FERN MICHAEL ŻAR TEKSASU Pamięci Lucy Baker Koval - matki, babki i przyjaciółki PODZIĘKOWANIE To prawda, co mówią o Teksańczykach: ich serca są równie wielkie jak obszar ich wspaniałego stanu. Przyjęliście mnie do swoich domów; dzieliliście się ze mną swoim życiem, opowiadaliście o swoich rodzinach, triumfach i tajemnicach. Bardzo ceniłam sobie waszą serdeczną gościnność, przemiły humor i niestrudzoną pomoc. Zawsze będę pamiętać o wyjątkowym okresie życia, który spędziłam razem z wami. Z całego serca dziękuję Eve i Houstonowi Danielsom, Helen i Rufusowi Abramsom, Sharon i Mike’owi Glazerom oraz wszystkim Teksańczykom, którzy mówili mi: „Siemasz, paniusiu, witamy w Teksasie!” Bez pomocy was wszystkich „Bogactwo Teksasu” i „Żar Teksasu” nie wyszłyby poza fazę pierwotnego szkicu. Nie byłabym w stanie ich napisać bez was - byliście moim natchnieniem. Fern Michaels DOM MAGGIE Prolog Sawyer Coleman przyglądała się wzorom, które leniwe kalifornijskie słońce malowało na jej zagraconym biurku. Od tygodni już błyszczący blat z wiśniowego drewna pokrywały nieregularne stosy papierów, połamane ołówki, długopisy z obgryzionym czubkiem - wszystko to świadczyło o przepracowaniu i frustracji. Sawyer naprawdę powinna zatrudnić asystenta, kogoś, kto pomógłby jej dźwigać to brzemię - ale nikt nie potrafił spełnić jej oczekiwań, a ona nie znosiła ustawicznego kontrolowania i poprawiania czyichś błędów. Od dawna już przyznała sobie po cichutku, że jest pracocholiczką; ostatnio jednak wpadła w nieprawdopodobny wprost kierat! Westchnąwszy głęboko przeorała długimi, wypielęgnowanymi palcami gęstą czuprynę swoich złotoblond włosów. Nie było wyjścia: robota musi zostać wykonana, a ona sama zrobi ją najlepiej. Coleman Aviation była firmą rodzinną, zajmującą czołowe miejsca w projektowaniu i produkcji niewielkich odrzutowców na prywatny użytek - i tylko ona, Sawyer, dysponowała doświadczeniem i fachową wiedzą niezbędną do kierowania rozrastającym się przedsiębiorstwem. Byli w otoczeniu Sawyer ludzie, zwłaszcza pracownicy nie związani ściśle z produkcją, którzy twierdzili, że szefowa zbyt się przejmuje pracą, że „o byle co się czepia”. Usłyszała w ostatnich dniach taką właśnie opinię. „Czepia się o byle co” - na litość boską! Jedno było pewne: to nie miał być wyraz uznania. Sawyer wyciągnęła z górnej szuflady paczkę papierosów i zapaliła jednego. Robiła to rzadko, zazwyczaj tylko w chwilach napięcia albo kiedy chciała zyskać na czasie. Teraz właśnie zbiegło się to: paliła, żeby odwlec moment powtórnego odczytania zaproszenia, a spięta była dlatego, że od ponad dwóch tygodni nie miała wiadomości od Randa. To jedno wystarczyło, by nękał ją ustawiczny niepokój. A jeśli dodać do tego zaproszenie Maggie - całkiem się już można załamać! „Mamusia” Maggie! Maggie - pani na Subbridge! Maggie, pożeraczka męskich serc! Maggie - jej rodzona matka. Sawyer skrzywiła się. Wstała z fotela i wygładziła na smukłych biodrach spódnicę z miękkiej szarej flaneli. Stanęła przy oknie i utkwiła wzrok w jaśniejącej na niebie tarczy słonecznej. Złoto Azteków - pomyślała odruchowo, paląc energicznie papierosa, na którego nie miała wcale ochoty. Zaproszenie przypominało królewski rozkaz: miała powrócić do Sunbridge po to, by zobaczyć, jak puszy się Maggie. Tkwiło w tym jednak coś więcej: Maggie potrzebowała aprobaty rodziny w chwili przejmowania steru. Marnotrawna Maggie powraca na miejsce swego występku i grzechy zostają jej odpuszczone. Sawyer roześmiała się i zakrztusiła dymem z papierosa: kaszlała tak, że aż łzy pojawiły się w jej oczach. Babcia pewnie odezwie się niebawem, najpóźniej jutro. A potem inni. I Rand - pomyślała czując przypływ nadziei. Tak, Rand zadzwoni do niej. Utrzymywanie kontaktów na dużą odległość to prawdziwa katorga, a jeśli dzieli nas od kogoś ocean, ból rozłąki jest jeszcze silniejszy. Cholera, teraz cały dzień ma zmarnowany! Dlaczego Maggie przysłała swoje zaproszenie i niedorzeczny list do biura zamiast do domu? Kontakt z Maggie po upływie tylu lat nie powinien już sprawiać bólu - a jednak był dręczący. Sawyer marzyła o tym, by tak się opancerzyć, żeby Maggie nie mogła przez tę skorupę przeniknąć. A tymczasem jej serce ciągle było obolałe, a ona sama czuła się sponiewierana. Powinno się oficjalnie zakazać zjazdów rodzinnych! Nie mogła wymigać się od zaproszenia. Trzeba po prostu robić dobrą minę do złej gry. Zobaczy znowu małego Rileya - choćby dlatego warto stawić czoło Maggie. A po to, żeby ujrzeć Randa i być razem z nim, gotowa była udać się choćby do Afryki! Rand. Jej życie, jej miłość. Bez niego na całą jej egzystencję składały się nie kończące się dni wypełnione pracą i dłużące się samotnie noce. Najwyższy czas ustatkować się, zastanowić poważnie nad małżeństwem. Sama myśl o tym podnieciła ją: poczuła ciepło rozlewające się po całym ciele. Równie dobrze może przecież wykonywać swoją pracę w Londynie. Pospiesznie, żeby się nie rozmyślić, nabazgrała kilka słów, że przyjmuje zaproszenie na lipcową fetę. Potem, kiedy już będzie po wszystkim, cała rodzina powie, jak ładnie się zachowała Sawyer: Poczciwa, niezawodna Sawyer! Nigdy nie zawrze w niej krew, nie zachowa się jak każdy inny na jej miejscu by postąpił. Choćby była cała poharatana w środku nie uzewnętrzni swoich ran. Będzie miała dla siebie Randa - to wystarczy za wszystko. Jeden jego uśmiech i Maggie przestanie dla niej istnieć. Musi tylko mieć Randa - teraz i na zawsze. Rozdział pierwszy Dziś będzie jeden z najwspanialszych dni w dziejach Sunbridge. Jutro gazety podadzą każdy szczegół, włącznie z opisem strojów kelnerek. Przyjęcie w Sunbridge to znaczące wydarzenie, a jeśli będzie miało charakter barbecue w teksańskim stylu, wzbudzi jeszcze większe zainteresowanie. Przybędzie cała rodzina, pojawią się niektóre z najbardziej wpływowych osobistości Teksasu. Maggie Coleman Tanner uśmiechnęła się szeroko. Zabawne, że zawsze miała skłonność do personifikacji, Sunbridge wydawało jej się jakby żywą istotą. Pod niektórymi względami było tak rzeczywiście. Sunbridge stanowiło jej przeszłość - a teraz będzie jej przyszłością. Oczy Maggie, błękitne jak zimowe niebo, dostrzegły wzmożony ruch pod balkonem sypialni. Służba, dostawcy żywności, kelnerki - cała ta banda, jakby powiedział stary Seth - krzątali się przygotowując pierwszą barbecue za jej rządów. Tuczny cielec na powitanie marnotrawnego potomka - pomyślała Maggie. Marnotrawnym dziecięciem była ona sama, ale czy wypadało określić jako „cielca” nagrodzony okaz długorogiego wołu? Zamówiła całe tuziny obrusów w czerwono-białą kratkę, odpowiednich na zabawę na wolnym powietrzu, oraz pasujących do nich serwetek ze sklepu Neimana Marcusa. Przypominała też sobie jak przez mgłę, że poleciła kupić dwieście wiklinowych koszy na chleb, po czterdzieści dolarów sztuka. Homary dostarczone samolotem z Maine, krewetki, kraby i wołowiny - wszystko co było konieczne, aby impreza zakończyła się sukcesem. Mogła to być z nazwy „wiejska zabawa”, ale zaproszeni goście nie mieli prowincjonalnych gustów. Dzięki temu przyjęciu pokaże im wszystkim, że należy do ich grona i że lat spędzonych w Nowym Jorku nie przeżyła w jakiejś dziurze. Obracała się w eleganckim świecie, gdzie prowadzono rozmowy o teatrze, notowaniach na giełdzie i ostatniej wystawie w Muzeum Quggenheima - dyskusje na tematy abstrakcyjne. Tutaj, w Teksasie, mówiono o bardziej konkretnych sprawach: pieniądzach, ropie, wołowinie, znowu pieniądzach - nie koniecznie w takiej kolejności! Kryształowe kieliszki błysnęły w promieniach słońca przypominając Maggie, że chociaż Teksańczycy lubili udawać prostaczków prowadzących „domowy tryb życia”, byli wystarczająco sprytni i bogaci, by odróżnić prawdziwy kryształ od imitacji i Baccarat od Cristal d’Arques. Dziadek pewnie w grobie się przewraca! W jego pojęciu berbecue to piwo z beczki i czerwona fasola z ryżem; takie menu pasował do prezentowanego w nieco protekcjonalny sposób wizerunku „prostego człowieka, któremu się poszczęściło”. Gdyby mu przyszło do głowy podać szlachetnego bourbona w papierowych kubkach, nikt nie ośmieliłby się go krytykować. Seth Coleman był zbyt ważną i wpływową osobistością, żeby z nim zadzierać. Mógł ot tak sobie, dla kaprysu, zapewnić komuś fortunę lub kompletnie go zniszczyć - i nie sposób było przewidzieć, czy staruszkowi nie przyjdzie do głowy doprowadzić cię do ruiny - wyłącznie dla własnej wrednej satysfakcji. Teraz sprawy przedstawiały się inaczej. Stary Seth już nie żył i leżał w grobie, a właścicielką Sunbridge była Maggie. Ta impreza miała to wszystkim wbić dobrze do głowy: to był jej dom. Dom! Boże, jak cudownie być znowu w Sunbridge! Nie, nie tak! Jak cudownie nie być wyrzuconą poza nawias Sunbridge! Wszystkie wysłane przez nią zaproszenia zostały przyjęte; zjawi się tu mnóstwo ludzi - połowa Teksasu, choć nic a nic jej na nich nie zależało! - i cała rodzina. Maggie przechyliła się przez poręcz. To przyjęcie kosztowało majątek i nie była nawet całkiem pewna, w jakim celu je wyprawia. Co chce udowodnić - i komu? To, że tutaj mieszkała, miała prawny tytuł własności, stanowiło najlepszy dowód, w czyim posiadaniu jest Sunbridge. Dlaczego sądziła, że musi popisywać się przed wszystkimi swoją pozycją właścicielki? A może w gruncie rzeczy pragnęła udowodnić całemu światu, że zyskała w końcu aprobatę ojca, że tata miał o niej wystarczająco dobre mniemanie, żeby powierzyć swoje ukochane Sunbridge właśnie jej, nikomu innemu! Boże święty, przecież Sunbridge należało się jej prawem krwi! Sawyer odebrała jej to. Ona, jej córka, przeżyła w Sunbridge prawie całe swoje życie, a ją, Maggie, wypędzono. Teraz Sawyer będzie tu najwyżej powracać jako gość Maggie. Sprawiedliwości stanie się zadość. W pewnym sensie. Maggie patrzyła w dal, gdzie wzgórze o łagodnych stokach górowało nad frontem domu. Wszystkie pola ogrodzono białymi płotami i bujne złociste łąki należały także do Sunbridge. Zapłonęła w niej żarliwa duma. To była ziemia Colemanów, jej ziemia; jest znowu pełna życia, bo powróciła do domu. Maggie czuła siłę, drzemiącą w tej posiadłości. Dwieście pięćdziesiąt tysięcy akrów pierwszorzędnej ziemi, ziemi Colemanów - to ona, Maggie sprawi, że ranczo będzie rosło, rozwijało się i kwitło. Zaczynała rozumieć, co przez tyle lat trzymało przy życiu starego Setha: to było Sunbridge, potęga tkwiąca w ziemi, która tętniła w jego żyłach. Autorytet dziadka był niepodważalny; władcy absolutnego, uosobienia niezwyciężonej mocy, która stworzyła Sunbridge, kochała je i kierowała nim. Seth, najpodlejszy staruch, jaki kiedykolwiek żył pod słońcem, wystarczająco podły, by wydziedziczyć własną wnuczkę! Sunbridge miało po śmierci Setha przejść w ręce jego syna Mossa, a potem wnuka Rileya. Jej siostra Susan i ona sama były nic nie znaczącymi kobietami; nie przedstawiały dla dziadka żadnej wartości. - Czy widzisz mnie teraz, stary? - spytała patrząc na wzgórze o łagodnych stokach, na którym go pochowano. - Jestem znów tutaj, gdzie powinnam być, w miejscu, które zawsze mi się należało. Coleman Tanner, syn Maggie, wszedł cicho jak kot i stanął tuż za matką. Wiedział, że może tak stać choćby przez godzinę i Maggie nie spostrzeże jego obecności, dopóki się nie odwróci i nie zobaczy go. Jedyne, co ją obchodziło, to było to ranczo - Sunbridge. Cała gadanina matki, że tu jest jego miejsce, a jego kapelusz powinien wisieć na kołku przy drzwiach wejściowych obok kapeluszy pradziadka, dziadka i wuja, była gówno warta. A kapelusz był kretyński, jak w ogóle wszystko w Teksasie. Kiedy Cole wkładał go na głowę, robił to wyłącznie po to, żeby wprawić matkę w dobry humor. Przeważnie nie wiedział, gdzie go posiał, ale jakimś cudem Maggie udawało się zawsze odszukać ten skarb i zawiesić na właściwym kołku. Coleman nigdy nie miał pewności, czy powinien podejść do matki, gdy była sama jak w tej chwili. „Sama” to chyba nie najwłaściwsze określenie: matka wydawała się bez reszty pochłonięta swoimi myślami. „Niedostępna” byłoby bliższe prawdy: odgrodzona od wszystkiego z zewnątrz, nie wyłączając rodzonego syna. Kiedy był młodszy, bolało go to i raniło - teraz ogarniała go tylko wściekłość na nią. W szkole inni chłopcy zauważyli, jak bardzo jest piękna: lśniące ciemne włosy prawie do ramion, opływające miękkimi falami owal twarzy i tworzące niezwykły kontrast z przejrzyście błękitnymi oczyma. Zauważył nawet, jak kilku instruktorów podziwia jej smukłą sylwetkę, gdy wydaje się im, że nikt tego nie dostrzega. Żadna kobieta nie uśmiechała się równie uroczo jak jego matka: takim otwartym, jasnym, szczerym uśmiechem. Gdy się roześmiała, w jej oczach błyskały iskierki, a kąciki ust unosiły się do góry. Była piękna. Coleman zawsze to dostrzegał, ale nic z tej piękności nie należało do niego. Była kimś obcym i już od bardzo dawna nie uśmiechnęła się do niego - tylko do niego. Coleman nie wiedział, o czym Maggie myśli, był jednak pewien, że nie o nim. Nie zdobyła się nawet na to, by odebrać go z lotniska, kiedy przed trzema dniami wrócił ze szkoły. Jakiś anonimowy kierowca zastąpił ją, pojawiwszy się we właściwym czasie. Matka tłumaczyła się, mówiąc, że straciła rachubę czasu - taka jest zawalona robotą przy planowaniu całej imprezy i w ogóle. Usprawiedliwiała się raz po raz, a Cole jej nie przerywał. Sprawiało mu to satysfakcję, że jest zmieszana i próbuje przeprosić za krzywdę, którą mu w swoim mniemaniu wyrządziła. Dzięki temu mógł zazwyczaj bez większego trudu wycyganić od niej to, co chciał. Cole rósł i wszystko wskazywało na to, że z czasem przerośnie wszystkich Colemanów, dzięki swemu ojcu. Miał oczy i nos Cranstona Tannera, ojca, którego rzadko widywał, ale mocny zarys brody, kwadratowe, białe zęby i szeroki, krzepiący uśmiech odziedziczył po rodzinie matki. Może i wielkość nóg, ale tego nikt nie wiedział na pewno. Trzynasty numer buta w szesnastym roku życia to było coś, o czym nie chciało się nikomu dyskutować. Jasnobrunatne włosy miał przystrzyżone krótko, po wojskowemu: Cole był zdania, że wygląda w tej fryzurze jak cymbał z przemądrzałą miną, ale matka twierdziła, że przypomina jej ojca z fotografii z okresu, kiedy opuścił właśnie obóz treningowy dla rekrutów. Cole zastanawiał się, czy kiedyś wreszcie przytyje. Ponieważ był chudy, nie szczupły, zastosowano wobec niego w szkole środki mające na celu wzmocnienie budowy ciała, ale jak dotąd nie widać było żadnych efektów, choć jadł tyle, że o mało nie pękł. Robił to, gdyż tego od niego wymagano, podobnie jak było ze wszystkim w tej parszywej szkole. Nie znosił szkoły: surowego jej regulaminu, innych chłopców, umundurowania, instruktorów, a także pompy i ceremoniału - a jednak przodował pod każdym względem. Pewnego razu major powiedział jego matce, że nigdy nie widział ucznia, który bardziej niż Cole byłby zbliżony do ideału. Maggie spełniła rodzicielski obowiązek, uśmiechnęła się i chyba nawet go uściskała. Ale w gruncie rzeczy guzik ją to obchodziło - myślał Cole. Zależało jej wyłącznie na zachowaniu pozorów. Pozbyć się dzieciaka z domu, płacić rachunki i odwalać konieczne odwiedziny, a potem demonstrować uczucia macierzyńskie w czasie wakacji. Tak jak teraz. Czwarty lipca. Odpowiedni termin na berbecue. Tradycyjną imprezę w Sunbridge, jak to określa matka. Słyszał o niej od lat, ale nigdy dotąd nie brał w czymś podobnym udziału. Wcale nie był pewien, czy i teraz chce w tym uczestniczyć. Czuł się tu jak intruz. To nigdy nie będzie jego dom. Oczekiwano, że będzie się tu ubierał „po kowbojsku”, jak to nazywała matka. Dżinsy tutejszego kroju, koszule i buty, które piły go w palce. Cholernie wkurzające! Przez dziesięć miesięcy w roku musiał chodzić w mundurze - chyba starczy? - a teraz znowu trzeba się bawić w przebierańca. Nie czuł się naprawdę sobą ani w mundurze, ani w tym stroju z kiepskiego westernu. Miał ochotę pochodzić we własnych rzeczach, włożyć mokasyny z chwaścikami od Brook Brothera, ubrać się w młodzieżowe modele, które wisiały w jego szafie i które rzadko miał okazję nosić. - Jak na kogoś, kto właśnie przygotowuje największe przyjęcie w Teksasie, wyglądasz dość ponuro, matko - odezwał się nagle Coleman. Maggie odwróciła się gwałtownie. - Coleman! Przestraszyłeś mnie!... Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mówił do mnie „mamo”? Kiedyś tak mnie nazywałeś, gdy byłeś mały. Zbywała go głupstwami. Zawsze tak było; Cole sądził, że to był jej sposób na to, żeby utrzymać go „na dystans”. Nigdy bezpośrednio nie odpowiadać na pytania; nigdy nie przyznawać się do tego, o czym się naprawdę myśli. Zamiast tego, przejść do ataku! Ale dlaczego traktuje go jak wroga? - To pewnie dziedziczne. Ty upierasz się, żeby nazywać mnie Coleman, chociaż wiesz, że wolę, by mówić do mnie „Cole”. Klarowałem ci to mnóstwo razy. - Głos Colemana był teraz niski, co zawsze szokowało Maggie. Dziwne, jak bardzo taki dorosły głos nie pasował do tykowatego młokosa! - Touchée! Mówię tak po prostu dlatego, że jesteś Colemanem i nie chcę, żeby żadne z nas, ani nikt inny zresztą, z tym zapominał. - Czyżbyś ty mogła o tym zapomnieć? Tylko o tym myślisz i mówisz przez cały czas. Wiem, że wrócisz do nazwiska Coleman, kiedy tylko dostaniesz rozwód. Nie bój się, matko: wszyscy wiedzą, kim jesteśmy. Zmiana nazwiska niczego nie udowodni. - W głosie Colemana brzmiało oskarżenie; pogardliwy uśmieszek czaił się w kąciku ust. Maggie przyjrzała się uważnie synowi. Był prawdziwym Colemanem - może nie z wyglądu, ale dzięki rodzinnej umiejętności zadawania bolesnych ran. Wiedziała, że syn robi aluzje do jej uzależnienia od alkoholu, do tego, że nie sprawdziła się jako matka, i podkreśla, że nic, ani posiadanie Sunbridge, ani zmiana nazwiska, nie zatrze tamtych błędów. To tylko chłopiec - musiała przypomnieć samej sobie. Cóż on wie? - odpowiedziała samej sobie grymasem. Kiedy była w wieku syna, czuła się stara jak Matuzalem i o wiele od niego mądrzejsza. W wieku Cole’a miała już poza sobą urodzenie Sawyer, którą obsypano wszelkimi przywilejami, jakich odmówiono jej samej i jej synowi. Aż do dziś. Sytuacja bardzo się zmieni, gdy ona tu będzie rządzić. Musi jakoś przekonać Colemana, sprawić, żeby zrozumiał, żeby zobaczył, że tutaj tkwią jego korzenie. - To jest moje miejsce na świecie, synu, i twoje także. Sunbridge zostało zbudowane dla Colemanów. - Może to twoje miejsce, matko, ale nie moje. Ja jestem Tanner i zostanę nim na zawsze. Sunbridge to tylko ranczo a nie sposób na życie, przynajmniej nie dla mnie. W jego szarych oczach był gniew, a w głosie przebijała starannie ukrywana gorycz. - Nie lubię Teksasu i tej pseudo kowbojskiej bzdury. Nie znoszę ubrań, które każesz mi nosić i tego idiotycznego kapelusza. Nie chcę tu być! Chcę pojechać do Europy. - Co takiego?! - ostro spytała Maggie. Cole parsknął, jego delikatne brwi uniosły się w górę. - Tak też sobie myślałem! Czy ty nigdy nie czytasz zawiadomień, które ci przysyłają ze szkoły? Grupa, w której uczę się francuskiego, będzie w Europie do końca sierpnia. Zgłosiłem się i nawet wpłaciłem zadatek. Maggie odwróciła się znów w stronę balkonu, by ukryć zmieszanie. Przez dłuższą chwilę obserwowała ożywioną działalność na dole. Jak przez mgłę przypominała sobie coś na temat tej wycieczki. Ale nie wyraziła na nią zgody - tego była pewna. Dlaczego musiał akurat teraz z tym wyskoczyć, kiedy jest tak zajęta rodziną i swoimi sprawami?! Oczy Maggie zwęziły się w szparki. Czy to możliwe, żeby jej syn odziedziczył więcej cech taty, niż przypuszczała? Ta nieoczekiwana deklaracja w samym środku sprzeczki była zupełnie w stylu jej ojca. Jeżeli da Colemanowi pozwolenie na wyjazd do Europy, będzie się wzorowo zachowywał podczas przyjęcia, demonstrując na rzecz rodziny i znajomych, jakie silne więzy uczuciowe łączą go z matką. Będzie modelowym synem i wnukiem, czułym dla Amelii i uroczym wobec Susan. Przed Sawyer będzie się zgrywał na uwielbiającego ją przyrodniego braciszka. Ale jeżeli matka nie dostosuje się do jego życzeń, ten zwariowany, samolubny synalek pokaże swoje prawdziwe oblicze. To nie było w porządku! Dlaczego nie mogła mu wytłumaczyć, że robi to wszystko również dla niego, starając się, żeby zajął należne mu miejsce w rodzinie, że chce ofiarować to, co należało mu się z urodzenia? To było jej przyjęcie - wybrała na barbecue weekend związany ze świętem Czwartego Lipca, Dnia Niepodległości, by symbolicznie podkreślić własne uniezależnienie się od przeszłości, swoją własną niepodległość. Nie pozwoli, żeby ten szesnastolatek popsuł jej plany! Zwróciła się do Colemana, obserwując go uważnie i wiedząc, że i on czeka na jej decyzję, przeświadczony, że jak zawsze będzie górą. Nie tym razem! - pomyślała. Teraz zaczną się nowe porządki. - A może tak pozwolisz mi zastanowić się nad tą sprawą i powiedzieć ci, co postanowiłam, po zakończeniu przyjęcia? Coleman nastroszył się. Tego nie oczekiwał, ale zrozumiał świetnie: zachowuj się przyzwoicie, odgrywaj wzorowego synka, to być może (jedynie - być może!) mamusia wyrazi zgodę na wycieczkę. Nie podobało mu się to, ale wpadł w sidła, w zasadzkę i będzie musiał dostosować się do jej reguł gry. Skinął głową na znak zgody i wiedział, że czas jego audiencji minął, gdy oczy matki zwróciły się znów ku scenie rozgrywającej się na dole. Coleman wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Jej było na wierzchu, przynajmniej na razie. Ale jeśli myśli, że zatrzyma go tutaj, w Sunbridge, pod własnym pantoflem, że on zgodzi się zrezygnować z emocji podróży po Europie dla uroków „prostego życia rodzinnego”, pełnego spoconych koni i głupich Teksańczyków, to się bardzo myli! Chciała, żeby poczuł swój związek z Sunbridge. Nigdy nie czuł się cząstką jakiegoś środowiska, z wyjątkiem wojskowej szkoły. Kiedyś wstydził się tego, że jego rodzice nie mają dla niego czasu, że nie chcą, by przebywał razem z nimi, dopóki nie zorientował się, że inni chłopcy mają prawie identyczne problemy. Kiedy wreszcie jego wychowawca przekonał go, że powinien stać się prawdziwym mężczyzną, prawdziwym żołnierzem, nie potrzebującym oparcia w rodzinie, Cole poczuł się lepiej. - Nie bądź od nikogo zależny. Sam udźwigniesz swą broń, żołnierzu! Masz już dziesięć lat. Zachowuj się jak mężczyzna. Potem już Coleman nigdy w nocy nie płakał w poduszkę, gdy bolało go ramię od noszenia ciężkiej broni. Bez drgnienia powieki znosił powodujące ciemne siniaki „kopnięcia” karabinka w czasie ćwiczeń w strzelaniu do tarczy. Dzięki wytrzymałości zdobył stopień wojskowy, zostając jednym z najmłodszych dowódców plutonu. Zmuszał siebie samego i swoich podkomendnych do wykonywania dodatkowych marszów, osiągania większej liczby punktów, zdobywania wciąż nowych nagród. Zanim ukończył dwanaście lat był dwukrotnie promowany na wyższy stopień. Wcześnie przekonał się, że ranga niesie ze sobą różne nieoficjalne przywileje i nauczył się wyciągać z każdego spośród nich osobiste korzyści. Dobrze umiał sobie radzić, poganiać młodszych i zastraszać chudych chłopaczków w okularach i z wystającymi zębami. Coleman lubił poczucie siły. Pod koniec semestru był uznanym i niezaprzeczalnym prowodyrem chłopców ze skrzydła E strefy piątej. Jakby więc teraz wyglądało, gdyby nie wziął udziału w wycieczce do Europy, dlatego że mamuśka mu zabroniła? Kiedy Cole zamknął drzwi za sobą, Maggie opuściła bezradnie ramiona. Nie mogła pozwolić, żeby syn zniszczył całą jej uroczystość, ale nie miała także zamiaru mu ustępować. Był nadal dzieckiem, równocześnie oczekującym od niej wskazówek i rzucającym jej wyzwanie. Tak bardzo różnił się od jej młodszego brata Rileya! Szesnastoletni Riley był serdeczny i czuły, jego łagodny, nie zepsuty charakter i charyzmatyczny urok przyciągały do niego ludzi. Każdy, kto poznał Rileya, musiał go pokochać. Miał wszystkie zalety, których jej syn nie posiadał i którymi prawdopodobnie nigdy nie będzie się wyróżniał. Nikt nie musiał tłumaczyć Maggie, że zawiodła w stosunku do Colemana. Uwikłana w zamęt własnego życia, we własne tragedie, nigdy naprawdę nie miała czasu dla syna. Jak mogła rozwiązywać problemy tego chłopczyka, gdy nie potrafiła uporać się z własnymi? A jej małżeństwo z Cranstonem przez ostatnie siedem lat staczało się po równi pochyłej. Starała się jakoś je ocalić. Tłumaczyła sobie, że ze względu na Colemana powinni trzymać się razem jako rodzina. Prawdę mówiąc, wytrzymała tak długo, gdyż nie miała dokąd się udać ani nikogo, na kim mogłaby się oprzeć. Tamta Maggie Coleman Taner nie żywiła do siebie wielkiej sympatii, a czasem gardziła sobą, co jeszcze bardziej zwiększało jej strach przed samotnością. Tak długo, dopóki Cranston nie wykonał żadnego decydującego ruchu, żeby zerwać ich małżeńskie więzy, Maggie również tego nie czyniła. Ale wreszcie jej głęboka pogarda dla własnej osoby udzieliła się także Cranstonowi. Kiedy zaczęła na dodatek pić bez opamiętania, odszedł od niej. Maggie potrząsnęła głową, jakby chciała uwolnić się od tych myśli. Nie będzie zastanawiać się nad tym wszystkim, nie dziś! Zaszła w niej ogromna zmiana: nie była już tamtą zrozpaczoną, nieszczęśliwą kobietą. Ciągle jeszcze nie miała pewności, czy stanie się tą nową istotą, którą pragnęła być, ale zrobiła już wielkie postępy. To, że tata zostawił jej Sunbridge, ogromnie pomogło - dało jej poczucie pewności, że ma gdzieś swoje miejsce, że ktoś ją kochał, że nie została pominięta przez jedyną osobę ważniejszą dla niej niż ktokolwiek inny. Tata. Przez całe życie pragnęła jego aprobaty, jego miłości. Była takim poskręcanym wewnętrznie dzieciakiem, a potem taką wrogo nastawioną do świata, skłóconą wewnętrznie kobietą! Postanowiła jednak zmienić to wszystko, a teraz, po raz pierwszy w życiu, czuła, że sukces jest w zasięgu ręki. Nie, nie będzie teraz myśleć o Colemanie: nie pozwoli, żeby cokolwiek zakłóciło jej ten dzień! Barwne japońskie lampiony wokół głównego wejścia do domu dawały wymarzony efekt. Błyskały w ogrodzie różanym babci Jessiki i ozdabiały długi, kręty podjazd. Zostaną zapalone o zmierzchu, akurat wtedy, gdy będą zjeżdżali się goście. Wówczas także zacznie grać orkiestra, a potem, kiedy zostanie podany posiłek, pianista z towarzyszeniem banjo wykona wiązankę melodii Scota Joplina. Billie prawdopodobnie aż się zachłyśnie na widok lodowej rzeźby przedstawiającej rumaka stającego dęba - z przezroczystych rurek będzie spływał kaskadą szampan. Maggie wzruszyła ramionami. Pewnie, że to w złym guście, ale właśnie czegoś podobnego oczekiwano. Będą o tym plotkować w Austin przez długie tygodnie. Gorące lipcowe słońce prażyło niemiłosiernie i Maggie była rada ze swej decyzji rozpięcia nad trawnikiem płóciennego dachu w barwne pasy. Wyglądał tak wesoło! Zabawne, że coś tak prostego jak duża ilość płótna w żółte i białe pasy może wprawić człowieka w dobry nastrój! Atrakcją wieczoru będą specjalne fajerwerki, które rozbłysną nad sadzawką na tyłach domu. Nawet Colemanowi spodobają się te miliony wybuchających gwiazd, które rozświetlą Sunbridge o północy. Przelotny powiew musnął ramię Maggie. Wkrótce trzeba się będzie przebrać na powitanie rodziny. Miała zamiar włożyć jeden z modeli swojej matki, który dostała od niej w gwiazdowym upominku. Maggie była zachwycona tą zwiewną kreacją w kolorach tęczy i chowała ją na specjalną okazję. Niech no tylko mama ją zobaczy! Oczy Billie z pewnością zabłysną i mała obdarzy ją swoim ciepłym, pełnym miłości uśmiechem. Kiedy Maggie po raz pierwszy przyszedł do głowy pomysł urządzenia tej imprezy, nie zdawała sobie sprawy, że to przyjęcie stanie się dla niej takie ważne. Od wielu tygodni żyła tylko tą jedną myślą: o ponownym spotkaniu ze wszystkimi. Nawet przyjazd Colemana miał drugorzędne znaczenie wobec szykowania Sunbridge na dzisiejsze święto. Wysłała na lotnisko po Colemana kierowcę, zamiast pojechać po niego sama; potem spóźniła się wracając z miasta i nie zdążyła na moment jego przyjazdu. Kiedy wreszcie wróciła, syn pomachał niedbale w jej kierunku i zagłębił się znowu w czytanej książce. Podeszła, aby go objąć, ale był sztywny i nie poddał się jej uściskom, chcąc ukarać ją za to, że o nim zapomniała. Postanowiła bardziej zbliżyć się do syna, ale Coleman stawiał opór; poczucie odtrącenia było nadal dla Maggie czymś bardzo bolesnym. Może mały Riley wywrze dobry wpływ na Colemana? Nie mogła się doczekać, kiedy ujrzy swego bratanka. Jeszcze niedawno musiałaby w duszy przyznać, że pragnie przyjazdu chłopca, bo zmniejszy on poczucie winy, dręczące ją od śmierci brata. Teraz jednak wiedziała, że chce w jakimś stopniu podzielić się Sunbridge z Rileye. Był jej bratankiem, członkiem rodziny. Nie zapomniała dnia, w którym Billie zadzwoniła powiadamiając ją o śmierci Otami w wypadku samochodowym w Tokio. Powróciło wówczas całe zadawnione poczucie winy, z taką siła, że Maggie dosłownie dostała torsji. Najpierw Riley, teraz jego żona - ta śliczna Japonka. Został tylko mały Riley. Jego japońscy dziadkowie udowodnili swój całkowity brak egoizmu i wielkoduszność. Choć byli pogrążeni w bólu, nie zamierzali zatrzymywać Rileya wyłącznie dla siebie. Wręcz przeciwnie, pragnęli, żeby udał się do Ameryki i zajął tam miejsce należne mu w rodzinie Colemanów, żeby nie zatracił tej części swego dziedzictwa. Z niezwykłym rozsądkiem uświadamiali sobie, że nie będą żyć wiecznie. Co stałoby się z ukochanym wnuczkiem po ich śmierci? - Riley przyjedzie na tak długo, jak tylko zechce - powiedziała Billie. Maggie odpowiadało to jak najbardziej. Kiedy ostatnio widziała chłopca, zauważyła, jak bardzo przypomina swego ojca. Poza tym Maggie ogromnie pochlebiało, że Billie powierza jej opiekę nad Rileyem, jedynym dzieckiem swego jedynego, zmarłego syna. Nagły powiew wiatru, silniejszy i odmienny od poprzednich, sprawił, że Maggie zadrżała z zimna. Nic nie może zepsuć tego przyjęcia, nawet żywioły czy kaprysy aury! Spojrzała w niebo, nadal przejrzyście błękitne; tylko od czasu do czasu białe pierzaste obłoczki ukazywały się na horyzoncie. Maggie była niespokojna, a rozmowa z Colemanem nie podziałała kojąco. Rzuciła okiem na zegarek: ciągle jeszcze za wcześnie, by zacząć się przebierać. Wiedziona nagłym impulsem zrzuciła sandałki na wysokich obcasach i przebiegła na drugą stronę domu, zmierzają ku stajni w poszukiwaniu swej ulubionej wierzchówki, noszącej imię Lotos. Lotos poznała Maggie i zarżała z radości, że sobie pokłusuje. Maggie położyła srokatej klaczy wędzidło i podprowadziła ją do pomocnego przy wsiadaniu słupka. Zakasała spódnicę, objęła nogami jedwabisty grzbiet Lotos, wbiła bose pięty w boki klaczy, i już ich nie było. Zaskoczony stajenny spojrzał za nimi, a potem wzruszył ramionami. Lotos potrzebowała ruchu. Maggie pognała konia galopem wzdłuż białych parkanów odgradzających zagrody dla bydła i pastwiska. Wykonała pełne okrążenie, zanim zbliżyła się do wzgórza, wznoszącego się nad centralną częścią posiadłości. Lotos znała drogę, pędząc wznosiła dumnie głowę, posłuszna rozkazom swej pani. Kiedy znalazły się na wzgórzu, Maggie zsunęła się z końskiego grzbietu, najpierw podeszła do grobu babki Jessiki. Potem odwiedziła Setha, wreszcie Agnes. Tatę niezmiennie zostawiała na koniec. To, co najlepsze, zawsze się zachowuje na ostatek. Kiedy Lotos szczypała świeżą zieloną trawę, Maggie podeszła do nagrobka Jessiki, wyciągnęła rękę, przesuwając palcem po głęboko wyrytych literach jej imienia. Nigdy naprawdę nie znała swojej babki: Jessika zmarła, gdy Maggie była niemowlęciem, ale Billie często wspominała, jaka to była dobra i łagodna istota. Seth gderliwie potakiwał, ale potem dodawał swój komentarz: Była strachliwa i tyle, ani odrobiny silnej woli. Seth - nieznośny starzec, który władał w Sunbridge żelazną ręką. Nie było go już wśród żywych, ale nie sposób zapomnieć o nim. Maggie skrzywiła się patrząc na przestrzeń po lewej stronie jego nagrobka. Nessie, pierwszy wierzchowiec Setha, a potem Nessie II i Nessie III. To wprost nieprzyzwoite, że te trzy konie leżały na rodzinnym cmentarzu, ale Seth się uparł, a innym to widać nie przeszkadzało. Maggie nie zachowała ciepłych wspomnień o żadnym ze zmarłych: ani o babce, której nie znała, ani o dziadku, który potępił ją i wygnał; nie wspominała też czule Agnes, pijawki w ludzkim ciele, mającej na względzie jedynie własne dobro. A jednak każde z nich w jakiś sposób przyczyniło się do ukształtowania Sunbridge. Maggie zdawała sobie z tego sprawę; każde z nich pozostawiło tu swoje niezatarte piętno. Tata. Magie poczuła piekące łzy, gdy osunęła się na kolana. Powolnym ruchem wyrwała chwast i odrzuciła go na grób Setha. Jej ojciec, jej najwłaściwszy tata, był prawdziwym powodem, dla którego tu przychodziła. Rozmawiała z nim, odwiedzała go i czuła, że jej obecność jest mu miła - bardziej niż kiedykolwiek przedtem, gdy był jeszcze żywy. Zdarzało się, że spędzała tu całe godziny zwierzając się ojcu i porządkując własne myśli. Ostatnia wola taty spowodowała przewrót w jej życiu: to on dał jej Sunbridge. - Wiesz, tato - powiedziała - dzisiaj jest mój dzień! Myślę, że nareszcie osiągnę swój cel. To, że dałeś mi Sunbridge, spowodowało, że zatrzymałam się w pędzie i dobrze przyjrzałam Maggie Coleman Tanner. Czy ci wspominałam, że po rozwodzie wracam do naszego nazwiska? Jasne, że tak zrobię. A jeśli chodzi o tę dzisiejszą imprezę, to sama nie wiem, skąd mi przyszedł ten pomysł do głowy, ale to chyba jedna z moich najmądrzejszych decyzji. Przyjeżdża cała rodzina i jestem pewna, że wszyscy się tu zlecą, więc miej na nich oczy otwarte! I bardzo się ucieszę, jeśli zaaprobujesz małego Rileya. Jest jednym z nas, wiesz przecież: chyba teraz zdajesz już sobie sprawę z tego, że życie jest zbyt krótki, by je marnować na stare pretensje i uprzedzenia? Nasz Riley kochał Otami i razem dochowali się tego cudownego chłopca. Oszukałeś nas wszystkich, a zwłaszcza mamę, kiedy ukryłeś przed nami, że wiesz o żonie i synu Rileya. Gdziekolwiek teraz jesteś, pomyśl dzisiaj serdecznie i czule o nas wszystkich, a zwłaszcza o Rileyu. Wiesz, ciągle nie mogę się wyzbyć poczucia winy. Mogłam powstrzymać mego brata przed ucieczką i zaciągnięciem się do marynarki, ale nie starałam się dodać mu otuchy, bo wiedziałam, że to cię zaboli. Mogłam go powstrzymać, ale nie zrobiłam tego! Ty także wiele razy postąpiłeś nie tak jak trzeba. Może teraz będę mogła to naprawić, tak jak ty próbowałeś naprawić swoje pomyłki zostawiając mi Sunbridge. Wiem, zawsze uważałeś, że jestem urodzonym buntownikiem, mam nieokiełznaną i niezależną naturę. Ale wcale tak nie jest! Jestem tak przepełniona niepewnością, że sprawia mi to ból... Jak to się stało, że nigdy tego nie dostrzegłeś? Wiesz co, tato, zrób coś dla mnie, dobrze? Powiedz mojemu bratu, że wszystko wynagrodzę jego synowi, tak jak ty postąpiłeś w stosunku do mnie. Kocham cię, tato. Powiedz Rileyowi, że jego też kocham. Maggie z oczami błyszczącymi od łez zbliżyła dłoń do ust, a potem delikatnie dotknęła nią grobowej płyty. Rozdział drugi - Wracam do Sunbridge - Billie złożyła głowę na tylnym oparciu i przymrużyła jasnoorzechowe oczy chroniąc je przed słonecznym blaskiem. Spod rzęs obserwowała Thada za kierownicą; brał właśnie zakręt. Prowadzenie wozu było dla niego czymś równie naturalnym jak kierowanie samolotem. I jedno, i drugie wykonywał z wielką oszczędnością ruchów i z jednakową satysfakcją. Widziała ostry kontur jego nosa i łagodne szare oczy, które tak łatwo rozświetlały się wesołością albo wyrażały głębię jego miłości. Kiedy spotkała go po raz pierwszy, tak bardzo dawno temu w Filadelfii, pomyślała, że najpiękniejsze w jego twarzy są oczy: łagodzą ostrość jakby wykutych ze skały rysów i odbijają jego uśmiech. Przez te wszystkie lata Thad Kingsley mało się zmienił. Jego włosy o złocistym połysku zjaśniały nieco od siwizny, ale opalenizna była równie intensywna jak dawniej. Mimo bardzo wysokiego wzrostu poruszał się lekko i z godnością, był nadal w dobrej formie, ubrany ze starannością wojskowego. Mimo że przemierzył cały świat, jego głos zachował lekki akcent charakterystyczny dla Nowej Anglii: wszystkie samogłoski wydawały się odrobinę monotonne. Teraz, gdy znowu zamieszkał w swoim rodzinnym stanie Vermont, te cechy nieco się wzmocniły, stały się nieodłączną cząstką jego osoby. Kiedy Billie po raz pierwszy powiadomiła męża o telefonie Maggie i zaproszeniu na przyjęcie z okazji Czwartego Lipca, Thad uśmiechnął się szeroko i zapytał: - Kiedy wyruszamy? Tak po prostu. Nie liczyło się nic, czym był akurat zajęty; w każdej chwili gotów był z tego zrezygnować na rzecz kogoś, co było ważne dla niej. Kochany Thad. Boże, co by się stało, gdyby nie otworzyły jej się wreszcie oczy i nie posłuchała swego serca, kiedy był jeszcze na to czas? Co by się z nią wówczas stało? Kłąb pędzącego z wiatrem zielska ślizgał się po powierzchni szosy. Billie zauważyła, że Thad nie pomyślał nawet o hamowaniu. Zielsko zniknęło z pola widzenia, gdy wynajęty samochód mknął po szosie. Teksas. Kraina bogaczy i nędzarzy. Billie zdawała sobie teraz sprawę, że nigdy nie lubiła tych stron. Nie czuła się cząstką tego kraju, zbyt potężnego, zanadto rozległego jak na jej gust. Odpowiadało jej życie w Vermont, w liczącym sobie dwieście lat budynku farmy, który zmodernizowali instalując łazienkę z gorącą wodą, wspaniałą nowoczesną kuchnię i oranżerię. Domek, przeznaczony dawniej dla gości, przekształcono w pracownię, ale Billie pomyślała, że ostatnio coraz rzadziej z niej korzysta. Opatentowanie znaku firmowego Billie przyniosło jej więcej pieniędzy, niż się spodziewała w najśmielszych marzeniach. Sprawiało jej ogromną satysfakcję, gdy zabiegano, by zaprojektowała specjalny fason czy wzór tkaniny dla któregoś z jej bogatych, sławnych klientów. Niekiedy wyrażała zgodę, innym razem odmawiała. Wszystko zależało od tego, czym akurat zajmował się Thad i ile miał wolnego czasu. Tworzyli zgrany dwuosobowy zespół. Billie kochała takie życie i za żadne skarby nie zamieniłaby go na mieszkanie w Sunbrodge. Billie Coleman Kingsley znalazła wreszcie swoje miejsce w świecie i jedyną osobę, z którą chciała dzielić życie: Thada. - Jesteśmy już prawie na miejscu - odezwał się cicho Thad, przerywając milczenie. Zdjął rękę z kierownicy i położył ją na obciągniętej jedwabiem nodze żony. - Poradzisz sobie, prawda, Billie? Usłyszała niepokój w głosie męża. - Pamiętaj, Thad, że umiem radzić sobie ze wszystkim, nawet z tymi dziewięcioma szczeniakami Duchess, które zostawiliśmy w domu. To tylko wizyta. Oczywiście, roi się tu od różnych wspomnień, ale to są tylko wspomnienia, nic więcej. I wszystkie należą do przeszłości. Obiecaj, że nie będziesz się zamartwiał. - Obiecuję. - Poklepał ją uspokajająco po nodze, a potem znów ujął kierownicę. - Czy nie obawiasz się, że Maggie coś knuje? - zapytał. - Przyznaję, że podobne podejrzenie przemknęło mi przez myśl, ale to nie w porządku w stosunku do Maggie, prawda? Dlaczego zawsze spodziewamy się, że ludzie pozostaną tacy jak dawniej i nigdy się nie zmienią? Przecież wszyscy się zmieniamy, prawda, Thad? Oderwał na chwilę oczy od drogi i uśmiechnął się do żony. - Ty się nie zmienisz, Billie. Jesteś zawsze tą samą dziewczyną, którą poznałem na zabawie w USO w Filadelfii. Mój ty własny aniołku z choinki! Billie zarumieniła się, tak bardzo intymny był ton tych słów. - Życie zmienia nas wszystkich i odnosi się to również do Maggie. Przypuszczam, że chce po prostu ujrzeć nas pod wspólnym dachem i pragnie, żebyśmy przekonali się, że jest nareszcie szczęśliwa. Jak mogłabym nie przyjąć jej zaproszenia? Jestem jej matką! Gdyby nawet, w co zupełnie nie wierzę, gdyby nawet Maggie miała jakiś ukryty cel, a ja byłabym tego świadoma, przyjechałabym i tak! Zaprosiła ciebie i mnie. Nie starała się nas do tego nakłonić żadnymi sztuczkami ani nie domagała się naszego przyjazdu. Po prostu zaprosiła w nadziei, że jej nie odmówimy. Chciałam tu przyjechać ze względu na Maggie. Tak dawno jej nie widziałam! Rozmawiamy przez telefon, ale to przecież całkiem co innego. - Zjazd rodzinny. Podoba mi się ten pomysł. Więzi rodzinne są bardzo ważne - zauważył spokojnie Thad. - Jednego tylko żałuję, kochany. Tego, że nie mogłam dać ci dziecka. Gdybym okazała więcej zdecydowania i wcześniej sięgnęła po to, o czym wiedziałem, że jest moim celem, może byłby jeszcze na to czas... - Powtarzałem ci już setki razy, że nigdy nie zależało mi na dzieciach. - Thad ujął dłoń żony i uścisnął ją. - Zawsze dzieliłaś się ze mną wszystkim, co dotyczyło twoich dzieci, a poza tym uważam, że Sawyer w dużym stopniu należy do nas obojga. Dopóki jesteś ze mną mam wszystko, na czym mi zależy. Obiecałaś mi przecież, że nie będziesz już nigdy do tego wracać. - I miałam zamiar dotrzymać słowa. Gdyby nie to zaproszenie, dotrzymałabym go. Colemanowie tworzą taki zwarty klan! Oczywiście, trafi się i ktoś z zewnątrz, na przykład mąż Amelii. - Billie energicznie splotła ręce. - Widzisz, co ja wyprawiam? Zachowuję się zupełnie jak ci Teksańczycy! Myślę, że to skutek tych wszystkich lat spędzonych z Sethem: ośmielam się wyrokować, kto „do nas” należy, a kto nie! Stary Seth zawsze mówił o tobie „ten zwariowany Jankes” i ostrzegał Mossa: „Pilnuj się, chłopcze, bo cię ten Jankes przechytrzy!”. - Martwię się o małego Rileya, Thad. Wiem, jak Sunbridge może komuś zniszczyć życie. Wiem, jak potrafi wyssać z człowieka wszystkie szlachetne cechy: lojalność, odwagę, poświęcenie. To żarłoczne miejsce, pochłania wszystko co najlepsze i wypluwa resztę, która nie spełnia jego oczekiwań. - Nie zapominaj o Sawyer: urodziła się i wychowała w Sunbrodge i wcale jej to nie zaszkodziło. - Stało się tak dlatego, że byłam starsza i mądrzejsza niż wówczas, gdy moje własne dzieci były małe, i mogłam wziąć Sawyer pod opiekę. Byłam dla niej mocnym oparcie: chroniłam ją i zadbałam o to, żeby nie pomyliły się jej wszystkie wartości. Thad milczał przez chwilę. Już wcześniej rozmawiali na ten temat i Billie wspominała, że boi się przyjazdu Sawyer do Sunbridge. Maggie i jej córka od zbyt wielu lat tkwiły na dwóch przeciwnych biegunach: urazy i rany były zbyt głębokie, jak twierdziła Billie. Thad zastanawiał się, czy Sawyer przyjęłaby w ogóle zaproszenie, gdyby nie to, że miał przywieźć z Japonii małego Rileya. Jakby czytała w jego myślach, Billie odezwała się: - Pod wieloma względami Sawyer i Riley są w podobnej sytuacji. Dwie sierotki przywiezione do rodzinnego domu w Sunbridge. Wieść o śmierci Otami wstrząsnęła Sawyer. Wiesz, jak bardzo się zaprzyjaźniły. Sawyer nie była wcale przygotowana na podobną nowinę, jeżeli w ogóle można się przygotować na czyjąś śmierć. W jednej chwili Otami była pełna życia, a w następnej już od nas odeszła. Pijany kierowca zniszczył istnienie kobiety tak drogiej nam wszystkim. Billie otarła oczy. Thad poczuł, że coś go ściska w gardle. Kiedy wieść o śmierci Otami dotarła do Vermont, Billie chciała natychmiast lecieć do Japonii. Gdy jednak Thad zatelefonował do państwa Hasegawa, ci zaklinali go, żeby pozostał z żoną w Vermont; pragnęli w samotności uporać się ze swym bólem. Thad zrozumiał ich stanowisko i starał się wyjaśnić je Billie. - Nie powinnaś zamartwiać się o Sawyer, Billie. Ta młoda osoba świetnie sobie radzi. Odnosi sukcesy, jest młodą, piękną dziewczyną, a w dodatku twoją wnuczką. Poza tym jest zakochana. Billie milczała przez dłuższą chwilę, myśląc o rodzinie. Rzeczywiście martwiła się o Sawyer. Thad nie miał racji mimo całej swej ogłady towarzyskiej oraz inteligencji, Sawyer była bezbronna jak dziecko, nadal wierzyła w bajki kończące się: „i żyli długo i szczęśliwie”. Nie zaznała dotąd prawdziwego rozczarowania i nieszczęścia. - Billie? Słyszałaś, co powiedziałem? - głos Thada przerwał tok jej myśli. - Tłumaczyłem, żebyś się nie martwiła o Sawyer. - Słyszałam. Nie martwię się o jej karierę zawodową. Sprawdziła się najzupełniej jako specjalistka w dziedzinie inżynierii lotniczej. Właściwie to sama nie wiem, czym się niepokoję. Może jestem głupia, ale nic na to nie poradzę. Thad roześmiał się. - No no, bądź pewna, że już nigdy nie zlekceważę twojej intuicji. Kiedy oświadczyłaś, że Duchess się oszczeni w poniedziałek w nocy, a potem obudziłaś mnie o trzeciej nad ranem, informując, że cała rodzina: matka i dziewięć córek, czuje się dobrze, przekonałaś mnie o niezawodności twoich przeczuć i odtąd zawsze będę ci wierzył. Ale jeżeli zanosi się na spięci na linii Sawyer - Maggie, to chyba wystarczy, że przypomnę tym paniom, z kim mają do czynienia. - A niby z kim? - Z admirałem floty w stanie spoczynku, Thaddeusem Kingsleyem, obecnie pełniącym obowiązki farmera i hodowcy koni. Billie zachichotała. - To z całą pewnością zrobi na nich wrażenie! A nie wspomnisz im o tym, że politycy w Vermont nalegają, żeby kandydował do Kongresu w najbliższych wyborach? - Nieee, to by wyglądało na przechwałki. Ludzie z Teksasu nie dbają o to, co dzieje się w Vermont, chyba że spóźnią się dostawy syropu klonowego. Lepiej o tym ani słowa. - Nic nie powiem, ale uważam, że to wspaniałe! Kongres Stanów Zjednoczonych! Billie za żadne skarby nie przyznałaby się Thadowi do tego, że ten projekt ją przeraża. Wcale nie miała ochoty żyć w waszyngtońskim akwarium! i nie chciała, żeby jej mąż musiał odstępować od swych zasad, z których rezygnowała w końcu większość polityków. Billie dobrze o tym wiedziała. Jeżeli jednak Thadowi zależało na tym, będzie go wspierać ze wszystkich sił! Przyjazd na miejsce uwolnił Thada od konieczności odpowiedzi. - Już jesteśmy! Billie podniosła wzrok. Oto on, wysoki drewniany łuk z wypisaną na nim wielkimi literami nazwą SUNBRIDGE. We wszystkie strony rozbiegały się stąd całe kilometry białego ogrodzenia. Wysokie dęby tworzyły sklepienie nad krętą aleją dojazdową. Za nimi rozciągała się szeroka powierzchnia jaskrawozielonego trawnika, upstrzonego rytmicznie pulsującymi rozpryskiwaczami. Billie zawsze wydawało się, że jedzie zielonym tunelem, pocętkowanym słonecznymi plamkami. Rozciągająca się przed nimi droga błyszczała w promieniach słońca; kiedy pokonali ostatni zakręt, ich oczom ukazał się dom. Thad zatrzymał wóz, zarówno ze względu na siebie, jak i na Billie. Oboje siedzieli przez chwilę, nadal pod wrażeniem, ciągle - mimo upływu tylu lat - przejęci widokiem Sunbridge. Położony na szczycie łagodnego wzniesienia, wielki dom skąpany był w blasku błękitnego teksańskiego nieba; słońce zdawało się obsypywać go pocałunkami. Billie myślała kiedyś, że jedynie tu, właśnie w tym miejscu, słońce wydaje się tak gorące i złociste. W Vermont przekonała się, że może być ono jeszcze cieplejsze i bardziej złote. Ogrom bryły trzypiętrowego budynku z jasnoróżowej cegły, z dwoma skrzydłami tej samej wysokości, ale cofniętymi w stosunku do części centralnej, podkreślały jeszcze białe kolumny podtrzymujące dach rozległej werandy. Składające się z wielu szybek wachlarzowate okno tworzyło zwieńczenie potężnych podwójnych drzwi frontowych. Motyw ten powtarzał się w miniaturze nad każdym oknem górnego piętra. Ozdobne strzyżone krzewy i kwitnący mirt indyjski tworzyły obramowanie samego podnóżka domu, a ze wszystkich stron otaczał budynek wspaniały ogród różany, zdobny w altanki i rzeźby. - W dawnych czasach, Thad, mówiło się: „tu jest gdzie żyć”. Przynajmniej tak to określał Seth. Jeszcze słyszę, jak się przechwala: „Dwieście pięćdziesiąt tysięcy akrów ziemi, i to jakiej!”. Thad roześmiał się. - Jakbym słyszał starego sukinsyna! I pomyśleć, że on sam to wszystko stworzył: syn wędrownego dzierżawcy, chłopak bez wykształcenia, obdarzony tylko zdrowym rozsądkiem i dużą dozą bezwzględności. - Sunbridge, Słoneczny Most, Most do Słońca - powiedziała cicho Billie - wymarzona wprost nazwa. Nawet Jessica powiedziała mi, że była zdumiona poetycką wyobraźnią Setha, który wymyślił tę nazwę. Seth zawsze powtarzał, że czuje, jakby z tego miejsca mógł dosięgnąć aż do słońca. Nigdy nic podobnego nie odczuwałam, ale jestem pewna, że Maggie właśnie tak czuje. Thad wyciągnął rękę i przesunął dłonią po jedwabistym policzku Billie. - Chyba już pora wyjść na scenę, co, pani Kingsley? - Propozycja nie do odrzucenia! - Thad potrafił zawsze ją rozweselić w najczarniejszych chwilach. Boże, jak go kochała! Maggie stała w cieniu kolumnady, czekając na gości. Poczuła lekki zawrót głowy w momencie, gdy usłyszała nadjeżdżający samochód. Kto zjawi się pierwszy? Wytężała wzrok, żeby rozpoznać przybyłych. Mama i Thad! Dzięki Bogu. Samochód już się prawie zatrzymał, gdy Maggie zdała sobie sprawę, że nie ma obok niej Colemana. Zawołała go schodząc ze schodów, ale nie zszedł razem z nią. Nic nie szkodzi. Teraz nie pora zajmować się synem. Mama przyjechała! Mama przybyła z wizytą do Sunbridge. Billie wysiadła z auta i weszła po schodach z wyciągniętymi ramionami. Thad obserwował ją z wnętrza samochodu. Sięgnął po jeden z bagaży. Wszystko w porządku. Wszystko z pewnością będzie w porządku! - Mamo, jesteś olśniewająca. Najpiękniejsza matka w całym Teksasie! Czy sama projektowałaś tę jedwabną suknię? Billie nieśmiało przytaknęła patrząc na jedwabną toaletę Maggie. - Czy nie dostałaś tego ode mnie na Gwiazdkę... nie wiem, ile to już lat temu?... Maggie roześmiała się. - Już się nie bawię w takie wyliczanki! Ale masz rację. To jedna z twoich kreacji. Założę się o każdą sumę, że dzisiaj każda przedstawicielka naszej rodziny będzie miała na sobie oryginalny model Billie! - Wspaniale wyglądasz, Maggie. Chyba jesteś szczęśliwa. - Jestem, mamo, naprawdę jestem szczęśliwa! Wejdź do środka. Coleman, on życzy sobie, żeby nazywać go „Cole”, zjawi się za chwilę. Thad, chodźże wreszcie! Na pewno chce się wam pić. Billie podeszła do drzwi. Wszystko takie samo jak dawniej! Zwiewny urok rosarium Jessiki i po kobiecemu słodka chmura różowo kwitnących pnączy klematisu łagodziły nieco charakter ciężkich, bardzo groźnie wyglądających dębowych drzwi wejściowych i sprawiały, że przedstawiały się one bardziej gościnnie. Wewnątrz domu także nic się nie zmieniło, domyśliła się Billie, Maggie nie dokonała z pewnością żadnych przeróbek! Lśniące dębowe posadzki, masywne belki podtrzymujące stropy na parterze, grube ciemne dywany w orientalne wzory, ciężkie obite skórą meble. Wszystko nosiło na sobie piętno osobowości Setha. Wpływ Jessiki nie był widoczny w żadnym z pomieszczeń parteru. Tylko na zewnątrz domu i w sypialniach można było zauważyć ślady jej oryginalnej i bardzo kobiecej osobowości. Billie zdawało się przez chwilę, że czuje zapach cygara Setha. Wielki dom w Sunbrudge, twierdza Colemanów. Nie, nic się tu nie zmieniło i Billie nie przypuszczała, żeby się kiedykolwiek miało zmienić. Maggie serdecznie uściskała Thada. Wysoki mężczyzna pochylił się ku niej z uśmiechem. - Zdumiewające, że powrót do domu, tej góry kamienia i cegły, może kogoś tak dalece odmienić! - pomyślał - Jak poczucie prawdziwej przynależności do jakiegoś miejsca może wydobyć najlepsze cechy charakteru! - Powiedz mi tylko, dokąd mam to zanieść - powiedział wskazując walizkę - a będę z powrotem, zanim się obejrzysz! - Schodami w górę, drugie drzwi na lewo - wyjaśniła od niechcenia Maggie. - A jeżeli zobaczysz tam Colemana, powiedz mu, że już najwyższy czas, by zszedł na dół. Ktoś zadba o to, żeby zanieść resztę waszego bagażu na górę i zaparkować wasz samochód koło garażu. Billie wydała bezwiednie westchnienie ulgi. Spojrzała na córkę. Maggie wzdrygnęła się. - Mamo, nie sądziłaś chyba, że umieszczę was z Thadem w dawnej sypialni twojej i taty? - Ja... Nie byłam pewna - odparła z wahaniem Billie, gdyż tego właśnie się bała. Jakby czytając jej w myślach, Maggie przechyliła głowę na bok i uśmiechnęła się nieśmiało. - Będziemy przyjaciółkami, mamo? Billie objęła córkę ramionami. - Teraz i zawsze, kochanie. - Były między nami różne nieporozumienia i niektórych rzeczy nie da się już naprawić. Chciałabym, żebyśmy kiedyś usiadły razem i porozmawiały. Może zdołam cię przeprosić, spróbuję wyjaśnić... - To nie jest konieczne. Maggie. Zawsze chciałam tylko, żebyś była szczęśliwa. W gruncie rzeczy każda matka tego tylko pragnie dla swoich dzieci. Czasami popełniamy po drodze błędy, ale zawsze w najlepszej intencji, i w końcu wszystko obraca się ku dobremu. Oczy Maggie błyszczały od powstrzymywanych łez. - Jestem samolubna! Masz za sobą taką długą drogę i na pewno chcesz się także odświeżyć. Będę na patio. Mam nadzieję, że ten łobuz Coleman nie zwiał mi. Powiada, że nie znosi przyjęć. Billie roześmiała się. - Przypominam sobie jedną czy drugą imprezę, z której jego mama też dała nogę. Gdy Billie odeszła, Maggie nachmurzyła się. Gdzie u diabła, podziewał się Coleman? Chciała się nim pochwalić, ale była w ciągłym strachu, żeby z czymś nie wyskoczył i nie zrobił jej wstydu. Przypomnienie tego, jak sama wymigiwała się od rodzinnych uroczystości, nie było dla Maggie miłe. Skrzyżowała palce „od uroku”. Chłopak będzie się zachowywał jak należy. Już ona tego dopilnuje! Doszła do wniosku, że kuchnia, kusząca obfitością pysznego jedzenia, jest najbardziej prawdopodobnym miejsce pobytu syna. - Czy widziałaś Cole’a, Marto? - spytała biuściastą kucharkę, która zerknęła ku niej znad krojonych warzyw. - Nie, proszę pani. Tutaj go nie było. - Myślałam, że może dobiera się do coli czy czegoś w tym rodzaju. Marta miała na końcu języka, że Maggie prędzej spotka syna przed domem, dobierającego się do piwa, ale pomyślała, że nie do niej należy robienie takich uwag. - Cóż, jeśli się tu zjawi, proszę mu powiedzieć, że chcę się z nim widzieć. - Na pewno mu powtórzę, proszę pani. Maggie poczuła dręczący niepokój. Co ten Cole wyrabia?! Wiedział przecież, jakie znaczenie ma dla niej to przyjęcie! Kiedy Maggie nareszcie odnalazła syna w znajdującym się na tyłach domu patio, musiała się pohamować, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Trzeba przyznać, że istotnie wyglądał dość zabawnie w kowbojskim stroju. Dżinsy, które sobie kupił, były zanadto sztywne, zbyt nowe, a jaskrawa koszula w kratkę, która powinna mieć rozpięty, rozłożony kołnierzyk, była zamiast tego zapięta pod szyję, ze znaczkiem Ivy League spinającym czarny wąziutki krawat. - Cole, twoja babcia i Thad już są. Poszli na górę troszkę się odświeżyć. Ucieszyłabym się, gdybyś zjawił się w salonie i przywitał z nimi. Cole podniósł wzrok znad przeglądanego czasopisma i popatrzył przez chwilę na matkę. - Taa jest, paniusiu - zaciągnął z teksaska. - Przestań błaznować! Wiem, że potrafisz zachować się jak dżentelmen. Wystarczająco dużo płacę dyrekcji twojej szkoły, żeby nauczono cię w niej dobrych manier, więc staraj się zastosować je w życiu. - Chyba nie warto strugać dżentelmena w tym otoczeniu - odciął się Cole. - Nie sądzisz, że lepiej upodobnić się do innych parobasów? - Przestań, Cole! Idź do domu. Mama zaraz zejdzie na dół. Nie spieprz wszystkiego. Ostrzegam! Cole odłożył czasopismo, stosując się do polecenia matki. Lubił, kiedy używała mocniejszych wyrażeń, chcąc go o czymś przekonać. Wiedział wtedy, że jej dopiekł do żywego. Billie czuła ogarniające ją podniecenie, gdy pod rękę z Thadem schodziła po długich, krętych schodach. Teraz był to już cudzy dom, a oni przyjechali tu jedynie z wizytą. Mogą odjechać, kiedy tylko zechcą. - Już się tak nie pocisz ze strachu, prawda? - uśmiechnął się Thad. - Nic a nic. Nie mogę się doczekać spotkania z moimi dziećmi. Właśnie myślałam, że Sunbridge nie ma już nad nami żadnej władzy. Czuję się świetnie, naprawdę. - Widzę. Mam nadzieję, że cieszysz się też na podróż, w którą się udamy po zakończeniu tej wizyty. Oczy Billie zapełniły się łzami i Thad od razu pożałował, że napomknął o Japonii. - bardzo się cieszę, że znowu spotkam się z państwem Hasegawa. Otami jest teraz razem z Rileyem, a tego przecież zawsze pragnęła. Jeśli chodzi o przysłanie małego Rileya do Sunbridge, zdumiewa mnie absolutny brak egoizmu państwa Hasegawa. - Mnie to wcale nie zdumiewa. Shadaharu mądrze zrobił, pozwalając Rileyowi na podjęcie decyzji. - Lepiej się czujesz? - zawołała Maggie z dołu schodów. - O wiele lepiej. Cole stał obok Maggie i Billie omal nie zachichotała na widok wnuka. Wyglądał jak karykatura kowboja wyelegantowanego na sobotnią potańcówkę. Dostrzegła, że Thada także ogarnął śmiech. Czuła jak drży mu ramie. - Jesteś już dorosły, Cole, i jaki przystojny! Ale chyba wszyscy dziadkowie i babcie wygadują takie rzeczy. Billie mocno przytuliła chłopca, ucałowała go i odchyliła się do tyłu z rękoma na barku wnuka. - Tak, jesteś ogromnie przystojny! - cała rozjaśniła się uśmiechem. - Zupełnie jak twój ojciec. Cole roześmiał się, ale w jego oczach nie było wesołości. - Chcesz przez to powiedzieć, babciu, że nie ma we mnie nic z Colemana? - Zdarza się na świecie coś lepszego niż Colemanowie, mój drogi. A ty masz uśmiech i zarys szczęki po swoim dziadku. - Świat nie zwraca wielkiej uwagi na szczęki. Liczy się cała reszta - zażartował chłopak. - Jesteś we własnym domu, a to się właśnie liczy - wtrącił Thad - nawiasem mówiąc, wszyscy ci Colemanowie mogą człowieka przytłoczyć! W razie czego trzymaj się swojej babci i mnie. Wiesz, że w naszych żyłach nie płynie ropa Colemanów. Trzeba dobrej, jankeskiej krwi, żeby obracały się nasze silniki! - Właśnie, jesteś w Sunbridge u siebie w domu! - przytaknęła Maggie. - Cole po raz pierwszy jest tu dłużej niż kilka dni. Pamiętasz, mamo, mówiłaś, jak było ci trudno, gdy przybyłaś tu po raz pierwszy? - I to jak! Twoja mama ma rację, Cole. W pierwszej chwili człowiek czuje się przytłoczony, ale nie wolno się temu poddawać! - Jestem pewien, że masz rację, babciu. - Co ty na to, żebyśmy we dwóch poszukali czegoś zimnego do picia? - zwrócił się do Cole’a Thad. - Może twoja matka i babcie chciałyby ze sobą pogawędzić, nim zjawi się reszta gości. - Popieram. - Cole poczłapał za Thadem, skrzypiąc twardymi, nowymi kowbojskimi butami. Billie nie mogła się opanować i zaczęła chichotać. Maggie zmarszczyła brwi, ale potem sama się roześmiała. - Mamo, on wścieka się na to przebranie i nie ma pojęcia, jak należy to wszystko nosić. Nie da się ukryć, że wygląda w tym śmiesznie. - Więc po co to? - „Kiedy wlazłeś między wrony, musisz krakać jak i one”, czyż nie? - Ale sprawiasz chłopcu taką przykrość! - Nic mu się nie stanie, jeśli pochodzi w tym stroju przez kilka godzin. Zresztą, gdyby pozwolił sobie pomóc w wyborze ubrania i poświęcił trochę czasu na rozchodzenie butów, jego wygląd nie byłby aż tak rażący! - Biedny Coleman! - westchnęła Billie. - Może po przyjeździe Rileya znajdzie z nim wspólny język? Japończyk w Teksasie też będzie wszystkich kłuł w oczy. - Nie martw się o niego, mamo - uspokoiła ją Maggie. - Będę pomagała temu dzieciakowi na każdym kroku. I chyba nie doceniasz Teksańczyków. Ich poglądy bardzo się zmieniły od czasu, kiedy zjawiłaś się tu po raz pierwszy przed czterdziestu laty. Poza tym Riley nosi nazwisko Coleman. Jeśli mu to nie pomoże, to już nie ma rady. - Jestem pewna, że masz słuszność, Maggie. Ale ciągle niepokoję się o chłopca. Opuszcza wszystko, z czym się zżył. - Orzechowe oczy Billie były pełne smutku. - Mając szesnaście lat powinien wiedzieć kim jest naprawdę. - I będzie wiedział - odparła Maggie. - Zda sobie sprawę, że jego miejsce jest tutaj, w domu jego ojca. Przygotowałam dawny pokój Rileya. Poszłam nawet na strych po wszystkie jego rzeczy, wiesz, aparat fotograficzny, książki i inne skarby z okresu naszego dzieciństwa. Są teraz własnością jego syna, prawda, mamo? - Maggie, to cudowne, że robisz to wszystko dla bratanka. Maggie zarumieniła się. - Czy uwierzysz, że znalazłam tę starą pościel z wizerunkami Gordona Błyskawicy i Samotnego Jeźdźca? Sama pościeliłam łóżko. - Prawie codziennie myślę o naszym Rileyu - powiedziała cicho Billie. - Ja też. Zwłaszcza odkąd znowu jestem w Sunbridge. Mamo, dlaczego nie ma na wzgórzu nagrobka Rileya? Wiem, że po katastrofie samolotu nie można było odnaleźć jego ciała, ale czemu nie postawiono pływy pamiątkowej? - To była decyzja twojego ojca. Nie mógł znieść myśli o czymś podobnym. - Kiedy nadejdzie odpowiedni moment, mam zamiar porozmawiać o tym z małym Rileyem. Powinno się coś zrobić w tej sprawie, nie uważasz? - Myślę, że kiedy przyjdzie odpowiednia pora, sama będziesz wiedziała, co masz zrobić. Cokolwiek zadecydujesz, możesz liczyć na moje poparcie. - A Otami? Płyta dla niej? Brwi Billie uniosły się w górę. To była z pewnością nowa Maggie, doceniająca więzi rodzinne. - Być może. Ale nie wiadomo, czy Riley zechce pozostać w Sunbridge. Musisz być na to przygotowana, Maggie. - Chłopak zostanie, to pewne jak tu stoję! Czuję to w kościach! - Może... Chodźmy, moja droga. Poszukamy Cole’a i Thada. Sama chętnie napiłabym się czegoś zimnego. Kiedy spodziewasz się pozostałych? - Powinni się zjawić w ciągu godziny. Czy to nie cudowne? Wszyscy znajdziemy się pod jednym dachem; wszyscy będziemy razem w Sunbridge po tak długiej przerwie! Odgłos nadjeżdżającego samochodu i dźwięki klaksonu ocaliły Billie przed koniecznością odpowiedzi. Któżby inny, jeśli nie Amelia, powracał do Sunbire przy wtórze fanfar? Billie zrobiła krok do tyłu, podczas gdy Maggie pobiegła do drzwi wejściowych i na werandę. - Ciociu Amelio! A to na pewno Cary! Witajcie! Witajcie w Sunbrodge! Billie, kryjąca się w cieniu drzwi, przeżyła szok, który niezwłocznie postarała się ukryć. Cary Assante, nowo poślubiony mąż Amelii, był młody, prawdę mówiąc, zdumiewająco młody: co najmniej o dwadzieścia lat młodszy od żony... Billie zawstydziła się swoich myśli i wyszła naprzeciw z otwartymi ramionami. - Billie! Jak cudownie znów cię ujrzeć! Udało mi się złapać Mistera Universum, no nie? Przyznaj sama! - szepnęła Amelia do ucha Billie w chwili, gdy się obejmowały. - Sama bym na niego głosowała - roześmiała się Billie, rada, że widzi swoją szwagierkę i najbliższą przyjaciółkę tak przepełnioną szczęściem. Kiedy Amelia owdowiała w czasie II wojny światowej, była młodą kobietą, niewiele starszą od Billie. Większą część życia spędziła samotnie, teraz jednak miała Cary’ego. - Cieszę się z twojego szczęścia, Amelio - szepnęła Billie całkiem szczerze. - I wyglądasz cudownie! - No chyba! - powiedziała Amelia ze zwykłym spokojem. - Kazałam zoperować wszystko, co się tylko dało. Mam więcej szwów i zakładek niż najbardziej skomplikowana kreacja! Billie pomyślała o swoich zmarszczkach. Kreski powstałe od mrużenia oczu przy śmiechu, cienkie linie po obu stronach ust, wyraźniejsze bruzdy na czole... Przez chwilę zastanawiała się, czy nie poddać się także operacji plastycznej, ale póki Thad kocha ją taką, jaka była, a różowe oświetlenie w sypialni czyniło cuda, wszystko było w porządku na tym świecie. Amelia wyprostowała się; złapała się na tym, że czyni to odruchowo za każdym razem, gdy widzi Cary’ego w towarzystwie jakiejś młodszej od niej kobiety. Maggie wyglądała olśniewająco, była ożywiona, tryskała energią. Zupełnie jak Cary! Cary Assente mógłby zrobić karierę jako gwiazdor filmowy; wzrostu nieco więcej niż średniego, był szczupły i pięknie zbudowany. W ciemnych błyszczących oczach miał coś drapieżnego i nienasyconego. Odznaczał się niewątpliwym megnetyzmem i surową, męską urodą. Miał szerokie bary niczym bokser i proste plecy. Popielate spodnie opinały muskularne uda. Jego włoskie pochodzenie uwidoczniło się w smoliście czarnych włosach i w barwie zdrowej, śniadej skóry. Przypominał jastrzębia, zgłodniałego i czyhającego na ofiarę. Kiedy się jednak uśmiechał, twarz jego stawała się szczera i przyjacielska. Od razu było widać, że nie czuje się skrępowany swoją urodą. Kiedy wszyscy przeszli do cienistego patio na tyłach domu, Billie przyłapała się na tym, że obserwuje Cary’ego, gdy ten zawierał znajomość z Thadem i Cole’em. - Dba o siebie - stwierdziła. Jego gęste, ziemne włosy były starannie przystrzyżone, a niedbałe uczesanie dokładnie takie, jak trzeba. Opalenizna (o którą bez wątpienia postarał się na kortach tenisowych pod kalifornijskim słońcem) także była doskonała: ani zbyt ciemna, ani czerwona. Wszystko w nim wydawało się starannie zaprojektowane, tak by sprawiało wrażenie wrodzonej elegancji: koszula od Laurena, marynarka Ceruttiego, włoskie buty i masywny złoty rolex połyskujący spod rękawa koszuli na owłosionym przedramieniu. Wszystko, co miał na sobie, niewątpliwie zostało wybrane przez Amelię; przynajmniej Billie była tego pewna: znała przecież dokładnie gust szwagierki. Przywitawszy się ze wszystkimi Cary podszedł do Billie. Mówił dość wysokim barytonem z lekkim nowojorskim akcentem, przyjemnie było go słuchać. Pachniał też wyjątkowo dobrą wodą kolońską. - Nie mogłem się doczekać, kiedy poznam ciebie i waszą rodzinę. Amelia tak często was wspomina, zwłaszcza ciebie, Billie. Muszę przyznać, że jej zazdroszczę, bo nie mam żadnych krewnych. - Ani jednej bliskiej osoby? - W każdym razie nic o tym nie wiem. Wychowałem się na koszt władz miejskich Nowego Jorku w katolickim sierocińcu. Ale nie musisz mi współczuć - dodał lekkim tonem, unosząc w górę palec. - Jakoś to przeżyłem i niektórzy moi kumple z tamtych czasów także! Prawdę mówiąc, nadal pracują w mojej firmie. - Jak ci się podoba Teksas? Czy już tu kiedyś byłeś? - spytała Billie. Trzeba koniecznie postarać się o identyczną wodę kolońską dla Thada! pomyślała. - Podoba mi się. Nie, nigdy tu właściwie nie byłem, wpadłem tylko na kilka dni parę miesięcy temu. Zastanawiałem się nad zakupem ziemi po tej stronie Austin, żeby zbudować tu osiedle mieszkaniowe. Nie, prawdę mówiąc, coś większego: coś w rodzaju śródmieścia znajdującego się poza miastem. - Roześmiał się. - Zabudowania miejskie, kondominia, domy jednorodzinne, wszystko co trzeba, włącznie z centrum handlowym i kilkoma zakładami przemysłu lekkiego. - Tutaj w Teksasie? - spytała Maggie, która dosłyszała jego słowa. - Tak, poza terenem Austin - powtórzył Cary. Maggie natychmiast się odprężyła: żadne „światła wielkiego miasta” nie będą widoczne z Sunbridge! - Amelia uważają, że to może być dobry pomysł. Mam zamiar dobrze się wszystkiemu przyjrzeć, mam zamiar dobrze się wszystkiemu przyjrzeć. Dzisiejsze przyjęcie da mi sposobność porozmawiania z niektórymi tutejszymi mieszkańcami i przekonania się, co sądzą o moim pomyśle. Billie starała się ukryć niepokój. Przedsięwzięcie na tak wielką skalę, jak projektował Cary, wymagało ogromnych sum pieniędzy i wielkiego doświadczenia, nie wspominając już o łucie szczęścia. - Nie masz do niego zaufania - stwierdziła Amelia. - Mnie on przypomina Mossa: zajmował się setką interesów, a wszystkie były niesłychanie podniecające! Zapadła niezręczna cisza; Amelia przyglądała się każdemu z nich po kolei. - Cary, może lepiej wyjaśnij od razu, że nie ożeniłeś się ze mną dla pieniędzy. Uwaga Amelii zbiła ich z tropu, ale była tak dla niej charakterystyczna, że Billie omal się nie roześmiała. - Amelio, nikt... - jej oczy zatrzymały się na Carym, który przysunął się bliżej do żony. - To się nazywa mówić bez ogródek! - objął szczupłe ramiona Amelii. - Nie, nie ożeniłem się z Amelią dla pieniędzy; prawdę mówiąc, wcale nie jestem pewien, czy to nie ona poleciała na złoty interes. Postanowiłem jednak zaryzykować, bo ją kocham. - Westchnął nieco teatralnie. - Jeśli więc chcecie okazać komuś współczucie, lepiej chyba wybierzcie mnie! - Cary chce przez to powiedzieć - wyjaśniła Amelia uśmiechając się szelmowsko - że ma chyba dziesięć razy więcej forsy niż ktokolwiek z tu obecnych. Z grubsza licząc. Billie wydała westchnienie ulgi i Amelia od razu poczuła się lepiej. Bardzo zależało jej na tym, żeby Billie polubiła Cary’ego. - Jest między nami duża różnica wieku, ale Cary twierdzi, że to nie ma znaczenia. Liczy się tylko chwila obecna, a resztę niech diabli wezmą! - Amelia działa na mnie odmładzająco - powiedział z uśmiechem Cary, jakby to wszystko wyjaśniało. - A teraz, gdy już skończyliśmy z tą sprawą, co powiecie na to, żeby przepłukać gardło czymś zimnym? Zostało mi to jeszcze z dawnych czasów, gdy nie miałem grosza przy duszy: jak mówię o pieniądzach, to mi zaraz wysycha w gardle. Siedzieli wszyscy w patio na tyłach domu sącząc drinki i nikt z nich nie usłyszał nadjeżdżającego samochodu. - Halli, witajcie wszyscy! - Susan! - zawołała wylewnie Maggie i skoczyła ku siostrze, żeby ją objąć. - Susy, tak się cieszę, że cię widzę! Już są prawie wszyscy! Cary nie znał przedtem Susan ani jej męża Jerome’a, wstał więc i podszedł ku nim z wyciągniętą ręką. Amelia szybko podążyła za nim. Susan, która jako młoda dziewczyna mieszkała razem z nią w Londynie i którą Amelia uważała prawie za córkę, była młodsza od Cary’ego zaledwie o rok czy dwa. Amelia z każdym krokiem uświadamiała to sobie wyraźniej. Objęła jednak bratanicę z prawdziwą czułością, szczerym uśmiechem i błyskiem niebieskich oczu. Znajomość została zawarta i Amelia poczuła, jak sztywnieje, gdy Cary całował Susan. Ale zaraz po tym odwrócił się do żony i otoczył ją ramieniem. Ucałował ją leciutko, żartobliwie, w szyję poniżej ucha. - Wydaje mi się, że dostrzegam pewne podobieństwo! Amelia westchnęła z ulgą. Gdy Cary ją obejmował, wszystko było w porządku. Zachowywał się jak kochający, troskliwy mąż. Skąd mi się biorą takie myśli?! - zastanawiała się Amelia. Cary zawsze był czuły, chętnie okazywał swe uczucia. Nie wolno pozwalać sobie na takie głupie myśli! Byli z Carym nastrojeni na jeden ton, natychmiast dostrzegał w niej każdą zmianę. Jednak na dobrą sprawę mogła być matką każdego z nich... nie wyłączając Cary’ego, mężczyzny, którego ubóstwiała. Rozdział trzeci Billie niedawno była z wizytą u Susan w Nowym Jorku, toteż nie musiała teraz spieszyć do niej przepychając się przez szalejący huragan pocałunków, uścisków i serdecznych powitań, obietnic częstszych spotkań i najświeższych ploteczek dotyczących tournée. Kiedy wszyscy uspokoili się i znowu usiedli, Maggie zauważyła: - Wyglądasz na zmęczoną, Susy. - W jej głosie zabrzmiała serdeczna troska. Miała słuszność: Susan, śliczna niegdyś blondynka, teraz wyglądała mizernie i blado, jej jasne oczy otoczone były ciemnymi obwódkami, których nie zdołały zatrzeć nawet kosmetyki Estée Lauder. - Ona zawsze tak wygląda podczas tournée - Jerome powiedział to prawie szorstkim tonem, jakby niecierpliwiły go niedomagania Susan. Billie zmarszczyła brwi, a Maggie poczuła, jak wzbiera w niej irytacja. Susan wygląda nie tylko na zmęczoną, ale na chorą. - Mam na to lekarstwo, Susy - powiedziała Maggie. - Usiądź między mamą a Amelią, one zaraz zaczną rozczulać się nad tobą. A ja podam ci wszystko, czego ci trzeba do szczęścia. No, powiedz, na co masz ochotę: jakiś zimny napój, coś do jedzenia? - Cokolwiek, byle by to było zimne. Nie weźmiecie mi za złe, jeżeli zdejmę pantofle? - Susan była na granicy łez. - Jesteś u siebie w domu, Susy! - zawołała przez ramię Maggie. W chwilę później wszystkie kobiety jęknęły ujrzawszy, jak spuchnięte są stopu Susan. - To skutek podróży samolotem - szybko wtrącił Jerome. - Wielu ludziom puchną nogi, kiedy zbyt długo siedzą. - Nie powinnaś nigdy zdejmować pantofli podczas lotu - poradziła Amelia. - Później nie można ich włożyć z powrotem! - Lecieliście pierwszą klasą - powiedziała z troską w głowie Billie. - Czy nie można było zarezerwować dla ciebie miejsca koło przegrody w środku samolotu? Wystarczy wtedy poprosić stewardesę o kilka poduszek i jest o co oprzeć nogi. Kiedy Jerome rozmawiał z Thadem i Carym, Maggie wydało się, że jego uśmiech jest jakiś wymuszony, jakby udawał beztroskę, której bynajmniej nie czuł. W ciągu ostatnich kilku lat Jerome de Moray stracił swój zdrowy, młodzieńczy wygląd i był teraz panem w średnim wieku z pewną nadwagą. Nie można go jeszcze było nazwać otyłym, ale wyglądało na to, że niedługo takim się stanie. Jego ubranie zrobiło się odrobinę za ciasne, a niegdyś chłopięco różowe policzki stały się zbyt rumiane. Z oczu przebijała dawna inteligencja, ale często ukazujący się na ustach uśmiech wydawał się sztuczny i zbyt jowialny, aby był szczery. Amelia wyciągnęła rękę i poklepała Susan po kolanie. - Kochanie, czy nie uważasz, że najwyższy czas skończyć z tymi morderczymi tournée? Jerome, stojący po przeciwnej stronie patio, odpowiedział za żonę: - Bynajmniej, Amelio. Susan zawsze się męczy, ale szybko dochodzi do siebie. Wiesz, jaka z niej profesjonalistka. Ustala każdy szczegół, załatwia wszystkie rezerwacje. Czy wiesz, że sama prasuje mi koszule podczas tournée? Amelia prychnęła. Nigdy nie przepadała za Jerome’em, a teraz kiedy nie spełnił pokładanych w nim nadziei (jeżeli wierzyć krytykom!), przyczepił się jak rzep do Susan i żerował na niej. To Susan miała prawdziwy talent, to jej występy przyciągały tłumy do kas biletowych. Cary szybko podszedł do Amelii i nakłonił ją do wstania z szezląga. „Grają naszą melodię - uśmiechnął się lekko. - Pokażmy wszystkim te frymuśne nowe kroki, których nauczyliśmy się w Nowym Jorku. Poprowadził ją na wolną przestrzeń i szepnął: - Musiałem cię powstrzymać, kochanie! Nie wkładaj palca między drzwi! Kiedy Amelia zaczęła tańczyć z mężem, Coleman nastawił głośniej stereo. Muzyka ryknęła, a para taneczna zajęła środek patio przy wtórze oklasków i okrzyków aprobaty. Po pięciu minutach Amelia opadła na fotel koło Billie, bardzo zarumieniona. Cole poprosił Cary’ego, żeby nauczył go nowych kroków, i zaczął naśladować jego ruchy. Amelia śmiała się patrząc na nich. - Mam nadzieję, że nikt oprócz ciebie nie dostrzegł, jak mnie to wykończyło. Już nie jestem taka młoda jak dawniej! Serce mi walki młotem. - Cary uratował nas od niemiłego incydentu. Czułam, że burza wisi na włosku, ale nie wiedziałam, co począć - szepnęła Billie. - Ten człowiek potrafi czytać w moich myślach. Nieraz w przeszłości kłóciliśmy się z Jerome’em na temat Susan. Cary pomagał mi uniknąć niemiłej sceny. Zawsze przychodzi mi z pomocą. - Amelia spuściła oczy a potem znów spojrzała na Billie. - Widzisz, znowu to robię: usiłuję usprawiedliwić nasze małżeństwo z Carym, zawsze podkreślam, jaki on jest cudowny. Zupełnie nie wiem, po co to robię! A może to nie jego bronię, tylko siebie? - Dlaczego nie jesteś po prostu sobą i nie pozwolisz, żeby Cary też był taki, jaki jest? Podoba mi się, Amelio. Jest w tobie zakochany, każdy głupiec może to zauważyć. Ciesz się życiem i nie pozwól, by upiory przeszłości zniszczyły twoje szczęście. - Sami stwarzamy sobie piekło, nieprawdaż? Popełniamy w naszym życiu tyle omyłek... Ale nie mylę się, jeśli chodzi o Susan. Wygląda na chorą, prawda, Billie? To nie jest tylko moja imaginacja! Billie spojrzała na swą młodszą córkę, przyglądając się ponownie ciemnym kręgom zmęczenia pod oczyma, żółtawej bladości, opuchniętym kostkom i palcom. - Nie, obawiam się, że się mylisz. Powinnyśmy z nią później porozmawiać. - Łatwiej to powiedzieć niż wykonać. Jerome nie wypuści tak łatwo swego ptaszka z klatki. Przez te wszystkie lata stał się skończonym tyranem. Kiedyś wydawało mi się, że go lubię, gdy był młodym, dobrze zapowiadającym się wirtuozem. Jego gwałtowność i dziwactwa składałam na karb geniuszu. Teraz sądzę, że jest on po prostu zepsutym egoistą. Bardzo żałuję, że nie zdołałam przekonać Susan, że to Peter Gilette, a nie Jerom był partnerem, jakiego potrzebowała! Ale Susan prowadząca takie wzorowe życie nie zniosłaby skandalu, gdyby Peter opuścił dla niej żonę i dzieci. Próbowałam wytłumaczyć jej, że świat szybko by zapomniał o całej sprawie, ale była tak przerażona, że rzuciła się w ramiona Jerome’a, jakby to było koło ratunkowe. - Amelia westchnęła, na jej czole ukazała się zmarszczka. - Niepokoję się o nią, Billie. - Wiem o tym, ale przestań się teraz zamartwiać i nie psujmy wspaniałego przyjęcia Maggie. Robi się już późno, prawda? - spojrzała na zegarek. - Sawyer i Riley powinni byli do tej pory przyjechać. Rand także. - Lot się prawdopodobnie opóźnił. Rand miał poczekać na nich na lotnisku, żeby mogli wszyscy razem przyjechać. Wysoki mężczyzna o włosach koloru zboża siedział w barze na terenie portu lotniczego, przyciągając pełne podziwu spojrzenia przechodzących kobiet. Wcale nie był tym onieśmielony, odpowiadał im spokojnie i w głębi ducha oceniał: ta za niska, ta za wysoka, ta za gruba lub za chuda, ta zanadto wypacykowana. Nie podobały mu się drobno skręcone loczki, bardzo ostatnio modne, ani zbyt krótkie włosy, obcięte „na chłopaka”. Zanim skończył drugi kieliszek dżinu a la Bombay, obronił się przed jedną wyjątkowo nachalną kobiecą zaczepką i zastanawiał się, czy dwie bardziej subtelne próby nawiązania z nim flirtu warte są tego, by odpowiedzieć na nie uśmiechem ukazującym lśniąco białe zęby i rozświetlającym brunatne jak ziarnka kawy oczy. Rand Nelson nie znosił portów lotniczych ani dworców kolejowych prawie tak samo, jak nienawidził czekania. A czekał już prawie trzy godziny na samolot z Japonii, przybywający via San Francisco. Nawet z tej odległości bystrym wzrokiem mógł odczytać na zielonkawym monitorze informację na temat dwugodzinnego opóźnienia lotu. W ciągu tych dwóch godzin wypije jeszcze ze cztery drinki i pewnie wypali całą paczkę papierosów. Zastanawiał się, czy nie zatelefonować do Sunbridge i uprzedzić, że się spóźnią. Z pewnych względów żałował już, że zdecydował się na tę podróż. W wieku czterdziestu trzech lat był wystarczająco świadomy tego, czego sobie życzy i czego chce w życiu uniknąć. Przede wszystkim pragnął, aby jego życie płynęło bez zakłóceń. Może zbyt długo pozostawał w stanie kawalerskim; może miał już zbyt mocno ugruntowane przyzwyczajenia. Żałował, że nie potrafi określić konkretnego momentu, w którym zdał sobie sprawę, że osiągnął wszystkie ze swych ważniejszych życiowych celów. Cieszył się swoimi sukcesami, smakował każdy z nich, ale jakiś wewnętrzny głos podszeptywał mu, że przyszła pora na to, żeby przyhamować, zatrzymać się i zacząć korzystać z uroków życia. Pęczniejące konto bankowe i udział w przedsięwzięciach nie wymagających osobistego zaangażowania umożliwiały mu oddawanie się przyjemnością, dokonywanie czegoś naprawdę twórczego albo po prostu nie przejmowanie się niczym. Czuł w przełyku lodowaty, cierpki smak dżinu. Lubił amerykańskie trunki, napoje serwowane z lodem w oszronionych kieliszkach. Nie miał wielu nawyków prawdziwego Anglika. Prawdopodobnie mając taką matkę jak Amelia i nieustannie podróżując po świecie zatracił upodobanie do letniego piwa i ciepławego alkoholu, tak samo jak sentyment do nieustannego londyńskiego „kapuśniaczka”. „Lord Randolph Jamison Nelson, Earl of Wickham” - to tylko nazwisko i tytuł, nie mające nic wspólnego z nim samym. Nazwisko widniało w Księdze Parów i miało historię tak długą, jak sama Anglia, ale nie mówiło nic o tym, kim był on sam. Sawyer. To imię kojarzyło mu się z blaskiem słońca, żywiołowością i dziewczęcym głosem o miękkim, teksaskim akcencie. Szczupła, śliczna, bystra, inteligentna i mająca tylko dwadzieścia sześć lat... Znajdowała się zaledwie u progu wszystkich swych możliwości; mogła dopiero teraz wykorzystać w pełni swoje wykształcenie i wyjątkową pozycję osoby stojącej na czele Coleman Aviation. Miała zmysł do interesów równie silnie rozwinięty jak jej dziadek i pradziadek. Korzystając w niewielkim tylko stopniu z porad prawnych, zdołała opatentować samolot pasażerski, najbardziej nowoczesny i lekki w całej historii lotnictwa, i zachować nienaruszone prawo do własności dla Coleman Aviation. Sawyer była skazana na sukces i nic nie powinno stanąć jej na drodze do wykazania wszystkich swych możliwości. Kłopot polegał na tym, że Sawyer miała ambicje i wolę zwycięstwa, Rand naprawdę podziwiał jej umiejętność wykorzystania w pełni wrodzonych talentów, sam jednak miał już dosyć robienia wielkich interesów. Co by się stało z Sawyer i z nim, gdyby się pobrali? On miał ochotę przyhamować, ona dopiero rozwijała skrzydła. Nie chodziło tu o różnicę wieku, ale o to, że znajdowali się na przeciwnych biegunach. Sawyer wyjechała do Japonii i minęły już prawie dwa miesiące, odkąd widział się z nią po raz ostatni: miał wystarczająco dużo czasu na zastanowienie, na uświadomienie sobie, że aczkolwiek był uczuciowo zaangażowany, to jednak nie był w Sawyer Coleman zakochany. Za żadne skarby nie przyznałby się do niestałości w uczuciach (w głębi serca wiedział zresztą, że wcale tak nie jest), ale czas sprawia, że ludzie się zmieniają, często nawet wbrew własnej woli. Chwile przeżyte z Sawyer były cudowne. Mieli ze sobą tak wiele wspólnego; razem opracowywali projekty i specyfikacje dla floty powietrznej jej dziadka. Wspólne cele, miłość do tych samych osób, podobne postrzeganie zjawisk. Ale cele zostały osiągnięte, a miłość do tych samych ludzi i przynależność do tej samej rodziny nie wystarczą. Teraz przed Sawyer stoją nowe cele do zdobycia i zabierze się do tego tak, jak robiła wszystko w życiu: z humorem i zapałem, ciesząc się z nowej przygody. Rand zamówił następnego drinka i zapalił ostatniego papierosa ze swej paczki. Na zegarze wiszącym nad barem powoli następowały po sobie kolejne minuty. Niebawem przyleci samolot z San Francisco. Wkrótce Rand spojrzy w przejrzyste szaroniebieskie oczy Sawyer. A co ona wyczyta w jego spojrzeniu? Może Sawyer będzie go przekonywać, że niesłusznie pragnie zrezygnować ze swych ambicji. Rand wiedział jednak, że tak nie jest. Po prostu potrzebował czasu dla siebie, chciał zebrać owoce swej wytężonej pracy. Były rzeczy, o zrobieniu których od dawna marzył, ale nigdy nie miał na nie czasu: łowienie ryb, polowanie, a także hodowanie roślin w ogrodzie i obserwowanie, jak dojrzewają. Książki, podróże dla przyjemności, remontowanie czterech zabytkowych samochodów, które posiadał. Ale przede wszystkim pragnął mieć czas dla bliskich sobie ludzi, czas na stworzenie silniejszych więzi, jakich dotąd nie mógł nawiązać w nieustannym pędzie z jednego lotniska na drugie. Rand zgasił papierosa i uregulował rachunek w barze. Dał więcej niż szczodry napiwek. Gdyby Sawyer tu była, sprawdziłaby rachunek i wsunęła mu resztę do kieszonki na piersiach. Była zawsze metodyczna. W odruchu buntu rand dorzucił jeszcze jednego dolara napiwku. Zmęczona kelnerka pracująca w dzień świąteczny na uciążliwej zmianie zasługiwała na dodatkową premię. Pewnie musiała zrezygnować z rodzinnego przyjęcia, żeby stawić się do pracy, podczas gdy wszyscy Teksańczycy urządzali barbecue w dniu Czwartego Lipca. Przechodząc przez terminal Rand spojrzał na monitor. Migające literki tworzące napis „na stanowisku” oznaczały, że samolot Sawyer już wylądował i że ona sama oraz Riley zaraz z niego wysiądą. Rand przyspieszył kroku i poprawił krawat. Potem przygładził zmierzwioną szopę złotych jak zboże włosów. Gdyby mógł po prostu cieszyć się, że ją znów zobaczy! Gdyby nie czuł się takim podlecem... a w dodatku, co gorsza, tchórzem. Była piękna, wysoka i smukła jak modelka. Mężczyźni raz po raz oglądali się za nią z zachwytem; kobiety zazdrościły jej wdzięcznych ruchów, zgrabnej sylwetki i nieprawdopodobnie długich nóg. Podchodziła coraz bliżej i bliżej... Rand prawie nie zauważył idącego tuż za nią wysokiego młodzieńca. Tak, to była Sawyer: lśniące szarobłękitne oczy, czysta różowa cera, życzliwy uśmiech, który rzucał blask dokoła. Promienna i świeża, w spódnicy prawie nie pogniecionej, z nienaganną blond fryzurą mimo nieznośnie długiej podróży z Tokio. Sawyer trafiła prosto w jego ramiona, a jej miękkie wargi odnalazły jego usta. Odpowiedział przelotnym pocałunkiem, zły, że serce wali mu jak oszalałe, zrozpaczony, że Sawyer patrzy na niego z taką nie ukrywaną miłością. - Tęskniłam za tobą, Randzie. Mamy strasznie wiele do nadrobienia - szeptała, a potem odsunęła się lekko i spojrzała mu w oczy. To, co w nich ujrzała, najwidoczniej ją zadowoliło. - Rileyu! - zawołała - Omal nie zapomnieliśmy o tobie! - Urosłeś chyba o całą stopę od czasu, gdy cię ostatnio widziałem, Rileyu - powiedział Rand wyciągając do niego rękę. - Mierzy już sześć stóp i nie ma zamiaru na tym poprzestać - Sawyer uśmiechnęła się promiennie, jak dumna z pociechy mamuśka. - To niesamowite, jak bardzo przypominasz swojego ojca, nawet jesteś zbudowany zupełnie tak samo jak on. - Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! - roześmiała się Sawyer. - Był takim wyskrobkiem, kiedy widzieliśmy się ostatnio, a teraz, patrzcie państwo! Jest w Sunbridge portret dziadka razem z Rileyem w tym właśnie wieku. Mam zamiar powiesić obok twoją podobiznę. O, widzę, że wprawiłam cię w zakłopotanie, Rileyu! Bardzo przepraszam. - W porządku - uśmiechnął się Riley. - Już zdążyłem się do ciebie przyzwyczaić. Teraz powinnaś powiedzieć, jak zawsze, że ważę sto sześćdziesiąt funtów. Jak się pan miewa, sir? - zwrócił się do Randa. - Dawnośmy się nie widzieli. - Zbyt dawno - Rand uścisnął rękę chłopca. - Ogromnie się zmartwiłem wieścią o śmierci twojej matki, Rileyu. Musiało ci być bardzo ciężko. - Bardzo dziękuję. - W oczach koloru gałki muszkatołowej wyraźnie można było dostrzec smutek, ale ręka mu nie drgnęła, a głos miał spokojny i opanowany. Sawyer wymierzyła kuzynowi żartobliwego kuksańca. - Nie mogę się doczekać chwili, gdy babcia cię zobaczy! Chyba zemdleje z wrażenia. Kiedy ostatni raz cię widziała, wyglądałeś jak malutkie zwijane sushi!. - Chodźmy już po bagaż - odezwał się Rand.. - Czy wprawiałaś tego młodzieńca w zakłopotanie przez całą drogę z Tokio? - Wcale mi to nie przeszkadza - uśmiechnął się Riley. - gdzie jest odbiór bagażu? Szedł tuż za Sawyer i Randem, zadowolony, że znajduje się w towarzystwie ludzi równie wysokich jak on. W Japonii rzadko mu się to zdarzało. Ponieważ górował prawie nad wszystkimi, zwracał ogólną uwagę, już jako chłopiec szesnastoletni. Riley za żadne skarby nie chciał rzucać się w oczy. Wysoki jak jego ojciec, stanowił cel wielu dobrodusznych przycinków. Zawsze cieszył się, gdy porównywano go z ojcem i dumny był z podobieństwa do niego. Odziedziczył też wyrazisty profil z wydatnym nosem po swoim teksaskim pradziadku. Wiedział, że jego uśmiech i bujna, czarna, lekko falująca czupryna dowodzą także jego częściowo amerykańskiego pochodzenia. Tylko oczy świadczyły o orientalnym dziedzictwie. Ze względu na wzrost i budowę ciała często brano go za Hawajczyka. Sawyer ostrzegła go, by nie reagował zbyt gwałtownie, kiedy popełniano omyłki co do jego narodowości. - Przecież ludzie będą cenić się za to, kim naprawdę jesteś, a nie za to, skąd pochodzisz - tłumaczyła. - Przynajmniej ci, na których zdaniu powinno ci zależeć. Podczas jazdy do Sunbridge Sawyer wzięła na siebie cały ciężar konserwacji; opowiadała Randowi o roboczej naradzie, którą odbyła w Tokio, i o tym, jak bardzo okazała się ona owocna. Sztywna postawa Randa zdradzała jego napięcie; Riley zauważył, że nie odwraca on oczu od drogi i nie odpowiada uśmiechem na żarty Sawyer. Nawet wtedy, gdy się roześmiał, był to dziwnie pusty dźwięk. Sawyer dokładała wszelkich starań, by Randa rozweselić, i zbyt często dotykała jego dłoni lub muskała palcami policzek. Gdy dotarli do bocznej drogi prowadzącej do Sunbridge, Riley także poczuł napięcie. Sunbridge - siedziba jego przodków. Stąd wywodził się jego ojciec. Ale czy tkwiły tu również jego własne korzenie? Miał nadzieję, że nie popełnił błędu przyjeżdżając tutaj. Co będzie, jeśli stanie się dla rodziny ciężarem? Może Maggie zaprosiła go tylko z poczucia obowiązku? Czy jego podobieństwo do ojca nie okaże się dla wszystkich krępujące? Dobrze byłoby znać odpowiedzi na te pytania! Przebył pół świata, żeby dotrzeć do Sunbridge! Nie było to łatwe, tym bardziej, że musiał wskutek tego rozstać się z rodziną matki. Jego japoński dziadek byłby ogromnie zawiedziony, gdyby pobyt jego wnuka w Ameryce nie okazał się sukcesem. „Jeśli znasz tylko połowę swych przodków, znasz jedynie w połowie samego siebie” - pouczał go Stary Pan. Stary Pan... Riley uśmiechnął się do siebie. Ten tytuł dziadek Hasegawa cenił sobie najbardziej. Zgodnie z japońską tradycją oznaczał mądrość i był objawem szacunku. Japończyk... Amerykanin... Kim on sam właściwie był? Wyglądał na Amerykanina, od czubka głowy w baseballowej czapce, aż do stóp obutych w wytarte adidasy. Sawyer upewniła go, że wypada podróżować w dżinsach. Rozpinana koszula w kratkę stanowiła dodatek do stroju wybrany przez niego samego. Czapka należała niegdyś do ojca i Riley nigdy się z nią nie rozstawać: zdejmował ją tylko do jedzenia i spania. Riley nie mógł się doczekać spotkania z kuzynem Cole’em. Będą razem jedli amerykańskie przysmaki: pizzę, hot dogi, tacos i burritos. To na początek. Drugim ulubionym sposobem spędzania czasu było słuchanie rocka. Może pójdą z Cole’em na koncert rockowy? Wyobrażał sobie, jak spacerują razem wśród tłumu i rozglądają się za laskami. Riley zmarszczył brwi. Dziewcząt nie powinno się, jego zdaniem, tak nazywać! - ale postanowił przystosować się do amerykańskich zwyczajów. Dziewczyna to dziewczyna, jakkolwiek by ją nazwać - i każdy reagował na to słowo uśmiechem. Sawyer powiedziała mu, że ma zabójczy uśmiech: dziewczyny będą padać trupem! Riley zaśmiał się z zadowoleniem. Ranczo Sunbridge: łagodne zielone wzgórza, świeże, czyste, wyraźnie zarysowane - jakby uwiecznione na płótnie. Bawiły go zwłaszcza lecące z wiatrem kłęby zielska i przypomniał sobie, jak podczas poprzedniej wizyty biegał po trawniku usiłując je schwytać. Teraz jednak nie przybywał z wizytą. Tutaj miał być jego dom, tak powiedział Stary Pan. Zawsze wiedział, że kiedyś tu powróci, nie przypuszczał jednak, że stanie się to tak prędko. Gdyby jego matka nie zginęła w wypadku, mieszkałby nadal w Japonii i wybierał się na tamtejszy uniwersytet. Tego właśnie pragnęła dla niego matka, tak powiedział Stary Pan. Dziadek rozpłakał się na lotnisku. Opuściło go charakterystyczne dla Japończyka opanowanie. Riley także ronił łzy, ale dopiero wtedy, gdy znalazł się na pokładzie samolotu i zamknął w toalecie. Już teraz tęsknił za Tokio i za Starym Panem. Sawyer pochyliła się ku niemu przez oparcie. - No i co o tym sądzisz? Bardzo dużo zmian zaszło w Teksasie? - Wszystko wygląda tak samo, jest równie pięknie jak dawniej. Zawsze wydaje mi się, że zaraz zobaczę na horyzoncie galopujących jeźdźców. Sawyer roześmiała się. - Teraz zobaczysz ich już tylko na filmie. Jeszcze mila czy coś koło tego i będziemy na miejscu. Trochę się denerwujesz, co? - Troszeczkę - przyznał Riley. - Możesz być pewny, Rileyu, że Sunbridge nigdy się nie zmieni. Może zostanie odmalowane, drzewa trochę urosną, zwierzaki się bardziej utuczą, ale poza tym wszystko zostanie po dawnemu. Czuję się, jakbym wracała do domu. Przez długi czas to był mój dom. Chciałabym wiedzieć, jak ty to odczuwasz. - Chciałbym stać się cząstką tego wszystkiego - odparł po prostu Riley. - Przecież nią jesteś! To był dom twojego ojca. Gdyby nie zginął, ta posiadłość przypadłaby jemu w udziale, a po nim otrzymałbyś ją ty, jego syn. Rozmawialiśmy o tym w samolocie. To, że rządzi tu Maggie, nie ma żadnego znaczenia. Sunbridge jest tak samo twoje jak Maggie i Cole’a. Ona sama ci to potwierdzi, jestem tego pewna. - Mogą uważać mnie za intruza. - Jestem pewna, że nic takiego się nie wydarzy, ale gdyby tak było, babcia sobie z tym poradzi! Jesteś cząstką Sunbridge, zrozum to, Rileyu! - Wedle rozkazu - odparł Riley i zgrabnie zasalutował. - A jak ty się czujesz wracając do Sunbridge, Randzie? - spytała Sawyer z odrobiną niepokoju. - Zawsze kochałem Sunbridge, od czasu gdy byłem małym smykiem i Amelia przywiozła mnie tu po raz pierwszy w czasie wojny. To wspaniałe miejsce. - Wiem... - Już widzę łuk! - odezwał się Riley, przerywając niezręczną sytuację. Gdy wysiadali z samochodu na szerokim, kolistym podjeździe, Sawyer otarła się ramieniem o Randa. Był taki milczący, ta cisza zaś tak pełna niepokoju... Co za bzdury! - pomyślała. Rand był najbardziej opanowaną osobą, jaką znała. Chyba nie miał w ogóle nerwów. Rzuciła mu jeszcze jedno spojrzenie, zanim otoczyła ramieniem barki Rileya. Sunbridge było teraz własnością jej matki. To już nie dawne Sunbridge, wspólny dom ich wszystkich. To dom Maggie. Sawyer nie potrafiła odpędzić obawy, czy Riley odnajdzie tu swoje miejsce i potrafi się przystosować? Mimo wszystkich wypowiedzianych przez nią słów otuchy, pocieszenia, nie była pewna, co się wydarzy. Maggie kochała swego brata i, jeżeli wszystko ułoży się jak trzeba, pokocha także małego Rileya. Z powodów, które ona sama znała najlepiej. Uśmiech, piękne ciemne włosy i oczy Rileya oczarowały od razu pozostałych członków rodziny. Chłopak ściskał w garści baseballową czapkę. Szkoda, że nie pojął od razu, iż nie ma się czego obawiać, przynajmniej ze strony kobiecej połowy klanu Colemanów. Zazdrość i niechęć, widoczne w oczach Cole’a, mogły spowodować w przyszłości pewne kłopoty, ale tego należało się spodziewać. Chłopcy zawsze będą ze sobą rywalizować w ten czy w inny sposób. Maggie stanęła pośrodku i poprosiła o ciszę. - Chyba zebraliśmy się już wszyscy. Tak się cieszę, że udało się wam dziś tutaj przybyć! Jest to bardzo ważny dla nas dzień. Święto niepodległości i niezależności - a o to przecież chodzi! Tak wiele czasu upłynęło od chwili, gdy przebywaliśmy razem pod tym dachem. Jeśli to w naszej mocy, pozostawmy przeszłość za nami i połączmy się, tworząc taką rodzinę, jaką powinniśmy stanowić. Tego właśnie pragnę, a myślę, że i wy także. Do wiadomości tych wszystkich, którzy jeszcze o tym nie wiedzą: Riley pozostanie z nami w Sunbridge tak długo, jak tylko zechce. To jest tak samo jego jak i mój dom. Sunbridge należy do nas wszystkich. Nasz rodzinny dom. Cole wstał i klasnął w ręce. - Brawo, matko! Co za przemówienie! Maggie zaczerwieniła się ze wstydu. - Cole nie zdaje sobie sprawy z tego - powiedziała usprawiedliwiając wyskok syna - czym jest Sunbridge. Na pewno się jednak o tym przekona. W ciągu tego lata będzie jeździł konno po całym ranczu i wykonywał takie same prace, jak niegdyś tata i mój brat nauczy się, czym jest naprawdę życie w Sunbridge, tak samo jak Riley. Cole omal się nie zakrztusił. - Obiecałaś!... Okłamałaś mnie!... - Wystarczy, Cole - powiedziała spokojnie Maggie. - Niby dlaczego?! Żebyś mogła udawać przed nimi wszystkimi, całą twoją wspaniałą rodzinką, że jesteś niepodzielną władczynią Sunbridge?! Nie miałaś zamiaru pozwolić mi na podróż do Europy! Już wcześniej zaplanowałaś dla mnie takie lato! I dla niego też! - dodał Cole, wskazując ruchem głowy Rileya. - Powiedziałam już: wystarczy, Cole - powtórzyła Maggie, tym razem ostro. - Wypchaj się swoim przyjęciem, matko! Ja wracam do mego pokoju! - oświadczył Cole i odmaszerował, wykręcając sobie w progu kostkę u nogi. Maggie obiegła spojrzeniem wszystkich zebranych. Ma przeprosić w imieniu syna czy nie?... Każdemu trafiają się problemy rodzinne. Jej wzrok napotkał oczy Randa. Rumieńce na jej policzkach uwydatniły się. Billie pozwoliła sobie na lekkie westchnienie. Stała obok Rileya, jej dłoń spoczywała opiekuńczo na jego ramieniu. Chciała powiedzieć coś uspokajającego, ale nie mogła znaleźć słów. Jednak sytuację uratował właśnie Riley. - Ciociu Maggie, jakiego konia dostanę? I jeśli mam objeżdżać całe ranczo, to ile czasu upłynie, nim mi się zagoją pęcherze?... Maggie roześmiała się z wyraźną ulgą. - Dobre dwa tygodnie. Na początek będziesz chyba jeździł na Lotosie. Jest całkiem łagodna, tylko przekonana, że ma prawo do jabłka po każdych trzydziestu minutach jazdy. Potem możesz jeździć na Burzy. Strój do jazdy konnej twojego ojca znajduje się w jego szafie. Wydaje mi się, tak na oko, że będzie na ciebie w sam raz. Rand spojrzał na Sawyer, ciągle wpatrzoną we drzwi, przez które wybiegł Cole. Wiedział, że jej uczucia w stosunku do Maggie są bardzo złożone. Niełatwo jest przeżyć odtrącenie. Sawyer miała olbrzymie kompleksy na punkcie swojej matki. Rand zorientował się, że machinalnie wypił duszkiem swego drinka. Jak mógł tak podle postąpić z Sawyer, wiedząc o tym wszystkim? Jak mógł zwiększyć jeszcze jej cierpienia? Do drzwi Cole’a ktoś zastukał i na progu ukazał się Riley. - Wysłali mnie, żebym cię odszukał - wyjaśnił. - Bardzo się cieszę, że się spotkaliśmy. Kiedy byłem tu poprzednio, chciałem cię poznać, ale mi się to nie udało. - Jakoś to przeżyłem - odparł sarkastycznie Cole. Jego kuzyn górował nam nim o dobrą głowę i to sprawiało, że Cole czuł się jak czterolatek. - teraz też nie zabiłbym się z rozpaczy, gdybyś się stąd natychmiast wyniósł. W ogóle nie rozumiem, po co cię tu przyniosło. Riley zatoczył się do tyłu, jakby go ktoś uderzył. Nigdy nie spotkał się z podobnym chamstwem; w domu jego dziadka byłoby to nie do pomyślenia. Ale Stary Pan przestrzegał go, że nie wolno mu przynieść wstydu rodzinie, toteż chłopak odpowiedział spokojnie: - To dom mojego ojca. Nigdy go nie znałem; myślę, że w Sunbridge zorientują się najlepiej, kim był. Chciałbym dowiedzieć się, jak upłynęła jego młodość. Pragnąłbym sam coś podobnego przeżyć. - Ja za to wcale nie chcę tu być i niech mnie diabli wezmę, jeśli mam ochotę zadawać się z jakąś japońską sierotką! Nie wyobrażaj sobie, że zostaniemy kumplami i że będę uganiał się razem z tobą konno po ranczu polując na ducha twego ojca! Riley najeżył się. - O nic cię nie będę prosił! Nie mam zamiaru na was pasożytować, jeżeli sądzisz, że po to przyjechałem! Potrafię zarobić na swoje utrzymanie! - A ino, a co bedzieta robić? Pilnować rancza, bydło pasać, naprawiać płoty czy wozić gnój? - Cokolwiek, jeśli będzie trzeba! - odparł porywczo Riley. - Nie musisz za mną przepadać, Cole - w jego głosie czuć było wewnętrzną siłę - ale nie pozwolę sobą pomiatać tylko dlatego, że goszczę w domu twojej matki! Potrafię sobie poradzić! - Ale się przestraszyłem! Byłem w drużynie bokserskiej mojej szkoły, wiesz? Tylko ciebie nam tu brakowało: cwany dupek z czarnym pasem, mistrz karate! Riley roześmiał się. - Chyba lepszy cwany dupek niż głupi? Cole nie śmiał się; zrozumiał, że Riley kpi z niego. Odwrócił się i odszedł od drzwi, choć czuł, że włoski na karku jeżą mu się na myśl, jakie cięgi mógłby sprawić mu Riley. Był już jednak gotów na wszystko, choćby na otwartą bójkę, gdyby tamten zaczął. Azjatycki palant! Cole odwrócił się raptownie, pewien, że Riley go uderzy. Przekonał się jednak, że został sam; nikogo już w drzwiach nie było. Cole rąbnął ramieniem w wierzch kredensu, ale dźwięk tłukącego się szkła niewiele mu sprawił satysfakcji. Rozdział czwarty Maggie siedziała u szczytu długiego, przykrytego lnianym obrusem stołu. Jeżeli nawet zauważyła, że miejsce obok niej jest puste, nie dawała tego po sobie poznać. Nieobecność Colemana na tym zebraniu rodzinnym nie ma większego znaczenia. Wstała z uśmiechem, by wznieść oczekiwany toast: - Za naszą rodzinę, za każdego spośród nas! Gwar pełnych aprobaty głosów sprawił Maggie przyjemność. - Chwileczkę! - odezwała się unosząc w górę rękę. - Musimy wznieść jeszcze jeden toast: za Sunbridge! - Tym razem odzew był mniej entuzjastyczny. Tylko Riley uśmiechnął się od ucha do ucha i to jego głos, powtarzający słowa Maggie, było najlepiej słychać. Ponieważ w późniejszych godzinach wieczornych, gdy zjawią się inni goście, miała się odbyć olbrzymia impreza w teksaskim stylu, lunch zarządzony przez Maggie był zdecydowanie lekkim posiłkiem: mięso w galarecie z sałatą (Maggie zauważyła, że panowie pogardzili tą potrawę), smażone filety z soli z cytryną, szparagi. Dla bardziej wygłodzonych podano specjalną zupę rybną z grubymi kromkami francuskiego pieczywa i paskami boczku. Na deser była kawa, ciasto i lody. - Nadal boisz się przytyć, Susan? - spytała Maggie zatapiając zęby w kawał szarlotki. - W pewnym sensie. W naszym wieku nie tak łatwo zrzucić zbędne kilogramy. Poza tym muszę zostawić miejsce na pieczone żeberka podczas barbecue. Jerome, który zmagał się z drugą porcją szarlotki połączoną z podwójną porcją lodów, popatrzył na żonę. - Nie chciałbym, żebyś się dziś przejadała. Pamiętaj o diecie. - Potem rzuciwszy okiem na pozostałych wyjaśnił: - Susan musi bardzo uważać. Jej wygląd na scenie ma olbrzymie znaczenie. Publiczność podziwia eterycznego anioła, który zasiada przy fortepianie. Jak anioł przytyje, cały efekt przepadnie. - Susan zawsze była ogromnie zdyscyplinowana - zauważyła Billie. - Doprawdy podziwiam cię, kochanie. Z twoją figurą nie powinnaś się o nic martwić. Powiedz, co robisz, jeśli masz ochotę zaszaleć? Jak zwalczasz pokusy? - Wystarczy, że spojrzę na Jerome’a - odparła cicho Susan. Przy stole zapadła niezręczna cisza. - Myślę, że przyda ci się całkowity, dłuższy wypoczynek - powiedziała Amelia. - Wyglądasz na wykończoną - dodała bez ogródek. - Susan nic nie dolega - oświadczył ostrym tonem Jerome. - To tylko tournée: jedno się kończy, a trzeba już myśleć o następnym. Susan jest całkowicie zdrowa. Thad szepnął do Billie zmieniając na własny użytek cytat z „Hamleta”: - „Mniemam, iż młodzian zbyt gwałtownie przeczy”. Rób, co podpowiada ci twój instynkt, kochanie. Przecież to twoja córka! - Porozmawiam z nią później, Thad. Jest teraz wystarczająco udręczona. Nie mogę jeszcze bardziej jej unieszczęśliwiać. Susan czuła wzrastający ucisk w gardle. Zebrała się tu cała rodzina, jeżeli więc kiedykolwiek miał nastąpić właściwy moment, to najwyraźniej trafiał się właśnie teraz! Niech diabli wezmą Jerome’a i jego karierę! Niech szlag trafi tournée i krytyków! Spojrzała najpierw na Amelię, potem na Billie, która skinęła lekko głową, dając do zrozumienia, że ją popiera: Susan ma coś do powiedzenia i właśnie nadeszła odpowiednia pora. Nóż sam znalazł się w ręce Susan, zanim sobie to uświadomiła. Postukała nim lekko o szklankę z wodą. - Posłuchajcie wszyscy, chcę wam coś oznajmić. - Umyślnie unikała wzroku męża. - Susan! Przecież już o tym dyskutowaliśmy! - syknął do niej przez cały stół Jerome. - Nie teraz, na litość boską! - Właśnie, że teraz! - odparła. - Słuchajcie wszyscy! - zaczerpnęła tchu. - Słuchajcie! Będę miała dziecko! Czy to nie cudowne? Maggie zerwała się ze swego miejsca i schwyciła siostrę w objęcia. - Susy! Fantastycznie! Tak się cieszę razem z tobą! Musimy wznieść kolejny toast! - Nie było w rodzinie dziecka od narodzin Colemana - roześmiała się Billie. - Kiedy ma nastąpić to cudowne wydarzenie? - Mniej więcej na moje urodziny. W lutym. - Susan dosłownie rozkwitała na oczach Billie. Jej policzki nie były już takie blade, oczy błyszczały. - Jeśli wszystko dobrze pójdzie - zauważył Jerome. - Dlaczego nie miałoby dobrze pójść? - spytała Amelia. - Nasza Susan to silna, zdrowa kobieta. A może jest coś, o czym nie wspomniałeś nam, Jerome? Jerome’a od konieczności udzielenia odpowiedzi ocaliła Sawyer, która opuściła swoje miejsce przy stole i stanęła obok krzesła Susan. - Jeśli poszukujesz chrzestnej matki, zgłaszam się na ochotnika. Jakaś ty szczęśliwa, Susan! Jaka strasznie szczęśliwa! - uściskała ją z całej siły. Rand czuł, jak mu wali w skroniach. Nie ukrywana tęsknota na twarzy Sawyer zasmuciła go i przeraziła równocześnie. Rozmawiali o tym ze sobą: o małżeństwie i dzieciach. Sawyer powinna mieć dzieci, całą gromadę. Byłaby cudowną matką. Ale on?... Nie wyobrażał sobie siebie, pana koło pięćdziesiątki, z grupą malców wspinających mu się na kolana. Wiedział, że Sawyer spogląda na niego, chce wymienić z nim potajemny uśmiech, chce, żeby dał jej znak, że pewnego dnia także im obojgu zdarzy się podobny cud. Kiedy Rand nie podniósł na nią wzroku, Sawyer spuściła głowę, jedwabiste blond włosy zakryły jej twarz. Susan poklepała Sawyer po ręce i spojrzała prosto na Jerome’a. - Nic nie mów, bo i tak zjem drugą porcję lodów! W jej oczach było wyzwanie, usta zacięła z determinacją. No i tajemnica wyszła na jaw! Powiedziała swojej rodzinie i wszyscy byli zachwyceni. Aż dotąd, nękana kąśliwymi uwagami Jerome’a, nie była pewna, czy sama chce tego dziecka. Ale teraz rodzina wiedziała o wszystkim i cieszyła się razem z nią. Służba sprzątnęła ze stołu i przyniosła likiery: Curvosier dla panów, Grand Marnier dla pań. Patery pełne owoców i półmiski z wyborem serów zastąpiły tace z ciastem i pucharki lodów. Billie zauważyła, że wzrok Rileya przenosi się z jednej twarzy na drugą. Jej samej trudno było patrzeć na chłopca. W sercu wzbierała tęsknota za zmarłym synem. Widok prawie już dorosłego Rileya odnawiał dawne rany. Wprost niesamowite, jak bardzo przypominał swego ojca, jej syna, który zginął tak młodo. Riley nie miał jeszcze szesnastu lat, a był taki wysoki jak jego ojciec w wieku dwudziestu. Maggie miała słuszność: znoszone dżinsy i ulubione koszule, a być może i buty, które zostały schowane, bo nikt nie mógłby się zdobyć na oddanie ich, będą teraz pasowały na chłopca. Jeżeli Riley zechce je nosić... Ale Billie była pewna jego decyzji. Miała nadzieję, że sama wyjedzie stąd wcześniej. Cóż, widać, że smutek po zmarłym nie znika mimo upływu lat. Maggie chwyciła Billie za rękę, kiedy wracały do wnętrza domu, żeby odpocząć i przebrać się przed przybyciem gości. - Cholernie boję się dzisiejszego wieczora, mamo. Nie mam pojęcia, jak ja to zniosę. - Świetnie sobie dasz radę, Maggie. Przestań się zamartwiać i po prostu baw się dobrze w towarzystwie gości. Wszystko jest pod kontrolą, cała rodzina stoi za tobą jak mur. Maggie wsunęła rękę pod ramię Billie i lekko je ścisnęła. Głęboka czerń jej włosów kontrastowała z jasną czupryną Billie. - Wiem o tym o doceniam to, wierzaj mi. Ale po prostu boję się wyjść na głupią. Sunbridge jest znów moim domem i bardzo to ważne dla mnie, żeby sąsiedzi mnie zaakceptowali. Billie roześmiała się pogodnie. - Chyba trudno nazwać sąsiadami gubernatora i jego żonę, ale rozumiem, co masz na myśli. Kiedy tu dzisiaj jechaliśmy, zauważyłam, jak rozrosło się Crystal City. Pamiętam, kiedy było to tylko miejskie skrzyżowanie, Crystal Crossroads, z jednym sklepem i stacją benzynową, a chyba dostrzegam także galanterię sztuki i sklep z upominkami? - Nie mylisz się. Jest także salon fryzjerski i sklep z galanterią. Cokolwiek byś wymieniła, już to mamy! Większość sklepów i firm została otwarta z inicjatywy znudzonych matron z miejscowego klubu. One też przeważnie stanowią klientelę, jedna kupuje od drugiej, ale powiedziałabym, że nieźle sobie radzą i robią konkurencję firmie Neiman Marcus. - Już prawie od roku tu jesteś, Maggie. Czy zapisałaś się do klubu i zawarłaś jakieś przyjaźnie? - Do klubu się zapisałam, ale nie jestem pewna, czy zdobyłam jakichś przyjaciół. Owszem, grywam w tenisa, czasami w golfa i jestem członkiem Związku Hodowców Bydła, ale nie wiem, czy zostałam ostatecznie zaakceptowana. - Czułam się zupełnie tam samo, gdy mieszkałam tu z twoim ojcem. To zwarta społeczność i chociaż wszyscy uprzejmie się uśmiechają, myślę, że trzeba być jednym z nich, żeby naprawdę wiedzieć, co się za tym kryje, Ja się tu nie urodziłam, Maggie, ale ty tak. Jesteś im bliższa, niż ci się wydaje: należysz do tej społeczności. Poza tym nie brak ci talentów towarzyskich. Pamiętam fragmenty zamieszczanych w gazetach ploteczek „z życia wyższych sfer”, opisujące przyjęcia, jakie wydawaliście w Nowym Jorku z Cranstonem. A nawet przedtem kierowałaś przecież galerią sztuki Sandora Locke’a i pełniłaś obowiązki pani domu na jego imprezach. Chyba nowojorskie wyższe sfery są bardziej wybredne niż mieszkańcy Teksasu! Zawsze odnosiłaś sukcesy, Maggie; teraz będzie tak samo. - Mam nadzieję, że się nie mylisz, mamo. To dla mnie ogromnie ważne. - Maggie otworzyła drzwi wejściowe i przepuściła Billie przodem. - Nikt nie odrzucił mojego zaproszenia, ale nie potrafię się oszukiwać: dobrze wiem, dlaczego tu przybędą, i ty także zdajesz sobie z tego sprawę. Chcą się nam wszystkim przyjrzeć: Amelii, Susan, tobie. - Może masz rację, ale wszyscy wytworzymy wspólny front, jak tego pragniesz. Przestań się zamartwiać. Sama powiedziałaś, że nikt nie odrzucił twojego zaproszenia, nawet gubernator! - Chcą najeść się na mój koszt i popróbować moich trunków! To wszystko pasożyty, żyjące od przyjęcia do przyjęcia! Billie zachichotała. - Seth mówił tak samo, prawie słowo w słowo... I wiesz co, Maggie, zauważyłam, że już nie pijesz. Jestem dumna z ciebie, możesz mi wierzyć. - Wierzę ci, mamo. Będzie mi potrzebna głowa, która potrafi jasno myśleć, więc nie mogę się zalewać ani brać prochów. Nie chcę być od niczego zależna, chcę polegać tylko na sobie! Muszę myśleć o Cole’u i Rileyu. Zrodziła się całkiem nowa Maggie. - bardzo mi się podoba - powiedziała Bilie - ale i tę dawną zawsze lubiłam. - Przez długi czas nie uświadamiałam sobie tego, mamo. Nie byłam pewna, czy w ogóle ktokolwiek może lubić dawną Maggie, nawet ona sama! - Maggie, czy Sawyer nie... - Nie mówmy teraz o tym, mamo! Nie dzisiaj! Nie wiem, czy moje nowe „ja” jest dość silne, by stawić czoło temu upiorowi przeszłości. Pozwól mi iść krok za krokiem i robić wszystko w odpowiedniej kolejności. - W porządku, Maggie. Ale tamten problem nie przestanie istnieć, sama wiesz. Prędzej czy później będziecie musiały z Sawyer wyjaśnić sobie, co was naprawdę łączy. - Wiem. Staram się jak mogę. Spróbuję, możesz mi wierzyć. - Wiesz, przez sekundę wyglądałaś zupełnie jak Moss - powiedziała cicho Billie. - Miał taki sam udręczony wyraz oczu, gdy zmuszało się go do obiecania czegoś, czego nie był w stanie dotrzymać. Przepraszam cię, Maggie. Nie będę nalegać. Billie wstrząsnęła się: poczuła nagle gęsią skórkę na ramionach. - Odsuń się od drzwi, mamo, stoisz w przeciągu - powiedziała Maggie i dodała lżejszym tonem - zgadnij, co dziś na siebie włożę? - Tę suknię w róże, naszywaną paciorkami? - zaśmiała się Billie. - Właśnie. Wszystkim oczy wyjdą na wierzch. Każdy będzie wiedział, że zaprojektowałaś ją specjalnie dla mnie. Amelia przyznała się, że kupiła sobie nowy model Adolpho, a Susan powiedziała, że włoży dwuczęściowy komplet z mory, który jej przysłałaś na Gwiazdkę. Nie miałam okazji zapytać Sawyer. - Cokolwiek włoży, będzie wyglądać olśniewająco. Czy masz zamiar ustawić nas w rządek, żebyśmy witały gości, Maggie? - Zdecydowanie tak! Wszystkie kobiety Colemanów muszą stanąć obok siebie, żeby się im od razu rzucić w oczy. A ty, co włożysz? - Cóż, jeżeli, jak mówisz, przyjdą tu po to, żeby się gapić, mogę włożyć moją urodzinową toaletą. Powinni się aż zatoczyć z wrażenia! Cary wyszedł spod prysznica i wkroczył po grubym dywanie do sypialni, skąpo przyodziany w ręcznik opasujący jego sprężyste, szczupłe biodra. Drugim ręcznikiem wycierał swe nieposłuszne, kędzierzawe czarne włosy. - Zwolniłeś już łazienkę? - spytała Amelia. - Powiedz mi, jak to się dzieje, że zawsze pierwszy korzystasz z prysznica? - Pewnie dlatego, że nie siedzę tam dwóch godzin, tak jak ty - odciął się Cary, przysuwając się, żeby pocałować żonę w szyję. Czule ujął jej dłoń i zatrzymał w swojej, nie zwracając uwagi na siatkę niebieskich żyłek ani jasnobrązowe plamki. Czuł tylko jej miękkość i ciepłość uścisku, którym go obdarzyła. - Mniam mniam... Ależ przyjemnie pachniesz! - Amelia rozkoszowała się dotykiem jego warg na swojej skórze i świeżym zapachem mydła. Krople wody przylgnęły mu do ramion i połyskiwały wśród gęstych włosów na piersi. Cary wiedział, co oznacza taki wyraz oczu Amelii i gorący ton jej głosu. - Dam ci piątaka, jak zedrzesz ze mnie tę szmatę - mruknął zachęcająco. - A dziesiątkę, jak pójdziesz na całość. Amelia odpowiedziała na tę oszałamiającą propozycję śmiechem, opanowując przyspieszone bicie serca. - Zdecyduj się na całego dolara, to może dobijemy targu. - Odsunęła się od męża, ale nadal czuła na sobie jego dotyk. Nie chciała, żeby wiedział, ale bardzo cieszą ją takie zaloty, jak ogromnie jest go spragniona. - Ale najpierw wezmę prysznic, a potem nie mam zamiaru spieszyć się przy poprawianiu makijażu. - Zrobiła efektowną pauzę. - Doszłam do wniosku, że będzie cię to jednak kosztować dziesięć dolarów. - Najmilejsza, mogłabyś pokazać się na tym przyjęciu w ręczniku od Pennya i zawsze byłabyś najpiękniejszą ze wszystkich dziewcząt! - Dziękuję bardzo. Wolę włożyć kreację, którą przywiozłam specjalnie na tę okazję. - Wyminęła go i odwróciła się plecami, żeby rozpiął jej suwak. - Cary, kochanie, jak ci się podoba nasz rodzinny klan? Jego odpowiedź była dla niej bardzo istotna; Cary także o tym wiedział, toteż starannie dobierał słowa. - To rodzina, do jakiej chciałbym należeć. - Już należysz. Ożeniłeś się ze mną. - Chciałem powiedzieć, że dobrze byłoby urodzić się w takiej rodzinie. - Nie, wcale nie! Możesz mi wierzyć! Wydaje ci się, że zawsze jesteśmy tacy, jak w tej chwili. Ale nie masz racji. - Jej głos zabrzmiał bardziej ponuro, odezwały się w nim echa dawnych żalów. - Cary, w tym domu ludzie wyrządzali sobie nawzajem wiele krzywd. - Potem wchodząc na bardziej konkretny grunt spytała: - Co myślisz o Billie? - Jest prima sort! Ten jej admirał to też równy gość! Uliczny żargon Cary’ego nigdy nie drażnił Amelii. Prawdę mówiąc, lubiła, gdy nazywał ją „niczegowatą lalunią”. Znała ludzi o wykwintnym sposobie wysławiania się i nienagannych manierach, którzy ani w połowie nie dorównywali Cary’emu uczciwością czy siłą charakteru. Wstrzymała oddech, gdy rozwinął skąpy ręcznik, którym był opasany, i wskoczył w jedwabne slipy. Mrugnęła oczyma i znacząco spojrzała na zegarek. - Korzystaj z okazji! - Cary uśmiechnął się szeroko. Amelia uciekła przed pokusą do łazienki. Okazja. Może takie jest właśnie życie: następujące po sobie okazje, które należy wykorzystać? Nowina Susan była dla niej szokiem. Cary był starszy od Susan tylko o kilka lat. Czy porównywał ich wiek? Jeśli dotąd nie przyszło mu to do głowy, wkrótce zda sobie sprawę, że Amelia jest prawie babcią dziecka Susan. Babcie - małe, zasuszone istoty o różowych policzkach i lśniąco białych fartuchach... i włosach... Nie wyglądała na babcię, Billie także nie. Ale w obecnych czasach pojawił się nowy typ babci: wyższa, smuklejsza kobieta, ukrywająca swój wiek z pomocą clairolu, masażu brzucha, operacji plastycznych Podchodząc do lustra w łazience, Amelia przyjrzała się sobie uważnie, była pokryta siateczką delikatnych szwów, prawie niedostrzegalnych gołym okiem. Starość i ociężałość - oto dwa odwieczni wrogowie, których trzeba pokonać za wszelką cenę! Zwłaszcza teraz, odkąd ma Cary’ego. Żelazny reżim diety i ćwiczeń gimnastycznych, ból i udręka, każde wyrzeczenie, obolałe mięśnie - wszystko to jest do zniesienia, jeśli pomoże utrzymać miłość Cary’ego. Amelia uniosła ramię i spojrzała z boku w lustro. Ani śladu zmarszczek czy luźnej, pofałdowanej skóry. Mogła nosić suknie bez rękawów i niczym się nie przejmować. Przynajmniej na razie. Prędzej czy później starość ją dopadnie - i co wtedy? Cary nie będzie jej już pragnął. Amelia spojrzała w lustro z bardzo bliska. Za odbiciem niemal doskonale pięknej kobiety o gładkiej skórze i wielkich oczach czaiło się widmo starej czarownicy z filmu Disneya „Królowa Śnieżka”, gruchającej głuchym i pełnym złości głosem: „Lustereczko, powiedz przecie...”. Powróciwszy do sypialni po kąpieli, Amelia zastała Cary’ego zmagającego się z wąskim krawatem, którego końce należało przewlec przez srebrną klamrę. - Cholera, będę wyglądał w tym stroju równie idiotycznie jak ten dzieciak dziś po południu. Jak mu tam, Cole? Kiedy Amelia pospieszyła na ratunek i uporała się z krawatem, Cary zrobił krok do tyłu i przybrał wyzywającą pozę zatknąwszy kciuki za pas. - No i jak sądzisz? Ujdę w tłoku? - Jego kowbojskie spodnie leżały jak ulał, obciskając biodra, i zasłaniały buty na idealnie odpowiedniej wysokości. Amelia udała, że się głęboko zastanawia. Ujdzie w tłoku? Każda kobieta nie pozbawiona hormonów będzie miała dziś na niego chrapkę, a niektóre damy z Teksasu były groźne jak barrakudy na pełnym morzu! - Nienajgorzej - odpowiedziała z pozorną obojętnością. - Mam nadzieję, że nie będę musiała dziś wieczorem stanąć w obronie twojej cnoty! Cary uniósł lekko brwi. W jego oczach zalśnił zły, drapieżny ognik. - Cóż to ma niby znaczyć? uważasz mnie za lisa, co poluje na każdą kwokę? - Zawsze złościło go, kiedy Amelia mówiła coś podobnego. Rany boskie, czy nie wiedziała, że ją kochał?! Miała wszystkie zalety, jakie cenił w kobiecie: elegancka, z klasą, serdeczna, o gorącym sercu. Kobiety są dziwne! Dlaczego nie mogą przyjąć wszystkie po prostu, uwierzyć w to, co jest prawdą i nie zajmować się tym więcej? Dlaczego stale stwarzają sobie jakieś problemy? Dobrze wiedział, czego pragnie - i dlatego właśnie z nią się ożenił. Nie było mu łatwo dobić się pięściami i pazurami pozycji, którą dziś zajmował. Wychował się w sierocińcu, ledwie wiązał koniec z końcem w średniej szkole i nie było mowy o college’u. Dziecko ulicy, wychowane w rynsztoku. Życie nie rozpieszczało go, ale nigdy nie zapominał o zwróceniu długów. Rozpoczął swą karierę prowadząc wozy bogaczy; jeżdżąc po całym kraju nawiązywał różne kontakty i w końcu założył przedsiębiorstwo wynajmu limuzyn i innych samochodów. W wieku dwudziestu dziewięciu lat zdobył swój pierwszy milion na handlu nieruchomościami. Ale na długo przedtem zaczął wysyłać czeki na konto sierocińca św. Antoniego, znajdującego się w śródmieściu Chicago. Był nowobogacki i nie miał takiej klasy i ogłady jak ci wszyscy Colemanowie, ale nie musiał się niczego wstydzić. Sam w życiu doszedł do wszystkiego. Z tego, co mówiła Amelia, wynikało, że jej stary był taki sam. To dobrze świadczy o mężczyźnie i jego charakterze. Do wyższych sfer można się wkupić, a ogłada przychodzi z czasem. Mając siedmiocyfrową kwotę na koncie bankowym i kolejne dziesięć milionów w papierach, Cary nie czuł się bogaczem w porównaniu z Colemanami. Sam będąc niskiego pochodzenia nie potrafił sobie uzmysłowić, jak czuje się ktoś taki jak oni: tak cholernie ważny, że nawet gubernator odkłada wszystkie inne sprawy, żeby wziąć udział w ich przyjęciu z okazji Czwartego Lipca. Bardzo dziwne było życie tych teksaskich bogaczy, ale Cary’emu wydawało się, że mógłby poczuć się tu jak ryba w wodzie. Sukcesy finansowe Cary’ego wynikały z umiejętności znajdowania właściwych celów i wykorzystywania szansy w odpowiedniej chwili. Plus odrobina szczęścia! Nie korzystał nigdy z żadnych układów czy „pleców”. Chłodne, bezosobowe kontakty telefoniczne, stosowanie się do rad broerów i nos do interesów - bardziej osobiście w nic się do tej pory nie zaangażował. Teraz uświadomił sobie, że bardzo pragnie zadomowić się właśnie tu, w Teksasie. Amelia mogłaby stać się przewodnikiem, wprowadzić go, umieścić na właściwym szlaku. Zetknie się z ludźmi, których jego bogactwo nie przytłoczy: będzie mógł pograć z nimi w golfa i zostanie przyjęty do ich grona dzięki własnym zaletom, a nie dlatego, że ktoś zechce ubić z nim interes. - nad czym tak głęboko rozmyślasz? - Amelia zerknęła a odbicie męża w lustrze toaletki. - Nie chciałam cię urazić, naprawdę. Jesteś chłopcem z miasta; nie masz pojęcia o tym, jak bezbronny bywa lis wobec stada kwok! A dziś wieczorem będzie tu zatrzęsienie kwok. Nie mam ci za złe, że jesteś taki cholernie atrakcyjny, więc i ty nie wiń mnie, jeżeli jestem troszeczkę zazdrosna i dręczy mnie niepewność. Boję się, że możesz pożałować, że się ze mną ożeniłeś. Ale gdybym miała o dziesięć lat mniej, kochanie moje, wówczas sprawy przedstawiałyby się całkiem odwrotnie! - Miała zamiar powiedzieć to kpiąco, z humorem, ale ton jej był dziwnie gorzki. - Jeżeli kiedykolwiek pożałuję tego, że się z tobą ożeniłem, ty dowiesz się o tym pierwsza. Nie lubię, kiedy tak mówisz. Myślałem, że już ustaliliśmy: ani słowa więcej o tej cholernej różnicy wieku! Amelia posłała mu od ust pocałunek i wróciła do tuszowania rzęs. - I jeszcze czegoś nie rozumiem. Dlaczego mężczyźni wkładają koszule w kratki i sportowe kurtki, a kobiety stroją się we wspaniałe toalety i biżuterię? - Bo jesteśmy w Teksasie: tutaj panują takie właśnie obyczaje. Mężczyzn ocenia się po tym, jak wystrojone są ich kobiety. Doszło do ciebie? Cary zastanowił się nad uzyskaną informacją i skinął głową. - Rozumiem, że to ma znaczenie dla kogoś, kto pochodzi z Teksasu. Ile kosztowała ta suknia, którą masz na sobie? - Nie musisz wiedzieć. Zresztą, kupiłam ją, zanim wyszłam za ciebie. - Nie żartuję, Amelio. Ile? - Nie żartujesz, naprawdę?... Cztery tysiące. - Za jedną kieckę! - Za jedną malu-malusieńką kieckę! - zaciągnęła z teksaska Amelia. - Nie chciałbyś, żebym wyglądała jak dziadówka, prawda? - Broń Boże! - Wiem, czym możesz się zająć dziś wieczór: pobawcie się razem z Randem, on ma oko do biżuterii! We dwóch obliczcie koszt wszystkich błyskotek, które będą miały na sobie kobiety. To ci da właściwy obraz sytuacji. - Zostało ci pięć minut, Amelio - powiedział spoglądając na zegarek. - Boże! Nie zdążę w żaden sposób! Szybko, pomóż mi z tymi wszystkimi haftkami i pętelkami! Kiedy Cary uporał się z miniaturowymi haftkami i jeszcze mniejszymi pętelkami, żona odwróciła się do niego twarzą. - No i co o tym sądzisz? - Sądzę, że zaćmisz wszystkie inne kobiety - odparł, a jego oczy zalśniły podziwem. Koktajlowa suknia Amelii zrobiona była z jedwabistego szafirowego materiału, który cichutko szeleścił i lśnił jak atłas. Z przodu dochodziła pod szyję, rękawy miała rozszerzane ku dołowi, z tyłu olbrzymi dekolt, pozwalający dostrzec wdzięczny zarys pleców i olśniewającą, złotawą skórę. Cary zorientował się, że przede wszystkim krój i materiał, a nie ozdoby sprawiały, że toaleta była szczytem elegancji. Najbardziej podobało mu się to, że widoczne były smukłe nogi i zgrabne kostki Amelii, podkreślone kształtem sandałków na wysokich obcasach. - Złotko, zbijasz człowieka z nóg! - powiedział i gwizdnął. - Użyj tych perfum, które doprowadzają mnie do szału. Amelia bez zwłoki sięgnęła po perfumy w sprayu Van Cleef & Arpele noszące nazwę „Pierwszy raz”. Kolczyki z szafirów i brylantów oraz tworząca z nimi komplet prosta broszka przypięta wysoko na lewym ramieniu stanowiły całą biżuterię, jakiej ta kreacja wymagała. Cary z wyraźną przyjemnością wciągnął w nos zapach perfum żony i objął ją od tyłu. Była zachwycona, czując jak westchnął z rozkoszy i uszczypnął ją zębami w ucho. Dobrze jednak, że nie spytał, ile kosztowały te perfumy! Rozdział piąty Towarzystwo z Austin zjawiło się w mercedesach-benzach, rolls royce’ach, obszernych limuzynach, fordach rangerach, a nawet wozach z przyczepą. Przybyli, żeby podziwiać kobiety Colemanów i nie zawiedli się. Po upływie godziny od rozpoczęcia imprezy oczy Maggie lśniły jak gwiazdy. Została zaakceptowana! Zauważyła oczywiście małe grupki i mogła sobie wyobrazić, o czym w nich szeptano, ale nie dbała o plotki. Udało jej się osiągnąć cel - z pomocą rodziny. Gdyby była sama, pewnie potrwałoby to całe lata. Ale dzięki temu jednemu mistrzowskiemu pociągnięciu miała Austin u swych stóp. Nie wyrządza się zniewagi komuś z Colemanów! Maggie promieniała uśmiechem i krzątała się wśród gości. W grudniu, gdy miejscowi reporterzy obsługujący imprezy towarzyskie będą przypominać, co też wydarzyło się w ostatnim roku, jej przyjęcie znajdzie się na czołowym miejscu. Maggie była tego pewna. Czuła się cudownie... dopóki nie zobaczyła Colemana rozwalonego na fotelu w patio na tyłach domu. Był pijany. O Boże, gdyby zaczął rzygać, wszystko by zepsuł! Przez moment była bliska paniki; potem ujrzała idącego w jej stronę Randa. Jeżeli zechce jej pomóc, może uda się uniknąć niemiłej sceny. Ale zanim zdołała przebić się do niego przez tłum gości, Rand zniknął jej z oczu. Kiedy wróciła do Cole’a, zobaczyła, że Riley jest już przy nim. Opierał się jednym ramieniem o kamienną ścianę, a prawą ręką podnosił jej syna. Śmiał się, a Cole warczał na niego. - Kochani! - zagruchotała Maggie, zajmując szybko miejsce obok Rileya - myślę, że powinniście obaj pójść do domu i postarać się o coś do jedzenia albo trochę kawy. - Popieram - odezwał się stanowczo Rand. Maggie odwróciła się na pięcie a w jej oczach zajaśniała ulga. - Jeśli zorganizujesz małą zasłonę dymną i zagadasz sprawę, chyba uda mi się wciągnąć Cole’a do domu w taki sposób, że mało kto to zauważy. Riley, pomożesz mi? - Nie potrzebuję żadnej pomocy ani od ciebie, ani od tego skośnookiego żółtka! - zaprotestował Cole. - Jedyne, czego naprawdę nie znoszę, to pijusów, a zwłaszcza takich, którzy się odszczekują - powiedziała Maggie chłodno. - Twoje zachowanie jest niewybaczalne, Coleman. - Zwracając się do Rileya dodała - On nie chciał cię obrazić. Widzisz, że sam nie wie, co plecie. - W porządku, ciociu Maggie. Myślę, że lepiej się nim zajmę, zanim ktoś się zorientuje, co się tu święci. Maggie promieniała uśmiechem, gdy tanecznym krokiem obchodziła grupki gości, zatrzymując się, żeby pogawędzić to z tym, to z owym. Kątem oka obserwowała, jak sobie radzi Rand. Natychmiast, gdy było to możliwe, wbiegła do domu przez szerokie francuskie okno i popędziła do kuchni, aby odnaleźć tam swoich panów. Była pełna niesmaku i wstydziła się za syna, a zwłaszcza bolała ją okrutna uwaga skierowana do Rileya. - Cole jest trochę za młody na to, żeby tak się zalewać - stwierdził zimno Rand. - To moja wina. Powinnam była mieć go na oku. Był... jest wściekły na mnie... ale miałam tyle zajęć... - Nie usprawiedliwiaj go, Maggie. Jest wystarczająco dorosły, żeby wiedzieć, jak ma się zachowywać. Nie ma nic gorszego niż szukający zaczepki pijak. A szesnastolatek w takim stanie to coś, o czym w ogóle wolę nie myśleć! Chyba pora zaciągnąć go do łazienki. Łap się za niego, Riley! Maggie obserwowała z niepokojem, jak Rand i Riley dosłownie zawlekli jej syna do łazienki. Drgnęła słysząc charakterystyczne odgłosy dobiegające zza drzwi. Sama bywała w podobnej sytuacji więcej razy, niż chciałaby o tym pamiętać. Miotała się niespokojnie po kuchni, czując się podle. Jej syn potrzebował opieki, ale ona powinna przebywać razem z gośćmi, przechadzać się wśród nich. Kładła już rękę na klamce, gdy Rand otworzył drzwi. - Wracaj do gości, Maggie. Położę go do łóżka. Powiem ci, kiedy go już utulę do snu. - Powinna była... jak on mógł?... czuję się taka... - ... winna? Słuchaj, dzieciak się upił. Jest mu niedobrze. To jeszcze nie koniec świata! Położymy go spać i wystarczy, że jutro zajmiesz się tą sprawą. Uwierz mi, Maggie. - Wracaj do gości, ciociu. My sobie poradzimy - odezwał się Riley. - Jeżeli jesteście tego pewni... Dziękuję, Randzie - powiedziała Maggie, wspinając się na palce, żeby ucałować go w policzek. Przez jedną zdumiewającą chwilę patrzyli sobie głęboko w oczy. Maggie pierwsza odwróciła głowę. Czterdzieści minut później Rand odnalazł ją, gdy stała w kręgu rodziny. - Wsadziliśmy go pod prysznic, a potem zapakowaliśmy do łóżka; śpi jak suseł. Będzie miał jutro kosmicznego kaca, ale jakoś to przeżyje. - Bardzo ci jestem wdzięczna, gdyby nie ty, mogło się wydarzyć coś okropnego. Jak ja ci się odwdzięczę, Randzie? Riley nie zareagował, gdy paznokcie Sawyer wbiły mu się w ramię. Czuł drżenie jej ciała. Coś było nie w porządku! - Zatańcz ze mną - powiedział nagle. - Miła propozycja, Rileyu, ale nie jestem w nastroju. Mam za to ochotę na drinka, może nawet na dwa lub trzy. - Nie wystarczy ci jeden? Mam dość wstawionych na dziś wieczór. - To mi się podoba! Odezwał się pan i władca - powiedziała z goryczą Sawyer zmierzając w stronę baru. Riley pospieszył za nią i zdążył usłyszeć, jak zamawia od razu podwójną szkocką. Niech szlag trafi Cole’a Tonnera! Kiedy zabłysły na niebie ostatnie fajerwerki i rozległy się pożegnalne tony „W samym sercu Teksasu”, Maggie wydała westchnienie ulgi. Była za piętnaście czwarta rano i (o ile mogła się zorientować) nie wyjechał dotąd żaden z gości. Najwyższa pora na zakończenie imprezy! Chyba że ma urządzić o świcie śniadanie z szampanem. Z ciężką głową Maggie rozważała ten pomysł. Kosztowałoby to wiele wysiłku. - Ani się waż - szepnęła Amelia stanąwszy tuż za nią. - Wytańczyłam się do upadłego, nóg nie czuję, najwyższy czas położyć się do łóżka. Zacznij się po prostu żegnać, to wyjadą. Tata miał zwyczaj wstawać i oznajmiać: „I na tyle, ludzie. Zabawa skończona”. Było wspaniale, Maggie; odniosłaś prawdziwy sukces. Maggie zwróciła się z uśmiechem do Amelii, rozradowana życzliwością okazaną jej przez ciotkę. - Nie udałoby mi się to bez pomocy was wszystkich. Zdaję sobie z tego sprawę. Do diabła, wiedziałam o tym od samego początku! - uśmiechnęła się ze znużeniem. - Nawiasem mówiąc, znalazłaś sobie wspaniałego faceta! Podoba mi się, ciociu Amelio. - Mnie też... i sądzę, że mogłabyś dać sobie spokój z tą „ciocią”. - Siła przyzwyczajenia. Postaram się o tym zapomnieć. A czy twój mąż polubił nas wszystkich? - A dlaczego miałby was nie polubić? Jest zachwycony całą naszą rodziną. Jeśli chcesz znać prawdę, myślę, że to małe przyjątko zwaliło go z nóg. Dla niego barbecue to hot dogi i hamburgery pieczone na ruszcie w ogródku za domem. I najwyżej sześcioro gości. Cary musi się przyzwyczaić do nas, Teksańczyków. Zdaję się, że poważnie myśli o zakupieniu tego terenu, o którym wspominał. Domy dla więcej niż średnio zamożnych. Coś w tym rodzaju. - Jeśli traktuje to serio i chce się lepiej przyjrzeć całej sprawie, dlaczego nie mielibyście oboje zostać w Sunbridge, dopóki nie podejmie ostatecznej decyzji? Bóg wie, że mamy dosyć miejsca. Poznałabyś lepiej chłopców, a Cary mógłby wywrzeć na nich dobry wpływ. Pomyśl o tym. Ooo, zbierają się do odjazdu! Kiedy Orwell Snyders włoży swego stetsona, to już wiadomo, że wraca do domu. Chodź, trzeba się uśmiechnąć i zakończyć tę grę! To było najwłaściwsze określenie: gra. Zwycięzcy i pokonani. A dziś, po raz pierwszy, Maggie należała do zwycięzców. Kiedy masywne dębowe drzwi zamknęły się za ostatnim gościem, członkowie rodziny Colemanów powędrowali, jeden za drugim, po długich krętych schodach na górę. - Ten dom aż prosi się o windę! - narzekała Susan. Mąż rzucił jej gniewne spojrzenie i pomknął, przeskakując po dwa stopnie na raz. Susan trzymała się poręczy, każdy krok był torturą dla jej bolących, spuchniętych stóp. Billie, która szła za nimi, zachowała milczenie. Wiedziała, że Jerome nie byłby rad, gdyby wtrąciła się ona czy ktokolwiek inny. Później, czekając, aż Thad otworzy drzwi ich sypialni, udawała, że nie dostrzega zawodu w oczach Sawyer, kiedy Rand powiedział jej „dobranoc” i odszedł, pozostawiając ją przed drzwiami jej pokoju. - Wróciliśmy do Sunbridge i do wszystkich jego problemów - pomyślała ze znużeniem Billie. - Znowu w domu! Maggie zatrzymała się na chwilę, by pogawędzić z Sawyer, a potem zwróciła się do Rileya. Pozwoliła, żeby ją objął i mocno ucałował w policzek. - To było wspaniałe przyjęcie, ciociu Maggie! Bardzo się cieszę, że na nim byłem i wziąłem udział w uroczystości! - To twój dom, Rileyu, jak długo tylko zechcesz. Nie zapominaj o tym. - Dziękuję, ciociu Maggie. Odpocznij teraz, wyglądasz na zmęczoną. - Bo jestem, ale wątpię, czy będę mogła zasnąć. Myślę, że zrobię sobie herbaty i może odprężę się w samotności. Śpij dobrze! Magie wcale nie zamierzała pić herbaty, ale kiedy o tym wspomniała, pomysł przypadł jej do gustu. Zakrzątała się koło czajniki i znalazła torebki z herbatą w pojemniku na kuchennym stole. Wyszła z filiżanką w ręku na trawnik przed domem, ciesząc się rzeźwym powietrzem i ciszą wczesnego poranka. Ostrożnie stąpała wśród bałaganu pozostałego po imprezie. Jutro pracownicy z firmy dostawczej wszystko uprzątną, ale teraz panował tu spokój i cisza. Siedziała z opartymi wysoko stopami, zrzuciwszy pantofle, gdy nagle zorientowała się, że nie jest sama. - Za dużo było tego dobrego? - Rand! Myślałam, że już śpisz jak suseł! - Nigdy nie mogę zasnąć, gdy mam zamęt w głowie. - Zupełnie jak ja! To przyjęcie miało dla mnie ogromne znaczenie, a teraz, kiedy jest już po wszystkim, muszę się zrelaksować. Myślałam, że dobrze mi zrobi herbata. Alkoholu już nie piję. - Zauważyłem. Może pewnego dnia pójdę w twoje ślady. - Jak długo zostaniesz? - spytała pospiesznie Maggie. Nie miała zamiaru rozprawiać o abstynencji, to była jej osobista sprawa. Rand wzruszył ramionami. Maggie powtórzyła jego gest. Colemanowie nie ograniczali gościom dni pobytu; Rand wiedział, że może zostać na miesiąc i będzie mile widziany. Maggie wróciła do poprzedniej pozycji. - Sama nie wiem, czego wolę słuchać: nocnego ćwierkania świerszczy czy świergotu ptaków o poranku - powiedziała popijając herbatę. - Chyba jednak wolę ptaki, bo zwiastują początek nowego dnia. Sama chciałaby zacząć wszystko od nowa. Słowa Maggie zaskoczyły Randa. Ta mówiąca cichym głosem, prawie pokorna istota to nie była Maggie, której unikał w przeszłości. - Rozumiem cię - odparł tak cicho, że Maggie musiała wytężyć słuch by go zrozumieć. - Jestem na etapie zmniejszania tempa własnego życia. Myślę, że można by to również nazwać początkiem. Muszę zmienić sposób życia i trzymać się odtąd nowej drogi. - Takie generalne porządki czy coś w tym stylu, prawda? - Rand roześmiał się. - Chyba można tak to określić. Dzisiejszy wieczór przekonał mnie, że chcę odpocząć i zacząć radować się życiem. Nie ulega wątpliwości: nie młodnieję. - Nikt z nas nie młodnieje! Zdumiewające, dokąd nas życie zaniosło. Radości, smutki, sprawy, które niegdyś wydawały się takie ważne, a w końcu okazały się bez znaczenia... Czy myślisz, że przyszedł czas na naprawianie płotów albo na odjazd w przyszłość bez oglądania się wstecz? - Dla niektórych z nas, tak. Ale zawsze znajdą się płoty, których nie da się naprawić, słowa, których nie można już cofnąć, najwyżej zapomnieć o nich. Pomyślał z poczuciem winy i Sawyer. Powinien być teraz na górze, w tej właśnie chwili powinien kochać się z nią. Sawyer spodziewała się tego, wyczytał to w jej oczach. - Najbardziej boli i wymaga najwięcej siły zrobienie tego, co należy zrobić i wypowiedzenie słów, które muszą zostać wypowiedziane, a potem poniesienie konsekwencji tych czynów... - rand uśmiechnął się. - Wygłaszane o świcie filozofijki zawsze wydają się takie głębokie - zauważył. - Ciekaw jestem, dlaczego? Może to tylko nastrój wczesnych godzin rannych dodaje głębi bardzo zwyczajnym spostrzeżeniom? Maggie odchyliła głowę do tyłu, zamknęła oczy, zastanawiając się nad tym, co powiedział. - Powinnaś iść do łóżka, Maggie. Za jakąś godzinę słońce wstanie na dobre. - To mi nie przeszkadza. Nie znoszę ciemności. Śpię zawsze przy świetle nocnej lampki, ale jeżeli komukolwiek o tym wspomnisz, wszystkiego się wyprę! Rand roześmiał się szczerym rozbawieniem; zdała sobie sprawę, że nie zdarzyło mu się to od dość dawna... - Mogę cię przelicytować: mam starego obszarpanego kota, którego wszędzie wożę ze sobą. Zajmuje stałe miejsce w mojej walizce i powiem ci, że nieraz dziwnie mu się przyglądano podczas odprawy celnej. Mimo to nigdy się nie rozstajemy. - Najdroższa Sally? - spytała ze zdumieniem Maggie. - Pamiętasz tę zabawkę? - Czy pamiętam? Kiedy byłam mała, gotowa byłam zabić, byle ci odebrać tego kota! Był taki zniszczony, taki paskudny, taki nieprawdopodobnie... - Brudny i pocerowany? To była moja ostoja. Wydaje mi się, że w pewnym sensie nigdy z czegoś takiego nie zrezygnujemy; czasem tylko wymieniamy dawne fetysze na coś nowego. Ale stara Najdroższa Sally była mi zawsze wielką pociechą. - Nie miałam nigdy takiej pociechy. Nie pozwalano mi zabierać żadnej zabawki do łóżka. Nie wolno mi było ssać palca ani robić nic takiego, co pomaga dziecku uspokoić się. Kładziono nas do łóżka bez żadnych czułości: mogliśmy spać albo nie, ale trzeba było leżeć i tyle. Niania była podłą wiedźmą! - Jakoś to przeżyłaś - powiedział cicho Rand. Przechylił kieliszek, wziął do ust ostatnią kostkę lodu i zaczął ją chrupać. Maggie ten dźwięk wydał się przyjemny. - Jeśli można tak to określić - odparła. - Boże! Za żadne skarby nie chciałabym przeżyć tego po raz drugi! Dzieciństwo i młodość wcale nie są takim rajem, jak się ludziom wmawia. - Dobrze, że to rozumiesz, Maggie. Myślę, że czeka cię niejedna potyczka. Cole to bardzo nieszczęśliwy chłopak. - Wiem. Ale nie mam pojęcia, w jakim stopniu ponoszę za to odpowiedzialność ani co mam na to poradzić. Jakoś to rozwiążemy - powiedziała z przekonaniem. - Będziemy musieli. - Mam nadzieję. - Nie bardzo w to wierzysz? - Mam pewne wątpliwości. Może przyjazd Rileya nie był najlepszym pomysłem. Cole już jest wrogo do niego nastawiony. Riley zrobi, co będzie w jego mocy; rodzina i przyjaźń wiele dla niego znaczą. Ale Cole uważa, że ktoś zajął jego miejsce i nie ukrywa tego. Jego wrogość ma podłoże osobiste, nie wynika z jakichś uprzedzeń rasowych, Maggie mam przeczucie, że przeżyjesz niejedną trudną chwilę. Jeśli jednak pójdziesz za głosem serca, jeżeli będziesz sprawiedliwa dla obu chłopców, myślę, że uda ci się opanować sytuację. To jest najważniejsze, Maggie: bądź sprawiedliwa. - Pewnie masz rację, randzie - powiedziała cicho Maggie. Już teraz zdawała sobie sprawę, że woli Rileya, choć kochała Cole’a, bo był jej dzieckiem. Poczuła ból, towarzyszący wyrzutom sumienia. - Nie! - pomyślała, potrząsając głową. - Nie oszukujmy się; któż by nie wolał szczerego, otwartego, serdecznego Rileya od trudnego, zakompleksionego, zamkniętego w sobie Cole’a? Rand odwrócił się i spojrzał przez ramię ku wschodowi. - Od tak dawna nie widziałem wschodzącego słońca! - powiedział cicho. - No to przybyłeś na właściwe miejsce. Nie ma nic, co dorównywałoby wschodowi słońca w Teksasie, może tylko teksaski zachód. Rand znów się roześmiał i zwracając się ku Maggie dojrzał odbicie swego uśmiechu w jej oczach. - Słowa godne prawdziwego Teksańczyka! - stwierdził. - Nacieszmy się ciszą i spokojem, Maggie. Niebawem wszyscy wstaną i znowu zacznie się cyrk. Kiedy Rand osunął się głębiej w fotel i złożył głowę na jego oparciu, Maggie odwróciła się w kierunku domu. Oczy jej rozszerzyły się, gdy spojrzała w okna na piętrze. Większość z nich była oświetlona. Za przezroczystymi firankami widoczna była sylwetka Sawyer. Maggie poczuła, jak serce jej rozszalało się, gdy uświadomiła sobie, że obserwowano ją bez jej wiedzy. W oknie pokoju Ryleya przemknął cień. Chłopiec także nie spał. Rand zdziwiony milczeniem Maggie otworzył oczy i popatrzył w tym samym co ona kierunku. Rozpoznał smukłą postać Sawyer w oknie. Czuł na sobie jej wzrok, pojmował zamęt jej uczuć i jej milczące oskarżenie. To on był winien, że stała tam samotnie. Nie widzieli się od dwóch miesięcy. Powinien być teraz razem z nią, a nie podziwiać wschód słońca z jej matką. Billie leżała, pełna niepokoju, u boku Thada w wielkim, zbyt obszernym łożu. Jestem przemęczona - mówiła sobie. Wiedziała jednak, że to ten dom, Sunbridge, budzi w niej niepokój. Żałowała teraz, że Maggie nie ulokowała ich obojga w pracowni na tyłach domu. Nawet gdyby była pełna kurzu i wilgoci, Billie wolałaby nocować tam, a nie tutaj. Spędziła pod tym dachem ponad połowę swego życia, tu przeżyła swe największe radości i najgłębsze smutki. Ale nigdy nie czuła, że naprawdę należy do Sunbridge. Jej ręka dotknęła gładkiej powierzchni płaskiego brzucha Thada. Delikatnie wijące się włoski musnęły jej dłoń i poczuła, jak Thad przysuwa się do niej. On także nie spał. Zauważył jaka była zdenerwowana, gdy kładli się do łóżka i odgadł intuicyjnie, że obawia się, iż zechce kochać się z nią tutaj, w tym domu, gdzie przeżyła tyle lat z Mossem. - Jesteśmy oboje zmęczeni, kochanie - szepnął, gdy oparła mu głowę na ramieniu. - Pozwól, że cię przytulę, dopóki nie zaśniesz. - Musnął wargami jej skroń i objął ją ramionami. Do tego momentu nie uświadamiała sobie, jak bardzo obawiała się spania z Thadem w jednym łóżku pod tym dachem. Thad był jej zbyt drogi, a ich wzajemna miłość stanowiła zbyt cenny skarb, żeby zatruć ją wspomnieniami Sunbridge. Billie przytuliła się mocniej do męża, otaczając go ramionami. Jeżeli tylko poleży spokojnie i spróbuje się odprężyć, sen z pewnością nadejdzie. Głos szepcący jej coś do ucha był serdeczny i żartobliwy. - Ty pierwszy zasnąłeś! - przekomarzała się z nim Amelia. - Ale już nie śpię! odparł Cary, przysuwając się bliżej; jego ciepłe, doświadczone dłonie sunęły po całym ciele. Amelia otoczyła ramionami szyję męża, przyciągając go do siebie, szukając gorąca jego ust. - Ubóstwiam kochać się o świcie! - szepnęła; jej leniwy głos był pełen pożądania. - A ja ubóstwiam to robić o każdej porze dnia i nocy. - Cary chwytał jej dolną wargę, drażniąc czubkiem języka wrażliwe wnętrze. - Nie mów tyle, tylko działaj! - Amelia przesunęła dłońmi po muskularnej, gładkiej powierzchni jego pleców, a potem wsunęła palce pomiędzy ich ciała, sięgając po niego i czując z rosnącego już nacisku na jej udo, że reakcja jego będzie żywiołowa i bezzwłoczna. Poczuł jej dotyk i z radością usłyszała, jak gwałtownie wciągnął powietrze. Jego pocałunki stały się jeszcze bardziej gorące. Jego ręce badały wszystkie zakątki jej chętnie poddającego się ciała. - Jak myślisz, ile mamy dla siebie czasu, nim zbudzi się cały dom? - spytał i uśmiechnął się widząc dobrze znaną reakcję: wygięła plecy w łuk, gdy palce męża delikatnie wkradły się pomiędzy jej nogi. - Zbyt mało - odparła zdyszanym głodem, oddając mu się w słodkim zapamiętaniu, do którego tylko Cary potrafił ją doprowadzić. Billie trzasnęła zamkiem swej torebki od Gucciego, starając się zagłuszyć odgłosy kłótni między Susan a Jerome’m, dobiegające z pokoju po przeciwnej stronie korytarza; z pokoju, który niegdyś zajmowała razem z Mossem. Pomieszczenie to słyszało już wiele podobnych sprzeczek i było świadkiem wielu niedoli. Thad pospiesznie chował swoje przybory do golenia do torby: chciał jak najszybciej opuścić wraz z Billie to miejsce! To nic, że zamierzali zatrzymać się tu cztery dni. Wystarczyła jedna jedyna noc i miał już dość Sunbridge, przynajmniej na rok. Niespokojnie obserwował Billie kątem oka, zdając sobie sprawę z tego, że musiała niechcący słyszeć Susan i Jerome’a. Billie zauważyła, że Thad jej się przygląda. - Może uspokoją się, jeśli zastukam do drzwi i powiem im, że wyjeżdżamy. - Nagle opadła na łóżko z opuszczoną głową, zasłaniając uszy rękoma. - Och, Thad, myślałam, że już nigdy nie dotrze do mnie słowo „aborcja” w związku z którymś z moich dzieci! Mam nadzieję, że nikt inny nie słyszał ich kłótni! - Jeżeli zastukasz do drzwi, zamilkną, ale zaczną na nowo, gdy nas już tu nie będzie. Wiesz, Billie, nigdy nie wiedziałem, co myśleć o Jerome’ie, aż do wczoraj. Ten gość to skończony drań! - Sama nie wiem. - Billie potrząsnęła głową. - Zawsze sądziłam, że Susan i Jerome są taką dobraną parą! Wyglądało na to, że wszystko ich łączy. Ale jeżeli nie mogą uzgodnić ze sobą sprawy potomstwa... z pewnością musiały być między nimi poważne różnice zdań. Teraz już rozumiem, dlaczego Susan tak nieoczekiwanie zawiadomiła nas wczoraj o swojej ciąży. Myślała, że kiedy sprawa raz wyjdzie na jaw, Jerome nigdy nie ośmieli się protestować przeciwko dziecku. Ale wygląda na to, że dokładnie sobie wszystko obmyślił. Thad, muszę z nią porozmawiać! - Kochanie, rób jak uważasz. Jeśli spóźnimy się na ten samolot, możemy polecieć następnym. Nie martw się terminami, liczysz się tylko ty i Susan. Billie uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Były chwile, kiedy myślała, że wystarczyłaby jej do szczęścia sama miłość Thada; ale to, że ją tak dobrze rozumiał było dla niej dodatkową premią, nieosiągalnym dla większości kobiet. Odgłosy kłótni nie cichły; ponieważ Thad i Billie skończyli już pakowanie, musieli z konieczności jej wysłuchać. - Do cholery, Susan, obiecałaś nikomu o tym nie wspominać! Powiedziałaś, że pomyślisz o aborcji! Nie możemy pozwolić, by dziecko zrujnowało nasze życie! Dlaczego nie byłaś bardziej ostrożna! Nigdy ci tego nie wybaczę! - To nie wybaczaj! Nigdy się nie zgadzałam na aborcję! To tylko ty stale mówiłeś o tym, Jerome! Ty podejmowałeś wszystkie decyzje! To moje życie, moje ciało, moje dziecko! - To również moje dziecko, a ja go nie chcę! Co będzie z tournée? Czy wyobrażasz sobie, że wszystko odwołam, ponieważ zaszłaś w ciążę i nie powinnaś tak dużo latać? Tak się nie robi, dobrze o tym wiesz! Kopenhaga jest dla mnie bardzo ważna. Zaczynam podejrzewać, że zrobiłaś to umyślnie! - Kopenhaga może być ważna dla ciebie, ale nie dla mnie! Dla mnie ważne jest dziecko! Ale pójdę na kompromis. Będę koncertować jeszcze przez trzy miesiące, aż do piątego miesiąca ciąży. Możesz to zaakceptować albo nie. Jak sobie chcesz. - Te trzy miesiące nie obejmują występów w Kopenhadze - powiedział ze złością Jerome. - Jeśli masz zamiar występować, zdecyduj się na wszystko albo na nic! - Jeżeli tak stawiasz sprawę, to rezygnuję ze wszystkiego. Możesz sobie wyjechać choćby dziś, proszę bardzo. Zostanę tu z Maggie, jestem pewna, że się zgodzi. - To dziecko nie jest nam wcale potrzebne! Nie chcemy go. Co się stanie, gdy przyjdzie na świat? Masz zamiar zrezygnować z kariery? A co będzie ze mną? - Ciebie zawsze interesuje tylko to, co dotyczy twojej osoby! A co ze mną? Może ty nie chcesz tego dziecka, ale jak tak! Jestem coraz starsza. Nigdy nie myślałam, że zajdę w ciążę. Nie planowałam tego; po prostu tak się przydarzyło, i jestem rada, że tak się stało! Świat się przez to nie zawali. - Słyszałam już dość - oświadczyła Billie. - Pora wyjeżdżać, Thad. - Jesteś pewna? - Całkiem pewna. - Uśmiechnęła się słabo. - Z tego, co usłyszałam, widzę, że Susan świetnie sobie radzi. Wie, czego chce i będzie o to walczyć. Jestem z niej dumna. Thad odczuł ulgę. - W porządku. Pozwól, że zniosę te rzeczy na dół, a potem powiesz Susan „do widzenia”. Z resztą wycałujemy się i wyściskamy na dole. Billie przeszła przez korytarz i cicho zastukała do drzwi, wołając córkę po imieniu. Susan otwarła z oczami pełnymi łez i szlochając rzuciła się w objęcia matki. Billie przytuliła do piersi jej jasną głowę. - Zrób to, co jest dla ciebie najlepsze, Susan. Podejmij decyzję i nie odstępuj od niej. Podam ci trasę naszej podróży w przyszłym miesiącu; potem zawsze możesz się ze mną skontaktować w Vermont. Nasz dom stoi przed tobą otworem, kiedy tylko będziesz tego potrzebować. - Mamo... - Susan przełknęła łzy. - nie chciałam, żebyś się o tym dowiedziała, nie chciałam, żeby się ktokolwiek dowiedział. Nie przypuszczałam, że Jerome może być aż tak samolubny... taki okrutny! - Kochanie, wszystkie nasze idole spadają od czasu do czasu z pomnika. Trzeba się nauczyć z tym żyć i wybaczać. No, wytrzyj oczka. Thad i ja jesteśmy już gotowi do drogi. Maggie stała na frontowej werandzie czując dławienie w gardle. Było jej przykro, że matka ją opuszcza. Poprzednio to ona odchodziła albo uciekała... Przepełniał ją żal z powodu wszystkiego, co na zawsze straciła, dopóki Billie nie zatrzymała się nagle i nie podbiegła do niej z powrotem, obejmując córkę ramionami. - Masz to, czego zawsze pragnęłaś, Maggie. Teraz staraj się to utrzymać. Wiem, że wszystko będzie dobrze; gdybym nie była tego pewna, nie mogłabym stąd odjechać. Było to kłamstwo, ale bardzo niewinne. Jeżeli Maggie zaczerpnie z niego otuchę, grzech zostanie Billie wybaczony. - Seth miał zwyczaj mawiać: „Albo łów ryby, albo odetnij przynętę!” Wczorajszy wieczór to wspaniały początek. Wykorzystaj to. - Dopnę celu, mamo - szepnęła Maggie żarliwie. - Wiem, że tak będzie. Dbaj o siebie i o chłopców! - Powiedz państwu Hasegawa, że będę opiekowała się Rileyem, niech się o niego nie martwią. I podziękuj im ode mnie, mamo. Maggie patrzyła w dal krętej alei długo jeszcze po tym, jak samochód zniknął ej z oczu. - Ja też nie lubię pożegnań - głos Randa zabrzmiał donośnie w ciszy poranka. Maggie odwróciła się gwałtownie, zła, że ktoś był świadkiem jej wzruszenia. - Jeszcze się nie położyłeś? - Nie, a sądząc z twojego wyglądu, ty chyba także nie. - Nie zdjęłam jeszcze wczorajszej kreacji, więc nie powiem, że zadziwiasz mnie intuicją! Chcę teraz wziąć prysznic i przebrać się. Myślisz, że będziesz w stanie wybrać się z chłopcami na konną przejażdżkę? Słyszałam, jak umawialiście się wczoraj po południu. - Owszem. Ale nie przypuszczam, że Cole się stawił. Nawiasem mówiąc, zajrzałem do niego. Ciągle śpi. Maggie skrzywiła się. - Nie czekaj na niego, Randzie. Pojedźcie razem z Rileyem. Cole będzie nie do życia, kiedy się wygramoli z łóżka. Jadłeś coś? - Jeszcze nie. Zauważyłem zastawiony bufet w jadalni. Całkiem w angielskim stylu. - Uśmiechnął się z aprobatą. - Brakuje tylko wędzonych śledzi i zapiekanki z nerek. Najpierw wezmę prysznic, a potem coś przegryzę. Może do tej pory Riley zejdzie na dół. - Już jest w stajni. Powiedział „do widzenia” mamie i Thadowi i uciekł. Chyba obawiał się, że rozpłacze się patrząc, jak odjeżdżają. Rand udał się na górę do swojego pokoju. Wiedział, że Sawyer już wstała, nigdy nie zapominała o pożegnaniu z babcią. Rand złapał się na tym, że stara się stąpać jak najciszej, mijając jej pokój. Poczuł do siebie wstręt. Do cholery, czy musi być aż takim tchórzem?! Kiedy znalazł się już w swoim pokoju, zrzucił ubranie i puścił prysznic na cały regulator. Uniosła się para i zachęcająca mgiełka. Rand stał już za matową szybą, oddzielającą sypialnię od łazienki, kiedy Sawyer weszła do pokoju, zamykając po cichu drzwi za sobą. Zatrzymała się na chwilę, czując, że siły ją zwolna opuszczają. Nerwowo dotknęła zamka na drzwiach, gotowa wycofać się na korytarz. Potem, zanim zdążyła się rozmyślić, przekręciła zamek zabezpieczając drzwi. Jeżeli nawet coś nastąpiło złego w jej stosunkach z Randem, musi to natychmiast naprawić! Czekała już wystarczająco długo. Nie mogła dłużej walczyć z dręczącymi ją myślami, z obawami, których przyczyną był sam Rand unikając jej lub okazując obojętność To będzie takie proste: wejdzie pod siekący deszcz kropel i wtuli się w jego ramiona. Ubóstwiała czuć jego ciało tuż przy sobie, ubóstwiała, kiedy razem brali prysznic, zatapiając w sobie nawzajem. To było jednak dawno, tak dawno... a ona tak bardzo go potrzebowała! Zeszłej nocy wymówił się zmęczeniem. Ale nie przeszkodziło mu to siedzieć z Magie. Był z nią nawet wówczas, gdy babcia i Thad odjechali. Sawyer nie podobał się tok jej własnych myśli. Obawiała się swoich emocji. Nie zastanawiaj się! - powiedziała sobie - działaj! Drążącymi palcami rozwiązała pasek swego matowego szlafroka. Kiedy koszulka również opadła na podłogę, Sawyer poczuła gęsią skórkę, mimo że w pokoju było ciepło. Jeżeli tylko mnie przytuli, wszystko będzie dobrze! - pomyślała w popłochu. - Rand sprawi, że wszystko znów będzie dobrze! - powtarzała sobie szeptem, starając się zdobyć na odwagę, otworzyć drzwi łazienki i wejść w obłok pary. Ledwie mogła dostrzec zarys jego ciała przez zaparowaną szybę. W uszach brzmiał jej szum płynącej strumieniami wody, a w żyłach równie gwałtownie kipiało pożądanie. Rand stał pod ożywczym prysznicem, starając się zmyć z ciała ślady nieprzespanej nocy i zatrzeć stający mu ciągle przed oczyma obraz Sawyer. Woda była gorące, prawie parzyła; czuł, jak czerwienieje mu od niej skóra na ramionach i pośladkach. Było to bolesne, ale pożądane: jeden rodzaj bólu dla zamaskowania innego. Bezszelestnie otwarły się drzwi łazienki i poczuł obecność Sawyer, zanim jeszcze ją ujrzał. Stała tu, prawie równie wysoka jak on, długonoga, smukła; kropelki wody lśniły na jej ramionach i pełnych piersiach. Wenus wynurzająca się z morza. Ale wyraz jej twarzy, uśmiech pełen nadziei, głęboka tęsknota w spojrzeniu, podziałały na niego paraliżująco. Ruchy jej były powolne i płynne, kiedy podeszła do niego, przytuliła się, obejmując ramionami i szukając jego ust. Jej ciało było niecierpliwe w swoich żądaniach: miednica poruszała się w zmysłowym rytmie, jej biodra przywierały do jego bioder. Skóra Randa była czysta i świeża: strumyczki wody wpadały jej do ust, gdy pieściła językiem nasadę jego szyi. Wabiła go coraz namiętniej, wpijając palce w jego uda, przyciągając go do siebie, pobudzając prawie niedostrzegalnymi ruchami bioder. Zdawała się nie dostrzegać tego, że jego ramiona nie obejmują jej, a usta nie oddają pocałunków. Nagle narosła w niej panika. Czuła w sobie pustkę, którą tylko Rand był w stanie zapełnić. Ale jego ramiona zwisały nieruchomo po bokach, jego wargi nie odpowiadały na dotyk jej ust. Niepohamowanie przywarła do niego, domagając się reakcji na swoje pieszczoty, odwołując się do jego zmysłów, nie mogąc się pogodzić z odmową. Opadłą na kolana, objęła ramionami jego nogi, pieściła go ustami, prawie płacząc w poczuciu beznadziejności, gdy zdała sobie sprawę, że wszystkie jej usiłowania są bezskuteczne. Nie był pobudzony; nie chciał jej; nie zdołała rozniecić w nim pożądania. Rand przyciskał ręce do boków, tak bardzo pragnął sięgnąć po nią, pocieszyć, wytłumaczyć - ale jak mógł to zrobić nie rozbudzając w niej próżnych nadziei? Jeżeli straciłby choć na chwilę żelazną kontrolę, nie zapanowałby już nad swoim ciałem. A wykorzystać Sawyer, kochać się z nią, gdy nie kochał jej prawdziwie, to znaczyło skrzywdzić ją jeszcze bardziej. Wyrwał mu się jęk bólu. Podniósł głowę, nie mogąc spojrzeć jej w twarz. Nawet zaciśnięcie powiek nie powstrzymało łez, które ściekały mu po policzkach, zlewając się z kroplami wody z prysznica. Sawyer jak ślepa zmagała się z drzwiami łazienki: rzuciła się na nie całym ciałem, usiłując je otworzyć. Z desperacją dławiła w sobie krzyk, który narastał w niej, gdy biegła potykając się na śliskich płytkach łazienki. Musi uciec stąd, ukryć się gdzieś, znaleźć zapomnienie! Błędnym krokiem, zatrzymawszy się tylko na moment, by wsunąć ramiona w rękawy szlafroka i owinąć się jego grubą tkaniną, uciekła w pustkę swego pokoju. Woda, która nie wsiąkła w szlafrok, spływała strumyczkami po nogach i tworzyła kałużę u jej stóp. Włosy miała mokre, kapało z nich na jej twarz i ramiona, ale Sawyer nie zdawała sobie z tego sprawy. - Randzie! - krzyczała w głębi serca - Dlaczego? Co się zmieniło? Czemu ty się zmieniłeś? Niemożliwe, żeby wszystko między nami było skończone! Nie dopuszczę do tego! Opadła na taboret przed staroświecką toaletką, nie mając odwagi spojrzeć na własne odbicie w lustrze, bojąc się tego, co mogłaby zobaczyć. Czuła już dawniej, że w Randzie zaszła jakaś zmiana, ale nie chciała w to wierzyć. Udawała, że nie dostrzega jego chłodu, nie słuchała jego wymówek. Ale dłużej już tak być nie mogło. Złe przeczucia. Strach. Obawa przed utratą kogoś, kogo się kocha, kogoś, kto powinien nas kochać. To nie było dla Sawyer nic nowego. Była znów dzieckiem, piszącym listy do Maggie i wyczekującym całymi dniami na odpowiedź, która nigdy nie nadchodziła. To byli jej starzy znajomi: ból, rany i złamane serce. Sawyer podniosła głowę i z gorzkim uśmiechem przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze. Cóż, jako dziecko musiała się pogodzić z losem, ale teraz nie była już dzieckiem. Tym razem nie miała zamiaru akceptować istniejącej sytuacji! Musi dowiedzieć się przynajmniej, dlaczego Rand tak się zmienił. Sawyer rozejrzała się wokoło. To nie był jej dawny pokój: wychowała się w starej pracowni na tyłach domu. Tam miała własny kącik. Tam znajdowały się wszystkie jej rzeczy, skarby jej dzieciństwa. Tam właśnie pragnęła się znowu znaleźć. Bezosobowy pokój, który przygotowała dla niej Maggie, sprawiał, że czuła się gościem, jakby Sunbridge nie było nigdy jej domem, jakby nie była w nim zawarta jej przeszłość, prawie całej jej życie. W jednej chwili podjęła decyzję, zrzuciła swój wilgotny szlafrok i włożyła stare dżinsy i niebieską koszulkę. W zniszczonych butach do konnej jazdy, wygodnych jak para starych kapci, z włosami związanymi w koński ogon, poczuła się jak dawna Sawyer, która nie doznała pod prysznicem upokorzenia od Randa. Jak Sawyer, która nadal wierzyła, że Rand ją kocha. Rozdział szósty Amelia wkroczyła do jadalni, cary tuż za nią. Jej oczy lśniły, a policzki były zaróżowione. Dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że przed chwilą kochała się z mężem i to w sposób bardzo satysfakcjonujący. Uśmiechnęła się ciepło do Susan i Jerome’a. Riley siedział już przy stole, pałaszując jajka na szynce i popijając z ogromnej szklanicy sok pomarańczowy. Nigdzie nie było ani śladu Cole’a. - Dzień dobry wszystkim! - rzucił przyjaźnie Cary nabierając sobie jedzenie na talerz. - Czy teksaskie poranki zawsze są takie piękne? Susan wzruszyła ramionami. Jerome jeszcze bardziej pogrążył się w myślach. Riley odpowiedział nieśmiało: - Tak mi się wydaje. Kiedy byłem tu poprzednio, na wiosnę, także było wspaniale. - Mogłeś mnie o to zapytać, Cary - nadąsała się Amelia. - I wysłuchać wykładu na temat teksaskiej pogody? Nie zapominaj, że mieliśmy dziś rano co innego do roboty. Susan nagle podniosła głowę. - Czy wychodzisz z domu, ciociu Amelio? - spytała niespokojnie. - Rzeczywiście mam taki zamiar. Chyba wrócimy dość późno. - Czy mogłybyśmy porozmawiać, kiedy wrócisz? Amelia zawahała się. Nie była dziś w nastroju do matkowania Susan; chciała zająć się wyłącznie Carym. - Zobaczymy, kotku. Może po obiedzie, co? - Dobrze... Kiedy Susan z powrotem zajęła się grzebaniem w leżącej na jej talerzu jajecznicy, Cary spojrzał na nią ze współczuciem. Wyglądała okropnie: zmęczona, opuchnięta, nieszczęśliwa. Najwidoczniej ciąża jej nie służyła. Jerome wstał od stołu, odstawiając pusty talerz, i wypił ostatni łyk wody. - Skończyłaś, Susan? - zapytał. - Nie, jeszcze nie. Chyba wypiję trochę więcej kawy. - Nic podobnego. Kofeina szkodzi ci na nerwy i nie będziesz mogła potem ćwiczyć. - Nie miałam zamiaru ćwiczyć. Jestem na wakacjach, a może o tym zapomniałeś? Poza tym nienajlepiej się czuję. - Poczujesz się lepiej, jak poćwiczysz - oświadczył Jerome. Cary znieruchomiał z widelcem w pół drogi do ust. Doszedł do wniosku, że nie lubi Jerome’a. To despota, a on nie znosił takich typków. Lepiej nie zwracać na niego uwagi, inaczej Jerome popsuje mu humor na cały dzień. Kątem oka dostrzegł, jak Amelia daje mu znaki, żeby nie wdawał się w sprzeczkę. Jerome dostrzegł milczącą wymianę zdań między Amelią a Carym i zorientował się, że jego kłótnia z Susan może doprowadzić do rodzinnej awantury. Bez słowa wykręcił się na pięcie i wyszedł z pokoju. - Nigdy nie wspominałaś mi, Susan - zachichotała Amelia - że Jerome jest taki humorzasty w rannych godzinach. Oczy Susan napełniły się łzami. - Ciociu Amelio, nie mówiłam o bardzo wielu sprawach związanych z Jereme’m. Muszę z tobą porozmawiać! - Tak, tak, oczywiście. Obiecuję, że wrócimy przed obiadem. - Z olśniewającym uśmiechem Amelia poklepała Cary’ego po ręce i wstała. - Nie ma już czasu na kolejną filiżankę kawy. I tak jesteśmy spóźnieni. Pospiesznie pochyliła się i ucałowała Susan w policzek. - Uszy do góry, złotko! Wszyscy mężczyźni są nie do wytrzymania, kiedy się rano obudzą. Ale to mija - zauważyła lekkim tonem i opuściła jadalnię radośnie uczepiona ramienia męża. Zbłąkana łza plusnęła do kawy Susan, więc odsunęła ją z obrzydzeniem. Mama odjechała, Amelia wyszła ze swoim nowym mężem, a ona została sama. Może uda się porozmawiać z Maggie lub Sawyer... albo spróbuje sama rozwiązać własne problemy. Westchnąwszy podniosła się z miejsca i skierowała do swego pokoju. Któż by pomyślał, że dziecko może zniszczyć małżeństwo i karierę! - jak mocno potrafię obstawać przy swoim? - zastanawiała się Susan. W gruncie rzeczy nigdy dotąd tego nie robiła. Póki postępowała, jak tego życzył sobie Jerome, sprawy układały się gładko. Ale po raz pierwszy w życiu sprzykrzyło się jej robienie tego, co chciał Jerome. Czuła się znużona ciągłymi podróżami, graniem w kółko tych samych utworów, praniem ich osobistych rzeczy w pokoju hotelowym. Chciała mieć własny dom. I dziecko. Cóż było złego w tym, że miała zamiar wziąć roczny urlop, żeby urodzić dziecko? Był najwyższy czas, żeby poczuć w sobie nowe życie, pielęgnować je, mieć kogoś, kogo będzie można kochać i kto będzie ją kochał, nie stawiając żadnych warunków. Susan weszła do sypialni i zatrzasnęła drzwi za sobą. Ze zdumieniem popatrzyła na męża. - Co ty robisz, Jerome? - To, czym ty powinnaś się zająć. Wyjeżdżamy. Mamy zobowiązania i nie pozwolę, żebyś się z nich wycofała z powodu jakiejś zachcianki. - Dziecko to nie zachcianka, Jerome. Mamy jeszcze tydzień. Obiecałeś przecież! Potrzebuję tego wolnego tygodnia. Dlaczego się tak okropnie zachowujesz? Bardzo mi się to nie podoba! - Wiesz, że nigdy nie lubiłem tego miejsca. Ty także mówiłaś mi, że za nim nie przepadasz. Nie mogę pojąć, dlaczego nagle upierasz się, żeby tu zostać. Przecież twoje życie to muzyka i ja. Czyż nie tak? Susan patrzyła na męża tak długo, że w końcu odwrócił wzrok. - To jest mój jedyny dom, jak dotąd. Mogę tu wypocząć, jestem całkiem wykończona. - To nie moja wina, że nie bierzesz witamin! - warknął Jerome. - Nie chodzi tylko o witaminy. Stale przegryzamy jedynie w przelocie. Jedzenie jest albo zbyt wysuszone, albo nie dogotowane. Brakuje mi snu. Ciągle jesteśmy w rozjazdach i harujemy. Już nie wytrzymuję tego tempa! Musisz to zrozumieć! - To ty musisz zrozumieć, że trzeba jak najprędzej usunąć tę ciążę. Żądam tego! To dla nad najlepsze rozwiązanie! - Może dla ciebie, ale nie dla mnie! Powiedziałam ci, że nie chcę aborcji! Nie potrafiłabym żyć ze świadomością, że zrobiłem coś podobnego! Zrozum, Jerome: nigdy, ale to nigdy nie zabiję tego dziecka! Jerome poczuł, jak dławi go narastający w jego wnętrzu gniew. Był tak wściekły, że z trudem mógł wykrztusić: - Chcesz mnie zniszczyć! Z premedytacją! Nie narodzone dziecko znaczy dla ciebie więcej niż ja! Nie kochasz mnie! Nigdy mnie nie kochałaś! Susan opadła na łóżko. Może Jerome miał rację? Może istotnie nigdy go nie kochała? Niczego już nie była pewna. I nagle zdała sobie sprawę, że Jerome zawsze stosował tę taktykę: starał się obudzić w niej poczucie winy, by osiągnąć swój cel. Ale tym razem mu się nie uda! Należy przecież do Colemanów, a im, na litość boską, nigdy nie brakował siły charakteru! - Czego konkretnie oczekujesz ode mnie, Jerome? - spytała, a w jej głosie zabrzmiała stanowczość. - Żebyś przerwała ciążę. Skończymy to tournée. W przyszłym roku trochę zwolnimy obroty. Obiecuję ci, że pojedziemy na greckie wyspy: zawsze marzyłaś o tej wycieczce. Chyba nie wymagam od ciebie zbyt wiele? - Chcesz dowiedzieć się, czego ja sobie życzę? Albo co uważam za dobre dla mnie i dla naszego dziecka? No to ci powiem! Skończę to tournée i wrócę do Sunbridge, jeśli Maggie się na to zgodzi, żeby tutaj urodzić dziecko. Zrobię sobie dwuletni urlop. Ty możesz kontynuować swoje występy. Jeśli chcesz, wracaj do Anglii; jak nie, zostań razem ze mną w Sunbridge, takie są moje ostateczne warunki, Jerome. Nie będzie miało wpływu na nie to, czy wyjedziemy teraz czy pod koniec tygodnia. Decyduj się: tak czy nie? Mózg Jerome’a dokonywał przyspieszonych kombinacji jak przeciążony komputer. Był pewien, że skoro raz wyciągnie stąd Susan, zmusi ją do spełnienia swoich życzeń. A on życzył sobie występów w Kopenhadze. - Dobrze, umowa stoi. Ale chcę, żebyśmy wyjechali stąd od razu. Dziś wieczorem. Możemy wrócić samolotem. Co ty na to? - Jakie to ma w końcu znaczenie? - pomyślała ze znużeniem Susan. Wróci tu za trzy miesiące. Oby tylko Maggie wyraziła na to zgodę! Cole próbował wstać z łóżka i natychmiast opadł na nie z powrotem. W głowie mu huczało, serce waliło, w gardle rósł posmak żółci. Wiedział, że musi pobiec do łazienki, ale nie mógł się podnieść. Przetoczył się na brzeg łóżka i zwymiotował na ciemnobrązowy dywan. Jęknął. Czemu, u diabła, pił to piwsko?! Mógł sobie poprawić humor paląc jointa i nie nabawiłby się takiego kaca. Wiedział na pewno: pijakiem nie zostanie! Czy bardzo się wygłupił zeszłej nocy? Pewnie tak, bo nie czułby się w tej chwili tak okropnie. Przez głowę przemknęło mu wspomnienie Randa i Rileya. Przypomniał sobie, jak Rand wepchnął go pod prysznic po tym, jak o mało nie wyrzygał z siebie całych wnętrzności. I że był przy tym Riley. Niezawodny harcerzy Riley. Już nie mógł patrzeć na tego żółtka - a przecież był on tu zaledwie jeden dzień. Cole’owi nadal mąciło się w głowie. Miał coś zrobić dziś rano... Gdyby tylko mógł skupić myśli... Dlaczego jego matka nie przyszła sprawdzić, co się z nim dzieje? Pewnie ubiegłej nocy aż skakała ze złości! Może zajrzała tu, gdy spał? W gruncie rzeczy, mało go to obchodziło. Rozległo się ciche stukanie do drzwi. Cole nie zareagował. Stukanie powtórzyło się. To nie mogła być jego matka; ona by od razu weszła. Kiedy stukanie rozległo się po raz trzeci, Cole przewrócił się na łóżku i wrzasnął: „Wejść!”. Jego własny krzyk spowodował, że łupnęło mu w głowie: skrzywił się. Riley zajrzał przez szparę w drzwiach. - Wybierasz się na konną przejażdżkę, Cole? - Nie dzisiaj. Zresztą, kiedy indziej też na mnie nie licz. Nie znoszę koni. Riley zamrugał oczami. Jak Teksańczyk mógł nie lubić konnej jazdy?! - Może przynieść ci aspirynę albo szklankę wody? - Nie, dzięki. Wynoś się stąd. Mam to i owo do roboty. - Cole, twoja matka przysłała mnie po ciebie na górę. Sam nie przeszkadzałbym ci, bo... - Wiesz, jak sobie wczoraj popiłem? No więc czuję się dzisiaj pod psem. Nic mnie nie obchodzi, czy matka chce mnie widzieć czy nie. Powiedz jej, że ciągle jeszcze śpię. Tym sposobem będziesz niezwyciężony, całkiem jak twój „stary pan”. Riley najeżył się. - Co to ma niby znaczyć? - Dokładnie to, co ci się wydaje. I w ogóle po co tu przyjechałeś? Jak długo masz zamiar zostać? I kto cię tu zapraszał? - Mój dziadek i nasza wspólna babcia uzgodnili to między sobą, a ciocia Maggie przysłała oficjalne zaproszenie, mam tu zostać tak długo, jak będę chciał. To jest również dom mojego ojca. - Chciał mówić dalej, ale pohamował się. Cole był chory i wściekły, obejdzie się bez bójki. - Założę się, że nie możesz się doczekać, kiedy ci odpalą twoją dolę, no nie? - Jaką znowu dolę? - Nie rżnij głupa, żółtku! Chodzi o ten majątek, Sunbridge. No cóż, akt własności jest na imię mojej matki, a kiedy ona wykorkuje, przejdzie na mnie. Pierwsza rzecz spalę to wszystko. - Cole, ja nie potrzebują żadnej „doli”. Jestem tutaj, bo nigdy nie miałem okazji poznać mojego ojca. To jedyny powód. - Jasne, jasne - mruknął Cole usiłując wstać. Musiał natychmiast chwycić za podpórkę łóżka. - Chyba ci już mówiłem: zmiataj stąd! - Już idę. Mam nadzieję, że niedługo poczujesz się lepiej - powiedział Riley zamykając za sobą drzwi. Co teraz mam powiedzieć cioci Maggie? - zastanawiał się idąc powoli korytarzem. Kłamstwo to kłamstwo, jakkolwiek na to spojrzeć. Może lepiej wrócić na chwilę do swojego pokoju? Uśmiechnął się szeroko. Warto chociażby po to, żeby znowu się przejrzeć w tym wielkim lustrze. Wszystko, co miał na sobie, należało kiedyś do jego ojca, włącznie z krótkimi spodniami do konnej jazdy. Wszystkie rzeczy były schowane w plastikowych torbach i kartonowych pudłach. Znalazł je w swojej szafie, na wszystkich pudłach były napisy zrobione ręką babci, ktoś potem wyjął z nich rzeczy, wyprał i poukładał w przyjemnie pachnących szufladach. Riley spakował z powrotem swoje ubrania i ustawił walizki na górnej półce. Od tej chwili będzie chodził wyłącznie w rzeczach ojca. Wrócił do swojego pokoju i usiadł przy biurku swego taty. Potarł policzek o ramię. Z koszuli w kratkę unosił się zapach czystości... i czegoś jeszcze. Taki sam zapach miała baseballowa czapka, którą babcia przywiozła mu, kiedy przybyła z pierwszą wizytą do Japonii. Pokój należący kiedyś do jego ojca był tak różny od jego własnego pokoju w Tokio! Tamten urządzony był w stylu wschodnim, z lekkimi mebelkami, dużą ilością wolnej przestrzeni. Tutaj stały ciężkie zachodnie meble. W pokoju należącym do dorosłego mężczyzny można było dostrzec ślady dziecka, którym był on niegdyś. Półki w szafie pełne były dawnych skarbów, Riley dokładnie je obejrzy kiedyś, gdy przyjdzie właściwa pora. Wyobrażał już sobie, jak siedzi przy biurku, w świetle stojącej lampy z ruchomą podstawą, studiuje te same co ojciec książki, może nawet używa jego ołówków - zostało ich sporo w szufladzie. Miał ochotę wybiec z domu i zapoznać się dokładnie ze wszystkim, zbadać cały teren. Podczas długiego lotu w towarzystwie Sawyer fantazjował na temat wszystkiego, co będą robili wspólnie z Colem. Wierzył, że staną się kumplami, nierozłącznymi przyjaciółmi. Mając szesnaście lat jest się prawie dorosłym. Myślał więc o dziewczynach, randkach i późniejszych rozmowach w zaciszu sypialni na temat tych podbojów. Nigdy tak nie będzie. Marzenia nie spełnią się. Zrozumiał, jak sprawy wyglądają, od razu gdy poznano go z Cole’em. Cole Tanner był jego kuzynem, ale okazał się nie do zniesienia! W porządku, będzie obchodził go bokiem. Z westchnieniem Riley wstał i po raz ostatni spojrzał w lustro. Nie mógł już dłużej zwlekać - trzeba było wracać na dół. Ciocia Maggie posłała go po Cole’a, musi jej więc jakoś wyjaśnić... Ulżyło mu, gdy zobaczył Cole’a za zakrętem korytarza. Nie starał się go dogonić i nie zdziwił się, gdy tamten nie zaczekał na niego. Riley wiedział, że ciocia Maggie sądzi, iż zeszli razem, gdy zjawiła się u podnóża schodów i obserwowała, jak z nich schodzą. Żaden z chłopców nie wyprowadził jej z błędu. - Jesteś wreszcie! Już myślałam, że masz zamiar przespać cały dzień! - słowa te były skierowane do Cole’a, ale od razu zwróciła się do Rileya: - Ken przygotował ci konia: w każdej chwili go osiodłają. Możesz od razu zacząć naukę. Cole wkrótce do ciebie dołączy. Chcę przedtem napić się nim kawy. - Jesteśmy dziś nie w sosie, prawda? - zauważyła Maggie pobłażliwie po wyjściu Rileya. - Nie zgrywaj się, matko. Mam kaca i oboje dobrze o tym wiemy. Twoje pogodne uśmieszki nie pomogą na ból głowy ani na żołądek, który mi się wywraca. I wyjaśnijmy sobie raz na zawsze: nie mam zamiaru jeździć konno, ani z moim kuzynkiem, ani bez niego! Będę ci wdzięczny, jeśli przestaniesz zwalać mi go na kark. Maggie wzięła głęboki oddech. Najwyraźniej zanosiło się na poranną kłótnię. - Słuchaj, Cole, musimy przedyskutować ze sobą parę spraw. Możemy to zrobić równie dobrze teraz jak kiedy indziej. Potraktuj to jako polecenie. Gdy tylko Marta nalała Cole’owi pomarańczowego soku i wyszła, Maggie odezwała się: - Jestem bardzo rozczarowana, Cole. Wczoraj wieczorem miałam nadzieję, że stać cię na coś więcej. Wiedziałeś, jakie ważne jest dla mnie to przyjęcie. Jak mogłeś zachować się w ten sposób! Jesteś jeszcze dzieckiem! - Chyba słyszałem od kogoś, że w moim wieku sama już miałaś dziecko, matko - bezczelnie wycedził Cole. Maggie wzdrygnęła się jak pod ciosek, ale nie dała się sprowokować. - Musimy ze sobą porozmawiać, Cole. Nie podoba mi się to, co się dzieje. Chcę, żebyśmy byli prawdziwą rodziną. Mamy sprawy, które wymagają omówienia. - Jak wtedy, kiedy powiedziałaś, że zastanowisz się nad moim wyjazdem za granicę? To było puste gadanie, no nie? Nigdy nie miałaś zamiaru pozwolić mi na tę wycieczkę. Przyznaj sama! - Przyznaję - odparła Maggie przez zaciśnięte zęby. - Chciałam, żebyś został tu, w Sunbridge. Nie wrócisz już do tej wojskowej szkoły. W jesieni zaczniesz naukę tutaj, na miejscu. Bardzo mi przykro, że zrzucam ci to wszystko na głowę, kiedy źle się czujesz, ale jest to konieczne. - Wcale nie! Robisz mi na złość i dobrze o tym wiesz! Po co tu przyjechał Riley?! Nigdy mi nie dałaś na to konkretnej odpowiedzi. Nie wyobrażaj sobie, że zostaniemy kumplami, bo ten numer nie przejdzie! Maggie ustawiła starannie filiżankę z kawą na środku spodka. - Miałam nadzieję, że będzie to możliwe. Liczyłam, że się postarasz, bo jest to dla mnie bardzo ważne. Jesteś zazdrosny o Rileya, Cole? Cole prychnął. - Ja? O tego żółtka?! Nie wygłupiaj się, matko! - Nie mogę cię zmusić, żebyś go polubił, ale żądam, byś zachowywał się uprzejmie. Żądam, rozumiesz?! - dodał ostro. - A jak nie, to co? Już mi zapowiedziałaś, że nie pojadę na wycieczkę. Już wiem, że mam uczyć się w tutejszej budzie. Czym mnie jeszcze postraszysz? - Czemu jesteś taki nieznośny? Dlaczego nie chcesz pójść mi na rękę? Czy zawsze musimy skakać sobie do gardła? - A dlaczego zawsze zwalasz wszystko na mnie?! To przecież ty nie potrafisz nawiązać żadnych ludzkich kontaktów! - Już mam dosyć twoich złośliwych przytyków do mojej przeszłości. Próbuję się z tobą jakoś dogadać, Cole. Popełniłam wiele błędów i muszę teraz przez nie cierpieć. Nie chciałabym, żeby z tobą było podobnie. - Jabłko nie pada daleko od jabłoni, to chciałaś powiedzieć? - Nie, wcale nie to. Próbuję powstrzymać się od popełniania błędów, ale ty wcale mi w tym nie pomagasz. - Gdybyś postępowała ze mną od początku jak należy, nie byłoby teraz o czym gadać. - A posłuchałbyś moich argumentów? Naprawdę? Kiedy Cole wzruszył ramionami, Maggie ciągnęła dalej: - Jeśli chodzi o Rileya, to ma on takie samo prawo do mieszkania tutaj jak ty czy też ja; gdyby jego ojciec nie zginął, odziedziczyłby Sunbridge. - A tak, to się dostało drugiej lidze, co, matko? - Przestań Cole! To wcale nie zabawne. Przede wszystkim powinieneś wziąć od swego kuzyna kilka lekcji dobrego wychowania. - Wiedziałem, że z czymś takim wyskoczysz! On jest wysoki i, och, jaki śliczny! A ja o głowę niższy i chuderlawy. To twarzy mu w ciuchach po ojcu, a ja wyglądam jak błazen w tym przebraniu. Ale nie zrobisz ze mnie kogoś, kim nie jestem, zrozumże, matko! - Nie próbuję wcale zrobić z ciebie kogoś innego. Chcę ci dać porządny dom, gdzie mógłbyś na dobre zapuścić korzenie. To bardzo ważne, Cole. Przedtem byłeś przez cały rok w szkole, a na wakacje przyjeżdżałeś w gości do Nowego Jorku. To nie był twój prawdziwy dom. Tutaj jest dom! - Twój dom, matko! Dla mnie nic on nie znaczy. Mieszkanie w Nowym Jorku było fajne! Lubiłem Nowy Jork. - A ja nie. - I o to chodzi! Ma być tak, jak ty chcesz! Zawsze jest tak, jak ty sobie życzysz! Ty i tata nawet mi nie powiedzieliście, że bierzecie rozwód. Musiałem usłyszeć o tym od szkolnego wychowawcy. - Chciałam ci o tym powiedzieć. Twój ojciec też. Ale twój wychowawca uważał, że będzie najlepiej, jeśli dowiesz się o tym od niego. Posłuchaliśmy, niestety, jego złej rady. Bardzo tego żałuję, ale nie da się już tego odrobić. - Zadzwoniłem dziś rano do taty. - Co takiego? Cole roześmiał się. - Wiedziałem, że tak podskoczysz! Zadzwoniłem do taty dziś rano. Przyjedzie tu na weekend. Powiedział, że miał zamiar zrobić nam niespodziankę w przyszłym tygodniu, ale może przyjechać wcześniej, bo jest wolny. - Cole przez chwilę napawał się wyrazem twarzy matki, a potem zadał ostateczny cios: - Powiedział, że mogę, jeśli zachcę, przyjechać do Nowego Jorku i zamieszkać razem z nim. Maggie udało się zapanować nad sobą. Sięgnęła po filiżankę drżącą ręką, mocno ją ścisnęła w dłoni, ale nie podniosła do ust. - Sąd mnie przyznał całkowitą opiekę nad tobą - powiedziała spokojnie. - Nie możesz wyjechać do Nowego Jorku bez mojej zgody. A ja się nie zgadza. Zrozumiano? - Tata jest prawnikiem. Powiedział, że wszystko załatwi poza tobą. - Nie uda mu się. Zostajesz tutaj. Cole zerwał się od stołu. - Nie zrobisz ze mnie sobowtóra swojego brata czy ojca! Właśnie to próbowałaś robić! Umieściłaś mnie w wojskowej szkole, żebym nosił mundur jak dziadek. Stale doszukujesz się we mnie podobieństwa do niego! A teraz chcesz, żebym zgrywał się na kowboja, jak twój brat! Posługujesz się mną, żeby zmazać własne poczucie winy! - To nieprawda! - Czyżby?! To po co sprowadziłaś Rileya?! Mogłaś odmówić, gdy babcia spytała, czy może tu przyjechać. Jego też wykorzystujesz! - Nie, Cole, mylisz się. - Nie, matko, mam rację! - Nie będę kłócić się z tobą na ten temat. Ponieważ już powiedziałeś mi o wizycie twego ojca, poczekajmy, aż przyjedzie, żeby wszystko przedyskutować. A tymczasem masz się zachowywać tak, jak sobie tego życzę, i robić to, co każę. Wiem, że nie nadajesz się dzisiaj do konnych przejażdżek, ale w stajni przyda się ktoś do pomocy. Pospieszyłabym się więc na twoim miejscu - powiedziała Maggie stanowczo, choć dosyć przyjaźnie i zabrała do roboty. Cole spojrzał na nią z otwartymi ustami. Miał zamiar zaprotestować, ale się rozmyślił. Zrobi listę wszystkich doznanych krzywd i przedstawi ją ojcu. Tata go zrozumie i załatwi wszystko jak należy. Kiedy Cole wybiegł wściekły z jadalni, Maggie całkiem się załamała. Nagle poczuła czyjąś silną rękę na ramieniu i zdumiona podniosła wzrok. - Rand! - Uważam, że poradziłaś sobie znakomicie. Przykro mi, że podsłuchiwałem, ale kiedy usłyszałem waszą sprzeczkę, nie chciałem wchodzić i wtrącać się. - W porządku. Widzisz teraz, jakie mam problemy. - Owszem, masz. Może jak przyjedzie jego ojciec, uda się wam coś razem obmyślać. Maggie roześmiała się z goryczą. - Mało prawdopodobne. Cranston nie będzie dyskutował na temat Cole’a. To go wcale nie obchodzi. Był rad, że mnie przyznano całkowitą opiekę nad chłopcem. Jesteśmy w trakcie postępowania rozwodowego. Co za pomysł, żeby Cole przeszedł pod jego opiekę!... To mnie doprawdy zabolało. - Cole nie różni się od większości dzieci: będzie wygrywał was przeciwko sobie, jeśli przekona się, że ujdzie mu to płazem. - Zupełnie nie pojmuję... Zadbałam dla niego o wszystko: najlepsze szkoły, najlepsze ciuchy, spora tygodniówka. Wspaniałe wakacje. Czego on jeszcze chce? - Nie o to chodzi. To, czego on przedtem od was chciał, czego potrzebował, to była prawdziwa rodzina, a wy odesłaliście go do szkoły. Przyznaj sama, Maggie. Nie byłaś najbardziej troskliwą z matek. Nie chcę cię obrażać, wierzaj mi! Teraz nagle chcesz mieć rodzinę. Cole sam nie wie, co o tym myśleć, i jest wściekły. Uważa Rileya za intruza, który wdziera się w jego prawa. Musisz sobie jakoś z tym poradzić. Miejmy nadzieję, że Cranston ci w tym pomoże. Rodzice zawsze chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Maggie znów roześmiała się z gorzką ironią. - Był czas kiedy nazwałabym taką odzywkę zwykłym łgarstwem. Muszę się wielu rzeczy nauczyć, Randzie. Ciągle jestem zagubiona, ale zaczynam dostrzegać w dali światełko. - Będzie coraz wyraźniejsze, a droga szersza. Miej tylko oczy otwarte! Maggie roześmiała się. - Zawsze mam otwarte! Rand zabrał się do grzanek. Maggie była taka piękna, kiedy się śmiała. Sawyer ubóstwiała słodki zapach siana i ostrą woń charakterystyczną dla wnętrza stajni. To było jej najulubieńsze miejsce w całym Cunbrige; ogromna, mlecznobiała budowla z belkami pomalowanymi wewnątrz na czerwono, jak dojrzale jabłka. Widać było stąd pracownię z południowym światłem wpadającym przez ogromne górne okna. Wyglądała tak czysto i porządnie, tak pusto - jej użytkownicy dawno stąd odeszli. Niewiele zostało z przeszłości. Gdyby tylko czas stanął w miejscu, choćby na krótką chwilę! Żeby można było pozbierać wspomnienia i uczynić je częścią własnej istoty tak, by odżywały, gdy tylko przymknie się powieki! Oczy Sawyer błądziły z miłością po łagodnym zboczu, którym tyle razy zbiegała do domu - do Sunbridge. Było piękne w świetle późnego już poranka. Złota rozżarzona kula na ściany barwy polnej róży rzucała cienie: liliowe, karminowe, szare... Okna połyskiwały jak diamenty. Za tymi lśniącymi szybami kryły się tajemnice, zarówno radosne jak bolesne, a czasem wstydliwe. Za jedną z tych szklanych tafli był Rand. O czym teraz myślał? Odwróciła się zdumiona usłyszawszy jakiś szelest za plecami. - Cole? Nie wiedziałam, że tu jesteś. - Nie z własnej woli, z całą pewnością! - odparł kwaśno. - Nasza matka uważa, że dobrze mi zrobi, jak oczyszczę to śmierdzące pomieszczenie. Riley wybiera się na konną przejażdżkę z Randem, jeżeli jego szukasz. Sawyer przez chwilę patrzyła na swego przyrodniego brata zastanawiając się, ile mieli ze sobą wspólnego - i czy w ogóle coś ich łączyło? Prawie go nie znała, ale jak dotąd nic nie wskazywało na to, że posiada jakieś zalety. - Prawie codziennie zajmowałam się tym, co ty w tej chwili robisz, żebyś wiedział. - Uśmiechnęła się. - to jest konieczne dla ich wygody i zdrowia. Z czasem przyzwyczaisz się do tej roboty. Kocham konie! - A ja nie. Nie znoszę konnej jazdy, a poza tym mamy przecież stajennych. Matka robi mi po prostu na złość dziś rano. - A czemuż to? - spytała Sawyer nonszalanckim tonem. Nie potrafiła się powstrzymać. - Bo się skompromitowałem wczoraj wieczorem, wypiłem za dużo piwa i poszło mi do głowy. Rand i Riley musieli mnie ratować, a matka to zauważyła i wymierza teraz karę. Poza tym jest więcej niż wściekła, bo zadzwoniłem do mego ojca do Nowego Jorku. - Nie pozwala ci na to? - spytała z ciekawości Sawyer. Cole zmrużył oczy od słonecznego blasku. - W normalnych warunkach nie ma zwykle nic przeciwko temu, ale tym razem spytałem go, czy mógłbym zamieszkać razem z nim w Nowym Jorku. Ojciec przyjedzie tu podczas weekendu. Matka jest chora ze złości - dodał Cole ze złośliwym uśmieszkiem. - Wydawało mi się, że ci się tutaj podoba? Wiem, że niezbyt dobrze się znamy, ale to wcale nie znaczy, że mi na tobie nie zależy. Chcę, żebyś o tym wiedział. Cole spojrzał na siostrę. Doszedł do wniosku, że ją lubi. Zawsze sprawiały mu przyjemność jej krótkie, rzeczowe listy. I zawsze przysyłała mu najodpowiedniejsze prezenty. - Wiem - odparł z namysłem. - A jeśli chodzi o to miejsce, to nigdy nie miałem okazji ani go polubić, ani nabrać do niego wstrętu. Sunbridge było tabu, kiedy dorastałem. Chciałem tu przyjechać, ale matka zawsze wolała gdzie indziej. Wiesz, o czym mówię. Sawyer uśmiechnęła się szeroko. - Biedne bogate maleństwo! Dzieciaki przezywały tak również i nas! Maggie także! Słyszałam rozmaite złośliwe docinki. Byłam nieślubnym dzieckiem. Niektóre przezwiska bolały mnie... Wiem, jak się czujesz, Cole, jeśli ci to coś pomoże. Cole nie odpowiedział nic, ale Sawyer czuła, że brat nie dąsa się i nie odsuwa od niej. Po prostu był jeszcze chłopcem i coś bardzo go bolało. - Słuchaj, mnie też coś gryzie i chciałabym się odreagować - powiedziała. - Jeśli przyniesiesz drugie widły, to ci pomogę. Miałam zamiar pojeździć konno, ale mogę to zrobić innym razem. Wspólnie pocholerujemy sobie, że zagonili nas do takiej parszywej roboty! Co ty na to? Cole uśmiechnął się. - Poczekaj, idę po drugie widły. Miał zamiar zrzucić na siostrę cały ciężar roboty, ale gdy zobaczył, jak uczciwie się do tego bierze, nie mógł pozostać w tyle. Pracowali razem, pocąc się i posapując z wysiłku, w pełnej wzajemnego zrozumienia ciszy. Kiedy Sawyer oznajmiła, że czas zrobić przerwę, zwalili się oboje na stertę słomy. - Wyszłam z wprawy - sapnęła Sawyer. - Mam kaca! - jęknął Cole. Sawyer wybuchnęła śmiechem. - Wyobrażam sobie, że Maggie omal nie padła na twój widok! - Jasne! Jest teraz pewna, że biorę prochy, chleję i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. To był jedyny sposób, żeby jakoś znieść tę cholerną imprezę! Matka chciała się popisać najmłodszym z rodu Colemanów. Ale jaki tam ze mnie Coleman?! Jestem Tanner! A potem zjawił się Riley! - wyrzucił z siebie Cole, dziwiąc się sam sobie. Bardzo rzadko zwierzał się komuś tak jak w tej chwili. - Pewnie, to musiał być dla ciebie trudne do zniesienia. Cole oparł się na łokciu i wetknął w zęby źdźbło słomy. - Pewnie tak samo trudne, jak dla ciebie to, że Rand robi słodkie oczy do mojej matki. - Widzę, że z ciebie przemądrzały dupek - zauważyła chłodno Sawyer. - Dziś rano jedli sobie razem śniadanko. - Chcesz mi koniecznie sprawić przykrość? - spytała Sawyer. - Pewnie tak - odparł Cole. - Ona jest także twoją matką. Ciebie skrzywdziła i mnie krzywdzi, tyle że w inny sposób. Nasza matka to wredna dziwa! - A ty i ja to dwa aniołki, które ona chce wykończyć. Tak uważasz? Cole zaczerwienił się. - Tego nie powiedziałem. Ale przyznasz, że nie jest wzorem matek! Chyba to zauważyłaś! - Owszem, zauważyłam. Nie wiedziałam tylko, że dotyczy to również ciebie. Przykro mi. Widzisz, ja miałam babcię. Ty nawet tego nie masz. Cole zerwał się. - Przestań użalać się nade mną! Sawyer zauważyła, że brat ścisnął widły tak, że aż kostki mu zbielały. - Nie da rady, dzieciaku - powiedziała lekkim tonem. - Musisz dorosnąć tam samo jak reszta z nas i zrobić coś ze swoim życiem. Dam ci dobrą radę. Colemanowie nie mażą się i nie załamują pod ciężarem. Przynajmniej nie na ludzkich oczach. Ponieważ jesteś półkrwi Tannerem, sam musisz zdecydować, czy ci ta zasada odpowiada. Sawyer podniosła się. - Weźmy się znowu do roboty, zanim całkiem wypadnę z rytmu i będę się musiała na nowo rozruszać! - Objęła brata i poklepała go po chudym ramieniu. Cole odwzajemnił się, przytulając na chwilkę do niej. Sawyer ucieszyła się z tego. Godzinę później Cole wsparł się na widłach i powiedział: - Przepraszam za te głupie dowcipy o matce i o Randzie. Sawyer odwróciła się nie przerywając pracy. - Czy powiedziałeś mi prawdę? - No tak. - W takim razie nie masz za co przepraszać. Jakoś sobie z tym poradzę. Na pewno sobie poradzi! - pomyślał Cole. Żałował teraz, że nie poznał jej lepiej przez te wszystkie lata. Czuł, że teraz będzie się jeszcze bardziej starała być dla niego prawdziwą siostrą. Wiedział też, że Sawyer sprawi, że i on wyjdzie jej naprzeciw. Zdobył w niej nie tylko siostrę, ale i przyjaciela. Ta myśl bardzo go ucieszyła. - Powiedz mi, co myślisz o Rileyu? Cole obojętnie wzruszył ramionami. Sawyer przerwała na chwilę pracę. - To miły chłopak, Cole. Mógłbyś bardzo ułatwić mu życie podczas jego pobytu tutaj. Cole ponownie wzruszył ramionami. Rozdział siódmy Cary rad był, że Amelia mu towarzyszy. Lubił zajmować się wspólnie z żoną różnymi sprawami. Dzięki niej wszystko stawało się interesujące; jakimś cudem w każdej dziedzinie potrafiła wykazać swą doskonałość. Choćby teraz biła na głowę każdego zawodowego przewodnika, ukazując charakterystyczne punkty terenu i granice posiadłości, podając koszty budowy ogrodzenia i wyliczając, ilu roboczogodzin wymaga prowadzenie choćby niewielkiego rancza. Falisty teren pokrywały łąki. Panowała piękna teksaska pogoda: czyste niebo, po którym płynęło tylko kilka obłoczków jak z waty, było pastelowo niebieskie, w kolorze sukni Amelii. - Widziałeś kiedyś pogodniejsze niebo, oddychałeś czyściejszym powietrzem? - spytała Amelia, wciągając je głęboko w płuca. - Chyba nie. To całkiem wiejski teren. Myślałem, że będzie tu więcej zabudowań. Ile, według ciebie, wynosi powierzchnia tego rancza? - Tam na prawo jest ziemia pana Santo, Teksańczyka, który założył swoje ranczo równocześnie z moim tatą. Powiedziałabym, że ma około siedemdziesięciu tysięcy akrów. Jeden z jego synów postawił dom na tyłach posiadłości. Zupełnie go nie widać od strony drogi. - Główny budynek wydaje mi się bardzo duży - zauważył Cary, wyciągając szyję. - I rzeczywiście jest duży. To parterowa willa w meksykańskim stylu. Mówię ci, wspaniała! - Taka piękna jak Sundridbe? - Na swój sposób, owszem. Rodzina Santo to mili ludzie. Przekonasz się, że większość Teksańczyków jest miła. Ale mają głowy do interesów. - Znowu czytasz w moich myślach! Amelia wzruszyła ramionami. Rzeczywiście tak było. Zawsze bez trudu mogła uprzedzić jego następne pytanie, zwłaszcza jeśli słuchała bardzo uważnie i gdy rozmawiali sam na sam. Obróciła się na siedzeniu, żeby popatrzeć na profil Cary’ego: silne, rzeźbione rysy, pełne stanowczości. Zdecydowanie w jej guście. Westchnęła głęboko i Cary spojrzał na nią. - Jakie masz plany na wieczór? Może po prostu pobędziemy w domu razem z całą rodziną - spytał. - Co byś powiedział, na próbkę nocnego życia Crystal City? Trochę wina, lekki obiadek (trzeba dbać o linię!), trochę tańca, a później bardzo, bardzo dużo miłości? - Tylko głupiec odrzuciłby podobną propozycję. Jedziemy do Crystal City! Czy chcesz, żebyśmy zaprosili także innych, czy to impreza wyłącznie dla dwojga? No i znowu! Amelia wiedziała, że Cary po prostu jest życzliwy dla wszystkich, zawsze był taki. Ale chciała mieć go tylko dla siebie. Stanowczo nie miała zamiaru dzielić się nim z całą rodziną! - Jeżeli uważasz, że w moim towarzystwie wieczór ci się będzie dłużył, możemy zaprosić wszystkich domowników - zauważyła lekkim tonem. Cary zaklął w głębi duszy. Znowu okazał się niezręczny! Teraz Amelia będzie się dąsać cały wieczór, chyba że uda mu się jakoś ją przebłagać. Przemknęło mu przez myśl, że ostatnio często się taka sytuacja przytrafiała. - Jesteśmy na miejscu! To właśnie teren, o którym co opowiadałem. Amelia oceniła na oko, że parcela ma jakieś dwie mile kwadratowe. Teren był pusty, o równej powierzchni; w dali na horyzoncie widniała panorama Austin. - Widzisz - objaśniał Cary - główna droga prowadzi prosto do miasta, więc nie będzie trudności z dojazdem. Mamy też oczywiście nadzieję, że powstające tu instytucje, zakłady przemysłu lekkiego i centrum handlowe dostarczą miejsc pracy okolicznej ludności. Amelia uniosła brwi. - Potrzeba na to więcej niż kilku mil kwadratowych. - Właśnie to jest w naszym planie najwspanialsze! Zaczniemy budowę w samym sercu projektowanego ośrodka i będziemy ją rozszerzać na wszystkie strony. Mamy tu piętnaście wolnych mil kwadratowych po obu stronach drogi i tam (wskazał kierunek) za tym niewielkim wzniesieniem. Wykupimy grunty od kilku właścicieli. Prawdę mówiąc, od wielu. Myślimy też o późniejszym włączeniu do naszego projektu istniejących już budynków i małych rancz. To zapewni nam dalsze możliwości rozwoju. - Więc zdecydowałeś już, że przyłączysz się do tego przedsięwzięcia? - Bardzo bym chciał. Oczywiście, nie podejmę żadnej decyzji bez twojej zgody. Musielibyśmy zatrzymać się tutaj, przynajmniej do czasu, gdy sprawy ułożą się jak należy. Taką decyzję musimy podjąć wspólnie. - Wiesz, że ziemia należy chyba do Jake’a Bakera. Od wielu lat nie było tu żadnych prac polowych ani wypasu bydła. Ale jest tu dobry odpływ wody. Tata zawsze powtarzał: „Przede wszystkim popatrz na rowy!” - Amelia roześmiała się. - Jake to stary handlarz końmi. Nie odda swojej ziemi za bezcen. - Wejdźmy na szczyt tego wzniesienia. Będzie stamtąd lepszy widok. Amelia spojrzała na swoje pantofelki z krokodylowej skóry, kupione za czterysta dolarów u Ralpha Laurena i skrzywiła się, gdy mąż ją schwycił pod ramię i poprowadził przez pole. Kolące krzewy i wysuszone badyle czepiały się jej nylonów; rozglądała się też z niepokojem, czy nie dostrzeże węży lub nor świstaków. Cary pochodził z miasta i uważał, że nie zabudowany teren jest pozbawiony wszelkich mieszkańców. Nigdy nie zastanawiał się nad owadami ani innymi żyjątkami, które zamieszkiwały otwarte przestrzenie na wsi. - Wiesz, że nie znam się specjalnie na budownictwie i architekturze. Lepiej chyba przyznać, że w ogóle nic o tym nie wiem. Ale zapoznam się wkrótce ze wszystkim - powiedział z przekonaniem - czy to będą ścieki, elektryczność, prawa budowlane, związki zawodowe czy cała reszta... Coś mnie do tego ciągnie, Amelio. Jak tylko Johnston i Alphin przywieźli mnie tutaj, zorientowałem się od razu, że to jest do zrealizowania. Wiedziałem, że chcę mieć w tym swój udział, nie tylko jako inwestor. Mnie już od dawna nie będzie na świecie, a to osiedle będzie tu stało i tak przetrwa jakaś cząstka mojego „ja”. - A stać cię na to? - Gdyby mi zabrakło, zawsze mogę zwrócić się do banku. Myślę, że zdołam się z tym uporać; potrafię sobie radzić w takich sytuacjach. - Cary, mogę ci dołożyć ze swoich pieniędzy. - Nie, nie wolno ci! To jest nasz wspólny projekt, ale wyłącznie moja gotówka! Już to przerabialiśmy, dziecinko. Chcę od ciebie tylko tego, żebyś mi wskazała właściwy kierunek. Alphin mówi, że takie pertraktacje trzeba przeprowadzać w rękawiczkach i dobrze się składa, że mam żonę pochodzącą z tych stron. A on zna się na tym, słoneczko! To cwany chłopak z Południowej Karoliny i umie postępować z ludźmi. Mówi, że znajdziemy się bardzo blisko gospodarstw rolnych i że właściciele rancz mogą obawiać się naszego sąsiedztwa. Nikt nie lubi zmian, zwłaszcza gdy je odczuje na własnej skórze. - Twój znajomy chyba dobrze zna się na ludziach. Większość naszych sąsiadów to ludzie zamożni i lubią uchodzić za postępowych, ale ich korzenie tkwią głęboko w tej ziemi. Możesz przygotować się na sprzeciwy. A co z Johnstonem? Jakie jest jego zdanie? Cary uśmiechnął się szeroko. - Wierzy Alphinowi na słowo, tak jak ja. Za to zna się na budownictwie. Johnston ma dobre pomysły, wie, które materiały są najlepsze, utrzymuje kontakty z najlepszymi przedsiębiorcami. To jemu przyszedł do głowy pomysł tego „śródmieścia poza miastem”. Chce zastosować tu podobną zasadę, jak w przypadku przydrożnych zajazdów: im projekt jest bardziej ekskluzywny, tym łatwiej go zaakceptują lokalne władze. - Ma rację, wiesz? Ale przede wszystkim musicie zdobyć ziemię, a to nie będzie łatwe. Teksańczycy nie rozstają się z nią bez koniecznej potrzeby. Mogą ją wydzierżawić, ale nie sprzedadzą. - Do diabła, Amelio, to mnie wcale nie urządza! - A odpowiadałaby ci oferta dzierżawy na dziewięćdziesiąt dziewięć lat z prawem wykupu? W kącikach ust Cary’ego pojawił się leniwy uśmieszek. Zdaniem Amelii mąż wyglądał jak kot, który właśnie wrąbał kanarka: prawie się oblizywał. - Oczywiście, sprawy mogą potoczyć się mniej gładko dla kogoś z zewnątrz, takiego jak ja. - I właśnie dlatego bardzo ci się przydam! Amelia Coleman Assante, powracająca w swe rodzinne strony! - wyjaśniła. - Będziemy przyjmować gości, zapiszemy się do klubu, włączymy w nurt polityki lokalnej. Zobaczysz, że ci się to uda, kochanie. Zawsze lubiłeś pokonywać przeszkody. Jeszcze będą ci jedli z ręki. Cary coraz bardziej zapalał się do projektu. Jego ciemne oczy błyszczały entuzjazmem w obliczu takiego wyzwania. - Johnston twierdzi, że kluczem do sukcesu będzie robota na życzenie klienta. Wszystko zapięte na ostatni guzik i w najlepszym gatunku. Mówi, że w tym jest duża forsa; Alphin się z nim zgadza. „Nie oceniajcie nikogo po starym wozie lub zapuszczonym trawniku” - cytował Cary przeciągając wyrazy i parodiując południowy akcent Alphina. - „Niech do was dotrze, że facet siedzi pewnie na większej forsie, niż chciałby to wyznać wam albo urzędowi podatkowemu”. - Trzymaj z nimi, kochanie, a daleko zajdziesz! - Amelia roześmiała się. - Masz rację, że trzeba zapisać się do klubu i nawiązać znajomości. Dobrze wiem, co to znaczy nie należeć do jakieś środowiska.. Pamiętam, jak to jest, kiedy nie wpuszczają cię do sklepu, i jak się czuje jedyny włoski dzieciak w szkole pełnej Irlandczyków. Drogo trzeba zapłacić, żeby cię zaakceptowali. A ja, Amelio, Bóg mi świadkiem, chcę znaleźć swoje miejsce właśnie tutaj! - W porządku, chodźmy więc pogadać z Jake’m Bakerem, zobaczymy, co nam powie. Przekonamy się, czy jeszcze pamięta małą czarnulkę, córeczkę Setha Colemana, który od niego właśnie kupił dla niej pierwszego kucyka. - Brzmi to obiecująco. - Cary już ciągnął ją w stronę samochodu. - Wszystko zgodnie z życzeniem klienta? - zastanawiała się Amelia. - Zapytaj, co chciałabym mieć we własnym domu, Cary. Mam już setki pomysłów! - W porządku, strzelaj. - Kuchnię: ósmy cud świata. Łazienki nie z tej ziemi. Ma fioła na punkcie łazienek. Naprawdę pojemne szafy. Wanny z gorącą wodą i jacuzzi. Kominki w pokojach. Solidne dębowe parkiety. Spiralne wewnętrzne schody: jedne we frontowej części budynku, drugie od kuchni. Przyzwoite służbówki. Basen kąpielowy w sztucznej grocie. Otoczenie domu zaplanowane przez specjalistą tak, żeby wydawało się, że budynek stoi tu od wieków. Żelazne ogrodzenia, kraty i tak dalej. Oczywiście ręcznie kute. Ale jest to przedsięwzięcie na tak wielką skalę, Cary, że aż mnie strach oblatuje! Co innego budować domy, a co innego planować miasto - wszystko, o czym mówiłeś zeszłego wieczoru trochę mnie przeraża. Na to pójdą miliony! - Popatrz mi w oczy, Amelio. Czy wierzysz, że mogę tego dokonać? - Oczywiście, że tak! Ale pamiętaj, że chociaż pochodzę z bogatej rodziny, nie umiem sama robić pieniędzy. Chyba więc nic dziwnego, że trochę się niepokoję. Cary westchnął. Chciał, żeby Amelia wierzyła w niego. Zeszłej nocy sam przeżywał pewne niepokoje. Kontakty, które nawiązał podczas przyjęcia Maggie, powinny się przydać w przyszłości, ale same znajomości nie wystarczą, dobrze o tym wiedział. - Myślę, że problemami finansowymi całej sprawy nie mamy się co martwić. Banki lubią inwestować w przemysł budowlany. - Chcesz przez to powiedzieć, że wszystko można kupić, jeśli się zaoferuje odpowiednią cenę? - Właśnie. Tylko z niektórymi trudniej się dogadać niż z innymi. Każdy jednak ma swoją cenę. Bez namysłu odparowała: - Z wyjątkiem mojego ojca i brata! - Z pewnością oni też mieli. Po prostu nie wiedziałaś, jaka to może być cena. Albo wolałaś o tym nie myśleć. Amelii nie podobała się ta rozmowa i żałowała, że tak szczerze wyraziła swoje zdanie. Nigdy dotąd nie pokłóciła się z Carym na serio. Z pewnym wahaniem spytała: - A jaka jest twoja cena? - Zachowam to przy sobie. Nie wolno pozwolić kobiecie, żeby przejrzała wszystkie męskie sekrety! - To ja powinnam powiedzieć!... to znaczy: tak powinna powiedzieć kobieta! To my podobno jesteśmy tajemnicze i nigdy nie pozwalamy, żeby kochanek poznał wszystkie nasze sekrety. - A czego ja nie wiem o tobie, Amelio? - spytał poważnym tonem Cary. - Wszystko wiesz, cholera jasna! Jestem dla ciebie jak otwarta książka. Na nieszczęście, a może na szczęście, zależy, jak się na to spojrzy, nie jestem tajemnicza ani skryta. Masz to, co widzisz na własne oczy. A teraz nie zaznam spokoju, póki się nie dowiem, jaka jest twoja cena! - Nie warto zarywać nocy z tego powodu, kochanie. Może dowiesz się o tym dopiero wtedy, kiedy mi stuknie osiemdziesiątka. Boże! Kiedy on będzie miał osiemdziesiątkę, ona... - Zniszczyłam sobie całkiem pantofle, Cary. Jeżeli chcesz jeszcze rozejrzeć się po terenie, poczekam w samochodzie. - Chyba zobaczyłem już wszystko, co trzeba. Wiem, czego chcę i muszę pomyśleć, jak to zdobyć. Po spotkaniu z Bakerem wrócimy do Sunbridge i zadzwonię do paru osób. - Mogę to zrobić za ciebie - zaproponowała Amelia. Jeżeli będzie godzinami wisiał przy telefonie, to czym się ona zajmie przez ten czas?! - To męskie sprawy, dziecinko. Odwaliłaś swoją robotę w czasie przyjęcia: utorowałaś mi drogę. Teraz sam mogę się tym zająć. - Już ci nie jestem potrzebna? Cary obrócił kluczyk w stacyjce. - Zawsze mi jesteś potrzebna, Amelio. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Szczerze przysięgałem być z tobą aż do śmierci. Czy nie rozumiesz, że moje życie nabrało sensu dzięki tobie? Psiakrew, kiedy się poznaliśmy, byłem tylko bogatym obibokiem. Pędzącym nie wiadomo dokąd. Pomogłaś mi znaleźć cel życia. Będę ci za to dozgonnie wdzięczny. Stanowimy dobraną parę, należymy do siebie i nie wolno ci nigdy o tym zapomnieć. Amelia rozpromieniła się. Zapomniała o błocie pokrywającym grubą warstwą jej pantofle. Zapomniała o rozmowach telefonicznych, które na dłuższy czas pozbawią ją towarzystwa Cary’ego. Po wspólnym oczyszczeniu stajennych boksów Sawyer i Cole ukoronowali swe wysiłki dłuższą konną przejażdżką po wzgórzach za domem. Żywność potrzebną na piknik zwędzili z kuchni, w której panował zdumiewający porządek, jeżeli wziąć pod uwagę wszystko, co się tam działo poprzedniej nocy. Sawyer prowadziła Cole’a swoimi ulubionymi ścieżkami, omijając starannie utrzymywany i zraszany trawnik i wiodąc brata na łagodnie wznoszące się wzgórza, skąd nie było widać domu ani słychać samochodów od czasu do czasu przejeżdżających główną drogą. Z daleka dostrzegli Randa i Rileya powracających z porannej przejażdżki. Sawyer śledziła ich wzrokiem, póki nie zniknęli z pola widzenia. Czuła, że dzieli ją od Randa przepaść większa niż ta mila z okładem, która teraz rozciągała się między nimi. Zaczerwieniła się na wspomnienie porannej próby uwiedzenia go. Dlaczego nie odezwał się do niej, nie wyjaśnił, co się właściwie stało? Wróciwszy do domu, oddali wierzchowce stajennemu. - Idę pod prysznic - oświadczyła Sawyer. - Ty także nie pachniesz jak fiołek. Goń mnie, zobaczymy, kto będzie pierwszy! Cole deptał jej po piętach. Miał smukłe ciało urodzonego sportowca, rozluźnione stawy, poruszał się płynnie. - Dobrze ci idzie! - zawołała przez ramię Sawyer. - No, nie zatrzymuj się teraz! Rand siedząc w patio na tyłach domu usłyszał dobrze znany śmiech Sawyer i odwróciwszy się zobaczył, jak biegnie przed Cole’m w stronę domu. Słońce lśniło w jej włosach setką złotych światełek, a jej długie, szczupłe nogi dosłownie pożerały przestrzeń. Rand nigdy nie przypuszczał, że istnieje jakieś podobieństwo między Sawyer a jej przyrodnim bratem, ale teraz zauważył, że są równie zwinni, mają taki sam lekki krok, równie wąskie biodra i długie nogi. Poczuł, że się uśmiecha. Kiedy skręcili w stronę bocznej ściany domu i znikli mu z oczu, Rand złożył głowę na tylnym oparciu fotela z sekwoi. Widok Sawyer ścigającej się z Colem po trawniku uzmysłowił mu z nową siłą, jaka była młoda. Tak cudownie młoda! Wiedział jednak, że młodość nie uchroni jej przed bólem, który on sam jej zadał. Powinien porozmawiać z nią, wyjaśnić. Ale jakie wyjaśnienie może dać mężczyzna kobiecie, która kochała go i sądziła, że jest wzajemnie kochana? Roześmiał się gorzkim, zdławionym śmiechem. Na tym polegał cały problem: nie kochał Sawyer. Po prostu nie kochał jej wystarczająco mocno. Jest młoda, odporna; zapomni o nim. Zasługuje na wszystko, co najlepsze w życiu: rodzina, dzieci, którym by matkowała, prawo do urzeczywistnienia swoich ambicji i zrobienia kariery, a nie na rozczarowanego życiem męża, który chce po prostu odpoczynku i spokoju. Nie powinna niczego się wyrzekać ze względu na niego. Rand przez długi czas siedział zatopiony w myślach, rad, że nikt nie zjawił się w patio i nie zamącił ciszy. Dobrze mu tu było, pomiędzy wielkimi donicami z sekwojowego drewna, w których rosły ozdobne krzewy oraz jaskrawoczerwone i żółte kwiaty. Maggie zadbała o wszelkie wygody. Meble porozstawiane tak, że tworzyły niewielkie grupki, pokryte barwnymi poduszkami, zachęcały do odpoczynku i pogawędki. Wystarczył jeden krok po matowo szarych płytkach, którymi wyłożone było patio, by dotrzeć do przenośnego barku, dobrze zaopatrzonego w zimne napoje i przekąski. Na jego blacie stały telewizor i telefon. Znajdujący się w pobliżu basen aż kusił, żeby się w nim ochłodzić, ale Rand po przejażdżce z Rileyem był senny i oparł się tej pokusie. Z wnętrza domu dobiegły już rozmaite dźwięki: głosy i kroki. Rand spojrzał na zegarek; zbliżała się pora koktajli. Na samą myśl o tym poczuł, że coś mu się przewraca we wnętrzu. Już przewidywał nieuchronne spotkanie z Sawyer. Napłynęły burzliwą falą wspomnienia razem spędzonych chwil, wszystkiego, co ich kiedyś łączyło. Starał się je odpędzić, zapomnieć o odżywającej dzięki nim intymnej więzi. - Cześć! Myślałem, że cię tu znajdę - powiedziała Sawyer lekkim tonem i pochyliła się, by pocałować go w policzek. - Dać ci coś do picia? - Jeśli ty fundujesz, to nie odmówię coli. - A jak ci minął dzień? - spytała wesoło Sawyer podchodząc do barku. - Na leniuchowaniu. A ty co porabiałaś? - Zawieraliśmy bliższą znajomość z Cole’em. Pomogłam mu wysprzątać stajnię i pojeździliśmy razem konno. Wydaje mi się dość miłym dzieciakiem, który ma różne problemy, ale komu ich brak? - podała Randowi napój w oszronionej szklance i usiadła naprzeciwko niego. - A ty co sądzisz o moim przyrodnim bracie? - Jestem ostatnią osobą, u której powinnaś zasięgać opinii. Udało mu się zalać w trupa wczoraj wieczorem i musieliśmy go odholować z Rileyem. Jest trochę za młody na takie numery. Poza tym prawie go nie znam. Riley to co innego. Spędziłem z nim w zeszłym roku sporo czasu, gdy byłem w Japonii; jest moim zdaniem akurat taki, jaki powinien być chłopak w jego wieku. Sawyer dostrzegła brytyjską ostrożność w formułowaniu opinii przez Randa, co oznaczało niewątpliwie jego dezaprobatę. Odezwała się w obronie brata: - Zdaje się, że Cole tylko w ten sposób mógł znieść imprezę Maggie. Musisz przyznać, że było to coś przytłaczającego. - Chłopak mógł wywołać nielichy skandal, a przyjęcie miało ogromne znaczenie dla Maggie. Cole powinien mieć nieco względów dla matki i zachować się odpowiednio. - Osądzasz go jak surowy ojciec. - Boże uchowaj! To jedyna rola, do jakiej zdecydowanie się nie nadaję. Cudze dzieci łatwo krytykować. - I ja tak sądzę. Ale czy to nie cudowne, że Susan będzie miała dziecko? - powiedziała Sawyer z rozmarzeniem. - Znowu w Sunbridge będzie niemowlę! Ostatnim byłam ja. - Prawda, przecież Cole urodził się gdzie indziej. - W Nowym Jorku. Nie sądzę, żeby Sunbridge miało dla niego takie znaczenie jak dla reszty z nas. Czasem wydaje mi się, że wszyscy mamy obsesję na punkcie tej kupy cegieł. - To piękny dom, nie można temu zaprzeczyć - powiedział Rand, podnosząc szklankę do ust. Sawyer zauważyła, nie po raz pierwszy, że Rand unika jej spojrzenia. - Co się stało, Randzie? Czy zrobiłam albo powiedziałam coś, co sprawiło ci przykrość? Unikasz mnie od samego przyjazdu. Zresztą już na Wielkanoc czułam, że coś jest nie w porządku. Czyżbyś się odkochał? - I oto padło pytanie, które tak się bała postawić. Sawyer wstrzymała oddech, wpatrując się Randowi w oczy. - Sawyer, chciałbym ci o tym wspomnieć w jakiś mniej bolesny sposób, ale się nie da... Nie ma dla nas wspólnej przyszłości. Ty jesteś młoda i masz przed sobą wspaniałą karierę. Ja jestem o tyle starszy... Powinnaś mieć dzieci. Ja ich sobie nie życzę. Ja... ja chyba w ogóle nie chcę się ożenić. Sawyer poczuła wypieki na twarzy. Obrzydliwe uczucie mdłości wznosiło się z żołądka do piersi i gardła. Chciało jej się płakać, czuła napływające do oczu łzy. Wiedziała, że musi coś powiedzieć, ale nie potrafiła zebrać myśli. - A ja nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia? - wyszeptała zdławionym głosem. - O małżeństwie, dzieciach, różnicy wieku? - Nie. To jedno słowa, którego tak się bała, wypowiedziane z takim spokojem, zniszczyło ją całkowicie. To już koniec: mogła to wyczytać w pełnych bólu oczach Randa, w zdecydowanym zarysie szczęki. Sawyer wstała, szklanka rozprysnęła się o kamienne tafle, a ona nawet tego nie dostrzegła. Wbiła dłonie w kieszenie spodni, żeby nie mógł dostrzec, jak drżały. - Kocham cię, Randzie. Myślałam, że i ty mnie kochasz. - Miałaś wszelkie prawo, żeby tak sądzić. - Rand stanął naprzeciw niej; ręce same wyciągnęły się, żeby ją podtrzymać, utulić... - Kocham cię, Sawyer. Jesteś piękną, cudowną istotą. Ale nie jestem w tobie zakochany. Po prostu... to nie miałoby sensu. Wierzaj mi, nigdy nie zamierzałem cię skrzywdzić... - Znalazłeś sobie inną? - wybuchnęła, nie mogąc się powstrzymać. Wyglądał na zdumionego, prawie oburzonego tym pytaniem. - Nie, oczywiście, że nie ma żadnej innej kobiety. Jest mi tak przykro... Wiesz, że za żadne skarby nie chciałbym ci sprawić bólu... Sawyer zasłoniła sobie uszy i zacisnęła powieki. Chciała kopać nogami i wrzeszczeć: - Nie, wcale o tym nie wiem! Rozdzierasz mi serce i śmiesz twierdzić, że nie skrzywdziłbyś mnie za żadne skarby! Jesteś całym moim światem! - ale nie pozwoliła sobie na wypowiedzenie tych słów, zdławiła w sobie krzyk. Colemanowie nie mażą się i nie załamują. Czy nie powiedziała tego właśnie przed kilkoma godzina do Cole’a? Cóż, należała do Colemanów... a w tej chwili pragnęła tylko rzucić się w objęcia człowieka, który właśnie sprawił, że zawalił się cały jej świat, i błagać go, żeby odwołał swoje słowa. W drzwiach ukazał się Cole. Usłyszał część ich rozmowy, a teraz mógł dojrzeć wyraz twarzy Sawyer, spojrzenie jej oczu. Nie zastanawiając się wbiegł na patio, chwycił Sawyer za ramię i wciągnął do wnętrza domu. Pierwsze drzwi prowadziły do gabinetu starego Setha, niewielkiego pomieszczenia, w którym stało ogromne biurko i kilka pokrytych skórą foteli. - Teraz możesz już płakać - powiedział do niej. - Nikomu nie powiem. Sawyer osunęła się na podłogę przy wielkim dębowym biurku, tuż obok Colemana. Skryła przed światem swój rozpaczliwy, gwałtowny płacz; nie odrzuciła jednak pociechy, którą ofiarował jej Cole, nie opuszczając jej i niezdarnie poklepując. Wyciągnął z kieszeni chustkę i podał siostrze. Po dłuższej chwili Sawyer energicznie wytarła nos. Dwie pary podobnych do siebie oczu wymieniły spojrzenie pełne wzajemnego zrozumienia. - On zmieni zdanie! - powiedziała Sawyer. - Kocha mnie. Przekonasz się. On mnie kocha! Rozdział ósmy Niebo nad Teksasem pociemniało; białe zazwyczaj, wełniste obłoczki zbiły się tworząc niemal granatowy całun otulający Sunbridge. Rand stał na frontowej werandzie spoglądając na staroświecki ogród różany i ocienioną drzewami aleję wjazdową. Ręce wbił głęboko w kieszenie. Najwyraźniej zanosiło się na burzę: południowo-wschodnie wichry wyginały konary drzew i klekotały okiennicami. Rand powinien był już wcześniej opuścić Sunbridge, ale zwlekał z odjazdem ze względu na Sawyer. Skoro jej wreszcie powiedział, że wszystko między nimi skończone, uważał, że musi pozostać w pobliżu na wypadek, gdyby chciała z nim jeszcze pomówić. Miał już dość unikania jej, uciekania przed nią, a poza tym chciał przekonać się na własne oczy, że Sawyer radzi sobie jakoś z sytuacją. Tymczasem to Sawyer zaczęła go unikać, przebywając przeważnie z Cole’em i Rileyem; Rand często jednak czuł na sobie jej wzrok i wiedział, że dziewczyna przysłuchuje się jego rozmowie z innymi. Dobrze wiedział, że czekała na to, iż podejdzie do niej, powie: „Sam nie wiem, co mnie opętało!” i będzie ją błagał o wybaczenie. Wczoraj Sawyer wyjechała z Sunbridge z oczyma, w których malowała się niepewność i ból. Rand wiedział, że wystarczyłby jeden telefon od niego, żeby tu powróciła. Mógł sprawić, że świat stanąłby się dla niej znowu piękny... Ale nie, to było najlepsze rozwiązanie dla nich obojga. Nagły podmuch wiatru wtargnął na werandę, zmuszając Randa do cofnięcia się za framugę drzwi. Powietrze było przesycone wilgocią, czuło się w nim zapowiedź nadchodzącej ulewy; kwietne płatki wirowały jak konfetti. Rand był zadowolony z nadciągającej burzy; odrywała jego myśli do Sawyer i od tego, co uczynił. Osłonę przed deszczem dawały grube mury Sunbridge, ale bardziej przydałaby mu się jakaś ochrona przed burzą jego własnych uczuć. Zrobiło się jeszcze ciemniej. Powykręcane stare drzewa uginały się pod ciosami wichury. Rand badał wzrokiem niebo barwy łupku; znał opowieści o bezlitosnych trąbach powietrznych nękających tę część Teksasu. Odwrócił się i spojrzał na dom. W żadnym z frontowych okien nie płonęło światło lampy. Susan i Jerome opuścili Sunbridge przed kilkoma dniami, ale Cary i Amelia przebywali tu nadal, starając się o zakup gruntów. Riley i Cole byli prawdopodobnie w stajni, a więc w domu przebywała jedynie Maggie oraz służba. Rand wszedł do środka i mocno zatrzasnął drzwi przed wiatrem. W sieni było ciemniej niż na dworze. Nie paliło się ani jedno światło i ciemność ta wzmogła jego niepokój. - Maggie, Maggie! - zawołał, posuwając się w głąb domu i zapalając po drodze lampy. Stanąwszy u podnóża schodów zawołał w stronę górnego piętra: - Maggie, jesteś na górze? Zerwał się straszny wiatr: czeka nas prawdziwa teksaska nawałnica! Z trudem odnalazł kontakt na ścianie i oczom jego ukazały się wspaniałe mahoniowe schody, znajdujące się w samym centrum domu. Gruby chodnik w indiańskie wzory tłumił odgłos kroków, gdy wchodził na górę. Dręczyły go natrętne myśli i zbyt wiele wspomnień; może to był wpływ nadciągającej burzy? Próbował je od siebie odpędzić, przestać myśleć o Sawyer, Cole’u, Maggie... Niepokoił się o Maggie, odkąd mu powiedziała, że Cole zaprosił ojca do Sunbridge. Zastanawiał się, co będzie czuła, spotykając znów Cranstona tutaj, w swoim własnym domu. Rand polubił Maggie, być może bardziej niż powinien... Nagle postanowił spakować swoje rzeczy i wyjechać, natychmiast, bez względu na burzę. Chciał znaleźć się daleko od Sunbrudge, z dala od Maggie i od jej syna, teraz, zaraz, zanim pojawi się Cranston. Czuł, że nie ma tu dla niego miejsca. - Nie możesz się doczekać chwili, kiedy się stąd wyrwiesz, prawda? - spytała Maggie, która zamierzała zejść na dół, ale zawróciła na odgłos zamykanej walizy Randa. - Nawiasem mówiąc, dzięki za oświetlenie całego domu. - Nie ma za co - odparł szorstko. - Czy coś się stało, Randzie? - spytała niespokojnie. - Ależ nie. Pomyślałem tylko, że wyjadę nieco wcześniej. Kto wie, czy nie odwołają lotów albo jak długo potrwa ta burza. Na twarzy Maggie odbiło się przerażenie. - Nie chcesz chyba teraz jechać na lotnisko? Czy przeżyłeś kiedykolwiek burzę w tych okolicach? - Tak: chcę teraz pojechać na lotnisko, i nie: nie miałem dotąd tej przyjemności. Nie mów mi, że drżysz o moje życie. - Powiedział to ironicznym tonem, ale zdawał sobie sprawę, że odpowiedź Maggie będzie dla niego ważna. Bardzo mu był potrzebny ktoś, komu by na nim zależało. - Pewnie że się o ciebie boję! - odparła poważnie, nie spuszczając oczu z jego twarzy. - Już leje, Randzie, i to dosłownie jak z cebra. Wątpię, żebyś dotarł nawet do Crystal City, zanim zaleje drogę. Może być zatelefonował do linii lotniczych i poprosił o zamianę biletu na jutro albo na przyszły tydzień? Przecież nie musisz spieszyć się z powrotem do Anglii, prawda? - Ale czy nie skomplikuje to sytuacji, gdy zjawi się twój mąż? - odparł Rand sztywno. - Amelii i Cary’ego nigdy nie ma w domu. Będę wam jedynie zawadzał. - Niby komu? Mnie z pewnością nie. Dla mnie Cranston może w ogóle nie przyjeżdżać. Kiedy się tu zjawi, zaczną się zaraz piętrzyć problemy. Niestety, muszę się z nim jakoś uporać: chodzi o los Cole’a. - Uśmiechnęła się z pewnym trudem. - Cranston wcale nie życzy sobie, że Cole mieszkał razem z nim, zupełnie mu na tym nie zależy, ale wie, że sprawi mi to ból. Wykorzystuje więc chłopca jako narzędzie walki. Twoja obecność tutaj może się najwyżej przyczynić do złagodzenia napięcia. - Nie, dzięki. Nie lubię grać roli bufora w rodzinnych kłótniach. - Wcale nie chciałam cię w ten sposób wykorzystywać, Randzie! Wierzaj mi, że nie! Ja tylko... tylko... - Maggie opuściła wzrok na swoje pantofle i Randowi wydało się, że ma ochotę wytrzeć je o dywan. - Widzisz - spróbowała jeszcze raz - Cranstonowi zawsze udawało się mnie zastraszyć. Wszystko, co się między nami wydarzyło, to była zawsze moja wina, przynajmniej jego zdaniem. Chyba przeważnie tak było, ale nie zawsze! Może ja po prostu tak reaguję na pewien typ mężczyzn? Mój ojciec i dziadek działali na mnie onieśmielająco, a teraz wydaje mi się, że jednym z powodów, dla których Cranston mnie pociągał, było jego podobieństwo do nich. Sądziłam, że w ten sposób coś udowodnię: jeżeli Cranston zdoła mnie zaakceptować, a nawet pokochać, to może wówczas mój ojciec i dziadek także poczują szacunek i miłość do mnie. - A ja, Maggie? Czy także działam na ciebie w ten sposób? Maggie roześmiała się. - Wcale nie! Z tobą czuję się zupełnie swobodnie. Bardzo żałuję, że wyjeżdżasz. Przydałby mi się ktoś życzliwy w czasie wizyty Cranstona. I strasznie mi przykro, że masz jakieś zmartwienia. - Wiesz, że coś się popsuło między mną a Sawyer, prawda? Jesteś tylko zbyt dobrze wychowana, by o to zapytać. - Nie chciałam być wścibska. To są prywatne sprawy twoje i Sawyer. - W pewnym sensie Sawyer to również twoja sprawa. - Nie, w gruncie rzeczy wcale nie. Jesteśmy matką i córką, ale różnimy się od siebie diametralnie. - Mogłaby jej pomóc rozmowa z drugą kobietą. Słowa Randa prawiły Maggie ból. Próbowała zbliżyć się do Sawyer, ale nie zdołała przełamać wrogości córki. Jak wyjaśnić to Randowi, jeżeli nie umiała wytłumaczyć tego sobie samej? - Na miłość i zaufanie trzeba zasłużyć... Nigdy nie było tych uczuć pomiędzy Sawyer a mną... No, muszę się wziąć do roboty. Dasz mi znać, czy zostaniesz na obiedzie, prawda? Maggie odeszła w głąb korytarza i skręciła w stronę schodów. Zaskoczyła go swoją szczerością. Nie spodziewał się tego po niej. Po dawnej Maggie, poprawił się w myśli. Doszedł do wniosku, że lubi tę nową Maggie. A zwłaszcza odpowiadał mu zapach jej perfum. Do diabła, może przecież wyjechać po obiedzie! Rand skutecznie zabijał czas: przeczytał pięćdziesiąt siedem stron powieści, ale nie był później w stanie przypomnieć sobie nawet jej tytułu. Miał nadzieję, że nikt nie zapyta go o treść lektury. Nad jego głową przetoczył się grzmot, potem drugi, trzeci, aż wreszcie huknęło, jakby świat się walił. Ostre błyskawice rozdzierały niebo, zalewając pokój ognistą łuną. Jeszcze jedno wyładowanie w niebiosach i pokój pogrążył się w ciemności. Elektryczność wysiadła. Ledwie dotarł do niego głos Maggie, wołającej z dołu, żeby nikt się nie ruszał: zaraz przyniesie świece. - Nastrój jak w czasie święta Halloween, prawda? - uśmiechnęła się Maggie wchodząc do pokoju Randa ze świecą w jednej ręce, a latarnią sztormową w drugiej. - Chłopcy są na dole. Mamy własny generator, ale nie umiem się z nim obchodzić. Mógłbyś się tym zająć? Może zostaniemy bez prądu aż do jutra. Burza jest straszna! - Maggie odwróciła się do okna. - Powinniśmy urządzić przebierańce zgodnie z panującą atmosferą. Szkoda, że nie pomyślałam o tym wcześniej. Chłopcy mieliby zabawę. Całkiem stracili humor. Nie mamy telewizji ani stereo; została tylko pogawędka i lektura przy świeczce. - Jakoś to chyba wszyscy przetrwamy - powiedział Rand. Stał bardzo blisko Maggie, wdychał zapach jej perfum, widział, jak delikatne są jej dłonie i miał ochotę ich dotknąć. Cofnął się nieco i ujrzał ją skąpaną w bladożółtym świetle. To prawda, że kobiety wyglądają wyjątkowo pięknie w blasku świec, a przynajmniej ta kobieta... - Tyle tu cieni, tyle zakamarków. Susan i ja często bawiłyśmy się w chowanego. Zawsze potrafiłam ją znaleźć! - A Susan ciebie nie, prawda? Musiałaś być mistrzem w tej grze. - Susan nie lubiła żadnych gier - odparła w zamyśleniu Maggie - wolała czytać albo lamować obrazki. - Pamiętam Susan jako dziecko - uśmiechnął się Rand. Traktowałem ją jak młodszą siostrzyczkę. Zawsze wolała się uczyć niż brać udział w jakiejś zabawie. Często wspominam tamte czasy. - Ja tam nigdy o nich nie myślę - oświadczyła Maggie zdecydowanym tonem. - A może powinnaś? Pomogłoby ci to lepiej zrozumieć własnego syna. Stali u szczytu schodów. Wszędzie były światła: świece w ozdobnych świecznikach, lampy sztormowe i kilka latarek elektrycznych skierowanych ku górze. Maggie obróciła się tak, że dzieliło ją od Randa jedynie kilka cali. - Wydaje mi się, że nie możesz ani rusz zdecydować, czy lubisz mnie, czy nie? Może ma to coś wspólnego z Sawyer? - Mylisz się, Maggie. Lubię cię. Aż za bardzo. Wiem przez co musiałaś przejść i dokąd zmierzasz. Sam nieraz przeżywałem coś podobnego. - Zamilkł, a potem dodał niemal opryskliwie - przestań analizować! Jedno nie ma nic wspólnego z drugim! Maggie przez dłuższą chwilę patrzyła mu bacznie w oczy, potem uśmiechnęła się i odwróciła, by zejść ze schodów. Rand ruszył tuż za nią. - Zjemy obiad przy świecach - powiedziała pogodnie. - Przypuszczam, że chłopcom wyda się to okropne i będą się użalać, że nie widzą, co mają na talerzu. Ja jednak sądzę, że to bardzo romantyczne. - Kiedy spodziewasz się Cranstona? - Powinien już tu być. Możliwe, że jego samolot nie wylądował - powiedziała Maggie z nadzieją w głosie. - W każdym razie na pewno nie będziemy na niego czekali z obiadem. - Nic nie szkodzi, ja mogę poczekać. Maggie uśmiechnęła się. - Ale ja nie. Chłopcy są głodni i ja też. Kucharka może coś odgrzać dla Cranstona, jeżeli się zjawi... Zauważyłeś to „jeżeli”? Jest znany z tego, że obiecuje jedno, a robi drugie. Sto razy przyrzekał, że zabierze Cole’a na mecz piłkarski i potem wcale się nie zjawiał. Kiedyś miał iść z nim do cyrku i Cole był tak podekscytowany, że aż dostał torsji. Ale Cranston i wtedy nie dotrzymał słowa. - Maggie odwróciła się nagle i zderzyła się z Randem. - Mój mąż był i nadal jest skończonym sukinsynem. Potrafi być okrutny na wiele subtelnych sposobów. Ale i ja nie byłam lepsza. Podpuszczałam go i oboje podsycaliśmy wzajemnie swoją nienawiść. Wiem, skąd zrodziła się moja, ale nigdy nie mogłam dociec, co gryzie Cranstona. Naprawdę żałuję tylko tego, że nie postarałam się o lepszego ojca dla Cole’a. - A ty byłaś dobrą matką? Maggie zawahała się. - Mogłam być lepsza. Popełniłam wiele błędów, ale kocham Cole’a. Nie jestem pewna, czy Cranston kiedykolwiek coś do niego czuł. W pracy postawił sobie na biurku naszą fotografię. Czy to nie zabawne? Podobizna małej kobietki trzymającej syna za rączkę miała wzbudzać w klientach poczucie bezpieczeństwa i zaufanie. Ale nie mieli oni pojęcia o tych wszystkich podrywach, dzięki którym Cranston mógł znowu czuć się młody. Może to gorzkie słowa; pewnie dlatego, że nie całkiem jeszcze zapomniałam o bolesnych przeżyciach. Cranston wykorzystywał mnie i nie mogę go nawet za to nienawidzić, bo postępowałam podobnie... No, koniec spowiedzi! Mam nadzieję, że dopisuje ci apetyt. Będą pyszne wołowe żeberka i smażone ziemniaki. Rand roześmiał się. - Zawsze te wołowe żeberka! Czy wy, Teksańczycy, nie jadacie nigdy kotletów z jagnięcia? - Lepiej nie wyskakuj z czymś takim! To krowie ranczo: słowa „baranina” i „wieprzowina” są tu na indeksie! Kiedy mamy ochotę na coś podobnego, jedziemy do Crystal City. Maggie robiła co mogła, żeby podtrzymać konwersację podczas obiadu. Od czasu do czasu Riley podnosił głowę i coś dorzucał od siebie. Cole dąsał się jak zwykle, jadł hałaśliwie i siorbał popijając wodę. - Czy dzwoniłaś na lotnisko? - spytał nieoczekiwanie. - Linia jest zerwana. Wiesz, że podczas takiej burzy najpierw wysiadają telefony. Rand po obiedzie sprawdzi generator, więc będziemy przynajmniej mieli telewizję. Zobaczymy, jak przedstawia się sytuacja. Prawdopodobnie samolot ojca nie mógł wylądować. Cole zmarszczył czoło i wepchnął do ust cały rogalik z masłem. Maggie udała, że tego nie widzi i zwróciła się do Rileya, który jadł spokojnie i systematycznie. - Miałeś udany dzień, Rileyu? - spytała. - Nie licząc odcisków na pupie, oczywiście? - Naprawdę udany, ciociu Magie. Kiedy przyjechałem tu poprzednim razem, byłem za mały, żeby jeździć sam. Zawsze chciałem przekonać się, jak daleko sięgają granice Sunbridge. Na razie poznałem mniej więcej połowę terenu. - Nie tęskno ci za domem? - zapytał Rand. Zauważył, że Cole przerwał jedzenie, żeby usłyszeć odpowiedź Rileya. - Wcale nie! Ale brak mi Sawyer. Była bardzo dobra dla mnie. Riley mówił cicho, ale patrzył badawczo na Randa. - Obiecała, że do mnie napisze. Moja siostra obiecała napisać do mnie! - pomyślał Cole. Maggie popatrzyła najpierw na Randa, potem na Cole’a. Poczuła, jak serce zaczyna jej walić. Zaraz zacznie się awantura! - Jutro, jak będzie już po burzy - wtrąciła szybko - czeka nas mnóstwo roboty! Może nawet trzeba będzie wynająć dodatkową pomoc do sprzątania terenu. - Jak myślisz, kiedy naprawią linie wysokiego napięcia? - zapytał Riley. - Za dzień, najwyżej dwa. Nastąpiła niezręczna cisza; Maggie chciała, żeby Cole odezwał się, żeby powiedział cokolwiek, byle tylko zaznaczył swoją więź z nimi. Riley przynajmniej się starał, Rand też. Ale jej syn uparł się trwać we wrogim milczeniu. Dlaczego? Westchnęła ze znużeniem. - Co mamy na deser? - spytał wesoło Rand. - Chyba szarlotkę. Wiem, że Marta piekła ją rano. I lody. Także zrobiła je sama. Rand roześmiał się. - Dodaj do tego dobrą kolumbijską kawę, to się piszę na cały zestaw. - Ja też - zawtórował mu Riley. - Ja mam dość! - powiedział Cole i rzucił serwetkę na stół. Nie spytał, czy może wstać, po prostu odsunął krzesło i wyszedł z pokoju, gdy podawano deser. Riley spuścił oczy na talerz. Rand miał ochotę pobiec za chłopcem i potrząsnąć nim tak, żeby aż zęby zaklekotały. Myślał, że Maggie pójdzie za synem, ale nie zrobiła tego. Spojrzała na Rileya i uśmiechnęła się. - Będziesz miał o czym pisać do domu! - powiedziała przypatrując się, jak Riley pochłania ciasto. - Przyjęcie, burza, spotkanie z Billie i Thadem i wszystkimi innymi. Dokąd udała się Sawyer? Czy mówiła ci? Riley zaczerwienił się. Obiecał Sawyer, że nie powie Randowi, ale jak tu skłamać cioci Maggie? Szukał odpowiednich słów, kiedy sam Rand wybawił go z opresji. - Wspomniała mi wcześniej, że ma zamiar wrócić do Kalifornii, żeby zakończyć tam pewną sprawę. Jesteś niespokojna, Maggie? - Nie, tylko ciekawa... Chcesz jeszcze ciasta, Rileyu? - spytała pogodnym tonem. - Nie, dziękuję cioci. Chciałbym, żeby przyjęli mnie we wrześniu do drużyny baseballowej, więc muszę uważać na wagę. Jeśli ciocia pozwoli, rzucę okiem na ten generator. - Odsunął krzesło od stołu i wstał. - Wiem, gdzie on jest. Proszę, nie przerywajcie sobie - To taki miły chłopiec - zauważyła Maggie po chwili ciszy. - Mam nadzieję, że wywrze dobry wpływ na Cole’a, ale nie spodziewam się cudów. - Uśmiechnęła się promiennie. - No i co myślisz o tym cieście? - Chyba to najlepsza szarlotka, jaką jadłem od czasu mojej poprzedniej wizyty w Sunbridge. Masz piękną suknię. Jakiego właściwie jest koloru? - Koloru winogron. To oryginalny model Billie. - Nie ma powodu do przybierania pozycji obronnej. - A tak to wyglądało? Wcale tego nie chciałam. Przez długi czas za nic nie włożyłabym na siebie czegoś, co zaprojektowała dla mnie mama. Teraz mam zamiar nosić wszystko, co od niej dostałam. A tak przy okazji: co myślisz o karierze politycznej Thada? - Uważam, że on jest na to zbyt uczciwy. Pijawki i pasożyty, z którymi będzie musiał się stykać, wyssają z niego wszystko i wyplują resztki. Żal mi zwłaszcza Billie. - Ale sądzisz, że Thad mógłby zrobić taką karierę? - spytała Maggie. - Ze swoją przeszłością ma na to pewne szanse. Ale po rozmowie z nim nie jestem wcale pewny, czy tego właśnie sobie życzy. Billie wymówiła przy tym drżącym głosem słowo „gubernator”. Myślę, że ma stracha. - Jak sądzisz, czy opozycja zacznie grzebać w przeszłości Thada i mamy? - spytała Maggie ostrym tonem. Rand zawahał się przez chwilkę. - I to aż do dna. - Tak właśnie myślałam. W tym momencie na nowo zapłonęło światło i Rand mógł dostrzec niepokój w oczach Maggie. - To dla ciebie jeszcze jeden powód do obaw, prawda? - spytał łagodnym tonem. - Tak. Moje życie nie ostoi się, jeśli będzie się je badać pod mikroskopem. Takie rozgrzebywanie przeszłości do samego dna może zaszkodzić Thadowi. Mamie też. A nie powinno spotkać ich nic złego! Thad to wspaniały chłop, najwspanialszy, jakiego znam. Mogłabym go postawić na równi z tatą. Byli bliskimi przyjaciółmi, wiesz przecież. - Maggie oparła łokcie na stole i objęła dłońmi podbródek. Rand pomyślał, że jej skóra w tym jasnym świetle przypomina atłas. - Czy to nie śmieszne? Idziemy przez życie nie myśląc, że własna przeszłość nas dopadnie. A kiedy tak się stanie, zazwyczaj zostajemy okaleczeni. Boże! Nie chcę być przyczyną porażki Thada, jeżeli zdecyduje się kandydować na ten urząd. Nie mogłabym znieść, gdyby mama musiała publicznie tłumaczyć się z moich grzechów! - Czy rozmawiałaś z nią o tym? - spytał łagodnie Rand, widząc, że oczy Maggie napełniają się łzami. - Skądże? Był tu istny dom wariatów, a zaraz potem odjechali. Jestem pewna, że musieli o tym rozmawiać. Co ja pocznę, jeśli przeze mnie kariera Thada zostanie zrujnowana?! - Vermont leży bardzo daleko stąd, Maggie, a tamto wydarzyło się tak dawno... Maggie roześmiała się z goryczą. - Gdyby nawet byli na wyspie Guam, też obrzucono by ich błotem! Na tym przecież polega polityka. Mama to ktoś ogólnie znany. Rodzina Colemanów tak samo. A moja skłonność do kieliszka i szokujące zachowanie to nie taka znów odległa przeszłość. Wrogowie mają długą pamięć. - Wybory odbędą się dopiero w przyszłym roku. Na twoim miejscu nie zamartwiałbym się tym już teraz. Wiele może się wydarzyć przez półtora roku. Najlepiej spokojnie poczekaj! - A co innego mogę zrobić?! Nie zawrócę przecież wskazówek zegara. Nagle Rand pochylił głowę na bok, nadsłuchując. - Chyba przestało padać. Popatrzmy na telewizję i przekonajmy się, jakie szkody spowodowała ta burza. Może uda mi się jednak dotrzeć na lotnisko. - Rand nie wiadomo dlaczego ucieszył się dostrzegając zawód na twarzy Maggie, gdy wychodzili z jadalni. Riley zawołał do nich z korytarza: - Generator działa! - „I stała się światłość” - wesoło odkrzyknęła Maggie. - Miałeś z nim jakieś kłopoty? - spytał Rand. - Nie. Po prostu przykręciłem włącznik. Każdy mógł to zrobić. - Bez trudu czy nie bez trudu, mamy prąd i tylko to jest ważne! Posłuchajmy teraz, co nam powie spec od pogody. Rand pali się, żeby nas opuścić. Każda stacja telewizyjna, którą włączali, przed zwykłym programem nadawała sprawozdanie ze skutków burzy. Według jednej z nich, port lotniczy w Austin był zamknięty przez cztery godziny. Teraz już został otwarty, ale wszystkie loty były opóźnione. Pokazywano niezadowolenie pasażerów, którzy coś tam pomrukiwali i narzekali, że zawalił im się plan zajęć. Potok wody na szosach stawał się coraz mniej wartki. Deszcz był potrzebny, ale „tym razem było już za dużo tego dobrego”, dowcipkował spec od pogody, bezpieczny w suchym wnętrzu studia. Runęło wiele drzewa, blokując drogi, ale służby porządkowe i pogotowie elektryczne pracowały pełną parą. Jutro do południa zostanie przywrócony dopływ prądu. Maggie spojrzała wyczekująco na Randa: - Wyjeżdżasz? - Nie było to właściwie pytanie, lecz stwierdzenie. Rand skinął głową. - Czy mógłbyś mi pomóc, Rileyu? Chłopiec przytaknął bez entuzjazmu. - Każę podprowadzić twój wóz pod drzwi frontowe. Bardzo mi przykro, że wyjeżdżasz, Randzie. Mam nadzieję, że wrócisz na święta. Traktuj to jako oficjalne zaproszenie. - Postaram się. Przyjemnie będzie zobaczyć znowu chłopców i spędzić święta z matką i Carym. - Zniosę bagaże - zaoferował się Riley. - Czy zostawiłeś kurtkę na górze? - Nie, w korytarzu na dole. Dziękuję ci, Rileyu. - Jak myślisz, czy on uważa, że słabnę z wiekiem, czy też chce uszanować moje siwe włosy? - spytał od niechcenia Rand. - Szczerze mówiąc, przypuszczam, że pragnie się ciebie jak najszybciej pozbyć. Przeżywa teraz rozterkę duchową. Ubóstwia Sawyer, pokochał ją od pierwszej chwili. W pewnym sensie uważa cię więc za wroga. Niewiele jeszcze wiem o Rileyu. Mój brat odznaczał się niezwykłą prawością. Może powinnam raczej powiedzieć, że miał głęboko zakorzenione poczucie sprawiedliwości. Wydaje mi się, że Riley jest taki sam. - Maggie stanęła na palce, żeby pocałować Randa leciutko w policzek i uśmiechnęła się. - Bądź z nami w kontakcie, Randzie! Rozdział dziewiąty Kiedy Cole z okna saloniku obserwował odjazd Randa, zauważył na drodze wiodącej do domu białego cadillaca. To mógł być tylko jego ojciec! Cole przebiegł obok jadalni, z której dobiegały głosy Rileya i Maggie i wymknął się z domu, żeby powitać Cranstona na werandzie. Zaczekał aż ojciec wyłączy silnik, zanim do niego podbiegł. - Cześć, tato! Bałem się, że nie przyjedziesz z powodu burzy! Cranston wysiadł z auta. Był to wysoki mężczyzna, smukły jak trzcina i opalony po niedawnej wycieczce na Florydę. - Mało brakowało, żeby nie dojechał - powiedział niedbale i sięgnął w głąb samochodu po torbę z ubraniem, którą od razu wręczył synowi. - Te cholerne druty wysokiego napięcia tarasują drogę. Myślałem, że przyjdzie mi wracać do Atlanty. - Od niechcenia rzucił Cole’owi kluczyki. - Wyjmij walizki z bagażnika i zanieś do domu. Na twarzy Cole’a odbiło się rozczarowanie. Nie takiego powitania oczekiwał! Odetchnął głęboko. - Tato, powiedziałem matce, że chcę mieszkać z tobą w Nowym Jorku. - O, powiedziałeś jej o tym? Czy nie mówiłem, żebyś się z tym wstrzymał, póki ja nie będę miał okazji z nią porozmawiać? Co ona na to? - Chce, żebym tu został. Pewnie zrobi piekło, ale poradzisz sobie z nią, prawda, tato? - Jak ci już mówiłem, Cole, to sprawa między twoją matką a mną. Gdzie ona teraz jest? Jedliście już obiad? Jestem głodny jak wilk. Coleman nie spuszczał oczu z ojca, póki ten nie wszedł do domu; potem wyjął jego rzeczy z bagażnika. Nie podobał mu się ton, jakim ojciec oznajmił mu, że „jest to sprawa między nim a matką”. Mogło to oznaczać tylko jedno: ojciec zamierzał posłużyć się nim dla osiągnięcia jakichś własnych celów. Ale mimo wszystko przyjechał aż z Nowego Jorku. To miał przecież znaczenie! Maggie była w połowie schodów, gdy otwarły się drzwi frontowe. Obejrzała się i zobaczyła stojącego w nich CRanstona, który patrzył na nią. - A więc mimo wszystko udało ci się tu dotrzeć. Zawołam Cole’a. - Już się z nim widziałem. Jest teraz na dworze, wyjmuje mój bagaż. Cranston Tanner złapał się na tym, że z najwyższym zdumieniem przygląda się kobiecie, która niebawem przestanie być jego żoną. Przecież to nie mogła być Maggie, ta zdrowa, pełna życia istota, spoglądająca na niego z wyżyn schodów. - Cudownie wyglądasz. Roześmiała się. - Przypuszczałeś, że będzie wręcz odwrotnie? - Nie ulegało wątpliwości, że spodziewał się czegoś zupełnie innego. Dobrze znała swojego męża! Miał nadzieję, że ujrzy załamaną, podstarzałą pijaczkę, matkę nie nadającą się do opieki nad synem, niezdolną do myślenia o czymkolwiek poza kolejną porcją alkoholu. To byłby szczyt jego marzeń! - Zawsze byłaś piękną kobietą - zauważył - a Sunbridge najwidoczniej ci służy. Od lat nie wyglądałaś tak cudownie. - Serdeczne dzięki. A teraz zaprowadzę cię do twojego pokoju, żebyś mógł się odświeżyć. Potem dostaniesz obiad, jeżeli jeszcze go nie jadłeś. Kucharka trzyma twoją porcję w pogotowiu. Mimo wysokiego wzrostu Cranston poruszał się zwinnie i z gracją. Wystarczyło kilka kroków, by zrównał się z Maggie. Zauważył, że z bliska wygląda jeszcze korzystniej. Pochylił się chcąc ją ucałować, ale ona odsunęła się, żeby uniknąć zbliżenia. Na moment jego oczy, barwy zachmurzonego nieba, zwęziły się. Potem dotarł do niego ulotny zapach jej perfum, które zawsze lubił i często kupował jej na Gwiazdkę. Maggie. Jego żona. A raczej była żona. - Naprawdę szałowo wyglądasz, Maggie. Jestem pod wrażeniem. Maggie mruknęła: - Dzięki za komplement - ale poczuła się dotknięta zbytnią poufałością. Postanowiła nie rewanżować się pochwałą jego wyglądu. I tak dobrze wiedział, jak elegancko się prezentuje w szytym na zamówienie garniturze i włoskich butach ręcznej roboty. Ubrany bez zarzutu, bardzo przystojny. Wręcz olśniewający. Idąc obok niej po długich, krętych schodach, Cranston zauważył, że Maggie trzyma go na dystans i poczuł się urażony. - Jak tam Cole? - spytał, żeby tylko coś powiedzieć. - Dąsa się, ostatnio w tym celuje. Chyba powinniśmy ze sobą porozmawiać, zanim wciągniemy w to Cole’a. Jeżeli istotnie leży ci na sercu jego dobro. Ale jeśli mają to być zwykłe twoje odwiedziny raz na trzy lata... - Jak widzę, nadal lubisz być brutalna - wypalił Cranston. - To kłamstwo, że nie widziałem syna od trzech lat. Minęło zaledwie... - Dwa lata i osiem miesięcy. Wiedziałbyś, gdybyś liczył, tak jak to robił Cole - odparła Maggie słodko. - A to, co ty nazywasz brutalnością, ja nazwę troską o Cole’a. I daruj sobie ten melodramatyczny ton rodem z sali sądowej. Nie działa już na mnie. Brwi Cranstona uniosły się ku górze. Najwidoczniej sytuacja bardzo się zmieniła. Po chwili, idąc za żoną korytarzem na piętrze, zauważył, że Cole bardzo urósł. - Powiedziałeś mu to? - zapytała znacząco Maggie. Zatrzymała się przed zamkniętymi drzwiami. - Umieściłam cię w dawnym pokoju babci Jessiki. Powinno ci tu być wygodnie. Cranston wszedł do dużej sypialni, która należała dawniej do Jessiki. Uznał, że pokój jest zbyt kobiecy jak na jego gust, ale na razie musiał się tym zadowolić. Zdjął marynarkę, rzucił na łóżko, nie przejmując się ciemnymi smugami, które znaczyły jego buty na białej kapie. Jeżeli nawet Maggie zauważyła to, nie powiedziała ani słowa. - Chyba nigdy przedtem nie byłem w tym pokoju - zwrócił się do niej Cranston. - To prawda, ale odwiedziłeś Sunbridge zaledwie dwa razy. Raz spędziłeś tu półtora dnia, a drugi raz sześć godzin. - Nie wiedziałem, że i ty liczysz nasze wspólne chwile, Maggie. - Rzucił jej wystudiowany, świadomie czarujący uśmiech. Maggie dobrze znała tę sztuczkę, ale poczuła mimo woli ukłucie w sercu. - Jak długo pozostaniesz tym razem? - spytała. - Dopóki nie podejmiemy wspólnej decyzji co do przyszłości Cole’a. Zabawię co najmniej do niedzieli. Maggie roześmiała się gorzkim, ironicznym śmiechem. - Widzę, że nie zmieniłeś się, nic a nic! Konkretnie wyznaczone ramy czasowe, warunki, co jeszcze chcesz! Mówimy o naszym synu, Cranstonie! Co będzie, jeżeli nie rozwiążemy tego problemu do niedzieli? Czy mimo wszystko wyjedziesz? - Oczywiście. Mam wstępny przewód sądowy i umówione spotkania na poniedziałek. - Oczywiście! - Był jeszcze przystojniejszy niż podczas poprzedniego spotkania. Może sprawiła to ciemnozłota opalenizna. Maggie spytała nagle, dziwiąc się samej sobie: - Umawiasz się ostatnio z kimś specjalnym? Cranston niezauważalnie zacisnął wargi. - W gruncie rzeczy nie. Czasem idę z kimś na obiad, do teatru, coś w tym rodzaju - Czyżby to miało znaczyć, że żyjesz w celibacie? - no no, pod pewnymi względami wcale się nie zmieniłaś, Maggie. Od razu skaczesz do gardła. - Pomyłka - odparła Maggie wesolutko. - Prawdę mówiąc, guzik mnie to obchodzi, co robisz i z kim się widujesz. Ale twój tryb życia może się odbić na Cole’u. Poza tym chcę się upewnić, że nic nie przeszkodzi w naszym rozwodzie. Wszystkie ustalenia nadal pozostają w mocy? - Proponuję jedną zmianę: Cole chce mieszkać razem ze mną. Wiem, że przyznano ci opiekę nad nim, ale musimy pomyśleć, co będzie dla niego najkorzystniejsze. Nie pojmuję, dlaczego odebrałaś go z tej wojskowej szkoły. Nawet mnie nie spytałaś o zdanie. - A po co? - wybuchnęła Maggie. - Nic cię to nie obchodzi. Jesteś jego ojcem, ale zdobyłeś się dla niego tylko na wysyłanie czeku z ustalonymi alimentami, raz na sześć miesięcy. I nawet tego nie robiłeś sam, tylko ktoś z działu finansowego waszej firmy. - Szkoła miała znakomity wpływ na Cole’a - powiedział Cranston, jakby nie słyszał słów żony. - Nasz syn jest świetnym strzelcem. Miał oceny powyżej przeciętnej i postawę bez zarzutu. Znajdował się pod czujnym nadzorem. Nie zażywał narkotyków. Zrozum, Maggie, że popełniłaś błąd, zabierając go stamtąd. Cole chce tam wrócić albo uczyć się w prywatnej szkole w Nowym Jorku. Serce Maggie rozszalało się. Poczuła pierwsze objawy paniki. - Cole pragnie domu i rodziny. Wcale nie są mu potrzebne surowe przepisy ani wojskowy dryl. Bardzo żałuję, że kiedyś cię posłuchałam i zapisałam go do tej szkoły. - Spuść z tonu, Maggie! Ty też nie chciałaś mieć z nim kłopotu! Przeszkadzał ci w życiu. Jedynym wyjściem było odesłanie go do jakiejś szkoły. A teraz ni z tego ni z owego całą ociekasz macierzyństwem i chcesz, żeby Cole zamieszkał w tym cholernym mauzoleum twojego ojca! Masz chorą wyobraźnię! Maggie wzdrygnęła się. - Liczy się teraz tylko dobro Cole’a. - Wzięła głęboki oddech. - Nie pozwolę, żebyś wciągał mnie w dysputy, w których prawnik zawsze będzie górą! Jeśli chcesz porozmawiać ze mną o naszym synu, w porządku. Jeśli nie, to zostawiam cię i rób sobie, co chcesz! - A nawiasem mówiąc - dorzuciła - jest tutaj mój bratanek, Riley. Postaraj się być dla niego uprzejmy i nie demonstruj swoich uprzedzeń. Cranston ze zdumienia zamrugał oczami. To z całą pewnością nie byłą Maggie, którą niegdyś znał. Przypominała mu raczej Billie: ta sama żelazna ręka w aksamitnej rękawiczce! Wstał z łóżka i zaczął krążyć po pokoju. - W porządku, porozmawiajmy. Cole zatelefonował do mnie i poprosił, żebym przyjechał. Wyraził chęć zamieszkania ze mną w Nowym Jorku. Powiedziałem mu, że pomyślę o tym i przedyskutuję to z tobą. Niczego mu nie obiecywałem. Ale co chcesz zrobić, Magie? Zatrzymać go siłą? Mówił mi, że nie znosi tego miejsca. Maggie usiadła na fotelu wyściełanym miękkim, zielonym suknem i skrzyżowała nogi. - Cole jest wściekły, bo odebrałam go ze szkoły. Chciał pojechać tego lata z kolegami na wycieczkę do Europy, prawie bez opieki. Powiedziałam „nie”. Uważam, że najwyższy czas, by osiadł gdzieś na stałe, a Sunbridge nadaje się do tego nie gorzej niż jakieś inne miejsce. To teraz mój dom, a więc i jego. Uwierz mi, że tak będzie dla niego najlepiej. - Dla niego czy dla ciebie? - Oczywiście, że dla niego! Mieszkanie w apartamencie w Nowym Jorku i brak wszelkiej kontroli to nie warunki odpowiednie dla szesnastolatka. Cole boryka się ze swymi problemami i przypuszczam, że tutaj zdoła je rozwiązać. Żadne dziecko nie lubi zmian, ale jeżeli mnie poprzesz, Cole się z nimi pogodzi. W obecnej chwili Cole nie czuje sympatii do żadnego z nas i jeżeli mu na to pozwolimy, będzie nas wygrywał jedno przeciw drugiemu. Nie chcę, żeby coś takiego się działo i będę potrzebowała twojej pomocy, by temu zapobiec. - Muszę porozmawiać z Cole’m. Postanowię coś, gdy wysłucham, co ma do powiedzenia. - Będę z tobą walczyć, Cranstonie. Wszelkimi środkami. Zgodziłeś się zostawić Cole’a pod moją opieką. Nie możesz mi go teraz odebrać! Nie zależy ci na nim, przyznaj to sam! Chcesz się tylko odegrać na mnie. - Mówisz jak dziecko. Za co miałbym się na tobie mścić? - Bo odeszłam od ciebie, zanim ty mnie porzuciłeś. Odeszłam i zabrałam ze sobą Cole’a. Nie zależało ci na nas. Dbałeś tylko o to, żeby zachować twarz wobec twoich wspólników i przyjaciół. Musiałeś szukać wyjaśnień, opowiadać różne kłamstwa. I wymyśliłeś niezłe historyjki! Ich echo dotarło do mnie. Nie próbowałam wtedy zaprzeczać, bo się ciebie bałam. Ale już się nie boję! - Odezwał się rodzinny charakterek Colemanów. Muszę przyznać, imponujący. Jesteś tu na swoim gruncie; widzę, jak nabrałaś pewności siebie. - Niech cię szlag trafi! robię co mogę, żeby zmienić swoje życie i sprawić, żeby był z niego jakiś pożytek. Chcę też pomóc Cole’owi i nie będę biernie przyglądać się, jak go niszczysz! To wszystko, co miałam ci do powiedzenia. Nie zamierzam dotrzymywać ci towarzystwa przy obiedzie. Przyślę na moje miejsce Cole’a. Najwyższy czas, byś spotkał się ze swoim synem. - Ja też tak sądzę. Wobec tego: do zobaczenia przy śniadaniu. - Tylko wówczas, gdy zejdziesz na dół punktualnie o siódmej. W przeciwnym wypadku będziesz musiał poczekać do lunchu. Nie brak ci obowiązków. - Pani na Sunbridge! - roześmiał się Cranston. - Maggie udała, że tego nie słyszy, i opuściła pokój, ale czuła jak palą ją policzki. W ustach Cranstona zabrzmiało to jak kwestia z kiczowatego filmu. Kiedy dotarła do swojego pokoju, przede wszystkim zamknęła drzwi na klucz. Potem pozwoliła sobie na luksus łez, przelewanych w samotności, spływających po policzkach, niszczących delikatną tkaninę koloru winogron. Powinnam ubrać się raczej w zbroję na spotkanie z Cranstonem! - pomyślała z goryczą. Z takich utarczek wychodziła zawsze poraniona i ociekająca krwią. Zaczęła krążyć niespokojnie po pokoju, usiłując zebrać myśli. Cranston będzie się starał zagadać ją swoim prawniczym żargonem. Był ojcem chłopca. Może oświadczyć, że starał się zapewnić swojej żonie taki poziom życia, do jakiego przywykła. Sędziowie uwielbiali zatapiać zęby we wszystko, co miało choćby lekki posmak skandalu czy sensacji. Przeszłość zostanie odgrzebana i rzucona jej w twarz - i to nie raz, ale dwukrotnie, jeżeli przeciwnicy Thada także się do niej dobiorą. Nagle Maggi uświadomiła sobie, że nie ma nikogo bliskiego, komu by mogła się zwierzyć, jeżeli w ogóle miała komu zaufać... Nie zastanawiając się, chwyciła telefon, połączyła się z portem lotniczym i porosiła o przywołanie Randa. Dziesięć minut później usłyszała w słuchawce jego niespokojny głos. - Randzie, to ja, Maggie. Muszę porozmawiać z kimś życzliwym. - Jestem całkowicie do twojej dyspozycji. Mój samolot odleci w najlepszym razie za dwie godziny, a i to jest bardzo wątpliwe: pewnie będę tu siedział do rana. Rand uśmiechnął się słysząc głos Maggie. Nagle poczuł się znacznie mniej samotnie na lotnisku. Rozmawiali prawie dwie godziny, a Rand ani razu nie spojrzał na zegarek. Wątpliwe, czy usłyszałby, gdyby oznajmiono odlot jego samolotu. Nie miałoby to jednak większego znaczenia, bo mógł przecież polecieć następnym. W końcu to Maggie przypomniała mu, że upłynęły już prawie dwie godziny. - O Boże, nie mam pojęcia, co we mnie wstąpiło, Randzie! - Mówiłaś, że ci potrzeba życzliwej osoby. Jesteśmy przyjaciółmi. Nie komplikuj tej prostej sprawy. - Czuję się, jakbym przeszła przez życie nie mając do kogo zwrócić się o pomoc. Dziękuję ci, Randzie. Może jakoś zdołam ci się odwdzięczyć pewnego dnia. Do zobaczenia na Boże Narodzenie! Rand przez chwilę słuchał sygnału, a potem bardzo ostrożnie odłożył słuchawkę. Rozdział dziesiąty Maggie siedziała na ulubionym szezlongu w położonym na tyłach domu patio, korzystając z upalnego słońca jednego z ostatnich dni sierpnia. Czuła się błogo, upał przenikał całe jej ciało. Niezbyt często ostatnimi czasy było jej tak ciepło i miło: od Cole’a wiało lodowatym chłodem wrogości od czasu, gdy jego ojciec złożył tu wizytę wkrótce po święcie czwartego lipca. Nic nie zostało ustalone przed jego wyjazdem i Cranston wrócił do Nowego Jorku sam. Maggie miała więc dowód, że w gruncie rzeczy wcale nie chciał zabrać ze sobą chłopca: gdyby tak było, nic w świecie nie przeszkodziłoby mu w tym. Nie sposób jednak było przekonać o tym Cole’a i na razie Maggie czuła na sobie cały ciężar rozżalenia i niechęci syna. Poza tym jednak sprawy układały się dla niej pomyślnie. Przyjęcie z okazji czwartego lipca dało jej karty wstępu do rozmaitych kręgów towarzyskich, zwłaszcza przyjęcie do grona członków miejscowego klubu, mieszkających w Crystal City i w jego okolicy. W kalendarzyku Maggie nie brakowało zaproszeń na tenisa czy też lunch; ona sama często rewanżowała się urządzając na terenie Sunbridge improwizowane pikniki. W zeszłym tygodniu podejmowała gości koktajlami oraz wydała uroczysty obiad na dwadzieścia osób na cześć Jamisona Royce’a, sławnego artysty, którego znała jeszcze z Nowego Jorku. Umiejętność ściągania do Crystal City nowych, interesujących osób ugruntowała towarzyski sukces Maggie. Amelia i jej mąż byli pochłonięci projektem Cary’ego, nie do tego jednak stopnia, by stronić od przyjęć Maggie. Dodawali blasku większości imprez dzięki swemu niezrównanemu szykowi, charakterystycznemu dla Zachodniego Wybrzeża. Z popularności Maggie wynikała jeszcze jedna korzyść: wprowadzenie do kręgu miejscowej młodzieży. Z Cole’em, oczywiście, sprawy wyglądały całkiem inaczej. Na myśl o synu Maggie poczuła, jak na czole tworzą się jej zmarszczki, i podniosła rękę, by je wygładzić opuszkami palców. Siedząc tak i smażąc się we własnym sosie była senna i nie chciało jej się myśleć o niemiłych sprawach, na przykład o kolejnej wizycie Cranstona: miał zjawić się w Sunbridge jutro, nie wiadomo o jakiej porze. Z nicości wychynął nagle Cole; ostatnio pracowicie rozwijał ten talent; najwyraźniej cieszyło go, gdy nagłym pojawieniem się denerwował matkę. Usiadł na podnóżku szezląga z dobrze jej już znanym grymasem na młodzieńczej twarzy. Maggie spojrzała na syna przymrużonymi od słońca oczyma i zauważyła, że ubrał się w białe płócienne spodnie i sweterek w paski, podkreślający smukłość jego sylwetki. - No i co, matko, miałaś wiadomość od ojca? Podjęliście razem jakąś decyzję? - Dobrze wiesz, jaka jest moja decyzja, Cole. - Maggie ze znużeniem złożyła z powrotem głowę na oparciu i zamknęła ponownie oczy. - Twój tata zjawi się tu jutro, nie wiem o której godzinie. W poniedziałek jest ostatni dzień zapisów do szkoły. Chciałabym przed tym terminem wszystko raz na zawsze ustalić... Cole, dlaczego nie ma cię razem z innymi na wybiegu dla bydła? Nie mów tylko, że Riley ci o tym nie wspomniał, sama słyszałam, jak cię namawiał. Na corralu jest teraz przynajmniej tuzin dzieciaków, które przygotowują się do dzisiejszej potańcówki w stodole i bawią się przy tym wyśmienicie. Dlaczego nie chcesz się także rozerwać? - Ten rodzaj zabawy nie odpowiada mi. Riley w dupę im włazi, żeby wkupić się w ich łaski. - Inni tego tak nie odbierają. Myślę, że zaaklimatyzował się bez trudu i rzeczywiście stara się zdobyć przyjaciół. Tylko ty się izolujesz, Cole. Chyba jesteś masochistą i udręczasz sam siebie. A może chcesz po prostu postawić w głupiej sytuacji mnie i Rileya? - Całkiem możliwe, matko - odparł bezczelnie. Czy oni zostaną na obiad? - Coś sobie upitraszą na świeżym powietrzu. Potem pojadą do swoich domów i wrócą wieczorem na tańce. Powiedziałam Marcie, żeby nie zawracała sobie głowy moim lunchem, wystarczy mi kanapka. Myślałam, że zjesz z innymi... Naprawdę, bardzo mi przykro, Cole, że lato było dla ciebie takie nieudane. Miałam nadzieję, że spotkamy się w pół drogi. - Zrozumże, nie mam ochoty chodzić do tej szkoły dla wiejskich głupków! Czy rzuciłaś choć okiem na te małolaty? Zwłaszcza na dziewczyny?! - Oczywiście. Wyglądają jak wszystkie inne dzieciaki, choćby twoi dawni koledzy we frymuśnych mundurach. - To kupa parobasów! Nie znoszę ich, nie możesz tego zrozumieć?! Nie pasowałabym do nich, gdyby nawet się o to starał! To nie miejsce dla mnie! Maggie westchnęła. - Przynajmniej zajrzyj do stodoły. Sunbridge to twój dom, Cole: jesteś tu gospodarzem. Spełniaj swoje obowiązki. - Riley spełnia je za mnie. On jest w ich guście, a ja nie. Tylko mi nie mów, że to moja wina, bo nie chcę tego słuchać! Nic mnie to nie obchodzi! Zdobyłem dziś rano jeden punkt przewagi nad poczciwym Rileyem, może nie? - W jaki sposób? - Dostałem list od Sawyer, ot co! Riley nie miał od niej żadnej wiadomości od Bóg wie kiedy, a ja tak! Udaje, że go to nie martwi, ale ja wiem, że mu przykro, i cholernie się cieszę! Maggie nie wiedziała, że Cole był w kontakcie z Sawyer i poczuła naglą ciekawość. Chciała mu zadać masę pytań na temat córki, dowiedzieć się o wielu sprawach, ale kiedy zauważyła na twarzy Cole’a uśmieszek pełen satysfakcji, postanowiła nie okazywać słabości. - Pójdziesz do corralu czy nie? - W porządku, niech ci będzie. Tylko dlaczego ty mi to robisz? Nienawidzę tego miejsca! Wszystko w Sunbridge działa mi na nerwy! Czemu zmuszasz mnie, żebym tu tkwił?! Jego głos zmienił się w histeryczny pisk, w którym rozpacz dziecka łączyła się z wściekłością dojrzałego mężczyzny. Cała krew odpłynęła z twarzy Maggie; nie była w stanie wymówić słowa. Sama niegdyś urządziła podobną scenę, tylko powód był diametralnie różny. Całe lata świetlne minęły od czasu, gdy wrzeszczała: - Dlaczego mnie odsyłasz?! Tu jest moje miejsce! Nie zmuszaj mnie do wyjazdu! Dlaczego mi to robisz?! Cole wpatrywał się w matkę. Nigdy przedtem nie dostrzegł podobnego wyrazu na jej twarzy i przeraziło go to. Wydawało mu się, że matka rozpada się na tysiące odłamków. - Już idę, idę! Zapomnij, co ci powiedziałem! Nie było rozmowy! Odwrócił się i pobiegł w stronę corralu, gdzie Riley i inne dzieciaki piekli hot dogi. Wiedział, że ugodził ją boleśnie w bardzo czułe miejsce. Sprawiało mu satysfakcję, że może sprawić jej aż taki ból, a równocześnie przerażało go, jak łatwo można ją zniszczyć. - Patrzcie! Zjawił się Cole! W samą porę na lunch! - zawołał jeden z chłopców, a reszta wybuchnęła śmiechem. - Gdzie się podziewałeś, Cole? - dopytywała się jedna z dziewcząt, wycierając ręce o dżinsy. - Zawiesiliśmy już w stodole resztę dekoracji, wszystko gotowe na wieczór, a ty nawet nie ruszyłeś palcem, żeby nam pomóc - zachichotała. - Może nie powinniśmy wpuścić cię na zabawę, chociaż jesteś gospodarzem! - Cole musiał coś załatwić dla cioci Maggie - wtrącił pospiesznie Riley. - Inaczej by razem z nami łaził po belkach. Kto dostanie pierwszego hot doga? Cole nastroszył się: nie życzył sobie, żeby Riley ujmował się za nim i kłamał ze względu na niego. - Nic podobnego! - Hej, wy tam! - Zawołał ktoś z wnętrza stodoły. - Popatrzcie, co znalazłem! Przeciągamy linę! Chłopaki przeciw dziewczynom! - Nie ma tak! Nie ma mowy! - sprzeciwiły się dziewczęta. - Siły mają być równe albo z wami nie gramy! Zdecydowano, kto ciągnie z którego końca, porównywano wagę zawodników i rozdzielono ich na dwie równe grupy. Namówiono Coel’a do udziału w zabawie; odruchowo przyłączył się do innej grupy niż Riley. Był najwyższym z chłopców i miał obok siebie najładniejszą (mimo szyn na zębach) dziewczynę. Cole schwycił koniec liny i wbił obcasy w miękki grunt. Czuł, jak naprężyły mu się mięśnie bioder, jak zaciskają się i twardnieją muskuły ramion. To nie była zabawa, ale pojedynek. Zacisnął zęby i ciągnął, zdumiony własną siłą. Sawyer miała słuszność: prace, które wykonywał tego lata, rozwinęły jego mięśnie. - Ciągnij, Cole, ciągnij! Chyba ich mamy! - wrzeszczała jego drużyna. - Tak wam się tylko zdaje! - odezwała się z przekąsem druga strona. - Do roboty, Riley! Nie żałuj mięśni! W tobie nasza nadzieja! - Do dupy z taką nadzieją! - wrzasnął Cole. Szarpnął ze złością liną, natężając się tak, że poczuł smak krwi. Mięśnie jego nóg drżały, dłonie były mokre od potu i bał się, że lina mu się wyślizgnie. Czuł okropny ból w karku, a w głowie mu huczało, jakby tam pędził pociąg towarowy. Nie spuszczał jednak oczu z Rileya, sapał i zapierał się w ziemię. Stał jako pierwszy po jednej stronie, a Riley był ostatni po przeciwnej. Cal po calu odległość między nimi zmniejszała się wskutek żelaznego chwytu Cole’a; krok po kroku drużyna Rileya opierała im się. Tracili jednak przewagę i przegrywali. Cole był zdecydowany choćby za cenę życia zobaczyć upadek Rileya. Ręce Cole’a nadal kurczowo ściskały linę, gdy jego drużyna klepała go po plecach, śmiejąc się i wiwatują. - Aleśmy im dali! My jesteśmy górą! Drobniutka dziewczynka, imieniem Marcy, ucałowała Cole’a w policzek. - Nagroda dla zwycięzcy! Cole poczerwieniał. Riley otrzepał się z kurzu i szeroko uśmiechnięty wyciągnął rękę. - To było fantastyczne, Cole! Masz chyba rację, że ze mnie zawodnik do dupy! Wojowałeś z widłami przez całe lato i masz teraz nieziemskie muskuły! Cole spojrzał przeciągle na wyciągniętą rękę kuzyna, potem krzywo się uśmiechnął i odszedł. Upokorzony Riley poczerwieniał i wbił ręce w kieszenie. - Podejdź tu, Riley, pochyl się! - zwróciła się do niego Marcy. - Po co? - Bo chcę ucałować pokonanego! Nie zwracaj uwagi na Cole’a. To taki dureń, zepsuł zabawę u Grace. Traktuj go jak powietrze! - powiedziała i obdarzyła Rileya wilgotnym całusem w policzek. Riley wzruszył ramionami. Cole nie był durniem: diabli wiedzą, kim on właściwie był, ale durniem na pewno nie! Cole, bardzo z siebie dumny, wolnym krokiem wrócił do domu. Nigdzie na horyzoncie nie było matki. Cole rzucił się na szezlong, na którym przedtem siedziała, i wyciągnął z tylnej kieszeni spodni list od Sawyer. Był to długi list, choć mieścił się na jednym arkuszu. Napisała go na maszynie. Cole uśmiechnął się szeroko. Z Sawyer była nienajlepsza maszynistka: w liście roiło się od literówek i przekreśleń. Ważne jednak było tylko to, że znalazła w swoim wypełnionym po brzegi dniu chwilę, by napisać do niego kilka słów. Po głowie krążyły mu już różne wersje odpowiedzi, ale postanowił nie odpisywać, póki nie pozna decyzji rodziców w sprawie jego szkoły. „Czołem, braciszku! Założę się, że ten list cię zaskoczy! Sama się dziwię, bo pisanie listów to nie moja specjalność. Chciałam napisać wcześniej, ale mam huk roboty i inne problemy, wiesz: Zraniona duma, złamane serce, bolesne wspomnienia... Jeśli chcesz wiedzieć, a myślę że tak, powiem ci, że ze mną ani lepiej, ani gorzej niż przedtem. Mieszkam teraz u dawnego kumpla z college’u, Adama Jarvisa. To fantastyczny gość: dobry, czuły współczujący; ociera mi łzy, gdy sama sobie już z nimi nie radzę. Jest karykaturzystą, moim zdaniem genialnym. Mieszkamy w górnej zachodniej części miasta. W mieszkaniu Adama jest okropny bałagan, ale udaje, że go nie dostrzegam. Przydałaby się tu Billie: od razu by go zlikwidowała. Mam nadzieję, że u ciebie wszystko w porządku. Jak twoje plecy? Jesteś nadal w jednym kawałku, co? Radzę ci, nie wściekaj się na wszystko: złość zaszkodzi przede wszystkim tobie. Nie chciałabym usłyszeć, że coś z tobą nie tak. Już niedługo Gwiazdka. Może Maggie zaprosi mnie na święta? A może chcesz przyjechać do mnie po Bożym Narodzeniu do Nowego Jorku, jeśli to oderwać go od rancza. Obiecuję, że urządzę wam bal, chłopaki! Muszę już zbierać się do pracy. Wstałam dziś skoro świt, żeby do ciebie napisać. O ósmej mam wizytę u okulisty. Chyba będą mi potrzebne okulary do czytania. Często wszystko mi się zamazuje przed oczyma. Adam twierdzi, że wyschły mi kanaliki łzowe. Pewnie ma rację. Wiem, że masz masę zajęć, ale napisz do mnie przy okazji kilka słów i nie zapomnij o mojej świątecznej ofercie. Pozdrów ode mnie Maggie i powiedz Rileyowi, że chyba jutro do niego napiszę. Podaję swój numer telefonu, gdybyś kiedyś chciał do mnie zadzwonić. Uważaj na siebie! Sawyer” Cole przez dłuższy czas wpatrywał się w zamaszysty podpis. Dawniej fakt posiadania siostry nie miał dla niego większego znaczenia. Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Musi koniecznie napisać jej o przeciąganiu liny: uśmieje się z tego. Cole prawie widział, jak Sawyer mruży oczy i jak lśnią jej gęste rzęsy. Przeczytał list po raz drugi. Gwiazdka w Nowym Jorku to wspaniały pomysł! Dużo lepszy niż święta w Sunbridge. Może uda mu się wydębić zgodę od rodziców. Jeżeli uprą się, że musi tu zostać, a był pewny, że na tym się skończy, to postawi im warunek w sprawie świąt. Albo zagrozi, że ucieknie. To zawsze napędzało starym stracha. Maggie włożyła wieczorową suknię z materiału w kolorze bławatków, przetykanego srebrną nitką. Wysoka stójka sprawiła, że intensywny błękit sięgał złotawej twarzy i chmury ciemnych włosów, a z krótkich rozszerzanych do dołu rękawów wyłaniały się wdzięcznie zaokrąglone ramiona. Dwa boczne cięcia, od kostki ponad kolano, łagodziły surową prostotę spódnicy. Suknia była, w przenośni i dosłownie, stworzona dla Maggie. Maggie wiedziała, że Cranstonowi spodoba się jej dzisiejsza wieczorowa toaleta. Szyk tego właśnie wymagał i oczekiwał, efektowny wygląd i olśniewający strój; wszystko, co nie miało najmniejszego związku z prozą codziennego życia. Cranston nie znał obecnej Maggie Coleman Tanner - pomyślała z kwaśnym uśmiechem. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że zmieniła się, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Dziś wieczorem udowodni mu, że nie jest już dawną Maggie, że zależy jej rzeczywiście na Cole’u i że będzie w razie potrzeby walczyć o niego. Mając oparcie w fortunie Colemanów i w ich firmie prawniczej, mogła okazać się groźnym przeciwnikiem. Miała jednak nadzieję, że nie dojdzie do walki. Poprawiła nieposłuszne pasemko włosów. Włożyć perły? Czemu nie? Sznur pereł babci Agnes, idealnie dobranych, nada się w sam raz. Włożyła je i przejrzała się w lustrze. To powinno zrobić wrażenie na Cranstonie. Umiał odróżnić autentyk od imitacji, a tym razem Maggie nie miała ani w sobie, ani na sobie nic sztucznego. Nie dałoby się tego powiedzieć o Cranstonie. Obróciła się w kółko, aż zakręciło się jej w głowie. Patrzcie i podziwiajcie! - zawołała w głąb pustego pokoju. Potem zrobiło się jej jakoś głupio. Nie musi przecież niczego udowadniać! Nie musi przecież niczego udowadniać! Nie musi na nikim robić korzystnego wrażenia! Tylko dawna Maggie dbała o takie rzeczy. Nie zdjęła jednak ani pereł, ani sukni o barwie bławatków. Stanowiły część jej istoty. Taka właśnie była Maggie Colman Tanner. Cranston, jadąc samochodem zadrzewioną aleją do Sunbridge, miał przed oczyma Maggie. Od czasu ostatniej wizyty myślał o niej prawie ciągle. Jakimś cudem rozkwitła, wypiękniała; stała się teraz bardziej dojrzała, elegancka, pewna siebie. Cechy pożądane w każdej kobiecie, a zwłaszcza w żonie. Zmieniło się nawet jej podejście do życia, i to tak bardzo, że zaczął się zastanawiać, czy decyzja co do ich rozwodu była słuszna. Początkowo sądził, że jej zachowanie jest sztuczne, obliczone na efekt. Jednakże w ciągu kilku tygodni, które upłynęły od poprzedniej wizyty, doszedł do wniosku, że Maggie Coleman Tanner, właścicielka Sunbridge, może stać się dla niego ważnym życiowym atutem. Mając do dyspozycji fortunę Colemanów, Maggie w charakterze idealnej pani domu podczas proszonych obiadów, a także Sunbridge, gdzie można było urządzać przyjęcia świąteczne, Cranston zdoła bez trudu wykupić udziały innych partnerów firmy, stać się jedynym jej władcą i założycielem prawniczej dynastii. Uśmiechało mu się odgrywanie „pana na włościach”, oczywiście tylko w wolnych chwilach. Cranston sięgnął do teczki po kapciuch z tytoniem, a potem wetknął do ust fajkę, dar wdzięcznego klienta i zaczął ją pytać w zamyśleniu. - Czy trudno będzie zdobyć na nowo Maggie? - zastanawiał się. Chyba nie bardzo, najważniejsza jest znajomość przeciwnika. A Maggie była nim... na razie. Dwa tygodnie w Sunbridge powinny doprowadzić go do celu. Grecja może poczekać - pomyślał z uśmiechem. - Najwyższy czas poznać lepiej żonę i syna. Jeżeli dobrze rozegra tę partię, chyba nie spędzi samotnie dzisiejszej nocy. Marta, meksykańska gospodyni, otworzyła szeroko drzwi. Obdarzyła Cranstona promiennym uśmiechem i wprowadziła go do rozległego hallu. Od razu rzucił mu się w oczy rządek kapeluszy na wieszadle. Uśmiechnął się ujrzawszy na ostatnim kołku czapkę baseballową. Wiedział, że nie jest to własność jego syna. Pewnie należy do tego japońskiego chłopaka: Japończycy mieli fioła na punkcie baseballu. - Dotarłeś w końcu. W hallu zjawiła się pięknie wyglądająca i cudownie pachnąca Maggie. Cranston otworzył ramiona pragnąc ją objąć, Maggie zachowała jednak należyty dystans i uśmiechając się z satysfakcją zaprowadziła go do biblioteki. Zirytowało go to. - Steven zaniesie potem twój bagaż na górę - oświadczyła uprzejmie. - Dobrze wyglądasz, Cranstonie. Wygrywanie procesów najwyraźniej ci służy. - Zależało mi na tym, żeby wygrać - stwierdził sucho Cranston - więc się dobrze przygotowałem. Maggie znowu uśmiechnęła się. - Nie ma zatem racji stare przysłowie: „Nieważne, przegrasz czy wygrasz, byłeś grał czysto”? - Powiedziałem ci, że się dobrze przygotowałem. Byłem pewny, że wygram. Nie wolno zostawić sprawy nie dopracowanej. Liczą się tylko konkretne fakty i życzliwie nastawiony sędzia. Taka kombinacja nigdy nie zawodzi. Maggie skrzywiła się. - Podać ci coś do picia? - A ty czego się napijesz? - Piwa imbirowego. - Poproszę o to samo. Trudno ci pewnie było wyrzec się alkoholu. Maggie popatrzyła na męża. - Tak, nie było to łatwe. Ale doprowadzam swoje życie do porządku, Cranstonie, powoli, ale zdecydowanie. Jestem z siebie dumna, bo robię to bez niczyjej pomocy. Codziennie przypominam sobie: jestem alkoholiczką, ale to przemogę! Szczere słowa Maggie nie wiadomo dlaczego zirytowały Cranstona. - Nie wątpię, że ci się to uda - rzucił krótko. - Jak tam Cole? - Nie może usiedzieć na miejscu. Wierzy, że naprawdę zabierzesz go ze sobą do Nowego Jorku. Teraz jest tam również Sawyer, więc Cole ma o jeden powód więcej, by życzyć sobie powrotu. Chciałabym, żebyś porozmawiał z nim od razu, jeśli to możliwe. Jutro jest ostatni dzień zapisów do szkoły średniej w Crystal City. Przemyślałam tę sprawę. Uważam, że w obecnej sytuacji zapisanie obu chłopców do szkoły prywatnej byłoby nienajlepszym rozwiązaniem. Chcę, żeby zbliżyli się z całą tutejszą młodzieżą, a nie tylko wybraną grupką tych, których stać na prywatną szkołę. Co o tym myślisz? - Jestem skłonny cię poprzeć w sprawie tej szkoły. Tytułem próby, na jeden semestr. Jeżeli to okaże się złym rozwiązaniem, pomyślimy, co dalej. Zawsze opłaca się odrobinkę ustąpić - pomyślał Cranston. W odpowiednim momencie można będzie przypomnieć, jak ładnie się wówczas zachowałem. Taka taktyka nieraz już przyniosła mu zwycięstwo. Maggie poczuła ulgę, ale z pewną podejrzliwością odniosła się do jego propozycji. - A co będzie po zakończeniu pierwszego semestru? - zapytała. - Masz zamiar mi go odebrać? Wystąpić o przekazanie ci opieki nad nim? - To kwestia odległej przeszłości. Po co zastanawiać się nad czymś, co może nigdy nie nastąpi? Zajmiemy się tym, kiedy przyjdzie na to pora. - A przez ten czas znajdziesz sposób, żeby się na mnie odegrać? Dobrze cię znam! Wyjaśnijmy sobie dziś wszystko do końca. Nie chcę żadnych niespodzianek na przyszłość! Cole sądzi, że go ze sobą zabierzesz. Oboje dobrze wiemy, że to tylko jego pobożne życzenie. Jestem skłonna zrezygnować z alimentów, nie pozbawiając cię prawa do odwiedzin. - Maggie uosobienie macierzyństwa! Któż by przypuszczał, że będziesz bronić jak lwica swego potomka! - Chcę tylko tego, co najlepsze dla Cole’a. - Według twojej subiektywnej opinii. - Przestań gadać jak prawnik! Jeśli chcesz stosować prawne kruczki, zadzwonię do Dudleya Abramsona i załatwicie to między sobą. Chłopiec zostanie tutaj, dopóki wszystko nie będzie ostatecznie ustalone. Mówię serio, Cranstonie. - Widzę - odparł Cranston podsuwając ponownie swój kieliszek. - Tym razem dodaj trochę whisky. A jak układają się stosunki między Colem a twoim bratankiem? - zapytał. - Wcale się nie układają. I to z winy Cole’a. Jest naburmuszony, nieznośny, bezczelny; drażni wszystkich jak wrzód na tyłku. - Nie radzisz sobie z sytuacją? - Usiłuję. Ale chłopak potrzebuje ojca i powinien wiedzieć, że jesteśmy w jego sprawie jednomyślni. Naprawdę potrzebuję twojej pomocy, Cranstonie. - Pogadam z Cole’em. Gdzie on jest? - Pewnie się gdzieś czai, chcąc wyrządzić Rileyowi kolejną złośliwą psotę. Jest o niego zazdrosny i nie mam pojęcia, co począć z tym fantem. - Odesłać dzieciaka z powrotem do Japonii. - Nie mogłabym tego zrobić. I wcale nie chcę! Riley ma pełne prawo do tego, by tu zostać. Poza tym, to nie on jest źródłem problemów Cole’a, tylko my! - W porządku, jakoś sobie z tym poradzimy. - Cranston dostrzegł, że Maggie bacznie go obserwuje. Może stara się odgadnąć jego ukryte motywy? Albo przypomniały się jej szczęśliwe chwile z początkowego okresu ich małżeństwa? - Widujesz się z kimś? - spytał nieoczekiwanie. Maggie roześmiała się i ten uroczy dźwięk spowodował, że po ramionach Cranstona przebiegły dreszcze. - Nie, nie mam teraz czasu na żadne nowe znajomości. Poza tym, na razie odpowiada mi obecna sytuacja. - A co z Randem? No, nie skacz mi do oczu! - odezwał się, gdy Maggie chciała zaprotestować. - Cole wspomniał mi o nim i był tym bardzo przygnębiony. - Cóż go tak zmartwiło? Wspomnienie o tym, jak Rand i Riley wyratowali go z opresji? Twój syn urżnął się podczas Barbecue i zrobił z siebie durnia. Lubi przekręcać fakty i zwalać winę na innych. O to mi właśnie chodzi, Cranstonie. - Cole powiedział mi, że Rand zerwał długotrwałą przyjaźń z Sawyer. Poinformował mnie też, że dobierał się do ciebie. - Nie znoszę tego określenia! Po prostu rozmawialiśmy ze sobą o wszystkim i o niczym. Nie wiedziałam o Sawyer, póki Rand nie wyjechał. Nie mam nic wspólnego z decyzją Randa i nie ja byłam powodem ich zerwania! - Gdyby tak było, postąpiłabyś poniżej wszelkiej krytyki! Matka odbija córce jej chłopaka! Przypominam sobie proces o szkody moralne na podobnym tle. - Wypchaj się! Rand i Sawyer to dorośli ludzie! - Powiedziałem Cole’owi, że prawdopodobnie próbowałaś raczej naprawić ich wzajemne stosunki niż doprowadzić do zerwania. Jasne, że mi nie uwierzył. Powiedział, że Sawyer od razu wyjechała, a ty nie starałaś się jej zatrzymać. Nadal jesteś o nią zazdrosna, co? - Nie! Cole widzi to, co sam chce zobaczyć! Nie ma prawa snuć domysłów i lecieć z nimi do ciebie. A ty nie jesteś lepszy! Przyznaj, Cranstonie, podejrzewasz, że mam romans z Randem? - Nie zamierzam do niczego się przyznawać. - Taki właśnie jesteś, złośliwy i dokuczliwy, jak cierń w boku... Nie wstawaj! - powiedziała chłodno. - Zobaczę, gdzie jest Cole. Cranston patrzył za odchodzącą żoną. A więc dzisiejszą noc spędzi sam. Jego przewidywania okazały się zbyt optymistyczne. Potrwa to kilka dni, ale nie dłużej. W zapadającym zmierzchu Cole i Riley stali naprzeciwko siebie po obu stronach kortu tenisowego. Cole złośliwie wybił piłkę, zmuszając Rileya do galopowania za nią poza granice pola. Cole dostrzegł przyjazd ojca i przeżywał teraz istną karuzelę uczuć. W jednym momencie był pewny, że ojciec pokaże matce, kto tu rządzi i zabierze go ze sobą do Nowego Jorku, za chwilę jednak uświadomił sobie, jaki naprawdę jest jego ojciec i wiedział już, że będzie musiał pozostać u matki w Sunbridge. Piłka śmignęła z powrotem nad siatką, ale zamiast uderzyć rakietą, Cole schwycił ją w rękę i odrzucił z całej siły do Rileya. - Krzywa piłka nie do obrony! - sapnął Riley, podskoczywszy, by ją złapać. - Gdyby to był baseball, a ty na pozycji rzutu, zdobyłbyś punkt. Cole przygarbił się i stanął w pozycji, gotowy na serw Rileya. - Masz zamiar zgłosić się do drużyny baseballowej? Powinieneś! Konkurencja będzie duża, ale założę się, że gdybyś tylko zechciał, trafiłbyś do reprezentacji szkoły. - Jesteś cholernie pewny, że nie wyjadę do Nowego Jorku - warknął Cole. - Czy może wiesz o czymś, o czym ja nie mam pojęcia? - Nie. Pomyślałem tylko... że nawet gdybyś przeniósł się do innej szkoły, powinieneś pomyśleć o zapisaniu się do drużyny baseballowej. Jesteś w tym dobry - odparł szczerze Riley. - Nie interesuje mnie sport. - A co cię w ogóle interesuje? Powinieneś czymś się zająć! Jesteś urodzonym sportowcem! - Zajmij się swoimi sprawami! - powiedział gniewnie Cole. - Chyba już dotarło do ciebie, że nie zostaniemy przyjaciółmi ani kochającymi się kuzynami?! Zmiataj stąd wreszcie i zostaw mnie w spokoju! - Popatrzył na odchodzącego Rileya i zawołał za nim: - Wczoraj dostałem list od Sawyer! - A ja dzisiaj! - rzucił Riley przez ramię. - „A ja dzisiaj”! - powtórzył przedrzeźniając go Cole. - Ale to moja siostra! - Ze złością posłał piłkę za Rileyem i omal nie trafił w swojego ojca. - Szukałem cię wszędzie - oznajmił Cranston, zręcznie chwytając piłkę. - Dobry rzut! Kto wie, może jest w tobie materiał na chlubę Jankesów! - Ale do twoich ukochanych Wilg nie dorastam, prawda? - odszczeknął się Cole. - Matka powiedziała mi, że zawsze skrycie marzyłeś, żeby zagrać w ich drużynie. Ja tam kibicuję Metom. - Zawsze dostają w tyłek. Nigdy nie wiąż się z nieudacznikami, bo może ci się to udzielić. - Cranston zauważył, że Cole urósł i stał się bardziej barczysty. Dzięki opaleniźnie chudość jego twarzy mniej się rzucała w oczy. Zaszła w nim duża zmiana na korzyść. Może Maggie miała rację? Może Sunbridge jest najlepszym rozwiązaniem dla Cole’a, przynajmniej na razie? - Nieraz wychodzili na czoło. Kiedyś zdobyli proporczyk. W tym roku chyba im się to nie uda, ale może w przyszłym się postarają. - Nie ma mowy, to nieudacznicy - stwierdził zimno Cranston. - Możesz mi wierzyć na słowo. - To jedynie twoja opinia. Nie muszę jej koniecznie podzielać. - Cole zamilkł, po czym zapytał wojowniczym tonem: - Podjęliście z matką jakąś decyzję? Oczy Cranstona zwęziły się, gdy usłyszał zaczepny ton syna. - Owszem. Będziesz przez pierwszy semestr chodził do szkoły średniej w Crystal city. W lutym ponownie zastanowimy się nad sytuacją. Bądź gotów jutro o dziewiątej: zabiorę cię do szkoły, żebyś się zapisał. - Widząc wyraz twarzy Cole’a Cranston nieco zmiękł. Usiłował znaleźć najodpowiedniejsze słowa, które trafiłyby do syna. - To nie jest pochopna decyzja z naszej strony, cole. Twoja matka była w szkole i rozmawiała z dyrektorem. Uczy tu wielu wysoko kwalifikowanych pedagogów; bylebyś tylko chciał zająć się nauką! Ich program sportowy jest też godny pozazdroszczenia. Matka zadała sobie trochę trudu i załatwiła dla ciebie dojazd do szkoły, żebyś nie musiał tłuc się autobusem. Wiem, że planowałeś co innego, ale masz jeszcze wiele lat na spełnienie swoich zamierzeń. - Twoja matka powiedziała mi też, że Riley zapisał się już przed kilkoma tygodniami. Zgłosił się na różne zajęcia nadobowiązkowe. Nie zaszkodziłoby ci, gdybyś i ty postąpił podobnie. Cole prychnął pogardliwie. - Nie jestem Rileyem i nie pociąga mnie ani baseball, ani komputery. - A co, do cholery, cię pociąga?! - zapytał rozjątrzony Cranston. - Nic w tej okolicy, z całą pewnością. Pójdę do średniej szkoły w Crystal City, ale nie spodziewajcie się po mnie niczego wielkiego. Będę po prostu zabijał czas. - Powinieneś zdobyć się na przyzwoite stopnie, młody człowieku! - czy nie spóźniłeś się trochę z tą ojcowską troską? - Słuchaj, Cole, nie mam zamiaru tolerować twoich bezczelnych uwag. Żądam szacunku i tyle! Cole odwrócił się i spojrzał ojcu prosto w twarz, przeszywając go upartym spojrzeniem. - Matka zawsze powtarzała mi, że na szacunek trzeba sobie zasłużyć. - Odwrócił się i odszedł w stronę domu. Cranston wrócił do Maggie z kwaśną miną. Czuł się tak, jakby przegrał właśnie bardzo ważny dla swej kariery proces. - Wybacz, Maggie, ale chciałbym zrobić kilka notatek i podpisać parę listów. Starałem się uporządkować swoje biurko przed odjazdem i skończyło się na tym, że mam teczkę pełną papierów. Czy kucharka może przysłać mi na górę kawy? Chcę się wcześniej położyć dzisiaj spać. Dopilnuj, żeby Cole był gotowy jutro o wpół do dziewiątej. - W porządku - odparła czując dziwne rozczarowanie; liczyła, że spędzą wieczór z Cranstonem, gdy uzgodnili już sprawy Cole’a. - Chcesz kanapkę, ciasteczka albo owoce? - Nie, wystarczy mi kawa. Do zobaczenia rano, Maggie. - Dobrej nocy, Cranstonie. Maggie spędziła resztę wieczoru zwinięta w fotelu, popijając herbatę i czytając kryminał. O wpół do jedenastej, gdy zamykała już książkę, wszedł Riley, zarumieniony i szczęśliwy. - Miałeś udany wieczór? - Tak, bardzo. Mam nadzieję, że nie wracam zbyt późno? Prosiłem Cole’a, żeby poszedł ze mną, ale nie chciał. Chyba czekał na swego ojca. - Cole będzie chodził razem z tobą do szkoły średniej w Crystal City. Jego ojciec powiedział mu o tym dziś wieczorem. Riley obracał w placach swą baseballową czapkę, krótkie ciemne włosy sterczały mu na głowie jak kolce. - Mam nadzieję, że zainteresuje się baseballem. Ciociu Maggie, gdybyś widziała krzywą piłkę, jaką mi posłał, oko by ci zbielało! - Naprawdę? Nie wiedziałam o tym. Cole nigdy nie interesował się sportem. Wiem, że grywał w tenisa i golfa w szkole wojskowej, ale tam było to obowiązkowe. Trochę zajmował się także kajakarstwem, nie sądziłam jednak... - Jest świetny. Lepszy ode mnie. To nie znaczy, że ja jestem taki dobry, ale myślę, że przyjmą mnie do drużyny. Cole nie miałby sobie równych! Wszystkie dzieciaki pytały mnie dziś o niego. Wyjaśniłem im, że przyjeżdża jego ojciec... - Rileyu, nie musisz świecić oczami za mojego syna! I nigdy, nawet przez moment, nie sądź, że jesteś tu kimś obcym. Należysz do nas. - Uśmiechnęła się do niego. - Wiem, że dostałeś dziś list od dziadka. Jak się czuje? Czy w domu wszystko w porządku? - Tęsknią za mną. Stary Pan pisze krótkie listy, ale jest w nich zawsze to, co najważniejsze. Dwu moim kuzynom urodziły się córeczki. Dziadek nie jest tym zachwycony. Pyta mnie, czy przyjadę do domu podczas ferii świątecznych. Będziemy mieli trzy tygodnie wolnego na Boże Narodzenie. Nie wiem, co robić. - Nie musisz zdecydować od razu. Załatwię dla ciebie rezerwację, żebyś miał miejsce w samolocie. Można ją zawsze odwołać, jeżeli postanowisz zostać tutaj. Ferie świąteczne to nie jest najlepsza pora na zagraniczną podróż. A Boże Narodzenie bije pod tym względem wszystkie rekordy! Mam twój plan zajęć i mogę zamówić rezerwację choćby jutro, jeśli chcesz. - Tak, bardzo proszę. Wyjaśnię to wszystko dziadkowi. On nigdy nie był w Ameryce. Maggie roześmiała się. - To może go zaprosimy? Moja mama i Thad z pewnością przyjadą na święta, jeżeli się dowiedzą, że twój dziadek także tu będzie. - Nie przypuszczam, żeby się zdecydował; to taka długa podróż! Ale byłoby bardzo przyjemnie. - No więc spróbujmy go namówić! Każdy lubi, żeby go zapraszać, nawet jeśli z tego nie skorzysta. Już jutro wyślę zaproszenie! - Dziękuję, ciociu Maggie - powiedział Riley i uścisnął ją z siłą niedźwiadka. Ucałował ją także mocno w policzek, zanim popędził na górę, przeskakując po trzy stopnie na raz. Ma takie długie nożyska, zupełnie jak jego ojciec! - pomyślała Maggie. Leciutko dotknęła policzka czubkami palców. Własny syn nigdy jej nie całował ani nie ściskał w podobny sposób. Nigdy, nawet kiedy był mały. Ile w życiu straciła! Maggie westchnęła. Co się stało, to się nie odstanie! Pod wpływem nagłego impulsu spojrzała na telefon, obliczając różnicę czasu między Ameryką a Anglią. Było tam w tej chwili wpół do piątej rano. Zmarszczyła brwi. Może skłamać, że źle wyliczyła godzinę?... Zanim zdołała uświadomić sobie, co właściwie robi, połączyła się z operatorem i podała numer Randa. Gdy nosowy głos oznajmił połączenie międzykontynentalne z Teksasem, rozległ się senny okrzyk: - Maggie! Boże święty, co się stało?! - Obudziłam cię? Bardzo przepraszam, godziny mi się pomyliły. Nic się nie stało. Po prostu bardzo chciałam pogadać z kimś naprawdę mi życzliwym. - W porządku. Jestem ci naprawdę życzliwy. Na pewno nie wydarzyło się nic złego? - spytał niespokojnie Rand. - Absolutnie nic złego - Zapewniała Maggie. - Po prostu źle wyliczyłam godziny. Przepraszam, że cię obudziłam. Co słychać, Randzie? (Jakże to głupio brzmiało!) Bardzo ucieszyłam się z tej zabawnej kartki od ciebie. Poprawiła mi humor na cały dzień. - Tego się właśnie spodziewałem... To znaczy, niczego się nie spodziewałem... Nie musiałaś wcale... Twój list też mnie ucieszył. Nie zamierzał zwierzać się jej, że czytał go co najmniej tuzin razy. - Pewnego pięknego dnia wyślę ci następny - powiedziała Maggie czując nagłe onieśmielenie. - Czy widziałeś ostatnio Susan? - Dwa tygodnie temu; wyglądała okropnie. Jakby była ciężko chora. Jerome powiedział, że to z powodu upału, ale obawiam się, że to coś poważniejszego. Chciałem zadzwonić do ciebie i prosić, żebyś się z nią skontaktowała. Gdyby Amelia tu była, od razu zapakowałaby ją do łóżka... Żałuję, że nie mam lepszych wiadomości. - W porządku. Takie międzykontynentalne rozmowy prawie zawsze są smutne albo pełne różnych złych nowin... Sama nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Może to echo dzieciństwa, kiedy był telefon z daleka i mama się potem martwiła... Jest tu Cranston - wypaliła bez wstępów. - A więc na tym polegał problem - pomyślał Rand. - Zabiera ze sobą Cole’a? - spytał pozornie obojętnym tonem. - Nie. Ustaliliśmy razem, że Cole przez co najmniej jeden semestr będzie chodził do szkoły średniej w Crystal City. Jasne, że Cole nie jest z tego zadowolony, ale decyzja już zapadła. Cranston zostanie tu dwa tygodnie. Ma urlop i chce spędzić więcej czasu z Cole’em. - A czy Cole ma ochotę spędzać czas ze swoim ojcem? - Bardzo śmieszne. Postaramy się... A jak się układają sprawy w Anglii? - spytała Maggie. - Wesolutko, zgodnie z tradycją. To mój kolejny dowcip. Słuchaj, Maggie cieszę się, że zadzwoniłaś. Myślałem o tobie przez kilka ostatnich dni. Wahałem się, czy odpisywać na twój list. Nie zadałaś mi w nim żadnych pytań, które wymagałaby odpowiedzi, a nie chciałem być natrętny. Wyjeżdżam dziś po południu w podróż służbową. Napiszę do ciebie parę słów. - Bardzo się ucieszę. Wiesz, Riley wspomniał dziś wieczorem, że jego dziadek życzy sobie jego powrotu na Gwiazdkę. Zaproponowałem, żeby zaprosił dziadka do Sunbridge; Rileyowi spodobał się ten pomysł. Pomyślałam więc, że zaproszę znowu całą rodzinę. Proszę, postaraj się i ty przyjechać. - Zrobię, co będę mógł. - Więc czekam na wizytę i na list od ciebie. - Maggie roześmiała się. - Chyba lepiej się wyłączę, żebyś mógł się wyspać!. Rand chciał poprosić, żeby nie odkładała słuchawki, chciał powiedzieć Maggie o wielu sprawach... bardzo wielu... Odetchnął głęboko i odezwał się: - Dzięki za telefon. Napiszę do ciebie. Uważaj na siebie! Jeżeli zadzwonisz do Susan, udawaj że sama wpadłaś na ten pomysł. - Dobrze. Szczęśliwej podróży! - Maggie odłożyła słuchawkę. Uświadomiła sobie, że żadne z nich właściwie się nie pożegnało. - Wielbiciel? spytał Cranston, zachodząc ją od tyłu. - Przyjaciel - uśmiechnęła się Maggie. - Twoje oczy mówią co innego. - To dla ciebie chyba nieistotne? Rozwodzimy się przecież. I w ogóle, skąd się tu wziąłeś? Mówiłeś, że pójdziesz wcześnie spać. - Ale obrażalska! Odniosłem dzbanek z kawą do kuchni. Staram się być idealnym gościem, żeby zasłużyć na ponowne zaprosiny. - Dobranoc, Cranstonie - przerwała mu, chcąc zgasić światło. - Ja także się już kładę. Miłych snów. - Lepiej by mi się spało w twoim towarzystwie - powiedział bez ogródek. - Jeżeli to propozycja, to muszę odmówić. Widzisz, nasz syn to wszystko, co nas jeszcze łączy. - Przekonajmy się. - Już za późno. Cranston roześmiał się; jego niski, chrapliwy śmiech sprawił, że Maggie zadrżała. Znalazłszy się w swojej sypialni spojrzała na błyszczącą zasuwę. Bez wahania zabezpieczyła nią drzwi. Głos Randa tak wyraźnie było słychać - myślał wieszając bławatkową suknię na obciągniętym materiałem, pachnącym perfumami wieszaku - jakby mówił z sąsiedniego miasta. I taki był serdeczny... Czy to z powodu Randa zamknęła się na zasuwkę? - zastanawiała się. Przedtem cieszyła się, że spędzi wieczór w towarzystwie Cranstona. Gdyby nie zadzwoniła do Randa, może przyjęłaby propozycję byłego męża? Już od dawna nie była z nikim w łóżku. A od lat z nikim się prawdziwie nie kochała. Przez pewien czas nie dostrzegała różnicy między seksem a miłością. Spojrzała na malutki zegarek stojący obok łóżka. Było jeszcze wcześnie; rzadko zasypiała przed drugą lub trzecią. Mogła napisać parę listów, skreślić kilka słów do Sawyer. Jutro zdobędzie od chłopców jej nowojorski adres. Albo napisze do Susan. A może lepiej zadzwonić? Rand był przekonany, że dolega jej coś poważnego. Może lepiej zaczekać i narazić się z Amelią? Był na to jeszcze czas. Amelia i Cary nie wrócili dotąd do domu. Maggie pospiesznie skreśliła kilka słów, prosząc Amelię, by wpadła do niej, jeżeli nie będzie zbyt zmęczona. Potem stanęła przy drzwiach, nadsłuchując, zanim je otworzyła. Skradała się - to śmieszne! Przecież to jej dom! Odważnie przemaszerowała korytarzem obok drzwi pokoju Cranstona. Na dywanie nie odbijała się smużka światła. U Rileya i Cole’a także było ciemno. Gdy dotarła do drzwi sypialni Amelii i Cary’ego, wetknęła karteczkę między klamkę a futrynę. Potem, wiedziona nagłym impulsem, skierowała się korytarzem w stronę nie oświetlonego pokoju dziecinnego. Zapaliła lampę i rozejrzała się wokoło. Nic się tu nie zmieniło. Dziecinne łóżeczko, kołyska i wąska polówka stały tu nadal; były świeżo odmalowane. Koń na biegunach z puszystym ogonem stał w kącie, czarne oczy miał wbite w ścianę. Maggie poczuła zwariowaną chętkę, żeby wsiąść na niego i pokołysać się aż do zawrotu głowy. Wyściełany fotel na biegunach także kusił, by odpocząć na jego szkarłatnych poduszkach. To ona, Maggie, powinna była na nim siedzieć i kołysać trzymaną na kolanach Sawyer. Ale robił to ktoś inny: mama i niania. Przepełniona żalem Maggie wielkimi krokami podeszła do fotela i usiadła w nim. Ale ramiona jej były puste. Za późno na odrobienie przeszłości. Pudło zabawek z namalowanymi na nim postaciami błaznów pociągało Maggie jak magnes. Uniosła wieko i zajrzała do wnętrza. Leżała tu jej własna zniszczona szmaciana lalka, bardzo niegdyś kochana. Maggie podniosła głowę. Na półkach w ordynku stały jej ulubione dziecinne książeczki: Nancy Drew, bracia Hardy, Cherry Ames. Czytała je po wielokroć. Łzy napłynęły do oczu Maggie. Jakże to było dawno! Jej korzenie. Początek jej życia. Wspomnienia. Wiele przyjemnych, zwłaszcza tych, które wiązały się z dziecinnym pokojem. Dopiero gdy wyszło się na korytarz, wspomnienia stawały się dziwnie gorzkie... Minęło wiele minut, nim Maggie zdała sobie sprawę z tego, że nie odnajdzie tego, co chciała znaleźć w tym pokoju. Było tu ongiś inne dziecko, ale nie został po nim żaden ślad. Wszystkie pamiątki dzieciństwa Sawyer były schowane w pracowni mamy, niedostępne i odległe. Zupełnie tak jak jej córka. Rozdział jedenasty Maggie wracając do swego pokoju zobaczyła Amelię, nadal w wieczorowym stroju, która właśnie zamierzała zastukać do jej drzwi. Zdumiewające, że kobieta w wieku Amelii może koło północy tak tryskać życiem. - Czy coś się stało? Przeczytałam twoją kartkę. Cary dosłownie wali się z nóg. Taniec w przyciasnych butach nie ma dla niego tyle uroku, co dla mnie. Biedaczek, ile on musi przeze mnie znieść! Powiedz mi o co chodzi? - Przed waszym powrotem zadzwonił Rand - skłamała Maggie, nie chcąc się przyznać do czegoś, co mogło być fałszywie zrozumiane i spowodować kłopoty. - Powiedział, że widział się z Susan, która wyglądała na bardzo chorą. Stwierdził, że gdybyś tam była, zapakowałabyś ją natychmiast do łóżka. Nie jesteś nadopiekuńcza i nigdy nie byłaś skłonna do przesady. Przypuszczam więc, że z Susan jest bardzo źle, ale mimo to kontynuuje tournée. - Jerome wykończy ją, byle tylko osiągnąć to, czego chce. Bez niej jest po prostu zerem. Myślę, że sam zdaje sobie z tego sprawę. Próbuje więc wydusić z niej podczas tego tournée wszystko, co może. - Amelia westchnęła. - Nie wiem, co robić, i czy w ogóle można coś na to poradzić, jeśli zatelefonujemy, Jerome z pewnością odbierze telefon i powie, że Susan wypoczywa, śpi albo wyszła po zakupy. Nigdy nie docierają do niej wieści, które przekazuję przez niego. Przypuszczam, że on nawet kontroluje jej korespondencję! Susan zadzwoniła do mnie pewnego razu tak przygnębiona, że ledwo była w stanie mówić: żaliła się, że wszyscy o niej zapomnieli i tak dalej. Próbowałam jej wytłumaczyć, jak sprawy wyglądają, ale nie chciała wierzyć. Powiedziała, że Jerome nigdy nie zrobiłby jej czegoś podobnego, przecież ją kocha. Wiesz, moja droga, jeżeli to ma być miłość, to chyba chora! - Nie wiedziałam o tym - powiedziała cicho Maggie. - Nie wiesz o wielu sprawach, dotyczących nas wszystkich. Nie chcę ci robić wyrzutów, ale dawniej... - Wiem, ciociu Amelio. Teraz się to zmieniło. Chciałabym jeszcze trochę poczekać i zadzwonić do niej koło siódmej czy ósmej według angielskiego czasu. Co ty na to? - Sądzę, że to dobry pomysł, ale jeśli odezwie się Jerome, to wątpię, czy na wiele się to zda. Chętnie z tobą poczekam. Może zejdę na dół i przyniosę nam herbaty i krakersów albo czegoś innego? - Mam lepszy pomysł. Masz na sobie model od Galanosa, prawda? Dlaczego nie pójdziesz się przebrać, a ja tymczasem postaram się o herbatę i krakersy? - Urządzimy sobie babskie pogaduszki? Uwielbiam to! - zachichotała Amelia. - Żadne tam baby! - zaoponowała Maggie z uśmiechem. - Jesteśmy na to za młode. Szykowne dziewczyny! - Niech będą dziewczęce pogaduszki. A tak nawiasem, czy chluba adwokatury się zjawiła? Widziałam na podjeździe jakiś wynajęty samochód. - Tak. Cranston już tu jest. Przyjechał wieczorem. Ma zamiar zostać dwa tygodnie. Przynajmniej teraz tak twierdzi. Idź się przebrać! Potem pogadamy. Amelia przede wszystkim sprawdziła, co robi Cary: leżał w ich łóżku, otulony atłasową pościelą, i leciutko pochrapywał. Jak pięknie wyglądał! I cały był jej, każdy najmniejszy skrawek jego ciała należał do niej! Amelia zdjęła suknię, powiesiła ją na oparciu krzesła, szybko narzuciła leciutką jak piana koszulkę z jedwabiu w kolorze szampana i odpowiedni szlafroczek. Starannie nałożony makijaż zmyje później. Nie ma sensu straszyć Maggie swoim wyglądem. - Za to cudo gotowa bym popełnić zbrodnię - powiedziała Maggie z zachwytem, gdy obie panie zasiadły do intymnej pogawędki. - Ja o mały włos nie popełniłam! - roześmiała się Amelia. - Musiałam walczyć z piersiastą babą z Austin, dla której ten komplet był o sześć rozmiarów za ciasny! Powiedziała, że się odchudzi, byle się w niego wbić. To szóstka. Maggie uśmiechnęła się. Jakie to miłe: siedziały z Amelią późną nocą, popijały herbatę i gawędziły jak rówieśniczki. Jak rodzina. - Wiesz, ciociu Amelia, byłam zawsze zazdrosna o ciebie i Susa, o waszą serdeczną zażyłość. - Bardzo mi przykro. Słuchaj, mogłabyś wreszcie zapomnieć o tej „cioci”? Strasznie mnie to postarza. To zupełnie w stylu Amelii, że nie usiłuje nikomu wmówić na siłę, że przeżywa wiosnę życia - pomyślała Magie. - Jak tam wasze przedsięwzięcie budowlane? - zapytała. - Budowa się jeszcze nie rozpoczęła. Car sprawdza po sto razy każdy drobiazg. Poza tym chodzi o finanse. Mówi się o grubych milionach. Car ugryzł zbyt wielki kęs i ma teraz kłopoty z połknięcie! Chyba zrobimy z niego jeszcze Teksańczyka! - Ogromnie go kochasz, prawda? - Całym sercem i duszą, Magie. Niedawno pomyślałam sobie, że wszystkie nasze romansik, przelotne związki, przygody na jedną noc, to tylko preludium do jednej jedynej, wielkiej miłości. Mówią, że człowiek sam od razu pozna, gdy spotka miłość swojego życia. Pamiętam, jak wypytywałam o to moją matkę, a ona tylko uśmiechała się i powiedziała: „Przekonasz się sama”. Miała rację. Zakładam, że dla ciebie nie nadeszła jeszcze ta wielka chwila. - Jeszcze nie, a czas pędzi jak szalony! - Magie skrzywiła się. - Powiedz mi, gdy ci się to przydarzy. Wiesz, poddałam się ostatniej operacji plastycznej. Koniec. Żadnych więcej cięć i szwów. Wystarczy. Chyba nie żal mi, że się starzeję; szkoda tylko, że na mojej podłej skórze tak łatwo robią się zmarszczki. Kiedy miałam dwadzieścia dziewięć lat, wyglądałam na dobrą czterdziestkę. To rodzinne. - Lepiej mi nie mów! - poprosiła Magie, dotykając swego policzka. - Bądź spokojna! Masz skórę po Biblie. Rozmawiamy bez podtekstów. - Wiem. Zawdzięczam mojej matce bardzo wiele. Pewnego dnia siądę przy niej i powiem jej o tym. Tylko jakoś nigdy dotąd nie zdarzyła się odpowiednia chwila. - Czy miałaś jakieś wiadomości od Sawyer? - spytała Amelia znacząco. - Żadnych. Obaj chłopcy otrzymali od niej listy. Wiem, że jest w Nowym Jorku i nic poza tym. - Musiała być zrozpaczona, kiedy Rand z nią zerwał. Była tak bardzo w nim zakochana, że aż chciało się płakać. Kiedyś twierdziłam, że kobiecie nie wolno do tego stopnia szaleć za mężczyzną. A teraz popatrz na mnie: jestem w gorszym stanie niż ona! Sawyer ma wielki atut: młodość. Jestem pewna, że się pozbiera. A ja, jeżeli Cary mnie porzuci, po prostu uschnę i umrę. Mówię ci to w zaufaniu, Maggie. Jeśli piśniesz słowo, wszystkiemu zaprzeczę! Maggie dolała jej herbaty. - To, o czym mówimy, zostanie między nami. Nikt inny się o tym nie dowie. Powiedz mi, czym się zajmujesz, gdy Cary jest w terenie i boryka się z trudnościami? Nigdy cię nie ma w domu. - Zbieram dla niego informacje. Cary naprawdę liczy się z moim zdaniem. Miewam dobre pomysły. Jak dotąd, nasza współpraca kwitnie. Ale to nie znaczy, że Cary nie potrafi sam podjąć decyzji albo że dybie na moje pomysły, bo nie ma własnych. Po prostu wszystkim się dzielimy. Tworzymy dobraną parę, zespół, spółkę, nazwij to jak chcesz. Nigdy nie przypuszczałam, że będę taka szczęśliwa. - Odchyliła się do tyłu pijąc herbatę. - Dosyć na mój temat. Przez ostatnie tygodnie prawie cię nie widywałam. - Ja też byłam zajęta - powiedziała Maggie. - Jeśli nie siedzę na zebraniu jednego komitetu, to tkwię na posiedzeniu innego. Staram się codziennie zagrać w tenisa i przynajmniej raz na tydzień w golfa. Wzięłam na siebie różne funkcje społeczne, które spełniała kiedyś mama, i dzięki temu zaakceptowano mnie tutaj. Zajmuję się teraz galerią, która niebawem zostanie otwarta w Crystal City. Jej kustoszem jest znajomy moich przyjaciół. Oferował mi nawet pracę. Powiedziałam, że interesuje mnie to zajęcie, ale w niepełnym wymiarze godzin. Chcę być w domu, kiedy chłopcy wracają ze szkoły. Jestem stale zabiegana, Amelio, ale takie życie mi odpowiada. - Widać to po tobie, i tylko to się liczy. Wiem, że to nie moja sprawa, ale mimo wszystko zapytam: czy jest szansa na to, że ty i Cranston znowu się ze sobą zejdziecie? - Nie sądzę. Zbyt się oddaliliśmy od siebie. Ale nie jesteśmy też wrogami, nic podobnego. Prawdę mówiąc, staramy się oboje w obecnej chwili o umocnienie naszych więzi z Cole’em. - A twoje stosunki z matką? - Przyjaźnimy się ze sobą. Nie pragnę niczego więcej. - A Rand? Maggie zawahała się. - To także przyjaciel. - A w dodatku to nie moja sprawa, prawda? - Raczej nie - odparła Maggie spokojnie. - Jest moim synem. - Wiem. - Nie chciałabym, żeby spotkało go coś przykrego. Myślę, że jest mu teraz bardzo ciężko. - Wiem o tym - powtórzyła Maggie podnosząc do ust filiżankę. - Chcesz powiedzieć, że masz dobrą pamięć? - Bynajmniej. Wiem, jak cenna bywa miłość, prawdziwa miłość. Tym bardziej, gdy trzeba odwagi, żeby po nią sięgnąć. Mówię tylko, że każde z nas odda wszystko dla osobistego szczęścia. Bo po to przecież żyjemy! Jeżeli zaś zdobyliśmy je cudzym kosztem, trzeba żyć także z tą świadomością. - Coś w tym jest. To było bardzo ładne kazanko. Ogromnie mi się spodobało - uśmiechnęła się Maggie. - Byłam pewna, że ci się spodoba. Powinnam dolać do tej herbaty coś mocniejszego. Całkiem wybiłam się ze snu. Ile czasu musimy jeszcze odczekać, żeby zadzwonić do Susan? Maggie spojrzała na zegarek. - Co najmniej dwadzieścia minut. Coś cię niepokoi, prawda? Zauważyłam, że nie możesz usiedzieć spokojnie. Chcesz o tym pogadać? - Tak. Nie. Nie mam pojęcia! Nie wspomniałam o tym jeszcze nawet Cary’emu. - Uspokój się, Amelio. Wszystko zostanie między nami. Przecież to już ustaliłyśmy. Amelia zamilkła na dłuższą chwilę, a potem nabrała tchu i wypaliła: - Dom mojej matki jest do sprzedania! - Naprawdę?! - I chcę go kupić. - Po co? Masz zamiar osiąść tu na stałe? Amelia odstawiła filiżankę i pochyliła się ku Maggie. - Nie wiem, czy to potrafisz zrozumieć, ale mój ojciec sprzedał ten dom wbrew woli matki. Chciała go zatrzymać, zabierać tam Mossa i mnie, żebyśmy mogli poznać nasze dziedzictwo, zwyczaje i sposób życia jej rodziny. Mój ojciec nie chciał się na to zgodzić. Mówił, że nie jest jej potrzebne nic prócz Sunbridge, a już na pewno nie drugi dom! W ten sposób zagwarantował sobie jej pełną zależność. Omal jej to nie złamało serca. Rozmawiałyśmy na ten temat. Chyba znam tamten dom równie dobrze jak ty Sunbridge, wiem, gdzie stał każdy mebel. Oczywiście wszystko dawno temu zostało sprzedane, ale pamiętam każdy szczegół. Prawdę mówiąc, mama i ja zrobiłyśmy szkice całego domu. Chyba leżą one dotąd na poddaszu razem z moimi szkolnymi rzeczami. Potrafiłabym odtworzyć ten dom. - Po co? - spytała znów Maggie. - Będziesz w nim mieszkać? - Po co? A dlaczego ty chciałaś tu wrócić? Wiem, że brzmi to głupio, ponieważ wychowałam się w Sunbridge. Ale jeżeli mama nie mogła odzyskać tamtego domu, to może mnie się uda? Kto wie, co z nim zrobię? Będę na niego patrzeć, będę po nim chodzić. Może Cary zechce w nim zamieszkać. Nie mówiłam, że go kupię - zastrzegła się Amelia. - Powiedziałam tylko, że jest na sprzedaż. Nie będę Cary’emu już tak potrzebna, gdy ruszy budowa. Kobiety nie powinny włóczyć się po jej terenie. Miałabym więc jakieś zajęcie. I to takie, z którego cieszyłaby się moja mama. - Wobec tego powinnaś to zrobić - stwierdziła Maggie. - Pochwalam wszystko, co da ci radość. A ile ten dom będzie kosztował? - Dowiadywałam się - powiedziała Amelia bardzo cicho. - Ile? - spytała szeptem Maggie. - Milion sześć tysięcy za dom wraz z nieco okrojoną parcelą. Okoliczne grunty wywindowały ceny w górę. - Boże święty! Gotowa jesteś... - Tak... Chętnie dam wszystko, byleby tylko zdobyć ten dom. - Chcesz powiedzieć, że nic ci już nie zostanie? - Mówię o upłynnieniu gotówki. Nie zapominaj, że trzeba będzie odtworzyć cały dom! To będzie kosztowało majątek! Ale stać mnie na to, więc nie ma problemu. - Chyba powinnaś zastanowić się, Amelio, czy aż do tego stopnia ci na tym zależy. Gdybyś potrzebowała... - Maggie! Starczy mi aż nadto! Cary kupiłby ten dom dla mnie, gdybym nie miała pieniędzy, ale mam. Tylko... Zrozum, że ja nie... Do diabła, nie wiem, co chcę powiedzieć! Maggie zachowała milczenie. To była Amelia, jakiej dotąd nie znała. Teraz łatwiej jej było zrozumieć głęboką przyjaźń, łączącą jej matkę z tą kobietą. - A co ty byś zrobiła na moim miejscu, Maggie? - To, na co miałabym ochotę. Życie jest krótkie: jeżeli to cię uszczęśliwi, powinnaś to zrobić! - Nie jestem pewna, czy mnie to uszczęśliwi. Poza tym to fura pieniędzy. A jeśli sobie z tym nie dam rady? - Amelio, nie wyobrażam sobie ciebie bezradnej w jakiejkolwiek życiowej sytuacji. Jeśli coś będzie nie tak, wycofasz się. Odsprzedasz komuś ten dom. Nic prostszego. - Nie chcę rzucać się w to na oślep, ale co będzie, jeśli ktoś mi sprzątnie ten dom sprzed nosa?! - Postaraj się o opcję. Wyłóż pewną sumę, póki gruntownie wszystkiego nie rozważysz i nie obgadasz z Carym. Tego się obawiasz najbardziej, prawda? - Owszem, Cary jest wspaniały i na swój sposób uczciwy. Ale chyba nie zrozumie, dlaczego chcę wydać aż tyle pieniędzy, zwłaszcza że koszty remontu będą także ogromne... - Zgodzi się, kiedy się przekona, jak bardzo tego pragniesz. - Może masz rację. Jutro z nim porozmawiam. Boże, już chyba pora zadzwonić do Susan! Maggie przewracała się na łóżku przez całą noc. Rozmowa z Susan nie wpłynęła na nią uspokajająco. Jerome nie chciał przywołać żony do telefonu, ale Amelia uparła się. Susan mówiła znużonym głosem, jakby rozmowa telefoniczna stanowiła ciężar ponad jej siły, choć próbowała przekonać Amelię i siostrę, że czuje się świetnie. - Ktoś tu kłamie, a nie sądzę, żeby to był Rand! - powiedziała gorzko Amelia, gdy zakończyły rozmowę. - Martwię się, Maggie, naprawdę bardzo się martwię. Znam dobrze Susan i nie podoba mi się sposób, w jaki rozmawiała. Jerome twierdzi, że jest po prostu zmęczona, ale to nie ma sensu! Tam jest dopiero rano, na litość boską! Susan tylko co się obudziła! A poza tym bywała rano zawsze w cudownym humorze: mówiła, że to dla niej najlepsza pora dnia. Nie podoba mi się to wszystko, wcale a wcale! Maggie też się to nie podobało. Niepokoiła się o swoją siostrę przez cała noc i niepokój ten wcale nie przygasł następnego ranka, kiedy o świcie, który mieszał liliowe cienie z bladoróżowym światłem, podążyła na cmentarz położony na wzgórzu. Jej sandały przemokły i stały się śliskie od rosy, pochyliła się więc, by je zdjąć, i nagle zdała sobie sprawę, że ktoś szedł tędy przed nią. Zatrzymała się i rozejrzała dokoła, niezadowolona, że ktoś wtargnął do miejsca, które w duchu uważała za wyłącznie swoje. Kto z mieszkańców Sunbridge zerwał się tak wcześnie? I dlaczego udał się na cmentarz? Stąpała cicho na bosaka, nie przestraszona, ale zaciekawiona; nie wyobrażała sobie, żeby w tym pełnym ciszy i spokoju zakątku mogło przydarzyć się coś złego. Kiedy zbliżała się do wzgórza, na którym spoczywali członkowie rodziny Colemanów, poczuła się jakoś niepewnie. Dobiegł do niej czyjś głos, niezbyt wyraźne, pospiesznie wypowiadane słowa. Podkradła się bliżej, starając się stąpać bezszelestnie, coś ostrzegło ją, by nie zdradzała swej obecności. Kolorowa plama, jaskrawo purpurowa w bladym świetle brzasku, przyciągnęła oczy Maggie. To Amelia! Maggie poczuła ogromną ulgę. Oczywiście, że to Amelia: komu innemu mogło zależeć na odwiedzeniu tego miejsca? Kiedy zastanawiała się, poczekać czy odejść, dotarł do niej rozchodzący się wyraźnie w świeżym, czystym powietrzu rodzącego się dnia głos ciotki: - Myślę, że to mądra decyzja, mamo. Chyba nie jestem absolutnie szczera, kiedy mówię, że chcę kupić twój rodzinny dom ze względu na ciebie. Dla ciebie już na to za późno. Może i dla mnie również. Może, może, może... Kupię ten cholerny dom i urządzę go dokładnie tak, jak wyglądał, kiedy w nim mieszkałaś. Do diabła, mamo, może nawet zamieszkam w nim z Carym. O Boże, tak bym chciała, żebyś tu była! O tylu sprawach pragnęłabym z tobą pomówić... Ta straszna ustawiczna niepewność... Któż by uwierzył, że w każdej chwili umieram ze strachu, że Cary mnie porzuci?... - Ja ci wierzę... - szepnęła Maggie w otaczającej ją ciszy. - Wiesz, mamo, jestem o tyle od niego starsza! Pewnego dnia uważnie mi się przyjrzy i zrozumie, że jestem stara! Żebyś wiedziała, jak ja go kocham! chyba popełniłabym dla niego nawet morderstwo!... Czy kiedyś dręczyła cię obawa, że musi wydarzyć się coś strasznego, bo wszystko układa się zbyt pomyślnie? Właśnie tak się w tej chwili czuję. Wiem, że coś musi się popsuć: jest zbyt pięknie! Jestem zanadto szczęśliwa! Nie chcę żyć, jeśli Cary odejdzie. Nie mogłabym znieść tej pustki, czy też się tak czułaś? Czy dlatego zamknęłaś się w sobie? Ale ja nie będę umierać przez dwadzieścia pięć lat, mamo - szepnęła Amelia - znam szybsze sposoby. Maggie odwróciła się, łzy ją oślepiły. Nie miała prawa tego słuchać! Cofając się ostrożnie po wąskiej ścieżce czuła się jak przestępca. Nagłe poruszenie purpurowej sylwetki zmusiło Maggie do dania susa w krzaki i przykucnięcia. Ze swej kryjówki spośród krzewów widziała wyraźnie Amelię stojącą nad grobami. Nie wiedziała, śmiać się czy płakać, gdy Amelia odwróciła się w stronę nagrobka Setha i zagrała mu na nosie. Kilka minut później wypielęgnowane stopy Amelii przeszły obok jej kryjówki. Maggie odczekała dłuższą chwilę, zanim się wyprostowała. Przekonała się, że nigdzie w zasięgu wzroku nie ma purpurowej sukni Amelii - i dopiero wówczas wróciła na ścieżkę. Cary właśnie wyłonił się spod prysznica, gdy Amelia weszła do pokoju. - Więc to jednak nie było porwanie! Oglądałaś wschód słońca? - Coś w tym rodzaju. Byłam na cmentarzu. Miałam akurat odpowiedni nastrój, kiedy się przebudziłam. - Uśmiech Amelii był trochę niepewny. - Nie musisz się przede mną usprawiedliwiać, Amelio, ani niczego wyjaśniać. Myślałem, że jesteś na patio i obserwujesz wschód słońca... Czy coś cię niepokoi, złotko? Amelia usiadła na brzegu łóżka i przyglądała się, jak mąż się ubiera. Bardzo lubiła obserwować zabawny podskok, który wykonywał przed zaciągnięciem suwaka spodni. Cary uśmiechnął się, Amelia odpowiedziała mu uśmiechem, po czym głęboko odetchnęła i nabrała odwagi. - Chciałabym porozmawiać z tobą o pewnej sprawie. Potrzebuję twojej opinii i rady. Przypuszczam, że tego właśnie szukałam na cmentarzu, ale rozmowa okazała się dziwnie jednostronna. Poszłam im się zwierzyć chyba po to, aby uporządkować własne myśli... Mówię z sensem? - Owszem. A co to za sprawa? - zapytał Cary siadając na łóżku koło żony. - Chcę kupić dom Cary uniósł ręce do góry. - A jakie widzisz przeszkody? - Nie chodzi mi o byle jaki dom, tylko o ten, w którym moja matka spędziła dzieciństwo i młodość. Opowiadałam ci, jak tata sprzedał ten dom wbrew jej woli. Dowiedziałam się, że wystawiono go na sprzedaż, i chcę go kupić. Wolałabym mieć pewność, że kupując go postępuję słusznie. - Jeżeli to dom twojej matki, powód jest moim zdaniem wystarczający. Kupuj! - Nie będziesz miał mi tego za złe? - Amelio, pragnę tego, czego ty sobie życzysz. Jeżeli dotąd się o tym nie przekonałaś, to nigdy mi nie uwierzysz. - Muszę go odnowić. Będzie to wymagało wiele trudu. Cena jest wysoka, ale dziś wszystkie nieruchomości są drogie. Pieniędzy mi wystarczy, nie w tym problem. - A w czym? - Sama nie wiem. Zupełnie się nie znam na nieruchomościach. Może ci się ten dom wcale nie spodoba. Mam na poddaszu szkice i obraz, który go przedstawia. Jeżeli kupię go, to urządzę dokładnie tak, jak wyglądał wtedy, gdy w nim mieszkała mama. A kiedy ty będziesz na budowie, ja też będę miała jakieś zajęcie. - Podoba mi się ten pomysł. Mój dom jest tam, gdzie ty jesteś, dziecinko. Wiesz o tym. I nie martw się tym, że nie wiesz tego czy owego. Czy ja sam kiedykolwiek przypuszczałem, że wdam się w przedsięwzięcie budowlane?! Startuj! - Cena wynosi milion sześć tysięcy. - Nieźle. Ale jeśli ci na tym zależy, to go kup. - Naprawdę uważasz, że powinnam to zrobić? - Tak, do cholery, tylko nie płać gotówką! Postaraj się o hipotekę na jak najwyższą sumę. Oszczędzisz przez to grubszą forsę na odpisach podatkowych. - Hipoteka? Miałam zamiar zapłacić gotówką. - Nigdy nie płać gotówką! Zawsze wykorzystaj, kiedy można, cudzą forsę. Jak, twoim zdaniem, doszedłem do tego, co mam? Będziesz musiała z tym i z owym obgadać całą sprawę. - Czyżby? - uśmiechnęła się szeroko Amelia. - Czy nie udzieliłam ci przypadkiem podobnej rady? - I posłuchałem jej. A teraz twoja kolej. Idź do obecnego właściciela, złóż swoją ofertę, a potem do banku. Chciałbym pójść z tobą, ale jestem dziś zajęty jak cholera. Jeżeli ci będę potrzebny, to zadzwoń. - Dobrze. - Wiesz, Amelio, czuję się, jakbym był wśród swoich. No, prawie. Dzięki tobie wszyscy potraktowali moje plany poważnie i nikt mnie nie próbował wykiwać. Chyba i w przyszłości tego nie będzie. Wystarczył uścisk ręki i przyjęli mnie jak swego. A wszystko zawdzięczam tobie! - Po to tu jestem. - Mylisz się, moja pani! Jesteś tu całkiem po co innego! Amelia zachichotała, gdy niecierpliwe ręce Cary’ego zaczęły rozpinać jej suknię. - Spóźnisz się! - ostrzegła. - Co mi tam! Jestem szefem, nie zapominaj o tym! Ta sprawa jest zdecydowanie pilniejsza. Stoisz u mnie na pierwszym miejscu, złotko! Zawsze o tym pamiętaj. Amelia westchnęła, nie próbując już wydostać się z jego objęć. - A więc zajmijmy się tym, w czym jesteśmy najlepsi! Kiedy tulił ją do siebie tak jak w tej chwili a jego niecierpliwe i spragnione ręce brały ją w posiadanie, nim przystąpili do gorętszych, bardziej powolnych pieszczot, serce Amelii tętniło równie gwałtowną namiętnością. W objęciach Cary’ego znów była młoda, niepohamowana, a zarazem dziewczęco naiwna. Myślała tylko o tym, że jest mu potrzebna; jej całym światem był ten jeden człowiek. Kochała go, potrzebowała go bardziej, niż chciała się do tego przyznać. Pragnęła go zaspokoić, podobać mu się, gdyż tylko jego zadowolenie dawało jej szczęście. Cary czuł, jak żona słabnie w jego uścisku i oddaje się na pastwę jego dłoni i warg. Zdumiewało go, że zawsze instynktownie wiedziała, jakimi pieszczotami rozpalić jego pożądanie, że zawsze była dla niego dostępna, nigdy nie kazała mu żebrać o swe względy. Była doświadczoną kochanką, świadomą swojego ciała, tego, co ją pobudza i co daje jej zaspokojenie. Jednak było w niej również coś kruchego i dziewczęcego; sprawiała też, że ich pieszczoty były ciągle czymś nowym, że nie mógł doczekać się w chwili, gdy zamknie go w swoim objęciu. Przy niej czuł się w całej pełni mężczyzną, miał poczucie i świadomość swej siły. Przede wszystkim jednak Amelia dawała mu pewność, że jest kochany, bezwarunkowo i niezmiennie. I za to przede wszystkim był jej bezgranicznie wdzięczny; w środowisku, z którego pochodził, miłości nie okazywano lub odmierzano ją w mikroskopijnych dawkach. Cary przewrócił się na plecy, pociągając żonę za sobą, przybierając ulubioną przez nich oboje pozycję, gdy górowała nad nim. Kolana Amelii ściskały jego biodra, kiedy dosiadała go i wsparta dłońmi na jego piersi odchylała się do tyłu, by wchłonąć go w siebie jak najgłębiej. Objął jej pośladki, by jej ruchy stały się pewniejsze, podtrzymywał ją biodrami i dostosowywał rytm swojego ciała do jej poruszeń. Wkrótce poczuł drżenie zdradzające, że bliska jest orgazmu. Obserwował jej twarz, widział, jak przymyka oczy i odrzuca głowę do tyłu, jak rysy jej rozświetla niezmącona rozkosz. To, że mógł doprowadzić do takiego uniesienia kobietę, którą kochał, dawało mu wyjątkową satysfakcję, nie porównywalne z niczym pożądanie i namiętność. W chwili gdy poczuł, że jej ciało przywiera coraz ciaśniej do niego, jej ruchy przybierają na sile, a w gardle narasta pomruk przypominający zew kotki, przewrócił się wraz z nią na bok, z biodrami nadal tkwiącymi w obręczy jej ud. Zatopił się w niej głęboko, naśladując rytmiczne poruszenia, które wykonywała dosiadając go jak wierzchowca. Amelia wtopiła się w Cary’ego, odpowiadając całym ciałem na każdy ruch jego ciała, a całą duszą na jego miłość. To, że dawała swojemu mężczyźnie rozkosz, było dla niej niezrównanym upojeniem. Gdy oboje równocześnie osiągnęli szczyt, roześmiała się miękkim, niskim pełnym triumfu śmiechem. Maggie popijając powoli poranną kawę była z wielu powodów zdenerwowana. Przede wszystkim niepokoiła ją ta głupia rozmowa z Jerome’em i Susan; poza tym chodziło o Amelię. Za każdym razem, gdy pomyślał o jednym, nasuwało się jej na myśl to drugie. Amelia... Maggie wiedziała, że jej ciotka bardzo kocha Cary’ego Assante i zdawała sobie sprawę z różnicy wieku pomiędzy nimi. W chwili obecnej Cary był równie mocno zakochany w żonie - ale jak długo to potrwa? Wiecznie? Czy istnieje coś, co trwałoby wiecznie? Cranston pierwszy pojawił się na dole. Ubrał się bardzo odpowiednio w pulower z bawełnianej dzianiny w niebieskie paski i sportowe spodnie z białego płótna, podkreślające smukłe biodra i długie nogi. Nabierał na talerz smakołyków, których duży wybór czekał na kredensie, a potem zajął miejsce naprzeciwko Maggie i nalał sobie kawy przygotowanej w elektrycznej maszynce. - Nie ma to jak życie na wsi! - zauważył entuzjastycznie. - Maggie, kochanie, czy moglibyśmy dziś urządzić sobie piknik? Wyruszylibyśmy zaraz po powrocie moim i Cole’a, gdy już zapiszemy go do szkoły. Maggie spojrzała na niego przez stół, nie wierząc własnym uszom. - Piknik? Nie wiedziałam, że to coś w twoim guście. Jeżeli dobrze pamiętam, nie braliśmy nigdy udziału w żadnym pikniku. Chyba się nie mylę? - Nie mylisz się. Szkoda! Jest bardzo wiele rzeczy, które powinniśmy byli zrobić, Maggie. Może jeszcze nie jest za późno, by to naprawić? Jestem pod ręką. Mam mnóstwo czasu. Dlaczego nie mielibyśmy zaprzyjaźnić się na nowo? Może wtedy sprawy ułożyłyby się lepiej dla nas obojga. Zróbmy to dla Cole’a - dodał mimochodem. - Dzięki, że nie zwalasz całej winy na mnie, Cranstonie - powiedziała łagodnie Maggie. - Nie byłam dobrą żoną, wiem o tym. - Zawahała się. - Wątpię jednak, czy uda nam się dziś z tym piknikiem. Mam dzisiaj dwa spotkania i oficjalny lunch. Obiecałam, że przyjdę. Będą na mnie czekać. Nie mogę tak... Cranston przechylił się przez stół. - Odwołaj je, Maggie - poprosił intymnym tonem. Maggie znów się zawahała. Piknik mógł okazać się dobrym pomysłem. Nie da się zaprzeczyć, że Cranston potrafił przekonywać, gdy mu na czymś zależało. Choćby w tej chwili: jego uroda, ton głosu, czułość, którą jej okazywał, sprawiały, że prawie zapomniała, jak bardzo byli ze sobą nieszczęśliwi. Wszystkie dawne rany i wzajemne się dręczenie wydawały się teraz tak odległe... - W porządku, jesteśmy umówieni - odparła wstając od stołu. - Zadzwonię do paru ludzi i powiem Marcie, żeby przygotowała dla nas koszyk z prowiantem. Wszystko będzie gotowe, zanim wrócisz z Cole’em. Cranston podziękował jej chłopięcym uśmiechem, którego nie oglądała od niepamiętnych lat! Kiedy powrócił z Crystal City, Maggie czekała już na niego ubrana w obciskające biodra dżinsy i luźną, błękitną jak niebo koszulkę, którą związała w cienkiej talii ukazując niewielką powierzchnię opalonego brzuszka. Cranstonowi zaparło dech. W podniszczonych tenisówkach i ze zwiniętymi w kostce skarpetkami, uczesana w powiewający koński ogon Maggie wyglądała na jakieś szesnaście lat. - A gdzie Cole? - spytała, rozglądając się i nie widząc syna. - Powiedział, że pikniki go nie rajcują, więc podwiozłem go do domu jakiegoś małolata: ma tam sobie popływać. - Do czyjego domu? - chciała wiedzieć Maggie. - Nie wiesz, kto to taki? - Jakiś tam Mike. No, nie irytuj się! - powiedział uspokajająco Cranston. - Łudziłem się, że będę główną atrakcją na tym pikniku! Po chwili twarz Maggie wypogodziła się. Nieraz jeszcze urządzą sobie piknik we trójkę, a jeśli ona i Cranston znów się zaprzyjaźnią, będzie to z korzyścią dla Colea. - Przekonasz się, że nie jesteś główną atrakcją, jak skosztujesz pieczonych kurcząt Marty! - roześmiała się pogodnie. Cranston poczuł, jak opuszcza go napięcie. Za żadne skarby nie chciał, żeby Maggie dowiedziała się, iż okłamał Cole’a w sprawie pikniku: chciał ją mieć tylko dla siebie. - Masz jakieś upatrzone miejsce? - zapytał idąc z Maggie w stronę drzwi i odbierając od niej koszyk. - Znam prześliczne miejsce. Susan, Riley i ja często się tam bawiliśmy będąc dziećmi. My z Susan niosłyśmy plastikowe talerze, a Riley taszczył koszyk z jedzeniem; nieraz przesiedzieliśmy tam wiele godzin. - Więc przeżywałaś tutaj i miłe chwile? - odezwał się łagodnym tonem. - Oczywiście, że miałam też dobre chwile - broniła się Maggie. - Tylko tak się jakoś składało, że tych złych było więcej niż dobrych. - Uśmiechała się. - Szkoda, że nie widziałeś, jak mój brat mocował się z tym koszem! Musiałyśmy przywiązać sznurek, żeby go ciągnął za sobą... Bardzo mi brak Rileya, a nieraz czuję się taka winna... - Maggie natychmiast pożałowała wypowiedzianych słów. Cranston nie był kimś, komu chciałaby się zwierzać. - Dlaczego, na miłość boską, miałabyś czuć się winna w stosunku do Rileya? - spytał. - Przecież zginął na wojnie. Czy dlatego właśnie zaprosiłaś tu jego syna? Maggie wzruszyła ramionami i odpowiedziała wymijająco: - Ja żyję. Wybieram się na piknik z przystojnym facetem. Riley nigdy już nie weźmie udziału w pikniku ani nie zagra w piłkę ze swoim synem, Bardzo mnie to boli. A małego Rileya sprowadziłam tu z innego powodu. Chłopiec ma pełne prawo tu być. To wszystko - powiedziała zakreślając koło ręką - byłoby własnością jego ojca, gdyby nie zginął. Nie mogę i nie chcę o tym zapomnieć. Miałam nadzieję, że Cole i Riley zostaną przyjaciółmi, ponieważ są kuzynami i rówieśnikami. Niestety, Cole jest uprzedzony do niego, podobnie jak ty, Cranstonie. Ale Riley dobrze sobie radzi. Ma już wielu przyjaciół i - uśmiechnęła się szeroko - nie może opędzić się od dziewcząt. Dzieciaki wolą go od Cole’a. Ale to wina Cole’a: wcale się o to nie stara. Nie interesuje się nawet dziewczętami. Chociaż, jeśli chodzi o powodzenie u nich, to moim zdaniem idą z Rileyem łeb w łeb. - Maggie wskazała dolinkę u podnóża łagodnego zbocza. - Co ty na to? Cranston spojrzał w dół z niewielkiej górki na to, co wskazywała mu żona. - Wygląda na polankę czy coś w tym rodzaju. - Właśnie! Jest tu stawek zasilany wodą ze źródła, dlatego paprocie i krzaki tak bujnie rosną. Po drugiej stronie stoi kilka sosen. Taki wspaniały zapach: cierpki i leśny. Susan zasypiała na liściach paproci. Robiliśmy sobie posłania: na spód igły sosnowe, a na wierzch paprocie. Zróbmy je i teraz! - zaproponowała Maggie z dziwnym światełkiem w oczach. - Czemu nie, do diabła! - zawołał Cranston, ześlizgując się po stoku, a Maggie zsuwała się tuż za nim. W zgodnym milczeniu przygotowywali wonne posłania. Maggie spostrzegła, że Cranston nieoczekiwanie dla samego siebie świetnie się bawi. Chyba po raz pierwszy w życiu robił taki użytek ze scyzoryka. Ona sama poczuła się znowu dzieckiem. - Chyba moje posłanie jest porządniejsze - zauważyła, gdy skończyli pracę. - Chociaż nie miałam scyzoryka! Ale nie robiłam tego po raz pierwszy. Powinieneś uważać, jak łamiesz paprocie: twoje ujdą, ale zostawiłeś za długie łodyżki, będzie cię kłuło. Rozłożę obrus, a ty wyjmij zapasy. Marta przechodzi samą siebie, kiedy szykuje pikniki. - Na to wygląda. Koszyk był kurewsko ciężki. Aż łupie mnie w szyi. - Nie narzekaj, Cranstonie, ciesz się życiem! Chyba oboje zapomnieliśmy, jak się to robi. Ja zaczynam sobie przypominać, powinieneś i ty. - A cóż znaczy „cieszyć się życiem”? - dopytywał się Cranston. - Każdy pojmuje to po swojemu. Dla mnie to znaczy” uspokoić się i odprężyć, uświadomić sobie, kim się jest. Tylko ty sam możesz się naprawdę unieszczęśliwić. Tylko ty jesteś temu winien, gdy stajesz się pracoholikiem czy alkoholikiem. Wszyscy w końcu płacimy za własne grzechy. Miałam szczęście, że ocknęłam się w porę, zrozumiałam, że takie życie mi nie odpowiada. A właściwie to wcale nie żyłam. Jedynie egzystowałam. Cranston zatopił zęby w chrupiące kurze udko i żuł mięso, przysłuchując się w zamyśleniu słowom żony. Przez ostatnią godzinę dowiedział się o niej więcej niż przez wszystkie lata małżeństwa. - I jeszcze jedno - powiedziała Maggie, wskazując na niego trzymanym w ręku udkiem kurczęcia. - Wiem, po co tu przyjechałeś. I po co zjawiłeś się poprzednim razem. Nawet gdyby Cole nie zadzwonił do ciebie, starałbyś się do mnie dotrzeć. Kiedy odeszłam, po obu stronach zostało wiele uraz. Chciałeś odebrać mi prawo do opieki na Cole’em, bo miałoby to pozytywny wpływ na orzeczenie sądu w sprawie naszego rozwodu. Telefon od Cole’a dał ci po temu sposobność. Wiem, że masz okazję wykupić udziały innych partnerów w twojej firmie i zastanawiasz się, czy z tej szansy nie skorzystać. Byłby to dla ciebie prawdziwy triumf... No i co? Miałam rację! Widzę to po twojej minie. - Maggie potrząsnęła głową. - Gdzie się podziała twoja nieprzenikniona adwokacka maska? - Zostawiłem ją w Nowym Jorku - odparł krótko Cranston. - Ja też wiele zostawiłam w Nowym Jorku. Tutaj zaczęłam nowe życie, jak ci mówiłam, wróciłam na prostą. Mam jeszcze wiele do zrobienia, zdaję sobie sprawę, że pewnych rzeczy nigdy już nie zdołam naprawić i że będę musiała żyć z tą świadomością. Cranston położył się na plecach z ramionami pod głową. - Żadne z nas nie włożyło zbyt wiele starań w utrzymanie naszego maleństwa. Przyznaję bez bicia, że było w tym dużo i mojej winy. Jak się to stało, u diabła, że w ogóle mamy dziecko?! - Jeśli życzysz sobie szczegółów, mogę ci je przypomnieć: - zaśmiała się Maggie i pospiesznie zabrała się do pakowania z powrotem koszyka. - Zrobiliśmy prawie wszystko, żeby zniszczyć Cole’a, wiesz? Ale to wielki postęp, ze rozmawiamy ze sobą i zachowujemy się całkiem uprzejmie - Maggie przerwała na chwilę. - Nie mogę wprost uwierzyć, że tu jesteś. Kiedy po raz ostatni urządziłeś sobie wakacje? - Może jakieś dziesięć lat temu? Nawet nie pamiętam. - Czy nie warto by trochę sobie pofolgować? - W tej chwili powiedziałbym, że tak. Wczoraj pewnie uważałbym, że nie. Jestem jaki jestem, Maggie. Nasza firma to moje życie. Może nie powinno tak być, ale jest. - A jeżeli wykupisz udziały pozostałych wspólników i firma będzie już tylko twoja, to co wtedy? Cranston wzruszył ramionami. - Będę władcą w kurniku. Chodź tu, połóż się przy mnie. Wbrew samej sobie i zdrowemu rozsądkowi, Maggie pozwoliła, żeby Cranston przyciągnął ją do siebie i skłonił, by położyła głowę na jego ramieniu. Chociaż ta bliskość wydawała się zupełnie naturalna, Maggie nadal czuła pewien niepokój, jakby podejrzewała, że Cranston chce ją jakoś oszukać. - To chyba nie jest najlepszy pomysł, Cranstonie. - Zmusiła się do wypowiedzenia tych słów lekkim tonem. - Rozwodzimy się, czyżbyś o tym zapomniał? A tak nawiasem mówiąc, kiedy mam stawić się w sądzie? - W pierwszym tygodniu stycznia. Zapomniałem dokładnej daty. Czy chcesz powiedzieć - Spytał Cranston opierając się na łokciu - że nic nie czujesz? Zupełnie nic? - Nie pozwolę sobą manipulować! Jeżeli kiedykolwiek pójdę z tobą do łóżka, to dlatego, że sama będę tego chciała, a nie dlatego, że mną manipulujesz! - Odsunęła się od niego. - A teraz co się tyczy rozwodu: musimy porozmawiać o Cole’u. Nie życzę sobie, żebyś tu przyjeżdżał i starał się oderwać go ode mnie! W jednej chwili Cranstonowi przeszła ochota na amory. - Cole jest wystarczająco dorosły, żeby samodzielnie podejmować decyzje. Sędzia odbędzie z nim rozmowę o tym, czego chłopak sobie życzy. - Niech cię szlag trafi, to za mało! Zrzekłeś się opieki nad nim. Dlaczego ci zależy, aby to zmienić? Wcale mi na tym nie zależy, tylko Cole czuje się nieszczęśliwy w obecnej sytuacji. Słuchaj, Maggie, nie chcę wykorzystywać twojej przeszłości przeciwko tobie, ale sama wiesz, że byłaś nieodpowiedzialną matką. Alkoholiczką nie nadającą się na opiekunkę. Sędziowie zwracają uwagę na takie sprawy. - A jak ty w tej sytuacji wyglądasz? Tak chciałeś wyrwać się na wolność, że zrzekłeś się praw do syna na rzecz nieodpowiedzialnej alkoholiczki! - Sędziowie pojmą, że fortuna Colemanów jest wystarczająca, żeby zastraszyć każdego i kupić wszystko. Co jeszcze chciałabyś usłyszeć? - Ty sukinsynu! Nie możesz tego zrobić Cole’owi i mnie! - Wszyscy robimy to, co musimy. To twoje słowa, Maggie, ja tylko je powtarzam. - A więc chodzi o pieniądze? - krzyknęła Maggie. - Potrzebne ci do wykupienia firmy! Gdybyś zużył wszystkie swoje oszczędności, spłacał bankowe pożyczki, miałbyś nóż na gardle. Pokombinujmy więc, skąd można wydobyć forsę bez płacenia odsetek? Kto będzie wystarczająco głupi i da się tak wykorzystać? - Znalazłaby się pewnie jedna czy dwie osoby, które przystałyby na taki układ - powiedział układnie Cranston. - Na przykład twoja matka. Czy Thad przypadkiem nie zamierza kandydować? Znam pewne bardzo wpływowe osobistości. Mogłabyś wyjść z całej sprawy czysta jak łza... albo wręcz odwrotnie... - Ty ścierwo! - Czy to synonim sukinsyna? - roześmiał się Cranston. - I pomyśleć, że o mały włos nie kochałam się z tobą! Jesteś podły i wstrętny! - A ty cudowna, podniecająca i czuję, jakby przebiegał przeze mnie prąd elektryczny. Zapomnij o tym całym świństwie i pokochamy się! - powiedział Cranston, pociągając ją znów w swoje objęcia. Maggie zaczęła się szamotać. Serce Cranstona biło jak oszalałe: chyba dostanie jakiegoś ataku! A może to łomotało jej własne serce? Od tak dawna nie była z żadnym mężczyzną. Jej opór stał się jeszcze gwałtowniejszy, a potem nagle osłabł, gdy ramiona Cranstona przykuły ją do niego. Dobrze wiedziała, że budzi się w niej namiętność, nie miłość. To głód zmysłów, gorące pożądanie, ale nie miłość! Powtarzała to sobie raz po raz, ale jej opory nikły, gdy czuła napierające na nią ciało i gorące dłonie rozpinające guziki jej bluzki. - Nie walcz ze mną, Maggie! Wiem, że pragniesz mnie równie mocno jak ja ciebie. Zawsze było nam dobrze razem, może tak być i teraz - szeptał się prosto w ucho zdyszanym głosem, w którym brzmiała nuta desperacji. Palce Maggie wpiły się w plecy Cranstona. Nie mówił prawdy, nie zawsze było im ze sobą dobrze. Nieraz odpychał ją od siebie, odmawiał jej miłości, w paskudny sposób mścił się i karał ją. Ale zdarzały się chwile, gdy obdarzał ją szczodrze swoimi względami, a wówczas Maggie odzyskiwała poczucie własnej godności. Takie chwile były dobre, bardzo, bardzo dobre! - Nie rób tego, Cranstonie! - błagała - ja tego nie chcę! Nie chcę ciebie! - Ależ chcesz. Wiesz dobrze, że chcesz. - Nagle szarpnął jej koszulą, obrywając wszystkie guziki i obnażając jej piersi. - Spójrz na siebie! Popatrz, jak twoje ciało tęskni za tym, żebym go dotykał, żebym je całował, o, właśnie tak! - Pochylił głowę i wziął do ust nabrzmiały sutek, pieszcząc językiem i gryząc delikatnie twardą grudkę. - Czuję, jak bije od ciebie żar, Maggie! - Jego ręka wślizgnęła się pomiędzy jej nogi, sunąc w górę po wewnętrznej stronie uda. - Już jesteś cała mokra, tak mnie chcesz, Maggie, prawda? Zawsze mnie chciałaś: twoja gotowość doprowadzała mnie do szaleństwa! - Dyszał te słowa prosto w jej usta, szukał jej warg, atakował językiem ich delikatne wnętrze. - Pokaż mi, jak bardzo jesteś mokra, Maggie. Pokaż, że jesteś gotowa - zażądał, rozpinając suwak jej dżinsów i wydobywając jej ciało na światło przesączone przez zieleń liści. W głowie Maggie wybuchały fajerwerki. Rozum mówił jedno, a ciało domagało się czegoś wręcz przeciwnego. Wbrew swej woli zaczęła pomagać mu, zsuwając pospiesznie dżinsy i majteczki. Roześmiał się z satysfakcją, gdy przekonał się, że jest mokra i gotowa na jego przyjęcie. - Nie jesteś tego wart, Cranstonie - wydyszała - nic a nic! Ale chcę ciebie! Mój Boże, jak strasznie chcę! - A czego chcesz ode mnie, Maggie? - przekomarzał się. - No, pokaż mi! Powiedz mi! - Tego! Wślizgnęła się pod niego, znajdując go dłońmi, czując jego twardość. - Nie drażnij się ze mną. Nie rób mi tego! - prawie krzyknęła, a jej głos załamał się w zdławionym szlochu. - Weź mnie, na miłość boską, weź mnie, już! Gdy było po wszystkim, Maggie leżała w ramionach Cranstona. Przyszła teraz pora czułości; pierwszy niepowstrzymany przypływ namiętności przeminął. Oboje doznali tego, czego pragnęli. Łzy napłynęły do oczu Maggie. Nie powinno się było to wydarzyć, nie powinna była dopuścić do takiej sytuacji! Wstydziła się samej siebie, wstyd jej było pożądania, z którym się zdradziła. Cranston miał na nią jeszcze jedną broń, zaliczył jeszcze jeden triumf. - Czemu nic nie mówisz, Maggie? To było dla mnie cudowne przeżycie. Maggie nadal milczała. - Nie żałuj tego, Maggie - szepnął, jakby czytał w jej myślach. - To było nieuchronne. Nie zapomnieliśmy o sobie. Ty to wiesz i ja to wiem. Zawsze powinno być tak, jak jest teraz. Nie umiem ci wyrazić, jak żałuję, że byłem dla ciebie takim sukinsynem. Dla ciebie i dla Cole’a. Nie wiem, czy zdołasz mi to kiedykolwiek wybaczyć, ale błagam cię: spróbuj, Maggie, proszę cię, strasznie cię proszę! Słowa te obudziły burzę uczuć w ciele Maggie. Jak długo czekała żeby je usłyszeć! Cranston nadal szeptał jej do ucha. Słuchała, marzyła... Będą znowu rodziną! Rozdział dwunasty Podczas w centrum Manhattanu stanowiło dzieło sztuki dzięki Adamowi Jarvisowi, który je odremontował. Jarvis był specjalistą w dziedzinie karykatury politycznej; jego gryząca satyra sprawiała, że cały Waszyngton zamierał z oburzenia albo też trząsł się ze śmiechu. Adam odniósł sukces i był dość zadowolony z życia, a poza tym ubóstwiał swoje poddasze. Kiedy kupił je przed laty za bezwstydnie wygórowaną cenę, spędził wiele tygodni na adaptowaniu go. Obecnie było dokładnie takie, jak chciał: dużo przestrzeni, górne oświetlenie, bujne zielone rośliny, meble barwne dzięki poduszkom w zdecydowanych kolorach, podłogi wykładane dębową klepką i nieledwie lustrzanym połysku. Chyba jedynym elementem, którego tu brakowało, było tak zwane dotknięcie kobiecej ręki; chwilami jednak Adam miał wątpliwości, czy kobieta byłaby w stanie wzbogacić to wnętrze, może tylko przez swoją obecność na jego rozległej przestrzeni. Cztery tysiące stóp kwadratowych to bardzo dużo jak na jedną osobę. Jedyne towarzystwo Adama, dopóki nie zjawiła się Sawyer, stanowiła niezwykle żarłoczna kotka imieniem Kulka. Adam był chyba jedynym karykaturzystą w Stanach Zjednoczonych, który wyprowadzał na spacer kota na smyczy, niosąc szufelkę do sprzątania jego kupek. Dzisiaj praca mu nie szła. Prawdę mówiąc, było tak, odkąd Sawyer się do niego wprowadziła. Może dlatego, że mu przeszkadzała, ale dlatego, że była tak strasznie nieszczęśliwa, a on nie mógł jej w żaden sposób pomóc. Sawyer, koleżanka Adama ze szkoły średniej i colleg’u, zjawiła się u niego w środku nocy z drżącymi ustami i ze strumieniem łez spływających po policzkach, Przepłakała całą noc, Adam zaś tulił ją niczym ojciec córeczkę, ale nie znajdował żadnego słowa, żadnej pociechy, którymi mógłby jej naprawdę pomóc. Zaproponował, żeby się do niego wprowadziła, a Sawyer wyraziła zgodę. Zaznaczyła jednak, że będą tylko współlokatorkami. Upierała się przy pokrywaniu przypadającej na nią części wydatków i rozliczała się co do grosza. Nie próbowała po nim sprzątać, co był jej wdzięczny. Nie zakłócała w żaden sposób jego rozkładu zajęć. Odkąd przeniosła się do nowojorskiego biura firmy Colemanów, wstawała wcześnie i wychodziła z domu o siódmej rano. Najczęściej powracała na poddasze dopiero około ósmej lub dziewiątej wieczorem; posiłki jadała w restauracjach, jeżeli w ogóle coś jadała. Adam zauważył, że schudła i zastanawiał się, czy nie powinien z nią o tym porozmawiać. Uważał, że kobieta powinna mieć trochę mięsa na kościach, może dlatego, że sam był taki wysoki i chudy. Jadł jak koń i nigdy nie mógł przytyć. Sawyer zawsze mówiła, że wygląda jak tyczka grochowa z miotłą rudych loczków. Sawyer, Był nią oczarowany od chwili, gdy się poznali i zakochał się w niej wkrótce potem. - Będziemy przyjaciółmi! - oświadczyła. Ma wiele spraw do wykonania i miejsc, które postanowiła zwiedzić. Gdyby się z kimś związała, przeszkodziłoby jej to w osiągnięciu celów. Lata mijały, Adam zaś tkwił w kawalerskim stanie - z własnego wyboru. Nigdy nie udało mu się wyrzucić Sawyer z serca. Upływ czasu i dzieląca ich odległość przyćmiły nieco pamięć o niej, ale nadal ją kochał. Także i teraz. Po prostu. Nie mógł jej jednak o tym powiedzieć: potrzebowała przyjaciela, a nie umierającego z miłości karykaturzysty. Dziewiczo czysty papier na desce do rysowania był jak milczący wyrzut. Przez chwilę Adam poczuł strach: co będzie, jeśli zaprzepaści swój talent? Jeżeli Sawyer i jej tragedia spowodują, że nie będzie już w stanie pracować? Ogarnął go niepokój. Może podlać rośliny lub przygotować coś do jedzenia? Cholera, nie włożył nawet talerzy do zmywarki! Tym właśnie trzeba się zająć: zlew był doszczętnie wypełniony brudnymi naczyniami. Adam wstał i skierował się do kuchni; Jego zielone jak u kota oczy zerknęły w odległy kącik, gdzie Sawyer siedziała pisząc list. Ostatnio bardzo często pisywała listy, choć jedyna prywatna korespondencja, jaką otrzymywała, pochodziła od chłopców z Teksasu i babki mieszkającej w Vermont. Klan Colemanów był czymś, nad czym Adam wolał się nie zastanawiać. Sam pochodził z Teksasu i wiedział to i owo o klanach. Jego własna rodzina była tak cholernie normalna, że aż niedobrze się robiło! Kiedy po raz pierwszy spotkał się z Sawyer, żałował, że w rodzinie Jarvisów nie wydarzył się żaden skandal, podobny do tych, które były udziałem Colemanów. Zażarcie odpierał zarzuty dotyczące pochodzenia Sawyer; stanowił jej stałą obstawę na zabawach i spektaklach teatralnych. Krótko mówiąc, robił z siebie durnia. Ileż wycierpiał z powodu Sawyer! Mój Boże, jak strasznie ją kochał! Kiedy wstawił ostatnią szklankę i napełnił pojemniczek mydłem w płynie, włączył zmywarkę. Jezu, to draństwo ryczało jak hamujący odrzutowiec! Sawyer podeszła od tyłu i złapała go za ucho. - Moja pilna gosposiu! - powiedziała czule - Masz jakieś jabłka? - Jabłka? Skąd ci wezmę jabłka?! Czy ja prowadzę supersam? Nic z tych rzeczy! Mam pomarańcze. Dobre, soczyste. Prawdziwe pomarańcze. Bez pestek. Obiorę ci jedną, Boże, jak mógł zapomnieć o jabłkach? Sawyer przepadała za nimi! - Poczekaj chwilę! Mam sok jabłkowy. Nie wystarczy ci? Psiakrew! - Zjem pomarańczę. Co się z tobą dzieje, na litość boską? - spytała Sawyer zauważywszy jego zdenerwowanie. - Nic się nie dzieje. - Zawzięcie obierał pomarańczę. Wręczył ją Sawyer jak jakąś zdobycz. - Pomarańcza jest do luftu, jeśli sok nie ścieka ci po brodzie - zauważył, byle tylko coś powiedzieć. - A jeśli miąższ nie przylepia się do zębów, to jest gówno warta, dobrze cytuję? Zawsze to powtarzałeś w szkole. Przypominasz sobie, jak pani Snyder wyrzuciła cię z klasy za dłubanie w zębach wykałaczką? - Pamiętasz to? - Wszystko pamiętam. Czasem wydaje mi się, że mam głowę tak pełną wspomnień, że zaraz pęknie... Nie patrz tak na mnie. Nie jestem tego warta - powiedziała bezbarwnym głosem. - Odpuść sobie, Adamie! Serce Adama waliło. O Boże, czy tak było po nim wszystko widać?! - Nick Deitrick miał słuszność: jesteś odrażająca. Sądziłem, że się myli, ale teraz wyraźnie to dostrzegam. - Ty też nie przypominasz księcia z bajki - powiedziała lekkim tonem Sawyer - a Nick nie potrafi odróżnić gęby od dupy. Adam uśmiechnął się szeroko. - Zawsze był z ciebie kawał cholery. - Masz rację. Ty za to nigdy nie awansowałeś na skończonego sukinsyna! - Potrząsnęła głową i odwróciła się. - Przepraszam. Jestem ci naprawdę wdzięczna, Adamie. Nie mam prawa obciążać cię moimi problemami ani zwalać ci się na kark. Mogę się wyprowadzić, jeżeli... - Czy ja się skarżę? Wcale mi nie przeszkadzasz. Martwię się tylko o ciebie, Sawyer. Słuchaj, uporałem się już z robotą - skłamał. - Może weźmiemy kilka dni wolnego i poszukamy słońca? Może być Floryda, Kalifornia, cokolwiek. Tobie też się przyda przerwa w pracy. Zabijasz się. Popatrz w lustro! - Nie mogę sobie pozwolić na kilka dni urlopu. A praca to dla mnie najlepsze lekarstwo. Słuchaj, Adamie, mówię szczerze: jeżeli ci przeszkadzam... - Nic podobnego, wiesz, że nie mam stałej dziewczyny. Taki mały antrakt. - W porządku. - Sawyer dostrzegła ulgę w jego spojrzeniu. - Nie idą ci dziś rysuneczki? - Powiedzmy. Są dni, kiedy nic nie wychodzi. Zmarnowałem Bóg wie ile papieru. - Jak wszystko inne zawodzi, celuj w Reagana! Twoi wielbiciele to ubóstwiają. A tak nawiasem mówiąc, czy wspomniałem ci, że Cole dołączył do grona twoich wielbicieli? Uważa, że jesteś bezbłędny. - Sawyer ziewnęła. - Chyba się położę. Jutro upiorę ręczniki. Kolej na mnie. - Masz świętą rację! Musiałem dziś rano zamówić u Bloomie’go nowe. - Niemożliwe! - Okłamałem cię kiedyś? Było tu trzydzieści sześć ręczników, zanim się wprowadziłaś. Wszystkie są teraz w brudach. Masz zwyczaj używać jednego ręcznika do włosów, drugiego do całego ciała, a trzeciego do twarzy. - Wyjąłeś wszystkie brudne ręczniki, przeliczyłem je i nie uprałeś?! Nie uprałeś, ale musiałeś przeliczyć! Wszystkie! Rzygać mi się chce! - To była twoja kolej - oświadczył Adam z wyższością. - Ile ręczników zamówiłeś? - Trzy tuziny. - Zupełnie zgłupiałeś. - Wiem. Kładź się do łóżka. Przyszedł mi do głowy świetny pomysł. - Dzięki za pomarańczę i miłą rozmowę. - Zawsze do usług. Śpij dobrze! Znalazłszy się w swoim pokoju, Sawyer wsunęła do torebki list, który napisała do babki. Wyśle go rano, idąc do biura. Następnie rozebrała się, rzuciła swoje rzeczy na krzesło i usiadła znużona. Pora położyć się do łóżka! Pora spać. Była taka zmęczona, ustawicznie zmęczona. Wydawało jej się, że minęła wieczność od chwili, gdy wymknęła się z Sunbridge nocą, jak złodziej. Przez długi czas łudziła się, że Rand pojedzie za nią; nawet się o to modliła. Tak się jednak nie stało i wszystko straciło sens. Nawet praca, którą tak kochała. Wykonywała automatycznie wszystkie czynności, nie znajdując w niczym zadowolenia. Myślała tylko o Randzie. Upokorzona, odtrącona... Ustawicznie wracała do tego myślą, wiedząc, że nigdy się już nie podźwignie. Jej tęsknota nigdy nie zostanie zaspokojona. Było to już bez znaczenia. Nic już nie miało znaczenia. Łzy, wylewane nad własnym losem, ciekły strumieniami po policzkach. Sawyer nie próbowała ich powstrzymać ani obetrzeć. Płacz zawsze pomagał jaj zasnąć. Jutro po prostu włoży ciemne okulary. Nikt tego nie zauważy, najwyżej portier. Gdyby tylko zdołała zapełnić w jakiś sposób tę wewnętrzną pustkę... Czy kiedyś zapomni o tym wszystkim i zacznie nowe życie? Czy kiedykolwiek będzie znowu sobą? Atłasowa pościel delikatnie otuliła nagie ramiona Sawyer, gdy wsunęła się pod nią. Na poddaszu słychać było skrzypy i szmery, a potem zapadła cisza. Dwie godziny później Adam zajrzał do Sawyer. Spała głęboko, z dłońmi złożonymi pod brodą. Adam poszedł do pomieszczenia, gdzie stała pralka, włożył do niej wszystkie ręczniki i włączył ją. Przeczekał wszystkie etapy prania i przerzucił ręczniki do suszarki. Czekając, aż wyschną, wypił trzy filiżanki kawy. Złożył następnie trzy żółte, puszyste ręczniki i umieścił je ostrożnie w nogach łóżka Sawyer. Przed samym pójściem do łóżka nabazgrał notatkę: „zadzwonić jutro do sklepu, zamówić jabłka”. Maggie leżała obok Cranstona w wysokim łóżku Jessiki. Słyszała lekki oddech męża i czuła przy sobie ciepło jego ciała. Zdumiewało ją, jak spokojnie spał, podczas gdy ona zawsze wierciła się i zmieniała pozycję, rankiem połowa łóżka Cranstona była gładka i nie pomarszczona, a jej wyglądała, jakby czochrało się tutaj i ryło w ziemi stado kur. Urlop Cranstona zbliżał się ku końcowi. Pojutrze odjedzie. Słyszała jego rozmowę telefoniczną: żądał, by wszystko w biurze było gotowe na jego powrót, a służbowe spotkania wyznaczone. Dwa tygodnie. Próbowała przekonać samą siebie, że był to czas na odnowienie związku z Cranstonem, na zaczęcie wszystkiego od nowa, zaprzyjaźnienie się, może nawet powrót miłości. Prawie im się to udało. Cranstonowi nie brakowało odpowiednich słów, wypowiedzianych we właściwej chwili. Maggie była pod wrażeniem jego hipnotyzującego spojrzenia i ciepłego tonu głosu. Chciała mu wierzyć, pragnęła mu zaufać. Tak, musiała przyznać sama przed sobą, że bardzo pragnęła mieć męża i rodzinę. Mąż, poczucie bezpieczeństwa, własne miejsce w świecie, wszystko to łączyło się ze sobą, znaczyło to samo. Postępowanie rozwodowe można przerwać w każdej chwili, tak przynajmniej twierdził Cranston. Brzmiało to w jego ustach bardzo kusząco... Przyjrzała mu się, powstrzymując chęć odgarnięcia kosmyka opadającego mu na czoło. Była tak bliska ponownego zakochania się w Cranstonie! Dał jej do zrozumienia, że mogłaby znowu mieć wszystko: dbającego o nią męża, syna, z którym nie musiałaby się rozstawać, dosłownie wszystko, byle by tylko powróciła z nim do Nowego Jorku, wyrzekła się stałego pobytu w Sunbridge, zrezygnowała z tego, co kochała, o co walczyła przez całe życie. I jeszcze jedno: firma prawnicza Cranstona za okrągłe trzy miliony mogła stać się jego wyłączną własnością. Ona, Maggie miała po prostu wyłożyć te trzy miliony. Maggie nie był już niedojrzałą dziewczyną, poznała reguły gry. Gdyby wróciła z Cranstonem do Nowego Jorku, wkrótce spadłaby znów do roli jednej z jego ruchomości, jak samochód czy żaglówka. Wszystko na to wskazywało, że Cranston jak dawniej zawładnie nią bez reszty, będzie jej dyktował, jak ma się ubierać, co mówić, jak się zachowywać; sprawi, że Maggie straci wiarę w siebie, czując wiecznie na sobie jego krytyczne spojrzenie. Cranston wykorzysta ją, a także Cole’a, jeżeli ona się temu nie przeciwstawi. Maggie sięgnęła na drugą stronę łóżka i przygładziła niesforny kosmyk, który nadawał Cranstonowi taki chłopięcy wygląd. Przez cały czas, nawet popisując się swoją niezależnością i czyniąc heroiczne wysiłki, by zmienić swe życie, w głębi serca jednak Maggie pragnęła odzyskać stabilną pozycję żony Cranstona, pozwalającą zapomnieć o minionym odtrąceniu, stanowiącą kolejną szansę posiadania bliskich, własnej małej rodziny. Ale Cranston mimo gładkich słówek i wybuchów namiętności, w ciągu minionych dwóch tygodni ani razu nie zająknął się o miłości, nie wspomniał, że pragnie dzielić z nią życie, razem z nią się zestarzeć. Tego pragnęła Maggie, to właśnie w swym związku z Thadem znalazła Billie. Z Cranstonem można było po prostu zawrzeć kontrakt: coś za coś. W dodatku na jego warunkach. Materac przesunął się nieznacznie, gdy Maggie spuściła nogi z łóżka. Nie, wcale sobie tego nie życzyła! Nie chciała być podziwianą za własne osiągnięcia i kochaną za to, jaka naprawdę była. Przekonać się, co los chowa jeszcze w zanadrzu dla Maggie Coleman Tanner - to podniecająca perspektywa. Jeżeli Cranstonowi rzeczywiście ma niej zależy, zdobędzie ją - ale to ona postawi warunki! Maggie schyliła się, a jej stopy wykonywały po podłodze dziwne pas w poszukiwaniu rannych pantofli. Gdy poczuła nagle, że ramiona Cranstona wciągają z powrotem do łóżka, nie stawiała oporu. Mógł to być bardzo przyjemny sposób, żeby powiedzieć sobie „do widzenia”. Rozdział trzynasty Owego październikowego dnia, gdy Amelia udała się do prawnika, czuć było już w powietrzu prawdziwie jesienny chłód. Przed starym budynkiem firmy przystanęła, głęboko zamyślona. Czy postępowała słusznie? Miała nadzieję, że tak. A nawet była o tym głęboko przeświadczona. Popatrzyła wokoło na bujne listowie. Wszystko było tak barwne, takie lśniące; przypomniały jej się zimy na północy Anglii. W Teksasie nieczęsto się to zdarzało w październiku. Zazwyczaj długie upalne, suche lato powodowało przedwczesną śmierć liści i traw. Ale w tym roku lato szybko przeminęło; nadeszły ciepłe dni kończące się rzeźwym, chłodnym wieczorem, jak przyjemnie było siedzieć przy kominku, na którym płonął wesoło ogień! Może raz na jakiś czas Cary zdoła oderwać się od swego projektu, by zjeść razem z nią lunch? A w długie zimowe wieczory mogliby siedzieć przy trzaskającym ogniu, przytuleni do siebie, popijając cherry, rozmawiać w spokoju, dzieląc się swoimi planami i decyzjami. Wyobrażała sobie, jak Cary siedzi obok niej, a wysokie płomienie oświetlają jego rzymskie rysy i zapalają złote światełka w ciemnych, kędzierzawych włosach. Popatrzy na nią drapieżnym wzrokiem, a ona wyczyta w nim pożądanie, usłyszy jego cichy śmiech i rzuci mu się w ramiona, by ją mocno przytulił. Ten sen na jawie wydawał się tak realny i pełen wyrazu, że Amelia poczuła gwałtowne bicie serca. Zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi wiodące do siedziby firmy Abramsona. Stary rodzinny dom musi stać się jej własnością! W półtorej godziny później Amelia wjechała swoim srebrzystym porschem na drogę wiodącą do jej nowego domu. Jej własnego domu. Wszystko zostało podpisane, przypieczętowane i zatwierdzone. Poczuła, że coś dławi ją w gardle. Dom jej mamy. - To dla ciebie, mamo - powiedziała, wkładając klucz do starego zamka i zastanawiając się, czy nie oszukuje samej siebie? Był to bardzo stary do, miał ponad sto lat. Otaczało go prawie trzydzieści akrów ziemi; to był jeden z głównych powodów wygórowanej ceny. Sama budowla nie pasowała do pagórkowatego terenu teksańskie wsi. Bardziej odpowiednim otoczeniem dla domu byłoby niewielkie miasto portowe w Maine z widokiem na przystań. Budynek był trzypiętrowy, „wdowią galerią” wieńczącą spadzisty mansardowy dach... Amelia zawsze uważała, że wygląda jak dekoracja do „Piotrusia Pana”: ściany kryte gontem, ceglane ścieżki i podjazd. Pokoi było szesnaście, każdy z nich pomalowano Bóg wie iloma warstwami farby, nawet tam, gdzie była prześliczna boazeria z kasztanowca. Jedynie drzwi frontowe i spiralne schody w centralnej części budynku uniknęły bezlitosnych dotknięć malarskiego pędzla. Amelia zdecydowała już, że zachowa w miarę możliwości pierwotny układ i dawny wystrój i odtworzy to, co nie przetrwało. Jej starania będą hołdem dla Jessiki. A przy tym stworzy dom dla siebie i Cary’ego. Teczka, którą zabrała ze sobą, zawierała rysunki i szkice tego, co chciała przywrócić do życia. Jakież oblewanie urządzą wraz z Carym, gdy wszystko zostanie ukończone! Obiad przy kominku, w blasku świec i ognia. Szampan, bażant pod szklanym kloszem (Cary zawsze powtarzał, że chciałby kiedyś skosztować tej potrawy!), fajerwerki. Pokaże Cary’emu wszystko, czego dokonała - a potem będą się kochali i żyli tu długo i szczęśliwie. Przez chwilę poczuła strach. Czy nie wzięła na siebie ciężaru ponad siły? Otworzyła teczkę i wyjęła bloczek, nowiutki, bez najmniejszego zagięcia, i zatemperowany ołówek. Gotowa do robienia notatek pogryzała w zamyśleniu gumkę na końcu ołówka. Postanowiła sporządzić spis wszystkich czynności, które należało wykonać w kuchni, w bibliotece, frontowym salonie - i tak dalej, na terenie całego domu. Zdecydowanym krokiem ruszyła ku drzwiom znajdującym się za schodami. Gdy Amelia po wielu godzinach skończyła oględziny, poczuła ogarniającą ją depresję. Myślała, że to będzie rozrywka, rodzaj zabawy. Spis czynności okazał się jednak monstrualnie długi. Poprzedni właściciele z ogromnym nakładem pracy zmodernizowali większość domu. Dzięki Bogu, że pozostawili w spokoju przynajmniej boazerię w bibliotece i frontowym salonie! I schody z kasztanowego drewna - również bardzo piękne, ręcznie rzeźbione. Wiedziała od matki, że wierzch słupka na podeście schodów daje się odkręcić. Jessica często opowiadała jej, jak chowała w tej kryjówce swoje skarby. Amelia pogłaskała stare drewno, zastanawiając się, czy poprzedni właściciele odkryli ten sekret. Bardzo delikatnie odkręciła rzeźbiony czubek w kształcie ananasa. Nie spodziewała się niczego znaleźć, i rzeczywiście, niewielkie wgłębienie było puste. Powodowana ciekawością przeszła trzynaście stopni wiodących na górny podest i odkręciła drugi ananas; zawahała się przez chwilę, zanim włożyła rękę we wgłębienie. Oczy jej rozszerzyły się zdumieniem, gdy wyjęła stamtąd miedzianą obrączkę, poczerniałą i matową, oraz kawałek pożółkłego papieru z brązowymi brzegami, najwyraźniej kartkę wydartą z notatnika. Drobne strzępki papieru oderwały się od niej, gdy Amelia ostrożnie rozłożyła kartkę i przeczytała list. Oczy jej napełniły się łzami, które powoli spłynęły po policzkach. Ponad sześćdziesiąt lat temu jej ojciec napisał te słowa do jej matki. List był krótki i rzeczowy, jak jego autor. „Do najpiękniejszej dziewczyny w całym Teksasie. Któregoś dnia, Jess, ofiaruję ci pierścionek z brylantami. Zbuduję dla ciebie największy, najszykowniejszy dom w całym Teksasie. Nie potrafię się wypisać, ale bądź pewna, że te słowa się sprawdzą. Jeśli ci palec zzielenieje od tej obrączki, włóż ją do kieszeni i noś tam, żeby ci przypominała o mnie i mojej obietnicy. „Seth Coleman” A więc to jej obiecał! Amelia otarła łzy wierzchem zakurzonej dłoni, pozostawiając smugi na policzkach. Ojciec wywiązał się ze swojej obietnicy wobec matki: dał jej pierścionek z brylantami. A Sunbridge było największym, najelegantszym domem w tej części Teksasu. Może istniały domy dorównujące mu wielkością, ale Amelia nie znała żadnego, który by je przewyższał. Jedyny szkopuł stanowiło to, że Seth nie zbudował Sunbridge dla Jessiki, tylko dla siebie. Jessica po prostu tam mieszkała. Zachowała jednak w swojej kryjówce obrączkę i list od niego. Poruszona tym, co odkryła Amelia obróciła się i rozejrzała dookoła. Nie było nikogo, na kim mogłaby się wyładować. Z zaciśniętymi zębami i ponurym grymasem na ustach Amelia włożyła miedzianą obrączkę i list z powrotem we wgłębienie. Za nic nie otworzy już tego schowka! Odwróciła się w stronę znajdującego się na podeście kontaktu, a potem popatrzyła przez poręcz schodów na żyrandol. Większości kryształów w nim brakowało. W dniach swojej świetności musiał wyglądać bardzo okazale - pomyślała Amelia. Jessica opowiedziała jej kiedyś, że został zainstalowany podczas świat Bożego Narodzenia, gdy miała mniej więcej siedem lat. Kiedy zapłonął, aż jej dech zaparło z podziwu: wyglądał tak, jakby ktoś przyniósł wór brylantów i rzucił całą jego zawartość pod sufit. Amelia postanowiła zająć się żyrandolem osobiście. Zanotowała w żółtym bloczku: oczyścić kryształy. Rzuciła okiem na zegarek. Robiło się późno. W domu wkrótce się ściemni, a na razie nie ma w nim elektryczności. Jutro zjawią się przedstawiciele kompanii elektrycznej, telefonicznej i grzewczej, żeby uruchomić wszystkie instalacje. Jutro też pójdzie na poddasze. Kto wie, jakie skarby się tam kryją? Bardzo lubiła poddasza. Susan i Rand mieli zwyczaj bawić się tam, gdy mieszkali w Anglii. Boże, ile to już lat temu! Takie wyliczanki zawsze ją denerwowały. Nieznośne liczby! Zbliżało się święto Halloween. Maggie miotała się między nową galerią sztuki, pracą na rzecz Czerwonego Krzyża i masą różnorodnych spotkań. Ponieważ miała dobre oko do wszelkich szczegółów i dekoracji, zajmowała czołowe miejsce wśród działaczy pełniących różne funkcje społeczne. Jakimś cudem (sama nie wiedziała, jak to się stało!) została główną organizatorką Październikowego Festiwalu Tanecznego w Crystal City. Każdy z jej chłopców miał już partnerkę. Przypuszczała, że w obu przypadkach miała to być pierwsza w ich życiu poważna randka. Maggie w gruncie rzeczy była zadowolona, że znalazła się w komitecie organizacyjnym, bo zrobiła to na prośbę Cole’a. Ostatnio bardzo się zmienił; czasami wyglądało na to, że chce zbliżyć się do niej. W przeddzień zabawy tanecznej Maggie siedziała w jadalni, na stole przed nią piętrzył się stos papierów i różnorodnych spisów, a obok pudła z papierowymi ozdobami: dyniami i czarownicami, które trzeba było uporządkować, poskładać i zawiesić. Zawalona pracą pożałowała, że nie poprosiła o pomoc koleżanek obu chłopców, choć dziewczęta i tak miały bardzo dużo zajęć pozalekcyjnych. Jednakże teraz ktoś bardzo by się jej przydał. - Pomóc ci? Maggie spojrzała w niemym zdumieniu. Cole stał w drzwiach jadalni i obserwował ją stamtąd. - Będę bardzo wdzięczna, na dobrą sprawę, przydałoby się sześć par rąk do pomocy. - Mam tylko dwie ręce, ale obie są do twojej dyspozycji - powiedział Cole siadając obok matki. - Powiedz tylko, co mam robić. - Przez dłuższą chwilę matka i syn pracowali razem w przyjacielskiej atmosferze. Maggie zauważyła, Że Cole ma duże wyczucie kolorów i zręczne palce, które szybko uporały się ze stosem papierzysków. W ciągu kilku minut wszystko było uporządkowane. - Kto jutro będzie dekorował salę gimnastyczną? - spytał Cole. Maggie roześmiała się. - Masz tę osobę przed sobą. Kiedy zgłosiłam się do pracy w komitecie obiecano mi troje pomocników. A teraz nie mam nikogo. Cole milczał przez kilka sekund. - Ja ci pomogę. Stanie na drabinie to nie twoja specjalność. Postaram się zwolnić z pierwszej lekcji, jak dotąd, mam najlepsze stopnie, więc chyba nie będzie z tym problemu. - Mówił to niemal opryskliwie, jakby się obawiał, że matka odrzuci jego propozycję. - bardzo się ucieszę, jeśli uda ci się to załatwić - powiedziała miękko Maggie. - Masz rację: zawieszanie dekoracji stojąc na drabinie to nie moja specjalność. Spodziewała się, że Cole rzuci jakąś zjadliwą uwagę. Gdy tego nie zrobił, uśmiechnęła się do niego. Skrzywił się, a Maggie głośno się roześmiała. Nie byli jeszcze przyjaciółmi, ale na razie dobre było i to! Oczy Susan otwarły się szeroko na dźwięk budzika. Czuła się okropnie. Dlaczego musiała wstać?! Dziecko, które nosiła w sobie, dawało jej się we znaki w rozmaity sposób. Wyglądało na to, że wszelkie kontakty pomiędzy nią a Jeromem ograniczają się teraz do kłótni i złośliwych uwag. Wydawało jej się czasami, że nienawidzi męża, a już z pewnością nienawidziła utworów, do których wykonywania ją zmuszał. Skrzywiła się z bólu i zmieniła pozycję, ostrożnie, żeby nie zbudzić Jerome’a. Nie miała ochoty z nim rozmawiać bez koniecznej potrzeby. O, jakże pragnęła być znowu w Sunbridge ze swoją rodziną! Krótka wizyta w lipcu podniosła ją trochę na duchu, pozwoliła wytrzymać przez jakiś czas z Jerome’em i kontynuować to przeklęte tournée. Ale nie powinna była w ogóle stamtąd wyjeżdżać. Maggie nie miałaby nic przeciwko temu, żeby została, dopóki nie poczuje się lepiej. Susan spuściła nogi z łóżka; na widok opuchniętych kostek chciało jej się płakać. Wolała nie patrzeć na ręce, bo wiedziała, że jeśli są obrzmiałe i zaczerwienione, nie będzie w stanie grać. Jerome musi natychmiast przynieść wody z lodem. Ten stary poczciwy Jerome, wydusi z niej resztkę sił, nawet jeśli miałoby to ją zabić! Postanowiła wziąć prysznic, a następnie zjeść kilka krakersów i zażyć lekarstwo. Może potem zadzwoni do Radna. Niech sobie Jerome narzeka! Pokuśtykała do łazienki, spuchnięte nogi z trudem wykonywały każdy krok. Gdy odkręciła kurki, rury zajęczały; woda ciuknęła wąską strużką, co zirytowało Susan. Jeszcze i to! Owinięta w ręcznik poczłapała do kredensu. Celofan zaszeleścił, kiedy wyjmowała krakersy, które z niezrozumiałego powodu dobrze jej robiły rankiem na żołądek. Zażyła witaminy i trzy inne pigułki i usiadła, trzymając na brzuchu telefon, kiedy obudził się Jerome. - Co robisz, Susan? - powiedział lekkim, prawie obojętnym tonem. Powstrzymywał się jednak z całej siły, żeby nie wyskoczyć z łóżka i nie wyrwać jej telefonu z rąk. - Chcę zadzwonić do Radna. Masz coś przeciwko temu? - spytała zimni Susan. - Dlaczego nie poczekasz z tym, póki się całkiem nie rozbudzisz i nie załatwisz wszystkiego, co trzeba? - Jestem zupełnie przytomna i wszystko załatwiłam. Wzięłam prysznic, zjadłam krakersy i zażyłam pigułki. A nie zrobiłam i nie mam najmniejszego zamiaru zrobić takich rzeczy, jak czyszczenie twoich butów, pakowanie twoich bagaży albo przynoszenie ze sklepu bułeczek dla ciebie. Ćwiczyć też dzisiaj nie zamierzam. Po prostu posiedzę z nogami do góry. Może poczytam jakieś głupawe czasopisma zamiast wyciągów fortepianowych, mam już dość! Słyszysz? Mam już dość! - Nie możesz się tak poddawać; to są tylko niewielki dolegliwości. Powinnaś zdobyć się na pewien wysiłek! - O nie, Jerome, to ty możesz się wysilać. Ja ani myślę dłużej! Rezygnuję od zaraz. Nie chcę nawet myśleć o siedzeniu przez pięć czy sześć godzin przy fortepianie. Lekarz twierdzi, że powinnam odpoczywać z nogami w górze. Teraz mi pewnie powiesz, że doktor na niczym się nie zna, a ty wiesz wszystko lepiej od niego. - Znam ciebie lepiej od niego, a tylko to się liczy! Nie możesz tego zrobić! Zaszliśmy za daleko, pracowaliśmy zbyt ciężko, żeby... - Ja z pewnością zbyt ciężko harowałam... i koniec z tym! Jeżeli nie masz odwagi odwołać koncertów, ja to zrobię! Albo występuj sobie sam! - Susan, popatrz na mnie! Zostało już tylko pięć występów! Możesz się na to zdobyć! Wiem, że możesz! Damy sobie dziś spokój z ćwiczeniem przed koncertem. Widzę, że ci spuchły nogi i stopy. - Jerome czuł, że wszystko mu się przewraca we wnętrzu. Musi za wszelką cenę skłonić Susan do kontynuowania tournée! Wziął głęboki oddech i przetrząsnął lodówkę szukając mleka, które uspokajało jego żołądek. Gdy go nie znalazł, zaczął wymachiwać rękami jak szaleniec. - Wiesz, że muszę mieć mleko! Miałaś je wczoraj kupić! Jeden mały karton mleka i nawet o to nie mogłaś się dla mnie postarać! - Wczoraj czułam się jeszcze gorzej niż dziś - odpowiedziała Susan przez zaciśnięte zęby. - Zmusiłeś mnie do ćwiczenia przez pięć godzin. Koncert trwał następne trzy. Zasznurowałeś na mnie tak mocno gorset ciążowy, że się o mało nie udusiłam. A wszystko po to, żeby ludzie nie mówili, że wyglądam jak krowa! - Głos jej przeszedł w przenikliwy pisk. - Tak to właśnie określiłeś, Jerome! Jak krowa! Nic prawie nie jadłam, bo uznałeś, że to by mi zaćmiło jasność myśli. Gdyby inspicjent nie dał mi banan, zemdlałabym na scenie. Skąd miałam ci wziąć mleka?! To twój żołądek! Sam mogłeś sobie przynieść mleko, do cholery! - Uspokój się, bo nas stąd wyrzucą! - warknął Jerome, trzymając się za brzuch. - Byłoby to najlepsze rozwiązanie. Zwłaszcza dla mnie. Już nie mogę dłużej. Koniec! Dzwonię do Radna. - A co Rand ma z tym wspólnego?! - Może coś i ma. Sama dobrze nie wiem. Zamknij się wreszcie, Jerome, i zostaw mnie w spokoju! Nie wyobrażaj sobie, że uda ci się mnie powstrzymać! jeśli mi przeszkodzisz, wyjdę do hallu i zatelefonuję stamtąd. - Proszę cię, Susan, nie rób tego! - błagał Jerome. - Wiesz, jakie ważne jest dla mnie to tournée! Jestem równie chory jak ty, ale nie możemy odwołać koncertów! Publiczność na nas liczy! - Jeśli jesteś rzeczywiście taki chory, to nie powinieneś kontynuować tournée, tak samo jak ja. Muszę myśleć o dziecku. Żałuję teraz, że dałam się namówić na wyjazd z Sunbridge. Jerome rozpłakał się, ale Susan zignorowała go i zamówiła rozmowę z Anglią. Gdy usłyszała w słuchawce głos Randa, poczuła się lepiej. - Potrzebuję twojej pomocy, Randzie. Jesteśmy z Jeromem w Niemczech... Tak, ale chcę wrócić do domu, do Teksasu... Tak, od razu. Czy możesz zatelefonować do Maggie i spytać ją, czy pozwoli mi zamieszkać w Sunbridge? Nie miałam żadnej wiadomości ani od niej, a ni od Amelii i obawiam się, że zapomniały o mnie ze szczętem. Zrobisz to dla mnie, Randzie? - Przez kilka chwil przysłuchiwała się temu, co mówił Rand. Jej oczy zwęziły się w szpareczki, gdy spojrzała na męża. - Sama nie wiem, czy zdołam dotrzeć na lotnisko... Tak, lepiej będzie, jeśli zostawię bagaż... W porządku. Czekam na telefon. Jerome gapił się na żonę. Po raz pierwszy w życiu czuł lęk. - Ty sukinsynu! - syknęła Susan - ty podły bydlaku! Dlaczego mi nie powiedziałeś, że moja siostra i ciotka dzwoniły do mnie? Nie wierzyłam Amelii, kiedy usiłowała mi wszystko wytłumaczyć. Nie sądziłam, ze jesteś zdolny do czegoś podobnego! Gdzie są moje listy?! Rand też dzwonił. I napisał do mnie trzy listy. Żądam, żebyś mi je zwrócił! Są od mojej rodziny! Nie miałeś prawa odbierać ich w tajemnicy przede mną! Tak wiele dla mnie znaczą! Potrzebowałam ich! Ale schowałeś je przede mną i nie oddałeś ani jednego! Nie zbliżaj się do mnie, Jerome, bo rozbiję ci telefon na głowie! Jak mogłeś! Jak śmiałeś! Zamęczyłbyś mnie na śmierć, byle tylko zakończyć tournée, takie dla ciebie ważne! Nie dbasz nic a nic ani o mnie, ani o dziecko. No to wet za wet, Jerome! Nam też guzik na tobie zależy! Bezsilność Jerome’a przerodziła się we wściekły gniew. Miotał się po niewielkim pokoju hotelowym, przewracając flakoniki perfum, rzucając szczotkami i nutami, potykając się o meble i ściany. Przeklinał we wszystkich znanych językach, ale Susan nadal siedziała bez ruchu na brzegu łóżka, zaciskając dłoń na czarnej, twardej słuchawce telefonicznej. Jerome zacisnął pięści, wbił w żonę wzrok pełen wściekłości. Ta dziwka chce go zrujnować! Jego karierę, jego przyszłość! I to z jakiego powodu? Dla wrzeszczącego bachora, który będzie przeszkodą w ich życiu, wyssie z nich siły potrzebne do pracy! Stanął nad żoną ze wzniesionym ramieniem. Chciał ją uderzyć, zniszczyć ja tak, jak ona niszczyła jego. - Ani się waż, Jerome! - ostrzegła go lodowatym tonem. - Jeżeli pozostanie we mnie choćby iskierka życia, zadbam o to, żebyś poznał uroki tutejszego więzienia! A jak to będzie wyglądało w prasie? Pięść Jerome’a opadła. - Wiesz co, Jerome? - ciągnęła dalej Susan bez najmniejszych oznak wyrzutów sumienia czy chociażby współczucia. - Pomogę ci pakować manatki. Jerome wybiegł z pokoju trzaskając drzwiami tak, że omal nie wypadły z zawiasów. Dwa telefony zza oceanu odezwały się jeden po drugim, najpierw zadzwonił Billie, potem Maggie i Amelia. - Oczywiście, że możesz przyjechać do Sunbridge! - wołała z entuzjazmem Maggie. Pokój dziecinny czeka! Susan może zostać jak długo zechce, choćby na zawsze, jeśli ma ochotę. - Czy jesteś pewna, że będziesz w stanie znieść podróż? - Rand spotka się ze mną w Anglii i zawiezie mnie do domu. Już wszystko zaplanował. Pobędę tam kilka dni i zrobię gruntowne badania lekarskie, a potem wio! do Sunbridge. Maggie, jestem ci taka wdzięczna! Zupełnie nie wiem, co powiedzieć! - To nie mów nic - odparła Maggie zduszonym głosem. - Sunbridge tęskni za nowym dzieckiem. Tęskni za tobą, Susan. Zbyt długo trzymałaś się z daleka. Wszystko będzie gotowe! Zamówię ci wizytę u dobrego ginekologa na następny dzień po twoim przyjeździe. Nie mogę się ciebie doczekać! - Nie masz nic przeciwko temu, że Rand przyjedzie? - Oczywiście, że nie! I tak miał przyjechać na święta. Im nas więcej, tym weselej! Chociaż trochę się boję... Czy Jerome nie narozrabia? Pozwoli ci odjechać? - Niechby tylko spróbował mnie powstrzymać! Nie będę sobie zawracała głowy bagażem. Rand napomknął coś o skrzydłach i modlitwie*. *(prawdopodobnie Rand zacytował z bardzo znanego XVIII-wiecznego modlitewnika: „O gdybym miał skrzydła jak gołębica: mógłbym odlecieć stąd i zaznać spoczynku”.) - Kupię ci wszystko, co trzeba. Znam twoje wymiary. Możesz się tym w ogóle nie przejmować, jesteś pewna, że wszystko z tobą w porządku? - Teraz już tak. Może kiedyś pożałuję tej decyzji, ale musze myśleć o dziecku. Dzisiaj omal nie eksplodowałam! - Uważaj na siebie, Susy! Czekamy i bardzo cię kochamy! - Wiem, ja też was bardzo kocham - powiedziała cicho Susan. - Do zobaczenia za kilka dni. Dzięki, Maggie! Przeszukiwała właśnie torebkę, żeby upewnić się, czy ma paszport, gdy zadzwonił telefon. Odezwał się Rand. - Jeżeli zdążysz dotrzeć na lotnisko za trzy kwadranse, załatwiłem ci rezerwację. - Zdążę. Jestem już ubrana. Nie wiem tylko, czy mam przy sobie dosyć pieniędzy. Na taksówkę starczy, ale obawiam się, że to wszystko. Jerome zawsze zajmuje się naszą kasą. - Dotrzyj tylko na to cholerne lotnisko. Bilet jest już opłacony. Kiedy tu przyjedziesz, wszystko ułoży się, jak trzeba. Pospiesz się! - Już lecę! Dzięki Randzie! Do zobaczenia za kilka godzin. Susan ogarnęło nagle poczucie winy. Chyba nie może tak opuścić Jerome’a? Wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Położyła jego paszport i program tournée na kredensie obok kluczy męża. Napisała pospiesznie krótki liścik: „Jerome, przykro mi, że wszystko kończy się w ten sposób, ale muszę dbać o nasze wspólne dziecko. Będę w Sunbridge, gdybyś chciał się ze mną skontaktować. Uważaj na siebie i nie zgub paszportu Susan”. Półtorej godziny później Susan była już w powietrzu. Kiedy wreszcie znalazła się w Anglii, pierwszą osobą, którą ujrzała, był Rand. Dosłownie padła mu w ramiona. Gdy jechali do jego domu, Rand nie wypuszczał Susan z objęć. Musi postawić ją na nogi, zanim zawiezie ją do Sunbridge! Amelia i Maggie dostałyby szoku, gdyby ją teraz ujrzały. Rand starał się, by Susan nie zorientowała się, jak bardzo przeraził go jej wygląd. Odpoczynek, pożywne jedzenie, świeże powietrze - a może, być może, za jakieś dziesięć dni Susan będzie zdolna do dalszej podróży. Znowu znajdą się w Sunbridge razem z Maggie, Amelią, Carym i chłopcami. Rand poczuł ogarniającą go radość. Cole stał przy pustych trybunach obserwując, jak dziewczęta dopingowały reprezentację szkoły średniej z Crystal City ćwiczą swój występ. Krótkie spódniczki powiewały wokół smukłych bioder, sweterki podjeżdżały coraz bardziej do góry przy każdym tanecznym podskoku. Kelly Jensen była fantastyczna! Stała na czele grupy nowicjuszek; była najpopularniejszą dziewczyną w szkole. Wszyscy chłopcy mieli na nią chrapkę, Cole też. Nawet Riley tracił zwykłe opanowanie, gdy Kelly była w pobliżu. Ale obserwowanie Kelly było tylko dodatkowa atrakcją. Cole zjawił się na boisku, bo chciał popatrzeć, jak Rileya wdrażają w obowiązki prawego łącznika szkolnej reprezentacji juniorów. Cole mrużył oczy od słońca, wlepiając wzrok w dobrze mu znany numer 64. Wielkie zielone cyfry były z daleka widoczne na tle białego dżersejowego dresu. Nawet z tej odległości Riley wyglądał groźnie: wysoki, barczysty, długie, silne nogi niosły go bez wysiłku w poprzek boiska, by zmierzyć się z łącznikiem przeciwnej drużyny i umożliwić ćwierćbekowi czyste podanie. Trener dał znak gwizdkiem: koniec gry. W sobotę czekał ich decydujący mecz i napięcie rosło. - Dobra robota, Coleman! - któryś z chłopców klepnął Rileya po ramionach zbrojnych w ochraniacze. Po tyłku walili się na znak aprobaty członkowie drużyn profesjonalnych. - W porządku! Pod prysznice! Trening jutro po szkole, filmy obejrzymy jutro wieczorem. Zobaczycie, na co musicie być przygotowani, kiedy gracie z Edisonem. No, kto wygra ten mecz? - zawołał trener. - Mustangi! Mustangi! - rozległy się ochrypłe, męskie krzyki drużyny. - Kto jest zawsze górą? - Mustangi! Cole przez szpareczki zmrużonych oczu obserwował, jak Riley schodzi z boisk. Trener Hamrah położył mu rękę na ramieniu, szli głowa przy głowie. Potem cole zauważył Kelly, czekającą na Rileya przy wyjściu. Splunął, bo poczuł gorycz w ustach. Gdyby Riley nie nosił nazwiska Coleman i nie mieszkał w Sunbridge, żadna dziewczyna by na niego nie spojrzała. A już z pewnością nie Kelly; pochodziła z rodziny tak wysoko ceniącej sobie rasę i urodzenie, że pewnie nie miała pojęcia, jak nazywa się pracująca u nich meksykańska gosposia. Cole splunął ponownie, ale gorzki posmak pozostał na języku. Najlepszy dowód, że właściwe nazwisko i kontakty mogą zapewnić względy byle chłopakowi - pomyślał z pogardą. O tym, że sam mógłby skorzystać z przywilejów tego samego nazwiska i znajomości, cole wolał nie pamiętać. U wejścia na boisko, akurat w zasięgu jego słuchu, Kelly przymilała się do Rileya: - Niektórzy z naszej paczki wybierają się dziś wieczorem do Patti. Jej ojciec dostał ze studio kopię „E.T.”. Widziałeś już ten film? Riley potrząsnął głową, na policzki wystąpił mu lekki rumieniec. - A chcesz go obejrzeć razem ze mną? Będę go wyświetlać zaraz po obiedzie. Wrócisz wcześnie, daję ci słowo! Sam nie wiem, Kelly. Muszę przygotować referat z angielskiego na przyszły wtorek, a jestem jeszcze w lesie. - A ja obiecam, że ci w tym pomogę w niedzielę? - kusiła go Kelly. - Swój już przygotowałam. Mam masę czasu. Mogłabym nawet pójść do biblioteki i zebrać dla ciebie materiały, kiedy jutro będziesz oglądał te filmy instruktażowe. Oszczędzisz przez to trochę czasu, no nie? - Pewnie - uśmiechnął się szeroko Riley. - Ale nie mogę cię prosić o coś takiego. - Wcale mnie nie musisz prosić: sama ci to proponuję. Podjedziemy z moją mamą do Sunbridge zaraz po obiedzie, powiedzmy o szóstej trzydzieści. Będziesz w domu przed dziesiątą. Słowo daję. Powiedz, że pójdziesz na ten film, proooszę, Rileyu! Cole miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Kelly Jansen narzuca się takiemu zeru jak Riley Coleman! Czy ona nie widzi, że Riley wcale nie jest jednym z nich? Nie miał zamiaru czekać, żeby się dowiedzieć, czy Riley się zgodzi. Patti jego, Cole’a wcale nie zapraszała, a niby jest w nim w przyjaźni! Przekradając się za ławami dla widzów, by Riley go nie zauważył, Cole wrócił do swego motoroweru, jego matka kupiła taki sam każdemu z chłopców, kiedy okazało się, że szkolny autobus nie zawsze będzie jechać w odpowiednim dla nich czasie, ponieważ mieli dużo zajęć pozalekcyjnych. Cole wsiadł na motorower i właśnie ruszał, kiedy Gina Higgins wskoczyła tuż za nim. - Zawieź mnie do domu, Cole! Mam dziś wieczór randkę. - A ja mam lepsze rzeczy do roboty, niż bawić się w twojego kierowcę, co z twoim rowerem? - Złapałam gumę, a zaraz się ściemni. No, Cole, nie bądź świnią. - Złaź, Gina. Nie mam zamiaru nigdzie cię zawozić. - Domyślał się, dokąd Gina wybiera się wieczorem: do Patti, pewnie z Danem Carrolem, drugą gwiazdą futbolu. - Mówiłem ci, że jestem zajęty. Gina niechętnie zeszła z motoroweru, na jej ładnej buzi zarysował się grymas. - Ciekawam, co takiego masz do roboty? Może pilnowanie twojego kuzyna, przyszłej gwiazdy naszej szkoły? Widziałam, jak nie spuszczałeś z niego oka. On będzie równie wspaniały jak Danny. W przyszłym roku pewnie zrobią Rileya kapitanem drużyny. Musisz przy nim czuć się jak kompletny gówniarz. Cole ruszył z takim impetem, że mało się opony nie zapaliły. - Każdy to widzi, wiesz? - wrzasnęła Gina, gdy Cole skręcał. - Wszyscy wiedzą, że mu zazdrościsz, Cole! Lepiej przyhamuj, bo wszyscy mamy już tego dość! Cole usłyszał jej słowa. Mówiła prawdę. Nie znosił Giny! Nienawidził ich wszystkich! Pół godziny później Riley, mając jeszcze milę do domu zatrzymał swój motorower na widok Giny. - Co ci strzeliło do głowy, żeby wędrować po ciemku? - Twój kuzyn nie chciał mnie podwieźć. Skończony bydlak! - Tak po prostu ci odmówił? Bez powodu? Wkładaj kask, bo cię nie zabiorę - polecił jej Riley. Gina zapięła pasek pod brodą. - Sama się podłożyła: wypaliłam mu, że ci zazdrości, a ty będziesz w przyszłym roku kapitanem drużyny. Pewnie nie miał ochoty tego słuchać. Chyba nazwałam cię gwiazdą naszej szkoły! - O rany, Gina, mam z nim i tak dosyć obciachów! - jęknął Riley. - Po co wygadywałaś takie głupoty?! - Bardzo mi przykro, Rileyu, ale mnie wkurzył! Zawsze skrada się i szpieguje, słowo ci daję! Chyba leci na Kelly. Ale wiesz co? Myślę, że Kelly woli ciebie. Była mowa podczas próby o nadchodzącej imprezie. Kelly z nikim się jeszcze na nią nie umówiła, jeśli chcesz wiedzieć. Nie powiem na sto procent, ale chyba czeka, aż ty ją zaprosisz. - Ja? Naprawdę myślisz, że poszłaby ze mną?! - spytał Riley nie wierząc własnym uszom. - A jakże. Czemu sam jej nie zapytasz? Słuchaj, przykro mi z powodu Cole’a. Chciałam mu zrobić na złość. Jutro się z nim przeproszę. Ale i tak uważam, że to dupek! Jak możesz z nim wytrzymać?! - On wcale nie jest taki zły, trzeba tylko lepiej go poznać - bronił kuzyna Riley, gdy skręcali na drogę wiodącą do domu Giny. - Niech ci będzie! - uśmiechnęła się szeroko Gina, zwracając mu kask. - Zadzwonisz dziś do Kelly? Słowo? - Zadzwonię, ale jak mnie wyśmieje, dobiorę ci się jutro do tyłka! - Danny mnie obroni! - zachichotała Gina. - No to na razie! Kiedy Riley wszedł do Sunbridge tylnymi drzwiami, Cole kończył właśnie jeść odgrzewany obiad. Maggie siedziała na stołku, próbując rozmawiać z synem. - Przepraszam za spóźnienie, ciociu Maggie. - Już się o ciebie martwiłam. Czy zatrzymałeś się gdzieś po drodze? Twój obiad jest w piecyku. Marta poszła na jakieś nabożeństwo, więc ja pełnię funkcję kucharki i pomywaczki. Riley spojrzał na Cole’a i szybko odwrócił wzrok, ale Maggie dostrzegła to spojrzenie. - Musiałem podwieźć Ginę. Spóźniła się na autobus i nawaliła jej dętka w rowerze. - Riley sam słyszał wojowniczy ton swego głosu, tak było zawsze, gdy w pobliżu znajdował się Cole. - Gina to miła dziewczynka. Dobrze znam jej rodziców. Tylko co, na litość boską, zrobiła z włosami?! - Była w lecie na obozie pływackim i chlor w basenie zabarwił jej włosy na taki dziwny kolor - powiedział Riley wyjmując obiad z piecyka. O rany, ale jestem głodny! Maggie nie nalewała Rileyowi mleka do szklanki, tylko postawiła przed nim cały dzbanek: wiedziała, że wypije wszystko. Jego ojciec też miał zawsze wilczy apetyt. Zauważyła, że Cole pozostał na swoim miejscu i gapił się na Rileya pożerającego zapiekankę z kurczęcia i ziemniaków. - Czy wybieracie się obaj na zabawę po meczu? - spytała Maggie od niechcenia, pragnąc skłonić syna do rozmowy. Cole wzruszył ramionami. Riley uśmiechając się zaatakował ciasto z jagodami. - Poproszę dziś jedną dziewczynę, żeby poszła ze mną na tę zabawę - powiedział. - Może się zgodzi, a może nie, ale pomyślałem, że warto spróbować. Jeżeli mi odmówi, pójdę bez pary. To strasznie fajne ciasto, ciociu! - Marcie będzie miło to usłyszeć. Wydaje mi się, ze ona pitrasi teraz wyłącznie z myślą o was, chłopcy. No, nie bądź taki tajemniczy, Rileyu, kogo masz zamiar zaprosić? - spytała Maggie, uśmiechając się przez stół do bratanka. Riley otarł usta i odłożył widelczyk. - Kelly Jensen - oświadczył zdecydowanym tonem, nie spuszczając z oczu kuzyna. - Ją?! - parsknął śmiechem Cole - Akurat ci się uda! - Ja patrzę na to w ten sposób - roześmiał się Riley - sam wolę się od dziewczyny dowiedzieć, czy mam u niej szanse. Nawet jak odmówi, zdobędę nowe doświadczenie. Nieraz mi czegoś odmówiono, ale z dziewczyną to całkiem inna sprawa. A ty kogo zaprosisz, Cole? - Ja się w ogóle nie wybieram. I lepiej żebyś wiedział, ze na taką imprezę nikogo nie wpuszczą bez pary. Przez chwilę Rileyowi mina zrzedła. Cole robił co mógł, żeby kuzyn czuł się jak intruz, dla którego nie ma tu miejsca. Chłopak wyprostował się. Miał już po uszy Cole’a Tannera. - Myślę, że jak się jest w drużynie, to wpuszczą i bez pary. - powiedział pewnym głosem. - A ty stawiasz się tylko dlatego, że nie masz z kim pójść. Zrobiłeś z siebie durnia i zraziłeś wszystkie dziewczyny. Powiedz cioci Maggie, dlaczego się dziś spóźniłem. No już, gadaj! - Zamknij się! - wrzasnął Cole, zrywając się z krzesła. - Ani myślę! Jestem u siebie tak samo jak ty! - Riley spojrzał ciotce prosto w twarz. - Gina poprosiła Cole’a, żeby ją podwiózł, a on odmówił. Musiałem ją podrzucić do domu. Maggie zrobiła wielkie oczy. Nigdy dotąd nie słyszała, żeby chłopcy kłócili się tak ostro. Riley zazwyczaj był spokojny, zawsze przyjmował pozycję obronną, przeważnie ujmował się za Cole’em, bez względu na wszystko. Nie była pewna, czy takie otwarte postawienie sprawy wyjdzie im na dobre. Do czego dojdzie - do bójek, przepychanki, prawdziwej wojny? - Jak mogłeś tak postąpić, Cole? - spytała syna. - Rodzice Giny są moimi przyjaciółmi. Gdzie się podziało twoje dobre wychowanie? - Od razu wierzysz jego słowom! Nawet ci nie przyjdzie do głowy, żeby mnie zapytać, czy to prawda! Ale matka! - Cole wypadł z kuchni trzasnąwszy drzwiami tak, że prawie je wyrwał z zawiasów. Maggie zerwała się z krzesła, popędziła za Cole’em i schwyciwszy go za ucho, zaciągnęła z powrotem do kuchni. - A teraz mamy dwa wyjścia: albo obaj powiecie mi prawdę, albo zadzwonię do rodziców Giny i od nich się dowiem! Riley miał ochotę zapaść się pod ziemię. Twarz Cole’a poczerwieniała, ale nie dawał za wygraną, starając się uwolnić z rąk matki. Maggie czekała, co będzie dalej. - Skłamałem, ciociu Maggie. Bałem, się, że będziesz na mnie wściekła, bo znowu się spóźniłem. Maggie poczuła ucisk w sercu. Była pewna, że Riley ukrywa prawdę, a Cole to wykorzysta. Stał bez słowa, z bezczelnym uśmieszkiem na twarzy. Z westchnieniem Maggie puściła syna i odwróciła się. - Idź do swojego pokoju, Cole. - Według rozkazu, pani hrabino - odpowiedział szyderczo cole. Gdy drzwi się za nim zamknęły, Maggie położyła łagodnie dłoń na ramieniu Rileya. - Wolałabym, żebyś nie kłamał w obronie Cole’a. Nie musisz tego robić, Rileyu. Powinien sam troszczyć się o własne interesy, inaczej nigdy nie wyrośnie na człowieka. Musiał ci dzisiaj wyjątkowo zajść za skórę, jeśli wyskoczyłeś z czymś takim. - Naprawdę tak było, bardzo przepraszam. Jestem cały w nerwach, boję się zapytać Kelly. Co zrobić, jak mi odmówi? Nigdy jeszcze nie prosiłem dziewczyny na tańce. - Dla dziewcząt także nie jest to prosta sprawa. Przeważnie trzeba siedzieć i czeka, aż chłopak zadzwoni. Dziewczyna boi się jak diabli, że zadzwoni nie ten co trzeba, i będzie musiała się wykręcać. Nie dlatego, że jest fałszywa czy coś w tym rodzaju. Chce bowiem oszczędzić chłopakowi upokorzenia, bo większość dziewcząt ma czułe serce. - Dziś wieczorem się z nią spotkam. Mamy iść razem do Patti i obejrzeć film. - Policzki Rileya pokraśniały. - Nie wiem, czy się zdobędę na odwagę. - To dlaczego nie zadzwonisz? Będzie ci łatwiej zrobić to przez telefon. Możesz mi wierzyć - nalegała Maggie. - Może lepiej zadzwonię od razu, zanim wyjdzie z domu? Ma po mnie podjechać. Ojejku, czy ja mądrze robię? Kelly znają wszyscy w szkole. Kieruje zespołem młodszych klakierek, a jej nazwisko jest na liście honorowej. Jak będzie w trzeciej klasie, pewnie dostanie się do Roll of Honor, Ogólnokrajowego Stowarzyszenia Najlepszych Uczniów. - Rozumiem - uśmiechnęła się Maggie - ale Kelly jest przede wszystkim dziewczyną! Reszta się nie liczy, Rileyu! No, do dzieła: skorzystaj z tego aparatu. Chcesz żebym wyszła? - Co ty ciociu! Zostań: przyda mi się duchowa podpora. Jeśli mnie zatka z wrażenia, weźmiesz ode mnie słuchawkę i powiesz: „przepraszam to pomyłka”. Maggie czuła, jak jej serce wali, gdy bratanek nakręcał numer Kelly Jensen. Usłyszała jakiś szmer i odwróciła się. Cole stał za drzwiami i podsłuchiwał. - Mówi Riley Coleman. Czy mogę prosić do telefonu Kelly? - Riley zaczerpnął powietrza i przewrócił oczami. - Kelly?... Cześć, tu Riley... Dzwonię bo... tak sobie pomyślałem, że gdybyś chciała... to może poszlibyśmy razem na tę zabawę po meczu?... Ale jak jesteś zajęta albo już się umówiłaś... - kątem oka dostrzegł, jak Maggie potrząsa głową. Jęknął w duchu i nagle zrobił wielkie oczy, słysząc odpowiedź Kelly. - Pójdziesz?! To znaczy, zgadzasz się?! Pójdziesz ze mną?!... Nie usłyszałem dobrze co mówisz. Ciocia sprząta ze stołu... No to w porządku! Fantastycznie!... No to na razie. Maggie roześmiała się. - Widzisz? Nie było tak strasznie. - Szczęknęła znacząco talerzami. - Podoba ci się ta dziewczyna, Rileyu? - Nie tylko mnie, całej szkole! Jest fajna, a nie ma stałego chłopaka. Chodzi na wszystkie imprezy i... Ciociu Maggie, tak mi przykro z powodu Cole’a. - Porozmawiam z nim, jak tu posprzątam. Szykuj się jeśli wychodzisz wieczorem. Riley uściskał ciotkę i porwał z kredensu jabłko i torbę czipsów. Był już za drzwiami, ale zawrócił po dwie butelki coli. - Ach ty beczko bez dna! - westchnęła Maggie i włączyła zmywarkę. Gdy wszystko w kuchni było posprzątane, Maggie odbyła rozmowę telefoniczną. - Gina? Tu Maggie Tanner. - Milczenie rozmówczyni ostrzegło ją, że musi być ostrożna. - Chcę cię przeprosić za Colle’a. Bardzo mi przykro, że pozwolił ci wracać samej do domu. - Maggie wstyd było używać takich metod, ale musiała poznać prawdę. - Nie ma sprawy, proszę pani, Riley mnie zabrał i podrzucił do domu. Cole był zły na mnie. Dokuczałam mu. - To żadne usprawiedliwienie. Jestem pewna, że Cole cię jutro przeprosi. - Nic się nie stało, proszę pani. Niech się pani nie gniewa na Cole’a. Wszyscy mamy złe dni. - Bardzo ładnie, że tak stawiasz sprawę. Pozdrów ode mnie rodziców. - Oczywiście, dziękuję. Dobranoc pani. Maggie wbiegła na schody, przeleciała przez korytarz i bez pukania wtargnęła do pokoju Cole’a. - Musimy pomówić! - Niby o czym? - Chcę się dowiedzieć, dlaczego pozwoliłeś, żeby Riley skłamał w twojej obronie dziś wieczorem. Nie stać cię było na to, żeby się przyznać i powiedzieć prawdę?! sama zadzwoniłam do Giny i potwierdziła fakty. - Gina za dużo gada! I co się takiego stało? Wkurzyła mnie. Jak chciała, żebym ją podwiózł, mogła być milsza. A ona tylko wbijała mi szpile! - Jakiego rodzaju? Co mogła ci powiedzieć aż tak przykrego, że zostawiłeś ją samą na ciemnej drodze? Cole poczuł, że krew uderza mu do głowy. Był jak pijany. Przez zaciśnięte zęby warknął: - Dokuczała mi, że jestem przyzwyczajonym do drylu żołnierzykiem: baczność, celuj, pal, takie bzdety. Cholera mnie na nią wzięła! Maggie słuchała słów syna i czuła, że kłamie, ale co miała począć? Nie zmusi go przecież do wyznania prawdy. Mogła tylko starać się go zrozumieć i być przy nim, kiedy zechce się jej zwierzyć, jeśli w ogóle coś takiego nastąpi. Westchnęła. - W porządku, dobranoc, Cole! O jedenastej gasimy światło! Cole uderzył pięścią w poduszkę. Był wściekły, że matka zadzwoniła do Giny; czuł się upokorzony, że Riley usiłował go wybronić, a nawet przestraszony tonem, jakim matka się z nim pożegnała. Brzmiało to tak, jakby odpisywała go na straty, jakby już jej na nim nie zależało, może nawet wolałaby, żeby Cole nie był jej synem? - Cholera jasna! - wybuchnął. - Czy nikt nigdy nie weźmie mojej strony? Przecież to moja matka, nie jego! Rozdział czternasty - Teksas! Nigdy nie przypuszczałam, że będę taka szczęśliwa, że tu jestem! - westchnęła ze znużeniem Susan, osuwając się na wyściełaną ławeczkę w pobliżu punktu odbioru bagaży. - Czuję, jakby mi ubyło sto funtów! Strasznie ci jestem wdzięczna, Randzie, że przywiozłeś mnie do domu. - Cała przyjemność po mojej stronie. Przynajmniej miałem dobry pretekst, żeby znów odwiedzić Sunbridge i zobaczyć się z Amelią. Tęsknię za nią. Szczęściara z ciebie, Susan, że masz dom, do którego możesz wrócić. - Wiem o tym. - Susan uśmiechnęła się do kuzyna. - Cudownie mi było w Anglii razem z tobą i ciocią Amelią. W Teksasie nigdy nie zrobiłabym takiej kariery muzycznej. Ale czuję, że Sunbridge nadal jest moim domem. I nie mogę się doczekać chwili, gdy ciocia Amelia weźmie mnie pod swoje skrzydła! - Za kilka tygodni przypomnę ci te słowa! - Rand roześmiał się. - Wtedy już będziesz miał po uszy niańczenia cię i rozpieszczania i zaczniesz się na to uskarżać tak jak wówczas, gdy byłaś dzieckiem. - Czyż nie pozostajemy dziećmi przez całe życie? Nawet ty, Randzie, taki dojrzały i zdolny do wszystkiego! Miałeś podniecające życie: urodzony biznesmen, dziedzic wielkiej fortuny i posiadłości, nawet oficer RAF-u. Bardzo urozmaicone, pełne sukcesów życie. Ale nie wmówisz mi, że w towarzystwie matki nie czujesz się znów małym chłopcem. Nie sposób pozostać wtedy dorosłym! Kiedy byłam w lipcu razem z mamą i ciocią Amelią, wydawało mi się, że mam znowu dwanaście lat. - A teraz jeszcze Maggie będzie cię rozpieszczała i dbała o ciebie. Ty rozpuszczony bachorze! - przekomarzał się Rand. - Maggie okazał się cudowna w tej sytuacji! Dzięki niej nie czuję się tu intruzem. Wiesz, nie zawsze byłyśmy ze sobą blisko, ale nigdy nie straciłyśmy całkiem kontaktu. Miała pod dostatkiem własnych zmartwień przez te wszystkie lata. Wszyscy mamy problemy, nie takie, to inne. - A teraz Maggie jest częścią Sunbridge, a może odwrotnie? Sunbridge stało się jej cząstką? - spytał cicho Rand. - Maggie jest dziś tam, gdzie zawsze chciała być. Sądzę (choć to oczywiście tylko moje zdanie), że jedynie jakiś kataklizm mógłby rozłączyć Maggie z Sunnbridge. Zgadzasz się ze mną? - Tak. To po prostu jej przeznaczenie. - Tak właśnie było i jest. Kiedy wczoraj zamykałam londyńskie mieszkanie, nie czułam wcale żalu. To po prostu pięć pokoi i rozklekotany fortepian. Połowa mebli nie należała do mnie. To był tylko dach nad głową. Może to moja wina? Pewnie powinnam była uczynić to mieszkanie przytulniejszym, Ale rzadko przebywaliśmy w nim z Jerome’em i sądziłam, ze to niepotrzebne. Zabraliśmy wszystkie moje rzeczy, prawda? - najdrobniejszą szmatkę. Wszystko, co zostało, należy do Jerome’a. - Wróci tam w końcu. Choćby po to, żeby sprzedać fortepian. Ale chodzi mi o to, że Maggie nigdy nie zabrałaby swoich rzeczy i nie opuściła Sunbridge w ten sposób. Myślę, że to by ją zabiło. Musiała już raz stamtąd wyjechać. Czuła się pewnie tak, jakby jej wydarto serce. Ale teraz jest szczęśliwa i tylko to się liczy. - Tutaj są nasze bagaże - zauważył nagle Rand. - Postaram się o tragarza, żeby je odniósł do samochodu. Muszę odebrać wynajęte auto. Czy na pewno wszystko w porządku? Nie jest ci zimno? - Czuję się świetnie, Randzie. Naprawdę. Poradzę sobie. Przestań się o mnie martwić. Kiedy się tak krzątasz koło mnie, zaraz myślę, jak strasznie muszę wyglądać! - Ślicznie wyglądasz, mała mamusiu. - Rand zrobił do niej oko i obdarzył ją uwodzicielskim uśmiechem. - Obrzydliwy kłamczuch! - zachichotała. Kiedy Rand szedł za tragarzem, a Susan wlokła się na samym końcu, bawiło ją serwowanie pełnych zachwytu spojrzeń rzucanych Randowi. Jego wzrost i piękna twarz zawsze zwracały uwagę kobiet. Susan wiedziała, że zalety Randa nie ograniczaj się do jego powierzchowności. Był naprawdę dobrym człowiekiem, serdecznym i wyrozumiałym. Domyślała się =, ile musiało go kosztować zerwanie z Sawyer. Przecięcie takich więzów jest czymś przerażającym. Sama się o tym przekonała. - Tędy, Susan - Rand wrócił po nią i wziął ją pod rękę. - Ani się obejrzysz, jak będziesz w domu. - No i co ty na to? - spytał Rand zatrzymując samochód przed werandą. - Cudownie! - Susan westchnęła. - Wobec tego zbieramy się, żebyś jak najprędzej stałą się cząstką tego cudownego domostwa. Maggie pewnie obgryza paznokcie ze zniecierpliwienia, a Amelia łazi tam i z powrotem po korytarzu i całkiem zdarła sobie podeszwy. Naprzód! Wyjmę bagaże i zaparkuję wóz Susan lekkim krokiem wchodziła po schodach do drzwi wejściowych. Maggie wypadła zza nich i mocno objęła siostrę, a wzrok jej pobiegł w stronę samochodu, na spotkanie Randa. - Wejdź do środka! - powiedziała. - Zimno tutaj. Wyglądasz na wykończoną! Herbata, pyszne herbatniki z cukrem i ciepły pled. Cicha muzyka i mała drzemka. - Maggie! Nie jestem inwalidką! Spodziewam się tylko dziecka. Tym razem zgoda na wszystko, bo czuję się zmęczona, ale jutro, zapowiadam, będzie inaczej! - Na razie myślmy o tym, co dziś. A na piątek zamówiłam ci wizytę u lekarza. Gdy Rand wszedł do kuchni, Maggie pod nadzorem Marty przygotowywała tacę z herbatą. Brzęknęła łyżeczka w cukiernicy, którą miała w ręku. Jakiż on był przystojny! - Rand! Jak miło cię widzieć! Strasznie ci dziękuję, że przywiozłeś Susan do domu! Co powiedział lekarz? - Nie forsować nóg, często się pokładać, wiele świeżego powietrza, zdrowe odżywianie, nic tuczącego. Zachodzi duża obawa poronienia. Rand podszedł bliżej. - Tak się cieszę, że cię widzę, Maggie. - Ja... nie spodziewałam się... Myślałam, że... Mówiłeś, że na Boże Narodzenie.. Chciałam powiedzieć... - Chciałaś powiedzieć, że sprawiam ci kłopot moim przyjazdem? - W pewnym sensie. - Maggie bezwiednie zbliżyła się ku niemu z cukiernicą nadal zaciśniętą w rękach. Serce tak jej waliło, że z pewnością Rand je słyszał. - Zrobiłyśmy stracha z dyni na Halloween... - powiedziała bez związku. - Naprawdę? - Wydrążyłyśmy ją z Martą. Uprażyłyśmy pestki. - Zdumiewające. - To takie dla mnie trudne... Widzisz... - Dla mnie to także nie łatwe. - Wcale nie miało się nic podobnego zdarzyć... - Zazwyczaj tak bywa. - Mam nie byłaby zadowolona... - Wiem. - Chodzi o Sawyer. Nie wiem, czy sobie z tym poradzę. - Ja też nie wiem, czy potrafię. - Brak mi było ciebie, kiedy wyjechałeś. - Myślałem tylko o tobie - powiedział Rand odbierając od Maggie cukierniczkę. Postawił ją na tacy, którą wziął do rąk. - Herbata dla naszej podopiecznej stygnie. Mamy całe trzy dni na obgadanie tego wszystkiego. - Trzy dni? To bardzo mało. - W ciągu trzech dni wiele może się zdarzyć. Czasem wydaje się, że to całe wieku. Pomyśl: aż siedemdziesiąt dwie godziny. - Siedemdziesiąt dwie godziny? To brzmi lepiej niż trzy dni - mruknęła Maggie idąc za Randem do gabinetu, gdzie na kanapie leżała Susan, podparta wysoko poduszkami. - Dzisiaj pozwolę się wam obsługiwać, ale na tym koniec - oświadczyła Susan, sięgając po filiżankę. - Och, Maggie, jak to cudownie być w domu! Wiem, że bardzo chcesz usłyszeć, co się stało, ale nie jestem jeszcze w stanie o tym mówić. Nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek zdobędę się na to. - Wróciłaś do domu, Susan. Nikt niczego od ciebie nie żąda, niczego ci nie zabrania, nie musisz spełniać niczyich rozkazów. Masz tylko dbać o siebie i o dziecko. Reszta należy do mnie. - Co powiedziała mam? - Prosi, Żebyś do niej zadzwoniła; chętnie tu przyleci, jeżeli jej potrzebujesz. - Myślę, że nie będzie to konieczne. Gwiazdka jest już tak blisko. Mama najlepiej czuje się w domu z Thadem. Nie chcę, żeby się o mnie zamartwiała. - Dokładnie to samo jej powiedziałam, ale wiesz, jaka jest mama. Kiedy się prześpisz, może zadzwonisz do niej i uspokoisz ją. - A gdzie jest ciocia Amelia? Myślałam, że będzie na mnie czekać. - Maggie wymieniła spojrzenia z Randem. Jak tu powiedzieć siostrze, że Amelii prawie nigdy nie ma w domu, że ma własne sprawy, które ją pochłaniają prawie bez reszty? Zanosiło się na problem, z którym ona, Maggie, musi się uporać. - Jak myślisz, kiedy ciocia wróci do domu? - ty razem w głosie Susan czuć już było zdenerwowanie. - Pewnie na obiad - powiedział uspokajająco Rand. - Masz teraz okazję, żeby się wyspać i być w dobrej formie, gdy zjawi się Amelia. Pracuje teraz od rana do nocy, tak mi mówiła Maggie. - Rand dorzucił polano do ognia, a Maggie przykryła Susan pledem. - Śpij, mała Susy - szepnęła pochylając się, by ucałować blady policzek. Potem oboje z Randem po cichu opuścili gabinet. - Masz ochotę na lunch, Randzie? - spytała Maggie, gdy wyszli na korytarz. - Nie. Chcę się przejść, żeby odzyskać jasność myśli i pozbyć się zamroczenia po długim locie. Pójdziesz ze mną na spacer? - Powinnam zostać... Dobrze. Zrobię ci frajdę i pokażę ci teksańskie jesienne liście. Wiele z nich już co prawda spadło i... - Maggie zamilkła zdając sobie sprawę, że jak się nie opanuje, będzie nerwowo terkotać jak idiotka. - Muszę włożyć kurtkę. Zaczekasz? Zaczekasz? Jakby miał cokolwiek innego do roboty! Jakby wolał zająć się czymś innym niż czekaniem na Maggie i pójściem z nią na spacer! - Jestem gotowa! - oznajmiła Maggie, zapinając popielatą zamszową kurtkę. Jaskrawo szkarłatny szal ze znakiem firmowym BILLIE na brzeżku wił się niedbale wokół jej szyi. Rand pomyślał: „Jak ona piękna!” - Co słychać u chłopców? - spytał, gdy wyszli z domu. - Przeważnie skaczą sobie do oczu. - A co z Cranstonem? - Postanowiliśmy załatwić sprawę ugodowo. Cole zostanie u mnie do następnego semestru. Potem Cranston jeszcze raz przemyśli sprawę. - A rozwód? - W styczniu. Nic się nie zmieniło. Oboje próbowaliśmy... jakoś wszystko załatać... ale powody, dla których to robiliśmy, okazały się takie... niewystarczające. Kiedy to sobie uświadomiliśmy, wszystko się jakoś ułożyło. Myślę, że będziemy teraz żyć z Cranstonem w przyjaźni. - Tego właśnie chcesz? - Przez jakiś czas snułam inne plany. Długo rozmyślałam na temat rodziny i zobowiązań, jakie mamy oboje w stosunku do Cole’a, ale teraz... tak, chcę właśnie tego. Jaka to ulga głośno się do tego przyznać! - A jak sobie radzi Amelia i co ze wspaniałym nowym centrum? Maggie roześmiała się. - Wspaniałe nowe centrum rośnie jak na drożdżach! Wszystko zgodnie z planem. Cary wraca wieczorem szczęśliwy i całkiem wykończony. Myślę, że to irytuje troszeczkę Amelię. Nie mają w ciągu tygodnia wiele okazji, by korzystać z życia, ale nadrabiają zaległości w weekendy. Prawdę mówiąc, rzadko ich widuję. Pojechałam kiedyś do domu, który Amelia remontuje. Słyszałeś o tym, prawda? - Dawny dom jej matki. Zdaje się, że Amelia jest tym ogromnie przejęta. - Dokonuje cudów i wydaje masę pieniędzy. Wewnątrz prawie wszystkim zajmuje się sama, a zewnątrz pracuje firma budowlana. Chyba skończą pracę w tym tygodniu. Amelia nalegała, żeby roboty na dworze zostały ukończone, zanim przyjdą pluchy. Ona mnie zdumiewa! Wstaje o piątej rano, je śniadanie z Carym, a potem pędzi do tego domu. Chyba nie potrafiłabym zaangażować się tak bez reszty! Popatrz na to zwalone drzewo - powiedziała idąc przodem. - Może przysiądziemy na chwilę? Słońce mocno grzeje. Rand patrzył na nią, obserwował jej swobodny krok; miała kloszową spódnicę i buty na płaskim obcasie. Jaka elegancka! - pomyślał, Niezmiennie elegancka. Maggie poklepała zachęcająco miejsce obok siebie na pniu zwalonego drzewa. - Opowiedz mi, co porabiałeś od czasu, gdy stąd wyjechałeś. - Jakoś sobie radziłem. Zabijałem czas. Czekałem na Boże Narodzenie. - Powtórzyłeś to samo na trzy różne sposoby! - roześmiała się Maggie. - Zauważyłaś? - A co będziesz robił, kiedy wrócisz do Anglii? - Będę jakoś sobie radził. Zabijał czas. Czekał na Boże Narodzenie. - To po co wracać? - Taka była umowa. - A jak zaproponuję, żebyśmy zmienili umowę? - spytała Maggie z wahaniem. - Wrócę mimo wszystko. Myślę, że obojgu nam trzeba więcej czasu. Maggie podważyła paznokciem odstający kawałek kory. - Chyba tak będzie lepiej. Rodzina... - Czy bardzo cię obchodzi, co powie rodzina? - Oczywiście, że mnie obchodzi! Mama... mama nie będzie zadowolona. A Cole... Bóg raczy wiedzieć, co sobie o tym pomyśli, co zrobi, co powie... Bardzo się zaprzyjaźnili z Sawyer. I oto dotarliśmy do mojej córki. Nie miałam od niej żadnej wiadomości, odkąd wyjechała. A ty? - Ja także nie. - Dlaczego tak głupio ze sobą rozmawiamy? - spytała Maggie ściszonym głosem. - Bo jesteśmy parą ludzi, których coś ciągnie do siebie. A poza tym jesteśmy już dorośli i wiemy, że swoim postępowaniem możemy skrzywdzić innych. - Kiedyś bez wahania zrobiłabym, co chcę, nie oglądając się na konsekwencje. Ale teraz chyba nie mogłabym tak postąpić - szepnęła Maggie. - chodzi ci o Sawyer, prawda? - Oczywiście, że chodzi mi o Sawyer. I o mamę. A przede wszystkim o siebie samą. - Między Sawyer a mną wszystko już skończone. - Ty o tym wiesz i ja to wiem, ale jestem pewna, że Sawyer nadal coś do ciebie czuje. I że jest to bardzo mocne uczucie. Ona cię kocha całym sercem i duszą. Wiem, jakie to dla ciebie trudne. Czasem Cole coś bąknie na ten temat. Mama też się o nią niepokoi. - Sawyer ma dwadzieścia sześć lat. Wielu ludzi rozstaje się ze sobą i jakoś to przeżywa. Najpierw to sprawia ból, potem wznieca gniew, a wreszcie następuje pogodzenie się z sytuacją. - Wydaje się, że mówisz z własnego doświadczenia. Czy sam przez to przeszedłeś? - W pewnym sensie. Tyle że ja przeżyłem swój okres bólu przed zerwaniem z Sawyer, kiedy uświadomiłem sobie, że każde z nas pragnie czegoś całkiem innego. Potem zrodził się gniew, a w końcu pogodziłem się z tym, że jest, jak jest. - Myślę, że podobnie było z mamą i tatą. - Więc co zrobimy? - Nie wiem. Czuję, że mam dla ciebie dużo sympatii. Kiedy był tu Cranston, przyłapałam się na tym, że stale go porównuję z tobą. Obiecałeś do mnie napisać, więc czyhałam na pocztę. Powstrzymywałam się z całej siły, żeby do ciebie nie dzwonić. Nie chcę nikogo skrzywdzić! Wiem, że to brzmi dziwnie w moich ustach, ale naprawdę tak czuję. - I co z nami będzie? - Byłoby bardzo trudno utrzymać nasz romans w tajemnicy. O tym właśnie myślałeś, prawda? Zbyt długo żyłam w mroku. Randzie: chcę dokonywać wszystkich moich czynów w pełnym świetle. Pragnę, by słońce uśmiechało się do mnie z nieba. Nie chcę żałować swoich decyzji... Chyba powinniśmy oboje jeszcze wszystko przemyśleć. Rand roześmiał się. - Zawsze praktyczna Maggie! Jeśli tego sobie życzysz, niech tak będzie. Maggie uśmiechnęła się, a potem wstała i przeciągnął się. - Chyba powinniśmy już wracać. Może weźmiesz samochód i pojedziesz obejrzeć dom, przy którym tak się trudzi Amelia? Będzie z pewnością zachwycona mogąc ci wszystko pokazać. - Dobry pomysł! A ty czym się zajmiesz? - Będę czuwać przy śpiącej Susan, żeby mnie pierwszą zobaczyła gdy się obudzi. - Mateczka Maggie! Maggie roześmiała się. - Czasami nie poznaję samej siebie! Jak tylko usłyszałam, że Susy przyjedzie, zniosłam wszystkie jej rzeczy z poddasza. Stare łóżko z baldachimem i toaletkę. Pomyślałam, że się ucieszy. - Poczuje, że wróciła do domu. Nie ma to, ja dom. - Mówisz tak, jakbyś nie miał własnego. - Takiego jak ten nigdy nie miałem. Podczas wojny przenoszono nas z miejsca na miejsce, a większość naszych rzeczy po drodze ginęła. Brakowało mi poczucia jakiejś stabilności. Dom, w którym teraz mieszkam, niewiele dla mnie znaczy. Nie ma charakteru. Nie wiążą się z nim żadne wspomnienia. Sypiam tam, i nic więcej. W oczach Maggie pojawiły się iskierki śmiechy. - W Sunbridge jest dużo miejsca. Możesz się wprowadzić. - Uciekłabyś gdzie pieprz rośnie, gdybym zwalił się tu ze wszystkimi manatkami. - W tej chwili tak. Ale kto wie, co będzie w przyszłości? Powinniśmy oboje pomyśleć na ten temat. W drodze powrotnej Rand wziął Maggie za rękę. Gdy wchodzili do ogrodu na tyłach domu, zatrzymał się. - Chyba jestem bliski zakochania się w tobie, Maggie chcę, żebyś o tym wiedziała. Maggie podniosła oczy. Były pełne łez. - Wiem. - Więc? - wykrztusił z trudem. Maggie potrząsnęła głową. - Nie teraz. Muszę mieć czas. Proszę, zrozum mnie! - Masz tyle czasu, ile zechcesz. Mogę poczekać. Będę czekał. - Nikt mi jeszcze tego nie powiedział. Twarz Maggie rozzłociła się w uśmiechu, jakby padły na nią promienie zachodzącego słońca. - Zostawiłem kluczyki w stacyjce; powiedz mi tylko, jak tam dojechać, a odwiedzę Amelię i zobaczę jak sobie radzi. Maggie zdjęła buty przed drzwiami gabinetu, potem weszła po cichu do środka i popatrzyła na twarz śpiącej spokojnie Susan. Herbata w czajniczku była jeszcze ciepła, ale Maggie ledwie jej skosztowała, obserwując śpiącą i myśląc o tym, co się wydarzyło przed chwilą. Skończyły się już jakiekolwiek niedomówienia. Maggie przeczuwała, że tak się stanie, odkąd Rand zatelefonował do niej z wiadomością, że przywiezie Susan. Jak powinna postąpić w tej sytuacji? Gdyby miała się zachować jak prawdziwa kobieta, zaczekałaby, aż wszyscy zasną i pobiegła do niego w pianie jedwabiu i koronek, stając przed nim w promieniach księżycowego światła. Ale była przecież matką i wiedziała, że gorzko pożałowałaby takiego postępowania. I wreszcie, niczym dziecko, upierała się, że to przecież jej życie, że może z nim zrobić, co zechce! Nie będzie to ani przelotna przygoda, taki błahy romansik. Rand zgodnie ze wskazówkami Maggie odnalazł drogę prowadzącą do nowej posiadłości Amelii. No no - pomyślał - państwo Assante mają niezłe hobby: nabywanie nieruchomości! Zdumiewała go ta nagła pasja Amelii. Dotychczas interesowali ją przede wszystkim ludzie, otaczała się nietuzinkowymi osobami. Teraz, jako żona Cary’ego, prawdopodobnie nadal przeżywająca upojenie miodowych miesięcy, zdecydowała się wziąć na swe barki takie kolosalne zadanie. Dlaczego?! Na horyzoncie pojawił się pokryty szarym łupkiem mansardowy dach, dom stał samotnie, jak wartownik strzegący otaczających go rozległych terenów. Rusztowania zasłaniały pokryte gontem ściany. Kręcili się po nich mężczyźni, zeskrobując starą farbę z kolorze złamanej żółci i zastępując ją delikatną, jasną szarością. Dekoracyjne rzeźby przypominające ozdoby z piernika nabierały życia, kiedy pokrywano je świeżą warstwą bieli. Rand gwizdnął z cicha, przyglądając się domowi przez okno samochodu. Ta posiadłość musiała kosztować ładny grosz, a prace związane z jej odnowieniem były najwidoczniej w pełnym toku. Dom był zdecydowanie nietuzinkowy, to trzeba przyznać! - Rand! Ty nic dobrego! Jak miło cię znowu widzieć! - zawołała Amelia obejmując go ramionami. - Kiedy się zjawiłeś? Jak minęła podróż? Czy Susan ma się dobrze? Mój Boże, za każdym razem, kiedy cię widzę, wydajesz mi się przystojniejszy, a może tylko zaślepia mnie macierzyńska duma?... No, powiedz coś! - Susan miewa się dobrze, a przynajmniej niebawem tak będzie, jestem tego pewny. Przylecieliśmy kilka godzin temu. Podróż mieliśmy tez niespodzianek. Nie jestem wcale nic dobrego, ale masz rację, że jestem przystojny, jak ci leci? - Rozejrzyj się dookoła i powiedz mi, co o tym myślisz. - Na razie widzę straszny bałagan. Dlaczego nie kupiłaś nowego domu? - Och, myślałam, że mnie zrozumiesz, Randzie! - powiedziała z rozczarowaniem Amelia. - Opowiadałam ci o tym domu, kiedy byłeś mały. Nie pamiętasz? - Oczywiście, że pamiętam. Ale masz z tym masę roboty. I wydajesz niesamowicie dużo forsy. Czy chcesz tu zamieszkać, czy też urządzić mauzoleum? Oczy Amelii zamgliły się. Rand w jakiś nieprawdopodobny sposób umiał trafić w samo sedno. - Mauzoleum to coś w moim guście. Może tu zamieszkam, a może nie, Co za różnica? - Dla mnie żadna, ale myślałem, że dla ciebie owszem. O co tu w gruncie rzeczy chodzi? - Mam jakieś zajęcie. A poza tym to był dom mamy i chcę, żeby wyglądał tak jak dawniej. - Pozwól, mamo, że cię o coś zapytam. Gdybyś mieszkała w innym stanie i postanowiła wrócić do Teksasu, a miałabyś do wyboru zarówno ten do, jak i Sunbridge, gdzie wolałabyś zamieszkać? - Nie mam ochoty bawić się w zgadywanki „co by było, gdyby było”. Chodź, pokażę ci, co już zrobiłam. Zdumiewające, ile można dokonać z właściwymi ludźmi. Rand przechodził za Amelią z pokoju do pokoju, słuchając tego, co mówiła o dotychczasowych dokonaniach i o tym, co jeszcze trzeba będzie zrobić. - Kiedy się ze wszystkim uporam, będzie to rezydencja godna króla! - A może królowej? - spytał Rand bardzo serio. Amelia roześmiała się. - Poczekaj, aż zobaczysz je w grudniu, mama była zawsze ogromnie przywiązana do tego żyrandola. Mówiła, że kiedy paliły się lampki, wyglądał jak latarnia z krainy wróżek. - W jakim terminie zamierzasz ukończyć wszystkie prace? - Chyba na wiosnę przyszłego roku. Nie chcę się zanadto spieszyć. W tym momencie Rand poczuł współczucie dla Amelii. Przez wszystkie lata, odkąd wzięła go pod swoje skrzydła, nigdy mu się to nie zdarzyło. Był zbity z tropu i zasmucony. - Jeżeli Cary nie zechce tu zamieszkać - powiedział umyślnie lekkim tonem - masz przed sobą lokatora, gotowego wprowadzić się do tego domu w każdej chwili! - Myślę, że Carry’emu się spodoba. Kiedy po raz pierwszy przyszedł mi ten pomysł do głowy, zadzwoniłam, przyjechał i zjedliśmy tu lunch, ale teraz jest zbyt zajęty. Tkwi na budowie i nie mogę zawracać mu głowy. - Musisz czuć się samotnie spędzając całe dni tylko we własnym towarzystwie. - Wcale nie. Są tu robotnicy i gawędzimy sobie, robimy przerwę na lunch mniej więcej w tym samym czasie. Odkryłam w nich pokrewne dusze - roześmiała się Amelia. - Wiem, że projekt Cary’ego to ogromne przedsięwzięcie. Musisz być bardzo dumna z męża. - Owszem. Nie masz pojęcia, jak świetnie mu idzie. Cary jest w siódmym niebie. Ludzie go lubią i szanują, mimo że nie jest „prawdziwym Teksańczykiem”, jak mówią starsi. - Cary to porządny chłop. Dlaczego miałby im się nie podobać? - Początkowo bałam się, że wy dwaj nie przypadniecie sobie do gustu. Wiesz, że jest o tyle młodszy ode mnie. - Mamo, jeżeli jesteś szczęśliwa, to i ja rad jestem z tego małżeństwa. - Zawahał się na moment. - Chciałbym, żebyś i ty czuła to samo w stosunku do mnie. Amelia spojrzała z ukosa. - Miałeś wiadomości od Sawyer? - spytała znacząco. - Nie, i nie spodziewam się. A ty? - Nie, Nigdy nie powiedziałeś mi, Randzie, co się stało, a ja nie pytałam. Wolałabym jednak wiedzieć, żeby nie wyrwać się z czymś w nieodpowiedniej chwili. Rand westchnął. - Po prostu nasz związek nie miał przyszłości. Sawyer zasługuje na to, żeby mieć prawdziwą rodzinę: jest młoda i pełna życia. Ja już schodzę z górki, a ona dopiero wzbija się do lotu. Musiałem więc zwrócić jej wolność. - Wygląda mi tona zły prognostyk dla mojego związku z Carym. - Mylisz się. Cary kocha cię do szaleństwa i ty jego też. Sawyer i ja nigdy nie byliśmy aż tak zaangażowani. To nie mogło długo trwać. Wierzaj mi, mamo, wolałbym, żeby było inaczej. - Dosyć na ten temat. Żałuję, że go poruszyłam. Po prostu wszyscy współczują Sawyer i sądzą, że ją zostawiłeś na lodzie. - Amelia skrzywiła się. - Nie lubię tego wyrażenia. - Jeżeli o to chodzi, mamo, sądzę, że jest to sprawa wyłącznie pomiędzy Sawyer a mną. - Podobno chcesz odwiedzić nas w święta. Jeżeli tu będziesz, Sawyer nie przyjedzie. - chcesz przez to powiedzieć, że mam się trzymać z daleka od Sunbridge? - spytał Rand. - Nie, chcę ci uzmysłowić, że pozbawiłeś Sawyer jej domu. Każdy pragnie wrócić na święta do rodzinnego domu. Pomyśl o tym. Rand lekko skinął głową, potem ucałował matkę i odszedł bez słowa. Amelia patrzyła za nim z okna. Gdy samochód zniknął za zakrętem, jej ramiona opadły. Usiadła na parapecie z kolanami pod brodą. Akurat były jej potrzebne nowe problemy! I to teraz! A Rand i Maggie stanowili ogromny problem. Czy Rand myślał, że ona, Amelia, jest ślepa? Odtrącenie czyjejś miłości było według niej najgorszym ze wszystkich grzechów świata. Niełatwo przyjdzie zapomnieć o wizycie Randa. Dzisiaj mieli z Carym spędzić rodzinny wieczór. Gdy się do niego w końcu dodzwoniła, powiedział, żeby nie spodziewała się go przed dziesiątą, miała więc alternatywę: pozostać tutaj i czytać książkę albo wrócić do domu i udawać, że nic a nic nie obchodzi ją, że Cary się spóźnia. Udawać. Musiała teraz stale to robić. Gdyby nie spytała męża i nie poznała jego planów, spędziłaby cały wieczór spodziewając się w każdym momencie jego powrotu. Należało zapalić już światła. Wszędzie panował straszny bałagan, jakby remont miał trwać wiecznie. Ale kiedyś się wreszcie zakończy! Już ona o to zadba, choćby miała wydawać pieniądze jak szalona. Niektórzy robotnicy patrzyli na nią jak na głupią, gdy kazała im zlikwidować coś, co wytrzymałoby jeszcze dwadzieścia lub trzydzieści lat. Cary twierdził, że ją rozumie, ale Amelia zauważyła, że prawie codziennie przegląda jej księgi rachunkowe i orientuje się na bieżąco, ile wydawała. Robotnicy zaczęli po kolei odchodzić, wołając do niej przez ramię „dobranoc!”. Wracali do swoich domów i do rodzin, które na nich czekały. Była pora obiadu, a ona siedziała tu sama w pustym domu. Do cholery, jak bardzo była samotna! Ponad wszystko w świecie pragnęła teraz znaleźć się na terenie budowy Cary’ego. Łudziła się, że mąż będzie ją zachęcał do pracy w biurze, które mieściło się w przyczepie; odbierałaby telefony i zamawiała potrzebne materiały. Ale według Cary’ego nie byłoby dobrze widziane to, że jego żona pracuje na budowie. Cóż mogło ja obchodzić, co sobie ludzie pomyślą! Nie miała jednak odwagi przeciwstawić się Cary’emu. Podobało mu się, że jest tam, skąd w każdej chwili może sprawdzić, gdzie Amelia przebywa, czym się zajmuje, w jakim miejscu ją może znaleźć. Od kilku dni była niespokojna, nie mogła wytrzymać sama ze sobą, zastanawiała się, czy ma to jakiś związek z powrotem Susan i Randa? Żywe świadectwa jej wieku. Nie miała zamiaru tkwić w Sunbridge i cackać się z Susan, choć była do niej szczerze przywiązana. W jej obecnych planach nie mieściło się niańczenie Susan, niepokój o nią i obawa przed nawiązaniem romansu między Randem a Maggie. Boże, dlaczego się aż tak podle czuła? Może powinna wszystko pozamykać i wrócić do domu? Zanim dotrze do Sanbridge, obiad będzie już zjedzony, a w kuchni posprzątane, chłopcy zajęci nauką w swoich pokojach, Rand, Maggie i Susan prawdopodobnie w gabinecie przy kawie. Przywita się z nimi, wymieni powitalne uściski, a potem pójdzie na górę. Niespieszna gorąca kąpiel, seksowny peniuar, mały drink - i będzie gotowa na powrót Cary’ego. Może nawet zatelefonuje do Billie: to zawsze podnosiło ją na duchu. A jeśli Susan nie będzie jeszcze spała, odwiedzi ją w jej pokoju. Kiedy Amelia zamknęła za sobą masywne drzwi wejściowe, jej oczy jak zawsze padły na rząd kapeluszy wiszących w przedsionku. Czapka baseballowa Rileya wyglądała dziwacznie między kapeluszami kowbojskimi. Ale Amelia spoglądała na nią z uśmiechem: była to miła odmiana. Do obszernego hallu w centrum domu dolatywały stłumione odgłosy rozmowy i delikatne pobrzękiwanie sztućców. Amelia głęboko zaczerpnęła tchu i udała się do gabinetu. Susan leżała podparta poduszkami na kanapie. Pled okrywał jej brzuch u nogi. Amelia poczuła, jak serce wyrywa jej się do młodej kobiety, która była dla niej jak córka. Przyklękła obok Susan klepiąc ją delikatnie po brzuszku i starając się nie dostrzegać łez w jej oczach. Dotychczas zawsze umiała pomóc bratanicy w jej kłopotach. Tym razem nic nie mogła dla niej zrobić. - Kochanie, jak miło znów cię widzieć! Troszkę nam życie dało się we znaki, prawda? - powiedziała pogodnie. - No cóż, za tydzień czy cos koło tego postawimy cię na nogi! To osławione teksańskie powietrze musi być przecież coś warte! Jestem bardzo rada, że przyjechałaś złotko. Pomyśleć tylko, niemowlę w Sunbridge! - powiedziała zwracając twarz ku Maggie. - Te stare mury nie słyszały tupotu dziecięcych nóżek od niepamiętnych czasów. Ostatnia była Sawyer, cóż to było za kochane dziecko! Taka dobra dziewuszka, choć psotna. Billie próbowała utrzymać ją w pracowni, ale mała lubiła tu przychodzić i biegała po domu, zwłaszcza po schodach w górę i w dół. Tylko spojrzeć na nią dzisiaj! Nikt by nie pomyślał, że była kiedyś przemądrzałym maluchem! Miała swój rozumek! Myślę, moja droga, że ta mała nie pokazała nam jeszcze, co potrafi! Gdy dostrzegła, że sprawiła przykrość Maggie, wstała, ucałowała Susan w czoło i oświadczyła: - No cóż, pędzę teraz wziąć kąpiel z avocado i posiedzieć trzydzieści minut w wirującej wodzie! Randzie, opowiedz Susan o moim domu. Wszystkie szczegóły sama potem dorzucę! Mam zamiar zadzwonić do Billie. Czy jej coś od was przekazać? Maggie czuła, jakby w gardle utkwił jej spory kamień. Potrząsnęła głową. Randowi udało się mruknąć coś o przesłaniu od niego pozdrowień, a Susan kazała powtórzyć, że zasyła Billie wiele całusów. Amelia uśmiechnęła się do każdego z nich i wyszła z pokoju. Przez kilka chwil panowało milczenie. - Niech cię diabli, mamo! pomyślał Rand, widząc stężała twarz Maggie. Susan, nie zdając sobie sprawy z rozgrywającego się obok niej dramatu, odezwała się pierwsza: - Jeżeli nie weźmiecie mi tego za złe - powiedziała westchnąwszy ze znużeniem - chyba pójdę do łóżka. Rand wyciągnął ku niej silne ramię: - Złap się mnie mocno! Susan stanęła na nogi i roześmiała się. - Mojego dzidziusia jak dotąd życie nie rozpieszczało. Wątpię, czy jeden lub drugi niewielki wstrząs mógłby mu teraz zaszkodzić. Życzę wam obojgu dobrej nocy! - Ucałowała mocno Magie i pozostała w jej objęciach odrobinkę dłużej, niż wymagało tego pożegnanie. - Dzięki, że udzieliłaś mi gościny, Magie. Nie mam pojęcia, co bym poczęła bez ciebie! I jeszcze raz dziękuję ci, Randzie! Wiem, że się powtarzam, ale jestem taka wdzięczna! Dopiero teraz czuję się bezpieczna. Czy to nie smutne? - Śpij dobrze, Susan. Ja też zaraz pójdę na górę: Mam jeszcze kilka listów do napisania. Czy mógłbyś zamknąć drzwi i pogasić światła, Randzie? - powiedziała Maggie, odwracając od niego oczy i śpiesząc za Susan. Rand Długo siedział na dole. W mózgu brzmiały mu słowa Amelii... Wiedział, że nigdy ich jej nie wybaczy. Rytuał, któremu Amelia poddawała się po kąpieli, był długi i żmudny. Najpierw nacierała całe ciało pachnącym balsamem, potem pokrywała je delikatnym pudrem o identycznym zapachu. Kremowała twarz, nacierała oliwką powieki i płatki uszu i po dziesięciu minutach nakładała lekki makijaż, wiedząc, że w świetle brzoskwiniowych żarówek, które wkręciła do wszystkich lamp, będzie wyglądał świeżo i delikatnie. Wysuszyła włosy podkręcając je lokówką, a potem przeczesała palcami, nadając im puszystość. Założyła maleńkie brylantowe kolczyki otrzymane na ostatnie urodziny od Cary’ego. Turkusowa jedwabna koszulka nocna opływała jej ciało, cichutko szeleszcząc przy każdym ruchu. Przecięcie z boku odsłaniało dużą powierzchnię atłasowo gładkiej nogi, gdy Amelia szukała w szafie odpowiednich w kolorze miękkich pantofli na obcasie. Stojący przy łóżku zegarek wskazywał za piętnaście dziewiątą; pora zadzwonić do Billie. - Czy się coś stało? - to były pierwsze słowa Billie. - Coś się stało? W Sunbridge? Chyba żartujesz! Pomyślałam po prostu, że zadzwonię do ciebie i dowiem się, co w Vermont w trawie piszczy. - Thad twierdzi, że wszystko w porządku. A co u ciebie? Jak tam dom? Mówiłaś, że napiszesz mi o wszystkim, czego dokonałaś. Spodziewałam się listu od ciebie. - Nie powinnaś wierzyć w takie obietnice. O wiele prościej wziąć do ręki słuchawkę i nakręcić numer. Chyba na wiosnę wszystko będzie gotowe. Musisz mi obiecać, ze przyjedziecie z Thadem na oblewanie nowego domu. - Stawimy się razem z prezentem - roześmiała się Billie. - A co u Thada? Czy zdecydował się kandydować do Kongresu? - Komitet robi co może, żeby uzyskać jego zgodę. Ja nie zabieram głosu. To musi być decyzja Thada. - Jest tu Susan, wiesz? Wygląda okropnie. - Rozmawiałam z nią dzisiaj. Ma bardzo znużony głos. Maggie jest zdania, że całkowity odpoczynek i świeże powietrze powinny jej pomóc. Zobaczymy, co powie lekarz, czuję się spokojniejsza wiedząc, że Susan jest w Stanach, ale szkoda mi Jerome’a. Małżeństwa Colemanów stanowczo zbyt łatwo się rozpadają. Cieszę się, ze jesteś w Sunbridge. - Niezbyt często bywam w domu, ale zrobię, co będę mogła. Myślę, że Susan i Maggie zbliżą się teraz do siebie. Billie wsłuchiwała się w ton głosu swej starej przyjaciółki. Było w nim coś nowego: jakieś napięcie, a zarazem brak charakterystycznej dla Amelii żywotności. Billie poczuła niepokój. Coś się wydarzyło i ukrywają to przed nią! - Jak Cary sobie radzi ze swoim przedsięwzięciem? - Wspaniale! Prawie go nie widuję, ale sama jestem bardzo zajęta. Spotykamy się przeważnie w łóżku, co mi całkiem odpowiada. Pracuje przez siedem dni w tygodniu, biedaczysko. - Jestem bardzo ciekawa jego projektu. Thad wczoraj bardzo mnie o to wypytywał. Jest ogromnie zainteresowany. Mężczyźni ubóstwiają takie sprawy. - Tej „sprawy”, jak to określasz, na tym etapie prawie jeszcze nie widać. Teren został oczyszczony i stoi na nim kilka przyczep wykorzystanych jako lokalne biura. Gdzieniegdzie położono płyty i fundamenty. O, zapomniałabym o rurach kanalizacyjnych i wodociągowych, gazie i elektryczności. Wszystko pod ziemią, jak wiesz. Ciągną też kapel sieci telewizyjnej - wyliczała Amelia bezbarwnym tonem. - Oby tylko pogoda się utrzymała! - Amelio, co z tobą? Twój głos brzmi jakoś dziwnie. Amelia przymknęła oczy, kurczowo ściskając słuchawkę. Jak mogła się przyznać, nawet przed Billie, do obawy, że jej młody mąż przestaje się nią interesować? Bez zastanowienia wypaliła: - Chyba Randa i Maggie coś łączy? On tu znowu jest: przywiózł Susan. Zaczynam rozumieć, dlaczego Sawyer tak uciekła, biedactwo, po rozstaniu z nim! Billie poprawiła się niespokojnie w fotelu. Nigdy dotąd nie słyszała w głosie Amelii takiej goryczy, a już z pewnością nie z powodu Randa! - Billie, jesteś tam? - spytała natarczywie Amelia. - Nie słyszałaś, co powiedziałam? Myślę, że coś zaszło między Maggie a Randem! - Słyszałam cię, Amelio. Może istotnie coś ich łączy. - Chyba nawet to coś głębszego niż przyjaźń. Powtórzę ci, co powiedziałam Sawyer, kiedy zwierzyła mi się ze swoich podejrzeń. Znając Randa jestem całkiem pewna, że więź łącząca go z Sawyer została zerwana przed czwartym lipca. Z drugiej strony jednak Sawyer nie miała żadnych podstaw do podejrzeń oprócz tego, że widziała Randa i Maggie rozmawiających na trawniku po zakończeniu przyjęcia. I wreszcie - oświadczyła stanowczo Billie - uważam, że jej pretensje do Maggie są dziecinne i bezpodstawne. Amelia najeżyła się. - Może ty aprobujesz tę sytuację, ale ja nie! Podobna sytuacja doprowadzi znowu do rozłamu rodziny, a dosyć mieliśmy podobnych kłopotów! Dałam Randowi do zrozumienia, co o tym myślę. Jeżeli chce zrywać z Sawyer, ma oczywiście do tego prawo. Ale nie powinien dodatkowo upokarzać jej z pomocą Maggie! - Amelia westchnęła. - Och, sama nie wiem, co o tym myśleć, Billie! Nie mam pojęcia, czy to daleko już zaszło, czy dopiero się rodzi. Mieszkam pod dachem Maggie, więc musze liczyć się ze słowami, chyba że chciałabym się stąd wynieść. - Słuszne rozumowanie, Amelio. Amelia gwałtownie złapała oddech. - A więc stajesz po ich stronie?! - Naprawdę nie wiem, co o tym myśleć. Jestem zupełnie zdezorientowana, ale zdrowy rozsądek każde mi trzymać się od tego z daleka. Nie znam powodów, dla których Rand i Sawyer zerwali ze sobą. Myślałam, że się pobiorą. Musiało to być raczej uczucie jednostronne. Znam jednak Maggie i wiem, że nie skrzywdziłaby świadomie Sawyer. Nigdy w to nie uwierzę. - Rand to mój syn, ale jest mężczyzną, więc poluje na to, co mu wpadnie w oko. Nie potrafię ukrywać swoich uczuć: boli mnie to, jakby dotyczyło mnie osobiście. Potrafię zrozumieć ból, jaki odczuwa Sawyer! - Wiem - szepnęła Billie. - Kiedyś byłam sama w identycznym położeniu. - Co możemy zrobić? - Nic. Sami muszą znaleźć jakieś rozwiązanie. Od lipca dostałam kilka listów od Sawyer. W każdym z nich o niczym wyraźnie nie mówi, ale potrafię czytać między wierszami. Jest wprost chora z niepokoju. Ona jest taka dziecinna. Dotychczas żyła... jak by to określić... Pod kloszem. - Pod kloszem? Jak możesz coś podobnego powiedzieć? - zaperzyła się Amelia. - Była dzieckiem urodzonym przez drugie dziecko i odrzuconym przez swoją niedojrzałą matkę. Lepiej by się stało, gdyby w ogóle nie przyszła na świat! Nie powinnaś była nalegać, żeby Maggie ją urodziła! Dlaczego tak się upierałaś? - Dlaczego? Z twojego powodu, Amelio. Z powodu tej straszliwej pokątnej aborcji, która uniemożliwiła ci urodzenie innego dziecka. Wierzyłam wówczas, że aborcja jest złem i wierzę w to nadal. A gdyby Maggie przerwała wtedy ciążę, nie byłoby dziś Sawyer, prawda? I być może również Cole’a. Po drugiej stronie zapadła cisza. Nagle Billie poczuła głęboki wstyd. - Amelio, wybacz mi! Nie miałam prawa! Powiedz, co się stało? Tu chodzi nie tylko o Sawyer i Randa, chyba jeszcze nigdy w życiu nie słyszałam w twoim głosie takiej goryczy. O co właściwie chodzi? - O nic. Jestem ostatnio podenerwowana. Nie musze ci niczego wybaczać, naprawdę. To ja nie powinnam była tego wszystkiego mówić. - Amelia przełknęła łzy, które ostatnio stale napływały jej do oczu. - Czy rzeczywiście nie możemy nic zrobić dla Sawyer? - Thad radził, żebym wybrała się do Nowego Jorku pod takim czy innym pretekstem. Ale Sawyer przejrzałaby mnie bez trudu. Wie, że zawsze może się do mnie zwrócić, jeżeli będzie mnie potrzebowała. Poza tym nie mogę zapominać o Maggie, jak ci się zdaje, co ona o tym myśli? - Wiem, że Maggie walczy z tym uczuciem - powiedziała Amelia - ale nie jest dość silna, Billie. Szuka jakiegoś celu w życiu. Przez jakiś czas sądziłam, że ona i Cranston znowu się zejdą, ale chyba nic z tego nie wyszło... - Amelia westchnęła. - Masz rację, Billie. Zostawmy to na razie. Poza tym Rand za kilka dni wyjedzie. Wiem, że ma zamiar wrócić do Anglii. Sprzedaje swoją posiadłość, przynajmniej większą jej część. Wiedziałaś o tym? Wyjeżdża pojutrze. - Trzy dni! myślała Billie. - Ileż może się wydarzyć w ciągu trzech dni! - Przypomniała sobie pobyt w Hongkongu razem z Thadem przed wielu laty. Można się zakochać w jednej minucie; w przeciągu kilku dni miłość może zawładnąć całym naszym życiem; w jednym momencie wskutek tej wielkiej i przemożnej miłości można zniszczyć kogoś innego. Jakim cudem ona i Thad znaleźli w sobie siłę, by wyrzec się swego szczęścia? Łzy błysnęły w oczach Billie na myśl zmarnowanych latach, które mogli przeżyć we wzajemnej miłości, istniejąc tylko dla siebie. Czy na taki los chciała skazać Maggie? I czy pomogłoby to Sawyer? Przecież nie zapewniłoby jej miłości Randa... - Billie... Billie, jesteś tam? Słyszysz mnie? - Tak, kochanie. Opiekuj się Susan za nas obie. Jesteś w tym niezrównana. Nigdy nie zapomnę, jak dbałaś o mnie, gdy się spodziewałam Susy. Gdyby nie ty, pewnie by się nie urodziła. Thad i ja chcieliśmy wiedzieć, kiedy odwidzicie nas z Carym w Vermont? - Na pewno kiedyś się zjawimy. Może wtedy, gdy będę stara i siwa. W Vermont jest taki ostatnio klimat, a na samą myśl o zimie, choćby teksańskiej, niedobrze mi się robi. Wcale się na nią nie cieszę. Billie zaśmiała się. - Owszem, nasze zimy są ostre, ale wszystko zależy od tego, z kim się je spędza. Cudownie ogrzewam sobie zimne stopy o plecy Thada. - Jakże mi miło, Billie, że przyznajesz się do marznących stóp! Już myślałam, że to tylko moja bolączka! Było dziesięć po jedenastej, gdy Cary wszedł do sypialni. Uśmiechnął się promiennie do Amelii, a potem mruknął: - Twój widok to najlepsze, co mnie dziś spotkało. I pachniesz tak milutko... Amelia poczuła, jak rośnie w niej serce. - Jesteś głodny? A może zrobić ci drinka? Cary zmarszczył mocno zarysowane brwi i zerknął na nią drapieżnym wyrazem oczu. - To, czego chcę od ciebie, nie pochodzi z kuchni czy baru. Teraz wezmę rekordowo szybki prysznic. Rozbierz się, dziecinko. Zaraz wracam. Amelia roześmiała się ze szczęścia. - To najlepsza propozycja, jaką słyszałam od wczoraj. - Rozbierała się, jak jej polecił. Jedwabista pościel wydawała się zimna w zetknięciu z naga skórą. Ale to wkrótce minie. Amelia przetoczyła się na swoją stronę łóżka i ukryła twarz w poduszce. Cary spał głębokim snem u jej boku. Nie dbała o to, że od zetknięcia z koronkowa powłoczką mogą się zrobić zmarszczki na jej twarzy, ani o to, że jeśli się nie wyśpi, będzie rano wyglądała jak zmora. Myślała tylko o chwili, gdy Cary zasnął w czasie ich pieszczot. Rozsądek mówił jej, że to z powodu zmęczenia i wyczerpania; próżność podszeptywała, że ona nie była dostatecznie atrakcyjna, by powstrzymać go od zaśnięcia. Zanim ktokolwiek zszedł na śniadanie, Maggie zasiadła na swoim zwykłym miejscu i zaadresowała kopertę. Podśpiewując wzięła do ręki swój terminarz i przejrzała stronę po stronie. Boże, zupełnie się wykończy tymi wszystkimi obowiązkami! - W każdej chwili może nastąpić katastrofa! - podśmiewał się Riley. Zostawiła sobie trzy wolne dni przed Świętem Dziękczynienia na dopilnowanie przygotowań do tego wielkiego dnia Mecz futbolowy, obiad w rodzinnym gronie, a następnego dnia zabawa taneczna na cześć chłopców biorących udział w meczu. Upragniony odpoczynek po wszystkich tych wydarzeniach, a potem oficjalne otwarcie sezonu świątecznych zakupów przed Bożym Narodzeniem. Na samą myśl o Gwiazdce przebiegł ją miły dreszcz. Prezenty, rodzina, poczucie wspólnoty. Pragnęła, by tegoroczne święta były najradośniejsze ze wszystkich, bardziej udane nawet od tych, które urządzała Billlie, gdy mieszkała jeszcze w Sunbridge. Wzrok Maggie padł na kopertę, którą właśnie adresowała do Sawyer. Wielokrotnie próbowała dodzwonić się do córki w jej biurze. Zawsze z początku kazano jej czekać, a potem informowano, że Sawyer wyszła z biura i wróci bardzo późno: co mają jej przekazać? Cóż, Sawyer nie będzie mogła zignorować listu. „Droga Sawyer, próbowałam dzisiaj złapać Cię w biurze, ale Twoja sekretarka powiedziała, ze wyszłaś i wrócisz bardzo późno, jak wiesz, pisanie listów nie jest moją najmocniejszą stroną, ale pomyślałam, że musze spróbować tego sposobu, gdyż nie odpowiedziałaś na żaden z moich telefonów. Najwyraźniej kontakt ze mną jest dla ciebie nie do zniesienia w jeszcze większym stopniu niż kiedykolwiek przedtem. Należało chyba porozmawiać na ten temat kilka miesięcy temu. Bardzo żałuję, że się tak nie stało. Chłopcy powiedzieli mi, że mieszkasz u Adama Jarvisa. Bardzo się z tego cieszę. Wiem, jakim był zawsze wspaniałym przyjacielem, czy nie mogłabyś zabrać go ze sobą, kiedy przyjedziesz do domu na Święto Dziękczynienia? (Nie chcę wysyłać oficjalnego zaproszenia, bo to Twój dom i pragnę, żebyś przyjeżdżała tu zawsze, kiedy tylko będziesz miała ochotę. Drzwi są o każdej porze otwarte dla Ciebie.). Boże Narodzenie będzie w tym roku chyba bardzo udane. Przyjeżdżają dosłownie wszyscy, chłopcy z pewnością poinformowali Cię, że Susan już tu jest. Wygląda teraz znacznie lepiej. Wszyscy liczymy, że urodzi syna, ale nikt nie ośmiela się tego powiedzieć głośno! Pozwoliłam Rileyowi i Cole’owi pojechać z Tobą po świętach do Nowego Jorku, jeżeli się zjawisz. Początkowo Riley miała zamiar wrócić do Japonii, ale potem się rozmyślił. Napisałam do jego dziadka zapraszając go do Sunbridge; odpowiedział, że jest za stary i ma zbyt ustabilizowane życie, by zdobyć się na taką podróż. Dodał, że rozumie, iż wakacje Rileya są zbyt krótkie na tak daleką podróż. Wiedz, że jestem ci bardzo wdzięczna za zainteresowanie, jakie okazujesz Cole’owi. Ma to dla niego ogromne znaczenie. Chciałabym, żeby Cole i Riley zaprzyjaźnili się ze sobą, ale się na to nie zanosi. Nie tracę jednak nadziei! Załączam menu na Dzień Dziękczynienia, żeby nim skusić Ciebie i Adama. Proszę, postarajcie się przyjechać! Zdradzę ci też gwiazdkowy jadłospis: do naszych tradycyjnych potraw dodałam tylko jedną - plumpudding. Rand wyznał, że za nim przepada. Mam nadzieję, że nie przemęczasz się pracą, Sawyer. Nowy Jork jest o tej porze roku wspaniałym miejscem pobytu, baw się dobrze i skontaktuj się ze mną od czasu do czasu, choćby po to, żeby powiedzieć „Siemasz”, „Całusy Maggie” Maggie zaniosła list do skrzynki. Powietrze było chłodne i wilgotne, a cienki sweterek, który narzuciła na ramiona wychodząc na ten spacer, nie stanowił wystarczającej osłony, czuła jednak przede wszystkim chłód w swoim wnętrzu. Była zła na siebie, że wspomniała o Randzie w liście do Sawyer. Musiała ją jednak uprzedzić, że Rand tu będzie. Sawyer powinna sama podjąć decyzję. Maggie oparła się o skrzynkę, nie czując zimnego, złośliwego wiatru. Jak samotnie musi czuć się Sawyer! Jaką odczuwa pustkę. Serce Maggie wyrywało się do córki: Jak bardzo chciałaby ją uchronić przed bólem! Może z czasem Sawyer zapomni o Randzie, znajdzie inny obiekt miłości? Tylko wówczas ona sama i Rand mieliby jakieś szanse. Inaczej wszelkie związki między nimi wywołałyby konflikt rodzinny. Nagle Maggie odwróciła się i pobiegła z powrotem do domu, jakby diabli ją gonili. Zimne powietrze napełniało jej płuca, serce jej waliło, nie była jednak w stanie zagłuszyć słów, które rozbrzmiewały echem w jej głowie: A co będzie ze mną? co ze mną?! - Hej, wróciłam! Jesteś tam? - zawołała Sawyer zamykając drzwi na zasuwę. - Wyobraź sobie: wyszłam wcześniej z pracy, by zrobić dla nas obiad! Spaghetti z klopsikami! mam nadzieję, ze jesteś głodny. Kupiłam wszystko co trzeba po drodze do domu... No, jesteś tam? - zawołała po raz drugi. Adam jęknął. Nie dawniej niż dziesięć minut temu zjadł trzypiętrową kanapkę popijając obficie jakimś francusko-amerykańskim wyrobem. Spojrzał na dołeczki i zmarszczki portretowanego właśnie Przewodniczącego Izby. W tej twarzy nie było życia. Może coś nie tak z nosem? Albo z włosami? Do diabła z tym! - Tutaj jestem! Czy rzeczywiście masz zamiar coś ugotować?! Ty, teksańska księżniczka z Austin? Specjalistka od orzechowego masła i galaretki?! - chodź, to sam się przekonasz. - Sawyer rzuciła kapelusz celując z grubsza w krzesło. Kurtka wylądowała na drugim, a buty i torebka poszybowały w różnych kierunkach. Adam grzebał w siatce na zakupy. - O, słoik sosu do spaghetti! Czy to ten z ziołami i korzeniami, który uznałem za lepszy od sosu mojej babci? - Ten sam. Ale dodam do niego to i owo i będzie jeszcze pyszniejszy! Umiem gotować. Tyle że nie jest to moje ulubione zajęcie. - A jakie jest twoje ulubione zajęcie? - Kochanie się. Adam zagapił się na nią. - Co się dzisiaj z tobą stało?! - Sama nie wiem. Zaczęło się rano, kiedy włożyłam mój śmieszny kapelusz w kolorze arbuza. Ludzie nie odrywali ode mnie oczu! To było zaraźliwe: oni się uśmiechali, więc i ja też. Zdumiewające w Nowym Jorku, co? - Rzeczywiście zdumiewające. Powinnaś nosić go codziennie, jeżeli ten kapelusz tak na ciebie działa. Kiedy będzie obiad? - spytał, udając głodnego. - Za godzinę, najwyżej za półtorej. Wiem, że umierasz z głodu. Pospieszę się. - Nie, nie spiesz się. Może napijemy się czegoś, zanim sos zacznie wrzeć? Zresztą, czy on musi wrzeć, jeśli jest ze słoika? - Jadłeś już, prawda? - Sawyer spojrzała uważnie na Adama. - Coś tam skubnąłem, ale ledwo ledwo. Koło dziesiątej będę gotów na obiad z dziewięciu dań. Możesz przez ten czas posprzątać łazienkę. To twoja kolej. - Chciałam to zrobić jutro. - To samo mówiłaś w ubiegłym tygodniu. Przygotujesz klopsiki, reszta upitrasi się sama. Zajmę się wanną i prysznicem, jeśli wymyjesz umywalkę i podłogę. Z sedesu cię zwalniam. - Nie musisz. Poradzę sobie ze wszystkim. Wracaj do swojej deski! Obiad będzie o dziesiątej i zamawiam sobie pierwszą kolejkę do prysznica w czystej łazience! - To wymyj też te cholerne ściany, dobrze? - Zmiataj! - Sawyer wygoniła go z kuchni. Adam usadowił się przed deską kreślarską i w ciągu kilku sekund rysunek ożył. Postacie nabierały indywidualności. Wkładając w usta Przewodniczącego odpowiedni cytat, Adam sam parsknął śmiechem. Jeszcze kilka zdecydowanych kresek, zamaszysty podpis na dole, i koniec na dziś. - łazienka czysta! - zawołała Sawyer. - Idę pod prysznic! Przecedź spaghetti, jak usłyszysz brzęczyk. A potem nalej wina i siadamy do obiadu. Żołądek Adama buntował się. Nie czuł wcale głodu. Postanowił jednak, że doceni należycie kulinarny popis Sawyer, choćby miało go to kosztować życie. Sawyer przyłączyła się do niego później, ubrana w obszerny kaftan w kolorze mandarynki i domowe pantofle na obcasiku, ozdobione pomponami. Przypudrowała lekko twarz i uperfumowała się. Adam potrafił docenić końcowy efekt - jeszcze jak! Sawyer była tego wieczora idealną panią domu: dogadzała Adamowi, jakby był miłością jej życia, dopytywała się, czy mu smakuje, dbała o to, by jego kieliszek był pełen i zabawiała go żywą rozmową. Starał się nie dostrzegać napięcia w jej szaro błękitnych oczach. - Pozwól przynajmniej, że sprzątnę. Zanieś wino do gabinetu i nastaw jakąś dobrą muzykę. Jestem tak objedzony, że mało nie pęknę. Przeszłaś dziś samą siebie, moja droga - powiedział Adam tonem postaci stworzonych przez Fieldsa, znanego artysty kabaretowego i filmowego. - Jakie znów wino? Wypiliśmy wszystko, najwięcej ty. - Przyznaję się do winy. Otworzymy po prostu następną butelkę. Nie plącz mi się pod nogami, kiedy sprzątam. - W ciągu sześćdziesięciu sekund Adam włożył talerze do zlewu, przyprawy do szafki, przykrył pokrywką gar spaghetti. Zmiótł okruchy na podłogę w nadziei, że Kulka się z nimi upora. Gdy stawiał na środku stołu misę z owocami, Sawyer otworzyła drugą butelkę wina. - O czemuż to nie dom perignom! - westchnął Adam. - Masz już dobrze w czubie. Wystarczy ci riunte. Ciesz się, że to nie jest perliste. - Zaczynałem od perlistego. Ty też. Nie udawaj przede mną elegantki! - wykrzywił się Adam. - Dobrze nam wtedy było, prawda? - Sytuacja aż tak bardzo się nie zmieniła - powiedział Adam otaczając ją ramieniem. - Jesteś ty i jestem ja. Tyle że trochę starsi. Podobno jesteśmy już odpowiedzialni i dorośli. Wiesz co? Czasami chciałbym znowu mieć kilkanaście lat. Sawyer odwróciła się. - Tym, czego pragniesz, czego wszyscy czasem pragniemy, jest powrót do przeszłości. Wrócić tam i przeżyć wszystko jeszcze raz! Tego właśnie bym chciała. Adam spoważniał. - Myślisz o Randzie, prawda? Dlaczego ciągle się zadręczasz? Sama powiedziałaś, ze to skończone. - Nie powiedziałam tego! To znaczy, rzeczywiście... ale powtórzyłam tylko słowa Randa. Wiem, że on wcale tak nie myśli! Chodzi mu o tę różnicę wieku. Kiedy zobaczę go na Boże Narodzenie, chyba uda nam się wszystko naprawić. Przynajmniej ja mam zamiar spróbować. To, czym go zaniepokoiłam, należy już do przeszłości, teraz będziemy mogli dogadać się i usunąć wszystkie wątpliwości. - A jeżeli ci się nie uda? - spytał cicho Adam. - Musi się udać! Nie potrafię dłużej żyć bez niego! On mnie kocha, wiem, że mnie kocha! Po prostu... po prostu mamy pewien problem i musimy go rozwiązać. - Maggie? Twarz Sawyer poczerwieniała. - Wstydzę się Adamie, jak mogłam wygadywać takie rzeczy tylko dlatego, że widziałam Randa I Maggie rozmawiających ze sobą? Tylko rozmawiających, na miłość boską! Powtarzałam, że Maggie żadnemu chłopu nie przepuści, ale wyładowałam w ten sposób moją złość na nią. Czasem doprowadzała mnie do takiej wściekłości, że chciałam ją obciążyć wszystkim, co najgorsze. Chyba zwariowałam podejrzewając ją o to, że odbiła mi Randa! Maggie nie zrobiłaby nic podobnego! - Dobrze powiedziane, ani słowa! - Na miłość boską, to moja matka! A poza tym Rand jest zanadto przyzwoity, zbyt dobrze wychowany, żeby tak... - ... Zeszmacić się? - Tak, do cholery, właśnie tak! - No no! Spoko. Zgadzam się z tobą. - Nalał ponownie z butelki. Teraz jednak miał szkliste spojrzenie i trudności z koncentracją. Wszystko sobie zaplanowałam. Wiem dokładnie, co mu powiem! - wyjaśniła Sawyer lekko bełkotliwym głosem - Upewnię się, że nadeszła właściwa pora. Przećwiczyłam to już setki razy. Stare przysłowie nie kłamie: „jeżeli czegoś dostatecznie mocno pragniesz, osiągniesz cel, chyba że sam zrezygnujesz”. - Sawyer, nie chcę, żebyś narażała się na kolejne rozczarowanie. - Nie gap się tak na mnie! Widzę, że ośmielasz się nade mną litować! - Sawyer nagle zakryła twarz rękami; popłakiwanie przeszło w ciężki, dławiący szloch. - Nie, wcale się nad tobą nie lituję - zaoponował przerażony Adam. Przysunął się bliżej i wziął ją w ramiona. - Serce mi pęka przez ciebie, Sawyer, ale to przecież nie znaczy, że się nad tobą lituję! Sawyer ukryła twarz w wygięciu jego szyi. Adam czuł, jak cała dygoce, czuł, jak płacz wstrząsa delikatnym ciałem. Zbyt wiele wina, za mało opanowania - i Sawyer rozpadła się na drobne odłamki, a każdy z nich wbijał się wprost w jego serce. Długo tak ją tulił. Kiedy wreszcie wydawało się, że Sawyer wypłakała już wszystkie łzy, zaniósł ją do łóżka, jakby była dzieckiem. Wydała mu się nadzwyczaj lekka, niemal pozbawiona ciężaru. Zastanawiał się, ile posiłków opuściła, ile naprawdę straciła na wadze? Czy rzeczywiście można umrzeć z powodu złamanego serca? Ułożył ją troskliwie na łóżku i otulił kołdrą. Była nieruchoma i milcząca; sądził, że zasnęła. Kiedy chciał odejść, schwyciła go za rękę. - Nie zostawiaj mnie, Adamie! Proszę! Nie zniosę samotności! Obejmij mnie. Tylko mnie obejmij! Adam położył się obok niej, tuląc ją i kołysząc. Sawyer ukryła twarz na jego ramieniu. Czuł na swej szyi jej ciepły oddech. - Nie odejdę, kochanie. Będę przy tobie zawsze, jeśli trzeba. Śpij, postaraj się zasnąć. - Jesteś dobry, Adamie, taki dobry... Tulił ją tak przez całą noc, odganiając dręczące koszmary i uciszając ogarniający ją od czasu do czasu płacz. Kochał Sawyer. A jeżeli nie mogła odwzajemnić jego miłości, musi mu wystarczyć świadomość, że jest jej potrzebny. Rozdział piętnasty Kiedy Adam obudził się następnego ranka w łóżku Sawyer, ona sama już wstała i krzątała się po pokoju. Spod przymkniętych powiek Adam obserwował, jak zmierzała do łazienki. Dobiegł go stamtąd szum wody i dobrze już znany grzechot tabletek, wysypywanych z buteleczki aspiryny. Adam leżał bez ruchu, starając się nie myśleć o przeraźliwie dłużącej się nocy, podczas której obejmował Sawyer, uspokajał ją, a jego serce pękało na myśl o bezskuteczności wszystkich starań. Koił łzy, które wylewała z powodu innego mężczyzny, choć sam tak bardzo jej pragnął. Kiedy usłyszał szum prysznica, Adam zakopał się głębiej w pościel. Sawyer weszła do pokoju i wybrała kilka szmatek z szafy. Wróciła do łazienki i rozległ się stamtąd odgłos suszarki do włosów. Adam pomyślał, że mógłby się teraz wymknąć i zadbać o to, by Sawyer coś zjadła przed wyjściem; nie wiedział jednak, jakby go powitała. Nie chciał, żeby była zmieszana i skrępowana tym, że w ciągu nocy tak potrzebowała jego pociechy. Czy będzie się wstydzić, że odkryła przed nim całą swoją duszę? Że roztrzaskała się na tysiąc odłamków jej maska udawanej beztroski, odsłaniając, jakże podatne na zranienie, wnętrze? Adam zamknął oczy. Sawyer znów kręciła się po poddaszu. Unosił się wokół niej zapach perfum; smuga woni najwyraźniej zbliżała się w kierunku łóżka. Gdy zlokalizowała się tam na dobre, Adam zrozumiał, że Sawyer stoi nad nim i przygląda mu się. Słyszał jej oddech. - Śpij słodko, pogromco demonów! - szepnęła całując go w usta. - Dziękuję! Kiedy drzwi zamknęły się za nią, Adam dotknął palcem swych warg. - Pora wziąć się jak zawsze do roboty! - usiłował przekonać samego siebie. Nie miał jednak nowych pomysłów. Brakowało mu nastroju do pracy. Nie mógł się do niej zabrać. Po prostu nie chciało mu się pracować, i już. Miał ochotę złożyć nie zapowiedzianą wizytę przyjacielowi, który był praktykującym psychiatrą, i porozmawiać z nim o Sawyer. Wpół do siódmej rano to dość wczesna pora. Nick zacznie marudzić i skarżyć się, ale nie odmówi pomocy. Od tego są przecież przyjaciele. - Jak to, jeszcze śpisz? - spytał Adam z ironizującym oburzeniem. - Powtarzałeś nie tylko mnie, ale wszystkim znajomym, że co rano o szóstej biegasz po Central Parku. Podobno robisz pięć mil! - Kłamałem, i co z tego? Biegam po mieszkaniu o siódmej. Na jedno wychodzi - jęknął zaspany głos. - To grzech niepokoić kogoś o tej porze! - Nick, muszę z tobą pogadać, to bardzo ważne. Wpadnij do mnie przed pracą, zrobię dla nas obu śniadanie. Ton Nicka stał się nagle rzeczowy, niemal profesjonalny. - Co się stało? Masz zmieniony głos. Ta porada będzie cię coś niecoś kosztować, wiesz? - Chodzi o Sawyer. Potrzebna jest jej pomoc. - Jeśli ona potrzebuje pomocy, to dlaczego nie zadzwoni do mnie sama? Miałaby na pewno tyle przyzwoitości, żeby zaczekać do wpół do ósmej. Nie możesz zbawiać całego świata, Adamie! Kiedy sobie to wreszcie wbijesz do tępego łba? - Kocioł garnkowi przyganiał! Kogo próbujesz nabierać? Doskonale wiem, jak spędzasz wolny czas. Sam uważasz się za zbawcę świata. Zrozum, musimy coś zrobić! - Nękasz mnie jak wrzód na dupie, Jarvis! Pamiętaj, że masz mi przyrządzić jajko a la Benedict, sok ze świeżych pomarańcz oraz frytki. Domowe. Bez lipy. - Jeżeli spodziewasz się takich specjałów, nie zapłacę ci ani grosza! - W porządku. Przyrzeknij tylko, że dasz 150 dolarów na fundusz wczasów dziecięcych YMCA. - Ty sukinsynu, aż tyle bierzesz za poradę? - zajęczał Adam. - Ktoś musi płacić za mój apartament przy Park Avenue. Będę u ciebie za trzy kwadranse. - Jajko a la Benedikt i domowe frytki, akurat! - wściekł się Adam miotając po kuchni. Ścierał właśnie z twarzy resztki kremu do golenia, gdy Nick energicznie zastukał do drzwi. Nick Deitrick był okrąglutki, „prawie tyle wszerz, co wzdłuż”. Miał ufne, pełne wyrozumiałości spojrzenie, różowe policzki i ujmujący uśmiech, który pozyskiwał mu sympatię pacjentów. Nikt, kto pragnął pozostać w gronie jego przyjaciół, nie miał prawa wspomnieć o jego stale powiększającej się łysinie. - Mogłeś przynajmniej podać keczup, żeby zabić ten obrzydliwy smak! - utyskiwał. - Na czym, na litość boską, smażyłeś te jajka i dlaczego są takie brązowe?! Nigdy nie widziałem jej w tym kolorze! - Masło się przypaliło. Nie zapewniałem cię, że znam się na kucharzeniu. A jak frytki? - Lepiej nie pytaj. Możesz mówić, kiedy jem. Potrafię robić dwie rzeczy na raz, nie tak jak niektórzy. Nick obserwował przyjaciela, gdy ten mówił. Adam wyglądał strasznie, jakby wyciekły z niego resztki życia. Nick dobrze wiedział, dlaczego tak jest. - Sawyer mieszka tu od lipca, jak wiesz - mówił Adam, przeczesując w roztargnieniu palcami włosy. - Była bardzo zaangażowana w swój związek z tym angielskim frantem. To eks-pilot RAF-u, latał na odrzutowcach i testował samoloty Coleman Aviation. Pamiętasz? Nick przytaknął. - Sawyer była przekonana, że się pobiorą. Czwartego Lipca ten facet zerwał z nią i Sawyer przyjechała tutaj. I jeszcze coś. Całkiem możliwe, że matka Sawyer, Maggie, i ten cały Rand kręcą ze sobą. Kiedy Sawyer się tu zjawiła, była o tym przekonana; teraz doszła do wniosku, że się myliła, przynajmniej tak mówi. Boję się o nią. Wygląda jak upiór. Schudła nie wiem ile; haruje szesnaście godzin na dobę. Ciągle boli ją głowa. Wygląda na to, że nie jest w stanie wydobyć się z depresji. Zeszłej nocy powiedziała mi, że wraca na Boże Narodzenie do Teksasu i że Rand też tam będzie. Jest przekonana, że uda jej się wszystko między nimi naprawić. Nick zjadł grzankę i popił kawą. - A poza tym, że zgrywasz się na dobrego samarytanina, co łączy cię z tą sprawą? - Kocham ją, Nick. Zawsze o tym wiedziałeś. Przyjaciel skinął głową. - To, przez co teraz przechodzi Sawyer, jest zupełnie normalne i naturalne. Każdy przeżywa swoją godzinę żałoby, a ona właśnie opłakuje wielką miłość. Depresję zazwyczaj wywołuje utrata kogoś lub czegoś ważnego: towarzysza życia, kochanka, pracy. Kiedy człowiek staje w obliczu takiej sytuacji, czuje się zagubiony. Sawyer została zatrzymana w pędzie, uniemożliwiono jej lot. Zerwała się nić zapewniająca ciągłość jej życiu. Rozumiesz, co mówię? Życie Sawyer od samego początku nie było łatwe. Opowiadałeś mi przecież jej historię. - Ale to takie do niej niepodobne - zaoponował Adam. - Nie stara się z tego wygrzebać, tylko snuje wszelkie możliwe plany, żeby odzyskać Randa. Nie potrafi z niego zrezygnować. - A ty oczywiście chcesz, żeby o nim zapomniała, bo zająłbyś jego miejsce - powiedział spokojnie Nick. Adam pochylił się ku niemu. - Tak, byłoby wspaniale, ale nie liczę na to. Sawyer zawsze mogła mnie mieć, gdyby tylko chciała; ale nie chciała, i byłbym głupi sądząc, że teraz się to zmieni. - Ale mimo wszystko masz nadzieję? Adam zerwał się gwałtownie, wywracając krzesło. - Tak, do cholery! Mam nadzieję! - wrzasnął waląc pięścią w stół z niezwykłym dla niego ataku wściekłości. - Ale boję się o nią! Wiem, że stoi na skraju przepaści, wiążąc wszystkie swoje nadzieje ze spotkaniem w czasie świąt. A jeżeli się jej nie uda? Co wtedy z nią będzie? A jak jej całkiem odbije z powodu romansu tego frajera z jej matką? - Mógłbym zalać cię medycznym żargonem, ale nie zrobię tego. Strata, którą poniosła Sawyer, jest przytłaczająca. Było to gwałtowne, nieoczekiwane i dziewczyna pewnie nie wyobraża sobie życia bez tego Randa. Ogarnięta depresją opłakuje stratę kogoś, kto nadawał sens jej życiu. Powinna znaleźć coś, co wypełni puste miejsce, pomoże jej podnieść się po zadanym ciosie. Ale zanim zdoła to uczynić, musi w pełni uświadomić sobie, że tamten związek się rozpadł... Powinienem klarować to jej, a nie tobie - mruknął Nick. - Chcesz powiedzieć, że będzie lepiej, jeżeli wróci na Gwiazdkę do domu, aby znowu próbować? A wtedy, gdy przekona się, że ich związek rozpadł się na dobre, będzie mogła zacząć życie od nowa? Nick wzruszył ramionami. - Już ci mówiłem, że powinienem pogadać z nią, a nie z tobą. Adam zmierzwił włosy palcami. - Słuchaj, Nick! Muszę to zrozumieć! Może uda mi się do niej dotrzeć, a nawet namówić ją, żeby skontaktowała się z tobą. - Świetnie, ale przypuszczam, że to nie będzie łatwe. Bardzo ciężko pogodzić się ze stratą. Sawyer prawdopodobnie uważa, że gdyby potrafiła obejść się bez Randa, zdradziłaby swoje ideały i okazała brak lojalności wobec niego. Śmieszne? Nieprawdopodobne? - uśmiechnął się Nick. - Owszem, wiem o tym, ale tak to bywa. Niektórzy są bardziej uparci w miłości niż inni. Nie da się zmierzyć uczuć tyczką mierniczą. - Jak mogę jej pomóc? - Okazuj jej swoją przyjaźń. Bądź zawsze przy niej. Spróbuj ją nakłonić, żeby skorzystała z usług profesjonalisty. Może to skrócić okres żałoby po stracie. Większość z nas pozbawiona pomocy z zewnątrz z trudem rozstaje się z przeszłością. - Jestem ci bardzo wdzięczny, Nick. Powinienem był zrobić ci porządne śniadanie. - Nieważne. - Nick wytarł brodę i wypił ostatni łyk zimnej kawy. Wyciągnął pulchne różowe rączki i ujął nimi długie, smukłe palce Adama. - Sawyer należy do tych, którzy potrafią znieść wszystko. Nie zapominaj o tym. - Postaram się. Widzę, jak Gwiazdka czai się za horyzontem niczym potwór. Miałem zamiar pojechać na narty do Viermont, ale teraz... - Ależ jedź! - Nick martwił się o Adama równie mocno jak jego przyjaciel o Sawyer. Adam może znaleźć się w identycznym położeniu jak ona, cierpiąc po równie bolesnej stracie. Nick westchnął. - I zadzwoń do mnie, gdyby ci była potrzebna moja pomoc, dobrze? Adam uśmiechnął się. - Dzięki, Nick. - Do usług. Nie zapomnij o wpłacie na YMCA. - Zrobione. Sawyer siedziała przy biurku przecierając oczy, próbując masowaniem czoła pozbyć się bólu głowy. Było zaledwie dziesięć po ósmej i większość personelu zaczynała się dopiero pojawiać. Sawyer zrobiła sobie kawy, kupiła po drodze do pracy duńskie ciastko i myślała o tym, jak zdoła przetrwać resztę dnia. Żeby znaleźć na to siły, musiała wrócić myślą do tamtej, nie kończącej się nocy. Wykorzystała Adama. Chętnie sięgnęła po pociechę, którą jej ofiarował, nie dając nic w zamian. Wiedziała jednak, że znowu tak postąpi, jeżeli zapewni jej to przetrwanie kolejnej długiej, samotnej nocy. Zwłaszcza noce były nie do zniesienia: wspomnienia i marzenia, zmieniwszy się w złośliwe demony, odpędzały od niej sen. Ostatniej nocy spała dłużej niż kiedykolwiek w czasie poprzednich miesięcy. Kiedy się obudziła, był obok niej Adam, żeby ją pocieszać. Adam. Kochała go - w pewnym sensie. Czy to właśnie miał na myśli Rand, gdy powiedział, że ją kocha, choć nie jest w niej zakochany? Nie, nie, to całkiem co innego! Ona i Rand byli kochankami - łączyła ich ze sobą więź, która nigdy nie istniała między nią a Adamem. Może postępowała egoistycznie, wykorzystując w ten sposób Adama, ale nie mogła się temu oprzeć. Wszystko było lepsze niż ogarniające ją szaleństwo! Wszystko było lepsze niż ta pustka i umarłe marzenia! Sawyer przerzucała papiery na biurku i zobaczyła nagle czerownoniebieską okładkę biletu TWA. Miała w końcu tego tygodnia udać się do Hongkongu! Jak mogła zapomnieć o tak ważnej podróży? Zaprojektowany przez dziadka niskopaliwowy, nieduży odrzutowiec, nazwany przez Billie „Coleman Condor”, miał niebawem wejść do produkcji. Realizacja marzenia Mossa miała stać się podstawą fortuny Colemanów. A zatem, choć początkowo była tylko specjalistką od inżynierii lotniczej, Sawyer podjęła się osobistego nadzoru nad każdym detalem tego znakomitego projektu. W Hongkongu miała dopilnować zakupu wysokogatunkowego materiału oraz ręcznej produkcji luksusowo wykończonych siedzeń i górnych wyściółek „Condora”. Jedno spojrzenie do terminarza wystarczyło, by upewnić się, że będzie miała pełne ręce roboty, aż do samego odlotu. Trzy i pół tygodnia w Hongkongu to całkiem długo. Może powinna napisać do chłopców przed odjazdem, albo raczej zatelefonować? Sawyer zamówiła więc połączenie międzymiastowe i po kilku sekundach usłyszała głos Marty, która poprosiła ją, by chwilkę poczekała. Kiedy w słuchawce zahuczał głos Cole’a, Sawyer odsunęła ją nieco od ucha. Zapomniała już, jak niski i donośny jest głos brata. - Cześć, Cole! Tu Sawyer. Przepraszam, że dzwonię tak wcześnie, ale chciałam ci powiedzieć, że za kilka dni lecę do Hongkongu. Nie odpisałam ci dotąd, więc nie chciałam, żebyś się niepokoił lub próbował bezskutecznie do mnie dodzwonić. - Do Hongkongu! Szkoda, że nie mogę tam pojechać! Babcia Billie mówiła, że to wspaniałe miejsce na wycieczkę. - To prawda, ale ja lecę w interesach. A może byśmy się tam wybrali w przyszłym roku w lecie? Pewnie mogłabym uzgodnić termin swojego urlopu i twoich wakacji. Przemyśl to. Mielibyśmy oboje coś miłego na horyzoncie. Co tam słychać w Sunbridge? Jak w szkole? Nie zostajesz w tyle, co? I jak sprawuje się drużyna futbolowa? - W szkole w porządku. Mam same piątki, a drużyna jest nie do pobicia. Dzięki Roleyowi - przyznał niechętnie. - Myślę, że wyrośnie na gwiazdę pierwszej wody! - Wkurza cię to? Tylko nie kręć! - Jasne, że mnie wkurza. On wszystko robi wspaniale. Trener mówi, że ma wrodzony talent do futbolu i w ogóle do sportu. Już mi to kością w gardle staje! W dodatku Riley poderwał najładniejszą dziewczynę: ona stoi na czele klakierek dopingujących drużynę; umówili się na zabawę po meczu. Każdy chłopak w szkole ma na nią chętkę. Nie mam pojęcia, jak mu się to udało! - Może dzięki temu, że jest taki miły. Wyjątkowo kochany z niego dzieciak, z ciebie też. Moglibyście we dwóch góry przenosić! Chciałabym, żebyś to sobie przemyślał, Cole. Zazdrość to najgorsze draństwo, jakie może się człowiekowi przyplątać. - Matka mi to samo truje przez cały czas. A tak w ogóle, to Rand tu jest. - Cole zorientował się, że w słuchawce zapadła nagła cisza i miał ochotę odgryźć sobie język. - Przywiózł ciocię Susan. Ona jest chora czy coś tam z powodu ciąży. Matka mówi, że okropnie wygląda - trajkotał Cole - a Rand nie zostanie tu długo. Chyba już jutro odjeżdża. - W porządku, Cole. Niczego nie musisz tłumaczyć. Choć wiesz, co? To boli. Nie miałam od niego żadnej wiadomości. - Mówię ci, że to bydlak! Stale się włóczy za matką, dokądkolwiek by poszła. Mam ich na oku. Ciocia Amelia zmyła mu któregoś dnia głowę. Słyszałem, jak o tym wspomniał matce. Ciocia Susan też ich obserwuje. Riley... trudno powiedzieć, jak to jest z Rileyem, ale myślę, że i on nie spuszcza ich z oczu. Znów zapadła głucha cisza. - Słuchaj, chcesz, żebym mu coś powtórzył? - wypalił z desperacją Cole. - Przekazać mu coś od ciebie albo powiedzieć o twojej podróży? Sawyer czuła wzbierający w gardle płacz. Musi przerwać rozmowę! - Nie, nic mu nie mów. Muszę... muszę już wracać do pracy, Cole. A ty się zbieraj do szkoły, bo się spóźnisz! Przyślę ci kartkę z Hongkongu - powiedziała zdławionym głodem. - Uważaj na siebie! - Ty też! Do widzenia! Cole przez dłuższą chwilę wpatrywał się w telefon. Jego oczy płonęły gniewem, gdy wszedł do jadalni i zastał tam przy stole matkę i Randa, śmiejących się i jedzących razem śniadanie jak stare małżeństwo. - Cole! Spóźnisz się! - upomniała go Maggie. - Mam ciche zajęcia na pierwszej godzinie. Nic cię nie obchodzi, czy zjem śniadanie, prawda? - Oczywiście, że mnie obchodzi. Myślałam, że zjedliście razem z Rileyem. On już wyszedł. - Moje nakrycie stoi obok twojego. Czy wygląda na to, że już jadłem? - zauważył złośliwie Cole, nakładając sobie jajecznicy. Wskazał głową Randa. - A co on tu jeszcze robi? Poczuł satysfakcję, gdy Rand zaciął wargi. - Cóż to ma znaczyć? Rand przywiózł Susan do domu. - Ciocia jest tu od dwóch dni, a jemu się jakoś nie spieszy. Nie, nic nie mów: rozumiem, trzyma ją za rączkę. O, znowu się pomyliłem: to przecież ciebie trzyma za rączkę! - powiedział zimno Cole. - Czyż nie mam racji, matko? - Dosyć już tego! Przeproś natychmiast! - Kogo i za co? - spytał Cole z pełnymi ustami. - Randa. - Nie zasługuje na żadne przeprosiny. Uważam, że nie ma tu dla niego miejsca. Kilka innych osób też tak sądzi. - Cole zerwał się nagle. - Muszę lecieć, żeby się nie spóźnić na drugą lekcję. - W drzwiach odwrócił się i zapytał: - no to kiedy się stąd wyniesiesz? - Parszywy potwór - pomyślał Rand. - Staje w obronie Sawyer. Właściwie, jak mogę brać mu za złe, że ujmuje się za siostrą? - Już niebawem - odparł. - Czyli kiedy? - odszczeknął Cole. - Wystarczy ci, że wyjadę dziś wieczorem? - Wolałbym wcześniej, ale jeśli to wszystko, na co możesz się zdobyć, to niech będzie. Nie jesteś tu potrzebny. Nikomu z nas. Maggie wstała z krzesła, krew odpłynęła całkiem z jej twarzy. - Ani słowa więcej, Cole! Porozmawiamy o tym wieczorem. - Przed czy po wyjeździe brytyjskiego arystokraty? - rzucił Cole, zanim wybiegł z pokoju. Maggie przez dłuższą chwilę stała w milczeniu z rękoma skrzyżowanymi na piersi, z podbródkiem wojowniczo uniesionym do góry. - Niech cię diabli porwą, Randzie! Dlaczego nie zerwałeś z Sawyer, gdy była jeszcze w Kalifornii? Dlaczego zrobiłeś to właśnie tutaj, żeby wszyscy myśleli, że to moja wina?! Boże święty, nawet nie mogę się bronić! Cole jest przekonany, że mamy ze sobą romans. Pewnie rozpowiada o tym Sawyer, mamie i każdemu, kto tylko chce słuchać! Ale ma absolutną rację, że powinieneś wyjechać: im prędzej, tym lepiej. - Bardzo bym chciał mieć z tobą romans. Ciągle o tym myślę. Przyznaj, że ty także o tym myślisz! Jedno oskarżenie za drugim! Maggie wybiegła z pokoju, a Rand poczuł się jak zbity pies. Susan schodziła ze schodów mocno trzymając się poręczy. Wyglądała już nieco lepiej, w jej oczach było więcej życia. Spotkali się z Randem w połowie schodów. - Znowu spóźniłam się na śniadanie - powiedziała. - Jestem głodna jak wilk i mam zamiar zjeść, ile się tylko da! - Grzeczna dziewczynka. Zaraz poczujesz się lepiej. Tylko pospiesz się, nim Maria posprząta z kredensu. Muszę się spakować. - Już wyjeżdżasz? - Jest tu kilka osób, które sądzą, że i tak byłem zbyt długo. A co ty o tym sądzisz, pytam z ciekawości? Susan patrzyła na człowieka znanego jej prawie od urodzenia. Był dla niej kimś w rodzaju starszego brata, wujka, niemal ojca. Kochała go i była mu wdzięczna za dobroć, którą okazywał jej przez wszystkie te lata. Dobierała więc słowa bardzo ostrożnie. - Myślę, że powinieneś wrócić do Anglii, Randzie; nie dlatego, że ktoś tak uważa czy tego chce, ale dlatego, że zjawiłeś się w nieodpowiedniej porze. Sawyer jest jedną z nas. Zawsze postrzegamy świat tak samo: my i cała reszta. W tej chwili należysz do tej reszty. My, Colemanowie, zwieramy swe szeregi. Widziałeś, co spotkało Jerome’a? A Maggie jest teraz zupełnie bezbronna. - I sądzisz, że ja chcę to wykorzystać? - Nie w sposób świadomy. Maggie nie może oderwać oczu od ciebie. Zauważyłam, że i ty masz podobne trudności. Ale między wami stoi sień Sawyer. Na litość boską, Randzie, przecież ona jest córką Maggie! Chyba zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? - Aż za dobrze. A co by się stało, Susan, gdybym ci wyznał, że kocham Maggie, a ona mnie? Jak postąpiłby wtedy klan Colemanów? Susan zwolna potrząsnęła głową. - Nie wiem. Chyba musimy poczekać, potem zobaczymy. Wiem, co przeżywa Sawyer. Kochała cię, Randzie. Myślała, że się z nią ożenisz. Sawyer nie jest głupią gęsią. Musiała mieć jakieś powody, żeby tak sądzić. Bardzo ją zraniłeś, Randzie. Jej duma, nasza rodzinna duma, nie pozwala jej okazać tego, jak bardzo cierpi. - Chciałabyś, żebym ożenił się z Sawyer nie kochając jej? Podpuchnięte oczy Susan były teraz zimne, nieprzyjazne. - To ty podjąłeś decyzję. Nie dałeś jej żadnej szansy. Po prostu poderżnąłeś jej gardło i odszedłeś sobie. - Susan wyminęła go, a potem gwałtownie się odwróciła, omal nie tracąc równowagi. - Czy mogę cię o coś spytać, Randzie? Skinął głową. - Czy Sawyer kiedykolwiek powiedziała, że różnica wieku między wami ma dla niej znaczenie? - Nie. - A czy wspomniała, że chce mieć dzieci? - Nie mówiła tego wyraźnie. Ale wszystkie kobiety pragną mieć dzieci. - Czy powiedziała ci kiedyś, że ty sam, bez żadnych dzieci, wystarczysz jej do szczęścia? - Tak, dała mi to do zrozumienia - powiedział Rand zduszonym głosem. - Jeśli starasz się wzbudzić we mnie poczucie winy, możesz się nie trudzić. Czuję się wystarczająco podle. - To nie było rozstanie za obopólną zgodą. Sawyer nie miała nic do powiedzenia. Czuję się wystarczająco podle. - To nie było rozstanie za obopólną zgodą. Sawyer nie miała nic do powiedzenia. Nie zasłużyła na podobne traktowanie. - Masz rację. Nie zasługiwała na to. Nie mam zamiaru sprzeczać się z tobą. Ale nie myślę się usprawiedliwiać. - A może powinieneś - powiedziała Susan cicho, odwróciła się i odeszła. Dotarłszy do swego pokoju Rand rzucił się w ponurym nastroju na łóżko. Długo leżał z rękoma pod głową. W mózgu mu wirowało. Postąpił słusznie? Niesłusznie? Gdyby wszystko miało się jeszcze raz powtórzyć, czy podjąłby inną decyzję? Był w jego życiu okres, gdy nie obchodziło go zdanie innych ludzi. Teraz, kiedy był starszy, to, co o nim myślą, nabrało znaczenia. Na czele listy stali Billie i Thad. I Amelia. Nie chciał, żeby uważali go za sukinsyna. Jeżeli coś było nie w porządku, jak można temu zaradzić? Czy miał sam się unieszczęśliwić, by zapewnić komuś szczęście? I odwrotnie: czy miał prawo unieszczęśliwiać inną osobę? Biedna Sawyer, jak on się z nią obszedł? Odpowiedź na to pytanie była ta straszna, że gwałtownie obrócił się na łóżku. Walnął pięścią w poduszkę. Zniszczył Sawyer! Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Zniszczył piękną, cudowną Sawyer! A w dodatku teraz pragnie i pożąda Maggie. O Jezu! Rand znów zmienił gwałtownie pozycję i wlepił wzrok w sufit. Nic się nie da naprawić. Co się stało, to się nie odstanie. On, Sawyer i Maggie będą musieli to jakoś przeżyć. Poczuł jej zapach, zanim jeszcze ją zobaczył. Otworzył oczy i ze zdumieniem ujrzał Maggie stojącą na tle zamkniętych drzwi. - Wyjeżdżasz? - spytała dziwnym głosem. - Nie słyszałem, żeby ktoś zachęcał mnie do pozostania. Jestem teraz, cholera, jak trędowaty. Susan urządziła mi pranie mózgu, gdy się spotkaliśmy na schodach. Cole nie może na mnie patrzeć i nie kryje się z tym. Riley ledwo mnie toleruje. Moja własna matka powiedziała mi, żebym się wynosił, gdzie pieprz rośnie. Ty mnie odepchnęłaś. I dziwisz się, że wyjeżdżam? Żałuję, że przyjechałem. - A ja nie. Byłam z tobą taka szczęśliwa! Czuję, że stanowisz cząstkę mojego życia. - Nie ma w nim dla mnie miejsca. Straszy tu cień Sawyer. Oczy Maggie miotały iskry. Wargi jej drżały, a pięści zaciskała tak mocno, że aż pobielały kostki. - Zawsze Sawyer! Cokolwiek uczynię, dokądkolwiek się udam, staje między mną a tym, czego pragnę! Nie mogę uciec od niej! Zawsze byłam o nią zazdrosna. Otrzymała wszystko, co mnie się należało. Gdybym miała to od początku, nie stałabym się przydrożną dziwką w wieku czternastu lat, a jej w ogóle nie byłoby na świecie. - Maggie, Maggie, sama nie wiesz, co mówisz! - Czyżby? Naprawdę nie wiem? - Przebiegła przez pokój i stanęła nad nim. Rand siedział teraz na brzegu łóżka, zaniepokojony jej nagłym wtargnięciem, przytłoczony jej wściekłością. - Miała nawet ciebie, niech ją szlag! Nawet ciebie! Zła i rozdrażniona jego nieporadnymi próbami uspokojenia jej. Maggie rzuciła się na niego, tłukąc go pięściami, bijąc w ataku wściekłości. Gorące łzy spływały potokiem po jej twarzy, a z gardła wydobywały się zduszone jęki. Rand pochwycił ją, mocno przytrzymał i rzucił na łóżko obok siebie, próbując swoim ciężarem unieruchomić jej szamoczące się ciało. Powoli atak furii mijał, zostawiając ją wyczerpaną i nieszczęśliwą. Rand odgarnął jej z czoła jedwabiste ciemne włosy, starał się ją pocieszyć, szepcząc: - Płacz, Maggie. Wypłacz się za nas oboje! Spojrzała na niego dziwnie, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. - Nie chcę płakać! Chcę się z tobą kochać! - W jej głosie brzmiała desperacja. Rand nakrył jej usta wargami, przyciągając ją jeszcze bliżej do siebie. Tak, tak - myślała Maggie. - Tak, kochaj mnie teraz, gdy jestem cała przepełniona złością i pozwalam ci na to, gdy nie obchodzi mnie nikt i nic oprócz tego, czego pragnę! Gdy Maggie poddawała się uściskom Randa, myśli jej miotały się jak przerażone myśli w labiryncie. Mówiła sobie, że chce Randa. Wierzyła nawet, że go kocha. To była ona, a nie Billie, która bawiła się w męczennicę, póki nie ustały jej zobowiązania wobec rodziny. Życie było zbyt krótkie, żeby bawić się w dobroć i szlachetność! Życie było takie puste, samotność tak ciężka! Samotność. Samotność. Słowo to rozbrzmiewało echem w jej mózgu. Koncentrowała się na nim, pozwalając, by opadł z niej gniew, zazdrość i wszelkie żale. Pozostało tylko poczucie winy. Tylko dziś, przez jedną, krótką chwilę! Przybiegła do pokoju Randa nieprzytomna z gniewu. Była zła na siebie, że każe mu odejść ze swego życia, a zarazem - o ironio losu! - wściekła na niego, że skrzywdził Sawyer. To wszystko było niedorzeczne, śmieszne, szalone - ale tak widać musiało być. Rand upajał się dotykiem oplatających go ramion Maggie. Marzył o nim od miesięcy. To właściwie sprawiało, że leżał bezsenny i nieszczęśliwy przez wszystkie te niekończące się noce. Być z nią, trzymać ją w ramionach, wiedzieć, że czuje do niego to samo, co on do niej! Wszystkie kartki, listy i rozmowy telefoniczne, wszelkie usiłowania, by lepiej ją poznać... Spotkanie z nią tu, w Sunbridge, przekonanie się, jak bardzo zależy jej na rodzinie - wszystko to czyniło ją jeszcze bliższą. Nawet Cole’a, który nie pominął żadnej sposobności, żeby sprawić jej kłopot i okazać swą obojętność - nawet tego chłopaka Maggie gorąco kochała. Jej oddanie dla Rileya, jej współczucie dla Susan, nawet gniew, który w niej płonął, gdy wpadła do jego pokoju - wszystko to tworzyło obraz Magie, jaką kochał. Trzymał w ramionach kobietę, która dobrze poznała życie i dzięki temu zrozumiała samą siebie. Nie była dzieckiem wierzącym, że miłość przezwycięży wszelkie przeszkody. Doświadczenie i dojrzałość - one również stanowiły cząstkę Maggie. A teraz on sam pragnął stać się jej częścią, zespolić się z nią, zostać przez nią zrozumiany i sam ją zrozumieć całkowicie. Tę Maggie, jego własną Maggie. Jego usta zdawały się ją pożerać, gdy ślizgały się po jej szyi i dotarły niżej, w rowek pomiędzy piersiami. Spieszne palce, spragnione dotyku jego skóry, wślizgnęły się pod jego sweter, badając powierzchnię pleców, sprężystość muskułów, szerokość barków. W jej krwi nadal tętniło szaleństwo. Pragnęła Randa, wbrew samej sobie, mimo rozpaczy Sawyer i wbrew wszystkiemu, co czekało ich w przyszłości. Maggie zatopiła się w pocałunkach Randa, pozwalając, by jego łagodne, niespieszne dotknięcia koiły jej szaleństwo. Raz po raz jego usta dotykały jej warg, to delikatnie, to znów z desperacką siłą, jakby sądził, że rozpłynie się niczym w sen w jego ramionach. Domyślił się, że pragnie, by wziął ją jak najprędzej, bo wyszeptał: - Powoli, Maggie, powoli... Chcę, by trwało to bez końca... Spraw, niech trwa... Jego ruchy były powolne i opanowane, gdy pobudzał ją, nakłaniał, by zapomniała o wszystkim i skupiła się wyłącznie na nim. Serce jej biło nierówno, wszystkie zmysły wyostrzyły się, odpowiedziały na jego zew; stała się zdumiewająco świadoma jego dotyku na okrągłości swej piersi i żaru, który płonął w jej wnętrzu. Rand rozbierał ją, bardzo powoli, jakby rozpakowywał dawno oczekiwany prezent, odkrywał jej ciało cal po calu, witając pieszczotą lub pocałunkiem każdy odsłaniany fragment jej skóry. Kiedy leżała już nago na łóżku, rozebrał się sam pod płonącym spojrzeniem jej oczu. Przylgnęła wzrokiem do męskiej spadzistości jego ramion, płaskiego brzucha, twardych kul pośladków. Delikatne złote włoski pokrywały jego pierś, a gdy pochylił się niżej, światło padające z okna sprawiło, że wśród złotych dostrzegła także srebrne niteczki. Położył się koło niej i Maggie najnaturalniej w świecie znalazła się w jego ramionach, przytulając się do niego. Ocierała się o delikatną skórę u nasady szyi, czuła na wargach kędzierzawe włoski pokrywające jego pierś, wdychała korzenny zapach jego mydła do kąpieli, który nie przytłumiał charakterystycznej woni męskiego ciała. Ręce Randa błądziły we włosach Maggie. Podnosił do warg lśniące czarne pasemka, gładził jej kark i pieszczotliwie obwodził palcami zarys policzków. Wydawało się, że w mózgu powstał niezatarty obraz. Pocałunki, którymi przemierzał całą długość jej szyi, wywoływały leciutkie, rozkoszne dreszcze wzdłuż kręgosłupa. W żyłach jej kipiało oczekiwanie i sprawiało, że czuła w swym wnętrzu gorąco. Zdawało jej się, że tęskniła do tej chwili od wieków, a nie od kilku zaledwie miesięcy. Miesiące, tygodnie, całe życie... Usiłowała wyrzucić go ze swych myśli, a gdy okazało się to niemożliwe, próbowała zamknąć łączące ich uczucie w sztywnych ramkach przyjaźni. Nie udało się. Dopiero teraz mogła przyznać się przed sobą, że podczas wizyty Cranstona, w najbardziej intymnych momentach, które spędzała wraz z nim, potrzebowała i pragnęła tylko Randa. Próbowała zastąpić go kimś innym, ale żadne marzenie czy erotyczna fantazja nie były nawet przedsmakiem tego, co przeżywała w tej chwili. Jego ręce wędrowały po niej, leciutko muskając jej nadwrażliwe w tej chwili ciało, od wgłębień pod piersiami po gładkie biodra. Badał dłońmi ich okrągłość, delikatną miękkość brzucha, twardą elastyczność pośladków. Drżała pod jego dotknięciem, gdy wsparty na jednym łokciu ponownie przemierzał wytyczoną dłońmi ścieżkę - tym razem znacząc ją wilgotnymi pocałunkami i delikatną pieszczotą języka. Zdawało się jej, że w tej wędrówce jego dłoni i ust odkrywa samą siebie. Upajała się jego zachwytem i rosnącym, drapieżnym pożądaniem, które płonęło w jej biodrach. Maggie nie mogła poddawać się tylko biernie jego dotknięciu. Pieszczoty Randa budziły w niej pragnienie odzewu, potrzebę wspólnoty, chęć obdarowywania go. Czułymi, pełnymi zmysłowości ruchami gładziła jego ciało, od nasady szyi do płaszczyzny brzucha. Sunęła palcami po pasemkach włosów, obrysowując zygzaki, które tworzyły na jego piersi, potem niżej, do pasa i ku ciemniejszej, gęściejszej kępce włosów otaczających jego męskość. Zadrżał, gdy głaskała mięśnie po wewnętrznej stronie jego ud, sunąc dłonią w kierunku pachwiny. Jej ruchy były przekorne, kuszące i pobudzały zarówno ją samą, jak i Randa, aż wreszcie niepokój krwi w jej żyłach przemienił się w nieposkromioną żądzę zdobycia go na własność, stania się jego częścią, a zarazem uczynienia go cząstką własnej istoty. Jego usta błądziły po jej ciele z nieporównywalną czułością, drażniąc, muskając, przepełniając ją żarem. - Czy już, Randzie? Już? - szepnęła. Nie było to pytanie, raczej rozkaz. - Tak, Maggie, moja Maggie... - jego głos był zdławiony, pełen emocji. Pragnął jej, pożądał od tylu miesięcy, ale uczucia jego były głębsze niż chęć takiego z nią obcowania. Pragnął nie tylko pieścić się z nią, lecz wypełnić ją całą, poznać ją na wskroś i stać się cząstką jej istoty. Kiedy znalazł się pomiędzy jej rozchylonymi udami, spojrzał w jej twarz, dostrzegając zmiażdżone pocałunkami usta, wilgotne i obrzmiałe, rumieniec namiętności barwiący jej policzki i opływającą różowością szyję. Ale najmocniej przykuły jego wzrok jej oczy, barwy letniego nieba, lśniące od łez. Jego serce wyrywało się ku niej, gdy scałowywał z policzków kryształowe krople. Jej serce, serce jego Magie, biło tuż przy nim. A gdy wykrzyknęła jego imię, zdawało się, że ich dusze wyrwały się z wiecznej pustyni samotności, by się odnaleźć i połączyć. Samotność i pustka zniknęły i z bezgraniczną radością wchłonęła go w siebie, gorącym i wilgotnym przejściem, pieściła go długim, powolnym falowaniem. Jego plecy wygięły się w łuk, wznosił się nad nią, przyciskając mocno swoje biodra o jej ciała, zmuszając się do bezruchu, starając się zapanować nad sobą z takim wysiłkiem jak nigdy dotąd, z wyjątkiem swej inicjacji seksualnej. Wrzała w nim taka sama jak wówczas chłopięca niecierpliwość, ale dojrzałość nauczyła go oczekiwania i delektowania się każdym przeżyciem, a także dzieleniem się nim z partnerką. Jednak Maggie nie zamierzała leżeć pod nim bez ruchu. Jej ręce błądziły po jego piersi, drażniły sutki, pociągały za włosy. Jej biodra poruszały się, wprawiając w kołysanie jej ciało pod jego ciałem, przykuwając ich mocniej do siebie, pochwa muskała go i falowała wokół niego, aż poddał się namiętności i niepohamowanemu pożądaniu. Wtargnął w nią, chcąc wyzwolić się od pulsującego bólu, który w nim wzbudziła, wnikając coraz mocniej i głębiej, aż wreszcie ogień płonący w jego biodrach ogarnął całe jego ciało, on sam zaś poddał się oślepiającemu upojeniu i radosnej świadomości, że Maggie jest tuż obok, podąża za nim i wspólnie z nim przeżywa tę ekstazę. Maggie stała się jego cząstką, cierpiącą jak on i jak on szukającą wyzwolenia. Podążała torem, który on wyznaczał, słyszała krzyki wyrywające się z jego gardła i radowała się, gdy wtargnął w nią i wypełnił do reszty. Przywarła do niego, dostosowując swoje poruszenia do jego ruchów, czuła, jak na fali tych rozkosznych cielesnych wrażeń płynie do przystani ciszy i spokoju, miejsca, gdzie on czekał na nią, by dusze ich mogły się zespolić. Jej palce wbiły się w jego boki, gdy przekraczała ostatnią barierę, zanim osiągnęła pełnię, poddając się ciepłym falom rozkoszy, których przypływ i odpływ zgodny był z biciem jej serca. Leżeli bardzo długo objęci, jak dwoje dzieci kryjących się w ciemności, dopóki nie przeminie grożące im niebezpieczeństwo. Rand oparł brodę o czubek głowy Maggie, gładząc jej krągłe ramię i muskając delikatną skórę na skroni. Magie płakała. Miała łzy w oczach i zaciśnięte gardło. Nie musiał pytać, dlaczego płacze; słowa były zbędne, odkąd ich dusze złączyły się ze sobą. Dokonało się - popełnili grzech, o który wszyscy ich oskarżali. - Teraz tym bardziej muszę wyjechać, Maggie. - Głos Randa był niski, stłumiony. Maggie skinęła głową. - Tak, musisz wyjechać. - Opanowała łzy, przełknęła z trudem ślinę, mocując się z nieposłusznymi mięśniami gardła, zanim udało jej się zapytać: - czy wrócisz, Randzie? Wrócisz? - To zależy od ciebie, Maggie, moja Maggie - powiedział, gdy zdołał wydobyć z siebie głos. - Czy chcesz, żebym wrócił? Odkryliśmy razem, kochanie moje, coś niezwykle cennego. Musisz jednak zapytać samej siebie, czy mamy prawo zatrzymywać ten skarb na zawsze? Rozdział szesnasty Różnorodność jesiennych barw ustąpiła miejsca przyszarzałym brązom nadchodzącej zimy. Minęło Halloween, uczczone latarnią z dyni, samotnie płonącą na werandzie Sunbridge. Przeminęły pierwsze tygodnie listopada, którym towarzyszyły, zdaniem specjalistów od prognozowania pogody, najgorsze od wielu lat warunki atmosferyczne. Ostatni mecz futbolowy sezonu został rozegrany i przyniósł zwycięstwo szkole średniej z Crystal City, dzięki talentom Rileya polegającym na unieszkodliwianiu przeciwników i przechwytywaniu piłki. Zabawa taneczna po meczu stanowiła końcowy beztroski akcent. Maggie pełniła w czasie tej imprezy rolę jednej z opiekunek. Cole się nie pojawił. Grudzień zastał Maggie bardziej zabieganą niż kiedykolwiek. Wydawało się, że cały Teksas dostał bzika na punkcie zbliżającej się Gwiazdki. Maggie bez przerwy biegała z jednego spotkania na drugie, hojnie użyczając swego nazwiska i doświadczenia. W czasie przerwy na lunch zazwyczaj pędziła na pocztę w Crystal City, gdzie wynajęła skrytkę pocztową. Przynajmniej co drugi dzień w skrytce nr 771 pojawiał się lotniczy list z Anglii. Maggie siedziała na parkingu chrupiąc krakersy i czytając ostatnią epistołę Randa. Sama pisywała do niego prawie codziennie - lekkie, pełne ploteczek i nowinek liściki, opowiadające o wszystkim, co wydarzyło się w jej życiu. W każdym liście powtarzała, że spodziewa się go na święta. Pisała, że liczy dni, godziny, a niekiedy i minuty do ponownego spotkania. Dzisiaj musiała załatwić gwiazdkowe sprawunki. I tak już dość długo z tym zwlekała. Chciała mieć góry prezentów dla każdego i największą choinkę w całym Teksasie. I postanowiła dopiąć swego. To miały być bardzo ważne święta! Jeszcze tylko kilka dni i zaczną się wakacje chłopców. Maggie nie robiła jaszcze żadnych konkretnych planów, bo nie miała żadnej pewności, kto z zaproszonych przyjedzie. Billie i Thad obiecali się zjawić, chyba żeby im coś w ostatniej chwili wypadło. Maggie nie udało się skontaktować z Sawyer i uzyskać od niej potwierdzenia przyjazdu. Cole i Riley twierdzili, że nie wiedzą, co zamierza Sawyer. Rand też niczego wyraźnie nie obiecał, ale Maggie była pewna, że się zjawi, bo każdego wieczora odmawiała na tę intencję prywatne zaklęcia, była tak pochłonięta myślą, jakie urządzi przyjęcia, lunchy i zastanawianiem się, jak ubierze choinkę, żeby nie wspomnieć o rodzinnym nabożeństwie, że prawie zapomniała o rozwodzie, który miał się wkrótce uprawomocnić. Powiedziała sobie, że zajmie się tym zaraz po Nowym Roku. Maggie siedziała tuląc list Randa do piersi i nie dostrzegła otulonej w futro z norek postaci, która przemknęła obok jej samochodu. Amelię kusiło, żeby zastukać w szybkę, ale nie zrobiła tego. Było coś tajemniczego w tym, że Maggie tkwiła na parkingu obok urzędu pocztowego z jakimś papierem przyciśniętym do serca. Bez wątpienia, miała jakiś sekret. Amelii to nie dziwiło. Nie musiała też się długo zastanawiać, aby zgadnąć, co to był za sekret. Kiedy Amelia załatwiła już swoje sprawy na poczcie i opuszczała budynek, zobaczyła, że Maggie wyjeżdża z parkingu. Chyba dobrze się stało, że Maggie jej nie zauważyła, doszła do wniosku Amelia wsiadając do swego wozu. Mogłaby wyrwać się z czymś, co zostałoby źle przyjęte. Amelia westchnęła opuszczając parking. Życie w Sunbridge wyglądało całkiem inaczej niż tego oczekiwała. Cały czas dawało się odczuć jakieś napięcie. Cole i Riley nieustannie skakali sobie do gardła, Susan krążyła po domu jak błędna ze szklanym wzrokiem. Maggie miotała się z miejsca na miejsce. Nawet Cary był nieobecny duchem. Praca go pochłaniała; chwile miłości zdarzały się raz na tydzień w niedzielny poranek, i to jedynie wówczas, gdy ona sama wyszła z inicjatywą. Codziennie w tym tygodniu dzwoniła do Cary’ego z propozycją wspólnego lunchu. Zawsze odmawiał, mówiła z żalem, że musi zostać na terenie budowy. Zaproponowała, że sama przywiezie kosz z przysmakami, ale Cary i przed tym się wybronił, tłumacząc, że to nie spodobałoby się innym pracownikom. Wszyscy jadali tam wspólnie, robotnicy razem z kierownictwem. Amelia znalazła się już prawie na terenie budowy. Może podjechać tam i przynajmniej się przywitać? Mogła wejść do biura znajdującego się w przyczepie, napić się kawy i zostawić wśród notatek służbowych liścik do męża. Z pewnością się ucieszy. A może pomyśli, że żona za nim goni i nie daje mu spokoju? Do cholery, niech sobie myśli, co chce! Ma ochotę to zrobić i nie zamierza z tego zrezygnować! Droga wiodąca na teren budowy pełna była wybojów, a wszystkie dziury zalane wodą. Przez dobre kilka mil Amelia widziała jedynie nie kończące się błoto i bloki betonu. Gdzieniegdzie stały przyczepy podłączone przewodami do generatorów. Pracowały buldożery i ciężka aparatura terenowa wszelkiego typu. Amelia siedziała przez chwilę bez ruchu, zanim wyłączyła silnik zastanawiając się, czy całe to przedsięwzięcie się powiedzie. Czy Teksas spełni oczekiwania Cary’ego? Boże, to potrwa z dziesięć lat, zanim się w pełni urzeczywistni! Do tego czasu ona może już nie żyć. Cary osiągnie wtedy pełnię swoich możliwości: przystojny wdowiec koło pięćdziesiątki. Myśl o tym była tak straszna, że Amelia nie wysiadła, lecz prawie wyskoczyła z auta. Błoto chlapało na srebrzyste norki. Amelia zaklęła głośno i dosadnie. Potem roześmiała się. Gotowa była włożyć gumowe buty po biodra i brodzić po pas w błocie, byleby tylko być przy Carym! Mogła jeść na lunch kanapki z metalowej puszki, a nawet nosić jaskrawo żółty ochronny kask. Może nawet zrezygnować ze sztucznych rzęs i długich paznokci, gdyby w tym przeszkadzały. Nabrała głęboko powietrza w płuca i otwarła drzwi przyczepy, w której znajdowało się biuro. Kiedy była tu poprzednio, panował w nim brud, bałagan i całkowity chaos. Teraz doszła do wniosku, że musiała wdać się w to jakaś wróżka: pokryte grubą warstwą kurzu okna były teraz czyste i przesłonięte eleganckimi zasłonami. Na stołach w wiklinowych koszyczkach stały zielone rośliny. Na biurku Cary’ego w dwóch drucianych pojemnikach leżała uporządkowana nadesłana i gotowa do wysłania korespondencja, tuż obok nowego komputera i drukarki. Amelia zmarszczyła brwi. Cary nie wspomniał nawet słowem o komputerze. Zniknął też stary czarny telefon, zastąpiony najnowszym modelem centralki AT & T. Amelia rozejrzała się uważnie wokół siebie. Nie przypominała sobie, żeby na ścianach była przedtem boazeria. Albo oprawione w aluminiowe ramki widoczki z różnych stron Teksasu. Postawiono też cztery fotele obite welwetem w kolorze czekolady, a na nich nie dostrzegła nawet śladu kurzu. Barek, jeszcze jeden nowy nabytek, wypełniały kosztowne trunki. Amelia wiedziała, że znajdzie za nim lodówkę pełną puszek z piwem i orzeźwiającymi napojami. Dla klientów? Mało prawdopodobne. Prawdopodobnie na użytek Cary’ego i jego wspólników. Zwykli pracownicy na pewno nie mieli na co dzień wstępu do tego biura. Na koniec zajrzała do maleńkiej łazienki. Wzbogaciła się ona o nową wykładzinę, w dodatku różowiutką! A nad toaletą zwisał wiklinowy koszy z biało-żółtymi stokrotkami. Spojrzała na umywalkę. Czyściutka, podobnie jak zlew. Duży zapas ładnych papierowych ręczników. Do czyich rąk? Buteleczka z balsamem i kostki mydła o kwiatowym zapachu równiutko ułożone obok papierowych ręczników. Zmieniono nawet lustro i górne oświetlenie. Kto dokonał wszystkich tych zmian? - zdumiewała się Amelia. Cary nie wspomniał o nich ani słowem. Sama nie wiedząc dlaczego poczuła się rozgniewana i dziwnie niepewna. Zrobiło jej się gorąco. Właśnie wyłączyła przenośny grzejnik, gdy otworzyły się drzwi i w polu widzenia Amelii ukazała się para smukłych nóżek na przeraźliwie wysokich obcasach. Amelia odwróciła się i wyprostowała. - Pomyślałam, że jest zbyt rozgrzany. Mógłby od czego takiego powstać pożar - wyjaśniła chłodno. - Chyba ma pani rację. Ale bywa tu bardzo zimno. Wieje spod drzwi. Czym mogę służyć? Tylko najpierw zdejmę kurtkę i skoczę do łazienki. Odbierałam lunch dla pracowników. Chińska kuchnia - rzuciła przez ramię. Amelia przymrużyła oczy. Kimkolwiek była ta kobieta, miała najdoskonalszą figurę, jaką Amelia kiedykolwiek widziała. Nie można było nic zarzucić jej cerze, a poza tym była młoda. Bardzo młoda, najwyżej dwadzieścia pięć lat. Chodząca doskonałość? Cukiereczek? Pracownicy musieli przychodzić tu z prawdziwą przyjemnością - pomyślała Amelia. - Bardzo przepraszam, że musiała pani na mnie czekać, ale natura ma swoje prawa - powiedziała wesolutko młoda kobieta. Usadowiła się za biurkiem, poddzierając obcisłą spódniczkę z niebieskiego dżerseju jeszcze wyżej, i spojrzała prosto w twarz Amelii. - No więc, czym mogę służyć? - Być może poinformuje mnie pani, gdzie jest mój mąż. - Jeżeli dowiem się, o kogo chodzi, pewnie będę mogła. Nazywam się Eileen Farrell. - O Cary’ego Assante. Jestem jego żoną. Ciemnobrązowe oczy Eileen otwarły się szeroko. - Pani Assante?! - We własnej osobie - odparła chłodno Amelia. .................. teraz gdzieś na budowie. Zazwyczaj jemy lunch o pierwszej, ale się dziś spóźniają, trzeba będzie pewnie włożyć wszystko do kuchenki mikrofalowej. - Macie tu kuchenkę mikrofalową? - spytała ze zdumieniem Amelia. - Nalegałam na to. Przy paskudnej pogodzie i tak dalej, ludzie potrzebują czegoś ciepłego, kiedy tu przychodzą. Stoi tam, za pudłami. Tylko w tym miejscu udało się ją zamontować. Cary powiedział, że to wspaniały pomysł. Wszyscy są chyba zadowoleni. Kuchenka mikrofalowa, barek, kwiatki, różowy chodnik w łazience i ta... ta smarkula! Amelii zrobiło się niedobrze. - Proszę powiedzieć Cary’emu, że tu byłam - poleciła, podciągając norki pod szyję. Futro łaskotało ją w podbródek. W każdej innej sytuacji Amelia uśmiechnęłaby się. - Na pewno to zrobię, proszę pani. Jakie cudowne ma pani futro! Musiało kosztować majątek! Pewnego dnia sama mam nadzieję dorobić się takiego. - Proszę się upewnić, czy jest od Fischera. Oczywiście w przypadku, gdyby ktoś inny za nie płacił. Eileen zachichotała. - O, myśli pani, że złapię bogatego męża albo przyjaciela? - Wszystko jedno. Miło mi było panią poznać, panno Farrell. A tak przy okazji: jak dawno pani tu pracuje? - Jutro będzie dokładnie miesiąc. Nie wyobraża sobie pani, jak tu wyglądało, zanim wzięłam się do roboty! Przede wszystkim powiedziałam panu Assante, że nie mogłabym pracować w takich brudach! Wtedy dał mi trochę pieniędzy i polecił, żeby to załatwiła. Wszyscy są zachwyceni. Teraz to prawdziwa przyjemność przychodzić do pracy. - Założę się, że pani starania są na wagę złota. - Pan Assante też tak mówi, a inni chyba się z nim zgadzają. Ostatnio ........... nim obchodzić. Wang Company przysłała instruktora, żeby mnie tego nauczył. - Ile pani zarabia? - Chyba mogę zdradzić ten sekret żonie szefa? Czterysta pięćdziesiąt tygodniowo. - Dolarów? - spytała zdumiona Amelia. - Plus dodatki - szczebiotała Eileen - na usługi dentystyczne, szkła kontaktowe, ogólną opiekę lekarską, a poza tym trzy tygodnie urlopu i dwanaście dni na zwolnienia chorobowe. Nie mogłam przepuścić takiej okazji! - Ja też bym czegoś takiego nie przepuściła - prychnęła Amelia, gdy drzwi się za nią zamknęły. A zatem - nic nowego na budowie?! Cóż, Eileen Farrell była niewątpliwie nowa, jak pieniążek prosto z mennicy. Nawet rzęsy miała własne, choć podkręcone i znakomicie podczernione. I miękkie, falujące, brązowe włosy. Amelia taką czuprynę gotowa by okupić krwią! A poza tym była młoda. Amelia wróciła do domu swojej matki. Nie była w nastroju do rozmów ze stolarzami czy robotnikami tapetującymi pokoje. Nie chciała widzieć, jak pracownicy się obijają i przypominać im, że są opłacani od godziny. Trzeba jakoś przetrwać całe popołudnie. Wiedziała, że nie dokona dziś niczego; po prostu będzie czekać na telefon. Cary zadzwoni do niej, tego była pewna. Pomyśli, że coś się stało. Nigdy nie odwiedzała biura w przyczepie, odkąd powiedział, że jej wizyty nie są dobrze widziane przez innych pracowników. Nie chce stawiać go w niezręcznej sytuacji, prawda? Ależ nie! Nigdy nie zrobiłaby niczego, co sprawiłoby Cary’emu kłopot. Eileen Farrell. Kim ona była? Ozdobna plakietka na jej biurku głosiła: KONSULTANT-PROJEKTANT. Eileen Farrell, konsultantka i projektantka. Co, u diabła, oznacza to określenie?! Co projektowała?