ale przecież książę Hal nie mówił poważnie. Mahnmut postanowił płynąć dalej na powierzchni. Sporo ryzykował – dopóki byli zanurzeni, radar co godzinę albo dwie informował o przelatujących w pobliżu rydwanach – ale mogli przyspieszyć do ośmiu węzłów i zaoszczędzić bezcenne resztki energii. – Jesteś pewien? W drugiej części Henryka IV odepchnął przecież starego samochwałę. – I Falstaff umarł. – Oddychając pełną piersią, Mahnmut rozmyślał o swoim towarzyszu, zamkniętym w ciemnej, zalanej wodą ładowni. Tylko przewód z tlenem i interkom łączyły go ze światem żywych. Już przy pierwszym wynurzeniu stało się oczywiste, że nie zdoła wydobyć Orphu z ładowni, dopóki nie dotrą do lądu. – „Król go ugodził prosto w serce” – zacytował Panią Chybcik. – Moim zdaniem zasłużył sobie na to. Kiedy kazano mu werbować żołnierzy na wojnę z Percym, brał łapówki za to, żeby wybronić od wojska porządnych ludzi i do służby trafiały same niedojdy. „Mroczna Dama” przyspieszyła, prując niskie fale. Mahnmut nie spuszczał wzroku z sonaru, radaru i peryskopu. – Wszyscy twierdzą, że Falstaff jest ciekawszą postacią od Hala: zabawny, realistycznie nakreślony i dowcipny pacyfista. Jak to napisał Hazlitt: „Naturą Falstaffa jest błoga wolność, zdobyta dzięki poczuciu humoru”. – Dobrze, ale co to za wolność? Prawo do przedrzeźniania wszystkiego i wszystkich? Prawo do bycia tchórzem i złodziejem? – Sir John był rycerzem – obruszył się Mahnmut, uważniej słuchając słów Orphu, cynicznego i dowcipnego komentatora morawieckich losów. – Mówisz jak Koros III – dodał. Orphu zadudnił po swojemu. – Nie mam natury wojownika. – A Koros ją miał? – zainteresował się Mahnmut. – Myślisz, że podczas ekspedycji do Pasa Asteroid zabijał inne morawce? – Nigdy się nie dowiemy, co się wydarzyło w Pasie. Wątpię jednak, by Koros bardziej rwał się do walki niż my i cała reszta pokojowo nastawionych morawców. Był natomiast wyszkolonym dowódcą i wiedział, co to obowiązek, a te cechy Falstaff wykpiwał nawet w swoim ulubieńcu, księciu Halu. – Uważasz, że to obowiązek nas tu sprowadził – mruknął Mahnmut. Na południu horyzont rozmywał się w mgiełce. – Mniej więcej. – I spodziewasz się, że będziesz się musiał okazać bardziej Hotspurem niż Falstaffem. Orphu z Io znów odpowiedział basowym śmiechem. – Na to może już być za późno. „Czas zabijałem – mnie dziś czas zabija”. – To nie Falstaff. – Nie, to Ryszard II. – Boisz się, że jesteś za stary na to, co nas tu czeka? – spytał Mahnmut. Sam był bardzo ciekaw, jak się potoczą ich dalsze losy. – Czuję się trochę staro. Nie mam oczu, rąk, nóg, zębów ani skorupy. – Zębów nigdy nie miałeś – zauważył Mahnmut. Koros miał przeprowadzić rekonesans w okolicach wulkanu Olympus Mons oraz przetransportować przywiezioną w ładowni batyskafu machinę jak najbliżej wierzchołka góry. Tymczasem „Mroczna Dama” goniła resztkami sił, Orphu również był bliski śmierci... Nawet jeśli przeżyje, nie będzie w stanie sam o siebie zadbać na lądzie; pozostanie tak samo ślepy i unieruchomiony, jak teraz. Jak Mahnmut miałby przenieść machinę na odległość pięciu tysięcy kilometrów, chroniąc po drodze Orphu i nie dając się wykryć – i zniszczyć – ludziom w rydwanach? Tym się będę martwił, kiedy przybijemy do brzegu i wyciągnę Orphu z ładowni, postanowił. Po kolei. Niebo było błękitne i puste, ale Mahnmut czuł się paskudnie odsłonięty i bezbronny, kiedy batyskaf pomalutku płynął na południe. – Czy twój przyjaciel Proust mógłby nam udzielić jakiejś rady? Orphu odchrząknął basowo. Ale i starość ma swą cześć i pracę. Wszystkie zamyka sprawy śmierć, lecz przedtem Rozbłysnąć jeszcze może czyn szlachetny... Nie jest za późno, moi przyjaciele, By świata jeszcze innego poszukać... Wiele minęło, wiele trwa – i chociaż Już nie jesteśmy mocą tą, co niegdyś Ziemią i niebem trzęsła, czym jesteśmy, Jesteśmy: związkiem mężnych serc, osłabłych Pod ciężkim czasu i losu brzemieniem, Silnych pragnieniem, by się z losem zmagać, Szukać, znajdować, wędrować do końca. – Nie wmówisz mi, że to Proust – stwierdził Mahnmut. Mgiełka na południu rzedła. – Nie. To z Ulissesa Tennysona. – Kto to jest Ulisses? – Odyseusz. – Kto to jest Odyseusz? Wstrząśnięty Orphu zamilkł. – Przyjacielu... – odezwał się po chwili. – Należy bezzwłocznie uzupełnić tę lukę w twojej znakomitej poza tym edukacji. Wszelka wiedza może nam być przydatna podczas... – Zaczekaj – przerwał mu Mahnmut. – Zaraz! – Co się stało? – Ziemia! Widzę ląd! – Możesz powiedzieć coś więcej? Jakieś szczegóły? – Właśnie podkręcam powiększenie. Orphu przez chwilę czekał cierpliwie, ale w końcu nie wytrzymał: – I co? – Kamienne głowy... Widzę kamienne głowy. Stoją na szczycie urwiska i ciągną się szeregiem na wschód... Jak okiem sięgnąć. – Tylko na wschód? Na zachód nie? – Nie. Rząd kamiennych głów zaczyna się w miejscu, w którym przybijemy do lądu. Widzę tam jakieś poruszenie, setki ludzi albo innych istot uwijają się na plaży i na urwisku... – Może lepiej się zanurzmy – zasugerował Orphu. – Przybijemy do brzegu po zmroku. Znajdź jakąś jaskinię na brzegu. Wylądujemy cichaczem, a potem... – Za późno. Zostało nam energii najwyżej na czterdzieści minut. Potem batyskaf przestanie produkować tlen i staną silniki. Poza tym te istoty... ci ludzie... oderwali się od pracy i nie wloką już następnych głów na zachód, tylko zbierają się na plaży. Całymi setkami. Widzą nas. 21. Troja Mógłbym napisać, jakie to uczucie kochać się z Heleną Trojańską. Mógłbym, ale tego nie zrobię. I to nie tylko dlatego, że chcę się zachować jak dżentelmen – chodzi o to, że szczegóły nie są w mojej opowieści najistotniejsze. Mogę jednak uczciwie stwierdzić, że gdyby mściwa muza i rozwścieczona Afrodyta znalazły mnie wkrótce po tym, jak pierwszy raz skończyliśmy się kochać z Heleną – powiedzmy, minutę po tym, jak legliśmy na plecach, rozłączeni, w wilgotnej od potu pościeli i łapiąc oddech, rozkoszowaliśmy się chłodną, przedburzową bryzą – gdyby więc wpadły wtedy z łoskotem do sypialni i postanowiły mnie zabić, mogę szczerze powiedzieć, że drugi, krótki żywot Thomasa Hockenberry'ego byłby szczęśliwy. I z pewnością miałby kapitalną końcówkę. Sekundę później Helena przystawiła mi nóż do brzucha. – Kim jesteś? – To ja, twój... – Głos zamarł mi w gardle. Wyraz oczu Heleny sprawił, że porzuciłem niewypowiedziane kłamstwo. – Jeżeli powiesz, że jesteś moim nowym mężem, będę musiała zatopić to ostrze w twoich bebechach – powiedziała bez emocji. – Jeśli jesteś bogiem, nic ci się nie stanie, w przeciwnym zaś razie... – Nie jestem bogiem – wykrztusiłem. Czubek noża zadrasnął mnie do krwi. Skąd ona go wzięła? Trzymała go cały czas pod poduszką? – Jak wobec tego zdołałeś przyjąć postać Parysa? Nagle naprawdę dotarło do mnie, że rozmawiam z Heleną Trojańską, śmiertelną córką Zeusa, wychowanką świata, w którym igraszki seksualne bogów z ludźmi były na porządku dziennym; świata, w którym istoty zmiennokształtne (niekoniecznie boskiego pochodzenia) spotykało się codziennie na ulicach; świata, w którym związki przyczynowo–skutkowe miały zupełnie inną jakość. – Bogowie dali mi możliwość morfo... zmieniania kształtów. – Kim jesteś? Albo czym jesteś? Nie sprawiała wrażenia ani rozzłoszczonej, ani szczególnie zaskoczonej; mówiła spokojnie, jej idealnych rysów nie psuł żaden okrutny grymas. Ale cały czas czułem na brzuchu nacisk ostrza. Helena czekała na odpowiedź. – Nazywam się Thomas Hockenberry i jestem scholiastą – odparłem, wiedząc, że nic z tego nie zrozumie. Mnie samemu moje nazwisko wydało się dziwne i kanciaste, kiedy wymówiłem je w powodzi miękkich dźwięków starożytnej greki. – Thomas Hockenberrrrii... – przesylabizowała. – To perskie imię? – Nie, holendersko–niemiecko–irlandzkie. Zmarszczyła brwi, ja zaś zorientowałem się, że jej zdaniem nie tylko mówię od rzeczy, ale w ogóle muszę być zdrowo szurnięty. – Ubierz się – poleciła mi. – I chodź na taras. Z olbrzymiej sypialni Heleny można było wyjść na dwa tarasy: z jednego roztaczał się widok na patio, z drugiego, od południowego wschodu – na miasto. Uprząż lewitacyjną i większość sprzętu (poza medalionem teleportacyjnym i bransoletą morfującą, w których położyłem się do łóżka) schowałem za trójnogiem na tarasie od strony patio, teraz zaś Helena wyprowadziła mnie na ten z widokiem na miasto. Włożyliśmy coś w rodzaju cienkich szlafroków i stanęliśmy przy barierce, w padającym z dołu blasku ulicznych pochodni i nagłych rozbłyskach piorunów. Helena nie rozstawała się z nożem. – Jesteś bogiem? – zapytała. Miałem ochotę odpowiedzieć twierdząco – wyglądało na to, że w ten sposób najłatwiej będzie mi ją przekonać, żeby nie dźgnęła mnie nożem – ale nagle poczułem ogromną, niewytłumaczalną ochotę powiedzenia prawdy. – Nie – odparłem. – Nie jestem bogiem. – Wiedziałam. – Pokiwała głową. – Wypatroszyłabym cię jak rybę, gdybyś próbował mnie okłamać. Nie kochasz się jak bóg – dodała z ponurym uśmiechem. No cóż, pomyślałem. Nie miałem nic do dodania. – Jak to możliwe, że możesz przybrać postać Parysa? – Bogowie to sprawili. – Po co? Czubek noża znajdował się dosłownie kilka centymetrów od mojej prawie nagiej skóry. Wzruszyłem ramionami, a kiedy przypomniałem sobie, że starożytni nie znają tego gestu, odparłem: – Mieli swoje powody. Jestem ich sługą, śledzę bitwę i informuję ich o jej przebiegu. Przydaje mi się zdolność przybierania kształtów... innych ludzi. – Gdzie mój trojański kochanek? – spytała Helena. Moje wyjaśnienia jakoś jej nie zaskoczyły. – Co zrobiłeś z prawdziwym Parysem? – Nic mu się nie stało. Kiedy porzucę jego ciało, wróci do niego i do czynności, którą przerwał, kiedy w niego morfowałem... To znaczy, kiedy przyjąłem jego postać. – Gdzie wtedy będzie? Pomyślałem, że to dziwne pytanie. – Tam, gdzie by był, gdybym nie pożyczył jego ciała. Wydaje mi się, że niedawno opuścił miasto i wraz z Hektorem szykuje się do jutrzejszej walki. Kiedy porzucę jego ciało, Parys znajdzie się tam, gdzie znalazłby się naturalną koleją rzeczy: będzie spał w namiocie, bił się z Grekami albo bzykał jakąś grecką brankę. Tego jednak nie chciałem Helenie tłumaczyć. Wątpiłem, by doceniła wykład na temat funkcji falowych, prawdopodobieństwa i równoczesności kwantowoczasowej. Nie umiałbym jej wyjaśnić, jak to możliwe, że ani sam Parys, ani jego towarzysze najprawdopodobniej nie zauważą jego nieobecności; nie wiedziałem, jak przyjmie wiadomość, że wydarzenia mogą jeszcze potoczyć się zgodnie z Iliadą, tak jakbym w ogóle się nie wtrącał i nie wywołał kolapsu tej konkretnej funkcji falowej. Kiedy wyłączę morfowanie, dziura w kontinuum kwantowym zniknie. Kurczę, prawdę mówiąc, sam tego nie rozumiałem. – Porzuć ciało Parysa – zażądała Helena. – Chcę zobaczyć, jak wyglądasz naprawdę. – Pani, gdybym... Nie zdążyłem powiedzieć nic więcej: nóż przebił cieniutki materiał i moją skórę i strużka krwi pociekła mi po brzuchu. Pokazałem jej, że muszę swobodnie – ale powoli – poruszać prawą ręką. Podświetliłem bransoletę i dotknąłem jednej z ikon. Znów byłem sobą: niskim, chudym, niezdarnym, krótkowzrocznym i łysiejącym Thomasem Hockenberrym. Helena zamrugała i błyskawicznie cięła nożem; nie sądziłem, że człowiek może się tak szybko poruszać. Usłyszałem szmer – ale ostrze zamiast mojego brzucha rozorało tylko jedwabistą szatę i pasek, którym ją przewiązałem. – Nie ruszaj się – szepnęła. Rozchyliła poły mojego szlafroka i wolną ręką zsunęła mi go z ramion. Stanąłem przed Heleną Trojańską nagi i blady. Gdyby autorzy jakiegoś słownika potrzebowali precyzyjnej definicji przymiotnika „żałosny”, wystarczyłoby zamieścić moje zdjęcie. – Możesz się ubrać – powiedziała po chwili. Naciągnąłem szlafrok, jedną ręką przytrzymując przecięty pasek. Helena stała zamyślona. Milczenie się przeciągało. Mimo późnej pory wieże Ilionu jarzyły się światłem pochodni. Na odległych murach płonęły ogniska wartowników. Na południu, za Bramą Skajską, paliły się stosy pogrzebowe. Na południowym zachodzie piętrzyły się rozświetlane błyskawicami burzowe chmury. Nie było widać gwiazd, a wiatr wiejący od Idy niósł zapach deszczu. – Jak się domyśliłaś, że nie jestem Parysem? – spytałem w końcu. Helena otrząsnęła się z zadumy. – Kobieta może zapomnieć kolor oczu kochanka – odparła z uśmiechem. – Może nie pamiętać, jaki miał głos, sylwetkę albo jak się uśmiechał, ale nigdy nie zapomina tego, jak ją rżnął. Zatkało mnie, i to nie tylko z powodu niewybrednego języka Heleny. Homer dość dosłownie wychwalał wygląd Parysa, kiedy ten dołączył do Hektora i razem wyszli z Troi: „Jak wypasły koń, długo trzymany przy żłobie... Pyszny swoją pięknością, dumnie pląsa, głowę do góry wznosi, a grzywą potrząsa”. Jakby to powiedziały nastolatki z mojej epoki: Parys to był niezły towar. A ja, leżąc z Heleną w łóżku, przejąłem tę jego grzywę, opalone ciało, brzuch jak kaloryfer, lśniące muskuły... – Masz większego penisa – wyjaśniła Helena. Znów zaniemówiłem. Nie użyła oczywiście słowa „penis” – o łacinie jeszcze wtedy nikt nie słyszał – lecz greckiego określenia, slangowego i bliższego „kutasowi”, ale to i tak nie miało sensu. Przecież kiedy się kochaliśmy, miałem członek Parysa... – Nie, nie po tym cię poznałam. – Helena jakby czytała mi w myślach. – To tylko takie spostrzeżenie. – No to jak... – Właśnie, jak. Chodzi o to, jak mnie wziąłeś, Hockenberrrrii. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć – zresztą nawet gdybym wiedział, i tak nie mógłbym wykrztusić ani słowa. A Helena znów się uśmiechnęła. – Parys miał mnie pierwszy raz nie w Sparcie, gdzie podbił moje serce, i nie w Ilionie, dokąd mnie przywiózł, lecz po drodze ze Sparty, na małej wysepce Kranae. Nie słyszałem o takiej wyspie, której nazwa w dodatku znaczyła po grecku po prostu „skalista”. Doszedłem więc do wniosku, że Parys zarządził przerwę w podróży: kazał przybić do małej, nienazwanej wysepki, gdzie mógł się dobrać do Heleny z dala od wścibskich spojrzeń załogi. To zaś znaczyło, że był... niecierpliwy. Tak jak ty, Hockenberry, odezwał się jakiś wewnętrzny głos. Za późno na wyrzuty sumienia. – Od tamtej pory brał mnie, a ja jego, setki razy. Nigdy jednak nie kochaliśmy się tak jak dziś. To niezwykła noc. Trząsłem się ze wstydu – i promieniałem z dumy. Czy to komplement? Nie... przecież to jakiś absurd. Homer opisuje Parysa jako niemal równego bogom pod względem urody i uroku, genialnego kochanka, któremu nie mogą się oprzeć ani śmiertelne kobiety, ani boginie. Wobec tego Helena... – Dzięki tobie – powiedziała, wytrącając mnie z zamyślenia. – Byłeś taki... gorliwy. Gorliwy. Ścisnąłem mocniej poły szlafroka i zerknąłem na niebo. Może burza pokryłaby moje zmieszanie. Gorliwy. – I autentyczny – dodała. – Bardzo autentyczny. Pomyślałem, że jeśli zaraz się nie zamknie i nie przestanie wyszukiwać synonimów „żałosnego”, rzucę się na nią, wyrwę jej nóż z ręki i poderżnę sobie gardło. – Czy to bogowie cię przysłali? Znów miałem ochotę skłamać – przecież nawet taka zdeterminowana kobieta nie rozprułaby brzucha posłańcowi bogów – ale i tym razem postanowiłem powiedzieć prawdę. Przenikliwość Heleny Trojańskiej graniczyła z telepatią. Poza tym miło było dla odmiany rozmawiać z kimś, kogo nie musiałem okłamywać. – Nie. Nikt mnie nie przysłał. – Przyszedłeś do mnie, bo chciałeś iść ze mną do łóżka, tak? No, przynajmniej nie powiedziała: „zerżnąć”. – Tak. To znaczy nie. Spojrzała na mnie zdziwiona. Z miasta dobiegi głośny śmiech, najpierw męski, zaraz potem kobiecy. Ilion nigdy nie spał. – Po prostu... Czułem się taki samotny. Siedzę tu od początku wojny, sam jak palec, nie mam z kim pogadać, nie mam kogo dotknąć... – Mnie sobie podotykałeś. Nie umiałbym powiedzieć, czy jej ton jest sarkastyczny, czy oskarżycielski. – To prawda – przyznałem. – Masz żonę, Hockenberrrrii? – Tak... Nie. – Pokręciłem głową. Gadałem od rzeczy. – Wydaje mi się, że kiedyś miałem, ale nawet jeśli tak, moja żona na pewno nie żyje. – Wydaje ci się? – Kiedy bogowie sprowadzili mnie na Olimp, pokonałem przepaść czasu i przestrzeni. – Wiedziałem, że mnie nie zrozumie, ale zupełnie się tym nie przejmowałem. – Podejrzewam, że w poprzednim życiu umarłem, a oni jakimś cudem mnie wskrzesili, tylko że nie przywrócili mi wszystkich wspomnień. Obrazy z mojego poprzedniego życia, tego prawdziwego, pojawiają się i znikają... jak sny. – Rozumiem – powiedziała Helena, ja zaś zdałem sobie sprawę, że w jakiś niewytłumaczalny sposób naprawdę mnie rozumie. – Czy służysz jakiemuś konkretnemu bogu albo bogini, Hockenberrrrii? – Od lat składam sprawozdania jednej z muz, ale wczoraj dowiedziałem się, że to Afrodyta rządzi moim losem. Helena nie kryła zdumienia. – Z tego wynika, że moim również – wyszeptała. – Kiedy ocaliła Parysa przed gniewem Menelaosa i przyniosła go tutaj, do sypialni, kazała mi do niego pójść. Kiedy się sprzeciwiłam, wściekła się i zagroziła, że uczyni moje żałosne dupsko – to dosłowny cytat – przedmiotem nienawiści zarówno Trojan, jak i Achajów. – Bogini miłości – mruknąłem. – Bogini żądzy. A ja wiem, co to żądza, Hockenberrrrii. Znów nie miałem nic do dodania. – Moją matką była Leda, córka Nocy – ciągnęła niezobowiązującym tonem Helena. – Zeus ją bzyknął, przybrawszy postać łabędzia, ogromnego, napalonego łabędzia. Było u nas w domu takie malowidło, przedstawiające moich dwóch starszych braci, ołtarz poświęcony Zeusowi i mnie jako łabędzie jajo. Nie mogłem się powstrzymać: parsknąłem śmiechem, ale mięśnie brzucha zaraz ścisnęły mi się w supeł. Czekałem na cios. Helena jednak tylko się uśmiechnęła. – O tak, Hockenberrrrii. Wiem, co to uwiedzenie. Wiem, jak to jest być pionkiem w grze bogów. – No tak... Kiedy Parys przypłynął do Sparty... – Nie. Kiedy miałam jedenaście lat, zostałam uprowadzona ze świątyni Artemidy Ortygii przez Tezeusza, który zjednoczył rozproszone ludy Attyki i stworzył silne państwo ateńskie. Zaszłam w ciążę i urodziłam Tezeuszowi córkę, Ifigenię. Nie potrafiłam jej jednak pokochać, więc oddałam ją Klitajmestrze, żeby razem z Agamemnonem wychowali ją jak własne dziecko. Bracia wyratowali mnie z rąk Tezeusza i zabrali z powrotem do Sparty, on zaś wyruszył z Heraklesem na wojnę z Amazonkami. Przy okazji zajrzał do piekła, ożenił się z Amazonką i zwiedził labirynt Minotaura na Krecie. W głowie mi się zakręciło. Przywykłem już, że każdy Grek, Trojanin i bóg ma swoją historię, którą opowiada nieproszony, przy pierwszej lepszej okazji. Ale dlaczego Helena... – Wiem, co to żądza, Hockenberrrrii. Wielki król Menelaos wziął mnie za żonę, chociaż tacy jak on uwielbiają dziewice i cenią godność swego rodu wyżej niż życie, a ja byłam przechodzonym towarem. Potem Afrodyta przysłała Parysa, żeby znów mnie uwiódł i zabrał do Troi jako swoją... nagrodę. Helena zawiesiła głos i przyjrzała mi się badawczo. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Jej spokojne, ironiczne słowa kryły bezmiar goryczy... Nie, nie goryczy. Spojrzałem jej w oczy. To był smutek, okrutny, bezgraniczny smutek. – Hockenberrrrii... Czy uważasz mnie za najpiękniejszą kobietę na świecie? Czy przyszedłeś mnie uwieść i uprowadzić? – Nie. Nie miałbym cię dokąd zabrać. Moje dni są policzone, odkąd ściągnąłem na siebie gniew bogów. Zdradziłem muzę i jej przełożoną, Afrodytę. Kiedy bogini miłości wyliże się z ran zadanych przez Diomedesa, zmiecie mnie z powierzchni ziemi. Jest to równie pewne, jak to, że cię widzę. – Naprawdę? – Naprawdę. – Chodź do łóżka... Hockenberrrrii. Budzę się w szarej porze przedświtu. Po ostatnich dwóch razach zdrzemnąłem się tylko parę godzin, ale i tak jestem w pełni wypoczęty. Leżę na olbrzymim łożu z rzeźbionymi kolumienkami. Jestem odwrócony plecami do Heleny, ale wyczuwam, że i ona nie śpi. – Hockenberrrrii? – Słucham? – W jaki sposób służysz Afrodycie i innym bogom? Długą chwilę zastanawiam się nad odpowiedzią, a potem odwracam się na drugi bok. Najpiękniejsza kobieta na świecie leży obok mnie w przyćmionym świetle, podparta na łokciu. Długie, czarne włosy w nieładzie spływają jej na odsłonięty bark i ramię. Ciemnymi, rozszerzonymi źrenicami wpatruje się we mnie natarczywie. – O co ci chodzi? – pytam, chociaż znam odpowiedź. – Po co bogowie sprowadzili cię tutaj przez otchłań czasu i przestrzeni, jak to powiedziałeś? Do czego jesteś im potrzebny? Przymykam oczy. Jak mam jej to wyjaśnić? Jeżeli powiem prawdę, uzna mnie za wariata, ale – o czym już wspominałem – panicznie boję się skłamać. – Znam przebieg wojny. Wiem o zdarzeniach, które jeszcze nie miały miejsca, ale do których dojdzie... może dojść w przyszłości. – Jesteś wyrocznią bogów? – Nie. – A kim? Prorokiem? Kapłanem boga, który zsyła ci wizje? – Nie. – Nic z tego nie rozumiem. Siadam na łóżku, poprawiam poduszki, żeby się wygodnie umościć. Jest jeszcze ciemno, ale z patio dobiega już śpiew pierwszego rannego ptaka. – W kraju, z którego pochodzę, mamy poemat, który opisuje tę wojnę – mówię szeptem. – Nosi tytuł Iliada. Do tej pory wydarzenia na polu bitwy pokrywają się z faktami opisanymi w Iliadzie. – Mówisz tak, jakby oblężenie miasta i cała ta wojna w twoim kraju należała do przeszłości. Jakby to wszystko wydarzyło się dawno temu. Nie mów jej tego. Nie wygłupiaj się. – Bo tak jest – potwierdzam. – Jesteś jedną z Mojr. – Nie. Jestem tylko człowiekiem. Helena uśmiecha się figlarnie. Przesuwa dłonią pomiędzy piersiami, na których szczytowałem przed kilkoma godzinami. – Wiem, co mówię, Hockenberrrrii. Rumienię się i drapię po policzku; czuję pod palcami kiełkujący zarost. Dziś się nie ogolę. No to co z tego? I tak zostało ci tylko kilka godzin życia. – Odpowiesz mi, jeśli wypytam cię o przyszłość? – pyta Helena okrutnym, przerażającym szeptem. To byłoby szaleństwo. – Nie znam waszej przyszłości – odpowiadam nieszczerze. – Znam tylko poemat, a on nie zawsze dokładnie opisuje rzeczywistość... Helena kładzie mi dłoń na piersi. – Odpowiesz mi? – Dobrze. – Czy Ilion upadnie? – Głos Heleny jest spokojny, cichy, beznamiętny. – Tak. – Wróg zdobędzie go siłą czy podstępem? Na litość boską, nie mogę jej tego powiedzieć! – Podstępem. – Odyseusz... – Helena się uśmiecha. Milczę. Wmawiam sobie, że – być może – jeśli nie zdradzę jej szczegółów, nie wpłynę na rozwój wydarzeń. – Czy Parys zginie przed upadkiem Troi? Tak. – Z ręki Achillesa? Żadnych szczegółów! To protestuje moje sumienie. – Nie – mówię. Do diabła z sumieniem. – Co czeka szlachetnego Hektora? – Śmierć. – Czuję się jak jakiś złośliwy sędzia, skazujący kolejnych nieszczęśników. – Z ręki Achillesa? – Tak. – A co z Achillesem? Wróci żywy z tej wojny? – Nie. Zabijając Hektora, Achilles przypieczętowuje swój los. Dobrze o tym wie. Od lat nosi w sobie tę wiedzę, to proroctwo, które toczy go jak rak. Długie życie – albo chwała. Homer twierdzi, że Achilles musiał... musi... będzie musiał dokonać takiego wyboru. Przepowiednia zapowiada jednak, że jeśli wybierze długie życie, zasłynie tylko jako człowiek, nie zaś jako półbóg, którym stanie się, jeżeli zabije Hektora w pojedynku. Ale Achilles przynajmniej ma wybór. Przyszłość nie jest określona! – Król Priam? – Śmierć – odpowiadam chrapliwym szeptem. Zostanie zarżnięty w pałacu, w swojej prywatnej świątyni poświęconej Zeusowi; zginie poćwiartowany jak jałówka złożona bogom w ofierze. – A co z synkiem Hektora, Skamandriosem, którego lud zwie Astyanaksem? – Zginie. Zamykam powieki. Przed oczami staje mi Pyrros, który zrzuca krzyczące dziecko z miejskich murów. – A żona Hektora, Andromacha? – szepcze Helena. – Trafi do niewoli. Jeżeli ta litania pytań szybko się nie skończy, z pewnością oszaleję. Wszystko było w porządku, dopóki obserwowałem wojnę z daleka, jako bezstronny, niezaangażowany scholiasta. Teraz jednak mówię o ludziach, których znam, z którymi rozmawiałem... i sypiałem. Właściwie to dziwne, że Helena nie zapytała, co się z nią stanie. Może nie zapyta. – A ja? Czy ja też zginę w Ilionie? – Nie. – Ale Menelaos mnie znajdzie? – Tak. Czuję się jak jedna z tych czarnych zabawek wróżących, które w czasach mojego dzieciństwa biły rekordy popularności. Dlaczego nie wziąłem przykładu z takiej czarnej kulki? Bardziej przypominałbym wyrocznię delficką: „Przyszłość jest niejasna”, mógłbym powiedzieć. Albo: „Powtórz pytanie”. Czyżbym się popisywał przed Heleną? Za późno na takie rozważania. – Menelaos znajdzie mnie, ale nie zabije? Nie padnę ofiarą jego gniewu? – Nie. Pamiętam, jak Odyseusz relacjonuje tę scenę w Odysei: Menelaos znajduje Helenę ukrytą w pałacu królewskim, w komnatach Deifobosa, nieopodal świątyni z palladionem, i rzuca się na nią z obnażonym mieczem. Chce ją zabić. Helena odsłania przed nim piersi, jakby zachęcała go do zadania ciosu, ale zdradzony mąż wypuszcza miecz z ręki i zaczynają całować. Nie wiadomo dokładnie, czy Deifobos, jeden z synów Priama, ginie z ręki Menelaosa przed tym spotkaniem, czy po... – I zabierze mnie do Sparty? Parys ginie, Hektor ginie, wszyscy wspaniali obrońcy Ilionu leżą martwi, ich wspaniałe małżonki giną lub trafiają do niewoli, miasto zostaje spalone, mury zdruzgotane, wieże obalone, zasolona ziemia przez lata nie rodzi plonów... Ja zaś żyję i wracam z Menelaosem do Sparty, tak? – Mniej więcej. – Sam słyszę, jak nieprzekonująco brzmią moje słowa. Helena wstaje z łóżka i naga wychodzi na wewnętrzny taras. Na chwilę zapominam o swojej kasandrycznej roli i z niemym podziwem wpatruję się w ciemne loki, które kaskadą spływają jej na plecy, na idealnie uformowane pośladki, na smukłe, mocne nogi. Staje przy balustradzie i nie odwracając się do mnie, pyta: – A co z tobą, Hockenberrrrii? Czy Mojry przepowiedziały także twój los w tym poemacie? – Nie. Nie byłem wystarczająco ważny. Jestem natomiast prawie pewien, że dziś zginę. Teraz Helena się odwraca. Myślałem, że się rozpłacze po tym, co jej powiedziałem (jeśli, rzecz jasna, wierzy mi), ale ona tylko się uśmiecha. – Prawie? – Tak. – Zginiesz, ponieważ rozgniewałeś Afrodytę? – Tak. – Znam jej gniew, Hockenberrrrii. Jeżeli Afrodyta będzie chciała cię zabić, zrobi to. Co za budujące słowa. Milczę. Z drugiego tarasu, tego od strony miasta, dobiega miarowe buczenie. – Co to? – pytam. – Trojańskie kobiety błagają Atenę o zmiłowanie i boską ochronę. Hektor kazał im iść do świątyni, złożyć ofiary i modlić się. Helena wygląda na patio, jakby chciała odszukać tego samotnego ptasiego śpiewaka. Za późno, żeby prosić Atenę o litość, myślę. – Afrodyta chce, żebym zabił Atenę – mówię bez namysłu. – Dała mi Hełm Hadesa i inne rzeczy, które mają mi to ułatwić. Helena odwraca się do mnie błyskawicznie. Mimo słabego oświetlenia widzę, jak pobladła. Jest wstrząśnięta. Jakby dopiero w tej chwili dotarł do niej sens moich ponurych przepowiedni. Wraca do mnie naga i siada na skraju łóżka. – Powiedziałeś: zabić Atenę? – szepcze. Odkąd rozmawiamy, pierwszy raz tak bardzo zniża głos. Potakuję. – Czyli bogów można zabić? – pyta Helena. Ledwie ją słyszę, chociaż siedzi niespełna pół metra ode mnie. – Tak mi się wydaje. Wczoraj na własne uszy słyszałem, jak Zeus mówił Aresowi, że bogowie mogą umrzeć. – Opowiadam jej o Afrodycie i Aresie, o ranach, jakie odnieśli, o dziwnym miejscu, w którym wracają do zdrowia. Wyjaśniam, że Afrodyta powinna tego dnia opuścić leczniczą kadź; możliwe, że już to zrobiła, ponieważ Olimp znajduje się w tej samej strefie czasowej co Ilion i tam również jest już, jutro”. – Możesz przenieść się na Olimp? – pyta zamyślona Helena. Nie jest już zszokowana, na jej twarzy maluje się... Co właściwie? – Możesz wedle woli podróżować z Ilionu na Olimp i z powrotem? Waham się, co odpowiedzieć. Wiem, że i tak już za dużo powiedziałem. Przecież Helena może się okazać moją muzą w kamuflażu maskującym. Co wtedy? Wiem jednak, że to nieprawda. Nie pytajcie skąd – po prostu wiem i już. A jeśli nawet się mylę, to i tak mam to gdzieś. – Tak. – Ja również zniżam głos do szeptu, chociaż rezydencja jeszcze nie budzi się do życia. – Mogę polecieć na Olimp, kiedy zechcę i przebywać tam niewidzialny dla bogów. Nie licząc świergotu ptaszka, któremu ubzdurało się, że mamy już dzień, w mieście i pałacu panuje niesamowita cisza. Zdaję sobie sprawę, że przy bramie stoją wartownicy, ale nie słyszę stąd chrobotu ich sandałów ani postukiwania włóczni o kamień. Iliońskie ulice, zawsze tak gwarne, teraz wydają mi się dziwnie ciche. Ucichł nawet dobiegający ze świątyni Ateny lament kobiet. – Czy Afrodyta zaopatrzyła cię w broń, którą zabijesz Atenę? Broń bogów? – Nie. Postanawiam nie wspominać o Hełmie Hadesa, medalionie i paralizatorze. Żadnym z tych przedmiotów nie zabiję bogini. Nagle czuję przy skórze znajome muśnięcie noża. Gdzie ona go trzyma? I jakim cudem tak szybko go wyciąga? Chyba oboje mamy swoje sekreciki. Nóż przysuwa się bliżej. – Czy jeżeli teraz cię zabiję, zmienię treść tej pieśni o Ilionie, o której mi mówiłeś? Czy zmieni się przyszłość... nasza przyszłość? Nie czas na szczerość, chłoptasiu, przestrzega mnie wewnętrzny głos. Ale i tak mówię prawdę: – Nie wiem. Moja śmierć nie powinna mieć na nią wpływu. Jeżeli moim... przeznaczeniem... jest zginąć dzisiaj, nieważne chyba, czy zabijesz mnie ty, czy Afrodyta. Nie jestem aktorem dramatu, tylko widzem. Helena kiwa głową, ale myślami cały czas błądzi gdzie indziej, tak jakby pytanie o moją śmierć nie miało wielkiego znaczenia. Podnosi nóż i opiera sobie czubek ostrza na szyi. – A jeżeli odbiorę sobie życie? Czy w ten sposób zmienię pieśń? – Nie widzę możliwości, aby twoja śmierć miała ocalić Ilion albo wpłynąć na wynik wojny. Nie jest to do końca prawda. Helena jest u Homera jedną z kluczowych postaci i wcale nie mam pewności, że po jej śmierci Grecy nadal szturmowaliby Troję. O co mieliby walczyć? O chwałę, honor i łupy. Zgoda, ale po śmierci Heleny Menelaos i Agamemnon straciliby motywację do walki, a dopóki obrażony Achilles siedzi w swoim namiocie, łupy mogłyby nie być wystarczającą zachętą dla tysięcy Achajów. Od dziesięciu lat plądrują okoliczne wyspy i portowe miasta w Troadzie. Może dość się już nachapali i pod byle pretekstem wycofaliby się z walki? Czy to nie dlatego Menelaos przystał na pojedynek z Parysem? To jedno starcie przesądziłoby losy wojny, gdyby Afrodyta nie ocaliła Parysa. Parys wrócił tu, do tego łoża i kochał się z Heleną. Może jej śmierć mogłaby jednak zakończyć wojnę? Helena opuszcza nóż. – Od dziesięciu lat myślę o samobójstwie, Hockenberrrrii. Powstrzymuje mnie jednak żądza życia i niechęć do śmierci, nawet jeśli na nią zasługują. – Nie zasługujesz – zapewniam. Uśmiecha się w odpowiedzi. – A Hektor? A jego synek? A król Priam, który jest dla mnie niczym najlepszy z ojców? Czy ci wszyscy ludzie, którzy właśnie się budzą w całym mieście, zasługują na śmierć? A nawet wojownicy, Achilles i cała reszta, także ci, którzy zstąpili już w lodowate otchłanie Hadesu – czy oni zasługiwali na śmierć z powodu jednej kobiety, która ponad małżeńską wierność przedłożyła namiętność i próżność? Co powiesz o tysiącach Trojanek, które wiernie służą mężom i bogom, a mimo to zostaną pozbawione domów i dzieci i z mojego powodu sprzedane w niewolę? Czy one zasługują na taki los, Hockenberrrrii? Tylko dlatego, że ja chcę żyć? – Nie zasługujesz na śmierć – powtarzam z uporem. Cały czas czuję jej zapach na skórze, na dłoniach, we włosach. – Niech ci będzie. – Helena chowa nóż pod materacem. – Pomożesz mi zatem? Chcę żyć i być wolną kobietą. Pomożesz mi powstrzymać wojnę albo przynajmniej odmienić jej bieg? – Co masz na myśli? – pytam z niepokojem. Nie widzę powodu, dla którego miałbym wspomóc Trojan; zresztą i tak nie dałbym rady. Zbyt wiele sił ściera się na tej równinie, nawet jeśli nie liczyć bogów. – Posłuchaj, Heleno. Kiedy mówiłem, że nie zostało mi wiele czasu, nie żartowałem. Dziś Afrodyta wyjdzie z kadzi regeneracyjnej. Mogę wprawdzie umknąć przed wzrokiem innych bogów, ale przed nią się nie ukryję. I nawet jeśli nie zabije mnie od razu za nieposłuszeństwo, w moim krótkim życiu scholiasty nie będzie już miejsca na niezależność. Helena zsuwa prześcieradło, okrywające mnie od pasa w dół. Wstaje dzień; przez okna wpada dość światła, bym mógł się jej dobrze przyjrzeć – nie widziałem jej tak wyraźnie od momentu, kiedy podglądałem ją w kąpieli. Siada okrakiem na moich udach, jedną rękę opiera mi na piersi, drugą sięga niżej, znajduje mnie i zachęca. – Teraz ty mnie posłuchaj – mówi, spoglądając na mnie sponad krągłych piersi. – Jeżeli chcesz zmienić nasz los, musisz znaleźć punkt zwrotny. Uznaję to za zachętę i próbuję się w nią wśliznąć. – Jeszcze nie – szepcze. – Słuchaj, co mówię, Hockenberrrrii. Jeżeli chcesz zmienić nasz los, musisz znaleźć punkt zwrotny całej historii. I nie chodzi mi wcale o to, co w tej chwili próbujesz zrobić. Nie jest to łatwe, ale przestaję się wiercić i cierpliwie słucham. Półtorej godziny później miasto budzi się na dobre. Idę jego ulicami w pełnym rynsztunku scholiasty, przybrawszy postać trackiego włócznika. Słońce wstało, Ilion ożywa, na ulicach panuje tłok: kupcy rozstawiają stragany, juczne zwierzęta drepczą posłusznie, dzieci biegają, aroganccy żołnierze jedzą posiłek przed walką. Niedaleko bazaru spotykam Nightenhelsera; morfował w dardańskiego strażnika, ale w moich oczach jest starym, dobrym Nightenhelserem. Je śniadanie w przydrożnej restauracji, którą obaj lubimy. Podnosi wzrok – i rozpoznaje mnie. Nie uciekam, nie używam Hełmu Hadesa, lecz dołączam do niego. Siadam pod niskim drzewem i zamawiam chleb, suszoną rybę i owoce. – Muza szukała cię przed świtem po całych koszarach – mówi korpulentny scholiasta. – A o poranku zjawiła się tutaj, pod murami. Wypytywała o ciebie. Chyba bardzo chce cię znaleźć. – Nie chcesz, żeby nas widziano razem? Mam odejść? Nightenhelser wzrusza ramionami. – My, scholiaści, i tak żyjemy pożyczonym życiem. Czy to ważne? Tempus edax rerum. Od tak dawna posługuję się greką, że przełożenie łacińskiej sentencji zajmuje mi dobrą chwilę. „Czas pożeracz wszystkiego”. Być może, ale ja i tak chciałbym go mieć więcej. Przełamuję świeży, jeszcze gorący chleb i zaczynam jeść. Zachwycam się jego cudownym smakiem i słodyczą wina. Mam wrażenie, że wyostrzył mi się wzrok, że lepiej czuję smaki i zapachy, że tego ranka wszystko jest wyraźniejsze, czystsze, nowsze i wspanialsze niż zwykle. Może to przez deszcz, który spadł w nocy. A może z innych powodów. – Coś ty taki wyperfumowany? – dziwi się Nightenhelser. Najpierw się rumienię – czyżby wyczuł ode mnie woń nocnych igraszek? – ale po chwili rozumiem, co ma na myśli. Helena nalegała, żebym przed wyjściem się z nią wykąpał. Dowiedziałem się, że stara służąca, kierująca donoszeniem wrzątku do kąpieli, nazywa się Aitra. Jest córką Pitteusa, żoną króla Aigeusa i matką słynnego Tezeusza – władcy Aten, tego samego, który uprowadził Helenę, kiedy miała jedenaście lat. Zapamiętałem imię Aitry jeszcze z czasów studenckich. Doktor Fertig, doskonały znawca Homera, upierał się, że zostało wybrane losowo ze zbioru standardowych imion greckich. Zdaniem doktora Fertiga brzmienie słów „Aitra, córka Pitteusa” spodobało się po prostu Homerowi lub jednemu z jego poprzedników, który potrzebował imienia dla niewolnicy. Niemożliwe przecież, żeby matka Tezeusza była służącą Heleny Trojańskiej. No cóż, doktorze... Mylił się pan. Gdy pół godziny temu moczyłem się z nagą Heleną w marmurowej, wpuszczonej w podłogę wannie, wspomniała, że Aitra naprawdę jest matką ateńskiego bohatera. Kiedy Kastor i Polideukes, bracia Heleny, odbili siostrę z rąk Tezeusza, za karę porwali też jego matkę. Potem Parys przywiózł je obie do Troi. – Nad czym tak dumasz, Hockenberry? – zainteresował się Nightenhelser. Znów się rumienię. Myślałem akurat o piersiach Heleny, widocznych w pianie w kąpieli. Odgryzam kawałek ryby. – Nie byłem wczoraj na polu bitwy. Działo się coś ciekawego? – pytam. – Właściwie nie. Ot, pojedynek Hektora z Ajaksem. Widowisko, na które czekaliśmy z utęsknieniem, odkąd achajskie okręty zaryły dziobami w piasek. Cała księga siódma. Nic wielkiego. – Aha... Pojedynek z księgi siódmej rzeczywiście się odbył, ale nic ważnego się nie wydarzyło. Ani Hektor, ani Ajaks nie został ranny, chociaż ten drugi z pewnością lepiej się spisał. Kiedy się ściemniło i nie mogli dłużej walczyć, zawarli rozejm, wymienili się zbrojami i bronią i armie rozstały się, żeby oddać cześć swoim poległym. Nic nie przegapiłem. Nic, dla czego warto byłoby rezygnować choć z minuty u boku pięknej Heleny. – Poza jedną ciekawostką... – dodaje Nightenhelser. Przełykam chleb i czekam. – Pewnie pamiętasz, że Hektor miał wyjść z miasta w towarzystwie Parysa i że razem mieli poprowadzić Trojan do ataku? Homer pisze, że na samym początku Parys zabija Menestejosa. – Owszem. – A pamiętasz scenę, w której doradca Priama, Antenor, namawia Trojan do oddania Heleny i skarbów zrabowanych w Argos? Twierdzi, że Achajowie odpłynęliby wtedy w pokoju. – A Hektor i Ajaks kumplują się tymczasem w najlepsze. Nie udało im się nawzajem pozabijać, więc się pogodzili i wymienili prezentami? – Zgadza się. – To też pamiętam. Nightenhelser odstawia na stół puchar z winem. – Parys powinien był odpowiedzieć Antenorowi, przekonać Trojan, żeby nie oddawali Heleny Menelaosowi, i zaproponować oddanie łupów w zamian za pokój. – I tak było? – pytam, ale zaczynam rozumieć, do czego Nightenhelser zmierza. Żołądek podchodzi mi do gardła. – Nie. Parys zniknął. Nie wyszedł z Hektorem przez Bramę Skajską, nie zabił Menestejosa, a o zmierzchu nie zaproponował zawarcia pokoju. Kiwam głową i żuję pracowicie. – No i? – To chyba jedna z największych nieścisłości, jakie dotąd zaobserwowaliśmy, Hockenberry. Nie uważasz? Znów wzruszam ramionami. – Czy ja wiem... W księdze siódmej Achajowie budują na plaży wał obronny i kopią fosę, a przecież wiesz równie dobrze jak ja, że w rzeczywistości te fortyfikacje powstały w ciągu miesiąca od ich przybycia pod Troję. Homer często nie przestrzega chronologii. – Być może. – Nightenhelser spogląda na mnie badawczo. – Zdziwiła mnie jednak nieobecność Parysa i brak sprzeciwu wobec propozycji Antenora. Skończyło się na tym, że król Priam przemówił w imieniu syna. Powiedział, że jest przekonany, że Parys nie odda Heleny, natomiast może będzie skłonny rozstać się ze skarbem. Kłopot w tym, że pod nieobecność Parysa wielu Trojan po cichu przyklasnęło Antenorowi. Odkąd tu jestem, Hockenberry, czyli od ładnych paru lat, nie widziałem jeszcze, żeby walczące strony znalazły się tak blisko zawarcia pokoju. Przechodzi mnie dreszcz. Moje igraszki z Heleną i długotrwałe podszywanie się pod Parysa zmieniły bieg wydarzeń. Gdyby muza znała Iliadę (na szczęście nie zna), od razu by się zorientowała, że spędziłem noc z Heleną, udając jej męża. – Zgłosiłeś tę nieścisłość muzie? – pytam cicho. Do wieczora Nightenhelser był – pod moją nieobecność – jedynym scholiastą na dyżurze i miał obowiązek informować muzę o podobnych sytuacjach. Niespiesznie przełyka resztkę chleba. – Nie – mówi. – Nie nagrałem tego na kamień tekstowy. Oddycham z ulgą. – Dzięki. – Chodźmy stąd. – W knajpie robi się tłoczno. Trojanie z żonami czekają w kolejce, aż zwolni się stolik. Kiedy rzucam na blat kilka monet, Nightenhelser bierze mnie pod łokieć. – Na pewno wiesz, co robisz, Hockenberry? Spoglądam mu w oczy i odpowiadam stanowczo: – Nie mam zielonego pojęcia. Na ulicy rozdzielamy się i rozchodzimy w przeciwnych kierunkach. Skręcam w pustą przecznicę, naciągam na głowę Hełm Hadesa i sięgam ręką do medalionu. Na szczycie Olimpu słońce dopiero wschodzi, jego słaby blask kładzie się na białych gmachach i zielonych trawnikach. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego słońce na Olimpie i w jego okolicy wydaje się mniejsze niż na niebie nad Ilionem. Wyobraziłem sobie parking obok domu muzy – i tam właśnie się przeniosłem. Wstrzymując oddech patrzę, jak rydwan zlatuje spod nieba i ląduje nie dalej niż pięć metrów ode mnie. Apollo wysiada i oddala się; nie zauważa mnie. Hełm Hadesa działa. Wsiadam do rydwanu i dotykam umieszczonej z przodu płytki z brązu. Bardzo uważnie obserwowałem muzę, kiedy lecieliśmy nad Jeziorem Kalderowym. Kilka centymetrów ponad płytką pojawia się holograficzna klawiatura. Dotykam umieszczonych na niej ikon w takiej samej kolejności, jak czyniła to muza. Rydwan dygocze, wznosi się chwiejnie i wreszcie stabilizuje, kiedy biorę do ręki podświetlony wirtualny drążek sterowy, umieszczony obok klawiatury. Przechylam go w lewo i pojazd posłusznie skręca. Lecę piętnaście metrów nad trawnikiem. Muskam ikonę ze strzałką skierowaną w przód i rydwan rwie na południe, ponad błękitną taflą jeziora. Gdyby jakiś bóg spojrzał w tę stronę, zobaczyłby pusty rydwan, ale w pobliżu nie ma żadnego widzialnego boga. Po drugiej stronie jeziora wznoszę się wyżej i wypatruję właściwej budowli. Jest! Tuż za Dworem Bogów. Jakaś bogini – nie rozpoznaję jej – stoi na schodach i wyciągniętą ręką wskazuje mój pozornie pusty rydwan. Krzyczy przy tym rozpaczliwie, ale jest już za późno. Znalazłem budynek, którego szukam: wysoki, biały, z otwartymi wrotami. Obeznany ze sterami rydwanu nurkuję, wyrównuję lot pięć metrów nad ziemią i pędzę w stronę otwartych drzwi. Kiedy z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę przelatuję między kolumnami portyku, muszę niemal położyć rydwan na boku – ale z niego nie wypadam. Pojazd widocznie generuje sztuczne ciążenie. Wnętrze wygląda tak, jak je zapamiętałem: olbrzymie kadzie pełne bulgoczącej, fioletowej cieczy, zielone robale wijące się wokół zanurzonych w płynie, nieprzytomnych bogów. Uzdrowiciel – olbrzymia stonoga o metalowych ramionach i czerwonych ślepiach – stoi po drugiej stronie zbiornika, w którym znajduje się Afrodyta; domyślam się, że szykuje się do wyciągnięcia bogini. Spogląda w moją stronę. Jego rozliczne ramiona drżą, kiedy rydwan mąci panującą w pomieszczeniu ciszę. Ale Uzdrowiciel nie stoi mi na drodze, przyspieszam więc, zanim ktoś inny mi przeszkodzi. Dopiero w ostatnim ułamku sekundy postanawiam wyskoczyć z rydwanu, zamiast zostać w nim do końca. To chyba wspomnienie Heleny popycha mnie do tej decyzji; wspomnienie spędzonej z nią nocy i na nowo odkrytej radości życia. Wciąż niewidzialny – Hełm Hadesa skutecznie mnie chroni – wyskakuję z rydwanu. Ląduję ciężko na kamiennej posadzce, czuję ból w prawej ręce, którą na pewno poważnie obiłem, a może nawet złamałem, turlam się po ziemi i wreszcie zatrzymuję. W tej samej chwili rydwan uderza w kadź regeneracyjną, roztrzaskuje plastik i miażdży stal. Fontanna fioletowego płynu tryska na trzydzieści metrów w górę. Coś – albo fragment rydwanu, albo duży odłamek szkła z kadzi – przecina Uzdrowiciela na dwoje. Ciało Afrodyty wypada na podłogę w powodzi liliowej cieczy, otoczone rojącą się masą robali. Inne zbiorniki, także ten, w którym pławi się Ares otoczony własnym rojem robaków, chwieją się mocno, ale żaden się nie przewraca ani nie pęka. Ogłusza mnie jazgot syren i brzęczyków alarmowych. Próbuję wstać, ale głowa, lewa noga i prawy bark bolą mnie okrutnie, więc tylko osuwam się bezradnie na podłogę. Odczołguję się na bok, uważnie omijając rozlaną maź. Nie wiem, jaki ma skład i czy kontakt z nią może mi zaszkodzić, ale przede wszystkim boję się, że w fioletowej powodzi byłoby widać zarys mojego ciała. Czarne plamy tańczą mi przed oczami; wiem, że za chwilę zemdleję. Pojawiają się pierwsi bogowie i lewitujące roboty. W ostatnim przebłysku świadomości widzę jeszcze Zeusa, który w rozwianym płaszczu, z marsem na czole wkracza do sali. Cokolwiek za chwilę się wydarzy, wydarzy się beze mnie. Opieram czoło o chłodny kamień posadzki, zamykam oczy i pozwalam, by zagarnęła mnie ciemność. 22. Wybrzeże Chryse Planitia Zabiłem mojego przyjaciela, Orphu z Io – powiedział Mahnmut do Williama Szekspira. Spacerowali brzegiem Tamizy. Mahnmut wiedział, że jest późne lato 1592 roku, chociaż nie miał pojęcia, skąd to wie. Na wodzie roiło się od barek, łodzi wiosłowych i żaglowców rzecznych o niskich masztach. Na północnym brzegu, za budynkami w stylu Tudorów i biednymi czynszówkami, wznosiły się liczne iglice i powykrzywiane wieże Londynu. Nad rzeką i slumsami po obu jej stronach zawisła ciężka, gorąca mgiełka. – Powinienem był go ocalić, ale nie dałem rady. Mahnmut musiał dziarsko przebierać nogami, żeby nadążyć za Szekspirem. Dramaturg dobiegał trzydziestki. Był niewysoki, miał łagodny sposób bycia i ubierał się znacznie bardziej elegancko, niżby się Mahnmut spodziewał po aktorze i dramatopisarzu. Miał owalną twarz, bokobrody i wysokie czoło, a także ślad bródki i cienki wąsik, jakby dopiero eksperymentował z bardziej trwałym zarostem. Włosy kasztanowe, oczy zielonoszare. Spod czarnego kaftana wyzierał koronkowy kołnierz białej koszuli ze zwisającymi swobodnie tasiemkami. W lewym uchu bard nosił mały, złoty kolczyk. Mahnmut chciał mu zadać tysiące pytań: nad czym obecnie pracuje? Jak się żyje w mieście, które wkrótce miało zostać zdziesiątkowane przez zarazę? Jaki jest sekret konstrukcji sonetów? Ale nie mógł przestać mówić o Orphu. – Próbowałem go ratować – tłumaczył. – Reaktor „Mrocznej Damy” odmówił posłuszeństwa, a akumulatory wysiadły niecałe pięć kilometrów od brzegu. Szukałem drogi do jednej z przybrzeżnych jaskiń, żeby schować w niej batyskaf. – Powiedziałeś: „Mroczna Dama”? – zainteresował się Szekspir. – Czy tak się nazywa twój statek? – Tak. – Mów dalej, proszę. – Rozmawialiśmy z Orphu o kamiennych głowach. Było ciemno. Chcieliśmy przybić do brzegu po zmroku, pod osłoną nocy, więc obserwowałem wybrzeże przez noktowizor i opowiadałem Orphu, co widzę. Żył jeszcze. Statek produkował dostateczną ilość O2 –O2? – Tlenu. To znaczy powietrza. Opisywałem mu te kamienne głowy... – Kamienne głowy? Masz na myśli rzeźby? – Tak, kamienne monolity o wysokości około dwudziestu metrów. – Rozpoznałeś twarz, którą przedstawiały? Czy to był ktoś znajomy? Może jakiś słynny król albo zdobywca? – Byliśmy za daleko. Nie widziałem szczegółów. Stanęli przed szerokim mostem, złożonym z wielu przęseł i dokumentnie zabudowanym dwupiętrowymi budynkami. Środkiem, niczym tunel wydrążony we wnętrzach domów, biegło przejście mniej więcej czterometrowej szerokości, w którym kolorowy tłum ustępował właśnie z drogi pędzonemu na pomoc stadu owiec. Przed przejściem tkwiły zatknięte na tyczkach ludzkie głowy – czaszki z resztkami włosów i gnijącego ciała, głowy wysuszone, jakby zmumifikowane, a także głowy całkiem świeże, które nie straciły jeszcze różu z policzków i warg. – Cóż to takiego?! – zdziwił się Mahnmut. Jego organicznym częściom zrobiło się słabo. – Most Londyński – odparł Szekspir. – Mów dalej, co się stało z twoim przyjacielem. Zmęczony ciągłym zadzieraniem głowy Mahnmut wdrapał się na kamienny murek, który na początku mostu pełnił funkcję balustrady. Na wschodzie dostrzegł złowróżbną twierdzę; domyślał się, że to słynna londyńska Tower z Ryszarda III. Zdawał sobie sprawę, że albo śni, albo umiera z braku powietrza, ale nie chciał, żeby sen się skończył, dopóki nie zada Szekspirowi chociaż kilku pytań. – Zacząłeś już pisać sonety, mistrzu? Poeta uśmiechnął się, powiódł wzrokiem po cuchnącej Tamizie i odwrócił się ku równie śmierdzącemu miastu. Wszędzie płynęły ścieki, w błocie zalegały truchła padłych koni i bydła, fale krwawych podrobów wylewały się z rynsztoków i zbierały w stojącej wodzie starorzecza. Mahnmut prawie całkowicie odciął dopływ bodźców zapachowych i nie rozumiał, jak idący obok niego człowiek jest w stanie znieść ten odór. – Skąd wiesz o moich eksperymentach z sonetem? – spytał Szekspir. Mahnmut odpowiedział gestem, który miał przypominać ludzkie wzruszenie ramion. – Strzelałem. Ale rozumiem, że zacząłeś? – Rozważam możliwość użycia tej formy. – Kim jest Młodzieniec z sonetów? – spytał Mahnmut, wstrzymując oddech. Oto znalazł się o krok od odkrycia wiekowej tajemnicy. – Czy to Henry Wriothesley, earl Southampton? Szekspir uniósł brwi i spojrzał podejrzliwie na morawca. – Sporo o mnie wiesz, Kalibanku. Mahnmut pokiwał głową. – Czyli to Wriothesley jest Młodzieńcem? – Jego lordowska mość skończy w październiku dziewiętnaście wiosen. Ponoć puch na jego górnej wardze zmienił się w prawdziwy gąszcz. Doprawdy, trudno go nazwać młodzieńcem. – W takim razie William Herbert. Ma zaledwie dwanaście lat i za dziewięć lat zostanie trzecim earlem Pembroke. – Widzę, że znasz daty przyszłych sukcesji? – spytał ironicznie Szekspir. – Czyżby maestro Kaliban żeglował po morzu czasu z równie wielką wprawą, co po tych marsjańskich oceanach, o których tyle opowiada? Podekscytowany Mahnmut nie tracił czasu na wyjaśnienia. – Wydaną w 1623 roku edycję Folio zadedykujesz Williamowi Herbertowi i jego bratu. Kiedy twoje sonety ukażą się drukiem, będą opatrzone dedykacją „Panu W.H.” Poeta wytrzeszczył oczy, jakby morawiec był postacią z jego gorączkowych majaków. Mahnmut chciał mu wytłumaczyć, że jest odwrotnie, że to on, Szekspir, jest wytworem umierającego mózgu robota, ale powiedział co innego: – Uważam po prostu, że to ciekawe, że twoim kochankiem jest chłopiec albo młody mężczyzna. Reakcja rozmówcy kompletnie go zaskoczyła. Szekspir doskoczył do niego, wyciągnął zza pasa sztylet i przystawił mu go do jednostki centralnej. – Masz może, Kalibanku, oko, w którym mógłbym zatopić to ostrze? Mahnmut pokręcił głową – ostrożnie, żeby nie nadziać się na sztylet – i odparł: – Proszę o wybaczenie. Jestem obcy w tym mieście i w tym kraju, nie znam więc tutejszych manier. – Widzisz te trzy najbliższe głowy na moście? – zapytał Szekspir. Mahnmut zerknął w bok, nie poruszając głową. – Widzę. – Tydzień temu oni też nie znali naszych manier – wysyczał poeta. – Rozumiem. Naprawdę rozumiem. Szekspir schował broń do skórzanej pochwy. Mahnmut przypomniał sobie poniewczasie, że ma przecież do czynienia z aktorem, który lubi dramatyczne gesty, ale sztylet bynajmniej nie był teatralnym rekwizytem. Tak jak reakcja Szekspira nie była wcale odpowiedzią przeczącą na zadane przez morawca pytanie. Odwrócili się w stronę rzeki. Na zachodzie słońce wisiało nisko nad wodą, niewiarygodnie wielkie i pomarańczowe. – Jeżeli kiedyś spiszę moje sonety, Kalibanku, zrobię to po to, by zbadać i zrozumieć swoje zadufanie, słabości, porażki, wątpliwości i kompromisy, na które się zgodziłem – odezwał się półgłosem Szekspir. – Tak jak człowiek wymacuje językiem krwawą dziurę po wybitym zębie. W jaki sposób zabiłeś swojego przyjaciela, Orphu z Io? Pytanie nie od razu dotarło do Mahnmuta. – Nie udało mi się wprowadzić „Mrocznej Damy” do przesmyku, który wypatrzyłem. Próbowałem, ale nie dałem rady. Reaktor nagle zgasł i zabrakło mocy. Batyskaf osiadł na dnie w miejscu, gdzie woda miała niecałe cztery sążnie głębokości, trzy kilometry od wlotu jaskini. Opróżniłem zbiorniki balastowe, żeby położyć „Mroczną Damę” na boku i otworzyć luk ładowni, ale utknęła już w piachu na amen. Spojrzał na poetę, który zdawał się słuchać go uważnie. Zachodzące słońce malowało domy na moście intensywną czerwienią. – Wyszedłem, przełączyłem się na własny generator tlenu i zanurkowałem – ciągnął. – Spędziłem pod wodą kilka godzin. Użyłem łomu, palnika z resztkami acetylenu i własnych manipulatorów, ale nie udało mi się otworzyć luku ani udrożnić zawalonego korytarza do ładowni. Przez jakiś czas miałem jeszcze łączność z Orphu, ale potem wszystkie układy wysiadły i straciliśmy kontakt. W jego głosie nie było słychać przygnębienia, strachu, tylko zmęczenie... bezgraniczne zmęczenie. Aż do chwili, kiedy łącze padło. Potem zrobiło się ciemno. Chyba straciłem przytomność. Może leżę teraz na dnie marsjańskiego oceanu, martwy, tak jak Orphu, albo umierający, a nasza rozmowa śni się dogorywającym organicznym komórkom mojego mózgu. – Pierś wzbogaciłeś o te wszystkie serca, których nie widząc, mniemałem zmarłemi – powiedział Szekspir miarowym głosem. – Miłość w niej rządzi, niewczesny szyderca, ci, których myślą złożyłem już w ziemi. Mahnmut ocknął się i stwierdził, że leży na plaży. Był wczesny marsjański poranek, promienie słońca padały ukośnie, a Mahnmuta otaczał tłum małych zielonych ludzików. Pochylały się nad nim, wpatrywały w niego czarnymi oczkami, osadzonymi w zielonych, przezroczystych twarzach, a kiedy z cichym wizgiem serwomotorów dźwignął się i usiadł, cofnęły się o krok lub dwa. Naprawdę były małe. Mahnmut mierzył nieco ponad metr, ale wyraźnie przewyższał wzrostem te... osoby. Przypominały ludzi – w znacznie większym stopniu niż on – ale jednak nie do końca. Miały po dwie ręce i dwie nogi, lecz nie miały uszu, nosów i ust. Ich dłonie były trójpalczaste, trochę jak u tych postaci z kreskówek, które Mahnmut widział w archiwach z zapomnianej ery. Nie nosiły ubrań, sprawiały wrażenie bezpłciowych, a ich ciało – o ile faktycznie było to ciało – przypominało miękki, przezroczysty plastik. Nie miały żadnych organów wewnętrznych; kulki i grudy zielonej materii wypełniały wnętrza ich ciał. Sposób, w jaki się przemieszczały, przywodził Mahnmutowi na myśl ulubioną lampę woskową, która została na pokładzie zatopionego batyskafu. Ścieżką wyciętą w ścianie urwiska schodziły dalsze rzesze małych zielonych ludzików. Mniej więcej kilometr dalej na wschód Mahnmut dostrzegł ostatnią ze stojących kamiennych głów. Następna, obwiązana linami, leżała na skraju klifu nad ich głowami, na długiej drewnianej platformie ułożonej na rolkach. Nadal nie widział rysów twarzy. Do diabła z nimi. Odwrócił się i powiódł wzrokiem po morzu i plaży. Słabe fale obmywały piasek z regularnością godną metronomu. Gdzie się podziała „Mroczna Dama”? Wreszcie ją dostrzegł: dwieście metrów od brzegu z wody sterczała górna część kadłuba wraz z nadbudówką. Głębokościomierz i sonar zawiodły przed końcem rejsu i wtedy popełnił najstarszy – i chyba najpoważniejszy – z marynarskich błędów: wpakował się na mieliznę. Potem na skromnym zapasie tlenu wyszedł na muliste dno i przez jakiś czas zmagał się z lukiem ładowni, aż w końcu stracił przytomność i w nocy fale wyrzuciły go na brzeg. Orphu! Ile czasu tak przeleżałem, śniąc o Szekspirze? – zastanawiał się Mahnmut. Wbudowany zegar podpowiadał, że minęły cztery godziny. Orphu może jeszcze żyć! Mahnmut ruszył w kierunku wody. Zamierzał przejść po dnie morza prosto do zatopionego batyskafu. Kilkanaście małych zielonych ludzików zastąpiło mu drogę. Z kilkunastu zrobiło się dwadzieścia, potem pięćdziesiąt... Dalsza setka otoczyła go kręgiem. Mahnmut nigdy nie podniósł na nikogo ręki ani manipulatora, ale teraz był gotowy walczyć, rozdzielać ciosy, ciąć, kopać – wszystko, byle przebić się przez ten żywy mur, gdyby okazało się to konieczne. Najpierw jednak postanowił porozmawiać. – Odsuńcie się powiedział. Przy maksymalnym nagłośnieniu jego słowa poniosły się daleko w marsjańskim powietrzu. – Proszę. Czarne oczy wpatrywały się w niego tępo. Małe zielone ludziki nie miały ani uszu, którymi mogłyby go usłyszeć, ani ust, którymi mogłyby przemówić. Parsknął śmiechem i zaczął się przepychać do wody. Zdawał sobie sprawę, że choćby był od nich sto razy silniejszy, przy takiej przewadze liczebnej i tak go załatwią: mogły przygnieść go własnym ciężarem i rozszarpać na kawałki. Na myśl o przemocy organiczne części jego ciała zacisnęły się z przerażenia. Jeden z ludzików podniósł rękę, jakby chciał powiedzieć: „Stój”. Mahnmut znieruchomiał. Wszystkie zielone głowy jednocześnie zwróciły się w prawo. Tłum rozdzielił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i przed Mahnmutem stanął mały zielony ludzik, na pozór niczym nieróżniący się od reszty małych zielonych ludzików. Wyciągnął przed siebie ręce i stulił dłonie, jakby trzymał w nich jakieś naczynie – lub jakby się modlił. Mahnmut nic z tego nie rozumiał; zresztą i tak nie miał ochoty na prowadzenie negocjacji na migi. Orphu mógł jeszcze żyć! Chciał się przepchnąć obok małego zielonego ludzika, ale następna dwudziestka zwarła szyki za plecami parlamentariusza. Miał do wyboru wszcząć walkę – albo zwrócić baczniejszą uwagę na gesty zielonego malucha. Westchnął ciężko – westchnienie zabrzmiało jak jęk rozpaczy – i spróbował powtórzyć gest przybysza. Tamten pokręcił głową, chwycił Mahnmuta za lewą rękę (morawieckie czujniki i organiczne receptory były zgodne: zielony miał zimne palce) i odsunął ją na bok, drugą dłonią złapał zaś prawą rękę Mahnmuta i przyłożył sobie do przezroczystej piersi. Następnie zaczął ciągnąć i napierać na dłoń morawca, pod którą zielone ciało najpierw się ugięło, zaklęsło, a potem... ustąpiło. Zdumiony Mahnmut byłby odruchowo cofnął rękę, ale zielony posłaniec nie zamierzał wypuścić jej z uścisku. Morawiec patrzył, jak jego dłoń zagłębia się w płynie wypełniającym klatkę piersiową małego zielonego ludzika; czuł, jak zewnętrzna powłoka zielonego ciała zaciska się wokół jego przedramienia niczym hermetyczna uszczelka. Wszystkie zielone ludziki położyły dłonie na piersi. Rozpostarte palce Mahnmuta natrafiły na coś twardego i kulistego. Dostrzegł zieloną bryłę, mniej więcej wielkości ludzkiego serca. Czuł, jak pulsuje pod jego dotykiem. Mały zielony ludzik pociągnął go mocniej za rękę – i tym razem Mahnmut zrozumiał. Zacisnął palce na bryle. Czego potrzebujesz? Znów omal nie wyszarpnął ręki z powrotem, ale siłą woli zmusił się do utrzymania chwytu. Trzymając w dłoni serce małego zielonego ludzika, poczuł treść pytania, która popłynęła mu do mózgu serią drgań, dygotów i skurczów. Nie były to słowa – a przynajmniej nie w języku angielskim, francuskim, rosyjskim, chińskim, pierwotnym ani żadnym innym, którego zdarzyło mu się w życiu używać. Nie wiedział, w jaki sposób mógłby odpowiedzieć, więc powiedział na głos: – Chcę ocalić przyjaciela, który jest uwięziony w tamtym statku. Sto pięćdziesiąt zielonych główek odwróciło się jak na komendę: sto pięćdziesiąt par oczu spojrzało na zatopiony batyskaf, po czym zwróciło się z powrotem na Mahnmuta. Powiedz nam myślami, gdzie on jest. Mahnmut zamknął oczy. Uformował w wyobraźni obraz Orphu zamkniętego w ładowni, wizerunek zakleszczonego luku i zablokowanego korytarza. Odpowiedź zawibrowała mu pod palcami: Zaczekaj. Cofnął uwolnioną nagle dłoń i z głośnym mlaśnięciem wydobył ją z zielonego ciała. Mały zielony ludzik osunął się na piasek, przetoczył na bok i znieruchomiał. Zielone grudy przestały się przemieszczać w jego ciele, czarne oczy zasnuły się bielmem, palce drgnęły raz i zamarły. Sto czterdzieści parę pozostałych zielonych ludzików zabrało się do ratowania Orphu. Mahnmut klapnął na piasku obok swojego rozmówcy, który najwyraźniej zmarł. Matko Boska! – pomyślał. Rozmowa ich zabija. Następne ludziki cały czas schodziły ścieżką z urwiska. Dwieście. Trzysta. Sześćset. Potem Mahnmut przestał liczyć i – puszczając mimo uszu prośbę martwego parlamentariusza, który kazał mu czekać – wszedł do wody i częściowo brodząc, częściowo płynąc wśród łagodnych fal, dobrnął do leżącego na mieliźnie batyskafu. Przez śluzę w kiosku zszedł do suchej sterówki i sprawdził, czy z akumulatorów nie da się wycisnąć resztek energii. Nie dało się. Przeszedł przez wewnętrzną śluzę i przepłynął zalanym korytarzem do miejsca, w którym ściany się zaklęsły: tędy też nie mógł przedostać się do Orphu. Wrócił do sterówki i uruchomił stałe łącze. Cisza. Zawinął w wodoodporny papier drukowane wydanie sonetów i wepchnął je do plecaka razem z resztą podręcznego sprzętu: zdalnym nadajnikiem, który zaprojektował dla Orphu (zainstaluje mu go po wyciągnięciu z ładowni), zapisanym na dyskach dziennikiem pokładowym, drukowanymi mapami, rakietnicą i akumulatorami. Wygramolił się na wierzchołek kiosku. Małe zielone ludziki rozplatały ostatnią kamienną głowę z lin, które następnie ściągnęły z urwiska na dół. Przyniosły również dziesiątki rolek, na których przesuwała się drewniana platforma. Pracowały z niesamowitą wydajnością: jedne wypłynęły w morze i umocowały liny do batyskafu (zarówno nad wodą, jak i pod jej powierzchnią), inne powbijały wyjęte z rolek żelazne pręty w piasek i w skalną ścianę klifu, jeszcze inne zamontowały na nich bloczki i poprzeciągały przez nie liny. Batyskaf był ciężki – zwłaszcza z zalanym reaktorem, ładownią i częściowo wnętrzem – toteż Mahnmut nie bardzo mógł sobie wyobrazić, jak zielone maluchy chcą go ruszyć z miejsca. Ale udało się. Po dwudziestu minutach batyskaf był połączony z brzegiem setkami lin ciągniętych przez tabun małych zielonych ludzików. Doskonale rozumiały, że biorą udział w akcji ratunkowej, na początku ciągnęły więc z całej siły, żeby położyć batyskaf na prawą burtę. Liny napięły się przy tym jak czarna pajęczyna, spinająca „Mroczną Damę” z plażą. Mahnmut rwał się do pomocy, ale zdawał sobie sprawę, że na razie jego wysiłki nie na wiele się zdadzą. Siedział więc na kadłubie, balansując, kiedy batyskaf się przechylał, aż w chwili, gdy luk ładowni został wydobyty z błota, zanurkował w płytkiej wodzie. Włączył szperacze na ramionach i ścisnął w rękach elektryczny łom. Wrota luku odkształciły się i nadtopiły przy wejściu w atmosferę. Zdołał rozsunąć je na szerokość zaledwie kilku centymetrów, zanim na dobre się zacięły. Chciało mu się płakać z bezsilnej złości. Tłukąc bezradnie w zakleszczone drzwi, zorientował się nagle, że nie jest sam. Odwrócił się i spojrzał w głąb mętnej od mułu wody. Obok niego, na dnie, stało pół tuzina małych zielonych ludzików. Wszystkie przyglądały mu się ciekawie. Najwyraźniej nie musiały oddychać. Nie chcąc narażać ich na śmierć wskutek „rozmowy”, Mahnmut pokazał im zablokowany luk, potem wskazał ku powierzchni, udał, że obwiązuje linę wokół kołnierza luku i ciągnie z całych sił. Szóstka zielonych malców zgodnie skinęła głowami, odbiła się od dna i pokonała dzielące je od powierzchni trzy metry wody. Minutę później zjawiło się ich dziesięć razy więcej: jedni wlekli linę, inni nieśli metalowe pręty wyjęte z rolek do przetaczania kamiennych rzeźb. Znów zaczęli się uwijać z niewiarygodnym zapałem; wspólnymi siłami odgięli fragment wrót luku i przeciągnęli pod nim linę. W parę minut opletli luk siatką grubych lin, biegnących tuż pod jego zablokowaną pokrywą, i wypłynęli na powierzchnię, dając Mahnmutowi znać, żeby płynął za nimi. Odetchnął naturalnym powietrzem, poczuł ciepło słońca na skórze i polimerowej powłoce i stanął na kadłubie „Mrocznej Damy”, patrząc, jak małe zielone ludziki przewlekają liny przez zbudowany na brzegu system bloków i zaczynają ciągnąć. I jeszcze raz. I jeszcze. Coś zgrzytnęło, kadłub jęknął, woda zmętniała od mułu. Batyskaf przechylił się dalsze trzydzieści stopni na sterburtę, a potem przekręcił w taki sposób, że wystawił z piasku odsłonięty brzuch, celując rufą w brzeg. Wrota luku odkształciły się, ale nie ustąpiły. Mahnmut ponownie zaatakował je wspomaganym elektrycznie łomem. Zmasakrowany metal nie poddawał się, a Mahnmut nie miał już ani tlenu, ani dość energii, żeby skorzystać z palnika acetylenowego. Widząc daremność jego wysiłków, małe zielone ludziki delikatnie odsunęły go na bok. Wyrwał im się i podreptał po śliskim kadłubie z powrotem w stronę ładowni. Zamierzał zmagać się z zakleszczonym lukiem, aż skończy mu się zasilanie, kiedy nagle zrozumiał, że małe zielone ludziki bynajmniej nie skończyły pracy. Powiązały liny i z pięćdziesięciu krótszych odcinków sznura powstał jeden długi, który wciągnęły na szczyt urwiska i przeplotły przez olbrzymie bloki umocowane do kratownicy z wbitych w skałę prętów. Na koniec oplotły nim kamienną głowę, kilkanaście razy owinęły go wokół szyi i zawiązały. Pięć ludzików zepchnęło Mahnmuta do wody i odciągnęło od batyskafu. Nie wierzył własnym oczom. Do tej pory zakładał, że kamienne twarze są dla zielonych mieszkańców Marsa święte; podejrzewał, że wykuwanie ich i rozmieszczanie na brzegu morza ma głęboki sens religijny lub psychologiczny i pochłania cały ich czas, energię i zapał. Najwyraźniej się mylił. Setki zielonych figurek z mozołem obróciły kamienną głowę na platformie, obeszły ją od tyłu, zaparły się – i zepchnęły z urwiska. Spadła sześćdziesiąt metrów w dół, twarzą do skalnej ściany, a u stóp klifu roztrzaskała się na kawałki. Sznur z wizgiem prześliznął się po blokach, wyrwał ze skały kilka prętów i oderwał oba skrzydła wrót ładowni, które najpierw podjechały na linie pod szczyt klifu, a potem spokojnie zsunęły się do podnóża. Setki małych zielonych ludzików rzuciły się w stronę batyskafu, ale Mahnmut pierwszy dopłynął na miejsce. Włączył szperacze. W ładowni znajdowały się te same trzy obiekty, które wcześniej ją zajmowały, w tym machina, którą mieli z Korosem dostarczyć na szczyt Olympus Mons. Wciśnięty w kąt leżał Orphu z Io – poobijany, pęknięty, niemy. Mahnmut włączył zasilanie łomu i korzystając z resztek energii, rozgiął kołnierze i rozpory, w których zaklinował się Orphu. Ioński morawiec osunął się do zalegającej na dnie wody. Niestety, batyskaf znajdował się w takiej pozycji, że ładownia otwierała się do góry. Mahnmut stracił wszelką nadzieję na wydobycie Orphu z na wpół zalanej komory. Kilkanaście małych zielonych ludzików zeskoczyło do niego na dół. Chwyciły Orphu, napięły drobne ciała i dźwignęły potężnego robota. Pracowały bez słów. Żaden się nie pośliznął, nie wypuścił z rąk stalowego korpusu. Uniosły Orphu, delikatnie oplotły go linami, wyciągnęły, opuściły po obłym kadłubie „Mrocznej Damy” do wody, podłożyły pod niego unoszące się na wodzie rolki, związały je w tratwę i odholowały nieruchomego morawca na plażę. Małe zielone ludziki – a było ich teraz na plaży chyba z tysiąc – stały i patrzyły, jak Mahnmut szuka u Orphu oznak życia. Leżący na czerwonym piasku morawiec z Io przypominał sponiewieranego przez sztormy, przerośniętego trylobita, jakiego fale mogłyby przed wiekami wyrzucić na brzeg ziemskiego oceanu. Zerkając jednym okiem na niebo – woźnice rydwanów wyraźnie ociągali się z patrolowaniem okolicy – Mahnmut wysypał z plecaka i wodoszczelnych toreb cały zabrany z batyskafu ekwipunek. Wyłożył na piasku pięć ciężkich, choć niewielkich akumulatorów, spiął je szeregowo i podłączył do jednego z nielicznych ocalałych gniazd w skorupie przyjaciela. Orphu nie zareagował, ale wirtualny wskaźnik odnotował przepływ energii. Mahnmut wdrapał się na obły korpus Orphu – przy okazji pierwszy raz obejrzał jego uszkodzenia z bliska, w mocnym świetle poranka – i wkręcił odbiornik radiowy do gniazda sztywnego łącza. Usłyszał monotonne buczenie fali nośnej i włączył mikrofon. – Orphu? Brak odpowiedzi. – Orphu? Cisza. Setki małych zielonych ludzików przyglądały mu się beznamiętnie. – Orphu? Przez następne pięć minut Mahnmut co dwadzieścia sekund wywoływał przyjaciela na różnych częstotliwościach. Kilka razy sprawdzał połączenie: sygnał docierał do odbiornika; to Orphu nie odpowiadał. – Orphu? Właściwie wcale nie było cicho. Przez zewnętrzne mikrofony odbierał masę odgłosów, na które wcześniej nie zwracał uwagi: chlupot fal na piasku, szelest wiatru w szczelinach urwiska, szmer przestępujących z nogi na nogę zielonych figurek i tysiące najróżniejszych wibracji, rozchodzących się w gęstym powietrzu. Cisza panowała tylko na linii łączącej go z Orphu. – Orphu? Mahnmut sprawdził wskazanie zegara. Od ponad pół godziny próbował nawiązać kontakt. Niechętnie, jak w zwolnionym tempie ześliznął się z metalowego korpusu, przeszedł piętnaście kroków po plaży i klapnął na mokry, omywany wodą piasek. Małe zielone ludziki przepuściły go, a potem otoczyły kręgiem, zachowując pełen szacunku odstęp. Mahnmut powiódł po nich wzrokiem: otaczał go mur drobnych zielonych ciałek, twarzy pozbawionych wyrazu i czarnych oczu bez powiek. – Nie powinniście wrócić do swoich zajęć? – zapytał. Własny głos wydał mu się dziwnie zdławiony, ale złożył to na karb specyficznej akustyki marsjańskiej atmosfery. Emzetele ani drgnęły. Kamienna głowa leżała potrzaskana u podnóża klifu, a one całkowicie ją ignorowały. Ze dwadzieścia lin ciągnęło się od skalnej ściany do batyskafu, który leżał nieruchomo na płyciźnie. Mahnmut poczuł, jak ogarnia go fala bezbrzeżnej tęsknoty i samotności. Przez trzy jowiszowe dziesięciolecia – czyli ponad trzysta lat marsjańskich – nawiązał trzy bliskie znajomości. „Mroczna Dama” była wprawdzie tylko półświadomą maszyną, ale to z myślą o niej został zaprojektowany i idealnie do siebie pasowali. Odeszła. Jego partner w badaniach, Urtzweil, zginął przed osiemnastoma jowiszowymi laty; od tego czasu minęła połowa egzystencji Mahnmuta. Teraz stracił Orphu. Znalazł się setki milionów kilometrów od domu, osamotniony, nieprzystosowany, niewyszkolony i nieprzygotowany do wykonania zadania, z którym go wysłano. Jak niby miał pokonać pięć tysięcy kilometrów, dzielących go od Olympus Mons, i przewieźć tam machinę? A jeśli nawet znalazłby sposób – co dalej? Może Koros III wiedziałby, co zrobić; może znał prawdziwy sens ich misji, ale Mahnmut, do niedawna pilot „Mrocznej Damy”, nie miał o nim zielonego pojęcia. Przestań się nad sobą użalać, frajerze, pomyślał i spojrzał na zgromadzenie emzeteli. Wydawało mu się, że są przygnębione, ale na pewno było to tylko złudzenie. Nie opłakiwały jednego ze swoich, więc dlaczego miałoby zrobić się im żal morawca, rozumnej maszyny, której istnienia do niedawna nie byli sobie w stanie wyobrazić? Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał podjąć kolejną próbę porozumienia, ale wzdrygał się na myśl o tym, że miałby włożyć któremuś z nich rękę w pierś i doprowadzić do jego śmierci. Nie, nie zrobi tego, dopóki okoliczności go nie zmuszą. Wstał, wrócił do Orphu i zaczął odłączać mu zasilanie. – Hej! – odezwał się Orphu. – Ja jeszcze jem. Mahnmut aż odskoczył. – Jezu Chryste, ty żyjesz! – Na tyle, na ile robot może „żyć”. – Niech cię szlag! – Mahnmut nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać. Najchętniej wyrżnąłby tego skrzypłocza prosto w sfatygowaną skorupę. – Dlaczego się nie odzywałeś? Wołałem i wołałem! – Nie rozumiem cię. Przestawiłem się w stan hibernacji, kiedy na „Mrocznej Damie” skończył się tlen i zasilanie. Jak niby miałem z tobą rozmawiać? – Co ty mi tu pieprzysz o jakiejś hibernacji? – Mahnmut ze złością obchodził Orphu wkoło. – Nigdy nie słyszałem o hibernujących morawcach. – Na Europie nie znacie tej techniki? – Pewnie, że nie! – Co ja ci mam powiedzieć? Kiedy my, iońskie morawce, pracujemy w przestrzeni okołojowiszowej, czasem musimy się wyłączyć i czekać, aż ktoś przyleci nas naprawić i naładować. Zdarza się to rzadko, ale się zdarza. – Jak długo możesz przetrwać w takiej... hibernacji? – Mahnmutowi ze złości zrobiło się słabo. – Niezbyt długo. Około pięciuset godzin. Mahnmut rozprostował palce, podniósł kamień i rzucił nim w korpus przyjaciela. – Słyszałeś? Co to było? – zdziwił się Orphu. Mahnmut z ciężkim westchnieniem usiadł na piasku po tej stronie, gdzie dawniej znajdowały się oczy Orphu i zaczął go zapoznawać z sytuacją. Orphu przekonał go, że muszą jeszcze raz porozmawiać z małymi zielonymi ludzikami przez tłumacza. On również nie życzył śmierci w istotom, które go uratowały, ale wytłumaczył Mahnmutowi, że powodzenie całej misji zależy od tego, jak szybko nawiążą kontakt z tubylcami. Mahnmut próbował do nich mówić, używał języka migowego, rysował na piasku mapę z zaznaczoną linią brzegową i wulkanem, do którego chcieli się dostać; zachowywał się nawet jak idiota, który nie zna języków obcych – czyli krzyczał na nich po swojemu. Emzetele patrzyły na niego beznamiętnie i milczały, aż w końcu jeden z nich przejął inicjatywę: podszedł do morawca, wziął go za rękę i przyłożył sobie jego dłoń do piersi. – Mam to zrobić? – zapytał Mahnmut swojego iońskiego przyjaciela. – Musisz. Mahnmut skrzywił się, kiedy jego ręka zagłębiła się w miękkim ciele. Zacisnął palce na czymś, co pływało w zielonym syropie i musiało być bijącym sercem zielonej istoty. Jak możemy wam pomóc? Miał na końcu języka ze sto pytań, ale Orphu przywołał go do porządku. – Batyskaf – przypomniał mu. – Musimy go schować, zanim pojawi się jakiś rydwan. Łącząc słowa z obrazami, Mahnmut przekazał ideę przeniesienia batyskafu kilometr na zachód, gdzie można go było ukryć w jednej z przybrzeżnych jaskiń. Dobrze. Dziesiątki małych zielonych ludzików wzięły się do pracy, a Mahnmut stał z ręką w piersi tłumacza i biernie śledził ich poczynania. Wkopały w piasek kolejne metalowe pręty, obwiązały „Mroczną Damę” linami, założyły nowe bloczki. Tłumacz czekał. – Chciałbym go zapytać o te kamienne głowy – nadał Mahnmut do Orphu. – Kogo przedstawiają? I dlaczego oni je rzeźbią? – Najpierw dowiedzmy się, jak dostać się w okolice Olympus Mons. Mahnmut westchnął, ale posłusznie przekazał prośbę Orphu. Przesłał tłumaczowi zdjęcia, które zrobili wulkanowi z orbity, i zapytał, czy emzetele mogłyby im jakoś pomóc. Musieli albo przebyć wyżyny Tempe Terra, albo przejść cztery tysiące kilometrów na wschód, brzegiem Morza Tetydy, a potem skręcić na południe i wzdłuż brzegów Alba Patera trafić pod Olympus Mons. To nie jest możliwe. – Jak to: nie jest możliwe? – zdziwił się Orphu, kiedy Mahnmut przekazał mu odpowiedź. – Nie mogą nam pomóc, czy my nie możemy udać się stąd na wschód? Mahnmut z ulgą przyjął poprzednią informację, która praktycznie oznaczała koniec ich misji, teraz jednak posłusznie przekazał prośbę o wyjaśnienia. Nie możecie iść na wschód, ponieważ mieszkańcy Olympus Mons zobaczyliby was i zabili. – Zapytaj go, czy nie ma innej drogi. Może moglibyśmy pójść przez Kasei Valles. Popłyniecie feluką przez Noctis Labyrinthus. – Co to jest feluka? – zdziwił się Orphu. – Brzmi jak nazwa jakiejś włoskiej pustyni. – Dwumasztowy statek z łacińskim ożaglowaniem – wyjaśnił Mahnmut. Jego szkolenie przed pracą badawczą w czarnych europańskich oceanach obejmowało także wszelką dostępną wiedzę odziedziczoną po ziemskich żeglarzach. – Dawno temu feluki były bardzo popularne w rejonie Morza Śródziemnego. – Zapytaj, kiedy będziemy mogli wyruszyć. – Kiedy możemy wyruszyć? – spytał Mahnmut. Zawibrowały mu palce i zaswędziało go w mózgu. Rano przypłynie barka z kamieniami; z nią przybędzie feluka. Będziecie mogli nią popłynąć. – Musimy wyłowić jeszcze trochę rzeczy z batyskafu – zauważył Mahnmut. Przekazał w myślach wizerunek machiny i dwóch pozostałych elementów ładunku, pokazał, jak wynieść je na brzeg i przetransportować do jaskini. Potem wyobraził sobie emzetele ciągnące Orphu w to samo miejsce. Dziesiątki małych zielonych ludzików jak na komendę ruszyły w stronę batyskafu. Dziesiątki innych podeszły do Orphu i zaczęły układać z rolek platformę, na której by się zmieścił. – Dłużej nie utrzymam tego serca w dłoni – poskarżył się Mahnmut przez radio. – Mam wrażenie, jakbym ściskał przewód pod napięciem. – To je puść. – Ale... – Puść, mówię. Mahnmut podziękował tłumaczowi – a przez niego wszystkim małym zielonym ludzikom – rozkurczył palce i cofnął rękę. Tak jak jego poprzednik, tłumacz osunął się na piasek, zadygotał, zwiotczał i umarł. – Mój Boże... Mahnmut oparł się ciężko o skorupę Orphu. Małe zielone ludziki dźwignęły już ciężkiego morawca i podkładały pod niego pierwsze rolki. – Co się dzieje? Mahnmut opisał otaczającą ich scenerię: leżące na piasku ciało tłumacza, przygotowania do transportu Orphu i machiny, wyciąganie reszty sprzętu z batyskafu, obwiązywanie „Mrocznej Damy” linami i setki emzeteli ciągnących co sił i pomału przesuwających batyskaf w kierunku jaskini, gdzie miał zostać ukryty przed wścibskimi spojrzeniami z góry. – Pójdę z tobą do tej jaskini – dodał ponuro. Zwłoki tłumacza zmieniły się w zasuszoną, zbrązowiałą łuskę. Organy wewnętrzne wyschły, płyn wysączył się na zewnątrz, piasek poczerwieniał od niego jak krwawe błoto. Nikt nie zwracał na trupa uwagi. Emzetele zaczęli pomalutku przesuwać Orphu ku zachodowi. – Nie. Wiesz przecież, że masz coś do zrobienia. – Opisałem ci te twarze, kiedy zobaczyłem je z morza. – To było w nocy, a ty widziałeś je tylko przez boję peryskopową – zauważył Orphu. – Trzeba im się przyjrzeć za dnia. – Ta, która spadła z urwiska, rozbiła się na kawałki. A następna jest kilometr stąd. W dodatku na szczycie urwiska. – Idź. Mamy kontakt radiowy. Wspinając się na urwisko, będziesz cały czas widział, co się dzieje z „Mroczną Damą”. Mahnmut niechętnie się zgodził i ruszył na wschód, oddalając się od tłumu emzeteli, zajętych ciągnięciem batyskafu i przetaczaniem Orphu w chłodny cień nadmorskiej jaskini. Głowa, która spadła z klifu, nie nadawała się do identyfikacji. Mahnmut ruszył pod górę stromą ścieżką, którą małe zielone ludziki bez wysiłku zeszły na plażę: była wąska, przeraźliwie stroma i śliska. Na górze zatrzymał się, podładował akumulatory i rozejrzał się dookoła. Na północy jak okiem sięgnąć ciągnęło się Morze Tetydy. Od południa, kilka kilometrów w głąb lądu, czerwona skalista równina przechodziła w równie czerwone wzgórza, u ich stóp gęsto pieniły się krzewy. Przy ścieżce, którą ruszył na wschód, rosła trawa w kępach. Zatrzymał się przy otworze przygotowanym pod kamienną głowę, tę, którą małe zielone ludziki poświęciły i zrzuciły z urwiska, żeby wyrwać wrota ładowni. Wycięto go bardzo starannie: oczyma wyobraźni widział, jak wykuta z kamienia szyja wślizguje się w niego i zostaje w nim unieruchomiona. Małe zielone ludziki znały się na kamieniarstwie. Ruszył na wschód, gdzie na tle horyzontu rysowała się sylwetka następnej głowy. Nie był najlepiej przystosowany do chodzenia – miał przecież głównie siedzieć w batyskafie badawczym, czasem trochę popływać – więc szybko zmęczył się wyprostowaną pozycją i marszem na dwóch nogach. Zmienił ustawienie kręgosłupa i stawów i przez jakiś czas truchtał na czworakach jak pies. Przystanął przy kamiennej głowie. Szpary między szyją i krawędzią otworu w podłożu zostały wypełnione czymś w rodzaju cementu. Spojrzał dalej na wschód, na ścieżkę wytyczoną przez rolki i wydeptaną tysiącami zielonych stopek, a potem odwrócił się ku zachodowi, gdzie zielony tłum prawie dowlókł do jaskini batyskaf i nieruchomego skrzypłocza. – Jesteś na miejscu? – odezwał się Orphu. – Tak. Stoję oparty o tę kamienną głowę. – Jak wygląda twarz? – Z dołu kiepsko: widzę głównie wargi, podbródek i dziurki w nosie. – Zejdź na plażę. Nie bez powodu stoją na urwisku. Trzeba je oglądać z daleka, najlepiej ze statku. – Ale... – Urwisko stromą stumetrową ścianą opadało na piasek. Na śliskiej skale Mahnmut dostrzegł zarys ścieżki, przypominającej tę, którą wszedł na górę. – Jeśli skręcę kark, to przez ciebie. – W porządku. Czuję drgania, więc wiem, że się poruszam, ale nie wiem, jak daleko mam jeszcze do jaskini. Widzisz mnie? Mahnmut podkręcił powiększenie i spojrzał na zachód. – Macie jeszcze ze dwieście metrów do okapu nad jaskinią. Schodzę. Następną głowę też mam sprawdzić? Pytam, bo stoi kilometr dalej, a z orbity i tak wszystkie wyglądały identycznie. – Moim zdaniem też powinniśmy ją obejrzeć. – Powiedział ten, co nie ma nóg – mruknął Mahnmut i rozpoczął długie, mozolne zejście. Odsunął się najdalej jak mógł, aż fale zaczęły mu lizać pięty. Widział kamienną głowę wyraźnie, ale wcale nie wyglądała znajomo. W milczeniu, zatopiony w myślach, przeszedł kilometr na wschód brzegiem morza. Druga twarz niczym nie różniła się od pierwszej: miała dumne, stanowcze rysy, wzrok utkwiony w morską dal i była twarzą starego człowieka, z pokaźną łysiną na czubku głowy i długimi pasmami włosów, opadających na ramiona. Sportretowany w kamieniu człowiek miał mnóstwo zmarszczek, wyraziste brwi, kurze łapki w kącikach drobnych oczu, wydatne kości policzkowe, mały – lecz ostry – podbródek i wąskie wargi, wykrzywione w gniewnym grymasie. – To twarz człowieka – powiedział Mahnmut przez radio – ludzkiego samca w podeszłym wieku, ale nie mam takiego obrazu w moich bankach pamięci. Przez chwilę słyszał tylko trzaski, a potem rozległ się głos Orphu: – Niesamowite. Co takiego zrobił stary Ziemianin, że stawiają mu tysiące pomników na wybrzeżu marsjańskiego morza? – Nie mam pojęcia. – Może to któryś z pasażerów rydwanów? Nie przypomina ci boga? – Na pewno nie greckiego. Wygląda jak jakiś ponury król. Mogę już wracać? Zanim tutejszy dostojny starzec przyleci rydwanem i zastanie mnie tutaj, gapiącego się na kamienny łeb? – W porządku. Chyba faktycznie powinieneś wrócić. 23. Las sekwojowy, Teksas Śniadanie zjedli w zielonej bańce na szczycie Golden Gate w Machu Picchu. Odyseusz nie opowiedział im jednak o swoich wędrówkach, zapomnieli go o to poprosić. Ada odniosła wrażenie, że wszyscy błądzą myślami gdzieś daleko – i wkrótce zrozumiała, dlaczego tak jest. Sama nie mogła się skoncentrować nie dlatego, że mało spała, ale dlatego, że spędziła z Harmanem najcudowniejszą noc w życiu. Oczywiście nieraz już „uprawiała seks” – która kobieta w jej wieku tego nie robiła? – ale zrozumiała, że nigdy wcześniej naprawdę się nie kochała. Harman był niezwykle delikatny, a przy tym pełen zapału, wrażliwy na jej potrzeby i reakcje, ale nie bezmyślnie podporządkowany; czuły, ale zdecydowany. Trochę spali, spleceni na wąskim łóżku pod zakrzywioną ścianą ze szkła, ale często się budzili; ich ciała reagowały, zanim umysły na dobre się ocknęły. Kiedy słońce wzeszło nad szczytem na wschód od Machu Picchu, Ada poczuła, że jest zupełnie inną osobą... Nie, nie po prostu „inną”: czuła się większa, pełniejsza, bardziej kompletna. Hannah również dziwnie się zachowywała: siedziała spięta, z wypiekami na twarzy i łowiła każde słowo Odyseusza; od czasu do czasu zerkała przelotnie na Adę, ale natychmiast spuszczała wzrok i rumieniła się wstydliwie. Mój Boże, pomyślała Ada, kiedy śniadanie dobiegało końca i wszyscy zbierali się do wyjścia. Hannah przespała się z Odyseuszem! Nie mogła w to uwierzyć. Odkąd się znały, Hannah ani razu nie wspomniała o seksie i obcowaniu z mężczyznami. Kiedy jednak Ada zauważyła, jakie spojrzenia posyła przyjaciółka brodatemu herosowi, i odczytała język jej ciała (Hannah siedziała naprzeciw Odyseusza, ale reagowała na każdy jego gest: przebierała nerwowo palcami, pochylała się ponad stołem), dotarło do niej, że tej nocy wiele się działo w zielonych kapsułach pod szczytem Golden Gate. Daeman i Savi ewidentnie nie pasowali do tego towarzystwa. Młody mężczyzna był w równie podłym nastroju, jak poprzedniego wieczoru. Z rozdrażnieniem wypytywał Savi o Basen Śródziemny; najwyraźniej denerwował się czekającą go wyprawą, chociaż nie mógł się doczekać jej rozpoczęcia. Savi prawie sienie odzywała. Siedziała przy stole ze smutną miną i chciała jak najszybciej ruszać w drogę. Harman również milczał i – zdaniem Ady – cały czas koncentrował swoją uwagę właśnie na niej, choć w dyskretny i nienachalny sposób. Raz czy dwa ich spojrzenia się spotkały i od razu zrobiło jej się cieplej na sercu. Raz poklepał ją po udzie pod stołem. – Jakie mamy plany? – spytał Daeman. Dojadali resztki posiłku złożonego z jeszcze ciepłych croissantów (wcześniej Ada z niemym podziwem przyglądała się, jak Savi je piecze), masła, jagód, świeżego soku owocowego i aromatycznej kawy. – Zawieziemy Odyseusza, Hannah i Adę do dworu Ardis. Jesteśmy już spóźnieni i pewnie nie dotrzemy na miejsce przed zmierzchem – odparła Savi. – Potem ty, ja i Harman polecimy do Basenu Śródziemnego. O ile wciąż czujesz się na siłach dołączyć do naszej ekspedycji, Daeman Uhr. – Czuję się. Zdaniem Ady Daeman wcale nie rwał się do tej wyprawy; był chyba zmęczony, skacowany albo jedno i drugie naraz. – W takim razie pakujemy się, dupy w troki i lecimy – stwierdziła ich wiekowa przewodniczka. Polecieli tym samym sonikiem, którym przybyli do Machu Picchu, chociaż Hannah wspomniała Adzie o innych latających maszynach, zaparkowanych w jednym z hangarów przy południowym pylonie. Na rufie znajdowały się zadziwiająco pojemne schowki, swobodnie mieszczące cały ekwipunek Savi, ale największy bagaż miał Odyseusz: miecz w pochwie, tarczę, ubrania na zmianę i dwa oszczepy. Savi zajęła środkową przednią leżankę, skąd obsługiwała podświetlone wirtualne stery sonika. Ada położyła się po jej lewej ręce, Harman po prawej. Daeman, Odyseusz i Hannah położyli się na tylnych miejscach; Ada znów złapała przyjaciółkę na rzucaniu powłóczystych spojrzeń brodatemu towarzyszowi podróży. Polecieli na wschód nad wysokimi górami, potem zaś obniżyli lot i skręcili na północ. Minęli ogromną połać dżungli i brunatną rzekę, która – jak poinformowała ich Savi – nosiła nazwę Amazonka. Dżungla stanowiła jednolitą płaszczyznę zieleni, którą z rzadka przebijały piramidy z niebieskiego szkła, wznoszące się na trzysta metrów ponad las i rozcinające pełznące nad drzewami deszczowe chmury. Savi nie wspomniała o piramidach, pasażerowie byli zaś widocznie zbyt zmęczeni lub zamyśleni, żeby domagać się wyjaśnień. Pół godziny po tym, jak zostawili za sobą ostatnią piramidę, Savi skręciła ostro w lewo i pokonali kolejne pasmo gór, leżące na kursie zachód, północny zachód. Powietrze było tak rozrzedzone, że mimo pozornie małej wysokości – lecieli zaledwie sto pięćdziesiąt metrów nad ziemią – sonik włączył bąbel pola siłowego i nasycił tlenem zamknięte w nim powietrze. Harman przerwał przeciągające się milczenie: – Na pewno dobrze lecimy? Savi skinęła głową. – Musiałam zboczyć z kursu, żeby bezpiecznym łukiem ominąć monolity Zorina, ustawione wzdłuż szelfowych wybrzeży dawnego Peru, Ekwadoru i Kolumbii. Są zautomatyzowane, a niektóre z nich nadal uzbrojone i w pełni sprawne. – Co to są monolity Zorina? – zainteresowała się Hannah. – Nic, czym musielibyśmy się w tej chwili przejmować. – Jak szybko lecimy? – spytała Ada. – Niezbyt szybko. – Savi spuściła wzrok na holograficzną konsolę wyświetloną na wysokości jej rąk. – Niecałe pięćset kilometrów na godzinę. Ada próbowała sobie wyobrazić tę prędkość, ale na próżno. Dopóki nie wsiadła do sonika, najszybszym znanym jej środkiem transportu była bryczka ciągnięta przez wojniksa. Nie miała pojęcia, jak szybko jeżdżą bryczki – ale chyba nie pięćset kilometrów na godzinę. Turnie i granie przemykały w dole na pewno szybciej niż znajome krajobrazy oglądane z dorożki lub kabrioletu, którymi pokonywało się dystans dzielący dwór Ardis od portalu faksowego. Lecieli tak jeszcze z godzinę, kiedy Hannah zaczęła się skarżyć: – Szyja mnie boli od ciągłego wykręcania. Nic nie widzę nad krawędzią sonika, a pole siłowe jest tak nisko, że nie można usiąść. Nie można by... Nagle krzyknęła przeraźliwie. Odpowiedziały jej podobne krzyki Ady, Daemana i Harmana. Bo Savi przesunęła dłonią nad wirtualną konsolą i sonik zniknął. Zanim Ada zacisnęła kurczowo powieki, zdążyła przez ułamek sekundy ogarnąć wzrokiem sześcioro ludzi, ich bagaż i włócznie Odyseusza zawieszonych swobodnie w powietrzu. – Na drugi raz uprzedź nas, zanim zrobisz coś takiego – poprosił drżącym głosem Harman. Savi mruknęła coś niezrozumiale w odpowiedzi. Ada przez dobre dwie minuty dotykiem upewniała się o obecności zimnej, stalowej ramy leżanki i skórzanej wykładziny pod nogami, brzuchem i piersiami, zanim odważyła się ponownie otworzyć oczy. Wcale nie spadnę, nie spadnę, nie spadnę, powtarzała sobie. Właśnie, że spadniesz, przekonywały ją oczy i błędnik. Zacisnęła powieki, a kiedy znów zerknęła w dół, góry się skończyły i lecieli wzdłuż półwyspu, odchodzącego od lądu w kierunku północno– zachodnim. – Pomyślałam, że to was zainteresuje – powiedziała Savi do Harmana, tak jakby wszyscy doskonale wiedzieli, co ma na myśli. W dole woda wciskała się w cieśninę dzielącą dwa lądy, szeroką co najmniej na sto pięćdziesiąt kilometrów. Sonik wzbił się wyżej i skręcił na północ, prosto nad otwarte morze. – Na starych mapach jest zaznaczony przesmyk łączący Amerykę Północną z Południową – przyznał Harman, wyciągając szyję i zerkając do tyłu. – Nie był wtedy zalany. – Mapy, które znasz, są bezużyteczne – odparła Savi. Poruszyła dłonią. Sonik przyspieszył i wzbił się wyżej. Minęło południe, zanim w zasięgu wzroku pojawił się następny ląd. Savi obniżyła lot. Lecieli nad mokradłami, które wkrótce ustąpiły miejsca ciągnącym się całymi kilometrami lasom sekwoi – tak Savi nazywała te olbrzymie drzewa, z których najwyższe strzelały na sto metrów w górę. – Zatrzymamy się na obiad. Nie mielibyście ochoty rozprostować nóg? Albo pójść na stronę? Czworo z pięciorga pasażerów przyklasnęło tej propozycji. Odyseusz tylko się uśmiechnął. Przespał większość lotu. Zasiedli do obiadu na polanie na szczycie niewielkiego pagórka, w otoczeniu leśnych olbrzymów. Pierścienie R i B, blade w świetle słońca, kręciły się leniwie na skrawku nieba prześwitującym pomiędzy gałęziami. – Są tu dinozaury? – spytał z niepokojem Daeman, zerkając w półmrok pod drzewami. – Nie – uspokoiła go Savi. – Nie zapuszczają się tak daleko na południe. Wolą środkową i północną część kontynentu. Daeman rozluźnił się, oparł o zwalony pień i zaczął skubać swoją porcję owoców, wołowiny w plastrach i chleba. Zesztywniał jednak natychmiast, gdy usłyszał słowa Odyseusza: – Może Savi Uhr chciała przez to powiedzieć, że żyjące w tej okolicy drapieżniki są tak groźne, że rekombinowane dinozaury wolą się od nich trzymać z daleka? Savi zmarszczyła brwi i z westchnieniem pokręciła głową, jak matka ubolewająca nad niesfornym, ale niereformowalnym dzieckiem. Daeman obejrzał się przez ramię i przeniósł z obiadem bliżej sonika. Hannah prawie nie odrywała wzroku od Odyseusza, ale teraz znalazła chwilę, żeby wyjąć z kieszeni całun turyński i rozłożyć go sobie na oczach. Wyciągnęła się wygodnie, pozostali jedli w milczeniu; powietrze było gorące i nieruchome. Po paru minutach Hannah wstała, zdjęła z twarzy wyszywaną mikrochipami zasłonę i zagadnęła Odyseusza: – Nie chciałbyś zobaczyć, jak sobie radzicie przy zdobywaniu tego obwarowanego miasta? – Nie – mruknął. Zębami oddarł strzęp mięsa strachptaka, przeżuł go niespiesznie i popił winem z bukłaka, z którym się nie rozstawał. – Rozzłoszczony Zeus przechylił szalę zwycięstwa na stronę Trojan pod wodzą Hektora – ciągnęła Hannah, ignorując jego odpowiedź. – Wyparli Greków z fosy i odepchnęli od ostrokołu. Teraz wre walka przy czarnych okrętach. Wygląda na to, że przegracie. Wszyscy wasi królowie, wśród nich także ty, uciekli. Tylko Nestor został na placu boju. – Gadatliwy dziadyga – burknął Odyseusz. – Został, bo mu zastrzelili konia. Hannah zerknęła na Adę i wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Najwidoczniej chciała wciągnąć Odyseusza w rozmowę – i najwyraźniej uznała, że jej się udało. Ada nadal jakoś nie mogła uwierzyć, że ten opalony, pomarszczony i pobliźniony człowiek, zupełnie inny od naprawianych w konserwatorni mężczyzn, jest Odyseuszem ze spektaklu turyńskiego. Podobnie jak większość znanych jej inteligentnych ludzi, zakładała, że spektakl jest tylko wirtualną rozrywką, że powstał i został zarejestrowany w zamierzchłych czasach zapomnianej ery. – Pamiętasz walkę przy okrętach? – spytała Hannah. Odyseusz znów coś burknął i odrzekł: – Pamiętam ucztę, jaką wyprawiliśmy poprzedniego wieczoru, zanim zaczął się ten pieski dzień. Trzydzieści statków przywiozło z Lemnos wino, całe tysiąc miar. Wystarczyłoby go, żeby potopić Trojan żywcem, gdybyśmy nie znaleźli dla niego lepszego zastosowania. Euneus, syn Jazona, przysłał wino w darze dla Atrydów – Agamemnona i Menelaosa. – Powiódł wzrokiem po twarzach towarzyszy. – A skoro mowa o Jazonie... Jego wędrówka – to dopiero historia. Sądząc po minach słuchaczy, tylko Savi wiedziała, o czym Odyseusz mówi. – Jazon i Argonauci – wyjaśnił, zerkając na nich wyczekująco. – Nie mówcie, że o nich nie słyszeliście. Savi przerwała krępujące milczenie: – Oni nie znają żadnych opowieści, synu Laertesa. Ci tutejsi tak zwani dawni ludzie nie mają przeszłości, nie znają mitów, legend, historii... Mają tylko całun turyński. Nie umieją czytać, tak jak wy nie umieliście. – Nie potrzebowaliśmy żadnych znaczków na pergaminie czy korze drzewa, żeby zyskać sobie powszechne poważanie – prychnął Odyseusz. – Nasi przodkowie próbowali pisać, ale zarzucili tę sztukę jako bezużyteczną. – W rzeczy samej... – stwierdziła oschle Savi. – „Czyż przyrząd analfabety będzie mniej sztywny?” To chyba z Horacego. Odyseusz spiorunował ją wzrokiem. – Opowiesz nam o tym Jazonie i... i... reszcie? – spytała Hannah, rumieniąc się w taki sposób, że Ada wyzbyła się wszelkich wątpliwości: jej przyjaciółka naprawdę poszła z Odyseuszem do łóżka. – O Argonautach – przesylabizował Odyseusz, jakby rozmawiał z dzieckiem. – Nie, nie opowiem. Wzrok Ady zbłądził w stronę Harmana, a jej myśli wróciły do poprzedniej nocy. Chciała z nim porozmawiać – na osobności, w cztery oczy – o tym, co ich połączyło, albo przynajmniej zamknąć oczy i zdrzemnąć się w słońcu, w wilgotnym cieple popołudnia. Może przyśniłoby jej się nocne kochanie? Najlepiej byłoby, pomyślała, zerkając na Harmana spod opuszczonych rzęs, gdybyśmy wymknęli się do lasu i znów się kochali, zamiast tylko o tym marzyć. Harman jednak nie zwracał na nią uwagi, jakby wyłączył nastrojony na jej myśli telepatyczny odbiornik. Wyglądał na zaintrygowanego i rozbawionego uwagami Odyseusza. – A może opowiesz nam o wojnie z całunu turyńskiego? – zapytał. – To była wojna trojańska. Te wasze turyńskie szmaty możecie sobie w dupę wsadzić – odparł gniewnie Odyseusz, ale napiwszy się wina, złagodniał. – Mogę jednak opowiedzieć historię, której te wasze pieluchy na pewno wam nie pokażą. – Dobrze. – Hannah przysunęła się do niego. – Prosimy. – Boże, chroń nas od gawędziarzy – mruknęła Savi. Wstała, spakowała naczynia do schowka na rufie sonika i poszła się przejść. Daeman, wyraźnie zaniepokojony, odprowadził ją wzrokiem. – Naprawdę myślicie, że są tu gorsze potwory od dinozaurów? – Savi nie da sobie zrobić krzywdy – uspokoił go Harman. – Ma przecież tę broń... pistolet. – Ale gdyby coś ją zjadło, to kto będzie pilotował sonik? – Ćśśś. – Hannah musnęła palcami dłoń Odyseusza. – Opowiedz nam historię, której nie znają całuny. Prosimy. Odyseusz nachmurzył się, ale kiedy Ada i Harman pokiwali głowami, przyłączając się do prośby Hannah, wyczesał z brody okruchy chleba i zaczął. – Tego wasze turyńskie szmaty nigdy nie pokazały i nie pokażą. Wydarzenia, o których wam opowiem, nastąpiły po śmierci Hektora i Parysa, ale przed pojawieniem się drewnianego konia. – To Parys zginie? – wtrącił Daeman. – Hektor też? – zdziwiła się Hannah. – Jakiego drewnianego konia? – spytała Ada. Odyseusz zamknął oczy, przeczesał palcami brodę i zapytał: – Czy moglibyście mi nie przerywać? Słuchacze zgodnie pokiwali głowami. – Wydarzenia, o których wam opowiem, nastąpiły po śmierci Hektora i Parysa, ale przed drewnianym koniem. Wśród wielu słynnych skarbów Ilion posiadał także podobiznę bóstwa, która spadła z nieba. Wy nazwalibyście ją meteorytem. Zeus uformował ją z metalicznego kamienia i zesłał na ziemię całe pokolenia przed wybuchem wojny trojańskiej jako oznakę przychylności Ojca Bogów dla miasta. Nazywano ją Palladium, ponieważ miała kształt Pallas... Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że nie chodzi o Atenę Pallas, jak nazywamy naszą boginię, lecz o inną Pallas, która była za młodu jej towarzyszką. Otóż ta druga Pallas – słowo to może zależnie od akcentu przybierać rodzaj męski lub żeński, ale w tym wypadku jest znaczeniowo najbliższe łacińskiemu virago, oznaczającemu „silną dziewicę” – zginęła z ręki Ateny podczas przypadkowej sprzeczki. Ilios, zwany również Ilosem, ojciec Laomedona, który z kolei był ojcem Priama, Titonosa, Lamposa, Klytiusa i Hiketaona, wyszedł pewnego ranka przed namiot, znalazł gwiezdny kamień i rozpoznał w nim Palladium. Posąg ten, tajemne źródło zamożności i potęgi Ilionu, miał trzy łokcie wysokości, w prawej ręce dzierżył włócznię, w lewej kądziel i wrzeciono i był uważany za podobiznę bogini śmierci i przeznaczenia. Ilios i inni przodkowie obecnych obrońców Troi kazali wykonać liczne kopie posągu, różnej wielkości, a następnie ukryli je i strzegli ich równie pieczołowicie, jak oryginału. Zdawali sobie sprawę, że jeżeli stracą Palladium, przyszłość miasta zawiśnie na włosku. Bogowie objawili mi ten fakt we śnie, już pod koniec oblężenia Ilionu. Uknułem plan – chciałem iść do Troi, znaleźć prawdziwe Palladium, ukraść go i w ten sposób przypieczętować zgubę miasta – i wprowadziłem Diomedesa w jego tajniki. Najpierw przebrałem się za żebraka i kazałem się służącemu wybatożyć, żeby rany i strupy zdeformowały moje ciało nie do poznania. Trzeba wam wiedzieć, że mieszkańcy Ilionu słynęli z łagodnego traktowania swoich sług; woleli rozpieszczać niewolników, niż ich karcić. Żaden trojański służący z porządnej rodziny nie wyszedłby na ulicę w podartym ubraniu i ze śladami bata na plecach. Miałem więc nadzieję, że łachmany, smród i, co najważniejsze, krwawe pręgi sprawią, że ludzie będą na mój widok wstydliwie spuszczać wzrok. Nie uważacie, że to doskonały kamuflaż dla szpiega? Postanowiłem sam wykonać zadanie, gdyż byłem ze wszystkich Achajów najbardziej przebiegły i najbieglejszy w sztuce złodziejskiej, a poza tym byłem już raz w Troi, dziesięć lat wcześniej, na czele poselstwa, które miało wynegocjować pokojowe uwolnienie Heleny, zanim nasza czarna flota zjawi się w komplecie i wybuchnie wojna. Rokowania, oczywiście, spełzły na niczym – na co my wszyscy, prawdziwi Argiwowie, gorąco liczyliśmy, gdyż rwaliśmy się do walki i tęskniliśmy za łupami – ale zapamiętałem przynajmniej rozkład miasta, bronionego potężnym murem i bramami. We śnie bogowie – najprawdopodobniej Atena, która najbardziej ze wszystkich sprzyjała naszej sprawie – zdradziła mi, że zarówno oryginalny Palladium, jak i jego liczne kopie są ukryte gdzieś w królewskim pałacu Priama. Nie wskazała mi jednak dokładnej kryjówki; nie powiedziała też, jak odróżnić prawdziwy od fałszywych. Odczekałem do zapadnięcia najgłębszych nocnych ciemności, kiedy ognie na blankach przygasły, a ludzkie zmysły stępiały. Zarzuciłem na mury linę z hakiem, wspiąłem się po niej na górę, zabiłem strażnika i ukryłem jego zwłoki w stercie siana dla koni trackiej kawalerii, którego ogromne ilości złożono od wewnątrz pod murami. Ilion był dużym miastem, największym na świecie, trochę to więc potrwało, zanim przez labirynt ulic dotarłem do pałacu. Dwa razy zatrzymywali mnie uzbrojeni wartownicy, ale chrząkałem wtedy głośno, wydawałem inne nieartykułowane dźwięki i bezładne wymachiwałem okaleczonymi rękami. Oni dochodzili do wniosku, że jestem obłąkanym niewolnikiem, który swoją durnotą zasłużył na chłostę, i puszczali mnie wolno. Pałac Priama był olbrzymi – mieścił pięćdziesiąt sypialń, po jednej dla każdego z królewskich synów – i dobrze strzeżony przez elitarnych żołnierzy trojańskich, najlepszych z najlepszych. Czujni wartownicy stali przy wszystkich drzwiach i przy każdym oknie na parterze, na dziedzińcach i na pałacowych murach; nie miałem co liczyć na to, że trafię na jakiegoś przysypiającego na służbie wojaka, który zbędzie mnie machnięciem ręki i wpuści do środka. Późna pora, krwawe pręgi na skórze i kretyńskie postękiwania nic by mi nie pomogły. Skręciłem więc na południe, gdzie kilka kwartałów dalej stał dom Heleny, też dobrze strzeżony, przynajmniej z początku, dopóki nie zabiłem drugiego tej nocy Trojanina i nie ukryłem jego zwłok. Po śmierci Parysa, który zginął w pojedynku łuczniczym, inny z synów Priama, Deifobos, wziął Helenę za żonę. Mieszkańcy Ilionu nazywali go „pogromcą wrogów”; my, Achajowie, mieliśmy dla niego inne przezwisko: „dupa wołowa”. W każdym razie nie było go tej nocy w domu. Wszedłem do sypialni i obudziłem Helenę. Wątpię, żebym potrafił ją zabić, gdyby zaczęła wzywać pomocy. Widzicie, znałem ją od dawna; bywałem częstym gościem w domu szlachetnego Menelaosa, wcześniej zaś jako jeden z pierwszych zalotników starałem się o jej względy, gdy tylko stała się panną na wydaniu... Chociaż robiłem to wyłącznie dla zachowania form obyczajowych, ponieważ byłem już wtedy szczęśliwym mężem Penelopy. To ja doradziłem Tyndareosowi, żeby zaprzysiągł zalotników, iż pogodzą się z decyzją Heleny, i w ten sposób uniknął rozlewu krwi, gdyby werdykt nie przypadł komuś do gustu. Wydaje mi się, że Helena była mi za to wdzięczna. W każdym razie nie zaczęła wołać o pomoc, kiedy obudziłem ją, dręczoną koszmarem, w jej iliońskim pałacu. Rozpoznała mnie, objęła i zapytała o zdrowie swojego prawdziwego męża, Menelaosa, i córki. Odparłem, że są cali i zdrowi; nie wspomniałem o tym, że Menelaos został już dwukrotnie poważnie ranny i odniósł bez liku drobnych obrażeń, w tym ostatnio od strzały, która trafiła go w biodro, przez co jest w podłym nastroju. Zapewniłem ją natomiast, że mąż, córka i reszta pozostawionej w Sparcie rodziny tęsknią za nią i chcieliby, żeby jak najszybciej wróciła do domu. Helena parsknęła śmiechem. „Mój pan i mąż, Menelaos, pragnie mojej śmierci, Odyseuszu – odparła. – Dobrze o tym wiesz. Jestem pewna, że zabije mnie osobiście, gdy tylko runie Brama Skajska, a mury legną w gruzach, jak to przepowiedziała Kasandra”. Nie słyszałem o takiej przepowiedni; słucham tylko słów Ateny Pallas i wyroczni delfickiej, ale nie bardzo mogłem się spierać z Heleną. Wydawało mi się całkiem prawdopodobne, że Menelaos poderżnie jej gardło po latach niewierności, które spędziła w ramionach i łożach jego wrogów. Ale nie powiedziałem tego głośno. Zaproponowałem natomiast, że wstawię się za nią u Menelaosa, syna Atreusa, jeżeli ona nie zdradzi mnie przed wartownikami, zaprowadzi do pałacu Priama i powie, jak znaleźć Palladium. „I tak bym cię nie zdradziła, Odyseuszu, synu Laertesa, szczery i sprytny doradco” – odparła. Powiedziała mi, jak przeniknąć do wnętrza pałacu i po czym rozpoznać prawdziwe Palladium. Tymczasem noc miała się ku końcowi. Nie zdążyłbym już wypełnić mojej misji. Wyszedłem więc i wróciłem za mury tą samą drogą, którą przyszedłem, wykorzystując luki powstałe w obronie miasta po usunięciu przeze mnie wartowników. Następnego dnia wyspałem się do późna, wykąpałem, najadłem, napiłem i kazałem Machaonowi, synowi Asklepiosa i najlepszemu uzdrowicielowi w naszej armii, opatrzyć moje rany i posmarować je leczniczym balsamem. Następnej nocy, wiedząc, że nie dam sobie rady w pojedynkę – nie zdołałbym jednocześnie nieść Palladium i bronić się przed atakami wrogów – przedstawiłem mój plan Diomedesowi. Najczarniejszą nocą przeszliśmy – ja i syn Tydeusa – przez mur, zgładziwszy wartownika celnym strzałem z łuku. Przeniknęliśmy cichaczem ulicami i zaułkami; zamiast udawać skatowanych niewolników, poruszaliśmy się szybko i mordowaliśmy wszystkich, którzy stanęli nam na drodze. Weszliśmy do pałacu Priama przez ukryty wylot kanału ściekowego, do którego skierowała mnie Helena. Diomedes, który był dumnym człowiekiem, tak jak większość jego tępogłowych towarzyszy z Argos, nie zamierzał brodzić w szambie nawet dla tak szlachetnego celu, jak zwycięstwo nad Ilionem. Marudził, narzekał, klął, biadolił i był naprawdę w paskudnym nastroju, kiedy okazało się, że musimy wyjść przez zbiorowy sracz w pałacowej piwnicy. Tam bowiem, w koszarach elitarnej straży, znajdował się skarbiec królewski. Skradaliśmy się bezszelestnie, ale zdradził nas smród. Musieliśmy zabić pierwszych dwudziestu strażników, których spotkaliśmy w tunelach; dwudziesty pierwszy pokazał nam, jak otworzyć skarbiec, unikając przy tym wpadnięcia w pułapkę i spowodowania alarmu, po czym Diomedes poderżnął mu gardło. Oprócz całych ton złota, gór klejnotów, napełnionych perłami mis, stosów ozdobnych materii, skrzyń pełnych diamentów i innych legendarnych skarbów Wschodu, znaleźliśmy ze czterdzieści posągów, stojących w niszach w ścianach komnaty. Wyglądały identycznie; różniły się tylko wielkością. „Helena kazała mi wybrać najmniejszy” – przypomniałem Diomedesowi. Wybrałem najmniejszy posąg i owinąłem go czerwonym płaszczem, zabranym ostatniemu zabitemu przez nas wartownikowi. Klucz do obalenia Ilionu znalazł się w naszych rękach. Musieliśmy tylko wynieść go z miasta. Ale Diomedes ubzdurał sobie, że musi natychmiast, bezzwłocznie, jeszcze tej samej nocy splądrować Priamowy skarbiec. Mnogość skarbów kompletnie oszołomiła tego chciwego, bezmózgiego pacana. Był gotów zaprzepaścić dziesięć lat naszych starań w zamian za kilkadziesiąt kilogramów złota. Udało mi się go... zniechęcić. Nie będę wam opisywał walki, jaką stoczyliśmy, gdy postawiłem na podłodze zawinięte w płaszcz Palladium i sięgnąłem po miecz, żeby powstrzymać syna Tydeusa, króla Argos, którego chciwość zagroziła powodzeniu misji. Powiem tylko, że walka skończyła się szybko i że wygrałem ją podstępem. No dobrze, skoro się upieracie... Ten pojedynek nie należał do uczciwych. Nie godzien był aristei. Zaproponowałem, żebyśmy przed walką rozdziali się z cuchnących tunik i kiedy ten wielki bydlak się rozbierał, rzuciłem mu pięciokilową grudą złota w głowę. Stracił przytomność. Koniec końców uciekałem z pałacu Priama, niosąc pod pachą Palladium i przerzuconego przez drugie ramię znacznie cięższego, nagiego Diomedesa. Nie zdołałbym go przenieść przez mur. Byłem gotowy – a nawet całkiem chętny – zostawić go przy wylocie kanału ściekowego, nad rzeką, która opływała miejskie mury, kiedy nagle odzyskał przytomność i zgodził się pójść ze mną z własnej woli. Wyszliśmy z Ilionu bezszelestnie. I bez słowa. Diomedes nie odezwał się do mnie ani tej nocy, ani przez cały następny tydzień, ani po upadku i splądrowaniu miasta, ani nawet podczas przygotowań do drogi powrotnej. Ja też go nie zagadywałem. Powinienem dodać, że wkrótce po tym, jak przyniosłem Palladium do obozu, gdzie zostało dobrze ukryte, Achajowie, pewni rychłego upadku Troi, przystąpili do budowy drewnianego konia. Koń pełnił trzy funkcje. Przede wszystkim miał mi pozwolić dostać się do Ilionu z garstką wybranych wojowników. Po drugie, miał sprawić, że Trojanie, chcąc wprowadzić konia – postrzeganego jako ofiara dla bogów – do miasta, zdejmą olbrzymie kamienne nadproże znad Bramy Skajskiej. Przepowiednia mówiła bowiem, że przed upadkiem Troja musi stracić dwa ze swoich atrybutów: Palladium i to właśnie nadproże. Po trzecie i ostatnie, drewniany koń miał być darem dla Ateny, którą pozbawiliśmy Palladium. Nosiła przecież przydomek Hippia, „bogini na koniu”, odkąd okiełznała Pegaza, którego później dosiadał Bellerofon. Poza tym uwielbiała jeździć konno. To była, moi drodzy, krótka historia kradzieży Palladium i upadku Troi. Mam nadzieję, że się wam podobała. Macie jakieś pytania? Ada spojrzała znacząco na Harmana. To miała być krótka historia? Harman chwycił jej niewypowiedziane pytanie w locie, jak przesłany pocałunek. – Tak, ja mam jedno – odezwał się Daeman. Odyseusz spojrzał na niego zachęcająco. – Dlaczego czasem nazywasz to miasto Troją, a czasem Ilionem? Odyseusz pokręcił głową, wstał, wziął z sonika miecz i poszedł do lasu. 24. Ilion, Indiana, Olimp Zeus jest zły. Widziałem już, jak się złości, ale teraz jest bardzo, bardzo, bardzo zły. Ojciec Bogów wpada do zrujnowanej sali szpitalnej na Olimpie, jednym spojrzeniem ocenia zniszczenia, przez chwilę gapi się na jasne ciało Afrodyty, leżące na mokrej podłodze w kłębowisku zielonych robali, a potem odwraca się w moją stronę. Jestem przekonany, że mnie widzi, że przebija wzrokiem kamuflaż, jaki zapewnia mi Hełm Hadesa, i widzi mnie. Tymczasem Zeus, który wpatruje się w punkt, w którym stoję, i mruga szarymi, zimnymi jak lodowiec oczami, jakby ważył w duchu jakąś decyzję, odwraca nagle wzrok, a ja, Thomas Hockenberry, niegdyś wykładowca z Uniwersytetu Stanowego w Indianie, a ostatnio kochanek Heleny Trojańskiej, mogę żyć dalej. Prawą rękę i lewą nogę mam paskudnie posiniaczone, ale kości są całe, więc pod osłoną Hełmu Hadesa, który chroni mnie przed wzrokiem dziesiątek tłoczących się dookoła bóstw, uciekam z gmachu i tekuję się do jedynego miejsca (poza sypialnią Heleny), w którym znajdę chwilę wytchnienia: do koszar scholiastów u stóp Olimpu. Z przyzwyczajenia idę prosto do swojego pokoju i nagiej pryczy. Nie zdejmując maskującego kaptura, kładę się i drzemię niespokojnie. Mam za sobą piekielnie długi dzień, noc i poranek. Niewidzialny człowiek śpi. Budzą mnie dobiegające z parteru krzyki i huk gromów. Wypadam na korytarz. Po drodze mija mnie zdyszany Blix – właściwie omal na mnie nie wpada, ponieważ jestem niewidzialny – który krzyczy do Campbella, innego scholiasty: – Muza jest na dole! Zabija wszystkich, jak leci! Faktycznie. Przykucam w kącie na zakręcie schodów i patrzę, jak muza – nasza muza, którą Afrodyta nazwała Melete – morduje nielicznych jeszcze żywych scholiastów, którzy nie zdążyli uciec z płonących koszar. Miota z dłoni promienie czystej energii – staromodne to i oklepane, ale niewiarygodnie skuteczne, kiedy trzeba porazić nieosłonięte ludzkie ciało. Blix nie ma szans. Nie mogę pomóc ani jemu, ani pozostałym. Nightenhelser! Spokojny scholiasta był w ostatnim czasie moim jedynym prawdziwym przyjacielem. Biegnę do jego pokoju. Marmury są porysowane, drewniane wyposażenie płonie, szyba w oknie się stopiła, ale nigdzie nie widzę zwęglonego ciała, podobnego do tych, których pełno leży w sąsiednich salach i na korytarzach. Żadne ze spalonych zwłok nie wyglądały zaś na dostatecznie duże, by mogły być martwym Nightenhelserem. Z drugiego piętra dobiegają jeszcze przeraźliwe krzyki, po których zapada cisza, przerywana tylko narastającym hukiem płomieni. Wyglądam przez okno. Muza w rydwanie śmiga w powietrzu, holograficzne konie galopują na złamanie karku. Jestem przerażony. Dławiąc się i krztusząc dymem – gdyby została w koszarach, musiałaby mnie usłyszeć – siłą woli zmuszam się do koncentracji i wyobrażam sobie restaurację, w której ostatni raz widziałem Nightenhelsera. Ściskam w dłoni medalion, przekręcam tarczę i uciekam. Nightenhelsera nie ma w knajpie, w której spotkaliśmy się rano. Tekuję się na pole bitwy, ale nie ma go również na jego tradycyjnym punkcie obserwacyjnym – na wzgórzu za plecami obrońców. Zdążam dostrzec Hektora i Parysa, którzy przewodzą Trojanom w udanym szturmie na achajskie pozycje, a potem teleportuję się na tyły Greków, nieopodal fosy i ostrokołu, gdzie także zdarzało mi się spotykać Nightenhelsera. Jest! Przebrany za Dolopsa, syna Klytiusa, któremu – jeśli Homer się nie pomylił – zostało jeszcze parę dni życia, zanim zginie z ręki Hektora. Nie tracąc czasu na morfowanie, ściągam Hełm Hadesa i staję przed nim jako stary znajomy Hockenberry. – Hockenberry! Co ty... Moje nieprofesjonalne zachowanie i reakcje znajdujących się w pobliżu Achajów odbierają mu mowę. Żaden scholiasta nie chce zwracać na siebie uwagi – gorsza mogłaby być chyba tylko śmierć od pioruna ciśniętego przez rozeźloną muzę. Nie wiem, dlaczego uwzięła się na scholiastów, ale domyślam się, że pośrednio to ja spowodowałem tę rzeź niewiniątek. – Musimy stąd wiać! – Przekrzykuje tupot żołnierzy, łoskot blach, rżenie koni i dudnienie rydwanów. Z miejsca, w którym się znajdujemy, sytuacja wygląda rozpaczliwie: Trojanie przełamali szyk Greków w samym środku. – Co ty wygadujesz? To ważny dzień, Hektor i Parys będą... – Chrzanię Hektora i Parysa – mówię po angielsku. Muza materializuje się w powietrzu, wysoko ponad placem boju; ja i Nightenhelser też często obieraliśmy taki punkt obserwacyjny. Druga muza powozi, a pierwsza, wychylona z rydwanu, swoimi ulepszonymi oczami przepatruje szeregi żołnierzy. Morfowanie nas nie ocali. Jakby dla potwierdzenia słuszności tych rozważań Melete – czyli „moja” muza – podnosi ręce i wypuszcza z dłoni promień energii. Skoncentrowana wiązka mocy trafia Trojanina imieniem Dios, który, według Homera, powinien jeszcze trochę pożyć, żeby w księdze dwudziestej czwartej Parys miał kim pomiatać. Tymczasem ginie rażony piorunem, w rozbłysku ognia i słupie dymu. Jego towarzysze odskakują, kulą się, niektórzy wycofują; nie rozumieją, czemu bogini gniewa się, skoro z woli Zeusa nastał dzień zwycięstwa. Hektor i Parys, którzy czterysta metrów na południowy wschód od tego miejsca prowadzą natarcie, niczego nie zauważają. – To nie był Dios – stęka Nightenhelser. – To Houston. – Wiem. Włączam normalny tryb widzenia. Houston był najmłodszym scholiastą i miał najkrótszy staż z nas wszystkich. Rozmawiałem z nim raz, może dwa, nie więcej. Podejrzewam, że wysłano go na pole bitwy w moim zastępstwie. Rydwan muzy kładzie się w ostry skręt i leci prosto na nas. Nie wydaje mi się, żeby ta suka już nas zobaczyła – znajdujemy się przecież w środku niewiarygodnej ciżby – ale za chwilę na pewno zobaczy. Co robić? Mógłbym założyć Hełm Hadesa i kolejny raz stchórzyć, zostawiając Nightenhelsera na pastwę muzy, tak jak zostawiłem Bliksa i innych. Nie ma mowy, żeby jeden kaptur osłonił nas obu przed jej wzrokiem. Moglibyśmy ewentualnie pobiec w stronę czarnych okrętów – ale nie zdążylibyśmy przebyć nawet dwudziestu metrów. Rydwan obniża lot i włącza kamuflaż; ścierający się na ziemi Grecy i Trojanie już go nie widzą. My z Nightenhelserem widzimy go doskonale naszymi wspomaganymi nanotechnologią oczami. – Co ty wyrabiasz?! – dziwi się Nightenhelser i prawie upuszcza mikrofon, kiedy obejmuję go od tyłu ramionami i zarzucam nogę na jego biodro; wyglądam pewnie jak cherlawy piechociarz, który próbuje zgwałcić potężnego jak niedźwiedź żołnierza przeciwnika. Przekładam mu rękę pod szyją, chwytam medalion i przekręcam tarczę. Nie mam pojęcia, czy to się uda. Nie powinno. Medalion jest przeznaczony do teleportowania tylko jednej osoby: swojego właściciela. Ale przecież ubranie tekuje się razem ze mną. Poza tym nieraz przenosiłem różne przedmioty przez przestrzeń Plancka. Może więc pole kwantowe obejmuje nie tylko moje ciało, ale także wszystko, z czym mam kontakt. Zresztą co mam do stracenia? Nic, psiakrew. Lądujemy w ciemności. Staczamy się po zboczu pagórka i rozdzielamy. Rozglądam się, próbuję się zorientować w terenie. Nie miałem czasu, żeby dokładnie wyobrazić sobie cel podróży: po prostu siłą woli zmusiłem się do skoku w przestrzeń Plancka i teleportacji... dokądś. Dokąd? Świeci księżyc, widzę więc wypłoszonego Nightenhelsera, który przygląda mi się podejrzliwie, jakby spodziewał się, że lada chwila znów się na niego rzucę. Postanawiam go zignorować. Patrzę w niebo, na gwiazdy, Drogę Mleczną, księżyc, spuszczam wzrok i widzę wysokie drzewa, trawiasty pagórek, rzekę... Jesteśmy bez wątpienia na Ziemi, tej starożytnej, owszem, ale chyba nie w Azji Mniejszej. Nie w Grecji. – Co to za miejsce? – pyta Nightenhelser, wstając i otrzepując się z piasku. – Co się w ogóle dzieje? Dlaczego tu jest ciemno? Jesteśmy na antypodach starożytnego świata, myślę. – Wydaje mi się, że trafiliśmy do Indiany – mówię na głos. Nightenhelser odsuwa się ode mnie jeszcze bardziej. – Do Indiany?! – Indiany w roku mniej więcej 1200 przed naszą erą. Plus minus sto lat. Znów uraziłem sobie poobijaną rękę i nogę. – Jak się tu znaleźliśmy? – Nightenhelser zawsze był miłym facetem. Trochę zrzędził, burczał po niedźwiedziemu, ale nigdy się nie wściekał. Teraz jest naprawdę zły. – Tekowałem nas. – Co ty pieprzysz, Hockenberry? W pobliżu nie było żadnego portalu TK. Udaję, że go nie słyszałem. Siadam na kamieniu i rozcieram obolałe ramię. W Indianie jest niewiele wzgórz – nie było w moim poprzednim życiu – ale kawałek pofalowanego, miejscami skalistego terenu można znaleźć w okolicach Bloomington, gdzie mieszkaliśmy z Susan. Podejrzewam, że w przypływie paniki wyobraziłem sobie... dom. Zastanawiam się, czy medalion mógł nas przenieść także w czasie i rzucić w sam środek dwudziestowiecznej Indiany, ale nocne niebo i czyste, orzeźwiające powietrze podpowiadają mi, że tak się nie stało. Kto tu mieszkał tysiąc dwieście lat przed naszą erą? Indianie. To by dopiero była ironia losu, gdyby medalion porwał nas muzie sprzed nosa i cisnął do Nowego Świata, gdzie Indianie mogli nas oskalpować. Przed przybyciem białych Indianie z większości plemion nie skalpowali ofiar, odżywa się głos z pedantycznej, profesorskiej części mojego umysłu. Za to chyba czytałem gdzieś, że obcinali wrogom uszy jako trofeum wojenne. Od razu lepiej się człowiek czuje. Podobno można liczyć na mordercę, że będzie miał dar wysławiania się; tak jak na profesora, że zawsze podsunie ci jakiś dołujący fakt, kiedy jesteś już przygnębiony. – Hockenberry? Nightenhelser siada na sąsiednim kamieniu wielkości piłki futbolowej – nie za blisko, trzeba przyznać – i rozciera stawy. – Myślę, cały czas myślę – odpowiadam, imitując Jacka Benny'ego*[* amerykański komik rewiowy, radiowy i telewizyjny, który słynął ze stosowania długich pauz w skeczach] najlepiej jak umiem. – Kiedy już skończysz, może mi wyjaśnisz, dlaczego muza zabiła Houstona? Poważnieję, ale nie wiem, co odpowiedzieć. – Bogowie prowadzą własne rozgrywki – mówię w końcu. – Knują, snują intrygi, paktują. – Nie żartuj. Słowa Nightenhelsera są zarówno ironicznym komentarzem, jak i szczerą prośbą. Podnoszę ręce w geście rezygnacji. – Afrodyta chciała mnie wykorzystać. Miałem dla niej zabić Atenę. – Nightenhelserowi oczy wychodzą z orbit. Z największym trudem powstrzymuje się od rozdziawienia ust. – Wiem, co sobie myślisz. Dlaczego wybrała akurat mnie? Po co jej Hockenberry? Po co dawać mu medalion teleportacyjny i Hełm Hadesa, który zapewni mu niewidzialność? Zgadzam się z tobą: to nie ma sensu. – Nie o to mi chodziło – mówi Nightenhelser. Nawet w tej ciemności przypomina niedźwiedzia. Meteor świetlną smugą przecina gwiaździste niebo nad naszymi głowami. W lesie za wzgórzem pohukuje sowa. – Zastanawiałem się, jak masz na imię. Teraz to ja wytrzeszczam oczy. – Dlaczego? – Bogowie odradzali nam używanie imion, a my baliśmy się bliżej poznać, ponieważ scholiaści mieli tendencję do... znikania. Bogowie zastępowali ich nowymi. Chciałbym się dowiedzieć, jak masz na imię. – Thomas. Tom. A ty? – Keith – odpowiada człowiek, którego znam od czterech lat. Wstaje i spogląda w stronę lasu. – Co dalej, Tomie? W lesie hałasują żaby, owady i inne nocne stwory. Albo Indianie, którzy właśnie się tu skradają. – Wiesz, jak... Mówiłeś, że zdarzało ci się już mieszkać w głuszy... Zastanawiałem się, czy... – Pytasz, czy umrę, jeśli mnie tak tu zostawisz? – upewnia się Nightenhelser... To znaczy: Keith. – Właśnie. – Nie wiem. Pewnie tak. Ale i tak myślę, że prędzej przeżyję tu niż pod Ilionem. Przynajmniej odkąd muza weszła na wojenną ścieżkę... Domyślam się, że Keith również nie może przestać myśleć o Indianach. – Przynajmniej mam wszystkie zabawki i cały sprzęt scholiasty. Mogę rozpalić ognisko, w razie potrzeby skorzystać z uprzęży lewitacyjnej, morfować w Indianina, użyć paralizatora... Lepiej wracaj i zrób to, co musisz zrobić. Potem mi wszystko opowiesz... O ile będzie jakieś „potem”. Kiwam głową i wstaję. Dziwnie się czuję, zostawiając go tutaj; wiem, że źle robię, ale nie mam wyboru. – Trafisz z powrotem? – pyta. – Tutaj. Wrócisz po mnie? – Chyba tak. – Chyba? Chyba?! – Keith przeczesuje włosy palcami. – Mam nadzieję, że nie byłeś dziekanem swojego wydziału, Hockenberry. Coś mi się widzi, że epoka imion minęła bezpowrotnie. Wolałbym teleportować się gdziekolwiek, w dowolne inne miejsce we wszechświecie, byle nie na Olimp. Kiedy się tam zjawiam, mieszkańcy gromadzą się w Dworze Bogów. Naciągam głębiej Hełm Hadesa, sprawdzam, czy przypadkiem nie rzucam cienia i wślizguję się do wnętrza olbrzymiego, przypominającego Partenon gmachu. Ponad dziewięć lat jestem scholiastą, ale nigdy nie widziałem tylu bogów zebranych naraz w jednym miejscu. Po jednej stronie długiego, holograficznego basenu na złotym tronie siedzi Zeus; wydaje mi się jeszcze większy niż poprzednio. Wspominałem już, że bogowie mierzą od dwóch i pół do trzech metrów, z wyjątkiem tych chwil, kiedy przybierają postać zwykłych śmiertelników. Zeus zwykle przewyższa ich o dodatkowy metr, niczym boski rodzic górujący nad swoimi kosmicznymi dziećmi. Dzisiaj ma jednak prawie osiem metrów wzrostu. Ciekawe, myślę, jak to się ma do zasady zachowania masy i energii, którą tamten scholiasta próbował mi kiedyś wytłumaczyć. Ale mniejsza z tym. Najważniejsze – to trzymać się blisko ściany, z dala od stłoczonych w sali bóstw, nie ruszać się i nie hałasować, żeby nie wykryły mnie wyczulone boskie zmysły. Wydawało mi się, że znam imiona wszystkich bogów i bogiń, tu jednak widzę dziesiątki obcych twarzy. Ci, których znam – bóstwa najbardziej zaangażowane w wojnę trojańską – wyróżniają się z tłumu niczym gwiazdy filmowe na spotkaniu lokalnych polityków, ale nawet najbardziej niepozorny z nieznanych mi bogów jest wyższy, silniejszy, przystojniejszy i doskonalszy od wszystkich aktorów z mojej epoki. Najbliżej Zeusa, po przeciwnej stronie holobasenu, który niczym fosa dzieli wnętrze na pół, stoi Atena Pallas, Ares, bóg wojny (najwyraźniej już wyszedł z kadzi, która nie uległa zniszczeniu razem z kadzią Afrodyty) oraz młodsi bracia Zeusa: Posejdon, który rzadko fatyguje się na Olimp, i Hades, władca świata umarłych Hermes, syn Zeusa, stoi bliżej basenu; ten boski posłaniec i zabójca olbrzymów jest dokładnie tak szczupły i piękny, jak przedstawiające go posągi, które widziałem. Drugi syn Zeusa, Dionizos, bóg zmysłowych rozkoszy, rozmawia z Herą. Wbrew temu, jak się go zwykle przedstawia, wcale nie trzyma w ręce pucharu z winem. Jak na bóstwo rozkoszy wygląda raczej blado, cherlawo i nieświeżo, niczym trzeźwiejący anonimowy alkoholik, który zaliczył dopiero trzy z dwunastu kroków. Za ich plecami dostrzegam Nereusa, prawdziwego boga oceanów, starego człowieka z morza. Palce u rąk i nóg ma połączone błoną pławną, a pod pachami widać mu skrzela. Mojry i furie przybyły gromadnie. Przypadkiem – albo celowo – wmieszały się w tłum. Oficjalnie zalicza się je do bóstw, ale czasem mają władzę nawet nad innymi bogami. Z wyglądu mniej niż inni przypominają ludzi, ja zaś muszę przyznać, że niewiele o nich wiem. Nie mieszkają na Olimpie, lecz na jednym z trzech wulkanów położonych daleko na południowy wschód stąd, nieopodal siedziby muz. Moja muza, Melete, stoi w towarzystwie swoich sióstr, Meneme i Aoide. Widzę również inne, bardziej „nowoczesne” muzy: prawdziwą Kaliope, Polihymnię, Uranię, Erato, Klio, Euterpe, Melpomenę, Terpsychorę i Talię. Dalej stoją najważniejsze z bogiń, ale – co natychmiast zauważam – brakuje wśród nich Afrodyty. Gdyby tu była, widziałaby mnie równie wyraźnie, jak ja widzę bogów. Jest natomiast Dione, jej matka; ma zatroskaną twarz i rozmawia z Herą i Hermesem. Nieopodal stoi Demeter, bogini plonów, i Persefona, jej córka i małżonka Hadesa. Dalej dostrzegam Paziteę, jedną z Gracji, a za nią – w miejscu stosownym do rangi – Nereidy: obnażone do pasa, prześliczne i zdradzieckie. Metabogini Noc trzyma się z boku. Jej suknia i woal są ciemno fioletowe, prawie czarne; bogowie i boginie wolą się do niej nie zbliżać. Właściwie nic o niej nie wiem, nigdy wcześniej nie widziałem jej na Olimpie. Chodzą słuchy, że nawet Zeus się jej boi. Czuję się jak widz na gali rozdania Oscarów, kiedy tak próbuję odsiać supergwiazdy z tłumu pomniejszych bóstw. Widzę Hebe, córkę Zeusa i Hery, patronkę młodości, a przy tym zaledwie służącą znaczniejszych bóstw. Jest też Hefajstos o ogniście rudych włosach, znakomity rzemieślnik; rozmawia z żoną, która jest tylko jedną z Gracji. Nie pierwszy raz zdaję sobie sprawę, że boska hierarchia nie jest sprawą prostą. Nagle Iryda, posłanka Zeusa, wylatuje – tak, wylatuje – na czoło zgromadzenia i klaszcze w ręce. – Ojciec chce przemówić – ogłasza. Jej głos jest czysty i donośny jak solo na flecie. Rozmowy milkną. W olbrzymiej sali zapada cisza. Zeus wstaje. Pławi się w boskim blasku, bijącym od złotego tronu i prowadzących doń złotych schodów. – Słuchajcie mnie, bogowie, i wy, boginie – mówi Zeus. Nie podnosi głosu, ale jego słowa dudnią echem w marmurowych ścianach. – Dzisiaj któryś z bogów próbował skrzywdzić Afrodytę. Przeżyła, przebywa w sali uzdrowień, ale leczenie potrwa teraz wiele dni. Ktoś z bogów próbował zabić nieśmiertelną, jedną z nas, którym śmierć nie jest przeznaczona. Bogowie są wstrząśnięci. Szmer rozmów, z początku nieśmiały, błyskawicznie przybiera na sile i staje się ogłuszający. – Cisza! – krzyczy Zeus. Tym razem jego głos powala mnie i niesie po posadzce jak wiatr wyrwaną z korzeniami krzewinkę. Na szczęście nie wpadam na nikogo, a echo boskiego krzyku zagłusza szuranie mojego ubrania o marmur. – Słuchajcie mnie, o bogowie i boginie! – Jego słowa są wzmocnione, jakby przemawiał przez gigantyczny megafon. – Niech żadna z pięknych bogiń i żaden bóg nie ośmieli się sprzeciwić mojemu dekretowi. Macie poddać się mojej woli. Natychmiast! Jestem już przygotowany na huraganowy impet jego słów. Wczepiam się palcami w marmur kolumny i przeczekuję tajfun. – Słuchajcie. – Zeus zniża głos niemal do szeptu, przez co jego siła wydaje się jeszcze straszliwsza. – Każdy, kto pomoże Achajom lub Trojanom w taki sposób, jak czyniliście to przez ostatni miesiąc, po powrocie na Olimp zostanie wychłostany moim piorunem, rażony moim gromem, na wieki pohańbiony i wygnany. Kto mi się sprzeciwi, dowie się, co to znaczy zostać strąconym w otchłań Tartaru, odległą o pół kosmosu w czasie i przestrzeni, w najgłębszą przepaść, ziejącą pod stopami naszych kwantowych jaźni. Holograficzny basen burzy się i bulgocze, woda staje się czarna jak smoła, a potem przestaje być zwykłym trójwymiarowym obrazkiem: z prostokątnego brodzika wielkości kilkunastu ustawionych jeden za drugim pełnowymiarowych basenów pływackich, wypełnionych wrzącą smołą, dobiega ogłuszający ryk i hologram zmienia się w otwór prowadzący w ciemną, ognistą, przeraźliwie głęboką czeluść. Odór siarki uderza w nozdrza zebranych. Bóstwa stojące najbliżej krawędzi cofają się ostrożnie. – Oto Tartar! – woła Zeus. – Najgłębsze podziemia Domu Hadesa! Tak jak siedziba Hadesa znajduje się pod ziemią, tak Tartar leży poniżej piekła. Pamiętacie? Zwracam się do najstarszych pośród nas. Pamiętacie naszą dziesięcioletnią wojnę z Tytanami? Pamiętacie, że strąciłem w tę otchłań własnych rodziców, Kronosa i Reę? Że zamknąłem ich za żelaznymi wrotami i mosiężnymi progami? Że to samo zrobiłem z Japetem, któremu nie pomogła cała jego boska moc? Ciszę mącą jedynie stłumione ryki, jęki i wrzaski dobiegające z Tartaru. Nie mam cienia wątpliwości, że nie żaden hologram, tylko najprawdziwsze wrota piekła stoją otworem niespełna dziesięć metrów od miejsca, w którym kulę się ze strachu. – Skoro strąciłem w tę przepaść własnych rodziców, skazując ich na wieczną mękę, w każdej chwili mogę tam strącić także wasze żałosne dusze! Bogowie i boginie milczą, odsuwają się tylko o dalsze kilka kroków od skraju okrutnej pustki. Na twarz Zeusa wypływa paskudny uśmiech. – Spróbujcie swoich sił ze mną, nieśmiertelni. Wszyscy będziecie mieli nauczkę. Spod sufitu spada gruba złota lina i układa się w poprzek wejścia do piekieł. Jest grubsza niż cuma okrętowa i wygląda, jakby spleciono ją z tysiąca grubych na dwa palce żył czystego złota. Musi ważyć wiele ton. Zeus schodzi z podwyższenia i bierze do rąk jeden koniec liny. – Złapcie za drugi koniec – mówi tonem, który można by niemal uznać za rozbawiony. Bogowie spoglądają po sobie, ale nikt się nie rusza. – Złapcie za drugi koniec! Setki nieśmiertelnych i ich sług posłusznie tłoczą się przy złotym sznurze, walcząc o skrawek miejsca, za który mogliby złapać, jak dzieci bawiące się w przeciąganie liny na pikniku. Po chwili z jednej strony otchłani Tartaru stoi samotny Zeus, który jakby od niechcenia przytrzymuje linę, z drugiej zaś tłoczy się nieprzeliczona ciżba bóstw, kurczowo ściskając drugą połówkę sznura. – Przeciągnijcie mnie – mówi Zeus. – Spróbujcie ściągnąć mnie z nieba na ziemię, potem do Hadesu i jeszcze głębiej, w cuchnące głębie Tartaru. Ciągnijcie, powiadam. Żaden z bogów się nie porusza; nie drgnie ani jeden mięsień, jakby były odlane z brązu. – Rozkazuję wam, ciągnijcie! – Zeus zaciska mocniej palce i zaczyna przeciągać linę. Sandały ślizgają się, piszczą i skrzypią na marmurze. Kilkaset bóstw zostaje przyciągniętych w pobliże otchłani; niektóre się potykają, inne padają na kolana. – Ciągnijcie, do cholery! Albo weźmiecie się do roboty, albo będziecie gnić w Tartarze tak długo, aż zetlały czas odpadnie z kości wszechświata! Jednym szarpnięciem przeciąga na swoją stronę dwadzieścia metrów złotej liny, która układa się w zwojach za jego plecami. Rządek bogów, bogiń, Gracji, Furii, Nereid, nimf i kogo tam jeszcze licho przyniosło ciągnie za sznur, ślizga się i z każdą chwilą jest coraz bliżej otchłani. Tylko odziana w fiolet Noc trzyma się z boku. Atena stoi na samym przodzie. – Ciągnijcie, bogowie! – krzyczy, znalazłszy się dziesięć metrów od skraju otworu. – Zrzućmy starego drania w przepaść! Ares, Apollo, Hermes, Posejdon i inni naprężają muskuły. Przestają się ześlizgiwać. Lina się napręża, trzeszczy i zaczyna strzępić. Boginie pokrzykują i ciągną w zgodnym rytmie; Hera, żona Zeusa, najsilniej. Złoty sznur napina się i jęczy. Zeus parska śmiechem. Dotąd trzymał linę jedną ręką, teraz dokłada drugą i szarpie. Bogowie piszczą jak dzieci na kolejce górskiej. Atena i kilkoro najbliżej stojących bogów jadą po marmurze jak po lodzie, coraz bliżej brzegów Tartaru; dziesiątki pomniejszych nieśmiertelnych poddają się i rozpierzchają. Ale modrooka Atena się nie poddaje. Sznur przyciąga ją do dymiących wrót piekła. Zanosi się na to, że lada chwila cała kolumna zdyszanych, spoconych i przeklinających nieśmiertelnych wpadnie do środka. Zeus śmieje się i puszcza linę. Dziesiątki bóstw zataczają się wstecz i z rozmachem lądują na swoich nieśmiertelnych tyłkach. – Bogowie i boginie! Dzieci, bracia, siostry, synowie, córki, kuzyni i sługi! Nie uda się wam strącić mnie z nieba. – Zeus wraca na tron. – Możecie wypluć płuca i powyrywać sobie ręce z barków, ale nie ruszycie mnie z miejsca, dopóki sam na to nie pozwolę. Jam jest Zeus, najwyższy i najpotężniejszy z królów. – Podnosi dłoń z wyprostowanym palcem wskazującym. – Ja natomiast, jeśli zechcę, mogę ściągnąć was z Olimpu, aż zawiśniecie w czarnej przepaści nad Tartarem. Mogę przywiązać linę do ziemi i morza, zahaczyć o skalny występ Olimpu, a wy będziecie wisieć w ciemnościach do czasu, aż słońce zgaśnie. Gdybym nie widział tego pokazu siły, pomyślałbym, że stary łobuz blefuje – ale widziałem, więc mu wierzę. Atena wstaje z podłogi zaledwie metr od skraju przepaści. – Ojcze nasz, synu Kronosa, który zasiadasz na najwyższym tronie w niebie, znamy twą moc, panie nasz. Kto mógłby ci się sprzeciwić? Przecież nie my... Wszyscy nieśmiertelni wstrzymują oddech. Atena słynie z porywczości i ciętego języka; jeśli teraz padnie z jej ust jedno niewłaściwe słowo... – …ale żal nam śmiertelnych – ciągnie modrooka córka Zeusa. – Żal argiwskich włóczników, którzy odgrywają swoje nic nieznaczące rólki na swojej małej scenie, umierają straszliwą śmiercią, topią się we własnej krwi. Robi dwa kroki do przodu. Noski jej sandałów znajdują się już ponad smoliście czarną przepaścią. Tysiące metrów pod stopami Ateny, w chłostanych piorunami mrokach Tartaru, jakaś olbrzymia istota wyje z bólu i strachu. – Dobrze, Zeusie. Posłuchamy cię i przestaniemy się mieszać do wojny. Pozwól nam jednak zasugerować naszym śmiertelnym faworytom taktykę, która, być może, ocali im życie. Nie chcemy, żeby wszyscy zginęli od twoich śmiercionośnych błyskawic. Zeus przez długą chwilę przygląda się córce. Nie wiem, jak inni, ale ja nie mam pojęcia, co właściwie wyraża jego spojrzenie. Złość? Rozbawienie? Zniecierpliwienie? – Tritogeneia, moje trzecie dziecko, córko droga – odzywa się. – Zawsze przyprawiasz mnie o ból głowy. Nie trać jednak ducha. Nauczka, której wam dzisiaj udzieliłem, nie wypływa z gniewu. Chciałem wam tylko pokazać, jakie mogą być konsekwencje nieposłuszeństwa. Po tych słowach Zeus wstaje z tronu i schodzi z podwyższenia. Jego rydwan wlatuje do sali między dwoma olbrzymimi kolumnami. Jest zaprzężony w prawdziwe konie ze złocistymi grzywami i podkowami z brązu, nie żadne hologramy. Ojciec bogów zakłada złotą zbroję, sięga po bat, który stoi oparty o burtę, wsiada do rydwanu i uderza lejcami w końskie zady. Pojazd przez chwilę jedzie po marmurze, potem wzbija się w powietrze, zatacza krąg trzydzieści metrów nad głowami zebranych i wpada pomiędzy kolumny. Jego zniknięciu towarzyszy kwantowy grzmot. Bogowie, boginie i pomniejsi nieśmiertelni pomału się rozchodzą. Szepczą między sobą i knują. Jestem święcie przekonany, że żadne z nich nie zamierza posłuchać swojego pana i władcy. Ja zaś siedzę bez ruchu i cieszę się, że jestem niewidzialny. Mam rozdziawione usta, oddycham płytko i szybko, jak zgoniony pies w gorący dzień. Chyba nawet się ślinię. Na Olimpie trudno jest czasem uwierzyć w ciągi przyczynowo–skutkowe i metodę naukową. 25. Las sekwojowy, Teksas Daeman został na polanie sam z sonikiem – i wcale mu się to nie podobało. Po zniknięciu Savi Odyseusz opowiedział tę swoją rozwlekłą, bezsensowną historię i też poszedł do lasu. Hannah odczekała może z minutę, zanim ruszyła za nim (rano Daeman od razu się zorientował, że spędzili tę noc razem; jego radar seksualny był nieomylny). Niedługo potem Ada z tym drugim staruchem, Harmanem, zapowiedzieli, że idą na spacer i zniknęli wśród drzew po przeciwnej stronie polany (o nich również wiedział, że w nocy uprawiali seks; wyglądało na to, że tylko on i ta stara wiedźma Savi nic a nic się nie bawią). Tak oto został sam na leśnej polance. Stał oparty o kadłub sonika, wsłuchując się w szelest liści i trzask łamanych w gąszczu gałązek. Gdyby z lasu wynurzył się alozaur, Daeman zdążyłby wskoczyć do pojazdu – ale co dalej? Nie wiedział, jak uruchomić holograficzny pulpit; tym bardziej nie udałoby mu się włączyć pola siłowego ani wzbić w powietrze. Stałby się przekąską dinozaura. Miał ochotę krzyknąć na Savi i pozostałych, żeby wracali, ale po namyśle zrezygnował z tego zamiaru. Czy hałas mógł zwabić dinozaury albo innych drapieżców? Nie zamierzał tego sprawdzać. Czuł się nieswojo, i to nie tylko ze strachu: przede wszystkim strasznie go korciło, żeby pójść na stronę. Pozostali jakoś sobie radzili – szli do lasu z garścią zabranych przez Savi chusteczek – ale on był przecież człowiekiem cywilizowanym. Nigdy nie był w toalecie pozbawionej... no, toalety... i nie zamierzał zmieniać swoich przyzwyczajeń. Nie miał pojęcia, ile jeszcze czasu zabierze im dotarcie do dworu Ardis. W dodatku ze słów Savi wynikało, że nie chce się tam zatrzymywać, tylko wysadzić Hannah, Adę i tego szurniętego oszusta, który podawał się za Odyseusza, a potem natychmiast śmignąć do tego Basenu Śródziemnego, gdziekolwiek by się znajdował. Tak długo z pewnością nie mógł czekać. Zdał sobie sprawę, że niechęć jest w tym wypadku silniejsza od strachu. Wczoraj, kiedy zgłosił się na ochotnika do szalonej ekspedycji, zaskoczył wszystkich. Nikt nawet nie podejrzewał prawdziwych motywów, które nim kierowały. Przede wszystkim bał się dinozaurów grasujących w okolicach dworu Ardis i wolał tam nie wracać. Po drugie, okropnie się zdenerwował, słuchając tych historii o niszczeniu i odtwarzaniu ludzi podczas faksowania. Właściwie trudno mu się było dziwić, skoro dopiero co wrócił z konserwatorni ze świadomością, że stracił swoje prawdziwe ciało. Przez całe życie niemal codziennie korzystał z faksu, ale myśl, że miałby teraz przejść przez portal, który rozszczepi na kawałki jego mięśnie, kości, mózg i pamięć, a potem w miejscu przeznaczenia odtworzy jego kopię – o ile ta stara baba miała rację – cholernie mu się nie podobała. Uznał więc, że lepiej będzie jeszcze trochę polatać sonikiem, zamiast stawiać czoło dinozaurom w Ardis albo dawać się rozbijać na atomy, cząsteczki czy cholera wie co. Teraz zaś tęsknił za toaletą i obecnością matki albo służka, którzy zrobiliby mu kolację. Może po odlocie z Ardis każe się wysadzić przy Kraterze Paryskim? Przecież to chyba niedaleko. Widział wprawdzie te gryzmoły, które Harman nazwał mapą, ale nie miał pojęcia o geografii. Dla niego każde dwa punkty na Ziemi dzieliła zawsze ta sama odległość: jeden krok przez portal. Savi wyszła na polanę. – Gdzie reszta? – zapytała, widząc, że jest sam. – Też się zastanawiam. Najpierw zniknął ten dzikus. Hannah poszła za nim, a chwilę później Ada i Harman oddalili się w tamtym kierunku. – Gestem wskazał wysokie drzewa po drugiej stronie polany. – Czemu nie wywołasz funkcji na dłoni? – Savi uśmiechnęła się, jakby coś ją rozbawiło. – Już próbowałem, tam u ciebie, na lodzie. I przy moście. Tutaj też. Nie działa. Daeman podniósł rękę, wywołał myślą funkcję wyszukiwania i pokazał Savi pusty, biały prostokąt, który wyświetlił się nad jego otwartą dłonią. – To lokalizator krótkiego zasięgu – zauważyła Savi. – Doprowadzi cię na miejsce, kiedy znajdujesz się już blisko celu. To tak, jakbyś szukał w bibliotece książki, ale zawędrował pod niewłaściwy regał. Podłącz się do daleko– albo bliskosieci. Daeman wytrzeszczył oczy. Od początku powątpiewał w jej zdrowe zmysły. – No tak, zapomnieliście o większości funkcji. – Savi nie przestawała się uśmiechać. – Pokolenie za pokoleniem... Pozapominaliście. – O co ci chodzi? Stare funkcje, takie jak czytanie, po prostu nie działają. Nie można ich wywołać, odkąd postludzie opuścili Ziemię. Daeman wskazał przecinające się na niebie pierścienie. – Bzdura. – Savi oparła się obok niego o burtę sonika, złapała go za lewą rękę i odwróciła ją dłonią ku górze. – Wyobraź sobie trzy czerwone kółka z niebieskimi kwadratami w środku. – Że co? Savi nadal trzymała go za przegub. – Słyszałeś, co powiedziałam. Co za idiotyzm, pomyślał Daeman, ale posłusznie wyobraził sobie trzy czerwone kręgi z umieszczonymi w środku niebieskimi kwadratami. Żółtawy prostokąt funkcji szukania zgasł i na dłoni Daemana pojawił się błękitny świecący owal. – O raju! – Wyszarpnął rękę z uścisku Savi i zaczął nią wymachiwać rozpaczliwie, jakby usiadł mu na niej jakiś olbrzymi owad. Błękitny owal mrugał nierównomiernie. – Spokojnie, na razie jest pusty. Pomyśl o kimś. – O kim? – Daemanowi bardzo się nie podobało, że jego ciało wyczynia sztuczki, o których on nie ma pojęcia. – O kim chcesz. O kimś bliskim. Zaniknął oczy i przywołał z pamięci obraz twarzy matki. Kiedy podniósł powieki, owal zdążył się już wypełnić uproszczonym obrazem, przedstawiającym kratownicę ulic, jakąś rzekę, wyrazy, których nie umiał odczytać. To był widok z góry na okolice dziury w ziemi, która nie mogła być niczym innym jak tylko Kraterem Paryskim. Ekran dokonał zbliżenia i Daeman znalazł się we wnętrzu stylizowanego budynku, na czwartym piętrze, w domicylu, którego tylne okna wychodziły na krater... Nie był to jego dom. Dwie schematycznie nakreślone ludzkie sylwetki – postaci z kreskówki, lecz z całkiem realistycznymi twarzami – znajdowały się w łóżku. Mężczyzna był na dole, kobieta na górze poruszała się... Daeman zacisnął pięść. Niebieski owal zgasł. – Przepraszam, zapomniałam, że dziś nikt nie używa blokad. To była twoja dziewczyna? – Moja matka – odparł z goryczą Daeman. Trafił do domicylu Gomana, po drugiej stronie krateru. Znał rozkład pomieszczeń z dawnych czasów, gdy jako dziecko bawił się tam, a jego matka spędzała czas z wysokim, śniadym mężczyzną o głosie łagodnym jak wino. Daeman nie lubił go i nie wiedział, że matka nadal się z nim spotyka. Harman miał rację: w Kraterze Paryskim była już noc. – Spróbujmy poszukać Hannah, Ady i reszty – zaproponowała Savi i zaraz parsknęła śmiechem. – Chociaż może się okazać, że im też przydałyby się blokady. Daeman nie miał ochoty otwierać pięści. – Zgaś go – zaproponowała Savi. – Jak? – A jak zwykle wyłączasz lokalizator? – Myślę „wyłącz się” – odparł Daeman, dodając w duchu „ty kretynko”. – Zrób tak. Daeman posłuchał Savi. Owal zniknął. – Bliskosieć wywołuje się żółtym kółkiem z zielonym trójkątem w środku – dodała Savi. Spojrzała na swoją dłoń, na której pojawił się jaskrawożółty, zamglony prostokąt. Daeman też sobie taki przywołał. – Pomyśl o Hannah – poleciła mu Savi. Posłuchał jej. Oba wyświetlacze pokazały kontynent (Amerykę Północną, ale tego Daeman nie mógł wiedzieć), a następnie, na kolejnych zbliżeniach, południowy sektor jego środkowej części, obszar na północ od linii brzegowej, ciąg nieczytelnych słów, serię map topograficznych, stylizowane drzewa, a pod nimi stylizowaną kobiecą sylwetkę o głowie Hannah, idącą samotnie przez las... Nie, nie samotnie, uświadomił sobie Daeman. Obok niej szedł jakiś dziwny znak. Savi się roześmiała. – Bliskosieć nie umie odwzorować Odyseusza. – Nie widzę go. Savi wolną ręką wskazała mu znak, a potem dwie czerwone figurki na skraju obrazu. – Ten symbol to znak zapytania. Pytajnik. Oznacza Odyseusza. A to jesteśmy my – wyjaśniła. – Ada i Harman muszą być gdzieś na północ stąd. – Skąd wiadomo, że to Hannah? – spytał Daeman, chociaż przecież widział czubek jej głowy. – Pomyśl „zbliżenie” – odparła Savi i pokazała mu swój wyświetlacz, który powiększył obraz, obniżył punkt widzenia i przedstawiał teraz rysunkową Hannah z twarzą prawdziwej Hannah, idącą brzegiem stylizowanego strumienia przez stylizowany las. Daeman wydał w myślach polecenie i śledził obraz, pełen podziwu dla jego jakości. Widział nawet cienie drzew, kładące się na twarzy Hannah. Gestykulując z ożywieniem, tłumaczyła coś unoszącemu się obok symbolowi, który Savi nazwała pytajnikiem. Ucieszył się, że nie przyłapali jej na uprawianiu seksu. Savi musiała chyba odszukać Adę i Harmana, bo jej wyświetlacz pokazywał dwie idące postacie, otoczone innymi symbolami topograficznymi, na północ od nieruchomych kropek, które – według niej – symbolizowały ją i Daemana. – Wszyscy cali i zdrowi, dinozaury nikogo nie zjadły – oznajmiła. – Co nie zmienia faktu, że chciałabym, żeby jak najszybciej wrócili. Robi się późno. W dawnych czasach po prostu bym ich wywołała i kazała brać dupy w troki. – Można się przez to komunikować? – zdziwił się Daeman, unosząc rękę. – Oczywiście. – To dlaczego nikt o tym nie wie? – spytał z nutą złości w głosie. Savi wzruszyła ramionami. – Wy, tak zwani dawni ludzie, w ogóle mało wiecie. – Dlaczego „tak zwani”? – Czy ty naprawdę myślisz, że ludzie, którzy żyli w zapomnianej erze, mieli w ciałach te wszystkie nanotechniczne cudactwa? – Tak – odparł Daeman, chociaż nagle dotarło do niego, że nic nie wie o ludziach z zapomnianej ery. I że nic go oni nie obchodzą. Savi umilkła na dłuższą chwilę. Daeman miał wrażenie, że jest zmęczona, ale może wszyscy starzy ludzie, urodzeni przed epoką konserwatorni, po prostu kiepsko wyglądali. – Chodźmy po nich – zaproponowała w końcu Savi. – Ja sprowadzę Hannah i Odyseusza, ty znajdź Adę i Harmana. Połącz się z bliskosiecią i normalnie włącz lokalizator. Trafisz. Powiedz im, że autobus zaraz odjedzie. Daeman nie miał wprawdzie pojęcia, o co chodzi z tym „autobusem”, ale niespecjalnie się tym przejął. – Są jeszcze jakieś inne funkcje? – zapytał. – Setki. – No to pokaż mi jeszcze jakąś – rzucił prowokacyjnie. Nie wierzył jej; nie mogło być setek nieznanych funkcji, ale nawet jedna czy dwie nowe zapewniłyby mu popularność na imprezach i zainteresowanie młodych kobiet. Savi z westchnieniem oparła się o sonik. Wiatr powiał mocniej, zakołysał gałęziami sekwoi. – Pokażę ci funkcję, która sprawiła, że postludzie wynieśli się z Ziemi. Wszechsieć. Daeman zacisnął pięść i cofnął rękę. – Jeżeli to coś niebezpiecznego, to nie chcę. – Nie bój się. Nam nic nie grozi. Zaczekaj, pokażę ci. – Savi złapała go za rękę, rozgięła mu palce i dotknęła jego dłoni w sposób, który mógłby niemal uznać za podniecający. Przycisnęła swoją dłoń do jego. – Wyobraź sobie cztery niebieskie prostokąty, pod nimi trzy czerwone kółka, a jeszcze niżej cztery zielone trójkąty – powiedziała półgłosem. Daeman zmarszczył brwi; nie było mu łatwo, obrazy ześlizgiwały mu się poza obręb pola widzenia, zanim je ułożył, ale w końcu – zamknąwszy oczy – dopiął swego. – Otwórz oczy. – Usłyszał. Otworzył – i ułamek sekundy później rozpaczliwie zaparł się obiema rękami o bok sonika. Tym razem nie zobaczył żadnej mgiełki na dłoni, nieczytelnych map ani ludzików z kreskówki. Wszystko się zmieniło. Okoliczne drzewa, które interesowały go dotąd wyłącznie jako źródła cienia, zmieniły się w skomplikowane struktury: przezroczyste, z warstwami pulsującej tkanki, zdrewniałej kory, z żyłkami, bąbelkami powietrza, żywym rdzeniem i martwymi pasmami włókna. Na to nakładał się wektorowy obraz wirtualny w czerwonozielonych barwach życia. Wykresy i kolumny danych przedstawiały szpilki, drewno, łyko, przepływ wody, cukru, energii i światła słonecznego. Uświadomił sobie, że gdyby umiał czytać, mógłby poznać całą złożoną hydrologię tego cudu natury, jakim jest drzewo. Dowiedziałby się, jakiego ciśnienia osmotycznego wymaga transport wody z korzeni do liści. Kiedy spuścił wzrok, zobaczył rozpostarty pod ziemią system korzeniowy i przenikającą doń wodę; mógł prześledzić każdy etap długiej drogi – setki metrów w pionie! – jaką życiodajny płyn pokonywał cieniutkimi przewodami wewnątrz pnia, jakby olbrzym zasysał go przez słomkę. Patrzył, jak woda rozpływa się do liści, jak jej cząsteczki przeciskają się kapilarami niewiele grubszymi od nich samych do konarów o szerokości piętnastu, dwudziestu metrów, i dalej, do coraz cieńszych i cieńszych gałęzi, jak niosą substancje odżywcze, jak liście czerpią ciepło słońca... Zadarł głowę. Światło słoneczne było skwantowanym, dyskretnym deszczem energii; patrzył, jak wnika w szpilki sekwoi, jak pada na żyzną ziemię pod jego stopami i rozgrzewa żyjące w niej mikroorganizmy. Mógłby je policzyć! Świat zalewał go potopem informacji, potężną falą danych. Miliony mikroskopijnych ekosystemów oddziaływały na siebie nawzajem, przepływ energii nie ustawał ani na chwilę. Nawet śmierć była jedną z figur w złożonym, wiecznym tańcu wody, światła, energii, życia, odrodzenia, wzrostu, prokreacji i głodu. Po przeciwnej stronie polany dostrzegł martwą mysz, na wpół zagrzebaną w ziemi. Została z niej sama skóra i kości, ale truchełko wciąż emanowało energią: bakterie żerowały na resztkach, w popołudniowym słońcu larwy wylęgały się z muszych jaj, na poziomie molekularnym postępował rozpad białek... Daeman z zapartym tchem odwrócił się. Zrobiło mu się niedobrze. Próbował spuścić wzrok, ale złożoność życia atakowała go ze wszystkich stron: opatrzone etykietkami strumienie energii, wchłaniane składniki pokarmowe, odżywiane komórki, cząsteczki tańczące we wnętrzu przezroczystych drzew, oddychająca ziemia, niebo rozpalone słonecznym deszczem i radiowymi komunikatami gwiazd. Zakrył oczy dłońmi, ale za późno: wcześniej zdążył spojrzeć na Savi. Zobaczył starą kobietę – a zarazem istną galaktykę życia, które gnieździło się w głębi szczerzącej zęby czaszki, w błyskających neuronach mózgu, w impulsach, które niczym ciąg iskier przepływały nerwem wzrokowym do siatkówki, w miliardach istot zamieszkujących trzewia, zaaferowanych własnym życiem i obojętnych na wszystko inne. Przeniósł wzrok i zrobił błąd: spojrzał na siebie... i w głąb siebie... poprzez siebie... Zobaczył, jak jednoczy się z powietrzem, ziemią, niebem... – Wyłącz! – powiedziała Savi. Umysł Daemana odruchowo powtórzył jej polecenie. Olśniewające promienie słońca, padające na drzewa i usłaną szpilkami ziemię, nagle wydały się Daemanowi ciemne jak mroki nocy. Nogi się pod nim ugięły. Stęknąwszy cicho, osunął się po burcie sonika, przetoczył na brzuch i legł nieruchomo z rozłożonymi rękami i twarzą przyciśniętą do ziemi. Savi kucnęła przy nim i poklepała go po ramieniu. – Zaraz ci przejdzie. Odpocznij. Pójdę po resztę. Ada zawahała się, kiedy Harman zaproponował jej spacer; bała się, że Savi zezłości się albo zaniepokoi, kiedy nikogo nie zastanie na polance. Hannah pobiegła jednak za Odyseuszem, a ona nie chciała zostać przy soniku sama z Daemanem. Poza tym nie wiedziała, czy będą mieli jeszcze okazję porozmawiać w cztery oczy, zanim ona wróci do Ardis, a Harman poleci z Savi do Basenu Śródziemnego. Wspięli się na wzgórze i zeszli wzdłuż strumienia po jego przeciwległym zboczu. W lesie rozbrzmiewał świergot ptaków, ale poza nimi nie widzieli żadnego zwierzęcia większego od wiewiórki. Harman szedł zamyślony i milczący; dotknął Ady tylko raz, podając jej rękę, kiedy przechodzili przez strumień powyżej trzymetrowego wodospadu. Przyszło jej do głowy, że wspólnie spędzona noc była błędem, że błędnie oceniała jej znaczenie, ale kiedy u stóp wodospadu zrobili postój, Harman spojrzał na nią, a ona ujrzała w jego oczach znajomą czułość i delikatność. Cieszyła się, że zostali kochankami. – Znałaś swojego ojca? – zapytał. Zatkało ją. Pytanie nie było specjalnie szokujące – ludzie wiedzieli przecież o tym, że mieli ojców, przynajmniej w teorii – ale nikt się tym nie interesował. – Pytasz, czy wiem, kim był? – Nie. – Harman pokręcił głową. – Czy go znałaś? Osobiście? – Nie. Matka mówiła mi kiedyś, jak się nazywał, ale wydaje mi się, że... kilka lat temu skończył swoją piątą dwudziestkę. Omal nie użyła określenia „wstąpił do pierścieni”, najpopularniejszego eufemizmu na cielesne przeniesienie się do postludzkiego nieba. Serce zabiło jej żywiej. Dlaczego Harman o to zapytał? Czyżby istniała szansa, że to on był jej ojcem? Takie sytuacje się przecież zdarzały; młode kobiety wdawały się w romanse ze starszymi mężczyznami, których nasienie posłużyło do ich spłodzenia. Kazirodztwo nie było tabu, ponieważ nie istniało ryzyko, że z takiego związku urodzi się dziecko. Nikt nie miał też rodzeństwa, gdyż każda kobieta mogła rodzić tylko raz. Mimo wszystko Ada poczuła się nieswojo. – Ja nie znałem swojego ojca. Savi twierdzi, że był czas, i to jeszcze po zapomnianej erze, kiedy ojcowie byli w życiu dzieci równie ważni, jak dziś matki. – Trudno to sobie wyobrazić – odparła skołowana Ada. Do czego Harman zmierzał? Chciał jej powiedzieć, że jest dla niej za stary? Przecież to nonsens. – Gdybym miał zostać ojcem, chciałbym, żeby moje dziecko mnie znało. Chciałbym być przy nim, kiedy będzie dorastać... Tak jak matka. Wstrząśniętej Adzie całkiem odebrało mowę. Harman ruszył dalej. Dogoniła go i zagłębili się w cień drzew, gdzie było wprawdzie chłodniej, ale i bardziej duszno. Wodospad szumiał cicho za ich plecami. Ada nagle okręciła się na pięcie. – Słyszałaś coś? – Nie, tylko... Coś jest nie tak. – Nie ma służków ani wojniksów. Rzeczywiście, pomyślała Ada. Byli sami. Stała obecność służków i wojniksów była jak znajomy hałas, do którego człowiek się przyzwyczaja i przestaje go słyszeć. Dwa dni temu hałas ucichł, ale dopiero teraz, gdy zostali we dwoje, zwróciła na to uwagę. Zadrżała. – Trafisz z powrotem do sonika? Harman pokiwał głową. – Notowałem w pamięci punkty orientacyjne i obserwowałem słońce. Polana jest za tym pagórkiem. – Wskazał kijem, którym się podpierał. Ada uśmiechnęła się, lecz nie była do końca przekonana. Wywołała na dłoni lokalizator, ale wyświetlacz pozostawał pusty, odkąd odlecieli z Antarktydy. Bywała już w lesie, najczęściej w okolicach Ardis, ale zawsze towarzyszył jej służek, który w każdej chwili mógł wskazać drogę powrotną, albo wojniks, gotów ochronić ją przed niebezpieczeństwem. Ten niepokój bladł jednak przy podenerwowaniu wywołanym przez dziwaczne pytanie i komentarz Harmana. – Dlaczego zacząłeś mówić o ojcostwie? – zapytała. Zeszli ze stoku głębiej w las. Harman cały czas się jej przyglądał. Cień drzew stał się bardziej przygnębiający, chociaż tu i ówdzie skośne promienie słońca rozświetlały leśne mroki niczym wnętrze niebosiężnej katedry. – To przez Savi. Dziś rano powiedziała coś takiego... Coś o tym, że mógłbym być twoim dziadkiem. O tym, że angażując się w poszukiwania konserwatorni i związek z tobą, próbuję zaprzeczyć temu, że kończę ostatnią dwudziestkę. Ada najpierw odczuła złość, a zaraz potem zazdrość. Złość była spowodowana kretyńską uwagą Savi – staruchy nie powinno interesować, z kim Ada sypia ani ile lat mają jej kochankowie. Zazdrość płynęła z faktu, że Harman zostawił ją rano samą w łóżku, żeby zejść na dół i porozmawiać z Savi. Pocałowała go na pożegnanie, kiedy wstawał; była zawiedziona, że nie chce z nią spędzić jeszcze godziny, zanim wszyscy zejdą na śniadanie, ale uszanowała jego decyzję, dochodząc do wniosku, że z natury jest rannym ptaszkiem. Co było tak ważne, że musiał o świcie omówić to z Savi? Przecież i tak najbliższe parę dni mieli spędzić razem na poszukiwaniach tego głupiego statku kosmicznego. Prawdę mówiąc, Savi zajęła w tej ekspedycji miejsce, które należało się jej, Adzie. Spojrzała na Harmana. O ileż młodziej wyglądała jego twarz od pooranej zmarszczkami twarzy siwiejącego Odyseusza. Harman nie zauważył targających nią gwałtownych emocji. Cały czas nad czymś rozmyślał, coś ważył w duchu, aż zaczęła się zastanawiać, czy uwaga i czułość, które jej ostatnio okazywał – a których kulminacją stała się cudowna noc – nie były przypadkiem odchyleniami od normy, swoistym preludium do seksu, które nie miało nic wspólnego z jego prawdziwym charakterem. Wątpiła w to, ale nie mogła mieć pewności. Czyżby ich rzekome duchowe pokrewieństwo było tylko złudzeniem wypływającym ze ślepego zauroczenia? – Wiesz, jak zachodzi się w ciążę? – zapytał Harman, z roztargnieniem dźgając kijem ziemię. Ada stanęła jak wryta. To pytanie też wprawiło ją w osłupienie. Harman również się zatrzymał i spojrzał na nią niewinnie, jakby nie powiedział nic niezwykłego. – Chodzi mi o to, czy znasz tę procedurę? – wyjaśnił, najwyraźniej w dalszym ciągu nie zdając sobie sprawy z niestosowności pytania. Mężczyźni i kobiety po prostu nie rozmawiali na takie tematy. – Jeżeli chcesz mi zrobić wykład o ptaszkach i pszczółkach, to trochę się spóźniłeś – odparła sztywno. Harman roześmiał się swobodnie. Przez ostatnie dwa tygodnie ten śmiech brzmiał w uszach Ady urzekająco. Teraz jednak zirytował ją jak diabli. – Nie chodzi mi o seks, kochanie – powiedział. Ada zauważyła, że pierwszy raz użył tak czułego słówka, zwracając się do niej, ale nie była w najlepszym nastroju, żeby to docenić. – Kiedy uzyskasz pozwolenie na zajście w ciążę, co może nastąpić nawet za kilkadziesiąt lat, wybierzesz sobie dawcę nasienia. Ada zaczęła się rumienić, a fakt, że nie jest w stanie nad tym zapanować, dodatkowo ją rozdrażnił. Spąsowiała. – Nie wiem, o czym mówisz. Rzecz jasna, wiedziała doskonale. To mężczyźni nie powinni wiedzieć ani dyskutować o takich sprawach. Kobiety zaczynały się zwykle starać o ciążę w okolicach trzeciej dwudziestki. Przeciętny czas oczekiwania na pozwolenie wynosił około dwóch lat, po których służki przekazywały kandydatce decyzję postludzi. Kobieta zrywała stosunki intymne, przyjmowała przepisany preparat odblokowujący i wybierała jednego ze swoich byłych partnerów na ojca dziecka. Po kilku dniach zachodziła w ciążę, której dalszy przebieg był stary jak... jak sama ludzkość. – Chodzi mi o mechanizm decydujący o tym, która paczka nasienia zostanie wybrana przez twój organizm. Dawniej kobiety nie miały takiego wyboru... – Bzdury opowiadasz. To my jesteśmy dawnymi ludźmi. Ciąża zawsze tak wyglądała. Harman wolno pokręcił głową, jakby coś go zasmuciło. – Wcale nie. Nawet w czasach Savi, czyli czternaście wieków temu, w ciążę zachodziło się poniekąd przypadkowo. Mówiła mi, że postludzie wbudowali nam, to znaczy kobietom, mechanizm przechowywania spermy i procedurę wyboru, wzorując się na strukturze genetycznej ciem. – Ciem! – Tym razem Ada była po prostu wściekła. Nie dość, że Harman gadał od rzeczy, to jeszcze jej ubliżał. – Co ty, do cholery, wygadujesz, Harman Uhr?! Spojrzał na nią z ukosa, jakby pierwszy raz zauważył jej reakcję; użycie grzecznościowego Uhr było dla niego jak policzek i sprowadziło go na ziemię. – Mówię prawdę – odparł. – Przepraszam, że cię zdenerwowałem, ale Savi twierdzi, że postludzie wprowadzili możliwość wyboru nasienia ojca wiele lat po stosunku, wykorzystując geny ćmy, która nazywa się... – Dość tego! – krzyknęła Ada. Nigdy w życiu nikogo nie uderzyła, nigdy nawet nie miała na to ochoty, ale w tej chwili niewiele brakowało, żeby rzuciła się z pięściami na Harmana. – Nic tylko „Savi to, Savi tamto”! Mam dość tej starej wiedźmy! Zresztą wcale nie wierzę, że jest taka stara, jak mówi. Ani taka mądra. Za to na pewno jest nienormalna. Wracam do sonika. Zaczęła się oddalać. – Ada! – zawołał za nią Harman. Udając, że go nie słyszy, zaczęła wchodzić na wzgórze. Ślizgała się na wilgotnej ziemi i szpilkach. – Ada! Nie słuchała go. Była gotowa go tu zostawić. – Ado, idziesz w złą stronę. Hannah dogoniła Odyseusza kilkaset metrów od skraju polany. Kiedy usłyszał jej kroki, natychmiast odwrócił się, kładąc dłoń na rękojeści miecza, ale rozluźnił się, gdy tylko ją rozpoznał. – Czego chcesz, dziewczyno? Hannah odgarnęła włosy z twarzy. – Chciałam zobaczyć twój miecz. Odyseusz zaśmiał się donośnie. – Czemu nie? – Odpiął od pasa skórzaną pochwę i podał broń Hannah. – Tylko uważaj, jest ostry jak brzytwa. Gdybym chciał, mógłbym się nim golić. Hannah wyjęła miecz. Zważyła go w dłoni. – Savi mówiła, że pracujesz z metalem. – Odyseusz przykucnął przy strumieniu, nabrał wody w stuloną dłoń i napił się. – Twierdzi, że możesz być jedyną osobą w tym nowym wspaniałym świecie, która umie odlewać przedmioty z brązu. Hannah wzruszyła ramionami. – Moja matka znała dawne opowieści o kowalach. W młodości chętnie bawiła się ogniem i budowała paleniska. Kontynuuję jej eksperymenty. Wzięła zamach nad głową i cięła z góry na dół. – Widziałaś na całunie turyńskim, jak walczymy. – Widziałam. I co z tego? – Umiesz machać mieczem. Wiesz, że lepiej się nim tnie, niż wykonuje pchnięcia. To broń stworzona do obcinania rąk i prucia bebechów, nie do finezyjnej szermierki. Hannah skrzywiła się i oddała mu miecz. – Czy to właśnie tego miecza używałeś pod Ilionem? – zapytała półgłosem. – I podczas wyprawy po Palladium? – Nie. – Odyseusz podniósł miecz. Przesączające się przez listowie promienie słońca zatańczyły na ostrzu. – Ten miecz dostałem w prezencie od... pewnej kobiety. Podczas mojej wędrówki. Hannah spodziewała się dalszego ciągu tej historii, ale Odyseusz, zamiast snuć kolejną opowieść, zapytał: – Chciałabyś zobaczyć, czym różni się od innych mieczy? Skinęła głową. Odyseusz dwukrotnie nacisnął kciukiem jelec. Ostrze okryło się mgiełką. Kiedy Hannah podeszła bliżej, doleciało ją słabe, ale wyraźne buczenie, wydobywające się z miecza. Wyciągnęła po niego rękę, ale Odyseusz błyskawicznym ruchem złapał ją za nadgarstek. – Gdybyś go teraz dotknęła, straciłabyś palce. – Dlaczego? Hannah nie wyrywała się, więc Odyseusz po chwili ją puścił. – Ostrze wibruje. Trzymając miecz poziomo, podniósł go na wysokość oczu. Hannah kolejny raz zwróciła uwagę na fakt, że są z Odyseuszem tego samego wzrostu. W nocy, słysząc, że przechadza się po zielonych korytarzach na moście, wstała i dołączyła do niego. Najpierw poszli na spacer, potem wrócili do jego domicylu, gdzie przegadali kilka ładnych godzin, a na koniec położyła się spać na podłodze przy jego łóżku. Wiedziała, że Ada wzięła ich za kochanków, ale nie przeszkadzało jej to i nie widziała powodu, dla którego miałaby rozwiewać złudzenia przyjaciółki. – To brzmi prawie tak, jakby śpiewał – zauważyła, nastawiając ucha. Odyseusz roześmiał się – Hannah nie bardzo rozumiała dlaczego – i odparł: – Nie bój się. Nie rzuciła mi go żadna Pani Jeziora, chociaż w gruncie rzeczy... – Znów parsknął śmiechem. Hannah spojrzała na niego pytająco. O czym on mówi? Nie miała pojęcia. Ciekawe, czy on sam wiedział. – Po co to wibrowanie? – zapytała. – Odsuń się. Pnie większości sekwoi miały po dwa, trzy metry szerokości, ale tuż obok Hannah i Odyseusza w plamie słońca rosło mniejsze drzewo, jodła albo limba. Mogła mieć trzydzieści, może czterdzieści lat, z piętnaście metrów wysokości i pień grubości pół metra. Odyseusz stanął w rozkroku, wziął miecz w jedną rękę i ciął jakby od niechcenia, z lewej do prawej. Ostrze zatoczyło łuk tak gładki i swobodny, że miało się wrażenie, jakby chybiło celu. Nie było słychać uderzenia, a mimo to po paru sekundach sosna zadrżała, pochyliła się i z łoskotem runęła na ziemię. Odyseusz pstryknął palcem przełącznik i melodyjne buczenie ucichło. Hannah podeszła i zaczęła oglądać ścięte drzewo i sterczący z ziemi kikut. Przecięte powierzchnie były idealnie gładkie, jakby rozdzielono je skalpelem, a nie topornym ostrzem miecza. Przesunęła dłonią po wierzchu pniaka: nie wyczuła pod palcami żadnych nierówności, żywicy, drzazg; drewno wyglądało tak, jakby pokryło się warstewką plastiku albo zeszkliło w wysokiej temperaturze. Odwróciła się do Odyseusza. – Podczas oblężenia Troi taki miecz musiał być prawdziwym skarbem. – Nie słuchałaś mnie, dziewczyno. – Odyseusz schował broń do pochwy, którą następnie przypiął do pasa. – Dostałem go kilka lat po zakończeniu wojny, kiedy już zacząłem swoją wędrówkę po świecie. Gdybym miał go pod Ilionem... – Odyseusz wyszczerzył zęby w drapieżnym grymasie. – Żaden Trojanin, bóg ani bogini nie uszliby cało z rzezi, jaką bym urządził. Możesz mi wierzyć. Hannah odpowiedziała mu równie szerokim uśmiechem. Nie byli – na razie – kochankami, ale Hannah zamierzała zatrzymać się w dworze Ardis przez cały czas pobytu Odyseusza. Wszystko się jeszcze mogło zdarzyć... – Tu jesteście – powiedziała Savi, schodząc w ich kierunku. Zacisnęła pięść, w której zniknęło coś, co do złudzenia przypominało wyświetlacz lokalizatora. * Pierwsze słowa Iliady * Imię Elephenor nasuwa skojarzenie elephant (ang.) – słoń * Ten i dalsze cytaty z W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta