Salvatore RA Atak klonów STAR WARS lata Michael Reaves Darth Maul - ˆowca z mroku - 32 Terry Brooks Cz©˜† I. Mroczne widmo - - 32 Greg Bear Planeta ¾ycia -29 R.A. Salvatore Cz©˜† II. Atak klon¢w -21,5 A.C. Crispin Rajska puˆapka -10...0 A.C. Crispin Gambit Hun¢w -10...0 A.C. Crispin —wit Rebelii -10...0 L. Neil Smith Lando Carlissian i My˜loharfa Shar¢w -4 L. Neil Smith Lando Carlissian i Ogniowicher Oseona -3 L. Neil Smith Lando Carlfssian i Gwiazdogrota Thon Boka -3 Brian Daley Przygody Hana Solo -2 George Lucas Nowa nadzieja 0 Kevin Andersen Opowie˜ci z kantyny Mos Eisley 0...3 Peter Schweighofer (red.) Opowie˜ci z Imperium 0...3 Peter Schweighofer, Craig Carey (red.) Opowie˜ci z Nowej Republiki 0...3 Alan Dean Foster Spotkanie na Mimban 1 Donald F. Glut Imperium kontratakuje 3 Kevin Andersen Opowie˜ci ˆowc¢w nagr¢d 3 Steve Perry Cienie Imperium 3, 5 K.W. Jeter Mandaloriaäska zbroja 4 K.W. Jeter Spisek Xizora 4 K.W. Jeter Polowanie na ˆowc© 4 James Kahan Powr¢t Jedi 4 Kathy Tyers Pakt na Bakurze 4 Michael Stackpole X-wingi. Eskadra �otr¢w 6,5...7 Dave Wolverton —lub ksi©¾niczki Lei 8 Timothy Zahn Dziedzic Imperium 9 Timothy Zahn Ciemna Strona Mocy 9 Timothy Zahn Ostatni rozkaz 9 Kevin J. Anderson W poszukiwaniu Jedi 11 Kevin J. Anderson Liczeä Ciemnej Strony 11 Kevin J. Anderson Wˆadcy Mocy 11 Michael Stackpole Ja, Jedi 11 Barbara Hambly Dzieci Jedi 12 Kevin J. Anderson Miecz Ciemno˜ci 12 Barbara Hambly Planeta zmierzchu 13 Vonda N. Mclntyre Krysztaˆowa Gwiazda 14 Michael P. Kube-McDowell Przed burz¥ 16 Michael P. Kube-McDowell Tarcza kˆamstw 16 Michael P. Kube-McDowell Pr¢ba tyrana 17 Kristine Kathryn Rusch Nowa Rebelia 17 Roger MacBride Allen Zasadzka na Korelii 18 Roger MacBride Allen Napa˜† na Selonif 18 Roger MacBride Allen Zwyci©stwo na Centerpoint 18 Timothy Zahn Widmo przeszˆo˜ci 19 Timothy Zahn Wizja przyszˆo˜ci 19 Kevin J. Anderson, R. Moesta Spadkobiercy Mocy 23 Kevin J. Andersen, R. Moesta Akademia Ciemnej Strony 23 Kevin J. Anderson, R. Moesta Zagubieni 23 Kevin J. Anderson, R. Moesta Miecze ˜wietlne 23 Kevin J. Anderson, R. Moesta Najciemniejszy rycerz 23 Kevin J. Anderson, R. Moesta Obl©¾enie Akademii Jedi 23 NOWA ERA JEDI R.A. Salvatore Wektor pierwszy 25 Michael Stackpole Mroczny przypˆyw I: Szturm 25 Michael Stackpole Mroczny przypˆyw II: Inwazja 25 James Luceno Agenci chaosu I: Pr¢ba bohatera 25 James Luceno Agenci chaosu II: Zmierzch Jedi 25 Troy Denning Gwiazda po gwie«dzie 25 Kathy Tyers Punkt r¢wnowagi 26 Greg Keyes Ostrze zwyci©stwa I: Podb¢j 26 Greg Keyes Ostrze zwyci©stwa II: Odrodzenie 26 ALBUMY, ENCYKLOPEDIE, PRZEWODNIKI Jonathan Bresman Gwiezdne Wojny: Cz©˜† I. Mroczne widmo - album Lauren Bouzereau, Jody Duncan Gwiezdne Wojny: Cz©˜† I. Mroczne widmo - jak powstawaˆ film Pod redakcj¥ Deborah Cali Gwiezdne Wojny: Imperium kontratakuje - album Pod redakcj¥ Carol Titelman Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja - album Lawrence Kasdan, George Lucas Gwiezdne Wojny: Powr¢t Jedi - album Bill Slavicsek Gwiezdne Wojny - przewodnik encyklopedyczny Bill Smith Ilustrowany przewodnik po broniach i technice Gwiezdnych Wojen Praca zbiorowa Ilustrowany przewodnik po chronologii Gwiezdnych Wojen Daniel Wallace Ilustrowany przewodnik po planetach i ksi©¾ycach Gwiezdnych Wojen Andy Mangels Ilustrowany przewodnik po postaciach Gwiezdnych Wojen Praca zbiorowa Ilustrowany przewodnik po robotach i androidach Gwiezdnych Wojen Bill Smith Ilustrowany przewodnik po statkach, okr©tach i pojazdach Gwiezdnych Wojen Kevin J. Anderson Ilustrowany wszech˜wiat Gwiezdnych Wojen Ann Margaret Lewis Ilustrowany przewodnik po rasach obcych istot wszech˜wiata Gwiezdnych Wojen W przygotowaniu: Mark Cotta Vaz Gwiezdne Wojny: Cze˜† II. Atak klon¢w - album R.A. SALYATORE STAR WARS CZ¨—� II ATAK KLONàW (PRZEK�AD MACIEJ SZAMAãSKI) SCAN-DAL DAWNO, DAWNO TEMU, W ODLEG�EJ GALAKTYCE... 44 lata przed Now¥ nadziej¥ UCZEã JEDI 33 lata przed Now¥ nadziej¥ Maska kˆamstw Darth Maul: ˆowca z mroku 32 lata przed Now¥ nadziej¥ Gwiezdne Wojny Cz©˜† I Mroczne widmo 29 lat przed Now¥ nadziej¥ Planeta ¾ycia Nadci¥gaj¥ca burza 22 lata przed Now¥ nadziej¥ Gwiezdne Wojny Cz©˜† II. Atak klon¢w 20 lat przed Now¥ nadziej¥ Gwiezdne Wojny Cz©˜† III 10-8 lat przed Now¥ nadziej¥ TRYLOGIA HANA SOLO Rajska puˆapka Gambit Hutt¢w —wit Rebelii 5-2 lata przed Now¥ nadziej¥ PRZYGODY LANDA CALRISSIANA Lando Calrissian i My˜loharfa Shar¢w Lando Calrissian i Ogniowicher Oseona Lando Calrissian i Gwiazdogrota Thon Boka PRZYGODY HANA SOLO Han Solo na Kraäcu Gwiazd Zemsta Hana Solo Haä Solo i utracona fortuna Rok O Gwiezdne Wojny, Cz©˜† IV. Nowa nadzieja Gwiezdne Wojny Cz©˜† IV. Nowa nadzieja 0-3 lata po Nowej nadziei Opowie˜† z kantyny Mos Eisley Spotkanie na Mimban 3 lata po Nowej nadziei Gwiezdne Wojny Cz©˜† V. Imperium kontratakuje Opowie˜ci ˆowc¢w nagr¢d 3,5 roku po Nowej nadziei Cienie Imperium 4 lata po Nowej nadziei Gwiezdne Wojny Cz©˜† VI. Powr¢t Jedi Pakt na Bakurze Opowie˜ci z paˆacu Hutta Jabby WOJNY �OWCàW NAGRàD Mandaloriaäska zbroja Spisek Xizora Polowanie na ˆowc© 6,5-7,5 roku po Nowej nadziei X-WINGI Eskadra �otr¢w Ryzyko Wedge'a Puˆapka z Krytos Wojna o Bact© Eskadra Widm ½elazna Pi©˜† Dow¢dca Solo 8 lat po Nowej nadziei —lub ksi©¾niczki Leii 9 lat po Nowej nadziei X-WINGI: Zemsta Isard TRYLOGIA THRAWNA Dziedzic Imperium Ciemna Strona Mocy Ostatni rozkaz 11 lat po Nowej nadziei Ja, Jedi TRYLOGIA AKADEMIA JEDI W poszukiwaniu Jedi Uczeä Ciemnej Strony Wˆadcy Mocy 12-13 lat po Nowej nadziei Dzieci Jedi Miecz Ciemno˜ci Planeta zmierzchu X-WINGI: Gwiezdne my˜liwce z Adumara 14 lat po Nowej nadziei Krysztaˆowa Gwiazda 16-17 lat po Nowej nadziei Trylogia KRYZYS CZARNEJ FLOTY Przed burz¥ Tarcza kˆamstw Pr¢ba tyrana 17 lat po Nowej nadziei Nowa Rebelia 18 lat po Nowej nadziei TRYLOGIA KORELIAãSKA Zasadzka na Korelii Napa˜† na Selonii Zwyci©stwo na Centerpoint 19 lat po Nowej nadziei Duologia R¨KA THRAWNA Widmo przeszˆo˜ci Wizja przyszˆo˜ci 22 lata po Nowej nadziei NAJM�ODSI RYCERZE JEDI Zˆota kula —wiat Lyric Obietnice Wyprawa Anakina Forteca Vadera Ostrze Kenobiego 23-24 lata po Nowej nadziei M�ODZI RYCERZE JEDI Spadkobiercy Mocy Akademia Ciemnej Strony Zagubieni Miecze ˜wietlne Najciemniejszy rycerz Obl©¾enie Akademii Jedi Okruchy Alderaana Sojusz R¢¾norodno˜ci Mania wielko˜ci Nagroda Jedi Zaraza Imperatora Powrotna Ord Mantell Tarapaty w Mie˜cie w Chmurach Kryzys w Crystal Reef 25-30 lat po Nowej nadziei NOWA ERA JEDI Wektor pierwszy Mroczny przypˆyw I: Szturm Mroczny przypˆyw II: Inwazja Agenci chaosu I: Pr¢ba bohatera Agenci chaosu II: Pora¾ka Jedi Punkt r¢wnowagi Ostrze zwyci©stwa I: Podb¢j Ostrze zwyci©stwa II: Odrodzenie Gwiazda po gwie«dzie PRELUDIUM Jego umysˆ chˆon¥ˆ rozgrywaj¥c¥ si© scen© - tak cich¥, tak spokojn¥, tak... normaln¥. Takiego ¾ycia zawsze pragn¥ˆ: w otoczeniu rodziny i przyjaci¢ˆ, cho† spo˜r¢d wszystkich postaci pojawiaj¥cych si© w wizji rozpoznawaˆ tylko ukochan¥ matk©. Tak miaˆo by†: ciepˆo i miˆo˜†, ˜miech i spok¢j. O tym marzyˆ i o to si© modliˆ. Przyjazne spojrzenia. Uprzejma rozmowa - cho† nie sˆyszaˆ sˆ¢w. Serdeczne gesty. Ale przede wszystkim u˜miech matki, szcz©˜liwej i nareszcie wolnej. Kiedy na ni¥ patrzyˆ, wiedziaˆ wszystko - tak¾e to, jak bardzo byˆa z niego dumna i jak peˆne rado˜ci staˆo si© jej nowe ¾ycie. Stan©ˆa przed nim, promieniej¥c, i wyci¥gn©ˆa dˆoä, by pogˆadzi† jego policzek. Z ka¾d¥ chwil¥ u˜miechaˆa si© coraz peˆniej, coraz rado˜niej... Zbyt rado˜nie. Przez moment wydawaˆo mu si©, ¾e ten przesadny grymas to przejaw nieskoäczonej matczynej miˆo˜ci, ale u˜miech nie przestawaˆ "rosn¥†". Twarz kobiety rozci¥gn©ˆa si© i wykrzywiˆa karykaturalnie. Poruszaˆa si© teraz jak w zwolnionym tempie. Ci, kt¢rzy jej towarzyszyli, r¢wnie¾ zachowywali si© tak, jakby ich koäczyny staˆy si© nagle niezwykle ci©¾kie. Nie, nie ci©¾kie, pomy˜laˆ, czuj¥c, ¾e otaczaj¥ce go rodzinne ciepˆo zmienia si© nagle w niezno˜ny ¾ar. Matka i jej przyjaciele stawali si© coraz sztywniejsi, nieruchomi, jakby z ka¾d¥ chwil¥ uciekaˆo z nich ¾ycie. Spogl¥daˆ na karykatur¥ u˜miechu, na wykrzywion¥ twarz, i widziaˆ kryj¥cy si© pod ni¥ b¢l, niekoäcz¥ce si© cierpienie. Chciaˆ krzycze†, pyta†, co ma robi†, jak mo¾e pom¢c. Twarz matki wykrzywiˆa si© jeszcze bardziej, a z oczu popˆyn©ˆa krew. Sk¢ra staˆa si© niemal przezroczysta, jak szkˆo. Szkˆo! Byˆa ze szkˆa! —wiatˆo poˆyskiwaˆo na gˆadkich powierzchniach, a krew pˆyn©ˆa po nich wartkimi strumieniami. Oczy matki spogl¥daˆy teraz z rezygnacj¥ i poczuciem winy, jakby wiedziaˆa, ¾e zawiodˆa syna. Ten widok raniˆ jego serce. Pr¢bowaˆ jej dotkn¥†, jako˜ j¥ ratowa†. Na szkle pojawiˆy si© rysy. P©kni©cia stawaˆy si© coraz dˆu¾sze; sˆyszaˆ zˆowieszcze trzaski. Krzyczaˆ raz po raz, desperacko wyci¥gaj¥c r©ce. Pomy˜laˆ o Mocy i nadaˆ swojej woli caˆ¥ jej pot©g©, caˆ¥ energi©, jak¥ zdoˆaˆ z niej zaczerpn¥†. Lecz szkˆo rozprysˆo si© na kawaˆki. Padawan pragn¥ˆ powr¢ci† na stoˆeczn¥ planet© tak szybko, jak byˆo to mo¾liwe. Potrzebowaˆ wsparcia, ale nie takiego, jakie m¢gˆ mu zaoferowa† Obi-Wan. Musiaˆ raz jeszcze porozmawia† z Kanclerzem Palpatine'em, raz jeszcze usˆysze† z jego ust sˆowa pociechy. Przez ostatnich dziesi©† lat Palpatin'e ¾ywo interesowaˆ si© losem Padawana, dbaj¥c o to, by chˆopiec zawsze m¢gˆ si© z nim spotka†, gdy tylko powracaˆ z Obi- Wanem na Coruscant. Teraz, kiedy wci¥¾ miaˆ w pami©ci ponur¥ wizj© ze snu, Padawan czerpaˆ z tej ¾yczliwo˜ci wielk¥ pociech©. Kanclerz, m¥dry przyw¢dca Republiki, obiecaˆ mu, ¾e jego siˆa b©dzie wkr¢tce tak wielka, i¾ stanie si© najpot©¾niejszym z Jedi. By† mo¾e w tych wˆa˜nie sˆowach kryˆa si© odpowied«. Mo¾e najpot©¾niejszy z Jedi, najpot©¾niejszy z pot©¾nych, potrafiˆby wzmocni† kruche szkˆo. - Ansion - zawoˆaˆ znowu gˆos z kabiny. - Anakinie, Chod«¾e wreszcie! Padawan Jedi poderwaˆ si© gwaˆtownie i usiadˆ na koi, szeroko otwieraj¥c oczy. Oddychaˆ pˆytko i z trudem, na jego czole perliˆy si© krople potu. Sen. To tylko sen - powtarzaˆ w my˜lach, pr¢buj¥c znowu zasn¥†. To tylko sen. A je˜li nie? Przecie¾ miaˆ dar przewidywana przyszˆo˜ci. - Ansion! - odezwaˆ si© z przedniej cz©˜ci statku znajomy gˆos mistrza. Chˆopak wiedziaˆ, ¾e pora otrz¥sn¥† si© ze snu i skupi† na tera«niejszo˜ci, na najnowszym zadaniu, kt¢re miaˆ wypeˆni† u boku mistrza. Ale ˆatwiej byˆo to powiedzie†, ni¾ zrobi†. A to, dlatego, ¾e znowu zobaczyˆ matk©. Jej ciaˆo sztywniaˆo, krystalizowaˆo si©, a potem eksplodowaˆo, rozpadaj¥c si© na milion kawaˆk¢w. Spojrzaˆ przed siebie, oczami wyobra«ni widz¥c mistrza za sterami statku. Zastanawiaˆ si©, czy powinien powiedzie† mu o wszystkim, czy Jedi w og¢le byˆby w stanie mu pom¢c. Odrzuciˆ t© my˜l r¢wnie szybko, jak przywoˆaˆ. Jego mistrz, Obi-Wan Kenobi, nie m¢gˆ mu pom¢c. Byˆ zbyt mocno zaanga¾owany w inne sprawy - w szkolenie ucznia i drugorz©dne zadania, jak cho†by rozwi¥zanie sporu granicznego, wymagaj¥ce tak dalekiej podr¢¾y z Coruscant. ROZDZIA� 1 Shmi Skywalker Lars staˆa na kraw©dzi waˆu z piasku wyznaczaj¥cego granic© farmy wilgoci. Ugi©t¥ nog© oparˆa o jego szczyt, a r©k© poˆo¾yˆa na kolanie. Byˆa kobiet¥ w ˜rednim wieku, o ciemnych, lekko siwiej¥cych wˆosach i zniszczonej, zm©czonej twarzy. Wpatrywaˆa si© w rozgwie¾d¾one niebo nad Tatooine. W mroku chˆodnej nocy linii widnokr©gu nie znaczyˆy ¾adne ostre ksztaˆty. Wida† byˆo jedynie zarysy gˆadkich wydm, zaokr¥glonych podmuchami wiatru, tak charakterystycznych dla planety niekoäcz¥cych si©, piaszczystych poˆaci. Gdzie˜ w oddali rozlegˆo si© j©kliwe zawodzenie jakiego˜ zwierz©cia, kt¢re dziwnie wsp¢ˆgraˆo z tym, co dziaˆo si© w sercu Shmi. To byˆa szczeg¢lna noc. Anakin, jej najdro¾szy maˆy Annie, skoäczyˆ tej nocy dwadzie˜cia lat. Shmi obchodziˆa jego urodziny, co roku, cho† nie widziaˆa syna od dziesi©ciu lat. Jak bardzo musiaˆ si© zmieni†! Na pewno jest wysoki, silny i m¥dry nauk¥ Jedi! Shmi, kt¢ra caˆe ¾ycie sp©dziˆa na niewielkim skrawku piaszczystej burej Tatooine, nie potrafiˆa nawet wyobrazi† sobie, jakie cuda jej chˆopiec m¢gˆ znale«† gdzie˜ tam, po˜r¢d gwiazd i planet tak bardzo odmiennych od tej, tam, gdzie barwy natury byˆy ¾ywe, a obfito˜† w¢d wypeˆniaˆa caˆe doliny. T©skny u˜miech rozja˜niˆ jej ci¥gle jeszcze pi©kn¥ twarz, kiedy wspominaˆa dawno minione dni, gdy oboje byli niewolnikami tego ˆajdaka, Watta. Annie, zawsze psotny i rozmarzony, niezale¾ny i odwa¾ny, cz©sto doprowadzaˆ toydariaäskiego handlarza zˆomu do pasji. ½ycie niewolnik¢w bywaˆo ci©¾kie, lecz Shmi pami©taˆa i dobre chwile. Jadali skromnie i nie mieli prawie nic, a jedynymi rzeczami, kt¢rych Watto im nie sk¥piˆ, byˆy wieczne utyskiwania i niekoäcz¥ce si© rozkazy - lecz przynajmniej byˆ przy niej Annie. - Powinna˜ ju¾ wraca†- odezwaˆ si© za jej plecami cichy gˆos. Shmi u˜miechn©ˆa si© jeszcze szerzej, odwracaj¥c siew stron© pasierba, Owena Larsa, kt¢ry zbli¾aˆ si© do niej wolnym krokiem. R¢wie˜nik Anakina byˆ kr©py i dobrze zbudowany; miaˆ ciemne szczeciniaste wˆosy i szerok¥ twarz, na kt¢rej malowaˆy si© wyˆ¥cznie te uczucia, kt¢re wypeˆniaˆy jego serce. Kiedy stan¥ˆ przy niej, Shmi zmierzwiˆa jego kr¢tkie wˆosy, on za˜ obj¥ˆ j¥ i pocaˆowaˆ w policzek. - Znowu ani jednego statku, mamo? - spytaˆ pogodnie. Dobrze wiedziaˆ, dlaczego tu przyszˆa; dlaczego tak cz©sto wychodziˆa noc¥ na cich¥ pustyni©. Nie przestaj¥c si© u˜miecha†, Shmi pogˆadziˆa chˆopaka po policzku. Kochaˆa go jak syna, a on byˆ dla niej dobry i rozumiaˆ, jak wielk¥ pustk© w jej sercu pozostawiˆo rozstanie z Anakinem. Bez zazdro˜ci czy uprzedzeä Owen akceptowaˆ b¢l Shmi i staraˆ si© by† dla niej oparciem. - Ani jednego - odpowiedziaˆa, spogl¥daj¥c znowu na usiane gwiazdami niebo. - Anakin musi by† zaj©ty. Pewnie zbawia galaktyk©, ˜ciga przemytnik¢w albo innych bandyt¢w. Ma obowi¥zki. - W takim razie od dzi˜ b©d© spaˆ jeszcze spokojniej - odrzekˆ Owen, szczerz¥c z©by w u˜miechu. Shmi ¾artowaˆa, ale wiedziaˆa, ¾e w tym, co m¢wi o Anakinie, jest ziarno prawdy. Jej syn byˆ wyj¥tkowo utalentowanym dzieckiem - niezwykˆym nawet jak na Jedi. Zawsze wyr¢¾niaˆ si© spo˜r¢d innych chˆopc¢w w jego wieku. Nie w sensie fizycznym - Shmi zapami©taˆa go jako u˜miechni©tego malca o ciekawych oczach i jasnych wˆosach. Rzecz w rym, ¾e Annie umiaˆ robi† wiele rzeczy, i to robi† bardzo dobrze. Cho† byˆ jeszcze dzieckiem, braˆ udziaˆ w zawodach ˜cigaczy i pokonywaˆ najlepszych pilot¢w z caˆej Tatooine. Jako pierwszy czˆowiek w historii wygraˆ powa¾ny wy˜cig, a przecie¾ miaˆ wtedy zaledwie dziewi©† lat! Leciaˆ ˜cigaczem, kt¢ry zbudowaˆ wˆasnor©cznie z cz©˜ci "po¾yczonych" ze zˆomowiska Watta, wspominaˆa z rozrzewnieniem Shmi. Ale taki wˆa˜nie byˆ Anakin: niepodobny do innych dzieci, niepodobny nawet do wi©kszo˜ci dorosˆych. Umiaˆ instynktownie przewidywa† przyszˆo˜†, jakby dostroiˆ si© do otaczaj¥cego go ˜wiata tak doskonale, ¾e ka¾dy rozw¢j wydarzeä wydawaˆ mu si© logiczn¥ konsekwencj¥ tera«niejszo˜ci. Potrafiˆ te¾ przeczuwa† kˆopoty - na przykˆad z wˆasnym ˜cigaczem - na dˆugo przedtem, nim dochodziˆo do katastrof. Powiedziaˆ kiedy˜ matce, ¾e wyczuwaˆ obecno˜† przeszk¢d na trasie wy˜cigu, zanim je zobaczyˆ. To byˆ niezwykˆy dar. Dlatego wˆa˜nie Jedi, kt¢ry zjawiˆ si© na Tatooine, odkryˆ nadzwyczajn¥ natur© chˆopca i wyzwoliˆ go z r¥k Watta, by wzi¥† pod opiek© i podda† szkoleniu. - Musiaˆam pozwoli† mu odej˜† - powiedziaˆa cicho Shmi. - Nie mogˆam go zatrzyma†, bo to oznaczaˆoby dla niego ¾ycie w niewoli. - Wiem - rzekˆ kr¢tko Owen. - Nie mogˆabym tego zrobi† nawet, gdyby˜my nie byli niewolnikami - dodaˆa po chwili kobieta, spogl¥daj¥c niepewnie na Owena, jakby zdumiaˆy j¥ wˆasne sˆowa. - Annie miaˆ zbyt wiele do zaoferowania galaktyce, bym mogˆa uwi©zi† go na Tatooine. Jego miejsce jest tam, w˜r¢d gwiazd. Niech ratuje cho†by i caˆe planety. Urodziˆ si©, ¾eby zosta† Jedi, ¾eby dawa† z siebie jak najwi©cej. - I dlatego ju¾ sypiam tak spokojnie - powt¢rzyˆ Owen. Shmi spojrzaˆa na niego z ukosa i zobaczyˆa, ¾e chˆopak u˜miecha si© jeszcze szerzej ni¾ zwykle. - Na˜miewasz si© ze mnie! - zawoˆaˆa, klepi¥c go po plecach. Owen tylko wzruszyˆ ramionami. Shmi spowa¾niaˆa. - Annie chciaˆ z nimi lecie† - dorzuciˆa po chwili, podejmuj¥c w¥tek, kt¢ry cz©sto pojawiaˆ si© w jej rozmowach z pasierbem i do kt¢rego powracaˆa w my˜lach ka¾dej nocy przez ostatnich dziesi©† lat. - marzyˆ o podr¢¾y do gwiazd; chciaˆ odwiedzi† wszystkie planety galaktyki i dokona† wielkich rzeczy... Urodziˆ si© jako niewolnik, ale nie po to, by by† niewolnikiem. Nie, nie m¢j Annie. Nie on. Owen ˜cisn¥ˆ lekko jej rami©. - Sˆusznie post¥piˆa˜. Na jego miejscu byˆbym ci wdzi©czny. Rozumiaˆbym, ¾e zrobiˆa˜ to, co byˆo dla mnie najlepsze. Nie ma wi©kszej miˆo˜ci, mamo. Shmi musn©ˆa dˆoni¥ jego policzek, u˜miechaj¥c si© smutno. - Chod«my ju¾ - powiedziaˆ Owen, bior¥c j¥ za r©k©. - Tu nie jest bezpiecznie. Kobieta skin©ˆa gˆow¥ i nie opieraˆa si©, gdy chˆopak zacz¥ˆ prowadzi† j¥ w stron© domu. Nagle jednak zatrzymaˆa si© i spojrzaˆa ze strachem w oczy Owena. - Tam jest jeszcze mniej bezpiecznie - powiedziaˆa zaˆamuj¥cym si© gˆosem, spogl¥daj¥c na bezkresne nocne niebo. - A je˜li co˜ mu si© stanie? Je˜li ju¾ nie ¾yje? - Lepiej zgin¥†, goni¥c za marzeniami, ni¾ ¾y† bez nadziei - odparˆ chˆopak bez przekonania. Shmi spojrzaˆa na niego i u˜miechn©ˆa si© lekko. Owen, podobnie jak jego ojciec, byˆ pragmatyczny a¾ do b¢lu. Rozumiaˆa wi©c, ¾e to, co usˆyszaˆa, powiedziaˆ wyˆ¥cznie przez wzgl¥d na jej rozterki. Doceniaˆa ten gest. Nie opieraˆa si© wi©cej, gdy chˆopak prowadziˆ j¥ do skromnego domu swojego ojca, a jej m©¾a, Cliegga Larsa. Z ka¾dym ostro¾nie stawianym krokiem przekonywaˆa sam¥ siebie, ¾e przed laty post¥piˆa sˆusznie. Byli niewolnikami; nie mieli ¾adnej szansy na odzyskanie swobody pr¢cz tej, kt¢ra pojawiˆa si© wraz z ofert¥ Jedi. Jak mogˆa zatrzyma† Anakina na Tatooine, kiedy rycerze Je di proponowali mu speˆnienie marzeä? Wtedy, rzecz jasna, Shmi nie miaˆa poj©cia o tym, ¾e pewnego pi©knego dnia w mie˜cie Mos Espa pojawi si© Cliegg Lars, farmer wilgoci, kt¢ry zakocha si© w niej, wykupi od Watta, zwr¢ci wolno˜† i poprosi, by zostaˆa jego ¾on¥. Czy pozwoliˆaby Anakinowi odej˜†, gdyby wiedziaˆa, ¾e tak szybko nast¥pi w jej ¾yciu wielka zmiana na lepsze? Czy byˆaby szcz©˜liwsza, gdyby syn pozostaˆ u jej boku? Shmi u˜miechn©ˆa si© do wˆasnych my˜li. Nie, nie byˆoby lepiej. I tak chciaˆaby, ¾eby Annie odszedˆ; nawet gdyby potrafiˆa przewidzie† zmiany. Miejsce Anakina byˆo tam, daleko. Wiedziaˆa o tym. Shmi pokr©ciˆa gˆow¥, przytˆoczona ci©¾arem rozwa¾aä o kr©tych ˜cie¾kach wˆasnego ¾ycia i losie Anakina. Nawet teraz, po latach, nie byˆa pewna, czy to, co si© wydarzyˆo, nie byˆo najlepszym wyj˜ciem dla nich obojga. Mimo wszystko, gˆ©boka rana w sercu jako˜ nie chciaˆa si© zabli«ni†. ROZDZIA� 2 - Pomog© ci - zaproponowaˆa uprzejmie Bem, staj¥c obok Shmi, kt¢ra wˆa˜nie szykowaˆa ciepˆ¥ kolacj©. Cliegg i Owen wyszli, by zabezpieczy† farm© przed nadchodz¥c¥ noc¥ i r¢wnie nieuchronn¥ burz¥ piaskow¥. Shmi podaˆa jej n¢¾, u˜miechaj¥c si© ciepˆo namy˜l o tym, ¾e mˆoda kobieta ju¾ wkr¢tce stanie si© czˆonkiem rodziny. Owen nie wspomniaˆ dot¥d ani sˆowem o ˜lubie z Beru, ale Shmi umiaˆa wyczyta† wiele ze spojrzeä, kt¢re wymieniali zakochani. Maˆ¾eästwo byˆo tylko kwesti¥ czasu, i to niezbyt dˆugiego, o ile znaˆa pasierba. Owen nie nale¾aˆ do miˆo˜nik¢w przyg¢d; byˆ raczej solidny i staˆy jak ziemia, po kt¢rej twardo st¥paˆ, lecz jednocze˜nie dobrze wiedziaˆ, czego chce i potrafiˆ d¥¾y† do raz wyznaczonego celu ze zdumiewaj¥cym uporem. Beru byˆa do niego podobna. Kochaˆa Owena r¢wnie mocno, jak on j¥. Ta dziewczyna b©dzie dobr¥ ¾on¥ dla farmera wilgoci, pomy˜laˆa Shmi, obserwuj¥c jej zr©czn¥ krz¥tanin©. Wybranka Owena nigdy nie uchylaˆa si© od pracy, a przy tym byˆa zdolna i cierpliwa. Nie oczekuje cud¢w i niewiele trzeba, by j¥ uszcz©˜liwi†, my˜laˆa Shmi. I to wˆa˜nie jest najwa¾niejsze. ½ycie na pustyni byˆo prostot© i monotonne. Niespodzianek zdarzaˆo si© niewiele, a je˜li ju¾, to nie nale¾aˆy one do przyjemnych; w okolicy pojawiali si© Je«d«cy Tusken albo zbli¾aˆa si© wyj¥tkowo silna burza piaskowa, lub inny, r¢wnie niebezpieczny fenomen meteorologiczny. Jedyn¥ rozrywk¥ rodziny Lars¢w byˆo sp©dzanie czasu we wˆasnym gronie. Cliegg nie znaˆ innego ¾ycia, bo tak wˆa˜nie wygl¥daˆa egzystencja kilku pokoleä Lars¢w. Owen nie r¢¾niˆ si© od ojca, Beru za˜, cho† wychowana w Mos Eisley, pasowaˆa do nich jak ulaˆ. Shmi wiedziaˆa, ¾e Owen w koäcu po˜lubi t¥ dziewczyn© i cieszyˆa si© na my˜l o tym szcz©˜liwym dniu. M©¾czy«ni wr¢cili do domu, a wraz z nimi C-3PO, android protokolarny, kt¢rego Anakin zbudowaˆ w czasach, gdy m¢gˆ do woli buszowa† po zˆomowisku na tyˆach sklepu Watta. - Prosz©, jeszcze dwa korzenie tanga, pani Shmi - odezwaˆ si© wysoki android, podaj¥c kobiecie ˜wie¾o zebrane, pomaraäczowo-zielone warzywa. - Przyni¢sˆbym wi©cej, ale powiedziano mi w maˆo uprzejmych sˆowach, ¾e mam si© pospieszy†. Shmi spojrzaˆa znacz¥co na Cliegga, kt¢ry u˜miechn¥ˆ si© krzywo i wzruszyˆ ramionami. - Mogˆem go tam zostawi†; przeczy˜ciˆby si© piachem - powiedziaˆ. - Cho†, oczywi˜cie, co wi©ksze bryˆy niesione wiatrem zapewne przetr¥ciˆyby mu par© obwod¢w. - Za pozwoleniem, panie Cliegg - zaprotestowaˆ C-3PO - chciaˆem tylko zauwa¾y†, ¾e... - Wiemy, co chciaˆe˜ zauwa¾y†, Threepio - weszˆa mu w sˆowo Shmi, kˆad¥c dˆoä na metalowym ramieniu w ge˜cie pocieszenia. Szybko jednak cofn©ˆa r©k©, nagle zdaj¥c sobie spraw© z niedorzeczno˜ci takich gest¢w wobec chodz¥cej pl¥taniny kabli. Cho† przecie¾ C- 3PO byˆ dla niej czym˜ znacznie wa¾niejszym ni¾ ¾elastwo i kable, z kt¢rych si© skˆadaˆ. Zbudowaˆ go Anakin... No, prawie zbudowaˆ. Kiedy chˆopiec odchodziˆ z rycerzami Jedi, android byˆ w peˆni sprawny, lecz pozbawiony powˆoki. Shmi pozostawiˆa go w tym stanie na dˆugo, wyobra¾aj¥c sobie, ¾e jej syn wr¢ci kiedy˜, by dokoäczy† dzieˆa. Dopiero kiedy zwi¥zaˆa si© z Clieggiem, osobi˜cie "ubraˆa" C-3PO w niezbyt eleganckie blachy. Byˆ to dla niej wzruszaj¥cy moment - koäcz¥c budow© androida, przyznaˆa sama przed sob¥, ¾e, podobnie jak Anakin, znalazˆa wreszcie swoje miejsce w ¾yciu. Android protokolarny bywaˆ niekiedy irytuj¥cy, lecz dla Shmi Skywalker Lars byˆ przede wszystkim pami¥tk¥ po synu. - Cho†, oczywi˜cie, gdyby Ludzie Piasku pojawili si© w okolicy, na pewno zaopiekowaliby si© nim z ochot¥ - ci¥gn¥ˆ Cliegg, najwyra«niej znajduj¥c upodobanie w dra¾nieniu nieszcz©snego automatu. - powiedz no, Threepio, chyba nie boisz si© Tusken¢w, co? - W moim oprogramowaniu nie ma procedur generuj¥cych ten rodzaj strachu - odparˆ android. Jego sˆowa zabrzmiaˆyby znacznie bardziej wiarygodnie, gdyby wypowiadaj¥c je, nie trz¥sˆ si© tak bardzo i m¢wiˆ mniej piskliwym tonem. - Dosy† tego - uci©ˆa Shmi, spogl¥daj¥c na Cliegga. - Biedny Threepio - dodaˆa ˆagodniej, raz jeszcze klepi¥c androida po ramieniu. - id« ju¾. Mam dzi˜ wystarczaj¥c¥ pomoc w kuchni - zapewniˆa, machaj¥c mu r©k¥ na po¾egnanie. - Jeste˜ dla niego okropny - zauwa¾yˆa, staj¥c przy m©¾u i dobrodusznie uderzaj¥c pi©˜ci¥ w jego szerokie barki. - Skoro nie pozwalasz mi kpi† z niego, b©d© musiaˆ wzi¥† na celownik kogo˜ innego - odparˆ Cliegg z udawan¥ zˆo˜ci¥, po czym mru¾¥c oczy, rozejrzaˆ si© po kuchni, by wreszcie zatrzyma† wzrok na Beru. - Cliegg... - rzuciˆa ostrzegawczo Shmi. - No co? - obruszyˆ si© m©¾czyzna. - Je¾eli dziewczyna zamierza tu kiedy˜ zamieszka†, musi umie† si© broni†! - Tato! - zawoˆaˆ Owen. - Och, dajcie spok¢j staremu Clieggowi - wtr¥ciˆa Beru, celowo akcentuj¥c sˆowo "staremu". - jak¥ byˆabym ¾on¥ farmera, gdybym nie potrafiˆa doˆo¾y† mu w bitwie na sˆowa? - Oho! Wyzwanie! - zahuczaˆ Cliegg. - Dla mnie niezbyt wielkie - odrzekˆa drwi¥co Beru i ju¾ po chwili pojedynek dobrotliwych inwektyw - w kt¢rym od czasu do czasu tak¾e i Owen zabieraˆ gˆos - rozpocz¥ˆ si© na dobre. Shmi nie sˆuchaˆa zbyt uwa¾nie, koncentruj¥c si© na obserwowaniu Beru. Tak, mˆoda kobieta zdecydowanie pasowaˆa do twardego ¾ycia na farmie wilgoci. Miaˆa odpowiedni temperament. Byˆa stateczna, ale i skora do zabawy, gdy pozwalaˆy na to okoliczno˜ci. Burkliwy Cliegg potrafiˆ przegada† najlepszych, lecz Beru nale¾aˆa do elity pyskaczy. Shmi wr¢ciˆa do kuchennych zaj©†, u˜miechaj¥c si© szeroko za ka¾dym razem, gdy dziewczyna atakowaˆa Larsa szczeg¢lnie zˆo˜liw¥ ripost¥. Zaj©ta prac¥, nie zauwa¾yˆa nadlatuj¥cego pocisku. Krzykn©ˆa, gdy nieco przejrzaˆe warzywo uderzyˆo j¥ prosto w policzek. A to, rzecz jasna, wzbudziˆo w pozostaˆej tr¢jce ch©† do jeszcze dzikszego ˜miechu. Shmi odwr¢ciˆa si© wolno, by poszuka† winowajcy. Wyraz zakˆopotania na twarzy Beru, a tak¾e fakt, ¾e siedziaˆa nieco dalej, w jednej linii z Clieggiem, wskazywaˆy jednoznacznie na to, ¾e to ona rzuciˆa warzywo - mierzyˆa zapewne w m©¾czyzn©, ale minimalnie chybiˆa. - Ta dziewczyna zawsze wie, kiedy nale¾y przesta† - rzekˆ Cliegg Lars i zanim przebrzmiaˆa ostatnia nuta tej sarkastycznej wypowiedzi, rykn¥ˆ tubalnym ˜miechem. Umilkˆ jednak, gdy Shmi trafiˆa go w pier˜ kawaˆkiem soczystego owocu, kt¢ry rozprysn¥ˆ si© efektownie. Wojna owocowo-warzywna rozgorzaˆa na nowo, cho†, oczywi˜cie, wi©cej miotano gr¢«b ni¾ mi©kkich, cho† brudz¥cych pocisk¢w. Kiedy zabawa dobiegˆa koäca, Shmi zabraˆa si© do sprz¥tania, z symboliczn¥ pomoc¥ pozostaˆych domownik¢w. - Lepiej id«cie ju¾ i zajmijcie si© czym˜, z daleka od ojca, kt¢ry wiecznie szuka guza - zwr¢ciˆa si© do Owena i Beru. - Cliegg zacz¥ˆ, wi©c Cliegg posprz¥ta. No, id«cie ju¾. Zawoˆam was na kolacj©. Cliegg za˜miaˆ si© cicho. - A je˜li rzucisz we mnie jeszcze raz, b©dziesz gˆodny - dodaˆa gro«nie, wymachuj¥c ˆy¾k¥ w stron© m©¾a. - samotny! - O nie! Tylko nie to! - zawoˆaˆ Cliegg, unosz¥c r©ce w ge˜cie kapitulacji. Shmi pogoniˆa Owena i Beru ostatnim machni©ciem ˆy¾ki, zauwa¾aj¥c przy okazji, ¾e odchodz¥ uradowani. - B©dzie z niej dobra ¾ona - powiedziaˆa cicho. Cliegg stan¥ˆ obok ¾ony, obj¥ˆ j¥ w pasie i mocno przytuliˆ. - My, Larsowie, zawsze zakochujemy si© w najlepszych kobietach. Shmi spojrzaˆa na niego i odwzajemniˆa ciepˆy, szczery u˜miech. Tak wˆa˜nie miaˆo by†: dobra, uczciwa praca, poczucie prawdziwego speˆnienia i odrobina wolnego czasu na zabaw©. O takim ¾yciu Shmi zawsze marzyˆa. Byˆo idealnie. Prawie. W oczach kobiety pojawiˆa si© t©sknota. - Znowu my˜lisz o swoim chˆopaku - bardziej stwierdziˆ ni¾ spytaˆ Cliegg Lars. W spojrzeniu Shmi byˆa teraz mieszanka rado˜ci i smutku; jakby na bˆ©kitnym niebie w sˆoneczny dzieä pojawiˆa si© jedna ciemna chmura. - Tak, ale nie przejmuj si©. Tym razem wiem, ¾e jest bezpieczny i ¾e dokonuje wielkich rzeczy. - Ale ¾aˆujesz, ¾e nie ma go z nami, kiedy tak dobrze si© bawimy. Shmi znowu odpowiedziaˆa u˜miechem. - ½aˆuj©, i to nie tylko dzi˜, ale i za ka¾dym razem. Szkoda, ¾e nie ma go z nami od pocz¥tku, kiedy spotkali˜my si© po raz pierwszy. - To ju¾ pi©† lat - zauwa¾yˆ Cliegg. - Kochaˆby ci© tak jak ja, a z Owenem... - urwaˆa w p¢ˆ zdania. - S¥dzisz, ¾e Anakin zaprzyja«niˆby si© z Owenem? Ba! Jasne, ¾e tak! - Przecie¾ nawet nie znasz mojego Annie'ego - upomniaˆa go ˆagodnie Shmi. - Byliby najlepszymi przyjaci¢ˆmi - stwierdziˆ z przekonaniem Cliegg, przytulaj¥c j¥ jeszcze mocniej. - Jak mogˆoby by† inaczej, skoro mieliby tak¥ matk©? Shmi z wdzi©czno˜ci¥ przyj©ˆa komplement i odwr¢ciwszy si©, gor¥co ucaˆowaˆa m©¾a. My˜lami byˆa ju¾ jednak przy Owenie i jego kwitn¥cym romansie ze ˜liczn¥ Beru. Jak¾e kochaˆa ich oboje! Jednak wspomnienie o pasierbie wywoˆaˆo w Shmi lekki niepok¢j. Cz©sto zastanawiaˆa si©, czy obecno˜† Owena nie byˆa jednym z powod¢w, dla kt¢rych tak ochoczo przystaˆa na propozycj© maˆ¾eästwa z Clieggiem. Znowu spojrzaˆa na m©¾a, czule gˆadz¥c jego mocne ramiona. Kochaˆa go gˆ©boko, byˆa szcz©˜liwa, ¾e nie jest ju¾ niewolnic¥. Ale czy to przypadkiem nie obecno˜† Owena wpˆyn©ˆa na jej decyzj©? To pytanie zadawaˆa sobie przez wszystkie lata po ˜lubie. Czy Owen byˆ odpowiedzi¥ na potrzeb©, kt¢ra paliˆa jej serce? Na potrzeb© zapeˆnienia otchˆani, kt¢r¥ wytworzyˆo w jej matczynym sercu odej˜cie Anakina? Chˆopcy zdecydowanie r¢¾nili si© temperamentem; Owen byˆ rzetelny i rozwa¾ny, got¢w w odpowiednim czasie przej¥† farm© z r¥k Cliegga - dokˆadnie tak, jak przejmowaˆy j¥ kolejne pokolenia rodziny Lars¢w. Byˆ bardzo przej©ty na sam¥ my˜l o tym, ¾e zostanie prawowitym spadkobierc¥ tego skrawka ziemi. Godziˆ si© bez wahania na ¾ycie w trudnych warunkach w zamian za dum© i poczucie dobrze speˆnionego obowi¥zku wynikaj¥ce z prostego faktu wˆa˜ciwego prowadzenia farmy. Tymczasem Annie... Shmi omal nie roze˜miaˆa si© na gˆos, pr¢buj¥c wyobrazi† sobie swego ¾ywioˆowego syna, z gˆow¥ peˆn¥ marzeä o dalekich wyprawach, na miejscu statecznego Owena. Nie miaˆa w¥tpliwo˜ci, ¾e Anakin daˆby Clieggowi w ko˜† r¢wnie skutecznie, jak robiˆ to, pracuj¥c dla Watta. Wiedziaˆa te¾, ¾e niespokojny duch chˆopca nie daˆby si© okieˆzna† poczuciem odpowiedzialno˜ci za tradycj© wielu pokoleä. Gˆ¢d przygody, pragnienie zwyci©¾ania w wy˜cigach czy marzenia o podr¢¾y do gwiazd nie ust¥piˆyby pod ¾adn¥ presj¥, za to z pewno˜ci¥ doprowadzaˆoby Cliegga do szaˆu. Tym razem Shmi nie wytrzymaˆa i zachichotaˆa cicho, wyobra¾aj¥c sobie Cliegga z purpurow¥ twarz¥, oburzonego kolejnym wybrykiem Anakina. Lars przytuliˆ j¥ jeszcze mocniej, a Shmi uton©ˆa w jego ramionach, maj¥c pewno˜†, ¾e tu jest jej miejsce i pocieszaj¥c si© nadziej¥, ¾e i Anakin jest tam, gdzie by† powinien. Nie miaˆa na sobie jednej z ozdobnych szat, kt¢re nosiˆa przez ostatnie dziesi©† lat. Jej wˆos¢w nie uˆo¾ono tym razem w wymy˜lne sploty, przetykane niezliczonymi bˆyskotkami. I mo¾e wˆa˜nie dzi©ki prostocie stroju i fryzury uroda Padm‚ Amidali ja˜niaˆa jeszcze silniejszym blaskiem. Kobieta, kt¢ra siedziaˆa obok niej na ˆawce-hu˜tawce, musiaˆa nale¾e† do rodziny. Byˆa starsza, po matczynemu stateczna, ubrana z prostot¥, cho† nie tak pi©kna ni¾ Amidala. Jej twarz roz˜wietlaˆ wewn©trzny blask. - Skoäczyˆa˜ ju¾ te swoje spotkania z kr¢low¥ Jamilli¥? - spytaˆa Sola. Ton gˆosu jednoznacznie wskazywaˆ na to, i¾ nie przywi¥zywaˆa zbyt du¾ej wagi do rozm¢w z wˆadczyni¥. Padm‚ spojrzaˆa na ni¥ z ukosa, po czym przeniosˆa wzrok na maˆy szaˆas, wok¢ˆ kt¢rego biegaˆy Ryoo i Pooja, c¢rki Soli, z pasj¥ oddaj¥ce si© zabawie w berka. - Byˆam tylko na jednym spotkaniu - wyja˜niˆa Padm‚. - Kr¢lowa chciaˆa mi przekaza† pewne informacje. - Na temat ustawy o militaryzacji - stwierdziˆa Sola. Padm‚ nie musiaˆa potwierdza† tego, co byˆo oczywiste. Rozpatrywana w Senacie ustawa o militaryzacji byˆa najwa¾niejszym aktem prawnym spo˜r¢d tych, kt¢re omawiano w ostatnich latach. Jej przyj©cie mogˆo oznacza† dla Republiki wstrz¥s znacznie pot©¾niejszy ni¾ ponure wydarzenia sprzed dekady, kiedy Padm‚ byˆa kr¢low¥, a Federacja Handlowa usiˆowaˆa opanowa† Naboo. - Republika trz©sie si© w posadach, ale nie ma powodu do obaw; senator Amidala zrobi z tym porz¥dek - dodaˆa po chwili Sola. Padm‚ popatrzyˆa na ni¥ ze zdziwieniem, zaskoczona d«wi©cz¥cym w jej gˆosie sarkazmem. - Przecie¾ tym si© wˆa˜nie zajmujesz, prawda? - spytaˆa niewinnie siostra. - Pr¢buj© to robi†. - Tylko to pr¢bujesz robi†. - Co chcesz przez to powiedzie†? - spytaˆa Padm‚, spogl¥daj¥c na Sol© ze zdumieniem. - Jestem senatorem, prawda? - Senatorem i byˆ¥ kr¢low¥, z szansami na wiele innych stanowisk - uzupeˆniˆa siostra. Po chwili spojrzaˆa na dziewczynki i poprosiˆa, by nie biegaˆy tak szybko. - M¢wisz tak, jakby byˆo w tym co˜ zˆego - zauwa¾yˆa Padm‚. Sola spojrzaˆa jej w oczy. - To wspaniaˆa rzecz - powiedziaˆa szczerze. - O ile robisz to wszystko z wˆa˜ciwych pobudek. - O co ci wˆa˜ciwie chodzi? Sola wzruszyˆa ramionami, jakby sama nie byˆa do koäca pewna. - Moim zdaniem wm¢wiˆa˜ sobie, ¾e jeste˜ niezb©dna Republice. ½e bez ciebie wszystko si© zawali. - Siostro! - To prawda - nie ust©powaˆa Sola. - Ci¥gle tylko dajesz, dajesz, dajesz i dajesz. Czy nigdy nie masz ochoty uszczkn¥† troch© dla siebie? U˜miech na ustach Padm‚ upewniˆ Sol©, ¾e trafiˆa w czuˆy punkt. - Troch© czego? Kobieta spojrzaˆa na Ryoo i Pooj©. - Sp¢jrz na nie. Kiedy patrzysz na moje dzieci, widz© iskry w twoich oczach. Wiem, jak bardzo je kochasz. - Jasne, ¾e kocham! - A nie chciaˆaby˜ mie† wˆasnych? - spytaˆa Sola. - Wˆasnej rodziny? Padm‚ Zesztywniaˆa, wpatruj¥c si© w siostr© szeroko otwartymi oczami. - Ja... - urwaˆa. - Pracuj© teraz nad czym˜, w co gˆ©boko wierz©. Nad czym˜ bardzo wa¾nym - dodaˆa po˜piesznie. - A kiedy ju¾ b©dzie po wszystkim, kiedy ustawa o militaryzacji odejdzie w przeszˆo˜†, znajdziesz sobie co˜, w co b©dziesz wierzy† r¢wnie gˆ©boko, co˜ r¢wnie wa¾nego. Co˜, co dotyczy Republiki znacznie bardziej ni¾ ciebie. - Jak mo¾esz tak m¢wi†? - Mog©, bo to prawda i dobrze o tym wiesz. Kiedy zaczniesz wreszcie robi† co˜ dla siebie? - Przecie¾ robi©. - Wiesz, co mam na my˜li. Padm‚ za˜miaˆa si© cicho i potrz¥sn©ˆa gˆow¥, odwracaj¥c si© w stron© Ryoo i Pooji. - Czy o warto˜ci czˆowieka decyduje to, czy ma potomstwo? - spytaˆa. - Oczywi˜cie, ¾e nie - zgodziˆa si© Sola. - Nie o to mi chodzi. M¢wi© o czym˜ powa¾niejszym, siostrzyczko. Po˜wi©casz caˆy sw¢j czas problemom innych - rozwi¥zywaniu konflikt¢w mi©dzyplanetarnych czy pilnowaniu, by jedna z gildii handlowych traktowaˆa uczciwie system, z kt¢rym robi interesy. Twoja energia sˆu¾y wyˆ¥cznie innym ludziom, tylko ich ¾ycie staje si© lepsze. - I co w tym zˆego? - A co z twoim ¾yciem? - spytaˆa Sola z powag¥. - Co z Padm‚ Amidala? Czy kiedykolwiek zastanawiaˆa˜ si© nad tym, co zrobisz ze swoim ¾yciem? Wiem, ¾e sˆu¾ba publiczna daje ci wiele satysfakcji, ale co z twoimi uczuciami? Co z miˆo˜ci¥, siostrzyczko? I wreszcie - co z dzie†mi? Czy naprawd© nigdy nie zastanawiasz si©, jak by to byˆo, gdyby˜ ustatkowaˆa si© nieco i zaj©ˆa czym˜, co sprawi, ¾e twoje ¾ycie b©dzie peˆniejsze? W pierwszym odruchu Padm‚ chciaˆa odpowiedzie†, ¾e jej ¾ycie jest wystarczaj¥co peˆne, ale te sˆowa jako˜ nie przeszˆy jej przez gardˆo. Wydawaˆy jej si© puste, gdy obserwowaˆa siostrzenice harcuj¥ce w ogrodzie - tym razem wok¢ˆ jej wiernego robota astromechanicznego, R2-D2. Po raz pierwszy od wielu dni my˜li Padm‚ kr¥¾yˆy swobodnie, z dala od obowi¥zk¢w, a przede wszystkim z dala od arcywa¾nego gˆosowania w senacie, kt¢re miaˆo si© odby† ju¾ za niecaˆy miesi¥c. Sˆowa "ustawa o militaryzacji" jako˜ nie potrafiˆy przebi† si© przez tekst zaimprowizowanej piosenki o R2-D2, kt¢r¥ ˜piewaˆy wˆa˜nie rozbawione dziewczynki. - Za blisko - stwierdziˆ pos©pnie Cliegg, nie patrz¥c na Owena. Wybrali si© na obch¢d granic farmy, by sprawdzi† systemy bezpieczeästwa. Ich rozmow© przerwaˆ nagle ryk banthy - jednego z wielkich kudˆatych bydl¥t cz©sto dosiadanych przez Tusken¢w. Larsowie wiedzieli, ¾e dzikie zwierz© nie zapu˜ciˆo si© samo na to pustkowie - wok¢ˆ samotnej farmy wilgoci trudno byˆo znale«† cho†by skrawek pastwiska. Gˆos banthy oznaczaˆ, ¾e wrogowie s¥ blisko. - Ciekawe, co ich tak pcha w stron© farm - mrukn¥ˆ Owen. - Dawno nie dali˜my im nauczki - odrzekˆ ponuro Cliegg. - Pozwalamy tym bestiom ¾y† na wolno˜ci, wi©c zapominaj¥, co im wolno, a czego nie - dodaˆ, spogl¥daj¥c hardo na syna, kt¢ry sceptycznie kr©ciˆ gˆow¥. - Od czasu do czasu trzeba skrzykn¥† ludzi i nauczy† Tusken¢w dobrych manier. Kiedy urz¥dzi si© polowanie i zabije paru z nich, reszta dobrze zapami©ta, gdzie s¥ granice, kt¢rych nie wolno im przekracza†. S¥ jak dzikie zwierz©ta - potrzebuj¥ bata! Owen milczaˆ. - Za dˆugo to trwaˆo - dorzuciˆ po chwili Cliegg. - Widzisz? Nie pami©tasz nawet, kiedy po raz ostatni dali˜my Tuskenom wycisk. I w tym wˆa˜nie caˆy problem. Bantha zaryczaˆa ponownie. Cliegg mrukn¥ˆ co˜ gniewnie w stron©, z kt¢rej dobiegˆ d«wi©k, po czym machn¥ˆ r©k¥ i ruszyˆ w kierunku domu. - Przez jaki˜ czas miej oko na Beru - poleciˆ. - oboje trzymajcie si© w perymetrze, najlepiej z blasterem przy boku. Owen skin¥ˆ gˆow¥ i posˆusznie pod¥¾yˆ za ojcem. Nim dotarli do drzwi, bantha odezwaˆa si© raz jeszcze. Tym razem jakby bli¾ej. - Co si© dzieje? - spytaˆa Shmi, gdy tylko Cliegg przekroczyˆ pr¢g kuchni. M©¾czyzna zatrzymaˆ si© i u˜miechn¥ˆ si© uspokajaj¥co. - To tylko piasek - odparˆ. - Zasypaˆo czujniki; do˜† ju¾ mam tego ci¥gˆego odkopywania! - dodaˆ, u˜miechaj¥c si© coraz szerzej, a potem ruszyˆ w stron© ˆazienki. - Cliegg... - zawoˆaˆa podejrzliwie Shmi, zatrzymuj¥c go w p¢ˆ drogi. Beru zajrzaˆa do izby w chwili, gdy w drzwiach stan¥ˆ Owen. - Co si© dzieje? - spytaˆa, nie˜wiadomie powtarzaj¥c sˆowa Shmi. - Nic, zupeˆnie nic - odpowiedziaˆ, lecz kiedy pr¢bowaˆ wymkn¥† si© z kuchni, Beru stan©ˆa przed nim i poˆo¾yˆa mu r©ce na ramionach, zmuszaj¥c, by spojrzaˆ jej prosto w oczy. Miaˆa zbyt powa¾n¥ min©, by m¢gˆ j¥ zlekcewa¾y†. - Zanosi si© na burz© piaskow¥ - skˆamaˆ Cliegg. - Gdzie˜ daleko; do nas pewnie nie dotrze. - Ale wiatr zd¥¾yˆ ju¾ zasypa† czujniki wok¢ˆ farmy? - spytaˆa z niedowierzaniem Shmi. Owen popatrzyˆ na ni¥ z uznaniem i usˆyszaˆ, ¾e Cliegg chrz¥ka, jakby nagle zaschˆo mu w gardle. Zauwa¾yˆ k¥tem oka nieznaczne skinienie gˆowy ojca i szybko odwr¢ciˆ si© w stron© Shmi. - To tylko pierwsze podmuchy. Moim zdaniem burza nie b©dzie zbyt gwaˆtowna. - I co, zamierzacie tak sta† i ˆga†? - spytaˆa ostro Beru. - Co tam widziaˆe˜, Cliegg? - zawt¢rowaˆa jej Shmi. - Nic - odparˆ z przekonaniem. - A co sˆyszaˆe˜? - indagowaˆa matka Anakina, kt¢ra w lot przejrzaˆa gierki m©¾a. - Ryk banthy, nic wi©cej - przyznaˆ przyparty do muru Cliegg. - I uznaˆe˜, ¾e to Tuskenowie - dopowiedziaˆa Shmi. - Jak daleko? - Kto to mo¾e wiedzie†, w ˜rodku nocy, przy zmiennym wietrze? Mo¾liwe, ¾e wiele kilometr¢w st¥d. - Albo? Cliegg kilkoma krokami przemierzyˆ kuchni© i stan¥ˆ przed ¾on¥. - Czego ty ode mnie chcesz, kobieto? - spytaˆ, bior¥c j¥ w ramiona. - Sˆyszaˆem banth©. Nie wiem, czy siedziaˆ na niej Tusken. - S¥ i inne ˜lady Je«d«c¢w - wyznaˆ Owen. - Dorrowie znale«li poodoo banthy na jednym z czujnik¢w. .- Mo¾liwe, ¾e wygˆodniaˆe bydl©ta kr©c¥ si© po okolicy w poszukiwaniu po¾ywienia - powiedziaˆ Cliegg. - Albo, ¾e Tuskenowie zebrali si© na odwag© i stoj¥ ju¾ u granic form, a nawet zaczynaj¥ sprawdza† nasze zabezpieczenia - odparowaˆa Shmi. W tym momencie, jakby na potwierdzenie jej sˆ¢w, zawyˆa syrena, sygnalizuj¥c ruch w zasi©gu zewn©trznych czujnik¢w. Owen i Cliegg chwycili karabiny blasterowe i wybiegli z domu. Shmi i Beru pop©dziˆy za nimi. - Zostaäcie tutaj! - rozkazaˆ kobietom Cliegg. - Ale najpierw id«cie po broä! - M©¾czyzna rozejrzaˆ si© i gestem wskazaˆ synowi kryj¢wk©, z kt¢rej Owen miaˆ go osˆania†. A potem, pochylony, z karabinem w dˆoni wybiegˆ na podw¢rze i klucz¥c, zacz¥ˆ bada† najbli¾sze otoczenie domu. Postanowiˆ, ¾e je˜li tylko zobaczy w mroku co˜, co przypomina† b©dzie ksztaˆtem Tuskena lub banth©, najpierw strzeli, a potem sprawdzi, co to jest. Jednak do strzelaniny nie doszˆo. Cliegg i Owen wyszli na powierzchni© i zbadali caˆy system zabezpieczeä, po raz drugi kontroluj¥c wszystkie alarmy, lecz nie znale«li ani ˜ladu wroga. Mimo to przez reszt© nocy caˆa czw¢rka czuwaˆa na zmian©, trzymaj¥c broä w zasi©gu r©ki. Rankiem przy wschodniej granicy Owen znalazˆ przyczyn© nocnego alarmu: ˜lad odci˜ni©ty na skrawku nieco twardszego gruntu. Nie byˆo to zaokr¥glone wgˆ©bienie po masywnej ˆapie banthy, ale pˆytszy i smuklejszy trop, kt¢ry mogˆa pozostawi† stopa owini©ta mi©kkim materiaˆem-stopa Tuskena. - Trzeba pogada† z Dorrami i reszt¥ rodzin - rzekˆ Cliegg, gdy chˆopak pokazaˆ mu ˜lad. - Zbierzemy si© i przep©dzimy bydˆo na otwart¥ pustyni©. - Banthy? - Banthy te¾ - warkn¥ˆ zˆowieszczo Cliegg i splun¥ˆ zamaszy˜cie na such¥ ziemi©. Owen dawno nie widziaˆ w jego oczach takiej w˜ciekˆo˜ci i determinacji. Senator Padm‚ Amidala czuˆa si© nieswojo we wˆasnym biurze mieszcz¥cym si© w gmachu nale¾¥cym do kompleksu budynk¢w otaczaj¥cych paˆac kr¢lowej Jamillii. Jej biurko jak zwykle gin©ˆo pod stert¥ holodysk¢w i innych potrzebnych do pracy drobiazg¢w. Ponad nimi za˜ wida† byˆo obraz z holoprojektora, w symboliczny spos¢b wyra¾aj¥cy liczb© przewidywanych gˆos¢w w zbli¾aj¥cej si© nieuchronnie debacie na Coruscant; na jednej szalce wagi staˆ ¾oˆnierz, na drugiej spoczywaˆa flaga oznaczaj¥ca rozejm. Wydawaˆo si©, ¾e strony pozostaj¥ w idealnej r¢wnowadze. Padm‚ wiedziaˆa, ¾e gˆosowanie nad stworzeniem regularnych siˆ zbrojnych Republiki nie b©dzie ˆatwe, senat bowiem podzieliˆ si© na dwa silnie stronnictwa. Z odraz¥ my˜laˆa o kolegach, kt¢rzy decyzj© w tak istotnej sprawie uzale¾niali od osobistych korzy˜ci - od potencjalnych kontrakt¢w na dostawy dla armii w ojczystych systemach po bezpo˜rednie korzy˜ci przyjmowane od separatyst¢w - a nie od tego, co wydawaˆo im si© najlepsze dla Republiki. W gˆ©bi serca Padm‚ byˆa przekonana, ¾e powinna ze wszystkich siˆ przeciwstawia† si© pomysˆowi stworzenia armii. Tolerancja byˆa filarem Republiki, gigantycznej sieci dziesi¥tek tysi©cy system¢w gwiezdnych zamieszkanych przez jeszcze wi©ksz¥ liczb© inteligentnych ras i gatunk¢w, z kt¢rych ka¾dy patrzyˆ na kwesti© militaryzacji z wˆasnej perspektywy. Jedynym wsp¢lnym dla nich elementem byˆa wˆa˜nie wzajemna tolerancja. Powoˆanie siˆ zbrojnych mogˆo rozbudzi† niepok¢j, a mo¾e i strach w mieszkaäcach system¢w le¾¥cych z dala od wielkiej planety - miasta, Coruscant. Uwag© Padm‚ przyci¥gn¥ˆ nagˆy ruch za oknem. Spojrzaˆa na rozlegˆy dziedziniec i zobaczyˆa grup© buntownik¢w, ku kt¢rym biegli ju¾ funkcjonariusze siˆ bezpieczeästwa Naboo. Po chwili rozlegˆo si© natarczywe stukanie do drzwi. Padm‚ odwr¢ciˆa si© w sam¥ por©, by ujrze† rozsuwaj¥ce si© skrzydˆa i stoj¥cego za nimi kapitana Panak©, kt¢ry spr©¾ystym krokiem wszedˆ do biura. - Sprawdzam, czy wszystko w porz¥dku, pani senator - odezwaˆ si© m©¾czyzna, kt¢ry byˆ szefem jej osobistej ochrony w czasach, gdy byˆa kr¢low¥. Wysoki i ciemnosk¢ry, o stalowym spojrzeniu i atletycznej sylwetce podkre˜lonej krojem br¥zowego sk¢rzanego kaftana, bˆ©kitnej koszuli i obcisˆych spodni, Panaka jak zawsze wydaˆ si© Padm‚ ostoj¥ bezpieczeästwa. Cho† byˆ ju¾ po czterdziestce, wci¥¾ wygl¥daˆ tak, jakby potrafiˆ pokona† w walce ka¾dego m©¾czyzn© na Naboo. - Czy nie powinien pan pilnowa† raczej kr¢lowej Jamillii? - spytaˆa Padm‚. Panaka skin¥ˆ gˆow¥. - Zapewniam, ¾e jest doskonale chroniona. - Przed... - podpowiedziaˆa Padm‚, ruchem podbr¢dka wskazuj¥c na okno i tocz¥c¥ si© za nim bijatyk©. - Kopaczami przyprawy - dokoäczyˆ Panaka. - Bez obawy, senatorze, chodzi im o kontrakty. I tak miaˆem z pani¥ porozmawia† w sprawie zabezpieczenia podr¢¾y na Coruscant. - Mamy na to jeszcze kilka tygodni. Panaka wyjrzaˆ przez okno. - Dzi©ki czemu pozostaje nam wi©cej czasu na przygotowania. Padm‚ dobrze wiedziaˆa, ¾e nie nale¾y wdawa† si© w spory z upartym oficerem. Poniewa¾ miaˆa podr¢¾owa† statkiem nale¾¥cym do floty Naboo, obowi¥zkiem Panaki byˆo interesowanie si© wzgl©dami bezpieczeästwa. Padm‚ cieszyˆa si©, ¾e Panaka tak si© o ni¥ troszczy, cho† nigdy otwarcie by si© do tego nie przyznaˆa. Skrzywiˆa si©, sˆysz¥c dobiegaj¥ce z dziedziäca krzyki i odgˆosy walki. Kolejny problem. Zawsze pojawiaˆ si© kolejny problem. Padm‚ my˜laˆa nieraz, ¾e stwarzanie problem¢w, kiedy sprawy s¥ ju¾ na najlepszej drodze, le¾y gˆ©boko w ludzkiej naturze. Teraz do tych niewesoˆych my˜li doˆ¥czyˆo jeszcze wspomnienie sˆ¢w Soli i niewinnych twarzyczek Ryoo i Pooji. Tak bardzo kochaˆa te beztroskie istoty... - Pani senator? - odezwaˆ si© Panaka, przerywaj¥c rozwa¾ania Padm‚. - Tak? - Musimy porozmawia† o zabezpieczeniu podr¢¾y. Otrz¥sn©ˆa si© z zamy˜lenia i skin©ˆa gˆow¥; skoro kapitan Panaka twierdzi, ¾e trzeba podyskutowa† o bezpieczeästwie, Padm‚ Amidala nie zamierzaˆa si© sprzeciwia†. Byˆ to kolejny wiecz¢r, kt¢rego spok¢j zakˆ¢caˆy basowe porykiwania banth. Nikt z czworga domownik¢w nie miaˆ ju¾ w¥tpliwo˜ci, ¾e Tuskenowie s¥ blisko, na terenie farmy, i by† mo¾e nawet obserwuj¥ ˜wiatˆa zabudowaä. - Ludzie Piasku to dzikie bestie, a my ju¾ dawno powinni˜my zmusi† wˆadze w MOS Eisley, ¾eby wyt©piˆy ich jak szkodniki, kt¢rymi s¥. I tych ˜mierdz¥cych Jaw¢w te¾! Shmi westchn©ˆa z rezygnacj¥ i poˆo¾yˆa dˆoä na ramieniu m©¾a. - Jawowie nieraz nam pomagali - przypomniaˆa ˆagodnie. - W takim razie Jaw¢w nie! - zagrzmiaˆ Cliegg. Widz¥c strach w oczach Shmi, kt¢ra a¾ podskoczyˆa na d«wi©k jego gˆosu, natychmiast si© uspokoiˆ. - Przepraszam. Jaw¢w nie. Ale Tusken¢w tak. Zabijaj¥ i kradn¥, gdy tylko maj¥ sposobno˜†. Nie ma w nich nic dobrego! - Je˜li tylko zbli¾¥ si© do domu, wr¢c¥ na pustyni© zdziesi¥tkowani - zapowiedziaˆ Owen. Cliegg poparˆ go stanowczym skinieniem gˆowy. Pr¢bowali w spokoju dokoäczy† kolacj©, ale za ka¾dym razem, gdy odzywaˆ si© nie tak daleki gˆos banthy, odruchowo rzucali sztu†ce i si©gali po broä. - Sˆuchajcie - odezwaˆa si© nagle Shmi. Cisza zapanowaˆa nie tylko w domu Lars¢w, ale i na zewn¥trz; banthy umilkˆy. - Mo¾e tylko t©dy przeje¾d¾ali? - zasugerowaˆa Shmi, kiedy przestali nasˆuchiwa† odgˆos¢w z farmy. - Mo¾e wr¢cili do siebie, na pustyni©? - Rano polecimy do Dorr¢w - powiedziaˆ Cliegg, odwracaj¥c si© w stron© Owena. - Skrzykniemy wszystkich farmer¢w, a mo¾e nawet wy˜lemy kogo˜ do MOS Eisley. Tak na wszelki wypadek - dodaˆ, spogl¥daj¥c na ¾on©. - Rano - zgodziˆ si© Owen. Nast©pnego dnia o ˜wicie Owen i Cliegg wyruszyli z domu, nie jedz¥c nawet ˜niadania. Shmi wyszˆa jeszcze wcze˜niej, by jak zwykle pozbiera† grzyby rosn¥ce wok¢ˆ skraplaczy. Zamierzali min¥† si© z ni¥ w drodze do farmy Dorr¢w, lecz znale«li tylko jej ˜lady otoczone odciskami wielu st¢p owini©tych w szmaty. Tuskenowie! Cliegg Lars, najtwardszy czˆowiek w okolicy, padˆ na kolana i zapˆakaˆ. - Odbijemy j¥, tato - odezwaˆ si© Owen silnym i zdecydowanym gˆosem. Cliegg uni¢sˆ gˆow© i spojrzaˆ na syna, kt¢ry w tej chwili nie byˆ ju¾ chˆopakiem lecz m©¾czyzn¥, ponurym i peˆnym determinacji. - Ona ¾yje, a my nie mo¾emy tak jej zostawi† - dodaˆ Owen z dziwnym, niemal nadnaturalnym spokojem. Cliegg otarˆ ˆzy, spogl¥daˆ przez chwil© na syna, a potem z powag¥ skin¥ˆ gˆow¥. - Przeka¾ wiadomo˜† s¥siednim farmom. ROZDZIA� 3 - Tam s¥! - krzykn¥ˆ Sholh Dorr, wskazuj¥c daleki punkt i ani na moment nie zwalniaj¥c biegu rozp©dzonego ˜migacza. Pozostaˆych dwudziestu dziewi©ciu farmer¢w natychmiast dostrzegˆo cel: chmur© pyˆu wzniecon¥ przez kolumn© banth. Z piersi rozjuszonych osadnik¢w wyrwaˆ si© bojowy okrzyk. Chcieli si© zem˜ci† za zuchwaˆy atak i wierzyli, ¾e uda im si© uwolni† Shmi Skywalker z rak Je«d«c¢w Tusken. O ile jeszcze ¾yˆa. Przy akompaniamencie ryku silnik¢w i bitewnych zawoˆaä szybko zbli¾ali si© do grupy jucznych zwierz¥t, z niecierpliwo˜ci¥ oczekuj¥c bitwy. Cliegg poruszaˆ miarowo gˆow¥, pomrukuj¥c cicho, jakby chciaˆ zach©ci† maszyn© do jeszcze wi©kszego wysiˆku. Z lec¥cym tu¾ za nim Owenem zbli¾aˆ si© do kolumny z lewej strony tak, by trafi† w jej ˜rodek. Stary Lars najwyra«niej miaˆ ochot© znale«† si© w centrum wydarzeä i jak najszybciej zacisn¥† silne dˆonie na gardle pierwszego Tuskena. Banthy byˆy ju¾ doskonale widoczne, podobnie jak ich okutani w szmaty je«d«cy. Gdzie˜ z boku rozlegˆ si© kolejny bojowy okrzyk. I szybko zmieniˆ si© w ryk trwogi. Farmerzy tworz¥cy szpic© miniaturowej armii ochotnik¢w stracili gˆowy. Dosˆownie bowiem w poprzek pustynnej r¢wniny, dokˆadnie na wysoko˜ci szyi pilota ˜migacza, rozci¥gni©to bardzo cienki i mocny drut. Cliegg tak¾e krzykn¥ˆ z przera¾enia na widok ˜mierci kilku wiernych przyjaci¢ˆ i panicznych skok¢w na ziemi© z rozp©dzonych maszyn w wykonaniu tych, kt¢rzy pozostali w tyle. Lars podskoczyˆ i ustawiˆ nog© na siodeˆku pojazdu, a potem odbiˆ si© po raz drugi i wzbiˆ wysoko w powietrze. Poczuˆ ukˆucie b¢lu i uˆamek sekundy p¢«niej ju¾ wirowaˆ bezwˆadnie w powietrzu. Z niewielkim po˜lizgiem wyl¥dowaˆ twardo na kamienistej ziemi. Odgˆosy za¾artej bitwy, kt¢ra rozgorzaˆa wok¢ˆ niego, byˆy stˆumione, a obrazy mgliste. Widziaˆ buty walcz¥cych farmer¢w i sˆyszaˆ woˆanie Owena, ale miaˆ wra¾enie, ¾e wszystko to dzieje si© gdzie˜ daleko. Ujrzaˆ zawini©t¥ w szmaty i sk¢ry stop© Tuskena, i jego wystrz©pion¥ szat© koloru piasku. Z w˜ciekˆo˜ci¥, kt¢ra na moment wyrwaˆa go z oszoˆomienia, zˆapaˆ za nogi biegn¥cego wroga. Zadarˆ gˆow© i uni¢sˆ rami©, by zablokowa† cios ostro zakoäczonej paˆki Tuskena. Furia pomogˆa mu zapanowa† nad b¢lem. Jeszcze mocniej opl¢tˆ r©ce wok¢ˆ ud stworzenia i z caˆ¥ moc¥ poci¥gn¥ˆ je ku ziemi. Wpeˆzn¥wszy na wij¥ce si© ciaˆo, zacisn¥ˆ dˆonie na gardle dzikusa. Zewsz¥d dobiegaˆy okrzyki b¢lu - farmer¢w i Ludzi Piasku - ale Cliegg prawie ich nie sˆyszaˆ. Coraz mocniej ˜ciskaˆ krtaä barbarzyäcy, a potem uni¢sˆ jego gˆow© i z ogromn¥ siˆ¥ uderzyˆ ni¥ o ziemi©, a potem jeszcze raz i znowu. Szarpaˆ ciaˆem jeszcze dˆugo po tym, jak dzikus przestaˆ stawia† op¢r. - Tato! Krzyk syna wyrwaˆ go bojowego szaˆu. Porzuciˆ zwˆoki Tuskena i rozejrzaˆ si©. Owen goˆymi r©kami walczyˆ z rosˆym Je«d«cem. Cliegg odwr¢ciˆ si© i zacz¥ˆ wstawa†. Upadˆ jednak, w niewytˆumaczalny spos¢b trac¥c r¢wnowag©. Zaskoczony, spojrzaˆ w d¢ˆ, spodziewaj¥c si©, ¾e to kt¢ry˜ z nieprzyjaci¢ˆ pr¢buje go osaczy†. I wtedy dopiero przekonaˆ si©, ¾e zawiodˆo go wˆasne ciaˆo; gdy skakaˆ ze ˜migacza, straciˆ nog©. Krew rozlewaˆa si© szeroko po suchym gruncie, tryskaj¥c coraz wolniej z makabrycznego kikuta. Cliegg przez moment spogl¥daˆ na to wszystko szeroko otwartymi oczami, po czym instynktownie zacisn¥ˆ dˆonie na tym, co pozostaˆo z jego koäczyny. A potem krzyczaˆ, rozpaczliwie wzywaj¥c Owena i Shmi. Min¥ˆ go rozp©dzony ˜migacz, ale farmer uciekaj¥cy z miejsca masakry nawet nie zwolniˆ. Cliegg chciaˆ krzykn¥† jeszcze raz, ale ze ˜ci˜ni©tego gardˆa nie wydostaˆ si© ¾aden d«wi©k. M©¾czyzna zdaˆ sobie spraw©, ¾e przegraˆ i ¾e wszystko jest stracone. I wtedy tu¾ obok niego wyhamowaˆ ostro inny ˜migacz. Cliegg chwyciˆ si© go odruchowo, a maszyna - nim jeszcze zdoˆaˆ podci¥gn¥† si© wy¾ej - uszyˆa gwaˆtownie, ci¥gn¥c go za sob¥. - Trzymaj si©, tato! - krzykn¥ˆ Owen, przyspieszaj¥c. Trzymaˆ si©. Z tym samym uporem, kt¢ry kazaˆ mu trwa† mimo trud¢w ¾ycia na farmie wilgoci, z ponur¥ determinacj¥ kolonizatora niego˜cinnych ziem Tatooine, Cliegg Lars trzymaˆ si© p©dz¥cej maszyny. Trzymaˆ si©, by uciec przed goni¥cymi go Tuskenami. A tak¾e po to, aby podtrzyma† cho†by cieä nadziei na ocalenie Shmi. Po dˆugiej chwili Owen zatrzymaˆ pojazd za piaszczystym pag¢rkiem i zeskoczyˆ na ziemi©, by zaj¥† si© ran¥ ojca. Obwi¥zaˆ kikut najlepiej jak potrafiˆ i przerzuciˆ trac¥cego przytomno˜† Cliegga przez tyln¥ ram© ˜migacza, po czym skoczyˆ na siodeˆko i pomkn¥ˆ w dal, najszybciej jak pozwalaˆa na to konstrukcja maszyny. Wiedziaˆ, ¾e musi jak najpr©dzej dowie«† ojca do domu. Rana wymagaˆa sterylizacji i fachowego opatrunku. Teraz dopiero mˆody Lars u˜wiadomiˆ sobie, ¾e odlatuj¥c z miejsca bitwy, widziaˆ przed sob¥ tylko dwie umykaj¥ce maszyny, natomiast za sob¥ ani przez chwil© nie sˆyszaˆ charakterystycznego buczenia silnik¢w. Nie poddaˆ si© rozpaczy. Odsun¥ˆ od siebie my˜li o straconych przyjacioˆach, o niedoli ojca i porwanej Shmi. Z t¥ sam¥ determinacj¥, kt¢ra trzymaˆa przy ¾yciu Cliegga, gnaˆ na zˆamanie karku w stron© domu. - To nie jest dobra wiadomo˜† - stwierdziˆ kapitan Panaka, podsumowuj¥c raport, kt¢ry poˆo¾yˆ wˆa˜nie przed senator Padm‚ Amidala. - Od pocz¥tku spodziewali˜my si©, ¾e hrabia Dooku i jego separaty˜ci b©d¥ si© zaleca† do Federacji Handlowej i gildii - odparˆa Padm‚, staraj¥c si© nadrabia† min¥. Panaka odwiedziˆ j¥ w towarzystwie kapitana Typho, swojego bratanka, wˆa˜nie po to, by donie˜† o sojuszu Neimoidian i ich Federacji Handlowej z ruchem separatystycznym, kt¢rego ostatnie posuni©cia zagra¾aˆy jedno˜ci Republiki. - Wicekr¢l Gunray jest oportunist¥ - ci¥gn©ˆa. - Zrobi wszystko, na czym mog¥ zyska† jego finanse. Jest lojalny wyˆ¥cznie wobec wˆasnych pieni©dzy. A hrabia Dooku musiaˆ mu zaproponowa† atrakcyjny ukˆad handlowy - mo¾e pozwolenie na produkcj© d¢br bez ¾adnych ograniczeä dotycz¥cych warunk¢w pracy czy wymog¢w ochrony ˜rodowiska. Wicekr¢l Gunray zdoˆaˆ zmieni† ju¾ niejedn¥ planet© w martw¥ bryˆ© zawieszon¥ w kosmicznej pustce. Niewykluczone te¾, ¾e hrabia Dooku oferuje Federacji Handlowej absolutn¥ kontrol© nad kt¢rym˜ z lukratywnych rynk¢w, bez udziaˆu konkurencji. - Bardziej martwi mnie wpˆyw tych wydarzeä na pani¥, pani senator - zauwa¾yˆ Panaka. Padm‚ odpowiedziaˆa mu zdziwionym spojrzeniem. - Separaty˜ci dowiedli ju¾, ¾e nie stroni¥ od przemocy - wyja˜niˆ m©¾czyzna. - W caˆej Republice mno¾¥ si© pr¢by zab¢jstw na tle politycznym. - Ale czy tym razem hrabia Dooku i jego stronnicy nie uznaj¥ senator Amidali za swego stronnika? - wtr¥ciˆ kapitan Typho. Panaka i Padm‚ spojrzeli na milcz¥cego dot¥d oficera z niemym zdumieniem. - Nie jestem przyjacielem nikogo, kto usiˆuje zniszczy† Republik©, kapitanie - powiedziaˆa stanowczo Padm‚, tonem niepozostawiaj¥cym nawet nadziei na dyskusj©, cho† i tak nikt nie o˜mieliˆby si© z ni¥ spiera†. W ci¥gu tych kilku lat pracy senatorskiej Amidala niejednokrotnie dowiodˆa, ¾e nale¾y do najbardziej lojalnych i najzagorzalszych zwolennik¢w Republiki, a tak¾e, ¾e jest legislatorem z determinacj¥ reformuj¥cym system wˆadzy, lecz czyni¥cym to w ramach obowi¥zuj¥cej konstytucji. Wierzyˆa niezachwianie, ¾e prawdziwe pi©kno istniej¥cego ukˆadu rz¥d¢w kryje si© w jego d¥¾eniu do samodoskonalenia. - Zgoda, pani senator - przyznaˆ Typho, kˆaniaj¥c si© lekko. Byˆ nieco ni¾szy od wuja, ale pot©¾nie zbudowany. Mi©˜nie ramion pr©¾yˆy si© pod bˆ©kitnymi r©kawami munduru, a umi©˜niona klatka piersiowa pod poˆami br¥zowej sk¢rzanej tuniki. Lewe oko kapitana zakrywaˆa przepaska z czarnej sk¢ry - smutna pami¥tka z wojny rozp©tanej dziesi©† lat temu przez t© sam¥ Federacj© Handlow¥. Typho byˆ w¢wczas nastolatkiem, ale wyr¢¾niaˆ si© w walce, napeˆniaj¥c dum¥ serce Panaki. - Oczywi˜cie, nie zamierzaˆem pani obrazi†, ale w sporze na temat powoˆania siˆ zbrojnych Republiki opowiada si© pani twardo po stronie negocjacji, a nie u¾ywania siˆy. Czy¾ separaty˜ci nie popieraj¥ takiej wˆa˜nie postawy? Padm‚ zapanowaˆa ju¾ nad gniewem i po kr¢tkim zastanowieniu w duchu przyznaˆa kapitanowi racj©. - Z naszych informacji wynika, ¾e hrabia Dooku dogadaˆ si© z Nu‚‚‚te'em Gunrayem - powt¢rzyˆ dobitnie Panaka. - dlatego trzeba wzmocni† ochron© pani senator Amidali. - Prosz© nie m¢wi† o mnie tak, jakby mnie tu nie byˆo - odezwaˆa si© Padm‚, lecz oficer nawet nie mrugn¥ˆ, sˆysz¥c t© ˆagodn¥ nagan©. - Z punktu widzenia ochrony osobistej pani tu nie ma, pani senator - odparˆ beznami©tnie. - A przynajmniej nie ma pani gˆosu. M¢j bratanek odpowiada przede mn¥, a jego zadaä i obowi¥zk¢w nie wolno lekcewa¾y†. Prosz© go sˆucha† i uwa¾a† na siebie. To powiedziawszy, Panaka ukˆoniˆ si© i odmaszerowaˆ, za˜ Padm‚ postanowiˆa odpu˜ci† sobie ci©t¥ ripost©. M©¾czyzna miaˆ racj© i dobrze si© staˆo, ¾e jej o tym przypomniaˆ. Spojrzaˆa na kapitana Typho. - B©dziemy czujni, pani senator - zapewniˆ kapitan. - Obowi¥zki wzywaj¥ mnie na Coruscant - przypomniaˆa Padm‚. - Wiem i b©d© tam pani¥ chroniˆ - odparˆ Typho, nim dokˆadnie tak samo jak Panaka skˆoniˆ gˆow© i odszedˆ Padm‚ Amidala obserwowaˆa przez chwil© jego szerokie plecy, a potem westchn©ˆa gˆ©boko, wspominaj¥c sˆowa Soli. Zastanawiaˆa si©, czy kiedykolwiek znajdzie czas na to, by p¢j˜† za jej rad¥, tak kusz¥c¥ w tym nieˆatwym momencie. I nagle zdaˆa sobie spraw©, ¾e nie widziaˆa ani siostry, ani jej dzieci, ani swoich rodzic¢w od prawie dw¢ch tygodni; od owego popoˆudnia sp©dzonego w ogrodzie z Ryoo i Pooj¥. Czas zdawaˆ si© przemyka† chyˆkiem obok niej. Owen wzi¥ˆ gˆ©boki wdech, ale wytrzymaˆ oskar¾ycielskie spojrzenie ojca. - Tato, musimy by† realistami. Min©ˆy dwa tygodnie, odk¥d j¥ za-brali... - odparˆ pos©pnie, nie koäcz¥c zdania. Cliegg Lars, od lat maj¥cy do czynienia z Tuskenami, ˜wietnie wiedziaˆ, jaki los j¥ spotkaˆ. Jego szerokie ramiona zapadˆy si© nagˆe, a dziki wzrok zˆagodniaˆ i skierowaˆ si© ku ziemi. - Nie ma jej - szepn¥ˆ. - Naprawd© nie ma. Stoj¥ca za nim Beru Whitesun zacz©ˆa pˆaka†. Owen ze wszystkich siˆ staraˆ si© powstrzyma† ˆzy. Wiedziaˆ, ¾e teraz musi by† skaˆ¥, oparciem dla zaˆamanego Cliegga i zrozpaczonej Beru. - To nie jest wystarczaj¥co szybkie, by dogoni† Tusken¢w! - zawoˆaˆ Cliegg Lars, gdy syn i przyszˆa synowa pomagali mu usi¥˜† na fotelu repulsorowym przygotowanym przez Owena. - Tuskenowie ju¾ dawno odeszli, tato - odpowiedziaˆ cicho Owen Lars, uspokajaj¥cym gestem kˆad¥c dˆoä na masywnym barku Cliegga. - Skoro nie chcesz mechanicznej protezy, b©dzie ci musiaˆ wystarczy† ten fotel. - B¥d« pewny, ¾e nie pozwol© ci zrobi† ze mnie p¢ˆrobota - odparowaˆ Cliegg. - Nie potrzebuj© niczego poza tym gratem. Zbierzemy wi©cej ludzi - ci¥gn¥ˆ desperacko Cliegg, mimowolnie masuj¥c kikut prawej nogi uci©tej w poˆowie uda. - Pole† do MOS Eisley i zobacz, na jakie wsparcie mo¾emy liczy†. Wy˜lij Beru do innych gospodarstw. - Ju¾ nie mog¥ nam pom¢c - wyznaˆ uczciwie Owen. Zbli¾yˆ si© do fotela i pochyliˆ, spogl¥daj¥c w oczy ojca. Min¥ lata, zanim okoliczne farmy zalecz¥ rany po tej bitwie. Atak zniszczyˆ wiele rodzin, a wyprawa ratunkowa jeszcze wi©cej. - Jak mo¾esz tak m¢wi†, kiedy twoja matka jest w ich r©kach?! - rykn¥ˆ Cliegg Lars, cho† w gˆ©bi serca wiedziaˆ, ¾e syn ma racj©. ROZDZIA� 4 Cztery statki kosmiczne mijaˆy wielkie gmachy Coruscant, zawiˆym kursem klucz¥c pomi©dzy sztucznymi bursztynowymi stalagmitami gigantycznych konstrukcji rozrastaj¥cych si© z roku na rok skuteczniej ni¾ na jakiejkolwiek innej planecie galaktyki - tak skutecznie, ¾e ostatnie naturalne formacje terenu ju¾ dawno znikˆy pod nimi bez ˜ladu. —wiatˆo sˆoneczne odbijaˆo si© w taflach okien i l˜ni¥cych chromem kadˆubach statk¢w, z kt¢rych najwi©kszy przypominaˆ ksztaˆtem bumerang. W jednej trzeciej dˆugo˜ci jego ˆagodnie zakrzywionych skrzydeˆ znajdowaˆy si© pot©¾ne silniki. R¢wnolegˆym kursem mkn©ˆy my˜liwce gwiezdne z Naboo, o smukˆych jednostkach nap©dowych umocowanych na koäcach skrzydeˆ i kadˆubach z charakterystycznie wydˆu¾onymi ogonami. Na czele formacji leciaˆ my˜liwiec, zwinnie omijaj¥c strzeliste iglice budynk¢w i wytyczaj¥c tras© drugiej jednostce, statkowi kr¢lewskiemu z Naboo. Za luksusowym jachtem trzymaˆy si© za˜ pozostaˆe dwie maszyny, nieustannie strzeg¥ce jego bezpieczeästwa, zdolne przechwyci† ka¾dy potencjalnie gro«ny obiekt. Prowadz¥cy grup© my˜liwiec wyra«nie unikaˆ najbardziej zatˆoczonych szlak¢w komunikacyjnych planety - miasta, gdzie wr¢g m¢gˆ ukry† si© po˜r¢d tysi©cy zwyczajnych pojazd¢w. Wiele os¢b wiedziaˆo bowiem, ¾e senator Padm‚ Amidala z Naboo powraca do senatu, by zagˆosowa† przeciwko utworzeniu armii, kt¢ra miaˆa wspom¢c obarczonych zbyt licznymi zadaniami rycerzy Jedi w rozprawie z coraz bardziej agresywnym ruchem separatyst¢w. Istniaˆo wiele frakcji, kt¢rym zale¾aˆo na odmiennym wyniku gˆosowania. Amidala jeszcze jako wˆadczyni Naboo zyskaˆa wrog¢w dysponuj¥cych pot©¾nymi ˜rodkami i paˆaj¥cych do niej tak wielk¥ nienawi˜ci¥, ¾e nie mo¾na byˆo wykluczy†, i¾ b©d¥ usiˆowali j¥ zabi†. Pilotuj¥cy pierwszy my˜liwiec kapral Dolphe, jeden z bohater¢w wojny z Federacj¥ Handlow¥, odetchn¥ˆ z ulg¥ na widok pustej i cichej platformy bezpiecznego l¥dowiska. Dolphe, twardy ¾oˆnierz darz¥cy mˆod¥ senator wielkim szacunkiem, min¥ˆ konstrukcj© z lewej strony i wykonaˆ nawr¢t przez prawe skrzydˆo, okr¥¾aj¥c poˆ¥czony z platform¥ gmach apartament¢w senackich. Zatrzymaˆ my˜liwiec w powietrzu, podczas gdy dwa pozostaˆe przysiadˆy na jednym kraäcu l¥dowiska, a chwil© potem wielki jacht mi©kko spocz¥ˆ na drugim. Dolphe jeszcze raz okr¥¾yˆ gmach, po czym - nie widz¥c w pobli¾u ¾adnego obcego statku - zawiesiˆ maszyn© po przeciwnej stronie kr¢lewskiej jednostki. Nie wyl¥dowaˆ jednak; chciaˆ by† got¢w do natychmiastowego zwrotu i ruszenia do walki, gdyby tylko na horyzoncie pojawiˆ si© wr¢g. Tymczasem na drugim kraäcu platformy piloci my˜liwc¢w odsun©li owiewki i sprawnie wyskoczyli z kabin. Jeden z nich, kapitan Typho - niedawno mianowany przez swego wuja szefem ochrony senator Amidali - zdj¥ˆ heˆm i potrz¥sn¥ˆ gˆow¥, jedn¥ r©k¥ przeczesuj¥c kr¢tkie k©dzierzawe wˆosy, a drug¥ poprawiaj¥c czarn¥ przepask© na lewym oku. - Udaˆo si© - rzekˆ Typho do pilota, kt¢ry wˆa˜nie zeskoczyˆ ze skrzydˆa maszyny i stan¥ˆ obok niego. - Chyba nie miaˆem racji. Przelot okazaˆ si© bezpieczny. - Zawsze istnieje niebezpieczeästwo, kapitanie - odpowiedziaˆ kobiecy gˆos. - Czasem tylko mamy szcz©˜cie i udaje nam si© go unikn¥†. Oficer chciaˆ co˜ doda†, ale zamkn¥ˆ usta, spogl¥daj¥c w stron© metalicznie poˆyskuj¥cego statku, z kt¢rego wˆa˜nie opuszczaˆa si© rampa. Plan przewidywaˆ jak najszybsze przeprowadzenie podr¢¾nych z odkrytej platformy l¥dowiska do nieco bezpieczniejszego transportera. W g¢rnej cz©˜ci rampy pojawili si© dwaj stra¾nicy z Naboo, z karabinami blasterowymi. Typho z powag¥ skin¥ˆ gˆow¥, zadowolony, ¾e jego ludzie niczego nie pozostawiaj¥ przypadkowi, ¾e rozumiej¥ powag© sytuacji i odpowiedzialno˜† za losy pani senator. Zaraz potem z wn©trza statku wyˆoniˆa si© Amidala. Kr¥¾yˆa z godno˜ci¥ ubrana w czerwono-biaˆ¥ szat© senatorsk¥, z zaplecionymi kunsztownie wˆosami przykrytymi czarnym nakryciem gˆowy. Amidala zachwycaˆa Typho niezale¾nie od tego, czy ubrana byˆa w prost¥ domow¥ sukni©, czy w ceremonialne szaty. Z podziwem patrzyˆ na ˆagodne rysy jej twarzy i du¾e br¥zowe oczy, w kt¢rych odbijaˆa si© inteligencja i dobro†, niewinno˜† i odrobina kokieterii, konsekwencja i odwaga. Kapitan odszukaˆ wzrokiem Dolphe'a. Z satysfakcj¥ skin¥ˆ gˆow¥, doceniaj¥c dobr¥ robot© podwˆadnego, kt¢ry szedˆ wˆa˜nie w jego stron©. I wtedy kapitan poczuˆ nagle, ¾e le¾y twarz¥ na twardej nawierzchni l¥dowiska, rzucony podmuchem potwornej eksplozji, o˜lepiony na moment jaskrawym bˆyskiem. Kiedy z wysiˆkiem uni¢sˆ gˆow©, zobaczyˆ rozci¥gni©tego na ziemi kaprala Dolphe'a. W tej strasznej chwili wydawaˆo mu si©, ¾e wydarzenia rozgrywaj¥ si© w zwolnionym tempie. Krzykn¥ˆ "Nieeee!", po czym podni¢sˆ si© na kolana i spojrzaˆ w stron© statku. Kawaˆki pˆon¥cego metalu wystrzeliˆy w niebo nad Coruscant niczym fajerwerki. To, co pozostaˆo z jachtu, paliˆo si© jaskrawym pˆomieniem, a koˆo miejsca, w kt¢rym znajdowaˆa si© rampa, le¾aˆo na pˆycie l¥dowiska siedem nieruchomych postaci - jedna odziana w czarno- biaˆ¥ szat©, kt¢r¥ Typho tak dobrze znaˆ. Oszoˆomiony eksplozj¥ kapitan zachwiaˆ si©, pr¢buj¥c wsta†. Byˆ weteranem, widziaˆ niejedn¥ bitw© i niejedn¥ nagˆ¥ ˜mier†. To dlatego, patrz¥c na rozrzucone na l¥dowisku ciaˆa, na pi©kne szaty Amidali i spos¢b, w jaki ukˆadaˆy si© na nieruchomym ciele, wiedziaˆ. Jej rany byˆy ˜miertelne. Nawet je˜li jeszcze ¾yˆa, koniec byˆ bliski. - Zmieniˆe˜ wsp¢ˆrz©dne! - zawoˆaˆ Obi-Wan Kenobi do padawana. Jego jasne wˆosy si©gaˆy teraz do ramion, a wci¥¾ jeszcze mˆod¥ twarz okalaˆa zaniedbana broda. Jasnobe¾owy str¢j podr¢¾ny Jedi, lu«ny i wygodny, le¾aˆ na nim doskonale. Obi-Wan byˆ ju¾ dojrzaˆym rycerzem, nie zostaˆo w nim wiele z mˆodzieäczej impulsywno˜ci, kt¢ra cechowaˆa go, gdy byˆ padawanem szkol¥cym si© pod okiem Qui-Gon Jinna. Towarzysz¥cy mu mˆodzieniec byˆ jego przeciwieästwem. Anakina Skywalkera rozpieraˆa energia. Szczupˆy i wysoki, ubrany byˆ podobnie jak Obi-Wan, lecz str¢j wygl¥daˆ na troszk© za ciasny; jak gdyby ukryte pod nim mi©˜nie bez przerwy byˆy napi©te, gotowe do dziaˆania. Miaˆ kr¢tko przyci©te jasne wˆosy, a z tyˆu cienki warkoczyk, symbol statusu padawana Jedi. W jego niebieskich oczach raz po raz pojawiaˆy si© bˆyski, jakby uchodziˆ nimi nadmiar ¾yciowej energii. - Chciaˆem tylko wydˆu¾y† troch© lot w nadprzestrzeni - wyja˜niˆ padawan - wyskoczymy bli¾ej planety. Obi-Wan westchn¥ˆ z rezygnacj¥, usiadˆ za konsolet¥, spogl¥daj¥c na wprowadzone przez ucznia koordynaty. Teraz nawet Jedi nie m¢gˆ ich zmieni†, poniewa¾ od chwili, gdy statek skoczyˆ w nadprzestrzeä, nawet najmniejsza poprawka wsp¢ˆrz©dnych nie byˆa mo¾liwa. - Nie mo¾emy wej˜† do realnej przestrzeni za blisko Coruscant. Tamtejsze szlaki s¥ zbyt zatˆoczone, ¾eby ryzykowa† taki manewr. Przecie¾ ju¾ ci to tˆumaczyˆem. - Ale... - Anakinie - przerwaˆ mu ostro, jakby karciˆ niesfornego kota pe-rootu, i zacisn¥wszy z©by, spojrzaˆ surowo na padawana. - Tak, mistrzu - odrzekˆ Anakin, potulnie spuszczaj¥c wzrok. Obi-Wan przygl¥daˆ mu si© przez moment. - Wiem, ¾e si© niecierpliwisz - powiedziaˆ wyrozumiale. - Stanowczo zbyt wiele czasu sp©dzili˜my z dala od domu. Anakin nie podni¢sˆ gˆowy, lecz Obi-Wan dostrzegˆ, ¾e k¥ciki jego ust unosz¥ si© w lekkim u˜miechu. - Nie r¢b tego wi©cej - dodaˆ Jedi, po czym odwr¢ciˆ si© i opu˜ciˆ mostek wahadˆowca. Anakin opadˆ na fotel pilota i podparˆ dˆoni¥ podbr¢dek, przygl¥daj¥c si© uwa¾nie instrumentom pokˆadowym. Polecenie mistrza byˆo zupeˆnie jasne i precyzyjne, postanowiˆ wi©c, ¾e b©dzie posˆuszny. Mimo to, bior¥c pod uwag© cel podr¢¾y i to, kogo mieli tam spotka†, uznaˆ, ¾e warto byˆo wysˆucha† reprymendy - nawet, je˜li zmiana wsp¢ˆrz©dnych skr¢ciˆa drog© do Coruscant tylko o kilka godzin. Istotnie, zale¾aˆo mu na po˜piechu, cho† nie z tej przyczyny, o kt¢rej wspomniaˆ Obi-Wan. To nie —wi¥tynia Jedi byˆa magnesem przyci¥gaj¥cym mˆodego padawana, ale plotka, kt¢r¥ wyˆowiˆ z chaosu mi©dzygwiezdnej komunikacji: podobno pani senator, znana kiedy˜ jako kr¢lowa Naboo, miaˆa wkr¢tce wyst¥pi† w senacie. Padm‚ Amidala. Te imiona wci¥¾ rozbrzmiewaˆy w sercu Anakina Skywalkera. Nie widziaˆ jej od dziesi©ciu lat, od czas¢w, kiedy wraz z Obi-Wanem i Qui-Gonem pomagaˆ jej przeciwstawi† si© inwazji Federacji Handlowej na Naboo. Miaˆ wtedy tylko dziesi©† lat, lecz od chwili, gdy po raz pierwszy ujrzaˆ Padm‚, byˆ pewien, ¾e kiedy˜ wˆa˜nie j¥ po˜lubi. Niewa¾ne, ¾e byˆa o kilka lat starsza. Niewa¾ne, ¾e kiedy si© poznali, byˆ maˆym chˆopcem. Niewa¾ne, ¾e Jedi nie mieli prawa zakˆada† rodzin. Anakin po prostu wiedziaˆ. Obraz pi©knej Padm‚ Amidali pozostaˆ w nim na zawsze, towarzyszyˆ mu w ka¾dym sennym marzeniu od chwili, gdy przed dziesi©cioma laty wraz z Obi-Wanem opu˜ciˆ Naboo. Wci¥¾ czuˆ zapach jej wˆos¢w, pami©taˆ spojrzenie jej cudownych, orzechowych oczu i sˆyszaˆ jej melodyjny gˆos. Nie zastanawiaj¥c si© nad tym, co robi, poˆo¾yˆ dˆonie na klawiaturze komputera nawigacyjnego. Czy nie daˆoby si© znale«† mniej ucz©szczanej trasy na Coruscant, by unikn¥† tˆoku i szybciej wr¢ci† do domu? Syreny pojazd¢w i system¢w alarmowych wyˆy nieprzerwanie, zagˆuszaj¥c krzyki zaszokowanych gapi¢w i j©ki rannych. Pierwsza w stron© rannych i zabitych pobiegˆa kobieta pilot, z przeciwnej strony p©dziˆ ju¾ oszoˆomiony Dolphe. Kobieta przykl©kˆa obok postaci w biaˆo-czamej szacie. Kiedy zdj©ˆa heˆm, br¥zowe loki rozsypaˆy si© na jej ramiona. - Pani senator! - krzykn¥ˆ Typho, bo tak naprawd© to Padm‚ Amidala kl©czaˆa przy bezwˆadnym ciele jej dublerki. - Chod«my, niebezpieczeästwo jeszcze nie min©ˆo! Lecz Padm‚ zbyˆa jego nawoˆywania gniewnym machni©ciem r©ki, pochylaj¥c si© nad rann¥ przyjaci¢ˆk¥. - Cord‚ - szepn©ˆa ˆami¥cym si© gˆosem. Cord‚ byˆa jedn¥ z jej ulubionych dworek; sˆu¾yˆa jej i Naboo od wielu lat. Padm‚ delikatnie obj©ˆa kobiet© i uniosˆa j¥ lekko. Cord‚ otworzyˆa oczy, tak podobne do oczu byˆej kr¢lowej. - Wybacz, pani... - j©kn©ˆa cicho, z trudem ˆapi¥c oddech. - Nie jestem... pewna... czy... - urwaˆa i spojrzaˆa z b¢lem na Padm‚. - Zawiodˆam ci©. - Nie! - zaprzeczyˆa gwaˆtownie Padm‚. Nie, to nie tak! Cord‚ wpatrywaˆa si© w ni¥ niewidz¥cymi oczami. Mo¾e ju¾ mnie nie widzi? - pomy˜laˆa Padm‚. Mo¾e patrzy ju¾ na dalekie miejsce, kt¢rego nie znamy, a kt¢re jest jej przeznaczeniem? Nagle ciaˆo umieraj¥cej kobiety rozlu«niˆo si©, jakby uleciaˆa z niego dusza. - Cord‚ - krzykn©ˆa Amidala, tul¥c zwˆoki przyjaci¢ˆki i koˆysz¥c si© miarowo. - Pani, nie jeste˜ jeszcze bezpieczna! - powt¢rzyˆ Typho, pr¢buj¥c m¢wi† gˆosem peˆnym wsp¢ˆczucia, i jednocze˜nie da† do zrozumienia, ¾e czas nagli. Padnie uniosˆa gˆow© i odetchn©ˆa gˆ©boko. Spogl¥daj¥c na twarz wiernej Cord‚, przypominaˆa sobie sp©dzone wsp¢lnie chwile. - Nie powinnam byˆa tu wraca† - powiedziaˆa, staj¥c obok rozgl¥daj¥cego si© czujnie kapitana. Po jej policzkach spˆywaˆy ˆzy. Kapitan popatrzyˆ w jej smutne oczy. - To gˆosowanie jest niezwykle wa¾ne - przypomniaˆ stanowczo. Byˆ czˆowiekiem, kt¢ry ponad wszystko stawia obowi¥zek. Pod tym wzgl©dem nie r¢¾niˆ si© od swojego wuja. - Speˆniˆa pani sw¢j obowi¥zek, pani senator, a Cord‚ sw¢j. Teraz chod«my. Chwyciˆ rami© Padm‚, by poci¥gn¥† j¥ za sob¥, lecz ona wy˜lizn©ˆa si© z u˜cisku i stan©ˆa nieruchomo, wpatruj¥c si© w ciaˆo nie¾yj¥cej przyjaci¢ˆki. - Pani senator Amidalo! Prosz©! Padm‚ spojrzaˆa na niego przez rami©. - Chce pani umniejszy† znaczenie ˜mierci Cord‚, stoj¥c tu i nara¾aj¥c si© na niebezpieczeästwo? - spytaˆ bez ogr¢dek Typho. - Czym b©dzie jej ofiara, je¾eli... - Do˜†, kapitanie - przerwaˆa kobieta. Typho gestem nakazaˆ Dolphemu, by osˆaniaˆ tyˆy, a sam wzi¥ˆ za r©k© wstrz¥˜ni©t¥ Padm‚. Robot astromechaniczny R2-D2, stoj¥cy przy my˜liwcu, zapiszczaˆ nerwowo i ruszyˆ za nimi. ROZDZIA� 5 Gmach senatu nie nale¾aˆ do najwy¾szych budynk¢w w mie˜cie. Kopulasty i do˜† niski, nie si©gaˆ chmur i nie ton¥ˆ w bursztynowym blasku popoˆudniowego sˆoäca jak inne, bardziej strzeliste konstrukcje. A jednak otaczaj¥ce go drapacze chmur, w tym tak¾e kompleks mieszcz¥cy senatorskie apartamenty, nie umniejszaˆy jego dostojeästwa. Bˆ©kitnawa kopuˆa senatu byˆa miˆ¥ niespodziank¥ i wytchnieniem dla oczu - dzieˆem sztuki w˜r¢d budowli prostych i u¾ytecznych. Wn©trze gmachu byˆo r¢wnie imponuj¥ce, jak jego bryˆa. Gigantyczn¥ rotund© wypeˆniaˆy niekoäcz¥ce si© rz©dy lataj¥cych l¢¾ senator¢w Republiki, reprezentuj¥cych wi©kszo˜† zamieszkanych ˜wiat¢w galaktyki. Wiele ruchomych platform ˜wieciˆo pustkami, poniewa¾ w ci¥gu ostatnich kilku lat kilka tysi©cy system¢w zadeklarowaˆo secesj© i przyˆ¥czyˆo si© do separatystycznego ruchu hrabiego Dooku. Zdaniem ich wˆadz Republika rozrosˆa si© do takich rozmiar¢w, ¾e zatraciˆa zdolno˜† do efektywnego dziaˆania - byˆ to zarzut, kt¢remu nawet najwierniejsi stronnicy dotychczasowego systemu rz¥d¢w nie mogli odm¢wi† racji. A jednak tego dnia, kiedy miaˆy si© rozstrzygn¥† losy najwa¾niejszej ustawy, sala rozbrzmiewaˆa tysi¥cami podnieconych gˆos¢w wyra¾aj¥cych najr¢¾niejsze emocje delegat¢w od gniewu, przez ¾al, po determinacj©. Po˜rodku audytorium, na jedynej nieruchomej platformie w caˆym budynku, staˆ Wielki Kanclerz Palpatin'e i przysˆuchiwaˆ si© zgieˆkowi z wyrazem gˆ©bokiej troski na twarzy. Byˆ m©¾czyzn¥ w ˜rednim wieku, o siwiej¥cych wˆosach i twarzy pokrytej g©st¥ sieci¥ zmarszczek. Jego kadencja dobiegˆa koäca kilka lat wcze˜niej, lecz seria powa¾nych kryzys¢w wstrz¥saj¥cych Republik¥ sprawiˆa, ¾e utrzymaˆ si© na stanowisku wbrew przepisom obowi¥zuj¥cego prawa. Z daleka sylwetka przyw¢dcy sprawiaˆa wra¾enie wiotkiej, z bliska jednak nikt nie m¢gˆ w¥tpi†, ¾e ma przed sob¥ czˆowieka o silnej osobowo˜ci. - Boj¥ si©, Wielki Kanclerzu - zauwa¾yˆ Uv Gizen, asystent Palpatine'a - Wielu sˆyszaˆo o demonstracjach i przemocy w pobli¾u gmachu senatu. Separaty˜ci... Palpatin'e uni¢sˆ dˆoä, by uciszy† nerwowego wsp¢ˆpracownika. - S¥ trudnym partnerem do rozm¢w - dokoäczyˆ. - Wygl¥da na to, ¾e hrabia Dooku obudziˆ w nich mordercze instynkty. Albo te¾ - dodaˆ po chwili zastanowienia - ich frustracja ro˜nie mimo wysiˆk¢w tego szacownego byˆego Jedi. Tak czy inaczej, nie mo¾emy ich lekcewa¾y†. Uv Gizen chciaˆ jeszcze co˜ powiedzie†, lecz Palpatin'e przyˆo¾yˆ palec do zaci˜ni©tych ust, by go uciszy†, po czym skin¥ˆ gˆow¥ w stron© gˆ¢wnej m¢wnicy, z kt¢rej jego majordomus, Mas Amedda, pr¢bowaˆ dyscyplinowa† senator¢w. - Cisza! Prosz© o cisz©! - woˆaˆ Mas Amedda. Podniecenie nadaˆo jego niebieskawej sk¢rze bardziej jaskrawy odcieä. Grube macki, kt¢re wyrastaˆy z tylnej cz©˜ci gˆowy i zawini©te pod koˆnierzem otaczaˆy okr¥gˆ¥ twarz niczym kaptur, drgn©ˆy niespokojnie. Br¥zowe rogi na ich koäcach zadyndaˆy bezwˆadnie na wysoko˜ci piersi Ameddy. Kiedy wodziˆ wzrokiem po sali, drugi, wi©kszy komplet rog¢w stercz¥cych na prawie p¢ˆ metra nad jego gˆow¥, obracaˆ si© niczym anteny zbieraj¥ce informacje o tˆumie. Mas Amedda byˆ wa¾n¥ postaci¥ w senacie, lecz nie byˆ w stanie uciszy† rozgor¥czkowanych senator¢w. - Szanowni senatorowie, prosz©! - krzykn¥ˆ jeszcze raz. - Mamy do om¢wienia wiele spraw, ale przede wszystkim musimy rozstrzygn¥† kwesti© powoˆania siˆ zbrojnych dla ochrony Republiki! Dlatego dzi˜ b©dziemy si© zajmowali tylko t¥ jedn¥ spraw¥! Inne musz¥ poczeka†. Z kilku l¢¾ rozlegˆy si© okrzyki oburzenia, a rozmowy prowadzone w paru innych staˆy si© gwaˆtowniejsze. Lecz kiedy na podwy¾szenie wst¥piˆ Wielki Kanclerz Palpatin'e i spojrzaˆ gro«nie na zgromadzonych, w olbrzymiej sali zapadˆa cisza. Palpatin'e oparˆ dˆonie o kraw©d« m¢wnicy, pochyliˆ si© i spu˜ciˆ gˆow©. Ta nietypowa dla niego postawa jeszcze bardziej podniosˆa temperatur© na sali. Zrobiˆo si© jeszcze ciszej, o ile w og¢le byˆo to mo¾liwe. - Szanowni zebrani - rozpocz¥ˆ wolno i z namysˆem Palpatin'e. Jego gˆos dr¾aˆ, jakby za chwil© miaˆ umilkn¥† na wieki. Delegaci zacz©li szepta† mi©dzy sob¥, niecz©sto bowiem zdarzaˆo im si© widywa† Wielkiego Kanclerza Palpatine'a w takim stanie. - Wybaczcie - poprosiˆ cicho Palpatin'e i umilkˆ, lecz po chwili wyprostowaˆ si©, odetchn¥ˆ gˆ©boko i przem¢wiˆ mocniejszym gˆosem: - senatorowie! Wˆa˜nie otrzymaˆem tragiczn¥ i zatrwa¾aj¥c¥ wiadomo˜†. Pani senator Amidala z systemu Naboo... zostaˆa zamordowana! Jest to cios dla nas wszystkich, ale dla mnie ta tragedia ma wymiar osobisty. Zanim zostaˆem Kanclerzem, sˆu¾yˆem Amidali - w¢wczas jeszcze kr¢lowej Naboo - jako senator. Byˆa wspaniaˆ¥ przyw¢dczyni¥; walczyˆa o sprawiedliwo˜† nie tylko na forum tego szacownego zgromadzenia, ale tak¾e na ojczystej planecie. Lud kochaˆ j¥ tak bardzo, ¾e dano jej mo¾liwo˜† pozostania kr¢low¥ do koäca ¾ycia! - Palpatin'e westchn¥ˆ ci©¾ko i u˜miechn¥ˆ si© gorzko. Ale senator Amidala pragn©ˆa po˜wi©ci† si© sˆu¾bie publicznej, caˆym sercem bowiem wierzyˆa w demokracj©. Jej ˜mier† jest dla nas wielk¥ strat¥. B©dziemy opˆakiwa† senator Amidal© jako niestrudzonego obroäc© wolno˜ci. - wielki Kanclerz pochyliˆ gˆow©, przymkn¥ˆ oczy i jeszcze raz westchn¥ˆ. - A tak¾e jako wspaniaˆego przyjaciela. Zebrani zastygli w peˆnym szacunku milczeniu. Wielu senator¢w w zadumie kiwaˆo gˆowami, w peˆni zgadzaj¥c si© ze sˆowami Palpatine'a. Lecz w tak krytycznym momencie w historii Republiki, w tak wa¾nym dniu, zˆe wie˜ci nie mogˆy przesˆoni† innych spraw. Kanclerz obserwowaˆ wi©c bez wi©kszego zdziwienia, jak Ask Aak, senator oportunist¥ z Malastare, manewruje lo¾¥, by dotrze† na ˜rodek audytorium. Gˆowa delegata obracaˆa si© z wolna, a ka¾de z trojga oczu stercz¥cych na mi©sistych, podobnych do palc¢w szypuˆkach, pracowaˆo niezale¾nie, podobnie jak poziome uszy. - Ilu jeszcze senator¢w musi zgin¥†, nim skoäczy si© ta fala przemocy? - zagrzmiaˆ Malastarianin - Musimy stawi† czoˆo tym rebeliantom ju¾ teraz, a do tego potrzebna nam armia! To ˜miaˆe wyst¥pienie wywoˆaˆo burz© okrzyk¢w aprobaty i niezadowolenia. Kilka platform ruszyˆo jednocze˜nie ku ˜rodkowi sali. Jedna z nich, na kt¢rej staˆa niebieskowˆosa istota o twarzy, wyhamowaˆa gwaˆtownie tu¾ obok lo¾y Ask Aaka. - Dlaczego Jedi nie potrafili zapobiec tej zbrodni? - krzykn¥ˆ Darsana, ambasador z Glee Anselm. - Jak wida†, nie jeste˜my ju¾ bezpieczni pod ochron¥ rycerzy Jedi! Obok lo¾y Darsany zatrzymaˆa si© kolejna. - Republika potrzebuje protektora! - zgodziˆ si© senator Twi'lek, Orn Free Taa. Jego tˆuste podgardle i dˆugie bˆ©kitne gˆowoogony lek-ku trz©sˆy si© jak galareta. - to natychmiast! Zanim dojdzie do wojny! - Czy musz© przypomina† senatorowi z Malastare, ¾e trwaj¥ negocjacje z separatystami? - wtr¥ciˆ Wielki Kanclerz Palpatin'e. - Naszym celem jest pok¢j, nie wojna. - I m¢wi pan to teraz, gdy paäska przyjaci¢ˆka zostaˆa zamordowana na zlecenie tych samych ludzi, z kt¢rymi tak bardzo pragnie pan negocjowa†? - spytaˆ Ask Aak z niedowierzaniem. Senatorowie kˆ¢cili si© coraz gˆo˜niej i atmosfera byˆa tak gor¥ca, ¾e wielu z nich zacz©ˆo wymachiwa† pi©˜ciami lub bardziej egzotycznymi koäczynami. Palpatin'e, wykazuj¥c nadzwyczajne opanowanie, bez sˆowa wpatrywaˆ si© w troje oczu Ask Aaka. - Czy¾ nie usˆyszeli˜my przed chwil¥, ¾e zaliczaˆ pan Amidal© do swoich przyjaci¢ˆ? - wrzasn¥ˆ Malastarianin. Palpatin'e nie odpowiedziaˆ. Spogl¥daˆ na oponenta z niezm¥conym spokojem. Wreszcie na m¢wnic© wszedˆ Mas Amedda, rozumiej¥c, ¾e jego zwierzchnik nie mo¾e uczestniczy† w tej kˆ¢tni, je¾eli jego gˆos ma by† w tej debacie gˆosem chˆodnego rozs¥dku. - Cisza! - zawoˆaˆ kilkakrotnie Mas Amedda. - Senatorowie, prosz©! Ale wymachiwanie pi©˜ciami i dzikie wrzaski nie ustaˆy. I wtedy w sali Senatu pojawiˆa si© niepostrze¾enie jeszcze jedna lo¾a, z czterema osobami na pokˆadzie. Byˆa w˜r¢d nich senator Padm‚ Amidala, kt¢ra z niesmakiem kr©ciˆa gˆow¥, ubolewaj¥c nad upadkiem parlamentarnych obyczaj¢w. - Oto dlaczego hrabia Dooku zdoˆaˆ przekona† do secesji tak wiele system¢w - zwr¢ciˆa si© do Dorme, towarzysz¥cej jej dworki. Staˆy blisko siebie, za plecami Jar Jar Binksa i kapitana Typha, kt¢ry pilotowaˆ platform©. - Nie brakuje takich, kt¢rzy wierz¥, ¾e Republika jest zbyt wielka - przytakn©ˆa Dorme. Platforma przyhamowaˆa nieco i zacz©ˆa wolno sun¥† ku centralnej cz©˜ci rotundy, jednak senatorowie z najbli¾szych rz©d¢w oraz ci, kt¢rzy zgromadzili si© wok¢ˆ lo¾y kanclerskiej, byli zbyt zaj©ci kˆ¢tni¥, by zauwa¾y† jej niespodziewane pojawienie si©. Tylko Palpatin'e, wci¥¾ stoj¥cy na m¢wnicy, dostrzegˆ Amidal©. Przez moment na jego twarzy malowaˆ si© wyraz bezbrze¾nego zdumienia, lecz Kanclerz szybko otrz¥sn¥ˆ si© z szoku i powitaˆ przybyˆ¥ szerokim u˜miechem. - Szanowni senatorowie - odezwaˆa si© gˆo˜no Amidala. Brzmienie znajomego gˆosu uciszyˆo wielu delegat¢w i przykuˆo ich uwag©. - zgadzam si© z Wielkim Kanclerzem. Za wszelk¥ cen© nale¾y unika† wojny! Gwar gˆos¢w zacz¥ˆ cichn¥†, a kiedy umilkˆ zupeˆnie, zerwaˆa si© burza oklask¢w i okrzyk¢w rado˜ci. - Z ogromnym zaskoczeniem i r¢wnie wielk¥ rado˜ci¥ witamy Padm‚ Amidal©, pani senator z Naboo - o˜wiadczyˆ Palpatin'e. Amidala odczekaˆa, a¾ brawa i wiwaty ucichˆy, po czym zacz©ˆa m¢wi† wolno i z naciskiem: - Niespeˆna godzin© temu dokonano zamachu na moje ¾ycie. Czˆonkini mojej ochrony osobistej i sze˜cioro innych ludzi zgin©ˆo okrutn¥ i bezsensown¥ ˜mierci¥. To ja byˆam celem ataku i jestem przekonana, ¾e kryje si© za nim co˜ znacznie powa¾niejszego: pr¢ba wpˆyni©cia na wynik gˆosowania w sprawie, kt¢r¥ mamy dzi˜ rozstrzygn¥†. Przewodziˆam tym, kt¢rzy sprzeciwiali si© stworzeniu armii, ale jest kto˜, kto nie cofnie si© przed niczym, byle tylko doprowadzi† do jej powoˆania. Kiedy zaskakuj¥ce sˆowa Padm‚ dotarˆy do rz©d¢w, z kt¢rych jeszcze przed chwil¥ pozdrawiano j¥ gˆo˜nym aplauzem, niekt¢rzy z senator¢w zacz©li kr©ci† gˆowami, inni za˜ okazywa† niezadowolenie nieprzychylnymi okrzykami. Czy¾by Amidala oskar¾aˆa o pr¢b© zab¢jstwa kt¢rego˜ z czˆonk¢w senatu? Padm‚ wiedziaˆa doskonale, ¾e jej sˆowa przez wielu delegat¢w musiaˆy zosta† odebrane jako zniewaga, cho† nie zamierzaˆa nikogo obra¾a†. Wszystko wskazywaˆo na to, ¾e na zgˆadzeniu niepokornego senatora najbardziej zyskaˆoby grono zwolennik¢w stworzenia republikaäskiej armii. Jednak niezrozumiaˆe, uporczywe, pod˜wiadome przeczucie kazaˆo Amidali szuka† winowajc¢w w˜r¢d tych, kt¢rym przynajmniej na poz¢r nie zale¾aˆo na jej uciszeniu. Przypomniaˆa sobie mi©dzy innymi meldunek Panaki o przymierzu zawartym przez Federacj© Handlow¥ z separatystami. Gˆ©boko odetchn©ˆa, szykuj¥c si© na agresywn¥ reakcj© sˆuchaczy, i spokojnie podj©ˆa przerwany w¥tek. - Ostrzegam was: je¾eli przeforsujecie plan powoˆania armii, dojdzie do konfliktu zbrojnego. Do˜wiadczyˆam potworno˜ci wojny na wˆasnej sk¢rze i nie chciaˆabym do˜wiadcza† ich ponownie. Okrzyki poparcia zacz©ˆy przewa¾a† nad wyciem niezadowolonych. - A ja twierdz©, ¾e to szaleästwo! - zawoˆaˆ Orn Free Taa. - Skˆadam wniosek o odroczenie gˆosowania! - Sugestia Twi'leka wywoˆaˆa jeszcze wi©ksz¥ wrzaw©. Amidala spojrzaˆa na niego, rozumiej¥c doskonale, dlaczego pragnie odˆo¾y† gˆosowanie na p¢«niej. Tego dnia o wyniku mogˆo przes¥dzi† samo pojawienie si© na sali cudem ocalonej pani senator z Naboo. - Ocknijcie si©, senatorowie! Musicie si© ockn¥†! - zawoˆaˆa, przekrzykuj¥c Twi'leka. - Je¾eli rozprawimy si© z separatystami przemoc¥, mo¾emy by† pewni, ¾e odpowiedz¥ nam tym samym! Wiele istot straci ¾ycie, a wszystkie utrac¥ wolno˜†. To posuni©cie mo¾e zniszczy† fundamenty naszej wielkiej Republiki! Bˆagam was, nie poddawajcie si© strachowi, kt¢ry popycha was ku tak katastrofalnej w skutkach decyzji. Odrzu†cie projekt, kt¢ry nie gwarantuje bezpieczeästwa, ale oznacza jedynie wypowiedzenie wojny! Czy ktokolwiek na tej sali pragnie rozlewu krwi? Nie wierz©, ¾e tak jest! Ask Aak, Orn Free Taa i Darsana, stoj¥cy na platformach unosz¥cych si© wok¢ˆ m¢wnicy, wymienili nerwowe spojrzenia. Okrzyki aprobaty i sprzeciwu niosˆy si© gromkim echem po caˆej sali. Fakt, i¾ Amidala, kt¢ra tego dnia cudem unikn©ˆa ˜mierci, opowiadaˆa si© przeciwko stworzeniu armii, a wi©c i przeciwko zbrojnemu ukaraniu sprawc¢w zamachu, dodawaˆ siˆy jej argumentom. Mˆoda kobieta z Naboo zyskaˆa teraz w oczach wielu senator¢w, cho† przecie¾ ju¾ jako kr¢lowa walcz¥ca z Federacj¥ Handlow¥ zaskarbiˆa sobie wielki i powszechny szacunek. Ask Aak skin¥ˆ gˆow¥ w stron© Twi'leka. O gˆos poprosiˆ Orn Free Taa. - Zgodnie z regulaminem, senat najpierw musi rozpatrzy† m¢j wniosek o odroczenie gˆosowania - oznajmiˆ. - Tak stanowi prawo! Amidala patrzyˆa na Twi'leka, nie kryj¥c frustracji i zˆo˜ci. Spojrzaˆa te¾ bˆagalnie na Palpatine'a, lecz Wielki Kanclerz, mimo wsp¢ˆczucia, kt¢re emanowaˆo z jego zatroskanej twarzy, m¢gˆ jedynie wzruszy† ramionami. Wszedˆ na m¢wnic© i uni¢sˆ r©ce, prosz¥c o cisz©. - W zwi¥zku z p¢«n¥ por¥ i niezwykˆ¥ wag¥ sprawy, kt¢r¥ rozwa¾amy, odraczam posiedzenie senatu do jutra. Sznury pojazd¢w sun©ˆy wolno po spowitym mgieˆk¥ smogu niebie nad Coruscant. Sˆoäce staˆo ju¾ nad horyzontem, zalewaj¥c miasto ciepˆym bursztynowym blaskiem, lecz mimo to w wielu oknach wie¾owc¢w paliˆy si© ˜wiatˆa. Pot©¾ne wie¾e budynku Wˆadz Wykonawczych wznosiˆy si© wy¾ej ni¾ pozostaˆe, jakby chciaˆy si©gn¥† gwiazd. Byˆo w tym co˜ symbolicznego, w przestronnych wn©trzach gmachu nawet o tak wczesnej porze rozgrywaˆy si© bowiem wydarzenia z udziaˆem postaci, kt¢re bilionom zwykˆych obywateli Republiki musiaˆy wydawa† si© podobne bogom. Wielki Kanclerz Palpatin'e siedziaˆ za biurkiem w przestronnym i gustownie urz¥dzonym gabinecie, spogl¥daj¥c na siedz¥cych naprzeciw czterech Mistrz¢w Jedi. Przy drzwiach stali dwaj gwardzi˜ci w heˆmach z wizjerami i obszernych czerwonych pelerynach. - Obawiam si© tego gˆosowania - przyznaˆ Palpatin'e. - Jest nieuniknione - odparˆ Mace Windu, wysoki i muskularny m©¾czyzna o ˆysej gˆowie i przenikliwych oczach, siedz¥cy obok jeszcze ro˜lejszego Mistrza Ki-Adi- Mundi. - Niewykluczone, ¾e rozbije pozostaˆ¥ cz©˜† Republiki - dodaˆ Palpatin'e. - Jeszcze nigdy nie byˆo tak gˆ©bokich podziaˆ¢w mi©dzy senatorami. - Niewiele spraw dor¢wnuje wag¥ kwestii stworzenia armii dla Republiki - zauwa¾yˆ Mistrz Jedi Plo Koon. Wysoki Kel-Dorianin o pomarszczonej i pofaˆdowanej sk¢rze gˆowy przypominaj¥cej po bokach zwini©te warkoczyki maˆej dziewczynki - miaˆ ciemne oczy i nosiˆ czarn¥ mask© zakrywaj¥c¥ doln¥ cz©˜† twarzy. - Senatorowie s¥ niespokojni. Uwa¾aj¥, ¾e to najwa¾niejsze gˆosowanie w ich ¾yciu. - Tak czy inaczej, do naprawienia jest wiele - podsumowaˆ Yoda, najbardziej niepozorny ze wszystkich Mistrz¢w, a jednocze˜nie najpot©¾niejszy w galaktyce. Powieki wolno zakryˆy jego wielkie oczy i uniosˆy si© ponownie, uszy za˜ obr¢ciˆy si© nieznacznie, wskazuj¥c tym, kt¢rzy znali Mistrza, ¾e pogr¥¾ony jest w gˆ©bokiej zadumie i po˜wi©ca omawianym kwestiom caˆ¥ uwag©. - Wiele spraw przed nami ukrytych jest - dodaˆ. - Nie wiem, jak dˆugo jeszcze mog© odkˆada† to gˆosowanie, przyjaciele - powiedziaˆ Palpatin'e. - Obawiam si©, ¾e dalsza zwˆoka grozi rozpadem Republiki. Do separatyst¢w przyˆ¥cza si© coraz wi©cej system¢w. Mace Windu skin¥ˆ gˆow¥, rozumiej¥c dylemat Kanclerza. - A z drugiej strony, je˜li dojdzie do rozstrzygni©cia i przegrani postanowi¥ si© odˆ¥czy†... - Nie pozwol©, ¾eby istniej¥ca od tysi©cy lat Republika rozpadˆa si© na dwoje! - oznajmiˆ z moc¥ Palpatin'e, uderzaj¥c pi©˜ci¥ w blat wielkiego biurka. - Moje negocjacje nie mog¥ skoäczy† si© fiaskiem! - Je˜li jednak tak si© stanie, nie wystarczy Jedi do ochrony Republiki. Jeste˜my stra¾nikami pokoju, nie ¾oˆnierzami - stwierdziˆ spokojnie Mace Windu. Palpatin'e oddychaˆ gˆ©boko, pr¢buj¥c zapanowa† nad emocjami i raz jeszcze rozwa¾y† wszystkie okoliczno˜ci. - Mistrzu Yodo - odezwaˆ si© wreszcie i umilkˆ, czekaj¥c, a¾ Jedi o zielonkawej sk¢rze popatrzy w jego stron©. - Naprawd© uwa¾asz, ¾e dojdzie do wojny? Yoda ponownie zamkn¥ˆ oczy. - Czego˜ gorszego ni¾ wojna obawiam si© - odparˆ. - Znacznie gorszego. - Ale czego? - dr¥¾yˆ zaniepokojony Palpatin'e. - Mistrzu Yodo, co przeczuwasz? - zawt¢rowaˆ mu Mace Windu. - Przyszˆo˜ci zobaczy† nie spos¢b - odrzekˆ Yoda, nie unosz¥c powiek. - Ciemna strona wszystko spowija. Jednego tylko pewien jestem... - Oczy Yody otworzyˆy si© gwaˆtownie i przenikliwy wzrok przeszyˆ niespokojne oblicze Palpatine'a. - Obowi¥zek sw¢j Jedi speˆni¥. Wielki Kanclerz spojrzaˆ na niego ze zdziwieniem, lecz nim zd¥¾yˆ i odpowiedzie†, na biurku pojawiˆ si© hologram, podobizna Dar Waca, l jednego z jego asystent¢w. - Komitet lojalist¢w wˆa˜nie przybyˆ, panie - odezwaˆ si© po huttaäsku DarWac. - Wpu˜† ich. Hologram znikn¥ˆ, a Palpatin'e i czterej Jedi wstali, by zgodnie z obyczajem powita† szacownych go˜ci. Czˆonkowie komitetu weszli w dw¢ch grupach: senator Padm‚ Amidala kroczyˆa w towarzystwie kapitana Typha, Jar Jar Binksa, dworki Dorme i majordomusa Masa Ameddy, o kilka krok¢w za nimi pojawili si© dwaj inni senatorowie - Bail Organa z Alderaanu oraz Horox Ryyder. Zebrani wymienili zwyczajowe formuˆki powitalne, a Yoda czubkiem laski tr¥ciˆ lekko zaskoczon¥ Padm‚. - Silna Moc jest w tobie, pani - rzekˆ Mistrz Jedi. - A tragedia na l¥dowisku straszliwa. Raduje si© moje serce, ¾e ¾yw¥ ci© widz©. - Dzi©kuj©, Mistrzu Yodo - odpowiedziaˆa. Czy wiecie ju¾, kto stoi za tym atakiem? To pytanie sprawiˆo, ¾e wszystkie oczy skierowaˆy si© na Amidal© i Yod©. Mace Windu odchrz¥kn¥ˆ cicho i stan¥ˆ przed Padm‚. - Pani senator, nie mamy jeszcze dowod¢w, ale z naszych informacji wynika, ¾e zamach m¢gˆ by† dzieˆem niezadowolonych kopaczy przyprawy z ksi©¾yc¢w Naboo. Pani senator spojrzaˆa pytaj¥co na kapitana Typha, kt¢ry pokr©ciˆ gˆow¥, nie maj¥c nic do dodania. Oboje widzieli, jak bardzo sfrustrowani byli kopacze na Naboo, lecz ich demonstracje wydawaˆy si© by† niczym w por¢wnaniu z tragedi¥, kt¢ra wydarzyˆa si© na l¥dowisku w stolicy. Padm‚ przeniosˆa nieust©pliwe spojrzenie na Mistrza Windu, zastanawiaj¥c si©, czy to odpowiednia chwila na ujawnienie wˆasnych podejrzeä. Wiedziaˆa, ¾e wzbudziˆaby kontrowersje, ¾e jej rozumowanie przeczyˆo logice, a jednak... - Nie twierdz©, ¾e to nieprawda - powiedziaˆa z wahaniem. - Ale moim zdaniem za atak odpowiada hrabia Dooku. Te sˆowa zaskoczyˆy wszystkich zebranych, a czterej Mistrzowie Jedi wymienili spojrzenia peˆne niedowierzania i niezadowolenia. - Wiesz przecie¾, pani - rzekˆ Mace d«wi©cznym gˆosem - ¾e hrabia Dooku byˆ Jedi. Nie m¢gˆby zabi† kogo˜ z zimn¥ krwi¥. To nie le¾y w jego charakterze. - Jest politycznym idealist¥ - dodaˆ Ki-Adi-Mundi - nie morderc¥. - Dzi©ki sto¾kowatej gˆowie cereaäski Jedi przewy¾szaˆ wzrostem wszystkich zebranych. Faˆdy na policzkach nadawaˆy zamy˜lonej twarzy Mistrza wyraz ˆagodno˜ci. Yoda postukaˆ lask¥ o posadzk©, zwracaj¥c na siebie uwag© wszystkich go˜ci Kanclerza. Ten drobny gest rozˆadowaˆ nieco narastaj¥ce napi©cie. - W tych mrocznych czasach nic nie jest takie, jak si© nam wydaje - rzekˆ. - Zaprzeczy† jednak nie spos¢b, pani senator, ¾e w ˜miertelnym niebezpieczeästwie jeste˜. Wielki Kanclerz Palpatin'e westchn¥ˆ dramatycznie i stan¥ˆ przy wielkim oknie, podziwiaj¥c ˜wit nad Coruscant. - Mistrzu Jedi - odezwaˆ si© po chwili - czy mog© zaproponowa†, aby senator Amidala znalazˆa si© pod wasz¥ opiek¥? - Uwa¾a pan, ¾e to rozs¥dne posuni©cie akurat teraz, gdy czasy s¥ tak niepewne, a siˆy Jedi tak rozproszone? - spytaˆ senator Bail Organa, skubi¥c schludnie przystrzy¾on¥ czarn¥ br¢dk©. - Tysi¥ce system¢w przeszˆo ju¾ na stron© separatyst¢w, a wiele innych zrobi to ju¾ wkr¢tce. Jedi s¥ nasz¥ jedyn¥... - Panie Kanclerzu - przerwaˆa mu Padm‚ - je¾eli mog© zauwa¾y†, nie uwa¾am, ¾eby... - Sytuacja byˆa a¾ tak powa¾na - dokoäczyˆ za ni¥ Palpatin'e. - Ale ja tak uwa¾am, pani senator. - Panie Kanclerzu, prosz©! - zawoˆaˆa. - Nie potrzebuj© wi©cej stra¾nik¢w! Palpatin'e spojrzaˆ na ni¥ wzrokiem nadopiekuäczego ojca - gdyby ktokolwiek inny o˜mieliˆ si© patrze† na ni¥ w ten spos¢b, Amidala uznaˆaby to spojrzenie za protekcjonalne. - Rozumiem doskonale, ¾e dodatkowa ochrona mo¾e ci© dra¾ni†, pani - zacz¥ˆ i umilkˆ na moment, a potem rozpromieniˆ si©, jakby przyszˆo mu do gˆowy logiczne, kompromisowe rozwi¥zanie. - Ale mo¾e towarzyszy† ci kto˜, kogo znasz, stary przyjaciel. - U˜miechaj¥c si© chytrze, Palpatin'e spojrzaˆ na Mace'a Windu i Yod©. - Mo¾e mistrz Kenobi? zasugerowaˆ, kiwaj¥c nieznacznie gˆow¥. U˜miechn¥ˆ si© jeszcze szerzej, kiedy Mace Windu odpowiedziaˆ mu podobnym gestem. - Mo¾e - przytakn¥ˆ Jedi. - Wˆa˜nie wr¢ciˆ z Ansion, gdzie pomagaˆ za¾egna† sp¢r graniczny. - Na pewno go pami©tasz, moja pani - rzekˆ Palpatin'e, u˜miechaj¥c si© z zadowoleniem, jakby sprawa byˆa ju¾ zaˆatwiona. - Strzegˆ ci© podczas blokady Naboo. - To nie jest konieczne, panie Kanclerzu - odparˆa zdecydowanie Padm‚, lecz m©¾czyzna nadal u˜miechaˆ si© pogodnie, jakby wiedziaˆ doskonale, jak obali† argumenty upartej pani senator. - Prosz© wi©c zrobi† to dla mnie. B©d© spal spokojniej. Najedli˜my si© dzisiaj strachu i nie mog© znie˜† my˜li, ¾e mogˆa pani zgin¥†. Amidala westchn©ˆa z rezygnacj¥ i skin©ˆa gˆow¥, a wtedy czterej Jedi wstali i ruszyli do wyj˜cia. - Obi-Wan zgˆosi si© do ciebie natychmiast, pani - oznajmiˆ na odchodnym Mace Windu. Mijaj¥c Padm‚, Yoda skin¥ˆ na ni¥ i szepn¥ˆ tak cicho, by nikt inny nie usˆyszaˆ jego sˆ¢w. - Zbyt maˆo o siebie si© martwisz, pani senator, a za bardzo o polityk©. O niebezpieczeästwie pami©taj, Padm‚. Pomoc nasz¥ przyjmij. Mistrzowie opu˜cili gabinet, a Padm‚ Amidala jeszcze przez dˆug¥ chwil© wpatrywaˆa si© w zamkni©te drzwi i strzeg¥cych ich gwardzist¢w. Za jej plecami za˜, z gˆ©bi przestronnego biura Kanclerz Palpatin'e z uwag¥ obserwowaˆ caˆ¥ scen©. - Martwi mnie to, Mistrzu, ¾e sˆyszymy o hrabim Dooku w takich okoliczno˜ciach - rzekˆ Mace, id¥c obok Yody korytarzem wiod¥cym do sali posiedzeä Rady. - Szczeg¢lnie, ¾e ostre sˆowa padaj¥ z ust senator Amidali. Brak zaufania do Jedi, czy nawet byˆego Jedi, w tak trudnych czasach mo¾e oznacza† katastrof©. - Zaprzeczy† udziaˆowi Dooku w ruchu separatyst¢w nie mo¾emy - przypomniaˆ Yoda. - Ani temu, ¾e dziaˆa w imi© swoich ideaˆ¢w - odparowaˆ Mace. - byˆ kiedy˜ naszym przyjacielem i nie mo¾emy o tym zapomina†. Dlatego sˆysz¥c, jak jest zniesˆawiany, jak nazywa si© go zab¢jc¥... - Tego nie powiedziano - poprawiˆ Yoda. - Lecz ciemno˜† nas spowija, a w ciemno˜ci nic nie jest tym, czym si© wydaje. - Ale dlaczego hrabia Dooku miaˆby nastawa† na ¾ycie senator Amidali, skoro to wˆa˜nie ona jest najwi©kszym przeciwnikiem stworzenia armii. Czy¾ separaty˜ci nie powinni wr©cz ¾yczy† jej powodzenia? Przecie¾ Amidala jest - cho† mo¾e nie˜wiadomie - sprzymierzeäcem w ich sprawie. A mo¾e mamy uwierzy†, ¾e pragn¥ wojny z Republik¥? Yoda wsparˆ si© ci©¾ko na lasce, jakby nagle ogarn©ˆo go znu¾enie, i powoli zamkn¥ˆ oczy. - Wi©cej si© dzieje, ni¾ dostrzec umiemy - rzekˆ cicho. - Zachmurzona jest Moc. I to martwi mnie. Mace nic nie odpowiedziaˆ. Hrabia Dooku nale¾aˆ kiedy˜ do najwybitniejszych Mistrz¢w Jedi. Byˆ szanowanym czˆonkiem Rady i adeptem starszych - bardziej gˆ©bokich, jak powiedzieliby niekt¢rzy znawcy - odmian filozofii Jedi i styl¢w walki, a w˜r¢d nich trudnej techniki posˆugiwania si© mieczem ˜wietlnym. Dla caˆego Zakonu Jedi i dla samego Mace'a Windu odej˜cie Dooku byˆo wielkim ciosem, a jego przyczyny podobne do tych, kt¢rymi teraz tˆumaczyli swoje czyny separaty˜ci. Hrabia uwa¾aˆ, ¾e Republika staˆa si© zbyt rozlegˆa i oci©¾aˆa w dziaˆaniu, by odpowiada† na potrzeby jednostek, nawet je˜li tymi jednostkami byˆy caˆe systemy. Jedno nie ulegaˆo w¥tpliwo˜ci: niepok¢j Mace'a Windu o Dooku, podobnie jak niepok¢j Amidali i Palpatine'a, zwi¥zany z poczynaniami separatyst¢w, r¢sˆ z ka¾d¥ chwil¥, poniewa¾ wielu argumentom przeciwnik¢w Republiki trudno byˆo odm¢wi† racji. ROZDZIA� 6 —wiatˆa Coruscant gasˆy z wolna, zast©powane nie˜miaˆym blaskiem nielicznych gwiazd, kt¢rych jasno˜† przebijaˆa si© z trudem przez po˜wiat© otaczaj¥c¥ t©tni¥ce ¾yciem miasto. Na tle nocnego nieba zwykˆe drapacze chmur przypominaˆy teraz skalne monolity, a charakterystyczne konstrukcje gigantycznych wie¾ g¢ruj¥cych nad miastem wygl¥daˆy jak pomniki wzniesione przez szaleäca. Byˆy dowodem buty, nic nieznacz¥cej wobec majestatycznej pustki kosmosu, pozostaj¥cej poza zasi©giem zwykˆych ˜miertelnik¢w. Nawet wicher, kt¢ry bezlito˜nie smagaˆ najwy¾sze pi©tra smukˆych gmach¢w, j©czaˆ ¾aˆo˜nie, jakby zwiastowaˆ ponury, a nieuchronny los wielkiego miasta i wielkiej cywilizacji. Obi-Wan Kenobi i Anakin Skywalker mkn©li turbowind¥ na najwy¾sze poziomy gmachu apartament¢w senackich. Mistrz Jedi zastanawiaˆ si© wˆa˜nie nad kwestiami tak gˆ©bokimi i uniwersalnymi jak fenomen nast©pstwa dnia i nocy, podczas gdy mˆody padawan my˜laˆ o czym˜ zupeˆnie innym. Oto ponownie miaˆ spotka† Padm‚, kobiet©, kt¢ra zawˆadn©ˆa jego sercem, gdy miaˆ dziewi©† lat i od tamtej pory panowaˆa, w nim niepodzielnie. - Jeste˜ niespokojny, Anakinie - zauwa¾yˆ Obi-Wan. - Ale¾ sk¥d - zaprzeczyˆ chˆopak nieprzekonuj¥co. - Nie widziaˆem ci© tak zdenerwowanego od czasu, kiedy wpadli˜my do gniazda gundark¢w. - Ty wpadˆe˜ do niego, mistrzu, a ja ci© uratowaˆem. Nie pami©tasz? - Wydawaˆo si©, ¾e dyskretny manewr Obi-Wana odni¢sˆ po¾¥dany skutek: uczeä i nauczyciel wybuchn©li ˜miechem, jednak kiedy umilkli, Anakin nadal byˆ spi©ty. - Pocisz si© - powiedziaˆ Obi-Wan. - Oddychaj gˆ©boko. Odpr©¾ si©. - Nie widziaˆem jej od dziesi©ciu lat. - Odpr©¾ si©, Anakinie - powt¢rzyˆ mistrz. - Ona ju¾ nie jest kr¢low¥. Drzwi rozsun©ˆy si© z cichym ˜wistem i Obi-Wan wyszedˆ z windy. - To nie dlatego jestem taki zdenerwowany - mrukn¥ˆ pod nosem Anakin. Kiedy znale«li si© na korytarzu, drzwi naprzeciwko otworzyˆy si© i stan¥ˆ w nich Gunganin w eleganckiej, czerwono - czarnej szacie. Przez kr¢tk¥ chwil© przygl¥dali si© sobie uwa¾nie, po czym gungaäski dyplomata - zapominaj¥c o etykiecie - zacz¥ˆ podskakiwa† w miejscu jak maˆe dziecko. - Obi! Obi! Obi! - wrzeszczaˆ jak op©tany Jar Jar Binks, potrz¥saj¥c wywieszonym j©zykiem i obwisˆymi uszami. - Moja tak si© cieszy†, ¾e wasza widzie†! Hurra! Obi-Wan u˜miechn¥ˆ si© grzecznie, cho† zdaniem Anakina wygl¥daˆ na zakˆopotanego. Unosiˆ ˆagodnie r©ce, pr¢buj¥c uspokoi† podekscytowanego jegomo˜cia. - Ja tak¾e ciesz© si© z tego spotkania, Jar Jar. Binks podskakiwaˆ jak oszalaˆy jeszcze przez chwil©, nim - z wielkim trudem - zdoˆaˆ si© opanowa†. - A to, moja si© domy˜la†, pewnie by† twoja uczeä - odezwaˆ si© w koäcu, ochˆon¥wszy troch©. Spok¢j nie trwaˆ jednak dˆugo, poniewa¾ kiedy przyjrzaˆ si© bli¾ej mˆodemu padawanowi, wrzasn¥ˆ: - Nieeeee! Annie!? Nieeeee! Maˆy Annie?! - Jar Jar chwyciˆ padawana za barki, odsun¥ˆ na odlegˆo˜† dˆugich ramion i zmierzyˆ wzrokiem od st¢p do gˆ¢w. - Nieeeee! Jeste˜ taka wielgachny! Jijijiji! Annie! Moja nie wierzy†! Tym razem to Anakin u˜miechn¥ˆ si© z zakˆopotaniem, jednak z czystej uprzejmo˜ci nie stawiaˆ oporu, kiedy rozradowany Gunganin porwaˆ go w ramiona i u˜cisn¥ˆ z caˆych siˆ, nie przestaj¥c przy tym podskakiwa†. - Cze˜†, Jar Jar - zdoˆaˆ wydusi† padawan, szarpany energicznie przez Binksa, kt¢ry uparcie skakaˆ i w k¢ˆko powtarzaˆ jego imi©, na przemian z dziwacznym, jijiji". Zapewne m¢gˆby robi† tak w nieskoäczono˜†, gdyby Obi-Wan nie chwyciˆ go mocno za rami© i osadziˆ w miejscu. - Przyszli˜my porozmawia† z pani¥ senator Amidala. Mo¾esz nas do niej zaprowadzi†? Jar Jar przestaˆ skaka† i spojrzaˆ na Kenobiego, nadaj¥c swemu kaczemu dziobowi wyraz wzgl©dnej powagi. - Czeka† na wasza. Annie! Moja nie uwierzy†! - Gunganin potrz¥sn¥ˆ gˆow¥, a potem chwyciˆ dˆoä Anakina i poci¥gn¥ˆ go za sob¥. Apartament urz¥dzono z wielkim smakiem: mi©kko obite krzesˆa i otoman© ustawi ono kr©giem po˜rodku, ˜ciany za˜ ozdobiono gustownymi dzieˆami sztuki. Przy otomanie stali Dorme i kapitan Typho. M©¾czyzna miaˆ na sobie zwykˆy, bˆ©kitny mundur z br¥zow¥, sk¢rzan¥ tunik¥ na wierzchu, czarne r©kawiczki oraz sztywn¥ czapk© z daszkiem z czarnej sk¢ry. Str¢j Dorme byˆ jedn¥ z tych eleganckich, cho† nierzucaj¥cych si© w oczy sukien, kt¢re zwykle nosiˆy dworki z Naboo. Anakin nawet nie spojrzaˆ na tych dwoje - caˆ¥ uwag© skupiˆ na trzeciej osobie znajduj¥cej si© w pokoju: na Padm‚. Je¾eli kiedykolwiek miaˆ w¥tpliwo˜ci, czy dziewczyna naprawd© byˆa tak pi©kna, jak j¥ zapami©taˆ, to teraz rozwiaˆy si© one bez ˜ladu. Zachwycony wzrok padawana bˆ¥dziˆ po drobnej, ksztaˆtnej sylwetce i g©stych, ciemnych wˆosach zwi¥zanych z tyˆu. Marzyˆ o tym, by zanurzy† w nich twarz. Wpatrywaˆ si© w oczy Padm‚ i chciaˆ robi† to przez caˆ¥ wieczno˜†. Spogl¥daˆ na jej usta i chciaˆ... Anakin zamkn¥ˆ na moment oczy i odetchn¥ˆ gˆ©boko. Poczuˆ zapach, kt¢ry trwaˆ w jego pami©ci przez lata jako zapach Padm‚. Musiaˆ przywoˆa† caˆ¥ siˆ© woli, by kroczy† z godno˜ci¥ i szacunkiem za Obi- Wanem, zamiast jednym susem przemkn¥† pok¢j i zamkn¥† t© mˆod¥ kobiet© w szalonym u˜cisku. - Nasza ju¾ jestem! Patrze†! - pisn¥ˆ Jar Jar. Nie byˆa to prezentacja, o jakiej marzyˆ Obi-Wan, ale te¾ nie spodziewaˆ si© wi©cej po zwariowanym Gunganinie - Te Jedi ju¾ przyszˆy. - To wielka rado˜† znowu ci© widzie†, pani - rzekˆ Obi-Wan, sta- j¥† przed pi©kn¥ senator Amidala. Kryj¥c si© za plecami mistrza, Anakin wpatrywaˆ si© w Padm‚, ˜ledz¥c jej ka¾dy ruch. Spojrzaˆa na niego tylko raz i nie sprawiaˆa wra¾e-ni¥, ¾e go poznaje. Padm‚ chwyciˆa dˆoä Obi. - Min©ˆo stanowczo zbyt wiele lat, mistrzu Kenobi... Tak si© ciesz©, ¾e nasze ˜cie¾ki znowu si© skrzy¾owaˆy. Ale jednocze˜nie musz© ci powiedzie†, ¾e, moim zdaniem, wasza obecno˜† tutaj nie jest konieczna. - Ja za˜ jestem pewien, ¾e czˆonkowie Rady Jedi mieli swoje po- wody, by nas wezwa† - odparˆ Obi-Wan. Padm‚ popatrzyˆa na niego z rezygnacj¥, lecz lekki grymas ust¥piˆ miejsca ciekawo˜ci, kiedy nieco uwa¾niej przyjrzaˆa si© mˆodemu padawanowi, czekaj¥cemu cierpliwie w cieniu nauczyciela. Zrobiˆa krok w prawo, by stan¥† na wprost Anakina. - Annie? - spytaˆa, z niedowierzaniem unosz¥c brwi. U˜miech na ustach i bˆysk w jej oczach ˜wiadczyˆy o tym, ¾e nie oczekiwaˆa odpowiedzi - Annie - powt¢rzyˆa. - Czy to mo¾liwe? Wielkie nieba, jak ty wyrosˆe˜! - zawoˆaˆa, wodz¥c wzrokiem po smukˆym ciele padawana i odchylaj¥c gˆow©, by spojrze† mu w oczy. Anakin teraz dopiero zdaˆ sobie spraw©, o ile jest od niej wy¾szy. Anakin byˆ oszoˆomiony. U˜miech Padm‚ byˆ teraz jeszcze cieplejszy - nie byˆo w¥tpliwo˜ci, ¾e uradowaˆo j¥ to spotkanie - lecz chˆopak nawet tego nie zauwa¾yˆ - Ty te¾ - wyksztusiˆ. - To znaczy... chciaˆem powiedzie†, ¾e jeste˜ pi©kniejsza ni¾ dawniej - dodaˆ, po czym odchrz¥kn¥ˆ i wyprostowaˆ si© nieco. - znacznie ni¾sza - za¾artowaˆ, daremnie pr¢buj¥c sprawia† wra¾enie, ¾e panuje nad sytuacj¥. - To znaczy... jak na senatora. Anakin zauwa¾yˆ, ¾e Obi-Wan spogl¥da na niego z dezaprobat¥, ale Padm‚ tylko potrz¥sn©ˆa gˆow¥ i roze˜miaˆa si©, rozˆadowuj¥c napi©cie, - Och, Annie, dla mnie zawsze pozostaniesz tym maˆym chˆopcem, kt¢rego poznaˆam na Tatooine - powiedziaˆa. Padawan spu˜ciˆ wzrok z zakˆopotaniem spot©gowanym znacz¥cymi spojrzeniami mistrza i kapitana Typha. Nawet miecz ˜wietlny nie podci¥ˆby mu skrzydeˆ r¢w-nie skutecznie, jak ta jedna uwaga. - Nawet nie zauwa¾ysz naszej obecno˜ci, pani zapewniˆ Padm‚ Obi-Wan. - Jestem niezmiernie wdzi©czny, ¾e przyszli˜cie nam z pomoc¥, mistrzu Kenobi - odezwaˆ si© kapitan Typho. - Sytuacja jest bardziej niebezpieczna, ni¾ pani senator jest skˆonna przyzna†. - Nie potrzebuj© liczniejszej ochrony - odparˆa Padm‚, spogl¥daj¥c najpierw na oficera z Naboo, a potem na wysˆannika Rady. - Potrzebuj© odpowiedzi. Chc© wiedzie†, kto pr¢buje mnie zabi†. Wierz©, ¾e odpowied« na to pytanie wi¥¾e si© ze sprawami najwy¾szej wagi dla senatu. Co˜ si© kryje za tym atakiem... - kobieta urwaˆa, widz¥c zmarszczone brwi Obi-Wana. - Jeste˜my tu po to, by ci© chroni†, pani senator, nie po to, by, wszczyna† ˜ledztwo - stwierdziˆ spokojnie, lecz nim przebrzmiaˆy jego sˆowa, Anakin zd¥¾yˆ im zaprzeczy†. - Dowiemy si©, kto pr¢buje ci© zabi†, Padm‚ - o˜wiadczyˆ z naciskiem padawan. - Obiecuj© ci to. Skywalker zrozumiaˆ sw¢j bˆ¥d, gdy tylko zamkn¥ˆ usta i spojrzaˆ na gniewn¥ min© Obi-Wana. Przygotowywaˆ w my˜lach odpowied« dla Padm‚ i nie zauwa¾yˆ, ¾e mistrz wyja˜nia ju¾ istot© misji zleconej im przez Rad©. Spu˜ciˆ wzrok i nerwowo przygryzˆ warg©. - Nie przekroczymy granic naszego mandatu, m¢j mˆody padawanie! - rzekˆ ostro Obi- Wan. - Oczywi˜cie, chodziˆo mi tylko o lepsz¥ ochron© pani senator, mistrzu - powiedziaˆ cicho Anakin. To wyja˜nienie brzmiaˆo gˆupio nawet dla samego padawana. - Nie b©dziemy kolejny raz przerabiali tego †wiczenia - ci¥gn¥ˆ Obi-Wan. - Zacznij mnie wreszcie sˆucha†, Anakinie. Skywalker nie m¢gˆ uwierzy†, ¾e Obi-Wan upomina go nawet w obecno˜ci Padm‚. - Dlaczego? - spytaˆ, desperacko pr¢buj¥c zmieni† tok dyskusji, by zachowa† cho† troch© godno˜ci. - Co?! - wykrzykn¥ˆ Obi-Wan. Padawan wiedziaˆ, ¾e posun¥ˆ si© za daleko. Nigdy nie widziaˆ na twarzy nauczyciela takiego oburzenia. - Dlaczego dostali˜my zadanie ochrony pani senator, je˜li nie po to, by wytropi† zab¢jc©? - zapytaˆ, pr¢buj¥c zaˆagodzi† sytuacj©. - ochrona to zadanie dla miejscowych funkcjonariuszy sˆu¾by bezpieczeästwa, nie dla Jedi. Moim zdaniem, mistrzu, to oznacza, ¾e ˜ledztwo mie˜ci si© w ramach naszego mandatu. - Wykonamy rozkazy Rady - odparowaˆ Obi-Wan. - A ty nauczysz si©, gdzie jest twoje miejsce. - Mo¾e dzi©ki samej waszej obecno˜ci tajemnica zamachu zostanie odkryta - zasugerowaˆa Padm‚ dyplomatycznie. U˜miechaˆa si© przy tym do Anakina i Obi- Wana, zach©caj¥c ich do bardziej uprzejmej rozmowy. - A teraz, wybaczcie; udam si© na spoczynek dodaˆa, widz¥c, ¾e m©¾czy«ni opanowali si© nieco. Wszyscy pokˆonili si©, kiedy Padm‚ i Dorme opuszczaˆy salon. Obi-Wan raz jeszcze popatrzyˆ surowo na Anakina, a ten odwzajemniˆ niech©tne spojrzenie. - A ja si© ciesz©, ¾e tu jeste˜cie - wyznaˆ kapitan Typho, podchodz¥c do go˜ci. - Nie wiem jeszcze, o co w tym wszystkim chodzi, ale jestem pewien, ¾e Padm‚ Amidali nie zaszkodzi dodatkowa ochrona. Zdaje si©, ¾e wasi przyjaciele w Radzie Jedi podejrzewaj¥ spisek kopaczy, ale ja jestem innego zdania. - Czego udaˆo si© wam dowiedzie†? - spytaˆ Anakin, nie zwa¾aj¥c na ostrzegawcze spojrzenie Obi-Wana. - B©dziemy lepiej przygotowani do pilnowania pani senator, je˜li dowiemy si© z czym lub z kim mamy do czynienia - wyja˜niˆ mistrzowi, wiedz¥c, ¾e Kenobi uzna to rozumowanie za logiczne. - Wiemy niewiele - przyznaˆ Typho. - Pani senator Amidala przewodzi frakcji sprzeciwiaj¥cej si© stworzeniu armii dla Republiki. Z determinacj¥ d¥¾y do rozprawy z separatystami drog¥ negocjacji, a nie siˆ¥. Teraz jednak, po na szcz©˜cie nieudanym zamachu, jej przeciwnicy w senacie maj¥ w r©ce jeszcze mocniejsze argumenty. - A skoro logika ka¾e nam s¥dzi†, ¾e separaty˜ci raczej nie chcieliby, ¾eby Republika miaˆa siˆy zbrojne... - dodaˆ z namysˆem Obi-Wan. - Wracamy do punktu wyj˜cia - podsumowaˆ Typho. - zawsze, kiedy dochodzi do podobnych incydent¢w, oczy wszystkich kieruj¥ si© na hrabiego Dooku i jego poplecznik¢w. Albo te¾ na kt¢r¥˜ z lojalnych wobec niego grup - dodaˆ szybko oficer, widz¥c zmarszczone czoˆo Kenobiego. - Separaty˜ci s¥ zamieszani w wiele zamach¢w w caˆej Republice. Nie stroni¥ od przemocy. Dlaczego jednak mieliby wzi¥† na cel pani¥ senator Amidal© - tego nie wie nikt. - A my nie jeste˜my tu po to, ¾eby zgadywa†, lecz po to, ¾eby broni† - podsumowaˆ Obi-Wan. Ton jego wypowiedzi wskazywaˆ jednoznacznie, ¾e dyskusj© na ten temat uwa¾a za zakoäczon¥. Typho skin¥ˆ gˆow¥. - Rozstawi© swoich ludzi na ka¾dym pi©trze, a sam b©d© na dole, w o˜rodku dowodzenia. Kapitan wyszedˆ, a Obi-Wan natychmiast zacz¥ˆ myszkowa† po salonie i przylegaj¥cych pomieszczeniach, pr¢buj¥c wczu† si© w klimat tego miejsca. Anakin zrobiˆ to samo, lecz zaprzestaˆ poszukiwaä, gdy natkn¥ˆ si© na Jar Jar Binksa. - Moja p©ka† z rado˜ci, ¾e znowu twoja widzie†, Annie. - Za to ona nawet mnie nie poznaˆa - mrukn¥ˆ Anakin, spogl¥daj¥c na drzwi, za kt¢rymi znikn©ˆa Padm‚. - My˜laˆem o niej ka¾dego dnia, odk¥d si© rozstali˜my, a ona zupeˆnie o mnie zapomniaˆa. - Dlaczego twoja to m¢wi†? - zdziwiˆ si© Jar Jar. - Widziaˆe˜ j¥ - odparˆ enigmatycznie Anakin. - By† szcz©˜liwa - zapewniˆ go Gunganin. - Taka szcz©˜liwa moja nie widzie† ona od dˆugi czas. A czas teraz zˆy, Annie. Mn¢stwo zˆy. Padawan potrz¥sn¥ˆ gˆow¥ i ju¾ miaˆ powiedzie† co˜ jeszcze o swoich zranionych uczuciach, gdy spostrzegˆ zbli¾aj¥cego si© Obi-Wana. Przezornie wstrzymaˆ si© od komentarza. Bystry mistrz zd¥¾yˆ jednak usˆysze† cz©˜† rozmowy. - Znowu si© skupiasz na negatywnej stronie spraw - upomniaˆ Anakina. - Uwa¾aj na swoje my˜li. Ucieszyˆa si© ze spotkania i niech to ci wystarczy. A teraz sprawd«my systemy bezpieczeästwa. Mamy sporo roboty. - Tak, mistrzu - skˆoniˆ si© Anakin. Pokorne sˆowa mˆodego padawana niewiele miaˆy wsp¢lnego z tym, co dziaˆo si© w jego duszy. Padm‚ szczotkowaˆa wˆosy, wpatruj¥c si© w lustro niewidz¥cym wzrokiem. My˜lami wci¥¾ wracaˆa do spotkania z Anakinem; widziaˆa jego twarz i spojrzenia, kt¢re jej posyˆaˆ. Sˆyszaˆa te¾ jego sˆowa: "jeste˜ pi©kniejsza ni¾ dawniej" - i cho† byˆa to prawda, Padm‚ nie przywykˆa do sˆuchania takich komplement¢w. Od dziecka zajmowaˆa si© polityk¥, piastuj¥c coraz wy¾sze, bardziej eksponowane stanowiska. Wi©kszo˜† m©¾czyzn, z kt¢rymi miaˆa do czynienia, bardziej interesowaˆa si© tym, co mo¾e zyska† dzi©ki tej znajomo˜ci, ni¾ podziwianiem urody czy okazywaniem Amidali bardziej osobistych uczu†. Dawniej, jako kr¢lowa Naboo, i teraz, jako senator, Padm‚ doskonale zdawaˆa sobie spraw© z tego, ¾e jest dla nich atrakcyjna, lecz nie jako kobieta, ale jako kto˜, kto ma wˆadz©. Nie mogˆa zapomnie† intensywnego spojrzenia Anakina. Ale co to mogˆo oznacza†? Widziaˆa go bardzo dokˆadnie; szczupˆ¥ i mocn¥ sylwetk©, twarz, kt¢rej wyrazisto˜† zawsze podziwiaˆa, a tak¾e oczy, bˆyszcz¥ce, figlarne i przewrotne, peˆne... Pragnienia? Ta my˜l zaskoczyˆa Padm‚. Opu˜ciˆa ramiona i przygl¥daˆa si© swojemu odbiciu, zastanawiaj¥c si©, czy jest pi©kna. Po dˆugiej chwili pokr©ciˆa gˆow¥, wmawiaj¥c sobie, ¾e to szaleästwo. Anakin byˆ padawanem Jedi, a Jedi po˜wi©cali ¾ycie sˆu¾bie Zakonowi i to przede wszystkim podziwiaˆa w nich Padm‚ Amidala. Wi©c jak Anakin m¢gˆ patrze† na ni¥ w taki spos¢b? Widocznie zwiodˆa j¥ wyobra«nia. A mo¾e fantazjowaˆa? —miej¥c si© z samej siebie, Padm‚ uniosˆa szczotk©, ale zanim dotkn©ˆa wˆos¢w, znowu zastygˆa w bezruchu. Miaˆa na sobie biaˆ¥ jedwabna koszul© nocn¥, a w tym pokoju tak¾e znajdowaˆy si© kamery systemu bezpieczeästwa. Zwykle nawet o nich nie my˜laˆa, traktuj¥c je jako konieczno˜†. Podobnie jak gwardzi˜ci, towarzyszyˆy jej na ka¾dym kroku. Nauczyˆa si© wi©c wykonywa† nawet najbardziej intymne czynno˜ci pod ich czujnym okiem. Teraz jednak miaˆa ˜wiadomo˜†, ¾e mo¾e przez soczewki kamer obserwuje j¥ mˆody Jedi. ROZDZIA� 7 �owca nagr¢d ubrany w szary, zniszczony i osmalony strzaˆami z blaster¢w - lecz wci¥¾ niezawodny - pancerz, staˆ na gzymsie, ponad sto pi©ter nad poziomem ulic Coruscant. Heˆm ˆowcy tak¾e byˆ szary, ozdobiony niebieskim pasem biegn¥cym wzdˆu¾ wizjera i w d¢ˆ, a¾ do podbr¢dka. W¥ska p¢ˆka - je˜li wzi¥† pod uwag© silny wiatr i du¾¥ wysoko˜† - sprawiaˆa wra¾enie do˜† niebezpiecznego miejsca, lecz osobnikowi tak zwinnemu i wytrenowanemu jak Jango, utrzymanie si© na niej nie sprawiaˆo najmniejszych trudno˜ci. Dokˆadnie o um¢wionej porze w pobli¾u gzymsu zatrzymaˆ si© niewielki ˜migacz. Wsp¢lniczka Jango, Zam Weseli, skin©ˆa gˆow¥ i przeskoczyˆa na w¥sk¥ p¢ˆk© przed ekranem mieni¥cym si© barwami reklam. Doln¥ cz©˜† jej twarzy zakrywaˆ dˆugi czerwony welon, lecz nie byˆ to przejaw hoˆdowania najnowszej modzie. Podobnie jak wszystkie elementy, kt¢re skˆadaˆy si© na jej ekwipunek - od blastera, przez zbroj©, a¾ po kolekcj© ukrytej broni - welon Zam miaˆ praktyczne zastosowanie: ukrywaˆ cechy wˆa˜ciwe przedstawicielom rasy Clawdite. A tacy, z oczywistych powod¢w, nie cieszyli si© powszechnym zaufaniem. - Wiesz ju¾, ¾e si© nie udaˆo? - spytaˆ Jango. - Kazaˆe˜ mi zabi† tych ze statku z Naboo - odrzekˆa Zam. - Zaatakowaˆam statek, ale u¾yli sobowt¢ra. Wszyscy, kt¢rzy byli na pokˆadzie, zgin©li. Jango spojrzaˆ na ni¥ z krzywym u˜mieszkiem. - Tym razem musimy spr¢bowa† czego˜ subtelniejszego. M¢j klient si© niecierpliwi. Nie mo¾emy sobie pozwoli† na drugi bˆ¥d. - To powiedziawszy, ˆowca wr©czyˆ wsp¢lniczce przezroczysty, trzydziesto-centymetrowy cylinder, w kt¢rym wiˆy si© dwa podobne do krocionog¢w stworzenia. - Kouhuny - wyja˜niˆ. - bardzo jadowite. Zam Wesel podniosˆa tub© nieco wy¾ej, by z bliska przyjrze† si© maˆym mordercom. Jej oczy bˆyszczaˆy podnieceniem, ko˜ci policzkowe uniosˆy si© ku g¢rze, gdy szcz©ki rozsun©ˆy si© szeroko pod osˆon¥ welonu. Zam spojrzaˆa na Jango i skin©ˆa gˆow¥. Pewien, ¾e zrozumiaˆa polecenie, Jango ruszyˆ w stron© ˜migacza. Zanim do niego wsiadˆ, zatrzymaˆ si© na moment i spojrzaˆ na zab¢j-czyni©. - Tym razem ¾adnych bˆ©d¢w - przypomniaˆ. Clawdite zasalutowaˆa, przykˆadaj¥c cylinder z jadowitymi kouhunami do czoˆa. - I zr¢b ze sob¥ porz¥dek - dorzuciˆ Jango na odchodnym. Zam Weseli skierowaˆa si© ku swemu pojazdowi, woln¥ r©k¥ zdejmuj¥c welon. Gdy podnosiˆa lekki materiaˆ, jej twarz zacz©ˆa si© zmienia†: usta zw©ziˆy si©, a oczy zagˆ©biˆy w ksztaˆtnych oczodoˆach, po faˆdach na czole nie pozostaˆ za˜ nawet ˜lad. Zanim wsun©ˆa welon do kieszeni, byˆa ju¾ zgrabn¥, atrakcyjn¥ kobiet¥ o ciemnych, zmysˆowych oczach. Nawet str¢j le¾aˆ na niej bez zarzutu. Siedz¥cy w ˜migaczu Jango skin¥ˆ gˆow¥ z aprobat¥ i odleciaˆ. Musiaˆ przyzna†, ¾e jako Clawdite, odmieniec, Zam Weseli miaˆa przewag© nad innymi specjalistami w swoim fachu. Wielka —wi¥tynia Jedi wznosiˆa si© po˜rodku rozlegˆej r¢wniny. W przeciwieästwie do wi©kszo˜ci budowli na Coruscant - prostych i praktycznych - byˆa prawdziwym dzieˆem sztuki, ozdobionym kolumnadami i przyci¥gaj¥cym wzrok mi©kkimi, ˆagodnymi liniami detali. Nie brakowaˆo wok¢ˆ niej pi©knych relief¢w i rze«b ustawionych tak, by ˜wiatˆo wydobywaˆo z nich zagadkowe p¢ˆcienie. Wn©trze —wi¥tyni zaprojektowano z my˜l¥ o skupieniu i medytacji; korytarze miaˆy zach©ca† do w©dr¢wek i poszukiwaä, a niezliczone komnaty - do zadawania pytaä i znajdowania odpowiedzi. Sztuka bowiem byˆa integraln¥ cz©˜ci¥ ¾ycia Jedi, tak jak szkolenie w technikach walki. Wielu rycerzy uwa¾aˆo j¥ za ˆ¥cznik z tajemnicami Mocy, tote¾ rze«by i portrety zdobi¥ce ˜ciany sal byˆy czym˜ wi©cej, ni¾ tylko podobiznami - byˆy artystyczn¥ interpretacj¥ tego, co reprezentowali sob¥ wielcy Jedi. Czyst¥ form¥ przedstawiaˆy to, co dawni i tera«niejsi Mistrzowie ubierali w sˆowa. Mace Windu i Yoda kroczyli wolno jednym z korytarzy o wypolerowanej posadzce i bogato ozdobionych ˜cianach. Lampy rzucaˆy sˆab¥ po˜wiat©, za to w oddali wida† byˆo rz©si˜cie o˜wietlon¥ sal©. - Dlaczego nie przewidzieli˜my tego ataku na pani¥ senator? - zastanawiaˆ si© Mace, kr©c¥c gˆow¥. - Gdyby˜my byli czujni, domy˜liliby˜my si©, ¾e co˜ takiego nast¥pi. - Zakˆ¢cenie w polu Mocy przyszˆo˜† nam zasˆania - odparˆ zm©czony Yoda. Mace dobrze znaˆ przyczyn© jego znu¾enia. - Przepowiednia si© sprawdza. Ciemna strona ro˜nie w siˆ©. - I tylko ci, kt¢rzy do niej si© zwr¢cili, przyszˆo˜† przewidzie† mog¥- uzupeˆniˆ Yoda. - Tylko dotykaj¥c ciemnej strony, przejrze† mo¾emy. Mace przez dˆug¥ chwil© zastanawiaˆ si© nad sˆowami Mistrza. Podr¢¾ ku kraw©dzi ciemnej strony byˆa ci©¾k¥ pr¢b¥, jednak jeszcze bardziej zatrwa¾aj¥ce byˆo to, ¾e Yoda s¥dziˆ, i¾ zakˆ¢cenie w polu Mocy, kt¢re wyczuwali ju¾ wszyscy Jedi, miaˆo «r¢dˆo w rosn¥cej pot©dze ciemnej strony. - Min©ˆo dziesi©† lat, a Sithowie wci¥¾ si© nie ujawniaj¥ - zauwa¾yˆ Mace, wymawiaj¥c na gˆos imi© najwi©kszych wrog¢w, o kt¢rych Jedi woleli nawet nie my˜le†. Niejeden raz rycerze Jedi byli przekonani, ¾e udaˆo im si© wyt©pi† Sith¢w, ¾e nie pozostaˆ po nich nawet zgniˆy fetor. Tak¾e i teraz z ch©ci¥ zanegowaliby istnienie tajemniczych adept¢w ciemnej strony. Niestety, nie mogli. Nikt nie w¥tpiˆ, ¾e ten, kto przed dziesi©cioma laty zabiˆ na Naboo Qui-Gon Jinna, byˆ Lordem Sith¢w. - S¥dzisz, ¾e to Sithowie s¥ «r¢dˆem zakˆ¢cenia Mocy? - upewniˆ si© Mace. - S¥ - odparˆ zrezygnowany Yoda. - ego pewien jestem. M¢wiˆ o przepowiedni, zgodnie z kt¢r¥ Ciemna Strona pewnego dnia osi¥gnie wielk¥ pot©g©, a jednocze˜nie narodzi si© ten, kto przywr¢ci r¢wnowag© Mocy w galaktyce. Ten wybraniec trafiˆ ju¾ do szereg¢w rycerzy Jedi. - Uwa¾asz, ¾e uczeä Obi-Wana b©dzie w stanie przywr¢ci† r¢wnowag© Mocy? - spytaˆ Mace. Yoda zatrzymaˆ si© i wolno uni¢sˆ gˆow©, by spojrze† na ciemnosk¢rego Mistrza. Mieszane uczucia, kt¢re malowaˆy si© na pomarszczonej twarzy przypomniaˆy Mace'owi, ¾e tak naprawd© nikt nie wie do koäca, co miaˆo oznacza† owo "przywr¢cenie r¢wnowagi". - Pod warunkiem, ¾e za swoim przeznaczeniem poda¾y - odrzekˆ Yoda. Odpowied« zawieraˆa w sobie r¢wnie wielk¥ doz© niepewno˜ci, jak samo pytanie. Obaj Mistrzowie rozumieli jednak, ¾e tam, gdzie - w sensie emocjonalnym, nie fizycznym - przynajmniej niekt¢rzy Jedi b©d¥ musieli dotrze† w poszukiwaniu prawdy, czeka† ich b©dzie pr¢ba, kt¢ra zweryfikuje granice wra¾liwo˜ci i mo¾liwo˜ci ka¾dego z nich. Yoda i Mace Windu ruszyli dalej, a ka¾dy z nich zastanawiaˆ si© na zˆowieszczymi sˆowami, kt¢re wypowiedziaˆ Yoda: "Tylko dotykaj¥c ciemnej strony, przejrze† mo¾emy". ROZDZIA� 8 Sygnaˆ u wej˜cia nie zaskoczyˆ Padm‚; przeczuwaˆa, ¾e gdy tylko nadarzy si© okazja, Anakin przyjdzie z ni¥ porozmawia†. Zatrzymaˆa si© jednak w poˆowie drogi do drzwi i po kr¢tkim namy˜le wr¢ciˆa po ubranie, doszedˆszy do wniosku, ¾e koszula nocna jest zbyt odwa¾nym strojem. Padm‚ Amidala byˆa zdziwiona swoj¥ reakcj¥ nigdy nie byˆa szczeg¢lnie wstydliwa. Jednak, otworzyˆa drzwi dopiero wtedy, gdy si© ubraˆa. Stan©ˆa twarz¥ w twarz z Anakinem Skywalkerem. - Witaj - powiedziaˆ padawan, z trudem ˆapi¥c oddech. - Wszystko w porz¥dku? Anakin zaj¥kn¥ˆ si©, nim odpowiedziaˆ. - O, tak... - b¥kn¥ˆ wreszcie. - Tak... m¢j mistrz zjechaˆ na ni¾szy poziom, ¾eby sprawdzi† zabezpieczenia u kapitana Typha. Jest cicho i spokojnie. - Wygl¥dasz na zawiedzionego. Anakin roze˜miaˆ si© z zakˆopotaniem. - Nie podoba ci si© to zaj©cie - przypomniaˆa Padm‚. - Nie chciaˆbym teraz by† w ¾adnym innym miejscu galaktyki - zapewniˆ padawan. Tym razem to Padm‚ zachichotaˆa z za¾enowaniem. - Ale ten... bezwˆad... - podsun©ˆa. Anakin przytakn¥ˆ ruchem gˆowy. - Powinni˜my szuka† zab¢jcy bardziej zdecydowanie - powiedziaˆ z naciskiem. - Siedz¥c i czekaj¥c, a¾ prosimy si© o katastrof©. - Mistrz Kenobi jest innego zdania. Mistrz Kenobi jest zbyt posˆuszny - stwierdziˆ Anakin. - Nawet nie pr¢buje robi† tego, o co nie poprosi go Rada Jedi. Padm‚ spojrzaˆa z ukosa na porywczego padawana. Czy¾ dyscyplina nie byˆa podstawow¥ cech¥, kt¢r¥ wpajano rycerzom Jedi? Czy¾ nie powinni przestrzega† zaleceä Kodeksu i reguˆ Zakonu? - Mistrz Kenobi nie jest podobny do swojego nauczyciela - dodaˆ Anakin. - Mistrz Qui-Gon rozumiaˆ, ¾e trzeba my˜le† samodzielnie i wykazywa† inicjatyw©; inaczej nie zabraˆby mnie z Tatooine. - A ty jeste˜ do niego podobny? - odgadˆa Padm‚. - Wypeˆniam swoje obowi¥zki, ale domagam si© swobody, ¾eby wykona† zadanie do koäca. - Domagasz si©? Anakin u˜miechn¥ˆ si© i wzruszyˆ ramionami. - Powiedzmy, ¾e prosz©. - A kiedy nie dostajesz tego, czego pragniesz? - indagowaˆa Padm‚ z domy˜lnym u˜miechem, cho† w gˆ©bi serca liczyˆa na powa¾n¥ odpowied«. - Robi© wszystko, ¾eby rozwi¥za† problem, kt¢ry przede mn¥ staje. - Anakin nie zamierzaˆ zbyt wiele o sobie opowiada†. - I dlatego siedzenie w s¥siednim pokoju i pilnowanie mnie wydaje ci si© maˆo interesuj¥ce. - Mogliby˜my robi† znacznie ciekawsze rzeczy - odrzekˆ Anakin. Jego sˆowa zabrzmiaˆy na tyle dwuznacznie, ¾e zaintrygowana Padm‚ cia˜niej otuliˆa si© szat¥. - Je¾eli zˆapiemy zab¢jc©, mo¾e uda si© dotrze† do zleceniodawcy - wyja˜niˆ, pospiesznie kieruj¥c rozmow© na mniej osobiste tory. - tedy ty b©dziesz bezpieczniejsza, a nasze zadanie - znacznie ˆatwiejsze Padm‚ pr¢bowaˆa rozszyfrowa† intencje Anakina. Zaskakiwaˆ j¥ ka¾dym sˆowem - byˆ przecie¾ padawanem Jedi - cho† z drugiej strony, kiedy patrzyˆa w ogieä, kt¢ry paliˆ si© w jego bˆ©kitnych oczach, przestawaˆa si© dziwi† temu, co m¢wiˆ. Widziaˆa w jego oczach zapowied« kˆopot¢w i burz© emocji. Widziaˆa tak¾e obietnic© wytropienia tego, kto czyhaˆ na jej ¾ycie. Obi-Wan Kenobi z wahaniem wyszedˆ z turbowindy, uwa¾nie rozgl¥daj¥c si© na wszystkie strony. Zauwa¾yˆ dw¢ch gwardzist¢w w peˆnej gotowo˜ci i z zadowoleniem skin¥ˆ gˆow¥ w ich stron©. Ka¾de pi©tro gmachu byˆo strze¾one w podobny spos¢b, tu za˜, w s¥siedztwie apartamentu Amidali, kordon ochronny byˆ wyj¥tkowo szczelny. Kapitan Typho dostaˆ do dyspozycji wielu ¾oˆnierzy i rozmie˜ciˆ ich w rozs¥dny spos¢b, tworz¥c - zdaniem Obi-Wana - najlepszy system obrony, jaki mo¾na byˆo stworzy†. Mistrz Jedi cieszyˆ si© z tego, bo starania oficera z Naboo ogromnie uˆatwiaˆy mu zadanie. Lecz Obi-Wan Kenobi nie byˆ spokojny. Kapitan Typho zdaˆ mu szczeg¢ˆow¥ relacj© z ataku na statek senatorski z Naboo. Bior¥c pod uwag¥ to, jak liczne ˜rodki ostro¾no˜ci powzi©to w zwi¥zku z przybyciem Amidali - zgˆoszono kilka faˆszywych tras podej˜cia do l¥dowiska, zaanga¾owano wiele my˜liwc¢w zdalnej ochrony, zar¢wno republikaäskich, jak i z Naboo, a trzy maszyny bez przerwy towarzyszyˆy jachtowi - zab¢jc¢w, kt¢rzy dokonali tak trudnego ataku nie wolno byˆo lekcewa¾y†. Nie ulegaˆo w¥tpliwo˜ci, i¾ byli ˜wietnie przygotowani i mieli wysoko postawionych protektor¢w. Najprawdopodobniej byli te¾ uparci. Jednak zamach na senator Amidal© przebywaj¥c¥ w tym budynku wymagaˆby zaanga¾owania caˆej armii. Obi-Wan raz jeszcze skin¥ˆ gˆow¥ w stron© gwardzist¢w, obszedˆ caˆe pi©tro i wr¢ciˆ do turbowindy. Padm‚ odetchn©ˆa gˆ©boko. Anakin przed chwil¥ opu˜ciˆ jej pok¢j, lecz wci¥¾ miaˆa przed oczami jego twarz. W wyobra«ni widziaˆa ju¾ swoj¥ siostr©, Sol©, i sˆyszaˆa jej nieustanne drwiny. Senator Amidala otrz¥sn©ˆa si© z niedorzecznych my˜li o Soli i Anakinie. Machn©ˆa r©k¥ w stron© R2-D2 stoj¥cego cierpliwie pod ˜cian¥. - Wyˆ¥cz - poleciˆa. Maˆy robot odpowiedziaˆ trwo¾liwym "ooooo". - —miaˆo, Artoo. Nic si© nie stanie. Pilnuj¥ nas. R2-D2 zn¢w pisn¥ˆ niespokojnie, ale posˆusznie wyci¥gn¥ˆ manipulator w stron© panelu systemu bezpieczeästwa. Padm‚ jeszcze raz spojrzaˆa na drzwi, przypominaj¥c sobie zarys smukˆej postaci Anakina, mˆodego Jedi, jej obroäcy. Widziaˆa jego niebieskie oczy tak wyra«nie, jakby staˆ jeszcze przed ni¥. Oczy peˆne pasji, obserwuj¥ce j¥ z wi©ksz¥ uwag¥ ni¾ jakakolwiek kamera. Anakin staˆ w salonie apartamentu Padm‚, chˆon¥c otaczaj¥c¥ go cisz© sprzyjaj¥c¥ nawi¥zaniu mentalnej ˆ¥czno˜ci z subtelnym kr¢lestwem Mocy. Padawan wyczuwaˆ wok¢ˆ siebie wszystkie formy ¾ycia, l dokˆadnie tak, jakby rejestrowaˆ ich obecno˜† pi©cioma fizycznymi zmysˆami. Miaˆ zamkni©te oczy, lecz mimo to widziaˆ wszystko, co dziaˆo si© l w najbli¾szym otoczeniu i czuˆ ka¾de zakˆ¢cenie w polu Mocy. Powieki Anakina uniosˆy si© nagle, wzrok bˆyskawicznie omi¢tˆ caˆe pomieszczenie, a r©ka omal nie wyszarpn©ˆa z zatrzasku r©koje˜ci ˜wietlnego miecza. Zatrzymaˆa si© jednak w p¢ˆ drogi, kiedy drzwi rozsun©ˆy si© cicho i do salonu wszedˆ mistrz Kenobi. Obi-Wan rozejrzaˆ si© ciekawie, nim zatrzymaˆ wzrok na Anakinie. - Kapitan Typho ma na dole wystarczaj¥co siln¥ grup© stra¾nik¢w -| powiedziaˆ. Nie przeniknie si© ¾aden zab¢jca. Zauwa¾yˆe˜ co˜? Cicho tu jak w grobowcu - odparˆ Anakin. - Nie podoba mi si© | to czekanie, a¾ co˜ si© jej stanie. Obi-Wan pokr©ciˆ z rezygnacj¥ gˆow¥, rozmy˜laj¥c o tym, do czego zdolny jest jego uczeä. Wyj¥ˆ zza pasa skaner i spojrzaˆ na ekran. Anakin nie miaˆ kˆopot¢w z odczytaniem uczu† maluj¥cych si© na jego twarzy - od zaciekawienia, przez zdziwienie, a¾ po trosk©. Wiedziaˆ, ¾e mistrz widzi na wy˜wietlaczu cz©˜† sypialni Padm‚; drzwi wej˜ciowe oraz stoj¥cego pod ˜cian¥ Artoo. Mistrz Jedi spojrzaˆ pytaj¥co na Anakina. - Padm‚... pani senator Amidala zasˆoniˆa obiektyw kamery -| wyja˜niˆ padawan. - Chyba nie chciaˆa, ¾ebym j¥ podgl¥daˆ. Twarz Obi-Wana st©¾aˆa. - Co ona sobie wyobra¾a? Jej bezpieczeästwo jest najwa¾niejsze, a ona nara¾a... - Zaprogramowaˆa Artoo, ¾eby zawiadomiˆ nas, je˜li pojawi si© jaki˜ intruz - powiedziaˆ Anakin, staraj¥c si© uspokoi† Obi-Wana. - Intruz nie jest moim najwi©kszym zmartwieniem - odparowaˆ Obi-Wan. - W ka¾dym razie nie tylko on. Istnieje wiele sposob¢w, w jakie mo¾na zabi† pani¥ senator. - Wiem, ale przecie¾ chcemy te¾ schwyta† zab¢jc© - odparˆ Anakin z naciskiem, ¾eby nie powiedzie†: uporem. - Prawda, mistrzu? - U¾ywasz jej w charakterze przyn©ty? - spytaˆ z niedowierzaniem Obi-Wan, wlepiaj¥c w ucznia zdumione spojrzenie. - To byˆ jej pomysˆ - zaprotestowaˆ Anakin, lecz ton, jakim to powiedziaˆ, zdradzaˆ, i¾ plan bardzo mu si© podoba. - Bez obaw. Nic si© jej nie stanie. Wyczuwam wszystko, co dzieje si© w s¥siednim pokoju, Zaufaj mi. - To zbyt ryzykowne - odrzekˆ z wyrzutem Obi-Wan. - Poza tym, twoje zmysˆy nie s¥ jeszcze wystarczaj¥co wyostrzone, m¢j mˆody uczniu. - A twoje s¥? Obi-Wan u˜miechn¥ˆ si© chytrze. - Mo¾liwe... Anakin tak¾e si© u˜miechn¥ˆ, skin¥ˆ gˆow¥ i znowu zamkn¥ˆ oczy, zanurzaj¥c si©. w ˜wiecie Mocy i kieruj¥c uwag© ku ˜pi¥cej Padm‚. ½aˆowaˆ, ¾e nie mo¾e spojrze† na ni¥ naprawd©, zobaczy† ˆagodnego falowania piersi, usˆysze† cichego oddechu, poczu† zapachu wˆos¢w, gˆadko˜ci sk¢ry i sˆodyczy jej ust. Na razie jednak musiaˆ zadowoli† si© wyczuwaniem jej energii ¾yciowej w polu Mocy. Zalaˆa go fala ciepˆa. Padm‚ ˜niˆa o Anakinie. Ujrzaˆa scen© zajadˆej walki, dokˆadnie takiej, jak¥ spodziewaˆa si© zobaczy† w senacie: wrzaski, wymachiwanie pi©˜ciami, gro«by i gˆo˜no wyra¾ane sprzeciwy. Obserwuj¥c to wszystko, czuˆa jedynie znu¾enie. Lecz Anakin byˆ przy niej. Sen zmieniˆ si© w koszmar, kiedy jej ˜ladem pod¥¾yˆ niewidoczny zab¢jca, raz po raz posyˆaj¥cy w stron© ofiary bˆyskawice blasterowych strzaˆ¢w. Padm‚ czuˆa, ¾e jej stopy staj¥ si© ci©¾kie, jakby grz©zˆy w gˆ©bokim, g©stym mule. Anakin min¥ˆ j¥ w biegu, wymachuj¥c mieczem ˜wietlnym i odbijaj¥c strzaˆy. Padm‚ poruszyˆa si© niespokojnie i j©kn©ˆa cicho. Osoba wybawiciela niepokoiˆa j¥ r¢wnie mocno, jak obecno˜† zab¢jcy. Nie obudziˆa si© jednak, a jedynie uniosˆa lekko gˆow© i na moment otworzyˆa oczy, po czym znowu zatopiˆa twarz w mi©kkiej poduszce. Nie dostrzegˆa wi©c maˆego, kr¥gˆego robota sonduj¥cego unosz¥cego si© za przesˆoni©tym ¾aluzjami oknem. Nie widziaˆa tak¾e manipulator¢w, kt¢re wysun©ˆy si© z korpusu robota i przykleiˆy do szyby, ani iskier, gdy automat wyˆ¥czyˆ system alarmowy apartamentu. Nie mogˆa te¾ zauwa¾y† wi©kszego ramienia, kt¢re wyci©ˆo otw¢r w okiennej tafli, ani usˆysze† cichego chrz©stu towarzysz¥cego usuwaniu okr¥gˆego fragmentu szyby. W korpusie R2-D2, stoj¥cego przy drzwiach sypialni, zapaliˆy si© lampki kontrolne. Robot gwizdn¥ˆ cicho, obracaj¥c kopuˆk¥ i skanuj¥c wn©trze pokoju. Niczego jednak nie wykryˆ i wyˆ¥czyˆ si© po paru sekundach. Z metalowego korpusu robota sonduj¥cego wysun©ˆa si© w kierunku wyci©tego otworu niewielka tuba. Do sypialni Padm‚ wpeˆzˆy dwa kohuny - biaˆawe, wij¥ce si© stworzenia o niezliczonych czarnych odn¢¾ach i gro«nie wygl¥daj¥cych szczypcach. Jednak to nie szczypce byˆy ich najsilniejsz¥ broni¥; prawdziwe niebezpieczeästwo stanowiˆy ociekaj¥ce jadem ¾¥dˆa na przeciwlegˆych koäcach ich ciaˆ. —mierciono˜ne istoty przecisn©ˆy si© przez ¾aluzje i ruszyˆy w stron© ˜pi¥cej Amidali. - Wygl¥dasz na zm©czonego - odezwaˆ si© Obi-Wan do Anakina s¥siednim pokoju. Stoj¥cy nieruchomo padawan otworzyˆ oczy, budz¥c si© z medytacyjnego transu. Min©ˆa kr¢tka chwila, nim dotarˆy do niego sˆowa mistrza. Wzruszyˆ lekko ramionami, ale nie zaprzeczyˆ. - Ostatnio nie sypiam najlepiej. Dla Obi-Wana nie byˆa to ¾adna nowina. - Z powodu matki? - spytaˆ. - Sam nie wiem, dlaczego wci¥¾ mi si© ˜ni - odrzekˆ Anakin. - kiedy widziaˆem j¥ ostatnio, byˆem bardzo maˆy. Twoja miˆo˜† do niej byˆa i jest gˆ©boka - oceniˆ Obi-Wan. - nie widz© w tym powodu do rozpaczy. - Ale to co˜ wi©cej ni¾ tylko... - zacz¥ˆ chˆopak, ale urwaˆ w p¢ˆ zdania, westchn¥ˆ ci©¾ko i pokr©ciˆ gˆow¥. - Czy to sny, czy mo¾e wizje? Obrazy tego, co byˆo, czy przepowiednie tego, co b©dzie? - A mo¾e jednak tylko sny? - dopowiedziaˆ Obi-Wan, u˜miechaj¥c si© ˆagodnie. - Nie ka¾dy sen jest przeczuciem, wizj¥ czy innym mistycznym do˜wiadczeniem. Niekt¢re s¥ po prostu... snami. Nawet Jedi miewaj¥ sny, mˆody padawanie. Anakin nie wygl¥daˆ na usatysfakcjonowanego t¥ odpowiedzi¥. Raz jeszcze potrz¥sn¥ˆ gˆow¥. - A sny z czasem mijaj¥ - dokoäczyˆ mistrz. - Wolaˆbym, ¾eby ˜niˆa mi si© Padm‚ - odparˆ Anakin, u˜miechaj¥c si© szelmowsko. - Sama jej obecno˜† jest... odurzaj¥ca. Obi-Wan zmarszczyˆ gro«nie brwi. - Uwa¾aj na swoje my˜li, Anakinie - upomniaˆ go stanowczo. - one ci© zdradzaj¥. Pami©taj, ¾e ˆ¥czy ci© wi©« z Zakonem Jedi - wi©«, kt¢r¥ nieˆatwo zerwa† - a stanowisko Jedi w sprawie takich zwi¥zk¢w jest jasne i niezmienne: s¥ zakazane. - Kenobi parskn¥ˆ lekcewa¾¥co, spogl¥daj¥c w stron© drzwi do sypialni Padm‚. - poza tym nie zapominaj, ¾e ona jest politykiem, a im nie wolno ufa†. - Nie jest taka jak inni w senacie, mistrzu - zaprotestowaˆ z zapaˆem Anakin. Obi-Wan spojrzaˆ na niego przenikliwie. - Z mojego do˜wiadczenia wynika jednoznacznie, ¾e senatorowie skupiaj¥ si© tylko na jednym rodzaju dziaˆalno˜ci: na zadowalaniu sponsor¢w swoich kampanii wyborczych. I zawsze s¥ skˆonni zapomina† o urokach demokracji, ¾eby zdoby† dodatkowe fundusze. - Mistrzu, nie r¢b mi kolejnego wykˆadu - wtr¥ciˆ bˆagalnie Anakin, wzdychaj¥c gˆ©boko. Nie pierwszy raz mistrz dzieliˆ si© z nim swoimi pogl¥dami. -- A przynajmniej nie o ekonomii ani polityce. - Obi-Wan zdecydowanie nie nale¾aˆ do miˆo˜nik¢w ¾ycia politycznego Republiki. Kenobi mimo wszystko chciaˆ doda† co˜ jeszcze, lecz Anakin znowu wpadˆ mu w sˆowo. - Prosz©, mistrzu powiedziaˆ z naciskiem. - Zreszt¥ to tylko uog¢lnienia. Wiem, ¾e Padm‚... - Senator Amidala - poprawiˆ Obi-Wan. - ...nie jest taka - dokoäczyˆ padawan. - Kanclerz chyba tak¾e nie jest skorumpowany. - Palpatin'e jest politykiem. Zauwa¾yˆem, ¾e bardzo sprytnie po-trafi gra† na nami©tno˜ciach i uprzedzeniach niekt¢rych senator¢w. - Moim zdaniem, to dobry czˆowiek - odparˆ Anakin. - M¢j instynkt podpowiada mi pozytywne... Padawan urwaˆ, a w oczach pojawiˆo si© zdumienie. - Ja te¾ to poczuˆem - szepn¥ˆ Obi-Wan i obaj Jedi pu˜cili si© biegiem w stron© sypialni. Kouhuny peˆzˆy wolno ku odsˆoni©tej szyi ˜pi¥cej Padm‚, z o¾ywieniem szcz©kaj¥c szczypcami. - Wee ooooo! - zawyˆ R2-D2, nagle wyczuwaj¥c niebezpieczeästwo, po czym skierowaˆ reflektor wprost na posˆanie, idealnie o˜wietlaj¥c cel dla Obi-Wana i Anakina, kt¢rzy wˆa˜nie wpadli do pokoju. Padm‚ ockn©ˆa si© i z przera¾eniem spojrzaˆa na dwie wij¥ce si© istoty, kt¢re z sykiem unosiˆy si© tu¾ przed jej twarz¥. Trwaˆo to tylko chwil©, gdy¾ dwa precyzyjne ci©cia miecza ˜wietlnego, wyprowadzone przez Anakina tu¾ nad mi©kk¥ po˜ciel¥, przepoˆowiˆy ich smukˆe ciaˆa. - Robot sonduj¥cy! - krzykn¥ˆ Obi-Wan i rzuciˆ si© w stron© okna, l za kt¢rym unosiˆ si© w powietrzu robot zab¢jca, w po˜piechu chowaj¥cy liczne chwytaki i manipulatory. Jedi skoczyˆ wprost na ¾aluzje i rozbijaj¥c na kawaˆki tafl© szyby, porwaˆ je ze sob¥. Si©gn¥ˆ po Moc, by wydˆu¾y† lot i pochwyci† korpus wycofuj¥cego si© robota. Automat zacz¥ˆ spada†, lecz jego ukˆad nap©dowy szybko skompensowaˆ zmian© masy i ustabilizowaˆ lot. Maszyna zawisˆa wraz z nieproszonym go˜ciem na wysoko˜ci stu pi©ter nad ziemi¥. A potem odpˆyn©ˆa w dal, unosz¥c Obi-Wana ze sob¥. - Anakinie? - zawoˆaˆa cicho Padm‚. Intensywne spojrzenie jego bˆ©kitnych oczu sprawiˆo, ¾e bezwiednie podci¥gn©ˆa koˆdr© pod sam¥ brod©. - Zostaä tu! - rozkazaˆ Anakin. - Artoo, pilnuj jej! - dodaˆ i pop©dziˆ do drzwi. Omal nie zderzyˆ si© w nich z kapitanem Typhem, dwoma gwardzistami i Dorme'em, kt¢rzy nadbiegali z przeciwka. - Zajmijcie si© ni¥! - zawoˆaˆ i, nie wdaj¥c si© w szczeg¢ˆowe wy- ja˜nienia, biegiem min¥ˆ ochron©, zmierzaj¥c do turbowindy. Robot sonduj¥cy, kt¢ry nie byˆ pozbawiony mechanizm¢w obronnych, raz po raz otaczaˆ pancerz bˆyskawicami wyˆadowaä elektrycznych bole˜nie k¥saj¥cych r©ce Obi-Wana. Rycerz Jedi zacisn¥ˆ z©by. Nie miaˆ wyboru. Wiedziaˆ, ¾e nie powinien patrze† w d¢ˆ, zrobiˆ to jednak i daleko, daleko w dole zobaczyˆ t©tni¥ce ¾yciem ulice miasta. Kolejne mocne wyˆadowanie omal nie posˆaˆo go w d¢ˆ, ku ludzkiemu mrowisku. Jedi si©gn¥ˆ bez zastanowienia do przewodu zasilaj¥cego i wyrwaˆ go mocnym szarpni©ciem. Niebieskawe ˆuki elektryczne znikn©ˆy. Wraz z nimi jednak znikˆo zasilanie ukˆadu nap©dowego, kt¢ry utrzymywaˆ robota w powietrzu. Spadali jak kamienie, a ˜wiatˆa mijanych pi©ter tworzyˆy wok¢ˆ nich rozmazane smugi. - Niedobrze, niedobrze! - powtarzaˆ Obi-Wan, gor¥czkowo pr¢buj¥c wetkn¥† zˆ¥cze mocy na miejsce. Udaˆo mu si© i ˜wiatˆa robota sonduj¥cego ponownie zapˆon©ˆy zˆowieszczym blaskiem. Automat podj¥ˆ przerwany lot, lecz nie pr¢bowaˆ ju¾ pozby† si© wroga, ra¾¥c go pr¥dem, za to nieustannie staraˆ si© strz¥sn¥† z siebie upartego czˆowieka. Anakin nie miaˆ zamiaru czeka† na turbowind©. Wyj¥ˆ miecz i jednym celnym ci©ciem otworzyˆ drzwi. Kabiny nie byˆo. Padawan nie zastanawiaˆ si© nawet, czy pojechaˆa w d¢ˆ, czy te¾ na g¢r©: po prostu skoczyˆ do szybu i zˆapaˆ si© jednej z pionowych szyn. Zaparˆszy si© o ni¥ stop¥, zacz¥ˆ zje¾d¾a† spiralnym ruchem, jednocze˜nie pr¢buj¥c przypomnie† sobie rozkˆad budynku, a szczeg¢lnie to, gdzie znajduj¥ si© gara¾e. Nagle sz¢sty zmysˆ - a mo¾e raczej zakˆ¢cenie Mocy - ostrzegˆ go o zbli¾aj¥cym si© niebezpieczeästwie. - Rany! - wrzasn¥ˆ Anakin, spogl¥daj¥c w d¢ˆ, na kabin© turbowindy mkn¥c¥ wprost na niego. Przylgn¥ˆ do metalowej prowadnicy i skierowaˆ otwart¥ dˆoä ku rozp©dzonej windzie. Posˆaˆ pot©¾n¥ dawk© Mocy, lecz nie po to, by zatrzyma† kabin©, ale po to, by odepchn¥† si© od niej i polecie† w g¢r© szybu. Uni¢sˆ si© wystarczaj¥co szybko, by zmieni† pozycj© i w miar© mi©kko wyl¥dowa† na dachu turbowindy. Znowu si©gn¥ˆ po miecz i wbiˆ ˜wietlist¥ kling© w zamek wˆazu. Nie zwa¾aj¥c na paniczne krzyki pasa¾er¢w, uni¢sˆ klap©, wyˆ¥czyˆ broä i chwyciwszy si© kraw©dzi otworu, z efektownym przewrotem wskoczyˆ do ˜rodka. - Poziom gara¾y? - rzuciˆ pytaj¥co w stron© pary oszoˆomionych senator¢w, Sullustanina i czˆowieka. - Czterdzie˜ci siedem! - odpowiedziaˆ natychmiast wy¾szy. - Za p¢«no - dodaˆ niepozorny Sullustanin, wskazuj¥c na bˆyskawicznie zmieniaj¥ce si© wskazania wy˜wietlacza. - Nast©pny jest na sze˜†dziesi¥tym kt¢rym˜... - zacz¥ˆ senator, ale Anakin nie sˆuchaˆ. Hukn¥ˆ pi©˜ci¥ w klawisz hamulca, a kiedy winda nie stan©ˆa, ponownie skorzystaˆ z Mocy, si©gaj¥c bezpo˜rednio do mechanizm¢w spowalniaj¥cych bieg kabiny i naciskaj¥c na nie z caˆej siˆy. Winda stan©ˆa, jakby uderzyˆa w niewidzialn¥ barier©, a wszyscy trzej pasa¾erowie unie˜li si© w powietrze. L¥dowanie Sullustanina byˆo raczej twarde. Anakin zacz¥ˆ tˆuc pi©˜ci¥ w drzwi i krzycze†, by kto˜ je otworzyˆ. Opanowaˆ si©, czuj¥c na ramieniu czyj¥˜ dˆoä. To wy¾szy z dw¢ch senator¢w uniesionym w g¢r© palcem nakazywaˆ niecierpliwemu Jedi zaczeka†. Pasa¾er wcisn¥ˆ wyra«nie oznaczony klawisz na panelu steruj¥cym i drzwi turbowindy rozsun©ˆy si© posˆusznie. Anakin wzruszyˆ ramionami i u˜miechn¥ˆ si© z zakˆopotaniem, po czym padˆ na podˆog© i wsun¥ˆ si© w szczelin© pod stropem oddzielaj¥cym dwa poziomy korytarza. Biegˆ jak szalony, najpierw w lewo, potem w prawo, nim dostrzegˆ balkon przylegaj¥cy do hangaru maszyn. Pop©dziˆ w jego stron©, przeskoczyˆ przez balustrad© i wyl¥dowaˆ po˜r¢d r¢wno zaparkowanych ˜migaczy. Jeden z nich, ¾¢ˆty, o smukˆym dziobie, byˆ otwarty. Padawan wskoczyˆ do ˜rodka, uruchomiˆ silnik i z ogromn¥ pr©dko˜ci¥ wystartowaˆ z platformy, kieruj¥c maszyn© ku strumieniom pojazd¢w przepˆywaj¥cym po niebie w r¢¾nych kierunkach. Nabieraj¥c wysoko˜ci, zastanawiaˆ si© gor¥czkowo nad tym, dok¥d wˆa˜ciwie powinien lecie†. Po kt¢rej stronie budynku si© znajduje? Gdzie jest okno, przez kt¢re wyskoczyˆ Obi-Wan? Jaki kurs obraˆ umykaj¥cy robot? Rozwa¾ywszy wszystkie mo¾liwo˜ci, uczeä Jedi doszedˆ do wniosku, ¾e tylko dwie rzeczy mog¥ naprowadzi† go na ˜lad nauczyciela: gˆupie szcz©˜cie albo... Padawan zagˆ©biˆ si© w Moc, poszukuj¥c w niej sygnaˆu, kt¢ry m¢gˆ-by zidentyfikowa† jako emanacj© umysˆu swojego mistrza. Zam Weseli oparˆa si© o burt© ˜migacza, niecierpliwie b©bni¥c palcami w r©kawicach o dach starego pojazdu. Miaˆa na gˆowie za du¾y purpurowy heˆm, z w¥skim, prostok¥tnym otworem, przez kt¢ry wida† byˆo jej oczy. Metal zasˆaniaˆ domniemane pi©kno jej twarzy, za to doskonale dopasowany kombinezon podkre˜laˆ ka¾d¥ kr¥gˆo˜† kobiecego ciaˆa. Zam zazwyczaj nie zastanawiaˆa si© nad swoim wygl¥dem; zreszt¥ akurat w tej misji nie miaˆo znaczenia to, czy wyr¢¾nia si© z tˆumu, ale to, ¾e potrafi wtopi† si© weä i znikn¥†. Zdarzaˆy si© jednak i takie zadania, w kt¢rych jej pozornie kobiecy wdzi©k okazywaˆ si© bardzo pomocny: zbli¾aˆa si© wtedy do celu, wykorzystuj¥c oczywist¥ sˆabo˜† m©¾czyzn. Ale tym razem wdzi©k nie m¢gˆ jej pom¢c i Zam dobrze o tym wiedziaˆa. Zlecono jej zamordowanie senator, doskonale strze¾onej przez bezgranicznie oddan¥ gwardi©, kt¢rej czˆonkowie byli gotowi broni† jej jak wˆasnego dziecka. Zam zastanawiaˆa si© nawet, czym ta mˆoda kobieta ˜ci¥gn©ˆa na swoj¥ gˆow© gniew jej zleceniodawc¢w. Jednak jako zawodowy zab¢jca, Zam nie pozwalaˆa sobie na zbyt gˆ©bokie analizowanie takich kwestii. To nie nale¾aˆo do jej obowi¥zk¢w. Nie zamierzaˆa by† stra¾nikiem niczyjej moralno˜ci; nie chciaˆa rozstrzyga† o tym, czy staje si© narz©dziem sprawiedliwo˜ci, czy zbrodni. Byˆa narz©dziem, dziaˆaˆa jak maszyna. Byˆa wykonawc¥ woli swoich pracodawc¢w i niczym wi©cej. Skoro wi©c Jango zleciˆ jej zabicie Amidali, zamierzaˆa to zrobi†, a potem wr¢ci† po zapˆat© i zaj¥† si© nowymi zadaniami. Jej plan byˆ prosty i logiczny. Zam dˆugo nie mogˆa uwierzy†, ¾e ˆadunek wybuchowy, kt¢ry podˆo¾yˆa na l¥dowisku, nie speˆniˆ swego zadania. Wzi©ˆa sobie t© lekcj© do serca - zrozumiaˆa, ¾e nieˆatwo b©dzie obna¾y† i wykorzysta† sˆabo˜ci senator Amidali. Kobieta odmieniec r¥bn©ˆa pi©˜ci¥ w dach ˜migacza. Nie cierpiaˆa tych rzadkich na szcz©˜cie sytuacji, kiedy byˆa zmuszona korzysta† z pomocy robot¢w: bezduszne maszyny pozbawiaˆy j¥ przyjemno˜ci osobistego wykonania zlecenia. Teraz jednak w otoczeniu Amidali pojawili si© Jedi, a Zam Weseli, kt¢ra znaˆa ich tylko z plotek, jako˜ nie miaˆa ochoty wdawa† si© w walk© z kt¢rym˜ z tych fanatyk¢w. Spojrzawszy na czasomierz wbudowany w desk© rozdzielcz¥ ˜migacza, ponuro skin©ˆa gˆow¥. O tej porze zadanie powinno ju¾ by† wykonane. Jadowite kouhuny zostaˆy dostarczone na miejsce, a najmniejsze zadrapanie pokrytym trucizn¥ ¾¥dˆem kt¢rego˜ z nich oznaczaˆo szybk¥ ˜mier† ofiary. Zam wyprostowaˆa si© nagle, tkni©ta niemiˆym przeczuciem. Najpierw usˆyszaˆa krzyk - zaskoczenia lub b¢lu - a kiedy rozejrzaˆa si© dokoˆa, jej ukryte za wizjerem heˆmu oczy rozszerzyˆy si© ze zdumienia. Wpatrywaˆa si© przez chwil© w robota zab¢jc©, kt¢rego osobi˜cie programowaˆa, a kt¢ry teraz kluczyˆ mi©dzy strzelistymi budynkami z m©¾czyzn¥ w szatach Jedi uczepionym jego korpusu. Szybko zapanowaˆa nad strachem i u˜miechn©ˆa si© szeroko, widz¥c, jak automat pr¢buje si© broni†. Rozp©dzony robot sonduj¥cy uderzyˆ w ˜cian© drapacza chmur, nieomal str¥caj¥c upartego Jedi. Kiedy zorientowaˆ si©, ¾e to nie wystarczyˆo, zanurkowaˆ mi©dzy sznury pojazd¢w i ustawiˆ si© za jednym ze ˜migaczy, tu¾ pod otworem wydechowym. Jedi wiˆ si© i szarpaˆ na wszystkie strony, jakim˜ cudem unikaj¥c strumienia gor¥cych gaz¢w. Robot zmieniˆ taktyk©: skr©ciˆ, pr¢buj¥c przelecie† tu¾ nad dachem jednego z budynk¢w. Zam podziwiaˆa to widowisko szeroko otwartymi oczami. Byˆa pod wra¾eniem umiej©tno˜ci rycerza Jedi, kt¢ry nie daˆ si© zmia¾d¾y† o kraw©d« gmachu, ale w ostatniej chwili podci¥gn¥ˆ si© wy¾ej i pocz¥ˆ biec po dachu za sun¥cym szybko robotem. Byˆ naprawd© dobry! Dla pewnej siebie ˆowczyni nagr¢d byˆo bardzo interesuj¥ce widowisko, ale musiaˆa dziaˆa†. Pochyliˆa si© i wyj©ˆa z kabiny ˜migacza dˆugi karabin blasterowy. Wycelowawszy spokojnie, posˆaˆa w powietrze seri© bˆyskawic, kt¢re przemkn©ˆy obok robota i walcz¥cego o ¾ycie Jedi. Zam uniosˆa gˆow© znad celownika, zszokowana faktem, i¾ przeciwnik zdoˆaˆ jakim˜ cudem unikn¥† strzaˆ¢w lub - jak podejrzewaˆa - odbi† je, u¾ywaj¥c mocy Jedi. - Spr¢buj zablokowa† co˜ takiego - mrukn©ˆa ˆowczyni, unosz¥c karabin po raz drugi. Wymierzyˆa w pier˜ m©¾czyzny, lecz po namy˜le uniosˆa nieco luf© i nacisn©ˆa spust. Robot sonduj¥cy eksplodowaˆ. Jedi run¥ˆ w d¢ˆ i znikn¥ˆ z celownika. Zam westchn©ˆa cicho i wzruszyˆa ramionami przekonana, ¾e warto byˆo po˜wi©ci† automat dla takiego widowiska. A tak¾e dla zwyci©stwa, pomy˜laˆa z nadziej¥. Je¾eli pani senator Amidala le¾y teraz martwa, to cena robota byˆa zaiste nic nieznacz¥c¥ kwot¥; honorarium, kt¢re obiecano ˆowczyni za wykonanie zlecenia, przekraczaˆo jej naj˜mielsze marzenia. Kobieta odmieniec wsun©ˆa karabin do kabiny ˜migacza, sama za˜ pochyliˆa si© nisko i w˜lizgn©ˆa na fotel pilota, by czym pr©dzej znale«† si© na ruchliwych szlakach komunikacyjnych Coruscant. Obi-Wan spadaˆ i krzyczaˆ. Dziesi©† pi©ter. Dwadzie˜cia. Tym razem w repertuarze sztuczek rycerza Jedi nie byˆo ani jednej, kt¢ra byˆaby przydatna w takiej sytuacji. Mistrz rozgl¥daˆ si© bezradnie, lecz nie dostrzegˆ w pobli¾u niczego, czego m¢gˆby si© zˆapa†; ¾adnego tarasu czy cho†by solidnego gzymsu. Tylko pi©†set pi©ter dziel¥cych go od ziemi. Pr¢bowaˆ zapanowa† nad strachem, zatopi† si© w Mocy i z godno˜ci¥ przyj¥† nieuchronny koniec. I wtedy wˆa˜nie tu¾ obok niego pojawiˆ si© ˜migacz, a tu¾ nad jego burt¥ - zuchwale u˜miechni©ta twarz niepokornego padawana. Obi-Wan Kenobi nie przypominaˆ sobie, by kiedykolwiek tak si© ucieszyˆ na widok jakiejkolwiek istoty. - Autostopowicze zwykle ustawiaj¥ si© na platformach - poinformowaˆ go Anakin, manewruj¥c pojazdem tak, by Obi-Wan m¢gˆ chwyci† si© karoserii. - Cho†, oczywi˜cie, nowatorskie posuni©cia przyci¥gaj¥ uwag© pilot¢w. Obi-Wan byˆ zbyt zaj©ty wpeˆzaniem na fotel pasa¾era, by odci¥† si© uczniowi. Wreszcie udaˆo mu si© usi¥˜† obok Anakina. - Omal ci© nie straciˆem - zauwa¾yˆ padawan. - ½artujesz. Co zaj©ˆo ci tyle czasu? Anakin przybraˆ niedbaˆ¥ poz©, opieraj¥c lewe rami© na kraw©dzi drzwi otwartego ˜migacza. - Wiesz, mistrzu - odezwaˆ si© beztrosko - jako˜ nie mogˆem znale«† odpowiedniej maszyny. Potrzebowaˆem takiej z otwart¥ kabin¥, a przy tym dostatecznie szybkiej, by dop©dzi† tw¢j niezwykˆy pojazd. Poza tym musiaˆem dobra† odpowiedni kolor... Tam! wykrzykn¥ˆ nagle Obi-Wan, wskazuj¥c r©k¥ na ˜migacz z zamkni©t¥ kabin¥, przy kt¢rym chwil© wcze˜niej widziaˆ tajemniczego zab¢jc© z karabinem. Stara maszyna sun©ˆa nieco wy¾ej i Anakin musiaˆ mocno poci¥gn¥† za ster i dr¥¾ek, by ruszy† w po˜cig. Niemal natychmiast z okna uciekaj¥cego pojazdu wysun©ˆa si© r©ka z pistoletem blasterowym, kt¢rego lufa kilkakrotnie wypluˆa ogieä. - Gdyby˜ po˜wi©caˆ tyle samo czasu na †wiczenia z mieczem, ile sp©dzasz na ostrzeniu dowcipu, dor¢wnaˆby˜ Mistrzowi Yodzie w sztuce fechtunku, mˆody padawanie! - rzuciˆ zgry«liwie Obi-Wan miotany na wszystkie strony w rytmie unik¢w, kt¢re pr¢bowaˆ wykonywa† Anakin. - Zdawaˆo mi si©, ¾e ju¾ mu dor¢wnaˆem. - Tylko w my˜lach, m¢j bardzo mˆody padawanie - odparowaˆ Kenobi. Zaraz potem krzykn¥ˆ i pochyliˆ si© odruchowo, gdy ˜migacz przeci¥ˆ zatˆoczon¥ tras©, omal nie zderzaj¥c si© z kilkoma pojazdami. - Uwa¾aj! Zwolnij troch©! Przecie¾ wiesz, ¾e nie lubi©, kiedy tak robisz! - Przepraszam, mistrzu, zapomniaˆem, ¾e nie przepadasz za lataniem! - odkrzykn¥ˆ Anakin. Ostatnie sˆowo wypowiedziaˆ znacznie wy¾szym tonem, gdy¾ dokˆadnie w tym momencie prowadzona jego r©k¥ maszyna zanurkowaˆa gwaˆtownie, unikaj¥c ostrzaˆu upartego ˆowcy nagr¢d. - Nie mam nic przeciwko lataniu - wyksztusiˆ Obi-Wan. - Ale to, co teraz robisz, to nie lot, tylko samob¢jstwo! - ½oˆ¥dek podszedˆ mu do gardˆa, kiedy padawan ˜ci¥gn¥ˆ stery w prawo i pchn¥ˆ w d¢ˆ, przyspieszaj¥c lot maszyny, by po chwili przemkn¥† przez kolejny szlak powietrzny i szarpni©ciem ster¢w w lewo i do siebie wr¢ci† na poprzedni kurs - tylko po to, ¾eby znowu znale«† si© w polu ostrzaˆu. Nagle uciekaj¥cy pojazd skr©ciˆ gwaˆtownie, a obaj Jedi jak na komend© wybaˆuszyli oczy i wrzasn©li dziko, widz¥c p©dz¥cy wprost na nich poci¥g powietrzny. Obi-Wan znowu poczuˆ gorycz w ustach, lecz i tym razem Anakin zdoˆaˆ unikn¥† zderzenia. Kenobi zerkn¥ˆ na padawana i stwierdziˆ, ¾e mˆodzieniec stara si© sprawia† wra¾enie spokojnego, wr©cz rozlu«nionego. - Mistrzu, przecie¾ wiesz, ¾e umiaˆem lata†, zanim nauczyˆem si© chodzi† - odezwaˆ si© Skywalker, u˜miechaj¥c si© chytrze. Jestem w tym naprawd© dobry. - Zwolnij troch© - poleciˆ mu w odpowiedzi Obi-Wan, gˆosem sugeruj¥cym jednoznacznie, ¾e znamienity rycerz Jedi za chwil© zwymiotuje. Anakin zignorowaˆ rozkaz. Przyspieszyˆ nawet, kontynuuj¥c po˜cig za zab¢jc¥ sun¥cym teraz w stron© rzeki powietrznych ci©¾ar¢wek. —migacz kluczyˆ dokoˆa, mijaj¥c wielkie maszyny i manewruj¥c wok¢ˆ olbrzymich budowli, a przy tym uparcie trzymaj¥c si© na ogonie uciekaj¥cego pojazdu. W koäcu padawan zadarˆ dzi¢b maszyny, kieruj¥c j¥ w g¢r© wzdˆu¾ ˜ciany smukˆego gmachu. - Nie zgubi mnie - o˜wiadczyˆ dumnie. - Jest coraz bardziej zdesperowany. - To ˜wietnie - odparˆ drwi¥co Obi-Wan. - Zaczekaj... - dodaˆ po chwili, gdy ˜migacz znalazˆ si© na wprost tunelu. - Nie wlatuj tam! Lecz Anakin wˆa˜nie to zrobiˆ, tylko po to, by niemal natychmiast zawr¢ci†, umykaj¥c przed olbrzymim poci¥giem. Okrzyk trwogi w wykonaniu Obi-Wana nie ust©powaˆ moc¥ d«wi©kowi ostrzegawczej syreny rozp©dzonego kolosa. - Przecie¾ wiesz, ¾e nie cierpi©, kiedy to robisz! - Przepraszam, mistrzu - odpowiedziaˆ bez przekonania padawan. - nie martw si©. Go˜† zabije si© lada chwila. - Wi©c pozw¢l mu zgin¥† samotnie! - warkn¥ˆ rozsierdzony Kenobi. Przez moment obserwowali, jak ˜migacz zab¢jcy wciska si© mi©dzy sznury pojazd¢w, a potem wˆ¥cza w jeden z nich, mkn¥c pod pr¥d. Anakin bez zastanowienia skierowaˆ maszyn© jego ˜ladem. Oba ˜migacze kluczyˆy w˜ciekle, przy czym z pojazdu zab¢jcy raz po raz padaˆy blasterowe strzaˆy. Nagle pojazd przyspieszyˆ, wystrzeliˆ ˜wiec¥ ku g¢rze i wywin¥ˆ p©tl©. Zam Weseli znalazˆa si© tu¾ za plecami dw¢ch Jedi. - —wietny ruch - pogratulowaˆ Anakin. - Ale ja te¾ mam co˜ dla ciebie - dodaˆ, z caˆych siˆ naciskaj¥c hamulec i odwracaj¥c ci¥g silnik¢w. Nieprzyjacielska maszyna sprawnie powt¢rzyˆa ten manewr i w okamgnieniu zawisˆa burta w burt© z ¾¢ˆtym ˜migaczem. Zamaskowany zab¢jca wymierzyˆ w Obi-Wana. - Co ty wyprawiasz?! - krzykn¥ˆ Kenobi. - Zaraz mnie zabije! - Racja - zgodziˆ si© Anakin, gor¥czkowo manipuluj¥c sterami. - o nie byˆ dobry pomysˆ. - Miˆo, ¾e zauwa¾yˆe˜ - mrukn¥ˆ skulony w fotelu Mistrz Jedi. Zaraz potem jego ciaˆo podskoczyˆo bezwˆadnie, gdy pojazd opadˆ gwaˆtownie i skr©ciˆ tak, by znale«† si© tu¾ pod "brzuchem" drugiej maszyny. - Teraz nie b©dzie do nas strzelaˆ - oznajmiˆ z dum¥ padawan. Jego rado˜† nie trwaˆa jednak dˆugo: przeciwnik natychmiast zrozumiaˆ now¥ taktyk© Jedi i skr©ciˆ gwaˆtownie, wyskakuj¥c ze strumienia pojazd¢w w kierunku najbli¾szego budynku. Mkn¥ˆ pod takim k¥tem, by przelecie† tu¾ nad kraw©dzi¥ dachu. Obi-Wan chciaˆ wykrzykn¥† imi© Anakina, ale wyksztusiˆ tylko: "Ananananana". Ich pojazd z zadartym dziobem przemkn¥ˆ nad budynkiem... i znalazˆ si© pod kadˆubem ogromnego statku, wolno obni¾aj¥cego puˆap lotu. - L¥duje! - wrzasn¥ˆ Obi-Wan. - Na nas! - dodaˆ zdesperowany, widz¥c, ¾e Anakin nie reaguje dostatecznie szybko. Padawan szarpn¥ˆ sterami, kieruj¥c maszyn¥ w bok, ˜cinaj¥c wieäcz¥cy budynek maszt i zrywaj¥c flag©. - Zdejmij to - odezwaˆ si© spokojnie chˆopak, ruchem gˆowy wskazuj¥c na strz©py sukna, kt¢re przyczepiˆy si© do obudowy wlot¢w powietrza. - Co? - Zdejmij flag©! Pr©dzej; tracimy moc! Mrucz¥c pod nosem, Obi-Wan wypeˆzˆ z kabiny i niezgrabnie wsun¥ˆ si© na przedni¥ mask© pojazdu. Wyci¥gn¥ˆ r©k© i zdarˆ poszarpany materiaˆ, a wtedy ˜migacz skoczyˆ naprz¢d, nieomal str¥caj¥c go na ziemi©. - Nie r¢b tak! - rykn¥ˆ Kenobi. - Nie cierpi© tego! - Przepraszam, mistrzu. - Leci w stron© elektrowni. Uwa¾aj. Nie le† za blisko zˆ¥cz mocy, to niebezpieczne. Anakin min¥ˆ jedno ze zˆ¥cz. W tym samym momencie pot©¾ne wyˆadowanie elektryczne przeci©ˆo powietrze tu¾ obok ˜migacza. - Zwolnij! - zakomenderowaˆ Obi-Wan. - Zwolnij! Nie le† tam! Ale Anakin ju¾ to zrobiˆ, szarpi¥c sterami to w prawo, to w lewo. - Co ty wyprawiasz?! - Przepraszam, mistrzu! Dokoˆa pojawiaˆo si© coraz wi©cej wyˆadowaä. Pojazd kluczyˆ w szaleäczym taäcu, nim wreszcie bezpiecznie min¥ˆ rz©dy przeka«nik¢w. - No, to byˆo dobre - przyznaˆ Obi-Wan. - To byˆo szaleästwo - odparˆ dr¾¥cym gˆosem Anakin. Mistrz Jedi spojrzaˆ na niego z ukosa. Widz¥c bladozielonkaw¥ twarz ucznia, j©kn¥ˆ cicho i ukryˆ twarz w dˆoniach. - Teraz go mamy! - krzykn¥ˆ triumfalnie Anakin. —migacz zab¢jcy znikaˆ wˆa˜nie w w¥skim prze˜wicie mi©dzy dwoma gmachami. Anakin pomkn¥ˆ za nim, lecz tu¾ za zakr©tem przekonaˆ si©, ¾e leci wprost na pojazd zaparkowany w poprzek prze˜witu, a z jego kabiny wychyla si© posta† z karabinem blasterowym. - A niech to - j©kn¥ˆ. - St¢j! - zawoˆaˆ Obi-Wan i w tej samej chwili obaj pochylili si© nisko pod jaskrawymi smugami laserowych strzaˆ¢w. - Nie, uda si© nam przelecie†! - odkrzykn¥ˆ Anakin, otwieraj¥c szerzej przepustnic©. —migacz Jedi przemkn¥ˆ tu¾ pod maszyn¥ Zam i skr©ciˆ gwaˆtownie w stron© niedu¾ego otworu w ˜cianie budynku. W ˜rodku znajdowaˆa si© pl¥tanina rur. Pojazd przechyliˆ si© i nawr¢ciˆ w peˆnym p©dzie, mijaj¥c o wˆos pot©¾ny d«wig i zahaczaj¥c ogonem o kilka wspornik¢w. z uszkodzonej konstrukcji buchn©ˆa wielka kula pˆon¥cego gazu, kt¢ra omal nie strawiˆa ¾¢ˆtego ˜migacza. Pojazd zacz¥ˆ wirowa†, z impetem uderzyˆ o s¥siedni¥ budowl© i wreszcie znieruchomiaˆ. Anakin skrzywiˆ si©, spodziewaj¥c si© ostrej reprymendy, ale kiedy po chwili odwa¾yˆ si© spojrze† na Obi-Wana, stwierdziˆ, ¾e Mistrz Jedi siedzi nieruchomo, patrz¥c przed siebie szeroko otwartymi oczami i monotonnym gˆosem powtarza: - Zwariowaˆem, zwariowaˆem, zwariowaˆem... - Przecie¾ si© udaˆo - zauwa¾yˆ nie˜miaˆo Anakin. - Nie, nie udaˆo si©! - rykn¥ˆ Obi-Wan. - Jeste˜my unieruchomieni, a ty omal nas nie zabiˆe˜! Anakin spu˜ciˆ gˆow©, spojrzaˆ na swoje dˆonie i niespokojnie poruszyˆ palcami. Zdaje si©, ¾e jeszcze ¾yjemy - powiedziaˆ, szczerz¥c z©by w u˜miechu, w nadziei, ¾e uda mu si© rozbroi† rozw˜cieczonego mistrza. Ale Obi-Wan wci¥¾ wygl¥daˆ tak, jakby za chwil© miaˆ eksplodowa†. - To byˆa czysta gˆupota! - zagrzmiaˆ. Anakin gor¥czkowo pr¢bowaˆ uruchomi† nap©d ˜migacza. - Ale mogˆo si© uda† - zaprotestowaˆ. U˜miechn¥ˆ si© pewniej, gdy silnik z rykiem obudziˆ si© do ¾ycia. - Nie, nie mogˆo! A w dodatku zgubili˜my go! Nim przebrzmiaˆy sˆowa Obi-Wana, z nieba sypn©ˆa si© seria bˆyskawic. Jedi zadarli gˆowy i ujrzeli znikaj¥cy za szczytem budynku ˜migacz zab¢jcy. - Nie zgubili˜my - odparˆ z u˜miechem Anakin, ruszaj¥c z miejsca tak energicznie, ¾e przyspieszenie wgniotˆo ich w mi©kkie fotele. Obi-Wan wychyliˆ si© na zewn¥trz, by ugasi† maˆe pˆomienie, kt¢re peˆzaˆy po obudowie maszyny. Znowu ˜cigali zab¢jc¥, przecinaj¥c starannie wytyczone szlaki powietrzne i raz po raz unikaj¥c zderzenia z innymi pojazdami. Wreszcie nieprzyjaciel nabraˆ wysoko˜ci i uskoczyˆ w lewo, mi©dzy dwa gmachy. Anakin zareagowaˆ natychmiast, kieruj¥c pojazd w prawo i nieco wy¾ej. - Co robisz? - spytaˆ zaskoczony Obi-Wan. - Nie widziaˆe˜, dok¥d poleciaˆ? - To jest skr¢t. Mam nadziej©. - Jak to "masz nadziej©"? Jaki "skr¢t"? Przecie¾ tamten skr©ciˆ w przeciwn¥ stron©! Znowu go zgubiˆe˜! - Mistrzu, je˜li pozwolimy, ¾eby ten po˜cig potrwaˆ dˆu¾ej, ten ˆajdak w koäcu si© rozbije. - Anakin pr¢bowaˆ zachowa† spok¢j. - Je˜li mam by† szczery, wolaˆbym raczej zˆapa† go i dowiedzie† si©, dla kogo pracuj e. - Ach tak - wycedziˆ Obi-Wan, gˆosem wprost ociekaj¥cym sarkazmem. - dlatego polecieli˜my w zˆ¥ stron©. Anakin wzni¢sˆ maszyn© jeszcze wy¾ej, zawr¢ciˆ i zawiesiˆ j¥ nieruchomo w powietrzu, mniej wi©cej pi©†dziesi¥t pi©ter nad poziomem ulic. - Zgubiˆe˜ go i tyle - orzekˆ Obi-Wan. - Strasznie mi przykro, mistrzu - odpowiedziaˆ Anakin nieszczerze, jakby zale¾aˆo mu tylko na tym, by wreszcie uci¥† narzekania mistrza. Jedi spojrzaˆ na niego twardo, got¢w upomnie† go surowo, ale nie odezwaˆ si©, poniewa¾ zauwa¾yˆ, ¾e skoncentrowany mˆodzieniec liczy co˜, bezgˆo˜nie poruszaj¥c ustami. - Przepraszam na chwil© rzekˆ padawan. A potem wstaˆ i na oczach wstrz¥˜ni©tego Obi-Wana po prostu wysiadˆ ze ˜migacza. Kenobi wychyliˆ si© za burt© w chwili, gdy Anakin l¥dowaˆ pi©† pi©ter ni¾ej, na dachu znajomo wygl¥daj¥cego pojazdu. - Nie znosz©, kiedy robi co˜ takiego - mrukn¥ˆ z niedowierzaniem Obi-Wan, kr©c¥c gˆow¥. Zam Weseli prowadziˆa maszyn© w pobli¾u ˜cian budynk¢w, unikaj¥c zatˆoczonych tras. Chocia¾ nie byˆa pewna, czy robot zab¢jca wykonaˆ swoje zadanie, humor i tak jej dopisywaˆ: przed chwil¥ udaˆo jej si© przechytrzy† dw¢ch rycerzy Jedi. Nagle jej ˜migacz zatrz¥sˆ si© od pot©¾nego uderzenia. W pierwszej chwili s¥dziˆa, ¾e to strzaˆ z blastera, ale wskazania przyrz¥d¢w zdradziˆy natur© "pocisku". Wiedziaˆa, kto m¢gˆ wyl¥dowa† na dachu pojazdu. Zam zamkn©ˆa przepustnic©, a potem otworzyˆa j¥ do maksimum. —migacz szarpn¥ˆ gwaˆtownie do przodu, a nagˆe przyspieszenie omal nie str¥ciˆo Anakina. O maˆo nie zjechaˆ na ogon pojazdu, ale mocno trzymaˆ si© pancerza i - ku w˜ciekˆo˜ci Zam - zacz¥ˆ peˆzn¥† w kierunku kabiny. �owczyni parskn©ˆa drwi¥co, a potem hukn©ˆa obcasem w hamulec, tak, ¾e padawan przeleciaˆ nad kabin¥. Zdoˆaˆ jednak chwyci† si© przedniego zawieszenia i nie zamierzaˆ go puszcza†. Zam znowu przyspieszyˆa i si©gn©ˆa po pistolet blasterowy, by posˆa† w stron© Anakina seri© ˜mierciono˜nych bˆyskawic. Mierzyˆa jednak pod zˆym k¥tem - nie trafiˆa ani razu, a padawan wytrwale peˆzˆ w stron© kabiny, nie zwa¾aj¥c na coraz bardziej gwaˆtowne manewry pojazdu. Zam zdekoncentrowaˆa si© na moment i jej twarz na uˆamek sekundy powr¢ciˆa do zwykˆej formy, wˆa˜ciwej samicom Clawdite. �owczyni nagr¢d zakl©ˆa cicho i skierowaˆa ˜migacz ku zatˆoczonym szlakom, my˜l¥c intensywnie, w jaki spos¢b pozby† si© upartego Jedi. Znowu wprowadziˆa maszyn© w seri© najdzikszych manewr¢w, jakie przyszˆy jej do gˆowy, pomaˆu dochodz¥c do wniosku, ¾e najlepiej b©dzie zbli¾y† si© do kt¢rego˜ z wi©kszych pojazd¢w i po prostu uw©dzi† natr©ta w chmurze gaz¢w z otwor¢w wydechowych. I wˆa˜nie kiedy miaˆa wcieli† w ¾ycie sw¢j plan, rozpalone, bˆ©kitne ostrze energetyczne przebiˆo dach ˜migacza i wbiˆo si© w fotel tu¾ obok niej. Spojrzawszy w g¢r©, przekonaˆa si©, ¾e nieust©pliwy Jedi zaczyna wycina† dziur© w poszyciu. Oddaˆa w jego stron© kilka strzaˆ¢w i wreszcie z ulg¥ zauwa¾yˆa, ¾e wytr¥ciˆa miecz z dˆoni napastnika, cho†, niestety, nie byˆa pewna, czy w ˜lad za broni¥ pod¥¾yˆ tak¾e jej wˆa˜ciciel. Obi-Wan dojrzaˆ wreszcie umykaj¥cy ˜migacz Zam oraz Anakina pr¢buj¥cego utrzyma† si© na dachu w momencie gdy z dˆoni tamtego wypadaˆ miecz ˜wietlny. Mistrz pokr©ciˆ gˆow¥ i skierowaˆ ¾¢ˆty pojazd kursem przechwytuj¥cym ku widocznej w dole ulicy. Kiedy Anakin wcisn¥ˆ r©k© przez otw¢r w dachu, Zam natychmiast wymierzyˆa w jego stron© z pistoletu. Padawan nawet nie pr¢bowaˆ jej chwyci†; po prostu otworzyˆ pi©˜†, a wtedy, nim ˆowczyni zd¥¾yˆa wypali†, niewidzialna siˆa wyrwaˆa jej broä i wcisn©ˆa j¥ w dˆoä Jedi. - Nie! - krzykn©ˆa zdumiona Zam i obr¢ciˆa si© na fotelu pilota, puszczaj¥c przyrz¥dy sterownicze, by obur¥cz pochwyci† pistolet. Walka o broä w coraz mniej stabilnym ˜migaczu trwaˆa do chwili, w kt¢rej przypadkowy strzaˆ przebiˆ podˆog© i rozerwaˆ przewody ukˆadu sterowniczego. Teraz sterowanie kozioˆkuj¥cym pojazdem byˆo ju¾ niemo¾liwe. Zam szybko rzuciˆa si© do przyrz¥d¢w kontrolnych, ale jej wysiˆki byˆy daremne. —migacz wszedˆ w lot nurkowy i spiralnym kursem poni¢sˆ krzycz¥cych z przera¾enia pasa¾er¢w w stron© kanionu ulicy. Wreszcie, w ostatniej chwili, Zam dokonaˆa niemo¾liwego: udaˆo jej si© zapanowa† nad pojazdem na tyle, by zmieni† czoˆowe zderzenie z dziurawym chodnikiem w podˆej dzielnicy Coruscant w dˆugi po˜lizg, kt¢ry skrzesaˆ iskry z metalowego brzucha ˜migacza. Wrak zatrzymaˆ si© gwaˆtownie na kraw©¾niku, Anakin za˜ szerokim ˆukiem poleciaˆ w powietrze i przekozioˆkowaˆ po brudnym trotuarze. Kiedy si© zatrzymaˆ, zobaczyˆ zab¢jczyni© wyskakuj¥c¥ ze ˜migacza i znikaj¥c¥ w gˆ©bi ulicy. Zerwaˆ si© na r¢wne nogi i pognaˆ za ni¥. Bryzgi bˆota z kaˆu¾y, w kt¢r¥ wdepn¥ˆ, ocuciˆy go nieco i u˜wiadomiˆ sobie, gdzie si© znalazˆ; trafiˆ do podziemi Coruscant, na brudne i cuchn¥ce ulice. Zwolniˆ - ˆowczyni nagr¢d i tak znikn©ˆa mu z oczu - rozejrzaˆ si© ciekawie, dostrzegaj¥c w p¢ˆmroku sylwetki podejrzanych indywidu¢w, w wi©kszo˜ci nale¾¥cych do obcych ras. Padawan skrzywiˆ si© z niesmakiem i niedowierzaniem, widz¥c siedz¥cych tu i ¢wdzie ¾ebrak¢w. Szybko jednak otrz¥sn¥ˆ si© z zaskoczenia, przypominaj¥c sobie, dlaczego znalazˆ si© w tym dziwnym miejscu, a tak¾e o Padm‚ i gro¾¥cym jej niebezpieczeästwie. To pobudziˆo go do dziaˆania, pu˜ciˆ si© wi©c biegiem po zdewastowanym chodniku i po chwili znowu zobaczyˆ sylwetk© zab¢jczym, kt¢ra wˆa˜nie pr¢bowaˆa wmiesza† si© w tˆum odra¾aj¥cych osobnik¢w. Anakin zacz¥ˆ rozpycha† si© w g©stej ci¾bie, ale nie byˆ w stanie nad¥¾y† za uciekaj¥c¥. Miaˆ jednak szcz©˜cie; jeszcze raz udaˆo mu si© wypatrzy† heˆm ˆowczyni nagr¢d, dokˆadnie w chwili, gdy znikaˆa w drzwiach budynku. Padawan dotarˆ do miejsca, w kt¢rym straciˆ j¥ z oczu i zadarˆ gˆow©, by przyjrze† si© neonowi zapraszaj¥cemu do jaskini hazardu. Niezniech©cony, skierowaˆ si© w stron© drzwi wej˜ciowych, lecz w p¢ˆ drogi zatrzymaˆ go znajomy gˆos mistrza. ½¢ˆty ˜migacz l¥dowaˆ wˆa˜nie po przeciwnej stronie ulicy. - Anakinie! - powt¢rzyˆ Obi-Wan, id¥c w kierunku ucznia. Miaˆ w r©ce jego miecz. - Weszˆa do tego klubu, mistrzu! Kenobi uni¢sˆ r©k© w uspokajaj¥cym ge˜cie, nie zauwa¾aj¥c nawet, ¾e m¢wi¥c o umykaj¥cym zab¢jcy, padawan u¾yˆ ¾eäskiej formy. - Cierpliwo˜ci - rzekˆ. - U¾yj Mocy, Anakinie. Pomy˜l. - Przepraszam, mistrzu. - Wszedˆ tam po to, ¾eby si© ukry†; nie po to, ¾eby ucieka†. - Tak, mistrzu. Obi-Wan skin¥ˆ mieczem w stron© mˆodzieäca. - Nast©pnym razem postaraj si© go nie zgubi†. - Przepraszam, mistrzu. Kiedy Anakin wyci¥gn¥ˆ r©k© po swoj¥ broä, Obi-Wan spojrzaˆ surowo w oczy padawana i schowaˆ miecz za siebie. - Miecz ˜wietlny jest najcenniejszym przedmiotem, jaki posiada rycerz Jedi. - Tak, mistrzu. - Anakin ponownie si©gn¥ˆ po broä, a Obi-Wan i tym razem mu jej nie oddaˆ. Nie spuszczaˆ wzroku z twarzy ucznia. - Jedi musi mie† go przy sobie w ka¾dej sytuacji. - Wiem, mistrzu - odparˆ Anakin lekko rozdra¾niony. - Ta broä jest twoim ¾yciem. - Sˆyszaˆem ju¾ to. - Wzrok Obi-Wana zˆagodniaˆ. Mistrz podaˆ padawanowi miecz, a ten bez sˆowa przypi¥ˆ broä do pasa. - Ale niczego si© nie nauczyˆe˜, Anakinie - odrzekˆ po chwili Jedi, odwracaj¥c si© wolno. - Staram si©, mistrzu. Obi-Wan wyczuˆ w jego gˆosie szczero˜† i mo¾e odrobin© ¾alu, kt¢re przypomniaˆy mu o tym, w jak skomplikowanych okoliczno˜ciach maˆy Anakin doˆ¥czyˆ do Zakonu. Skywalker byˆ na to zdecydowanie za du¾y - miaˆ prawie dziesi©† lat - lecz mimo to Mistrz Qui-Gon wzi¥ˆ go na swego ucznia, nie zwa¾aj¥c na sprzeciw Rady. Mistrz Yoda od pocz¥tku przeczuwaˆ, ¾e Anakin Skywalker mo¾e by† gro«ny; chˆopiec dysponowaˆ najwi©kszym potencjaˆem Mocy, jaki kiedykolwiek odkryto u ¾ywej istoty. Z drugiej jednak strony, nauk© w Zakonie Jedi nale¾aˆo podejmowa† znacznie wcze˜niej. Moc byˆa nazbyt pot©¾nym narz©dziem - a mo¾e wˆa˜nie nie byˆa narz©dziem, i na tym polegaˆ caˆy problem. Tylko nierozwa¾ny Jedi m¢gˆ traktowa† Moc jako narz©dzie, jako ˜rodek do realizacji wˆasnych cel¢w. Dla prawdziwego rycerza byˆa partnerem zmierzaj¥cym podobnym kursem, ˜cie¾k¥ do rzeczywistej harmonii i peˆnego zrozumienia. Kiedy Qui-Gon zgin¥ˆ z r¥k Lorda Sith¢w, Rada Jedi zrewidowaˆa swoj¥ decyzj© co do mˆodego Anakina, powierzaj¥c go opiece Obi-Wana, kt¢ry dzi©ki temu m¢gˆ bez przeszk¢d speˆni† obietnic© dan¥ konaj¥cemu mistrzowi. Prawd¥ jednak byˆo i to, ¾e przyw¢dcy Zakonu uczynili to niech©tnie. Yoda sprawiaˆ przy tym wra¾enie zrezygnowanego, jakby wydarzenia potoczyˆy si© ku rozwi¥zaniu nieuniknionemu, a niepo¾¥danemu czy cho†by zadowalaj¥cemu. Nie cichˆy te¾ szeptane pogl¥dy, jakoby Anakin byˆ Wybraäcem - tym, kt¢ry przywr¢ci r¢wnowag© Mocy. Obi-Wan nie byˆ pewien, co to mo¾e oznacza†, ale my˜laˆ o tej sprawie z odrobin¥ l©ku. Spojrzaˆ na Anakina, kt¢ry staˆ przy nim cierpliwie, jak uczeä z pokor¥ przyjmuj¥cy sˆowa mistrza. Zachowanie mˆodzieäca podniosˆo Kenobiego na duchu. Tak, ten zuchwaˆy i uparty padawan zdecydowanie daˆ si© lubi†. Obi-Wan ukryˆ u˜miech tylko dlatego, ¾e nie chciaˆ, by Anakin poczuˆ si© zbyt ˆatwo rozgrzeszony za brak rozs¥dku i zgubienie miecza. Zakaszlaˆ lekko, staraj¥c si© ukry† chichot. Przecie¾ nie tak dawno on sam wyskoczyˆ przez okno dobrych sto pi©ter ponad ulicami Coruscant. Mistrz Jedi pierwszy wszedˆ do szulerni. W zadymionym wn©trzu kˆ©biˆ si© spory tˆum ludzi i obcych popijaj¥cych drinki najrozmaitszych kolor¢w i przez fajki o wymy˜lnych ksztaˆtach wdychaj¥cych opary egzotycznych ro˜lin. Pod szatami wielu go˜ci wida† byˆo wypukˆo˜† sugeruj¥c¥ ukryt¥ broä. Rozejrzawszy si© dokoˆa, Jedi poj©li, ¾e w tym lokalu ka¾dy mo¾e by† ich wrogiem. - Dlaczego mam przeczucie, ¾e ty mnie kiedy˜ wykoäczysz? - mrukn¥ˆ Obi-Wan, wracaj¥c do przerwanej rozmowy. - Nie m¢w tak, mistrzu - zaoponowaˆ Anakin z powag¥, kt¢ra zaskoczyˆa Kenobiego. - Jeste˜ dla mnie jak ojciec. Kocham ci© i nigdy nie sprawiˆbym ci b¢lu. - Wi©c dlaczego mnie nie sˆuchasz? - B©d© sˆuchaˆ - odrzekˆ gorliwie Anakin. - Poprawi© si©. Obiecuj©. Obi-Wan skin¥ˆ gˆow¥ i raz jeszcze rozejrzaˆ si© po sali. - Widzisz go gdzie˜? - To "ona", mistrzu. - W takim razie b¥d« ostro¾ny - odparˆ Kenobi, parskaj¥c cichym ˜miechem. - Poza tym to chyba odmieniec - dodaˆ Anakin. Obi-Wan skin¥ˆ gˆow¥ w stron© tˆumu miˆo˜nik¢w hazardu. - Id«, znajd« j¥ - poleciˆ, po czym ruszyˆ w przeciwn¥ stron©. - Dok¥d to, mistrzu? - Id© si© napi† - padˆa kr¢tka odpowied«. Anakin zamrugaˆ ze zdziwienia, obserwuj¥c nauczyciela, kt¢ry zacz¥ˆ przepycha† si© w stron© baru. Chciaˆ ruszy† za nim, by zada† jeszcze kilka pytaä, ale przypomniaˆ sobie bur©, kt¢r¥ otrzymaˆ przed paro-la minutami oraz obietnic© poprawy i posˆuszeästwa. Odwr¢ciˆ si© i wszedˆ w tˆum, pr¢buj¥c nie zwraca† uwagi na podejrzliwe lub otwarcie wrogie spojrzenia go˜ci szulerni. Stan¥wszy przy barze, Obi-Wan k¥tem oka obserwowaˆ przez chwil© swojego ucznia. Potem daˆ znak barmanowi i z uwag¥ przygl¥daˆ si©, pak ten stawia przed nim pust¥ szklank© i nalewa do niej bursztynowy - Kupisz pan dziaˆk© igieˆek ˜mierci? - odezwaˆ si© z boku czyj˜ gardˆowy gˆos. Obi-Wan nie odwr¢ciˆ si© nawet, by spojrze† na typa z czarn¥ czupryn¥, z kt¢rej sterczaˆy dwie antenki podobne do skr©conych rog¢w. - Nikt nie ma lepszych igieˆek ˜mierci ni¾ Elan Sleazebaggano - dodaˆ handlarz, u˜miechaj¥c si© zˆowieszczo. - Nie chcesz mi sprzeda† igieˆek ˜mierci - odparˆ chˆodno Jedi, wykonuj¥c dyskretny ruch palcami i wzmacniaj¥c sˆowa pot©g¥ Mocy. - Nie chc© ci sprzeda† igieˆek ˜mierci - powt¢rzyˆ posˆusznie Elan Sleazebaggano. - Chcesz p¢j˜† do domu i zastanowi† si© nad swoim ¾yciem. - Chc© p¢j˜† do domu i zastanowi† si© nad swoim ¾yciem - zgodziˆ si© potulnie Elan, po czym odwr¢ciˆ si© i odszedˆ. Obi-Wan wychyliˆ drinka i gestem poprosiˆ barmana o dolewk©. Tymczasem Anakin kontynuowaˆ poszukiwania. Wydawaˆo mu si©, ¾e co˜ jest nie w porz¥dku, ale czy m¢gˆ oczekiwa† czego˜ innego, przekraczaj¥c pr¢g takiego lokalu? A jednak uczucie niepokoju nie ust©powaˆo; czaj¥ce si© gdzie˜ zˆo przybieraˆo na sile i unosiˆo niczym mgˆa nad gˆowami go˜ci. Padawan nie widziaˆ pistoletu wysuwanego z kabury i kierowanego w stron© plec¢w niczego niespodziewaj¥cego si© Obi-Wana. Nie widziaˆ, ale czuˆ... Odwr¢ciˆ si© w sam¥ por©, by zobaczy†, jak mistrz obraca si© pˆynnie i zapala miecz ˜wietlny. W oczach Anakina akcja rozgrywaˆa si© jak w zwolnionym tempie, cho† w rzeczywisto˜ci Obi-Wan poruszaˆ si© ze ˜mierciono˜n¥ pr©dko˜ci¥ i precyzj¥. — wietliste bˆ©kitne ostrze - identyczne jak to, kt¢rym posˆugiwaˆ si© padawan - zakre˜liˆo w powietrzu pionow¥ p©tl©, a zaraz potem drug¥, nieco bli¾ej ciaˆa przeciwnika. Niedoszˆa zab¢jczym - teraz dopiero, kiedy zdj©ˆa heˆm, Jedi mogli upewni† si©, ¾e byˆa kobiet¥- krzykn©ˆa z b¢lu, a jej r©ka, wci¥¾ jeszcze zaci˜ni©ta na kolbie pistoletu, wyl¥dowaˆa na posadzce, gˆadko uci©ta powy¾ej ˆokcia. W sali zapanowaˆ chaos. Anakin ruszyˆ w stron© mistrza, przeciskaj¥c si© mi©dzy emanuj¥cymi niespokojn¥ energi¥ bywalcami lokalu. - Spok¢j! - zawoˆaˆ dono˜nym, wspartym przez Moc gˆosem, unosz¥c r©ce. - To sprawa oficjalna. Wracajcie do swoich trunk¢w. Powoli, bardzo powoli, go˜cie si© uspokajali. Tu i ¢wdzie podejmowano przerwane rozmowy. Obi-Wan skin¥ˆ na ucznia, by z jego pomoc¥ wynie˜† rann¥ na ulic©. Uˆo¾yli j¥ ostro¾nie na chodniku. Zam Weseli ockn©ˆa si©, gdy tylko Obi-Wan zacz¥ˆ opatrywa† kikut jej ramienia. Warkn©ˆa w˜ciekle i skrzywiˆa si© z b¢lu, spogl¥daj¥c nienawistnie na dw¢ch Jedi - Czy wiesz, kogo pr¢bowaˆa˜ zabi†? - spytaˆ Obi-Wan. - Pani¥ senator z Naboo - odrzekˆa oboj©tnie ˆowczyni nagr¢d. - Kto ci© wynaj¥ˆ? Clawdite spojrzaˆa na nich chˆodno. - To byˆo zwyczajne zlecenie. - M¢w! - ponagliˆ j¥ Anakin, lecz Zam nawet nie mrugn©ˆa. - Ona i tak wkr¢tce zginie - dorzuciˆa. - Nie jestem ostatnia. Za tak¥ cen©, jak¥ oferuj¥ za jej gˆow©, ˆowcy nagr¢d b©d¥ si© ustawia† w kolejce. B¥d«cie pewni, ¾e nast©pny nie powt¢rzy moich bˆ©d¢w - dokoäczyˆa, poj©kuj¥c z b¢lu, cho† z pewno˜ci¥ nale¾aˆa do najtwardszych. - Ran© musi obejrze† medyk - odezwaˆ si© z trosk¥ Obi-Wan, spogl¥daj¥c na Anakina. Je˜li padawan w og¢le przejmowaˆ si© stanem ˆowczyni, to nie daˆ tego po sobie pozna†. Zbli¾yˆ si© do niej z w˜ciekˆym grymasem na twarzy. - Kto ci© wynaj¥ˆ? - powt¢rzyˆ jeszcze kilkakrotnie, za ka¾dym razem wspieraj¥c swoje pytanie dawk¥ Mocy tak pot©¾n¥, ¾e zaskakuj¥c¥ nawet dla samego mistrza. - Gadaj i to szybko! Zam nadal wpatrywaˆa si© w niego intensywnie, a¾ w koäcu zacz©ˆa m¢wi†: - To byˆ ˆowca nagr¢d, zwany... Gdzie˜ wysoko rozlegˆo si© ciche "puff'. Kobieta drgn©ˆa spazmatycznie i skonaˆa. Jej ludzkie rysy wykrzywiˆy si© groteskowo, zmieniaj¥c si© wolno w toporn¥ twarz osobnika rasy Clawdite. Anakin i Obi-Wan z trudem oderwali wzrok od tej przemiany. Za-Idarli gˆowy i dostrzegli na nocnym niebie sylwetk© czˆowieka z plecakiem rakietowym wzbijaj¥cego si© w niebo nad Coruscant. Kenobi spojrzaˆ jeszcze raz na martw¥ istot© i wyci¥gn¥ˆ z jej szyi niewielki przedmiot. - Zatruta strzaˆka. Anakin westchn¥ˆ i odwr¢ciˆ wzrok. Zawiedli; pozwolili niedoszˆej zab¢jczym zgin¥†. Jednego byˆ teraz absolutnie pewny: senator Padm‚ Amidala byˆa ' ˜miertelnym niebezpieczeästwie. ROZDZIA� 9 Anakin staˆ w milczeniu w sali Rady Jedi, otoczony kr©giem Mistrz¢w Zakonu. Towarzysz¥cy mu Obi-Wan byˆ jego mistrzem, ale nie jednym z tych Mistrz¢w. Podobnie jak wi©kszo˜† z dziesi©ciu tysi©cy Jedi, Kenobi byˆ rycerzem, podczas gdy czˆonkowie Rady byli prawdziwymi Mistrzami, najlepszymi z najlepszych, najwa¾niejszymi postaciami Zakonu. Anakin nigdy nie czuˆ si© dobrze w ich obecno˜ci. Wiedziaˆ, ¾e ponad poˆowa z nich miaˆa powa¾ne w¥tpliwo˜ci, czy powinien zosta† przyj©ty do Zakonu po ukoäczeniu dziesi©ciu lat. Wiedziaˆ r¢wnie¾ o tym, ¾e cho† opinia Yody sprawiˆa, i¾ pozwolono mu uczy† si© pod kierunkiem Obi-Wana, kilku Mistrz¢w wci¥¾ nie byˆo przekonanych o sˆuszno˜ci tej decyzji. - Wytropi† tego ˆowc© nagr¢d musisz, Obi-Wanie - rzekˆ Mistrz Yoda, gdy pozostali przekazywali sobie z r¥k do r¥k zatrut¥ strzaˆk©. - I co najwa¾niejsze, dowiedzie† si©, dla kogo pracuje - dodaˆ Mace Windu. - A co z senator Amidala? spytaˆ Kenobi. - Wci¥¾ potrzebuje naszej ochrony. Anakin wypr©¾yˆ si©, przeczuwaj¥c to, co miaˆo zaraz nast¥pi†. - Tym tw¢j padawan si© zajmie - powiedziaˆ Yoda, patrz¥c na Anakina. Serce padawana rosˆo, kiedy sˆuchaˆ sˆ¢w Mistrza - nie tylko z powodu zaufania, jakie mu okazano, ale tak¾e dlatego, ¾e bardzo podobaˆo mu si© zadanie. Wiedziaˆ, ¾e wykona je z prawdziw¥ przyjemno˜ci¥. - Anakinie, b©dziesz towarzyszyˆ pani senator w drodze na jej ojczyst¥ planet©, Naboo dorzuciˆ Mace. - Tam b©dzie bezpieczna. Nie u¾ywajcie zarejestrowanych ˜rodk¢w transportu. Podr¢¾ujcie jako uchod«cy. Skywalker skin¥ˆ gˆow¥, ale od razu wiedziaˆ, ¾e wypeˆnienie polecenia b©dzie niezwykle trudne. - Senator Amidala jest przyw¢dczyni¥ opozycji wobec ustawy o militaryzacji i nie zechce opu˜ci† stolicy. - P¢ki zab¢jcy nie schwytamy, z nasz¥ opini¥ liczy† si© musi - odparˆ Yoda. Anakin znowu skin¥ˆ gˆow¥. - Ja po prostu wiem, Mistrzu, jak bardzo zale¾y jej na udziale w tym gˆosowaniu - odrzekˆ. - Bardziej interesuje j¥ ustawa, ni¾... - Anakinie - przerwaˆ mu Mace - udaj si© do senatu i popro˜ Kanclerza Palpatine'a, ¾eby z ni¥ porozmawiaˆ. - Jego ton ˜wiadczyˆ dobitnie o tym, ¾e temat zostaˆ wyczerpany. Anakin chciaˆ jeszcze co˜ doda†, lecz Obi-Wan wzi¥ˆ go pod rami© i szybko wyprowadziˆ z sali. - Chciaˆem tylko wyja˜ni†, jak bardzo zale¾y Padm‚ na tym gˆosowaniu - powiedziaˆ chˆopak, kiedy znale«li si© w holu. Wystarczaj¥co jasno opisaˆe˜ nam uczucia Amidali - odparˆ Obi-Wan. - I dlatego Mistrz Windu kazaˆ ci poprosi† Kanclerza o interwencj©. - Uczeä i nauczyciel ruszyli korytarzem. Anakin ugryzˆ si© w j©zyk, by nie skwitowa† sˆ¢w mistrza ci©t¥ ripost¥. - Rada Jedi rozumie, Anakinie - kontynuowaˆ Kenobi. - Tak, mistrzu. Musisz jej ufa†. - Tak, mistrzu. - Anakin odpowiadaˆ automatyczne, poniewa¾ my˜laˆ ju¾ o zupeˆnie innych sprawach. Padawan wiedziaˆ, ¾e nieˆatwo b©dzie przekona† Padm‚, by opu˜ciˆa planet© przed gˆosowaniem, ale nie miaˆo to dla niego wi©kszego znaczenia. Najwa¾niejsze byˆo to, ¾e znajdzie si© blisko niej i b©dzie jej strzegˆ. Anakin nie byˆ zdenerwowany, przebywaj¥c w gabinecie Kanclerza Palpatine'a. Zdawaˆ sobie spraw© z ogromu wˆadzy, kt¢r¥ ten czˆowiek skupia w swoich r©kach i szanowaˆ sprawowany przezeä urz¥d, ale czuˆ si© tu swojsko, jakby odwiedzaˆ dobrego przyjaciela. Wiedziaˆ, ¾e Palpatin'e darzy go sympati¥ i traktowaˆ Wielkiego Kanclerza jak drugiego mentora. Oczywi˜cie, nie byˆ mu tak bliski jak Obi-Wan, ale zawsze m¢gˆ liczy† na jego dobre rady. Co wi©cej, zawsze czuˆ si© w jego gabinecie mile widzianym go˜ciem. - Porozmawiam z ni¥ zgodziˆ si© Palpatin'e, gdy Anakin przedstawiˆ mu swoj¥ pro˜b©. - Pani senator Amidala nie sprzeciwi si© mojemu poleceniu. Znam j¥ wystarczaj¥co dobrze, ¾eby mie† co do tego pewno˜†. - Dzi©kuj©, Ekscelencjo. - Tak wi©c, m¢j mˆody padawanie, nareszcie powierzono ci prawdziwe zadanie - rzekˆ Kanclerz, u˜miechaj¥c si© szeroko i ciepˆo, niczym ojciec gaw©dz¥cy z synem. - Twoja cierpliwo˜† zostaˆa nagrodzona. - Wi©ksza w tym zasˆuga twoich rad, panie, ni¾ mojej cierpliwo˜ci - odrzekˆ Anakin. - W¥tpi©, czy wytrzymaˆbym tak dˆugo, gdyby nie zapewnienia waszej Ekscelencji, ¾e moi Mistrzowie Jedi obserwuj¥ mnie uwa¾nie i ¾e wkr¢tce powierz¥ mi naprawd© wa¾ne zadanie. Palpatin'e skin¥ˆ gˆow¥. - Nie potrzebujesz moich rad, Anakinie - odezwaˆ si© po chwili. - Z czasem nauczysz si© ufa† wˆasnym uczuciom, a wtedy staniesz si© niepokonany. Powtarzaˆem to ju¾ wielokrotnie i powt¢rz© jeszcze raz: jeste˜ najbardziej uzdolnionym Jedi, jakiego spotkaˆem. - Dzi©kuj©, Ekscelencjo - odparˆ spokojnie Anakin, cho† z trudem panowaˆ nad dr¾eniem caˆego ciaˆa. Sˆuchanie tak pochlebnych opinii z ust tych, kt¢rzy nie do koäca go rozumieli - na przykˆad z ust matki - nie byˆo tym samym, czym sˆuchanie sˆ¢w Palpatine'a, Wielkiego Kanclerza Republiki. Byˆ on wybitn¥ osobisto˜ci¥, by† mo¾e najznamienitsz¥ w caˆej galaktyce, a jednocze˜nie w ¾aden spos¢b nie podlegaˆ rozkazom Yody czy Mace'a Windu. Anakin dobrze wiedziaˆ, ¾e czˆowiek pokroju Palpatine'a nie prawiˆby takich komplement¢w, gdyby w nie nie wierzyˆ. - Przeczuwam, ¾e staniesz si© najwi©kszym spo˜r¢d wszystkich Jedi, Anakinie - ci¥gn¥ˆ Palpatin'e. - Pot©¾niejszym nawet ni¾ Mistrz Yoda. Anakin miaˆ nadziej©, ¾e nie zemdleje z wra¾enia. Nie m¢gˆ uwierzy† w to, co sˆyszaˆ, a jednocze˜nie jaka˜ cz¥stka jego duszy gor¥co pragn©ˆa ufa† sˆowom Palpatine'a. Miaˆ w sobie siˆ©, pot©g© przekraczaj¥c¥ ograniczenia, kt¢re pr¢bowali narzuca† jemu i sobie rycerze Jedi. Padawan wiedziaˆ, ¾e Obi-Wan Kenobi po prostu nie zdaje sobie z tego sprawy i to byˆo «r¢dˆem najwi©kszej frustracji w jego stosunkach z mistrzem. Anakin czuˆ, ¾e smycz, na kt¢rej prowadziˆ go Obi-Wan, byˆa stanowczo za kr¢tka. Nie miaˆ poj©cia, jak odpowiedzie† na pochlebne sˆowa Palpatine'a, wi©c staˆ po˜rodku przestronnego gabinetu i u˜miechaˆ si© lekko. Kanclerz staˆ przy oknie i spogl¥daˆ na niekoäcz¥cy si© strumieä pojazd¢w przemykaj¥cych wysoko nad Coruscant. Po dˆugiej chwili Anakin zebraˆ si© na odwag© i podszedˆ do wielkiego biurka, by stan¥† obok Wysokiego Kanclerza i wraz z nim w milczeniu podziwia† panoram© stolicy. - Niepokoj© si© o mojego padawana - rzekˆ Obi-Wan Kenobi, id¥c obok Yody i Mace'a Windu dˆugim korytarzem —wi¥tyni Jedi. - nie jest jeszcze got¢w do samodzielnych zadaä. - Rada pewna jest swojej decyzji, Obi-Wanie - odparˆ Yoda. - Chˆopak jest wyj¥tkowo uzdolniony - dodaˆ Mace. - Ale wiele jeszcze musi si© nauczy†, Mistrzu - nie ust©powaˆ Kenobi. - ego umiej©tno˜ci uczyniˆy go... nieco aroganckim. - Tak, tak - zgodziˆ si© Yoda - to cecha powszechna coraz bardziej w˜r¢d Jedi. Zbyt pewni siebie si© staj¥. Nawet ci starsi, bardziej do˜wiadczeni. Obi-Wan rozwa¾aˆ sˆowa Mistrza, wolno kiwaj¥c gˆow¥. Z pewno˜ci¥ byˆo w nich wiele prawdy. Niepok¢j, kt¢ry ogarniaˆy z wolna zamieszkane ˜wiaty galaktyki, sprawiaˆ, ¾e i w Zakonie wyczuwaˆo si© atmosfer© napi©cia, zwˆaszcza, ¾e tak wielu rycerzy dziaˆaˆo samotnie, z dala od Coruscant. Czy¾ arogancja nie byˆa gˆ¢wnym powodem, dla kt¢rego hrabia Dooku podj¥ˆ decyzj© o odej˜ciu z Zakonu i zerwaniu wi©z¢w z Republik¥? - Pami©taj, Obi-Wanie - upomniaˆ go Mace - je¾eli przepowiednia jest prawdziwa, tw¢j uczeä jest jedyn¥ istot¥, kt¢ra mo¾e przywr¢ci† Mocy r¢wnowag©. Czy Obi-Wan m¢gˆ o tym zapomnie†? Mistrz Qui-Gon jako pierwszy dostrzegˆ w chˆopcu potencjaˆ i jako pierwszy przewidziaˆ, ¾e to wˆa˜nie Anakin wypeˆni przepowiedni©. Jednak ani on, ani ¾aden inny Jedi, nie potrafiˆ sprecyzowa†, co wˆa˜ciwie oznacza† ma owo "przywr¢cenie r¢wnowagi Mocy". - O ile pod¥¾y wˆa˜ciw¥ ˜cie¾k¥ - rzekˆ zauwa¾yˆ Obi-Wan. - Teraz swoj¥ misj¥ zaj¥† si© musisz - przypomniaˆ Yoda, odrywaj¥c Obi-Wana od niepokoj¥cych rozwa¾aä, jakby potrafiˆ czyta† w jego my˜lach. - Gdy tajemnica zab¢jcy odkryta zostanie, by† mo¾e i inne zagadki rozwi¥zane b©d¥. - Tak, Mistrzu - odrzekˆ Obi-Wan, unosz¥c na wysoko˜† oczu maˆ¥, ˜mierciono˜n¥ strzaˆk©, kt¢r¥ wydobyˆ z ciaˆa martwej Clawdite. Shmi Skywalker Lars delikatnie uniosˆa brudnozˆotawy napier˜nik androida, by umocowa† go na miejscu. U˜miechn©ˆa si© do C-3PO, i cho† jego twarz nie mogˆa wykrzywi† si© tak, jak ludzka, wiedziaˆa, ¾e i on, na sw¢j dziwny roboci spos¢b, jest zadowolony. Tak cz©sto skar¾yˆ si© przecie¾ na piach skrzypi¥cy w jego kablach i ˜cieraj¥cy silikonow¥ izolacj©. Gdy tak si© dziaˆo, jego metalowym ciaˆem targaˆy elektrowstrz¥sy miniaturowych zwar†. To dlatego Shmi koäczyˆa teraz dzieˆo, kt¢re zapocz¥tkowaˆ Anakin, buduj¥c protokolarnego androida. - Teraz? - spytaˆa na gˆos, z trudem otwieraj¥c pokryte zakrzepˆ¥ krwi¥ usta. Nie, nie teraz, pomy˜laˆa. Zamontowaˆa te blachy ju¾ dawno temu- min©ˆo tyle dni... mo¾e tygodni... a mo¾e miesi©cy? Zrobiˆa to, kiedy Cliegg zabraˆ j¥ na swoj¥ farm© wilgoci. Tak, wˆa˜nie wtedy: w gara¾u znalazˆa cz©˜ci androida protokolarnego, upchni©te pod stoˆem. Pami©taˆa wszystko doskonale, lecz nie miaˆa poj©cia, kiedy to si© dziaˆo. A teraz... teraz byˆa... Nie mogˆa otworzy† oczu i si© rozejrze†; nie miaˆa siˆy, a zastygˆa krew skleiˆa powieki tak mocno, ¾e najmniejszy ich ruch sprawiaˆ b¢l. To dziwne, ¾e jedynym miejscem, w kt¢rym naprawd© czuˆa b¢l, byˆy wˆa˜nie powieki. Przecie¾ wydawaˆo jej si©, ¾e zostaˆa ranna. Wydawaˆo si©... Shmi usˆyszaˆa za sob¥ jaki˜ d«wi©k. Czy¾by szuranie st¢p? A potem mamrotanie. Tak, oni bez przerwy mamrotali. Powr¢ciˆa my˜l¥ do C-3PO, biednego C-3PO, kt¢ry tak bardzo potrzebowaˆ blaszanego pancerza na swoje sk¥po okablowane ramiona. Delikatnie uniosˆa fragment... Usˆyszaˆa przenikliwy trzask - a raczej wydawaˆo jej si©, ¾e byˆ przenikliwy, bo dobiegaˆ jakby z oddali - a zaraz potem poczuˆa na plecach lekkie mu˜ni©cie. Nie czuˆa uderzeä bata; w tym miejscu na jej ciele nie byˆo ju¾ sprawnych zakoäczeä nerwowych. ROZDZIA� 10 Anakin Skywalker staˆ z Jar Jar Binksem przy drzwiach oddzielaj¥cych sypialni© Padm‚ od pokoju, w kt¢rym poprzedniej nocy wraz z Obi-Wanem trzymaˆ stra¾. Spogl¥daj¥c na wybite okno, czˆowiek i Gunganin obserwowali naje¾ony wysoko˜ciowcami horyzont. Tymczasem Padm‚ i Dorme kr©ciˆy si© po sypialni, przygotowuj¥c si© do wyjazdu. Z gwaˆtownych ruch¢w poirytowanej pani senator nietrudno byˆo wyczyta†, ¾e lepiej trzyma† si© od niej z daleka. Przychylaj¥c si© do pro˜by mˆodego Jedi, Kanclerz Palpatin'e rozkazaˆ Padm‚ wr¢ci† na Naboo. Usˆuchaˆa polecenia, ale wida† byˆo, ¾e nie jest zadowolona z takiego obrotu spraw. Wzdychaj¥c gˆ©boko, Padm‚ wyprostowaˆa si© wreszcie i potarˆa obolaˆe od schylania si© plecy. Westchn¥wszy jeszcze raz, zwr¢ciˆa si© do Jar Jara: - Wyje¾d¾am na dˆugi urlop - powiedziaˆa tak powa¾nie, jakby chciaˆa wykrzesa† z beztroskiego Gunganina odrobin© rozs¥dku. - B©dziesz zast©powaˆ mnie w senacie. Wiem, ¾e mog© na ciebie liczy†, przedstawicielu Binks. - Moja zaszczycona... - b¥kn¥ˆ Jar Jar i urwaˆ. Stan¥ˆ przy tym na baczno˜†; tylko jego gˆowa i dˆugie uszy koˆysaˆy si© groteskowo. �atwo jest ubra† Gunganina w str¢j dygnitarza; znacznie trudniej zmieni† jego natur©. - Sˆucham? - spytaˆa surowo Padm‚, nie kryj¥c rozdra¾nienia. Powierzaˆa Jar Jarowi wa¾ne zadanie i nie byˆa zachwycona, ¾e Gunganin akurat w takiej chwili zachowuje si© tak niepowa¾nie. Wyra«nie zakˆopotany Jar Jar odchrz¥kn¥ˆ cicho i wypra¾yˆ si© jeszcze mocniej. - Moja by† zaszczycona, ¾e mie† na sobie taki ci©¾ar. Moja przyjmowa† go z wielgachna pokora i... - Jar Jar, nie chc© ci© dˆu¾ej zatrzymywa† - przerwaˆa mu Padm‚. - pewno˜ci¥ masz mn¢stwo pracy. - Oczywi˜cie, pani. - Ukˆoniwszy si© przesadnie gˆ©boko, jakby chciaˆ ukry† fakt, ¾e rumieni si© niczym darelliaäski ognisty krab, Gunganin odwr¢ciˆ si© szybko i wyszedˆ, posyˆaj¥c Anakinowi szeroki u˜miech. Padawan odprowadziˆ Gunganina wzrokiem, lecz gdy Padm‚ odezwaˆa si©, uczucie ulgi i spokoju, kt¢re go przepeˆniaˆo, prysˆo w jednej chwili. - Nie podoba mi si© ten pomysˆ z ukrywaniem si© - stwierdziˆa z naciskiem. - Nie martw si©. Teraz, kiedy Rada zarz¥dziˆa dochodzenie, mistrz Obi-Wan bardzo szybko si© dowie, kto wynaj¥ˆ tego ˆowc© nagr¢d. Od tego wˆa˜nie trzeba byˆo zacz¥†. Zawsze lepiej dziaˆa† ofensywnie przeciwko zagro¾eniu; szuka† jego «r¢deˆ, a nie reagowa† na skutki. - Anakin zamierzaˆ wspomnie† o tym, ¾e od pocz¥tku proponowaˆ wszcz©cie ˜ledztwa, ¾e od pierwszej chwili miaˆ racj©, tylko Rada nie nad¥¾aˆa za jego tokiem my˜lenia. Spostrzegˆ jednak bˆyski w oczach Padm‚ i umilkˆ, pozwalaj¥c jej m¢wi†. - A kiedy tw¢j mistrz b©dzie szukaˆ ˆowcy, ja mam si© ukrywa†? - Tak, to najm¥drzejsze posuni©cie. Padm‚ westchn©ˆa. - Nie po to pracowaˆam rok nad zablokowaniem ustawy o militaryzacji, ¾eby odlatywa† st¥d, kiedy b©d¥ si© wa¾yˆy jej losy! - Czasami musimy si© wyrzec dumy i robi† to, czego wymagaj¥ od nas inni - odparˆ spokojnie Anakin. W jego ustach sˆowa te nie brzmiaˆy zbyt przekonuj¥co. Zreszt¥ gdy tylko je wypowiedziaˆ, zrozumiaˆ, ¾e nale¾aˆo inaczej sformuˆowa† zdanie. - Dumy! - wykrzykn©ˆa Padm‚. - Annie, jeste˜ mˆody i nie znasz si© na polityce. Zachowaj podobne opinie na inn¥ okazj©. - Przepraszam, pani, staraˆem si© tylko... - Nie, Annie! - Prosz©, nie nazywaj mnie tak. - Jak? - Annie. Nie nazywaj mnie Annie. - Przecie¾ zawsze tak ciebie nazywaˆem. To twoje imi©, prawda? - Mam na imi© Anakin - odparˆ spokojnie mˆody Jedi, spogl¥da-; twardo na Padm‚. - Kiedy m¢wisz "Annie", czuj© si©, jakbym wci¥¾ byˆ maˆym chˆopcem. A nie jestem. Padm‚ milczaˆa przez chwil©. Zmierzyˆa padawana od st¢p do gˆ¢w skin©ˆa gˆow¥. W jej gˆosie tak¾e pojawiˆa si© nuta szacunku. - Przepraszam, Anakinie. Nie spos¢b zaprzeczy†, ¾e... dorosˆe˜. Anakin wyczuˆ w tych sˆowach co˜ w rodzaju uznania, sugesti©, ¾e przyj©ˆa do wiadomo˜ci, i¾ staˆ si© m©¾czyzn¥; mo¾e nawet przystojnym. Fakt ten, w poˆ¥czeniu z u˜miechem, kt¢ry posˆaˆa mu Padm‚, zbiˆ go z tropu i zawstydziˆ. Padawan dostrzegˆ na p¢ˆce maˆ¥ kulist¥ ozdob© i si©gn¥ˆ po ni¥, u¾ywaj¥c Mocy. Przedmiot zawisˆ nad jego palcami, skutecznie odwracaj¥c uwag© Padm‚. Mimo to wolaˆ odchrz¥kn¥†, nim si© odezwaˆ, boj¥c si©, ¾e ˜ci˜ni©te gardˆo odm¢wi mu posˆuszeästwa. - Mistrz Obi-Wan jako˜ tego nie dostrzega. Krytykuje ka¾dy m¢j ruch, jakbym wci¥¾ byˆ dzieckiem. Nie sˆuchaˆ mnie, kiedy nalegaˆem, ¾eby˜my poszukali zleceniodawcy zamach¢w... - Nauczyciele ju¾ tacy s¥: zawsze widz¥ w nas wi©cej sˆabo˜ci, ni¾ by˜my chcieli - zgodziˆa si© Padm‚. - Ale dzi©ki temu si© rozwijamy. Anakin znowu si©gn¥ˆ Moc¥ do ozdobnej kulki i uni¢sˆ j¥ nieco wy¾ej, sprawiaj¥c, ¾e zacz©ˆa si© obraca†. - Nie zrozum mnie «le - odezwaˆ si© po chwili. - Obi-Wan jest ˜wietnym mentorem, r¢wnie m¥drym jak Mistrz Yoda i r¢wnie pot©¾nym jak Mistrz Windu. Jestem mu wdzi©czny, ¾e wzi¥ˆ mnie na swojego ucznia, ale... - urwaˆ, szukaj¥c odpowiednich sˆ¢w - ale cho† jestem jego padawanem, w pewien spos¢b - ba, na wiele sposob¢w - po prostu go wyprzedzam. Jestem ju¾ got¢w do pr¢b. Wiem, ¾e tak jest! On to wie, ale uwa¾a, ¾e jestem zbyt nieprzewidywalny. Inni Jedi w moim wieku przeszli ju¾ pr¢by, i to z powodzeniem. Zdaj© sobie spraw©, ¾e p¢«no zacz¥ˆem, ale on po prostu nie pozwala mi robi† post©p¢w. Padm‚ spogl¥daˆa na Anakina z rosn¥cym zaciekawieniem. - To musi by† dla ciebie frustruj¥ce - odezwaˆa si© w koäcu. - Gorzej! - zawoˆaˆ Anakin, wyczuwaj¥c w jej gˆosie nut© wsp¢ˆczucia. - Ci¥gle mnie krytykuje! Nigdy nie sˆucha! Po prostu nic nie rozumie! To niesprawiedliwe! M¢wiˆby tak w nieskoäczono˜†, ale Padm‚ zacz©ˆa si© ˜mia†. Jej wesoˆo˜† pohamowaˆa go r¢wnie skutecznie, jak uczyniˆby to siarczysty policzek. - Wybacz - wydusiˆa, nie przestaj¥c chichota† - ale m¢wiˆe˜ dokˆadnie tak jak maˆy chˆopiec, kt¢rego kiedy˜ znaˆam. - Ja si© wcale nie skar¾¥! To nie tak! Tym razem roze˜miaˆa si© tak¾e Dorme stoj¥ca w odlegˆym k¥cie sypialni. - Nie powiedziaˆam tego, ¾eby ci© zrani† - wyja˜niˆa Padm‚. Anakin wzi¥ˆ gˆ©boki wdech i wolno wypu˜ciˆ powietrze, rozlu«niaj¥c spi©te ramiona. - Wiem. Wygl¥daˆ przy tym tak ¾aˆo˜nie, ¾e Padm‚ podeszˆa do niego i delikatnie pogˆadziˆa go po policzku. - Anakinie... Po raz pierwszy, odk¥d spotkali si© po latach Padm‚, popatrzyˆa naprawd© gˆ©boko w bˆ©kitne oczy mˆodego padawana. Ich spojrzenia spotkaˆy si© i si©gn©ˆy dalej, a¾ do serc. Czar prysn¥ˆ po chwili, gdy Padm‚ powiedziaˆa zmieszana: - Prosz©, nie staraj si© zbyt szybko dorosn¥†. - Ju¾ dorosˆem - odparowaˆ Anakin. - Sama to powiedziaˆa˜. - Chciaˆ, by ostatnie sˆowa zabrzmiaˆy sugestywnie. Znowu spojrzaˆ w br¥zowe oczy Padm‚; tym razem jeszcze bardziej intensywnie i nami©tnie. - Prosz©, nie patrz na mnie w taki spos¢b - wyszeptaˆa, odwracaj¥c si© szybko. - Dlaczego? - Dlatego ¾e wiem, o czym my˜lisz. - O, wi©c tak¾e masz w sobie siˆ© Jedi? - za˜miaˆ si© Anakin, sta-raj¥c rozˆadowa† napi©cie. Padm‚ zerkn©ˆa w bok, na Dorme, kt¢ra przygl¥daˆa im si©, nie kryj¥c zainteresowania, ale i troski. Amidala doskonale rozumiaˆa niepok¢j dziewczyny; rozmowa z Anakinem potoczyˆa si© w zupeˆnie nieoczekiwanym kierunku. Po chwili spojrzaˆa prosto w oczy padawana. - I dlatego, ¾e wprawiasz mnie w zakˆopotanie - dodaˆa, nie pozostawiaj¥c miejsca na dyskusj©. Anakin odwr¢ciˆ wzrok. - Przepraszam, pani - odezwaˆ si© z wymuszon¥ oboj©tno˜ci¥, cofaj¥c si© o krok, by mogˆa wr¢ci† do przerwanego pakowania. Znowu byˆ tylko ochroniarzem. Ale Padm‚ wiedziaˆa, ¾e jest kim˜ wi©cej. Gdzie˜ na zalanym wod¥ i smaganym wichrem globie, w najdalszym zak¥tku Odlegˆych Rubie¾y, ojciec i syn siedzieli na p¢ˆce z poˆyskuj¥cego czarnego metalu. Wpatrywali si© uwa¾nie w nieliczne spokojne miejsca na wodzie utworzone przez pr¥dy, kt¢re opˆywaˆy gigantyczne podpory konstrukcji stercz¥ce ze wzburzonego oceanu. Ulewa zel¾aˆa nieco - a byˆo to zjawisko do˜† rzadkie w tym kr¢lestwie wilgoci - spokojniejsze miejsca na morzu byˆy dobrze widoczne i na nich wˆa˜nie koncentrowaˆ si© wzrok poluj¥cych. To tam w ka¾dej chwili mogˆy si© pojawi† smukˆe, mniej wi©cej metrowej dˆugo˜ci, ciemne sylwetki faloryb¢w. Ojciec i syn znajdowali si© na najni¾szym koˆnierzu jednej z kolumn, na kt¢rych wznosiˆo si© miasto Tipoca, najwi©ksze na caˆej planecie Kamino, peˆne smukˆych budowli, kt¢rym nadano opˆywowe ksztaˆty, aby byˆy mniej podatne na porywy wiatru. Zaprojektowali je, a przynajmniej zmodernizowali, najlepsi architekci galaktyki, kt¢rzy rozumieli, i¾ doskonaˆym sposobem zmagania si© z ¾ywioˆami szalej¥cymi na tym ˜wiecie jest unikanie walki. Niemal w ka¾dej wn©ce w ˜cianach gmach¢w umieszczono wysokie, transpastalowe okna. Ojciec chˆopca, Jango, cz©sto zastanawiaˆ si©, dlaczego Kaminoanie - wysokie, szczupˆe, blade istoty o wielkich oczach w ksztaˆcie migdaˆ¢w, wydˆu¾onych gˆowach i dˆugich szyjach - potrzebowali tak wielu okien. Na co chcieli patrze† na tej planecie burz, rozszalaˆych ocean¢w i nieustaj¥cych deszcz¢w? A jednak nawet na Kamino zdarzaˆy si© spokojniejsze chwile. Wszystko jest wzgl©dne, my˜laˆ Jango. I dlatego, gdy stwierdziˆ, ¾e deszcz sˆabnie, postanowiˆ wyj˜† z synem na ˜wie¾e powietrze. Jango klepn¥ˆ chˆopca w rami©, ruchem gˆowy wskazuj¥c na jedn¥ z plam wzgl©dnie spokojnej wody. Dziesi©ciolatek z zapaˆem uni¢sˆ broä atlatl z odrzutem jonowym i starannie wycelowaˆ. Chˆopiec nie u¾ywaˆ celownika laserowego, kt¢ry automatycznie kompensowaˆ zaˆamanie ˜wiatˆa na powierzchni wody, poniewa¾ jego ojciec chciaˆ si© przekona†, jakie poczyniˆ post©py w nauce polowania. Dokˆadnie tak jak uczyˆ go ojciec, malec wolno wypu˜ciˆ powietrze z pˆuc, znieruchomiaˆ i skoncentrowaˆ si© na celu. Gdy ryba ustawiˆa si© bokiem, cisn¥ˆ w jej stron© zab¢jczy atlatl. Metr od wyci¥gni©tej r©ki chˆopca tylna cz©˜† pocisku rozjarzyˆa si© na moment nagˆym bˆyskiem mocy. Ostrze przyspieszyˆo gwaˆtownie, przeci©ˆo wod© i trafiˆo zwierz© w bok, przewiercaj¥c si© na wylot kolczastym grotem. Chˆopiec krzykn¥ˆ rado˜nie i natychmiast przekr©ciˆ uchwyt broni, blokuj¥c prawie niewidoczn¥, ale bardzo wytrzymaˆ¥ link©. Ryba walczyˆa, lecz syn ˆowcy wolno i metodycznie przekr©caˆ r©koje˜†, przyci¥gaj¥c zdobycz coraz bli¾ej. - Dobra robota - pochwaliˆ go Jango. Ale gdyby˜ trafiˆ o centymetr bli¾ej w stron© gˆowy, przebiˆby˜ najwa¾niejszy mi©sieä znajduj¥cy si© tu¾ pod skrzelami i unieruchomiˆby˜ ryb©. Chˆopiec skin¥ˆ gˆow¥, niezra¾ony tym, ¾e jego ojciec i nauczyciel nawet w udanych akcjach zawsze dopatrywaˆ si© bˆ©d¢w. Wiedziaˆ, ¾e czˆowiek, kt¢rego kochaˆ najmocniej ze wszystkich, robiˆ to tylko po to, by podsyca† w nim d¥¾enie do perfekcji. A w peˆnej niebezpieczeästw galaktyce tylko perfekcja gwarantowaˆa przetrwanie. Za to, ¾e ojciec w trosce o jego przyszˆo˜† nie wahaˆ si© krytykowa† go na ka¾dym kroku, chˆopiec kochaˆ go jeszcze bardziej. Nagle Jango zastygˆ, wyczuwaj¥c w pobli¾u jaki˜ ruch, a mo¾e tylko pojedynczy stuk kroku lub nowy zapach - sygnaˆ, kt¢ry dla wprawnego ˆowcy nagr¢d oznacza, ¾e kto˜ si© zbli¾a. Na Kamino nie byˆo gro«nych nieprzyjaci¢ˆ, je˜li nie liczy† dalekich, otwartych przestrzeni oceanu, gdzie od czasu do czasu pojawiaˆy si© olbrzymie stworzenia o dˆugich mackach. Jednak nad powierzchni¥ wody ¾ycie wˆa˜ciwie nie istniaˆo - jedynym wyj¥tkiem byli, oczywi˜cie, sami Kaminoanie, wi©c Jango nie byˆ zaskoczony, gdy ujrzaˆ Taun We, osob©, kt¢ra zwykle byˆa po˜rednikiem w jego kontaktach z gospodarzami. - Witaj, mistrzu Jango - odezwaˆa si© wysoka i smukˆa istota, unosz¥c chude rami© w ge˜cie pokoju i przyja«ni. Jango skin¥ˆ gˆow¥, ale nie u˜miechn¥ˆ si© na powitanie. Dlaczego Taun We opu˜ciˆa kr¥gˆe gmachy miasta, z kt¢rych Kaminoanie prawie nigdy nie wychodzili? I dlaczego przeszkadzaˆa ˆowcy, kiedy sp©dzaˆ czas ze swym synem? - Ostatnio rzadko bywasz w naszym sektorze - zauwa¾yˆa Taun We. - Mam ciekawsze zaj©cia. - Z dzieckiem? Jango spojrzaˆ na chˆopca, kt¢ry wypatrywaˆ wˆa˜nie kolejnego faloryba. A raczej, jak zauwa¾yˆ ˆowca, staraˆ si©, by tak to wygl¥daˆo. To spostrze¾enie sprawiˆo, ¾e Jango z aprobat¥ skin¥ˆ gˆow¥. Dobrze nauczyˆ swego syna sztuki kamufla¾u i podst©pu - stwarzania pozor¢w, kt¢re doskonale ukrywaˆy prawdziwe dziaˆania, takie jak dyskretne podsˆuchiwanie rozmowy i zapami©tywanie ka¾dego sˆowa Taun We. - Zbli¾a si© dziesi¥ta rocznica - wyja˜niˆa Kaminoanka. Jango spojrzaˆ na ni¥ spode ˆba. - S¥dzisz, ¾e nie pami©tam o urodzinach Boby? Je¾eli delikatna Taun We byˆa ura¾ona ostr¥ wypowiedzi¥ ˆowcy, w ¾aden spos¢b tego nie okazaˆa. - Jeste˜my gotowi. Znowu mo¾emy zaczyna†. Jango popatrzyˆ na Bob©, jedno z tysi©cy swoich dzieci, ale jedyne, kt¢re byˆo doskonaˆym klonem, wiern¥ replik¥ bez najmniejszej ingerencji genetycznej, kt¢ra czyniˆaby go bardziej posˆusznym. Chˆopiec byˆ te¾ jedynym egzemplarzem, kt¢rego nie poddano procesowi przyspieszonego wzrostu. Klony, kt¢re pocz©to r¢wnocze˜nie z nim, byˆy teraz zdrowymi, w peˆni dojrzaˆymi ¾oˆnierzami. Jango uwa¾aˆ, ¾e polityka przyspieszania wzrostu jest bˆ©dem - czy¾ do˜wiadczenie nie byˆo r¢wnie wa¾nym czynnikiem ksztaˆtuj¥cym wojownika, jak geny? - ale nie dzieliˆ si© tymi przemy˜leniami z Kaminoanami. Wynaj©to go, by staˆ si© «r¢dˆem materiaˆu genetycznego. Kwestionowanie poczynaä pracodawcy nie wchodziˆo w zakres jego obowi¥zk¢w. Taun We przekrzywiˆa nieznacznie gˆow©, wolno mrugaj¥c powiekami. Jango domy˜laˆ si©, ¾e jest to przejaw zaciekawienia i omal nie zachichotaˆ. Kaminoanie byli do siebie bardzo podobni; znacznie bardziej ni¾ ludzie, zwˆaszcza ci pochodz¥cy z innych planet. By† mo¾e ich koncepcja jedno˜ci czy te¾ podobieästwa w ramach jednego gatunku byˆa cz©˜ci¥ procesu reprodukcyjnego, w kt¢rym teraz dokonywano licznych manipulacji genetycznych, je˜li nie otwartego klonowania. Tak czy inaczej, jako spoˆeczeästwo mieszkaäcy Kamino byli niemal jednym umysˆem i jednym ciaˆem. To dlatego Taun We byˆa zdumiona - tak jak w tej chwili - ilekro† miaˆa do czynienia z czˆowiekiem, kt¢ry tak maˆym szacunkiem darzyˆ innych przedstawicieli swojego gatunku, nawet, je˜li byˆy to klony. To wˆa˜nie Kaminoanie stworzyli armi© dla Republiki. A przecie¾ gdyby nie r¢¾nice i wynikaj¥ce z nich konflikty nie byˆoby wojen. Te sprawy niewiele obchodziˆy Janga. Byˆ ˆowc¥ nagr¢d, samotnikiem, odludkiem - a raczej byˆby, gdyby w jego ¾yciu nie pojawiˆ si© Boba. Jango miaˆ gdzie˜ polityk©, wojny i armi© klon¢w stworzonych na jego podobieästwo. Je˜li wszystkie miaˆy zosta† wyci©te w pieä, to niech i tak b©dzie. Nie czuˆ si© zwi¥zany z ¾adnym z nich. Rozmy˜laj¥c o tym, spojrzaˆ na syna. Z ¾adnym, z wyj¥tkiem Boby, rzecz jasna. Wszystko inne byˆo tylko zleceniem, ˆatwym do wykonania i dobrze pˆatnym. Jango nie m¢gˆ marzy† o lepszych zarobkach, lecz znacznie wa¾niejsze byˆo to, i¾ tylko Kaminoanie mogli da† mu nie syna, ale stuprocentowo wiern¥ kopi© jego samego. Boba miaˆ zapewni† ojcu przyjemno˜† ujrzenia tego, kim Jango m¢gˆby si© sta†, gdyby dorastaˆ pod okiem kochaj¥cego, troskliwego ojca; nauczyciela, kt¢ry przez konstruktywn¥ krytyk© popychaˆby go ku doskonaˆo˜ci. W zasadzie nie byˆo w galaktyce ˆowc¢w nagr¢d lepszych ni¾ Jango, lecz on nie w¥tpiˆ, ¾e Boba, stworzony i szkolony do osi¥gania doskonaˆo˜ci, prze˜cignie nawet jego i stanie si© jednym z najwybitniejszych wojownik¢w, jacy kiedykolwiek ¾yli. Najwi©ksz¥ nagrod© w swojej karierze Jango Fett odbieraˆ wˆa˜nie teraz: dziel¥c spokojne chwile z synem, swym mˆodszym wcieleniem. A byˆy to jedne z niewielu spokojnych chwil w burzliwym ¾yciu ˆowcy skazanego ju¾ w dzieciästwie na samodzielne przetrwanie w Odlegˆych Rubie¾ach. Ka¾da kolejna pr¢ba czyniˆa go silniejszym, bli¾szym doskonaˆo˜ci; ksztaˆciˆa w nim umiej©tno˜ci, kt¢re teraz m¢gˆ przekazywa† Bobie. Nikt nie byˆby dla chˆopca lepszym nauczycielem ni¾ ojciec. Kiedy Jango Fett chciaˆ kogo˜ dopa˜†, ten kto˜ m¢gˆ uwa¾a† si© za zˆapanego. Kiedy Jango Fett chciaˆ kogo˜ u˜mierci†, ten kto˜ byˆ ju¾ trupem. Lecz tak naprawd© Jango nie "chciaˆ". Interesy nie miaˆy nic wsp¢lnego z osobistymi pragnieniami ˆowcy. Polowanie i zabijanie byˆy tylko cz©˜ci¥ jego pracy, a do najcenniejszych lekcji, kt¢rych ¾ycie mu nie szcz©dziˆo, nale¾aˆa ta, kt¢ra nauczyˆa go, jak by† bezwzgl©dnym. Absolutnie bezwzgl©dnym. I to byˆa jego najstraszniejsza broä. Spojrzaˆ na Taun We, a potem u˜miechn¥ˆ si© do syna. Tak, z pewno˜ci¥ byˆ pozbawiony uczu†, ale nie wtedy, kiedy sp©dzaˆ czas z Boba. Czuˆ miˆo˜† i dum©, ale ze wszystkich siˆ stawaˆ si© tego nie okazywa†. Bo cho† szczerze kochaˆ syna - a mo¾e wˆa˜nie dlatego, ¾e go kochaˆ - pragn¥ˆ ksztaˆci† w nim od najmˆodszych lat cech©, kt¢r¥ uwa¾aˆ za najcenniejsz¥: chˆ¢d granicz¥cy z brakiem jakichkolwiek ludzkich uczu†. - Wznowimy proces, gdy tylko b©dziesz gotowy - powiedziaˆa Taun We, przerywaj¥c rozmy˜lania Jango. - Nie macie do˜† materiaˆu, ¾eby obej˜† si© beze mnie? - Skoro i tak tu jeste˜, chcieliby˜my, ¾eby˜ wzi¥ˆ udziaˆ w procesie - odrzekˆa Taun We. - Najlepiej jest korzysta† z pierwotnego dawcy. Jango przewr¢ciˆ oczami na my˜l o igˆach i sondach, ale skin¥ˆ gˆow¥ w ge˜cie przyzwolenia. Bior¥c pod uwag© wynagrodzenie, praca naprawd© nie byˆa ci©¾ka. - Daj zna†, kiedy b©dziesz gotowy. - Taun We ukˆoniˆa si© i odeszˆa. Gdyby˜cie mieli czeka†, a¾ b©d© gotowy, czekaliby˜cie caˆ¥ wieczno˜†, pomy˜laˆ Jango Fett. W milczeniu obserwowaˆ chˆopca, kt¢ry kolejny raz szykowaˆ do strzaˆu. A to dlatego, ¾e mam ju¾ to, na czym mi zale¾aˆo, dodaˆ w duchu ˆowca, nie spuszczaj¥c z oka Boby, kt¢ry bystrymi oczami wypatrywaˆ kolejnego faloryba. W przemysˆowym sektorze Coruscant znajdowaˆy si© najwi©ksze porty towarowe caˆej galaktyki. Nieustannie l¥dowaˆy w nich niezgrabne transportowce, a na ich spotkanie wylatywaˆy masywne d«wigi gotowe odebra† miliony ton ˆadunk¢w niezb©dnych do utrzymani a przy ¾yciu planety-miasta, kt¢ra z racji przeludnienia ju¾ dawno nie byˆa samowystarczalna. Wydajno˜† sˆu¾b przeˆadunkowych byˆa zdumiewaj¥ca, lecz mimo to zawsze byˆo tu tˆoczno, i cz©sto doki byˆy zablokowane przez nadmiern¥ liczb© frachtowc¢w i lataj¥cych maszyn portowych. Byˆo tu tak¾e miejsce dla pasa¾er¢w - biedoty Coruscant szukaj¥cej taniej okazji do opuszczenia planety na pokˆadzie frachtowc¢w. Tysi¥ce tysi©cy ludzi pr¢bowaˆy uciec ze stoˆecznego ˜wiata, na kt¢rym tempo ¾ycia graniczyˆo z szaleästwem. Anakin i Padm‚, ubrani w proste br¥zowe tuniki i bryczesy - typowy str¢j uchod«c¢w - starali si© nie wyr¢¾nia† z tˆumu. Szli rami© w rami© do wyj˜cia z wahadˆowca, kt¢ry zbli¾aˆ si© do doku i pomostu prowadz¥cego na pokˆad jednego z olbrzymich transportowc¢w. Kapitan Typho, Dorme i Obi-Wan czekali na nich przy drzwiach. - Szcz©˜liwej podr¢¾y, pani - rzekˆ kapitan ze szczer¥ trosk¥. Wida† byˆo, ¾e nie jest zachwycony tym, i¾ traci z oczu swoj¥ podopieczn¥. Podaˆ Anakinowi dwie niewielkie torby podr¢¾ne i z otuch¥ skin¥ˆ gˆow¥ mˆodemu Jedi. - Dzi©kuj©, kapitanie - odpowiedziaˆa Padm‚, nie kryj¥c wzruszenia. - Prosz© uwa¾a† na Dorme. Teraz wam b©dzie zagra¾aˆo niebezpieczeästwo. - Przy mnie b©dzie bezpieczny - wtr¥ciˆa szybko Dorme. Padm‚ u˜miechn©ˆa si©, wdzi©czna za t© pr¢b© poprawienia jej nastroju, a potem u˜cisn©ˆa wiern¥ towarzyszk©. Obj©ˆa j¥ jeszcze mocniej, czuj¥c, ¾e dziewczyna cicho szlocha. - Nie spotka was nic zˆego - szepn©ˆa wprost do ucha Dorme. - Nie chodzi o mnie, pani. Martwi© si© o ciebie. Co b©dzie, je˜li oni zorientuj¥ si©, ¾e opu˜ciˆa˜ stolic©? Padm‚ odsun©ˆa dwork© na odlegˆo˜† ramion i u˜miechn©ˆa si© lekko, spogl¥daj¥c z ukosa na Anakina. - Wtedy m¢j Jedi opiekun b©dzie musiaˆ pokaza†, ile jest wart. Dorme za˜miaˆa si© nerwowo, otarˆa ˆzy i skin©ˆa gˆow¥. Stoj¥c z boku, Anakin u˜miechn¥ˆ si© w duchu, cho† na zewn¥trz staraˆ si© emanowa† wyˆ¥cznie pewno˜ci¥ siebie. Komplementy Padm‚ sprawiaˆy mu jednak ogromn¥ przyjemno˜†. Obi-Wan zepsuˆ padawanowi bˆogi nastr¢j, odci¥gaj¥c go na stron©. - Zostaäcie na Naboo - rozkazaˆ mistrz. - Nie rzucajcie si© w oczy. Pami©taj: nie r¢b absolutnie niczego bez porozumienia ze mn¥ albo z Rad¥. - Tak, mistrzu - odrzekˆ posˆusznie Anakin, cho† gotowaˆ si© w ˜rodku i miaˆ ochot© rzuci† si© na Obi-Wana. Nie robi† absolutnie nic bez porozumienia? Bez pytania o zgod©? Czy nie zasˆu¾yˆ na wi©cej zaufania? Czy nie udowodniˆ, ¾e jest zaradnym, godnym zaufania padawanem? - Postaram si© jak najszybciej dotrze† do sedna tego spisku, pani - wr¢ciˆ si© Obi-Wan do Padm‚. Gniew Anakina si©gn¥ˆ szczytu; przecie¾ wˆa˜nie to sugerowaˆ mistrzowi, gdy tylko zlecono im ochron© senator Amidali! - Jestem pewien, ¾e wkr¢tce b©dziecie mogli wr¢ci† - dodaˆ Obi-Wan. - B©d© niewymownie wdzi©czna za szybkie rozwi¥zanie tej sprawy, mistrzu Jedi. My˜l o tym, ¾e Padm‚ miaˆaby by† wdzi©czna Kenobiemu, nie podobaˆa si© Anakinowi. Nie chciaˆ, by w jej oczach rola mistrza byˆa istotniejsza ni¾ jego wˆasna. - Pora i˜† - powiedziaˆ padawan, post©puj¥c krok naprz¢d. - Wiem - odrzekˆa Padm‚, kt¢ra nie byˆa uradowana ani wizj¥ opuszczenia Coruscant, ani konieczno˜ci¥ nara¾ania na niebezpieczeästwo kolejnej wiernej dworki. Ci¥gle miaˆa w pami©ci obraz umieraj¥cej Cord‚. Padm‚ i Dorme u˜ciskaˆy si© po raz ostatni. Anakin wzi¥ˆ baga¾e i odwr¢ciˆ si©, by zej˜† na pˆyt© l¥dowiska, gdzie czekaˆ ju¾ R2-D2. - Niech Moc b©dzie z tob¥ - rzekˆ Obi-Wan. - Niech Moc b©dzie z tob¥. - odpowiedziaˆ Anakin szczerze; naprawd© chciaˆ, by Obi- Wan odnalazˆ inicjatora zamach¢w, cho†by po to, by galaktyka znowu staˆa si© dla Padm‚ bezpiecznym miejscem. Miaˆ jednak nadziej©, ¾e nie nast¥pi to zbyt szybko. Misja, kt¢r¥ mu powierzono, pozwoliˆa mu by† blisko kobiety, kt¢r¥ kochaˆ; nie chciaˆ otrzyma† nowego zadania i rozstawa† si© z ni¥ na dˆu¾ej. - Nagle zacz©ˆam si© ba† - wyznaˆa Padm‚, kiedy szli w stron© olbrzymiego frachtowca, kt¢ry miaˆ ich zabra† na Naboo. Za nimi toczyˆ si© R2-D2, pogwizduj¥c rado˜nie. - To moje pierwsze samodzielne zadanie, wi©c... ja te¾ si© boj©. - Anakin odwr¢ciˆ si©, by spojrze† na Padm‚ i posˆa† jej szeroki, zawadiacki u˜miech. - Ale nie martw si©, na szcz©˜cie jest z nami Artoo! Poczucie humoru byˆo im w tej chwili bardzo potrzebne. Z okien wahadˆowca, kt¢ry miaˆ za chwil© powr¢ci† w bardziej eleganckie rejony stolicy, trzy pary oczu z trosk¥ obserwowaˆy Anakina, Padm‚ i R2-D2, kt¢rzy wolno znikali w tˆumie. - Mam nadziej©, ¾e nie przyjdzie mu do gˆowy ¾aden gˆupi pomysˆ - mrukn¥ˆ Obi- Wan. Fakt, ¾e mistrz Jedi tak otwarcie wyra¾aˆ swoje obawy wzgl©dem wˆasnego ucznia byˆ dla kapitana Typha dowodem zaufania. - Bardziej martwi© si© o jej pomysˆy ni¾ o jego - odparˆ oficer, z powag¥ kr©c¥c gˆow¥. - Padm‚ Amidala nie ma zwyczaju sˆucha† rozkaz¢w. - Dobrana z nich para - zauwa¾yˆa Dorme. M©¾czy«ni bez sˆowa spojrzeli na dziewczyn©. Typho znowu pokr©ciˆ gˆow¥. Padm‚ Amidala istotnie byˆa uparta, silna i niezale¾na. Wolaˆa ufa† wˆasnej ocenie sytuacji ni¾ sugestiom innych, nawet bardziej do˜wiadczonych ludzi. Nie byˆa jednak bardziej uparta od Anakina. Dla Obi-Wana nie byˆa to pocieszaj¥ca my˜l. ROZDZIA� 11 Wielka —wi¥tynia Jedi byˆa miejscem kontemplacji i ci©¾kiego treningu, ale tak¾e bankiem informacji. Rycerze Jedi byli bowiem nie tylko stra¾nikami pokoju, ale i wiedzy. W zwieäczonym wysokim sklepieniem, gˆ¢wnym korytarzu —wi¥tyni staˆy przezroczyste komory, zwane pokojami analiz, peˆne robot¢w najrozmaitszych ksztaˆt¢w i rozmiar¢w, gotowych sˆu¾y† pomoc¥ w niezliczonych dziedzinach. W©druj¥c przestronnymi salami —wi¥tyni, Obi-Wan Kenobi rozmy˜laˆ o swoim uczniu i Padm‚. Zastanawiaˆ si©, czy m¥drym posuni©ciem byˆo powierzenie Anakinowi opieki nad senator Amidala. Zapaˆ, z jakim padawan podj¥ˆ si© tego zadania, wˆ¥czyˆ sygnaˆ ostrzegawczy w gˆowie Obi-Wana - lecz mimo to mistrz nie sprzeciwiˆ si© decyzji Rady. Nie zrobiˆ tego przede wszystkim dlatego, ¾e miaˆ na gˆowie bardziej nagl¥ce sprawy. Miaˆ nadziej©, ¾e tu, w skarbnicy wszelakiej wiedzy, zdoˆa odkry† «r¢dˆo kˆopot¢w Amidali. Wi©kszo˜† kabin byˆa - jak zwykle - zaj©ta. Nigdy nie brakowaˆo tu uczni¢w i mistrz¢w szukaj¥cych informacji. Wreszcie jednak Obi-Wan znalazˆ woln¥ komor© z robotem analitycznym SP-4, czyli dokˆadnie takim, jakiego potrzebowaˆ. Usiadˆ przed konsolet¥, a robot natychmiast wysun¥ˆ tac© na pr¢bki. - Prosz© umie˜ci† na tacy przedmiot, kt¢ry ma zosta† poddany analizie - powiedziaˆ SP-4 metalicznym gˆosem. Kenobi ju¾ trzymaˆ w dˆoni zatrut¥ strzaˆk©, kt¢ra zabiˆa ˆowczyni© nagr¢d. Gdy tylko tacka wsun©ˆa si© na miejsce, ekran przed Obi-Wanem rozjarzyˆ si© szybko przesuwaj¥cymi si© diagramami i kolumnami danych. - To zatruta strzaˆka - wyja˜niˆ Jedi. - Musz© wiedzie†, gdzie i przez kogo zostaˆa zrobiona. - Chwileczk©, prosz©. - Przez ekran przetoczyˆa si© kolejna fala rysunk¢w i jeszcze dˆu¾sze kolumny liczb. Wreszcie obraz zatrzymaˆ si© na schemacie podobnej broni, ale dopasowanie nie byˆo zadowalaj¥ce i maszyna ponownie zacz©ˆa przegl¥da† banki pami©ci. Obrazy przez dˆu¾sz¥ chwil© zmieniaˆy si© jak w kalejdoskopie, lecz nie znalazˆ si© taki, kt¢ry do zˆudzenia przypominaˆby strzaˆk© przyniesion¥ przez Obi-Wana. Ekran zgasˆ, a tacka wysun©ˆa si© ponownie. - Jak wida† na ekranie, badana broä nie istnieje w ¾adnej ze znanych kultur - wyja˜niˆ SP-4. - Oznaczenia nie zostaˆy zidentyfikowane. Zapewne jest to przedmiot wykonany r©cznie przez wojownika nie-zwi¥zanego z ¾adn¥ zbadan¥ cywilizacj¥. Prosz© odsun¥† si© od tacy na pr¢bki. - Sˆucham? Mo¾e spr¢bowaˆby˜ jeszcze raz? - spytaˆ zirytowany Kenobi. - Mistrzu Jedi, nasze bazy danych s¥ bardzo szczeg¢ˆowe. Obejmuj¥ informacje z osiemdziesi©ciu procent galaktyki. Je¾eli nie potrafi© ustali†, sk¥d pochodzi ten przedmiot, to gwarantuj©, ¾e nie potrafi tego nikt. Obi-Wan podni¢sˆ strzaˆk©, spojrzaˆ na robota i westchn¥ˆ z rezygnacj¥, nie do koäca przekonany o sˆuszno˜ci jego opinii. - Dzi©ki za pomoc - rzuciˆ, zastanawiaj¥c si©, czy oprogramowanie automat¢w typu SP-4 pozwala im zrozumie† sarkazm. - Mo¾e i nie umiesz mi pom¢c, ale znam kogo˜, kto j¥ zidentyfikuje. - Rachunek prawdopodobieästwa nie sugeruje istnienia takiej mo¾liwo˜ci... - zacz¥ˆ SP-4, po czym wygˆosiˆ dˆug¥ i monotonn¥ mow© pochwaln¥ na temat obszerno˜ci swoich baz danych i niezr¢wnanych mo¾liwo˜ci program¢w wyszukuj¥cych. Obi-Wan jednak ju¾ dawno zostawiˆ za sob¥ pok¢j analiz i przemierzywszy dˆugimi krokami przestronny korytarz, wyszedˆ ze —wi¥tyni. Opu˜ciˆ jej mury, nie zwierzaj¥c si© nikomu ze swoich plan¢w; potrzebowaˆ skupienia i koncentracji, a jeszcze bardziej szybkich odpowiedzi. Instynkt podpowiadaˆ mu, ¾e ma do czynienia ze spraw¥, w kt¢rej nie chodzi jedynie o bezpieczeästwo Amidali. Wyczuwaˆ co˜ powa¾nego, ale szczeg¢ˆ¢w m¢gˆ si© jedynie domy˜la†. Czy chodziˆo o postaw© Anakina? Mo¾e o spisek przeciwko Republice? A mo¾e po prostu si© zdenerwowaˆ, bo SP-4, na kt¢rym zwykle mo¾na byˆo polega†, tym razem w og¢le nie umiaˆ mu pom¢c? Potrzebowaˆ odpowiedzi, a konwencjonalne metody ich pozyskania zawiodˆy. Ale Obi-Wan Kenobi pod wieloma wzgl©dami nie byˆ "konwencjonalnym" rycerzem Jedi. Cho† zwykle peˆen rezerwy - szczeg¢lnie w kontaktach z padawanem - w gˆ©bi duszy miaˆ wiele wsp¢lnego ze swoim byˆym mistrzem, niepokornym Qui-Gon Jinnem. Obi-Wan wiedziaˆ, jak zdoby† odpowied«. Skierowaˆ ˜migacz do handlowej cz©˜ci dzielnicy Coco, le¾¥cej daleko od zauˆka, w kt¢rym wraz z Anakinem dopadˆ niedoszˆ¥ zab¢j-czyni© Amidali. Dotarˆszy na miejsce, zaparkowaˆ pojazd i wyszedˆ na ulic¥. Zatrzymaˆ si© przed niewielkim budynkiem o matowych oknach i ˜cianach pomalowanych jaskraw¥ metaliczn¥ farb¥. Nazw© lokalu zapisano na szyldzie egzotycznym pismem, lecz cho† Obi-Wan nie umiaˆ jej odczyta†, wiedziaˆ doskonale, ¾e stoi przed Jadˆodajni¥ u Dexa. U˜miechn¥ˆ si© lekko. Nie widziaˆ si© z Dexem od bardzo, bardzo dawna. Zbyt dˆugo to trwaˆo, pomy˜laˆ, wchodz¥c do ˜rodka. Wn©trze lokalu byˆo do˜† typowe dla ni¾szych poziom¢w miasta: pod ˜cianami znajdowaˆy si© lo¾e, za˜ po˜rodku ustawiono maˆe okr¥gˆe stoliki z wysokimi stoˆkami. Byˆ tam tak¾e kontuar, cz©˜ciowo otoczony stoˆkami, zaj©tymi przez istoty rozmaitych ras. Obi- Wan wiedziaˆ, ¾e ma przed sob¥ twardych zawodnik¢w: pilot¢w frachtowc¢w i pracownik¢w portu. W galaktyce z jej wszechobecn¥ technik¥, niewiele byˆo istot zarabiaj¥cych na ¾ycie prac¥ mi©˜ni. Jedi podszedˆ do maˆego stolika i przysiadˆ na stoˆku, przypatruj¥c si© robotowi kelnerce, kt¢ry przecieraˆ blat szmat¥. - Czego sobie ¾yczy - spytaˆ automat. - Szukam Dextera. Robot wydaˆ z siebie maˆo sympatyczny odgˆos. Obi-Wan tylko si© u˜miechn¥ˆ. - Chciaˆbym z nim porozmawia†. - Chce czego˜ od niego? - Dex nie ma kˆopot¢w - zapewniˆ robota Jedi. - To sprawa osobista. Robot wpatrywaˆ si© w niego przez kr¢tk¥ chwil©, po czym pokr©ciˆ gˆow¥ i wr¢ciˆ za kontuar. - Skarbie, kto˜ do ciebie - zawoˆaˆ, otwarˆszy klap© okienka, przez kt¢re wydawano posiˆki. - Wygl¥da na Jedi. W otworze ukazaˆa si© wielka gˆowa spowita kˆ©bami szarawej pary. Szeroki u˜miech - na ustach, w kt¢rych zmie˜ciˆaby si© caˆa gˆowa Kenobiego - odsˆoniˆ wielkie z©by gospodarza, szczerze uradowanego na widok go˜cia. - Obi-Wan! - Witaj, Dex - odpowiedziaˆ Jedi, po czym wstaˆ i podszedˆ do lady. - Siadaj, stary! Zaraz do ciebie przyjd©! Obi-Wan rozejrzaˆ si© dookoˆa. Robot kelnerka kr©ciˆ si© po sali, obsˆuguj¥c pozostaˆych klient¢w. Jedi postanowiˆ zaj¥† miejsce w lo¾y tu¾ obok kontuaru. - Napijesz si© ardees? - spytaˆ automat znacznie przyja«niejszym tonem. - Tak, dzi©kuj©. Robot musiaˆ przycisn¥† si© do kontuaru, by przepu˜ci† id¥cego nieco sztywno niesˆawnego Dextera Jettstera. Byˆ to osobnik imponuj¥cej postury; pozbawiona karku g¢ra mi©sa, przy kt¢rej najwi©ksi twardziele odwiedzaj¥cy ten lokal wygl¥dali cherlawo. Spod koszuli gospodarza wystawaˆ tˆusty kaˆdun, a na ˆysej gˆowie olbrzyma perliˆy si© krople potu. I cho† najlepsze lata miaˆ ju¾ za sob¥, a jego ruchy nie byˆy tak pˆynne jak dawniej - gˆ¢wnie za spraw¥ starych ran i kontuzji - Dexter Jettster z pewno˜ci¥ nie byˆ istot¥, z kt¢r¥ ktokolwiek miaˆby ochot© walczy† - zwˆaszcza ¾e ka¾de z jego czworga ramion zakoäczone byˆo pi©˜ci¥, kt¢ra jednym ciosem mogˆa zmieni† twarz w mokr¥ plam©. Obi-Wan zauwa¾yˆ, ¾e wielu go˜ci spogl¥daˆo na Jettstera z respektem. - Witaj, stary druhu! - Cze˜†, Dex. Dawno si© nie widzieli˜my. Dexter z wysiˆkiem wcisn¥ˆ si© na siedzenie naprzeciwko Obi-Wana. Robot kelnerka zd¥¾yˆ wr¢ci† i postawi† przed starymi przyjaci¢ˆmi kubki z paruj¥cym ardees. - Powiedz, przyjacielu, co mog© dla ciebie zrobi†? - spytaˆ Dex i Kenobi wiedziaˆ, ¾e nie s¥ to sˆowa rzucone na wiatr. Jedi nie zawsze aprobowaˆ wybryki Jettstera - szczeg¢lnie przekr©ty zwi¥zane z dziaˆaniem jadˆodajni oraz liczne bijatyki - ale jednocze˜nie miaˆ ˜wiadomo˜†, ¾e nigdzie nie znajdzie bardziej lojalnego przyjaciela. Dex potrafiˆ zabija† wrog¢w, ale byˆ te¾ gotowy po˜wi©ci† ¾ycie za kogo˜, na kim mu zale¾aˆo. Tak stanowiˆ niepisany kodeks gwiezdnych wˆ¢cz©g¢w, kt¢rego zasady przemawiaˆy do wyobra«ni Kenobiego. Przebywanie w˜r¢d ludzi takich jak Dex sprawiaˆo mu znacznie wi©ksz¥ przyjemno˜† ni¾ obcowanie z elit¥ rz¥dz¥cych. - Mo¾esz mi powiedzie†, co to jest? - Obi-Wan poˆo¾yˆ na stole niepozorn¥ strzaˆk©. Zauwa¾yˆ, ¾e Dex gwaˆtownie odstawiˆ kubek i szeroko otworzyˆ oczy na widok tajemniczego przedmiotu. - Prosz©, prosz© - mrukn¥ˆ cicho, jakby nagle zabrakˆo mu powietrza. Delikatnie, niemal z nabo¾n¥ czci¥ uni¢sˆ strzaˆk©. - nie widziaˆem takiej, odk¥d wyniosˆem si© z Subterrel, spoza Odlegˆych Rubie¾y. - Nie wiesz, sk¥d pochodzi? Dexter poˆo¾yˆ strzaˆk© przed Obi-Wanem. - Kloniarze robi¥ takie rzeczy. A nazywaj¥ je saberdartami z planety Kamino. - Saberdartami z planety Kamino? - powt¢rzyˆ Kenobi. - Ciekawe, dlaczego nie mamy czego˜ takiego w archiwum analiz. Dex tr¥ciˆ strzaˆk© pulchnym palcem. - Mo¾na j¥ zidentyfikowa† tylko po tych naci©ciach z boku - wyja˜niˆ. - Te wasze roboty analityczne zwracaj¥ uwag© tylko na czytelne symbole. S¥dziˆem, ¾e wy, Jedi, umiecie dostrzega† r¢¾nic© mi©dzy wiedz¥ a m¥dro˜ci¥. - No c¢¾, Dex, gdyby roboty potrafiˆy my˜le†, ju¾ by nas tu nie byˆo, prawda? - odparˆ ze ˜miechem Obi-Wan. Sekund© p¢«niej Dexter zawt¢rowaˆ mu tubalnym gˆosem. Rycerz Jedi spowa¾niaˆ po chwili, przypominaj¥c sobie o misji, kt¢r¥ mu powierzono. - Kamino... Nie znam tej planety. Nale¾y do Republiki? - Nie, znajduje si© poza Odlegˆymi Rubie¾ami. Powiedziaˆbym, ¾e dobrych dwana˜cie parsek¢w "na poˆudnie" od Labiryntu Rishi. Nawet te twoje roboty z archiwum nie powinny mie† problemu z jej znalezieniem. Kaminoanie raczej nie opuszczaj¥ swojej planety. S¥ kloniarzami. I to doskonaˆymi. Obi-Wan znowu podni¢sˆ strzaˆk© i oparˆszy ˆokie† o blat, wolno obracaˆ j¥ w palcach. - Kloniarzami? - powt¢rzyˆ. - S¥ przyja«nie nastawieni? - To zale¾y. - Od czego? - spytaˆ Jedi, spogl¥daj¥c na Dexa ponad czubkiem strzaˆki. - Od tego, jak dobre masz maniery i jak gruby portfel - odpowiedziaˆ Dex z szerokim u˜miechem. Obi-Wan nie byˆ zaskoczony. Z uwag¥ przygl¥daˆ si© strzaˆce. ROZDZIA� 12 Senator Padm‚ Amidala, byˆa kr¢lowa Naboo, nie przywykˆa do podr¢¾owania w takich warunkach. Wszyscy uchod«cy podr¢¾owali jedn¥ klas¥: najgorsz¥. Frachtowiec bowiem, zgodnie ze sw¥ nazw¥, przeznaczony byˆ do przewo¾enia w swych wielkich ˆadowniach towar¢w, a nie ¾ywych istot. O˜wietlenie byˆo fatalne, a zapachy jeszcze gorsze, cho† trudno byˆo ustali†, czy ich «r¢dˆem jest sam statek, czy te¾ wielorasowy tˆum emigrant¢w. Jednak dla Padm‚ podr¢¾ ta byˆa mimo wszystko przyjemna. Mˆoda kobieta wiedziaˆa, ¾e powinna by† teraz na Coruscant i walczy† ze zwolennikami ustawy o militaryzacji, ale jakim˜ cudem wˆa˜nie tu, na pokˆadzie frachtowca, czuˆa si© naprawd© wolna i spokojna. Wolna od odpowiedzialno˜ci. Wolna od protokoˆu. Cho† przez chwil¥ mogˆa by† po prostu Padm‚, a nie senator Amidala. Je˜li nie liczy† wczesnego dzieciästwa, niewiele byˆo w jej ¾yciu moment¢w podobnej swobody. Z perspektywy lat wydawaˆo jej si©, ¾e caˆe dotychczasowe ¾ycie po˜wi©ciˆa sˆu¾bie publicznej; dziaˆaˆa wyˆ¥cznie dla wy¾szego, wsp¢lnego dobra, nie zwa¾aj¥c na wˆasne potrzeby i nie maj¥c czasu by† tylko Padm‚. Nie ¾aˆowaˆa, ¾e tak wygl¥daˆo jej ¾ycie. Byˆa dumna ze swoich osi¥gni©†, co wi©cej, dawaˆy jej one gˆ©bokie poczucie przynale¾no˜ci do czego˜ znacznie wi©kszego ni¾ ˜wiat prywatnych potrzeb. A jednak nie mogˆa zaprzeczy†, ¾e chwile, kiedy na jej barkach nie spoczywaˆa wielka odpowiedzialno˜†, miaˆy swoje uroki. Spojrzaˆa na niespokojnie ˜pi¥cego Anakina. Patrzyˆa na niego nie na padawana Jedi, swojego obroäc©, ale jak na mˆodego m©¾czyzn©. Przystojnego mˆodego m©¾czyzn©, kt¢ry wielokrotnie wyznawaˆ jej miˆo˜†. Z pewno˜ci¥ niebezpiecznego mˆodego m©¾czyzn©, przyszˆego Jedi, my˜l¥cego o rzeczach, o kt¢rych my˜le† nie powinien. M©¾czyzn©, kt¢ry z uporem pod¥¾aˆ za gˆosem serca. A wszystko to dla niej... Padm‚ nie mogˆa zaprzeczy†: byˆo w tym co˜ poci¥gaj¥cego. Oboje kroczyli podobn¥ ˜cie¾k¥ sˆu¾by publicznej - ona jako senator, on jako padawan Jedi. Jednak chˆopak otwarcie buntowaˆ si© przeciwko reguˆom rz¥dz¥cym jego ¾yciem, a przynajmniej przeciwko mistrzowi, kt¢ry te reguˆy ustalaˆ. Padm‚ nigdy si© nie buntowaˆa. Ale czy nie miaˆa na to ochoty? Czy Padm‚ Amidala nie chciaˆa by† tylko Padm‚? Przynajmniej raz na jaki˜ czas? U˜miechn©ˆa si© i odwr¢ciˆa plecami do Anakina, wypatruj¥c w mrocznym wn©trzu ˆadowni drugiego towarzysza podr¢¾y. Wreszcie zauwa¾yˆa R2-D2 stoj¥cego w kolejce ¾ywych istot rozmaitych gatunk¢w. Tu¾ przed nim obsˆuga kuchni napeˆniaˆa wˆa˜nie czyj¥˜ misk© porcj¥ m©tnej papki. Prawie ka¾dy, kto odchodziˆ od kontuaru, wydawaˆ z siebie cichy j©k zawodu. Padm‚ przygl¥daˆa si© z rozbawieniem, jak jeden z serwuj¥cych zaczyna krzycze†, wymachuj¥c r©k¥ w stron© R2. - ½adnych robot¢w w kolejce po ¾arcie! - wrzasn¥ˆ kuchcik. - Jazda st¥d! R2 ruszyˆ z miejsca, lecz zatrzymaˆ si© nagle i szybko wysun¥ˆ ze swego p©katego korpusu grub¥ rur©, kt¢ra zawisˆa nad lad¥ i wci¥gn©ˆa solidn¥ porcj© papki, by w specjalnym pojemniku zawie«† j¥ swojej pani. - ½adnych robot¢w! - powt¢rzyˆ serwuj¥cy. R2 wci¥gn¥ˆ jeszcze troch© papki, a potem wysun¥ˆ chwytak w stron© tacy z chlebem. Chwyciwszy kromk©, gwizdn¥ˆ wesoˆo, zawr¢ciˆ i odjechaˆ, nie zwa¾aj¥c na przekleästwa i wymachiwanie pi©˜ciami. Klucz¥c mi©dzy ˜pi¥cymi emigrantami, dotarˆ do u˜miechni©tej Padm‚. - Nie, nie! - zawoˆaˆ kto˜ tu¾ obok. - Mamo, nie! Padm‚ odwr¢ciˆa si© i przekonaˆa, ¾e to jej towarzysz, spocony i dr¾¥cy, krzyczy przez sen. - Anakinie? - powiedziaˆa, potrz¥saj¥c nim lekko. - Nie, mamo! - krzykn¥ˆ, odsuwaj¥c si© w k¥t posˆania. Gwaˆtownie poruszaˆ nogami, jakby przed czym˜ uciekaˆ. - Anakinie - powt¢rzyˆa Padm‚ nieco gˆo˜niej i mocniej tr¥ciˆa rami© padawana. Bˆ©kitne oczy otworzyˆy si© nagle i szybko omiotˆy pomieszczenie, zanim zatrzymaˆy si© na twarzy Padm‚. - O co chodzi? - —niˆo ci si© co˜ strasznego. Anakin bez sˆowa wpatrywaˆ si© w Padm‚, a na jego twarzy pojawiˆ si© najpierw wyraz zaciekawienia, a potem troski. Amidala wzi©ˆa od R2-D2 misk© papki i kawaˆek chleba. - Jeste˜ gˆodny? Skywalker usiadˆ, przeczesaˆ dˆoni¥ wˆosy i pokr©ciˆ gˆow¥. - Niedawno weszli˜my w nadprzestrzeä - poinformowaˆa go Padm‚. - Jak dˆugo spaˆem? - Do˜† dˆugo - odpowiedziaˆa z u˜miechem. Anakin wygˆadziˆ poˆy tuniki, wyprostowaˆ si© i rozejrzaˆ, pr¢buj¥c strz¥sn¥† z siebie resztki snu. - Nie mog© si© doczeka†, kiedy znowu zobacz© Naboo - westchn¥ˆ. Gdy popatrzyˆ na szaraw¥ papk©, zrzedˆa mu mina. A kiedy schyliˆ si© i j¥ pow¥chaˆ - zmarszczyˆ nos. - Naboo - powt¢rzyˆ, spogl¥daj¥c na Padm‚. - My˜laˆem o niej ka¾dego dnia, odk¥d odlecieli˜my. To najpi©kniejsze miejsce, jakie widziaˆem. Wpatrywaˆ si© w Padm‚ tak przenikliwie, ¾e speszona odwr¢ciˆa wzrok. - Mo¾liwe, ¾e nie b©dzie taka, j¥kaj¥ zapami©taˆe˜. Wspomnienia czasem s¥ pi©kniejsze ni¾ rzeczywisto˜†. - Tak... - zgodziˆ si© Anakin. Kiedy podniosˆa gˆow© i spojrzaˆa na niego, nadal mierzyˆ j¥ wzrokiem, tote¾ nietrudno byˆo jej zgadn¥† o czym m¢wiˆ. - Ale czasem rzeczywisto˜† przewy¾sza wspomnienia. - Pewnie nieˆatwo ci jest by† w Zakonie Jedi - odezwaˆa si© po chwili Padm‚, zmieniaj¥c temat. - Nie mo¾esz odwiedza† wszystkich miejsc, kt¢re chciaˆby˜ zobaczy†. Nie mo¾esz robi† tego, na co masz ochot©. - Ani przebywa† z lud«mi, kt¢rych kocham? - dorzuciˆ Anakin, zauwa¾aj¥c, dok¥d zmierza ta rozmowa. - A czy wolno ci kocha†? - spytaˆa Padm‚ bez ogr¢dek. - S¥dziˆam, ¾e dla Jedi miˆo˜† jest zabroniona. - Zakazane s¥ zwi¥zki - zacz¥ˆ Anakin tonem tak beznami©tnym, jakby cytowaˆ nudne reguˆki. - nakazane jest posiadanie. Wsp¢ˆczucie, kt¢re zdefiniowaˆbym jako bezwarunkow¥ miˆo˜†, jest osi¥ w ¾yciu ka¾dego Jedi. Tak wi©c mo¾na powiedzie†, ¾e jeste˜my wr©cz zach©cali do miˆo˜ci. - Tak bardzo si© zmieniˆe˜... - stwierdziˆa Padm‚, czuj¥c, ¾e w tym, co m¢wi jest co˜ niestosownego, jakby ukryta zach©ta. - Za to ty ani troch©. Jeste˜ dokˆadnie taka sama, jak¥ pami©tam ci© ze swoich sn¢w. Dlatego podejrzewam, ¾e Naboo tak¾e si© nie zmieniˆa. - Nie zmieniˆa - przytakn©ˆa nieprzytomnie. Byli zdecydowanie zbyt blisko siebie; co do tego nie miaˆa w¥tpliwo˜ci. Wiedziaˆa te¾, ¾e oboje st¥paj¥ po niebezpiecznym gruncie. On byˆ przecie¾ padawanem Jedi, a Jedi nie mog¥... Padm‚ wyprostowaˆa si© i odchrz¥kn©ˆa. - daje si©, ¾e przed chwil¥ ˜niˆa ci si© matka - zauwa¾yˆa, odsuwaj¥c si© troch© od Anakina. - Mam racj©? Chˆopak spochmurniaˆ i spu˜ciˆ wzrok, wolno kiwaj¥c gˆow¥. - Opu˜ciˆem Tatooine tak dawno temu. Moje wspomnienia o matce blakn¥ - wyznaˆ, wbijaj¥c w Padm‚ udr©czony wzrok. - Nie chc© ich straci†. Nie chc© zapomnie† jej twarzy. - Wiem - zacz©ˆa i ju¾ miaˆa unie˜† r©k©, by pogˆadzi† policzek padawana, ale powstrzymaˆa si© i pozwoliˆa mu m¢wi†. - Ci¥gle widz© j¥ w snach. Bardzo realistycznych, przera¾aj¥cych snach. Martwi© si© o ni¥. - Rozczarowaˆby˜ mnie, gdyby byˆo inaczej - odpowiedziaˆa Padm‚ gˆosem peˆnym ciepˆa i wsp¢ˆczucia. - Opu˜ciˆe˜ j¥ w tak smutnych okoliczno˜ciach. - Anakin skrzywiˆ si©, jakby uraziˆy go te sˆowa. - Ale dobrze si© staˆo, ¾e to zrobiˆe˜- przypomniaˆa, spogl¥daj¥c w jego smutne oczy. - Post¥piˆe˜ tak, jak sobie tego ¾yczyˆa. Uznaˆa, ¾e tak b©dzie lepiej dla ciebie. Szansa, kt¢r¥ daˆ ci Qui-Gon, obudziˆa w niej nadziej©. Przecie¾ tego wˆa˜nie rodzice pragn¥ dla swego dziecka: wiedzie†, ¾e b©dzie miaˆo szans© na lepsze ¾ycie. - Ale sny... - My˜l©, ¾e nie pozb©dziesz si© tak ˆatwo poczucia winy - przerwaˆa mu Padm‚. Anakin pokr©ciˆ gˆow¥, czuj¥c, ¾e Amidala nie rozumie jego intencji. Ona jednak byˆa innego zdania. - o zupeˆnie naturalne, ¾e chciaˆby˜ zabra† matk© z Tatooine, mo¾e mie† j¥ przy sobie, albo na Naboo, Coruscant czy w jakimkolwiek miejscu, kt¢re uwa¾asz za bardziej bezpieczne i pi©kniejsze. Uwierz mi, Anakinie - dodaˆa mi©kko, kˆad¥c dˆoä na jego ramieniu. - Dobrze zrobiˆe˜, opuszczaj¥c Tatooine. Dobrze dla siebie, ale i - co wa¾niejsze - dobrze dla twojej matki. Port kosmiczny w Theed pod wieloma wzgl©dami przypominaˆ ten z Coruscant, peˆen frachtowc¢w i wahadˆowc¢w spˆywaj¥cych z nieba wyznaczonymi szlakami. Jednak¾e w przeciwieästwie do planety - miasta, w stolicy Naboo nie byˆo imponuj¥cych wysoko˜ciowc¢w z twardego metalu i poˆyskuj¥cej transpastali. Tutejsze budynki konstruowano z kamienia i innych klasycznych materiaˆ¢w, dachy miaˆy ˆagodne zaokr¥glone ksztaˆty, a ˜ciany delikatne kolory. Po ˜cianach dom¢w pi©ˆy si© rozmaite odmiany ro˜lin nadaj¥ce miastu niepowtarzalny charakter. Anakin i Padm‚ szli przez znajomo wygl¥daj¥cy plac, na kt¢rym dziesi©† lat temu rozpocz©ˆa si© bitwa z robotami bojowymi Federacji Handlowej. R2-D2 jechaˆ za nimi, gwi¾d¾¥c wesoˆ¥ melodi©, jakby udzieliˆa mu si© spokojna atmosfera Theed. Padm‚ spogl¥daˆa ukradkiem na Anakina, z zadowoleniem obserwuj¥c, jak padawan odpr©¾a si© i u˜miecha coraz szerzej. - Gdybym tu dorastaˆ, chyba nigdy bym st¥d nie wyjechaˆ - o˜wiadczyˆ Anakin. Padm‚ roze˜miaˆa si© cicho. - Bardzo w¥tpi©. Naprawd©. Kiedy zacz¥ˆem szkolenie, byˆem bardzo samotny i t©skniˆem za domem. Tylko my˜li o tym mie˜cie i o mamie sprawiaˆy mi rado˜†. Padm‚ spojrzaˆa na niego ze zdziwieniem. Pierwszy pobyt na Naboo powinien kojarzy† si© mˆodemu Jedi z udziaˆem w walce na ˜mier† i ¾ycie! Czy¾by jego obsesja na punkcie kobiety, kt¢r¥ pokochaˆ i planety, z kt¢rej pochodziˆa, byˆa a¾ tak gˆ©boka, ¾e zˆe wspomnienia wyblakˆy w ¾arze uczu†? - Problem polegaˆ na tym - ci¥gn¥ˆ Skywalker - ¾e im wi©cej my˜laˆem o mamie, tym gorzej si© czuˆem. Humor poprawiaˆ mi si© za to, gdy przypomniaˆem sobie Naboo i paˆac. O tym, jak paˆac bˆyszczy w promieniach sˆoäca, o tym, jak pachn¥ kwiaty... - I sˆycha† cichy szum dalekich wodospad¢w dodaˆa Padm‚. - kiedy pierwszy raz przyjechaˆam do stolicy, byˆam bardzo maˆa. Nigdy przedtem nie widziaˆam wodospadu. Te, kt¢re tu zobaczyˆam, wydawaˆy mi si© cudowne. Nie spodziewaˆam si© wtedy, ¾e pewnego dnia zamieszkam w paˆacu. - Powiedz, czy ju¾ jako maˆa dziewczynka marzyˆa˜ o wˆadzy i polityce? Pytanie byˆo tak niedorzeczne, ¾e Padm‚ gˆo˜no si© roze˜miaˆa. - O, nie. To byˆa ostatnia rzecz, o kt¢rej my˜laˆam. - Czuˆa, ¾e ogarnia j¥ nostalgia, ¾e ma ochot© wspomina† dawno minione dni, nim wojna odebraˆa jej niewinno˜†, a oszustwa i puˆapki polityki zmieniˆy jej ¾ycie. Nie mogˆa uwierzy†, ¾e tak ˆatwo otwiera swoje serce przed mˆodym padawanem. - Marzyˆam o pracy w Ruchu Pomocy Uchod«com. Nie przypuszczaˆam, ¾e kiedy˜ stan© do wybor¢w. Ale im lepiej poznawaˆam histori©, tym bardziej u˜wiadamiaˆam sobie, ile dobrego mog¥ zdziaˆa† politycy. Dlatego, kiedy miaˆam osiem lat, doˆ¥czyˆam do Mˆodych Legislator¢w, co tu, na Naboo, jest r¢wnoznaczne z oficjalnym o˜wiadczeniem, ¾e rozpoczyna si© sˆu¾b© publiczn¥. Potem zostaˆam Doradc¥ Senackim i wykonywaˆam swoje obowi¥zki z takim zapaˆem, ¾e zanim si© obejrzaˆam, wybrano mnie na kr¢low¥. - Padm‚ spojrzaˆa na Anakina i wzruszyˆa ramionami, staraj¥c si©, by jej sˆowa brzmiaˆy w miar© skromnie. Mi©dzy innymi dzi©ki wynikom w nauce - wyja˜niˆa. - Ale podejrzewam, ¾e wyniesiono mnie do tej godno˜ci przede wszystkim przez wzgl¥d na moje przekonanie, ¾e reformy s¥ mo¾liwe. Ludzie zapalili si© do moich plan¢w tak bardzo, ¾e w kampanii wyborczej prawie nie poruszano kwestii mojego wieku. Nie byˆam najmˆodsz¥ kr¢low¥ w historii Naboo, ale teraz, spogl¥daj¥c z perspektywy czasu, wydaje mi si©, ¾e chyba byˆam zbyt mˆoda. - Umilkˆa i spojrzaˆa w oczy Anakina. - Nie wiem, czy byˆam gotowa. - Ludzie, kt¢rym sˆu¾yˆa˜, uznali, ¾e dobrze si© spisaˆa˜ - przypomniaˆ padawan. - Podobno chcieli zmieni† konstytucj©, ¾eby˜ mogˆa pozosta† na tronie. - Populizm to nie demokracja, Annie. Populizm daje ludziom to, czego chc¥, a nie to, czego potrzebuj¥. Szczerze m¢wi¥c, poczuˆam ulg©, kiedy zakoäczyˆa si© druga kadencja. - Padm‚ zachichotaˆa. - Moi rodzice te¾! Bali si© o mnie podczas blokady i od tamtej pory czekali tylko, kiedy si© to wszystko skoäczy. Zreszt¥ i ja my˜laˆam ju¾ o zaˆo¾eniu rodziny... Padm‚ odwr¢ciˆa si©, czuj¥c, ¾e si© rumieni. Jak mogˆa tak si© przed nim otworzy†? Raz jeszcze popatrzyˆa na Anakina i dotarˆo do niej, ¾e czuje si© przy nim tak swobodnie, jakby znali si© i przyja«nili od urodzenia. - Moja siostra ma cudowne dzieci... - powiedziaˆa, spuszczaj¥c wzrok; jak zawsze, kiedy staraˆa si© ukry† wˆasne pragnienia. - Ale kiedy kr¢lowa poprosiˆa mnie, ¾ebym zostaˆa senatorem, nie mogˆam jej odm¢wi† - wyja˜niˆa. - To prawda - zgodziˆ si© Anakin. - Moim zdaniem, jeste˜ potrzebna Republice. Ciesz© si©, ¾e wybraˆa˜ sˆu¾b©. Przeczuwam, ¾e za naszego pokolenia wydarz¥ si© rzeczy, kt¢re gˆ©boko odmienia galaktyk©. - Czy¾by przepowiednia Jedi? - za¾artowaˆa Padm‚. - Nie, tylko przeczucie - wyja˜niˆ ze ˜miechem. - Po prostu wy-daje mi si©, ¾e system si© zestarzaˆ i co˜ musi si© zmieni†... - Ja te¾ tak uwa¾am - przytakn©ˆa szczerze Padm‚. Zatrzymali si© na moment przed wielkimi wrotami paˆacu, by nacieszy† oczy wspaniaˆym widokiem. W przeciwieästwie do wi©kszo˜ci budynk¢w na Coruscant, projektowanych przede wszystkim z my˜l¥ o funkcjonalno˜ci, ten gmach miaˆ wi©cej wsp¢lnego ze —wi¥tyni¥ Jedi. Jego tw¢rca doceniaˆ znaczenie estetyki i wiedziaˆ, ¾e forma musi wsp¢ˆgra† z przeznaczeniem. Go˜ci powitaˆy u˜miechni©te twarze. Sio Bibble, wielki przyjaciel i zaufany doradca z czas¢w, kiedy Padm‚ byˆa kr¢low¥, staˆ przy tronie obok kr¢lowej Jamillii, dokˆadnie tak, jak niegdy˜ stawaˆ przy kr¢lowej Amidali. Nie postarzaˆ si© zbytnio przez ostatnie lata; jego starannie utrzymane biaˆe wˆosy i broda nadal nadawaˆy mu dystyngowany wygl¥d, a w oczach paliˆ si© ¢w intensywny blask, kt¢ry Padm‚ tak uwielbiaˆa. Siedz¥ca obok niego Jamilli¥ wygl¥daˆa imponuj¥co, jak przystaˆo na kr¢low¥. Misterna fryzura pasowaˆa doskonale do bogato wyszywanych szat - jak¾e podobnych do tych, kt¢re nosiˆa Padm‚. Mˆoda pani senator pomy˜laˆa z uznaniem, ¾e Jamilli¥ wygl¥da w nich nadzwyczaj dostojnie. W sali tronowej nie brakowaˆo te¾ sztabu doradc¢w i grupy dworek oraz stra¾y. Padm‚ stwierdziˆa w duchu, ¾e to jedna ze zˆych stron bycia kr¢low¥: nie ma ani odrobiny prywatno˜ci. Kr¢lowa Jamilli¥ wstaˆa z godno˜ci¥- gˆ¢wnie z powodu fantazyjnej fryzury - i zbli¾yˆa si© do Padm‚, by wzi¥† j¥ za r©k©. - Martwili˜my si© o ciebie. Ciesz© si©, ¾e znowu jeste˜ z nami, Padm‚ - powiedziaˆa gˆ©bokim gˆosem o poˆudniowo-wschodnim akcencie, kt¢ry sprawiaˆ, ¾e sp¢ˆgˆoski brzmiaˆy wyj¥tkowo mocno. - Dzi©kuj©, Wasza Wysoko˜†. ½aˆuj© tylko, ¾e nie mog© sˆu¾y† ci lepiej, pozostaj¥c na Coruscant i bior¥c udziaˆ w gˆosowaniu. - Wielki Kanclerz Palpatin'e wszystko nam wyja˜niˆ - wtr¥ciˆ Sio Bibble. - Powr¢t do domu byˆ jedynym rozs¥dnym wyj˜ciem. Padm‚ z rezygnacj¥ skin©ˆa gˆow¥. Zbyt ci©¾ko pracowaˆa nad zjednoczeniem opozycji przeciwko ustawie o militaryzacji, by teraz w peˆni cieszy† si© powrotem na Naboo. - Ile system¢w przyˆ¥czyˆo si© do hrabiego Dooku i jego separatyst¢w? - spytaˆa kr¢lowa Jamilli¥, kt¢ra nie lubiˆa traci† czasu na bˆahe rozmowy. - Tysi¥ce - odrzekˆa Padm‚. - Ka¾dego dnia opuszcza Republik© coraz wi©cej. Jestem pewna, ¾e je˜li senat przegˆosuje utworzenie armii, czeka nas wojna domowa. Sio Bibble uderzyˆ pi©˜ci¥ w otwart¥ dˆoä. - To nie do pomy˜lenia! - warkn¥ˆ. - Od czasu utworzenia Republiki nie byˆo jeszcze wojny na tak¥ skal¥. - Czy widzisz jaki˜ spos¢b na sprowadzenie separatyst¢w na ˆono Republiki drog¥ negocjacji? spytaˆa spokojnie Jamillia. - Nie, je˜li b©d¥ si© czuli zagro¾eni. - Padm‚ zdumiaˆa si© pewno˜ci¥, z jak¥ wypowiedziaˆa te sˆowa. Poznaˆa niuanse swej pracy na tyle dobrze, ¾e mogˆa bezgranicznie ufa† instynktowi. Wiedziaˆa jednak i o tym, ¾e wkr¢tce b©dzie musiaˆa przywoˆa† na pomoc wszystkie swoje talenty. - Separaty˜ci nie maj¥ armii, ale je¾eli ich sprowokujemy, z pewno˜ci¥ b©d¥ si© broni†. Nie maj¥c ani czasu, ani pieni©dzy na stworzenie siˆ zbrojnych, mog¥ szuka† wsparcia Gildii albo Federacji Handlowej. - Armie handlarzy! - parskn©ˆa kr¢lowa, nie kryj¥c rozdra¾nienia i niesmaku. Tu, w Theed, wszyscy wiedzieli, jak gro«ne mog¥ by† takie grupy. To wˆa˜nie Federacja Handlowa swego czasu omal nie rzuciˆa Naboo na kolana. I dokonaˆaby tego, gdyby nie bohaterska postawa Amidali, dw¢ch Jedi, maˆego Anakina i garstki kr¢lewskich pilot¢w. Jednak i to nie wystarczyˆoby do pokonania armii robot¢w bojowych, gdyby nie niespodziewany sojusz zawarty przez kr¢low¥ Amidal© z dzielnymi Gunganami - Dlaczego senat nie robi nic, ¾eby ich powstrzyma†? - Obawiam si©, ¾e mimo staraä Kanclerza nadal mamy wielu urz©dnik¢w, s©dzi¢w, a nawet senator¢w opˆacanych przez Gildi© - przyznaˆa Padm‚. - Wi©c to prawda, ¾e Gildia nawi¥zaˆa z separatystami bliski kontakt, tak, jak si© tego spodziewali˜my - stwierdziˆa Jamilli¥. Sio Bibble ponownie uderzyˆ dˆoni¥ w dˆoä, zwracaj¥c na siebie uwag© zebranych. - Niesˆychane! - zawoˆaˆ. - To skandal, ¾e po tylu przesˆuchaniach i czterech procesach przed S¥dem Najwy¾szym Nute Gunray wci¥¾ jest wicekr¢lem Federacji Handlowej. Czy ci czciciele pieni¥dza naprawd© wszystkim rz¥dz¥? - Pami©taj, radco, ¾e s¥dy doprowadziˆy do redukcji armii Federacji - uspokoiˆa go kr¢lowa. - To sˆuszne posuni©cie. Padm‚ skrzywiˆa si© lekko. - Niestety, Wasza Wysoko˜†, kr¥¾¥ pogˆoski, i¾ armia Federacji Handlowej nie zostaˆa zredukowana zgodnie z nakazem s¥du. Anakin Skywalker odchrz¥kn¥ˆ cicho i post¥piˆ krok naprz¢d. - Rycerzom Jedi nie zezwolono na ˜ledztwo w tej sprawie - wyja˜niˆ. - Powiedziano nam, ¾e byˆoby ono zbyt niebezpieczne dla caˆej gospodarki. Kr¢lowa Jamilli¥ spojrzaˆa na niego i skin©ˆa gˆow¥, potem za˜ przeniosˆa wzrok na Padm‚. Wyprostowaˆa si© i zadarˆa podbr¢dek, przyjmuj¥c prawdziwie kr¢lewsk¥ postaw©. - Musimy zachowa† wiar© w Republik© - o˜wiadczyˆa. - Demokracja przestanie istnie†, kiedy tylko nabierzemy przekonania, ¾e jej sprawne funkcjonowanie jest niemo¾liwe. - M¢dlmy si©, ¾eby ten dzieä nigdy nie nadszedˆ - odpowiedziaˆa cicho Padm‚. - Teraz jednak musimy zadba† o twoje bezpieczeästwo - przypomniaˆa Jamilli¥, po czym spojrzeniem daˆa znak Sio Bibble'owi. Na jego sygnaˆ wszyscy doradcy, dworki i asystenci skˆonili si© i w po˜piechu opu˜cili sal© tronow¥. Sio Bibble stan¥ˆ za˜ przed Anakinem i czekaˆ, a¾ zamkn¥ si© drzwi za ostatnim z wychodz¥cych. - Co proponujesz, mistrzu Jedi? - Anakin jeszcze nie jest Jedi, radco - wtr¥ciˆa Padm‚. - Jest padawanem. Moim zdaniem, powinni˜my... - Hej, chwileczk©! - przerwaˆ jej Anakin, mru¾¥c oczy i marszcz¥c brwi, wyra«nie niezadowolony z tej lekcewa¾¥cej uwagi. - Przepraszam! - odparowaˆa, nie ust©puj¥c przed gro«nym spojrzeniem padawana. Moim zdaniem, powinni˜my pozosta† w Krainie Jezior. Mo¾na si© tam dobrze ukry†. - To ja przepraszam! wˆ¥czyˆ si© jeszcze bardziej zirytowany Anakin. Jestem odpowiedzialny za twoje bezpieczeästwo, pani. Padm‚ przymierzaˆa si© do ostrej reprymendy, ale zauwa¾yˆa wymian© podejrzliwych spojrzeä mi©dzy Sio Bibble'em a kr¢low¥ Jamilli¥. Dotarˆo do niej, ¾e nie powinna publicznie sprzecza† si© z Anakinem, bo mo¾e to wzbudzi† podejrzenia, i¾ co˜ mi©dzy nimi jest. Opanowaˆa si© wi©c i przem¢wiˆa znacznie ˆagodniejszym tonem. - Annie, moje ¾ycie jest w niebezpieczeästwie, a tu jest m¢j dom. Znam ten ˜wiat lepiej ni¾ ty; to dlatego tu jeste˜my. B©dzie lepiej, je˜li wykorzystasz moj¥ wiedz©. Przepraszam, pani skˆoniˆ si© Anakin. - Padm‚ ma racj© - rzekˆ wyra«nie rozbawiony Sio Bibble, bior¥c padawana pod rami©. - Kraina Jezior to najdalsza cz©˜† Naboo. Nie ma tam wielu ludzi, za to b©dziecie mie† dobry widok na puste r¢wniny. To naprawd© doskonaˆy wyb¢r. Tam ˆatwiej ci b©dzie chroni† pani¥ senator. - —wietnie - podsumowaˆa Jamilli¥. - Zatem ustalone. Padm‚ widziaˆa po minie Anakina, ¾e nie jest specjalnie zachwycony, ale mogˆa jedynie odpowiedzie† mu lekkim wzruszeniem ramion. - Padm‚ - ci¥gn©ˆa kr¢lowa Jamilli¥ - wczoraj przyj©ˆam na audiencji twojego ojca. Opowiedziaˆam mu, co si© staˆo. Ma nadziej©, ¾e przed wyjazdem odwiedzisz matk©. Twoja rodzina bardzo si© o ciebie martwi. Padm‚ pomy˜laˆa z b¢lem, ¾e ¾ycie rodzinne i sˆu¾ba publiczna to dwa ˜wiaty, kt¢re trudno pogodzi†. To dlatego ju¾ dawno dokonaˆa wyboru; wiedziaˆa, ¾e wyst©puj¥c w podw¢jnej roli - ¾ony lub nawet matki oraz pani senator - nie przysˆu¾y si© najlepiej ani rodzinie, ani Republice. Nigdy nie martwiˆa si© o wˆasne bezpieczeästwo; teraz jednak u˜wiadomiˆa sobie, ¾e dokonywane przez ni¥ wybory mog¥ mie† wpˆyw na ¾ycie innych ludzi, i to tych najbli¾szych jej sercu. Nie u˜miechaˆa si©, kiedy wraz z Anakinem, Sio Bibble'em i kr¢low¥ Jamill¥ opuszczaˆa sal© tronow¥, zmierzaj¥c w stron© gˆ¢wnej klatki schodowej paˆacu. ROZDZIA� 13 Najwi©kszym pomieszczeniem w wielkiej —wi¥tyni Jedi na Coruscant byˆa sala Archiwum. Pod˜wietlane panele komputerowe ci¥gn©ˆy si© dˆugimi rz©dami, gdzieniegdzie ustawiono te¾ popiersia sˆawnych Jedi rze«bione w biaˆym kamieniu przez najlepszych artyst¢w stolicy. Obi-Wan zatrzymaˆ si© przed jednym z nich, przygl¥daj¥c mu si© i dotykaj¥c palcami, jakby pragn¥ˆ wejrze† w dusz© modela i pozna† jego uczucia. Tego dnia w Archiwum nie byˆo zbyt wielu interesant¢w - rzadko kiedy bywaˆo ich wi©cej ni¾ kilku jednocze˜nie - tote¾ Jedi oczekiwaˆ, ¾e Madame Jocasta Nu, Archiwistka Jedi, wkr¢tce przyb©dzie na um¢wione spotkanie. Staˆ cierpliwie, z uwag¥ studiuj¥c mocne rysy kamiennej twarzy - wysokie ko˜ci policzkowe, starann¥ fryzur© oraz du¾e przenikliwe oczy. Obi-Wan nie znaˆ zbyt dobrze tego czˆowieka legendy, hrabiego Dooku, ale spotkaˆ go raz i wiedziaˆ, ¾e podobieästwo zostaˆo uchwycone wy˜mienicie. W osobie hrabiego wyczuwaˆo si© t© sam¥ intensywno˜†, niemal namacaln¥ aur© siˆy, kt¢ra cz©sto otaczaˆa mistrza Qui-Gona, zwˆaszcza wtedy, gdy miaˆ do speˆnienia szczeg¢lnie wa¾n¥ misj©. Qui-Gon sprzeciwiaˆ si© Radzie Jedi wtedy, kiedy uwa¾aˆ to za stosowne - post¥piˆ tak na przykˆad przed dziesi©ciu laty w sprawie Anakina, wstawiaj¥c si© za nim na dˆugo przed tym, nim Rada doceniˆa niezwykˆy talent chˆopca: gigantyczny potencjaˆ Mocy sugeruj¥cy, i¾ mˆody Skywalker mo¾e by† Wybraäcem, o kt¢rym wspominaˆa stara przepowiednia. Tak, Obi-Wan pami©taˆ up¢r Qui-Gona, ale jednocze˜nie wiedziaˆ, ¾e hrabia Dooku jest zupeˆnie inny, ¾e nigdy nie rezygnuje, ¾e obsesyjnie dr¥¾y sprawy, na kt¢rych mu zale¾y. Jego oczy byˆy jak niegasn¥ce pˆomienie. Dooku si©gaˆ czasem po ekstremalne i niebezpieczne ˜rodki. Odszedˆ z Zakonu Jedi, wyrzekˆ si© powoˆania i odwr¢ciˆ plecami do towarzyszy. Trudno byˆo odgadn¥†, co zmusiˆo go do tego kroku, lecz przecie¾ musiaˆ zdawa† sobie spraw© z faktu, ¾e w rodzinie Jedi ˆatwiej byˆoby mu stawi† im czoˆo. - Prosiˆe˜ o pomoc? odezwaˆ si© stanowczy gˆos za plecami Obi-Wana, wyrywaj¥c go z zadumy. Kenobi odwr¢ciˆ si© i zobaczyˆ Madame Jocast© Nu chowaj¥c¥ splecione dˆonie w faˆdach lu«nej szaty Jedi. Wygl¥daˆa na istot© delikatn¥ i wiekow¥. Wielu mˆodych, mniej do˜wiadczonych Jedi pr¢bowaˆo podporz¥dkowa† sobie t© niepozorn¥ kobiet©, zmusi† j¥ do wykonania zadaä, kt¢re sprowadziˆy ich do Archiwum - tylko po to, by w niezbyt przyjemnych okoliczno˜ciach pozna† prawdziw¥ natur© Madame Jocasty Nu. Pod pooran¥ zmarszczkami sk¢r¥ kryˆ si© bowiem duch peˆen temperamentu, siˆy i determinacji. Jocasta Nu byˆa Archiwist¥ Zakonu od bardzo wielu lat. Nawet najszacowniejszy z Mistrz¢w odwiedzaj¥cych wielk¥ sal© musiaˆ podporz¥dkowa† si© rozkazom tej kobiety, je˜li nie chciaˆ narazi† si© na jej gniew. - Tak, tak, prosiˆem odezwaˆ si© w koäcu Obi-Wan, zdaj¥c sobie spraw© z tego, ¾e Jocasta Nu wpatruje si© w niego uwa¾nie, oczekuj¥c odpowiedzi. Stara kobieta u˜miechn©ˆa si© i podeszˆa bli¾ej do popiersia hrabiego Dooku. - Niezwykˆa twarz, prawda? - zauwa¾yˆa. Jej cichy gˆos uspokoiˆ nieco Kenobiego. - Byˆ jednym z najbardziej bˆyskotliwych Jedi, jakich miaˆam zaszczyt pozna†. - Nie potrafi© zrozumie†, dlaczego odszedˆ - odrzekˆ Obi-Wan, tak¾e spogl¥daj¥c na imponuj¥c¥ rze«b©. - W caˆej historii tylko dwudziestu Jedi opu˜ciˆo Zakon. - Stracona Dwudziestka - przytakn©ˆa Jocasta Nu, wzdychaj¥c ci©¾ko. - Ale odej˜cie hrabiego Dooku to naj˜wie¾sza i najbardziej bolesna sprawa. Nikt nie lubi o tym m¢wi†. Zakon poni¢sˆ wielk¥ strat©. - Co si© staˆo? - C¢¾, mo¾na powiedzie†, ¾e nie zawsze zgadzaˆ si© z decyzjami Rady - odparˆa wˆadczyni Archiwum. - Podobnie jak tw¢j dawny mistrz, Qui-Gon. Mimo i¾ Obi-Wan my˜laˆ wˆa˜nie o tym samym, stanowcze sˆowa Jocasty Nu zaskoczyˆy go, poniewa¾ rzucaˆy na posta† Qui-Gona zupeˆnie nowe ˜wiatˆo; czyniˆy z niego jawnego buntownika. Kenobi wiedziaˆ, oczywi˜cie, ¾e jego mistrz bywaˆ czasem nieposˆuszny - na przykˆad wtedy, gdy broniˆ przed Rad¥ Anakina - ale nigdy nie my˜laˆ o nim jak o rebeliancie. Wszystko wskazywaˆo na to, ¾e Jocasta Nu, na co dzieä trzymaj¥ca r©k© na pulsie ¾ycia —wi¥tyni Jedi, byˆa innego zdania. - Naprawd©? - powiedziaˆ Obi-Wan, oczekuj¥c przede wszystkim informacji o Dooku, ale w duchu maj¥c nadziej© tak¾e na opowie˜† o swoim dawnym, ukochanym mistrzu. - O, tak. Mieli ze sob¥ wiele wsp¢lnego. Obaj byli indywidualistami. I idealistami. - Jocasta Nu nie przestawaˆa wpatrywa† si© intensywnie w popiersie hrabiego. Obi- Wan miaˆ wra¾enie, ¾e nagle znalazˆa si© bardzo, bardzo daleko od sali Archiwum. - zawsze staraˆ si© zosta† jeszcze pot©¾niejszym Jedi. Chciaˆ by† najlepszy. W starym stylu walki na miecze ˜wietlne nie miaˆ sobie r¢wnych. Jego wiedza o Mocy byˆa... niebywaˆa. A¾ wreszcie odszedˆ... chyba dlatego, ¾e straciˆ wiar© w Republik©. Uwa¾aˆ, ¾e polityk¥ rz¥dzi korupcja... Jocasta Nu umilkˆa na moment, by spojrze† spod oka na Obi-Wana. Wyraz jej twarzy zdradzaˆ, ¾e zgadzaˆa si© z pogl¥dami hrabiego bardziej ni¾ inni Jedi. - Byˆ te¾ przekonany, ¾e Jedi zdradzaj¥ samych siebie, sˆu¾¥c politykom - dokoäczyˆa. Obi-Wan zmru¾yˆ oczy, analizuj¥c jej sˆowa. Wiedziaˆ, ¾e wielu rycerzy - nie wyˆ¥czaj¥c Qui-Gona i jego samego - od czasu do czasu wyra¾aˆo podobne opinie. - Zawsze wiele oczekiwaˆ po wˆadcach Republiki - ci¥gn©ˆa Jocasta Nu. - Pewnego dnia znikn¥ˆ bez wie˜ci na dziewi©† czy dziesi©† lat i pojawiˆ si© dopiero niedawno jako przyw¢dca ruchu separatystycznego. - Bardzo ciekawe - przyznaˆ Obi-Wan. - chocia¾ nadal nie jestem pewien, czy dobrze to rozumiem. - Nikt z nas nie jest pewien - odparˆa Jocasta Nu. Jej powaga rozpˆyn©ˆa si© w serdecznym u˜miechu. - Ale domy˜lam si©, ¾e nie wezwaˆe˜ mnie po to, ¾eby usˆysze† wykˆad z historii. Masz jaki˜ problem, mistrzu Kenobi? - Tak. Staram si© odnale«† system planetarny zwany Kamino. Niestety, nie ma go na ¾adnych mapach, kt¢re znalazˆem w Archiwum. - Kamino? - Jocasta Nu rozejrzaˆa si©, jakby chciaˆa odnale«† tajemnicz¥ planet© tu i teraz. - Nie znam takiego systemu. Pozw¢l, ¾e sprawdz©. Przeszli kilka krok¢w i stan©li przed terminalem komputerowym, w kt¢rym Obi-Wan prowadziˆ poszukiwania. Kobieta pochyliˆa si© i wprowadziˆa kilka komend. - Jeste˜ pewien, ¾e wpisaˆe˜ prawidˆowe wsp¢ˆrz©dne? - Wedˆug moich informacji, system powinien znajdowa† si© gdzie˜ w tym kwadrancie - przytakn¥ˆ Obi-Wan. - "Na poˆudnie" od Labiryntu Rishi. Po kilku kolejnych stukni©ciach w klawiatur© zmarszczki na czole Jocasty Nu tylko si© pogˆ©biˆy. - A co z dokˆadnymi wsp¢ˆrz©dnymi? - Mam tylko kwadrant - odrzekˆ Obi-Wan. Jocasta Nu spojrzaˆa na niego z ukosa. - Nie masz wsp¢ˆrz©dnych? Brzmi to tak, jakby˜ zasi©gaˆ informacji u ulicznego sprzedawcy, starego g¢rnika albo handlarza furbogami. - Prawd© m¢wi¥c, u wszystkich trzech - przyznaˆ z u˜miechem Obi-Wan. - Jeste˜ pewien, ¾e system istnieje? - Caˆkowicie. Jocasta Nu w zamy˜leniu potarˆa dˆoni¥ podbr¢dek. - U¾yj© czytnika grawitacyjnego - powiedziaˆa, bardziej do siebie ni¾ do Obi- Wana. Po wprowadzeniu kilku rozkaz¢w holograficzna mapa wycinka galaktyki zacz©ˆa si© obraca†, a para Jedi ˜ledziˆa jej ruchy z uwag¥. - Widz© tu pewne zaburzenia grawitacyjne - zauwa¾yˆa Archiwistka. - Mo¾e planeta, kt¢rej szukasz, zostaˆa zniszczona? - Czy taki fakt nie byˆby odnotowany? - Powinien by†, chyba ¾e zdarzyˆ si© bardzo niedawno - odparˆa Jocasta Nu, lecz m¢wi¥c, kr©ciˆa gˆow¥ w taki spos¢b, jakby te sˆowa nie przekonywaˆy nawet jej samej. Przykro mi, ale wszystko wskazuje na to, ¾e system, kt¢rego szukasz, nie istnieje. - To niemo¾liwe. Mo¾e dane Archiwum s¥ niekompletne? - Dane s¥ kompletne i doskonale zabezpieczone, m¢j mˆody Jedi - powiedziaˆa z naciskiem kobieta. - Jednej rzeczy mo¾esz by† absolutnie pewny: je˜li jakiej˜ rzeczy nie ma w naszych bazach danych, to znaczy, ¾e ona nie istnieje. Przez chwil© patrzyli sobie w oczy. Obi-Wan wiedziaˆ, ¾e Jocasta Nu si© nie myli. Znowu spojrzaˆ na map© zbity z tropu faktem. Byˆ przekonany, ¾e w galaktyce nie byˆo bardziej wiarygodnego «r¢dˆa informacji ni¾ Dex-ter Jettster i Jocasta Nu. A jednak to, co m¢wili byˆo ze sob¥ sprzeczne. Dex byˆ r¢wnie pewny pochodzenia saberdartu, jak Archiwistka nieistnienia planety Kamino. Obi-Wan Kenobi wiedziaˆ, ¾e odnalezienie niedoszˆego zab¢jcy Amidali nie b©dzie ˆatwe, a my˜l ta zmartwiˆa go z wielu powod¢w. Uzyskawszy zgod© Jocasty Nu, Jedi wcisn¥ˆ kilka klawiszy, by przeˆadowa† informacje z Archiwum do maˆego hologlobu. —ciskaj¥c w dˆoni no˜nik danych, opu˜ciˆ sal©, posyˆaj¥c ostatnie spojrzenie imponuj¥cej podobi«nie hrabiego Dooku. Jeszcze tego samego dnia, z dala od komputer¢w Archiwum i robot¢w analitycznych, Obi-Wan Kenobi postanowiˆ poszuka† odpowiedzi w medytacji. Znalazˆ maˆy przytulny pok¢j niedaleko wielkiego balkonu —wi¥tyni; jeden z wielu, kt¢re wybudowano z my˜l¥ o potrzebnych rycerzom Jedi chwilach cichej refleksji. Usiadˆ ze skrzy¾owanymi nogami na mi©kkiej macie, obok strumyka tryskaj¥cego ze ˜ciany i pˆyn¥cego po wygˆadzonych kamieniach z koj¥cym szmerem - cicha, prosta i pi©kna pie˜ä wody byˆa wˆa˜ciwym tˆem do rozmy˜laä. Na ˜cianie wisiaˆo malowidˆo przedstawiaj¥ce plamy czerwieni, ciemnego szkarˆatu i czerni - swobodn¥ interpretacj© stygn¥cego jeziora lawy. Obraz zach©caˆ do otoczenia si© jego barwami, do zanurzenia w ciepˆe kolory przy wt¢rze szmeru strumyka i porzucenia na moment cielesnej formy bytu. Zapadˆszy w trans, Obi-Wan Kenobi szukaˆ odpowiedzi. Najpierw skoncentrowaˆ si© na zagadce Kamino, spodziewaj¥c si©, ¾e sˆowa Dex-tera oka¾¥ si© prawdziwe. Ale je˜li tak, to dlaczego w Archiwum nie byˆo nawet wzmianki o tej planecie? W medytacje Obi-Wana wdarˆ si© nowy obraz - Anakina i Padm‚ na Naboo. Mistrz Jedi zamarˆ, obawiaj¥c si©, ¾e za chwil© dozna widzenia, w kt¢rym na padawana i pi©kn¥ pani¥ senator czyha† b©dzie niebezpieczeästwo. Wkr¢tce jednak zrozumiaˆ, ¾e zagro¾enia nie ma: para w spokoju oddawaˆa si© zabawie. Ulga Obi-Wana trwaˆa tylko do momentu, kiedy zdaˆ sobie spraw©, i¾ scena rozgrywaj¥ca si© na jego oczach mo¾e doprowadzi† do najwi©kszego ze wszystkich mo¾liwych niebezpieczeästw. Po chwili jednak oddaliˆ od siebie czarne my˜li, nie wiedz¥c, czy s¥ one projekcj¥ rzeczywisto˜ci, czy przepowiedni¥ przyszˆo˜ci. Skupiˆ si© na sprawie planety Kamino, na pytaniu o to¾samo˜† tego, kto tak bardzo pragn¥ˆ ˜mierci Amidali. Wiedziaˆ, ¾e im pr©dzej upora si© z t¥ zagadk¥, tym pr©dzej b©dzie m¢gˆ powr¢ci† do Anakina i wskaza† mu wˆa˜ciw¥ drog¥. Mistrz Jedi poszybowaˆ my˜l¥ do popiersia hrabiego Dooku, gor¥czkowo szukaj¥c odpowiedzi, lecz z jakiego˜ powodu wizerunek Anakina wci¥¾ mieszaˆ si© z podobizn¥ renegata... Zmartwiony i jeszcze bardziej zdezorientowany ni¾ poprzednio, Obi-Wan Kenobi opu˜ciˆ pok¢j medytacji, potrz¥saj¥c gˆow¥ i rozmy˜laj¥c nad zawiˆo˜ci¥ powierzonej mu sprawy. Cierpliwo˜† zmieniˆa si© we frustracj© i rycerz Jedi postanowiˆ szuka† pomocy u m¥drzejszych i bardziej do˜wiadczonych od siebie. Kr¢tki spacer zaprowadziˆ go na przestronn¥ werand©, gdzie zatrzymaˆ si©, by rozˆadowa† napi©cie, przygl¥daj¥c si© niewinnej scenie. Mistrz Yoda prowadziˆ zaj©cia z dwudziestoma mˆodymi rekrutami Jedi - dzie†mi w wieku od czterech do pi©ciu lat, kt¢re za pomoc¥ maˆych mieczy ˜wietlnych toczyˆy wˆa˜nie pojedynki z lataj¥cymi robotami szkoleniowymi. Obi-Wan przypomniaˆ sobie wˆasny trening. Nie m¢gˆ dostrzec oczu malc¢w ukrytych pod maskami heˆm¢w, ale wyobra¾aˆ sobie, jakie emocje maluj¥ si© na buziach dzieci. Zapewne pojawiaˆo si© na nich na przemian wielkie skupienie i niepohamowana rado˜†, gdy maˆy miecz kolejny raz skutecznie zablokowaˆ nieszkodliw¥ bˆyskawic© wystrzelon¥ przez automat. Zachwyt trwaˆ zazwyczaj kr¢tko, poniewa¾ prowadziˆ do dekoncentracji, a w konsekwencji do kary w postaci celnego strzaˆu. Kenobi pami©taˆ i to, ¾e nios¥ce niewielk¥ energi© bˆyskawice nie byˆy zbyt bolesne, za to mocno raniˆy dum©. Nie byˆo nic gorszego, ni¾ udany kontratak robota; zwˆaszcza gdy strzaˆ dosi©gaˆ tylnej cz©˜ci ciaˆa rekruta: wtedy trafiony zawodnik zaczynaˆ podskakiwa† w pociesznym taäcu, co pot©gowaˆo tylko jego zakˆopotanie. Obi-Wan doskonale pami©taˆ, jak wszyscy trenuj¥cy przygl¥dali si© nieszcz©snemu "tancerzowi". Szkolenie Jedi bywaˆo niekiedy upokarzaj¥ce. Byˆo tak¾e ekscytuj¥ce, bowiem po pora¾kach przychodziˆy sukcesy, a ka¾dy z nich umacniaˆ pewno˜† siebie i pozwalaˆ uczniowi lepiej pozna† nieustannie zmieniaj¥ce si© pi©kno, kt¢rym byˆa Moc. Tak rodziˆa si© pot©ga, kt¢rej posiadanie r¢¾niˆo rycerzy Jedi od pozostaˆych mieszkaäc¢w galaktyki. Widok Yody szkol¥cego malc¢w, kt¢ry wygl¥daˆ teraz dokˆadnie tak samo jak przed †wier†wieczem, kiedy to nauczaˆ Obi-Wana, napeˆniˆ serce mˆodego mistrza ciepˆymi uczuciami. - Nie my˜lcie. Odczuwajcie - pouczaˆ Yoda. - Jedno˜ci¥ b¥d«cie z Moc¥. Obi-Wan u˜miechn¥ˆ si©, bezgˆo˜nie wypowiadaj¥c wraz z Mistrzem nast©pne sˆowa: - To pomo¾e wam. Ile¾ razy sˆyszaˆ te zdania! Wci¥¾ u˜miechaˆ si© szeroko, kiedy Yoda odwr¢ciˆ si© w jego stron©. - Dosy†, mˆodzie¾y! - zakomenderowaˆ wielki Mistrz Jedi. -| Go˜cia mamy. Powitajcie go. Dwadzie˜cia maˆych mieczy ˜wietlnych wyˆ¥czyˆo si© z sykiem i uczniowie stan©li na baczno˜†, przyciskaj¥c do boku zdj©te z gˆ¢w heˆmy. - Mistrz Obi-Wan Kenobi - powiedziaˆ Yoda z powag¥, staraj¥c si©, by dzieci nie poczuˆy si© lekcewa¾one. - Witaj, mistrzu Obi-Wanie! - zawoˆali ch¢rem rekruci. - Przepraszam, ¾e przeszkadzam, Mistrzu - rzekˆ Kenobi, kˆania- j¥† si© lekko. - W czym pom¢c ci mog©? Obi-Wan przez moment rozwa¾aˆ odpowied« na to proste pytanie. Owszem, przyszedˆ tu, szukaj¥c pomocy u Yody, ale teraz, widz¥c, ¾e odrywa Mistrza od pracy, zacz¥ˆ zastanawia† si©, czy cierpliwo˜† nie opu˜ciˆa go zbyt szybko. Czy miaˆ prawo oczekiwa†, ¾e Yoda pomo¾e mu w wypeˆnianiu tej misji? Kenobi szybko pozbyˆ si© w¥tpliwo˜ci. Obaj byli rycerzami Jedi, wi©c spoczywaˆa na nich wsp¢lna odpowiedzialno˜†. Mimo to nie oczekiwaˆ od Mistrza konkretnych odpowiedzi, cho† z drugiej strony... Yoda zawsze miaˆ w zanadrzu jakie˜ niespodzianki i za ka¾dym razem jego pomoc przekraczaˆa oczekiwania zainteresowanych. - Szukam planety, kt¢r¥ opisaˆ mi stary przyjaciel - wyja˜niˆ rycerz, dobrze wiedz¥c, ¾e Yoda chˆonie z uwag¥ ka¾de jego sˆowo. - Ufam mu bezgranicznie, ale w naszym Archiwum nie ma ¾adnej wzmianki na temat tego systemu - dokoäczyˆ, pokazuj¥c Yodzie hologlob. - Ciekawa zagadka - odrzekˆ Yoda. - Planet© mistrz Obi-Wan zgubiˆ. Nieˆadnie... Nieˆadnie. Ciekawa zagadka. Zbierzcie si©, mˆodzi przyjaciele, wok¢ˆ czytnika map. Oczy˜†cie umysˆy. Spr¢bujemy znale«† niesforn¥ planet© mistrza Obi-Wana. Przeszli do salki s¥siaduj¥cej z werand¥. Po˜rodku niej staˆa w¥ska kolumna zakoäczona pˆytkim zagˆ©bieniem. Obi-Wan uni¢sˆ hologlob i uˆo¾yˆ go w zagˆ©bieniu. W tej samej chwili zamkn©ˆy si© ¾aluzje i pok¢j pogr¥¾yˆ si© w mroku, w powietrzu za˜ ukazaˆa si© tr¢jwymiarowa mapa gwiazd. Obi-Wan odczekaˆ chwil©, nim wyjawiˆ mistrzowi szczeg¢ˆy sprawy, by malcy zd¥¾yli ochˆon¥† po pierwszych emocjach. Z rozbawieniem patrzyˆ, jak niekt¢rzy pr¢bowali dotkn¥† wiruj¥cych w powietrzu gwiazd. Kiedy gwar dzieci©cych gˆos¢w ucichˆ, Kenobi stan¥ˆ po˜rodku wy˜wietlanego obrazu. - Powinna by† mniej wi©cej tu - wyja˜niˆ. - W tym rejonie siˆy | grawitacyjne ˜ci¥gaj¥ s¥siednie ciaˆa niebieskie wˆa˜nie do tego punk-tu. Powinna tu by† gwiazda, ale jej nie ma. - Bardzo interesuj¥ce - rzekˆ Yoda. - Cieä grawitacyjny pozostaˆ, a gwiazda i wszystkie jej planety znikn©ˆy. Jak to mo¾liwe? —miaˆo, mˆodzie¾y. Jaka jest pierwsza rzecz, kt¢r¥ w umysˆach swoich widzicie? Odpowied«? My˜l? Kto powie? Obi-Wan w milczeniu spogl¥daˆ na dzieci. Jedno z nich podniosˆo r©k©. Obi-Wan miaˆ ochot© roze˜mia† si© na my˜l o tym, ¾e taki malec m¢gˆby rozwi¥za† zagadk©, kt¢ra okazaˆa si© zbyt trudna dla trojga wyszkolonych Jedi, w tym dla Yody i Madame Jocasty Nu, ale spostrzegˆ, ¾e Mistrz zachowuje peˆne skupienie i powag©. Yoda skin¥ˆ gˆow¥, a dziecko natychmiast pospieszyˆo z odpowiedzi¥. - Pewnie kto˜ wymazaˆ dane w Archiwum. - Racja! - zgodziˆy si© pozostaˆe maluchy. - Tak wˆa˜nie byˆo! Kto˜ wymazaˆ! - Gdyby planeta byˆa zniszczona, nie byˆoby grawitacji - dodaˆ kt¢ry˜ z uczni¢w. Oszoˆomiony Obi-Wan wpatrywaˆ si© t©po w grupk© podnieconych rekrut¢w, za˜ Yoda chichotaˆ cicho. - Zaprawd© cudowny jest umysˆ dziecka - rzekˆ Mistrz. - Nieza˜miecony. Prawda: kto˜ wymazaˆ dane. To powiedziawszy, Yoda ruszyˆ w stron© drzwi, a Kenobi pod¥¾yˆ za nim, u¾ywaj¥c Mocy do wyci¥gni©cia hologlobu z wn©trza czytnika. Gwiezdna mapa zgasˆa. - Le† do ˜rodka pola grawitacyjnego, a planet© odnajdziesz - poradziˆ Yoda. - Mistrzu, kto m¢gˆ usun¥† informacje z Archiwum? Przecie¾ to niemo¾liwe. - Niebezpieczna i niepokoj¥ca to zagadka - odrzekˆ Yoda, marszcz¥c czoˆo. - Tylko Jedi m¢gˆ tego dokona†. Ale kt¢ry i dlaczego - po-wiedzie† trudno. Medytowa† nad tym b©d©. Niech Moc b©dzie z tob¥. Obi-Wan miaˆ jeszcze tysi¥c pytaä, ale Jedi zrozumiaˆ, ¾e Mistrz wˆa˜nie go po¾egnaˆ. Obaj mieli przed sob¥ wiele zagadek do rozwi¥zania, ale teraz, przynajmniej przed Kenobim, otworzyˆa si© w miar© prosta ˜cie¾ka. Rycerz z szacunkiem pokˆoniˆ si© Yodzie, kt¢ry zd¥¾yˆ ju¾ wznowi† zaj©cia z dzie†mi i nie zwracaˆ na niego najmniejszej uwagi. Wkr¢tce potem Obi-Wan, byˆ ju¾ na l¥dowisku, obok gotowego do lotu my˜liwca - smukˆej, podobnej do strzaˆy maszyny z w¥skimi skrzydˆami typu delta i kabin¥ umieszczon¥ w tylnej cz©˜ci kadˆuba. Mace Windu, wysoki i pot©¾nie zbudowany Mistrz, staˆ obok i z wˆa˜ciwym sobie spokojem przygl¥daˆ si© ostatnim przygotowaniom do wyprawy. Jego posta† emanowaˆa siˆ¥ i spokojem. Mace Windu sam¥ swoj¥ obecno˜ci¥ dodawaˆ bli«nim otuchy, dawaˆ im nadziej© na pomy˜lny obr¢t spraw. - B¥d« czujny - zwr¢ciˆ si© do Obi-Wana, przechylaj¥c lekko gˆow©. - Zakˆ¢cenie w polu Mocy jest coraz silniejsze. Kenobi przytakn¥ˆ bez sˆowa, cho† jego zmartwienia miaˆy w tym momencie zdecydowanie bardziej konkretny i przyziemny charakter ni¾ obawy Mistrza. - Niepokoj© si© o mojego padawana. Nie jest gotowy do samodzielnej sˆu¾by - odezwaˆ si© po chwili. Mace skin¥ˆ gˆow¥, jakby przypominaˆ Obi-Wanowi, ¾e ta kwestia zostaˆa ju¾ om¢wiona. - Ma wyj¥tkowe zdolno˜ci - powiedziaˆ. - Rada wierzy w trafno˜† swojej decyzji, Obi- Wanie. Nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania dotycz¥ce twojego ucznia, ale nie mo¾na zaprzeczy†, ¾e chˆopak ma talent. Pod twoj¥ opiek¥ poczyniˆ ogromne post©py. Obi-Wan rozwa¾yˆ dokˆadnie sˆowa Mistrza i znowu skin¥ˆ gˆow¥, wiedz¥c, ¾e st¥pa po niebezpiecznym gruncie. Gdyby okazaˆ niepok¢j co do temperamentu Anakina, m¢gˆby zaszkodzi† Zakonowi i galaktyce. Z drugiej strony powinien wiedzie†, dlaczego Jedi mimo wszystko zdecydowali si© na ksztaˆcenie mˆodego Skywalkera. - Je¾eli przepowiednia jest prawdziwa, Anakin przywr¢ci r¢wnowag© Mocy - dokoäczyˆ Mace. - Musi si© jeszcze wiele nauczy†. Szybkie post©py uczyniˆy go... - Obi-Wan zawahaˆ si©, szukaj¥c w miar© delikatnego okre˜lenia -... aroganckim. Teraz dopiero rozumiem i uznaj© to, co ty i Yoda wiedzieli˜cie od pocz¥tku: chˆopak byˆ zbyt du¾y, by rozpoczyna† szkolenie i... Zmarszczki, kt¢re przeci©ˆy czoˆo Maca Windu, zasygnalizowaˆy Kenobiemu, ¾e mo¾e posuwa si© zbyt daleko. - Jest w tym co˜ jeszcze - zauwa¾yˆ Mace. Obi-Wan wzi¥ˆ gˆ©boki, uspokajaj¥cy oddech. Mistrzu, Anakin i ja nie powinni˜my otrzyma† tego zadania. Obawiam si©, ¾e m¢j uczeä nie b©dzie w stanie obroni† pani senator Amidali. - Dlaczego? - Bo jest... jest z ni¥ emocjonalnie zwi¥zany. To trwa ju¾ od dzieciästwa. A teraz jest zagubiony, brakuje mu koncentracji. M¢wi¥c te sˆowa, Obi-Wan skierowaˆ si© do my˜liwca. Wdrapaˆ si© do kabiny i usiadˆ w fotelu pilota. - M¢wiˆe˜ ju¾ o tym stwierdziˆ Mace. A twoje zastrze¾enia zostaˆy dokˆadnie rozwa¾one i nie zmieniˆy decyzji Rady. Obi-Wanie, musisz wierzy†, ¾e Anakin p¢jdzie wˆa˜ciw¥ ˜cie¾k¥. Mistrz miaˆ racj©; je¾eli Anakin ma sta† si© kiedy˜ wielkim przyw¢dc¥, o kt¢rym wspominaˆa przepowiednia, musi przej˜† pr¢by charakteru. Obi-Wan wiedziaˆ, ¾e jedna z tych pr¢b rozgrywa si© wˆa˜nie teraz, na odlegˆej planecie, z udziaˆem mˆodej kobiety, kt¢r¥ pokochaˆ padawan. Kenobi miaˆ tylko nadziej©, ¾e Anakin w por© zda sobie spraw©, ¾e to, co prze¾ywa, jest wˆa˜nie wielk¥ pr¢b¥ charakteru. Tylko wtedy zdoˆa wyj˜† z niej zwyci©sko. - Czy Mistrz Yoda wejrzaˆ ju¾ w przyszˆo˜† na tyle, by stwierdzi†, czy czeka nas wojna? - spytaˆ, by zmieni† temat, cho† przeczuwaˆ, ¾e te sprawy ˆ¥cz¥ si© ze sob¥ nierozerwalnie. Gdyby odnalazˆ zab¢jc©, a Republika zawarˆa pok¢j z separatystami, m¢gˆby skoncentrowa† si© na szkoleniu Anakina i zapewni† zdezorientowanemu padawanowi solidne wsparcie. - Sondowanie ciemnej strony to niebezpieczny proces - odparˆ Mace. - Nie wiem, nawet kiedy Yoda zamierza zacz¥†, ale gdy to zrobi, by† mo¾e pozostanie w odosobnieniu przez wiele dni. Obi-Wan w milczeniu skin¥ˆ gˆow¥, a Mistrz Windu po¾egnaˆ go u˜miechem i gestem uniesionej dˆoni. - Niech Moc b©dzie z tob¥. - Arfour, wprowad« kurs do pier˜cienia nap©du nad˜wietlnego - poleciˆ Obi-Wan robotowi astronawigacyjnemu, jednostce R4-P wmontowanej na staˆe w lewe skrzydˆo smukˆego my˜liwca. Pora zacz¥† dziaˆa†, pomy˜laˆ. ROZDZIA� 14 Prostota tej sceny byˆa urzekaj¥ca: dzieci bawiˆy si© beztrosko, a doro˜li wygrzewali si© w promieniach sˆoäca lub gaw©dzili z s¥siadami ponad schludnie przyci©tymi ¾ywopˆotami. Byˆa to scena najzupeˆniej normalna dla mieszkaäc¢w Naboo, ale w niczym nie przypominaˆa tego, czego do˜wiadczyˆ w swoim ¾yciu Anakin Skywalker. Na Tatooine domy rozrzucone byˆy na wielkich poˆaciach pustyni, w miastach za˜, takich jak Mos Eisley, zabudowa byˆa ciasna i chaotyczna, a jej mieszkaäcy stanowili barwn¥ mieszanin© ras. Na Coruscant w og¢le nie byˆo ju¾ takich ulic, jak na ojczystej planecie Padm‚: zamiast ¾ywopˆot¢w i drzew sadzonych w r¢wnych rz©dach, jak okiem si©gn¥† ci¥gn©ˆy si© kanciaste, permabetonowe powierzchnie starych budynk¢w i szarzej¥cych fundament¢w wielkich drapaczy chmur. Ani na Tatooine, ani na Coruscant dzieci nie biegaˆy beztrosko po podw¢rkach. Dla Anakina byˆa to wi©c scena prosta i pi©kna zarazem. Padawan znowu ubrany byˆ w szat© Jedi, Padm‚ miaˆa na sobie zwyczajn¥ niebiesk¥ sukienk©, kt¢ra doskonale podkre˜laˆa jej urod©. Anakin zerkaˆ na ni¥ co chwila, jakby pragn¥ˆ, by jej obraz wryˆ si© w jego pami©† na zawsze. Skywalker u˜miechn¥ˆ si©, wspominaj¥c stroje, kt¢re Amidala nosiˆa jako kr¢lowa Naboo - obszerne, pi©knie wyszywane suknie zdobione klejnotami oraz imponuj¥ce nakrycia gˆowy i wymy˜lne fryzury. Doszedˆ do wniosku, ¾e bardziej podoba mu si© w prostej sukience. Owszem, kr¢lewskie szaty byˆy pi©kne, ale odwracaˆy uwag© od urody Padm‚. Wymy˜lne nakrycia gˆowy zakrywaˆy jej jedwabiste ciemne wˆosy, a makija¾ chowaˆ przed ˜wiatem jej pi©kn¥ cer©. Ci©¾kie suknie ukrywaˆy doskonaˆo˜† jej ksztaˆt¢w. - To m¢j dom! - zawoˆaˆa Padm‚, brutalnie wyrywaj¥c Anakina z przyjemnego rozmarzenia. Pod¥¾yˆ wzrokiem za jej gestem i ujrzaˆ skromny, cho† gustowny budynek, otoczony - jak wszystkie domy na Naboo -- klombami kwiat¢w, koloniami pn¥czy i ¾ywopˆotami. Padm‚ pobiegˆa w stron© drzwi, a Anakin przystan¥ˆ, by przyjrze† si© domowi i okolicy, w kt¢rej dorastaˆa Amidala. Podczas podr¢¾y z Coruscant usˆyszaˆ mn¢stwo opowie˜ci o jej dzieciästwie, a teraz przypomniaˆ je sobie, pr¢buj¥c wpasowa† je w obraz okolicy, w kt¢rej si© rozegraˆy. - O co chodzi? - spytaˆa Padm‚, zauwa¾aj¥c, ¾e Anakin zostaˆ w tyle. - Tylko mi nie m¢w, ¾e jeste˜ nie˜miaˆy! - Nie, tylko... - zacz¥ˆ padawan, ale zagˆuszyˆ go gˆo˜ny pisk dw¢ch dziewczynek, kt¢re nadbiegaˆy od strony podw¢rza. - Ciocia Padm‚! Ciocia Padm‚! Anakin nie widziaˆ jeszcze u swej podopiecznej tak radosnego u˜miechu. Padm‚ pochyliˆa si© i rozpostarˆa ramiona, by zˆapa† rozp©dzone dzieci. Mˆodsza siostrzenica Padm‚, nieco ni¾sza od siostry, miaˆa kr¢tkie, jasne, kr©cone wˆosy, a starsza podobn¥ fryzur© do uczesania swojej pi©knej cioci. - Ryoo! Pooja! - zawoˆaˆa Padm‚, ˜ciskaj¥c je mocno. - Tak si© ciesz©, ¾e was widz©! - Ucaˆowaˆa maˆe roze˜miane twarzyczki, po czym wzi©ˆa dziewczynki za r©ce i poprowadziˆa w stron© stoj¥cego na uboczu padawana. - To jest Anakin. Anakinie, oto Ryoo i Pooja. Dziewczynki wyszeptaˆy nie˜miaˆe "dzieä dobry", a na ich buziach pojawiˆy si© dorodne rumieäce. Anakin u˜miechn¥ˆ si© tylko, cho† w gruncie rzeczy czuˆ si© r¢wnie niezr©cznie jak dziewczynki. Sekund© p¢«niej Ryoo i Pooja zapomniaˆy o nie˜miaˆo˜ci: dostrzegˆy maˆego robota, kt¢ry toczyˆ si© dzielnie, wreszcie doganiaj¥c swoj¥ pani¥. - Artoo! - wykrzykn©ˆy siostry i pospieszyˆy na spotkanie z robotem. Odbywszy taniec rado˜ci wok¢ˆ R2-D2, zacz©ˆy przytula† si© do jego l˜ni¥cej kopuˆki. Automat wygl¥daˆ na r¢wnie uradowanego; Anakin nie sˆyszaˆ jeszcze, by zwykˆy robot astromechaniczny wygwizdywaˆ tak szcz©˜liw¥ melodi©. Padawana wzruszyˆa ta niewinna scena. Nie ogl¥daˆ takich w dzieciästwie. Cho† i wtedy zdarzaˆy si© wyj¥tkowe chwile. Od czasu do czasu Shmi udawaˆo si© rozbudzi† iskr© rado˜ci, kt¢ra na moment roz˜wietlaˆa ponure ¾ycie niewolnik¢w na Tatooine. Na tym zasypanym piaskiem, brudnym, gor¥cym i podle pachn¥cym ˜wiecie, Anakin i jego matka zdoˆali wygospodarowa† kilka chwil prawdziwie niewinnego pi©kna. Tutaj jednak, na Naboo, takie chwile byˆy rzecz¥ normaln¥, a nie wartym zapami©tania wyj¥tkiem. Anakin spojrzaˆ na Padm‚, lecz ona ju¾ odwr¢ciˆa si© w stron© domu, sk¥d nadchodziˆa bardzo do niej podobna kobieta. Podobna, ale nie do koäca. Byˆa nieco starsza, odrobin© mocniej zbudowana i troch© bardziej... do˜wiadczona, pomy˜laˆ Anakin, nie znajduj¥c lepszego okre˜lenia. Nie uwa¾aˆ, ¾e to co˜ zˆego. Wyobra¾aˆ sobie, spogl¥daj¥c, jak czule obejmuje Padm‚, ¾e tak mogˆaby wygl¥da† pi©kna pani senator za kilka lat - kiedy si© ustatkuje, nacieszy ¾yciem rodzinnym. Bior¥c pod uwag© uderzaj¥ce podobieästwo dw¢ch kobiet, padawan nie byˆ zaskoczony, kiedy starsza zostaˆa mu przedstawiona jako Sola, siostra Padm‚. - Mama i tato b©d¥ zachwyceni - stwierdziˆa Sola. - Ostatnie tygodnie byˆy do˜† ci©¾kie. Padm‚ zmarszczyˆa brwi. Wiedziaˆa, ¾e wiadomo˜† o zamachach na jej ¾ycie pr©dzej czy p¢«niej dotrze do rodzic¢w. Niepokoiˆa si© tym przez caˆ¥ drog©. Za trosk© o dobro innych Anakin kochaˆ Padm‚ jeszcze bardziej. Nie baˆa si© niczego, dobrze znosiˆa to, ¾e w ka¾dej chwili kto˜ m¢gˆ j¥ zabi† i tylko jedna sprawa - pr¢cz roszad na arenie politycznej, kt¢re mogˆy osˆabi† jej stanowisko w senacie - nie dawaˆa jej spokoju: bezpieczeästwo tych, kt¢rych kochaˆa. Kto pozostawiˆ matk© niewolnic© na Tatooine, potrafiˆ doceni† t© trosk©. - Mama szykuje obiad - wyja˜niˆa Sola, widz¥c zmieszanie Padm‚ i szybko zmieniaj¥c temat. - Jak zwykle zjawiasz si© w sam¥ por©. - kobieta ruszyˆa w stron© domu. Padm‚ zaczekaˆa na Anakina, a potem wzi©ˆa go za r©k© i obdarzywszy zach©caj¥cym u˜miechem, poprowadziˆa do domu. R2-D2 potoczyˆ si© za nimi, nie pr¢buj¥c nawet odp©dza† rozanielonych Ryoo i Pooji. Wn©trze domu byˆo r¢wnie proste i peˆne ¾ycia oraz ˆagodnych barw, jak jego otoczenie. Nie byˆo ostrych ˜wiateˆ, popiskuj¥cych konsolet czy mrugaj¥cych ekran¢w komputer¢w. Wygodne meble miaˆy opˆywowe mi©kkie ksztaˆty. Ustawiono je na kamiennej posadzce lub na grubych, mi©kkich dywanach. Dom rodzic¢w Padm‚ nie przypominaˆ gmach¢w, kt¢re Anakin widziaˆ na Coruscant, ani nor, kt¢re tak dobrze poznaˆ na Tatooine. Widok tego miejsca tylko utwierdziˆ mˆodego padawana w przekonaniu, z kt¢rym nie tak dawno zdradziˆ si© przed Padm‚: gdyby urodziˆ si© na Naboo, nigdy nie opu˜ciˆby tej planety. Padm‚ przedstawiˆa Anakina ojcu, Ruwee, m©¾czy«nie o szerokich ramionach, kr¢tkich ciemnych wˆosach i rysach twarzy znamionuj¥cych prostolinijno˜†, siˆ© i wra¾liwo˜†. Gdy Anakin zobaczyˆ matk© Padm‚, zrozumiaˆ po kim jego ukochana odziedziczyˆa niewinny szczery u˜miech, kt¢ry m¢gˆ rozbroi† hord© ¾¥dnych krwi Gamorrean. W twarzy Jobal odnalazˆ ten sam spok¢j i dobro†. Wkr¢tce potem Anakin, Padm‚ i Ruwee siedzieli ju¾ przy stole w jadalni, z przyjemno˜ci¥ nasˆuchuj¥c odgˆos¢w z kuchni - brz©ku kamionkowych talerzy i kubk¢w oraz uparcie powtarzanego przez Sol© refrenu: "Mamo, za du¾o". Za ka¾dym razem, gdy padaˆy te sˆowa, Ruwee i Padm‚ u˜miechali si© domy˜lnie. - Nie wydaje mi si©, ¾eby nic nie jedli od startu z Coruscant - rzuciˆa przez rami© zirytowana Sola, wychodz¥c z kuchni. - Wystarczy dla caˆego miasteczka? - spytaˆa konspiracyjnie Padm‚, gdy jej starsza siostra postawiˆa naczynie na stole. - Przecie¾ znasz mam© - u˜miechn©ˆa si© Sola - Jeszcze nikt nie wyszedˆ z tego domu gˆodny. - No, jednemu si© udaˆo - poprawiˆa j¥ Padm‚. - Ale mama dogoniˆa go i zaci¥gn©ˆa z powrotem. - ½eby go nakarmi† czy ugotowa†? - spytaˆ bystry padawan. Pozostaˆa tr¢jka wpatrywaˆa si© w niego przez moment, po czym wszyscy wybuchn©li serdecznym ˜miechem. Wci¥¾ chichotali, kiedy Jobal weszˆa do jadalni, nios¥c jeszcze wi©ksz¥, r¢wnie peˆn¥ mis©. Tym razem ˜miech byˆ znacznie gˆo˜niejszy. Dopiero gdy Jobal spojrzaˆa surowo na rodzin©, zrobiˆo si© cicho. - Przyszli w porze obiadu - powiedziaˆa. - Wiem, co to oznacza - dodaˆa, stawiaj¥c talerz przed mˆodym Jedi i kˆad¥c r©k© na jego ramieniu. - Mam nadziej©, ¾e jeste˜ gˆodny, Anakinie. - Troch© - odrzekˆ, unosz¥c gˆow© i u˜miechaj¥c si© ciepˆo. Spojrzenie peˆne wdzi©czno˜ci nie umkn©ˆo uwagi Padm‚, kt¢ra mrugn©ˆa porozumiewawczo w stron© Anakina. - Stara si© by† uprzejmy, mamo - powiedziaˆa. - Umieramy z gˆodu. Jobal u˜miechn©ˆa si© szeroko i spojrzaˆa z wy¾szo˜ci¥ na Sol© i Ruwee, kt¢rzy znowu roze˜miali si© w gˆos. Wszystko to wydawaˆo si© Anakinowi tak ciepˆe i peˆne miˆo˜ci i takie... dokˆadnie takie... tak wˆa˜nie chciaˆ ¾y†, cho† mo¾e nie do koäca sobie to u˜wiadamiaˆ. Byˆby naprawd© szcz©˜liwy, gdyby nie to, ¾e brakowaˆo mu Shmi. Na wspomnienie matki Anakin spochmurniaˆ na moment, szybko l jednak odsun¥ˆ od siebie te my˜li i spojrzaˆ ukradkiem na zebranych. | Na szcz©˜cie nikt nie zauwa¾yˆ tej przelotnej zmiany nastroju. - Skoro umieracie z gˆodu, to trafili˜cie w odpowiednie miejsce we wˆa˜ciwym czasie - powiedziaˆ Ruwee, po czym spojrzaˆ na Anakina. - Jedz ˜miaˆo, synu! Jobal i Sola zakr©ty przekazywa† misy z jedzeniem z r¥k do r¥k. Anakin naˆo¾yˆ sobie kilka r¢¾nych potraw - nie znaˆ ¾adnej z nich, ale zapachy podpowiadaˆy mu, ¾e nie b©dzie zawiedziony. Jadˆ w milczeniu, nieuwa¾nie sˆuchaj¥c rozm¢w tocz¥cych si© przy stole. Znowu my˜laˆo Shmi; o tym, jak bardzo chciaˆ j¥ tutaj sprowadzi†, jako woln¥ kobiet© wiod¥c¥ ¾ycie, na jakie zasˆugiwaˆa. Jego uwag© przykuˆa nagˆa powaga w gˆosie Jobal gaw©dz¥cej z Padm‚. - Kochanie, ciesz© si©, ¾e jeste˜ bezpieczna. Martwili˜my si©. Anakin uni¢sˆ gˆow© i dostrzegˆ niezadowolenie w oczach Padm‚. Ruwee, chc¥c rozˆadowa† napi©cie, nim wzro˜nie do niebezpiecznego poziomu, poˆo¾yˆ dˆoä na ramieniu ¾ony. - Kochanie... - zacz¥ˆ cicho. - Wiem, wiem! - przerwaˆa mu Jobal. - Ale musiaˆam to powiedzie†. Powiedziaˆam wi©c i ju¾. Sola odchrz¥kn©ˆa lekko. - Moim zdaniem, to niesamowity dzieä - powiedziaˆa. Wszyscy spojrzeli na ni¥ z uwag¥. Czy wiesz, Anakinie, ¾e jeste˜ pierwszym chˆopakiem mojej siostry, kt¢rego przyprowadziˆa do domu? - Sola! - wykrzykn©ˆa Padm‚, przewracaj¥ oczami. - On nie jest moim chˆopakiem! To Jedi, kt¢rego senat przydzieliˆ mi jako ochroniarza. - Ochroniarza? - powt¢rzyˆa zaniepokojona Jobal. - Och, Padm‚, nikt nam nie powiedziaˆ, ¾e sprawa jest tak powa¾na! Westchnienie Padm‚ zlaˆo si© z j©kiem zniecierpliwienia. - Bo nie jest, mamo odparˆa. Naprawd©. A Anakin jest moim przyjacielem; znamy si© od ˆat. Pami©tacie tego chˆopca, kt¢ry towarzyszyˆ Jedi podczas blokady planety? Jej najbli¾si odpowiedzieli ch¢ralnym "ach" i pokiwali gˆowami. Padm‚ u˜miechn©ˆa si© do Anakina. - Teraz jest dorosˆy - powiedziaˆa, jakby chciaˆa da† mu znak, ¾e wcze˜niej nie miaˆa racji, lekcewa¾¥c znaczenie jego misji i jego pozycj©. Anakin zerkn¥ˆ na Sol© i widz¥c, ¾e kobieta przygl¥da mu si© uwa¾nie, poruszyˆ si© niespokojnie na krze˜le. - Skarbie, kiedy ty si© wreszcie ustatkujesz? - podj©ˆa w¥tek Jobal. - Nie masz jeszcze do˜† takiego ¾ycia? Bo ja tak! - Mamo, nie grozi mi nic zˆego - odparˆa z naciskiem Padm‚, kˆad¥c dˆoä na r©ku Anakina. - Czy to prawda? - spytaˆ Ruwee, spogl¥daj¥c na Anakina. Padawan odwzajemniˆ twarde spojrzenie, dostrzegaj¥c w oczach ojca szczer¥ trosk© o ¾ycie c¢rki. Ruwee z pewno˜ci¥ zasˆugiwaˆ na to, by zna† prawd©. - Nie. Przykro mi to m¢wi†, ale grozi jej niebezpieczeästwo. Ledwie wypowiedziaˆ te sˆowa, a ju¾ poczuˆ na dˆoni silny u˜cisk Padm‚. - Ale niezbyt wielkie - dodaˆa szybko pani senator, posyˆaj¥c mu spojrzenie w rodzaju "zapˆacisz mi za to p¢«niej". - Prawda, Anakinie? - sykn©ˆa przez zaci˜ni©te z©by, u˜miechaj¥c si© z trudem. - Senat uznaˆ za stosowne na pewien czas uwolni† Padm‚ od obowi¥zk¢w i odda† pod opiek© Jedi - rzekˆ Anakin oboj©tnie, staraj¥c si© nie reagowa† na b¢l w dˆoni, w kt¢r¥ coraz mocniej wbijaˆy si© paznokcie Padm‚. - M¢j mistrz, Obi-Wan, zajmuje si© w tej chwili t¥ spraw¥. S¥dz©, ¾e wkr¢tce b©dzie po wszystkim. Odetchn¥ˆ z ulg¥, kiedy mˆoda kobieta rozlu«niˆa uchwyt. Ruwee i Jobal odpr©¾yli si© wyra«nie. Anakin wiedziaˆ, ¾e dobrze post¥piˆ, ale ze zdziwieniem zauwa¾yˆ, ¾e Sola wci¥¾ wpatruje si© w niego, a z jej ust ani na chwil© nie znika zagadkowy u˜miech. Wygl¥daˆa tak, jakby zostaˆa dopuszczona do wielkiego sekretu. Spojrzaˆ na ni¥ pytaj¥co, ale siostra Padm‚ u˜miechn©ˆa si© tylko jeszcze szerzej. - Czasem ¾aˆuj©, ¾e nie podr¢¾owaˆem wi©cej - przyznaˆ Ruwee, gdy z Anakinem wybrali si© na poobiedni spacer. - Cho† musz© przyzna†, ¾e jestem tu zupeˆnie szcz©˜liwy. - Padm‚ m¢wiˆa, ¾e wykˆadasz na uniwersytecie. - Tak. A przedtem byˆem budowniczym - odparˆ Ruwee, kiwaj¥c gˆow¥. - We wczesnej mˆodo˜ci pracowaˆem te¾ w Ruchu Pomocy Uchod«com. Anakin popatrzyˆ na niego z ciekawo˜ci¥, cho† nie byˆ zaskoczony. - Zdaje si©, ¾e wszyscy tu jeste˜cie zainteresowani sˆu¾b¥ publiczn¥ - zauwa¾yˆ. - Naboo jest hojna - wyja˜niˆ Ruwee. - Mam na my˜li sam¥ planet©. Daje nam wszystko, czego potrzebujemy; ba, daje wszystko, co nam si© zamarzy. ½ywno˜ci nie brakuje, klimat jest ˆagodny, a okolice... - Pi©kne - uzupeˆniˆ Anakin. i - W rzeczy samej - przytakn¥ˆ Ruwee. - Jeste˜my szcz©˜ciarzami i dobrze o tym wiemy. Nie wolno nam zbyt lekko traktowa† bogactwa, kt¢re mamy; musimy dzieli† si© nim i nie˜† pomoc innym. M¢wimy zwykle, ¾e liczymy na przyja«ä tych, kt¢rzy maj¥ mniej szcz©˜cia, i ¾e nie uwa¾amy si© za prawowitych dziedzic¢w tego, co mamy, lecz raczej za obdarowanych bardziej szczodrze, ni¾ na to zasˆugujemy. I dlatego dzielimy si© tym, co mamy i pracujemy dla innych, a przez to stajemy si© lepsi, bardziej speˆnieni ni¾ ci, kt¢rzy po prostu bezczynnie ciesz¥ si© swoim szcz©˜ciem. Anakin zastanawiaˆ si© przez chwil© nad tymi sˆowami. - My˜l©, ¾e podobnie jest z Jedi - powiedziaˆ. - Dane nam s¥ wielkie dary i ci©¾ko pracujemy nad tym, ¾eby dobrzeje wykorzysta†. A wtedy u¾ywamy naszej pot©gi, ¾eby pom¢c galaktyce sta† si© cho† troch© lepszym miejscem. - I ¾eby uczyni† ¾ycie tych, kt¢rych kochamy, cho† troch© bezpieczniejszym? Anakin u˜miechn¥ˆ si© i skin¥ˆ gˆow¥, odczytuj¥c podtekst ukryty w sˆowach Ruwee. Poczuˆ satysfakcj©, gdy w oczach m©¾czyzny dostrzegˆ szacunek i wdzi©czno˜†. Rozumiaˆ doskonale, sk¥d bierze si© uczucie, kt¢rym Padm‚ darzyˆa sw¥ rodzin©, miˆo˜†, kt¢r¥ wyczuwaˆ, ilekro† w pobli¾u znalazˆa si© jedna z bliskich jej os¢b. Wiedziaˆ, ¾e gdyby nie zostaˆ zaakceptowany przez Ruwee, Jobal lub Sol©, ucierpiaˆaby na tym jego znajomo˜† z pi©kn¥ pani¥ senator. Cieszyˆ si© wiec, ¾e przybyˆ na Naboo nie tylko jako towarzysz Padm‚, ale tak¾e jako jej obroäca. Tymczasem Sola i Jobal sprz¥taˆy po obiedzie. Padm‚ zauwa¾yˆa w ruchach matki pewne napi©cie i pomy˜laˆa, ¾e ostatnie wypadki - nieudane pr¢by zab¢jstwa i przepychanki w senacie wok¢ˆ ustawy, kt¢ra mogˆa doprowadzi† do wojny, musiaˆy by† dla niej ci©¾k¥ pr¢b¥. Spojrzaˆa na Sol©, jakby szukaˆa wsparcia, sposobu na rozlu«nienie atmosfery, ale w jej oczach znalazˆa tylko ciekawo˜†, kt¢ra wyprowadziˆa j¥ z r¢wnowagi jeszcze bardziej ni¾ grobowy nastr¢j matki. - Dlaczego nie powiedziaˆa˜ nam o nim? - spytaˆa Sola, u˜miechaj¥c si© chytrze. - A o czym tu m¢wi†? - odrzekˆa Padm‚ z najsolidniejsz¥ doz¥ oboj©tno˜ci, na jak¥ byˆo j¥ sta†. - To zwykˆy mˆodzik. - Mˆodzik? - powt¢rzyˆa ze ˜miechem Sola. - Nie zauwa¾yˆa˜, jak na ciebie patrzy? - Sola! Przestaä! - To jasne, ¾e co˜ do ciebie czuje - ci¥gn©ˆa starsza siostra. - twierdzisz, moja maˆa siostrzyczko, ¾e nic nie zauwa¾yˆa˜? - Nie jestem twoj¥ maˆ¥ siostrzyczk¥ - odparowaˆa Padm‚. - Anakin jest moim przyjacielem. Nasze stosunki s¥ ˜ci˜le profesjonalne. Sola tylko si© u˜miechn©ˆa. - Mamo, ka¾ jej przesta†! - zawoˆaˆa zakˆopotana i zirytowana Padm‚. Teraz siostra roze˜miaˆa si© na gˆos. - Wˆa˜ciwie to mo¾liwe, ¾e nie zauwa¾yˆa˜, jak na ciebie patrzy. Pewnie boisz si© zauwa¾y†. - Skoäcz z tym wreszcie! Jobal stan©ˆa mi©dzy nimi, spogl¥daj¥c surowo na Sol©. - Twoja siostra po prostu si© martwi, kochanie - zwr¢ciˆa si© do Padm‚. - Mamo, jeste˜ niemo¾liwa - powiedziaˆa, wzdychaj¥c z rezygnacj¥. - To, co robi© jest wa¾ne. - Zrobiˆa˜ ju¾ swoje, Padm‚ - odrzekˆa Jobal. - Najwy¾szy czas, ¾eby˜ zaj©ˆa si© wˆasnym ¾yciem. Tak wiele tracisz! Padm‚ pochyliˆa gˆow© i przymkn©ˆa oczy, pr¢buj¥c przyj¥† rady pˆyn¥ce z dobroci serca. Przez moment ¾aˆowaˆa, ¾e wr¢ciˆa do domu, ¾e kolejny raz musi wysˆuchiwa† tych samych wywod¢w i nalegaä. Ale tylko przez moment. Po namy˜le przyznaˆa, ¾e cieszy si©, i¾ s¥ w galaktyce ludzie, kt¢rzy j¥ kochaj¥ i kt¢rym tak bardzo na niej zale¾y. U˜miechn©ˆa si© pojednawczo do matki, Jobal za˜ skin©ˆa gˆow¥ i lekko poklepaˆa j¥ po ramieniu. Padm‚ odwr¢ciˆa si© w stron© Soli i znowu ujrzaˆa na jej wargach domy˜lny u˜miech. Co takiego zobaczyˆa Sola? - Powiedz mi szczerze, synu, jak powa¾na jest ta sprawa? - spytaˆ otwarcie Ruwee, kiedy stan©li przed drzwiami domu. - Jak wielkie niebezpieczeästwo zagra¾a mojej c¢rce? Anakin nie wahaˆ si© ani chwili; od czasu rozmowy przy stole byˆ przekonany, ¾e ojciec Padm‚ zasˆuguje z jego strony wyˆ¥cznie na uczciwo˜†. - Doszˆo do dw¢ch zamach¢w na jej ¾ycie. Niewykluczone, ¾e nast¥pi¥ kolejne. Ale nie kˆamaˆem i nie pr¢bowaˆem bagatelizowa† zagro¾enia - m¢j mistrz naprawd© jest na tropie zab¢jc¢w. Jestem pewien, ¾e dowie si©, kim s¥ i zajmie si© nimi. To nie potrwa dˆugo. - Nie chciaˆbym, ¾eby staˆo si© jej co˜ zˆego - rzekˆ Ruwee z trosk¥. - Ja te¾ nie - zapewniˆ go Anakin. Padm‚ wpatrywaˆa si© w oczy starszej siostry, a¾ wreszcie Sola ust¥piˆa. - Co? - spytaˆa, odwracaj¥c wzrok. Zostaˆy same. Jobal doˆ¥czyˆa do Ruwee, siedz¥cego z mˆodym padawanem Jedi w salonie. - Dlaczego wygadujesz takie rzeczy o mnie i o Anakinie? - Bo sprawa jest oczywista - odparˆa Sola. - Nie wypieraj si©. Padm‚ westchn©ˆa i przysiadˆa na ˆ¢¾ku. - Zdawaˆo mi si©, ¾e rycerzom Jedi nie wolno my˜le† o takich sprawach - zauwa¾yˆa. - Nie wolno. - Ale Anakin my˜li. - Sˆowa Soli sprawiˆy, ¾e Padm‚ uniosˆa gˆow© i spojrzaˆa jej prosto w oczy. Przecie¾ wiesz, ¾e mam racj©. Padm‚ bezradnie potrz¥sn©ˆa gˆow¥, a Sola roze˜miaˆa si© cicho. - Masz w sobie wi©cej z Jedi ni¾ on stwierdziˆa. - A nie powinna˜. - Co chcesz przez to powiedzie†? - Padm‚ nie wiedziaˆa, czy ma si© obrazi†, nie wyczuˆa jeszcze bowiem, do czego zmierza jej siostra. - Jeste˜ tak sp©tana swoim poczuciem obowi¥zku, ¾e w og¢le nie zwracasz uwagi na wˆasne pragnienia - wyja˜niˆa Sola. - Nawet na uczucia do Anakina. - Sk¥d mo¾esz wiedzie†, co do niego czuj©? - Ty pewnie te¾ nie wiesz - odparˆa Sola. - A to dlatego, ¾e nie pozwalasz sobie nawet o tym my˜le†. Bycie senatorem i bycie czyj¥˜ dziewczyn¥ to nie s¥ sprawy, kt¢re si© wzajemnie wykluczaj¥. - Moja praca jest wa¾na! - A kto m¢wi, ¾e nie? - spytaˆa Sola, unosz¥c r©ce w pojednawczym ge˜cie. - To zabawne, Padm‚, ¾e zachowujesz si© tak, jakby˜ skˆadaˆa ˜luby wstrzemi©«liwo˜ci, podczas gdy Anakin post©puje tak, jakby nie wi¥zaˆy go ¾adne reguˆy, a przecie¾ jest inaczej! - Wyci¥gasz pochopne wnioski - stwierdziˆa Padm‚. - Widuj© si© z Anakinem zaledwie od kilku dni, a od naszego poprzedniego spotkania min©ˆo dziesi©† lat! Sola wzruszyˆa ramionami. Chytry u˜mieszek ust¥piˆ miejsca wyrazowi autentycznej troski. Kobieta przysiadˆa na ˆ¢¾ku obok siostry i obj©ˆa j¥. - Nie znam ¾adnych szczeg¢ˆ¢w waszej znajomo˜ci i masz racj©, nie wiem, co czujesz. Wiem za to, co czuje on. I ty tak¾e znasz prawd©, Padm‚ nie zaprzeczyˆa. Siedziaˆa w milczeniu, wpatrzona w podˆog©. - To ci© przera¾a - zauwa¾yˆa Sola. Zaskoczona Padm‚ spojrzaˆa na ni¥ szeroko otwartymi oczami. - Czego si© boisz, siostrzyczko? Uczu† Anakina i obowi¥zk¢w, z kt¢rych nie b©dzie m¢gˆ zrezygnowa†? A mo¾e tego, co sama czujesz? Sola uniosˆa podbr¢dek Padm‚, by mogˆy spojrze† sobie w oczy. - Nie wiem, co czujesz - przyznaˆa. - Ale s¥dz©, ¾e to dla ciebie co˜ nowego. Co˜ przera¾aj¥cego i cudownego zarazem. Padm‚ milczaˆa. Wiedziaˆa, ¾e zaprzeczanie nie byˆoby uczciwe. - Trudno strawi† wszystkich naraz - powiedziaˆa do Anakina nieco p¢«niej, kiedy znale«li si© sami w jej pokoju. Ledwie zd¥¾yˆa rozpakowa† baga¾e, a ju¾ zaj©ˆa si© ponownym upychaniem ubraä w torbie podr¢¾nej. Tym razem jednak byty to inne stroje, mniej oficjalne ni¾ te, kt¢re musiaˆa nosi† jako pani senator Naboo. - A przecie¾ twoja matka tak dobrze gotuje - odparˆ Anakin. Padm‚ przez moment spogl¥daˆa na niego ze zdziwieniem, nim dotarˆo do niej, ¾e ¾artuje i ¾e doskonale zrozumiaˆ, o co jej chodziˆo. - To wielkie szcz©˜cie, ¾e masz tak¥ cudown¥ rodzin© - odezwaˆ si© Anakin bardziej powa¾nym tonem. - Nie s¥dzisz, ¾e mogˆaby˜ odda† siostrze troch© ubraä? - dodaˆ, u˜miechaj¥c si© zˆo˜liwie. Padm‚ tak¾e si© u˜miechn©ˆa, lecz kiedy przyjrzaˆa si© baˆaganowi, kt¢ry zrobiˆa, musiaˆa przyzna† mu racj©. - Nie martw si©. To nie potrwa dˆugo. - Po prostu chciaˆbym dotrze† na miejsce przed zmrokiem. Gdziekolwiek jest to twoje "miejsce". - Anakin rozgl¥daˆ si© po pokoju, zaskoczony liczb¥ i rozmiarami szaf peˆnych stroj¢w. - Wci¥¾ mieszkasz z rodzicami - stwierdziˆ, kr©c¥c gˆow¥. - nie spodziewaˆem si© tego. - Tak cz©sto podr¢¾uj©, ¾e nie miaˆam nawet czasu rozejrze† si© za wˆasnym domem i wcale nie jestem pewna, czy tego chc© - odparˆa Padm‚. - Oficjalne rezydencje s¥ takie zimne. Tutaj jest inaczej. Dobrze si© tu czuj©. To m¢j prawdziwy dom. - Ja nigdy nie miaˆem prawdziwego domu - rzekˆ Anakin, bardziej do siebie ni¾ do Padm‚. - Dom byˆ zawsze tam, gdzie przebywaˆa moja mama - dodaˆ, czerpi¥c otuch© ze wsp¢ˆczuj¥cego smutnego u˜miechu Padm‚. Mˆoda kobieta powr¢ciˆa do przerwanego pakowania. - Kraina Jezior jest przepi©kna... - zacz©ˆa, lecz urwaˆa, widz¥c Anakina, kt¢ry z rozbawieniem wpatrywaˆ si© w niedu¾y hologram. - To ty? - spytaˆ, wskazuj¥c na maˆ¥, mo¾e siedmio- lub o˜mioletni¥ dziewczynk©, otoczon¥ dziesi¥tkami niewielkich, u˜miechni©tych, zielonych stworzeä, i trzymaj¥c¥ jedno z nich na r©kach. Padm‚ roze˜miaˆa si©, zakˆopotana. - Polecieli˜my z Ruchem Pomocy na Shadda-Bi-Boran. Sˆoäce tego systemu zapadaˆo si© w sobie; zamieszkana planeta zaczynaˆa umiera†. Pomagaˆam w przesiedlaniu dzieci. - Podeszˆa do Anakina, by jedn¥ r©k© oprze† na jego ramieniu, a drug¥ wskaza† posta† na hologramie. - widzisz tego malca, kt¢rego mam na r©kach? Miaˆ na imi© N'a-kee- tula, co znaczy "uroczy". Byˆ taki ¾ywotny... jak wszystkie te dzieciaki. - Byˆ? - Nie potrafiˆy si© zaadaptowa† - wyja˜niˆa smutno. - Nie umiaˆy ¾y† poza ojczysta planet¥. Anakin skrzywiˆ si© lekko i czym pr©dzej si©gn¥ˆ po inny hologram, przedstawiaj¥cy Padm‚ o kilka lat starsz¥, ubran¥ w oficjalne szaty i stoj¥c¥ mi©dzy dwoma starszymi, podobnie ubranymi legislatorami. Spojrzaˆ raz jeszcze na pierwszy portret, po czym powr¢ciˆ wzrokiem do drugiego bo zauwa¾yˆ, ¾e Padm‚ ma na nim znacznie powa¾niejsz¥ min©, - To byˆ m¢j pierwszy dzieä w˜r¢d Mˆodych Legislator¢w - wyja˜niˆa. - Widzisz r¢¾nic©? - spytaˆa, jakby czytaˆa w jego my˜lach. Anakin jeszcze przez moment wpatrywaˆ si© w hologram, a potem uni¢sˆ gˆow© i roze˜miaˆ si©, widz¥c na twarzy Padm‚ t© sam¥ gro«n¥ min©. Ona zawt¢rowaˆa mu ˜miechem, ˜cisn©ˆa lekko jego rami© i wr¢ciˆa do pakowania. Padawan ustawiˆ dwa hologramy obok siebie i wpatrywaˆ si© w nie przez dˆu¾szy czas. To byˆy dwa oblicza kobiety, kt¢r¥ kochaˆ. ROZDZIA� 15 Wodny ˜migacz mkn¥ˆ nad powierzchni¥ jeziora, pozostawiaj¥c na wodzie ledwie widoczny ˜lad. Od czasu do czasu dzi¢b przecinaˆ grzbiet wy¾szej fali, a wtedy w powietrze wzbijaˆa si© mgieˆka chˆodnych kropli. Anakin i Padm‚ rozkoszowali si© p©dem powietrza i wodnym pyˆem zraszaj¥cym ich czoˆa, obserwuj¥c otoczenie spod p¢ˆprzymkni©tych powiek. G©ste ciemne wˆosy dziewczyny falowaˆy, szarpane wiatrem. Sternik pojazdu, Paddy Accu, wybuchaˆ ˜miechem, potrz¥saj¥c siwiej¥c¥ czupryn¥ za ka¾dym razem, gdy bryzgi wody wzbijaˆy si© w powietrze, l - Nad wod¥ zawsze lepiej si© leci! - zawoˆaˆ basem, przekrzykuj¥c szum wiatru i wycie silnika. Podoba si©? Padm‚ byˆa zachwycona. M©¾czyzna pochyliˆ si© i poci¥gn¥ˆ do siebie d«wigni© akceleratora. - Ale pierwszorz©dna zabawa zacznie si© dopiero wtedy, kiedy posadz© maszyn© na powierzchni - wyja˜niˆ. - Co pani na to, pani senator? Padm‚ i Anakin spojrzeli na niego ciekawie, nie do koäca rozumiej¥c jego intencje. - Mieli˜my lecie† na wysp© - zauwa¾yˆ padawan z nut¥ niepokoju w gˆosie. - Spokojna gˆowa, dowioz© was, gdzie trzeba! - odparˆ Paddy Accu i ˜miej¥c si© tubalnie, pchn¥ˆ inny dr¥¾ek. —migacz z hukiem opadˆ na wod©. - Paddy? - spytaˆa niepewnie Padm‚. Sternik roze˜miaˆ si© jeszcze gˆo˜niej. - Tylko mi nie m¢w, ¾e zapomniaˆa˜! - zahuczaˆ. Kiedy gwaˆtownie pchn¥ˆ manetk©, pojazd wystrzeliˆ do przodu; rym razem jednak nie byˆ to gˆadki lot, ale wyboista jazda po marszcz¥cej si© od wiatru po- wierzchni jeziora. - O, tak! - odkrzykn©ˆa Padm‚. - Pami©tam! Anakin zastanawiaˆ si©, czy m©¾czyzna nie planuje jakiego˜ podst©pu. Po chwili zaskoczenia i niepewnych spojrzeä, kierowanych na przemian w stron© Padm‚ i Paddy'ego, odpr©¾yˆ si© jednak i zacz¥ˆ rozkoszowa† niezwykˆ¥ jazd¥. Pyˆ wodny zalewaˆ ich teraz nieprzerwanie, wzbijany smukˆym dziobem ˜migacza. - Cudownie! - zawoˆaˆa Padm‚. W pewnym momencie Paddy wychyliˆ pojazd tak mocno, ¾e Anakin i Padm‚ byli pewni, i¾ czeka ich k¥piel. Padawan omal nie si©gn¥ˆ po Moc, by przywr¢ci† ˜migaczowi r¢wnowag©, ale powstrzymaˆ si© w por©, nie chc¥c traci† zabawy. A pojazd si© nie przewr¢ciˆ. Paddy byˆ doskonaˆym pilotem i wie dziaˆ, jak wykorzysta† maszyn© do granic mo¾liwo˜ci, nie ryzykuj¥c przy tym utraty ¾ycia. Min©ˆo sporo czasu, nim zwolniˆ bieg maszyny i wprowadziˆ j¥ wolno do przystani na wyspie. Padm‚ chwyciˆa go za r©k© i pochyliˆa si©, by ucaˆowa† w policzek. - Dzi©kujemy! Anakin ze zdziwieniem zauwa¾yˆ, ¾e spalone sˆoäcem policzki Paddy'ego zarumieniˆy si© nieco. - To byˆo... zabawne - przyznaˆ padawan. - Gdyby nie byˆo, nie miaˆoby sensu, prawda? - odparˆ m©¾czyzna i znowu roze˜miaˆ si© tubalnie. Kiedy Paddy rzucaˆ cum©, Anakin przeskoczyˆ na pomost i podaˆ r©k© Padm‚. - Zanios© wasze baga¾e - zaoferowaˆ Pady. Padm‚ spojrzaˆa na niego z wdzi©czno˜ci¥. - Id«cie, podziwiajcie widoki. Nie tra†cie czasu na takie drobiazgi. - Traci† czas? - powt¢rzyˆa cicho Padm‚, nieco t©sknym gˆosem. Para mˆodych ludzi wspi©ˆa si© na g¢r© drewnianymi schodami wiod¥cymi po˜r¢d kwietnik¢w i pn¥czy. Weszli na taras z widokiem na pi©kny ogr¢d i poˆyskuj¥c¥ w wieczornym sˆoäcu tafl© jeziora, za kt¢r¥ pi©trzyˆy si© bˆ©kitno-purpurowe grzbiety g¢r. Padm‚ oparˆa skrzy¾owane ramiona o balustrad©, zapatrzona w cudown¥ panoram©. - Wida† odbicie g¢r na wodzie - zauwa¾yˆ Anakin z zachwytem. - Tak... - odpowiedziaˆa zamy˜lona. Padawan patrzyˆ na ni¥ tak dˆugo, a¾ odwzajemniˆa spojrzenie. - Dla ciebie mo¾e to oczywiste - powiedziaˆ - ale tam, gdzie si© wychowaˆem, nie byˆo jezior. Dlatego widok takiej ilo˜ci wody zawsze... - Anakin urwaˆ i potrz¥sn¥ˆ gˆow¥, wyra«nie przytˆoczony wspaniaˆym widokiem. - Zdumiewacie? - I zachwyca - dodaˆ z ciepˆym u˜miechem. Padm‚ odwr¢ciˆa si© w stron© jeziora. - Trudno jest niezmiennie ceni† pewne rzeczy przez dˆugi czas-przyznaˆa. - A jednak po tylu latach wci¥¾ widz© urod© tych g¢r odbijaj¥cych si© w wodzie. Mogˆabym wpatrywa† si© w ten obraz codziennie, od rana do wieczora. Anakin oparˆ o balustrad© tu¾ przy Padm‚. Zamkn¥ˆ oczy, rozkoszuj¥c si© jej zapachem i ciepˆem jej sk¢ry. - Kiedy byˆam w trzeciej klasie, przyje¾d¾ali˜my tu na wakacje - powiedziaˆa, wskazuj¥c r©k¥ na s¥siedni skrawek l¥du. - Widzisz t© wysp©? Pˆywali˜my do niej codziennie. Uwielbiam wod©. - Ja te¾. Pewnie dlatego, ¾e wychowaˆem si© na pustynnej planecie. - Anakin wpatrywaˆ si© uparcie w Padm‚, ciesz¥c oczy jej urod¥. Wiedziaˆ, ¾e czuje jego spojrzenie i celowo nie spuszcza wzroku z dalekiego horyzontu. - Kˆadli˜my si© na piasku i czekali˜my, a¾ sˆoäce nas osuszy... i starali˜my si© odgadn¥† nazwy ˜piewaj¥cych ptak¢w. - Nie lubi© piasku. Jest szorstki i dra¾ni¥cy. Wsz©dzie si© wciska. - Padm‚ popatrzyˆa na Anakina. - Nie to, co ten - ci¥gn¥ˆ padawan. - Ale na Tatooine tak wˆa˜nie jest. A tu wszystko jest mi©kkie i gˆadkie. - Wypowiadaj¥c ostatnie sˆowa, bezwiednie pogˆadziˆ rami© Padm‚. Kiedy dotarˆo do niego, co robi, chciaˆ cofn¥† r©k©, lecz cho† Padm‚ wygl¥daˆa na niepewn¥ i lekko przestraszon¥, nie odsun©ˆa r©ki. - Kiedy˜ na tej wyspie mieszkaˆ pewien staruszek - powiedziaˆa. Jej ciemnobr¥zowe oczy zdawaˆy si© spogl¥da† w odlegˆ¥ przeszˆo˜†. - Robiˆ z piasku szkˆo. Jego dzbanki i naszyjniki byˆy... magiczne. Anakin przysun¥ˆ si© jeszcze bli¾ej i wpatrywaˆ si© w jej profil, a¾ odwr¢ciˆa gˆow© i spojrzaˆa mu w oczy. - Tutaj wszystko jest magiczne - powiedziaˆ cicho. - Kiedy patrzyˆo si© w szkˆo, byˆo wida† wod© - jak marszczy si© i porusza. Wygl¥daˆo to bardzo realistycznie, cho† przecie¾ takie nie byˆo. - Czasem to, w co wierzymy, staje si© rzeczywisto˜ci¥. - Anakin miaˆ wra¾enie, ¾e Padm‚ chciaˆaby odwr¢ci† wzrok, a jednak tego nie robiˆa. Magnetyczna siˆa poˆ¥czyˆa ich spojrzenia; coraz gˆ©biej zapadali si© w siebie. - Kiedy˜ zdawaˆo mi si©, ¾e je˜li b©d© bardzo dˆugo wpatrywa† si© w szkˆo, caˆa si© zatrac© - powiedziaˆa ledwie sˆyszalnym szeptem. - My˜l©, ¾e tak wˆa˜nie jest... - M¢wi¥c te sˆowa, Anakin pochyliˆ si© i musn¥ˆ ustami jej wargi. Przez moment nie opieraˆa si©; przymkn©ˆa oczy i delektowaˆa si© ˆagodn¥ pieszczot¥. Anakin zbli¾yˆ si© i szukaj¥c prawdziwego, gˆ©bokiego pocaˆunku, wolno wodziˆ ustami po wargach Padm‚. Czuˆ, ¾e m¢gˆby to robi† przez dˆugie godziny, przez caˆ¥ wieczno˜†... Lecz Padm‚ cofn©ˆa si© nagle, jakby ockn©ˆa si© ze snu. - Nie, nie powinni˜my... - Przepraszam - odrzekˆ Anakin. - Kiedy jestem blisko ciebie, trac© rozs¥dek. A jednak znowu wpatrywaˆ si© w jej pi©kn¥ twarz, zatracaj¥c si© w niej niczym w szklanej kuli. Niezwykˆy moment min¥ˆ. Padm‚ znowu opieraˆa si© o balustrad©, spogl¥daj¥c na gˆadk¥ tafl© jeziora. Gdy tylko gwiazdy przestaˆy by† rozmazanymi smugami, w kt¢re zmieniaˆo je hamowanie z pr©dko˜ci nad˜wietlnej, Obi-Wan Kenobi ujrzaˆ "zagubion¥" planet© - dokˆadnie tam, gdzie jej obecno˜† wykazywaˆy anomalie grawitacyjne. - Oto i ona, Arfour. Dokˆadnie tam, gdzie powinna by† - zwr¢ciˆ si© do robota astromechanicznego zespolonego z lewym skrzydˆem my˜liwca. Odpowiedziaˆ mu twierdz¥cy gwizd. - Zaginiona planeta Kamino. Wi©c jednak kto˜ zmieniˆ dane w Archiwum. R4 zapiszczaˆ ciekawie. - Nie mam poj©cia, kto - odparˆ Obi-Wan. - Mo¾liwe, ¾e tutaj znajdziemy odpowied«. Poleciˆ robotowi odˆ¥czy† pier˜cieä nap©du nad˜wietlnego - obr©cz otaczaj¥c¥ ˜rodkow¥ cz©˜† gwiezdnego my˜liwca, do kt¢rej po obu stronach przymocowano pot©¾ne silniki pozwalaj¥ce na podr¢¾ w nadprzestrzeni. Dopiero wtedy skierowaˆ Delt© 7 ku planecie, na bie¾¥co odczytuj¥c dane napˆywaj¥ce ze skaner¢w maszyny. Wkr¢tce zauwa¾yˆ, ¾e Kamino to wodna planeta - spod grubej warstwy chmur spowijaj¥cej wi©ksz¥ cz©˜† planety nie wystawaˆ ani jeden skrawek staˆego l¥du. Jedi raz jeszcze sprawdziˆ odczyty czujnik¢w, szukaj¥c przede wszystkim innych statk¢w poruszaj¥cych si© w okolicy. Nie wiedziaˆ, czego ma si© spodziewa†. Wreszcie komputer pokˆadowy odebraˆ zapytanie o dane identyfikacyjne my˜liwca. Kenobi natychmiast wˆ¥czyˆ transponder, kt¢ry automatycznie nadaˆ niezb©dne informacje. Poczuˆ ulg©, gdy po chwili nadeszˆa druga transmisja z planety Kamino - tym razem zawieraj¥ca wsp¢ˆrz©dne miejsca, kt¢re nazwano Tipoca City. - Schodzimy, Arfour. Czas znale«† odpowiedzi na par© pytaä. Robot pisn¥ˆ posˆusznie i przekazaˆ wsp¢ˆrz©dne do komputera nawigacyjnego. My˜liwiec skr©ciˆ ostrzej ku powierzchni planety, wdarˆ si© w atmosfer© i pomkn¥ˆ nad zalan¥ deszczem, spienion¥ powierzchni¥ oceanu. Lot poni¾ej puˆapu burzowych chmur byˆ jeszcze mniej przyjemny ni¾ wej˜cie w atmosfer©, ale maszyna posˆusznie trzymaˆa wyznaczony kurs i wkr¢tce oczom Obi-Wana ukazaˆo si© miasto Tipoca. Tworzyˆy je poˆyskuj¥ce w strugach d¾d¾u kopuˆy i mi©kko zakrzywione ˜ciany wznosz¥ce si© na olbrzymich kolumnach stercz¥cych wprost z morskiej kipieli. Kenobi szybko wypatrzyˆ wˆa˜ciwe l¥dowisko, ale postanowiˆ najpierw przelecie† nad miastem i okr¥¾y† je, by przyjrze† si© lepiej tej imponuj¥cej konstrukcji. A byˆo to zar¢wno dzieˆo sztuki, jak i wybitne dokonanie in¾ynieryjne - caˆo˜† kojarzyˆa si© Obi- Wanowi z gmachem senatu i —wi¥tyni¥ Jedi na Coruscant. Eleganckie krzywizny ˜cian i wypukˆo˜ci dach¢w wydobyto z p¢ˆmroku burzy umiej©tnym o˜wietleniem. - Jest na co popatrze†, Arfour - przyznaˆ ze smutkiem Jedi. Odwiedziˆ w ¾yciu setki planet, ale widok tak niezwykˆego i pi©knego miejsca jak Tipoca przypomniaˆ mu jedynie, ¾e istniej¥ tysi¥ce takich, kt¢rych jeszcze nie widziaˆ zbyt wiele, by m¢gˆ je pozna† jeden czˆowiek, cho†by caˆe ¾ycie po˜wi©ciˆ podr¢¾om. Wreszcie Obi-Wan posadziˆ maszyn© na permabetonowej pˆycie l¥dowiska. Naci¥gn¥ˆ na gˆow© kaptur, a potem otworzyˆ owiewk© i wyszedˆ na zewn¥trz. Zmagaj¥c si© z wichrem i ulewnym deszczem, pospieszyˆ w stron© pobliskiej wie¾y. Drzwi rozsun©ˆy si© przed nim, odsˆaniaj¥c rz©si˜cie o˜wietlone biaˆe pomieszczenie. Kenobi wszedˆ do ˜rodka. - Jak dobrze, ¾e do nas przyleciaˆe˜, mistrzu Jedi - odezwaˆ si© melodyjny gˆos. Obi-Wan zsun¥ˆ z gˆowy kaptur. Str¥ciˆ krople wody z wˆos¢w i przecieraj¥c dˆoni¥ twarz, odwr¢ciˆ si© w stron© gˆosu. Zamarˆ, zaskoczony widokiem Kaminoanki. - Jestem Taun We - przedstawiˆa si© istota. Byˆa wy¾sza od Obi-Wana, blada i niewiarygodnie smukˆa. Lecz mimo zwiewno˜ci ciaˆa, nie byˆo w nim nic nierzeczywistego. Owszem, byˆo szczupˆe, lecz peˆne mocnej ¾yciowej energii. Oczy Taun We, wielkie i ciemne, ksztaˆtem przypominaj¥ce migdaˆy, podobne byˆy do czystych niewinnych oczu dziecka przygl¥daj¥cego si© ˜wiatu z niegasn¥c¥ ciekawo˜ci¥. Jej nos tworzyˆy dwie pionowe szczeliny, poˆ¥czone poziom¥, przecinaj¥c¥ wzg¢rek ponad g¢rn¥ warg¥. - Premier czeka. Te sˆowa wyrwaˆy Obi-Wana z rozmy˜laä nad dziwn¥ urod¥ niezwykˆej istoty. - Czeka na mnie? - spytaˆ, nie potrafi¥c ukry† niedowierzania. Jak¾e, na galaktyk©, te istoty mogˆy spodziewa† si© jego wizyty? - Naturalnie - odrzekˆa Taun We. - Lama Su nie mo¾e si© doczeka† spotkania z tob¥. Min©ˆo tyle lat, ¾e zacz©li˜my w¥tpi†, czy kiedykolwiek przylecisz. Prosz© za mn¥. Obi-Wan skin¥ˆ gˆow¥ i staraˆ si© zachowa† spok¢j, cho† milion pytaä zaprz¥taˆo jego umysˆ. "Min©ˆo tyle lat"? "W¥tpili, czy przyb©d©"? Korytarz byˆ r¢wnie jaskrawo o˜wietlony jak sala przylegaj¥ca do platformy l¥dowiska, ale oczy Obi-Wana wkr¢tce przyzwyczaiˆy si© do blasku. Po drodze mijali wiele okien, za kt¢rymi Jedi widziaˆ innych Kaminoan zaj©tych prac¥. Istoty pˆci m©skiej wyr¢¾niaˆy si© grzebieniem po˜rodku gˆowy i wraz z samicami zasiadaˆy przy niezwykˆych meblach. Obi-Wan byˆ zaskoczony czysto˜ci¥ tego, co widziaˆ: wszystko byˆo wypolerowane, bˆyszcz¥ce i gˆadkie. Pytania jednak zatrzymaˆ dla siebie i z niecierpliwo˜ci¥ oczekiwaˆ spotkania z premierem Lama Su. S¥dz¥c po tempie, kt¢re narzuciˆa Taun We, jej tak¾e zale¾aˆo na szybkim dotarciu do przyw¢dcy. Wreszcie Kaminoanka zatrzymaˆa si© przed drzwiami i otworzyˆa je ruchem r©ki, po czym gestem zaprosiˆa Kenobiego, by pierwszy wszedˆ do ˜rodka. Powitaˆ ich Kaminoanin nieco wy¾szy od Taun We, o gˆowie ozdobionej charakterystycznym grzebieniem. Spojrzawszy na Obi-Wana, zamrugaˆ wielkimi oczami i u˜miechn¥ˆ si© serdecznie. Nieznacznym ruchem r©ki przywoˆaˆ dwa jajowate siedziska, kt¢re spiralnym torem z wdzi©kiem spˆyn©ˆy spod sufitu. - Pozwol© sobie przedstawi† Lam© Su, premiera planety Kamino - odezwaˆa si© Taun We, po czym zwr¢ciˆa si© do zwierzchnika. - Panie premierze, oto mistrz Jedi... - Obi-Wan Kenobi - dokoäczyˆ Jedi, kˆaniaj¥c si© z szacunkiem. Premier skin¥ˆ dˆoni¥ w stron© niezwykˆego fotela, sam za˜ usiadˆ na drugim. Obi- Wan wolaˆ jednak sta†. - Mam nadziej©, ¾e pobyt u nas sprawi ci przyjemno˜†, mistrzu - rzekˆ premier. Doskonale si© skˆada, ¾e przybyˆe˜ w najpi©kniejszej porze roku. - Doceniam wasz¥ go˜cinno˜† - odparˆ Obi-Wan. Postanowiˆ nie dodawa†, ¾e je˜li kl©ska ¾ywioˆowa panuj¥ca na zewn¥trz byˆa typowa dla "najpi©kniejszego sezonu", to wolaˆby nigdy nie ogl¥da† mniej pi©knych p¢r roku na Kamino. - Prosz¥ - powiedziaˆ Lama Su, ponownie wskazuj¥c smukˆ¥ dˆoni¥ siedzisko. - Pom¢wmy o interesach - dodaˆ, gdy Obi-Wan usiadˆ, - Z pewno˜ci¥ ucieszy ci© wie˜†, mistrzu, ¾e prace posuwaj¥ si© zgodnie z planem. Dwie˜cie tysi©cy jednostek jest ju¾ gotowe, a produkcja kolejnego miliona jest mocno zaawansowana. Obi-Wan poczuˆ, ¾e j©zyk nagle odmawia mu posˆuszeästwa, ale zapanowaˆ nad sob¥ i powiedziaˆ: - To doskonaˆa wiadomo˜†. - Spodziewali˜my si©, ¾e b©dziesz zadowolony. - Oczywi˜cie. - Przeka¾, prosz©, Mistrzowi Sifo-Dyasowi, ¾e jego zam¢wienie zostanie z pewno˜ci¥ zrealizowane w caˆo˜ci i w terminie. Mam nadziej©, ¾e cieszy si© dobrym zdrowiem? - Przepraszam - odrzekˆ oszoˆomiony Jedi. - Mistrzowi... - Mistrzowi Jedi Sifo-Dyasowi. Nadal jest, jak s¥dz©, jednym z najwa¾niejszych czˆonk¢w Rady Jedi? Imi© wymienione przez premiera - istotnie nale¾¥ce do Mistrza Jedi i byˆego czˆonka Rady - wywoˆaˆo kolejn¥ lawin© pytaä w umy˜le Kenobiego, ale Jedi zapanowaˆ nad emocjami i skupiˆ si© na wyci¥ganiu z rozm¢wcy dalszych cennych informacji. - Obawiam si©, ¾e musz© przekaza† smutn¥ wiadomo˜†: Mistrz Sifo-Dyas zostaˆ zabity prawie dziesi©† lat temu. Lama Su zamrugaˆ niespokojnie. - Och, przykro mi to sˆysze†. Jestem pewien, ¾e byˆby dumny z armii, kt¢r¥ dla niego stworzyli˜my. - Z armii? - powt¢rzyˆ Obi-Wan. - Z armii klon¢w. Musz© przyzna†, ¾e jest to jedna z najlepszych, jakie kiedykolwiek zrealizowali˜my. Obi-Wan nie byˆ pewien, jak gˆ©boko powinien zaanga¾owa† si© w t© gr©. Je¾eli Sifo- Dyas istotnie zam¢wiˆ armi© klon¢w, to dlaczego Mistrz Yoda, ani ¾aden inny czˆonek Rady, nigdy o tym nie wspominali? Nim dopadˆa go przedwczesna ˜mier†, Sifo-Dyas byˆ pot©¾nym Jedi, ale czy odwa¾yˆby si© dziaˆa† samodzielnie w tak powa¾nej sprawie? Jedi przyjrzaˆ si© parze Kaminoan, pr¢buj¥c poprzez Moc wysondowa† ich intencje. Wszystko wskazywaˆo na to, ¾e m¢wi¥ prawd©, postanowiˆ wi©c zaufa† instynktowi i pozwoli†, by rozmowa toczyˆa si© dalej. - Powiedz mi prosz©, panie premierze, czy kiedy Mistrz skontaktowaˆ si© z tob¥ pierwszy raz w sprawie tej armii, powiedziaˆ ci, komu ma sˆu¾y†? - Oczywi˜cie - odparˆ niczego niepodejrzewaj¥cy Kaminoanin. - Armia jest przeznaczona dla Republiki. Tym razem Obi-Wan omal nie krzykn¥ˆ. O co, na galaktyk©, w rym wszystkim chodzi? C¢¾ to za armia klon¢w dla Republiki? Zam¢wiona przez Mistrza Jedi? Czy senat wiedziaˆ o tej sprawie? Czy wiedzieli o niej Yoda lub Mistrz Windu? - Rozumiesz zapewne odpowiedzialno˜†, kt¢ra spoczywa na dostawcy armii dla Republiki - rzekˆ, staraj¥c si© nie zdradza† emocji. - Spodziewamy si©... nie, musimy mie† to, co najlepsze. - Oczywi˜cie, mistrzu Kenobi - odparˆ Lama Su z niezachwian¥ pewno˜ci¥ siebie. - Chciaˆby˜, jak s¥dz©, dokona† teraz osobistej inspekcji. - Wˆa˜nie po to tu jestem - odpowiedziaˆ skwapliwie Obi-Wan. A potem wstaˆ i wyszedˆ z gabinetu w ˜lad za premierem i Taun We. Poˆacie bujnych traw, nakrapiane kielichami kwiat¢w o najdziwniejszych ksztaˆtach i kolorach, okrywaˆy ˆagodnie nachylony stok wzg¢rza. W gˆ©bi wida† byˆo bˆyszcz¥cy w sˆoäcu wodospad zasilaj¥cy jezioro, a dalej oczka wodne przedzielone pasmami wzg¢rz i ci¥gn¥ce si© a¾ po horyzont. Ciepˆy wiatr ni¢sˆ nasiona dmuchawc¢w, wysoko za˜, po jasnobˆ©kitnym niebie, szybowaˆy puszyste obˆoki. Byˆo to miejsce peˆne ¾ycia i miˆo˜ci, ciepˆa i ˆagodno˜ci. Dla Anakina Skywalkera byˆo to miejsce idealnie odzwierciedlaj¥ce natur© Padm‚ Amidali. Stadko spokojnych ro˜lino¾ernych shaak¢w pasˆo si© w pobli¾u, nie zwracaj¥c najmniejszej uwagi na par© mˆodych ludzi. Byˆy to osobliwe wielkie, tˆuste czworono¾ne zwierz©ta. W powietrzu uwijaˆy si© roje owad¢w, zbyt jednak zaj©tych korzystaniem z dar¢w ˆ¥ki, by traci† czas na uprzykrzanie ¾ycia Anakinowi i Padm‚. Byˆa kr¢lowa Naboo siedziaˆa na trawie, w zamy˜leniu zrywaj¥c kwiaty. Raz po raz zerkaˆa na Anakina, ale tylko przelotnie, jakby baˆa si©, ¾e zauwa¾y. Byˆa zachwycona jego reakcj¥ na wszystko, co widziaˆ na Naboo. Jego entuzjazm kazaˆ jej si©gn¥† pami©ci¥ do chwil, kiedy byˆa bardzo mˆoda, nieprzytˆoczona odpowiedzialno˜ci¥ za losy Republiki. Zaskoczyˆo j¥ to, ¾e padawan Jedi m¢gˆ by† tak... Brakowaˆo jej odpowiedniego sˆowa. Beztroski? Radosny? —miaˆy? A mo¾e miaˆ w sobie wszystkie te cechy? - I co? - ponagliˆ j¥ Anakin, zmuszaj¥c do odpowiedzi na pytanie, kt¢re zadaˆ chwil© wcze˜niej. - Sama nie wiem - odpowiedziaˆa wymijaj¥co, udaj¥c irytacj©. - Na pewno wiesz! Tylko nie chcesz mi powiedzie†. Padm‚ za˜miaˆa si© bezradnie. - Zamierzasz wypr¢bowa† na mnie jedn¥ z tych sˆawnych sztuczek Jedi? - Dziaˆaj¥ tylko na sˆabe umysˆy - wyja˜niˆ padawan. - A tw¢j z pewno˜ci¥ taki nie jest - dodaˆ, posyˆaj¥c dziewczynie niewinne spojrzenie, kt¢remu po prostu nie umiaˆa si© oprze†. - No dobrze ulegˆa wreszcie. - Miaˆam dwana˜cie lat. Nazywaˆ si© Palo. Oboje nale¾eli˜my do Mˆodych Legislator¢w. Byˆ kilka lat starszy ni¾ ja... - Padm‚ zmru¾yˆa oczy, by spojrze† na Anakina w wyj¥tkowo prowokuj¥cy spos¢b. -... i bardzo przystojny - dodaˆa. - Ciemne kr©cone wˆosy... rozmarzone oczy... - Dobrze, ju¾ sobie go wyobra¾am! - przerwaˆ Jedi gwaˆtownie. - Co si© z nim staˆo? - Ja wst¥piˆam do sˆu¾by publicznej, a on zostaˆ artyst¥. - Mo¾liwe, ¾e post¥piˆ rozs¥dniej. - Nie lubisz polityk¢w, prawda? - spytaˆa Padm‚, czuj¥c, ¾e pomaˆu wzbiera w niej gniew. - Lubi© dwoje albo troje - odrzekˆ Anakin. - Ale co do jednej osoby jeszcze nie jestem pewien. - Jego u˜miech znowu rozbroiˆ Padm‚, kt¢rej z trudem udaˆo si© zachowa† powag©. - Po prostu nie wydaje mi si©, ¾eby system, w kt¢rym pracuj¥, jeszcze dziaˆaˆ - dokoäczyˆ rzeczowo Anakin. - Doprawdy? spytaˆa sarkastycznie. - A co by˜ zrobiˆ, ¾eby go naprawi†? - Potrzebny nam system, w kt¢rym politycy b©d¥ naprawd© dyskutowa† ze sob¥, uzgadnia† rozwi¥zania optymalne dla wszystkich i wprowadza† je w ¾ycie - wyja˜niˆ, jakby sprawa byˆa banalnie prosta i logiczna. - I wˆa˜nie to robimy - odparˆa Padm‚ bez wahania. Anakin spojrzaˆ na ni¥ z pow¥tpiewaniem. - Kˆopot w tym, ¾e "wszyscy" nie zawsze zgadzaj¥ si© z naszymi rozwi¥zaniami - dodaˆa. - Prawd© m¢wi¥c, bardzo rzadko si© zgadzaj¥. - W takim razie, kto˜ powinien ich zmusi†. To stwierdzenie zaskoczyˆo Padm‚. Czy¾by byˆ tak przekonany o swojej nieomylno˜ci, ¾e chciaˆby... Nie, pomy˜laˆa, odsuwaj¥c od siebie to niepokoj¥ce przypuszczenie. - Kto? - spytaˆa. - Kto miaˆby ich zmusi†? - Nie wiem- odpowiedziaˆ zmieszany, wymachuj¥c r©kami. - Kto˜... -Ty? - Jasne, ¾eni©! - To kto? - Kto˜ m¥dry. - Co˜ mi to zalatuje dyktatur¥- stwierdziˆa Padm‚, zwyci©sko koäcz¥c debat©. W milczeniu obserwowaˆa przewrotny u˜miech, kt¢ry pojawiaˆ si© z wolna na ustach Anakina. - C¢¾ - powiedziaˆ spokojnie - je˜li to miaˆoby si© okaza† skuteczne... Padm‚ staraˆa si© nie okaza†, jak bardzo jest zaskoczona. O czym on m¢wi? Jak mo¾e wierzy† w co˜ takiego? Wpatrywaˆa si© w niego bez sˆowa, a on odwzajemniaˆ to surowe spojrzenie... lecz w koäcu nie wytrzymaˆ i wybuchn¥ˆ ˜miechem. - ½artujesz sobie ze mnie! - O, nie! - odpowiedziaˆ Anakin, cofaj¥c si© i siadaj¥c na mi©kkiej trawie, z r©kami uniesionymi w obronnym ge˜cie. - Gdzie¾bym ˜miaˆ drwi† sobie z pani senator! Jeste˜ okropny! - Padm‚ podniosˆa kawaˆek owocu i rzuciˆa nim w padawana, kt¢ry zˆapaˆ go w locie. Zaraz potem sypn©ˆy si© kolejne pociski. - Zawsze jeste˜ taka powa¾na - skarciˆ j¥ Anakin, ¾ongluj¥c owocami. - Ja? Powa¾na? - spytaˆa z udawanym niedowierzaniem. Jednak nie mogˆa odm¢wi† mu racji. Przez caˆe ¾ycie przygl¥daˆa si© ludziom takim jak Palo, kt¢rzy bez wahania pod¥¾ali za porywami serca, podczas gdy ona kroczyˆa zawsze ˜cie¾k¥ odpowiedzialno˜ci. Zaznaˆa chwil wielkiego triumfu i wielkiej rado˜ci, ale do˜wiadczaˆa ich najpierw ubrana w ekstrawaganckie szaty kr¢lowej Naboo, a potem uwi©ziona w sieci niezliczonych obowi¥zk¢w senatora. Cz©sto pragn©ˆa wyzwoli† si© z tego wszystkiego, zrzuci† ceremonialne stroje i zanurzy† si© w rw¥cej wodzie z jednego tylko powodu: by poczu† jej przyjemny chˆ¢d i ˜mia† si©, ile dusza zapragnie. Zˆapaˆa kolejny kawaˆek owocu i rzuciˆa w stron¥ Anakina, kt¢ry zˆapaˆ go zr©cznie i doˆ¥czyˆ do pozostaˆych, wiruj¥cych w powietrzu. Dorzucaˆa nast©pne i w koäcu byˆo ich tyle, ¾e straciˆ nad nimi kontrol© i bezskutecznie pr¢bowaˆ uskoczy† przed owocowym deszczem. Padm‚ skr©caˆa si© ze ˜miechu, trzymaj¥c si© za brzuch, Anakin za˜, uniesiony nastrojem chwili, zerwaˆ si© na r¢wne nogi i pop©dziˆ w stron© stada przestraszonych shaak¢w. Zazwyczaj oboj©tne zwierz©ta parskn©ˆy trwo¾liwie i ruszyˆy z kopyta za Anakinem, kt¢ry zatoczyˆ kilka obszernych okr©g¢w i znikn¥ˆ za wzg¢rzem. Padm‚ uspokoiˆa si© i zacz©ˆa rozmy˜la† o tej chwili, o caˆym dniu i o swoim przyjacielu. Co si© wˆa˜ciwie dziaˆo? W ¾aden spos¢b nie potrafiˆa wyzby† si© wyrzut¢w sumienia: zabawiaˆa si© beztrosko, podczas gdy inni ci©¾ko pracowali nad ustaw¥ o militaryzacji, a Obi-Wan Kenobi przemierzaˆ galaktyk© w poszukiwaniu tych, kt¢rzy ¾yczyli jej ˜mierci. Powinna by† gdzie˜ indziej, robi† co˜ po¾ytecznego... Powa¾ne rozmy˜lania przerwaˆ jej peˆen niedowierzania ˜miech, kiedy shaaaki i Anakin znowu pojawili si© na polanie. Tym razem Jedi dosiadaˆ jednego z "wierzchowc¢w", jedn¥ r©k¥ trzymaj¥c si© faˆdy sk¢ry, a drug¥ trzymaj¥c wysoko, by utrzyma† r¢wnowag©. Najbardziej niedorzeczne w tym wszystkim byˆo jednak to, ¾e Anakin jechaˆ tyˆem, maj¥c przed oczami ogon tˆustego shaakai - Annie! - krzykn©ˆa Padm‚, zdumiona i rozbawiona. Kiedy jednak zawoˆaˆa padawana po raz drugi, do jej gˆosu wkradˆa si© nuta obawy, bowiem shaaki rozp©dzaˆ si© wˆa˜nie do galopu, a padawan usiˆowaˆ stan¥† na jego grzbiecie. I by† mo¾e udaˆoby mu si© tego dokona†, gdyby zwierz nie skr©ciˆ nagle. Anakin spadˆ i potoczyˆ si© po g©stej murawie. Zgi©ta w p¢ˆ Padm‚ zanosiˆa si© ˜miechem. Lecz Anakin le¾aˆ nieruchomo. Dziewczyna spojrzaˆa na niego przera¾ona. Wstaˆa szybko i ruszyˆa biegiem w stron© le¾¥cego. - Annie! Annie! Nic ci si© nie staˆo? Nie ruszaˆ si©, kiedy delikatnie obracaˆa go na plecy. A¾ wreszcie jego twarz wykrzywiˆa si© w wyj¥tkowo gˆupiej minie, a z gardˆa wyrwaˆ si© gˆo˜ny, serdeczny ˜miech. - Och! - krzykn©ˆa Padm‚, wymierzaj¥c mu t©giego kuksaäca. Zˆapaˆ j¥ za r©k© i przyci¥gn¥ˆ do siebie, a¾ straciˆa r¢wnowag© i walcz¥c zaciekle run©ˆa na niego z impetem. Po chwili Anakin zdoˆaˆ przewr¢ci† j¥ na plecy i przygwo«dzi† do ziemi. Padm‚ przestaˆa walczy†, oszoˆomiona jego blisko˜ci¥. Spojrzaˆa mu w oczy, czuj¥c wyra«nie ci©¾ar jego ciaˆa. Anakin zarumieniˆ si© lekko i przewr¢ciˆ na bok, a potem wstaˆ i ju¾ caˆkowicie opanowany wyci¥gn¥ˆ do niej r©k©. Padm‚ wpatrywaˆa si© w niebieskie oczy Anakina, bez sˆowa, jednym spojrzeniem wyznaj¥c mu caˆ¥ prawd©. Chwyciˆa jego dˆoä i razem poszli w stron© shaaka, kt¢ry znowu po¾ywiaˆ si© spokojnie soczyst¥ traw¥. Anakin wspi¥ˆ si© na grzbiet zwierz©cia i przyci¥gn¥ˆ do siebie Padm‚. Ruszyli st©pa. Siedz¥c za plecami mˆodego m©¾czyzny i z caˆej siˆy przytulaj¥c si© niego, Padm‚ daremnie pr¢bowaˆa zapanowa† nad uczuciami szalej¥cymi w jej sercu. Padm‚ podskoczyˆa, sˆysz¥c pukanie do drzwi. Kolejny raz odtwarzaˆa w my˜lach wydarzenia z popoˆudnia, a zwˆaszcza jazd© na grzbiecie shaaka, kiedy wracaˆa z Anakinem do domu. Obejmowaˆa go w pasie, oparˆa policzek na jego ramieniu, czuˆa si© szcz©˜liwa, bezpieczna i... Odetchn©ˆa gˆ©boko, by opanowa† dr¾enie r¥k, gdy si©gaˆa do klamki. Otworzyˆa drzwi i na tle zachodz¥cego sˆoäca zobaczyˆa Anakina. U˜miechaj¥c si©, zrobiˆ krok do przodu. Padm‚ wpatrywaˆa si© w niego jak urzeczona. Przez moment wydawaˆo jej si©, ¾e sˆoäce zachodzi za szerokimi ramionami Anakina, a nie za widnokr©giem, tak, jakby padawan miaˆ do˜† siˆy, by wedle swojego uznania zakoäczy† dzieä. Wok¢ˆ jego postaci taäczyˆy pomaraäczowe pˆomienie zacieraj¥ce granic© mi©dzy Anakinem a wieczno˜ci¥. Padm‚ wreszcie przypomniaˆa sobie, ¾e trzeba oddycha†. Cofn©ˆa si© o krok i Anakin wszedˆ do ˜rodka, nie˜wiadomy niezwykˆych doznaä, kt¢re wywoˆaˆ przed chwil¥. Spogl¥daj¥c na jego u˜miech, czuˆa dziwne zakˆopotanie. Przez moment zastanawiaˆa si©, czy nie powinna byˆa wˆo¾y† innej sukni, poniewa¾ ta, kt¢r¥ miaˆa na sobie, czarna i odsˆaniaj¥ca ramiona, wydaˆa jej si© zbyt odwa¾na. Nim zamkn©ˆa drzwi, spojrzaˆa jeszcze raz na okryte r¢¾ow¥ po˜wiat¥ jezioro poˆyskuj¥ce w ostatnich promieniach sˆoäca. Kiedy si© odwr¢ciˆa, Anakin staˆ ju¾ przy stole, przypatruj¥c si© misce peˆnej owoc¢w i innym przedmiotom uˆo¾onym przez Padm‚. Zauwa¾yˆa, ¾e spojrzaˆ na jedn¥ z unosz¥cych si© w powietrzu kul ˜wietlnych, kt¢rej blask stawaˆ si© coraz bardziej intensywny, w miar© jak sˆoäce znikaˆo za horyzontem. Dla zabawy tr¥ciˆ j¥ palcem i nie˜wiadom tego, ¾e jest obserwowany, u˜miechn¥ˆ si© od ucha do ucha, gdy kula umkn©ˆa, zakoˆysaˆa si© i za˜wieciˆa jeszcze ja˜niej. Wkr¢tce siedzieli ju¾ przy stole, a dwie kelnerki, Nandi i Teckla, przyniosˆy wieczorny posiˆek. Anakin wspominaˆ wˆa˜nie co ciekawsze przygody, kt¢re prze¾yˆ, trenuj¥c i podr¢¾uj¥c u boku Obi-Wana. Padm‚ sˆuchaˆa z uwag¥, w gˆ©bi duszy pragn©ˆa jednak czego˜ wi©cej: rozmowy o tym, co zdarzyˆo si© na ˆ¥ce. Nie wiedziaˆa jednak, jak zacz¥†, wi©c po prostu pozwoliˆa mu m¢wi†, zadowalaj¥c si© sˆuchaniem. U˜miechn©ˆa si© szeroko, kiedy Nandi postawiˆa przed ni¥ deser: jej ulubiony, ¾¢ˆto - kremowy, soczysty i sˆodki owoc shuura. - A kiedy do nich dotarˆem, przeszli˜my do... - Anakin zawiesiˆ gˆos, by pobudzi† ciekawo˜† Padm‚ -... agresywnych negocjacji - dokoäczyˆ, po czym podzi©kowaˆ Teckli, kt¢ra wˆa˜nie postawiˆa przed nim misk© z owocem. - Do agresywnych negocjacji? Co to takiego? - To... negocjacje z u¾yciem miecza ˜wietlnego - odparˆ Padawan z chytrym u˜miechem. - Ach tak. - Padm‚ roze˜miaˆa si© i spr¢bowaˆa wbi† widelec w apetyczny mi¥¾sz owocu. Owoc shuura przesun¥ˆ si© nieznacznie, a metal uderzyˆ o gˆadkie dno miski. Lekko speszona Padm‚ spr¢bowaˆa jeszcze raz. Deser znowu si© poruszyˆ. Spojrzaˆa na padawana, kt¢ry z trudem tˆumiˆ ˜miech, spogl¥daj¥c niewinnie na wˆasny talerz. - To ty! Anakin uni¢sˆ gˆow© i szeroko otworzyˆ oczy. - Sˆucham? Padm‚ pogroziˆa mu widelcem, a potem znienacka, znowu zaatakowaˆa shuura. Chˆopak byˆ jednak szybszy. Owoc uciekˆ spod widelca, kt¢ry znowu stukn¥ˆ o naczynie. Zanim Padm‚ zd¥¾yˆa posˆa† Anakinowi kolejne ostrzegawcze spojrzenie, owoc uni¢sˆ si© w powietrze i zawisˆ tu¾ przed jej oczami. - Przestaä! - rozkazaˆa, ale nie potrafiˆa udawa†, ¾e si© gniewa. Roze˜miaˆa si©, a Anakin zawt¢rowaˆ jej po chwili. Nie patrz¥c na niego, szybko si©gn©ˆa po lewituj¥cy przysmak. Drobny ruch palc¢w Anakina wystarczyˆ, by shuura przeskoczyˆ nad jej dˆoni¥. - Anakinie! - Gdyby przyˆapaˆ mnie nie tym mistrz Obi-Wan, dostaˆbym niezˆ¥ bur© przyznaˆ padawan. Poruszyˆ r©k¥, a wtedy owoc posˆusznie przyleciaˆ prosto do niego. - Ale nie ma go tu - dodaˆ, kroj¥c shuura na kilka plasterk¢w. Si©gn¥wszy po Moc, wysˆaˆ jeden z nich ku Padm‚, kt¢ra ustami chwyciˆa go w locie. Kiedy Teckla i Nandi przyszˆy, by sprz¥tn¥† po posiˆku, mˆodzi przenie˜li si© do saloniku z kominkiem, wygodnymi fotelami i kanap¥. Nandi i Teckla po¾egnaˆy si© i wyszˆy. Anakin i Padm‚ zostali sami. Napi©cie natychmiast wr¢ciˆo i ogarn©ˆo Padm‚ ze zdwojon¥ moc¥. Chciaˆa, ¾eby j¥ caˆowaˆ, i wˆa˜nie to niekontrolowane pragnienie otrze«wiˆo j¥ nieco. To nie byˆo wˆa˜ciwe. - Nie - powiedziaˆa, unosz¥c ostrzegawczo palec, gdy uparty padawan zacz¥ˆ zbli¾a† si© do niej. Anakin cofn¥ˆ si©, a na jego chˆopi©cej twarzy odmalowaˆa si© rozterka. - Od chwili, kiedy spotkaˆem ci© pierwszy raz, wiele lat temu, nie byˆo dnia, ¾ebym o tobie nie my˜laˆ. - Jego gˆos byˆ chrapliwy, peˆen emocji, a bˆyszcz¥ce oczy wwiercaˆy si© w Padm‚. - A teraz, kiedy znowu jestem z tob¥, cierpi©. Im bli¾ej jestem, tym bardziej si© m©cz©. Na sam¥ my˜l o tym, ¾e mogliby˜my si© rozsta†, ˜ciska mnie w doˆku i czuj© sucho˜† w ustach. Kr©ci mi si© w gˆowie! Nie mog© oddycha†! Prze˜laduje mnie ten pocaˆunek, kt¢rego nie powinna˜ byˆa mi da†. Moje serce bije nadziej¥, ¾e ta jedna pieszczota nie stanie si© tylko blizn¥. Padm‚ wolno opu˜ciˆa r©k©, zafascynowana sˆuchaj¥c wyznania. Wiedziaˆa, ¾e Anakin m¢wi szczerze, ¾e otwiera przed ni¥ serce, cho† wie, ¾e mogˆaby zˆama† je jednym sˆowem. Byˆa wzruszona i zaszczycona jego szczero˜ci¥. - Zamieszkaˆa˜ w mojej duszy i dr©czysz mnie wyszeptaˆ Anakin ¾arliwie. - Co mam zrobi†? Powiedz, a zrobi© wszystko, co ka¾esz. Padm‚ odwr¢ciˆa wzrok, szukaj¥c odpowiedzi w taäcz¥cych w kominku pˆomieniach. Min©ˆo kilka chwil niezr©cznego milczenia. - Powiedz mi chocia¾, czy cierpisz tak samo jak ja - poprosiˆ Anakin. Padm‚ odwr¢ciˆa si© do niego, nie kryj¥c wzburzenia. - Nie mog©! zawoˆaˆa. - Oboje nie mo¾emy - dodaˆa nieco ciszej. - To po prostu niemo¾liwe. - Wszystko jest mo¾liwe - zaoponowaˆ Anakin, pochylaj¥c si© nad ni¥. - Padm‚, prosz© ci©, posˆuchaj... - To ty posˆuchaj - przerwaˆa mu. O dziwo, wˆasne sˆowa dodaˆy jej siˆy, kt¢rej tak potrzebowaˆa. - ½yjemy w realnym ˜wiecie. Wr¢† do niego, Annie. Uczysz si©, by zosta† rycerzem Jedi. Ja jestem senatorem. Je˜li pod¥¾ysz za swoimi pragnieniami, zaprowadz¥ ci© tam, gdzie ¾adne z nas nie powinno si© znale«†... bez wzgl©du na to, co do siebie czujemy. - Wi©c jednak co˜ czujesz! Padm‚ z trudem przeˆkn©ˆa ˜lin©. - Jedi nie mog¥ si© ¾eni† - zauwa¾yˆa, staraj¥c si© unikn¥† rozmowy na temat jej uczu†. - Zostaˆby˜ wydalony z Zakonu. Nie pozwol©, ¾eby˜ wyrzekˆ si© dla mnie swojej przyszˆo˜ci. - Prosisz, ¾ebym my˜laˆ racjonalnie - odparˆ bez wahania Anakin. Jego pewno˜† siebie i ˜miaˆo˜† nieco zaskoczyˆy Padm‚. Poczuˆa, ¾e znowu traci nad sob¥ kontrol©. W m©¾czy«nie, kt¢ry siedziaˆ przy niej, nie byˆo ju¾ ani ˜ladu dziecka. - A ja nie mog© tego zrobi† - kontynuowaˆ Anakin. - Uwierz mi, chciaˆbym oddali† od siebie te uczucia, ale po prostu nie umiem. - Nie poddam si©- stwierdziˆa z caˆym przekonaniem, na jakie potrafiˆa si© zdoby†. Zacisn©ˆa z©by, wiedz¥c, ¾e musi by† silniejsza od Anakina. Przede wszystkim dla jego dobra. - S¥ w moim ¾yciu wa¾niejsze sprawy ni¾ miˆo˜†. Skrzywiˆa si©, widz¥c, ¾e odwr¢ciˆ si©, gˆ©boko ura¾ony. Tym razem to Anakin zapatrzyˆ si© w ogieä. Padm‚ wiedziaˆa, ¾e pr¢buje znale«† odpowied« na jej kategoryczn¥ deklaracj©. - Nie musiaˆoby tak by† - odezwaˆ si© padawan po dˆugiej chwili. Mogliby˜my utrzyma† nasz zwi¥zek w tajemnicy. - ½yliby˜my w kˆamstwie, i to w takim, kt¢rego na dˆu¾sz¥ met© nie udaˆoby si© utrzyma†. Moja siostra widziaˆa, jak si© zachowujemy. Matka te¾. Nie umiaˆabym tak... A ty, Anakinie? Czy potrafiˆby˜ tak ¾y†? M©¾czyzna wpatrywaˆ si© w ni¥ przez moment gorej¥cymi oczami. - Nie. Masz racj© - przyznaˆ w koäcu. - To by nas zniszczyˆo. Padm‚ zapatrzyˆa si© w pˆon¥ce drwa. Zastanawiaˆa si©, gdzie tkwiˆa bardziej niszczycielska siˆa: w uczynkach czy w my˜lach? ROZDZIA� 16 - Ooo! - zawoˆaˆ Boba Fett, puszczaj¥c si© biegiem po pˆycie l¥dowiska, by z bliska obejrze† smukˆy my˜liwiec gwiezdny. - Pi©kny statek - zgodziˆ si© Jango, id¥c za synem i uwa¾nie przygl¥daj¥c si© pojazdowi. Zwracaˆ uwag© nie tylko na lini©, ale i na oznaczenia oraz bogate uzbrojenie, a w szczeg¢lno˜ci na robota astromechanicznego zespolonego z lewym skrzydˆem, kt¢ry po˜wistywaˆ rado˜nie. - To Delta 7 - obwie˜ciˆ podniecony Boba, wskazuj¥c palcem na cofni©t¥ kabin© pilota. Jango skin¥ˆ gˆow¥, zadowolony, ¾e syn powa¾nie traktuje lekcje, kt¢rych mu udziela. My˜liwce tego typu byˆy caˆkiem nowe - do tego stopnia, ¾e nie wyposa¾ano ich jeszcze seryjnie w jednostk© nap©du nad˜wietlnego. Jango wiedziaˆ o tym i dlatego mimowolnie spojrzaˆ w pochmurne niebo, zastanawiaj¥c si©, czy na orbicie nie kr¥¾y statek - matka. Szybko jednak ockn¥ˆ si© z zadumy i potrz¥saj¥c gˆow¥, zbli¾yˆ si© do Boby. - Co powiesz o robocie? - spytaˆ. - Umiesz zidentyfikowa† typ? Boba wspi¥ˆ si© na skrzydˆo maszyny i przez chwil© przygl¥daˆ si© oznaczeniom fabrycznym, a potem odwr¢ciˆ si© w stron© ojca, z przej©ciem przykˆadaj¥c palec do zaci˜ni©tych ust. - To R4-P - stwierdziˆ. - Czy to typowa jednostka astromechaniczna dla tego typu my˜liwca? - Nie - odparˆ bez zastanowienia Boba. - Piloci Delty 7 wol¥ zwykle R3-D, kt¢ry lepiej radzi sobie z obsˆug¥ system¢w celowniczych. My˜liwiec jest tak zwrotny, ¾e czasem trudno poradzi† sobie ze strzelaniem z dziaˆ laserowych. Czytaˆem, ¾e niekt¢rym pilotom udaˆo si© nawet odstrzeli† dzi¢b wˆasnej maszyny! Wprowadzali statek w szybk¥ beczk©, ale koäcz¥c manewr, nie kompensowali r©cznego obrotu... - Wyja˜niaj¥c zawiˆo˜ci pilota¾u, chˆopiec wymachiwaˆ r©kami, wyginaj¥c je i zaplataj¥c przed sob¥. Jango sˆuchaˆ tego jednym uchem, cho† w gˆ©bi serca byˆ zachwycony wiedz¥ Boby. A gdyby pilot nie potrzebowaˆ umiej©tno˜ci strzeleckich R3-D? - spytaˆ po chwili. Boba spojrzaˆ na niego, jakby nie zrozumiaˆ pytania. - Czy wtedy wybraˆby R4-P? - Tak odpowiedziaˆ z wahaniem chˆopiec. - A jaki pilot nie potrzebowaˆby robota do obsˆugi dziaˆek? Boba przez moment spogl¥daˆ na ojca w milczeniu, a potem u˜miechn¥ˆ si© od ucha do ucha. - Ty! - zawoˆaˆ, zadowolony z siebie. Jango przyj¥ˆ komplement z wyrozumiaˆym u˜miechem. Jango potrafiˆ lata† ka¾dym my˜liwcem, a gdyby miaˆ okazj© si¥˜† za sterami Delty 7, zapewne wolaˆby u¾ywa† R4-P, a nie R3-D. Jednak zadaj¥c synowi pytanie, nie miaˆ na my˜li siebie. Wiedziaˆ, ¾e istniej¥ inni piloci o nadzwyczajnie wyostrzonych zmysˆach, kt¢rzy bez w¥tpienia wybraliby robota lepiej spisuj¥cego si© w nawigacji, ni¾ w obsˆudze broni pokˆadowej. Jango Fett znowu spojrzaˆ w niebo, zastanawiaj¥c si©, czy powinien spodziewa† si© desantu Jedi w Tipoca City. Rz©dy wielkich regaˆ¢w, na kt¢rych ustawiono przezroczyste kule, ci¥gn©ˆy si© w przestronnej sali jak okiem si©gn¥†. W ka¾dym z okr¥gˆych pojemnik¢w wypeˆnionych pˆynem znajdowaˆ si© embrion. Si©gn¥wszy w ich stron© Moc¥, Obi-Wan poczuˆ siln¥ fal© ¾yciowej energii. - Wyl©garnia raczej stwierdziˆ ni¾ spytaˆ Jedi. - To pierwsza faza, rzecz jasna - wyja˜niˆ Lama Su. - Imponuj¥ca. - Mieli˜my nadziej©, ¾e b©dziesz zadowolony, mistrzu Jedi - odparˆ premier. - Klony potrafi¥ my˜le† tw¢rczo. Przekonasz si© wkr¢tce, ¾e s¥ nieskoäczenie skuteczniejsze ni¾ roboty. Nie musz© chyba dodawa†, ¾e nasze klony s¥ najlepsze w galaktyce. Od stuleci doskonalimy metody hodowli. - Ile ich jest? - spytaˆ Obi-Wan. - Mam na my˜li t© sal©. - W caˆym mie˜cie mamy kilka takich wyl©garni. Pierwsza faza jest, oczywi˜cie, decyduj¥ca, cho† musz© zaznaczy†, ¾e dzi©ki naszej technologii prze¾yje ponad dziewi©†dziesi¥t procent zarodk¢w. Raz na jaki˜ czas caˆa partia wykazuje pewne... pewne wady, ale nie przeszkadza to w utrzymaniu staˆego poziomu produkcji. Dzi©ki metodzie przyspieszonego wzrostu te klony, kt¢re tu widzisz, b©d¥ w peˆni dojrzaˆe i gotowe do walki ju¾ za dziesi©† lat. "Dwie˜cie tysi©cy jednostek jest ju¾ gotowych, a produkcja kolejnego miliona jest mocno zaawansowana". Te sˆowa, wypowiedziane wcze˜niej w gabinecie Lamy Su, wci¥¾ jeszcze d«wi©czaˆy zˆowr¢¾bnym echem w umy˜le Obi-Wana. Miaˆ przed sob¥ niebywale wydajne centrum klonowania produkuj¥ce nieprzerwanie zast©py doskonale wy†wiczonych i umotywowanych wojownik¢w. Konsekwencje tego faktu byˆy pora¾aj¥ce. Kenobi spojrzaˆ na najbli¾szy embrion unosz¥cy si© swobodnie w od¾ywczym pˆynie i spokojnie ss¥cy maˆy kciuk. Ju¾ za dziesi©† lat ten maˆy czˆowiek stanie si© ¾oˆnierzem zdolnym do zabijania i gotowym umrze†. Jedi zadr¾aˆ i spojrzaˆ na kaminoaäskiego przewodnika. - Chod«my - powiedziaˆ Lama Su, ruszaj¥c w gˆ¥b korytarza. Przeszli do wielkiej sali, w kt¢rej za r¢wnymi rz©dami pulpit¢w zasiadaˆy r¢wne rz©dy mniej wi©cej dziesi©cioletnich uczni¢w. Chˆopcy mieli identyczne stroje, identyczne fryzury, identyczne rysy twarzy, sylwetki i gesty. Obi-Wan odruchowo spojrzaˆ na ˜nie¾nobiaˆe ˜ciany, jakby spodziewaˆ si©, ¾e zobaczy na nich sprytnie ustawione lustra, kt¢re zwielokrotniˆy obraz jednego dziecka. Uczniowie, pogr¥¾eni w nauce, obdarzyli wizytuj¥cych przelotnym spojrzeniem. Zdyscyplinowani, pomy˜laˆ Obi-Wan, znacznie bardziej ni¾ normalne dzieci. Jeszcze jedna my˜l nie dawaˆa mu spokoju. - Wspominaˆe˜ o procesie przyspieszonego wzrostu... - O, tak. To niezb©dny zabieg - odparˆ premier. - Gdyby nie on, wychowanie dorosˆego klona trwaˆoby caˆe pokolenie. My dokonujemy tego w poˆow© kr¢tszym czasie. Jednostki, kt¢re zobaczysz wkr¢tce na placu marszowym, stworzyli˜my dziesi©† lat temu, gdy Sifo-Dyas zˆo¾yˆ u nas zam¢wienie. Teraz s¥ ju¾ dojrzaˆe, gotowe do podj©cia sˆu¾by. - Zatem te powstaˆy mniej wi©cej pi©† lat temu? - wywnioskowaˆ. Lama Su skin¥ˆ gˆow¥. - Czy chciaˆby˜ dokona† teraz przegl¥du produkt¢w koäcowych, mistrzu Jedi? - spytaˆ. Obi-Wan wyczuwaˆ podniecenie w gˆosie Kaminoanina, najwyra«niej bardzo dumnego z dokonaä swoich podwˆadnych. - Licz© na twoj¥ pozytywn¥ ocen©, nim dokonasz odbioru dostawy. Okrucieästwo tego, co dziaˆo si© w miastach na wodnej planecie, gˆ©boko poruszyˆo Obi-Wana. "Jednostki". "Produkt koäcowy". Przecie¾ rozmawiali o ludzkich istotach, ¾ywych, oddychaj¥cych, my˜l¥cych. Tworzenie klon¢w przeznaczonych do jednego tylko celu, poddawanie ich tak ˜cisˆej kontroli i okradanie ich z poˆowy dzieciästwa nie mie˜ciˆo si© w uznawanych przez Kenobiego normach. My˜l, ¾e inicjatorem caˆego procederu m¢gˆ by† Mistrz Jedi, byˆa wprost nie do zniesienia. Dotarli wreszcie do kantyny, w kt¢rej setki dorosˆych klon¢w ubranych w czerä m©¾czyzn w wieku Anakina - siedziaˆy w r¢wnych rz©dach, posilaj¥c si© w identyczny spos¢b jednakowym po¾ywieniem. - Przekonasz si©, ¾e s¥ zupeˆnie posˆuszne - m¢wiˆ wˆa˜nie Lama Su, zupeˆnie nie˜wiadomy rozterek Obi-Wana. - Oczywi˜cie, zmienili˜my ich struktur© genetyczn¥ tak, by staˆy si© mniej niezale¾ne ni¾ oryginaˆ. - A kto jest oryginaˆem? - �owca nagr¢d, Jango Fett - odparˆ Lama Su. - Uwa¾ali˜my, ¾e Jedi byˆby jeszcze lepszym kandydatem, ale Sifo-Dyas osobi˜cie wybraˆ Janga. My˜l o wykorzystaniu w taki spos¢b rycerza Jedi omal nie zwaliˆa Kenobiego z n¢g. Armia klon¢w wˆadaj¥cych Moc¥?! - A gdzie przebywa teraz ten ˆowca? - spytaˆ od niechcenia. - Tutaj - odparˆ Lama Su. - Mo¾e nas odwiedza† i opuszcza†, kiedy tylko zechce. M¢wi¥c te sˆowa, premier wprowadziˆ go˜cia w dˆugi korytarz peˆen w¥skich, przezroczystych, walcowatych kom¢r. Jedi w zdumieniu przygl¥daˆ si© klonom, kt¢re wspinaˆy si© do nich, ukˆadaˆy wygodnie i zamykaˆy oczy, gotowe do snu. - Rzeczywi˜cie s¥ zdyscyplinowane - przyznaˆ. - To klucz do sukcesu - odrzekˆ Lama Su. Zdyscyplinowane, ale zdolne do tw¢rczego my˜lenia. To doskonaˆa mieszanka. Mistrz Sifo-Dyas wyja˜niˆ nam awersj© Jedi do dowodzenia robotami. M¢wiˆ, ¾e rycerze Jedi mogliby rozkazywa† jedynie armii ¾ywych istot. A wy chcieli˜cie nawet, ¾eby oryginaˆem byˆ Jedi? - pomy˜laˆ Obi-Wan. Westchn¥ˆ gˆ©boko, zastanawiaj¥c si© ze zgroz¥, jak Mistrz Sifo-Dyas - czy kt¢rykolwiek z rycerzy Jedi - m¢gˆ podj¥† tak lekkomy˜ln¥ decyzj© o stworzeniu armii klon¢w. Rozumiaˆ jednak, ¾e na razie musi zrezygnowa† z poszukiwania odpowiedzi na to pytanie, a caˆkowicie skoncentrowa† si© na sˆuchaniu i obserwowaniu, by zebra† jak najwi©cej danych, kt¢re uˆatwiˆyby Radzie podj©cie stosownych dziaˆaä. - Zatem Jango Fett postanowiˆ pozosta† na planecie Kamino? - To jego wyb¢r. Poza odpowiedni¥ kwot¥ za swoje usˆugi - zapewniam, ¾e niemaˆ¥. Fett za¾¥daˆ od nas tylko jednego: niezmodyfikowanego klona samego siebie. Interesuj¥ce, prawda? - Niezmodyfikowanego? - Tak. Chciaˆ genetycznie wiernej repliki - wyja˜niˆ premier. - Takiej, kt¢rej nie zaprogramowano posˆuszeästwa i nie poddano przyspieszonemu wzrostowi. - Bardzo chciaˆbym pozna† tego Janga Fetta - rzekˆ Obi-Wan, bardziej do siebie ni¾ do Lamy Su. Byˆ zaintrygowany. Kim byˆ czˆowiek, kt¢rego Sifo-Dyas uznaˆ za idealny pierwowz¢r ¾oˆnierza klona? Lama Su spojrzaˆ na Taun We, kt¢ra posˆusznie skin©ˆa gˆow¥. - Z przyjemno˜ci¥ zaaran¾uj© wasze spotkanie - powiedziaˆa, po czym oddaliˆa si© dyskretnie. Premier poprowadziˆ Obi-Wana dalej, pokazuj¥c mu szkolenie klon¢w na wszystkich poziomach rozwoju. Na rozlegˆym placu †wiczeä tysi¥ce szturmowc¢w klon¢w, zakutych w biaˆe pancerze i zasˆaniaj¥ce twarz heˆmy, maszerowaˆy i trenowaˆy musztr© z precyzj¥ dobrze zaprogramowanych robot¢w. - Wspaniaˆe, prawda? - odezwaˆ si© Lama Su. Obi-Wan zadarˆ gˆow©, by spojrze† w oczy Kaminoanina, kt¢ry z dum¥ przygl¥daˆ si© swemu dzieˆu. Jedi wiedziaˆ, ¾e dla Lamy Su dylematy etyczne nie istniaˆy. By† mo¾e wˆa˜nie dlatego Kaminoanie osi¥gn©li takie sukcesy w klonowaniu: sumienie nie przeszkadzaˆo im w pracy. Lama Su popatrzyˆ na Kenobiego, u˜miechaj¥c si© szeroko i oczekuj¥c odpowiedzi. Obi Wan bez sˆowa skin¥ˆ gˆow¥. Rzeczywi˜cie, klony byˆy wspaniaˆe. Jedi wyobra¾aˆ je sobie na polu bitwy - brutalne i skuteczne. Nie pierwszy raz tego dnia Obi-Wan Kenobi poczuˆ zimne dreszcze. Dopiero teraz zrozumiaˆ i doceniˆ krucjat©, kt¢r¥ prowadziˆa senator Amidala - krucjat© przeciwko stworzeniu siˆ zbrojnych Republiki nieuniknionej konsekwencji tego kroku: wojnie. Rycerz Jedi na Kamino. Ta my˜l wydaˆa si© Jango Fettowi wi©cej ni¾ niepokoj¥ca. �owca spojrzaˆ na Bob©, kt¢ry w drugim koäcu pokoju z uwag¥ wertowaˆ schematy techniczne i listy parametr¢w bojowych my˜liwca Delta 7, por¢wnuj¥c je ze znanymi zaletami i wadami jednostek astromechanicznych typu R4-P. ½ycie chˆopca jest proste, my˜laˆ z zazdro˜ci¥ Jango. Dla Boby liczy si© jedynie miˆo˜† - ojca i do ojca - oraz nauka rzemiosˆa. Poza tymi dwiema sprawami interesowaˆo go wyˆ¥cznie organizowanie sobie rozrywek w czasie, kt¢ry sp©dzaˆ samotnie, gdy Jango opuszczaˆ planet© lub zaˆatwiaˆ swoje interesy z Kaminoanami. Spogl¥daj¥c na syna, Jango Fett czuˆ si©, ¾e zaczyna si© o niego ba†. Omal nie rozkazaˆ Bobie pakowa† si©, omal nie zabraˆ go i nie uciekˆ z planety Kamino, ale zbyt dobrze rozumiaˆ niebezpieczeästwo kryj¥ce si© w takiej taktyce. Opu˜ciˆby planet©, nie dowiedziawszy si© niczego o potencjalnym przeciwniku, rycerzu Jedi, kt¢ry pojawiˆ si© tak niespodziewanie. A przecie¾ zleceniodawcy zale¾y na takich informacjach. Jango tak¾e ich potrzebowaˆ. Gdyby wyjechaˆ teraz, tu¾ przed spotkaniem z Jedi, byˆoby oczywiste, ¾e uciekˆ. A wtedy jego tropem wyruszyˆby rycerz Jedi - przeciwnik, o kt¢rym nie wiedziaˆ praktycznie nic. Jango wpatrywaˆ si© uparcie w Bob©, jedyn¥ istot© we wszech˜wiecie, na kt¢rej naprawd© mu zale¾aˆo. - Rozegraj to na zimno - szepn¥ˆ do siebie. - Jeste˜ tylko surowcem dla klon¢w, wystarczaj¥co dobrze opˆacanym, by nie interesowa† si© celem caˆego przedsi©wzi©cia. To byˆa jego litania. To byˆ jego plan, kt¢ry musiaˆ si© powie˜†. Dla dobra Boby. Ruch dˆoni Taun We uruchomiˆ niewidzialny dzwonek, kolejny raz przypominaj¥c Obi-Wanowi, jak obcy i niezwykˆy jest ten ˜wiat, Kamino i miasto Tipoca. Nie rozmy˜laˆ jednak nad tym dˆugo, poniewa¾ jego uwag© przykuˆ mechanizm blokuj¥cy drzwi: rozbudowany, elektroniczny zamek z ryglem. Wydawaˆo mu si©, ¾e to do˜† niezwykˆe zabezpieczenie, bior¥c pod uwag© rzekomo znakomite stosunki Jango Fetta z Kaminoanami. Czy zamek miaˆ zatrzyma† intruz¢w na zewn¥trz, czy Jango Fetta wewn¥trz? Raczej to pierwsze, pomy˜laˆ Obi-Wan. Jango byˆ przecie¾ ˆowc¥ nagr¢d. Na pewno miaˆ licznych i niebezpiecznych wrog¢w. Kenobi wci¥¾ jeszcze przygl¥daˆ si© zamkowi, kiedy drzwi rozsun©ˆy si©, ukazuj¥c stoj¥cego za nimi chˆopca - wiern¥ kopi© tych, kt¢rych Jedi ogl¥daˆ przez caˆy dzieä. Egzemplarz zam¢wiony przez Jango r¢¾niˆ si© od nich jedynie tym, ¾e naprawd© miaˆ dziesi©† lat. - Boba - odezwaˆa si© przyja«nie Taun We. - Zastali˜my twojego ojca? Boba Fett dˆugo wpatrywaˆ si© w towarzysz¥cego jej czˆowieka. - Ta - a - odpowiedziaˆ. - A czy mo¾emy si© z nim zobaczy†? - Jasne - odrzekˆ Boba. Cofn¥ˆ si© o krok, ale gdy go˜cie przekraczali pr¢g, ani na chwil© nie spuszczaˆ z oka rycerza Jedi. - Tato! - zawoˆaˆ. Ta forma zdziwiˆa nieco Obi-Wana, kt¢ry wiedziaˆ, ¾e ma do czynienia z klonem, a nie biologicznym synem. Czy¾by rzeczywi˜cie istniaˆa wi©« mi©dzy chˆopcem a jego ojcem? Czy Jango za¾¥daˆ repliki samego siebie nie dla zysku, lecz po prostu dlatego, ¾e chciaˆ mie† syna? - Tato! - powt¢rzyˆ gˆo˜niej Boba. - Przyszˆa Taun We! Jango Fett ubrany byˆ w prost¥ koszul© i spodnie. Obi-Wan rozpoznaˆ go natychmiast, cho† m©¾czyzna byˆ znacznie starszy od najstarszych klon¢w, a jego nieogolon¥ twarz znaczyˆy liczne blizny. Ciaˆo ˆowcy wci¥¾ prezentowaˆo si© imponuj¥co, budz¥c nieodparte skojarzenia z zahartowanymi twardym ¾yciem typami spod ciemnej gwiazdy, kt¢rych Kenobi spotykaˆ w maˆo wytwornych zak¥tkach galaktyki. Przedramiona Jango zdobiˆy dziwne tatua¾e, kt¢rych wz¢r nic Obi-Wanowi nie m¢wiˆ. Kiedy Jedi uni¢sˆ gˆow©, przekonaˆ si©, ¾e ˆowca lustruje go podejrzliwym wzrokiem. Ten czˆowiek balansuje niebezpiecznie na kraw©dzi strachu, pomy˜laˆ Obi-Wan. - Witaj w domu, Jango - powiedziaˆa Taun-We. - Miaˆe˜ udan¥ podr¢¾? Kenobi wpatrywaˆ si© intensywnie w oczy ˆowcy, zastanawiaj¥c si©, o jak¥ podr¢¾ chodziˆo. Jango byˆ jednak profesjonalist¥; jego twarz nawet nie drgn©ˆa. - W miar© - odpowiedziaˆ swobodnie. Nie przestawaˆ przy tym mierzy† wzrokiem Obi-Wana, zˆowrogo mru¾¥c oczy. - Przedstawiam ci mistrza Jedi, Obi-Wana Kenobiego - odezwaˆa si© Taun We, pr¢buj¥c rozˆadowa† narastaj¥ce napi©cie. - Przybyˆ dokona† inspekcji naszych dokonaä. - Naprawd©? - Je¾eli sˆowa Kaminoanki w og¢le obchodziˆy Janga, nie okazaˆ tego. - Twoje klony s¥ imponuj¥ce - rzekˆ Obi-Wan. - Pewnie jeste˜ z nich bardzo dumny. - Jestem tylko prostym czˆowiekiem, kt¢ry szuka swojej drogi we wszech˜wiecie, mistrzu Jedi. - Jak my wszyscy, prawda? Kenobi rozejrzaˆ si© po pokoju. Jego uwag¥ przykuˆy p¢ˆotwarte drzwi do s¥siedniego pomieszczenia. Dostrzegˆ w gˆ©bi poobijane i osmalone fragmenty pancerza, uderzaj¥co podobnego do tego, w kt¢ry ubrany byˆ m©¾czyzna z plecakiem rakietowym, wˆa˜ciciel zatrutej strzaˆki, zab¢jca Zam Weseli. Jedi dostrzegˆ tak¾e niebieskaw¥ lini© kojarz¥c¥ si© z opraw¥ wizjera i szczeliny oddechowej na heˆmie zamachowca z Coruscant. Zanim jednak zd¥¾yˆ przyjrze† si© jej bli¾ej, Jango stan¥ˆ tu¾ przed nim, celowo zasˆaniaj¥c widok. - Zapuszczasz si© czasami do centrum Republiki, na przykˆad na Coruscant? - spytaˆ otwarcie Obi-Wan. - Byˆem tam raz czy dwa. - Ostatnio? Spojrzenie ˆowcy nagr¢d znowu staˆo si© podejrzliwe. - Mo¾liwe... - W takim razie, na pewno znasz Mistrza Sifo-Dyasa - stwierdziˆ Obi-Wan, ciekaw reakcji m©¾czyzny. Reakcji nie byˆo. Jango Fett ani drgn¥ˆ, a kiedy Jedi pr¢bowaˆ odrobin© si© przesun¥†, by jeszcze raz zajrze† do s¥siedniego pokoju, Jango odezwaˆ si© w specjalnym, umownym j©zyku: - Boba, zamknij drzwi. Dopiero gdy polecenie zostaˆo wykonane, Jango odsun¥ˆ si© nie-co. Obi-Wan miaˆ wra¾enie, ¾e m©¾czyzna czai si© do skoku. - Mistrza...?-spytaˆ Jango. - Sifo-Dyasa. To on wynaj¥ˆ ci© do tej roboty, prawda? - Nigdy o nim nie sˆyszaˆem - odparˆ Jango. Je˜li kˆamaˆ, Obi-Wan nie potrafiˆ wyczu† w jego sˆowach faˆszu. - Naprawd©? - Zatrudniˆ mnie go˜† nazwiskiem Tyranus, na jednym z ksi©¾yc¢w Bogdena - wyja˜niˆ Jango. Obi-Wan znowu odni¢sˆ wra¾enie, ¾e m©¾czyzna m¢wi prawd©. - Ciekawe - mrukn¥ˆ i spu˜ciˆ wzrok, zaskoczony i zmieszany takim obrotem sprawy. - Podoba ci si© armia, mistrzu Jedi? - spytaˆ Jango Fett. - Nie mog© si© doczeka†, kiedy zobacz© j¥ w akcji - odrzekˆ Kenobi. Jango spogl¥daˆ na niego z uwag¥, szukaj¥c ukrytego w jego sˆowach podtekstu. A potem, jakby doszedˆ wniosku, ¾e w zasadzie nie ma to wielkiego znaczenia, bˆysn¥ˆ z©bami w u˜miechu. - Zrobi¥, co do nich nale¾y. Gwarantuj©. - Jak ich pierwowz¢r? Jango Fett wci¥¾ si© u˜miechaˆ. - Dzi©ki, ¾e po˜wi©ciˆe˜ nam tyle czasu, Jango - rzekˆ Obi-Wan, po czym odwr¢ciˆ si© do Taun We i spojrzawszy na ni¥, ruszyˆ w kierunku drzwi. - Spotkanie z Jedi to zawsze przyjemno˜† - padˆa odpowied«. Dwuznaczna, granicz¥ca z ukryt¥ gro«b¥. Obi-Wan pu˜ciˆ j¥ mimo uszu. Jango Fett z pewno˜ci¥ byˆ niebezpiecznym czˆowiekiem, szczwanym i zaprawionym w bojach, a na dodatek umiej©tnie posˆuguj¥cym si© wszelkiego rodzaju broni¥. Kenobi uznaˆ wi©c, ¾e nim pchnie spraw© do przodu, powinien najpierw przekaza† meldunek o wszystkim, czego si© dowiedziaˆ, na Coruscant, do Rady Jedi. Odkrycie armii klon¢w byˆo wydarzeniem zdumiewaj¥cym i bardzo niepokoj¥cym. Jej istnienie trudno byˆo wytˆumaczy† w logiczny spos¢b. Czy Jango byˆ m©¾czyzn¥ z plecakiem rakietowym, kt¢rego widziaˆ na Coruscant w t© noc, gdy dokonano zamachu na ¾ycie Amidali? Przeczucie podpowiadaˆo Obi-Wanowi, ¾e tak, ale jaki byˆ zwi¥zek tej sprawy z faktem, i¾ ten sam osobnik zostaˆ wybrany na wzorzec dla armii klon¢w zam¢wionej podobno przez nie¾yj¥cego ju¾ Mistrza Jedi? Kiedy krocz¥c obok Taun We, Kenobi opu˜ciˆ mieszkanie Fetta, drzwi zamkn©ˆy si© za nim z cichym sykiem. Przystan¥ˆ na moment i przywoˆaˆ Moc. Rygiel w zamku przesun¥ˆ si© bezszelestnie. - To jego my˜liwiec, prawda, tato? - spytaˆ Boba Fett. - Skoro jest rycerzem Jedi, mo¾e u¾ywa† robota typu R4-P. Jango w zamy˜leniu skin¥ˆ gˆow¥. - Wiedziaˆem! - zawoˆaˆ rado˜nie Boba, lecz ojciec spojrzaˆ na niego z powag¥. - Tato, co si© staˆo? - Pakuj si©. Odlatujemy. Boba chciaˆ co˜ powiedzie†... - Natychmiast - rozkazaˆ ˆowca nagr¢d. Chˆopiec omal si© nie przewr¢ciˆ, p©dz¥c na zˆamanie karku do swojego pokoju. Jango Fett pokr©ciˆ gˆow¥. Ten konflikt nie byˆ mu potrzebny. Nie teraz. �owca nie pierwszy raz miaˆ w¥tpliwo˜ci, czy sˆusznie post¥piˆ, przyjmuj¥c zlecenia na zabicie Padm‚ Amidali. Byˆ zaskoczony, kiedy Federacja Handlowa zˆo¾yˆa mu t© ofert©. Jej przedstawiciele nalegali, twierdz¥c, ¾e ˜mier† pani senator b©dzie mie† dla nich decyduj¥ce znaczenie przy zawieraniu pewnych sojuszy. Oferta byˆa przy tym zbyt lukratywna, by Jango m¢gˆ j¥ odrzuci† - nagroda wystarczyˆaby mu na j godziwe ¾ycie z Bob¥ na dowolnie wybranej planecie. Zawieraj¥c kontrakt na zabicie pani senator Amidali, ˆowca nie wie- j dziaˆ jednak, ¾e rycerze Jedi wkr¢tce wezm¥ go na celownik. Jango spojrzaˆ w stron© maˆego Boby. Nie chciaˆ zostawa† w tym mie˜cie ani chwili dˆu¾ej. ROZDZIA� 17 Padm‚ ockn©ˆa si© nagle. Co˜ byˆo nie w porz¥dku. Usiadˆa na posˆaniu, przestraszona my˜l¥ o kolejnym ataku jadowitych wij¥cych si© morderc¢w. Ale w pokoju panowaˆa niczym niezm¥cona cisza. Nagle, z s¥siedniej sypialni, kt¢r¥ zajmowaˆ Anakin, rozlegˆ si© krzyk: - Nie! Nie! Mamo! Nie r¢b tego! Padm‚ zeskoczyˆa z ˆ¢¾ka i wybiegˆa z pokoju, nie dbaj¥c o to, ¾e ma na sobie jedynie kus¥ atˆasow¥ koszulk©. Zatrzymaˆa si© przed drzwiami pokoju padawana, nasˆuchuj¥c uwa¾nie dobiegaj¥cych ze ˜rodka, stˆumionych okrzyk¢w. Zrozumiaˆa, ¾e to tylko kolejny koszmar dr©cz¥cy Anakina, taki jak ten, kt¢ry prze˜ladowaˆ go na pokˆadzie statku lec¥cego na Naboo. Otworzyˆa drzwi i spojrzaˆa na mˆodego Jedi. Anakin rzucaˆ si© na posˆaniu, raz po raz wykrzykuj¥c "Mamo!". Padm‚ niepewnie weszˆa do ˜rodka, a wtedy padawan uspokoiˆ si© nagle i przewr¢ciˆ na drugi bok. Zˆy sen - a mo¾e wizja - dobiegˆ koäca. Padm‚ cofn©ˆa si© ostro¾nie i cicho zamkn©ˆa drzwi. Odczekaˆa jeszcze chwil© i nie usˆyszawszy wi©cej ani okrzyk¢w, ani odgˆos¢w szamotaniny, wr¢ciˆa do ˆ¢¾ka. Dˆugo le¾aˆa w ciemno˜ci, rozmy˜laj¥c o Anakinie i o tym, jak bardzo chciaˆa by† teraz przy nim, obj¥† go i pom¢c przebrn¥† przez nocne koszmary. Nast©pnego ranka znalazˆa go na wschodnim balkonie rezydencji, z widokiem na jezioro i unosz¥ce si© ponad horyzontem sˆoäce. Staˆ przy balustradzie, tak gˆ©boko zamy˜lony, ¾e nie usˆyszaˆ jej krok¢w. Kiedy podeszˆa bli¾ej, przekonaˆa si©, ¾e zamy˜lenie padawana jest j w istocie gˆ©bok¥ medytacj¥. Nie chc¥c mu przeszkadza†, odwr¢ciˆa si© i ucho ruszyˆa w stron© wyj˜cia. - Nie odchod« - odezwaˆ si© Anakin. - Nie chc© ci przeszkadza† - odparˆa zaskoczona. - Twoja obecno˜† dziaˆa na mnie koj¥co. - Dzi˜ w nocy zn¢w ˜niˆ ci si© koszmar - powiedziaˆa cicho, gdy J Anakin wreszcie otworzyˆ oczy. - Jedi nie miewaj¥ koszmar¢w - odparˆ butnie. - Sˆyszaˆam ci© - odrzekˆa szybko Padm‚. - Widziaˆem matk© - przyznaˆ padawan, spuszczaj¥c gˆow©. - Widziaˆem j¥ tak wyra«nie, jak ciebie teraz. Ona cierpi, Padm‚. Zabijaj¥ j¥! Zadaj¥ jej b¢l! - Kto? - spytaˆa Padm‚, podchodz¥c bli¾ej i kˆad¥c dˆoä na ramieniu Anakina. W jego twarzy zobaczyˆa zaskakuj¥c¥ determinacj©. - Wiem, ¾e ˆami© rozkaz chronienia ci© za wszelk¥ cen©... - urwaˆ. - Wiem te¾, ¾e zostan© ukarany, mo¾e nawet usuni©ty z Zakonu, Jedi, ale musz© tam polecie†. - Polecie†? - Musz© jej pom¢c! Przykro mi, Padm‚. - Nie mam wyboru dodaˆ. - Pewnie ¾e nie. Nie mo¾esz mie†, je˜li jeste˜ pewny, ¾e twoja matka ma kˆopoty. - Anakin z uznaniem skin¥ˆ gˆow¥. - Polec© z tob¥ - postanowiˆa. Anakin chciaˆ co˜ powiedzie†, ale u˜miech Padm‚ kazaˆ mu milcze†. - Tym sposobem nadal b©dziesz m¢gˆ mnie chroni† - dodaˆa rezolutnie. - Nie zˆamiesz rozkaz¢w. - Nie wydaje mi si©, ¾eby Rada Jedi to wˆa˜nie miaˆa na my˜li, Obawiam si©, ¾e zmierzam w stron© niebezpieczeästwa i zabieram ci© ze sob¥... - "Zmierzam w stron© niebezpieczeästwa" - powt¢rzyˆa Padm‚ i roze˜miaˆa si©. - Zdaje si©, ¾e nigdy tam nie byˆam. Anakin patrzyˆ na ni¥, nie wierz¥c wˆasnym uszom. Po chwili i on si© u˜miechn¥ˆ. Smukˆy statek Padm‚ i Anakina wyszedˆ z nadprzestrzeni nieopodal burej tarczy planety Tatooine - jak¾e r¢¾nej od Naboo, ˜wiata zielonych traw i ciemnobˆ©kitnych w¢d, spowitego smugami biaˆych obˆok¢w. Tatooine byˆa tylko br¥zowaw¥ kul¥ zawieszon¥ w przestrzeni, przeciwieästwem oazy ¾ycia, kt¢r¥ byˆa ojczysta planeta Padm‚. - "Znowu w domu, znowu w domu, tutaj odpoczniemy" - zacytowaˆ Anakin fragment dziecinnej rymowanki. - "Tu ogniska sercu bliskie, na rodzinnej ziemi" - dokoäczyˆa Padm‚. Chˆopak spojrzaˆ na ni¥, przyjemnie zaskoczony. - Znasz to? - Ka¾dy to zna. - Nie wiedziaˆem, ¾e w og¢le kto˜... - mrukn¥ˆ Anakin. - Wydawaˆo mi si©, ¾e mama wymy˜liˆa ten kawaˆek specjalnie dla mnie. - Przykra sprawa. Mo¾e naprawd© tak byˆo? Mo¾e to troch© inne sˆowa ni¾ te, kt¢rych uczyˆa mnie moja matka. Anakin pokr©ciˆ gˆow¥ z pow¥tpiewaniem, ale nie straciˆ dobrego humoru. Cieszyˆ si© nawet, ¾e Padm‚ zna t© sam¥ rymowank© i ¾e zapewne wszystkie matki przekazywaˆy j¥ swoim dzieciom. A najbardziej cieszyˆ si© z tego, ¾e znalazˆ kolejn¥ rzecz, kt¢ra ˆ¥czyˆa go z ukochan¥. - Jak dot¥d nie wysˆali nam wsp¢ˆrz©dnych - zauwa¾yˆa Padm‚. - I pewnie tego nie zrobi¥, o ile nie poprosimy - odparˆ Anakin. - Tutaj nie przestrzega si© zasad. Trzeba znale«† sobie miejsce i wyl¥dowa†, a potem mie† nadziej©, ¾e statek nie zostanie porwany przy pierwszej okazji. - Dokˆadnie tak uroczo, jak zapami©taˆam. Anakin spojrzaˆ na Padm‚ i skin¥ˆ gˆow¥. Tyle rzeczy zmieniˆo si© w jego ¾yciu, odk¥d wymagaj¥cy naprawy statek kr¢lowej Amidali, kt¢rym lecieli tak¾e Obi-Wan i Qui- Gon, wyl¥dowaˆ przymusowo na Tatooine. Padawan pr¢bowaˆ si© u˜miechn¥†, ale byˆ za bardzo zdenerwowany i zbyt wiele niespokojnych my˜li kˆ©biˆo si© w jego gˆowie. Czy matce nic si© nie staˆo? Czy straszny sen byˆ zapowiedzi¥ przyszˆo˜ci, czy odtworzeniem zdarzeä, kt¢re ju¾ nast¥piˆy? Statek, prowadzony r©k¥ Anakina, wszedˆ w atmosfer© i pomkn¥ˆ w dal pod bˆ©kitnym niebem. - Mos Espa - powiedziaˆ padawan, gdy na horyzoncie ukazaˆo si© miasto. Z impetem wlecieli ponad zabudowania, wzbudzaj¥c tym fal© protest¢w odebranych przez pokˆadowy komunikator. Ale Anakin wiedziaˆ, co robi. Statek zwolniˆ nad obrze¾ami miasta i opu˜ciˆ si© na pˆyt© rozlegˆego l¥dowiska, w g¥szcz jednostek handlowych najr¢¾niejszych klas. - Nie mo¾ecie tak sobie l¥dowa† bez zaproszenia! - szczekn¥ˆ urz©dnik portowy, kr©pa istota o ˜wiäskiej twarzy, z kolczastymi wyrostkami na plecach i ogonie. - W takim razie dobrze si© skˆada, ¾e nas zaprosiˆe˜ - odparˆ spokojnie Anakin, wykonuj¥c dyskretny ruch r©k¥. - W takim razie dobrze si© skˆada, ¾e was zaprosiˆem! - powt¢rzyˆ rado˜nie urz©dnik. Anakin i chichocz¥ca Padm‚ min©li go bez sˆowa. . - Annie, jeste˜ niegrzeczny - stwierdziˆa, gdy stan©li na zakurzonej ulicy. - Przecie¾ nie byˆo tuzina statk¢w czekaj¥cych na miejsce - odparˆ Anakin, dumny z siebie i zadowolony z ˆatwo˜ci, z jak¥ u¾yˆ Mocy wobec gburowatego typa. Machn¥ˆ r©k¥ w stron© sun¥cej nad ziemi¥ rykszy ci¥gni©tej przez niewysokiego i chudego robota ES-PSA, kt¢ry w miejscu n¢g miaˆ du¾e koˆo. Anakin podaˆ adres i android ruszyˆ kr©tymi ulicami Mos Espy, ci¥gn¥c za sob¥ dwuosobowy pojazd. Wprawnie kluczyˆ w tˆoku i od czasu do czasu wydawaˆ z siebie przenikliwy d«wi©k, gdy kto˜ uparcie nie ust©powaˆ mu z drogi. - My˜lisz, ¾e miaˆ z tym co˜ wsp¢lnego? - spytaˆa Padm‚. - Watto? - Tak. Tw¢j dawny wˆa˜ciciel. - Je¾eli Watto w jakikolwiek spos¢b skrzywdziˆ moj¥ matk©, osobi˜cie powyrywam mu skrzydˆa - zapewniˆ Anakin, cho† nie byˆ pewien, co poczuje na widok Watta, nawet je˜li Toydarianin nie zrobiˆ jego matce nic zˆego. Handlarz zˆomem zawsze traktowaˆ go lepiej ni¾ inni wˆa˜ciciele niewolnik¢w z Mos Espy i rzadko u¾ywaˆ przemocy, ale z drugiej strony Anakin pami©taˆ, ¾e Watto nie zgodziˆ si© na uwolnienie Shmi, kiedy zawieraˆ zakˆad z Qui- Gonem. Padawan miaˆ ˜wiadomo˜†, ¾e by† mo¾e pr¢buje przerzuci† na Toydarianina cz©˜† poczucia winy za pozostawienie matki na Tatooine. - Tutaj, Espasa - zwr¢ciˆ si© do androida. Ryksza zatrzymaˆa si© przed sklepem. Na stoˆku przed wej˜ciem siedziaˆ kr¥gˆy skrzydlaty Toydarianin z kr¢tk¥ tr¥b¥ zwisaj¥c¥ nad ustami. Majstrowaˆ elektronicznym wkr©takiem przy czym˜, co wygl¥daˆo na uszkodzon¥ cz©˜† robota. Na gˆowie miaˆ maˆy kapelusik, a na grzbiecie kus¥ kamizelk© naci¥gni©t¥ do granic mo¾liwo˜ci na pulchny wystaj¥cy brzuch. Anakin rozpoznaˆ go natychmiast. Wpatrywaˆ si© w Watta wystarczaj¥co dˆugo, by Padm‚ wysiadˆa pierwsza i podaˆa mu r©k©. - Zaczekaj tu, prosz© - przykazaˆa rikszarzowi. - No chuba da wanga, da wanga! - wrzeszczaˆ Toydarianin nad zepsutym elementem, a trzy roboty naprawcze uwijaˆy si© w pobli¾u, pr¢buj¥c mu pom¢c. - M¢wi po huttaäsku - wyja˜niˆ Anakin. - "Nie, nie ten, ale tamten!" - przetˆumaczyˆa Padm‚. - My˜lisz, ¾e ˆatwo jest by† kr¢low¥? - spytaˆa, widz¥c min© padawana, zdumionego faktem, ¾e umie posˆugiwa† si© t¥ dziwn¥ mow¥. Anakin pokr©ciˆ gˆow¥ i zbli¾aj¥c si© do drzwi sklepiku, raz po raz zerkaˆ na Padm‚. - Chut chut, Watto - powitaˆ Toydarianina. - Ke booda? - odpowiedziaˆ mu zdziwiony gˆos. - Di nova, chut chut - powt¢rzyˆ Anakin, z trudem przekrzykuj¥c trajkocz¥c nerwowo roboty. - Go ana bopa! - rykn¥ˆ na nie Watto. Gadatliwe trio natychmiast umilkˆo i wyˆ¥czyˆo si©, skˆadaj¥c si© do pozycji spoczynku. - Ding mi chasa hopa - zaproponowaˆ Anakin, bior¥c uszkodzon¥ cz©˜† z r¥k Watta i manipuluj¥c ni¥ z wpraw¥. Toydarianin przygl¥daˆ si© w milczeniu poczynaniom padawana, a jego wyˆupiaste oczy stawaˆy si© coraz wi©ksze. - Ke booda? ~ zapytaˆ wreszcie. - Yo baan pee hota. No wega mi condorta. Kin chasa du Jedi. No bata tu tu. - Nie poznaje ci© - szepn©ˆa Padm‚ do Anakina, pr¢buj¥c nie roze˜mia† si© na d«wi©k ostatnich sˆ¢w Watto, kt¢re brzmiaˆy mniej wi©cej jak "Cokolwiek si© staˆo, jestem niewinny". - Mi boska di Shmi Skywalker - rzekˆ Anakin. Watta podejrzliwie zmru¾yˆ oczy. Kto m¢gˆ mie† pow¢d, ¾eby szuka† jego byˆej niewolnicy? Toydarianin zmierzyˆ wzrokiem Padm‚, a potem znowu spojrzaˆ na Anakina. - Annie? - spytaˆ, przechodz¥c na basie. - Maˆy Annie? Nieee! Odpowiedzi¥ Skywalkera byˆ szybki ruch dˆoni i d«wi©k budz¥cej si© do ¾ycia cz©˜ci robota. U˜miechaj¥c si© szeroko, chˆopak podaˆ cz©˜† zaskoczonemu Toydarianinowi. Niewielu byˆo w okolicy cudotw¢rc¢w, kt¢rzy potrafili robi† takie rzeczy z uszkodzonymi elementami robot¢w. - To naprawd© Annie! - zawoˆaˆ Watto. - To ty! - Skrzydeˆka istoty zacz©ˆy zaciekle mˆ¢ci† powietrze, unosz¥c go w powietrzu. - Ale˜ wyr¢sˆ! - dodaˆ, zawisaj¥c kilka centymetr¢w nad ziemi¥. - Witaj, Watto. - Ho-ho! - zahuczaˆ Toydarianin. - Rycerz Jedi! Kto by pomy˜laˆ? Sˆuchaj no, mo¾e pom¢gˆby˜ mi przycisn¥† paru cwaniaczk¢w, kt¢rzy s¥ mi winni fortun©... - Moja matka...-przypomniaˆ mu Anakin. - Ach, tak, Shmi. Ju¾ nie jest moj¥ niewolnic¥. Sprzedaˆem j¥. - Sprzedaˆe˜? - Anakin poczuˆ, ¾e Padm‚ mocniej ˜ciska jego rami©. - �adnych par© lat temu - wyja˜niˆ Watto. - Przykro mi, Annie, ale sam wiesz: interes to interes. Sprzedaˆem j¥ farmerowi wilgoci nazwiskiem Lars. Tak mi si© przynajmniej zdaje. Uwierz lub nie, ale sˆyszaˆem, ¾e j¥ uwolniˆ i o¾eniˆ si© z ni¥. Wyobra¾asz sobie? Anakin pokr©ciˆ gˆow¥, pr¢buj¥c przetrawi† te nowiny. - Nie wiesz, gdzie teraz s¥? - Daleko. Chyba gdzie˜ po drugiej stronie Mos Eisley. - A dokˆadniej? Watto zastanawiaˆ si© przez moment, a potem wzruszyˆ ramionami. - Musz© to wiedzie† - rzekˆ Anakin, spogl¥daj¥c na niego gro«nie. Rysy Watta st©¾aˆy, bo Toydarianin poj¥ˆ wreszcie, i¾ Jedi nie ¾artuje. - Jasne - powiedziaˆ, - Nie ma sprawy. Chod«my zajrze† do ksi¥g. Kiedy weszli do sklepiku, wspomnienia powr¢ciˆy do Anakina ze zdwojon¥ siˆ¥. Ile¾ to godzin, ile lat sp©dziˆ w tych murach, naprawiaj¥c wszystko, co podrzucaˆ mu Watto? Ile znalezionych cz©˜ci uskˆadaˆ na zapleczu, by zbudowa† z nich wˆasny ˜cigacz? Musiaˆ przyzna†, ¾e nie wszystkie wspomnienia z tamtych dni byˆy zˆe, lecz tych dobrych byˆo zbyt maˆo, by przesˆoniˆy fakt, i¾ byˆ niewolnikiem. Wˆasno˜ci¥ Watta. Na szcz©˜cie dla Toydarianina, w˜r¢d starych zapisk¢w znalazˆa si© informacja o poˆo¾eniu farmy wilgoci nale¾¥cej do Cliegga Larsa. - Zostaä na troch©, Annie - zaproponowaˆ Watto, kiedy przekazaˆ przybyszom dane o nowym wˆa˜cicielu Shmi - a mo¾e o jej m©¾u? Anakin odwr¢ciˆ si© bez sˆowa i wyszedˆ. Postanowiˆ, ¾e nigdy wi©cej nie spojrzy na Watta i jego sklep z rupieciami. Chyba ¾e Toydarianin okˆamaˆ go co do losu Shmi lub okazaˆoby si©, ¾e skrzywdziˆ j¥ w jaki˜ spos¢b. - Espasa, z powrotem na l¥dowisko - rzuciˆ w stron© androida, wsiadaj¥c z Padm‚ do rykszy. - Szybko. - Nie macie ochoty si© czego˜ napi†? - zawoˆaˆ Watto, ale pojazd ju¾ ruszyˆ, wzbijaj¥c tumany kurzu. - Annie du Jedi - mrukn¥ˆ Toydarianin, po czym lekcewa¾¥co machn¥ˆ r©kami w stron© znikaj¥cej rykszy. - Kto by pomy˜laˆ. Anakin szybko wyprowadziˆ statek z l¥dowiska, przy okazji omal nie doprowadzaj¥c do kolizji z manewruj¥cym tu¾ obok maˆym frachtowcem. Kontrola lot¢w Mos Espy odezwaˆa si© gˆo˜nymi protestami, ale Skywalker po prostu wyˆ¥czyˆ komunikator i z maksymaln¥ pr©dko˜ci¥ pomkn¥ˆ nad miastem. Wkr¢tce min©li skaliste poˆacie, nad kt¢rymi w mˆodo˜ci lataˆ ˜cigaczem, ale nawet nie zwr¢ciˆ na nie uwagi. Skierowaˆ maszyn© wprost nad pustyni©, w stron© Mos Eisley. Kiedy miasto i port kosmiczny pojawiˆy si© w iluminatorze, skr©ciˆ na p¢ˆnoc i zwi©kszyˆ puˆap lotu, omijaj¥c z daleka zabudowania. Zaraz potem zobaczyˆ pierwsz¥ farm© wilgoci, a potem drug¥ i trzeci¥., poˆo¾one niemal w jednej linii za miastem. - To ta - powiedziaˆa Padm‚. Anakin pos©pnie skin¥ˆ gˆow¥ i posadziˆ statek na skarpie otaczaj¥cej pustynne siedlisko. - Naprawd© znowu j¥ zobacz© - szepn¥ˆ, wyˆ¥czaj¥c silniki. Padm‚ u˜cisn©ˆa jego r©k© i u˜miechn©ˆa si© z otuch¥. - Nie masz poj©cia, jak to jest rozsta† si© z matk¥ w takich okoliczno˜ciach - rzekˆ padawan. - Bez przerwy rozstaj© si© z moj¥ rodzin¥ - odparˆa. - Ale masz racj©, to nie to samo. Nie umiem sobie nawet wyobrazi†, jak to jest by† niewolnikiem, Anakinie. - Jeszcze gorsza jest ˜wiadomo˜†, ¾e ma si© matk© niewolnic©. Padm‚ skin©ˆa gˆow¥, przyznaj¥c mu racj©. - Zostaä na pokˆadzie, Artoo - poleciˆa. Robot pisn¥ˆ twierdz¥co. Pierwsz¥ postaci¥, kt¢r¥ zobaczyli, id¥c w stron© zabudowaä, byˆ brudnoszary android o bardzo zniszczonej powˆoce. Wida† byˆo, ¾e brakuje mu porz¥dnej k¥pieli olejowej - zginaˆ si© sztywno, pracuj¥c przy jednym z sensor¢w. Na widok przybysz¢w wyprostowaˆ si© gwaˆtownie. - Dzieä dobry - przywitaˆ si© uprzejmie. - Czym mog© sˆu¾y†? Jestem See... - Threepio? - spytaˆ z niedowierzaniem Anakin. - O rety! wykrzykn¥ˆ android, trz©s¥c si© gwaˆtownie. - M¢j stw¢rca! Pan Anakin! Wiedziaˆem, ¾e pan wr¢ci! Wiedziaˆem! A to zapewne panna Padm‚? - Witaj, Threepio - odpowiedziaˆa kobieta. - Na moje obwody! Tak si© ciesz©, ¾e paästwa widz©! - Przyleciaˆem zobaczy† si© z matk¥ - wyja˜niˆ Anakin. Android odwr¢ciˆ si© szybko w jego stron©, a potem lekko cofn¥ˆ. - S¥dz©... s¥dz©... - zaj¥kn¥ˆ si© C-3PO. - Chyba b©dzie najlepiej, je˜li wejdziemy do ˜rodka. - Odwr¢ciˆ si© i ruszyˆ w stron© domu, gestem zapraszaj¥c go˜ci, by szli za nim. Anakin i Padm‚ wymienili niespokojne spojrzenia. Padawan wci¥¾ nie m¢gˆ wyzby† si© fatalnych przeczu†, kt¢re prze˜ladowaˆy go od czasu ostatnich nocnych koszmar¢w. Nim go dogonili, android byˆ ju¾ na podw¢rzu. - Panie Clieggu! Panie Owenie! Czy wolno mi przedstawi† par© dostojnych go˜ci? Z domu wybiegli mˆody m©¾czyzna i mˆoda kobieta. Zwolnili, gdy zobaczyli przybysz¢w. - Jestem Anakin Skywalker - przedstawiˆ si© padawan. - Anakin? - powt¢rzyˆ m©¾czyzna, szeroko otwieraj¥c oczy. - Anakin! Kobieta zakryˆa dˆoni¥ usta. - Jedi Anakin - szepn©ˆa. - Sˆyszeli˜cie o mnie? Shmi Skywalker jest moj¥ matk¥. - I moj¥ - odrzekˆ m©¾czyzna. - No, mo¾e nie prawdziw¥, ale najprawdziwsz¥, jak¥ kiedykolwiek znaˆem - dodaˆ, wyci¥gaj¥c r©k©. - Owen Lars. A to moja dziewczyna, Beru Whitesun. Beru kiwn©ˆa gˆow¥. - Witajcie - powiedziaˆa. Padm‚ straciˆa ju¾ nadziej©, ¾e Anakin j¥ przedstawi, wi©c sama zbli¾yˆa si© do gospodarzy. - Jestem Padm‚. - Zdaje si©, ¾e jeste˜my przyrodnimi bra†mi - rzekˆ Owen, nie spuszczaj¥c oka z mˆodego Jedi, o kt¢rym tak wiele sˆyszaˆ. - Przeczuwaˆem, ¾e pewnego dnia si© pojawisz. - Czy jest tu moja matka? - Nie ma jej - rozlegˆ si© niski gˆos zza plec¢w Owena i Beru. Caˆa czw¢rka odwr¢ciˆa si©, by spojrze† na mocno zbudowanego m©¾czyzn© unosz¥cego si© w fotelu repulsorowym. Widz¥c jego obanda¾owan¥ nog© i kikut drugiej, Anakin domy˜liˆ si©, ¾e rany musz¥ by† ˜wie¾e. Poczuˆ, ¾e serce podchodzi mu do gardˆa. - Cliegg Lars - rzekˆ starszy m©¾czyzna, podlatuj¥c bli¾ej i wyci¥gaj¥c r©k© na powitanie. - Shmi jest moj¥ ¾on¥. Wejd«my do ˜rodka. Mamy sobie wiele do powiedzenia. Anakin pod¥¾yˆ za nim jak we ˜nie. Strasznym ˜nie. - Zdarzyˆo si© to tu¾ przed ˜witem - powiedziaˆ Cliegg, zbli¾aj¥c si© z Owenem do stoki w jadalni, podczas gdy Beru zaj©ˆa si© przygotowaniem jedzenia i napoj¢w dla go˜ci. - Pojawili si© znik¥d - dodaˆ Owen. - Sfora Je«d«c¢w Tusken - wyja˜niˆ Cliegg. Kolana ugi©ˆy si© pod Anakinem i opadˆ ci©¾ko na siedzenie naprzeciwko Owena. Spotykaˆ ju¾ Ludzi Piasku, ale byˆ to kontakt do˜† przelotny. Pewnego razu zaopiekowaˆ si© ci©¾ko rannym Tuskenem, a kiedy zjawili si© jego pobratymcy - zostaˆ puszczony wolno, co nie zdarzyˆo si© dot¥d ¾adnemu przedstawicielowi rozumnych ras zamieszkuj¥cych Tatooine. Jednak mimo tego do˜wiadczenia Anakin nie czuˆ si© dobrze, sˆysz¥c imi© Shmi wymieniane obok zˆowrogiej nazwy "Je«d«cy Tusken". - Twoja matka jak zawsze wyszˆa wcze˜nie, ¾eby pozbiera† grzyby rosn¥ce na skraplaczach - ci¥gn¥ˆ Cliegg. - S¥dz¥c po ˜ladach, byˆa w poˆowie drogi do domu, kiedy j¥ dopadli. Ci Tuskenowie tylko wygl¥daj¥ jak ludzie; w rzeczywisto˜ci to podˆe bezrozumne potwory. - Wiele ˜lad¢w wskazywaˆo na to, ¾e kr©c¥ si© w pobli¾u - wtr¥ciˆ Owen. - nie powinna byˆa wychodzi†! - Nie mo¾emy da† si© zastraszy†! - odparowaˆ gniewnie Cliegg, ale opanowaˆ si© i odwr¢ciˆ do Anakina. - Wszystko wskazywaˆo na to, ¾e odp©dzili˜my ich do˜† skutecznie. Nie wiedzieli˜my, jak silna byˆa ta grupa, silniejsza ni¾ te, kt¢re widywali˜my dot¥d. Kiedy porwali Shmi, ruszyˆo nas za nimi trzydziestu. Powr¢ciˆo czterech. M©¾czyzna skrzywiˆ si© i potarˆ kikut nogi. Anakin wyra«nie wyczuwaˆ jego b¢l. - Pewnie tropiˆbym ich dalej, ale... straciˆem nog©... - Padawan zdumiaˆ si©, czuj¥c jego wielk¥ miˆo˜† do Shmi. - Nie mog© lata† - wyja˜niˆ Lars. - Rana musi si© zagoi†. Dumny m©¾czyzna odetchn¥ˆ gˆ©boko, staraj¥c si© opanowa†. - Nie tak zamierzaˆem ci© powita†, synu - rzekˆ. - Nie tak planowali˜my to z twoj¥ matk¥. Nie chc© traci† nadziei, ale min¥ˆ ju¾ miesi¥c. Trudno uwierzy†, ¾eby mogˆa prze¾y† tak dˆugo. Te sˆowa podziaˆaˆy na Anakina jak mocny cios. Zerwaˆ si© na r¢wne nogi. - Dok¥d si© wybierasz? - spytaˆ Owen. - Po matk© - odparˆ twardo Anakin. - Annie, nie! - zawoˆaˆa Padm‚, wstaj¥c i chwytaj¥c go za rami©. - Twoja matka nie ¾yje, synu - dodaˆ zrezygnowany Cliegg. - Pog¢d« si© z tym. Anakin spojrzaˆ na nich paˆaj¥cymi oczyma. - Wyczuwam jej b¢l - wydusiˆ przez zaci˜ni©te z©by. - Ci¥gˆy b¢l. Znajd© j¥. Kr¢tk¥ chwil© ciszy przerwaˆ Owen: - We« m¢j skuter rakietowy - powiedziaˆ, zrywaj¥c si© z miejsca i mijaj¥c Anakina. - Wiem, ¾e ona ¾yje - rzekˆ Anakin, zwracaj¥c si© ku Padm‚. - Po l prostu wiem. Kobieta spojrzaˆa na niego ze smutkiem i pu˜ciˆa jego r©k©, gdy ruszyˆ za Owenem. - Jaka szkoda, ¾e nie zjawiˆ si© wcze˜niej - j©kn¥ˆ Cliegg. Padm‚ popatrzyˆa bez sˆowa na zrozpaczonego m©¾czyzn© i na Beru, kt¢ra stan©ˆa obok niego i obj©ˆa go czule. A potem, nie bardzo wiedz¥c, co powiedzie†, postanowiˆa doˆ¥czy† do Anakina i Owena. - Musisz tu zosta† - rzekˆ Anakin, kiedy stan©ˆa u jego boku. - To dobrzy ludzie. B©dziesz bezpieczna. - Anakinie... - Wiem, ¾e ona ¾yje - powiedziaˆ, nie odrywaj¥c wzroku od dalekich wydm. Padm‚ przytuliˆa go mocno. - Znajd« j¥ - szepn©ˆa. - Niedˆugo wr¢c© - obiecaˆ Jedi, a potem skoczyˆ na siodeˆko rakietowego skutera, uruchomiˆ silnik i pognaˆ w dal, ponad oceanem piasku. ROZDZIA� 18 Kiedy sygnaˆ wywoˆawczy, szyfrowany kodem pi¥tym i przeznaczony dla w¥skiego grona odbiorc¢w, dotarˆ do —wi¥tyni Jedi na Coruscant, Mace Windu i Yoda wiedzieli, ¾e wiadomo˜† b©dzie wa¾na. Niezwykle wa¾na. Odebrali j¥ w pokoju Yody, lecz najpierw Mace rozejrzaˆ si© uwa¾nie po korytarzu i starannie zamkn¥ˆ drzwi. Ukazaˆ si© przed nimi hologram Obi-Wana Kenobiego. M©¾czyzna byˆ niespokojny, raz po raz ogl¥daˆ si© przez rami©. - Mistrzowie, udaˆo mi si© nawi¥za† kontakt z Lam¥ Su, premierem planety Kamino. - Oho, dobrze, ¾e˜ planet© swoj¥ odnalazˆ - odezwaˆ si© Yoda. - Dokˆadnie tak, jak przewidzieli twoi uczniowie - przytakn¥ˆ Obi-Wan. - Kaminoanie s¥ kloniarzami, podobno najlepszymi w galaktyce. Z tego, co widziaˆem, wnioskuj©, ¾e tak jest naprawd©. Mistrzowie zmarszczyli czoˆa. - U¾yli ˆowcy nagr¢d, Janga Fetta, jako wzorca dla armii klon¢w. - Armii? - powt¢rzyˆ Mace. - Armii dla Republiki - dodaˆ Obi-Wan. - Co wi©cej, jestem przekonany, ¾e to on stoi za zamachami na senator Amidal©. - S¥dzisz, ¾e ci kloniarze tak¾e s¥ w to zamieszani? - Nie, Mistrzu. Wygl¥da na to, ¾e nie maj¥ motywu. - Niczego nie zakˆadaj z g¢ry, Obi-Wanie - poradziˆ Yoda. - Czystym musi by† tw¢j umysˆ, je¾eli odkry† masz prawdziwych zˆoczyäc¢w stoj¥cych za tym spiskiem. - Tak, Mistrzu - zgodziˆ si© Obi-Wan. - Premier Lama Su powiedziaˆ mi, ¾e pierwszy batalion klon¢w ¾oˆnierzy jest got¢w do odbioru. Prosiˆ tak¾e, bym ci© uprzedziˆ, ¾e je˜li zachcemy zam¢wi† ich wi©cej ni¾ planowano - a produkcja pierwszego miliona jest ju¾ mocno zaawansowana - Kaminoanie b©d¥ potrzebowa† sporo czasu. - Milion klon¢w wojownik¢w? - spytaˆ z niedowierzaniem Mace Windu. - Tak, Mistrzu. Powiedziano mi, ¾e to Mistrz Sifo-Dyas prawie dziesi©† lat temu na ¾¥danie senatu zˆo¾yˆ zam¢wienie na armi© klon¢w. Ja jednak mam wra¾enie, ¾e zgin¥ˆ, zanim to si© staˆo. Czy Rada kiedykolwiek autoryzowaˆa stworzenie armii klon¢w? - Nie - odparˆ bez wahania Mace. - Ktokolwiek zˆo¾yˆ to zam¢wienie, dziaˆaˆ bez upowa¾nienia Rady Jedi. - Zatem jak to si© staˆo? I dlaczego? - Zagadka jest coraz bardziej zawiˆa - stwierdziˆ Mace. - Trzeba j¥ rozwi¥za† z wielu powod¢w, nie tylko przez wzgl¥d na bezpieczeästwo pani senator Amidali. - Klony s¥ imponuj¥ce, Mistrzu - powiedziaˆ Obi-Wan. - Stworzono je i wyszkolono tylko w jednym celu. - Zatrzyma† musisz tego Janga Fetta - poleciˆ Yoda. - Sprowadzi† do nas. My go przesˆuchamy. - Tak, Mistrzu. Zgˆosz© si©, kiedy b©d© go miaˆ. - Obi-Wan raz jeszcze obejrzaˆ si© przez rami© i nagle poleciˆ R4 przerwa† transmisj©. - Armia klon¢w - rzekˆ Mace do Yody, kiedy hologram zgasˆ. Dlaczego Sifo-Dyas miaˆby... - Informacja, kiedy zam¢wienie zˆo¾ono, pom¢c nam mo¾e - od-parˆ Yoda. Mistrz Windu skin¥ˆ gˆow¥. Je¾eli dane zdobyte przez Obi-Wana byˆy prawdziwe, Sifo-Dyas musiaˆ zˆo¾y† zam¢wienie na kr¢tko przed ˜mierci¥. - Je¾eli ten Jango Fett rzeczywi˜cie jest zamieszany w ataki na Amidal©, a jednocze˜nie zostaˆ wybrany na wzorzec dla armii klon¢w tworzonej dla Republiki... - Mace Windu urwaˆ i pokr©ciˆ gˆow¥. Nie wierzyˆ w tak niezwykˆy zbieg okoliczno˜ci. Ale w jaki spos¢b mo¾na byˆo powi¥za† ze sob¥ dwie tak odlegˆe sprawy? Czy ten, kto postanowiˆ stworzy† armi© klon¢w, obawiaˆ si© pani senator Amidali i opozycji, kt¢r¥ budowaˆa przeciwko ustawie o militaryzacji? Mistrz Jedi potarˆ czoˆo dˆoni¥ i spojrzaˆ na Yod©, kt¢ry siedziaˆ z zamkni©tymi oczami. Pewnie rozwa¾a t© sam¥ zagadk©, pomy˜laˆ Mace. Kto wie, czy nie martwi si© bardziej ni¾ ja. - —lepi jeste˜my, skoro tworzenia armii klon¢w dostrzec nie umieli˜my - zauwa¾yˆ Yoda. - Czas poinformowa† senat, ¾e nasza zdolno˜† do korzystania z Mocy si© zmniejszyˆa. - Tylko Czarni Lordowie Sith¢w wiedz¥ o naszej sˆabo˜ci - odparˆ Yoda. - Je¾eli senat poinformujemy, przysporzymy sobie wrog¢w. Obi-Wan szedˆ korytarzem, staraj¥c si© zachowa† czujno˜†. Nie wiedziaˆ nic o dotychczasowych dokonaniach Janga Fetta, ale uznaˆ, ¾e musz¥ by† znacz¥ce, skoro akurat tego m©¾czyzn© wybrano na prototyp caˆej armii klon¢w. Przystan¥ˆ, zamkn¥ˆ oczy i zagˆ©biˆ si© w Moc, szukaj¥c ukrytych wrog¢w. Chwil© p¢«niej, przekonany, ¾e w pobli¾u nie ma Janga, zbli¾yˆ si© do drzwi jego mieszkania. Delikatnie przebiegˆ palcami wok¢ˆ portalu, szukaj¥c potencjalnych puˆapek, a potem dotkn¥ˆ zamka. Trzymaj¥c na nim jedn¥ dˆoä, spr¢bowaˆ lekko popchn¥† drzwi. Nie ust¥piˆy. Obi-Wan si©gn¥ˆ po miecz ˜wietlny, by utorowa† sobie drogi siˆ¥, ale po namy˜le zmieniˆ zdanie, decyduj¥c si© na bardziej subtelne rozwi¥zanie. Znowu zamkn¥ˆ oczy i posˆaˆ niewidzialne wici Mocy wprost do blokady, z ˆatwo˜ci¥ manipuluj¥c mechanizmem. Wci¥¾ trzymaj¥c miecz, pchn¥ˆ drzwi po raz drugi i tym razem rozsun©ˆy si© bezszelestnie. Gdy tylko zajrzaˆ do ˜rodka, zrozumiaˆ, ¾e broä nie b©dzie mu potrzebna. W mieszkaniu panowaˆ nieprawdopodobny baˆagan: na podˆodze le¾aˆy wyci¥gni©te z szaf szuflady i poprzewracane krzesˆa. Obi-Wan rozejrzaˆ si©, szukaj¥c jakiego˜ ˜ladu. Wreszcie jego wzrok padˆ na ekran komputera w salonie. Zbli¾yˆ si© do terminala, wˆ¥czyˆ go i stwierdziˆ, ¾e jest on cz©˜ci¥ sieci bezpieczeästwa, sprz©¾on¥ z kamerami rozmieszczonymi w wielu zak¥tkach budowli. Obi- Wan w po˜piechu przegl¥daˆ obrazy przekazywane z r¢¾nych odcink¢w korytarza i z samego mieszkania. Zobaczyˆ tak¾e widoki z kamer umieszczonych na zewn¥trz - na zalanym deszczem dachu budynku i za transpastalowym oknem salonu, w kt¢rym si© znajdowaˆ. Przegl¥daˆ obrazy coraz szybciej, rozszerzaj¥c pole widzenia obiektyw¢w lub powi©kszaj¥c sceny, kt¢re wydaˆy mu si© podejrzane. Wreszcie dotarˆ do uj©cia, kt¢re w caˆo˜ci wypeˆniaˆa platforma l¥dowiska i stoj¥cy na niej dziwny statek o szerokiej pˆaskiej podstawie, mi©kkich konturach i zw©¾aj¥cym si© kadˆubie. W jego przedniej cz©˜ci wida† byˆo owiewk© kryj¥c¥ kabin©, w kt¢rej zmie˜ciˆoby si© dw¢ch, mo¾e trzech ludzi. W pobli¾u maszyny uwijaˆa si© znajoma posta†: albo Boba Fett, albo kt¢ry˜ z klon¢w. Obi-Wan skin¥ˆ gˆow¥ i u˜miechn¥ˆ si©, patrz¥c na ruchy chˆopca. Byˆa w nich pewna przypadkowo˜†, a fakt ten wskazywaˆ jednoznacznie, kim jest dziecko; musi to by† Boba, a nie jeden z wytresowanych klon¢w. W polu widzenia kamery pojawiˆa si© wkr¢tce jeszcze jedna posta†. Byˆ to Jango, ubrany w pancerz i plecak rakietowy, kt¢ry Jedi widziaˆ ju¾ wcze˜niej na ulicach Coruscant. Je¾eli do tej pory Obi-Wan miaˆ jeszcze jakie˜ w¥tpliwo˜ci, czy Jango byˆ osob¥, kt¢ra zatrudniˆa Zam Weseli, to w tym momencie zyskaˆ absolutn¥ pewno˜†. Natychmiast wybiegˆ z mieszkania i pop©dziˆ korytarzem, szukaj¥c wyj˜cia na zewn¥trz. - Tak, pozwol© ci prowadzi† - rzekˆ Jango do Boby. Chˆopiec triumfalnie machn¥ˆ pi©˜ci¥, zachwycony, ¾e b©dzie m¢gˆ j zasi¥˜† za sterami "Niewolnika l". Min©ˆo wiele miesi©cy od chwili, kiedy ˆowca pozwoliˆ mu na to po raz ostatni. - Ale nie podczas startu - zastrzegˆ Jango. - Teraz musimy si© spieszy†, synu, ale obiecuj© ci wyj˜† z nadprzestrzeni nieco wcze˜niej ni¾ trzeba, ¾eby˜ zd¥¾yˆ sobie polata†. - A b©d© m¢gˆ wyl¥dowa†? - Zobaczymy. Boba wiedziaˆ, ¾e oznacza to odmow©, ale nie pr¢bowaˆ naciska†. Rozumiaˆ, ¾e wok¢ˆ niego dzieje si© co˜ wa¾nego i gro«nego, wi©c postanowiˆ przyj¥† to, co proponowaˆ ojciec i cieszy† si© tym. Chwyciˆ torb© i wspi¥ˆ si© po rampie do maˆego przedziaˆu magazynowego. Obejrzaˆ si©, by spojrze† na Janga i wtedy zobaczyˆ sylwetk© wyˆaniaj¥c¥ si© z kabiny turbowindy i biegn¥c¥ w strugach ulewnego deszczu. - Tato! Sp¢jrz! Jango odwr¢ciˆ si© gwaˆtownie, a w oczach maˆego Boby pojawiˆ si© strach, biegn¥cym bowiem byˆ niedawny go˜†, Jedi. W jego dˆoni bˆysn¥ˆ miecz ˜wietlny i pierwsze krople wody z sykiem opadˆy na energetyczn¥ kling©. - Na pokˆad! - zawoˆaˆ Jango, lecz chˆopiec zawahaˆ si©, obserwuj¥c, jak ojciec wyci¥ga blaster i oddaje strzaˆ w stron© rycerza Jedi. Obi-Wan ze zdumiewaj¥cym refleksem poruszyˆ mieczem, bez widoczne-go wysiˆku odbijaj¥c bˆyskawic©. - Boba! - rykn¥ˆ Jango. Chˆopiec, wreszcie wyrwany z transu, pop©dziˆ ramp¥ w g¢r© i znikn¥ˆ we wn©trzu Niewolnika l". Obi-Wan odbiˆ si© i skoczyˆ w stron© ˆowcy nagr¢d. Blaster znowu wypaliˆ. I tym razem Jedi z ˆatwo˜ci¥ zablokowaˆ pierwszy strzaˆ, drugi za˜ odbiˆ w stron© Janga. Bˆyskawica wr¢ciˆa do punktu wyj˜cia uˆamek sekundy za p¢«no. �owca uskoczyˆ, a silniki rakietowe w jego plecaku rykn©ˆy dono˜nie, unosz¥c go na szczyt pobliskiej wie¾y. Obi-Wan wyl¥dowaˆ z przewrotem na ziemi i natychmiast odwr¢ciˆ si© w stron© Janga, kt¢ry znowu wystrzeliˆ. Bez zastanowienia Jedi oddaˆ swoje r©ce we wˆadanie Mocy - miecz poruszyˆ si© w d¢ˆ i w lewo, odbijaj¥c ˜mierciono˜n¥ bˆyskawic©. - P¢jdziesz ze mn¥, Jango! - zawoˆaˆ Kenobi. M©¾czyzna odpowiedziaˆ seri¥ ˜wietlistych wi¥zek energii. ½arz¥ca si© klinga zablokowaˆa je wszystkie, poruszaj¥c si© na boki z oszaˆamiaj¥c¥ szybko˜ci¥. R¢wnie¾ wtedy, gdy Jango zmieniˆ metod© i zacz¥ˆ posyˆa† bˆyskawice na przemian to w lewo, to w prawo, Moc nieomylnie prowadziˆa r©ce Obi-Wana. - Jango! - krzykn¥ˆ Jedi. W tym samym momencie zdaˆ sobie spraw©, ¾e ostatni wystrzaˆ posˆaˆ w jego stron© nie porcj© energii, ale ˆadunek wybuchowy. W nast©pnej chwili leciaˆ ju¾ w bok, wspomagaj¥c unik caˆ¥ pot©g¥ Mocy. Eksplozja na l¥dowisku zatrz©sˆa caˆym statkiem. Wystraszony Boba zatoczyˆ si© na ˜cian©. - Tato! - krzykn¥ˆ i pop©dziˆ w stron© panelu widokowego. Wˆ¥czyˆ go i skierowaˆ kamer© na scen© rozgrywaj¥c¥ si© poni¾ej. Natychmiast wypatrzyˆ ojca i rozpˆakaˆ si© z rado˜ci, widz¥c, ¾e nic mu nie jest. Uspokoiˆ si© do˜† szybko i zacz¥ˆ rozgl¥da† si© za przeciwnikiem. Obi-Wan koäczyˆ wˆa˜nie efektowny przewr¢t i zrywaˆ si© na r¢wne nogi, bez wysiˆku blokuj¥c kolejne strzaˆy. Boba spojrzaˆ na pulpit, pr¢buj¥c przypomnie† sobie wszystko, czego nauczyˆ go ojciec o urz¥dzeniach pokˆadowych. Ucieszyˆ si©, ¾e tak pilnie przyswajaˆ sobie ka¾de jego sˆowo. Ze zˆowrogim u˜miechem, z kt¢rego ojciec z pewno˜ci¥ byˆby dumny, chˆopiec uruchomiˆ ogniwa energetyczne i zwolniˆ blokad© dziaˆa laserowego. - Spr¢buj to zablokowa†, Jedi - szepn¥ˆ. A potem wycelowaˆ w Obi-Wana i nacisn¥ˆ spust. - Masz mi wiele do powiedzenia! - krzykn¥ˆ Obi-Wan do Janga, usiˆuj¥c przekrzycze† deszcz i gwaˆtowne podmuchy wiatru. - Wy˜wiadczysz przysˆug¥ sobie i swojemu synowi, je˜li... Urwaˆ, pod˜wiadomie rejestruj¥c huk wystrzaˆu z dziaˆa laserowego, Zanim zrozumiaˆ, co si© dzieje, instynkt wspomagany Moc¥ kazaˆ mu uskoczy†. Zrobiˆ w powietrzu podw¢jne salto, a kiedy wyl¥dowaˆ, permabetonowa konstrukcja dr¾aˆa jeszcze po salwie z ci©¾kiego dziaˆa laserowego "Niewolnika l", kt¢re obr¢ciˆo si© szybko, poszukuj¥c celu. Obi-Wan znowu umkn¥ˆ, lecz tym razem podmuch eksplozji rzuciˆ go na ziemi©. Miecz wypadˆ z r©ki rycerza i potoczyˆ si© po ˜liskiej i mokrej pˆycie l¥dowiska. Na szcz©˜cie dziaˆo na moment umilkˆo - jego ogniwa wyczerpaˆy zapas energii - a Obi-Wan nie zamierzaˆ marnowa† czasu. Zerwaˆ si© na r¢wne nogi i ruszyˆ na Janga Fetta, kt¢ry szedˆ ju¾ w jego stron©. �owca nagr¢d wystrzeliˆ z blastera, lecz Kenobi skoczyˆ wysoko ponad lini¥ ognia, obr¢ciˆ si© w powietrzu i celnym kopni©ciem wybiˆ broä z dˆoni Janga Fetta. Przeciwnik nie cofn¥ˆ si©. Gdy tylko Obi-Wan wyl¥dowaˆ, Jango rzuciˆ si© na niego i chwyciˆ za bary, pchaj¥c z caˆej siˆy. Pr¢bowaˆ go przewr¢ci†, ale stopy Jedi poruszaˆy si© zbyt szybko, zapewniaj¥c mu idealn¥ r¢wnowag©. Wreszcie Obi-Wan wsun¥ˆ nog© mi©dzy stopy Janga i obr¢ciˆ si© nieco, osˆabiaj¥c u˜cisk obejmuj¥cych go ramion. �owca u˜miechn¥ˆ si© chytrze i hukn¥ˆ czoˆem w twarz Kenobiego, oszaˆamiaj¥c go na moment. Uwolniˆ lew¥ r©k© i wymierzyˆ ni¥ pot©¾ny cios, ale niemal natychmiast po¾aˆowaˆ, ¾e to zrobiˆ. Jedi uchyliˆ si© przed ciosem i wywin¥ˆ w miejscu salto pod przelatuj¥cym ze ˜wistem ramieniem. L¥duj¥c, wykonaˆ podw¢jne kopni©cie - jego stopy uderzyˆy w piersi Janga Fetta, rzucaj¥c go o par© krok¢w do tyˆu. Obi-Wan przej¥ˆ inicjatyw©: natarˆ na chwiej¥cego si© ˆowc© na-gr¢d, by powali† go na ziemi©, gdzie ci©¾ki pancerz chroni¥cy ciaˆo m©¾czyzny dziaˆaˆby na jego niekorzy˜†. Ale Jango postanowiˆ pokaza† mu, dlaczego wybrano go na wzorzec dla caˆej armii klon¢w. Przez moment ust©powaˆ przed napieraj¥cym rycerzem, a potem nagle zmieniˆ ustawienie n¢g i osadziˆ przeciwnika w miejscu. Posˆaˆ w jego stron© lewy sierpowy, lecz Obi-Wan zrobiˆ unik i odpowiedziaˆ prawym prostym. Jango zd¥¾yˆ pochyli† gˆow©, wi©c cios ledwie go musn¥ˆ. Kr¢tki impuls silnik¢w rakietowych uni¢sˆ go w powietrze, umo¾liwiaj¥c wymierzenie szybkiego kopniaka. Obi-Wan opadˆ na kolana, uchylaj¥c si© przed ciosem i natychmiast wybiˆ si© wysoko w g¢r©, przeskakuj¥c nad drugim, mierzonym ni¾ej. Zaraz te¾ przyst¥piˆ do kontrataku, lecz Jango przykucn¥ˆ i przyj¥ˆ lego kopni©cie na dobrze osˆoni©te biodro, jednocze˜nie opuszczaj¥c lew¥ r©k©. Pochwyciˆ goleä rycerza Jedi na kr¢tk¥ chwil©, by praw¥ r©k¥ r¥bn¥† w wewn©trzn¥ stron© uda Obi-Wana. Jedi gwaˆtownie odchyliˆ si© do tyˆu i padˆ na ziemi©, jednocze˜nie unosz¥c lew¥ nog©. Kopniak dosi©gn¥ˆ ¾eber Fetta. Krzy¾owy ruch obu n¢g przerzuciˆ Janga ponad Obi- Wanem, kt¢ry wyl¥dowaˆ twarz¥ do ziemi i natychmiast wypu˜ciˆ wroga z mocnego u˜cisku, by na o˜lep wymierzy† spadaj¥cemu kopniaka. Kenobi poderwaˆ si© natychmiast i odwr¢ciˆ, by wykorzysta† przewag© nad z trudem odzyskuj¥cym r¢wnowag© przeciwnikiem. Prawy prosty trafiˆ ˆowc© nagr¢d w twarz, lewy sierpowy za˜, kt¢ry nadleciaˆ uˆamek sekundy p¢«niej, powaliˆby go na plecy. Jango jednak kolejny raz wykazaˆ si© niewiarygodnym refleksem: uchyliˆ si© przed ciosem i zaskoczyˆ Obi-Wana dwoma szybkimi ciosami w brzuch. Jedi machn¥ˆ praw¥ r©k¥, by odepchn¥† Fetta, u¾ywaj¥c Mocy. Potrzebowaˆ chwili, aby wyprostowa† si© i znowu przyj¥† postaw© obronn¥. Jango zerwaˆ si© do˜† szybko i z jeszcze wi©ksz¥ zaciekˆo˜ci¥ rzuciˆ si© do ataku. Kenobi precyzyjnymi ruchami blokowaˆ wszystkie ciosy ˆowcy nagr¢d. Skierowaˆ rami© w d¢ˆ, by powstrzyma† pot©¾ne kopni©cie, zaraz potem odbiˆ nim rozp©dzon¥ pi©˜† i pˆynnie przeszedˆ do ataku, wbijaj¥c wyprostowane palce w szczelin© w pancerzu m©¾czyzny. Jango skrzywiˆ si© i cofn¥ˆ, a Jedi skoczyˆ za nim. Lecz ˆowca i na to miaˆ odpowied«; w chwili, gdy Obi-Wan zamkn¥ˆ go w ¾elaznym u˜cisku, odpaliˆ silniki plecaka rakietowego, by unie˜† si© w powietrze wraz z przeciwnikiem. Ci¥g bocznej dyszy popchn¥ˆ obu m©¾czyzn poza platform© l¥dowiska, nad stromo opadaj¥ce obrze¾e wielkiej konstrukcji. Jango niezauwa¾alnie wy˜lizgiwaˆ si© z uchwytu Obi-Wana. Po chwili postanowiˆ u¾y† silnik¢w manewrowych plecaka - zacz¥ˆ obraca† si© to w prawo, to w lewo, nie przestaj¥c wyrywa† si© silnym dˆoniom Kenobiego, a¾ wreszcie osi¥gn¥ˆ cel. Jedi run¥ˆ ci©¾ko na skraj platformy i zsun¥ˆ si© niebezpiecznie blisko kraw©dzi - tak blisko, ¾e usˆyszaˆ huk fal rozbijaj¥cych si© o pot©¾ne kolumny. Zatrzymawszy si© zrozumiaˆ nagle, ¾e jest bezbronny i w tej samej chwili si©gn¥ˆ po Moc, by przywoˆa† do siebie miecz ˜wietlny. Gdzie˜ z boku rozlegˆ si© strzaˆ, lecz nie byˆ to skowyt blasterowych bˆyskawic, ale dziwny sycz¥cy odgˆos. Kenobi przetoczyˆ si© tak daleko, jak tylko m¢gˆ. To nie wystarczyˆo. Zdekoncentrowaˆ si© na moment i znowu wy-pu˜ciˆ miecz, a wtedy cienki drut przemkn¥ˆ pod jego nadgarstkami i zawin¥ˆ si©, kr©puj¥c je mocno. A potem zacz©ˆa si© jazda: najpierw w g¢r©, po stromym obrze¾u, a potem po platformie l¥dowiska. Jango leciaˆ coraz szybciej, ci¥gn¥c za sob¥ Obi-Wana, kt¢ry zdaˆ si© na odruchy ksztaˆcone przez lata treningu oraz na Moc, kt¢r¥ wˆadaˆ po mistrzowsku. Jedi zmieniˆ pozycj© i ju¾ po chwili stan¥ˆ na nogach, pozwalaj¥c holowa† si© w biegu. Kiedy drut na moment zwisˆ lu«no, Kenobi skoczyˆ w bok, za solidny wspornik. Stan¥wszy pewnie, m¢gˆ wykorzysta† d«wigni©, kt¢r¥ stanowiˆ metalowy element konstrukcyjny. Ponownie si©gn¥ˆ gˆ©boko w pokˆady Mocy, tym razem po to, by na kr¢tk¥ chwil© nieomal zespoli† si© z permabetonow¥ pˆyt¥. Byˆ nieruchomy jak skaˆa. Drut napr©¾yˆ si© mocno, lecz Obi-Wan ani drgn¥ˆ. Jedi poczuˆ, ¾e k¥t dziaˆania siˆy zmienia si© nagle: Jango spadˆ na l¥dowisko. Obi-Wan zacz¥ˆ okr¥¾a† wspornik, lecz zatrzymaˆ si© w p¢ˆ kroku i zasˆoniˆ dˆoni¥ oczy, gdy plecak Janga Fetta eksplodowaˆ, wywoˆuj¥c silny bˆysk i r¢wnie pot©¾n¥ fal© uderzeniow¥. - Tato! - krzykn¥ˆ Boba Fett i zbli¾yˆ twarz do iluminatora, kiedy ekwipunek Janga nagle wyleciaˆ w powietrze. Zaraz jednak ujrzaˆ ojca - caˆego i zdrowego, za to zaciekle pr¢buj¥cego uwolni† si© od umocowanego do pancerza drutu, kt¢rego drugi koniec ci¥gn¥ˆ do siebie rycerz Jedi. Bezsilny Boba raz po raz uderzaˆ dˆoni¥ w ekran, powtarzaj¥c bez koäca sˆowo "tato". Skrzywiˆ si© bole˜nie, kiedy Kenobi z impetem wpadˆ na jego ojca, zasypuj¥c go lawin¥ cios¢w, i kiedy obaj potoczyli j si© ku kraw©dzi l¥dowiska i dalej, ku oceanowi szalej¥cemu w dole. Obi-Wan wierzgaˆ gwaˆtownie, pr¢buj¥c jednocze˜ni zagˆ©bi† si© w Moc, lecz Jango uderzaˆ nieprzerwanie. Jedi nie m¢gˆ uwierzy†, ¾e ˆowcy chce si© w taki spos¢b traci† energi© w chwili, kiedy obu ich czekaˆa pewna ˜mier† w morskiej topieli. Zdoˆaˆ na moment odsun¥† si© od Fetta, kt¢ry z dziwnym u˜miechem uni¢sˆ rami© i zacisn¥ˆ pi©˜†. Z pancerza okrywaj¥cego przedrami© wysun¥ˆ si© rz¥d dˆugich szpon¢w. Kenobi skuliˆ si© odruchowo, kiedy Jango uni¢sˆ r©k© jeszcze wy¾ej, lecz pot©¾ny cios nie byˆ przeznaczony dla niego - metalowe pazury wbiˆy si© w pochyˆ¥ powierzchni©, po kt¢rej zje¾d¾ali. �owca tymczasem walczyˆ ju¾ z mechanizmem mocuj¥cym na jego ramieniu bransolet©, z kt¢rej wystrzeliˆ drut kr©puj¥cy Obi-Wana, i w tej samej chwili, w kt¢rej szpony zagˆ©biˆy si© w podˆo¾e, byˆ ju¾ wolny. Jango Fett zatrzymaˆ si© z przera«liwym zgrzytem metalu, a mistrz Jedi pomkn¥ˆ dalej. - Zˆap dla mnie faloryba- usˆyszaˆ Kenobi, a potem znikn¥ˆ za kraw©dzi¥ i run¥ˆ w d¢ˆ, ku kˆ©bi¥cym si© falom. - Tato! Och, tato! - zawoˆaˆ z ulg¥ Boba Fett, kiedy zobaczyˆ ojca powracaj¥cego na platform© l¥dowiska. Jango stan¥ˆ chwiejnie i ruszyˆ w stron© statku. Boba pospieszyˆ mu na spotkanie: otworzyˆ wˆaz i wyci¥gn¥ˆ r©ce, by pom¢c ojcu wej˜† na pokˆad. - Zabierz nas st¥d - j©kn¥ˆ oszoˆomiony i wyczerpany Jango. Chˆopiec rozpromieniˆ si© i natychmiast si©gn¥ˆ do panelu kontrolnego, by uruchomi† silniki. - Zaraz b©dziemy w nadprzestrzeni! - Le† prosto i skup si© na wyj˜ciu z atmosfery! - rozkazaˆ Jango. St©kn¥ˆ z b¢lu, masuj¥c obolaˆy bok. Dopiero po chwili zauwa¾yˆ ura¾on¥ min© syna. - wˆ¥cz komputer nawigacyjny; niech liczy wsp¢ˆrz©dne skoku - dodaˆ spokojnie. Boba u˜miechn¥ˆ si© od ucha do ucha. - Startujemy! - wykrzykn¥ˆ. Obi-Wan u¾yˆ Mocy do pochwycenia lu«nego koäca drutu, kt¢ry wci¥¾ kr©powaˆ jego r©ce. Przerzuciˆ go ponad jedn¥ z poprzecznych belek wspieraj¥cych konstrukcj© platformy i sekund© p¢«niej pionowy lot zakoäczyˆ si© pot©¾nym szarpni©ciem. Jedi rozejrzaˆ si© uwa¾nie, a potem zacz¥ˆ koˆysa† si© z coraz wi©kszym rozmachem. Wreszcie wychyliˆ si© wystarczaj¥co mocno, by pu˜ci† koniec drutu i mi©kko wyl¥dowa† na maˆej platformie remontowej tu¾ nad powierzchni¥ oceanu. Odpoczywaˆ przez moment, staraj¥c si© wyr¢wna† oddech, po czym ruchem r©ki otworzyˆ drzwi turbowindy przeznaczonej zapewne dla personelu technicznego. Nim kabina dotarˆa na poziom l¥dowiska, usˆyszaˆ ryk silnik¢w statku ˆowcy nagr¢d. Wbiegˆ na platform© i natychmiast przywoˆaˆ Moc¥ zgubiony miecz J ˜wietlny. Za p¢«no. Statek dr¾aˆ ju¾ caˆy, got¢w unie˜† si© w powietrze. Obi-Wan si©gn¥ˆ do pasa, wydobyˆ niewielki nadajnik i rzuciˆ go w stron© Niewolnika l". Magnetyczna przylga w ostatniej chwili uczepiˆa si© poszycia startuj¥cego statku. Stoj¥c w strugach deszczu i obˆoku pary, Obi-Wan wpatrywaˆ si© w nikn¥cy w oddali pojazd. A potem rozejrzaˆ si© po platformie, raz jeszcze rozgrywaj¥c w pami©ci caˆ¥ walk©. Jego szacunek dla Janga Fetta, ˆowcy nagr¢d, wzr¢sˆ znacz¥co. Rozumiaˆ ju¾, dlaczego to wˆa˜nie ten czˆowiek zostaˆ wybrany przez Sifo-Dyasa - czy te¾ Tyranusa. Jango Fett byˆ silnym, pomysˆowym i sprawnym wojownikiem. Udaˆo mu si© sprowadzi† Obi-Wana Kenobiego, rycerza Jedi - tego samego, kt¢ry pokonaˆ Dartha Maula, Lorda Sith¢w - na kraw©d« katastrofy. Lecz mimo to Obi-Wan byˆ zadowolony z rozwoju wypadk¢w - teraz m¢gˆ ˜ledzi† Janga Fetta. A u celu tej podr¢¾y miaˆ nadziej© znale«† nareszcie kilka odpowiedzi, a nie kolejne zagadki. ROZDZIA� 19 Boba siedziaˆ cicho, gdy "Niewolnik l" wyrywaˆ si© z pola grawitacyjnego planety Kamino. Chciaˆ porozmawia† z ojcem o tym, jak u¾yˆ dziaˆa laserowego, jak podmuch wystrzaˆu przewr¢ciˆ rycerza Jedi i wytr¥ciˆ broä z jego r©ki. Wiedziaˆ jednak, ¾e to nie jest odpowiedni moment; zbyt dobrze znaˆ t© marsow¥ min©, kt¢ra wykrzywiaˆa teraz oblicze Janga. Chˆopiec przysiadˆ wi©c pod ˜cian¥, jak najdalej od ojca, kt¢ry sprawnie wprowadzaˆ wsp¢ˆrz©dne skoku w nadprzestrzeä. - Pr©dzej, pr©dzej - powtarzaˆ cicho Jango, koˆysz¥c si© miarowo w fotelu, jakby chciaˆ pop©dzi† statek, i co kilka sekund spogl¥daj¥c na ekrany sensor¢w, jak gdyby spodziewaˆ si© po˜cigu floty nieprzyjacielskich maszyn. Wreszcie wydaˆ okrzyk zwyci©stwa i pchn¥ˆ d«wigni© nap©du nad˜wietlnego. Boba uderzyˆ plecami o ˜cian© i zapatrzyˆ si© w iluminator, za kt¢rym gwiazdy rozci¥gn©ˆy si© w dˆugie smugi. Jango Fett opadˆ na fotel i westchn¥ˆ z ulg¥. Jego rysy zˆagodniaˆy. - Powiem ci, ¾e niewiele brakowaˆo - rzekˆ ze ˜miechem do syna. - Nie«le mu przyˆo¾yˆe˜ - odparˆ Boba, znowu dr¾¥c z podniecenia. - nie miaˆ szans, tato! Jango u˜miechn¥ˆ si© i skin¥ˆ gˆow¥. - Prawd© m¢wi¥c, synu, byˆem w niezˆych opaˆach - przyznaˆ. - kiedy uchyliˆ si© przed ˆadunkiem wybuchowym, skoäczyˆy mi si© sztuczki. Boba zmarszczyˆ brwi, gˆ©boko wierz¥c, ¾e absolutnie nikt nie jest w stanie zdoby† przewagi na jego ojcem. Po chwili jednak, gdy przypomniaˆ sobie moment, o kt¢rym m¢wiˆ Jango, u˜miechn¥ˆ si© szeroko. - Ale wtedy doˆo¾yˆem mu z dziaˆa laserowego! - —wietnie si© spisaˆe˜ - pochwaliˆ go ˆowca. - Wystrzeliˆe˜ w najodpowiedniejszym momencie, a potem, kiedy nadszedˆ czas odlotu, czekaˆe˜ na mnie przy wˆazie, got¢w pom¢c mi w razie potrzeby. Dobrze si© uczysz, Boba. Lepiej ni¾ si© spodziewaˆem. - To dlatego, ¾e jestem maˆym tob¥ - powiedziaˆ chˆopiec, ale Jango pokr©ciˆ gˆow¥. - Jeste˜ znacznie lepszy, ni¾ ja byˆem w twoim wieku. A je˜li b©dziesz dalej tak ci©¾ko pracowaˆ, staniesz si© najlepszym ˆowc¥ nagr¢d, jakiego widziaˆa ta galaktyka. - Od pocz¥tku, gdy tylko zawarˆe˜ umow© z Kaminoanami, miaˆe˜ taki plan, prawda? To dlatego chciaˆe˜ mnie mie†! Jango Fett zmierzwiˆ czupryn© Boby. - Tak, cho† byˆy i inne powody - powiedziaˆ z powag¥. - A ty pod ka¾dym wzgl©dem spisujesz si© lepiej, ni¾ si© spodziewaˆem, ni¾ miaˆem nadziej©, ni¾ marzyˆem. W caˆej galaktyce nie byˆo nikogo, kto m¢gˆby uszcz©˜liwi† maˆego Bob© Fetta bardziej ni¾ ojciec wypowiadaj¥cy takie wˆa˜nie sˆowa. Jango wyprowadziˆ "Niewolnika l" z nadprzestrzeni nieco przed czasem, aby Boba m¢gˆ po†wiczy† sztuk© pilota¾u w drodze do Geonosis. Dla chˆopca obsˆuguj¥cego pulpit sterowniczy byˆy to najszcz©˜liwsze chwile. Dlatego, kiedy w iluminatorze pojawiˆa si© czerwona tarcza Geonosis, ozdobiona pier˜cieniami asteroid, Boba posmutniaˆ. - Nasi gospodarze bardzo si© pilnuj¥- rzekˆ Jango, przejmuj¥c stery. - B©dzie lepiej, je˜li to ja wyl¥duj©. Boba bez sˆowa usadowiˆ si© wygodniej w fotelu. Wiedziaˆ, ¾e ojciec ma racj©, lecz nawet gdyby nie zgadzaˆ si© z jego decyzj¥, nie o˜mieliˆby si© otwarcie okaza† niezadowolenia. Zainteresowaˆ si© ekranami czujnik¢w, na kt¢rych pojawiˆ si© obraz pobliskiego pasa asteroid i ˜lady ruchu statk¢w w przestrzeni po przeciwnej stronie planety. Uwag© chˆopca przykuˆ pewien punkt na wy˜wietlaczu, kt¢ry nagle oderwaˆ si© od pasa asteroid i zacz¥ˆ pod¥¾a† za "Niewolnikiem l". Boba nie zastanawiaˆ si© nad tym zjawiskiem, p¢ki na ekranie nie pojawiˆ si© kolejny punkt ˜wietlny trzymaj¥cy si© tu¾ za statkiem ˆowcy. Sˆabo˜† sygnaˆu dowodziˆa, i¾ byˆ to obiekt mniejszy od gwiezdnego statku. - Jeste˜my prawie na miejscu, synu - odezwaˆ si© Jango. - Tato, chyba kto˜ nas ˜ledzi - odparˆ Boba.-Sp¢jrz na ekran skaner¢w. Czy to mo¾liwe, ¾eby czujniki reagowaˆy tak na dziaˆanie naszych urz¥dzeä maskuj¥cych? Jango spojrzaˆ na niego z pow¥tpiewaniem, a potem przeni¢sˆ wzrok na ekran. Boba obserwowaˆ z rosn¥cym podnieceniem, jak rysy ojca t©¾ej¥, a ruch gˆow¥ potwierdza jego przypuszczenia. - Ten Jedi musiaˆ przyczepi† do kadˆuba urz¥dzenie naprowadzaj¥ce, zanim odlecieli˜my z planety Kamino. Ale w jaki spos¢b? S¥dziˆem, ¾e wpadˆ do morza. - A jednak kto˜ nas ˜ledzi - stwierdziˆ Boba. - Zaraz si© tym zajmiemy - zapewniˆ go Jango. Trzymaj si©, synu! Popatrz uwa¾nie, jak wprowadz© statek w pole asteroid; Jedi na pewno nie b©dzie nas tam ˜cigaˆ. - �owca nagr¢d spojrzaˆ na Bob© i mrugn¥ˆ porozumiewawczo. - A je˜li to zrobi, sprawimy mu kilka niespodzianek. M©¾czyzna uchyliˆ boczny panel i poci¥gn¥ˆ ukryt¥ za nim d«wigni©. �adunek elektryczny przebiegˆ po poszyciu statku, niszcz¥c wszystkie obce ciaˆa. Szybkie spojrzenie wystarczyˆo, by oceni†, ¾e urz¥dzenie maskuj¥ce tak¾e przestaˆo dziaˆa†. - Zaczynamy - mrukn¥ˆ Jango Fett, wprowadzaj¥c statek w pole asteroid. "Niewolnik l" szybko obleciaˆ pierwsz¥ wiruj¥c¥ skaˆ© i natychmiast zanurkowaˆ w bok, mijaj¥c w p©dzie kolejn¥ par© wielkich gˆaz¢w. Posuwaˆ si© naprz¢d zawiˆym, na poz¢r przypadkowym kursem, a¾ wreszcie Boba, kt¢ry monitorowaˆ prac© sensor¢w, obwie˜ciˆ, ¾e przeciwnik znikn¥ˆ. - Mo¾liwe, ¾e jest m¥drzejszy ni¾ my˜laˆem, i skierowaˆ si© wprost ku powierzchni planety - odezwaˆ si© u˜miechni©ty Jango, ponownie mrugaj¥c do syna. Ledwie przebrzmiaˆy te sˆowa, odezwaˆ si© brz©czyk alarmu. - Tato, sp¢jrz! - zawoˆaˆ Boba, wskazuj¥c palcem na ˜wietlist¥ kropk©, kt¢ra pojawiˆa si© tym razem we wn©trzu pasa asteroid. - Wr¢ciˆ! - Trzymaj si©! - krzykn¥ˆ ˆowca, po czym wprowadziˆ statek w seri© dzikich obrot¢w, skr©t¢w i nawrot¢w, zakoäczonych przyspieszonym lotem po prostej. Odsun¥wszy kapturek zabezpieczaj¥cy, Jango Fett nacisn¥ˆ klawisz spustu. - �adunek soniczny - wyja˜niˆ Bobie, kt¢ry u˜miechn¥ˆ si© szeroko. Rado˜† chˆopca zmieniˆa si© szybko w okrzyk trwogi, gdy przedni iluminator wypeˆniˆ nagle obraz wielkiej asteroidy. �owca nagr¢d zauwa¾yˆ j¥ nieco wcze˜niej i ju¾ stawiaˆ niewiarygodnie zwrotnego "Niewolnika l" na ogonie, przelatuj¥c nad niebezpieczn¥ bryˆ¥. - Spokojnie, synu - pouczyˆ Bob©. - Nic si© nam nie stanie, a ten Jedi nie odwa¾y si© lecie† za nami. Na potwierdzenie jego sˆ¢w statkiem targn¥ˆ pot©¾ny wstrz¥s. - Przeleciaˆ przez eksplozj©! - krzykn¥ˆ Boba chwil© p¢«niej, ponownie widz¥c my˜liwiec na ekranie. - Ten facet w og¢le nie rozumie aluzji - mrukn¥ˆ Jango, zachowuj¥c zimn¥ krew. - Skoro nie mo¾emy go zgubi†, b©dziemy musieli go wykoäczy†. Boba znowu j©kn¥ˆ ze strachu, gdy ojciec z zimn¥ krwi¥ posˆaˆ statek w w¥ski tunel przecinaj¥cy jedn¥ z wi©kszych asteroid. Manewrowanie w takim terenie wymagaˆo ograniczenia pr©dko˜ci, wi©c gdy "Niewolnik l" wynurzyˆ si© ponownie na otwart¥ przestrzeä, Boba i Jango zauwa¾yli, ¾e my˜liwiec Jedi min¥ˆ ich i pomkn¥ˆ przodem. My˜liwy staˆ si© zwierzyn¥. - Zaˆatw go, tato! - zawoˆaˆ podekscytowany chˆopiec. - Teraz! Ognia! Laserowe bˆyskawice pomkn©ˆy do celu, znacz¥c ˜wietliste linie wok¢ˆ Delty 7. Stateczek Obi-Wana natychmiast zmieniˆ kurs, robi¥c beczk© przez prawe skrzydˆo. Jango nie pozwoliˆ mu uciec. Pr¢bowaˆ dopa˜† go nast©pn¥ seri¥, lecz Jedi byˆ dobry: raz po raz kˆadˆ maszyn© w ciasne zwroty, kryj¥c si© w cieniu co wi©kszych asteroid. Boba dopingowaˆ ojca, ale Jango wiedziaˆ, ¾e trzeba by† cierpliwym - pr©dzej czy p¢«niej smukˆa maszyna nie b©dzie miaˆa si© gdzie schowa†. Jedi poprowadziˆ my˜liwiec ostro w d¢ˆ i w g¢r©, a potem poˆo¾yˆ go na prawe skrzydˆo, by schowa† si© za kolejn¥ skaln¥ bryˆ¥, ale tym razem Jango nie pod¥¾yˆ za nim. "Niewolnik l" poleciaˆ na wprost, po drugiej stronie asteroidy, i na o˜lep bluzn¥ˆ ogniem z laser¢w. Maszyna Obi-Wana znalazˆa si© dokˆadnie na linii ognia. My˜liwiec podskoczyˆ gwaˆtownie, gubi¥c odstrzelone fragmenty poszycia. - Trafiˆe˜ go! - zawoˆaˆ zachwycony Boba. - A teraz go wykoäcz© - mrukn¥ˆ jak zawsze opanowany Jango. - Tym razem nie b©dzie unik¢w. - �owca wcisn¥ˆ kilka klawiszy na konsoli sterowniczej i uzbrojona torpeda trafiˆa do otwartej wyrzutni. Jango ju¾ miaˆ nacisn¥† czerwony guzik spustu, lecz zawahaˆ si© i z u˜miechem skin¥ˆ na Bob©, zapraszaj¥c go bli¾ej. Boba prawie nie oddychaˆ z przej©cia, gdy ojciec poˆo¾yˆ jego maˆ¥ dˆoä na r©koje˜ci i przyzwalaj¥co skin¥ˆ gˆow¥. Chˆopiec wcisn¥ˆ klawisz i "Niewolnik l" zadr¾aˆ, gdy torpeda wyrwaˆa si© z wyrzutni. Z pocz¥tku mkn©ˆa wprost do celu, a gdy my˜liwiec Jedi skr©ciˆ, pr¢buj¥c rozpaczliwego uniku, skorygowaˆa kurs, by za nim nad¥¾y†. Uˆamek sekundy p¢«niej w iluminatorze statku pojawiˆa si© olbrzymia kula ognia, tak jaskrawa, ¾e Boba i Jango musieli zasˆoni† oczy. Ody po chwili spojrzeli na miejsce, w kt¢rym niedawno znajdowaˆ si© my˜liwiec, zobaczyli tylko strz©py pogi©tego metalu. Ekran systemu sensor¢w byˆ czysty. - Dopadˆe˜ go! - wykrzykn¥ˆ chˆopiec. - Tak! - Dobry strzaˆ, maˆy - odrzekˆ Jango, gˆaszcz¥c Bob© po gˆowie. - zasˆu¾yˆe˜ sobie na t© przyjemno˜†. Wi©cej go nie zobaczymy. Kilka ostrych zwrot¢w wystarczyˆo, by "Niewolnik l" znalazˆ si© poza pier˜cieniem asteroid. Statek pomkn¥ˆ ku powierzchni Geonosis, wbrew wcze˜niejszym zapowiedziom Janga prowadzony r©k¥ maˆego Boby. Wˆa˜ciwie nie byˆ to manewr, kt¢ry do˜wiadczony ˆowca m¢gˆ powierzy† dziecku, ale Boba Fett nie byˆ przecie¾ zwyczajnym dzieckiem. Anakin leciaˆ gˆ©bokimi kanionami z wielobarwnych skaˆ, ponad wydmami ruchomych piask¢w i wzdˆu¾ koryta dawno wyschni©tej rzeki. Drog© wskazywaˆa mu emanacja umysˆu Shmi, a ˜ci˜lej jej b¢lu. Moc nie byˆa jednak zbyt precyzyjnym przewodnikiem, wi©c cho† padawan byˆ pewien, ¾e porusza si© we wˆa˜ciwym kierunku, nie zapominaˆ i o tym, ¾e ma przed sob¥ rozlegˆe piaszczyste pustkowie, na kt¢rym nikt nie potrafiˆ ukry† si© lepiej ni¾ Je«d«cy Tusken. Zatrzymawszy si© na kraw©dzi wysokiego urwiska, uwa¾nie zlustrowaˆ wzrokiem daleki horyzont. Na poˆudniu dostrzegˆ masywny pojazd o zadartym dziobie - wielkie metalowe pudˆo na g¥sienicach. Rozpoznaˆ piaskoczoˆg Jaw¢w. Wiedziaˆ doskonale, ¾e Jawowie najlepiej orientuj¥ si© w ruchach wszelkich istot przemierzaj¥cych pustyni©. Bez wahania uruchomiˆ silnik rakietowego skutera i pomkn¥ˆ w ich stron©. Dogoniˆ ich wkr¢tce i zatrzymaˆ si© po˜r¢d br¥zowych i czarnych pˆaszczy z obszernymi kapturami, spod kt¢rych lustrowaˆy go ˜wiec¥ce czerwonawym blaskiem oczy. Nieustaj¥cy ani na chwil© jazgot piskliwych gˆos¢w przypominaˆ dziwaczn¥ muzyk©. Sporo czasu zaj©ˆo Anakinowi przekonanie Jaw¢w, ¾e nie jest zainteresowany zakupem ¾adnego robota, a jeszcze dˆu¾szych wywod¢w wymagaˆo wytˆumaczenie im, ¾e potrzebuje tylko informacji na temat Tusken¢w. Poj¥wszy jego zamiary, Jawowie pocz©li jazgota† ze zdwojon¥ energi¥, podskakuj¥c z podnieceniem i wskazuj¥c palcami na wszystkie strony ˜wiata jednocze˜nie. Ludzie Piasku z pewno˜ci¥ nie byli ich przyjaci¢ˆmi; polowali na nich r¢wnie ch©tnie, jak na wszystkie inne istoty, kt¢re uwa¾ali za sˆabsze od siebie. Jeszcze gorszym ciosem dla handlarskiej duszy Jaw¢w byˆ jednak fakt, ¾e Tuskenowie nigdy nie kupowali automat¢w! Wreszcie gadatliwa gromada ustaliˆa wsp¢lne stanowisko: r©ce Jaw¢w skierowaˆy si© zgodnie ku wschodowi. Skywalker skin¥ˆ gˆow¥ i bez sˆowa odleciaˆ we wskazanym kierunku. Jego rozm¢wcy wygl¥dali na oburzonych brakiem pieni©¾nego dowodu wdzi©czno˜ci, lecz Anakin w og¢le si© tym nie przej¥ˆ. Asteroidy wirowaˆy w ciszy z kamienn¥ oboj©tno˜ci¥, jakby nigdy nie byˆo po˜r¢d nich walcz¥cych zaciekle statk¢w i pot©¾nych eksplozji. W gˆ©bokiej rozpadlinie na powierzchni jednej z wielkich bryˆ ukryˆ si© maˆy my˜liwiec, kt¢rego ostre ksztaˆty silnie kontrastowaˆy z poszarpanymi skaˆami zabarwionymi ¾yˆami mineraˆ¢w wypeˆniaj¥cych asteroid©. - A niech to... Wˆa˜nie dlatego nienawidz© latania - odezwaˆ si© Obi-Wan. Ton gwizdu jednostki typu R4 wskazywaˆ na to, ¾e astromechaniczny robot w peˆni si© z nim zgadza. Niewiele byˆo rzeczy, kt¢re i mogˆy wstrz¥sn¥† do˜wiadczonym rycerzem Jedi, ale pojedynek z pilotem tak doskonaˆym jak Jango Fett z pewno˜ci¥ byˆ jedn¥ z nich. W przeciwieästwie do wi©kszo˜ci wsp¢ˆbraci z Zakonu, Obi-Wan Kenobi nigdy nie przepadaˆ za podr¢¾ami mi©dzygwiezdnymi, nie m¢wi¥c ju¾ o pilotowaniu statku. Skrzywiˆ si©, kiedy po kolejnym obrocie asteroidy jego oczom ukazaˆy si© znowu roz¾arzone strz©py metalu orbituj¥ce po˜r¢d mniejszych i wi©kszych gˆaz¢w. Gdy my˜liwiec zostaˆ uszkodzony salw¥ z dziaˆ laserowych - na szcz©˜cie wi¥zki naruszyˆy jedynie dysz© silnika manewrowego - Jedi zrozumiaˆ, ¾e nie b©dzie w stanie umkn¥† przed torped¥ samonaprowadzaj¥c¥. Dlatego rozkazaˆ R4 wyrzuci† w przestrzeä wszystkie pojemniki z cz©˜ciami zamiennymi, kt¢re, jak si© okazaˆo, miaˆy wystarczaj¥c¥ mas© do zdetonowania pocisku. Bior¥c pod uwag© to, jak pot©¾na byˆa eksplozja torpedy oraz to, w jakim tempie musiaˆ l¥dowa† w skalnej rozpadlinie, Obi-Wan poczuˆ niewymown¥ ulg©, kiedy przekonaˆ si©, ¾e jego statek byˆ prawie nienaruszony. Nie miaˆ jednak zamiaru wdawa† si© w kolejn¥ walk© z Jango Fettem i jego dziwnym, niesamowicie skutecznym statkiem - dlatego czekaˆ cierpliwie przez dˆugie minuty, nim zacz¥ˆ dziaˆa†. - Zapisaˆe˜ ich ostatni¥ trajektori©? - spytaˆ robota i skin¥ˆ gˆow¥, sˆysz¥c twierdz¥cy ˜wist. - My˜l©, ¾e wystarczy ju¾ tego czekania. W drog©. - Obi-Wan umilkˆ na chwil©, rozwa¾aj¥c wydarzenia, w kt¢rych przyszˆo mu uczestniczy† podczas poszukiwaä Jango Fetta. - Zagadka staje si© coraz bardziej zawiˆa, Arfour. S¥dzisz, ¾e doczekamy si© wreszcie jakiej˜ odpowiedzi? D«wi©k, kt¢ry wydaˆ z siebie R4, Obi-Wan zinterpretowaˆ jako odpowiednik wzruszenia ramionami. Lec¥c ˜ladem ˆowcy nagr¢d, Jedi nie zdziwiˆ si© zbytnio, ¾e zbli¾a si© szybko do czerwonej tarczy planety Geonosis. Zaskoczyˆ go jednak fakt, ¾e jego my˜liwiec nie byˆ jedynym statkiem w okolicy. Zaalarmowany popiskiwaniem R4, zmieniˆ zasi©g dziaˆania skaner¢w. Po przeciwnej stronie pasa asteroid orbitowaˆa flota du¾ych jednostek. - To statki Federacji Handlowej - stwierdziˆ, zmieniaj¥c kurs tak, by spojrze† na armad©. - A¾ tyle? - zdziwiˆ si© i pokr©ciˆ gˆow¥. W skˆad grupy wchodziˆy wielkie okr©ty o ksztaˆcie niedomkni©tego pier˜cienia otaczaj¥cego kulisty kadˆub. Skoro armia klon¢w zam¢wiona przez Mistrza Jedi byˆa przeznaczona dla Republiki, a Jango Fett byˆ wzorcem dla tysi©cy ¾oˆnierzy, to co mogˆo go ˆ¥czy† z Federacj¥ Handlow¥? A je¾eli to on staˆ za nieudanymi zamachami na senator Amidal©, czoˆow¥ przedstawicielk© opozycji wobec idei utworzenia siˆ zbrojnych, to dlaczego Federacja Handlowa pozwoliˆa mu na kontrakt z Kamino? Obi-Wan pomy˜laˆ, ¾e by† mo¾e niewˆa˜ciwie oceniˆ rol© Janga Fetta, a przynajmniej jego motywacj©. Mo¾e Fett podobnie jak Kenobi i Skywalker - ˜cigaˆ ˆowczyni© nagr¢d, kt¢ra pr¢bowaˆa zabi† Amidal©? Mo¾e zatruta strzaˆka nie miaˆa sˆu¾y† uciszeniu na zawsze wynaj©tej zab¢jczym, tylko ukaraniu jej za usiˆowanie morderstwa? Mimo wszystko Jedi nie potrafiˆ w to uwierzy†. Nadal uwa¾aˆ, ¾e to Jango organizowaˆ zamachy, a potem zabiˆ kobiet© odmieäca, by go nie zdradziˆa. Ale jaki to miaˆo zwi¥zek z armi¥ klon¢w? I co Fett miaˆ wsp¢lnego z Federacj¥ Handlow¥? W caˆej tej gmatwaninie fakt¢w i domysˆ¢w brakowaˆo logiki. Kenobi wiedziaˆ, ¾e odpowiedzi nie znajdzie na orbicie, wi©c skierowaˆ my˜liwiec ku powierzchni Geonosis, pilnuj¥c, by pier˜cieä asteroid zasˆoniˆ go przed skanerami okr©t¢w Federacji Handlowej. Zanurzywszy si© w atmosferze planety, maszyna Obi-Wana gwaˆtownie zmniejszyˆa puˆap lotu i pomkn©ˆa tu¾ nad ziemi¥, by czym pr©dzej znale«† si© w strefie nieobj©tej dziaˆaniem systemu obrony powietrznej. Sun¥c ponad czerwonawymi r¢wninami, usianymi odˆamka-mi gˆaz¢w, od czasu do czasu omijaˆa strzeliste formy skalne o ˜ci©tych wierzchoˆkach. Caˆy glob sprawiaˆ wra¾enie suchego i pozbawionego ro˜linno˜ci, lecz w koäcu skanery my˜liwca wykryˆy w oddali ˜lady aktywno˜ci. Obi-Wan skorygowaˆ kurs i wzleciaˆ nad szczyt jednej skaˆ. Szybko znalazˆ nisz©, w kt¢rej mi©kko posadziˆ my˜liwiec. Wy-skoczywszy z kabiny, podszedˆ do skraju urwiska. Powietrze miaˆo niecodzienny metaliczny smak, ale byˆo przyjemnie ciepˆe. Silny wiatr ni¢sˆ z daleka dziwny przenikliwy krzyk. - Id©, Arfour. Robot odpowiedziaˆ smutnym, przeci¥gˆym "ooooo". - Nic ci si© nie stanie - zapewniˆ go Obi-Wan. - Niedˆugo wr¢c©. - Sprawdziwszy jeszcze raz kierunek, z kt¢rego dochodziˆy sygnaˆy zarejestrowane przez skaner, Kenobi ruszyˆ kamienist¥ ˜cie¾k¥ w d¢ˆ, ciesz¥c si© w duchu, ¾e znowu ma pod stopami staˆy grunt. Godziny dˆu¾yˆy si© Padm‚ niezno˜nie. Owen i Beru byli bardzo przyjacielscy, a Cliegg nie ukrywaˆ zadowolenia z obecno˜ci go˜cia w tych trudnych, peˆnych rozpaczy chwilach, lecz ona prawie z nimi nie rozmawiaˆa - dr©czyˆ j¥ niepok¢j o Anakina. Nigdy jeszcze nie widziaˆa go peˆnym determinacji tak pot©¾nej, ¾e prawie namacalnej; tak wszechogarniaj¥cej, ¾e niemal niszczycielskiej. W momencie rozstania pierwszy raz odczuˆa prawdziw¥ siˆ© Anakina, ukryt¥ moc przy†miewaj¥c¥ wszystko, co do tej pory znaˆa. Je¾eli jego matka jeszcze ¾yˆa - a Padm‚ wierzyˆa, ¾e tak jest, bo tak powiedziaˆ jej Anakin - to ¾adna armia nie byˆaby w stanie powstrzyma† mˆodego Jedi przed jej uwolnieniem. Tej nocy Padm‚ nie spaˆa dobrze. Wstawaˆa kilka razy i spacerowaˆa po dziedziäcu. Wreszcie zaszˆa do gara¾u, w kt¢rym - jak s¥dziˆa - mogˆa zosta† przez chwil© sama. - Dobry wiecz¢r, panno Padm‚ - odezwaˆ si© z ciemno˜ci wesoˆy gˆos. - Nie mo¾e pani spa†? - spytaˆ C-3PO. - Nie mog©. Zbyt wiele spraw zaprz¥ta moje my˜li. - Przejmuje si© pani prac¥ w senacie? - Nie, martwi© si© o Anakina. Powiedziaˆam mu takie rzeczy... Obawiam si©, ¾e mogˆam go bardzo zrani†. Sama nie wiem... mo¾e zraniˆam tylko siebie? Pierwszy raz w ¾yciu jestem tak bardzo zagubiona. - Nie wiem, czy pociesz¥ pani¥ moje sˆowa, panno Padm‚, ale nie wydaje mi si©, ¾eby w moim ¾yciu byˆa cho† jedna chwila, kiedy nie czuˆem si© zagubiony. - Chciaˆabym, ¾eby wiedziaˆ, jak bardzo mi na nim zale¾y, Threepio - powiedziaˆa cicho Padm‚. - Naprawd© mi zale¾y. A teraz jest gdzie˜ tam, na pustyni, w niebezpieczeästwie... - Prosz© si© nie martwi† o pana Anakina. - Android pocieszaj¥cym gestem poˆo¾yˆ dˆoä na jej barku. - Na pewno potrafi o siebie zadba†. Nawet na tej okropnej planecie. - Okropnej? - spytaˆa Padm‚. - Nie jeste˜ tu szcz©˜liwy? C-3PO cofn¥ˆ si© o krok i rozˆo¾yˆ ramiona, ukazuj¥c zdewastowane blachy i naruszon¥ izolacj© przewod¢w w miejscach, gdzie nie chroniˆa ich powˆoka. Padm‚ pochyliˆa si© nieco i dostrzegˆa piasek zapychaj¥cy stawy androida. - Obawiam si©, ¾e tutejsze warunki s¥ wyj¥tkowo niesprzyjaj¥ce - wyja˜niˆ C-3PO. - Kiedy pan Anakin mnie stworzyˆ, nie znalazˆ czasu na dorobienie mi powˆok. Pani Shmi dokoäczyˆa mnie po pewnym czasie, ale nawet blachy nie chroni¥ mnie caˆkowicie przed wiatrem i piaskiem. Drobiny dostaj¥ si© do wn©trza i czuj©... sw©dzenie. - Sw©dzenie? - powt¢rzyˆa Padm‚, wybuchaj¥c ˜miechem, kt¢rego tak bardzo jej brakowaˆo. Nie wiem, jak inaczej m¢gˆbym to opisa†, panno Padm‚. Obawiam si©, ¾e tarcie piasku nie sˆu¾y moim obwodom i podzespoˆom. Padm‚ rozejrzaˆa si© i zatrzymaˆa wzrok na wyci¥garce ˆaäcuchowej, zawieszonej nad kadzi¥ ciemnego pˆynu. - Przydaˆaby ci si© k¥piel olejowa - stwierdziˆa. - O tak, k¥piel! Zadowolona, ¾e ma czym si© zaj¥†, Padm‚ podeszˆa do wanny z olejem i uruchomiˆa wyci¥gark©. Po chwili Threepio byˆ got¢w, a wtedy wolno opu˜ciˆa go do kadzi. - Och! zawoˆaˆ android. - ˆaskocze! - �askocze? Jeste˜ pewien, ¾e nie sw©dzi? - Potrafi© odr¢¾ni† ˆaskotanie od sw©dzenia - odparˆ C-3PO. Padm‚ zachichotaˆa, na chwil© zapominaj¥c o przygn©biaj¥cej rzeczywisto˜ci. Anakin wiedziaˆ, ¾e to dzieˆo Tusken¢w, gdy tylko zatrzymaˆ maszyn©, by spojrze† na ponur¥ scen©. Zmaltretowane i okaleczone ciaˆa trzech farmer¢w - zapewne nale¾¥cych do oddziaˆu, kt¢ry towarzyszyˆ Clieggowi w po˜cigu - le¾aˆy obok wygasˆego ogniska. W pobli¾u staˆa para dˆugonogich jucznych eopie o szerokich stopach podobnych do kopyt i koäskich pyskach, w kt¢rych niewiele byˆo inteligencji. Sp©tane zwierz©ta spogl¥daˆy na przybysza, porykuj¥c z cicha, kawaˆek dalej dopalaˆy si© szcz¥tki ˜migacza. Anakin przeczesaˆ palcami wˆosy. - Tylko spokojnie - powiedziaˆ do siebie. - Znajd« j¥. - Skoncentrowaˆ si© i u¾yˆ Mocy, si©gaj¥c zmysˆami daleko w gˆ¥b pustyni. Desperacko potrzebowaˆ potwierdzenia, ¾e jego matki nie spotkaˆ podobny los, jak nieszcz©snych farmer¢w. Poczuˆ silne ukˆucie b¢lu i do jego umysˆu dotarˆo echo dalekiego woˆania - peˆnego nadziei i bezradnego zarazem. - Mamo - wyszeptaˆ bezd«wi©cznie. Wiedziaˆ, ¾e ma niewiele czasu, ¾e Shmi cierpi straszliwie, a iskra ¾ycia tli si© w niej coraz sˆabiej. Nie miaˆ teraz czasu na grzebanie zabitych, ale obiecaˆ sobie, ¾e wr¢ci do nich, kiedy uwolni matk©. Skoczyˆ na siodeˆko rakietowego skutera i otworzyˆ przepustnic© do maksimum, by pod¥¾aj¥c za gˆosem Shmi, pomkn¥† nad ponur¥, ton¥c¥ w mroku pustyni¥. —cie¾ka byˆa w¥ska i stroma, lecz Obi-Wan i tak cieszyˆ si©, ¾e znowu czuje solidny grunt pod nogami. Niezbyt solidny, pomy˜laˆ, kiedy spˆoszyˆ go przenikliwy pisk jakiego˜ zwierz©cia, a mniej ostro¾ny krok posˆaˆ w przepa˜† maˆ¥ lawin© kamieni. Jedi omal nie run¥ˆ w d¢ˆ, ale w por© odzyskaˆ r¢wnowag©. Trzymaˆ r©koje˜† miecza ˜wietlnego, ale nie zapaliˆ klingi. Ze zdwojon¥ czujno˜ci¥ ruszyˆ dalej, spodziewaj¥c si© niebezpieczeästwa za najbli¾szym zakr©tem kamienistego szlaku. Nie byˆ zaskoczony, kiedy rzuciˆa si© na niego podobna do jaszczurki istota o wielkich ostrych kˆach, z kt¢rych kapaˆa ˜lina. Stw¢r; poruszaˆ si© na mocnych tylnych ˆapach, przebieraj¥c w˜ciekle przednimi, znacznie mniejszymi. Ostrze miecza wysun©ˆo si© z cichym buczeniem. Obi-Wan uskoczyˆ przed szar¾uj¥cym jaszczurem, w locie tn¥c jego bok od przedniej ˆapy po zad. Zwierz© opadˆo na ziemi© i pr¢bowaˆo zawr¢ci†, ale b¢l sparali¾owaˆ je na moment i straciˆo r¢wnowag©. Z przera«liwym wyciem run©ˆo w gˆ©bok¥ przepa˜†. Obi-Wan nie miaˆ czasu na podziwianie jego lotu. Tu¾ obok pojawiˆa si© druga bestia atakuj¥ca z szeroko otwart¥ z©bat¥ paszcz©k¥. Jedi wbiˆ w ni¥ kling© miecza ˜wietlnego, jednym pchni©ciem przebijaj¥c z©by, podniebienie i czaszk©. Poci¥gn¥ˆ ostrze w bok, rozcinaj¥c do koäca martwy ju¾ czerep, i natychmiast odwr¢ciˆ si© w stron© trzeciego przeciwnika, kt¢ry skoczyˆ na niego pot©¾nym susem. Obi-Wan padˆ na ziemi©, pozwalaj¥c, by jaszczur przeleciaˆ nad nim. Poderwaˆ si©, by pogna† za nim, ale zatrzymaˆ si© w p¢ˆ kroku, odwr¢ciˆ r©koje˜† i pchn¥ˆ mieczem za siebie, dziurawi¥c korpus czwartego zwierz©cia. Obr¢ciˆ si© w miejscu, przerzucaj¥c broä z prawej do lewej dˆoni i dokoäczyˆ ci©cie, wyrywaj¥c ostrze z boku konaj¥cego jaszczura i powracaj¥c do pozycji wyj˜ciowej - twarz¥ do napastnika, kt¢ry przeskoczyˆ nad nim chwil© wcze˜niej. Zwierz© kr¥¾yˆo wolno, a Obi-Wan obracaˆ si© wraz z nim, nie przestaj¥c obserwowa† okolicy. Pr¢bowaˆ odstraszy† jaszczura - miaˆ nadziej©, ¾e nie b©dzie to trudne, skoro jedna z bestii le¾aˆa ju¾ na dnie przepa˜ci, a dwie pozostaˆe, martwe, spoczywaˆy na kamienistej ziemi. Rozw˜cieczony potw¢r rzuciˆ si© jednak nagle do ataku, kˆapi¥c wielkimi szcz©kami. Obi-Wan zrobiˆ krok w bok i do przodu, jednocze˜nie tn¥c mieczem z g¢ry. �eb jaszczura potoczyˆ si© po ˜cie¾ce. - Urocze miejsce - mrukn¥ˆ Jedi, kiedy upewniˆ si©, ¾e w pobli¾u nie ma wi©cej bestii. Przypi¥wszy broä do pasa, ruszyˆ przed siebie i po chwili min¥ˆ kolejny zakr©t ˜cie¾ki biegn¥cej w d¢ˆ urwistym zboczem. Przed jego oczami rozpostarˆa si© teraz panorama ogromnej r¢wniny. W oddali wznosiˆy si© ponad ni¥ smukˆe ksztaˆty, kt¢rych w ciemno˜ci nie potrafiˆ zidentyfikowa†. Si©gn¥ˆ po elektrolornetk© i skierowaˆ j¥ w stron© tajemniczych ksztaˆt¢w. Zobaczyˆ olbrzymie wie¾e - nie naturalne stalagmity, jak te, kt¢re mijaˆ po drodze, ale sztucznie wzniesione konstrukcje. Ruchem pokr©tˆa zmieniˆ skal© i jasno˜† obrazu, po czym znowu powi¢dˆ obiektywem po linii horyzontu. Dopiero teraz ujrzaˆ statki Federacji Handlowej stoj¥ce na niezliczonych l¥dowiskach. Jedi przygl¥daˆ si© w zdumieniu, jak spod ziemi tu¾ obok jednego z okr©t¢w wyˆania si© platforma i zst©puj¥ z niej tysi¥ce robot¢w bojowych. Maszyny weszˆy po rampie do ˆadowni, a wtedy gigantyczna jednostka uniosˆa si© w powietrze i odleciaˆa. Po chwili na tym samym l¥dowisku osiadˆ wolno kolejny okr©t. Nast©pna platforma wyˆoniˆa si© spod ziemi i znowu tysi¥ce robot¢w wmaszerowaˆo do czekaj¥cego statku, kt¢ry - napeˆniwszy luk zast©pami mechanicznych ¾oˆnierzy - ni¢sˆ ramp© i wystartowaˆ. - Nie do wiary - mrukn¥ˆ Jedi i spojrzaˆ na wschodni ˆuk horyzontu, pr¢buj¥c oceni†, ile czasu pozostaˆo do ˜witu. Zastanawiaˆ si©, czy zd¥¾y dobiec do wie¾, zanim zrobi si© jasno. Zrozumiaˆ, ¾e z pewno˜ci¥ nie dokona tego, je˜li b©dzie dalej w©drowaˆ powoli ˜cie¾k¥. Wzruszywszy ramionami, stan¥ˆ na kraw©dzi w¥skiego szlaku, zamkn¥ˆ oczy i poszukaˆ wsparcia w Mocy. A potem skoczyˆ, wykorzystuj¥c jej energi© do wyhamowania upadku. Wyl¥dowaˆ wiele metr¢w ni¾ej, na stromej skarpie, lecz nie zatrzymaˆ si© ani na chwil©: odbiˆ si© ponownie i tak - skacz¥c i lec¥c na przemian - pokonaˆ caˆ¥ drog© na d¢ˆ, do pogr¥¾onej w mroku r¢wniny. Sˆoäce nie wyjrzaˆo jeszcze zza wschodniego widnokr©gu - cho† ciemno˜† ust©powaˆa ju¾ przed sˆab¥ po˜wiat¥ przed˜witu - kiedy Obi-Wan Kenobi dotarˆ do najwi©kszej z wie¾ tworz¥cych niezwykˆy kompleks. Wej˜cia strzegˆy roboty bojowe, lecz Jedi nawet nie my˜laˆ o skorzystaniu z tej drogi. U¾yˆ Mocy i wˆasnych umiej©tno˜ci, by wdrapa† si© po pionowej ˜cianie do maˆego okienka. Bezszelestnie w˜lizn¥ˆ si© do wn©trza i posuwaˆ si© naprz¢d pod osˆon¥ cienia, p¢ki nie usˆyszaˆ krok¢w dw¢ch dziwacznych istot - Geonosjan, jak s¥dziˆ. Ukryˆ si© za zasˆon¥, obserwowaˆ obcych, ubranych w sk¥pe stroje, niezakrywaj¥ce ich czerwonawej sk¢ry zwisaj¥cej lu«no ze smukˆych koäczyn. Na ko˜cistych plecach dostrzegˆ sk¢rzaste skrzydˆa. Gˆowy Geonosjan byˆy du¾e i wydˆu¾one, ozdobione na szczycie i po bokach kostnymi zgrubieniami. Wyˆupiaste oczy, zakryte grubymi powiekami, nadawaˆy ich twarzom wyraz wiecznego niezadowolenia. - Za wiele istot my˜l¥cych - odezwaˆ si© jeden z obcych. - Nie masz prawa krytykowa† arcyksi©cia Poggle'a Mniejszego - ganiˆ go drugi. Spieraj¥c si© zawzi©cie, para znikn©ˆa w gˆ©bi korytarza. Jedi wyszedˆ z ukrycia i ruszyˆ w przeciwn¥ stron©. Staraˆ si© pozostawa† w cieniu kolumnady ci¥gn¥cej si© wzdˆu¾ w¥skiego korytarza. Nie m¢gˆ nie zauwa¾y† uderzaj¥cego kontrastu mi©dzy wystrojem wn©trz, kt¢re przemierzaˆ, a urod¥ miasta Tipoca. Na planecie Kamino wszystko byˆo dzieˆem sztuki - mi©kkie ksztaˆty i gˆadko˜†, szkˆo i ˜wiatˆo podczas gdy w wie¾y na Geonosis dominowaˆy ostre kraw©dzie, szorstkie materiaˆy i surowa funkcjonalno˜†. Obi-Wan dotarˆ do wylotu kanaˆu, z kt¢rego dobiegaˆy przenikliwe metaliczne d«wi©ki oraz echo mocnych uderzeä. Przypadˆ do ziemi i rozejrzaˆ si© ostro¾nie, a potem podpeˆzˆ do kraw©dzi otworu i spojrzaˆ w d¢ˆ. Znalazˆ si© nad przestronn¥ sal¥ fabryczn¥, peˆn¥ haˆa˜liwych maszyn i poci©t¥ sieci¥ ta˜m produkcyjnych. W niemym zdumieniu przygl¥daˆ si© zast©pom Geonosjan - r¢¾ni¥cych si© od tych z korytarza jedynie brakiem skrzydeˆ - w skupieniu montuj¥cych roboty. Na koäcu gˆ¢wnej ta˜my produkcyjnej gotowe automaty schodziˆy na ziemi© i karnie maszerowaˆy w gˆ¥b korytarza. Id¥ w stron© platform, kt¢re przenosz¥ je wprost do czekaj¥cych okr©t¢w Federacji Handlowej, pomy˜laˆ Jedi. Kenobi pobiegˆ dalej, lecz wkr¢tce wyczuˆ poprzez Moc daleki lecz wyra«ny sygnaˆ. Skr©ciˆ w labirynt korytarzy i po chwili dotarˆ do wielkiej podziemnej sali o wysoko wysklepionym stropie, podpartym topornymi ˆukami. Wyczuwaˆ blisko˜† czego˜ lub kogo˜ wa¾nego, wi©c ukryˆ si© za kolumn¥. Najpierw usˆyszaˆ gˆosy, a zaraz potem, gdy tylko przypadˆ do kamiennej posadzki, zobaczyˆ postacie. Byˆo ich sze˜†, cztery w zwartej grupce i dwie trzymaj¥ce si© nieco w tyle. Poch¢d otwierali dwaj Geonosjanie, za˜ tu¾ za nimi kroczyˆ neimoidiaäski wicekr¢l, kt¢rego Obi- Wan doskonale pami©taˆ. Rysy m©¾czyzny, kt¢ry mu towarzyszyˆ, tak¾e byˆy Kenobiemu znane - z rze«b, kt¢re widziaˆ w —wi¥tyni Jedi na Coruscant. - Teraz musimy jeszcze skˆoni† Gildi© Handlow¥ i Sojusz Korporacyjny do podpisania tego paktu - m¢wiˆ byˆy rycerz Jedi, hrabia Dooku. Byˆ wysokim i przystojnym m©¾czyzn¥ o kr¢lewskiej postawie. Miaˆ siwe, idealnie przystrzy¾one wˆosy i regularne rysy twarzy, z silnie zarysowanym podbr¢dkiem. Jego oczy spogl¥daˆy na rozm¢wc© przenikliwie, dopeˆniaj¥c obrazu czˆowieka, kt¢ry niegdy˜ nale¾aˆ do najwybitniejszych Jedi. Dooku miaˆ na sobie czarn¥ peleryn©, spi©t¥ pod szyj¥ srebrnym ˆaäcuchem, a tak¾e czarn¥ koszul© i spodnie z delikatnego materiaˆu. Przygl¥daj¥c si© hrabiemu i wyczuwaj¥c jego emanacj©, Obi-Wan rozumiaˆ doskonale, ¾e ten czˆowiek musiaˆ mie† to, co najlepsze. - A co z t¥ senator z Naboo? - spytaˆ Neimoidianin, Nute Gunray. Paciorkowate oczy i chuda twarz wicekr¢la wygl¥daˆy niepozornie w por¢wnaniu z wysokim tr¢jro¾nym nakryciem gˆowy, z kt¢rym nigdy si© nie rozstawaˆ. - Czy ju¾ nie ¾yje? Nie podpisz© tego waszego paktu, p¢ki jej gˆowa nie wyl¥duje na moim biurku. Obi-Wan pokiwaˆ gˆow¥. Kawaˆki wielkiej ukˆadanki zacz©ˆy trafia† na swoje miejsce. To, ¾e Nute Gunray ¾yczyˆ Amidali rychˆej ˜mierci, miaˆo sens, nawet je˜li gˆos pani senator sprzeciwiaj¥cej si© utworzeniu armii dla Republiki dziaˆaˆ na jego korzy˜†. Przecie¾ to wˆa˜nie ona upokorzyˆa Neimoidian podczas pami©tnej blokady Naboo. - Jestem czˆowiekiem honoru - odezwaˆ si© jeden z separatyst¢w. - Dzi©ki nowym robotom bojowym, kt¢re dla ciebie stworzyli˜my, wicekr¢lu, b©dziesz miaˆ najpot©¾niejsz¥ armi© w galaktyce - odezwaˆ si© Geonosjanin, kt¢rym, jak domy˜laˆ si© Obi-Wan, byˆ sam Poggle Mniejszy. Nie byˆ podobny do swych skrzydlatych pobratymc¢w i robotnik¢w z fabryki robot¢w, kt¢rych Jedi spotkaˆ wcze˜niej. Sk¢ra Geonosjanina miaˆa ja˜niejszy, bardziej szarawy ni¾ czerwonawy odcieä. Jego gˆowa byˆa ogromna, a wielkie wykrzywione usta na koäcu wysuni©tych ku przodowi szcz©k nadawaˆy mu gro«ny wygl¥d. Dˆugi podbr¢dek arcyksi©cia wygl¥daˆ jak bujna broda zwisaj¥ca do poˆowy piersi. Rozmowa toczyˆa si© dalej, lecz ju¾ poza zasi©giem sˆuchu Obi-Wana, kt¢ry jeszcze przez dˆug¥ chwil© nie odwa¾yˆ si© ruszy† z miejsca. Skromny orszak dotarˆ do kraäca sali i min¥wszy ostatni ˆuk, wszedˆ na szerokie schody. Rycerz Jedi odczekaˆ chwil©, zanim pod¥¾yˆ ˜ladem spiskowc¢w. Ostro¾nie wspi¥ˆ si© po schodach i dotarˆ do maˆego okienka z widokiem na niewielk¥ salk© znaj duj¥c¥ si© za ˜cian¥. Dostrzegˆ w ˜rodku te same osoby, kt¢re podsˆuchiwaˆ chwil© wcze˜niej, a tak¾e kilka nowych, w tym trzech opozycyjnych senator¢w Republiki. Pierwszym z nich byˆ Po Nudo z Ando, A¥ualishanin o wielkiej gˆowie, podobnej do heˆmu z goglami. Obok niego zasiedli Toonbuck Toora z Sy Myrth, typ o gadziej gˆowie, osadzonej bezpo˜rednio na tuˆowiu, i szerokich ustach oraz Tessek, quarreäski senator o twarzy zakoäczonej wianuszkiem podryguj¥cych niespokojnie macek. Obi-Wan znaˆ wszystkich trzech; widywaˆ ich nieraz na Coruscant. Jedi zrozumiaˆ, ¾e udaˆo mu si© zakra˜† do samego serca nieprzyjacielskiego obozu. - Znaj¥ panowie Shu Mai, reprezentantk© Gildii Handlowej? - spytaˆ senator¢w hrabia Dooku, zasiadˆszy u szczytu stoˆu. Shu Mai z powag¥ skin©ˆa gˆow¥. Jej delikatna, szarawa, pomarszczona gˆowa tkwiˆa na koäcu dˆugiej szyi. Poziome, dˆugie i spiczaste uszy byˆy tak ciekawym elementem jej urody, jak skomplikowana fryzura, podobna do powleczonego sk¢r¥ rogu, stercz¥cego z tylnej cz©˜ci czaszki Shu Mai, zakr©caj¥cego ku g¢rze i ku przodowi. - A oto San Hill, wielce szanowny czˆonek Galaktycznego Klanu Bankowego - ci¥gn¥ˆ Dooku, wskazuj¥c r©k¥ na istot© o najdˆu¾szej i najw©¾szej twarzy, jak¥ Obi-Wan kiedykolwiek widziaˆ. Zebrani przy stole wymienili pozdrowienia i skin©li gˆowami na powitanie. Gdy zapadˆa cisza, wszystkie oczy skierowaˆy si© na hrabiego Dooku. Kenobi miaˆ wra¾enie, ¾e byˆy Jedi w peˆni kontroluje sytuacj©, maj¥c wˆadz© nawet nad arcyksi©ciem planety. - Jak ju¾ wspominaˆem, jestem przekonany, i¾ dzi©ki waszemu wsparciu przyˆ¥czy si© do naszej sprawy kolejnych dziesi©† tysi©cy gwiezdnych system¢w - rzekˆ hrabia. - Pozwol© sobie tak¾e przypomnie†, ¾e jeste˜my absolutnie wierni ideaˆom kapitalizmu - wierzymy w zmniejszenie wysoko˜ci podatk¢w i ceˆ oraz, w ostatecznym rozrachunku, zniesienie wszelkich barier w handlu. Podpisanie naszego paktu przyniesie waszym organizacjom zyski, o kt¢rych nawet nie ˜nili˜cie. Proponujemy caˆkowicie wolny handel - podsumowaˆ Dooku, spogl¥daj¥c na Nute'a Gunraya, kt¢ry skin¥ˆ gˆow¥. - Nasi przyjaciele z Federacji Handlowej zapewnili nas o swoim poparciu - dodaˆ hrabia. - Dzi©ki ich i waszym robotom bojowym wystawimy armi© niemaj¥c¥ sobie r¢wnych w galaktyce. Republika b©dzie bez szans. - Za pozwoleniem, hrabio - odezwaˆ si© jeden z m©¾czyzn, kt¢rzy szli uprzednio na koäcu sze˜cioosobowego orszaku. - Naturalnie, Passelu Argente - odparˆ Dooku. - Zawsze z zainteresowaniem sˆuchamy przedstawicieli Sojuszu Korporacyjnego. Onie˜mielony nerwowy m©¾czyzna pokˆoniˆ si© lekko przed hrabi¥. - Sojusz Korporacyjny upowa¾niˆ mnie do podpisania tego paktu. - Jeste˜my niewymownie wdzi©czni za ch©† wsp¢ˆpracy, panie przewodnicz¥cy odparˆ dwornie hrabia Dooku. Obi-Wan rozumiaˆ prawdziwe znaczenie tej wymiany zdaä: to byˆa gra obliczona na przekonanie do wsp¢lnej sprawy mniej entuzjastycznie nastawionych uczestnik¢w spotkania. Hrabia Dooku pr¢bowaˆ budowa† odpowiedni¥ dramaturgi©. Jego wysiˆki napotkaˆy jednak przeszkod© w postaci chˆodnych sˆ¢w Shu Mai: - W tej chwili Gildia Handlowa nie zaanga¾uje si© otwarcie w wasze dziaˆania. - nast©pne zdania troch© zˆagodziˆy jednak nieprzyjemny wyd«wi©k oschˆej wypowiedzi. - B©dziemy jednak wspiera† was w tajemnicy i bardzo cieszymy si© na my˜l o prowadzeniu wsp¢lnych interes¢w. Wok¢ˆ stoˆu obrad rozlegˆy si© stˆumione chichoty, ale hrabia Dooku tylko si© u˜miechn¥ˆ. - I tylko tego nam potrzeba - zapewniˆ Shu Mai, po czym przeni¢sˆ wzrok na wielce szanownego czˆonka Klanu Bankowego. Inni tak¾e spojrzeli na Sana Hilla. - Galaktyczny Klan Bankowy gor¥co popiera wasze d¥¾enia, hrabio Dooku - zadeklarowaˆ Hill. - Ale pod warunkiem, ¾e nie b©dzie jedynym sygnatariuszem tego paktu. Obi-Wan cofn¥ˆ si© nieco, usilnie zastanawiaj¥c si© nad implikacjami tego, co przed chwil¥ usˆyszaˆ. Hrabia Dooku byˆ na najlepszej drodze do zmontowania koalicji, kt¢ra mogˆa stanowi† ˜miertelne zagro¾enie dla Republiki. Maj¥c do dyspozycji pieni¥dze bankier¢w, federacji i gildii - a tak¾e fabryki peˆn¥ par¥ produkuj¥ce zast©py robot¢w bojowych - miaˆ realne szans© na zrealizowanie swoich plan¢w. Czy dlatego wˆa˜nie Mistrz Sifo-Dyas zam¢wiˆ armi© klon¢w? Czy¾by przeczuˆ nadci¥gaj¥ce niebezpieczeästwo? A je˜li tak, to jaki zwi¥zek istniaˆ mi©dzy Jangiem Fettem a grup¥ spiskowc¢w na Geonosis? Czy fakt, i¾ czˆowiek wybrany na wzorzec dla armii klon¢w, kt¢ra miaˆa broni† Republiki, na zlecenie Federacji Handlowej staˆ si© organizatorem zamach¢w na pani¥ senator Amidal©, byˆ jedynie zbiegiem okoliczno˜ci? Obi-Wan nie wierzyˆ w tak zdumiewaj¥ce zbiegi okoliczno˜ci, lecz nie miaˆ teraz szans na poznanie prawdy. Bardzo chciaˆ zosta† dˆu¾ej i posˆucha† rozm¢w uczestnik¢w spisku, ale wiedziaˆ, ¾e powinien teraz wydosta† si© z wie¾y i wr¢ci† na statek, by nada† ostrze¾enie dla Rady Jedi. Przez kilka ostatnich godzin Obi-Wan ogl¥daˆ wyˆ¥cznie armie - klon¢w i robot¢w. Wiedziaˆ, ¾e wydarzenia potocz¥ si© teraz bˆyskawicznie i doprowadz¥ do eksplozji, jakiej nie widziano w galaktyce od wielu stuleci. ROZDZIA� 20 Niewiele widziaˆa - oczy, opuchni©te od bicia i sklejone zakrzepˆ¥ krwi¥, nie chciaˆy si© otworzy†. Niewiele sˆyszaˆa - tylko chrapliwe gro«ne gˆosy. Jej ciaˆo niczego ju¾ nie odczuwaˆo, poza nieustaj¥cym b¢lem. Nie, Shmi nie ¾yˆa ju¾ tym, co dziaˆo si© na zewn¥trz, ale tym, co tliˆo si© jeszcze w jej wn©trzu: wspomnieniami chwil, kiedy oboje z Anakinem byli niewolnikami Watta. Nie mieli w¢wczas ˆatwego ¾ycia, lecz to, ¾e miaˆa przy sobie syna, wystarczyˆo, by teraz my˜laˆa o tych latach z rozrzewnieniem. Shmi poj©ˆa, jak bardzo brakowaˆo jej chˆopca przez ostatnie dziesi©† lat. Za ka¾dym razem, gdy wychodziˆa noc¥ na pustyni© i wpatrywaˆa si© w niebo, my˜laˆa o nim i wyobra¾aˆa sobie, ¾e przemierza galaktyk©, broni¥c sˆabych, ratuj¥c caˆe ˜wiaty przed potworami i tyranami. Zawsze jednak liczyˆa na to, ¾e pewnego dnia znowu go zobaczy, ¾e Annie zjawi si© kiedy˜ na farmie i z niewinnym u˜miechem, kt¢rym niegdy˜ roz˜wietlaˆ caˆy dom, powita j¥ tak, jakby nigdy si© nie rozstawali. Shmi kochaˆa Cliegga i Owena. Kochaˆa ich szczerze. Cliegg byˆ jej wybawc¥, jej dzielnym rycerzem, Owen za˜ zast¥piˆ jej syna, kt¢rego straciˆa - zawsze byˆ peˆen wsp¢ˆczucia, zawsze z przyjemno˜ci¥ sˆuchaˆ jej opowie˜ci o dokonaniach maˆego Anakina. Z czasem Shmi pokochaˆa te¾ Beru. Lecz czy byˆ kto˜, kto jej nie kochaˆ? Dziewczyna Owena byˆa niezwykˆ¥ osob¥, peˆn¥ ciepˆa i cichej wewn©trznej siˆy. Lecz mimo u˜miechu losu, kt¢ry sprowadziˆ t© tr¢jk© w ¾ycie Shmi Skywalker, w jej sercu zawsze pozostawaˆo puste miejsce zarezerwowane dla Anakina, jej synka, jej bohatera. Dlatego i teraz, gdy kres ¾ycia wydawaˆ si© bliski, uparcie wspominaˆa zdarzenia z jego dzieciästwa, pr¢buj¥c jednocze˜nie nawi¥za† z nim my˜lowy kontakt. Anakin zawsze wyczuwaˆ silne uczucia; byˆ zestrojony z t¥ tajemnicz¥ Moc¥ jak nikt inny. Jedi, kt¢ry zjawiˆ si© na Tatooine, od razu to zauwa¾yˆ. By† mo¾e Annie nawet teraz czuˆ jej miˆo˜†. Potrzebowaˆa tego, by zamkn¥ˆ si© cykl, by jej syn wiedziaˆ, ¾e przez wszystkie lata rozˆ¥ki, mimo odlegˆo˜ci, kt¢ra ich dzieliˆa, kochaˆa go bezwarunkow¥ miˆo˜ci¥ i my˜laˆa o nim nieustannie. Anakin byˆ jej pocieszeniem, jej ucieczk¥ przed b¢lem niewoli u Tusken¢w, kt¢rzy tak uparcie zn©cali si© nad jej ciaˆem. Ka¾dego dnia przychodzili, by j¥ torturowa† - kˆu† ostrymi grotami wˆ¢czni, tˆuc drzewcami i biczowa†. Cho† nie rozumiaˆa gardˆowej mowy Ludzi Piasku, rozumiaˆa, ¾e jest w tym co˜ wi©cej ni¾ zwykˆe pragnienie zadawania b¢lu. To byˆ spos¢b, w jaki Tuskenowie oceniali swoich wrog¢w, a s¥dz¥c po ich gestach i tonie, Shmi domy˜laˆa si©, ¾e jej odporno˜† zrobiˆa na nich wra¾enie. Oprawcy nie wiedzieli jednak, ¾e siˆa ich ofiary pˆynie z matczynej miˆo˜ci. Gdyby nie wspomnienia i nadzieja, ¾e syn odbierze mocny sygnaˆ jej uczu†, Shmi Skywalker ju¾ dawno poddaˆaby si© i spocz©ˆa w obj©ciach ˜mierci. W bladej po˜wiacie peˆni ksi©¾yca Anakin Skywalker zatrzymaˆ rakietowy skuter na szczycie wysokiej wydmy i spojrzaˆ w d¢ˆ, na niekoäcz¥ce si© pustkowie Tatooine. W niewielkiej odlegˆo˜ci dostrzegˆ maˆ¥ oaz©, a w niej ob¢z. Wiedziaˆ od razu - nim jeszcze dostrzegˆ pierwsz¥ sylwetk© wroga - ¾e ma przed sob¥ osad© Tusken¢w. Wyczuˆ te¾ obecno˜† matki, a ˜ci˜lej b¢l przenikaj¥cy jej ciaˆo. Padawan podpeˆzˆ do obozowiska. Jedna z chat, stoj¥ca na skraju oazy, wydaˆa mu si© solidniejsza od pozostaˆych. Kiedy podkradˆ si© bli¾ej, zaintrygowaˆ go widok stra¾nik¢w siedz¥cych przed wej˜ciem. - Och, mamo - szepn¥ˆ Anakin. Bezszelestnie jak cieä, mˆody Jedi przemkn¥ˆ przez ob¢z, kryj¥c si© za szaˆasami, przytulaj¥c do ich ˜cian i peˆzn¥c tam, gdzie nie miaˆ si© za czym schowa†. Uparcie skradaˆ si© w stron© chaty, w kt¢rej uwi©ziono jego matk©, a¾ wreszcie przyˆo¾yˆ dˆonie do mi©kkiej sk¢ry, odbieraj¥c fale b¢lu i silnych uczu† osoby, kt¢ra znajdowaˆa si© w ˜rodku. Spojrzawszy w stron© wej˜cia, stwierdziˆ, ¾e niczego niepodejrzewaj¥cy wartownicy nadal siedz¥ na swoich miejscach. Dobyˆ miecza i zapaliˆ kling©, pochylaj¥c si© nisko nad ziemi¥ tak, by zasˆoni† blask. Ogniste ostrze z ˆatwo˜ci¥ przeci©ˆo ˜cian© chaty. Padawan w˜lizn¥ˆ si© do ˜rodka, nie sprawdzaj¥c nawet, czy nie ma tam Tusken¢w. - Mamo - powt¢rzyˆ, czuj¥c, ¾e uginaj¥ si© pod nim nogi. We wn©trzu chaty ustawiono dziesi¥tki ˜wiec, a w smudze ksi©¾ycowego ˜wiatˆa wpadaj¥cej przez otw¢r w dachu Anakin zobaczyˆ sylwetk© Shmi, przywi¥zanej do mocnego stela¾a, twarz¥ do ˜ciany. Jej ramiona rozci¥gni©to szeroko, sznurami rozcinaj¥c sk¢r© nadgarstk¢w. Twarz, widoczna z profilu, nosiˆa ˜lady bicia. Anakin szybko uwolniˆ matk© i przytuliˆ, a potem uˆo¾yˆ na ziemi. - Mamo... mamo... mamo - szeptaˆ ˆagodnie. Wiedziaˆ, ¾e Shmi ¾yje, cho† jej ciaˆo byˆo ¾aˆo˜nie bezwˆadne. Wyczuwaˆ j¥ w Mocy, lecz emanacja byˆa bardzo sˆaba. Uˆo¾yˆ gˆow© Shmi na swoim ramieniu i cicho powtarzaˆ imi© matki, a¾ wreszcie jej powieki, opuchni©te i zakrwawione, uniosˆy si© z trudem. - Annie? - szepn©ˆa. Padawan sˆyszaˆ zˆowieszczy ˜wist przy ka¾dym jej oddechu; wiedziaˆ, ¾e to skutek zˆamania co najmniej kilku ¾eber. - Czy to ty? Kobieta zdoˆaˆa jako˜ skupi† wzrok na rysach mˆodzieäca i na jej zmaltretowanej twarzy pojawiˆ si© cieä u˜miechu. - Jestem tu, mamo - odpowiedziaˆ. - Jeste˜ bezpieczna. Trzymaj si©. Zabior© ci© st¥d. - Annie... Annie? - powtarzaˆa z niedowierzaniem Shmi, z u˜miechem pochylaj¥c gˆow© w taki spos¢b, jak robiˆa to, gdy Anakin byˆ maˆym psotnym chˆopcem. - Jaki˜ ty przystojny. - Oszcz©dzaj siˆy, mamo - odparˆ spokojnie. - Musimy st¥d uciec. - M¢j syn - wyszeptaˆa Shmi. Anakin miaˆ wra¾enie, ¾e duchem byˆa gdzie˜ indziej, w znacznie bardziej bezpiecznym miejscu. - M¢j dorosˆy syn... Wiedziaˆam, ¾e do mnie wr¢cisz. Zawsze wiedziaˆam. Anakin chciaˆ przykaza† jej jeszcze raz, by le¾aˆa spokojnie i oszcz©dzaˆa siˆy, ale ˜ci˜ni©te gardˆo odm¢wiˆo mu posˆuszeästwa. - Jestem z ciebie dumna, Annie. Taka dumna... Bardzo mi ciebie brakowaˆo. - A mnie ciebie, mamo, ale porozmawiamy o tym p¢«niej... - Teraz jestem usatysfakcjonowana - przerwaˆa mu cicho Shmi. Spojrzaˆa w g¢r©, nie na twarz syna, ale wy¾ej, na poˆyskuj¥c¥ w otworze w sklepieniu tarcz© ksi©¾yca. Anakin rozumiaˆ co si© dzieje. - Zostaä ze mn¥, mamo - szepn¥ˆ bˆagalnie, ze wszystkich siˆ powstrzymuj¥c rozpacz, kt¢ra go ogarniaˆa. - Wylecz© ci©. Wszystko... wszystko b©dzie dobrze. - Kocham... - zacz©ˆa Shmi, lecz urwaˆa w p¢ˆ sˆowa i znieruchomiaˆa. Anakin widziaˆ, jak jej oczy nagle straciˆy blask. Oddychaˆ z trudem. Z szeroko otwartymi, jakby zastygˆymi w wyrazie niedowierzania oczami, uni¢sˆ ciaˆo Shmi i przycisn¥ˆ do piersi, a potem dˆugo koˆysaˆ je w obj©ciach. Nie docieraˆo do niego, ¾e matka odeszˆa. Nie wierzyˆ w to! Odsun¥ˆ j¥ na odlegˆo˜† ramion, bezgˆo˜nie bˆagaj¥c, by daˆa mu jaki˜ znak. Lecz oczy Shmi pozostaˆy puste. Anakin znowu przytuliˆ matk© i koˆysaˆ, jakby chciaˆ uˆo¾y† j¥ do snu. A potem zˆo¾yˆ jej ciaˆo na ziemi i delikatnie zamkn¥ˆ martwe oczy. Nie wiedziaˆ, co robi†. Dˆugo siedziaˆ w bezruchu, wpatruj¥c si© w zwˆoki matki, a kiedy wreszcie podni¢sˆ gˆow©, jego oczy pˆon©ˆy nienawi˜ci¥ i gniewem. W my˜li odtworzyˆ wydarzenia ostatnich dni, zastanawiaj¥c si©, co m¢gˆ zrobi† inaczej, lepiej, by ocali† Shmi. Si©gaj¥c pami©ci¥ jeszcze dalej, doszedˆ do wniosku, ¾e przede wszystkim nie powinien byˆ jej opuszcza†; nie powinien byˆ pozwoli†, by Qui-Gon zabraˆ z Tatooine tylko jego. Na chwil© przed ˜mierci¥ powiedziaˆa, ¾e jest dumna z syna, ale jak m¢gˆ zasˆu¾y† na jej dum©, skoro nie potrafiˆ jej uratowa†? A przecie¾ tak bardzo chciaˆ, ¾eby byˆa dumna; chciaˆ opowiedzie† matce o wszystkim, co ksztaˆtowaˆo jego ¾ycie przez ostatnie dziesi©† lat - o szkoleniu Jedi, o dobrze wykonanych misjach, a przede wszystkim o Padm‚. Marzyˆ o tym, by Shmi lepiej poznaˆa kobiet©, kt¢r¥ kochaˆ! Polubiˆaby j¥ na pewno, jak¾eby inaczej? Co ma teraz zrobi†? Minuty mijaˆy, a Anakin wci¥¾ siedziaˆ nieruchomo, oszoˆomiony narastaj¥cym gniewem i poczuciem gˆ©bokiej pustki, jakiej nie zaznaˆ nigdy dot¥d. Dopiero o brzasku, gdy wn©trze chaty rozja˜niˆo si© nieco, odbieraj¥c moc wolno spalaj¥cym si© ˜wiecom, mˆody padawan przypomniaˆ sobie, gdzie si© znajduje. Zastanawiaˆ si©, w jaki spos¢b wynie˜† z osady ciaˆo matki, bo nie zamierzaˆ zostawi† go na pastw© Je«d«c¢w Tusken. Trudno byˆo mu zebra† siˆy; wszelkie ruchy, kt¢re musiaˆby wykona†, nagle wydaˆy mu si© bezsensowne. W tym momencie jedynym uczuciem, z kt¢rego Anakin m¢gˆ czerpa† siˆ©, byˆa wzbieraj¥ca w nim w˜ciekˆo˜† i rozpacz. Cichy gˆos w jego duszy ostrzegˆ go, ¾e nie wolno mu oddawa† si© gniewowi, ¾e przekroczy granic© ciemnej strony. Anakin spojrzaˆ na nieruchome ciaˆo Shmi - emanowaˆo wiecznym spokojem, ale nosiˆo te¾ ˜lady cierpienia, kt¢re zadawano nieszcz©snej kobiecie przez ostatnie tygodnie. Padawan Jedi wstaˆ i si©gn¥ˆ po miecz, a potem odwa¾nie ruszyˆ ku drzwiom chaty. Dwaj Tuskenowie peˆni¥cy stra¾ z wrzaskiem zaatakowali go paˆkami, lecz ostrze pˆon¥ce bˆ©kitnym blaskiem pojawiˆo si© nagle, jak bˆyskawica, i prowadzone pewn¥ r©k¥ Anakina w uˆamku sekundy pozbawiˆo wartownik¢w ¾ycia. Nie ukoiˆo to gniewu padawana. Mistrz Yoda, pogr¥¾ony w gˆ©bokiej medytacji, pr¢bowaˆ wejrze† za zasˆon© ciemnej strony. Nagle poczuˆ impuls w˜ciekˆo˜ci, szaˆu wprost niemo¾liwego do opanowania. Jedi gwaˆtownie otworzyˆ oczy, zszokowany pot©g¥ tego gniewu. Zaraz potem usˆyszaˆ znajomy gˆos. - Nie, Anakinie! Nie r¢b tego! To byˆ gˆos Qui-Gona; Mistrz nie miaˆ co do tego w¥tpliwo˜ci. A przecie¾ Qui-Gon Jinn nie ¾yˆ, min©ˆy lata, odk¥d zjednoczyˆ si© z Moc¥! Nikt nie m¢gˆ zachowa† ˜wiadomo˜ci w tym stanie, nikt nie m¢gˆ przemawia† zza grobu! Jednak Yoda usˆyszaˆ gˆos, a bior¥c pod uwag© fakt, i¾ byˆ maksymalnie skoncentrowany, jak zawsze podczas gˆ©bokiej medytacji, m¢gˆ by† pewien, ¾e si© nie pomyliˆ. Chciaˆ skupi† si© na tym dziwnym zjawisku, wytropi† my˜l¥ «r¢dˆo gˆosu, ale nie byˆ w stanie, przytˆoczyˆa go bowiem kolejna fala w˜ciekˆo˜ci, b¢lu i... pot©gi. Chrz¥kn¥ˆ cicho i pochyliˆ si©, lecz wyrwaˆ go z transu Mace Windu, kt¢ry stan¥ˆ nagle w drzwiach komnaty. - Co si© dzieje? - spytaˆ Mace. - B¢l. Cierpienie. —mier†! Czuj©, ¾e co˜ strasznego si© staˆo. Mˆody Skywalker b¢l cierpi. Potworny b¢l. Yoda nie powiedziaˆ Mace'owi o tym, ¾e m©ka Anakina odbiˆa si© w polu Mocy tak silnym echem, ¾e zareagowaˆ na ni¥ duch mistrza Jedi, kt¢ry przed laty odkryˆ talent chˆopca. Zbyt wiele si© dziaˆo, by roztrz¥sa† t© zagadkow¥ spraw©. Bezcielesny znajomy gˆos pozostaˆ jednak w my˜lach Yody. Je¾eli nie zawiodˆy go zmysˆy, je¾eli naprawd© usˆyszaˆ to, co usˆyszaˆ... Anakin tak¾e usˆyszaˆ gˆos Qui-Gona nakazuj¥cy mu wyrzec si© gniewu. Nie rozpoznaˆ go jednak, w˜ciekˆo˜† i b¢l st©piˆy bowiem jego zmysˆy. Gdzie˜ z boku, przed jednym z namiot¢w, dostrzegˆ tuskeäsk¥ kobiet© trzymaj¥c¥ w dˆoniach ceber z brudn¥ wod¥. Nieco dalej, w cieniu innej chaty, przystan©ˆo dziecko i przygl¥daˆo mu si© z niedowierzaniem. Padawan ruszyˆ do ataku. W peˆnym biegu bˆysn¥ˆ kling¥ miecza i kobieta z krzykiem upadˆa na ziemi©. Teraz caˆe obozowisko eksplodowaˆo ruchem. Ludzie Piasku wybiegali ze wszystkich chat; wielu z broni¥ w r©ce, lecz Anakin rozpocz¥ˆ ju¾ sw¢j taniec ˜mierci, wspomagany niezmierzon¥ energi¥ Mocy. Skoczyˆ i wyl¥dowaˆ przed kolejnym namiotem, jeszcze w locie tn¥c mieczem. Dwaj Tuskenowie zgin©li, zanim spostrzegli, ¾e znalazˆ si© mi©dzy nimi. Trzeci ruszyˆ do ataku, pr¢buj¥c rzuci† wˆ¢czni¥, ale padawan uni¢sˆ otwart¥ dˆoä i w mgnieniu oka wyrosˆa przed nim niewidzialna, twardsza od skaˆy bariera Mocy. Lekki ruch r©ki wystarczyˆ, by barbarzyäca z wˆ¢czni¥ przeleciaˆ dobrych trzydzie˜ci metr¢w i z ˆomotem zderzyˆ si© ze ˜cian¥ chaty. Anakin unikaˆ cios¢w, biegaˆ i skakaˆ, wywijaj¥c broni¥ na wszystkie strony. Ka¾de pchni©cie posyˆaˆo na ziemi© wij¥cego si© w agonii Tuskena, a ka¾de ci©cie posyˆaˆo na ziemi© strz©py spowitych w szmaty ciaˆ. Wkr¢tce nie byˆo ju¾ ch©tnych do walki z padawanem, ale nie oznaczaˆo to koäca bitwy. Anakin dostrzegˆ grupk© przera¾onych istot znikaj¥cych w chacie i natychmiast wyci¥gn¥ˆ r©k© ku odlegˆemu wielkiemu gˆazowi. Kamieä usˆuchaˆ wezwania i pomkn¥ˆ nad pustyni¥, po drodze zabijaj¥c uciekaj¥cego Tuskena. A potem z woli Anakina opadˆ na chat© peˆn¥ Ludzi Piasku, robi¥c z nich miazg©. Padawan biegaˆ po obozie jak oszalaˆy, krokiem wspomaganym przez Moc, szlachtuj¥c umykaj¥ce stworzenia. Wszystkie. Co do jednego. Nie czuˆ ju¾ pustki; czuˆ przypˆyw energii i pot©gi tak ogromnej, ¾e nigdy nawet nie podejrzewaˆ jej istnienia. Czuˆ, ¾e jest peˆen Mocy, peˆen siˆy, peˆen ¾ycia. A potem nagle wszystko si© skoäczyˆo. Anakin staˆ po˜r¢d ruin obozowiska, otoczony dziesi¥tkami ciaˆ martwych Je«d«c¢w Tusken. Ocalaˆa tylko jedna chata. Padawan wyˆ¥czyˆ miecz i ruszyˆ w jej stron©, by z nabo¾n¥ czci¥ unie˜† ciaˆo matki. ROZDZIA� 21 - Gotowe! - o˜wiadczyˆa Padm‚, wyci¥gaj¥c C-3PO z olejowej k¥pieli. Bardzo si© staraˆa nie roze˜mia†, niechc¥cy bowiem opu˜ciˆa androida zbyt gˆ©boko i teraz wymachiwaˆ ramionami jak szalony, krzycz¥c, ¾e go o˜lepiono. Padm‚ szarpn©ˆa jego metalowym korpusem i przechyliwszy go na bok si©gn©ˆa po szmat©, by zetrze† nadmiar oleju z blaszanej twarzy. Kiedy oczy˜ciˆa oczy androida, opu˜ciˆa go na podˆog© i odpi©ˆa ˆaäcuch. - Lepiej? - spytaˆa. - Och, znacznie lepiej, panno Padm‚ - odparˆ C-3PO, gestykuluj¥c energicznie wyra«nym zadowoleniem. - Nie sw©dzi? - upewniˆa si©, przygl¥daj¥c si© swojemu dzieˆu. - Nie sw©dzi - odrzekˆ android. - To dobrze - powiedziaˆa z u˜miechem, kt¢ry szybko zgasˆ. Konserwacja androida oderwaˆa j¥ od niepokoj¢w ostatnich godzin. Czas min¥ˆ szybko; nawet nie zauwa¾yˆa, ¾e sˆoäce zacz©ˆo wschodzi†, a wraz z nim powr¢ciˆ strach o Anakina. Nie miaˆa dok¥d uciec przed l©kiem. - Och, dzi©kuj©, panno Padm‚! Dzi©kuj©! - powtarzaˆ rozradowany C-3PO. Ruszyˆ w jej stron© z szeroko rozpostartymi ramionami, lecz zatrzymaˆ si© w poˆowie drogi, jakby nagle przypomniaˆ sobie, i¾ tego typu zachowania nie s¥ zgodne z protokoˆem. Dzi©kuj© powt¢rzyˆ, tym razem z nieco wi©ksz¥ doz¥ godno˜ci. - bardzo dzi©kuj©. W drzwiach gara¾u stan¥ˆ Owen Lars. - Tu jeste˜ - zwr¢ciˆ si© do Padm‚. - Wsz©dzie ci© szukamy. - Byˆam tu przez caˆy czas. Threepio bardzo potrzebowaˆ k¥pieli w oleju. - Wiesz, Padm‚ - odezwaˆ si© mˆody Lars, u˜miechaj¥c si© szeroko - postanowiˆem odda† go Anakinowi. Matka na pewno chciaˆaby, ¾eby tak si© staˆo. Padm‚ odwzajemniˆa u˜miech i kiwn©ˆa gˆow¥. - Wr¢ciˆ! Wr¢ciˆ! - rozlegˆo si© znienacka woˆanie Beru. Padm‚ i Owen bez sˆowa wybiegli z gara¾u. Na powierzchni doˆ¥czyli do Beru, a zaraz potem pojawiˆ si© Cliegg na repulsorowym fotelu, kt¢ry z trudem przeciskaˆ si© mi©dzy meblami i przez drzwi podziemnego domostwa. - Gdzie? - spytaˆa Padm‚. Beru wskazaˆa odlegˆy punkt na pustyni. Mru¾¥c oczy i zasˆaniaj¥c je dˆoni¥ przed blaskiem bli«niaczych sˆoäc, Padm‚ dostrzegˆa wreszcie na horyzoncie czarn¥ kropk©. Rzeczywi˜cie, to Anakin p©dziˆ skuterem w ich stron©. Kiedy ruchomy punkt przybraˆ ksztaˆt ludzkiej sylwetki, kobieta zauwa¾yˆa, ¾e padawan nie jest sam: do tylnej cz©˜ci ramy maszyny przywi¥zane byˆo nieruchome ciaˆo. - Och, Shmi - wyszeptaˆ Cliegg Lars, dr¾¥c na caˆym ciele. Beru z wysiˆkiem stˆumiˆa szloch. Owen stan¥ˆ obok niej i obj¥ˆ ramieniem. Kiedy Padm‚ zerkn©ˆa na niego ukradkiem, zobaczyˆa spˆywaj¥c¥ po policzku ˆz©. Chwil© p¢«niej Anakin hamowaˆ ju¾ ostro przed milcz¥c¥ grup¥. Bez sˆowa zsiadˆ z maszyny i zabraˆ si© do odwi¥zywania zwˆok. Kiedy skoäczyˆ, wzi¥ˆ ciaˆo matki na r©ce i podszedˆ do Cliegga. Przystan¥ˆ na moment, dziel¥c si© b¢lem z kalekim m©¾czyzn¥. A potem min¥ˆ go i znikn¥ˆ we wn©trzu domu. Padm‚ nie mogˆa si© otrz¥sn¥† po tym, co zobaczyˆa w twarzy Anakina. Nigdy dot¥d nie widziaˆa takiej mieszaniny emocji: w˜ciekˆo˜ci, rozpaczy, poczucia winy i rezygnacji. Wiedziaˆa, ¾e mˆody padawan wkr¢tce b©dzie jej potrzebowaˆ. Nie wiedziaˆa tylko, jak mogˆaby mu pom¢c. Tego dnia w domu Lars¢w nie rozmawiaˆo si© wiele. Wszyscy zaj©li si© swoimi obowi¥zkami. Robili wszystko, byle tylko nie podda† si© rozpaczy. Dlatego Padm‚, zaj©ta szykowaniem posiˆku dla Anakina, zdziwiˆa si© nieco, gdy doˆ¥czyˆa do niej Beru. Zdziwiˆa si© jeszcze bardziej, kiedy narzeczona Owena zapytaˆa: - Jak tam jest? Padm‚ spojrzaˆa na ni¥ zdziwiona. - Sˆucham? - Na Naboo. Jak tam jest? Min©ˆa dˆuga chwila, nim Padm‚ zdobyˆa si© na odpowied«. - Jest bardzo... bardzo zielono. Mamy mn¢stwo wody, drzew i innych ro˜lin. Jest zupeˆnie inaczej ni¾ tutaj. - Padm‚ odwr¢ciˆa si©, gdy tylko wypowiedziaˆa te sˆowa, cho† wiedziaˆa, ¾e zachowuje si© nieuprzejmie. Teraz jednak chciaˆa by† tylko z Anakinem, wi©c nie m¢wi¥c nic wi©cej, zabraˆa si© do napeˆniania tacki jedzeniem. - W takim razie, Tatooine podoba mi si© bardziej - orzekˆa Beru. - Mo¾e kiedy˜ odwiedzisz moj¥ planet© - zasugerowaˆa Padm‚ bardziej z grzeczno˜ci, ni¾ dla podtrzymania rozmowy. - W¥tpi©. Nie lubi© podr¢¾owa† - odpowiedziaˆa powa¾nie Beru. Padm‚ wzi©ˆa tac© i ruszyˆa w stron© wyj˜cia. - Dzi©ki, Beru - rzuciˆa na po¾egnanie, u˜miechaj¥c si© z przymusem. Odnalazˆa Anakina w gara¾u, przy stole roboczym, zaj©tego napraw¥ jednej z cz©˜ci rakietowego skutera. - Przyniosˆam ci co˜ do jedzenia. Padawan spojrzaˆ na ni¥ przelotnie i wr¢ciˆ do przerwanej pracy. Padm‚ zauwa¾yˆa, ¾e w ka¾dy ruch wkˆada przesadn¥ siˆ© i nie mo¾e skoncentrowa† si© na tym, co robi. - Zmieniacz nawaliˆ - odezwaˆ si© z udawanym zainteresowaniem. - ½ycie staje si© znacznie prostsze, kiedy czˆowiek zajmuje si© po prostu naprawianiem zepsutych rzeczy. Jestem w tym dobry. Zawsze byˆem. Ale... Z rozmachem cisn¥ˆ klucz i stan¥ˆ z opuszczon¥ gˆow¥. Padm‚ widziaˆa, ¾e jest bliski zaˆamania. - Dlaczego musiaˆa umrze†? - spytaˆ cicho. Mˆoda kobieta postawiˆa tack© na stole i stan©ˆa za padawanem, obejmuj¥c go w pasie i opieraj¥c gˆow© o jego plecy. - Dlaczego nie mogˆem jej uratowa†? - dr¥¾yˆ Anakin. - Przecie¾ wiem, ¾e potrafiˆbym! - Pr¢bowaˆe˜, Annie. - Padm‚ przytuliˆa si© mocniej. - S¥ takie rzeczy, kt¢rych nikt nie jest w stanie naprawi†. Nie jeste˜ wszechmocny. Na te sˆowa wyrwaˆ si© z jej obj©†, ogarni©ty gniewem. - A powinienem by†! - warkn¥ˆ, spogl¥daj¥c na ni¥ z ponur¥ determinacj¥. - pewnego dnia b©d©! - Nie m¢w tak, Annie - odpowiedziaˆa przestraszona Padm‚, lecz on nawet jej nie sˆuchaˆ. - B©d© najpot©¾niejszym spo˜r¢d wszystkich Jedi! - ci¥gn¥ˆ. - mog© ci to obieca†! Naucz© si© nawet nie dopuszcza†, ¾eby ludzie umierali! - Anakinie... - Wszystko przez Obi-Wana! - Mˆody Jedi z w˜ciekˆo˜ci¥ r¥bn¥ˆ pi©˜ci¥ w st¢ˆ, omal nie str¥caj¥c tacy. - Usun¥ˆ mnie w cieä! - ½eby˜ m¢gˆ mnie strzec - odpowiedziaˆa cicho. - Powinienem byˆ ruszy† z nim, wytropi† zab¢jc©! Zrobiˆbym to ju¾ dawno temu, a wtedy przyleciaˆbym tu wcze˜niej i matka jeszcze by ¾yˆa! - Nie wiesz przecie¾... - Zazdro˜ci mi - ci¥gn¥ˆ Anakin, nie zwracaj¥c uwagi na sˆowa Padm‚. Zrozumiaˆa, ¾e nie m¢wi ju¾ do niej, tylko wypowiada na gˆos my˜li, kt¢re w sobie tˆumiˆ. Sˆuchaj¥c go, nie wierzyˆa wˆasnym uszom. - usun¥ˆ mnie z drogi, bo wie, ¾e ju¾ jestem pot©¾niejszy ni¾ on! Pr¢buje mnie ogranicza†! Padawan podni¢sˆ klucz i cisn¥ˆ nim o ˜cian© gara¾u. Narz©dzie z gˆo˜nym brz©kiem wyl¥dowaˆo na podˆodze. - Annie, co ci jest? - zawoˆaˆa. - Przecie¾ ci powiedziaˆem! - Nie! - odkrzykn©ˆa. - Nie. Co naprawd© ci© gn©bi? Padawan patrzyˆ na ni¥ w milczeniu. - Annie? Wydawaˆo jej si©, ¾e Anakin jakby zapadˆ si© w sobie. - Ja... ja ich zabiˆem - wyznaˆ. Gdyby Padm‚ nie podbiegˆa i nie chwyciˆa go mocno w ramiona, upadˆby na ziemi©. - Zabiˆem ich wszystkich - dodaˆ po chwili. - Wyci¥ˆem w pieä, co do jednego. Spojrzaˆ na ni¥ z b¢lem i odniosˆa wra¾enie, ¾e teraz dopiero powr¢ciˆ z bardzo, bardzo dalekiej podr¢¾y. - Walczyˆe˜ ju¾... - zacz©ˆa spokojnie. - Nie tylko m©¾czyzn - przerwaˆ, nie zwracaj¥c na ni¥ uwagi. - A u Tusken¢w jedynie m©¾czy«ni s¥ wojownikami. Nie, nie tylko ich... Tak¾e kobiety i dzieci. - Twarz Anakina wykrzywiˆa si© w dziwnym grymasie, jakby ˜cieraˆy si© na niej gniew i poczucie winy. - S¥ jak zwierz©ta! - zawoˆaˆ. - Wi©c wyr¾n¥ˆem ich jak zwierz©ta! Nienawidz© ich! Padm‚ cofn©ˆa si©, zbyt oszoˆomiona, by cokolwiek powiedzie†. Wiedziaˆa, ¾e Anakin czeka na jej sˆowo lub gest, ale mogˆa jedynie wpatrywa† si© w niego jak sparali¾owana. On jednak nie patrzyˆ w jej stron© - dˆugo spogl¥daˆ w przestrzeä niewidz¥cym wzrokiem, a¾ wreszcie spu˜ciˆ gˆow© i jego silnymi ramionami wstrz¥sn¥ˆ szloch. Padm‚ przyci¥gn©ˆa go do siebie i obj©ˆa mocno, cho† nadal nie wiedziaˆa, co powiedzie†. - Dlaczego ich tak nienawidz©? - spytaˆ cicho chˆopak. - Nienawidzisz ich, czy tego, co zrobili twojej matce? - Ich! - powt¢rzyˆ uparcie. - Zasˆu¾yli na tw¢j gniew, Anakinie. Kiedy uni¢sˆ gˆow©, by spojrze† na Padm‚, jego oczy byˆy mokre od ˆez. - Byˆo w tym co˜ jeszcze... - urwaˆ, potrz¥sn¥ˆ gˆow¥, a potem ukryˆ twarz w mi©kko˜ci jej piersi. Po chwili znowu podni¢sˆ gˆow©, chc¥c za wszelk¥ cen© wyja˜ni†, co czuje. - Nie mogˆem... Nie umiaˆem... - wykrztusiˆ, zaciskaj¥c r©k© w pi©˜†. - Nie umiaˆem nad sob¥ zapanowa† - przyznaˆ. - Nie chc© ich nienawidzi†. Wiem, ¾e nie powinno by† we mnie miejsca na nienawi˜†, ale... nie potrafi© im wybaczy†! - Gniew jest rzecz¥ ludzk¥ - zapewniˆa go Padm‚. - A kontrolowa† gniew jest rzecz¥ Jedi - odparowaˆ. Odsun¥ˆ si© od niej i wstaˆ, by wyjrze† przez otwarte drzwi na bezmiar pustyni. Padm‚ podeszˆa do niego i obj©ˆa w ge˜cie pocieszenia. - Ciiii... - szepn©ˆa i delikatnie pocaˆowaˆa go w policzek. - Jeste˜ tylko czˆowiekiem. - Nie, jestem Jedi. Wiem, ¾e sta† mnie na wi©cej - odparˆ, spogl¥daj¥c jej w oczy i wolno kr©c¥c gˆow¥. - Tak mi przykro. Tak bardzo ¾aˆuj©... - Jeste˜ taki sam jak inni ludzie - powiedziaˆa Padm‚. Jego ciaˆem znowu wstrz¥sn¥ˆ rozpaczliwy szloch. Padm‚ byˆa przy nim. Tul¥c go ˆagodnie, bez koäca powtarzaˆa, ¾e wszystko b©dzie dobrze. Obi-Wan Kenobi opadˆ ci©¾ko na fotel w kabinie my˜liwca, kr©c¥c gˆow¥ z nieukrywan¥ irytacj¥. Bezpieczne wycofanie si© z miasta-fabryki zaj©ˆo mu sporo czasu i kiedy wreszcie odnalazˆ sw¢j statek, wydawaˆo mu si©, ¾e przygoda dobiegˆa koäca. Myliˆ si©. - Nadajnik dziaˆa - zwr¢ciˆ si© do R4, kt¢ry za˜wiergotaˆ twierdz¥co. - Ale nie odbieramy sygnaˆu zwrotnego. Coruscant jest zbyt daleko. - Jedi spojrzaˆ na robota. - Czy mo¾esz zwi©kszy† moc? W piskliwej odpowiedzi nie byˆo nic pocieszaj¥cego. - Trzeba b©dzie spr¢bowa† czego˜ innego. - Obi-Wan rozejrzaˆ si©, szukaj¥c rozwi¥zania. Nie chciaˆ startowa† i oddala† si© od planety, bo m¢gˆ zosta† wykryty, lecz miaˆ te¾ ˜wiadomo˜†, ¾e sygnaˆ z nadajnika nie przebij e si© z wystarczaj¥c¥ moc¥ przez g©st¥ metaliczn¥ atmosfer© Geonosis. - Naboo jest bli¾ej - stwierdziˆ nagle. R4 pisn¥ˆ potakuj¥co. - mo¾emy spr¢bowa† nawi¥za† kontakt z Anakinem, a on przeka¾e wiadomo˜† dalej. Tym razem R4 odpowiedziaˆ entuzjastycznym gwizdem. Obi-Wan wyskoczyˆ z kabiny pilota, by ponownie nagra† wiadomo˜† przeznaczon¥ dla Anakina. Chwil© p¢«niej astromechaniczny robot daˆ mu zna†, ¾e co˜ jest nie tak. Jedi parskn¥ˆ zniecierpliwiony i wr¢ciˆ do kabiny. - Jak to nie ma go na Naboo? - spytaˆ. R4 odpowiedziaˆ mu ˜piewnym "oooo". Obi- Wan nie zamierzaˆ sprzecza† si© z maszyn¥. Sprawdziˆ wskazania instrument¢w i wkr¢tce wiedziaˆ ju¾, ¾e sygnaˆu wywoˆawczego Anakina nie spos¢b byˆo namierzy† nigdzie na Naboo. - Anakinie? Anakinie? Sˆyszysz mnie? Tu Obi-Wan Kenobi - powtarzaˆ, unosz¥c pokˆadowy komunikator i kieruj¥c go mniej wi©cej w stron© sektora, w kt¢rym znajdowaˆa si© Naboo. Po kilku bezowocnych pr¢bach Jedi odˆo¾yˆ nadajnik na miejsce. - Nie ma go na Naboo, Arfour. Spr¢buj© rozszerzy† zasi©g poszukiwaä. Mam nadziej©, ¾e nic mu si© nie staˆo... Czas pˆyn¥ˆ, a Kenobi siedziaˆ bezczynnie w kabinie. Wiedziaˆ, ¾e traci cenne minuty, ale nie miaˆ wyboru. Nie m¢gˆ wr¢ci† do wie¾, bo byˆo to zbyt ryzykowne - wpadka nie wchodziˆa w rachub© w chwili, gdy miaˆ do przekazania Radzie Jedi tak wa¾ne wie˜ci. Z tego samego powodu nie m¢gˆ uciec z czerwonej planety. Poza tym nie dowiedziaˆ si© jeszcze wszystkiego - potrzebowaˆ informacji. Czekaˆ wi©c, a jego cierpliwo˜† wreszcie zostaˆa nagrodzona: R4 daˆ mu znak radosnym szczebiotem. Obi-Wan pochyliˆ si© nad konsolet¥ i zdumiaˆ si©, widz¥c potwierdzenie odbioru sygnaˆu. - Zgadza si©, to jest sygnaˆ Anakina, ale nadszedˆ z Tatooine! Co on tam robi, do pioruna!? Przecie¾ kazaˆem mu zosta† na Naboo! R4 wydaˆ z siebie przeci¥gˆe "oooo". - W porz¥dku. R¢bmy swoje, potem dowiemy si© prawdy. - Kenobi wyszedˆ z kabiny i zeskoczyˆ na ziemi©. - Nadawaj, Arfour. Mamy maˆo czasu. Robot posˆusznie skierowaˆ ku niemu obiektyw. - Anakinie? - zacz¥ˆ Obi-Wan. - Anakinie, czy mnie sˆyszysz? Tu Obi-Wan Kenobi. R4 przekazaˆ mu odpowied«: seri© pisk¢w i gwizd¢w, kt¢rych zwykle nie u¾ywaˆy roboty R4-P, ale kt¢re wydaˆy si© Obi-Wanowi znajome. - Artoo? —wietnie. Odbierasz czysty przekaz? R2 ˜wisn¥ˆ twierdz¥co. - Zarejestruj t© wiadomo˜† i przeka¾ j¥ Jedi Skywalkerowi - poleciˆ Kenobi. Odpowiedziaˆ mu kolejny gwizd. - Anakinie, m¢j nadajnik dalekiego zasi©gu nie dziaˆa. Przeka¾ t© wiadomo˜† na Coruscant... Jedi rozpocz¥ˆ opowie˜†. Nie wiedziaˆ jednak, ¾e Geonosjanie przechwycili transmisj© i metod¥ triangulacji obliczyli poˆo¾enie my˜liwca. Zaj©ty nadawaniem, Obi-Wan Kenobi nie zauwa¾yˆ nawet robot¢w niszczycieli, kt¢re potoczyˆy si© cicho w jego stron© i przyj©ˆy pozycj© bojow¥. Nawet dwa gor¥ce sˆoäca nad Tatooine nie byˆy w stanie rozja˜ni† ponurego nastroju tych, kt¢rzy zgromadzili si© nad ˜wie¾¥ mogiˆ¥ niedaleko domostwa Lars¢w. Dwa stare nagrobki obok jednego nowego byˆy pos©pnym dowodem na to, jak trudne byˆo ¾ycie na tej niego˜cinnej planecie. Cliegg, Anakin, Padm‚, Owen i Beru zebrali si©, by po¾egna† Shmi Skywalker. Towarzyszyˆ im wierny C-3PO. - Wiem, ¾e gdziekolwiek teraz jeste˜, tamto miejsce stanie si© lepsze - rzekˆ Cliegg Lars i rzuciˆ na ˜wie¾¥ mogiˆ© gar˜† suchego piasku. - Byˆa˜ najbardziej kochaj¥c¥ kobiet¥, o jakiej m¢gˆ marzy† m©¾czyzna. ½egnaj, jedyna. I dzi©kuj© za wszystko. Anakin wyst¥piˆ naprz¢d i przykl©kn¥ˆ, by rozsypa† nad grobem gar˜† piasku. - Nie byˆem do˜† silny, by ci© ocali†, mamo - rzekˆ, czuj¥c si© jak maˆy bezradny chˆopiec. Jego ramiona zadr¾aˆy lekko, lecz udaˆo mu si© opanowa† szloch i zdˆawi† go gˆ©bokim westchnieniem. - nie byˆem do˜† silny, ale obiecuj© ci, ¾e to si© nie powt¢rzy. - Anakin oddychaˆ pˆytko, z trudem utrzymuj¥c r¢wnowag©. Wreszcie jednak wzi¥ˆ si© w gar˜†, wyprostowaˆ i energicznie wstaˆ. - T©skni© za tob¥. Padm‚ stan©ˆa za Anakinem i poˆo¾yˆa mu r©k© na ramieniu. Przez moment wszyscy trwali w milczeniu. Cisz© przerwaˆa seria natarczywych gwizd¢w i pisk¢w. Wszyscy odwr¢cili si© jak na komend© i zobaczyli R2-D2 tocz¥cego si© pospiesznie w ich stron©. - Artoo, co tu robisz? - spytaˆa Padm‚. Robot zagwizdaˆ niespokojnie. - Chyba przynosi wiadomo˜† od jakiego˜ Obi-Wana Kenobiego - przetˆumaczyˆ pospiesznie C-3PO. - Czy to nazwisko co˜ panu m¢wi, panie Annie? Anakin Zesztywniaˆ. - O co chodzi? R2 zapiszczaˆ nagl¥co. - Retransmitowa†? - dopytywaˆ si© padawan. - Dlaczego? Co si© staˆo? - M¢wi, ¾e to bardzo wa¾ne - wtr¥ciˆ C-3PO. Spojrzawszy na Cliegga, Owena i Beru - jakby prosz¥c ich o pozwolenie - Anakin, Padm‚ i C-3PO ruszyli za podnieconym robotem astromechanicznym w stron© statku. Gdy tylko znale«li si© w ˜rodku, R2 zapiszczaˆ i obr¢ciˆ si© w miejscu, by wy˜wietli† nad pokˆadem obraz Obi-Wana. - Anakinie, m¢j nadajnik dalekiego zasi©gu nie dziaˆa - przem¢wiˆ hologram. - Przeka¾ t© wiadomo˜† na Coruscant. - R2 zatrzymaˆ odtwarzanie. Sylwetka mistrza Jedi znieruchomiaˆa. Anakin spojrzaˆ na Padm‚. - Prze˜lij to bezpo˜rednio do Rady Jedi. Padm‚ stan©ˆa przy konsolecie i uruchomiwszy sprz©t, odczekaˆa, a¾ nadszedˆ sygnaˆ zwrotny z Coruscant. Skin©ˆa gˆow¥ Anakinowi, kt¢ry przykucn¥ˆ obok automatu. - Dalej, Artoo. Astromechaniczny robot pisn¥ˆ cicho i hologram Obi-Wana o¾yˆ. - Tropi¥c ˆowc© nagr¢d, Janga Fetta, dotarˆem do fabryk robot¢w na Geonosis. Federacja Handlowa odbiera st¥d caˆ¥ armi© robot¢w. To oczywiste, ¾e za zamachy na ¾ycie pani senator Amidali jest odpowiedzialny wicekr¢l Gunray. Anakin i Padm‚ wymienili spojrzenia. Nie byli zaskoczeni t¥ informacj¥. Padm‚ wr¢ciˆa my˜l¥ do spotkania z Typho i Panaka na Naboo, przed odlotem na Coruscant. - Gildia Handlowa i Sojusz Korporacyjny tak¾e oddaj¥ swoje wojska do dyspozycji hrabiego Dooku i tworz¥... Hologram odwr¢ciˆ si© gwaˆtownie. - Zaczekajcie!...Zaczekajcie! Anakin i Padm‚ mogli tylko patrze† ze zgroz¥, jak roboty niszczyciele, kt¢re pojawiˆy si© nagle za Obi-Wanem, bior¥ go do niewoli. Obraz zamigotaˆ i znikn¥ˆ. Padawan zerwaˆ si© na r¢wne nogi i ruszyˆ w stron© R2-D2, ale po kilku krokach zatrzymaˆ si©, zdaj¥c sobie spraw©, ¾e nic si© nie da zrobi†. Tymczasem na dalekiej Coruscant, Yoda, Mace Windu i pozostali czˆonkowie Rady Jedi ogl¥dali hologramowy przekaz z wielkim niepokojem. - ½yje - obwie˜ciˆ Yoda, kiedy nagranie kolejny raz dobiegˆo koäca. - Wyczuwam go w Mocy. - Ale jest w ich r©kach - dodaˆ Mace. - Sprawy przybieraj¥ niebezpieczny obr¢t. - Wi©cej dzieje si© na Geonosis, przeczuwam, ni¾ zostaˆo to ujawnione - stwierdziˆ Yoda. - Zgadzam si© - odrzekˆ Mace Windu. - Nie wolno nam siedzie† bezczynnie - dodaˆ, podobnie jak reszta zebranych spogl¥daj¥c na Yod©. Mistrz Jedi ze znu¾eniem przymkn¥ˆ oczy, jakby niepokoj¥ce wydarzenia sprawiaˆy mu fizyczny b¢l. - Ciemn¥ stron© wyczuwam - odezwaˆ si© po chwili. - Ona wszystko spowija. Mace skin¥ˆ gˆow¥ i z powag¥ spojrzaˆ na pozostaˆych Mistrz¢w. - Ruszamy - powiedziaˆ, a byˆ to rozkaz, kt¢rego w Radzie Jedi nie sˆyszano od bardzo wielu lat. - Rozprawimy si© z hrabi¥ Dooku - dodaˆ, unosz¥c komunikator. - A ty, Anakinie, zostaä tam, gdzie jeste˜. Broä pani senator Amidali za wszelk¥ cen©. To twoje najwa¾niejsze zadanie. - Rozumiem, Mistrzu - odpowiedziaˆ padawan. Jego peˆen rezygnacji gˆos przeraziˆ Padm‚. Nie mogˆa znie˜† my˜li o tym, ¾e Anakin ma zajmowa† si© ni¥ teraz, kiedy jego mistrz byˆ w ˜miertelnym niebezpieczeästwie. Kiedy hologram znikn¥ˆ, stan©ˆa przy konsolecie i zacz©ˆa przegl¥da† dane z komputera nawigacyjnego, potwierdzaj¥c to, czego si© domy˜laˆa. - Musz¥ przeby† p¢ˆ galaktyki - zwr¢ciˆa si© do osowiaˆego Anakina. - Na pewno nie zd¥¾¥ go uratowa†. Padawan nie odpowiedziaˆ. - Posˆuchaj, od Geonosis dzieli nas najwy¾ej parsek! - zawoˆaˆa. Trzasn©ˆa kilkoma przeˆ¥cznikami, by wywoˆa† na ekranie fragment mapy z zaznaczon¥ tras¥ przelotu. - Anakinie? - Sˆyszaˆa˜ Mistrza. - Lec¥c z Coruscant, nie zd¥¾¥ na czas, ¾eby uratowa† Obi-Wana - powt¢rzyˆa z naciskiem, podnosz¥c gˆos. Znowu pochyliˆa si© nad panelem steruj¥cym, tym razem przygotowuj¥c silniki do startu, lecz Anakin zatrzymaˆ j¥ delikatnie, kˆad¥c r©k© na jej dˆoni. - Je¾eli jeszcze ¾yje - rzekˆ pos©pnie. Padm‚ spojrzaˆa na niego twardo. Po chwili odwr¢ciˆ si© i odszedˆ. - Annie, b©dziesz tu siedziaˆ i czekaˆ, a¾ go zabij¥? - krzykn©ˆa, biegn¥c za nim i chwytaj¥c go mocno za rami©. - To tw¢j przyjaciel! Tw¢j mentor! - Jest dla mnie jak ojciec! - odrzekˆ Anakin. - Ale sˆyszaˆa˜ Mistrza Windu. Jego rozkaz byˆ jasny: mam zosta† tu, gdzie jestem. Padm‚ rozumiaˆa ju¾, co dzieje si© z Anakinem; przestaˆ wierzy† we wˆasne siˆy, czuˆ si© przegrany, bo nie zdoˆaˆ ocali† matki. By† mo¾e j te¾ po raz pierwszy w ¾yciu w¥tpiˆ w sw¢j wewn©trzny gˆos, w sw¢j instynkt. Padm‚ musiaˆa znale«† jaki˜ spos¢b, by przywr¢ci† mu ch©† do dziaˆania - nie tylko dla dobra Obi-Wana, ale i samego Anakina. Przeczuwaˆa, ¾e je˜li zostan¥ na Tatooine, straci dw¢ch przyjaci¢ˆ: Geonosjanie zabij¥ Kenobiego, a poczucie winy zniszczy Skywalkera. - Jego rozkaz byˆ jasny: masz tu zosta† tylko po to, ¾eby mnie chroni† - poprawiˆa go z u˜miechem Padm‚, maj¥c nadziej©, ¾e padawan przypomni sobie poprzednie polecenie Rady, kt¢re jawnie zignorowaˆ, opuszczaj¥c Naboo. Podeszˆa do konsolety, by wcisn¥† jeszcze kilka klawiszy. Silniki obudziˆy si© z rykiem. - Padm‚! - Masz mnie chroni† - powt¢rzyˆa - a ja zamierzam ocali† Obi-Wana. Je˜li chcesz wykona† rozkaz, musisz lecie† ze mn¥. Anakin patrzyˆ na ni¥ przez chwil©, a ona wytrzymaˆa to spojrzenie. Kaskada ciemnych wˆos¢w zasˆaniaˆa cz©˜† jej twarzy, lecz nie oczy, w kt¢rych odbijaˆy si© miˆo˜† i zapaˆ. Anakin wiedziaˆ, ¾e bez wzgl©du na argumenty Padm‚, odlot z Tatooine b©dzie r¢wnoznaczny ze zˆamaniem rozkazu Mace'a Windu. Byˆ padawanem Jedi. Nie tego od niego oczekiwano. Ale czy taka my˜l kiedykolwiek powstrzymaˆa go przed dziaˆaniem? Szybko podszedˆ do konsolety, a chwil© p¢«niej srebrzysty statek Padm‚ mkn¥ˆ po niebie nad Tatooine. ROZDZIA� 22 Aura ˆagodnego pi©kna, spowijaj¥ca Budynek Wˆadz Wykonawczych na Coruscant, otoczony fontannami, sadzawkami, kolumnadami i pomnikami, byˆa przeciwieästwem narastaj¥cego niepokoju, kt¢ry panowaˆ we wn©trzu gmachu. Sˆowa przekazane Yodzie ˆ Radzie Jedi przez Obi-Wana dotarˆy teraz do Kanclerza i czoˆowych postaci senatu. Mogˆy oznacza† tylko jedno: Republika si© rozpada. Dlatego w gabinecie Kanclerza Palpatine'a panowaˆa atmosfera przygn©bienia i nerwowo˜ci. Go˜cie przyw¢dcy Republiki czuli, jak rozpaczliwa jest sytuacja, a jednocze˜nie pragn©li dziaˆa†; przygn©biaˆ ich jedynie brak realnych opcji. Yoda, Mace Windu i Ki-Adi-Mundi reprezentowali na spotkaniu Zakon Jedi. Ich niezm¥cony spok¢j silnie kontrastowaˆ z nerwow¥ energi¥ senator¢w Baila Organy i Aska Aaka oraz przedstawiciela Jar Jar Binksa. Palpatin'e, siedz¥cy za wielkim biurkiem, przysˆuchiwaˆ si© relacji Jedi z wyrazem gˆ©bokiej rozpaczy na twarzy, stoj¥cy za˜ obok Mas Amedda sprawiaˆ wra¾enie bliskiego ˆez. Kiedy Mistrz Windu stre˜ciˆ wiadomo˜† otrzyman¥ z Geonosis, w gabinecie na bardzo dˆug¥ chwil© zapadˆa grobowa cisza. Yoda, wsparty na maˆej lasce, spojrzaˆ na Baila Organ© - kompetentnego polityka, kt¢remu ufaˆ - i nieznacznie skin¥ˆ gˆow¥. Senator z Alderaana zrozumiaˆ sygnaˆ i rozpocz¥ˆ dyskusj©. - Gildia Handlowa przygotowuje si© do wojny - powiedziaˆ. - moim zdaniem, raport Obi-Wana Kenobiego nie pozostawia co do tego ¾adnych w¥tpliwo˜ci. - O ile jest ˜cisˆy - odrzekˆ szybko porywczy Ask Aak. - Jest - zapewniˆ go Mace Windu. Sˆowa Mistrza w zupeˆno˜ci wystarczyˆy Askowi Aakowi. Yoda domy˜liˆ si©, ¾e skory do czyn¢w senator wtr¥ciˆ t© uwag© tylko po to, by Jedi otwarcie potwierdzili wag© raportu, a tym samym zaszczepili w zebranych przekonanie, i¾ Republika istotnie jest o krok od katastrofy. - Hrabia Dooku musiaˆ zawrze† z nimi jaki˜ pakt - rzekˆ Kanclerz Palpatin'e. - Trzeba ich powstrzyma†, zanim b©d¥ gotowi do wojny - dodaˆ Bail Organa. Jar Jar Binks podszedˆ bli¾ej, trz©s¥c si© ze zdenerwowania, ale przynajmniej trzymaj¥c dˆugi j©zyk w zamkni©tych ustach. - Wybaczycie, wasza szanowna Wielki Kanclerzu, ˆaskawco - zacz¥ˆ Gunganin. - Mo¾e te Jedi powstrzyma† armia buntownik¢w? - Dzi©kuj©, Jar Jar - odparˆ uprzejmie Palpatin'e. - Mistrzu Yodo, ilu Jedi mogliby˜cie wysˆa† na Geonosis? - W caˆej galaktyce tysi¥ce s¥ rycerzy Jedi - odrzekˆ Mistrz. - jednak do tej misji tylko dwie setki wysˆa† mo¾emy. - Z caˆym szacunkiem dla Zakonu, tylu mo¾e nie wystarczy† - stwierdziˆ Bail Organa. - Drog¥ negocjacji Jedi utrzymuj¥ pok¢j - odparˆ Yoda. - Wojny zaczyna† nie zamierzamy. Gˆ©boki spok¢j mistrz¢w zdawaˆ si© roznieca† tym wi©ksze emocje w Asku Aaaku. - Koniec debaty! - zawoˆaˆ. - Potrzebna nam teraz armia klon¢w, o kt¢rej m¢wiˆ Mistrz Windu. Yoda wolno opu˜ciˆ powieki, wiedz¥c, ¾e senator ma racj©. - Niestety, to nie koniec debaty - sprostowaˆ Bail Organa. - Senat nie zgodzi si© na u¾ycie armii, p¢ki separaty˜ci nie zaatakuj¥. A wtedy najprawdopodobniej b©dzie ju¾ za p¢«no. - To powa¾ny kryzys - o˜mieliˆ si© wtr¥ci† Mas Amedda. - Senat musi przyzna† Kanclerzowi nadzwyczajne uprawnienia! Wtedy wystarczy jednoosobowa decyzja, by wykorzysta† armi© klon¢w. Gˆ©boko poruszony Palpatin'e odchyliˆ si© w fotelu. - Ale kt¢ry z senator¢w odwa¾y si© wyst¥pi† z tak radykaln¥ propozycj¥? - spytaˆ z wahaniem. - Ja! - zadeklarowaˆ Ask Aak. Siedz¥cy obok niego Bail Organa roze˜miaˆ si© bezradnie i pokr©ciˆ gˆow¥. - Obawiam si©, ¾e ciebie nie posˆuchaj¥, przyjacielu. Ani mnie - dodaˆ szybko, gdy Ask Aak posˆaˆ mu gro«ne spojrzenie. - Zbyt wiele politycznego kapitaˆu zmarnowali˜my na dyskutowanie o filozofii poczynaä separatyst¢w i namawianie naszych koleg¢w do dziaˆania. Je-¾eli wychylimy si© teraz, nasi koledzy uznaj¥, ¾e popadamy w wielk¥ przesad©. Potrzebny nam gˆos rozs¥dku, gˆos kogo˜, kto bior¥c pod uwag© aktualn¥ sytuacj©, got¢w jest nawet diametralnie zmieni† swoje pogl¥dy. - Jaka szkoda, ¾e nie ma tu pani senator Amidali - westchn¥ˆ Mas Amedda. Jar Jar Binks bez wahania wyst¥piˆ na ˜rodek. - Moja m¢c, Wielki Kanclerzu - rzekˆ Gunganin, prostuj¥c obwisˆe ramiona. - Moja wielki przyjaciel senator - dodaˆ, spogl¥daj¥c na zebranych. - Moja dumnie zaproponowa† wnioska o specjalne uprawnienie dla Wasza Ekscelencja. Palpatin'e przeni¢sˆ wzrok z roztrz©sionego Gunganina na Baila Organa. - Zast©puje Amidal© - stwierdziˆ senator z Alderaanu. - Wedˆug zasad obowi¥zuj¥cych w senacie, sˆowa Jar Jar Binksa s¥ odbiciem intencji pani senator Amidali. Palpatin'e smutno skin¥ˆ gˆow¥. Yoda wyczuˆ jego strach i pomy˜laˆ, ¾e przeczuwa, i¾ lada chwila znajdzie si© w trudnym poˆo¾eniu - W sytuacji, w jakiej ani on, ani Republika, nie znale«li si© nigdy dot¥d. Obracaj¥c si© wolno w polu siˆowym, otoczonym bˆ©kitnymi wyˆadowaniami energii, Obi-Wan Kenobi m¢gˆ tylko patrze† bezradnie na hrabiego Dooku, kt¢ry wˆa˜nie wszedˆ do sali. Twarz byˆego Jedi wykrzywiaˆ grymas zatroskania, w kt¢rego szczero˜† wi©zieä bardzo w¥tpiˆ. Elegancki m©¾czyzna zatrzymaˆ si© i uni¢sˆ gˆow©. - Zdrajca - warkn¥ˆ Obi-Wan. - Witaj, przyjacielu- odrzekˆ Dooku. - To, oczywi˜cie fatalna pomyˆka. Gospodarze posun©li si© za daleko, to po prostu szaleästwo! - Wydawaˆo mi si©, ¾e ty tu rz¥dzisz, Dooku - odparˆ Kenobi, staraj¥c si© m¢wi† spokojnie. - Zapewniam, ¾e nie miaˆem nic wsp¢lnego z tym, co ci© spotkaˆo - powiedziaˆ z naciskiem. Sprawiaˆ wra¾enie ura¾onego tym oskar¾eniem. - I obiecuj© ci, ¾e natychmiast wnios© petycj© w tej sprawie. Musz¥ ci© uwolni†. - Mam nadziej©, ¾e to nie potrwa dˆugo. Mam zadanie do wykonania. - Obi-Wan dostrzegˆ lekk¥ zmian© w wyrazie twarzy hrabiego, kr¢tkotrwaˆy przebˆysk... gniewu? - Czy wolno spyta†, dlaczego rycerz Jedi znalazˆ si© w tak odlegˆych stronach? Obi-Wan zastanawiaˆ si© przez chwil© i doszedˆ do wniosku, ¾e ma niewiele do stracenia. Je¾eli ma dotrze† do prawdy, musi przycisn¥† Dooku. - —ledziˆem ˆowc© nagr¢d, niejakiego Janga Fetta. Znasz go? - Z tego, co wiem, nie ma tu ani jednego ˆowcy. Geonosjanie nie darz¥ ich zaufaniem. Zaufanie! Dobre sobie, pomy˜laˆ Obi-Wan. - Trudno mie† do nich pretensje, prawda? - odezwaˆ si© beztrosko. - A jednak zapewniam ci©, ¾e on tu jest. Hrabia Dooku milczaˆ przez chwil©, a potem skin¥ˆ gˆow¥, jakby przyznawaˆ wi©«niowi racj©. - Doprawdy, wielka szkoda, Obi-Wanie, ¾e nasze ˜cie¾ki nie skrzy¾owaˆy si© wcze˜niej - odezwaˆ si© w koäcu gˆosem peˆnym ciepˆa. - Qui-Gon zawsze m¢wiˆ o tobie z wielkim uznaniem. ½aˆuj©, ¾e nie ma go ju¾ w˜r¢d ¾ywych. Przydaˆaby mi si© teraz jego pomoc. - Qui-Gon Jinn nigdy by si© do ciebie nie przyˆ¥czyˆ. - Nie b¥d« tego taki pewny, m¢j mˆody Jedi - odparˆ hrabia, u˜miechaj¥c si© ze spokojem i niezachwian¥ pewno˜ci¥ siebie. Zapominasz, ¾e Qui-Gon byˆ kiedy˜ moim uczniem, tak jak ty jego. - I wydaje ci si©, ¾e lojalno˜† wobec ciebie byˆaby dla niego wa¾niejsza, ni¾ posˆuszeästwo Radzie Jedi i sˆu¾ba Republice? - Wiedziaˆ wszystko o korupcji w senacie - ci¥gn¥ˆ bez zaj¥knienia Dooku. - Zreszt¥ wszyscy oni wiedz¥... nawet Yoda i Mace Windu. Ale Qui-Gon nigdy nie pogodziˆby si© z tym, co si© teraz dzieje, gdyby znaˆ prawd©, tak jak ja. - Dramatyczne milczenie hrabiego miaˆo zach©ci† Obi-Wana do podj©cia w¥tku. - Prawd©? - Prawd© - przytakn¥ˆ z moc¥ Dooku. Czy uwierzyˆby˜, gdybym ci powiedziaˆ, ¾e Republika jest pod kontrol¥ Czarnych Lord¢w Sith¢w? Sˆowa hrabiego poraziˆy Obi-Wana mocniej, ni¾ mogˆyby to zrobi† ˆuki elektryczne otaczaj¥ce jego klatk© z pola siˆowego. - Nie! To niemo¾liwe. - My˜laˆ gor¥czkowo, poszukuj¥c kontrargument¢w. Przecie¾ jako jedyny z ¾yj¥cych Jedi stoczyˆ pojedynek z Sithem, koäcz¥c bitw©, w kt¢rej zgin¥ˆ Qui- Gon. - Jedi wiedzieliby o tym - rzekˆ po chwili. - Ciemna strona Mocy osˆabia ich zmysˆy, przyjacielu - wyja˜niˆ spokojnie Dooku. - Setki senator¢w znajduj¥ si© pod wpˆywem Lorda Sith¢w, Dartha Sidiousa. - Nie wierz© ci - oznajmiˆ kategorycznie Obi-Wan. W duchu jednak pragn¥ˆ, by jego wiara byˆa r¢wnie pewna, jak sˆowa, kt¢re wˆa˜nie wypowiedziaˆ. - Swego czasu wicekr¢l Federacji Handlowej wsp¢ˆpracowaˆ z Darthem Sidiousem - rzekˆ Dooku. Brzmiaˆo to caˆkiem rozs¥dnie, bior¥c pod uwag© niezwykˆe wydarzenia sprzed dziesi©ciu lat. - Zostaˆ jednak zdradzony przez Czarnego Lorda i zgˆosiˆ si© do mnie, ¾eby prosi† o pomoc. Powiedziaˆ mi o wszystkim. Byˆ pewny, ¾e Rada Jedi nie daˆaby wiary jego sˆowom. Ja sam wiele razy pr¢bowaˆem ostrzec Mistrz¢w, ale nie chcieli mnie sˆucha†. Kiedy wreszcie wyczuj¥ obecno˜† Czarnego Lorda i zrozumiej¥ sw¢j bˆ¥d, b©dzie ju¾ za p¢«no. Musisz przyˆ¥czy† si© do mnie, Obi-Wanie. Razem zdoˆamy pokona† tych Sith¢w. Wszystko, co m¢wiˆ hrabia, wydawaˆo si© rozs¥dne, logiczne, a jednak pod gˆadkimi zdaniami i przyjacielskim tonem byˆego Jedi Kenobi wyczuwaˆ co˜, co przeczyˆo logice. - Nigdy nie przyˆ¥cz© do ciebie, Dooku! Hrabia Dooku westchn¥ˆ gˆ©boko, nie kryj¥c rozczarowania, po czym ruszyˆ w stron© wyj˜cia. - Niewykluczone, ¾e rozmowy w sprawie zwr¢cenia ci wolno˜ci nie b©d¥ ˆatwe - rzuciˆ na odchodnym. Zbli¾aj¥c si© do Geonosis, Anakin u¾yˆ tego samego sposobu, kt¢rym posˆu¾yˆ si© Obi-Wan: ustawiˆ statek w taki spos¢b, by pas asteroid otaczaj¥cy planet© zasˆoniˆ go przed flot¥ Federacji Handlowej. Podobnie jak jego mentor, padawan zdziwiˆ si©, widz¥c na orbicie dobrze znane gro«ne sylwetki neimoidiaäskich okr©t¢w. Mˆody Jedi wprowadziˆ statek w atmosfer© i czym pr©dzej obni¾yˆ puˆap lotu, by kluczy† ciasnymi dolinami i omija† strzeliste formacje skalne. Padm‚ staˆa przy nim, obserwuj¥c lini© horyzontu. - Widzisz te ogromne sˆupy pary przed nami? - spytaˆa nagle, wyci¥gaj¥c r©k©. - Zdaje si©, ¾e unosz¥ si© nad otworami wentylacyjnymi. - Powinny okaza† si© odpowiednie - mrukn¥ˆ Anakin i skorygowaˆ kurs, kieruj¥c maszyn© ku wielkim, biaˆym, pionowym chmurom. Wleciaˆ w sam ˜rodek jednej z nich i przez otw¢r wentylacyjny z wyczuciem opu˜ciˆ statek pod ziemi©. Chwil© po tym, jak ˆapy ˆadownicze dotkn©ˆy gruntu, podr¢¾ni byli gotowi do wyj˜cia na zewn¥trz. - Cokolwiek si© stanie, masz mnie sˆucha† - przykazaˆa Anakinowi Padm‚. - nie zamierzam toczy† z nikim wojny. Jako senator spr¢buj© znale«† dyplomatyczne rozwi¥zanie sporu. Dla padawana, kt¢ry tak niedawno z fatalnym skutkiem zdaˆ si© na dyplomacj© miecza ˜wietlnego, byˆy to sˆowa bole˜nie sˆuszne. - Zaufasz mi? - spytaˆa. Anakin wiedziaˆ ju¾, ¾e czytaˆa w jego twarzy jak w otwartej ksi©dze. - Nie martw si© - odparˆ z u˜miechem. - Nie zamierzam si© z tob¥ kˆ¢ci†. Kiedy szli w stron© rampy, rozlegˆ si© bˆagalny gwizd R2-D2. - Zostaäcie na pokˆadzie - poinstruowaˆa automaty Padm‚, po czym wraz z Anakinem wyszˆa na zewn¥trz. Szybko zorientowali si©, ¾e gigantyczny podziemny kompleks byˆ fabryk¥ robot¢w bojowych. Wkr¢tce potem R2-D2 wyci¥gn¥ˆ nieco "nogi", by ze˜lizgn¥† si© z platformy zabezpieczaj¥cej, i natychmiast potoczyˆ si© w stron© wˆazu i rampy. - M¢j maˆy smutny przyjacielu, gdyby potrzebowali twojej pomocy, poprosiliby o ni¥ - wyja˜niˆ mu C-3PO. - Musisz si© jeszcze wiele nauczy† o ludziach. Nie zatrzymuj¥c si©, R2 zapiszczaˆ w odpowiedzi. - Wyj¥tkowo du¾o my˜lisz, jak na tw¢r mechaniczny - odparowaˆ android protokolarny. - Ale to mnie zaprogramowano tak, ¾ebym rozumiaˆ ludzi. Astromechaniczny robot przystan¥ˆ i wydaˆ z siebie seri© kr¢tkich, peˆnych zdziwienia gwizd¢w. - "I co z tego"?! - powt¢rzyˆ C-3PO. - To, ¾e ja tu rz¥dz©! R2-D2 nawet nie odpowiedziaˆ, tylko znowu potoczyˆ si© w stron© rampy i zjechaˆ ni¥ w d¢ˆ. - Zaczekaj! - zawoˆaˆ C-3PO. - Co ty wyprawiasz? Straciˆe˜ rozum?! To, co usˆyszaˆ, nie byˆo szczeg¢lnie miˆe. - Gbur! Ale R2 nie zareagowaˆ; coraz szybciej oddalaˆ si© od statku. - Prosz©, zaczekaj! - krzykn¥ˆ android protokolarny. - Wiesz chocia¾, dok¥d jedziesz?! Odpowied« astromechanicznego robota nie brzmiaˆa zbyt pewnie, ale ostatni¥ rzecz¥, kt¢rej pragn¥ˆ C-3PO, byˆa samotno˜† na pokˆadzie statku. Pop©dziˆ wi©c za R2, pokrzykuj¥c i rozgl¥daj¥c si© nerwowo. Anakin i Padm‚ przemykali mi©dzy kolumnami w przestronnych korytarzach miasta - fabryki. Odgˆos ich krok¢w gin¥ˆ w szcz©ku i huku niezliczonych maszyn pracuj¥cych w salach znajduj¥cych si© jeszcze gˆ©biej pod ziemi¥. Kompleks sprawiaˆ jednak wra¾enie opustoszaˆego, co wzbudziˆo podejrzenia mˆodego padawana. - Dlaczego tu nikogo nie ma? - szepn©ˆa Padm‚, jakby czytaˆa w jego my˜lach. Anakin uciszyˆ j¥ ruchem dˆoni i przekrzywiˆ gˆow©, poniewa¾ w tej samej chwili wyczuˆ... co˜. - Zaczekaj - wyszeptaˆ. Uni¢sˆ r©k© jeszcze wy¾ej i nasˆuchiwaˆ w skupieniu - nie ˆowiˆ jednak d«wi©k¢w, lecz sygnaˆy napˆywaj¥ce poprzez Moc. Czuˆ, ¾e co˜ czai si© w pobli¾u. Spojrzaˆ w g¢r©, ku wysokiemu sklepieniu, i z mieszanin¥ strachu i zdumienia dostrzegˆ, ¾e belki pulsuj¥, niczym ¾ywe istoty. - Anakinie! - krzykn©ˆa Padm‚. Na jej oczach od jednej z kolumn odkleiˆo si© kilka skrzydlatych postaci, kt¢re lotem nurkowym pomkn©ˆy ku intruzom. Byˆy dˆugie i szczupˆe, ale nie wychudˆe, raczej ¾ylaste i silne. Sk¢ra na ich ciaˆach - a tak¾e na skrzydˆach - byˆa pomaraäczowa. Skywalker wˆ¥czyˆ miecz i polegaj¥c wyˆ¥cznie na instynkcie, ci¥ˆ szerokim ˆukiem, pozbawiaj¥c nadlatuj¥c¥ istot© cz©˜ci skrzydˆa. Napastnik run¥ˆ ci©¾ko na posadzk©, lecz jego miejsce zaj¥ˆ nast©pny i wkr¢tce nad padawanem kr¥¾yˆa ich caˆa chmara. Anakin pchn¥ˆ kling¥ w prawo i zaraz wyszarpn¥ˆ j¥ z dymi¥cego ciaˆa, by zakr©ci† mˆynka nad gˆow¥. Dwie okaleczone istoty zwaliˆy si© na ziemi©. - Uciekaj! - krzykn¥ˆ do Padm‚, ale ona nie potrzebowaˆa zach©ty; biegˆa ju¾ ile siˆ w nogach w stron© dalekiej bramy. Wymachuj¥c mieczem, by utrzyma† przeciwnik¢w w przyzwoitej odlegˆo˜ci, Anakin pop©dziˆ za ni¥. Kiedy w peˆnym biegu min¥ˆ portal i dogoniˆ Padm‚, omal nie spadli w otchˆaä, nad kt¢r¥ urywaˆ si© pomost. - Wracamy! - zawoˆaˆa Padm‚, lecz nim zd¥¾yli si© odwr¢ci†, drzwi zatrzasn©ˆy si© z hukiem, odcinaj¥c im drog© ucieczki. Skrzydlate istoty znowu nad nimi lataˆy, a co gorsza, kr¢tki pomost zacz¥ˆ wsuwa† si© w gˆ¥b ˜ciany. Padm‚ nie wahaˆa si© dˆugo. Skoczyˆa - p¢ki jeszcze miaˆa wyb¢r - a przesuwaj¥c¥ si© poni¾ej ta˜m© transportera. - Padm‚! - krzykn¥ˆ Anakin i natychmiast skoczyˆ za ni¥. Gdy tylko wyl¥dowaˆ na ta˜mie, skrzydlaci Geonosjanie otoczyli go caˆ¥ gromad¥. Tn¥c desperacko mieczem, z najwi©kszym trudem powstrzymywaˆ ich atak. - Wielkie nieba - j©kn¥ˆ C-3PO, wodz¥c wzrokiem po wn©trzu olbrzymiej fabryki. Staˆ z R2-D2 na wysokiej p¢ˆce, z kt¢rej rozci¥gaˆ si© doskonaˆy widok na to, co dziaˆo si© poni¾ej. - Maszyny tworz¥ maszyny. Jakie to perwersyjne! R2 zagwizdaˆ natarczywie. - Uspok¢j si© - poleciˆ mu C-3PO. - O czym ty m¢wisz? Wcale ci nie zawadzam! Astromechaniczny robot nie zamierzaˆ wdawa† si© w kˆ¢tni©. Ruszyˆ, bezceremonialnie str¥caj¥c towarzysza z p¢ˆki. Android protokolarny z wrzaskiem poleciaˆ w d¢ˆ, zahaczyˆ o lataj¥cego robota transportowego i wreszcie wyl¥dowaˆ na ta˜mie produkcyjnej. Artoo stoczyˆ si© z p¢ˆki zaraz potem. Zrobiˆ to celowo. Maˆe silniczki odrzutowe uniosˆy go w powietrze i poszybowaˆ w stron© dalekich pulpit¢w sterowniczych. - A niech ci©, Artoo! - zawoˆaˆ C-3PO, pr¢buj¥c jako˜ si© pozbiera†. - Mogˆe˜ mnie ostrzec! Zdradzi† swoje plany! - Zrz©dz¥c, zdoˆaˆ wreszcie stan¥†. W sam¥ por©, by trafi† pod pracuj¥c¥ poziomo ˜cinark©. Specjalista do spraw protokoˆu zdoˆaˆ wyda† z siebie pojedynczy krzyk, nim wiruj¥ce ostrze odci©ˆo mu gˆow©. Korpus androida run¥ˆ bezwˆadnie na ta˜m©, a gˆowa potoczyˆa si© w bok i spadˆa na s¥siedni transporter, na kt¢rym tak¾e znajdowaˆy si© gˆowy - tyle ¾e przeznaczone dla robot¢w bojowych. Opu˜ciwszy najbli¾sze stanowisko spawania, C-3PO zorientowaˆ si©, ¾e jego gˆowa zostaˆa umocowana do ciaˆa robota bojowego. - Szkaradzieästwo! - wykrzykn¥ˆ. - Jak mo¾na konstruowa† tak obrzydliwe maszyny? - Rozejrzawszy si©, dostrzegˆ swoje prawdziwe ciaˆo doje¾d¾aj¥ce wˆa˜nie do automatycznej stacji roboczej, kt¢ra bˆyskawicznie zamontowaˆa na nim gˆow© robota bojowego. - Nic nie rozumiem - j©kn¥ˆ zdezorientowany C-3PO. Tymczasem R2-D2 nie interesowaˆ si© losem mechanicznego przyjaciela, bo wreszcie wypatrzyˆ Padm‚ i natychmiast za ni¥ ruszyˆ. Dziewczyna miotaˆa si© po sun¥cej szybko ta˜mie produkcyjnej, przewracaj¥c si©, przebieraj¥c zawzi©cie nogami i przyspieszaj¥c nagle, by przebiec pod unosz¥cymi si© na moment prasami, kt¢rych ci©¾ar wyciskaˆ z pˆat¢w metalu cz©˜ci grubych pancerzy robot¢w. Przemkn¥wszy pod jedn¥ z maszyn, biegˆa w miejscu, by wybra† najodpowiedniejszy moment na pokonanie kolejnej przeszkody. Wreszcie pojawiˆ si© nad ni¥ skrzydlaty Geonosjanin. Napastnik chwyciˆ j¥ mocno, lecz po kr¢tkiej szamotaninie zdoˆaˆa si© uwolni† i - maj¥c nadziej©, ¾e wybraˆa wˆa˜ciwy moment - skoczyˆa w prz¢d. W ostatniej chwili zd¥¾yˆa wymkn¥† si© spod prasy, kt¢ra z ˆomotem opadˆa na ta˜m©, mia¾d¾¥c gˆow© Geonosjanina. Padm‚ nie zauwa¾yˆa nawet, co si© staˆo, miaˆa przed sob¥ kolejn¥ maszyn©. Znowu udaˆo jej si© przeturla† pod uniesionym ci©¾arem, lecz tu¾ przed ni¥ wyl¥dowaˆ kolejny przeciwnik. Geonosjanin chwyciˆ j¥ ¾ylastymi ramionami i otoczyˆ bˆoniastymi skrzydˆami. Walczyˆa zajadle, ale wr¢g byˆ zbyt silny: uni¢sˆ si© w powietrze, trzymaj¥c Padm‚ w ¾elaznym u˜cisku, by po chwili zrzuci† j¥ wprost do wielkiej pustej kadzi. Anakin, siek¥cy mieczem chmar© skrzydlatych Geonosjan i na razie unikaj¥cy zmia¾d¾enia przez pracuj¥ce rytmicznie maszyny, k¥tem oka dostrzegˆ, co si© staˆo. - Padm‚! - krzykn¥ˆ, wyˆaniaj¥c si© spod kolejnej prasy. W ¾aden spos¢b nie m¢gˆ w tej chwili pospieszy† na ratunek Padm‚, uwi©zionej w kadzi, kt¢ra wolno i nieuchronnie zbli¾aˆa si© do miejsca przeznaczenia: rozlewni pˆynnego metalu. - Padm‚! Tn¥c na odlew przez pier˜ kolejnego przeciwnika, patrzyˆ bezsilny i przera¾ony jak ukochana zmierza ku pewnej ˜mierci. Walczyˆ zaciekle, roztr¥caj¥c napastnik¢w i nieustannie woˆaj¥c Padm‚. Wreszcie przeskoczyˆ na s¥siedni pas, roztr¥caj¥c jad¥ce na nim podzespoˆy robot¢w, a potem na kolejn¥ ta˜m© produkcyjn¥, caˆy czas pr¢buj¥c zbli¾y† si© do wolno sun¥cej kadzi. Padm‚ tymczasem bezskutecznie usiˆowaˆa wydosta† si© z gˆ©bokiego naczynia, kt¢re lada chwila miaˆo napeˆni† si© roztopionym metalem. Anakin pomy˜laˆ, ¾e jego ostatni¥ szans¥ b©dzie daleki skok wspomagany Moc¥, lecz w tej samej chwili znalazˆ si© zbyt blisko maszyny, kt¢ra pochwyciˆa jego rami© i zamkn©ˆa je w stalowym u˜cisku imadˆa, by zaprogramowanym ruchem umie˜ci† je pod ostrzem pilarki. Anakin znalazˆ oparcie w uwi©zionym ramieniu i obun¢¾ wymierzyˆ pot©¾nego kopniaka Geonosjaninowi, kt¢ry go goniˆ. Szarpn¥ˆ z caˆej siˆy, pr¢buj¥c wyrwa† r©k© z u˜cisku. W ostatniej chwili udaˆo mu si© unikn¥† kontaktu z ostrzem, lecz nie zdoˆaˆ cofn¥† ramienia na tyle, by ocali† miecz; bezlitosna maszyna rozci©ˆa r©koje˜† na dwoje. Padawan obejrzaˆ si© przez rami© i zrozumiaˆ, ¾e utrata broni nie byˆa najwi©kszym ciosem, jaki m¢gˆ go spotka†. - Padm‚! - krzykn¥ˆ zdesperowany. Nagle koˆo wielkiej kadzi wyl¥dowaˆ R2-D2. Robot natychmiast zabraˆ si© do roboty, wsuwaj¥c manipulator w gniazdo komputera i w po˜piechu przegl¥daj¥c pliki steruj¥ce urz¥dzeniem. Pracowaˆ uwa¾nie, pr¢buj¥c nie my˜le† o tym, ¾e jego pani za chwil© zostanie utrwalona na wieki w bryle metalu. Po chwili ci¥gn¥cej si© w nieskoäczono˜† wreszcie dopi¥ˆ swego: udaˆo mu si© wyˆ¥czy† wˆa˜ciwy fragment ta˜my produkcyjnej. Kad« zatrzymaˆa si© niespeˆna metr przed strumieniem roz¾arzonego metalu. Nim Padm‚ zd¥¾yˆa odetchn¥† z ulg¥, wyl¥dowaˆa przy niej grupa skrzydlatych stworzeä, kt¢re pochwyciˆy j¥ ¾ylastymi ramionami. Anakin, wci¥¾ jeszcze zmagaj¥cy si© z maszyn¥, kt¢ra uwi©ziˆa jego r©k©, odp©dziˆ kolejnego Geonosjanina. M¢gˆ jednak tylko przygl¥da† si© z ¾alem, jak do hali wtacza si© oddziaˆ ˜miertelnie niebezpiecznych robot¢w niszczycieli. Maszyny przyj©ˆy pozycj© bojow¥, otaczaj¥c go kr©giem. Nagle przed padawanem wyl¥dowaˆ czˆowiek z plecakiem rakietowym i z blasterem wycelowanym w jego pier˜. - Nie ruszaj si©, Jedi! - rozkazaˆ. Senator Amidala siedziaˆa u szczytu wielkiego stoˆu konferencyjnego. Za ni¥ staˆ Anakin. Miejsce po przeciwnej stronie zajmowaˆ hrabia Dooku z Jangiem Fettem w charakterze ochrony. Trudno jednak byˆo m¢wi† o r¢wnowadze siˆ, bo w przeciwieästwie do padawana, ˆowca nagr¢d byˆ uzbrojony, a sal© otaczali geonosjaäscy stra¾nicy. - Wiemy, ¾e rycerz Jedi, Obi-Wan Kenobi, jest tu przetrzymywany siˆ¥- powiedziaˆa Padm‚ spokojnym tonem, kt¢ry nieraz ju¾ pozwoliˆ jej wyj˜† zwyci©sko z negocjacji w senacie. - Skˆadam na paäskie r©ce formalne ¾¥danie uwolnienia go. - Zostaˆ oskar¾ony o szpiegostwo, pani senator, i zostanie stracony. Za kilka godzin, o ile mi wiadomo. - Przybyˆ tu w sˆu¾bie Republiki - odpowiedziaˆa Padm‚, podnosz¥c nieco gˆos. - Nie macie prawa. - My nie uznajemy Republiki - odparˆ Dooku. - Gdyby jednak Naboo doˆ¥czyˆa do naszego sojuszu, zapewne wysˆuchaˆbym waszej pro˜by. - A je¾eli nie przyˆ¥czymy si© do waszego buntu, Jedi umrze, a my wraz z nim, prawda? - Nie zale¾y mi na tym, by ktokolwiek przyst©powaˆ do nas wbrew wˆasnej woli, pani senator. Wierz© jednak, ¾e jest pani rozs¥dnym i uczciwym przedstawicielem swego ludu i przypuszczam, ¾e chce pani dziaˆa† w najlepszym interesie Naboo. Czy¾ pani rodacy nie maj¥ do˜† korupcji, biurokracji i hipokryzji wˆadz? A pani? Prosz© odpowiedzie† szczerze. Sˆowa hrabiego ubodˆy Padm‚, poniewa¾ nie mogˆa zaprzeczy†, ¾e byˆo w nich ziarno prawdy. Ziarno wystarczaj¥co du¾e, by deklaracje wygˆaszane przez Dooku przyci¥gn©ˆy do ruchu separatystycznego tysi¥ce system¢w gwiezdnych. Jednak jeszcze bardziej bolesna byˆa dla Padm‚ sytuacja, w kt¢rej si© znalazˆa; owszem, wierzyˆa wci¥¾ w ideaˆy, kt¢re byˆy fundamentem Republiki, ale czym byˆa ta wiara wobec faktu, ¾e za chwil© miaˆa straci† ¾ycie w obronie swoich przekonaä? Co gorsza, musiaˆa zada† sobie pytanie, czy ideaˆy te warte s¥ ˜mierci Anakina. W tym momencie w peˆni zdaˆa sobie spraw© z tego, jak bardzo kocha mˆodego padawana, jednak nawet za cen© ¾ycia nie umiaˆa wyrzec si© zasad, w kt¢re od zawsze wierzyˆa. - Ideaˆy pozostaj¥ ¾ywe, hrabio, nawet je˜li instytucje upadaj¥. - Przecie¾ wierzymy w te same ideaˆy! - odrzekˆ natychmiast Dooku, dostrzegaj¥c szans© na porozumienie. - Oboje walczymy o to, by przywr¢ci† im nale¾yte znaczenie. - Skoro tak, powinien byˆ pan pozosta† w Republice i pom¢c Kanclerzowi Palpatine'owi w jej odnowie. - Kanclerz ma dobre intencje, pani, ale jest niekompetentny - odparowaˆ Dooku. - Obiecaˆ, ¾e ukr¢ci biurokracj©, tymczasem biurokraci s¥ dzi˜ silniejsi ni¾ kiedykolwiek. Republiki nie mo¾na naprawi†. Pora zacz¥† od pocz¥tku. Rzekoma demokracja jest tylko mistyfikacj¥, gr¥, kt¢r¥ mami si© wyborc¢w. Nadejdzie jednak czas, kiedy kult chciwo˜ci zwany dzi˜ Republik¥ utraci ostatnie pozory wolno˜ci i demokracji. Padm‚ sˆuchaˆa tej tyrady z zaci˜ni©tymi z©bami, powtarzaj¥c sobie w duchu, ¾e sˆowa hrabiego s¥ grub¥ przesad¥ i sˆu¾¥ wyˆ¥cznie usprawiedliwieniu jego czyn¢w. — wiadomo˜† faktu, i¾ ten sam czˆowiek wi©ziˆ Obi-Wana i zamierzaˆ pozbawi† go ¾ycia, wystarczyˆa jej, by dostrzec faˆsz pod gˆadk¥ fasad¥. Czy wˆadze Republiki wi©ziˆy i skazywaˆy na ˜mier† swoich przeciwnik¢w? Czy sama Padm‚ sˆu¾yˆaby jej, gdyby tak wˆa˜nie byˆo? - Nie wierz© w to - odrzekˆa zdecydowanie. - Wiem o paäskich ukˆadach z Federacj¥ Handlow¥, Gildi¥ Handlow¥ i innymi, hrabio. To, co si© tu dzieje, to ju¾ nie wˆadza kupiona przez przedsi©biorc¢w, to przedsi©biorcy si©gaj¥cy po wˆadz©! Nie zamierzam wyrzec si© tego, w co zawsze wierzyˆam i nad czym pracowaˆam. Nie zdradz© Republiki. - A wi©c woli pani zdradzi† swych przyjaci¢ˆ Jedi? Je¾eli nie nawi¥¾emy wsp¢ˆpracy, nie b©d© m¢gˆ powstrzyma† ich egzekucji. - I w tym stwierdzeniu kryje si© caˆa prawda o proponowanych przez pana "zmianach na lepsze" - stwierdziˆa gorzko. Jej gˆos brzmiaˆ pewnie i stanowczo, cho† serce i dusza byˆy w gˆ©bokiej rozterce. Hrabia Dooku patrzyˆ na ni¥ ze spokojem dobrze wyszkolonego dyplomaty i tylko na uˆamek sekundy jego rysy wykrzywiˆ grymas bezsilnej w˜ciekˆo˜ci. - Co stanie si© ze mn¥? - odezwaˆa si© Padm‚ po chwili milczenia. - Czy i mnie zamierza pan zabi†? - Nigdy bym nie pomy˜laˆ o tak ohydnym post©pku - odparˆ Dooku. - Obawiam si© jednak, ¾e nie brakuje os¢b ¾ywo zainteresowanych u˜mierceniem pani. Nie ma to zreszt¥ nic wsp¢lnego z polityk¥; to sprawy czysto osobiste. Pani wrogowie ponie˜li ju¾ ogromne koszta kilku nieudanych zamach¢w i jestem pewien, ¾e b©d¥ nalega†, by tym razem ich plany zostaˆy zrealizowane. Przykro mi, ale wobec odmowy wsp¢ˆpracy musz© przekaza† pani¥ w r©ce Geonosjan, kt¢rzy zajm¥ si© wymierzeniem sprawiedliwo˜ci. Nic wi©cej nie mog© dla pani zrobi†. - Sprawiedliwo˜ci - powt¢rzyˆa z niedowierzaniem Padm‚, kr©c¥c gˆow¥ i u˜miechaj¥c si© ironicznie. Dooku odczekaˆ jeszcze kilka chwil, a potem odwr¢ciˆ si© i skin¥ˆ gˆow¥ w stron© Janga Fetta. - Wyprowadzi† ich! - rozkazaˆ ˆowca nagr¢d. C-3PO byˆ rozczarowany, kiedy przekonaˆ si©, co miaˆ na my˜li geonosjaäski nadzorca, m¢wi¥c: - Do szeregu z nim! Znalazˆ si© w grupie †wicz¥cych robot¢w bojowych licz¥cej tuzin szereg¢w po dwadzie˜cia jednostek. Maszyny poddawano wˆa˜nie wszechstronnym testom oprogramowania, by wkr¢tce odesˆa† je na platformy, kt¢rymi miaˆy dotrze† wprost na rampy zaˆadowcze okr©t¢w wojennych Federacji Handlowej. Nieszcz©sny android protokolarny byˆ tak przera¾ony panuj¥cym dokoˆa rozgardiaszem i tak nieprzyzwyczajony do nowego ciaˆa, ¾e kiedy Geonosjanin zawoˆaˆ "w lewo zwrot", odwr¢ciˆ si© w prawo. Gdy padˆa komenda "naprz¢d marsz", stoj¥cy naprzeciwko niego robot bojowy ruszyˆ ¾wawo przed siebie, pchaj¥c C-3PO. - Zatrzymaj si©! - zawoˆaˆ bˆagalnie android. - Podrapiesz mi lakier! Bˆagam, Stanze wreszcie! Nie doczekaˆ si© odpowiedzi, poniewa¾ roboty bojowe zaprogramowano tak, by sˆuchaˆy wyˆ¥cznie poleceä przeˆo¾onych. - St¢j! - woˆaˆ, obawiaj¥c si©, ¾e lada chwila zostanie przewr¢cony i stratowany przez masywnego mechanicznego ¾oˆnierza i czterech nast©pnych, kt¢rzy maszerowali o krok za nim. Wreszcie sensory przymocowane do nowiutkiego korpusu podpowiedziaˆy mu skuteczne rozwi¥zanie. Nie do koäca zdaj¥c sobie spraw© z tego, co robi, C-3PO wypaliˆ z lasera wbudowanego na staˆe w prawe rami©. Strzaˆ z minimalnej odlegˆo˜ci przebiˆ napier˜nik robota bojowego i rozni¢sˆ mechanizm na strz©py. - O rety! - j©kn¥ˆ C-3PO. - Sta†! - rykn¥ˆ Geonosjanin prowadz¥cy musztr© i caˆy oddziaˆ zamarˆ bez ruchu. Caˆy z wyj¥tkiem androida protokolarnego, kt¢ry rozgl¥daˆ si© na wszystkie strony, kr©c¥c pancernym tuˆowiem i rozpaczliwie szukaj¥c wyj˜cia z sytuacji. Kiedy C-3PO usˆyszaˆ komend©: "zabra† 4.7 do przeprogramowania", szybko obliczyˆ swoj¥ pozycj© w szyku i doszedˆ do wniosku, ¾e dow¢dca ma na my˜li wˆa˜nie jego. - Chwileczk©, to pomyˆka! - zawoˆaˆ, gdy para kr©pych robot¢w remontowych pochwyciˆa go mocarnymi ramionami. - To nie tak! Zaprogramowano mnie, ¾ebym znaˆ trzy miliony j©zyk¢w, a nie ¾ebym maszerowaˆ! ROZDZIA� 23 Zanim jeszcze Mace Windu dotarˆ do koäca korytarza, wyczuˆ wielki smutek Yody. S©dziwy Mistrz siedziaˆ na balkonie, z kt¢rego m¢gˆ obserwowa† caˆ¥ sal© Galaktycznego Senatu. W dole panowaˆ chaos; wrzaski, obelgi, argumenty i kontrargumenty wykrzykiwane jednocze˜nie - wszystko to ukˆadaˆo si© w przygn©biaj¥cy obraz upadku parlamentarnych obyczaj¢w. Mace Windu rozumiaˆ trosk© Yody i podzielaˆ j¥. Tak wˆa˜nie dziaˆaˆ system sprawowania wˆadzy, kt¢rego Zakon przysi©gaˆ broni†. W takich chwilach Mistrzowie w¥tpili, czy czˆonkowie senatu warci s¥ ochrony. Sˆabo˜ci Republiki byˆy tu widoczne jak na dˆoni. Mace Windu i Yoda dostrzegali te¾ biurokratyczne nonsensy, kt¢re nie pozwalaˆy na gruntown¥ reform© systemu. Chaos, kt¢rego ˜wiadkami byli w tej chwili, staˆ si© po¾ywk¥ dla ruchu separatystycznego dowodzonego przez hrabiego Dooku oraz szans¥ dla silnych grup interesu, takich jak Federacja Handlowa, nastawionych na bezwzgl©dn¥ eksploatacj© galaktyki. Mace Windu dotarˆ do koäca korytarza i usiadˆ w fotelu obok Yody. Nie odzywaˆ si©, bo nie byˆo o czym m¢wi†. Zadaniem Zakonu byˆo obserwowanie wydarzeä i wyst©powanie w obronie Republiki. Bez wzgl©du na to, jak niedorzeczne byˆo zachowanie tych, kt¢rzy ni¥ wˆadali. Mace i Yoda w milczeniu przysˆuchiwali si© wrzaskom senator¢w i w spokoju przygl¥dali si© tym, kt¢rzy swoje argumenty wzmacniali, wymachuj¥c - w zale¾no˜ci od rasy, do kt¢rej nale¾eli - pi©˜ciami lub innymi wypustkami. Na podium po˜rodku sali staˆ Mas Amedda, nerwowo zerkaj¥cy na boki i bezskutecznie wzywaj¥cy parlamentarzyst¢w do zachowania powagi. Po wielu minutach krzyki wreszcie ucichˆy. - Spok¢j! Spok¢j! - powt¢rzyˆ Mas Amedda, jakby chciaˆ si© upewni†, ¾e sytuacja nie wymknie si© spod kontroli po raz drugi. Kanclerz Palpatin'e stan¥ˆ na m¢wnicy i rozejrzaˆ si© uwa¾nie po sali. - Pod nieobecno˜† pani senator Amidali - zacz¥ˆ, wyra«nie wymawiaj¥c ka¾de sˆowo - przewodnicz¥cy udziela gˆosu starszemu przedstawicielowi systemu Naboo, Jar Jar Binksowi. Mace spojrzaˆ na Yod©, kt¢ry z zamkni©tymi oczami przysˆuchiwaˆ si© nagˆemu wybuchowi okrzyk¢w poparcia i sprzeciwu, kt¢re podzieliˆy zgromadzenie na dwie mniej wi©cej r¢wne cz©˜ci. Wszyscy wiedzieli, jak wielk¥ wag© b©d¥ miaˆy sˆowa reprezentanta Naboo, wi©c w sali znowu zawrzaˆo. Mace spojrzaˆ w d¢ˆ i wreszcie wypatrzyˆ platform© sun¥c¥ w stron© centralnej m¢wnicy. Lec¥cemu ni¥ Jar Jarowi towarzyszyli gungaäscy doradcy. - Senatorowie! - zawoˆaˆ Binks. - Danowni szelegaci... Gromki ˜miech byˆ niemal tak gˆo˜ny, jak niedawne kˆ¢tnie i krzyki, lecz nie trwaˆ dˆugo. - Odwagi, Jar Jar - szepn¥ˆ Mace Windu, patrz¥c na zmieszanego Gunganina, kt¢rego dzi¢b i policzki nabraˆy nagle intensywnie czerwonej barwy. - Spok¢j! - krzykn¥ˆ Mas Amedda z gˆ¢wnej m¢wnicy. - Senat zechce uprzejmie wysˆucha† przedstawiciela Naboo! Kiedy zapadˆa cisza, majordomus daˆ znak Jar Jarowi, kt¢ry staˆ tylko dzi©ki temu, ¾e mocno trzymaˆ si© kraw©dzi platformy. - Wobec bezpo˜redniego zagro¾enia Republiki - zacz¥ˆ Gunganin zadziwiaj¥co poprawnie-nasza proponowa†, by Senat natychmiast przekaza† nadzwyczajne uprawnienia Wielkiemu Kanclerzowi. W absolutnej ciszy delegaci rozwa¾ali sˆowa Jar Jara. A potem rozlegˆy si© pierwsze oklaski i wiwaty, kt¢re wkr¢tce zagˆuszyˆy sˆabe protesty opozycji. Chocia¾ nie ma jej tu dzisiaj, pomy˜laˆ Mace, to zwyci©stwo nale¾y do Amidali. Wiele lat pracowaˆa nad tym, by zdoby† zaufanie delegat¢w. Gdyby ktokolwiek inny ni¾ przedstawiciel Naboo przemawiaj¥cy w imieniu Amidali zaproponowaˆ tak drastyczne posuni©cie, debata trwaˆaby dˆugo, a jej wynik byˆby niepewny. Skoro jednak byˆa kr¢lowa zdecydowaˆa si© zmieni† zdanie w sprawie powoˆania siˆ zbrojnych Republiki, jej wierni sprzymierzeäcy zrobili to samo. Zgieˆk trwaˆ dobrych kilka minut. Gˆosy sprzeciwu byˆy coraz cichsze, w przeciwieästwie do okrzyk¢w poparcia dla sˆ¢w Binksa. Wreszcie Kanclerz Palpatin'e uni¢sˆ r©ce, prosz¥c o cisz©. Z wielkim wahaniem przyjmuj© t© ogromn¥ odpowiedzialno˜† zacz¥ˆ. Kocham demokracj©. Kocham Republik©. Jestem z natury ˆagodny i nie chciaˆbym ogl¥da† schyˆku demokratycznego systemu rz¥d¢w. Obiecuj©, ¾e gdy tylko za¾egnamy kryzys, zrzekn¥ si© wˆadzy, kt¢r¥ przekazujecie w moje r©ce. Pierwszym dekretem rozka¾¥ utworzy† wielk¥ armi© dla Republiki, kt¢ra przeciwstawi si© rosn¥cemu zagro¾eniu ze strony separatyst¢w. - Staˆo si© - rzekˆ Mace Windu do Yody. Mistrz pos©pnie skin¥ˆ gˆow¥. - Zbior© tylu Jedi, ilu mamy pod r©k¥ i rusz© z nimi na Geonosis. Trzeba pom¢c Obi-Wanowi. - Ja za˜ kloniarzy z planety Kamino odwiedz©. Obejrze† musz© t© armi©, kt¢r¥ dla Republiki wyhodowali - odrzekˆ Yoda. Dwaj Mistrzowie Jedi razem opu˜cili gmach Senatu. Sala nie r¢¾niˆa si© zbytnio od innych sal s¥dowych na wi©kszo˜ci ˜wiat¢w galaktyki - centraln¥ cz©˜† ograniczaˆy wygi©te w ˆuk balustrady, miejsca dla stron umieszczono na podwy¾szeniach, a du¾¥ cz©˜† powierzchni przeznaczono dla widowni. Na tym jednak koäczyˆy si© skojarzenia z cywilizowanym wymiarem sprawiedliwo˜ci - posiedzeniu "s¥du" przewodniczyˆ Poggle Mniejszy, arcyksi¥¾© Geonosis, asystowaˆ mu za˜ jego najbli¾szy doradca, Sun Fac, wi©c o rzetelnym procesie nie mogˆo by† mowy. W pozostaˆych czˆonkach skˆadu s©dziowskiego Padm‚ rozpoznaˆa senator¢w z planet, kt¢re poparˆy ju¾ separatyst¢w oraz dygnitarzy z rozmaitych stowarzyszeä handlowych i z Galaktycznego Klanu Bankowego. Lustrowaˆa ich wzrokiem z wielk¥ uwag¥, widz¥c w ich oczach przede wszystkim otwart¥ wrogo˜†. To nie byˆo ani przesˆuchanie, ani proces, a jedynie proklamacja nienawi˜ci. Padm‚ nie zdziwiˆa si© wi©c, gdy Sun Fac wyst¥piˆ na ˜rodek i o˜wiadczyˆ: - Zostali˜cie oskar¾eni o szpiegostwo i uznani za winnych. To tyle, je˜li chodzi o dowody, pomy˜laˆa. - Czy macie co˜ do powiedzenia, zanim wyrok zostanie wykonany? - spytaˆ arcyksi¥¾© Poggle Mniejszy. Senator Amidala bez wahania spojrzaˆa prosto w oczy Geonosjanina. - To, co robicie, jest aktem wojny, arcyksi¥¾©. Mam nadziej©, ¾e jeste˜cie gotowi ponie˜† konsekwencje. Geonosjanin roze˜miaˆ si©. - Zajmujemy si© konstruowaniem broni, pani senator. Z tego ¾yjemy! Oczywi˜cie, ¾e jeste˜my gotowi! - Zr¢bcie to wreszcie! - rozlegˆ si© gdzie˜ z boku niecierpliwy gˆos Nute'a Gunraya. - wykonajcie wreszcie wyrok. Chc© widzie†, jak ona cierpi. Padm‚ tylko pokr©ciˆa gˆow¥. Jedyn¥ jej win¥ byˆo to, ¾e kiedy byˆa kr¢low¥, pokrzy¾owaˆa Neimoidianinowi plany inwazji na jej ojczyst¥ planet©. Nie ugi©ˆa si© przed siˆ¥ Gunraya i jego Federacji. I pomy˜le†, ¾e zgodziˆa si© na uˆaskawienie neimoidiaäskich przyw¢dc¢w po niesˆawnej blokadzie Naboo! - Wasz przyjaciel Jedi ju¾ na was czeka, pani senator - rzekˆ arcyksi¥¾© Poggle Mniejszy, po czym skin¥ˆ dˆoni¥ na stra¾nik¢w. - Wyprowadzi† ich na aren©! Maˆy chˆopiec stoj¥cy w gˆ©bi sali z uwag¥ przysˆuchiwaˆ si© temu, co m¢wiono, raz po raz spogl¥daj¥c na ojca. - Nakarmi¥ nimi bestie? - spytaˆ Boba Fett. Jango spojrzaˆ na syna i za˜miaˆ si© cicho. - Tak, Boba. - Wiele razy opowiadaˆ chˆopcu o geonosjaäskiej arenie. - Mam nadziej¥, ¾e wypuszcz¥ acklaya - W gˆosie chˆopca nie byˆo emocji. - Ciekaw jestem, czy jest tak pot©¾ny, jak czytaˆem. �owca z u˜miechem skin¥ˆ gˆow¥, rozbawiony tym, ¾e jego syn ju¾ interesuje si© takimi sprawami i zadowolony z oboj©tno˜ci, z jak¥ o nich m¢wiˆ. Boba przejawiaˆ pragmatyczne podej˜cie do kwestii egzekucji trojga ludzi. Ojciec zawsze mu powtarzaˆ, ¾e chˆodny spok¢j i praktyczne podej˜cie do ¾ycia s¥ kluczem do przetrwania w brutalnej rzeczywisto˜ci galaktyki. Boba byˆ poj©tnym uczniem. Potok informacji, kt¢ry wlewano do pami©ci C-3PO, zapewne uformowaˆby jego charakter w taki spos¢b, jak ¾yczyli sobie tego Geonosjanie, gdyby nie to, ¾e jego obwody i tak p©kaˆy w szwach od danych z dziedziny lingwistyki. Android protokolarny samowolnie zaj¥ˆ si© wi©c tˆumaczeniem ka¾dej nowej instrukcji na wiele j©zyk¢w, dzi©ki czemu nowe oprogramowanie zostaˆo tak rozcieäczone", ¾e nie zrobiˆo na nim ¾adnego wra¾enia. Subtelna dziaˆalno˜† C-3PO umkn©ˆa uwadze brutali, kt¢rzy poddawali go przymusowemu ˆadowaniu program¢w bojowych. Zaledwie po kilku godzinach odˆ¥czyli go od komputera i poprowadzili przez wielk¥ hal© produkcyjn¥. I tam wˆa˜nie do sensor¢w androida dotarˆy znajome bˆagalne gwizdy. - Artoo! - zawoˆaˆ, kr©c¥c gˆow¥ na wszystkie strony. Wreszcie wypatrzyˆ swojego kompana, pracuj¥cego przy jednej z konsolet. R2-D2 obr¢ciˆ kopuˆk© i ponownie wydaˆ z siebie ¾aˆosne "ooooo". - Och, Artoo! - j©kn¥ˆ C-3PO i zanim dotarˆo do niego, co wˆa˜ciwie robi, ustawiˆ celownik na sworzniu ogranicznika, kt¢ry przyspawano do korpusu astromechanicznego robota. Pojedynczy strzaˆ urwaˆ sworzeä i pomkn¥ˆ rykoszetem przez caˆ¥ hal©. - Ej¾e! - zawoˆaˆ jeden z robot¢w instruktor¢w, spiesz¥c w stron© C-3PO. - Zdaje si©, ¾e trzeba mu jeszcze raz zaˆadowa† program - odezwaˆ si© drugi. Szef zespoˆu naprawczego pokr©ciˆ kopulast¥ gˆow¥. - Nie - powiedziaˆ. - W zasadzie nic si© nie staˆo. Tylko zabierzcie go wreszcie na plac †wiczeä! Automaty wyprowadziˆy C-3PO. Wkr¢tce potem R2-D2 niepostrze¾enie oddaliˆ si© od stanowiska, przy kt¢rym go ustawiono. Poniewa¾ wszystkie pozostaˆe roboty w okolicy wyposa¾ono w ograniczniki, sala w zasadzie nie byˆa strze¾ona. Maˆy robot astromechaniczny byˆ wolny. Tunel byˆ mroczny, ponury i cichy, je˜li nie liczy† rozbrzmiewaj¥cego co pewien czas echa wiwat¢w tˆumu, kt¢ry zgromadziˆ si© wok¢ˆ pobliskiej areny. Staˆ w nim dwukoˆowy furgon - otwarty owal o spadzistej masce, przypominaj¥cy nieco gˆow© owada, z kt¢rej kto˜ wyci¥ˆ g¢r¥ cz©˜†. Anakin i Padm‚ zostali do niego wepchni©ci do ˜rodka i uwi¥zani do mocnej konstrukcji, twarzami do siebie. Zachwiali si©, kiedy furgon ruszyˆ w gˆ¥b ciemnego tunelu. - Nie b¢j si© - szepn¥ˆ Anakin. Padm‚ u˜miechn©ˆa si© do niego z niezachwianym spokojem. - Nie boj© si© ˜mierci - odpowiedziaˆa mi©kko. - Umieraˆam po trochu ka¾dego dnia, odk¥d znowu pojawiˆe˜ si© w moim ¾yciu. - O czym ty m¢wisz? Sˆowa, kt¢re usˆyszaˆ, byˆy szczere i peˆne ciepˆa. - Kocham ci©. - Kochasz mnie? - powt¢rzyˆ oszoˆomiony. - Kochasz mnie! Przecie¾ postanowili˜my, ¾e si© w sobie nie zakochamy. ½e nie b©dziemy ¾y† w kˆamstwie, kt¢re mo¾e zniszczy† nasze ¾ycie. - W gˆ©bi duszy padawan czuˆ jednak bezgraniczn¥ rado˜†. - Za chwil© i tak stracimy ¾ycie - odparˆa Padm‚ - a moja miˆo˜† do ciebie, Annie, jest zagadk¥, na kt¢r¥ nie znam odpowiedzi. Nie umiem nad ni¥ panowa†; zreszt¥ teraz to ju¾ nie ma znaczenia. Kocham ci© gˆ©boko i chc©, ¾eby˜ wiedziaˆ o tym, zanim zginiemy. Pochyliˆa si© ku niemu na tyle, na ile pozwoliˆy jej wi©zy. Anakin zrobiˆ to samo i na moment znale«li si© tak blisko siebie, ¾e ich usta spotkaˆy si© w delikatnym pocaˆunku, kt¢ry trwaˆ i z ka¾d¥ chwil¥ nabieraˆ mocy, lepiej ni¾ sˆowa przekazuj¥c to, co ju¾ dawno powinni byli sobie wyzna†. Nagle u˜wiadomili sobie, ile faˆszu byˆo w ich heroicznej decyzji o wyrzeczeniu si© uczu† w imi© przyszˆo˜ci. Rozkoszna chwila nie trwaˆa dˆugo; wo«nica strzeliˆ z bicza i w¢z wtoczyˆ si© na piaszczyst¥ nawierzchni© wielkiego stadionu, peˆnego ¾¥dnych wra¾eä Geonosjan. Cztery solidne pale - mniej wi©cej metrowej ˜rednicy - sterczaˆy z ziemi po˜rodku areny. Padm‚ i Anakin dostrzegli przy jednym z nich znajom¥ posta†, sp©tan¥ ˆaäcuchami. - Obi-Wan! - krzykn¥ˆ padawan, kiedy wyci¥gano go z wozu, by przyku† do sˆupa o kilka metr¢w od mistrza. - Zaczynaˆem si© zastanawia†, czy otrzymaˆe˜ moj¥ wiadomo˜† - powiedziaˆ. Jedi skrzywili si©, patrz¥c, jak geonosjaäscy stra¾nicy bez ceregieli wlok¥ Padm‚ w stron© pala i p©taj¥ jej r©ce ˆaäcuchem. Widzieli, jak podejmuje daremn¥ pr¢b© wyswobodzenia si©, lecz nie dostrzegli pewnego szczeg¢ˆu: tego, ¾e zdoˆaˆa ukry† w dˆoni kawaˆek drutu. - Przekazaˆem j¥ dalej, jak sobie tego ¾yczyˆe˜, mistrzu - wyja˜niˆ Anakin. - A potem postanowili˜my pospieszy† ci na ratunek. - Dobra robota - odparˆ sarkastycznie Obi-Wan i st©kn¥ˆ cicho, gdy ˆaäcuch oplataj¥cy jego nadgarstki poci¥gni©to w g¢r©. Unieruchomiony, m¢gˆ tylko patrze† bezradnie na to, co sprawcy robi¥ z Anakinem i Padm‚. Wszyscy troje mogli obraca† si© nieco na boki, dzi©ki czemu dostrzegli wchodz¥cych do lo¾y dygnitarzy - mistrz¢w ceremonii - kt¢rych twarze znali a¾ nadto dobrze. - Zbrodniarze, kt¢rych tu widzicie, dopu˜cili si© szpiegostwa na terytorium Suwerennego Systemu Geonosis - obwie˜ciˆ gˆo˜no sˆugus arcyksi©cia, Sun Fac. - Wyrok ˜mierci zostanie wykonany natychmiast, tu, na tej arenie. Tˆum odpowiedziaˆ ogˆuszaj¥cym radosnym wyciem. - Lubi¥ te egzekucje - stwierdziˆ sucho Obi-Wan. Tymczasem miejsce Suna Faca zaj¥ˆ Poggle Mniejszy. Uni¢sˆ r©ce, prosz¥c widz¢w o cisz©. - Postanowiˆem, ¾e dzisiejsze widowisko b©dzie wyj¥tkowe oznajmiˆ, wzbudzaj¥c jeszcze gˆo˜niejszy aplauz publiczno˜ci. - Kt¢rzy z naszych ulubieäc¢w najefektowniej rozprawiliby si© z tak szacownym gronem przest©pc¢w? To pytanie zadawaˆem sobie mn¢stwo razy i przez wiele godzin nie umiaˆem znale«† odpowiedzi. I wreszcie dokonaˆem wyboru... - przyw¢dca zawiesiˆ gˆos, a tˆumy zamarˆy w oczekiwaniu. - Reek! - wrzasn¥ˆ triumfalnie Poggle. Niemal natychmiast uniesiono wrota zasˆaniaj¥ce tunel po przeciwnej stronie areny. Z wn©trza wynurzyˆo si© czworono¾ne zwierz© o masywnym torsie, dˆugiej paszczy i trzech gro«nych rogach, z kt¢rych jeden wyrastaˆ ze ˜rodka z g¢rnej szcz©ki, dwa za˜ sterczaˆy po bokach. Reek dor¢wnywaˆ wzrostem dorosˆemu Wookiemu i byˆ szeroki w barach na prawie dwa metry. Geonosjaäscy pikadorzy z dˆugimi wˆ¢czniami w dˆoniach, dosiadaj¥cy dziwnych bydl¥t o wydˆu¾onych pyskach, zagnali besti© na ˜rodek areny. Kiedy wiwaty ucichˆy, Poggle Mniejszy ponownie zaskoczyˆ poddanych. - Nexu! - rykn¥ˆ dono˜nie. Otworzono drug¥ bram©, by wypu˜ci† na aren© drapie¾n¥ besti© o kocich ruchach. �eb zwierz©cia byˆ zdumiewaj¥co wielki - tylko dwukrotnie mniejszy od korpusu - a peˆne ostrych kˆ¢w szcz©ki mogˆy rozwiera† si© tak szeroko, ¾e przegryzienie czˆowieka na p¢ˆ byˆoby dla nich bˆahostk¥. Kosmaty grzebieä ci¥gn¥ˆ si© wzdˆu¾ grzbietu nexu od gˆowy a¾ po zad i koäczyˆ si© u nasady dˆugiego ogona, bij¥cego niespokojnie o boki. - Oraz acklay! - krzykn¥ˆ Poggle, zanim na trybunach zapanowaˆ wzgl©dny spok¢j. Z trzeciego tunelu wybiegˆa bestia jeszcze bardziej odra¾aj¥ca od poprzednich. Poruszaˆa si© niczym paj¥k na czterech dˆugich nogach, z kt¢rych ka¾da zakoäczona byˆa dˆugimi szponami. Wymachiwaˆa przy tym ˆapami, ze ˜wistem przecinaj¥c powietrze wielkimi i ostrymi pazurami. �eb, ozdobiony dˆugim pofalowanym rogiem, znajdowaˆ si© ponad dwa metry nad ziemi¥. Podczas gdy pozostaˆe dwa stworzenia potrzebowaˆy zach©ty pikador¢w, acklay toczyˆ dokoˆa gˆodnym wzrokiem i sam rwaˆ si© do walki. Wida† byˆo, ¾e wˆa˜nie on jest ulubieäcem publiczno˜ci, a zwˆaszcza maˆego chˆopca, sklonowanego syna Janga Fetta, kt¢ry wraz z ojcem zasiadˆ mi©dzy dygnitarzami. Boba z u˜miechem recytowaˆ z pami©ci wszystko, co wiedziaˆ o wyczynach zab¢jczo skutecznego acklaya. - Powinno by† zabawnie, przynajmniej dla nich - zauwa¾yˆ Obi-Wan, przygl¥daj¥c si© szaleästwu, kt¢re zapanowaˆo na szczelnie wypeˆnionych trybunach. - Co? - zdziwiˆ si© Anakin. - Niewa¾ne - mrukn¥ˆ Kenobi. - Jeste˜ got¢w do walki? - Do walki? - powt¢rzyˆ sceptycznie padawan, spogl¥daj¥c na skute nadgarstki i na trzy potwory, kt¢re teraz dopiero zauwa¾yˆy, ¾e podano im obiad. - Chyba nie chcesz, ¾eby widzowie ¾aˆowali wydanych pieni©dzy? - spytaˆ Obi-Wan. - Zajmij si© tym z prawej, ja bior© na siebie tego z lewej. - A co z Padm‚? - M©¾czy«ni spojrzeli w jej stron© i przekonali si©, ¾e ich sprytna towarzyszka skorzystaˆa ju¾ z ukrytego w dˆoni drutu; otworzyˆa jeden z zamk¢w spinaj¥cych kajdany i zdoˆaˆa odwr¢ci† si© twarz¥ do sˆupa. U¾ywaj¥c ˆaäcucha, sprawnie wdrapaˆa si© na szczyt pala i przysiadˆa na nim, pracuj¥c zawzi©cie nad drugim zamkiem. - Zdaje si©, ¾e lubi by† g¢r¥ - skomentowaˆ drwi¥co Obi-Wan. Anakin odwr¢ciˆ si© w sam¥ por©, by zareagowa† na szar¾© reeka. Skoczyˆ wysoko w g¢r© i rogaty ˆeb bestii z impetem hukn¥ˆ w solidny pal. Mˆody Jedi dostrzegˆ dla siebie szans©; opadˆ ci©¾ko na grzbiet zwierz©cia i szybko owin¥ˆ ˆaäcuch wok¢ˆ rogu. Reek wierzgn¥ˆ i szarpn¥ˆ, bez trudu wyrywaj¥c ze sˆupa mocowania ˆaäcucha, a potem ruszyˆ z kopyta, w dzikim taäcu staraj¥c si© zrzuci† z grzbietu czˆowieka. Anakin r¥bn¥ˆ wolnym koäcem ˆaäcucha w bok ˆba bestii, kt¢ra natychmiast pochwyciˆa ogniwa kˆami i trzymaˆa uparcie, nie˜wiadomie oferuj¥c je«d«cowi co˜ w rodzaju cugli. Zaˆadowawszy do pami©ci plany kompleksu fabrycznego, R2-D2 nie miaˆ ju¾ problem¢w z poruszaniem si© niezliczonymi korytarzami. Toczyˆ si© wi©c swoj¥ drog¥, pogwizduj¥c beztrosko, by nie zwraca† na siebie uwagi kr©c¥cych si© tu i ¢wdzie Geonosjan. ½aden z nich i tak nie interesowaˆ si© maˆym automatem, kt¢ry domy˜laˆ si© nawet przyczyny ich oboj©tno˜ci; chodziˆo zapewne o wielkie wydarzenie - potr¢jn¥ egzekucj© odbywaj¥c¥ si© wˆa˜nie na pobliskiej arenie. Astromechaniczny robot nie miaˆ kˆopotu z odgadni©ciem to¾samo˜ci nieszcz©snych skazaäc¢w. Przemierzaj¥c korytarze miasta - fabryki, staraˆ si© mimo wszystko unika† spotkaä z Geonosjanami, a je˜li ju¾ musiaˆ ich mija†, pr¢bowaˆ zachowywa† si© swobodnie, jakby byˆ u siebie. Wiedziaˆ jednak, ¾e w rejonie areny czeka† go b©dzie przeprawa przez tˆum wrog¢w i m¢gˆ tylko mie† nadziej©, ¾e b©d¥ zbyt zaj©ci widowiskiem, by zwraca† uwag© na niepozornego robota. Obi-Wan szybko zrozumiaˆ, dlaczego acklay jest ulubieäcem publiczno˜ci. Zwierz© stan©ˆo na tylnych ˆapach i ruszyˆo na niego z siˆ¥ huraganu. Jedi zd¥¾yˆ skry† si© za palem, lecz bestia z trzaskiem przeci©ˆa pot©¾nymi pazurami drewno i ˆaäcuch. Uwolniony przez ˜lep¥ furi© acklaya, Kenobi rzuciˆ si© p©dem w stron© najbli¾szego pikadora, a potw¢r pognaˆ za nim. Geonosjanin pochyliˆ wˆ¢czni© w stron© nadbiegaj¥cego rycerza, lecz ten unikn¥ˆ jej grotu, a pochwyciˆ drzewce. Mocne szarpni©cie wyrwaˆo broä z r¥k pikadora. Obi- Wan koäcem wˆ¢czni spˆoszyˆ jego wierzchowca, kt¢ry natychmiast stan¥ˆ d©ba. Nie zwalniaj¥c tempa, Jedi wbiˆ drzewce w ziemi© i u¾ywaj¥c go jako tyczki, przeskoczyˆ nad pikadorem i jego bydl©ciem. Acklay i tym razem wybraˆ kr¢tsz¥ drog©: w peˆnym biegu zderzyˆ si© z Je«d«cem i wierzchowcem, posyˆaj¥c na piach oszoˆomionego Geonosjanina. ½ycie pikadora skoäczyˆo si© chwil© p¢«niej, gdy po- chwyciˆy go monstrualne szpony bestii. Tymczasem Padm‚, siedz¥c na szczycie pala, walczyˆa z drugim zamkiem kajdan. Nexu nie zamierzaˆ jednak czeka†; skoczyˆ w jej stron©, ale zdoˆaˆa unikn¥† ciosu. Stw¢r natychmiast powt¢rzyˆ atak. Padm‚ zdzieliˆa go ˆaäcuchem. Nexu nie ust©powaˆ; wbijaj¥c pazury w drewno, znowu wspi¥ˆ si© niemal na szczyt i nagle skoczyˆ, by stan¥† na dw¢ch ˆapach przed zaskoczon¥ Padm‚, z dono˜nym rykiem zwyci©stwa. Tˆumy widz¢w umilkˆy, oczekuj¥c pierwszej krwawej ofiary. W chwili, gdy nexu uderzyˆ, Padm‚ wykonaˆa obr¢t. Pazury rozdarˆy materiaˆ jej kombinezonu i drasn©ˆy sk¢r© na plecach, lecz swobodny koniec ˆaäcucha zawirowaˆ wraz z ni¥ i z ogromn¥ siˆ¥ uderzyˆ w pysk bestii. Zwierz© run©ˆo na ziemi©, lecz Padm‚ jeszcze nie skoäczyˆa rozprawy. Skoczyˆa, trzymaj¥c si© ˆaäcucha, kt¢ry wypr©¾yˆ si© i poci¥gn¥ˆ j¥ do tyˆu. Siˆa szarpni©cia sprawiˆa, ¾e Padm‚ okr¥¾yˆa pal, podkurczaj¥c jednocze˜nie nogi i wymierzaj¥c stworowi podw¢jnego kopniaka; powaliˆa go na zryty pazurami piach. Nie zatrzymuj¥c si© ani na chwil©, wspi©ˆa si© z powrotem na szczyt sˆupa i ze zdwojon¥ energi¥ zabraˆa si© do odpinania ˆaäcucha. Z gardeˆ widz¢w wydarˆ si© j©k. - To niedozwolone! - wrzasn¥ˆ Nute Gunray z lo¾y dla wa¾nych osobisto˜ci. - Tak nie wolno! Zastrzelcie j¥ albo nie wiem, co! - Ooo! - zawoˆaˆ z podziwem Boba Fett. Jango, kt¢ry bawiˆ si© r¢wnie dobrze, poˆo¾yˆ dˆoä na ramieniu syna. - Nexu j¥ dopadnie, wicekr¢lu - zapewniˆ roztrz©sionego Neimoidianina Poggle Mniejszy. Gunray nie usiadˆ ju¾, podobnie jak pozostali dygnitarze i reszta rozentuzjazmowanej widowni. Tˆum znowu j©kn¥ˆ, gdy Obi-Wan obiegˆ le¾¥ce na ziemi bydl© i posˆaˆ odebran¥ pikadorowi wˆ¢czni© w stron© szyi rozw˜cieczonego acklaya. Bestia zawyˆa z b¢lu i jednym ciosem odsun©ˆa gramol¥cego si© niezgrabnie orraya. Tymczasem nexu odzyskaˆ r¢wnowag© i zacz¥ˆ skrada† si© w stron© pala, na kt¢rym siedziaˆa Padm‚, lecz ona byˆa ju¾ wolna. Stw¢r nie zwr¢ciˆ na to uwagi; byˆ tu¾ pod ni¥ i tocz¥c ˜lin© z karykaturalnie wielkiej paszcz©ki, spogl¥daˆ na ni¥ nienawistnie. Spr©¾yˆ si© i przykucn¥ˆ, sposobi¥c si© do skoku. I wtedy wˆa˜nie zostaˆ stratowany przez reeka, na kt¢rego grzbiecie siedziaˆ Anakin. - Jeste˜ caˆa? - zawoˆaˆ padawan. - Jasne. - Wskakuj! - krzykn¥ˆ. Padm‚ skoczyˆa, by wyl¥dowa† mi©kko tu¾ za plecami Anakina. Kiedy mijali rannego rozw˜cieczonego acklaya, Obi-Wan chwyciˆ r©k© Padm‚ i usadowiˆ si© za ni¥ na grzbiecie p©dz¥cego reeka. Boba Fett znowu pisn¥ˆ z zachwytu, tak jak wi©kszo˜† Geonosjan. Tylko Nute Gunray nie byˆ zachwycony. - Nie tak miaˆo by†! - warkn¥ˆ w stron© hrabiego Dooku. - Powinna ju¾ by† martwa! - Cierpliwo˜ci - odparˆ spokojnie hrabia. - Nie! - odkrzykn¥ˆ rozsierdzony Neimoidianin. - Jango, wykoäcz j¥! �owca nagr¢d spojrzaˆ na niego z rozbawieniem i skin¥ˆ gˆow¥ byˆemu Jedi, kt¢ry gestem nakazaˆ mu pozosta† na miejscu. - Cierpliwo˜ci, wicekr¢lu - powt¢rzyˆ Dooku. - Ona umrze. Wypowiadaj¥c te sˆowa, wyci¥gn¥ˆ r©k© w stron¥ areny i oczom Gunraya, kt¢ry wprost kipiaˆ z w˜ciekˆo˜ci, ukazaˆa si© grupa robot¢w niszczycieli wytaczaj¥cych si© wˆa˜nie z bocznego tunelu. Maszyny okr¥¾yˆy reeka z trojgiem wi©«ni¢w na grzbiecie, po czym sprawnie przyj©ˆy pozycj© bojow¥. Anakin nie miaˆ wyboru - musiaˆ mocno szarpn¥† cugle, by zatrzyma† besti©. - Widzisz? - spytaˆ ˆagodnie Dooku. Wyraz twarzy hrabiego zmieniˆ si© jednak na mgnienie oka, gdy za jego plecami rozlegˆo si© nagle znajome buczenie. Dooku zerkn¥ˆ szybko na prawo i zobaczyˆ purpurow¥ kling© miecza ˜wietlnego tu¾ przy szyi Janga Fetta. Odwr¢ciˆ si©, by bardzo powoli spojrze† na tego, kto trzyma broä. - Mistrz Windu rzekˆ uprzejmie. - Jak to miˆo, ¾e do nas doˆ¥czyˆe˜! Zjawiˆe˜ si© dokˆadnie w chwili prawdy. Przyznam szczerze, ¾e twoim dw¢m podopiecznym przydaˆoby si© porz¥dne szkolenie. - Przykro mi, ale musz© ci© rozczarowa†, Dooku - odparˆ chˆodno Mace. - Koniec widowiska. - Mistrz Jedi zasalutowaˆ wˆ¥czonym mieczem, daj¥c w ten spos¢b um¢wiony sygnaˆ, po czym znowu wzi¥ˆ na cel Janga Fetta. W jednej chwili na trybunach wok¢ˆ areny rozbˆysˆa setka energetycznych ostrzy trzymanych przez rycerzy Jedi. Widzowie umilkli. Po kr¢tkiej chwili zastanowienia hrabia Dooku odwr¢ciˆ si© nieznacznie i zerkn¥ˆ na Mace'a Windu. - Odwa¾ne to, ale gˆupie, m¢j stary przyjacielu. Jest was za maˆo, nie macie ¾adnych szans. - Mylisz si© - odparˆ Mistrz. - Twoi gospodarze nie s¥ wojownikami. Jeden Jedi jest wart tyle, co stu Geonosjan. Hrabia Dooku rozejrzaˆ si© po stadionie z szerokim u˜miechem. - Nie miaˆem na my˜li Geonosjan. Jak s¥dzisz, czy jeden Jedi jest wart tyle, co tysi¥c robot¢w bojowych? Wypowiedziaˆ te sˆowa w sam¥ por©, gdy¾ w korytarzu za plecami Mace'a Windu wˆa˜nie pojawiˆ si© oddziaˆ robot¢w, w biegu strzelaj¥cych z karabin¢w laserowych. Jedi zareagowaˆ bˆyskawicznie, obracaj¥c si© na pi©cie i odbijaj¥c mieczem deszcz bˆyskawic tak, by raziˆy atakuj¥ce maszyny. Wiedziaˆ jednak, ¾e ta grupka jest najmniejszym z jego zmartwieä, rozejrzawszy si© bowiem pospiesznie, dostrzegˆ przyczyn© pewno˜ci hrabiego Dooku: na aren© wszystkimi tunelami i bramami jednocze˜nie wbiegaˆy tysi¥ce robot¢w bojowych. Bitwa rozgorzaˆa na dobre. Skowyt strzaˆ¢w z blaster¢w zagˆuszyˆ wszystkie inne odgˆosy. Rycerze Jedi przebijali si© przez g¥szcz nieprzyjaci¢ˆ, zawzi©cie pracuj¥c mieczami, by ˆ¥czy† si© w niewielkie grupki i osˆania† si© wzajemnie przed huraganowym ogniem. Geonosjanie tylko pot©gowali zamieszanie - niekt¢rzy pr¢bowali atakowa† Jedi i gin©li dziesi¥tkami, inni za˜ usiˆowali wydosta† si© ze stadionu. Mace Windu odwr¢ciˆ si© gwaˆtownie, wyczuwaj¥c, ¾e najbardziej niebezpieczny wr¢g czai si© za jego plecami. Stan¥ˆ twarz¥ w twarz z Jango Fettem, kt¢ry spokojnie mierzyˆ w jego stron© z miotacza pˆomieni. Broä wypaliˆa i dˆugi pˆaszcz Mistrza Jedi natychmiast zaj¥ˆ si© ogniem. Maj¥c przed sob¥ hrabiego Dooku i ˆowc© nagr¢d jednocze˜nie, Mace Windu salwowaˆ si© ucieczk¥. Wsparty Moc¥ skok przeni¢sˆ go wprost na aren©, gdzie zdarˆ z siebie pˆon¥c¥ szat© i rzuciˆ na ziemi©. Wok¢ˆ niego trwaˆa za¾arta bitwa. Wielu Jedi dotarˆo ju¾ na aren© i stawiaˆo op¢r legionom robot¢w bojowych, inni za˜ przebijali si© dopiero od strony trybun i rzucali w wir walki tam, gdzie tˆum uzbrojonych maszyn byˆ najg©˜ciejszy. Mace skrzywiˆ si©, widz¥c jak Obi-Wan, Anakin i Padm‚ szerokim ˆukiem spadaj¥ z grzbietu reeka, kt¢ry z przera¾enia zacz¥ˆ wierzga† i miota† si© we wszystkie strony. Daˆ znak swoim rycerzom, ale niepotrzebnie, bo stoj¥cy najbli¾ej ju¾ biegli na pomoc l¥duj¥cym na ziemi towarzyszom, rzucaj¥c w ich stron© zapasowe miecze. Kiedy mistrz i uczeä wˆ¥czyli broä - Anakin dostaˆ miecz z zielon¥ kling¥, a Obi-Wan z niebiesk¥ - a mi©dzy nimi stan©ˆa Padm‚ ze zdobycznym pistoletem blasterowym, Mace odetchn¥ˆ z ulg¥. Chwil© p¢«niej Mistrz Jedi znalazˆ si© w ogniu walki: z niewiarygodn¥ szybko˜ci¥ odbijaˆ ˜wietlist¥ kling¥ blasterowe bolty, kt¢rymi zasypywaˆ go caˆy oddziaˆ robot¢w. Wkr¢tce udaˆo mu si© przebi† na ˜rodek areny, gdzie doˆ¥czyˆ do Obi-Wana. Stoj¥c plecami do siebie, sun©li przez ci¾b© automat¢w jak burza, na przemian blokuj¥c strzaˆy i tn¥c metalowe ciaˆa. Kenobi zaatakowaˆ jedn¥ z maszyn ci©ciem z g¢ry, a gdy robot w odpowiedzi uni¢sˆ broä, Jedi bˆyskawicznie zamienili si© miejscami i Mace Windu przepoˆowiˆ metalowy korpus niskim poziomym ciosem. Anakin i Padm‚ walczyli podobnie - stoj¥c blisko, plecami do siebie. Mˆody Jedi zajmowaˆ si© przede wszystkim blokowaniem bˆyskawic nadlatuj¥cych w ich stron©, Padm‚ za˜ staranie mierzonymi strzaˆami z pistoletu eliminowaˆa z walki roboty i Geonosjan. Jednak mimo wysiˆk¢w i odwagi garstki Jedi, mimo stert nieruchomych szcz¥tk¢w maszyn, wida† byˆo, ¾e ogromna przewaga liczebna Geonosjan i ich robot¢w pr©dzej czy p¢«niej przyniesie im zwyci©stwo. Rycerze pomaˆu wycofywali si© w stron© centralnej cz©˜ci areny, cho† nie byˆo to miejsce, w kt¢rym ˆatwiej byˆo walczy† - tu bowiem pr¢cz ludzi i maszyn szalaˆy tak¾e dwie krwio¾ercze bestie, niszcz¥ce wszystko, co stan©ˆo na ich drodze. W sam ˜rodek chaosu wmaszerowaˆ dziarsko C-3PO - a raczej jego ciaˆo, na kt¢rym fabryczne automaty zamontowaˆy gˆow© robota bojowego. Jego udziaˆ w bitwie nie trwaˆ dˆugo: zabˆ¥kana bˆyskawica trafiˆa go prosto w szyj©, odrywaj¥c metalowy czerep od korpusu. Po przeciwnej stronie areny maszerowaˆ C-3PO, a wˆa˜ciwie tylko jego gˆowa przykr©cona do ciaˆa robota bojowego.. - Moje nogi znieruchomiaˆy! - zawoˆaˆ specjalista do spraw protokolarnych, cho† ani na chwil© nie przestaˆ i˜†. - Zdaje si©, ¾e potrzebuj© oleju. W kompletnym chaosie, kt¢ry panowaˆ na geonosjaäskiej arenie, nie byˆo miejsca na uporz¥dkowane i skoordynowane dziaˆania. Liczyˆa si© tylko improwizacja. Padm‚ byˆa w swoim ¾ywiole. Oddaj¥c strzaˆ przy ka¾dym kroku, przemieszczaˆa si© w stron© wozu, kt¢ry przywi¢zˆ j¥ i Anakina na miejsce ka«ni. Dotarˆszy do celu, wdrapaˆa si© na grzbiet zdezorientowanego orraya, wci¥¾ jeszcze stoj¥cego w zaprz©gu. Padawan posuwaˆ si© tu¾ za ni¥, pˆynnymi ruchami klingi kieruj¥c bˆyskawice z powrotem w stron© wystrzeliwuj¥cych je robot¢w. Gdy tylko znalazˆ si© w wozie, Padm‚ ponagliˆa orraya do biegu. Furgon potoczyˆ si© wok¢ˆ areny, podskakuj¥c na walaj¥cych si© wsz©dzie szcz¥tkach robot¢w i ciaˆach Geonosjan. Padm‚ nie przestawaˆa strzela†, Anakin za˜ siaˆ jeszcze wi©ksze spustoszenie, wprawnie blokuj¥c ˜wiszcz¥ce dokoˆa bˆyskawice. Kiedy C-3PO wyszedˆ z tunelu i znalazˆ si© znienacka w samym ˜rodku bitwy, jego fotoreceptory z pewno˜ci¥ wyszˆyby z orbit, gdyby tylko byˆo to mo¾liwe. - Gdzie my jeste˜my? - zawoˆaˆ. - Przecie¾ to bitwa! O nie! Jestem prostym androidem protokolarnym! Nie potrafi© walczy†! Nie chc© zgin¥†! Automat hybryda nie przetrwaˆ na arenie dˆu¾ej, ni¾ jego druga poˆowa. Wkr¢tce zjawiˆ si© przed nim mistrz Jedi, Kit Fisto, kt¢ry jednym pchni©ciem Mocy powaliˆ go na ziemi©, a sekund© p¢«niej wykonaˆ szybki piruet i ciosem miecza unicestwiˆ robota stoj¥cego obok. Bezu¾yteczny wrak mechanicznego wojownika run¥ˆ na ziemi©, przygniataj¥c C-3PO. - Pomocy! Jestem w potrzasku! Nie mog© wsta†! - j©czaˆ android protokolarny, lecz nikt nie zwracaˆ uwagi na jego skargi. Z jednym wyj¥tkiem. R2-D2 odwa¾nie wtoczyˆ si© na aren© i zacz¥ˆ kluczy† mi©dzy walcz¥cymi. ½aden oddziaˆ robot¢w bojowych nie miaˆ szans na rozdzielenie Mace'a i Obi-Wana, tak doskonale zgrani byli Jedi i z takim kunsztem posˆugiwali si© broni¥. Jednak nawet para mieczy ˜wietlnych nie wystarczyˆa, kiedy pojawiˆ si© szar¾uj¥cy reek. Jedi nie mieli wyboru: musieli uskoczy† w przeciwne strony. Potw¢r pobiegˆ za Mace'em, kt¢ry mˆ¢c¥c zaciekle mieczem, zdoˆaˆ zatrzyma† go i zmusi† do odwrotu. Wreszcie jednak reek trafiˆ go wielkim ˆbem i Mistrz run¥ˆ na ziemi©, gubi¥c broä. Poderwaˆ si© natychmiast i wiedziaˆ, ¾e zdoˆa jeszcze zwie˜† besti©, by si©gn¥† po le¾¥cy w piasku miecz, lecz w tej samej chwili wyl¥dowaˆ przed nim czˆowiek w pancerzu, z plecakiem rakietowym na grzbiecie i blasterem w dˆoni. Mace Windu si©gn¥ˆ po Moc, by przywoˆa† miecz wprost do r©ki. Zapaliˆ kling© w ostatniej chwili, by odparowa† pierwszy strzaˆ Janga Fetta. Z drugim poszˆo mu ju¾ znacznie lepiej - zdoˆaˆ odbi† bˆyskawic© do ˆowcy, lecz ten ju¾ rzuciˆ si© w bok, got¢w do oddania caˆej serii strzaˆ¢w. I oddaˆby bez w¥tpienia, gdyby nie reek. Zwierz©, niepotrafi¥ce odr¢¾ni† wroga od przyjaciela, rzuciˆo si© w stron© Fetta. �owca nagr¢d wystrzeliˆ kilka razy, lecz energetyczne wi¥zki tylko nieznacznie spowolniˆy ruchy bestii. Reek wzi¥ˆ Janga na rogi i odrzuciˆ w bok, by stratowa† go w peˆnym biegu, ale m©¾czyzna zdoˆaˆ usun¥† si© z drogi i znowu zacz¥ˆ strzela†. Byˆ szybki. Za ka¾dym razem, gdy potw¢r pr¢bowaˆ go zmia¾d¾y†, Fett posyˆaˆ w stron© jego brzucha kilka nios¥cych du¾¥ energi© bˆyskawic. Wreszcie bestia zacz©ˆa si© chwia†. Jango przezornie wymkn¥ˆ si© spod niej, nim wreszcie padˆa na piach i znieruchomiaˆa. Mace Windu natychmiast podj¥ˆ przerwany pojedynek. �owca uchyliˆ si© przed ciosem miecza ˜wietlnego i odpaliˆ rakiety, by unie˜† si© w powietrze. L¥duj¥c co chwil©, pr¢bowaˆ trzyma† si© poza zasi©giem r©cznej broni Mistrza i od czasu do czasu oddawaˆ w jego stron© pojedyncze strzaˆy. Mace musiaˆ przyzna†, ¾e jego przeciwnik jest doskonaˆym wojownikiem. Niejeden raz Jedi z najwy¾szym trudem parowaˆ strzaˆy z blastera. Mimo to nie przestawaˆ atakowa†, szybkimi pchni©ciami i ci©ciami spychaj¥c ˆowc© do defensywy. Wiedziaˆ jednak, ¾e wystarczy jeden faˆszywy krok... I wreszcie staˆo si©. Mace wyprowadziˆ ci©cie w lewo, zatrzymaˆ miecz w p¢ˆ drogi i pchn¥ˆ wprost przed siebie, a nast©pnie zmieniˆ uchwyt i poci¥gn¥ˆ kling© z lewej na praw¥ stron©. Wykonaˆ jednocze˜nie peˆny obr¢t i wyszedˆ z niego w postawie obronnej, got¢w odbi† bˆyskawic©... kt¢rej nie byˆo. Cios z lewej na praw¥ stron© dosi©gn¥ˆ szyi Janga Fetta. Gˆowa ˆowcy nagr¢d spadˆa z jego ramion, wysun©ˆa si© z heˆmu i znieruchomiaˆa na piasku. - Prosto przed siebie - mrukn¥ˆ Obi-Wan, kiedy acklay ruszyˆ na niego, orz¥c powietrze monstrualnymi pazurami. Jedi skoczyˆ w lewo, potem w prawo, a¾ wreszcie potem potoczyˆ si© ˜rodkiem, pomi©dzy pot©¾nymi ramionami i szponami tn¥cymi ze ˜wistem powietrze. Klinga miecza wbiˆa si© gˆ©boko w pier˜ bestii. Acklay run¥ˆ naprz¢d, jakby chciaˆ zgnie˜† przeciwnika wˆasnym ci©¾arem. Obi-Wan uskoczyˆ i wzbiˆ si© w powietrze. Wyl¥dowaˆ na grzbiecie zwierz©cia i kilkakrotnie pchn¥ˆ je mieczem, nim zeskoczyˆ na ziemi©. Prosto przed siebie - powt¢rzyˆ, gdy doprowadzona do szaˆu bestia znowu pop©dziˆa w jego stron©. W ostatniej sekundzie dostrzegˆ k¥tem oka nadlatuj¥c¥ bˆyskawic© i ustawiˆ miecz ostrzem w d¢ˆ, by rykoszet trafiˆ prosto w ˆeb acklaya. Potw¢r nie zwolniˆ szar¾y i Jedi znowu musiaˆ rzuci† si© na ziemi©, by unikn¥† ciosu pot©¾nych pazur¢w. Przetoczyˆ si© na bok, tu¾ pod ˆap¥, kt¢ra omal go nie zmia¾d¾yˆa, i znowu ci¥ˆ mieczem. Tym razem gˆ©boko. Acklay zawyˆ, ale nie wycofaˆ si©, tymczasem w stron© Obi-Wana sypn¥ˆ si© grad blasterowych strzaˆ¢w. Bˆ©kitne ostrze wirowaˆo jak szalone, kieruj¥c wszystkie bˆyskawice w stron© atakuj¥cej bestii, kt¢ra wreszcie zacz©ˆa zwalnia†, wyra«nie oszoˆomiona kanonad¥. Obi-Wan skoczyˆ ku niej i pchn¥ˆ mieczem prosto w pysk. Zaparˆ si© nog¥ o bark zwierz©cia i przebiegˆ po nim. Usˆyszaˆ za sob¥ odgˆos upadku i agonalnego drapania pazurami o piach areny. Wiedziaˆ, ¾e rozprawa z potworem dobiegˆa koäca i ¾e mo¾e skupi† si© na niszczeniu robot¢w bojowych. Jednak bitwa nie byˆa jeszcze wygrana. Mace Windu zgˆadziˆ ju¾ Jango Fetta, a po przeciwnej stronie areny Anakin i Padm‚ nie ustawali ani na chwil©, niszcz¥c caˆe zast©py robot¢w, chronieni przez kadˆub przewr¢conego wozu. Padawan niezmiennie blokowaˆ ogieä blaster¢w, a Padm‚ konsekwentnie eliminowaˆa przeciwnik¢w pojedynczymi strzaˆami. Lecz mimo to - a tak¾e mimo wysiˆk¢w pozostaˆych jeszcze przy ¾yciu Jedi - legiony robot¢w napieraˆy wytrwale, powoli spychaj¥c siˆy Republiki na beznadziejne, obronne pozycje. - Artoo, co tu robisz? spytaˆ C-3PO, kiedy astromechaniczny robot stan¥ˆ przy jego unieruchomionym ciele. W odpowiedzi R2-D2 wysun¥ˆ z przepastnego wn©trza koäc¢wk© ss¥c¥ i przytwierdziˆ j¥ mocno do blaszanego czerepu partnera. - Zaczekaj! - wrzasn¥ˆ C-3PO, gdy maˆy robot zacz¥ˆ ci¥gn¥† j¥ ze wszystkich siˆ. - Nie! Jak ˜miesz!? Za mocno! Przestaä mnie szarpa†, oˆowiany ˆbie! - Nagle poczuˆ iskrzenie i jego gˆowa wreszcie oddzieliˆa si© od korpusu geonosjaäskiego robota. R2-D2 przeni¢sˆ j¥ w miejsce, w kt¢rym le¾aˆo prawdziwe ciaˆo C-3PO, przytkn¥ˆ j¥ do metalowej szyi i wysun¥wszy spawark©, zabraˆ si© do naprawy. - Ostro¾nie, Artoo! ½eby˜ tylko nie spaliˆ moich obwod¢w... Jeste˜ pewien, ¾e moja gˆowa prosto si© trzyma? Coraz wi©cej rycerzy Jedi gin©ˆo w huraganowym ogniu setek blaster¢w. Zaledwie poˆowa oddziaˆu byˆa jeszcze zdolna do walki. - Maˆe szans© - rzuciˆ cicho Ki-Adi-Mundi w stron© wyczerpanego i zakrwawionego Mace'a Windu. Wkr¢tce garstka rycerzy stopniaˆa do dwudziestu, skupionych w jednej grupie i otoczonych niezliczonymi szeregami robot¢w bojowych mierz¥cych w ich stron©. Nagle maszyny zamarˆy i wstrzymaˆy ogieä. - Mistrzu Windu! - zawoˆaˆ hrabia Dooku z lo¾y dla dygnitarzy. S¥dz¥c z wyrazu jego twarzy, niezmiernie bawiˆo go to, co rozgrywaˆo si© na arenie. - Dzielnie walczyli˜cie. Warto odnotowa† t© bitw© w chlubnych dziejach Zakonu, ale to ju¾ koniec. - Hrabia umilkˆ, by omie˜† wzrokiem garstk© Jedi i legiony robot¢w gotowych przyst¥pi† do ostatniego szturmu. - Poddajcie si© - zaproponowaˆ Dooku. - Darujemy wam ¾ycie. - Nie b©dziemy zakˆadnikami, kt¢rymi m¢gˆby˜ kupczy†, Dooku - odparˆ Mace bez wahania. - Zatem przykro mi, stary przyjacielu- odrzekˆ hrabia tonem, w kt¢rym nie byˆo ani odrobiny ¾alu. - Zostaniecie zgˆadzeni. - Dooku uni¢sˆ r©k© i spojrzaˆ na swoj¥ armi©, got¢w da† sygnaˆ do ataku. I wtedy Padm‚, wyczerpana, brudna i poraniona, uniosˆa dˆoä ku niebu i zawoˆaˆa: - Sp¢jrzcie! Wszyscy zadarli gˆowy. Ich oczom ukazaˆa si© formacja sze˜ciu kanonierek szturmowych szybko wytracaj¥cych wysoko˜† nad aren¥. W huku silnik¢w i tumanie kurzu Jedi zobaczyli ¾oˆnierzy wyskakuj¥cych z l¥duj¥cych maszyn. Roboty otworzyˆy ogieä do desantu klon¢w, lecz republikaäskie statki otoczyˆy si© polami ochronnymi, osˆaniaj¥c tak¾e wysiadaj¥cych ¾oˆnierzy. Nie zwa¾aj¥c na zamieszanie i krzy¾uj¥ce si© bˆyski laserowych wi¥zek, Mistrz Yoda pojawiˆ si© we wˆazie jednej z kanonierek i zasalutowaˆ w stron© Mace'a i jego oddziaˆu. - Naprz¢d, Jedi! - krzykn¥ˆ Mistrz Windu. Rycerze, kt¢rym udaˆo si© prze¾y† bitw©, ruszyli w stron© statk¢w. Mace stan¥ˆ obok Yody, a kiedy wszyscy byli ju¾ na pokˆadach, kanonierki uniosˆy si© w powietrze i odleciaˆy, strzelaj¥c na wszystkie strony. Mace Windu z niedowierzaniem przygl¥daˆ si© temu, co dziaˆo si© na pobliskich l¥dowiskach: tysi¥ce statk¢w Republiki obni¾aˆo lot w pobli¾u stoj¥cych na ziemi okr©t¢w Federacji Handlowej, wypuszczaj¥c z ˆadowni niezliczone oddziaˆy ¾oˆnierzy klon¢w. Yoda stoj¥cy obok ciemnosk¢rego Mistrza spokojnie dyrygowaˆ bitw¥. - Wi©cej batalion¢w na lewe skrzydˆo - zwr¢ciˆ si© do sygnalisty, kt¢ry utrzymywaˆ ˆ¥czno˜† z dow¢dcami oddziaˆ¢w l¥dowych. - Otoczy† ich musimy, a potem rozdzieli†. Jaskrawy blask raziˆ oczy C-3PO przez dˆugie minuty. Wreszcie R2-D2 wyci¥gn¥ˆ z wn©trza manipulator ze spawark¥ i gwizdn¥ˆ, informuj¥c partnera, ¾e zakoäczyˆ prac©. Gˆowa androida protokolarnego znalazˆa si© we wˆa˜ciwym miejscu. - Och, Artoo, znowu jestem caˆy! - zawoˆaˆ C-3PO i z wysiˆkiem podni¢sˆ si© z ziemi. Usˆyszawszy odgˆosy walki dobiegaj¥ce od strony wyj˜cia z tunelu i zobaczywszy zabˆ¥kane bˆyskawice, odbijaj¥ce si© rykoszetem od ˜cian, doszedˆ do wniosku, ¾e nie jest bezpieczny. Odwr¢ciˆ si© pospiesznie i ruszyˆ z miejsca - niestety, zapomniaˆ o koäc¢wce ss¥cej R2-D2, kt¢ra wci¥¾ jeszcze trzymaˆa jego gˆow©. Rura napr©¾yˆa si© i poci¥gn©ˆa androida na ziemi©. Astromechaniczny robot gwizdn¥ˆ przepraszaj¥co, odczepiˆ ssawk©, wci¥gn¥ˆ j¥ do wn©trza i odjechaˆ. - Nie zapomn© ci tego! - krzykn¥ˆ za nim oburzony C-3PO. Podni¢sˆ si© niezgrabnie i poczˆapaˆ za irytuj¥cym przyjacielem. Kiedy kanonierki odleciaˆy, a roboty bojowe ruszyˆy za nimi w pogoä, Boba Fett zdobyˆ si© wreszcie na odwag© i zszedˆ na aren©. Nawoˆuj¥c, kluczyˆ mi©dzy stertami poszarpanego metalu i nieruchomych ciaˆ. Szukaj¥c Janga, min¥ˆ szcz¥tki acklaya i reeka. Woˆaˆ i woˆaˆ, ale domy˜laˆ si© ju¾, co si© staˆo - cho†by st¥d, ¾e ojciec zawsze byˆ przy nim, a teraz znikn¥ˆ. I wreszcie zobaczyˆ heˆm. - Tato - j©kn¥ˆ chˆopiec. Nogi odm¢wiˆy mu posˆuszeästwa i padˆ na kolana przed pustym heˆmem Janga Fetta. Jaskrawy blask raziˆ oczy C-3PO przez dˆugie minuty. Wreszcie R2-D2 wci¥gn¥ˆ do wn©trza manipulator ze spawark¥ i gwizdn¥ˆ, informuj¥c. ROZDZIA� 24 Arcyksi¥¾© Poggle Mniejszy zaprowadziˆ hrabiego Dooku do o˜rodka dowodzenia - wielkiej sali z ogromnym okr¥gˆym ekranem i niezliczonymi monitorami ustawionymi wzdˆu¾ ˜cian. Geonosjaäscy ¾oˆnierze siedz¥cy na stanowiskach roboczych mogli nadzorowa† st¥d przebieg bitwy i kierowa† poszczeg¢lnymi oddziaˆami. Poggle oddaliˆ si© na chwil©, by zamieni† kilka sˆ¢w z dow¢dc¥ armii, a kiedy wr¢ciˆ do hrabiego Dooku i Nute'a Gunraya, na jego twarzy malowaˆa si© autentyczna w˜ciekˆo˜†. - Zakˆ¢caj¥ nasz¥ ˆ¥czno˜†! - warkn¥ˆ. - Atakuj¥ z ziemi i z powietrza! - Jedi zebrali wielk¥ armi© - stwierdziˆ ponuro neimoidiaäski wicekr¢l. - Ale sk¥d j¥ wzi©li? - spytaˆ najwyra«niej zdumiony Dooku. - wydaje si©, ¾e to niemo¾liwe. W jaki spos¢b mogli stworzy† siˆy zbrojne w tak kr¢tkim czasie? - Rzu†my do walki wszystkie roboty, jakie tu mamy - zaproponowaˆ Nute Gunray. Hrabia Dooku, kt¢ry przygl¥daˆ si© scenom pokazywanym na monitorach, pokr©ciˆ sceptycznie gˆow¥. - Ich armia jest zbyt liczna - rzekˆ z rezygnacj¥. - Wkr¢tce nas otocz¥. Ledwie zd¥¾yˆ to powiedzie†, a gˆ¢wny ekran rozjarzyˆ si© nagle ˜wiatˆem pot©¾nej eksplozji. Wszyscy trzej zmru¾yli oczy, obserwuj¥c dogasaj¥ce szybko szcz¥tki jednego z wa¾niejszych stanowisk obronnych. - Rzeczywi˜cie, nie jest dobrze - przyznaˆ Nute Gunray. - Trzeba zarz¥dzi† odwr¢t - powiedziaˆ Poggle, trz©s¥c si© ze strachu tak bardzo, jakby zaraz miaˆ rozpa˜† si© na kawaˆki. - Odsyˆam swoich wojownik¢w do katakumb, niech si© tam ukryj¥. To rzekˆszy, arcyksi¥¾© skin¥ˆ na swych dow¢dc¢w, kt¢rzy natychmiast pochylili si© nad komunikatorami, by przekaza† rozkazy. - Trzeba poderwa† reszt© naszych statk¢w i wycofa† je w przestworza! - zawoˆaˆ jeden z pobratymc¢w Nute'a Gunraya. Wicekr¢l tylko pokiwaˆ gˆow¥, nie odrywaj¥c wzroku od dramatycznych scen na monitorach. - Wracam na Coruscant - oznajmiˆ Dooku. - M¢j pan nie pu˜ci Republice pˆazem tej zdrady. Poggle Mniejszy przeszedˆ energicznie pod przeciwlegˆ¥ ˜cian© sali i pochyliwszy si© nad klawiatur¥, wpisaˆ stosowny kod, wywoˆuj¥c holograficzna prezentacj© stacji bojowej wielko˜ci planety. Paroma uderzeniami w klawisze dokonaˆ transferu danych na kaset©, kt¢r¥ szybko wyj¥ˆ z nap©du i wr©czyˆ hrabiemu Dooku. - Jedi nie mog¥ si© dowiedzie† o naszych planach - stwierdziˆ z naciskiem arcyksi¥¾©. - Je¾eli si© domy˜l¥, co zamierzamy zbudowa†, b©dziemy zgubieni. Dooku przyj¥ˆ kaset©. - Zabior© projekty ze sob¥ - zgodziˆ si©. - U mojego Mistrza b©d¥ o wiele bezpieczniejsze. Hrabia skˆoniˆ si© sztywno i opu˜ciˆ sal©. Obi-Wan, Anakin i Padm‚ przykucn©li przy otwartej burcie kanonierki, kt¢ra p©dziˆa ponad stale rozszerzaj¥cym si© polem bitwy. Dziaˆa laserowe statku nieustannie pluˆy ogniem, tarcze skutecznie blokowaˆy ostrzaˆ z ziemi. W dole wida† byˆo klony uwijaj¥ce si© na rakietowych skuterach mi©dzy robotami bojowymi i coraz skuteczniej niszcz¥ce przeciwnik¢w. - Nie«li ci ¾oˆnierze - zauwa¾yˆ Obi-Wan. Anakin przytakn¥ˆ ruchem gˆowy. Zaraz jednak zainteresowali si© tym, co dotyczyˆo ich w bardziej bezpo˜redni spos¢b: kanonierka zbli¾yˆa si© do wielkiego okr©tu Unii Technokratycznej. Laserowe wi¥zki pomkn©ˆy w kierunku giganta, lecz nie wyrz¥dziˆy mu ¾adnej szkody. - Celuj tu¾ nad zbiornikami paliwa! - krzykn¥ˆ Anakin do artylerzysty. Strzelec skorygowaˆ poˆo¾enie dziaˆa i nacisn¥ˆ spust. Pot©¾ny wybuch wstrz¥sn¥ˆ statkiem Unii, kt¢ry zaraz potem przechyliˆ si© niebezpiecznie na burt©. Kanonierka i pojazdy znajduj¥ce si© w pobli¾u rozpierzchˆy si© we wszystkie strony, gdy olbrzym opadaˆ na ziemi©, by eksplodowa† kul¥ ognia. - Dobry pomysˆ! - pogratulowaˆ padawanowi Obi-Wan, po czym zwr¢ciˆ si© do zaˆogi kanonierki: - Okr©ty Federacji startuj¥! Pr©dko, postarajcie si© je zestrzeli†! - S¥ za du¾e, mistrzu - odezwaˆ si© Anakin. - Musimy je zostawi† wojskom l¥dowym. Kanonierka w szaleäczym tempie mkn©ˆa nad polem walki, ostrzeliwuj¥c si© z dziaˆ laserowych i koˆysz¥c od bliskich eksplozji. Mace Windu pokr©ciˆ gˆow¥ i spojrzaˆ na Yod©. Obaj byli Mistrzami Jedi, a przecie¾ ¾aden z nich nigdy jeszcze nie widziaˆ tak wielkiej bitwy jak ta. - Pojma† Dooku musimy - rzekˆ Yoda. Spok¢j bij¥cy z jego gˆosu dodawaˆ Mace'owi otuchy. - Je˜li uciec zdoˆa, wi©cej system¢w do swojej sprawy przekona. Mace spojrzaˆ na Yoda i z powag¥ skin¥ˆ gˆow¥. - Kapitanie, prosz© wyl¥dowa† przy tamtym punkcie zbiorczym - rozkazaˆ klonowi steruj¥cemu statkiem. Posˆuszny pilot szybko posadziˆ maszyn© na ziemi. Mace Windu, Ki- Adi-Mundi i grupa klon¢w wyskoczyli z kanonierki, ale Yoda zostaˆ w ˜rodku. - Do o˜rodka dowodzenia mnie zabierz - poleciˆ i statek uni¢sˆ si© w powietrze. Gdy tylko wyl¥dowaˆ we wzgl©dnie bezpiecznej okolicy, w kt¢rej zorganizowano tymczasowe centrum dowodzenia, do otwartego wˆazu pospieszyˆ dow¢dca klon¢w. - Mistrzu Yodo, wszystkie oddziaˆy na pierwszej linii pr¥ naprz¢d. Bardzo dobrze, bardzo dobrze - pochwaliˆ Yoda. - Skupi† ogieä wszystkich dziaˆ na najbli¾szym okr©cie. ½oˆnierz wr¢ciˆ na stanowisko, w biegu wydaj¥c rozkazy podwˆadnym. Po chwili dru¾yny z pierwszej linii zacz©ˆy dobiera† cele w bardziej skoordynowany spos¢b, zmasowanym ostrzaˆem dokonuj¥c tego, czego nie mogˆy dokona† pojedyncze salwy. Startuj¥ce statki jeden po drugim spadaˆy na ziemi©. Kanonierka zwolniˆa i przechyliˆa si© gwaˆtownie, zataczaj¥c ciasny okr¥g wok¢ˆ stanowiska artyleryjskiego obsˆugiwanego przez roboty. Mimo ograniczenia pr©dko˜ci poruszaˆa si© znacznie szybciej ni¾ mechanizm dziaˆa byˆ w stanie obraca† wie¾¥. Zajadˆy ostrzaˆ zmieniˆ stanowisko ogniowe w dymi¥ce zgliszcza, lecz nim to nast¥piˆo, pojedynczy strzaˆ z ziemi trafiˆ w szar¾uj¥c¥ kanonierk© i zakoˆysaˆ ni¥ pot©¾nie. - Trzymajcie si©! - zawoˆaˆ Obi-Wan, chwytaj¥c si© brzegu otwartego wˆazu. - Nie mamy wyboru! - odkrzykn©ˆa mu Padm‚. Obi-Wan spojrzaˆ na ni¥ i u˜miechn¥ˆ si© lekko, a raczej zacz¥ˆ si© u˜miecha† i natychmiast spowa¾niaˆ, w tej samej bowiem chwili dostrzegˆ, p©dz¥cy nisko nad ziemi¥, geonosjaäski ˜migacz, a w nim charakterystyczn¥ sylwetk©. Dwa my˜liwce osˆaniaˆy pojazd szybko oddalaj¥cy si© z pola bitwy. - Patrzcie! Tam! - To Dooku! - zawoˆaˆ Anakin. - Zestrzelcie go! - Mamy uszkodzone dziaˆa, prosz© pana - zameldowaˆ kapitan klon¢w. - Za nim! - rozkazaˆ Anakin. Pilot pochyliˆ statek na burt©, kieruj¥c go kursem przechwytuj¥cym w stron© umykaj¥cego ˜migacza. - B©dziemy potrzebowali wsparcia - stwierdziˆa Padm‚. - Nie ma czasu - odparˆ Obi-Wan. Anakin i ja zajmiemy si© nim. Kiedy kanonierka podleciaˆa bli¾ej, my˜liwce osˆaniaj¥ce ˜migacz hrabiego Dooku zawr¢ciˆy gwaˆtownie w przeciwne strony, by zaatakowa† republikaäsk¥ jednostk©. Pilotuj¥cy j¥ klon byˆ przygotowany na ten manewr; przeprowadziˆ maszyn© przez ogieä Geonosjan, lecz chwil© p¢«niej zakoˆysaˆa ni¥ druga salwa. Kanonierka przechyliˆa si© gwaˆtownie i Obi- Wan z Anakinem musieli trzyma† si© z caˆych siˆ, by pozosta† na pokˆadzie. Padm‚ nie miaˆa tyle szcz©˜cia. W jednej chwili staˆa obok Anakina, a w nast©pnej ju¾ znikaˆa w otwartym wˆazie. - Padm‚! - krzykn¥ˆ padawan. Wydawaˆo mu si©, ¾e wszystko rozegraˆo si© w zwolnionym tempie i taka te¾ byˆa jego reakcja. Nie byˆ do˜† szybki, by pochwyci† wypadaj¥c¥ Padm‚. Potoczyˆa si© po twardej ziemi i znieruchomiaˆa. - Padm‚ - powt¢rzyˆ Anakin. L¥duj! - wrzasn¥ˆ w stron© pilota. Obi-Wan stan¥ˆ przed swoim uczniem i uspokajaj¥cym gestem poˆo¾yˆ dˆonie na jego ramionach. - Nie pozw¢l, ¾eby kierowaˆy tob¥ osobiste uczucia - upomniaˆ padawana, po czym zwr¢ciˆ si© do klona siedz¥cego za sterami. - Le† za tym ˜migaczem. Anakin spojrzaˆ ponad ramieniem mistrza i warkn¥ˆ: - Obni¾ puˆap lotu! Obi-Wan znowu odwr¢ciˆ mˆodzieäca twarz¥ do siebie, lecz tym razem w jego spojrzeniu nie byˆo wsp¢ˆczucia. - Anakinie - rzekˆ stanowczo, jakby nie zamierzaˆ pozostawia† miejsca na dyskusj©. - Sam nie pokonam Dooku. Je¾eli go zˆapiemy, zakoäczymy t© wojn© tu i teraz. Mamy zadanie do wykonania. - Nie obchodzi mnie to! - krzykn¥ˆ Anakin z rozpacz¥ w gˆosie. - L¥duj! - rykn¥ˆ w stron© zdezorientowanego pilota. - Zostaniesz wydalony z Zakonu Jedi - wycedziˆ Obi-Wan lodowatym tonem. Brutalne sˆowa oszoˆomiˆy Anakina. - Nie mog© jej tak zostawi† - odpowiedziaˆ, lecz jego gˆos byˆ ju¾ ledwie sˆyszalnym szeptem. - B¥d« rozs¥dny - nakazaˆ nieust©pliwie mistrz. - Jak s¥dzisz, co Padm‚ zrobiˆaby na twoim miejscu? Ramiona Anakina opadˆy nagle. - Speˆniˆaby sw¢j obowi¥zek - przyznaˆ. Odwr¢ciˆ si© i spojrzaˆ na miejsce, w kt¢rym zostaˆa Padm‚, ale byli ju¾ zbyt daleko, by m¢gˆ cokolwiek zobaczy† przez chmur© czerwonego pyˆu. Kanonierki szturmowe ˜migaˆy na prawo i lewo, wymieniaj¥c ogieä z naziemnymi stanowiskami artyleryjskimi. Tymczasem na powierzchni planety tysi¥ce klon¢w toczyˆy bitw© z robotami i z ka¾d¥ chwil¥ wida† byˆo coraz wyra«niej, i¾ ¾ywe istoty maj¥ przewag© nad maszynami. W walce jeden na jednego robot bojowy byˆ niemal r¢wny sklonowanemu ¾oˆnierzowi, a superrobot bojowy nawet go przewy¾szaˆ. Jednak w zespoˆach i wi©kszych formacjach liczyˆa si© przede wszystkim improwizacja, umiej©tno˜† szybkiego reagowania na zmieniaj¥ce si© warunki na polu bitwy. Wykonuj¥c rozkazy gˆ¢wnodowodz¥cego - Mistrza Jedi - klony wykazywaˆy inicjatyw© i stale powi©kszaˆy przewag© nad wrogiem, wykorzystuj¥c tak¾e uksztaˆtowanie terenu i naturalne stanowiska obronne. Bitwa toczyˆa si© ju¾ nie tylko na powierzchni Geonosis, ale tak¾e w przestworzach, gdzie okr©ty Republiki wi¥zaˆy walk¥ nieliczne jednostki Federacji Handlowej, kt¢rym udaˆo si© wystartowa† oraz te, kt¢re jeszcze nie wyl¥dowaˆy. Wi©kszo˜† statk¢w orbituj¥cych po wewn©trznej stronie pasa asteroid byˆy to transportowce, przeznaczone raczej do przewo¾enia ¾oˆnierzy, ni¾ do toczenia gwiezdnych bitew, tote¾ przewaga Republiki w walce z nimi zaznaczyˆa si© do˜† szybko. Do tymczasowego o˜rodka dowodzenia dotarˆ wreszcie zm©czony i brudny Mace Windu. W spojrzeniach, kt¢re wymieniˆ z Mistrzem Yod¥, wiele byˆo nadziei na rychˆy koniec bitwy, lecz i niemaˆo obaw zwi¥zanych z przyszˆo˜ci¥. - Wi©c jednak postanowiˆe˜ ich sprowadzi† - stwierdziˆ Mace. - Nie cieszy mnie to - odparˆ Yoda, wolno przymykaj¥c oczy. - Dwie ˜cie¾ki otwieraˆy si© przed nami, lecz tylko jedn¥ z nich tak wielu Jedi mogˆo bezpiecznie powr¢ci†. Mace Windu skin¥ˆ gˆow¥, aprobuj¥c wyb¢r dokonany przez Yod©. Mistrz przyjrzaˆ si© znowu orgii zniszczenia rozgrywaj¥cej si© dookoˆa i raz jeszcze przymkn¥ˆ wielkie oczy. Obi-Wan przecisn¥ˆ si© obok Anakina, by przem¢wi† do pilota. - Le† za tamtym ˜migaczem! Kanonierka przyspieszyˆa i obni¾yˆa puˆap lotu. Wkr¢tce w iluminatorze pojawiˆ si© znajomy pojazd zaparkowany u st¢p pot©¾nej wie¾y. Republikaäski statek wyhamowaˆ gwaˆtownie i zni¾yˆ si© jeszcze bardziej. Anakin i Obi-Wan zeskoczyli na ziemi© i pobiegli ku bramie. Nie zatrzymuj¥c si© ani na chwil©, padawan z mieczem ˜wietlnym w dˆoni wpadˆ do wielkiego hangaru peˆnego d«wig¢w towarowych, holownik¢w, paneli kontrolnych i stoˆ¢w roboczych. Hrabia Dooku staˆ wˆa˜nie przy jednym z pulpit¢w steruj¥cych, pracuj¥c w skupieniu. Tu¾ obok spoczywaˆ niewielki jacht mi©dzygwiezdny - zgrabny, bˆyszcz¥cy pojazd o kulistym kadˆubie wspartym na dw¢ch ramionach podwozia. Cofni©te ¾agle przypominaˆy zˆo¾one skrzydˆa ptaka. - Zapˆacisz za wszystkich Jedi, kt¢rych dzi˜ zabiˆe˜, Dooku! - krzykn¥ˆ Anakin, rzucaj¥c si© z determinacj¥ w stron© hrabiego. Poczuˆ jednak, ¾e zatrzymuje go silna dˆoä Obi-Wana. - Zrobimy to razem - wyja˜niˆ Obi-Wan. - Ruszysz wolno na... - Nie! Zaˆatwi© go od razu! - Padawan wyrwaˆ si© mistrzowi i pobiegˆ w stron© byˆego Jedi. - Anakinie, nie! Mˆody rycerz wkroczyˆ do akcji niczym szar¾uj¥cy reek, got¢w zielon¥ kling¥ przeci¥† Dooku na p¢ˆ. Hrabia spojrzaˆ na niego k¥tem oka, u˜miechaj¥c si© z rozbawieniem. Anakin nawet tego nie zauwa¾yˆ. Gniew ni¢sˆ go naprz¢d, tak jak wtedy, gdy rozprawiaˆ si© z Je«d«cami Tusken. Tyle ¾e tym razem nie miaˆ do czynienia z prymitywnym wojownikiem. Dooku wystawiˆ dˆoä w stron© atakuj¥cego mˆodzieäca i powitaˆ go pchni©ciem Mocy twardym jak mur oraz bˆ©kitn¥ bˆyskawic¥ Mocy - zjawiskiem nieznanym rycerzom Jedi - kt¢ra otoczyˆa padawana sieci¥ wyˆadowaä i uniosˆa go w powietrze. Anakin utrzymaˆ w dˆoni miecz, lecz zawisˆ bezradnie w powietrzu, podtrzymywany pot©¾n¥ wol¥ hrabiego. Jednym skinieniem dˆoni Dooku posˆaˆ go w przeciwlegˆy k¥t sali i cisn¥ˆ nim o ˜cian©. Oszoˆomiony uczeä Jedi osun¥ˆ si© na ziemi©. - Jak widzisz, moja pot©ga znacznie przewy¾sza twoj¥ - rzekˆ Dooku z niezachwianym spokojem. - Nie s¥dz© - odparˆ Obi-Wan, ostro¾nie zbli¾aj¥c si© do przeciwnika. Po¾yczony miecz ˜wietlny o niebieskim ostrzu trzymaˆ pionowo, ponad ramieniem. Dooku z u˜miechem wˆ¥czyˆ czerwon¥ kling© swojej broni. Kenobi skradaˆ si© powoli i dopiero w ostatniej chwili poderwaˆ si© do szybkiego ataku, tn¥c mocno z prawej na lew¥ stron©. Minimalny ruch czerwonego miecza wystarczyˆ, by zepchn¥† niebiesk¥ kling© z kursu i skierowa† j¥ ku g¢rze. Dooku dyskretnym ruchem zmieniˆ uˆo¾enie dˆoni na r©koje˜ci i bˆyskawicznie pchn¥ˆ na wprost, zmuszaj¥c Obi-Wana do gwaˆtownego odskoku. Jedi uni¢sˆ miecz, by odparowa† cios, lecz Dooku cofn¥ˆ ju¾ ostrze i spokojnie stan¥ˆ w perfekcyjnie zbalansowanej postawie obronnej. Wobec defensywnej pozycji przeciwnika nagˆy atak Kenobiego sprawiaˆ wra¾enie chaotycznego i nieskutecznego. Dooku parowaˆ ka¾de uderzenie miecza, wci¥¾ stosuj¥c jedynie oszcz©dne ruchy klingi i proste uniki ciaˆem. Obi-Wan, podobnie jak wi©kszo˜† rycerzy Jedi, po prostu wˆadaˆ biegle mieczem, hrabia Dooku zaliczaˆ si© za˜ do w¥skiej grupy specjalist¢w, kt¢rzy w peˆni zasˆugiwali na miano szermierza. Praktykowaˆ star¥ szkoˆ© walki, skuteczn¥ przeciwko tradycyjnej broni, takiej jak miecz ˜wietlny, za to sˆabiej radz¥c¥ sobie z broni¥ dalekosi©¾n¥ tak¥ jak blaster. Ogromna wi©kszo˜† rycerzy Jedi odrzuciˆa ju¾ t¥ metod© walki, uznaj¥c, ¾e nie speˆnia wymog¢w wsp¢ˆczesnego pola walki. Dooku jednak uparcie trzymaˆ si© starych nawyk¢w, uznaj¥c sw¢j kunszt za najwa¾niejsz¥ z form obrony i ataku. Teraz, kiedy pojedynek mi©dzy nim a Obi-Wanem rozgorzaˆ na dobre, starzec m¢gˆ bˆysn¥† peˆni¥ umiej©tno˜ci. Kenobi skakaˆ i obracaˆ si© w locie, tn¥c na boki, siek¥c i d«gaj¥c, lecz przy jego wysiˆkach ruchy hrabiego sprawiaˆy wra¾enie oszcz©dnych, bardziej wydajnych. Dooku poruszaˆ si© w zasadzie po jednej linii - do przodu i do tyˆu. —wietna praca n¢g zapewniaˆa mu bezbˆ©dn¥ r¢wnowag©, konieczn¥ przy szybkich unikach i pora¾aj¥co skutecznych wypadach w prz¢d, kt¢re zmuszaˆy Obi-Wana do pospiesznego odwrotu. - Sprawiasz mi zaw¢d, mistrzu Kenobi - szydziˆ hrabia. - I pomy˜le†, ¾e Yoda ma o tobie tak wysokie mniemanie. Sˆowa renegata zach©ciˆy Obi-Wana do kolejnego ataku - serii pot©¾nych ci©†, kt¢re czerwone ostrze parowaˆo bez wi©kszego trudu nieznacznymi ruchami w bok i ku g¢rze. Ju¾ po chwili zdyszany mistrz Jedi musiaˆ si© wycofa†. - Prosz©, mistrzu Kenobi - odezwaˆ si© Dooku, u˜miechaj¥c si© przewrotnie. - zechciej wybawi† mnie z kˆopotu. Obi-Wan opanowaˆ si© i przeˆo¾yˆ r©koje˜† z r©ki do r©ki, chwytaj¥c j¥ nieco pewniej. A potem znowu rzuciˆ si© do ataku, zaciekle mˆ¢c¥c bˆ©kitnym mieczem. Tym razem jednak staraˆ si© lepiej mierzy† ciosy i cz©˜ciej zmienia† k¥t natarcia. Szerokie okr©¾ne ci©cia ust¥piˆy pola nagˆym pchni©ciom - i hrabia Dooku zacz¥ˆ si© cofa†, coraz szybciej pracuj¥c czerwon¥ kling¥, by powstrzyma† szturm Kenobiego. Obi-Wan jeszcze bardziej podkr©ciˆ tempo, lecz Dooku wci¥¾ broniˆ si© zaciekle, a¾ wreszcie szaleäcza pr©dko˜† ataku zacz©ˆa zwraca† si© przeciwko Kenobiemu: zbyt mocno wychylaˆ si© w prz¢d, podczas gdy hrabia zachowaˆ doskonaˆ¥ r¢wnowag©, got¢w w dowolnym momencie przyst¥pi† do kontrataku. I nagle role si© odwr¢ciˆy. Dooku przeszedˆ do ofensywy, zadaj¥c pchni©cia i cofaj¥c kling© tak bˆyskawiczne, ¾e miecz Obi-Wana, pr¢buj¥cego je blokowa†, przecinaˆ tylko powietrze. Mistrz Jedi musiaˆ ratowa† si© skokiem w tyˆ, potem nast©pnym i jeszcze jednym. Broä hrabiego uderzaˆa za˜ coraz celniej. Dooku rzuciˆ si© gwaˆtownie naprz¢d, mierz¥c w udo rycerza. Bˆ©kitna klinga natychmiast opadˆa w d¢ˆ, by sparowa† cios, lecz - ku przera¾eniu Obi-Wana - hrabia z niebywaˆ¥ szybko˜ci¥ cofn¥ˆ ostrze i pchn¥ˆ ponownie, tym razem wysoko, ponad opuszczonym mieczem. Mistrz Kenobi nie byˆ w stanie ani zablokowa† tego uderzenia, ani w por© usun¥† si© z linii ataku. Paˆaj¥ca czerwieni¥ klinga hrabiego Dooku wbiˆa si© w lewy bark Obi-Wana. Byˆy Jedi natychmiast cofn¥ˆ si© o p¢ˆ kroku i powt¢rzyˆ atak, tym razem prowadz¥c broä poprzednim kursem: prosto w udo Kenobiego. Mistrz straciˆ r¢wnowag©, zatoczyˆ si© i upadˆ, opieraj¥c si© o ˜cian©. Zanim upadˆ, Dooku ju¾ byˆ przy nim i zr©cznym okr©¾nym ruchem klingi wyˆuskaˆ miecz z dˆoni Kenobiego. R©koje˜† z klekotem potoczyˆa si© w dal. - I tak to si© koäczy - rzekˆ hrabia do bezradnego Obi-Wana, po czym wzruszyˆ ramionami i uni¢sˆ broä, by z wielk¥ siˆ¥ spu˜ci† energetyczne ostrze na gˆow© rannego. Deszcz iskier sypn¥ˆ si© we wszystkie strony, kiedy na drodze czerwonej klingi pojawiˆa si© zielona. Hrabia bˆyskawicznie cofn¥ˆ si© o kilka krok¢w i stan¥ˆ twarz¥ w twarz z Anakinem. - Odwa¾nie post¥piˆe˜, chˆopcze, ale i gˆupio. S¥dziˆem, ¾e poj¥ˆe˜ lekcj©, kt¢rej ci udzieliˆem. - Ja si© powoli ucz© - odparˆ bezczelnie padawan, po czym zaatakowaˆ z takim impetem, ¾e chwilami zdawaˆ si© znika† w klatce zielonego ˜wiatˆa - tak szybko wirowaˆ miecz w jego r©kach. Hrabia Dooku po raz pierwszy przestaˆ u˜miecha† si© z wy¾szo˜ci¥. Z wielkim trudem parowaˆ ciosy Anakina, cz©˜ciej stosuj¥c uniki ni¾ bloki. Spr¢bowaˆ usun¥† si© w bok z linii ataku, lecz natrafiˆ na niewidzialn¥ ˜cian© i jego oczy rozszerzyˆy si© ze zdumienia, gdy dotarˆo do niego, ¾e uczeä Obi-Wana w samym ˜rodku gwaˆtownego natarcia zdoˆaˆ u¾y† Mocy w tak precyzyjny spos¢b. - Masz niezwykˆy talent, mˆody padawanie - pogratulowaˆ mu szczerze. Krzywy u˜mieszek znowu pojawiˆ si© na jego ustach, gdy stopniowo zacz¥ˆ hamowa† atak Anakina. Odpowiadaˆ pchni©ciem na ka¾de ci©cie, zmuszaj¥c padawana do stosowania unik¢w i blok¢w, a tym samym ograniczenia liczby cios¢w. - Niezwykˆy talent - powt¢rzyˆ Dooku - ale nawet on nie ocali twojego ¾ycia! - Hrabia natarˆ zdecydowanie, zamierzaj¥c zmusi† Anakina do odwrotu i wytr¥ci† go z r¢wnowagi dokˆadnie tak samo, jak uczyniˆ to z Obi-Wanem. Lecz mˆodzieniec uparcie dotrzymywaˆ mu pola, tn¥c zielonym ostrzem na prawo i lewo tak mocno i precyzyjnie, ¾e ani jedno z pchni©† renegata nie dotarˆo do celu. Le¾¥c pod ˜cian¥ i przygl¥daj¥c si© walce, Obi-Wan rozumiaˆ, ¾e Anakin traci o wiele wi©cej energii ni¾ oszcz©dny w ruchach Dooku, i ¾e wkr¢tce opadnie z siˆ... Rozumiaˆ te¾, ¾e musi co˜ zrobi†. Spr¢bowaˆ wsta†, ale b¢l powaliˆ go na ziemi©. Zebrawszy my˜li, u¾yˆ Mocy, by przywoˆa† le¾¥cy obok miecz. - Anakin! - krzykn¥ˆ i cisn¥ˆ r©koje˜† w stron© padawana, kt¢ry pochwyciˆ j¥, nawet na sekund© nie przerywaj¥c walki. Natychmiast wˆ¥czyˆ broä i pˆynnym ruchem zadaˆ pierwszy cios. Obi-Wan spogl¥daˆ na ucznia w niemym podziwie. Dwa ostrza poruszaˆy si© w absolutnej harmonii, zataczaj¥c kr©gi z oszaˆamiaj¥c¥ szybko˜ci¥ i nieomyln¥ precyzj¥. Z podobnym uznaniem obserwowaˆ jednak ruchy czerwonego ostrza wiedzionego r©k¥ hrabiego Dooku. Bˆyskawiczne wypady w prz¢d i r¢wnie szybkie powroty pozwalaˆy byˆemu Jedi nie tylko broni† si© przed naporem dw¢ch mieczy, ale tak¾e kontratakowa†, skutecznie zakˆ¢caj¥c pˆynny atak Anakina. Nadzieja pojawiˆa si© w sercu Obi-Wana, gdy padawan skoczyˆ odwa¾nie do przodu, wznosz¥c zielony miecz ponad ramieniem i tn¥c w poprzek. Mistrz zrozumiaˆ - zanim jeszcze spostrzegˆ niebieskie ostrze mkn¥ce w g¢r© i w bok z przeciwnej strony - ¾e pierwszy cios odepchnie czerwon¥ kling© w bok, otwieraj¥c drog© drugiemu, a to oznaczaˆo zwyci©stwo! Dooku wycofaˆ si© jednak z nieprawdopodobn¥ szybko˜ci¥ i pot©¾ny cios zielonej klingi przeci¥ˆ jedynie powietrze, hrabia za˜ natychmiast powr¢ciˆ i powstrzymaˆ bˆ©kitne ostrze. Wykr©ciˆ nadgarstek do wewn¥trz i wykonaˆ nim bˆyskawiczny obr¢t, wytr¥caj¥c miecz z dˆoni padawana. Zaraz potem przeszedˆ do ofensywy, zmuszaj¥c zaskoczonego i wybitego z rytmu Anakina do odwrotu. Mˆodzieniec zebraˆ wszystkie siˆy, by powstrzyma† grad cios¢w, lecz Dooku nie ust©powaˆ; ˜wietnie mierzonymi pchni©ciami spychaˆ sˆaniaj¥cego si© przeciwnika coraz dalej. I nagle zatrzymaˆ si©, a wtedy Anakin z okrzykiem w˜ciekˆo˜ci ruszyˆ do kontrataku. - Nie! - zawoˆaˆ Obi-Wan. Dooku pchn¥ˆ mieczem na wprost i poci¥gn¥ˆ w bok, przechwytuj¥c nie zielon¥ kling©, lecz rami© padawana na wysoko˜ci ˆokcia. P¢ˆ r©ki Anakina, z dˆoni¥ wci¥¾ jeszcze zaci˜ni©t¥ na r©koje˜ci miecza, poleciaˆo w bok. Mˆodzieniec upadˆ na ziemi©, ˜ciskaj¥c okaleczone rami©. Dooku wzruszyˆ lekko ramionami. - Tak to si© koäczy - stwierdziˆ. W chwili, gdy wypowiadaˆ te sˆowa, wielkie drzwi hangaru pod wie¾¥ rozsun©ˆy si© i do wn©trza wpˆyn©ˆa smuga dymu niesionego wiatrem znad pola bitwy. Wraz z ni¥ w hali pojawiˆa si© niewysoka posta† - cho† na sw¢j spos¢b przerastaj¥ca sylwetki tych, kt¢rzy jeszcze przed chwil¥ toczyli b¢j na ˜mier† i ¾ycie. - Witaj, Mistrzu Yodo - rzekˆ cicho Dooku. - Witaj hrabio Dooku - odpowiedziaˆ Yoda. Siwowˆosy renegat z szeroko otwartymi oczami cofn¥ˆ si© o kilka krok¢w, by stan¥† twarz¥ w twarz z nowym przeciwnikiem. Uni¢sˆ miecz na wysoko˜† twarzy, wyˆ¥czyˆ kling© i przysun¥ˆ r©koje˜† do boku, salutuj¥c Mistrzowi. - Po raz ostatni pokrzy¾owaˆe˜ nasze plany. To powiedziawszy, Dooku skin¥ˆ woln¥ r©k¥ i spory fragment jakiej˜ maszyny pofrun¥ˆ w stron© niepozornego Jedi, by zmia¾d¾y† go swym ci©¾arem. Yoda byˆ na to przygotowany. Uni¢sˆ dˆoä ˆ Moc, posˆuszna jego woli, odepchn©ˆa nadlatuj¥cy obiekt. Dooku skoncentrowaˆ si© na stropie, siˆ¥ woli wyrywaj¥c z niego pot©¾ne bloki, kt¢re sypn©ˆy si© na Mistrza. Niedu¾e dˆonie wykonaˆy kolejny gest i fragmenty sklepienia rozprysˆy si© na boki, nie czyni¥c Yodzie najmniejszej szkody. Dooku warkn¥ˆ cicho i gwaˆtownym ruchem wysun¥ˆ przed siebie otwart¥ dˆoä. Bˆ©kitna bˆyskawica Mocy pomkn©ˆa w stron© niepozornego Mistrza. Yoda przyj¥ˆ j¥ r©k¥ i odbiˆ w bok, lecz nie przyszˆo mu to ˆatwo. - Pot©¾nym si© staˆe˜, Dooku - przyznaˆ, wywoˆuj¥c u˜miech na twarzy hrabiego, dodaˆ zaraz: - Ciemn¥ stron© w tobie wyczuwam. - Staˆem si© pot©¾niejszy ni¾ jakikolwiek Jedi - odparˆ Dooku. - Nawet ni¾ ty, m¢j dawny Mistrzu! Z dˆoni hrabiego ponownie strzeliˆy bˆyskawice, lecz Yoda blokowaˆ je konsekwentnie, a jego obronna postawa sprawiaˆa wra¾enie pewniejszej ni¾ poprzednio. - Jednak wiele jeszcze nauczy† si© musisz - zauwa¾yˆ Mistrz. Dooku przerwaˆ daremny atak wyˆadowaniami energetycznymi. - Widz© teraz jasno, ¾e tej pr¢by nie rozstrzygnie nasza wˆadza nad Moc¥, ale umiej©tno˜† posˆugiwania si© ˜wietlnym mieczem. Yoda z powag¥ si©gn¥ˆ po broä i zielone ostrze z basowym buczeniem zbudziˆo si© do ¾ycia. Dooku zasalutowaˆ sztywno i zapaliˆ czerwon¥ kling©, a gdy formalno˜ciom staˆo si© zado˜†, zaatakowaˆ Yod© pot©¾nym ciosem miecza. Ostrze przemkn©ˆo w bezpiecznej odlegˆo˜ci, poniewa¾ Mistrz oszcz©dnym ruchem zmieniˆ jego trajektori©. Teraz hrabia ruszyˆ do natarcia z furi¥, jakiej nie przejawiaˆ w pojedynkach z Obi- Wanem i Anakinem. Wprost zasypywaˆ Yod© ciosami, lecz on broniˆ si© bez widocznego wysiˆku, w por© usuwaj¥c si© spod miecza lub paruj¥c pchni©cia subtelnymi ruchami klingi. Hrabia atakowaˆ przez dˆug¥ chwil©, nim zm©czenie spowolniˆo jego ruchy. Zrozumiaˆ wreszcie, ¾e tym sposobem niewiele wsk¢ra i cofn¥ˆ si© szybko, by zyska† na czasie. Niewystarczaj¥co szybko. Mistrz Yoda, w nagˆym przypˆywie niewyobra¾alnej siˆy, skoczyˆ naprz¢d, pracuj¥c mieczem szybciej, ni¾ Anakin dwoma w szczytowym momencie walki. Dooku jednak trzymaˆ si© nie«le, paruj¥c wszystkie ciosy i wspieraj¥c bloki Moc¥- gdyby tego nie robiˆ, pot©¾ne ci©cia Yody odepchn©ˆyby bez trudu czerwone ostrze. W chwili, gdy hrabia miaˆ przyst¥pi† do kontrataku, Yoda znikn¥ˆ nagle; skoczyˆ wysoko w g¢r© i wywin¥wszy salto w powietrzu, wyl¥dowaˆ tu¾ za nim, zachowuj¥c doskonaˆ¥ r¢wnowag©, by natychmiast uderzy†. Dooku odwr¢ciˆ w dˆoniach r©koje˜† miecza i pchn¥ˆ kling© za siebie, przechwytuj¥c cios. Na uˆamek sekundy wypu˜ciˆ broä, zakr©ciˆ piruet i pochwyciˆ j¥ znowu, nim jeszcze dwa ostrza straciˆy ze sob¥ kontakt. Hrabia warkn¥ˆ w˜ciekle i si©gn¥ˆ jeszcze gˆ©biej w Moc, czyni¥c ze swego ciaˆa ogniwo, kt¢rym mogˆa swobodnie przepˆywa†. Jego ruchy staˆy si© szybsze - trzy kroki w prz¢d, dwa w tyˆ, przy nienagannej r¢wnowadze. Wˆa˜nie r¢wnowaga byˆa podstaw¥ jego stylu walki polegaj¥cego na szybkich wypadach i powrotach, pchni©ciach i ripostach. Yoda musiaˆ si© cofn¥† pod naporem sprawnie wyprowadzanych cios¢w. Nigdy jednak pchni©cia mierzone nisko nie docieraˆy do celu, poniewa¾ Mistrz unikaˆ ich, skacz¥c wysoko i daleko, lub blokowaˆ je, natychmiast wyprowadzaj¥c kontr© tak szybk¥, ¾e Dooku cofaˆ si© w po˜piechu. Hrabia uderzyˆ wysoko, przewiduj¥c, ¾e przed tak ustawion¥ kling¥ Yoda uskoczy w lewo. Mistrz jednak odgadˆ jego intencj© i nie umkn¥ˆ ani w lewo, ani w prawo, tylko przypadˆ do ziemi. Dooku dokoäczyˆ chybione ci©cie i natychmiast pchn¥ˆ kling© nisko, lecz i ten ruch Mistrz przewidziaˆ - sprawnie przeskoczyˆ nad paˆaj¥cym czerwieni¥ ostrzem. Yoda odpowiedziaˆ pchni©ciem i Dooku cofn¥ˆ si© w po˜piechu, po raz pierwszy trac¥c r¢wnowag©. Mistrz jednak uskoczyˆ w tyˆ; nie poszedˆ za ciosem. Rozw˜cieczony hrabia rzuciˆ si© do ataku, mierz¥c w gˆow© przeciwnika. Chybiˆ, lecz zaraz potem, za˜lepiony furi¥, wyprowadziˆ pot©¾ne ci©cie. Zielona klinga Yody powstrzymaˆa cios. Ostrza zwarˆy si© w statycznej pr¢bie siˆ - zar¢wno tych fizycznych, jak i wspomaganych Moc¥. - Walczyˆe˜ dobrze, m¢j byˆy padawanie - pogratulowaˆ hrabiemu Yoda. Miecz mistrza zacz¥ˆ wolno odpycha† broä Dooku i jego samego. - To jeszcze nie koniec bitwy! - odparˆ stanowczo Dooku. - To dopiero pocz¥tek! - M©¾czyzna u¾yˆ Mocy, by si©gn¥† po jeden z olbrzymich d«wig¢w i cisn¥† go na Obi-Wana i jego ucznia. - Anakinie! - krzykn¥ˆ Obi-Wan, pr¢buj¥c pochwyci† Moc¥ spadaj¥c¥ konstrukcj©. Padawan ockn¥ˆ si© z omdlenia i zrobiˆ to samo, lecz w tym stanie, nawet dziaˆaj¥c wsp¢lnie, nie byli w stanie powstrzyma† tak wielkiej masy. Dokonaˆ tego Yoda. Mistrz chwyciˆ d«wig ¾elaznym u˜ciskiem Mocy, ale by to zrobi†, musiaˆ odwr¢ci† uwag© od hrabiego. Dooku, nie trac¥c czasu, rzuciˆ si© do ucieczki i po chwili wbiegaˆ ju¾ na ramp© swojego jachtu. Gdy Yoda przesuwaˆ w powietrzu olbrzymi¥ konstrukcj©, by opu˜ci† j¥ na ziemi© w bezpiecznym miejscu, silniki statku rykn©ˆy peˆn¥ moc¥ i trzej rycerze Jedi mogli jedynie przygl¥da† si© bezradnie ucieczce hrabiego Dooku. Anakin i Obi-Wan zbli¾yli si© do wyczerpanego Yody. Padm‚, kt¢ra pojawiˆa si© nagle w bramie hangaru, podbiegˆa do okaleczonego padawana i otoczyˆa go ramionami w mocnym rozpaczliwym u˜cisku. - Mroczny to dzieä - rzekˆ cicho Yoda. EPILOG Ponad rynsztokami najni¾ej poˆo¾onych ulic Coruscant szybowaˆ zgrabny jacht. Jego skrzydˆa zˆo¾yˆy si© delikatnie i wyl¥dowaˆ mi©kko na zdewastowanym chodniku przed budynkiem, kt¢ry sprawiaˆ wra¾enie opuszczonego. Hrabia Dooku wyszedˆ ze statku i skierowaˆ si© do najciemniejszej cz©˜ci zaimprowizowanego tajnego l¥dowiska, gdzie czekaˆa na niego zakapturzona posta†. Stan¥wszy przed spowit¥ mrokiem sylwetk¥, skˆoniˆ si© z szacunkiem. - Moc jest z nami, Mistrzu Sidious. - Witaj w domu, Lordzie Tyranusie - odparˆ Sith - Dobrze si© spisaˆe˜. - Przynosz© ci dobre nowiny, panie. Wojna rozpocz©ta. - Doskonale - sykn¥ˆ z zadowoleniem Sidious. W cieniu kaptura na twarzy Czarnego Lorda pojawiˆ si© szeroki u˜miech. - Wszystko toczy si©, jak zaplanowaˆem. W dalekiej —wi¥tyni Jedi panowaˆ ponury nastr¢j wielu rycerzy opˆakiwaˆo utraconych przyjaci¢ˆ i towarzyszy. Obi-Wan i Mace Windu stali przy oknie w komnacie Mistrza Yody, kt¢ry siedziaˆ w fotelu, rozwa¾aj¥c ponure skutki niedawnych wydarzeä. - Wierzysz Mistrzu w to, co hrabia Dooku powiedziaˆ mi o Sidiousie kontroluj¥cym poczynania senatu? - spytaˆ Obi-Wan, przerywaj¥c przygn©biaj¥c¥ cisz©. - Wyczuwam w tym faˆsz. Mace chciaˆ odpowiedzie†, ale ubiegˆ go Yoda. - Niegodnym zaufania staˆ si© Dooku. Po ciemnej stronie si© opowiedziaˆ. Kˆamstwo, podst©p i nieufno˜† to jego nowe sposoby dziaˆania. - Mimo to, przeczuwam, ¾e powinni˜my uwa¾niej przygl¥da† si© senatowi - dodaˆ Mace, a Yoda przytakn¥ˆ mu ruchem gˆowy. Po dˆu¾szej chwili milczenia ciemnosk¢ry Mistrz z zaciekawieniem spojrzaˆ na Kenobiego. - Gdzie tw¢j uczeä, Obi-Wanie? - W drodze na Naboo. Eskortuje do domu pani¥ senator Amidal©. Mace skin¥ˆ gˆow¥, a Obi-Wan dostrzegˆ w jego oczach trosk©, kt¢r¥ w peˆni podzielaˆ, my˜l¥c o Anakinie i Amidali. Nie zamierzaˆ jednak o tym rozmawia†, poniewa¾ uwa¾aˆ, ¾e najwa¾niejsze s¥ sprawy Republiki. - Przyznaj©, ¾e gdyby nie klony, nie byˆoby mowy o zwyci©stwie - powiedziaˆ. - O zwyci©stwie? - powt¢rzyˆ sceptycznie Yoda. - O zwyci©stwie, powiadasz? Obi-Wan i Mace Windu spojrzeli na wielkiego Mistrza Jedi, wyczuwaj¥c w jego sˆowach gˆ©boki smutek. - Nie zwyci©¾yli˜my, mistrzu Obi-Wanie - wyja˜niˆ Yoda. - Opadˆa zasˆona ciemnej strony. Wojna klon¢w rozpocz©ta! Jego sˆowa, peˆne emocji i troski, miaˆy si© sta† najbardziej ponur¥ przepowiedni¥, jak¥ kiedykolwiek sˆyszano z ust czˆonka Rady Jedi. Senator Bail Organa i Mas Amedda stali na balkonie obok Wielkiego Kanclerza Palpatine'a, przygl¥daj¥c si© maszeruj¥cym oddziaˆom siˆ zbrojnych Republiki. W dole dziesi¥tki tysi©cy ¾oˆnierzy klon¢w, tworz¥cych zwarte formacje, przemieszczaˆy si© w idealnym porz¥dku i kolejno wspinaˆy po rampach zaˆadowczych na pokˆady wielkich okr©t¢w desantowych. Bail Organa przygl¥daˆ si© tej scenie z gˆ©bokim smutkiem. Kiedy zerkn¥ˆ na twarz Wielkiego Kanclerza, dostrzegˆ w niej przede wszystkim ponur¥ determinacj©. Na dalekiej Naboo, w r¢¾anym ogrodzie nad skrz¥cym si© srebrzy˜cie jeziorem, stali rami© przy ramieniu Anakin i Padm‚. Padawan miaˆ na sobie oficjaln¥ szat© Jedi, Padm‚ za˜ - pi©kn¥ niebiesk¥ sukni© ozdobion¥ kwiatami. Nowa, mechaniczna r©ka Anakina zwisaˆa swobodnie; tylko palce od czasu do czasu odruchowo zaciskaˆy si© i prostowaˆy. Przed mˆodymi staˆ ˜wi©ty m¥¾ z Naboo. Z dˆoämi wzniesionymi nad ich gˆowami recytowaˆ prastary tekst maˆ¾eäskiej przysi©gi. Gdy tradycyjne sˆowa zostaˆy wypowiedziane, ˜wiadkowie ceremonii - R2-D2 i C- 3PO - powitali nowy zwi¥zek radosnymi gwizdami. Anakin Skywalker i Padm‚ Amidala poˆ¥czyli usta w pocaˆunku - pierwszy raz jako m¥¾ i ¾ona.