Marek Nowakowski Ch這pak z go喚biem na g這wie Tower Press 2000 Copyright by Tower Press, Gda雟k 2000 Ch這pak z go喚biem na g這wie Przystan像em pod murem i wcisn像em dwa palce do prze造ka. Jednocze�nie drug� r瘯� sprawdzi貫m pieni鉅ze w kieszeni. Palczatka nie pomog豉. Pieni鉅ze by造. Mocno opi貫m si� tej nocy i wszystko wirowa這 przed oczyma. Puste ulice. �Paradis� wyplu� swoich ostatnich go�ci. Ju� widno. Czas przed wschodem s這鎍a. Ludzi nie wida�. Przejecha豉 polewaczka. Strumie� wody bryzn像 na chodnik. Zmoczy� mi twarz. Niewiele pomog這. O wielokolorowy, try�nij swoj� t璚z�! Zn闚 spr鏏owa貫m ul篡� sobie palcami. Na nic. Tylko szarpa這 bebechy. Znowu sprawdzi貫m kiesze�. W porz鉅ku... Ta pami皻na pierwsza wyp豉ta za ksi嘀k�. Wytoczy貫m si� z �Polonii�. By豉 zima i pada� �nieg. Cieszy貫m si� z tych pierwszych pieni璠zy za pierwsz� ksi嘀k�. Szed貫m czarn�, nocn� ulic� i �piewa貫m. Zatrzymali mnie milicjanci. Wyci鉚n像em dow鏚. Czytali, przegl鉅ali, �widrowali mnie oczyma. Pozwolili i�� dalej. Potoczy貫m si� na dworzec. Pada� �nieg i mia貫m w kieszeni pierwsze honorarium. Moje 篡cie zmieni這 si� w spos鏏 oczywisty. Na dworcu w tamtych czasach gnie�dzi這 si� wielu w堯cz璕闚, z這dziejaszk闚 i naci鉚aczy. Rozgl鉅a貫m si� poszukuj鉍 znajomej twarzy. By� taki jeden. Czarny, brudny i obdarty, zwany Mulatem. Jego zaprosi貫m. Od dziadka klozetowego kupili�my butelk�. Zamkn像 nas w kabinie. Na zak零k� da� cha喚. Siedz鉍 na sedesie, ucztowali�my z Mulatem. Bardzo ju� pi� nie mog貫m. Szarpa這 bebechy. Przysn像em. Obudzi貫m si� samotny. Mulata nie by這. W pierwszym odruchu, wynikaj鉍ym z 篡ciowego do�wiadczenia, sprawdzi貫m kieszenie. Pieni璠zy te� nie mia貫m. Tylko w kondonierce, ma貫j kieszonce spodni, pozosta� pi耩dziesi璚ioz這towy banknot. Zerwa貫m si� i wybieg貫m. Kto zabra� fors�? Mulat, a mo瞠 milicjanci, kiedy wyci鉚a貫m dow鏚. W dowodzie trzyma貫m pieni鉅ze. Mia貫m taki zwyczaj. M鏬� te� dziadek klozetowy zrewidowa�... Mulata jeszcze kilka razy widzia貫m w tamtych czasach. Wita� si� ze mn� serdecznie, raz nawet zaprosi� na w鏚k�. Co mog貫m mu powiedzie�? Tym razem by豉 dziesi靖a ksi嘀ka i honorarium znacznie wi瘯sze od pierwszego. I letnia noc. Noc pijanych wspomnie�. W �Paradisie�, gdzie tyle godzin przesiedzia貫m na wysokim sto趾u, barmank� by豉 ta pi瘯na sprzed lat, co w knajpie �Lotnik� podawa豉 w璕larzom stakany gorza造 i golonk� z tartym grochem. Patrzy貫m na ni� zach豉nnie i s這wem odezwa� si� nie �mia貫m. Twarz mia豉 szlachetn�, czyst�, jak z portretu. Tej nocy w �Paradisie� zobaczy貫m j� po raz pierwszy po wielu, wielu latach i twarz mia豉 tak samo czyst�, szlachetn�. Dziwne. Wtedy, przed laty wraca貫m z La Strady, og逝szony tym rykiem porzuconego Zampano na pustej pla篡 po�r鏚 wzburzonych fal. Doszed貫m do knajpy �Lotnik�, ta z portretu, ksi篹niczka plugawego szynku, nape軟i豉 szklaneczk� w鏚k� i ci鉚le ten ryk Zampano s造sza貫m, a przed oczyma szara droga w deszczu i dziwaczny pojazd na trzech k馧kach prowadzi Zampano, z ty逝 wczepiona w jego bary Gelsomina, kt鏎a wygl鉅a豉 jak przestraszony, zmok造 ptak. Chcia貫m kogo� jeszcze spotka� z tamtych lat. W bramie naro積ej kamienicy sta� Mieciu ζpka, z這dziejski emeryt, z bezw豉dn�, sparali穎wan� r瘯�. Ten s造nny niegdy� as doliny pozna� mnie od razu i u�miechn像 si� szeroko. Bezw豉dna r瘯a zwisa豉 jak doczepiona, drug�, zdrow�, klepa� mnie zamaszy�cie i powtarza�: � Gites, gites. 5 Oni, ci starzy z這dzieje, tak wystaj� w bramach o r騜nych porach dnia i nocy, przyro�ni璚i do ostatk闚 zanikaj鉍ej z roku na rok dawnej zabudowy miasta. Stoj� i patrz�. Mieciu ζpka chwali� moje dobre ubranie, buty, sztuczne z瑿y, kt鏎e dostrzeg� natychmiast, i d這nie, jak m闚i�, niewypracowane. Po prostu cieszy� si� szczerze z tego przypadkowego spotkania. Zza pazuchy waciaka wyci鉚n像 jak�� buteleczk�. Poci鉚n像em 造k i md造 zapach zad豉wi� wprost. Woda brzozowa. Mieciu ζpka do ko鎍a wypr騜ni� flakon. � No i co tam u ciebie? � zapyta�. W odpowiedzi b造sn像em jak tali� kart tym honorarium za dziesi靖� ksi嘀k�. Wcale nie takie wielkie pieni鉅ze, ale w setkach by� to spory plik. Mieciowi ζpce za�wieci造 si� oczy. � Nadziany jeste� � stwierdzi� z uznaniem. Z g喚bi bramy wysun像 si� ch這pak z go喚biem na g這wie. Jak cie� zbli篡� si� do nas. Jego oczy te� za�wieci造 na widok pliku setek. � Synek � zapyta� go Mieciu ζpka � gdzie� tak zabradzia篡�? Ten m這dy z go喚biem na g這wie nie us造sza� pytania. Wpatrywa� si� w czerwone papierki. Ja patrzy貫m os逝pia造 w go喚bia na jego g這wie. Wreszcie ockn像em si� i odliczy貫m dwa banknoty. � Mo積a by jak�� flaszk�... � zacz像em. Mieciu ζpka przytakn像. Przeszli�my do nast瘼nej bramy. Zaczyna這 wschodzi� s這鎍e. Martwe niebo poja�nia這 r騜owo. W nast瘼nej bramie sta� w霩ek inwalidzki. Beznogi Przybysz spa� z szeroko otwartymi ustami. Handlowa� w鏚k�. � Dawaj.. .� ten m這dy z go喚biem na g這wie wyci鉚n像 r瘯�. Da貫m dwie setki. Ca造 ten plik wsun像em do bocznej kieszeni marynarki. Zawirowa這 mi w g這wie. I czy to woda brzozowa tak rozebra豉, zatoczy貫m si� i usiad貫m na 瞠laznym, brodatym Miko豉ju w rogu bramy. Z do逝 patrzy貫m na tego m這dego. Dlaczego go章b siedzia� na jego g這wie? Zwyk造 uliczny go章b. Dzi鏏 wtuli� w pi鏎a i mruga� niebieskimi jak paciorki oczyma. Oswojony? Mo瞠 okula� lub skrzyd這 ma przetr鉍one... � Synek... � odezwa� si� Mieciu ζpka. � We� flaszk�. Z g喚bi bramy dochodzi這 pochrapywanie Przybysza. Jego pi瘯na twarz rzymskiego senatora, z siwymi w這sami, zwr鏂ona by豉 do jasno�ci, kt鏎a powoli wypiera豉 mrok z bramy. � Widzia貫�? � rzek� Synek i poruszy� gwa速ownie g這w�. Go章b wysun像 dzi鏏 i zatrzepota� skrzyd豉mi, 豉pi鉍 r闚nowag�. � Co? � zdziwi� si� Mieciu ζpka. � Ile ten frajer ma pieni鉅z闚. � To wcale nie frajer � zaprzeczy� Mieciu ζpka. � Kumpel z miasta. Ten m這dy z go喚biem na g這wie przyjrza� mi si� uwa積ie. Chcia貫m si� odezwa�, ale nawet g這su z gard豉 wydoby� nie mog貫m. Tylko pokiwa貫m g這w�, krztusz鉍 si� i przyciskaj鉍 niebezpiecznie wzdymaj鉍e si� policzki. � Kumpel... � powt鏎zy� za ζpk� ten m這dy z go喚biem na g這wie � ale frajer. Utkwi� drapie積y wzrok w bocznej kieszeni mojej marynarki. Odpowiedzia貫m spojrzeniem pe軟ym wyrzutu. Oczyma chcia貫m powiedzie� mu o mie�cie i o sobie... O ζpce i innych jemu podobnych, kt鏎zy znali i szanowali mnie przecie�. Ten m這dy odwr鏂i� wzrok. � W 貫b go! � powiedzia�. � I ca豉 forsa do podzia逝 na dw鏂h... Rozejrza� si�. Na chodniku przed bram� spostrzeg� po堯wk� ceg造. Post雷i� krok. Tr鉍i� ceg喚 butem. Zazgrzyta豉. � W 貫b go! � powt鏎zy� zaciekle i pochyli� g這w�. Go章b zn闚 zatrzepota� skrzyd豉mi, 豉pi鉍 r闚nowag�. Dlaczego nie odlecia�? Jak przyro�ni皻y do g這wy tego ch這paka. Mieciu ζpka przesta� si� u�miecha�. Po jego twarzy poro�ni皻ej rzadkim zarostem przelecia� nerwowy skurcz. � W 貫b � powiedzia� po造kaj鉍 sylaby � to ja mog� ciebie, g逝pi wilku! Ten m這dy z go喚biem na g這wie roze�mia� si� wzgardliwie. 6 Ju� nie patrzy貫m na nich. Zoboj皻nia貫m. � Znam go z miasta � dociera� z g鏎y gniewny g這s Mieciu ζpki. � Kiedy on przychodzi� do miasta... � Psychodzi�, psychodzi�... � przedrze�nia� ten m這dy be趾otliw� mow� Mieciu ζpki � ale przesta� przychodzi�... Ja teraz przychodz�. Trafia si� frajer i trzeba go oskuba�. No!!! � jego g這s brzmia� natarczyw� zach皻�. Mieciu ζpka zani鏀� si� kaszlem. Z trudem d�wign像em ci篹k� g這w�. � Chcesz zapali�? � zapyta� po�piesznie Mieciu ζpka. Pokr璚i貫m g這w� przecz鉍o. Wtedy ten z這dziejski emeryt popchn像 m這dego w g章b bramy. � Na co czekasz? � warkn像. � Bier od Przybysza gorza喚! Ten m這dy z go喚biem na g這wie powoli zbli篡� si� do inwalidzkiego w霩ka, w kt鏎ym spa� beznogi z twarz� rzymskiego senatora. Szarpn像 go za rami�. � Trafi� si� frajer... � us造sza貫m jego przenikliwy szept. � A szmalu ma w karmanie ca造 kusz. Co� jeszcze szepta�, gestykuluj鉍 niecierpliwie. � Bier flaszk� i spierdalaj � gniewnie przerwa� mu Przybysz. Tu, na tym odcinku ulicy, gdzie pozosta造 jeszcze stare kamienice, Przybysz cieszy� si� powszechnym szacunkiem. Gieroj bez n鏬. Przedwojenny. � Ale taki nadziany... � ten m這dy jeszcze m闚i� z nadziej� w g這sie. Odpowiedzi nie by這. Zachrapa� Przybysz. Wr鏂i� ten m這dy z butelk�. Odbi� korek. Poda� Mieciu ζpce jako najstarszemu. Zagulgota� prze造k z這dziejskiego emeryta. D逝go ci鉚n像. Wreszcie odstawi� flaszk� od swoich zach豉nnych ust. Poda� mnie. Ledwo prze趾n像em ma造 造czek. Nie chcia豉 wchodzi� do �rodka gorza豉. � Nawet chla� nie umie � zawarcza� ten m這dy z go喚biem na g這wie. Wyszarpn像 z mojej d這ni butelk�. D�wign像em si� niezgrabnie. � P鎩d�... � Trzymaj si�! � Mieciu ζpka klepn像 mnie w rami�. Wyra�nie ucieszy� si� i stan像 mi璠zy mn� a tym m這dym, odgradzaj鉍 nas w ten spos鏏. Powlok貫m si� ulic�, nad kt鏎� zawis這 ju� s這鎍e. Odprowadzi這 mnie zimne, wilcze spojrzenie tego m這dego. Ale go喚bia na jego g這wie ju� nie by這. Kiedy odfrun像? 7 Stara ulica Miesza tu mi si� w g這wie. Stare z nowym. Nawet po kawie. Podparta belkami kamienicarupie�. Odlani z 瞠laza Miko豉je przycupn瘭i w k鉍ikach bramy. Podw鏎ze ko鎍zy si� blokiem z czerwonymi balkonami. Tam znajdowa造 si� kasy wy�cigowe, a tu bar zwany �Przechodnim�. Tam gdzie kasy, teraz �Rotunda�, okr鉚豉 kawiarnia, daj� koniak i piwo, s� te� automaty do gry. Tam gdzie bar �Przechodni�, teraz ajencyjny lokalik o przy熤ionych �wiat豉ch i z trunkami zagranicznych marek na p馧kach. Podaj� pizz�. Przychodz� m這dzi, modnie ubrani ch這pcy i takie same dziewczyny. � Whisky z lodem � m闚i taki jeden i zerka na s零iadk�. W豉�ciciel nastawia kasetowy magnetofon z nowoczesn� muzyk�. W barze zwanym �Przechodnim� pijali dawniej w璕larze, kontuar obity by� cynkow� blach� i sycza這 piwo, w璠ruj鉍 pod ci�nieniem z beczki do gumowego szlaucha. Przez g瘰tw� pij鉍ych na stoj鉍o przepychali si� do szynkwasu dwaj wybitni arty�ci z dawnych czas闚. Poeta Ga販zy雟ki z pi瘯n� szpakowat� czupryn� i aktor Kurnakowicz, schludnie ubrany, z muszk� bordo pod szyj�, wspieraj鉍y si� na bambusowym parasolu. Poeta Ga販zy雟ki wychyla� ma章 w鏚k�, zapija� piwem. Aktor Kurnakowicz setk� przegryza� �ledzikiem w oleju lub po堯wk� faszerowanego jajka w skorupce. W barze �Przechodnim� w drugiej salce wisia這 na �cianie pochy貫 lustro i odbija造 si� w nim sylwetki pij鉍ych. Jeszcze dawniej, opowiada� znajomy fryzjer, by豉 to prywatna knajpa i w豉�ciciel mia� kanarka Kubusia. Kubu� umieszczony by� w klatce nad kas�. W豉�ciciel co jaki� czas wsuwa� wskazuj鉍y palec do klatki. Kubu� obstukiwa� palec malutkim dzi鏏kiem. Podawali tam barszcz ukrai雟ki w fili瘸nkach i rankiem, kiedy przychodzili pierwsi klienci, kt鏎ych suszy這 po wczorajszym, w豉�ciciel, nim odmierzy� im kacow� setk� czy�ciochy, poleca� ten ukrai雟ki barszcz w豉�nie. � Na pocz靖ek podk豉dzik, rebiata � powiada�. Po tym wszystkim dawnym zosta� tylko wysoki kaflowy piec w zielonym kolorze. Lustra nie ma. Nikt z dawnych ludzi tutaj nie przychodzi. Kawiarnia �Rotunda�, cho� taka nowoczesna, okr鉚豉 i ca豉 oszklona jak oran瞠ria, ci鉚le te kasy wy�cigowe z odleg造ch czas闚 przypomina. Brama by豉 d逝ga, w零ka i wchodzi這 si� na podw鏎ze otoczone starymi, liszajowatymi i pop瘯anymi murami. Tam znajdowa造 si� kasy i gracze obstawiali gonitwy na polu. Przy wej�ciu mieli swoje hazardowe kramiki ci, co trzymali trzy miasta i lusterka. Ten od lusterek, przek豉daj鉍 nimi jak 穎ngler, wo豉�: � Lala p豉ci, lala traci! Ten od trzech miast te� mia� jakie� swoje powiedzonka. Ci od lusterek i trzech miast, opowiada� znajomy fryzjer, bywali klientami u niego w zak豉dzie. Niekt鏎zy podawali mu swoje typy wy�cigowe. Kilka razy wygra�, a ich cz瘰to 豉pa豉 milicja, nie zawsze bowiem ten, co sta� na �wiecy, potrafi� ostrzec skutecznie. Wtedy fryzjer bieg� do znajomych w komendzie. Nie odmawiali mu tej grzeczno�ci, nieraz zwalniali przychwyconych szuler闚, a oni nigdy nie zapominali o fryzjerze. � Podali mi tak� jedn� gonitw� � wspomina znajomy fryzjer. � Kupi貫m bilet za dwadzie�cia, nie mia貫m akurat pieni璠zy przy sobie, a to by� wybuch. Za te dwadzie�cia dosta貫m wyp豉t� czterysta. 疾bym tak obstawi� wi璚ej. Wybuch... � powtarza wspominaj鉍 to zdarzenie sprzed dwudziestu lat. 8 Do �Rotundy� zachodz� jeszcze dawni gracze. Przyzwyczaili si� do tego miejsca i tu studiuj� programy, podkre�laj鉍 i znacz鉍 swoje typy na jutro. Wpadaj� na piwo rzemie�lnicy z pobliskich warsztat闚. Najcz��ciej tapicer. Przychodzi z w豉sn� w鏚k� i pije spod stolika. Jest taki emeryt z sygnetem. Spotyka si� tutaj z koleg�, te� emerytem. Kolega cz瘰to wyci鉚a gruby, wypchany portfel, pe貫n papier闚, legitymacji, za�wiadcze�, list闚, i szuka tam czego�. � W takim chaosie robisz wszystko � m闚i ten z sygnetem i patrzy na to grzebanie z niech璚i�. Kolega wygrzeba� wreszcie z pliku papier闚 dwudziestoz這towy banknot. Ten z sygnetem do這篡� taki sam. Wys豉li chudego, niestarego, co tam chodzi mi璠zy stolikami i wszystkich zna. Poszed�. I mimo brz瘯u automat闚 do gry �Rotunda� ma w sobie co� dawnego. Mo瞠 dlatego, 瞠 po obu jej stronach pozosta造 jeszcze stare kamienice. Ten odcinek ulicy liczy ze dwie�cie metr闚. Na dw鏂h rogach stoj� m篹czy�ni. Wi璚ej na tym przy placu. Mniej tam, gdzie t� ulic� przecina druga ulica, te� ze starymi kamienicami. Przy placu jest sklep monopolowy. Tam gdzie t� ulic� przecina druga ulica, nie ma nawet sklepu z winem. M篹czy�ni s� w r騜nym wieku. W�r鏚 nich jeden m鎩 r闚ie�nik z kropk� wytatuowan� na policzku. Cz瘰to zachodz� do kiosku i wykupuj� ca造 spirytus kosmetyczny. Sprzedawca u�miecha si� ironicznie i z g這�nym stukotem wystawia na lad� buteleczki. Oni, ci kupuj鉍y, skrupulatnie wytrz零aj� z kieszeni drobniaki. Spirytus wypijaj� w pobliskiej bramie, gdzie dawniej mia� swoje miejsce beznogi Przybysz w inwalidzkim w霩ku. Przybysza ju� nie ma. Umar�. Na tym rogu przy placu jest jeszcze jeden stary bar. Ale wn皻rze ma zmienione, wy窺za kategoria, i nie ma ju� wcale dawnych kelnerek. Jedna z nich, kiedy ju� nie starcza這 pieni璠zy na zagrych�, mia豉 zwyczaj m闚i� z u�miechem: � Wi璚 do w鏚eczki polecam wod� pompeja雟k�. � Tak poetycznie nazywa豉 zwyk章 wod�, kran闚�. Do tego baru zachodzi� niegdy� znany z wielodniowych hulanek krawiec Witkowski. S造n像 z dobrego kroju garnitur闚, a do tego potrzebowa� tylko jednej miary. Szyli u niego ubrania rozmaici znani ludzie, mi璠zy innymi Leopold Tyrmand. Krawiec Witkowski lubi� artyst闚 i kredytowa� im bez oporu. Jeszcze przed kilkoma laty wchodzi� do tego baru przy placu i wo豉�: � Stawiam kolejk� dla wszystkich! Wtedy cisn瘭i si� do wn皻rza nawet ci, co wystaj� na ulicy i z mozo貫m sk豉daj� drobne monety na spirytus kosmetyczny. Krawiec Witkowski ju� nie zachodzi tutaj. A jeszcze dawniej specjalno�ci� zak豉du by造 ko雟kie potrawy i z pobliskiego wydawnictwa przychodzi造 redaktorki ze swoimi autorami. Mi璠zy tymi dwoma rogami, stanowi鉍ymi granic� starej ulicy, przechadza si� krzepki starzec w cyklist闚ce. Oczy ma bia貫, twarz czerstw�, brutaln�. To dawny zapa�nik. Tak m闚i�. I dawny urke. Od lat taki sobie spacerowicz. I w upalne lato czy zim� odprowadza swych kompan闚 od kieliszka do domu. Wszystkich przetrzymuje, a pij� po r闚no. Wczoraj zn闚 zobaczy貫m tego krzepkiego starca. Sta� na tym rogu przy placu. Tylko swoj� star� cyklist闚k� zmieni� na bardzo popularn� obecnie okr鉚章 czapk� z twardym, lakierowanym daszkiem, zwan� dokerk�. Zmierzy� mnie bia造m okiem czujnego zwierza. Znamy si� z widzenia. Przecie� mijamy si� tyle lat. 9 Sezon Matka od czasu do czasu wybucha豉. � Co ja mam z tego 篡cia! Dla ciebie tylko �ko豉 i �ko豉! Dosy� umiej皻nie na�ladowa豉 wymow� ojca. Wtedy przypomina貫m sobie ch這pak闚 z paki Janka Piechura z Bud, kt鏎zy cz瘰to przedrze�niali ojca. W tej zabawie najwa積iejsz� rol� odgrywa造 pami皻ne Ostatki, kiedy ojciec postanowi� zorganizowa� w szkole pieczenie p鉍zk闚 i zach璚a� dzieci do przynoszenia m隕i, z kt鏎ej komitet rodzicielski mia� wypiec p鉍zki. Ci z paki Janka Piechura z Bud pokrzykiwali zza krzak闚: � Dzieci, przynie�cie munczki, wypieczemy punczki! Ojciec wybuchy matki przyjmowa� tak samo jak wrzaski ch這pak闚 z Bud. Zupe軟ie oboj皻nie. Nawet nie unosi� g這wy znad zeszyt闚 z klas闚kami matematycznymi, kt鏎e zwykle wieczorami poprawia�. By� odporny i cierpliwy. � Sk鏎a nosoro盧a � tak to nazywa豉 matka i d逝go jeszcze wypomina豉 mu r騜ne sprawy z przesz這�ci. Przede wszystkim t� swoj� chorob� jeszcze sprzed wojny, kiedy le瘸豉 kilka miesi璚y w szpitalu, a ojciec, zaj皻y budow� szko造, zapomina� j� odwiedzi� cho熲y raz w tygodniu. � My�la豉m wtedy zupe軟ie powa積ie o rozwodzie � m闚i豉 � gdyby nie to, 瞠 Marek by� taki malutki... Ojciec ca趾iem jawnie chichota� nad zeszytami. Matka, do reszty ju� wzburzona, wychodzi豉 ze sto這wego pokoju trzaskaj鉍 drzwiami. W tym to czasie zacz像 bywa� w domu moich rodzic闚 pan Hipolit Zabrodzki. Popowstaniowa tu豉czka rzuci豉 go do naszego miasteczka i na sta貫 ju� tu pozosta�. By� ku�nierzem i miodoustym szarmantem z przyczernionym henn� w零ikiem. Kobiety po trzykro� ca這wa� w r瘯� i nieustannie u篡wa� zwrotu �豉skawa pani�, zaci鉚aj鉍 �piewnie. Odwiedza� nas przynajmniej raz w tygodniu, wywo逝j鉍 znaczne o篡wienie opowie�ciami o klientach swej ku�nierskiej pracowni we Lwowie. Bywa造 to przewa積ie osoby z wy窺zych sfer, hrabiowie, baronowie, naftowi potentaci z Borys豉wia czy Drohobycza i ich pi瘯ne, eleganckie 穎ny i c鏎ki. Futra, kt鏎e im szy�, r闚nie� sporz鉅zane by造 z najcenniejszych sk鏎ek. � Elki, cybety, oposy, sobole, norki, tumaki... � wylicza� z lubo�ci� pan Hipolit Zabrodzki � albo karaku造 bagdadzkie czy brajtszwance, wiecie pa雟two, to jagni靖ka wyjmowane z 這na matki, cudowne, jedwabiste futerko... Jednak nie tylko o tych futrach kosztownych opowiada�. Najch皻niej w豉�ciwie o ludziach, kt鏎zy je nosili. O ich s豉bostkach, fantazjach, hulankach i szerokim ge�cie. Nawet ojciec unosi� g這w� znad swojej matematyki i �mia� si� razem ze wszystkimi. Pan Hipolit Zabrodzki, kt鏎ego gaw璠y zwykle przerywa豉 jego drobniutka, wiecznie zafrasowana 穎na, daj鉍 znak do powstania od sto逝, regularnie przez trzy dni tygodnia, podczas sezonu, jak m闚i�, stawa� si� niezwykle zaj皻y, skupiony i ma這m闚ny, a wszelkie pr鏏y nawi頊ania rozmowy zbywa� z roztargnieniem, cz瘰to wr璚z niegrzecznie. W te trzy dni tygodnia pan Hipolit Zabrodzki wyrusza� na pole, jak m闚i�, to znaczy na wy�cigi konne na S逝瞠wiec. Nosi� wtedy w kieszeni swojej kremowej marynarki program gonitw, poznaczony rozmaitymi k馧kami, krzy篡kami, strza趾ami, pokre�lony czerwonym atramentem. Kiedy za� mija造 te jego gor鉍e dni, na powr鏒 stawa� si� uprzejmy, 篡czliwy i sk這nny do towarzyskiego 篡cia. 10 Od pewnego te� czasu moja matka z piln� uwag� wys逝chiwa豉 jego relacji o zawrotnych wygranych i koniach niezwyk貫j klasy, przynosz鉍ych z這te fortuny. Chyba najpi瘯niej o tym potrafi� opowiada�. Przed naszymi oczyma galopowa造 wspania貫 wierzchowce, p豉tami pokrywa豉 je piana, i rozgrywa豉 si� za瘸rta, dramatyczna walka o dziesi靖ki metr闚, ju� tylko metry, a wreszcie o d逝go�� wyci鉚ni皻ego ko雟kiego 豚a jedynie. Wynik闚 tych gonitw oczekiwali�my z najwy窺zym napi璚iem, wpatruj鉍 si� razem z nim w tablic� z imionami zwyci瘰kich koni, nazwiskami d穎kej闚 i wysoko�ci� wygranej stawki. Ten �wiat wyczarowany przez pana Hipolita Zabrodzkiego pe貫n by� d�wi璚znych, poetyckich imion rumak闚, takich jak Kasandra, Hermona, Alpuhara, Tamerlan, Szmaragd czy Kr鏊 Olch, a jednocze�nie szele�ci造 pliki nowiutkich banknot闚, wyp豉canych w kasach za t� jedyn�, niepowtarzaln� szans�, za tego nieoczekiwanego fuksa przede wszystkim, lub s造sze� si� dawa� odg這s gwa速ownego, desperackiego wprost darcia przez pechowych graczy bilet闚 wy�cigowych, te� w grubych plikach, zawieraj鉍ych wielkie, niefortunnie stracone pieni鉅ze. Matka najmocniej reagowa豉 na t� wizj� straconej szansy. Pan Hipolit Zabrodzki spogl鉅a� na ni� z uznaniem. M鎩 ojciec r闚nie� poczytywa� sobie za obowi頊ek zabra� g這s w tej sprawie, ale jego s這wa mia造 charakter tak banalny i przykry, 瞠 pan Hipolit Zabrodzki krzywi� si� jak po czym� gorzkim i zwraca� wymowne spojrzenie w stron� mojej matki, jego podczas tych rozm闚 najlepszej sojuszniczki. Ojciec bowiem kwitowa� te pe軟e euforii impresje z pola jedynie suchym: � Hazard do niczego dobrego nigdy nie doprowadzi. Tylko zgubi� mo瞠. Do szcz皻u! I spogl鉅a� surowo na mnie, swego jedynaka. � Pami皻aj � dodawa�. By造 to przykre dla nas chwile. Ten nastr鎩 wy�cigowego napi璚ia i tajemnicy zniszczony tak brutalnie. Jednak pan Hipolit Zabrodzki ani my�la� ust瘼owa� i pogodzi� si� z tym zdaniem. Przytacza� natychmiast argumenty powoduj鉍e to charakterystyczne pochrz隕iwanie ojca, kt鏎e �wiadczy這 zawsze o jego zak這potaniu. � Podaj� fakty, jedynie fakty... � zaczyna� rzeczowo pan Hipolit Zabrodzki. I m闚i� o graczach, zimnych, logicznych graczach, kt鏎zy maj� niezawodn� metod�. � Matematyczn�! � podkre�la�. Mojego ojca, matematyka, w豉�nie to wprawia這 w najwi瘯sze zak這potanie. Pochrz隕iwa� coraz cz��ciej, a pan Hipolit Zabrodzki spogl鉅a� porozumiewawczo na moj� matk�. Dzie� jego wygranej na polu by� r闚nie� naszym �wi皻em. Zaprosi� rodzic闚 do �Wenecji�, najlepszej restauracji w naszym miasteczku. Matka wyj窸a z szafy aksamitn� wieczorow� sukni� i na這篡豉 karaku造. Ojciec opiera� si� i wymawia� brakiem czasu. Wreszcie ust雷i�. Wr鏂ili g喚bok� noc� i d逝go jeszcze s造sza貫m g這s matki z sypialni. M闚i豉 o koniach. Zn闚 pada造 te barwne, d�wi璚zne imiona arab闚 i anglo-arab闚. M闚i豉 o dwulatkach i trzylatkach, o stadninach i trenerach. Wiedz� w tym przedmiocie posiada豉 imponuj鉍�. Ojciec co jaki� czas przerywa� jej zm璚zonym: � Da豉by� spok鎩, Stachna... Matka podnosi豉 g這s. � Z tob� nigdy w 篡ciu nie mog豉m doj�� do porozumienia. W豉�ciwie mimo tylu lat zupe軟ie obcy sobie ludzie... Ojciec milk�. Matka bez przeszk鏚 ci鉚n窸a sw鎩 monolog o koniach, d穎kejach, graczach i wysokich wygranych. Wkr鏒ce tylko moja matka rozmawia豉 z panem Hipolitem Zabrodzkim o wy�cigach. Ojciec ostentacyjnie obwarowywa� si� ksi嘀kami i zeszytami i zza tej twierdzy wcale ju� g這wy nie unosi�. Podczas tych rozm闚 穎na pana Hipolita stawa豉 si� mimowolnie sojuszniczk� 11 ojca. Cz瘰to wzdycha豉 ci篹ko, psuj鉍 w ten spos鏏 m篹owi fina� jakiej� niezwyk貫j gonitwy czy sprawozdania z derby. R闚nie� w najbardziej nieodpowiednim momencie wstawa豉 od sto逝, m闚i鉍 opryskliwie: � Starczy tego dobrego. Dajmy wreszcie pa雟twu odpocz寞! Ojciec spogl鉅a� na ni� z wdzi璚zno�ci�. A pan Hipolit Zabrodzki prze篡wa� tego lata nieustaj鉍e pasmo sukces闚 na polu. Ku�nierstwem prawie przesta� si� zajmowa� i gonitwy, tak m闚i� 瘸rtobliwie, sta造 si� jego wy章cznym warsztatem pracy. Sprawi� sobie pi瘯n� lornetk� w oprawie z ko�ci s這niowej, aby obserwowa� wytypowane przez siebie konie od startu do mety. Wygl鉅a� niezwykle wytwornie, w s這mkowym kapeluszu, kremowej marynarce i czarnych, pr嘀kowanych spodniach, z lornetk� przewieszon� przez rami�. � Gdyby 豉skawa pani zechcia豉... � powiedzia� kt鏎ego� wieczoru do mojej matki � to ewentualnie mogliby�my naby� na sp馧k� ze dwa koniki, a wtedy... � kusicielsko przeci鉚n像 to s這wo. Jednak nie doko鎍zy�. Ojciec podni鏀� nagle g這w� znad sto逝 i popatrzy� na niego ci篹ko. Pan Hipolit od razu porzuci� ten ledwo rozpocz皻y w靖ek i zwr鏂i� si� do mojego ojca z weso章 i barwn� opowie�ci� o swoich szkolnych czasach. � By貫m niesfornym uczniem � m闚i� � i cho� rodzice bardzo pragn瘭i, bym kszta販i� si� dalej, to jednak ku zadowoleniu grona nauczycielskiego opu�ci貫m mury naszego klasycznego gimnazjum po ma貫j maturze, niestety... Dalej snu� refleksje o obywatelskim charakterze pracy pedagogicznej, nie szcz璠z鉍 mojemu ojcu wyszukanych komplement闚. Jednak nawet podczas tej neutralnej gaw璠y ojciec nie m鏬� opanowa� migotliwych b造sk闚 w swoich ma造ch, g喚boko schowanych oczach, co oznacza這 najwy窺zy stopie� wzburzenia, je瞠li nie w�ciek這��. Rozmowa ju� si� nie klei豉 i pa雟two Zabrodzcy po瞠gnali si� wkr鏒ce. Matka jeszcze d逝go po ich odej�ciu medytowa豉 nad czym� przy stole, wcale nie zwa瘸j鉍 na badawcze, niespokojne spojrzenia ojca. Nast瘼nego dnia przypadkiem zobaczy貫m moj� matk�; z torb� pe軟� zakup闚 wraca豉 z targu, ale nie skierowa豉 si� do domu, tylko w przeciwn� stron�. Wesz豉 do cukierni �Pod Krzaczkami� i tam spotka豉 si� z panem Hipolitem Zabrodzkim. Siedzieli chyba z godzin�. Pan Hipolit Zabrodzki wypisywa� co� w notesiku, a matka zerkaj鉍 mu przez rami� przepisywa豉 to do swojego zeszytu. � Kupno konia... na razie tylko jednego... � jeszcze tego samego dnia wieczorem powiedzia豉 matka do ojca � absolutnie nie oznacza ulegania chorobie hazardu. To, m鎩 drogi, nie ma nic z tym wsp鏊nego. Stanowi po prostu niebywa章 szans�, kt鏎� musimy wykorzysta�. � Idiotyzm! Matka obruszy豉 si� gwa速ownie. � Pana Hipolita raczej nie mo積a pos鉅za� o nierealne mrzonki. Jest to rzeczowy cz這wiek interesu i do�wiadczony gracz � podkre�li豉 z naciskiem. � Zaproponowa� to nam w bezinteresownej 篡czliwo�ci, zrozum wreszcie, nie mo瞠my zmarnowa� takiej okazji. Pytam si�. Zmarnowa� tak� okazj�? � Idiotyzm � powt鏎zy� ojciec. Z rozmachem z這篡� w stos swoje klas闚ki, te poprawione i niepoprawione razem, wsta� od sto逝. Matka przytrzyma豉 go za r瘯aw. �ciszonym g這sem, pos逝guj鉍 si� swoim zeszytem, co� t逝maczy豉, podkre�la豉 o堯wkiem jakie� pozycje. Min像 tydzie� i w naszym domu zjawi� si� kulawy po�rednik handlu nieruchomo�ciami, Sobczak. Matka przekona豉 ojca. Zgodzi� si� na sprzeda� placu nabytego tu� przed wojn�. Pocz靖kowo na placu tym rodzice zamierzali wybudowa� sobie w豉sny domek. Kulawy po�rednik Sobczak te� si� nieco o篡wi� s造sz鉍 o celu, na kt鏎y mia造 by� przeznaczone pieni鉅ze ze sprzeda篡 placu. 12 � Ci篹kie pieni鉅ze... � zacz像 rozwlekle � ci篹kie pieni鉅ze pakuj� ludzie... znaczy w te konie... Matka popatrzy豉 na niego podejrzliwie. Kulawy po�rednik min� mia� jednak nieprzeniknion� i tym swoim ulubionym ruchem prze這篡� czapk� z jednego kolana na drugie. Zaraz po nim przyby� przyjaciel ojca, mecenas Kuligowski � ten, kt鏎y studiowa� filozofi� indyjsk� � 瞠by sporz鉅zi� dokument prawny okre�laj鉍y charakter sp馧ki przysz造ch posiadaczy konia. Jak zwykle niczym si� poza tymi Hindusami, Gandhim i Mahabharat� nie interesuj鉍, z mechaniczn� bieg這�ci� rutynowanego prawnika zabra� si� do redagowania dokumentu. Matka chcia豉 w nim umie�ci� ojca jako wsp馧w豉�ciciela konia wy�cigowego. Ale m鎩 ojciec sprzeciwi� si� temu stanowczo. Oto wszystko ju� prawie by這 gotowe i wielkim o篡wieniem b造szcza造 oczy mojej matki. Tu� przed p馧noc� zbudzi這 nas gwa速owne dobijanie si� do drzwi. To by豉 pani Zabrodzka. D逝go nie mogli�my zrozumie�, co si� sta這, gdy� 趾a豉 nieprzerwanie. Wreszcie w tym p豉czu da這 si� odr騜ni�: � Zabrali go! Zabrali! � Kogo?� zapyta豉 matka. � Hipolita! � wykrztusi豉 pani Zabrodzka. � Policja! Ojciec przyni鏀� karafk� spirytusowej nalewki i wmusi� w pani� Zabrodak� kielich tego mocnego trunku. Uspokoi豉 si� nieco i dowiedzieli�my si� wszystkiego. Pan Hipolit Zabrodzki wykorzysta� w celach hazardowych futra swoich klient闚, jak r闚nie� wszelkie dostarczane przez nich ostatnio sk鏎ki i b豉my. Zastawi� je u pok靖nych handlarzy i zacz像 gra� z rozmachem o coraz wi瘯sze stawki. Jednak szcz��cie opu�ci這 go i tylko przegrywa�. � Dure�! � powiedzia豉 pani Zabrodzka; po nalewce jej twarz poczerwienia豉 mocno, ogl鉅aj鉍 si� w lusterku starannie wyciera豉 rozmazany tusz z policzk闚. � Przed wojn� tak samo zrobi�. Tylko wtedy mia� szcz��cie. Odegra� si�. Zapad豉 cisza. Jak瞠 weso貫 oczy mia� wtedy ojciec. Te g喚boko schowane niebieskie oczy wprost skrzy造 si� od weso造ch b造sk闚. Przykra jeszcze by豉 rozmowa z po�rednikiem, kulawym Sobczakiem. Domaga� si� prowizji za trudy, kt鏎e poni鏀� w poszukiwaniu odpowiedniego nabywcy. Ojciec zgodzi� si� dosy� szybko na jego wyg鏎owane warunki, a matka wygl鉅a豉 jak nieobecna. Niebawem ja r闚nie� wkroczy貫m na sw鎩 szlak przyg鏚. Dosta貫m si� do wi瞛ienia i znalaz貫m si� na oddziale dla ma這letnich, w celi pod numerem 111. W pierwsze po逝dnie rozleg造 si� na korytarzu g這sy i tupot drewnianych but闚, a potem kolejno zgrzyta造 klucze w drzwiach cel na tym oddziale. � Batory jedzie � powiedzia� celowy Z鉉ek. Wkr鏒ce i nasze drzwi otworzy造 si� szeroko i w progu stan像 stra積ik oraz dw鏂h kalifaktor闚 z dymi鉍ym kot貫m zupy. Ustawili�my si� w ogonku z miskami i kiedy doszed貫m do drzwi, zagapi貫m si� na starszego kalifaktora ze zdumieniem. By� to pan Hipolit Zabrodzki. Ubrany tak samo jak ja, w szary drelich, na g這wie mia� okr鉚章 aresztanck� czapk� zwan� kanio趾�, tylko w零iki starannie przyczernione jak na wolno�ci. Te� pozna� mnie od razu. U�miechn像 si� pow�ci鉚liwie i chochl� zaczerpn像 zr璚znie z wierzchu kot豉 t逝szczu i skwarek do mojej miski, potem dorzuci� g瘰twy kartoflanej z dna. Tak by這 odt鉅 zawsze. T逝szcz i g瘰twa z dna zape軟ia豉 moj� obiadow� misk�. � Masz fory u tego fajfusa � m闚ili moi koledzy. � Znajomy z wolno�ci � odpowiada貫m. A raz, kiedy z powodu choroby nie wyszed貫m na spacer, zajrza� do mojej celi. Mia� tutaj, na naszym oddziale wyra�ne wzgl璠y, gdy� drzwi celi otworzy� mu oddzia這wy Szcz瘯a i 13 wcale nie sprzeciwi� si�, kiedy pan Hipolit wr璚zy� mi dziesi靖k� papieros闚 i dodatkow� porcj� chleba. � Jak tam zdrowie szanownej mamusi? � zapyta�. Nie czeka� na odpowied� i m闚i� dalej: � G逝pota ludzka nie ma granic. Oto dlaczego tu jestem. Prostaki. Gdyby zechcieli troch� poczeka�... Odegra豚ym si� jak nic. Jeszcze z pa雟k� mamusi�, maj鉍 w豉snego konia, dopiero by�my pokazali... Urwa� i zapatrzy� si� w kawa貫k letniego nieba poci皻y kratami. � Sezon � powiedzia� � psiakrew! 14 M這dy w niebieskim kombinezonie Jest to pierwsza brama przy tej ulicy. Skr璚a si� od �r鏚mie�cia w t� ma章 uliczk� i je�li dni s� upalne, brama zaprasza przyjemnym, cho� mo瞠 troch� zat璚h造m ch這dem. Naprzeciw znajduje si� bar �Pod Bomb��. Zdarzy� si� mo瞠 � wypijesz za du穎, wtedy najlepiej trzymaj鉍 usta w gar�ci pobiec prosto do tej bramy. W podw鏎zu w�r鏚 drewnianych zabudowa� rozsiad� si� obszerny klozet, trzeszcz鉍a rdzawego koloru buda. Dozorca tego domu jest cz這wiekiem niem這dym i rozmownym. Ch皻nie do ciebie zagada. � Ano, dzie� mamy 豉dny... Ludzie s� tacy, siacy... Je�li znasz si� na rzeczy, pocz瘰tuj go papierosem. B璠zie zaci鉚a� si� chciwie; pokiwa g這w�, powie co� o zdrowiu i polityce. Rozejdziecie si�. Na prawo od bramy wisi szyldzik �Biustonosze�. Przychodzi tu du穎 kobiet, niekt鏎e niebrzydkie i ch皻ne. Przy pewnym wysi趾u mo瞠sz pozna� ca趾iem do rzeczy kobiet�. W samym rogu jest �Manikiur i podnoszenie oczek�. Tam w niewielkim okienku dojrzysz 豉dn� dziewczyn�. Ciemnow這sa o niebieskich oczach. Ale nie natnij si�, dziewczyna ta widzi wy章cznie przystojnych i modnych facet闚. Tylko wtedy b造�nie w jej spojrzeniu uznanie. Niby przypadkiem wyjdzie przed zak豉d, w s這neczny dzie� przeci鉚nie si� kocio. Maj鉍 kiepsk� urod�, byle jakie w這sy i szerokie spodnie, westchnij jedynie i id� do swojej dziewczyny. Podw鏎ze otaczaj� z trzech stron mury czteropi皻rowej kamienicy. W oknach susz� si� gacie, �cierki, babska r騜owizna. Na balkonach wisi po�ciel. Gdzie� s造cha� �piew. Z drugiego pi皻ra kto� wrzeszczy: � J霩ek, na obiad! Niekiedy zajdzie na podw鏎ze w璠rowny majster. � �luuuusarz, luuutuje, reperuje! � wyci鉚nie przenikliwie. Wygl鉅a jak kataryniarz. Oczy dziewczyny z �Manikiuru i podnoszenia oczek�! b造szcz� marzycielsko. Jest pewnie przed randk� lub po randce... Dzi� by這 upalnie. S這鎍e grza這 cholernie, a niebo powleka� zamglony, okrutny b喚kit bez jednej chmurki. Ludzie ocierali spotnia貫 twarze i oddychali ci篹ko. Ko這 po逝dnia spiekot� och這dzi� nieco mizerny wietrzyk, kt鏎y podrywa� zwiewne sukienki kobiet i ods豉nia� bia貫, jeszcze nie opalone nogi. Na obna穎nych nogach zatrzymywa造 si� spojrzenia m篹czyzn, po蕨dliwe i bezsilne od tego upa逝. Sprzedawczyni ze sklepu przy bramie po�piesznie zamkn窸a drzwi. � S�... Na pewno tam s�! � krzykn窸a ostro. Gruba kobieta i ch這pek w trykotowej koszuli pokiwali zgodnie g這wami. Sprzedawczyni wywieszaj鉍 na drzwiach sklepu kartk� z kulfoniastym napisem �Zaraz wracam� znowu co� krzykn窸a, wskazuj鉍 w stron� bramy. Ten w trykocie zdepta� papierosa. Weszli w podw鏎ze. Dwaj w niebieskich kombinezonach, spaleni s這鎍em i oci篹ali, r闚nie� przystan瘭i przy bramie. Zapatrzyli si� w jej ciemne wn皻rze. Starszy, w零aty, chcia� i�� dalej. Jego g鉉czasta twarz sp造wa豉 potem, przetacza� j瞛ykiem po spieczonych wargach i marzy� o gorzkawym, zimnym porterze. By� niezaprawiony i z造. Ten drugi, m這dy ch這pak, mia� w oczach m璚z鉍y obraz kobiecych n鏬, kt鏎ych tyle zobaczy� dzisiaj. Ostatnie, z rogu, pe軟e, niepokoj鉍e. Nogi kobiety przed komisem. Twarzy nie widzia�, ale 豉two wyobrazi� j� sobie. Potar� o spodnie wilgotne d這nie. � Chod�, Malinowski, zobaczym � powiedzia� ochryple. Powlekli si� do bramy. Z rozkosz� wdychali jej zapach. Potar� o spodnie wilgotne d這nie. Przed wychodkiem zebra豉 si� gromadka ludzi. 15 Krostowaty m這dzik w wi�niowych wyglansowanych butach, baba o wygl鉅zie kataniary, sprzedawczyni i gruba ze swoim ch這pem w marynarskim trykocie. Z rogu, tam gdzie �Manikiur i podnoszenie oczek�, wygl鉅a豉 豉dna dziewczyna. Drzwi klozetu skrzypia造 lekko, poruszane wiatrem. � Nied逝go si� rozleci � mrukn像 dozorca, stoj鉍y na uboczu. � Ale co poprawia�... � o篡wi� si� nieco � wszystko to przeznaczone na rozbi鏎k�... � Mimo upa逝 nosi� bia造 sweter pod szyj�. � Widzia豉m, jak weszli � powiedzia豉 sprzedawczyni, zerkaj鉍 zalotnie na krostowatego. Ch這p w trykocie u�miechn像 si� g逝pawo. Krostowaty zatrzyma� wzrok na wydatnych, obwis造ch piersiach sprzedawczyni. � Frajerek ma na ni� ch耩 � warkn像 m這dy w niebieskim kombinezonie. � Ma ch耩... Malinowski wyci鉚n像 pogniecione sporty. Zapalili. Spluwali, czuj鉍 gorycz. � Najlepsze s� radomskie � powiedzia� m這dy w niebieskim kombinezonie, rozgniataj鉍 w palcach papierosa. ζdna dziewczyna wysz豉 przed zak豉d. Spojrzenie m這dego w niebieskim kombinezonie spotka這 si� z jej oczami. Oboj皻nie przenios豉 wzrok na innych. Ten m這dy przygryz� wargi. Malinowski pomy�la� o gorzkawym, orze�wiaj鉍ym porterze i poruszy� si� niecierpliwie. � Siedz� i siedz� � westchn窸a gruba. � Co za okropno��! � splun窸a z obrzydzeniem. Jej ch這p w trykocie pokiwa� skwapliwie g這w�. ζdna dziewczyna z �Manikiuru� przysun窸a si� do zebranych. Sprzedawczyni zmierzy豉 j� zawistnie. Dziewczyna spojrza豉 na zegarek. � Pi皻na�cie minut � za�mia豉 si�. Poprawi豉 k璠zierzaw� fryzur�. � Takie rzeczy robi si� d逝go � odezwa� si� krostowaty. Patrzy� przymilnie na dziewczyn�. � Wszystko robi si� d逝go � burkn像 m這dy w kombinezonie. Czu� wzrastaj鉍� niech耩 do krostowatego. Gruba zainteresowa豉 si� sukienk� 豉dnej dziewczyny. � Gustowna, bardzo gustowna � powt鏎zy豉 kilka razy z upodobaniem. � Z ciuch闚 � wyja�ni豉 dziewczyna. Na sukience w�r鏚 dziwacznych kwiat闚 igra造 ma逍ki i wiatraki. M這dy w kombinezonie opu�ci� wzrok ni瞠j. Nogi dziewczyny by造 d逝gie i br頊owe. Gwa速ownie post雷i� krok w stron� klozetu. Dotkn像 drzwi. � D逝go tak mo積a? � rzek� ze z這�ci�. � M鎩 Bo瞠 � szepn窸a sprzedawczyni. Malinowski poci鉚n像 m這dego za r瘯aw. � Chod� � rzek� z udr瘯�. Pomy�la�, 瞠 w taki upa� ludzie mog� wypi� wszystek porter. Drzwi klozetu rozchyli造 si� z piskiem. Wszyscy wpatrzyli si� w szpar�. Najni窺zy, go�� w trykocie, wzni鏀� si� na palcach. Ale nie wychodzi� nikt. Co� tylko zamajaczy這 w �rodku. � Boj� si� � uzna豉 gruba kobieta. � Przed wojn� � odezwa� si� ten w trykocie � pe軟o by這 takich w miejskich szaletach... Polowali na naiwniak闚. M這dy w kombinezonie przyjrza� mu si� k逝j鉍o. � A pan mia貫� chyba najwi瘯sze u nich powodzenie? Dozorca rozkaszla� si� astmatycznie. Kaszel jeszcze nie ucich�, gdy drzwi klozetu otworzy造 si� szeroko. Wyszed� stamt鉅 niem這dy cz這wiek bry這watej postaci. Obci鉚n像 kremow� wiatr闚k�. � To on � szepn窸a sprzedawczyni, poruszaj鉍 niespokojnie nogami. M篹czyzna wyprostowa� si� i spojrza� ponad g這wy zebranych. Jakby na niebo. Jakby na mury kamienicy. M這dy w kombinezonie dojrza� w��laste zgrubienia 篡� na jego szyi. 16 M篹czyzna, kt鏎y wyszed�, obr鏂i� si� i patrz鉍 tam, do �rodka, poruszy� wargami. Wtedy wyszed� ten drugi. Jakby s這鎍e spad這 na podw鏎ze. By� to naprawd� pi瘯ny ch這piec. W�r鏚 szarych mur闚 na tym podw鏎zu z wiecznym cieniem nigdy nie by這 takiego. G瑿y zebranych pobrzyd造 jeszcze bardziej. Ten w trykocie ma造 i zaro�ni皻y szczur. Jego szpetna baba, kataniara, mru篡豉 �wi雟kie oczka... I inni. Dozorca sta� na uboczu, stary i nachmurzony. Sprzedawczyni z wysi趾iem przenios豉 wzrok z twarzy pi瘯nego ch這pca na szyj� krostowatego. Szyja by豉 czerwona, z poszarpan� blizn�, 逝pie� znaczy� si� na ko軟ierzu. M這dy w niebieskim kombinezonie przetrz零a� kieszenie. � Papierosa � szepn像 chrapliwie. Ale Malinowski nie us造sza�. Dziewczyna z �Manikiuru� poruszy豉 si� jak lunatyczka. Chcia豉 koniecznie zobaczy� pi瘯nego ch這pca z bliska. W這sy mia� kr鏒ko przyci皻e, faliste. Takie jak k璠ziory greckich rze�b. Takie jak ka瞠 moda. Dziewczyna rozchyli豉 usta. Kilka ju� lat pracuje tutaj i jeszcze nigdy nie widzia豉 takiego ch這pca. Chodzi cz瘰to do kina � w filmach te� nie. Zapragn窸a, 瞠by ich spojrzenia si� spotka造. Nat篹y豉 mocno wzrok, a� piek這 pod powiekami. A on, ten pi瘯ny ch這piec, nie widzia� jej wcale, patrzy� w twarz m篹czyzny w kremowej wiatr闚ce. Krostowaty odsun像 sprzedawczyni�. � Bi� nygus闚! � wrzasn像 nagle. Wtedy pierwszy z nich, ten w wiatr闚ce, powiedzia� co�, ale nikt go nie zrozumia�. Us造szeli tylko zd豉wiony g這s. Potem uni鏀� r瘯�, pr鏏uj鉍 zas這ni� twarz. M這dy w niebieskim kombinezonie waln像 na odlew. Siwawe w這sy rozsypa造 si� rzadko. Kosmyk zakry� czo這 i oczy m篹czyzny w wiatr闚ce. Kataniara zapiszcza豉 z emocji. Malinowski przymierzy� si� i 逝pn像 z lewej tego pi瘯nego ch這pca. Poczu� gniew i poprawi� mu jeszcze solidnym kopniakiem. Pi瘯ny ch這piec upad� pod �mietnik. Dziewczyna z �Manikiuru i podnoszenia oczek� zacisn窸a powieki. Dozorca starannie zamkn像 drzwi klozetu. Krostowaty uderzy� tego w wiatr闚ce. Ten zachwia� si� i zatrzepota� r瘯oma. � Krew! � pisn窸a sprzedawczyni. � Za豉twia si� klient闚 na czysto! � Krostowaty przykuli� si� i uderzy� jeszcze raz. Ten w kremowej wiatr闚ce upad�. � Pod obcasy paskudziarza! � ucieszy� si� ch這p w trykocie. M這dy w kombinezonie popatrzy� na le蕨cego. Twarz mia� zamazan� krwi�. Podkurczy� nogi. Nie broni� si�. Nie krzycza�. I oczy mia� otwarte. � Starczy, przecie� le篡! � m這dy w kombinezonie gwa速ownie uni鏀� g這w�. � No, nie! � jego g這s zadrga� z這�ci�. Zast雷i� drog� temu w trykocie. Sprzedawczyni oddycha豉 nier闚no, trzymaj鉍 si� za wielkie piersi. � Ach, w te buforki � zamlaska� krostowaty � w te buforki... � Starczy � powt鏎zy� gro�nie m這dy w niebieskim kombinezonie. Ch這pek w trykocie cofn像 si� pos逝sznie. Wszyscy spogl鉅ali teraz na podnosz鉍ego si� z ziemi m篹czyzn� w kremowej wiatr闚ce. Pi瘯ny ch這piec uj像 go pod rami�. Wyciera� mu twarz chusteczk�. Dziewczyna z �Manikiuru� odwr鏂i豉 g這w�, ale i tak widzia豉 go dok豉dnie w odbiciu szyby. Z trudem przenios豉 wzrok na zebranych. Dozorca splun像 pod nogi tym z klozetu. � No, wynocha, bo jeszcze!... � Jakie jeszcze! � m這dy robotnik rwa� si� z u�cisku Malinowskiego. Przekl像 raz, drugi. � Spok鎩, panowie... � 豉godzi� ch這p w trykocie. � Ju� po wszystkim � doda� ugodowo krostowaty. Ci dwaj skierowali si� do bramy. Przed jej ciemnym wn皻rzem jeden z nich si� obejrza�. On. Pi瘯ny ch這piec. M這dy w niebieskim kombinezonie utkwi� wzrok w noskach swych zawapnionych gumiak闚. Wszyscy milczeli. 17 � P鎩dziemy � rzek� Malinowski. � Tylko czas nam zabra豉 � wybuchn像 nagle jego m這dy kumpel � ta stara wyw這ka. Stara wyw這ka � powt鏎zy� patrz鉍 na sprzedawczyni�. � A ta druga do pazur闚 i po鎍zoch won!!! M闚i豚y jeszcze, ale Malinowski, kt鏎y ju� nie m鏬� wytrzyma� bez porteru, poci鉚n像 go mocno za r瘯�. � Chamstwo! � cisn窸a za nimi sprzedawczyni. Ci dwaj w niebieskich kombinezonach nie us造szeli. Wyszli przed bram�. Rozgl鉅ali si� chwil�. Ale tamtych nigdzie nie by這 wida�. � Po逝dnie � mrukn像 Malinowski i ruszy� w stron� baru po drugiej stronie ulicy. M這dy pow堯cz鉍 nogami poszed� za nim. W barze �Pod Bomb�� brz璚za造 na szybach muchy. Kilku w璕larzy chla這 na um鏎. � Dwie wi瘯sze! � krzykn像 m這dy w niebieskim kombinezonie. Barmanka przesta豉 czy�ci� paznokcie. U�miechn窸a si� apatycznie i nape軟i豉 szklanki w鏚k�. Przez zas這n� wida� by這 bram� naprzeciw. M這dy wypi� duszkiem. Wpatrzy� si� w okno. � Wyszli � powiedzia� gwa速ownie. Sprzedawczyni i krostowaty pod嘀yli w stron� �r鏚mie�cia. Malinowski nawet nie spojrza� w okno i wypiwszy w鏚k�, z rozkosz� s鉍zy� porter. � Taka twarz � zamy�li� si� m這dy w niebieskim kombinezonie � taka twarz... Kobity za nim w ogie�... � Wpatrzy� si� w zr璚zne palce barmanki, kt鏎a ustawia豉 p馧misek ze �ledziowymi sa豉tkami w gablocie. Nagle napr篹y� si�. � Stary, to ty przy這篡貫� mu tak porz鉅nie, co? � powiedzia� cicho. Wlepi� wzrok w twarz Malinowskiego, kt鏎y poczu� si� nieswojo. Odstawi� porter, obejrza� wierzch swej d這ni, schowa� j� pod st馧. � A ty to niby co? � wymamrota�. � Kopyto w 豉pie te� masz t璕ie... � roze�mia� si�. Jednak urwa� zaraz, gdy� wyda這 mu si�, 瞠 wyraz twarzy jego m這dego kumpla sta� si� jaki� dziwny. � Od pocz靖ku m闚i貫m � zako鎍zy� � chod� na porter... � Szefowo, dwie wi瘯sze! � krzykn像 ten m這dy w niebieskim kombinezonie, uderzaj鉍 szklank� w blat stolika. 18 Dawny kumpel z Bud Spotka貫m go w autobusie linii 122. Akurat kierowca przytrzasn像 staruszka po堯wkami automatycznie zamykanych drzwi. Staruszek charcza� i trzepota� si� jak ptak. Kierowca z zainteresowaniem spogl鉅a� w lusterko i milczeniem zbywa� nie�mia貫 protesty pasa瞠r闚. Dopiero kto� przecisn預szy si� do przodu powiedzia�: � No otwieraj pan, szybciej!! G這s ten zabrzmia� stanowczo i ochryple. Kierowca odwr鏂i� g這w�. Popatrzyli na siebie. Przeci鉚造 syk, drzwi otworzy造 si� szeroko. Staruszek zosta� uwolniony. Wszyscy odetchn瘭i z ulg�. Wtedy go pozna貫m. On mnie te�. By貫m dumny z niego. Jedyny po�r鏚 tylu pasa瞠r闚. � Nie lubi� taikiego kozakowania � skrzywi� si�. � Niech podskoczy do r闚nego. Wysiedli�my na najbli窺zym przystanku. � Ile to ju� lat � powiedzia貫m. � Jak d逝gi wyrok � za�mia� si�. Byli�my z jednej ulicy. Razem �lizgali�my si� po zamarzni皻ej gliniance, grali�my w szmacian� pi趾� i chodzili�my na szaber do niemieckich magazyn闚 na fortach. Nale瘸� do paki Piechura. Janka Piechura z Bud. Wi璚 do tych, co mi najbardziej imponowali si章 i odwag�. Jego dw鏂h braci te� pami皻a貫m doskonale. Podczas wojny pruli kolejowe transporty niemieckie. Najstarszy straci� nogi przy tym niebezpiecznym zaj璚iu. O nim to napisa貫m opowiadanie. Tutejszy Mieriesjew. Tak go nazwa貫m i pr鏏owa貫m opisa� jego tward�, pe軟� niezwyk貫go uporu walk� z kalectwem. Ten by� najm這dszy. M鎩 r闚ie�nik. Uczestnik wielu b鎩ek z Wol�. Z Wol� mieli�my zadawniony konflikt. Przyczyna ju� niemo磧iwa do ustalenia. Najm這dszy zas造n像 wtedy z niezawodnego uderzenia g這w�. � Mia貫� ten 貫b � wpad貫m w zachwyt � jak taran! Zdj像 czapk�, rozgarn像 w這sy i pokaza� bia章 blizn� nad czo貫m. � Pami皻asz Mamuta? � zapyta�. Mamut najgro�niejszy z Woli. Pokraczny, s這niowaty i usta mia� pe軟e zepsutych, czarnych z瑿闚. � Pewnie � przytakn像em. � To Mamut w豉�nie � powiedzia� przeci鉚le � tak mi wypaskudzi�. By� w sk鏎zanym p豉szczu i samodzia這wej cyklist闚ce na g這wie. Stary podmiejski szyk. Sk鏎a w豉�nie. Krzepki, barczysty i jeszcze nieoty造. � Nie zmieni貫� si� wcale. � 畝rtujesz. Spojrza� na nadje盥瘸j鉍y autobus. R闚nocze�nie na zegarek. � Ten czas zasuwa bez fajerantu. Zapalili�my. Pokaza� t� wielk� budow� na placu za nami. Ju� by豉 pod dachem. � Szybko ci鉚n�. Oczy zmru篡� przed s這鎍em. � Tu stan像em na nogi. Robi貫m na d�wigu i mo積a by這 zarobi�. Kierownik wypisywa� wi璚ej, ni� wyrabiali�my. Akurat M-3 wtedy dosta貫m. Jak cacko teraz, kafelki w 豉zience, meble na wysoki po造sk, telewizor Granit. Musisz zobaczy�. Ci鉚le patrzy� na t� wielk� budow�. Rusztowanie, b造szcza豉 miedziana blacha na dachu, uwijali si� ludzie. 19 � Ju� tu nie robi�. Sko鎍zy豉 si� kanada. Zdj瘭i kierownika. Nadjecha� kolejny autobus. Nie zainteresowa� si� nim wcale. � Wiesz, jak si� z kobit� pozna貫m? W Telekomie na zabawie to mia這 miejsce. Patrz�, siedzi taka jedna. Podskoczy貫m do niej. Ca章 noc przeta鎍zyli�my, niedotykalska, ani przycisn寞, ani pomaca�. Odprowadzam, chc� poca這wa�, a ona: tylko nie w usta! No i po miesi鉍u �lub. Szybko, nie? Ale nie narzekam. Kieszeni mi nie sprawdza i dom prowadzi, jak trzeba. Lepiej mi nie b璠zie � powiedzia� z naciskiem. � Nie. Czego wi璚ej szuka�... Ilu naszych ch這pak闚 ju� w piachu. Stasiu Garbinos, pami皻asz? Albo Maniek, ten co z Jad�k� Paskud� kr璚i�. Poko鎍zyli si� kozacy. Szukali nie wiadomo czego. Rudy, jeszcze do tej pory, pochla wi璚ej i bredzi jak pot逝czony: nie ma dla mnie 篡cia, nie ma... Tak jakby tylko dla niego. Frajerska mowa. Rozklei� si�. Gieroj za dych�! � wzburzy� si� i poczerwienia�. � Sam te� raz wi璚ej wypi貫m, to a� mnie roznosi這. Ciasno tak... Kobit� mam charaktern� i ona mi m闚i: co tak szumisz, g這w� muru nie przebijesz. Ma racj�. Nie wolno tak sobie popuszcza�... Ja tam lubi� w chacie siedzie�, dziesi靖e pi皻ro, widok z okna taki, kawa� miasta a� za Wis章. Dobra chata wa積a sprawa. Tak w豉�nie u mnie jest. Dobrze... W drugim bloku jeden hultn像 z 鏀mego pi皻ra, nie by這 co zbiera�. Co� go nasz這, nie wiadomo... A u mnie niedawno w豉manie chcieli zrobi�. Kobita posz豉 do sklepu, a ja na zwolnieniu akurat. Dzwonek, nic si� nie odzywam, puka, raz, drugi, ja dalej nic, chrobot w zamku s造sz�, pas闚k� dobiera. Schowa貫m si� pod st馧 i czekam. Wytryszkiem skluczy�, nawet szybko, i wchodzi. M這dziak taki, rozejrza� si� i od razu szaf� otwiera, 豉py pod bielizn� 豉duje, gmera� zaczyna, wie, cwaniaczek, gdzie baby fors� kitraj�. Wtedy do niego wyskoczy貫m. Zdr皻wia�, na kolana pad� i o lito�� prosi. Ja mu m闚i�: co p瘯asz, poka� klas�, mo瞠my si� spr鏏owa�. Gdzie tam, tylko cykoria nim trz瘰豉. Co zrobi� z takim? Da貫m mu wycisk i za drzwi won! � Trzeba by這 na milicj� nygusa � wyrwa這 mi si�. � E tam, ma這latek. Tak jak my kiedy�. Nie pami皻asz? Zawstydzi貫m si�. � Tak jak my kiedy� � powt鏎zy�. � Szukali�my fartu. Mojki, skoki, odsiadki i tak dalej. Starannie wdepta� niedopa貫k papierosa w ziemi�. � Czasem chcia這by si� tak zn闚. Tylko nie te lata ju�. Gorza豉 na przyk豉d, dawniej litr i nic. Teraz po flaszce robi si� we 豚ie zamieszanie. Na to nie ma sposobu. Ka盥emu z naszych ch這pak闚 to klaruj�. Nie ma co szuka�, nic nie znajdziesz. Jak to m闚i jeden taki majster od nas: sadas sadupas, wy瞠j nie dasz rady. Tak wi璚 w chacie przewa積ie siedz�. Mo積a si� w telewizor pogapi�, flaszk� rozpi�, moja kobita lubi tylko s這dk�... albo do szwagra, blisko mieszka. Wyobrazi貫m sobie naraz to siedzenie, patrzenie. Te przeciekaj鉍e dni, noce. Kleiste takie, szare i niezmienne. Skrzywi貫m si�, jakby rozbola� mnie z鉉. Zauwa篡� moj� min� i u�miechn像 si� pob豉磧iwie. � Nie pasuje ci. Mnie te� nie za bardzo. Ale nie by這 jeszcze takiego rebego, 瞠by lepiej wymy�li�. Wpatrzy� si� wyczekuj鉍o. Nie znalaz貫m odpowiedzi. � Dzieciaki mam udane � odezwa� si� po chwili � parka, ch這pak i dziewczyna. Ch這pak ma sze�� lat, a jaki silny. Ze starszymi daje sobie rad�. W sobot� wracam z roboty, patrz�: dw鏂h za豉twi� w kr鏒kich abcugach, trzeciego wp馧 chwyci� i do g鏎y podnosi. Pyta: tato, co z nimi zrobi�. Postaw, m闚i�, jeszcze si� rozleci. Taki z niego zawodnik, niech si� nie daje, dop鏦i mo瞠... Tak go ucz� od male鎥o�ci. Znowu zapalili�my. � A co u ciebie? � zapyta�. � U mnie? � wpad貫m w pop這ch. � Nic... Ani 穎ny, ani dzieciaka. � To d逝go si� uchowa貫� � zdziwi� si�. � Te� nie�le. Skaczesz sobie z kwiatka na kwiatek. 20 Ko造sa� si� na szeroko rozstawionych nogach. Skrzypia� p豉szcz sk鏎zany. Bry豉 taka. Jak ten jego brat najstarszy. Nasz Mieriesjew znaczy. � ηem by� tak potrafi� jak dawniej? � zapyta貫m. Zastanowi� si�. � Co by nie. Jakby trzeba by這. Tyle 瞠 si豉 nie taka... Ten Mamut � doda� nieoczekiwanie � dopiero mia� kopa w 豉pie. Jak si� nie zacz像 szanowa�, to na pewno ziemi� dawno ju� gryzie. Spojrza� na zegarek. � Kobita z obiadem czeka � powiedzia� troch� wstydliwie. � Wiesz, jak to baba, czeka i nie wiadomo co sobie my�li. Po瞠gnali�my si� wymieniaj鉍 adresy. Ju� na stopniu, w drzwiach autobusu, obejrza� si� i zapyta� �ciszonym g這sem: � Ci jehowcy, wiesz, ta sekta, przepowiadaj� koniec �wiata na siedemdziesi靖y pi靖y rok, jak ty si� na to zapatrujesz? Wpatrzy� si� we mnie z nat篹eniem. Nie zd嘀y貫m odpowiedzie�. Drzwi zatrzasn窸y si� z sykiem. Autobus odjecha�. Dawny kumpel z Bud. Zacz像em wymachiwa� r瘯� za autobusem. Tego nie m鏬� ju� zauwa篡�. Tak sta貫m wi璚. Ja. S豉by i zm璚zony trudem zaczerniania papieru. Na這gowiec tego zaczerniania. Ile ju� zapisanych stos闚. Ani dzieciaka, nic. Jednak po uprzytomnieniu sobie jego ostatniego pytania poczu貫m si� nie taki ca趾iem samotny. To pytanie 章czy這 nas przecie�. Jego i mnie. Tak oto pomy�la貫m i zapatrzy貫m si� na t� wielk� budow� obro�ni皻� rusztowaniem, z widocznymi tu i 闚dzie ruchliwymi figurkami pracuj鉍ych ludzi. Ich te�. 21 W obliczu �mierci By� styczniowy, zimny poranek. Niemcy opu�cili miasteczko noc�. Tylko w domku przy szosie prowadz鉍ej na zach鏚 pozosta豉 ta gruba Stahlowa. M篹czy�ni pod najwi瘯sz� kamienic�, zwan� Pekinem, naradzali si� z o篡wieniem. Zacina� ostry wiatr. Kasztany za torem kolejki gi窸y si� sm皻nie, nagie i czarne. � Konfidentka! � ch這pcy pos造szeli z貫, okupacyjne s這wo. � Konfidentka! � powtarzali m篹czy�ni pod Pekinem. � B璠zie heca � Piegowaty, co mieszka� na Budach, zaciera� d這nie. Przysun像 si� do m篹czyzn. Ale oni przegonili go zaraz. Tramwajarz Adamiec wskaza� na domek przy szosie. M篹czy�ni poruszyli si� niespokojnie. Twarze mieli zaci皻e i drapie積e. � Ona ju� dawno dosta豉 wyrok � m闚i� Piegowaty � znaczy od tych z konspiracji, i nie zd嘀yli... Krzysztof spogl鉅a� na ten szary domek z czerwonym dachem. Taki jak inne w miasteczku. Jedynie bardziej na uboczu. � Idziemy! � krzykn像 krawiec, przezywany ζta na ζcie. Ruszyli tam ca章 gromad�. Nawet pan Osochin, w豉�ciciel restauracji �Wenecja�, pod嘀y� za nimi. Szed� najwolniej, pow堯cz鉍 drewnian� nog�. � Chod� � rzek� Piegowaty, przyw鏚ca ch這pc闚 z tej ulicy. Lecz ojciec Krzysztofa mia� zaci�ni皻e usta, przytrzyma� go za rami�. Piegowaty pobieg� za m篹czyznami. Inni ch這pcy te� wynurzyli si� z bramy Pekinu. Krzysztof wr鏂i� z ojcem do domu. � No i co? � zapyta豉 matka. Ojciec pokiwa� g這w�. Matka westchn窸a. A ojciec stan像 przy bibliotece i dziwacznym, dr蕨cym gestem g豉dzi� ksi嘀ki. Patrzy� na z這cone tytu造 na grzbietach. I zaraz jego d這� si� cofn窸a. � Ksi嘀ki � powiedzia�. � Pi瘯ny �wiat humanist闚... Bezradny �wiat humanist闚... Krzysztof poczu�, 瞠 dzieje si� co� strasznego. Nawet pyta� o nic ju� nie chcia�. By豉 cisza. Uliczka opustosza豉. Gdzie� zaszczeka� pies. U Krzywookiego � pomy�la� Krzysztof. Szczekanie psa urwa這 si�. Z powrotem cisza styczniowego poranku. Wrony zastyg造 martwo na telegraficznym drucie. Krzysztof zacz像 liczy� te czarne ptaki, poutykane ciasno jak na grz璠zie. Jednak w po這wie odleg這�ci mi璠zy dwoma s逝pami zaprzesta�. Pomy�la� o tych, kt鏎zy pobiegli tam, do ostatniego domku przy szosie. Niespodzianie uliczk� wype軟i造 krzyki. � Wr鏂ili � powiedzia� ojciec i twarz mu si� znowu �ci鉚n窸a. Nakaza� Krzysztofowi nie wychodzi� nigdzie. Sam za� rozpocz像 nerwowy spacer po przek靖nej pokoju. Krzysztof wymkn像 si� z mieszkania kuchennymi drzwiami. Pobieg� pod Pekin. Natkn像 si� tam na zadyszanego Cygana. M篹czy�ni ju� stali w bramie. ζta na ζcie drepta� podniecony i szczerzy� w u�miechu bezz瑿ne dzi零豉. � To on! � Cygan wskaza� Felka Piaskarza, milcz鉍ego ch這pa o czarnym zaro�cie. Felek Piaskarz 熤i� papierosa. Ci篹ko zwiesi� g這w�. � Nale篡 ci si� 獞iartka � powiedzia� pan Osochin, w豉�ciciel restauracji �Wenecja�. Poklepa� go po plecach. Piaskarz odtr鉍i� jego r瘯� i ni瞠j pochyli� g這w�. 22 � On! � powt鏎zy� Cygan wpatruj鉍 si� w niego z podziwem i strachem zarazem. � I powiesili � powiedzia� i wzdrygn像 si�. Krzysztof pobieg�. Piegowaty i inni ch這pcy byli jeszcze na miejscu. W otwartej furtce wisia豉 ona. Ta gruba Stahlowa. Krzysztof podszed� bli瞠j. Patrzy� na cia這 bezw豉dnie zwisaj鉍e z poprzecznego pr皻a nad furtk�. Sukienka, sine nogi i zsuni皻e w niechlujnych fa責ach po鎍zochy. G這wa opad豉 jak z豉mana tarcza s這necznika, w這sy zas豉nia造 twarz. Pierwszy raz zobaczy� �mier� z bliska. Jeszcze niedawno widzia� t� grub� Stahlow�, jak sz豉 do sklepu pana Maslicha, i s造sza�, jak 瘸rtowa豉 z podpitymi banszucami przy ulicznej pompie. A teraz tylko sztywny, pokurczony kszta速. Piegowaty u�miechn像 si� g逝pawo i zbli篡� do powieszonej kobiety. Pewnym, dziarskim krokiem. I kred� wyrysowa� na jej plecach ko這, w tym kole drugie, mniejsze, trzecie, czwarte. Sweterek mia豉 zielony. Bia貫, kredowe ko豉 by造 bardzo wyra�ne. � Strzelnica! � og這si� Piegowaty. Odchodzi� krokiem r闚nym, wymierzonym. Ustala� odleg這��. Zatrzyma� si� przy schodkach jej domu. Zmru篡� oczy. Z kieszeni wyci鉚n像 proc�. Inni ch這pcy patrzyli w milczeniu. Ma造 Kapucha nie wytrzyma� i odwr鏂i� g這w�. Piegowaty powoli, z namys貫m naci鉚a� gum�. Ale nie zd嘀y� wypu�ci� z niej kamienia. Krzysztof wyrwa� mu proc�. Ze w�ciek章 pasj� zacz像 豉ma� wide趾i, szarpa� gum�. � Co� ty!... � oczy Piegowatego zaiskrzy造 si� niebezpiecznie i r瘯oma tak zako造sa�, jakby sposobi鉍 si� do uderzenia. Jednak Krzysztof nie zl隕� si� go wcale. I broni� si� te� nie mia� zamiaru. Tylko sta� i patrzy� na tamtego z pogard�. Piegowaty przest雷i� z nogi na nog�, spojrza� na swoje pi��ci, rozlu�ni� je i chrz隕n像 z zak這potaniem. Popatrzy� na ch這pc闚. Ale oni wszyscy twarze mieli wrogie, odpychaj鉍e. � Szkoda procy � wymamrota�. I wyci鉚n像 r瘯�. Krzysztof jego d這ni nie przyj像. Dalej patrzy� z pogard�. Piegowaty poczerwienia�. Niezgrabnie manewrowa� odtr鉍on� d這ni�, schowa� za plecy, wysun像 do przodu; wreszcie w這篡� do kieszeni. Wtedy to na schodach tego domku z czerwonym dachem pokaza豉 si� babka ma貫go Kapuchy, objuczona pierzyn� i kilkoma poduszkami. Jeszcze raz zajrza豉 do wn皻rza, zastanawiaj鉍 si�, czy nie powr鏂i� tam zn闚. � Rozdrapali wszystko � powiedzia豉 zrz璠liwie. Schodzi豉 po stopniach bardzo powoli, uginaj鉍 si� pod ci篹arem swojego 逝pu. Uchyli豉 nieco g這w� i oboj皻nie min窸a wisz鉍� w furtce kobiet�. Pocz豉pa豉 ulic� i zaraz znikn窸a za parkanem. Cicho by這 i straszno. Ch這pcy stali nieruchomo i nie czuli wcale zimnicy przenikaj鉍ej za ubranie. 23 Dawna niedziela Lucyna by豉 c鏎k� s零iad闚. Ju� malowa豉 si� i spogl鉅ali na ni� m篹czy�ni. M鎩 ojciec te�. � Ho瘸 � powiada�. My, ch這pcy z paki Janka Piechura z Bud, podgl鉅ali�my Lucyn�. Nad stawem w trzcinach zobaczyli�my, jak opala豉 si� nago. Le瘸豉 z szeroko rozrzuconymi nogami i wszystko by這 tam wida�. Kt鏎y� z nas nadepn像 na such� ga章zk�. Poderwa豉 g這w� i patrz鉍 w g瘰tw� trzcin, gdzie siedzieli�my zaczajeni, roze�mia豉 si� kr鏒ko. Swej nago�ci nie skry豉 i mogli�my dalej patrze�. Mimo to, jak smagni璚i biczem przez ten jej kr鏒ki, pob豉磧iwy �miech, wynie�li�my si� stamt鉅. Kobiety pod sklepem pana Trakula m闚i造 o niej cz瘰to i zawsze z niech璚i�. A sama Trakulowa nazywa豉 j� rog闚k�. Milk造 jednak, kiedy w pobli簑 pokazywa豉 si� matka Lucyny. Ale to milczenie te� by這 wymowne. Patrzy造 na ni� uwa積ie. Matka Lucyny pochyla豉 g這w� i oddala豉 si� spiesznie. Lucyna kombinowa豉 z Niemcami. Tak powiedzia� Janek Piechur z Bud. I jeszcze powiedzia�, 瞠 za kar� maj� jej ogoli� g這w�. S造sza� w restauracji u Dziadka. Przyczai� si� w bilardowej sali pod sto貫m i m篹czy�ni rozmawiali o Lucynie. � Ogol� jej 貫b � powiedzia� z satysfakcj� Janek Piechur z Bud. Lucyna chodzi豉 z niemieckimi 穎軟ierzami. To by豉 prawda. Sam widzia貫m. Pierwszy by� ten m這dy lotnik. Oni kwaterowali w szkole. Stawa� przy pompie na naszej ulicy i Lucyna wychodzi豉 do niego. Szli 篤irow� drog� na forty. Lucyna, strojna i wymalowana, energicznie stawia豉 kroki. M這dy lotnik obejmowa� j� i tak szli. Kobiety wygl鉅a造 z okien i bram. Z這rzeczy造 po cichu. M篹czy�ni milczeli. W milczeniu spogl鉅ali na Lucyn�. Jesieni� zacz像 przyje盥瘸� na nasz� ulic� ten drugi, oficer, w wysokiej, wygi皻ej czapce ze srebrnymi galonami. Na d這niach mia� ciasne sk鏎zane r瘯awiczki. Spogl鉅a� na zegarek i przyciska� klakson w samochodzie. D�wi瘯 klaksonu by� ostry, niecierpliwy. Lucyna wychodzi豉. Oficer podnosi� d這� i wskazywa� na tarcz� zegarka. Lucyna u�miecha豉 si� sennie. Oficer te� u�miecha� si� do niej. Lucyna tak pi瘯nie wygl鉅a豉. Sta貫m przy p這cie w krzakach bzu i widzia貫m j� z bliska. Raz nawet zapragn像em opowiedzie� jej najpi瘯niejsze ksi嘀ki, kt鏎e przeczyta貫m. Widzia貫m ju� jej oczy pe軟e przej璚ia. Przecie� opowiada豚ym najlepiej, jak potrafi�. A od pewnego czasu widywa貫m Lucyn� z Czarnym Olkiem. Czarny Olek s造n像 z brawurowego skoku do poci鉚u w pe軟ym biegu. Pru� kolejowe transporty. Nie ba� si� wcale banszuc闚 i dosta� dwa postrza造, jeden w r瘯�, drugi w ucho. Ucho z tego powodu mia� poszarpane strz瘼iasto, z sin� blizn�, kt鏎a w s這鎍u l�ni豉 purpurowo. Wszystkie dziewczyny w naszym miasteczku marzy造 skrycie o Czarnym Olku. Czarny Olek patrzy� tylko na Lucyn� i nie s逝cha� tego, co o niej m闚iono. Karolka Bilardzist� za jedno z貫 s這wo o niej zbi� strasznie. Karolek ju� le瘸�, a Czarny Olek jeszcze kopa� go zawzi璚ie. Nawet baby z targu trzyma造 przy nim na wodzy swoje j瞛yki. Czarny Olek by� sta造m ich dostawc�. Kupowa造 od niego kupony bielskiej we軟y, skrzynki pomara鎍z, puszki sardynek, koniaki w kolorowych butelkach i papierosy najlepszych gatunk闚. Czarny Olek wsuwa� niedbale zwitki banknot闚 do kieszeni i hojnie stawia� w鏚k� u Dziadka. � Zaczadzi豉 go � powiadali szeptem m篹czy�ni przy bilardzie. 24 Ale sami te� zach豉nnie popatrywali na Lucyn�. My, paka Janka Piechura z Bud, zobaczyli�my pewnego razu, jak ten gruby, co robi� interesy z gettem, wybieg� od Dziadka i zatrzyma� Lucyn�. Co� powiedzia�, u�miechaj鉍 si� wstr皻nie. Przyci鉚n像 j� do siebie i chcia� poca這wa�. Naraz wrzasn像, pu�ci� j� i zas這ni� d這ni� twarz. Lucyna odesz豉 nie�piesznie. � Ona lubi tylko mundurowych � wykrztusi� gruby przyk豉daj鉍 chustk� do przeoranego paznokciami Lucyny policzka. Z Czarnym Olkiem Lucyna najch皻niej spacerowa豉 t� drog� od krzy瘸, w�r鏚 p鏊. My, paka Janka Piechura z Bud, skradali�my si� za nimi zbo瞠m. Oni siadywali przy Kaczym Stawie. Czarny Olek ca這wa� Lucyn�. Osuwali si� na ziemi� i d逝gie, opalone nogi Lucyny pokazywa造 si� spod sp鏚niczki. � Chetaj� si� � powtarza� chrapliwie Janek Piechur z Bud. Odwracali�my g這wy od wygniecionego miejsca w zbo簑, gdzie le瘸這 tych dwoje. Odchodzili�my po cichu i p��niej Janek Piechur z Bud na�ladowa� rozko造sany, niedba造 krok Czarnego Olka. � On jest najlepszy ze wszystkich na kaliskim torze � m闚i�. I tak jak Czarny Olek paradowa� z niedopa趾iem papierosa przylepionym do dolnej wargi. W ten letni niedzielny poranek wybieg貫m przed dom i zastanawia貫m si�, jak zacz寞 dzie�. Piekarz Jenszura ju� gania� swoje go喚bie. Stado wirowa這 w zwartym szyku ponad domami. Obserwowa貫m samotnego go喚bia, kt鏎y od章czy� si� od stada i wybra� przeciwny kierunek. Obserwacj� nieba przerwa� przenikliwy krzyk w s零iedztwie. Zbli篡貫m si� do p這tu i zobaczy貫m Czarnego Olka. Wl鏦� za w這sy Lucyn�. Czepia豉 si� jego but闚 i powtarza豉: � Kochany, nie! Kochany, nie! Czarny Olek kopni璚iem otworzy� furtk� i wyci鉚n像 j� na ulic�. Okr璚i� faliste, jasne w這sy Lucyny doko豉 d這ni i podni鏀� j� z ziemi. Widzia貫m jej wykrzywion� b鏊em twarz. � Mieli ci� ogoli� � powiedzia� Czarny Olek. � Ja ich zast雷i�! Zatrzyma� si� przy pompie. Cia�niej okr璚i� na d這ni jej w這sy. W drugim r瘯u trzyma� no篡ce. Ciachn像. Pukiel w這s闚 upad� na ziemi�. Ciachn像 jeszcze raz. Lucyna nie broni豉 si�. Tylko p豉ka豉. I tak ci像 zawzi璚ie. Z這te w這sy Lucyny �cieli造 si� na ziemi przy ulicznej pompie. Z s零iedniego ogr鏚ka wybiegli dwaj jej bracia, Stanis豉w i Tadeusz. Kr瘼i, pleczy�ci m篹czy�ni. Wysun預szy przed siebie r璚e, szeroko rozkraczeni na przygi皻ych nogach, zbli瘸li si� do Czarnego Olka. Czarny Olek pu�ci� Lucyn�. Osun窸a si� na ziemi�. Jej bracia zachodzili go z dw鏂h stron. Czarny Olek za�mia� si� i skoczy� do tego, kt鏎y by� bli瞠j. G這wa starszego brata Lucyny, Tadeusza, zacz窸a chwia� si� bezw豉dnie. Upad�. R闚nocze�nie ten drugi, Stanis豉w, zaskowycza� z b鏊u. Czarny Olek, nie odwracaj鉍 si�, kopn像 go w brzuch. Stanis豉w wczepi� si� w jego rami�. Miotali si� chwil�. Stanis豉w zwiotcza� i ci篹ko osun像 si� na kolana. A Tadeusz ockn像 si� i na czworakach pe透n寞 zacz像 w stron� Czarnego Olka. Po drodze zagarn像 le蕨ce na ziemi no篡ce. Lucyna, krzycz鉍 strasznie, rzuci豉 si� na niego. Ugryz豉 go w r瘯�. No篡ce wypad造 z jego d這ni. Wkr鏒ce obaj bracia Lucyny uciekli, kulej鉍 i z這rzecz鉍 bezsilnie. Za nimi powoli pod嘀y豉 Lucyna. W furtce obejrza豉 si� jeszcze. Czarny Olek sta� na szeroko rozstawionych nogach. Wysoki, nieruchomy. Zawin像 r瘯awy koszuli. Poruszy� par� razy r鉍zk� pompy. Nadstawi� g這w� pod strumie� wody. Otrz零n像 si� i przyg豉dzi� grzebykiem zmoczone w這sy. W s這鎍u b造szcza造 granatowo. W s這鎍u b造szcza造 te� porzucone na ziemi no篡ce. I zn闚 zapanowa豉 leniwa cisza niedzielnego poranka. Na niebie �nie積� plam� wirowa造 go喚bie. 25 Prze�ladowca By� to starszy ch這pak. Ju� nie bawi� si� z nami. �ci鉚a� w璕iel z kolejowych transport闚 i nawet strzelali do niego Niemcy. Filip widzia� go w akcji. Za szcz��liwick� parowozowni�, tam gdzie rozwidlaj� si� tory, wskoczy� na stopie� ostatniego wagonu i jak akrobata posuwa� si� po dachach do przodu sk豉du. A banszucowi, kt鏎y wybieg� z budki wartowniczej, przes豉� d這ni� szydercze pozdrowienie. Filipa ogarn像 podziw, kiedy tak patrzy� na to gro�ne widowisko. Nazywano go Cyganem, bo cer� mia� �niad� i w這sy czarne, faliste. Mieszka� przy cegielni, w drewnianym Pekinie. Wi璚 Filip id鉍 do stajni ojca Rudego, gdzie zbierali si� ca章 pak�, cz瘰to spotyka� Cygana. Chodzi� szerokim, rozko造sanym krokiem, jak marynarz, mia� zsuni皻� zawadiacko na ty� g這wy kraciast� cyklist闚k� z pomponem i przylepiony do wargi papieros. I ten Cygan w豉�nie uporczywie prze�ladowa� Filipa. Wyrasta� nagle nie wiedzie� sk鉅 i 瘸dnej nie mog這 by� ucieczki. Filip stawa� wtedy jak wryty i czerwienia�. Tamten u�miecha� si� z這�liwie i cedzi�: � Te, lalu�, jak si� masz! Rozpoczyna這 si� to haniebne upokarzanie. Cygan poszturchiwa� go, robi� syfon z nosa, puszcza� dym w oczy i powtarza� z upodobaniem: � Lalu�! � Wykr璚a� mu d這� i pyta�: � Boli? � Nie � przeczy� Filip, a b鏊 by� niezno�ny. � Gdzie lecisz? � Cygan zadawa� nast瘼ne pytanie. � Do ch這pak闚 � odpowiada� Filip. Cygan parska� �miechem, ods豉nia� 鄴速e, szerokie z瑿y. � Do ch這pak闚... � powtarza�. � I w co si� bawicie, gnojki? Pewnie w Niemc闚 i partyzant闚, tak? Filip przytakiwa�. � Partyzant! � Cygan coraz bole�niej wykr璚a� mu d這�. Opuszcza� Filip g這w�. Nie chcia�, 瞠by tamten widzia� 透y, kt鏎e mimowolnie sp造wa造 mu po policzkach. � Takich partyzant闚 to ja na wag�, jedn� grab� za豉twiam trzech! � che逍i� si� Cygan. To nie by豉 pusta przechwa趾a. Bardzo silny. Nawet Rudy go unika�. Jego te� kiedy� zatrzyma� Cygan i odebra� mu pi瘯n� fink� z czarn� r瘯oje�ci�. Tote� podczas ka盥ego takiego spotkania ogarnia� Filipa parali簑j鉍y strach. Co prze�ladowca wymy�li dzisiaj? Czy b璠zie targa� za uszy, kopnie w kostk�? A mo瞠 podstawi nog� i przewr鏂i na bruk... Mn鏀two mia� sposob闚. Przetrz零a� Filipowi kieszenie i zabiera� przer騜ne rzeczy. Drobne pieni鉅ze, scyzoryk w per這wej oprawie, srebrn� monet� z Marsza趾iem, klisze, bursztyn, grzebie�, o堯wki. Kiedy co� mu si� szczeg鏊nie spodoba這, to m闚i�: � Ca趾iem mo磧iwie si� postara貫�. Zabrane przedmioty nazywa� okupem. � Marny okup � m闚i� i szczypa� go w szyj�. � Na drugi raz, jak b璠zie taka lichota... Sta� Filip zupe軟ie bezradny. Tamten, zako鎍zywszy rewizj�, odprawia� go niedba造m gestem: � Wolny jeste�. Chowa� si� Filip w bram� czy w krzaki za p這tem i p豉ka� z bezsilno�ci. Niedawno widzia� 豉pank� na tych ze szmuglem. Po peronie biegali 瘸ndarmi z wielkimi wilczurami. Zatrzymali w tunelu m篹czyzn�. Kopali go i ok豉dali gum�. Odebrali jakie� zawini靖ko. M篹czyzna zap豉ka�. By� to stary, zgarbiony cz這wiek. � Nienawidz� � szepta� Filip. � Nienawidz�. 26 Tego ranka wszyscy z bandy Rudego mieli zebra� si� w opuszczonej cegielni. Rudy wymy�li� now� zabaw�. Jego ojciec czyta� tajne gazetki i stamt鉅 dowiedzia� si�, 瞠 Niemcy zostali okr嘀eni w Stalingradzie. � Znaczy kocio� � t逝maczy� Rudy. Mieli wi璚 podzieli� si� na dwie grupy. Obl篹eni i oblegaj鉍y. Podzia� dokona� si� mia� drog� losowania. Filip szykowa� si� w po�piechu. Zastanawia� si�, jakie miejsce zostanie wybrane na Stalingrad. Cegielnia czy stare carskie forty... Decyzja mia豉 nale瞠� do Rudego. Bardzo pragn像 znale�� si� w�r鏚 oblegaj鉍ych. Sparzy� usta zbo穎w� kaw�. Odsun像 z niech璚i� spodek z cebul� w rzepakowym oleju, a chleb schowa� do kieszeni. Wymkn像 si� cichaczem z domu. Biegn鉍 wymachiwa� ciupag�. By豉 to ciupaga ojca z ostatniej przedwojennej wycieczki do Zakopanego. Stalowy toporek na d瑿owym drzewcu obitym ozdobnymi blaszkami. Przed sodowiarni� pana Maslicha podjecha� motocykl z przyczep�. Dwaj 瘸ndarmi dobijali si� do drzwi sklepu. Filip zatrzyma� si� i patrzy� na nich z pob豉磧iwo�ci� zwyci瞛cy. Ju� by� oblegaj鉍ym Stalingrad. Wtedy to kto� chwyci� go za ko軟ierz. R闚nocze�nie poczu� dotkliwe szturchni璚ie. Obejrza� si� i od razu prys� dobry nastr鎩 tego ranka. Za nim sta� Cygan. � Te, partyzant, na akcj�? � zapyta� wrednie. Popatrzy� z zainteresowaniem na ciupag�. � Prawdziwa siekierka! � Wyci鉚n像 r瘯�. Filip odskoczy�. � Nie dam � powiedzia�. Cygan gwizdn像 leciutko. � Nie dasz? � zdziwi� si�. Filip zdecydowa� si� nagle. D逝瞠j nie m鏬� tego znosi�. � Nie dam! � powt鏎zy� za豉muj鉍ym si� z przej璚ia g這sem. Jednak narasta� w nim strach. Te oczy Cygana zw篹aj鉍e si� w kose szparki. Ale nie m鏬� ju� inaczej. Odrzuci� za siebie ciupag�, zacisn像 pi��ci. Stan像 w wyczekuj鉍ej pozycji, kt鏎� podpatrzy� u starszych ch這pc闚 bij鉍ych si� nad gliniank�. I cho� s豉bo�� ogarnia豉 zdradziecko, to jednak pi��ci trzyma� nadal zaci�ni皻e. Cygan chwyci� go obur鉍z za ko軟ierz bluzy. Przyci鉚n像 do siebie. Potrz零n像 Filipem niczym kuk章. � Nie dasz? � zachichota�. � Nie � powiedzia� Filip i przymkn像 oczy. Cygan uderzy� go w twarz. Zn闚 zachichota�. I ponowi� uderzenie. Dwaj 瘸ndarmi na ganku sodowiarni spogl鉅a� zacz瘭i w ich stron� z zainteresowaniem. Ten wy窺zy odstawi� kufel z piwem. Zbieg� po schodkach. Zbli篡� si� do ch這pc闚. Skrzypia造 jego buty. Twarz mia� ostr�, ptasi�, a na piersiach przewieszony pistolet maszynowy. � Raus!! � wrzasn像. Chwyci� za w這sy Cygana, odci鉚n像 mu g這w� do ty逝 i kolb� automatu z rozmachem uderzy� w plecy. Cygan st瘯n像, jego d這nie pu�ci造 bluz� Filipa. Chwil� sta� na uginaj鉍ych si� nogach. Wytrzeszczy� oczy, na wargach pokaza豉 si� pienista krew. Osun像 si� na bruk. 畝ndarm tr鉍i� go niedbale b造szcz鉍ym czarnym butem. � So... gut... Kind � u�miechn像 si� do Filipa. Zalecia這 w鏚k� i wod� kolo雟k�. Odszed� r闚nym, spr篹ystym krokiem. Zaszwargota� do tego drugiego. �miech. Warkot motoru. Odjechali. Cygan nogi mia� podkurczone i twarz ukryt� w ramionach. Filip pochyli� si� nad nim. � Cygan � powiedzia� � Cygan... Podsun像 mu swoj� ciupag�. � Jak chcesz, to sobie j� we�... Tamten nie poruszy� si� nawet. Wtedy Filip si� rozp豉ka�. I tak sta� zupe軟ie bezradny na tej pustej, martwej uliczce przed sodowiarni�. Dopiero po chwili z bram zacz瘭i wynurza� si� ludzie. Ostro積ie, rozgl鉅aj鉍 si� doko豉 zbli瘸li si� do le蕨cego na bruku Cygana. 27 Rudy kot Janowi J霩efowi Szczepa雟kiemu L鏚 ju� puszcza�. Przy brzegu p瘯a� d逝gimi rysami. Dalej pokazywa造 si� ciemne oczy wody, �ci�ni皻e grubymi, spi皻rzonymi bry豉mi. M篹czyzna w �rednim wieku stan像 przy pochy造m drzewie. Patrzy� w wod�. Zaczyna豉 si� wiosna. Z ga喚zi pochy貫go drzewa wysuwa造 si� ju� male鎥ie zielone p鉍zki. Patrzy� na l鏚 i wod�. D這ni� muska� te ledwo wyczuwalne jeszcze p隕i. Nagle pos造sza� przera�liwy wrzask. Obejrza� si�. Za nim, w kotlince, kilku wyrostk闚 osacza這 kota. Zwierz� miota這 si� jak oszala貫. Rzucili si� na niego. Przycisn瘭i do ziemi. M篹czyzna w �rednim wieku u�miechn像 si� i odwr鏂i� g這w�. Oni te� polowali na koty. Te� przychodzili nad to jeziorko. Ciemne oczy wody i nami瘯貫 kocie �cierwo, kt鏎e wyp造wa這 na powierzchni�. W tym samym miejscu co dzisiaj znajdowa這 si� �mietnisko. Mieszka鎍y barak闚 tutaj wyrzucali wszystkie odpadki. Na tych odpadkach 瞠rowa造 zdzicza貫 koty. Oni zaczajali si� najcz��ciej wiosn�, kiedy zwierz皻a traci造 czujno��, zaj皻e swoj� mi這�ci�. Zarzucali worek albo siatk�. Kot szamota� si�, drapa� i gryz�. Ale ju� by� ich. Wypl靖ywali z pu豉pki zdobycz, chwytali za ogon, nabierali rozmachu i rzucali na jeziorko. Koty umiej� p造wa�. Jedne szybciej, inne wolniej. Stawali na brzegu i celowali z proc. R騜ne bywa造. Zdarza造 si� takie, co po pierwszym uderzeniu kamieniem ton窸y od razu. A nieraz dopiero po kt鏎ym� tam trafieniu kot chowa� 貫b i nie pokazywa� si� wi璚ej. Koty maj� bardzo twarde 篡cie. R騜ne bywa造. Koci wrzask zn闚 si� powt鏎zy�. Tym razem jeszcze przera�liwszy. Spojrza� w stron� kotlinki. Oni, ci m這dzi, siedzieli w kucki i co� tam robili. Koci wrzask nie ustawa�. M篹czyzna w �rednim wieku zbli篡� si� do kotlinki. Oni, ci m這dzi, byli obtatuowani. On te� by� poznaczony wzorami. A kot by� rudy. Wpychali go w stary, pop瘯any �niegowiec. Ju� tylko 貫b wystawa� stamt鉅. �cisn瘭i go za szyj�. Otworzy� pysk, r騜owy w �rodku i pe貫n bia造ch, ostrych z瑿闚. Charcze� zacz像. Jeden z m這dych wyj像 z kieszeni obc璕i. Dwaj pozostali szeroko rozci鉚n瘭i kotu szcz瘯i. Rozleg� si� chrz瘰t i zgrzyt. Ten uzbrojony w obc璕i szybko uni鏀� r瘯�. Zakl像. � Gryzie. Obejrza� d這�. Wyssa� krew z palca. � Rudy � splun像. � Wredny. M篹czyzna w �rednim wieku podszed� bli瞠j i spojrza� mi璠zy nich na ziemi�. Oni wyrywali mu z瑿y. Ju� drugi kie� znalaz� si� w 瞠laznych kleszczach. Kot wyba逝szy� oczy. Trzymali go mocno za szyj�. Ostrzy穎ny na je瘸 szarpn像 obc璕ami. � Ale ma z瑿iska! � powiedzia� odchylaj鉍 si� do ty逝. Z kociego pyska pociek豉 krew. � Fajnie, fajnie!!! � powtarza� drugi jak w ekstazie. W這sy mia� d逝gie, t逝ste i na twarzy by� kostropaty. � Trzeba mu usun寞 wszystkie � powiedzia� trzeci i zatar� d這nie. Ten z obc璕ami zn闚 pochyli� si� nad zwierz璚iem. � Nie! � krzykn像 m篹czyzna w �rednim wieku. Rzuci� si� na nich. Jednego zawadzi� butem. Drugiego trafi� pi��ci�. Z trzecim najtrudniej mu posz這. Silny i zwinny. Robi� uniki. 28 Warcza� z w�ciek這�ci jak pies i nawet ugry�� pr鏏owa�. Niebezpiecznie wymachiwa� obc璕ami. Ale wytr鉍i� mu je z d這ni celnym kopniakiem. Uda這 mu si� chwyci� go za klapy i przyci鉚n寞 do siebie. Na czole mia� wytatuowan� gwiazdk�. Plu� i pr鏏owa� wcisn寞 mu palce w oczy. M篹czyzna zwali� go wreszcie na ziemi� uderzeniem g這wy w podbr鏚ek. Podni鏀� z ziemi obc璕i i rzuci� je do wody. Nie trafi�. Osiad造 na grubym lodzie. Rudy kot miota� si� w gumowej cholewie. Ciasna by豉 i nie m鏬� si� z niej wydosta�. Ruchami mi��ni spowodowa�, 瞠 �niegowiec wraz z nim potoczy� si� po ziemi. � Jak my�my to robili � powiedzia� m篹czyzna w �rednim wieku � to on mia� szans� wy篡�. Pochyli� si� nad zwierz璚iem. Kot stuli� uszy, w jego oczach by這 przera瞠nie. Pysk mia� rozchylony i wida� by這 puste, rozorane dzi零豉, z kt鏎ych s鉍zy豉 si� krew. Przycisn像 kolanem stary, pop瘯any �niegowiec i obur鉍z ci鉚n寞 pocz像 zwierz�, kt鏎e pr鏏owa這 wcisn寞 si� jak najg喚biej. Uchwyci� kota za przednie 豉py i uwolni� z gumowca. Na chwil� rudy kot, przyp豉szczywszy si� do ziemi, znieruchomia� zupe軟ie. Nagle wyprysn像 wielkim susem i znik� w�r鏚 ha責 �mieci. Pozosta� po nim krwawy �lad. Kiedy m篹czyzna w �rednim wieku uni鏀� g這w�, zobaczy�, 瞠 ci m這dzi zbli瘸j� si� do niego. Otaczali go jak zbite, ale ci鉚le w�ciek貫 psy. W d這ni jednego z nich b造sn窸a 篡letka. Rozstawi� szeroko r璚e, czeka�. 29 亟ra� Ceju trz零� si� bardziej ni� zwykle. � Przeprawi貫m si� � zdo豉� wykrztusi�. � Za�mieli si�. � Zaprawi�, to rozumiem � rzek� Zygi � ale przeprawi� si�... � Za du穎 by這 � wytrz零� z siebie Ceju. Stali pod �Er��. Tak jak co dzie�. Przez szyb� widzieli tych pierwszych klient闚, co ju� pili. Jeden ko鎍zy� trzeci browar. ζpczywie jak pierwszy. Prosto z butelki, tylko grdyka ta鎍zy豉 mu p馧eczk�. � Ostre tempo narzuci� � roze�mia� si� Bogdanek � przeprawi si� przed czasem. ζkomie prze趾n像 �lin�. Nie tylko Ceju by� chory. Ka盥y z nich czu� wczorajszy dzie�. Bogdanek wieczorem wyl鉅owa� na Krowiej i tam go ci giganci, �mieciarze, salicylem kosmetycznym cz瘰towali. � Oni �pyki� na to m闚i� � przypomnia� sobie � mocne, podniebienie parzy. Zygi pochla� nad Jeziorkiem. � Boki bol� � siekn像. � Kto� mi musia� dokopa�. A Ceju tylko r瘯� macha�. � M這de jeste�my � powiedzia� p豉czliwie � i takie ju� um璚zone. Oczy mu d瑿a stan窸y i pustym 穎章dkiem szarpa� zacz窸o. Opar� si� o mur i wepchn像 do gard豉 paluchy. Pustym 穎章dkiem zatarga這 bez skutku. Os這nili go plecami. Akurat gliniarz przechodzi�. W �Erze� ju� narodu troch� si� zebra這. Ale nikt znajomy. Handluj鉍y element z bazaru. Starych, sinych ch這p闚 kilku. Gapili si� na nich przez szyb�. �Era� jak raj. Wej��, zam闚i�. Sta� albo usi���. Ale jak? � Na po篡czk� szansy nie ma � westchn像 Zygi. � Kto ci po篡czy � ramionami wzruszy� Bogdanek. Po drugiej stronie ulicy flaszk� w bramie rozpijali. We dw鏂h. Odbili i gul, gul... Patrzyli i a� im same grdyki do wt鏎u pracowa� zacz窸y. Bogdankowi i Zygiemu. Ceju na razie si� nie liczy�. P馧trup. Budzi這 si� 篡cie. U�miecha這 do niekt鏎ych. Ch這py czerwone spacerowo sobie krocz�. Z瑿y szczerz�. Przekomarzaj� si�. Szlugi pal�. Skr璚ili w prawo. Gdzie id�? Wiadomo, do �Inwalid闚�. � Usi鉅� se, wkurwejebane, przy stoliku... Flaszka zimna jak sie masz... � rozmarzy� si� Zygi poeta. � Kelner si� k豉nia, oni tatara na zak零k� albo flaki... Ceg章 se podsypi�... � Nie m闚 mi o 瘸rciu! � j瘯n像 Ceju. � Obrzydliwy dzi� jestem. Ceju p馧trup. Dopiero jeden browar, drugi, nie m闚i鉍 o stakanie czystej... Przeszed� jeden znajomy. U�miechn瘭i si� na wszelki wypadek do niego. R瘯� im odmacha� i pobieg� dalej. A cho� patrzyli mu w oczy, jak ich mija�, to tak swoimi �lepiami zamanewrowa�, 瞠by nie zderzy� si� z ich spojrzeniem natarczywym, co to cynk mu dawa這 chrze�cija雟ki, b豉galny. Polecia�, dobrze ubrany, z wypchan� sk鏎� na zadzie. � Nygus � warkn像 Zygi. � Takiego tylko po ciemaku przykarauli� � rzek� m�ciwie Bogdanek i a� mu szcz瘯i w zwarciu zaskrzypia造. Bogdanek ostry, s堯w na wiatr nie rzuca. 30 Czas ci鉚n像 si� jak guma. Dopiero ranek. Niekt鏎zy jeszcze do roboty lec�. A im tak si� wydawa這, 瞠 nie wiem jak d逝go ju� stoj�. Bogdanek r璚e do kieszeni wsun像 i tym jednym swoim okiem ca章 ulic� pod obstrza貫m trzyma�. Jedno mia� oko, drugie straci�, jak go do pud豉 zamkn瘭i. Zygi 貫b zwiesi� i jeszcze temu, co si� nie chcia� zatrzyma�, szeptem bluzga�. Ceju to si� wcale nie liczy�. Niby sta�, a jakby go nie by這. Tak czekali. Zobaczyli kilku ch這pak闚 z tamtej strony tor闚. Jeden mia� kiesze� obci嘀on�. Wiadomym ci篹arem. Szli sobie i po bramach si� rozgl鉅ali. Szukali miejsca. Flaszk� rozpi� chcieli. Tych ch這pak闚 z tamtej strony tor闚 nie zaczepili jednak. Wstyd im by這. Poprzednim razem wy�miewali si� z nich, 瞠 tak pod �Er�� wystaj�. Jak oni dzisiaj. Odprowadzili ich t瘰knym spojrzeniem. Znikn瘭i w trzeciej bramie za fryzjerem. Tam rozpij�. Ceju z zazdro�ci prawie p豉ka�. � Kondycji do chlania nie masz � powiedzia� Bogdanek. � Szybko si� rozklejasz � doda� Zygi. � Ka盥ego to mo瞠 trafi� � broni� si� Ceju. � Raz jest taki dzie�, a drugi raz inny. Mia� racj�. Ka盥ego to mo瞠 trafi�. Tylko Ceju ca造 na wierzchu. To wstyd. W �Erze� ju� raz piwa zabrak這. Wychlali pierwszy rzut. Podchodzili ludzie do lady, a bufetowa r璚e rozk豉da豉. D逝go przerwa nie trwa豉. Przyjecha� w霩. Drugi rzut. Skrzynk� za skrzynk� wnosili. Zn闚 piwsko si� la這. Kolejarzy du穎 dzi� przychodzi這. Dworzec blisko. Z nocnej s逝瘺y wracaj�. � �Era�? Dlaczego tak si� nazywa? � Ceju rozdziawi� gapiowato usta. � �Era� � zastanowi� si� Zygi. � �Era�... Niby czas. Tak si� m闚i. � Nowy czas idzie � przytakn像 Bogdanek. � Tu maj� ca章 dzielnic� wyburza�. Nowe bloki b璠� stawia�. � Niedobrze � zmartwi� si� Zygi. Fakt. W tych ruderach swojsko tak. Mety z gorza趾� s�. Dzie� i noc. Zakamarki. Przechodnie bramy. Zygi gliniarzom si� wczoraj zerwa�. Wpad� w takie podw鏎ze i jakby ziemia si� pod nim rozst雷i豉. Nie dali rady go znale��. Znajoma brama Zygiego wyratowa豉. � W tych nowych blokach ch這paki te� jako� 篡j� � zauwa篡� Ceju. Z trudem uni鏀� g這w� i pierwszy raz na niebo popatrzy�. � Musz�... � zacz像 Bogdanek. I wtedy teczkowiec im si� nawin像. Prosto na nich si� zatoczy�. Przybuzowany, stary, w d逝giej jesionie, i teczk� wypchan� pod pach� �ciska�. Bogdanek odepchn寞 go chcia�. Tak r瘯� wyci鉚n像 i zawarcza�. Naraz r瘯� opu�ci� i mina mu z豉godnia豉, s這dka zrobi豉 si� wprost. � Panowie! Gdzie tu kibel? � stary zawo豉�. � Tak mnie ci�nie! Chuch mia� kwa�ny. Wczorajsze zmiesza這 mu si� z dzisiejszym. � Tu niedaleczko � Bogdanek grzecznie si� staremu uk這ni�. � Mo瞠my drog� pokaza� � doda� Zygi. I ju� mi璠zy siebie tego z teczk� jak w obr璚z wzi瘭i. Za nimi pocz豉pa� Ceju. Par� krok闚 ulic�. Do tej bramy za fryzjerem. Najlepsze miejsce. Trzy podw鏎za, jest wyj�cie na inn� ulic�. Kibel by� w drugim podw鏎zu. Szli sobie z tym pijaczkiem. Na oko jak przyjaciele. Ludzi tu nie by這. Tylko dzieciaki bawi造 si� przy trzepaku. Bogdanek pchn像 drzwi. Ciemno i ludzkim smrodem pomieszanym z amoniakiem mocno w nosie zakr璚i這. Drzwi za sob� zamkn瘭i. Teczkowiec od razu do rozporka. Bogdanek poczeka�, a� sobie ul篡, i za klapy p豉szcza go do siebie przygarn像. � Rewizja! � zachichota� Zygi. � Poka�, co masz! � powiedzia� Bogdanek. � No!! Rozstawi� nogi, ju� si� szykowa�. � No! � powt鏎zy�. � Panowie � przestraszy� si� teczkowiec. � Koledzy! Postawi� zawsze mog�... 31 Zamilk� i skuli� si�, pora穎ny spojrzeniem Bogdanka. Odepchn像 go i chcia� si� z ciemno�ci kiblowej wydosta�. Bogdanek hakiem mu przy豉dowa� w brod�. Teczkowiec zwis� mi瘯ko. Teczki nie wypu�ci�. To mi瘯n鉍e cia這 i krzyk, co mu si� z pyska wydoby�, rozdra積i� jako� Bogdanka. Seri� z obydw鏂h r隕 wypu�ci�. Kr鏒ko. Szybko. Jak w worek treningowy. Bogdanek przez rok boks trenowa�. A Zygi z ty逝 pijaczkowi kopem poprawi�. Pijaczek teczk� wypu�ci� i osun像 si� na sraczowy otw鏎. U�piony ju� by�. Z k鉍ika warg na brod� krew mu pociek豉. � Ch這paki, co wy robicie! � zawodzi� Ceju. Ale za teczk� od razu z豉pa�. Ugi像 si�. Taka ci篹ka. Otworzy�. Rzuci� z rozczarowaniem. W teczce by這 pe軟o grochu. Dlatego taka ci篹ka. � Go喚bie trzyma czy co... � zdziwi� si� Zygi. Bogdanek sprawnie zrewidowa� pijaczka. W kieszeniach za parkanem nic nie mia�. W tej bocznej u spodni zaszele�ci這. By造. Bogdanek, nie licz鉍, zacisn像 w gar�ci. Czerwono mu b造sn窸o. Znaczy setki. Uwin瘭i si� raz-raz. Zamkn瘭i kibel na haczyk i wolno skierowali si� podw鏎zem do bramy. Przy trzepaku bawi造 si� dzieciaki. Starucha siedzia豉 na 豉wce. Spok鎩. Ale Ceju si� wystraszy�. Wyda這 mu si�, 瞠 w oknie kto� twarz rozp豉szczy� i za nimi patrzy. Ostatnie to by這 okno na parterze. � Szybciej! � ju� biec chcia�. Przytrzymali go. � Nie r鏏 poruty! � sykn像 Bogdanek. � Te, cykoryjny � doda� Zygi. � M鏬� kto� zobaczy� � szepn像 Ceju i z trudem nogi przyhamowa�. Nie za szybko, swobodnym krokiem pod嘀ali do �Ery�. Ceju pierwszy. � Ile tego? � zapyta�. � Starczy � u�miechn像 si� mi瘯ko Bogdanek. Z rozmachem otworzy� drzwi �Ery�. I ju� wszyscy trzej lekko przechylili g這wy. Do browaru si� przymierzali. 32 Krajobraz Krajobraz te� si� pogmatwa�. Niby jeszcze 豉ny lichego 篡tka, piachy, sosenki, byde趾o i strzech� kryte cha逝py. A tu z nag豉 eternit pomara鎍zowym kolorem wybucha czy warzywne uprawy plastykow� foli� b造szcz�. Wille po wsiach si� mno蕨. Jedn� na frontowej �cianie malunek ozdabia. Malunek z daleka oko cieszy. Gondola, w gondoli m這dzieniec, z w鏚 syrena si� wynurza; granatowe niebo i srebrny ksi篹yc. Gospodarz Suchodolski budowa� si� zacz像. Z prefabrykat闚 wystawi i eternitem pokry� chce po nowemu. Jeden g逝pi miastowy star� cha逝p� od niego kupuje. Te belki spr鏂hnia貫, z kornikami, t� strzech� przegni章. Patrzy gospodarz Suchodolski, �lin� strzyka i medytuje. Cen� za star� cha逝p� ustala. A cie�la miejscowy, Palusiek, pe軟e ma r璚e zam闚ie�, tylko wybiera�, wi璚 siedzi w ajencyjnej gospodzie �Rybitwa�, popija i wybiera. Gospodarz Suchodolski krokami obmierza pas 章k nadrzecznych i zagajnik w piachach. Zagajnik na trzy dzia趾i starczy. Ceny tej ziemi piaszczystej albo podmok貫j ci鉚le w g鏎� id�. Buduj� letnie budy miastowi, dzia趾i kupuj�. P鏊 ubywa. 砰to tu w piachu rzadkie, k這sy marne i chabr闚, mak闚 wi璚ej ni� tego 篡ta. ζ蕨 letnicy miedzami i chabry zbieraj�. Do miasta st鉅 blisko. Za inspekty ludzie si� bior�. Szklarnie i piece stawiaj�. 真ka mie� czy Nysk� jak��. Z warzywami o �wicie je�dzi�. Pieni鉅z pop造nie jak ta rzeka, co letnik闚 z miasta przyci鉚a. Tylko ten Trzaska, co na dwudziestu morgach siedzi, dzia貫k nie sprzedaje ani inspekt闚 nie stawia. Po staremu 篡tem obsiewa, traktor kupi� i z貫 psy trzyma, kto za parkan wejdzie, ten w biedzie, psy jak nic ty貫k mu wyszarpi�. Dalej od rzeki dw鏎 kiedy� sta�. Na wzg鏎zu w�r鏚 d瑿闚. Kamienne s逝py po bramie pozosta造. Ni瞠j sadzawka z wierzbami. M這da dziedziczka nad sadzawk� wysiadywa豉. Aleja lipowa od szosy prowadzi. Powozem t璠y je�dzili. Pustka. Trzaska krowy tutaj pasie. Raz jakby kto� si� powiesi� czy co... Na konarze d瑿u ludzkim kszta速em zamajaczy這. Wisia這 i dynda這 na wietrze. Dynda這 i wiatr poj瘯iwa�. Podeszli poma逝. �miechem ich roznosi� zacz窸o. Szmaty podarte na drzewie wisia造. Pewno Trzaska konia nimi przykrywa�, jak mu si� zagrza�. Upa造 od tygodnia, pra篡. Do 積iw 瞠by potrzyma這. 疾by nie pada這. Popijaj� po逝dniow� por� przy sklepie. W cieniu siedz� i gwarz�. O 積iwach. O letnikach. Nowe czasy nasta造. Bocian闚 coraz mniej. 畝by chemi� powytruwane. Konia jednemu sparali穎wa這. A dziewczyny ubieraj� si� jak te z telewizji i w krzaki do ch這pak闚 z tranzystorami wychodz�. Jedzie szos� od mostu kawaleria nasza. Trzech na Ursusach. Dziarskie ch這paki. Jeden w garniturze bordo. Drugi w bluzie z dermy, co udaje sk鏎�. Trzeci d逝gow這sy jak baba. Jad� na traktorach, szosa dudni, i �piewaj�: � �...Ojciec syna wyla� pasem, hej!! A syn ojca w 貫b obcasem, hej!!� Dziarskie ch這paki, winem na熜ane. A� tu taki jeden na motorze z polnej drogi wyskoczy� i dra積i� si� z nimi zaczyna. To ich mija, to przystaje. G瑿� ma czerwon�, oczy pijane. Te� na熜any. Kpiny sobie robi z ich tempa traktorowego, �limaczego. Garbi� si� ze wstydu traktorowe ch這paki. �piewa� przestali. Benzyn� �mierdzi. Traktory kaszl� i pierdz�. Tempa nie przybywa. Naraz motor tamtemu draniowi zgas�. Stan像 bezradny, nogami o szos� si� wspiera, ci�nie gaz, r鉍zk� kr璚i. Cisza, i motocykl ani drgnie. Traktory do niego podjecha造. Blednie biedaczek i bez skutku zapali� chce. Zsiadaj� z siode貫k traktorowe ch這paki. U�miech oblicza im krasi. Wzi瘭i go z trzech stron i obraca� zacz瘭i. Ucieka� w pole chcia�. Na asfalt si� wy這篡�. I by� ju� tylko krzyk. A potem krew. Strugami po czarnym, gor鉍ym asfalcie rozla豉 si� jucha. 33 Stary konia batem zacina. Ko�cista chabeta dosta豉 p璠u niczym cugowiec. Bat obudzi� w niej ducha. Dojecha� stary do tej 章ki, gdzie kosili. Akurat kobieta rozkrok wzi窸a i szczy� zacz窸a. Sta豉 sobie w tym rozkroku za kopk� siana. Z drugiej strony ch這p j� os豉nia�. Zatrzyma� stary w霩 i wrzasn像: � Ch這paka waszego dopadli!! Kobieta jeszcze nie sko鎍zy豉, ale nogi ju� zwar豉, obur鉍z za g這w� si� chwyci豉 i � Jezusie Nazare雟ki! � zawo豉豉 rozdzieraj鉍o. Jej ch這p wid造 z kopicy wyrwa� i pobieg� do wozu. � Podrzu熯ie, s零iedzie! � wycharcza� i oczy mu krwi� nabieg造. Na w霩 wlaz�. Za nim baba. � Konia zaje盥輳 � powiedzia� stary, spogl鉅aj鉍 na mokre, paruj鉍e plamy na zadzie zwierz璚ia. Poplu� w gar�cie. �ci鉚n像 lejce i strzeli� z bata. Bocian patrzy� z wysokiej stodo造 Suchodolskiego. Sta� na jednej nodze i patrzy� w d馧. Dziobem zaklekota�. Ten klekot jak kostuchy g這s. P璠zi drabiniasty w霩. Stary z chabety ostatek si� wyciska. Ch這p wid造 na sztorc wystawi� i w oczach mu rosn� te trzy traktory, co sobie jeden za drugim na poboczu stoj�. Jego baba bia章 chust� na czo這 obci鉚a i � Jezusie Nazare雟ki! � zawodzi. Ogl鉅aj� si� za wozem dwie starowinki, kt鏎e w rowie krow�, swoj� 篡wicielk�, wypasaj�. � W r瘯ach boskich ludzkie losy niezbadane � powiedzia豉 ta, co przysta豉 do �wiadk闚 Jehowy. Krowa prze簑wa豉 miarowo. Cisza rozpra穎na s這鎍em i bzykaj� b隕i. Na stodole Suchodolskiego nieruchomo tkwi� bocian na jednej nodze. 34 Epitafium Przychodzi� zaraz po otwarciu i ju� zostawa� do ko鎍a. Zajmowa� miejsce przy szynkwasie. Sta� tam jedyny taboret. Zasiada� na tym taborecie. To by� jego taboret. Nikt nie zajmowa� tego miejsca. Miejsce Wujcia. Tak si� m闚i這. Dziadek, w豉�ciciel �Wenecji�, te� tego przestrzega� i obcym tam siada� nie pozwala�, m闚i鉍: � S逝瘺owe. Tak m闚i�, cho� z Wujcia nie mia� 瘸dnego po篡tku. Cz瘰to przecie� tylko przychodzi�, siada� i nic. Czeka�, a� mu postawi�. Stawia� nawet sam Dziadek. S逝瘺ow� set�, jak powiada�. W鎩cio w鏚k� pi� ceremonialnie. Ca造 to by� rytua�. Obraca� szklaneczk� palcami, przygl鉅a� si� jej chwil�, wznosi� pod �wiat這, odpija� niewielki 造k; wreszcie przyk豉da� do warg i wychyla� duszkiem. Nieruchomia�, oddycha� g喚boko, sadowi� si� wygodniej na taborecie i podpar連zy g這w� r瘯ami, wpatrywa� si� w baterie butelek stoj鉍e na p馧kach. By� ma這m闚ny. Z Dziadkiem, cho� znali si� tyle lat, wymienia� jedynie zdawkowe s這wa i raczej to Dziadek, podchmieliwszy sobie nieco, wyg豉sza� do niego monologi ze sta造m refrenem: � �wiat to bardak, a ludzie bladzie s� i tyle. � Wujcio nie potakiwa� ani nie przeczy�. Nieruchomy, o twarzy 鄴速awej i pomarszczonej, przys逝chiwa� si� cierpliwie. S逝chaczem by� najwdzi璚zniejszym. Jemu przecie� zwierzali si� w璕larze, wyrokowcy po wyj�ciu z wi瞛ienia, zdradzani m篹owie i kolejarze narzekaj鉍y na brak widok闚. Przychylali si� do swego spowiednika, szepcz鉍 i kln鉍 szpetnie, wyj鉍 i p豉cz鉍, pogr嘀eni w rozpaczy lub rado�ci rozsadzaj鉍ej ich z nadmiaru alkoholu. Naj瘸這�niej biadoli� hycel z opuszczonej cegielni, kt鏎ego bola豉 pogarda, z jak� traktowali go ludzie. Wujcio s逝cha� z powag�. Jego twarz nie zmienia豉 wyrazu. Jednego tylko wymaga�. Postukiwa� w szk這 swojej szklaneczki, i to by這 wszystko. Przewa積ie Dziadek musia� przypomnie� takiemu gadule o jego obowi頊ku. � Nie widzisz, cz這wiecze � powiada� � szanowny pan ma puste szk這. Nas逝cha� si� Wujcio przez te lata d逝gie rozmaitych wynurze�. Sam natomiast nie zwierza� si� nikomu. Natarczywe pytania zbywa� wzruszeniem ramion i w鏚ka nie rozwi頊ywa豉 mu j瞛yka. Spo篡tego alkoholu nie mo積a by這 po nim pozna�. Jedynie oczy stawa造 si� pod ci篹kimi powiekami prawie niewidoczne. Ubiera� si� od lat w ten sam garnitur, kt鏎y cudem nie rozlatywa� si� jako�. � Rapaport, 瞠lazo, nie materia� � powtarza� z upodobaniem krawiec Skarbonko, te� tutejszy bywalec, chwytaj鉍 Wujcia delikatnie za r瘯aw lub g豉dz鉍 poplamion� klap� marynarki. Buty mia� wojskowe typu saperskiego, zim� czy latem. Ostatni palec jego prawej d這ni ozdabia� srebrny sygnet z or貫m. Do tego sygnetu by� niezwykle przywi頊any i 瘸dne pokusy nie zmusi造 go do zastawu czy sprzeda篡. � Ten metal � powiada� Wujcio � pami皻a lepsze czasy. � W wojn� podobno obroni� sygnet przed jednym dzikim Mongo貫m. Odepchn像 go i dalej siedzia� przy szynkwasie. Mongo造 st鉅 je�dzili pacyfikowa� Wol� i cz瘰to popijali w �Wenecji�. Tak opowiadali starsi ludzie. Wujcio mieszka� k靖em u doktora, pierwszego obywatela w miasteczku. Zajmowa� w jego willi niewielki pokoik na g鏎ce i po ca這dziennym obowi頊ku w �Wenecji� tam udawa� si� na spoczynek. Doktor peszy� si� wyra�nie, kiedy zagadywano go o brata. � Na zdrowiu szwankuje, niestety � chrz隕a� zak這potany. Dziadek, chciwy w豉�ciciel �Wenecji�, ceni� go najwy瞠j ze wszystkich swoich sta造ch go�ci, stawiaj鉍 nawet ponad handlarzy z這tem i z這dziei kolejowych, kt鏎zy s造n瘭i z fantazji i rozrzutno�ci. 35 � Pan � m闚i� � prawdziwy pan, nie zanieczy�ci, za przeproszeniem, awantury nie wywo豉... K豉nia� si� Wujciowi nisko jak dziedzicowi i zaprasza� szerokim gestem. Wujcio przede wszystkim lubi� w knajpie czas przed po逝dniowy. Bywa這 wtedy pusto i cicho. Dziadek czy�ci� cynkowy kontuar albo wsun預szy palce do kieszonek kamizelki zamy�la� si� nad zeszytem w ceratowej oprawie, gdzie prowadzi� rachunki. Kucharz w bia貫j czapce przekomarza� si� z kelnerk�, ros章, wsiowej urody dziewuch�. Powiadano o niej, 瞠 by豉 kochank� Dziadka. W s零iedniej, bilardowej sali pierwsi gracze rozpoczynali partyjk� amerykanki lub piramidki. Dochodzi� stamt鉅 stuk bil oraz rzadziej mi瘯ki ich klask, kiedy wpada造 do otworu opatrzonego siatk�. Czasem gracze uchylali drzwi bilardowej sali, nacierali kred� czubki kij闚 i zamawiali po g喚bszym. Wujcio siedzia� samotnie przy szynkwasie i na pocz靖ek miesza� swoj� setk� w鏚ki z piwem. Wlewa� t� pierwsz� setk� do kufla i s鉍zy� drobnymi 造kami. Starcza這 tej mieszanki do po逝dnia. O tej porze w knajpie robi這 si� gwarno, t這czno i niejeden stawia� Wujciowi. Kilka ju� pokole� z naszego miasteczka odbywa這 w jego obecno�ci sw鎩 gorza趾owy termin. Przechodzili przez t� m瘰k� inicjacj� i szli dalej w 篡cie albo zostawali przy tym na sta貫. W鏚ka znaczy豉 w nich sw鎩 z造 �lad, marnieli, wpadali w ot瘼ia這�� lub miotali si� jak uwi瞛ione zwierz皻a. Pod wiecz鏎 przewa積ie zwalali si� niczym k這dy i Dziadek ze swoim pomocnikiem Olkiem Atlet� wywala� ich na ulic�. Patrzy� Wujcio spokojnymi i bez blasku oczyma. Odprowadza� te� niekt鏎ych na cmentarz. Niekt鏎zy bowiem, zm璚zywszy si� i naszarpawszy przedwcze�nie, odchodzili ju� na sta貫. Towarzyszy� im w ostatniej drodze. Z cmentarza wolnym, ale zdecydowanym krokiem pod嘀a� do �Wenecji�. Tam monosylabami zdawa� relacj� z pogrzebu i czeka� na pocz瘰tunek nale積y mu od bywalc闚 za zaspokojenie ich ciekawo�ci. A kiedy przestano ju� dopytywa� si� o �wie蕨 mogi喚, pogr嘀a� si� w kontemplacji butelek na p馧kach. Rozmaite wstrz零y targa造 wtedy 篡ciem. Wojna, kl瘰ki, zwyci瘰twa. Bywa造 w鏚ki w rytmie zbli瘸j鉍ej si� lub oddalaj鉍ej kanonady artyleryjskiej. Padali sobie najbli窺i w ramiona, spotykaj鉍 si� po latach, i wo豉li: � Dla wszystkich kolejka! Wbiegali do �Wenecji� ludzie z niezwyk造mi nowinami. Wujcio kiwa� g這w� i patrzy� w mieni鉍e si� kolorowe szk這 butelek na p馧kach. Nie porusza造 go dalekie wstrz零y ani lokalne sensacje. Nawet to, 瞠 noc� aresztowali Eleganta, a pani Ada, manikiurzystka, wybieg豉 w szlafroku na ulic� i 趾aj鉍 wo豉豉: � Nie zabierajcie go! Elegant, starszy, jowialny jegomo�� z okr鉚造m brzuszkiem, sprowadzi� si� do naszego miasteczka po powstaniu. Zamieszka� u pani Ady i codziennie widywa這 si� ich oboje na dostojnym spacerze po parku. Elegant ubiera� si� z wielk� staranno�ci�, przewa積ie w ciemne pr嘀kowane garnitury, lustrzanego po造sku golfy ochrania� getrami. Jedynie podczas letnich upa堯w nosi� kremow� bombajk� z kr鏒kimi r瘯awami i s這mkowy kapelusz. Wpada� te� do Dziadka na jednego i nie zapomina� przy tym o Wujciu, stawiaj鉍 mu hojnie. Kilka razy wykosi� w bilard najlepszych tutejszych graczy. I aresztowali go noc�. Wrza這 od domys堯w. Elegant by� przedwojennym kasiarzem. To jedno by這 pewne. Wszystkim z podniecenia b造szcza造 oczy. Tylko Wujcio siedzia� milcz鉍 przy barze i patrzy� na p馧ki. Najd逝瞠j zatrzymywa� wzrok na barwnych nalepkach firmy Baczewskiego. Trzyma� Dziadek te puste przedwojenne flaszki z czystego sentymentu. Patrzy� wi璚 Wujcio i nic nie zak堯ca這 jego raz przyj皻ej roli milcz鉍ego go�cia tego szynku. Nawet wygl鉅 pozostawa� bez zmian. 草速a, nieco nalana twarz, kt鏎a unika豉 s這鎍a, rzadkie w這sy uczesane w staro�wiecki przedzia貫k po�rodku i znu穎ne oczy obwiedzione sinymi otoczkami. Przychodzi� tu jeszcze przed wojn�. Tak m闚i� Dziadek. 36 A my w tym czasie stanowili�my kolejne pokolenie, kt鏎e wst瘼owa� zacz窸o na jednego do �Wenecji�. Dziadek nazywa� nas studenteri�. Golili�my w鏚k� t璕o, z ca貫j mocy zdrowych, odpornych organizm闚. Popijaj鉍 spogl鉅ali�my z ciekawo�ci� na milkliwego s零iada przy szynkwasie. Za niema造 zaszczyt poczytywali�my u�ci�ni璚ie jego mi瘯kiej, jak bez ko�ci prawicy. Mieli�my w tym pewne u豉twienie, gdy� jeden z nas, Bolek, by� synem doktora. Wujcio odpowiada� na nasze pozdrowienia niedba造m skinieniem g這wy i pocz瘰tunek w postaci zwyczajowej setki przyjmowa� tak samo jak od w璕larzy czy innych tutejszych bywalc闚. Po w鏚ce wcale nie stawa� si� rozmowniejszy. Wiedzieli�my o nim tylko tyle, 瞠 niegdy�, w zamierzch貫j przesz這�ci, studiowa�, razem z doktorem, je�dzi� za granic�, nieliczne zdj璚ia z rodzinnego albumu, kt鏎e pokaza� nam Bolek, przedstawia造 m這dego, 篡czliwie u�miechni皻ego cz這wieka o kr鏒ko ostrzy穎nych w這sach, z melonikiem w jednej d這ni, a laseczk� w drugiej. � Jak tam u niego z babami? � dopytywa� kt鏎y� z nas, wstydliwie obmacuj鉍 p璚zniej鉍e na twarzy krosty. � Machn像 r瘯� na wszystko � m闚i� Bolek � w pewnym momencie tak zrobi� i nie wiadomo w豉�ciwie dlaczego... Opowiada� jeszcze Bolek, 瞠 w domu stryj przesiaduje przewa積ie w pokoiku na g鏎ce i tylko do niedzielnych obiad闚 zasiada razem ze wszystkimi. � Jakby go nie by這 � ko鎍zy� Bolek � siedzi sobie jak mysz na g鏎ce, czasem pod這ga skrzypi, spaceruje, lubi spacerowa�. W豉�ciwie ca造 dzie� sp璠za� Wujcio w �Wenecji� i tam by� jego dom. Ten dom jednak ju� trzeszcza� w posadach. Dziadek wyrywa� sobie ostatnie w這sy z g這wy i zadawa� zaufanym go�ciom nerwowe pytanie: � Zamyka� czy nie? Interes stawa� si� niepewny. Dziadek stan像 wobec konieczno�ci likwidacji. Kiedy pyta�, wygl鉅 mia� naprawd� tragiczny, gdy� ta knajpa o szumnej nazwie �Wenecja� by豉 ca造m jego �wiatem. W odpowiedzi na to natarczywe pytanie Wujcio wzruszy� ramionami, a cho� Dziadek czeka� w napi璚iu na jego zdanie, milcz鉍 roz這篡� r璚e i jedynie z nik造m o篡wieniem w oczach przyj像 szklaneczk� w鏚ki, kt鏎� Dziadek podsun像 mu osobi�cie. � Nie ma co zamyka� � zamrucza� wreszcie � samo si� zamknie... Wskazuj鉍ym palcem tr鉍i� ogromny brzuch Dziadka, tym samym gestem przytkn像 palec do swojej piersi. Dziadek z ca章 powag� pokiwa� g這w�. Dla nas w tej odpowiedzi zabrzmia造 zagadkowe tre�ci. Podsun瘭i�my si� do Wujcia. Czekali�my na dalsze s這wa proroka. Wabili�my go w鏚k�. Sk豉dali�my si�, przetrz零aj鉍 kieszenie. Przyjmowa� pocz瘰tunek. Tr鉍a� si� z nami szk貫m. Nic wi璚ej nie powiedzia�. Te� milczeli�my. Onie�miela� nas jako�. Onie�miela� i fascynowa�. Na�ladowali�my go skrycie. Niekt鏎zy z nas uczyli si� w samotno�ci jego niezwyk貫go kunsztu wychylania setkowej szklaneczki. Podczas picia bezskutecznie pr鏏owali�my by� ma這m闚ni tak jak on. Andrzej υgwinow widzia� w nim szulera z ok豉dki jakiej� powie�ci brukowej. Dla niego by� to nie tylko karciany gracz, ale kto�, kto gra o najwy窺ze, ludzkie stawki. A W這dzio, kt鏎y wcze�nie zacz像 si� interesowa� polityk� i okre�la� Wujcia mianem �relikt�, w jego obecno�ci nie m鉅rzy� si� przecie�. Nie wiadomo, czy wiedzia� Wujcio o naszej adoracji. Czy sprawia豉 mu jak�� przyjemno��? Zapewne traktowa� nas tak samo jak poprzednich poszukiwaczy alkoholowych mira篡. Tylu ich przecie� przep造n窸o przez �Wenecj��. Mo瞠 byli�my mu nieco bli窺i z powodu Bolka. Chocia� nie jest to pewne. Bolek kiedy� zala� si� przedwcze�nie i pr鏏owa� dotrze� do drzwi. Gi窸y mu si� nogi, trzewiami szarpa豉 w鏚ka i �lepymi ruchami r隕 poszukiwa� klamki. Widowisko by這 humorystyczne, rechotali w璕larze. Wujcio obr鏂i� si� nieco i popatrzy�. Popatrzy� tak oboj皻nie jak na innych, kt鏎zy zazwyczaj padali u Dziadka o p��nej porze. Komentowali�my to potem i Bolek u�miecha� si� wstydliwie. M這dzi byli�my. Czas naszego 37 篡cia dopiero si� zaczyna�. Tak nam si� wydawa這, i mieli�my niebywa貫 zamiary. W鏚ka buzowa豉 w nas sam� przygod� i radosnym uniesieniem. Gdzie� w pobli簑 siedzia� Wujcio. Potrzeba nam by這 jego obecno�ci. A� raz zabrak這 go przy barze. Bolek powiedzia�: � Nie wsta� z 堯磬a, m闚i�: id� do �Wenecji�, a on nic, dalej le篡. Dziwili�my si�. Ale kr鏒ko. By造 inne sprawy do om闚ienia. O dziewczynach. O bijatyce na ostatniej zabawie w sali parafialnej. Tak gaw璠z鉍 siedzieli�my do p��na. Tylko na d�wi瘯 dzwonka nad drzwiami ogl鉅ali�my si� mimowolnie. Dziadek te�. Nast瘼nego dnia odsypiali�my dosy� d逝go. I kiedy wyszli�my na spacer, dopad豉 nas wiadomo�� o �mierci Wujcia. Ca造 dzie� przele瘸�. A wieczorem usn像 i ju� nie obudzi� si� wi璚ej. Bolek m闚i� i pali� papierosa za papierosem. Palce mu lekko dr瘸造. Poszli�my do �Wenecji�. Jego miejsce przy szynkwasie puste. Pili�my. Ale rozmowa si� nie klei豉. Wi璚 pili�my w milczeniu. ζpczywie, kolejka za kolejk�. Andrzej υgwinow z jakim� w璕larzem zajad章 awantur� rozpocz像. Od s這wa do s這wa, bi� go chcia�. � Ja ci!!! � be趾ota� i oczy mia� jak byk krwi� nabieg貫. Z trudem go Dziadek przytrzyma�. Chy穎 zza lady wyskoczy� i brzuchem go do �ciany przypar�. Brzuch mia� jak balon i twardy. Potrafi� wojowniczo�� z cz這wieka wycisn寞. � Stawiam kolejk� � powiedzia� Dziadek, kiedy Andrzej υgwinow och這n像. Popili�my wtedy. P��n� noc� wychodzili�my z �Wenecji�, trzymaj鉍 si� pod r璚e i �piewaj鉍 Manian�. Dziadek krat� za nami na drzwi zaci鉚a�. Latarnia na rogu rzuca豉 sk雷e �wiat這. Spa造 kamienice, wysokie niebo nad nami. Andrzej υgwinow zatacza si� i potyka. Chwytamy go pod r璚e. Wlecze si� bezw豉dnie po chodniku. � Sko鎍zy豉 si� nasza m這do�� � m闚i w pijackim rozrzewnieniu, mocuj鉍 si� ze s這wami jak tragarz, i 透y ciekn� mu po policzkach. Ciemna, letnia noc. Zapach taki. Kwitn� lipy. Chocia� nie wiadomo. Zawsze nam wtedy czym� odurzaj鉍ym pachnia這. 38 Boa dusiciel Raz tam na wystawie pojawi豉 si� mysz. By豉 noc. Mi璠zy klatkami z kolorowymi ptaszkami i 豉ciatymi �winkami morskimi buszowa豉 zwyk豉 szara mysz. Chwil� nawet popatrzyli�my na siebie. Jej �lepki jak paciorki i moje oczy. Po kilku sekundach szybkim truchtem pobieg豉 w g章b sklepu. W ten smutny, d盥篡sty dzie� zwabi豉 mnie do sklepu zoologicznego gromadka ludzi t這cz鉍a si� przy drzwiach. Przewa積ie dzieci. Ale byli te� starsi. Poszed貫m za nimi. Zatrzymali�my si� przed obszern� szklan� klatk�, umocowan� na p馧ce nad 瞠berkami centralnego ogrzewania. W tej klatce znajdowa� si� egzotyczny w嘀. Jasno鄴速y, podpalany, naznaczony by� br頊owym, kunsztownym deseniem. Sploty grubo�ci dzieci璚ego ramienia, nad nimi uniesiona na metr w零ka, niewielka, nieco sp豉szczona g這wa. Wygl鉅a� jak odlew. Patrzy造 na nas nieruchomo jego czarne oczy. W ciemnym, dusznym wn皻rzu sklepu �wiergota造 ptaki. Zatyka� przykry zapach odchod闚. Dziewczynka z mysim warkoczykiem wyci鉚n窸a torebk�. Porusza豉 si� pewnie i z wdzi瘯iem. W torebce mia豉 kasz�. W豉�ciciel sklepu, stary pan Bernardt, skin像 g這w�. Dziewczynka przez pr皻y jednej z klatek odsypa豉 troch� kaszy do spodeczka. Kr鏊ewski ptak ze z這tymi oczyma zacz像 dzioba� od niechcenia. Jego s零iadki, dwie papu磬i nieroz章czki, sfrun窸y z g鏎nej poprzeczki i nastroszy造 貫bki. Rozjazgota造 si� k堯tliwie. Mia造 jaskrawe upierzenie i sprawia造 wra瞠nie wymalowanych. W嘀 nagle si� poruszy�. Odruchowo cofn瘭i�my si�. Dzieci zapiszcza造. I znieruchomia�. Tylko uni鏀� si� wy瞠j. W豉�ciciel sklepu, stary pan Bernardt, u�miechn像 si� dobrotliwie. Na這篡� okulary na cienki, po篡趾owany nos, zbli篡� si� do terrarium i postuka� w szklan� tafl�. W嘀 ani drgn像. Jego male鎥ie oczy te�. � M這dy boa � powiedzia�. Wr鏂i� za lad�. � Dusiciel � dorzuci� stamt鉅. Dzieci obejrza造 jeszcze akwarium pe軟e czerwonych rybek i tajemniczej ro�linno�ci. Potem spr鏏owa造 podra積i� gadatliwe papu磬i. Pan Bernardt skarci� je gro�nym sykni璚iem. Wkr鏒ce posz造 sobie. Sklep opustosza�. Przy klatce z w篹em boa pozostali�my tylko my dwaj: ja i m篹czyzna w �rednim wieku, nieogolony, ubrany w waciak i gumiaki. � Dusiciel � powt鏎zy�. Nie odrywa� oczu od terrarium. W嘀 poruszy� si� znowu. By� to widok wspania造. Jego grube sploty spr篹y造 si� elastycznie i zmieni造 u這瞠nie. Opl鏒� miednic� z wod�, kt鏎a sta豉 na �rodku szklanej klatki. Te esy-floresy jego zwoj闚... Geometria mi瘯kich, falistych linii. Wyobrazi貫m sobie, jak oplata swoj� zdobycz. Coraz cia�niej. Zatyka ju� oddech. Trzeszcz� ko�ci. � K雷ie si� on czy co? � odezwa� si� ten w waciaku. � Raczej pije wod� � powiedzia貫m. M篹czyzna w waciaku wysun像 powoli r瘯�. Palce mia� po�cierane, grube i brudne. Przysun像 d這� do szyby i zaraz j� cofn像. Wreszcie dotkn像 palcem szk豉. Dok豉dnie na wysoko�ci g這wy w篹a boa. Po chwili przy這篡� ca章 d這�. Przesun像 ni� lekko po szkle. Twarz mia� napi皻�, wyczekuj鉍�. W嘀 pozosta� nieruchomy jak rze�ba. � Na sprzeda� on jest... � odezwa� si� p馧g這sem ten w waciaku. � Kosztuje trzydzie�ci tysi璚y � odpar� pan Bernardt. 39 Siedzia� na wysokim krze�le przy ladzie. �cian� za nim zdobi造 wypchane ptaki: cietrzew, ba瘸nt i jastrz鉉. Pokryte kurzem i sypa造 si� z nich trociny. Wieszak by� z rog闚 jelenia i tam wisia� p豉szcz, kapelusz i parasol. � Trzydzie�ci tysi璚y � powt鏎zy� m篹czyzna w waciaku. Jego palce nieprzerwanie g豉dzi造 szk這 klatki. � Ciekawe, jaki on w dotyku... Mokry? Zimny? Ciep造? � przygryz� wargi, przesun像 d這ni� po policzku. Jego waciak by� wilgotny, wydziela� kwa�n� wo� przepoconej odzie篡. � Czy taki da si� oswoi�? � odezwa� si� po chwili. � Czy przywi嘀e si� do cz這wieka? � Wszystko mo磧iwe � powiedzia貫m bez przekonania. � A jak go karmi�... � zastanowi� si� m篹czyzna w waciaku. � Przecie� mo瞠 drapn寞 znienacka. Stary pan Bernardt uni鏀� g這w� znad lady i zani鏀� si� piskliwym �miechem. Jak ptak. W sklepie by這 mroczno i smrodliwie. Nieustanny �wiergot. Ptaki w klatkach, cho� tak blisko w篹a, nie zwraca造 wcale na niego uwagi, pogr嘀one w ptasim zaaferowaniu. Nawet te male鎥ie, podobne do kolibr闚. R闚nie� te wszystkie �winki morskie, bia貫 myszy i szczury 篡造 swoim ruchliwym 篡ciem w najbli窺zym s零iedztwie terrarium umieszczonego na p馧ce ponad 瞠berkami centralnego ogrzewania. � I te oczy... � powiedzia� m篹czyzna w waciaku. � Ca造 czas patrz�... Widz� wszystko � g這�no prze趾n像 �lin�. � Ten 貫bek taki ma造, a podobno mo瞠 po趾n寞 prosiaka... Dusi jeszcze wi瘯sze. Stary pan Bernardt popatrzy� uwa積ie na niego. � Doros造 dochodzi do pi璚iu metr闚 d逝go�ci, gruby jak konar drzewa, i krow� mo瞠 zadusi� � przechyli� si� przez lad� i w tej swojej ma貫j czapeczce z w堯czki, z siwymi, puszystymi w這sami na skroniach jak �redniowieczny alchemik wygl鉅a�. Te� popatrzy貫m na m篹czyzn� w waciaku. Twarz mia� pospolit�, pokryte rzadkim zarostem policzki i znaczne luki w uz瑿ieniu. Oddycha� nier闚no, co� mu w p逝cach rz瞛i這. D逝go tak stali�my. A� pan Bernardt postukiwa� zacz像 ko�cistymi palcami w kontuar, zniecierpliwiony nasz� przed逝瘸j鉍� si� obecno�ci� w sklepie. M篹czyzna w waciaku wyci鉚n像 z kieszeni paczk� pomi皻ych sport闚. Palce mu wyra�nie dr瘸造. Zapali� papierosa. � Tutaj pali� nie wolno � skorzysta� z okazji stary pan Bernardt i wymownie pokaza� drzwi. Wirowa這 mi w g這wie. Wirowa這 w oczach. Niecierpliwy g這s w豉�ciciela. Zapatrzony w szklan� klatk� cz這wiek. Tam w niej m這dy boa, gruba, wzorzysta spirala z uniesion� w g鏎� czujn�, pod逝積� g這w�, naznaczon� czarnymi przecinkami oczu. Uj像em m篹czyzn� w waciaku pod rami�. Poci鉚n像em za sob�. Bez sprzeciwu da� si� wyprowadzi� ze sklepu. Dopiero na ulicy po raz pierwszy na mnie popatrzy� � Pi瘯ny � szepn像. Szybko odszed�. To miejsce przed wystaw� zoologicznego sklepu gdzie pe軟o by這 weso造ch, barwnych ptak闚, wyda這 mi si� dziwnie mroczne i wci鉚aj鉍e jak g喚boka studnia. 40 Z這ty blask W tamtych czasach dworzec to by豉 gie責a. Ca貫 nocne miasto przychodzi這 na dworzec. �mietnikowa bra� zaleg豉 豉wy. Uliczne dziewczyny krzepi造 si� piwem przy bufecie. Doliniarze masowali swoje chwytne 豉pki, kt鏎e by造 ich narz璠ziem pracy. Przed �witem robi這 si� najt這czniej. Bywalcy nocnych lokali zataczaj鉍 si� chodzili mi璠zy 豉wkami i przygl鉅ali si� �pi鉍ym kobietom. Twarze mieli wymi皻e, ko軟ierzyki bia造ch koszul brudne, poznaczone szmink�, i przekrzywione krawaty. G這sy z megafon闚 zapowiada造 pierwsze ranne poci鉚i i doliniarze wyci鉚ali szyje, spogl鉅aj鉍 w stron� peron闚 o�wietlonych jeszcze latarniami. Oczekiwali na t逝m przyjezdnych. A w鏚k� mo積a by這 kupi� w klozecie. Trzyma豉 starucha butelki w kuble przykrytym szmatami i os這ni皻ym wiklinow� miot章. Ludzie zachodz鉍y tutaj po nocnych trudach krzepili si� ch皻nie w鏚k�, pragn鉍 rozlu�ni� napi皻e wilczym znojem nerwy. Pili prosto z butelki i dzielili si� gar�ciami zmi皻ych banknot闚, zajmuj鉍 w dworcowej hali ciemne, nieo�wietlone k靖y. Otoczony brudn� szar闚k� ust瘼uj鉍ej nocy, budynek dworca kipia� potajemnym 篡ciem. Niekiedy przera�liwy wrzask wybija� si� ponad ciche, zduszone szepty. Mog豉 to by� k堯tnia przy podziale 逝p闚, protest oszukanej ulicznicy czy sp鏎 podczas gry w karty. Wrzask gas� raptownie, kiedy tylko w oddali za這mota造 mocne, miarowe kroki milicyjnego patrolu. Dworzec to by這 dla mnie magiczne oko nocy. Ci鉚n像 jak magnes. Czu貫m si� wyzwolony z dziennych, nu蕨cych wi瞛闚, fantazji ros造 skrzyd豉. Ponadto ciekawili mnie wszyscy ci wyst瘼ni ludzie nocy i ich przyjazne kiwni璚ie g這w� by這 dla mnie nie lada przyjemno�ci�. Bywali tu rozmaici. Tacy jak Baron, m篹czyzna ur騜owany jak kokota, z cienkimi, ostrymi w零ikami, w utrefionej peruce, ca造 jak z dziwnego snu. Albo s豉wny podobno Poeta, kt鏎y tutaj czeka� s堯w. Tej nocy obserwowa貫m 這wc闚 kobiet. Bo dworzec tamtych lat to nie tylko miejsce podejrzanych spotka�, ale r闚nie� targowisko dziwek. Mo積a je by這 st鉅 wybiera� jak z saka. Rozmaitego gatunku. Wsiowe, co na podb鎩 m瘰kich serc wyruszy造 do miasta i drzema造 na 豉wkach, marz鉍 o mi瘯kim 堯磬u. Uciekinierki z rodzicielskich dom闚. I inne, inne jeszcze. Tu grasowa� przecie� Demon-Roli雟ki, lubie積y staruch, kawaler Virtuti Militari za dwudziesty rok i impresario s造nnej na ca造 kraj kapeli ludowej. Co noc jak�� st鉅 wyprowadza� ten staruch o kredowej twarzy i z sinymi podkowami pod oczyma. Wi璚 snu貫m si� po poczekalni jak zaczadzony. Po瞠ra貫m ten wiruj鉍y mroczny �wiat. Za tablic� z rozk豉dem jazdy znalaz貫m rozmem豉n�, wczepion� w siebie par�. Ona by豉 jak piec chlebowy, gor鉍a i rozparzona zakis章, duszn� noc� na dworcowej 豉wie. Czo這 mia豉 niskie, oczy chytre, wyuzdane. Pracowa� przy niej pewien sutener, suchy, z przylizan� brylantyn� fryzur�. Obmacywa� j� po piersiach. Ona kiwa豉 sennie g這w�, oboj皻na i nieczu豉. Jego paluchy wcisn窸y si� pod sp鏚niczk�, ruchliwe i wstr皻ne robaki. Sapn窸a przez nos i starannie obci鉚n窸a sp鏚niczk� na jego d這ni. Ten erotyzm, co kipia� i przelewa� si� z rozparzonych cielsk i o�lizg造ch od potu zwierz璚ych twarzy, ci鉚n像 mnie nieprzeparcie. Ten erotyzm, co cuchn像 jak ryba i k喚bi� si� po k靖ach, kiblach i pakamerach, w豉zi� do pustych wagon闚 na bocznicach � us逝積i kolejarze mo�cili sianem legowiska dla parz鉍ych si� par � mia� we mnie bacznego obserwatora i zwykle dworcowa noc wypluwa豉 mnie na �wiat這 dnia z g這w� p璚zniej鉍� od wra瞠�. Moja krew si� burzy豉. By這 to jak owoc zakazany. Zbli瘸貫m si� i cofa貫m, pe貫n strachu i po蕨dliwo�ci. Kurewska piecz耩 parzy豉 i torturowa豉 wymy�lnie. 41 Twarz mia貫m g豉dk�, m這dzie鎍z�, lecz pod spodem ciemne, ropiej鉍e miejsca. Patrzy貫m wi璚 chciwie. Tym razem moj� uwag� przyku豉 ta para za rozk豉dem jazdy. Zna貫m tego sutenera. Nieraz pod kawiarni� �Domino� prowadza� swoje stado, po trzy, cztery dziewczyny, kt鏎e przyucza� do zawodu nie 瘸逝j鉍 raz闚 tward� r瘯�. Wo豉li na niego Bobek, i dzi� by� bez 瘸dnych widok闚 na nocleg. � A ta sztuka te� bez chaty � rzek� � przyjecha豉 z Przasnysza. Dziewczyna z Przasnysza rozziewa豉 si� g這�no i mechanicznym, wyuczonym u�miechem odpowiedzia豉 na spojrzenie jakiego� eleganta, kt鏎y pojawi� si� nagle w pobli簑. Sutener gestem w豉�ciciela �cisn像 j� za rami�. Zaprosi貫m ich do swojego domu. Sutener Bobek rozpromieni� si� ca造, wok馧 oczu pojawi造 si� promieniste zmarszczki, wyszczerzy� tych kilka z瑿闚, kt鏎e mu pozosta造 na przedzie. � Nigdy ci tego nie zapomn� � powiedzia�. Opu�cili�my poczekalni�. Szli�my przez sal� restauracyjn�. Z這te sygnety na grubych palcach paser闚 pij鉍ych przy bufecie piwo zagorza造 brutalnym, przykuwaj鉍ym blaskiem, i one, te sygnety, symbolizowa造 dla mnie wyst瘼n� moc dworca. Sutener Bobek zna� tu wszystkich. Pozdrawiano go i cmokano do dziewczyny. �mietnikowy obdartus us逝積ie otworzy� nam drzwi. Na zewn靖rz ciemno�� ju� si� przerzedzi豉. Nastawa� ranek. Dworzec obna篡� si� i wylaz豉 szara, liszajowata szpetota tego niskiego, pokracznie rozsiad貫go budynku. �wiat這 jak kapu� obna瘸這 niedawne sekrety. Dziewczyna twarz mia豉 rozmi瘯章, b造szcz鉍� t逝sto, z du篡mi porami w sk鏎ze. Sutener Bobek w obszernej, pomi皻ej i wyplamionej wiatr闚ce wygl鉅a� jak strach na wr鏏le. Nic z tajemnicy i z貫j si造. Po prostu brudny i ma造 wyst瘼ek. Ale by豉 to tylko kr鏒ka ods這na zw靖pienia. �wiat這 dnia jeszcze nie�mia貫, w靖貫. Moje zniech璚enie te� ledwo zakie趾owa這 i zaraz zgas這. Odpowiedzia貫m u�miechem pe軟ym gotowo�ci na spojrzenie sutenera Bobka. By� jednym z dworcowych ludzi. W ten spos鏏 jeste�my razem. Wyplu豉 nas noc i pod嘀amy w jedn� stron�. Pojechali�my kolejk� EKD do domu moich rodzic闚, na peryferie miasta. Sutener Bobek szydzi� z ludzi �piesz鉍ych do pracy. � Wo造! � krzywi� b豉ze雟ko twarz. � Wo造! Dziewczyna chichota豉. Te� �mia貫m si� z tych zap璠zonych. Nie czu貫m wcale zm璚zenia ani senno�ci. By貫m lekki i rze�ki. Oko rejestrowa這 urod� zaczynaj鉍ego si� dnia. Pami耩 nocnego k喚bowiska by豉 wyrazista jak fotografia. Na tej fotografii utrwaleni ci wszyscy, kt鏎zy wraz z ko鎍em nocy rozpe透li si� gdzie� i znikn瘭i. Co oni robi� teraz? Popatrzy貫m na dziewczyn�. By豉 masywna, piersi rozpycha造 nylonow� 鄴速� bluzk�, i sz豉 drobnym krokiem, przetaczaj鉍 biodrami i wielkim zadem. Stopy, wbite w ciasne szpilki, mia豉 spuchni皻e i w porannym s這鎍u posinia貫. � B璠� mia� na czym popracowa� � zachrypia� sutener Bobek � taki warsztat. Ta nadmierna, wybuja豉 zmys這wo�� dziewczyny niepokoi豉 najbardziej. Przykuwa豉 wzrok. Poczu貫m 瘸r這czny niepok鎩. Zapragn像em uwolni� si� od natr璚twa jej cia豉. Opu�ci貫m g這w�. Szli�my wyboist� uliczk� w�r鏚 drewnianej, parterowej zabudowy przedmie�cia. B造szcza豉 rosa na trawie. Staruszki pod嘀a造 do naro積ego sklepu. By這 cicho, spokojnie i poczciwie. � Daleko jeszcze? � zapyta豉 dziewczyna. � N鏬 ju� nie czuj�. Zsun窸a ze st鏕 buciki na wysokich obcasach. Pokaza造 si� udr璚zone, pokurczone palce. Porusza豉 nimi z rozkosz�. Stary piekarz, kt鏎y wraca� z nocnej zmiany, obejrza� si� za nami. Obsypany m隕�, niczym bia造 anio� wygl鉅a�. Byli�my na miejscu. Dom by� pusty, o tej porze rodzice wychodzili do pracy. Dziewczyna wst雷i豉 na schodki. � Nareszcie � przeci鉚n窸a si� leniwie. 42 Przed sob� mia貫m jej wypuk造, obci鉚ni皻y sp鏚nic� zad. I wtedy naszed� mnie widok sypialni moich rodzic闚 i tego szerokiego, ma鹵e雟kiego 這瘸, kt鏎e wkr鏒ce zamieni si� w sk喚bione, podryguj鉍e i kwicz鉍e grz瞛awisko; poznaczona mokrymi plamami po�ciel i dwa konwulsyjne, wal鉍e o siebie z mi瘯kim, potliwym kl零kaniem cia豉. Wyobrazi貫m sobie t� dziewczyn� z Przasnysza jako �r鏚這 niewyczerpanej 蕨dzy i rozbestwienia, burz鉍� doszcz皻nie cichy 豉d sypialni moich rodzic闚. Znowu chwyci貫m mocno te wymykaj鉍e si� cugle wyobra�ni i powoli, opanowuj鉍 dr瞠nie palc闚, wsun像em klucz do zamka. Otworzy貫m kuchenne drzwi. Pierwsza wesz豉 dziewczyna. Za ni� sutener Bobek. Kiedy zamyka貫m drzwi, w oczy uderzy� z這ty blask z blaszanego pud豉 na chleb, kt鏎e sta這 na kredensie. Spojrza貫m tam ponownie i nic ju� nie zab造s這. Moja matka, �piesz鉍 si� do szko造, niekiedy zapomnia豉 na這篡� na palec grub� �lubn� obr鉍zk� z dukatowego z這ta. Obr鉍zka pozostawa豉 na blaszanym pudle. Tym razem nic tam nie le瘸這. Sutener Bobek usiad� przy stole i podsun像 sobie kubek z kwa�nym mlekiem. S這neczny promie� o�wietli� pust� pokryw� blaszanego pud豉. �lubna obr鉍zka mojej matki. Jej fotografia z tamtych lat. M這da, 豉dna dziewczyna o wyrazistych oczach. Dla mnie w tym by豉 czysto�� dawnych czas闚. Czas闚, kt鏎e min窸y niepowrotnie. Patrzy貫m na d這� sutenera Bobka. Palce mia� pokryte ciemnymi smugami i d逝gie, szponiaste paznokcie, obwiedzione czarnym szlaczkiem brudu. Chciwymi 造kami ch貫pta� kwa�ne mleko. U�miechn像 si�. � Co tak si� gapisz? Znalaz貫m si� w potrzasku. A je瞠li pos鉅zam go nies逝sznie? Widzia貫m ju� jego czerwone, w�ciek貫 oczy jastrz瑿ia. Widzia貫m r闚nie� matk� po utracie obr鉍zki i jej oczy wpatrzone we mnie z niemym wyrzutem. Sutener Bobek wszed� drugi. R闚nocze�nie od blaszanego pud豉 mign像 z這ty blask. Pomys� nasun窸a jego rozpi皻a, lu�na wiatr闚ka i bardzo brudne d這nie, kt鏎ymi obur鉍z teraz uj像 kubek z mlekiem. � Mo瞠 chcesz si� umy�? � zapyta貫m. Popatrzy� na mnie ze zdziwieniem. Po chwili skin像 g這w�. Spod zlewu wysun像em miednic�, nala貫m do niej wody. Postawi貫m na taborecie. � Czy�cioszek! � zachichota豉 dziewczyna. Siedzia豉 rozwalona na krze�le. W niedopi皻ej bluzce lu�no p造wa造 jej bia貫 piersi. Sutener Bobek zawin像 r瘯awy bluzy i zanurzy� d這nie w wodzie. Si璕n像em po r璚znik. Dzia豉貫m jak w transie. Ju� tylko obr鉍zka zaprz靖a豉 mi g這w�. By貫m ca造 napi皻y i dzia豉貫m przebiegle. Rozwin像em r璚znik i tak nim manewruj鉍, 瞠by os這ni� widok z boku, woln� d這� wsun像em ostro積ie do kieszeni jego bluzy. Namaca貫m pomi皻e papierosy i co� mokrego, ohydnego, pewnie chusteczk�. Poda貫m mu myd這. Otar貫m si� mocno o jego rami� i wsun像em d這� do drugiej kieszeni bluzy. Szpera貫m w�r鏚 paproch闚. Palce dotkn窸y �liskiego, okr鉚貫go metalu. Wy這wi貫m przedmiot z kieszeni. By豉 to obr鉍zka mojej matki. � Ukrad貫� � powiedzia貫m i wi璚ej we mnie by這 smutku ni� z這�ci. Poczu貫m znu瞠nie. Nie wiedzia貫m, co m闚i� dalej. B造sn像em 鄴速ym metalem przed jego oczyma. Odbi這 si� s這鎍e. Schyli� g這w� jak przed uderzeniem. Mokrymi d這闓i os這ni� twarz. �cieka豉 po nich woda. Jego pokryte rzadkim zarostem policzki za�wieci造 t逝sto. Widzia貫m czarne kropki w鉚r闚 na nosie. Dziewczyna popatrzy豉 na nas sennymi oczyma. � O co si� k堯cicie? � zapyta豉. � Tak wszed貫m... � wymamrota� sutener Bobek � to z這to tak za�wieci這... Uciek� oczyma przed moim spojrzeniem. � Tak za�wieci這... � powt鏎zy� � samo wlaz這 do 豉py. Dziewczyna zrozumia豉 wreszcie, o co chodzi, i zacz窸a si� �mia� ha豉�liwie. �mia豉 si� uderzaj鉍 bosymi stopami w pod這g�. Kusa sp鏚niczka zawin窸a si� i wysoko ods這ni豉 uda. Dalej by� wci鉚aj鉍y jak bagno mrok. Przypomnia貫m sobie swoj� mi這�� z domu naprzeciw, smuk章, jasnow這s� i wielkook� dziewczyn�. By豉 to mi這�� niema, pe軟a jedynie smutnych spojrze�. 43 Otworzy貫m kuchenne drzwi. � Gdzie ja teraz p鎩d�? � u瘸li� si� nad sob� sutener Bobek i pos逝sznie skierowa� si� do wyj�cia. Skin像 na dziewczyn�. � Idziemy � mrukn像. � A czy ja tu mog� zosta�? � zapyta豉 ci鉚le si� �miej鉍. Pokiwa貫m pospiesznie g這w�. Zamkn像em drzwi na klucz. Wr鏂i貫m do tej dziewczyny z Przasnysza. D這nie mia貫m mokre od potu (w jednej �ciska貫m odzyskan� obr鉍zk�) i serce bi這 nier闚no. 44 Dom przeznaczony do rozbi鏎ki By豉 to kawiarnia stara i mroczna jak dawno zapomniany �wiat. Dom, w kt鏎ym si� mie�ci豉, zosta� przeznaczony do rozbi鏎ki. �wiat這 dnia nie dociera這 tutaj wcale. Od dawna wybiera貫m tylko takie miejsca. W moim mie�cie jest ich coraz mniej. Wymieraj� jak ludzie. Siedzia貫m w k鉍ie, s鉍z鉍 lich� kaw� i pal鉍 papierosa. Ludzi by這 niewielu, i przewa積ie bywalcy. Ko�cista kobieta w pomi皻ym fartuchu krz靖a豉 si� za lad�, odmierzaj鉍 winiak do szklanek. Przekomarza� si� z ni� m篹czyzna o nalanej twarzy, do kt鏎ego ona m闚i豉 �Danusiu�. Ten o nalanej twarzy g這s mia� piskliwy, cienki. Rozgl鉅a� si�, rzucaj鉍 zalotne spojrzenia na m篹czyzn. Zreszt� w tej kawiarni opr鏂z bufetowej by造 tylko dwie kobiety, omotane w grube warstwy ciuch闚 handlarki z bazaru, kt鏎e �lini鉍 palce liczy造 pieni鉅ze. M篹czyzna o nalanej twarzy by� podpity. Kolejarze zajmuj鉍y stolik pod piecem, mi璠zy 造kami w鏚ki wypijanej ukradkiem z trzymanej w teczce butelki, podkpiwali z niego ordynarnie. � Nie st鎩 tak! � Kartofle pogubisz! Kobieta za bufetem parskn窸a �miechem. � Ja sobie wypraszam! � pisn像 m篹czyzna i poczerwienia�. Sprawia� wra瞠nie zap璠zonego peda豉, kt鏎y ma �wiadomo�� braku widok闚 na spe軟ienie dokuczliwych po蕨da�. Raczy� si� chciwie winiakiem, cz瘰tuj鉍 r闚nie� bufetow�. Ona wypi豉, pochylaj鉍 g這w� pod lad�. Na �cianie ponad bufetem umieszczony by� �wi皻y obrazek, Matka Boska Cz瘰tochowska, z podw鎩n� szram� od szwedzkiego rapiera na policzku. Siedzia貫m w k鉍ie i przebieraj鉍 造瞠czk� w grubej warstwie fus闚 na dnie fili瘸nki b章dzi貫m ospa造m wzrokiem po niewyra�nych, zamazanych twarzach i porysowanych, liszajowatych �cianach musztardowego koloru. Zatrzyma貫m spojrzenie w oknie. Mia貫m widok na jasn�, s這neczn� ulic� pe軟� ludzi. By� to inny �wiat. Zapali貫m kolejnego papierosa, patrz鉍 wrogo i zazdro�nie na ulic�. Oczy rejestrowa造 twarze kobiet i ich wed逝g najnowszej mody opi皻e d磨nsowymi spodniami po�ladki i uda. Widzia貫m te� piersi. Niekt鏎e strome, wyzywaj鉍e i ods這ni皻e w g喚boko wyci皻ych dekoltach bluzek. By造 to m這de dziewczyny. Nie m鎩 �wiat. Nale瘸貫m ju� do przesz這�ci. Rozpami皻ywa貫m i grzeba貫m w warstwach odleg造ch, minionych lat. Ale ten �wiat ulicy, m這dy i beztroski, wabi� i przyci鉚a� wzrok, kt鏎y jak pies na 豉鎍uchu wyrywa� si� tam. Opu�ci貫m g這w�. Te spodnie oblepiaj鉍e po�ladki i uda dziewcz靖... Pewien m鎩 znajomy powiedzia�: � One to spodnie rano mocz� i mokre nak豉daj� na siebie. Tak chodz�, a� wyschn�. W ten spos鏏 robi� si� dopasowane. Maj� zdrowie te zdziry � zako鎍zy� niech皻nym, zrz璠liwym g這sem. Wtedy �mia貫m si� z niego. Z tej jego niech璚i. Teraz nie. Przera�liwie skrzypn窸y drzwi i w progu stan瘭i otyli Cyganie, muzykanci. Najstarszy, brodaty d�wiga� kontrabas. Popatrzyli na szare, m皻ne wn皻rze kawiarni i odwr鏂ili si� ze zniech璚eniem. Potem przyszed� m這dy 穎軟ierz, z wygl鉅u prowincjusz zagubiony w mie�cie. Zainteresowa� si� nim peda�. Otar� si� o niego dosy� nachalnie i zaproponowa� kieliszek. Kolejarze siedz鉍y pod piecem zarechotali. Kobieta za lad� wykrzywi豉 sw� zniszczon� twarz starej ulicznicy. 皋軟ierz odsun像 si� i stanowczo odm闚i�. Zaraz wyszed�. 45 Pogoni� za nim piskliwy g這s peda豉: � Dlaczego uciekasz, laleczko? � Szeroko wyci鉚n像 r璚e. Wygl鉅a� jak �lepy my�liwy, kt鏎y miota si� po omacku. Zatoczy� si� pod piec, na m篹czyzn racz鉍ych si� w鏚k� z butelki ukrytej w teczce. Jeden z nich uszczypn像 go w po�ladek. � Dup� ma rzadk� � stwierdzi�. � Do niczego. � Zn闚 zarechotali. Najg這�niej �mia豉 si� bufetowa. Peda� znalaz� si� przy moim stoliku. � Za wsiarz 豉chudr�, kolego! � poradzili kolejarze. Odepchn像em go. By� ju� bardzo pijany. Oczy mia� powleczone szkliwem i z ust wydobywa� si� nieartyku這wany be趾ot. Budzi� obrzydzenie. Kobieca mi瘯ko�� w po章czeniu z brzydk�, nalan� twarz� by豉 groteskowa. Osun像 si� na pod這g� i zaraz usn像. Bufetowa i ci spod pieca naradzali si� niemrawo. � Zadzwoni� po radiow霩 � powtarza� jeden z kolejarzy. � Przyjad� i go zwin�. � A ten automat na rogu przecie� popsuty � przypomnia豉 sobie bufetowa. � Chce by� bab� � powiedzia豉 starsza handlarka d逝bi鉍 w nosie czerwono lakierowanym paznokciem. � Upar� si�, g逝pi... Kolejarze zacz瘭i j� namawia� do w鏚ki. Przestali si� interesowa� �pi鉍ym peda貫m. Jeszcze dosy� d逝go siedzia貫m w tej kawiarni, pogr嘀ony w ja這wej medytacji. 畝dna my�l nie o篡wia豉, by造 po豉mane i bez skrzyde�, pe透a造 niemrawo i roz豉zi造 si� jak breja. I wtedy przypomnia貫m sobie dziewczyn�, kt鏎� zobaczy貫m w autobusie. By豉 bardzo m這da, twarz mia豉 czyst� i �wie蕨, popielate, d逝gie w這sy l�ni造 w s這鎍u. Ogarn窸o mnie wzruszenie, wyobrazi貫m sobie spotkania z ni�, pe軟e uniesie� jak za dawnych lat. Dziewczyna wysiad豉 na nast瘼nym przystanku, wysiadaj鉍 spojrza豉 na mnie przelotnie. I ju� chcia貫m pobiec za ni� i powiedzie� jej wszystko. Wtedy pomy�la貫m o swojej zm璚zonej twarzy, o oczach zm皻nia造ch i bez blasku, o ca造m tym ci篹arze lat, kt鏎y d�wigam w sobie. Pozosta貫m w autobusie. Kobieta za lad� podkr璚i豉 ga趾� g這�nika zawieszonego na �cianie i jak piach w z瑿ach zazgrzyta造 g這sy starych wiejskich bab, zawodz鉍ych ludowe przy�piewki. Wtedy wyszed貫m z kawiarni. A kiedy drugi raz tam si� znalaz貫m, zacz窸a si� ju� rozbi鏎ka tej kamienicy. Okna bez szyb zia造 opuszczeniem i zag豉d�. Pochylaj鉍 si� pod rusztowaniem oplataj鉍ym mury, wszed貫m do wn皻rza. Zerwane pod這gi. Spod n鏬 wyprysn像 sparszywia造 kot. W k鉍ie sta造 puste butelki po winie. Smr鏚 moczu i st璚hlizny. Tynk osypywa� si� z sufitu i wida� by這 poobt逝kiwane resztki misternej rozety. Na �cianie prostok靖ny, jasny �lad po Matce Boskiej Cz瘰tochowskiej. Nied逝go tam pozosta貫m. Omijaj鉍 gruz i odchody, wyszed貫m na ulic�. Ruszy貫m szybkim krokiem nie ogl鉅aj鉍 si� za siebie. 46 Wigilia Za grypsowanie z s零iedni� cel� poszed貫m do karca. Pierwszy raz szed貫m do karca. Chi雟ki Ptak, ma造, zasuszony klawisz z rzadk� br鏚k�, tr鉍aj鉍 kluczami, prowadzi� mnie d逝gim korytarzem izolacyjnego oddzia逝. Dzie� by� wigilijny, wi璚 tych czterdzie�ci godzin karca mia這 przypa�� na Wigili� i Pierwsze �wi皻o. W g這wie p皻a造 mi si� g逝pie my�li o tradycyjnym wieczornym 瘸rciu i choince. Na wolno�ci sp璠zaj� ludzie ten dzie� w gor鉍zkowej, weso貫j bieganinie. Chi雟ki Ptak otworzy� ostatnie drzwi po lewej strome korytarza i wepchn像 mnie do karceru. Cela by豉 ma豉, ciemna, z g鏎y rzuca豉 sk雷e �wiat這 odrutowana 瘸r闚ka. Z cementowej nary podnie�li si� dwaj m篹czy�ni. Trzeci siedzia� w k鉍ie odwr鏂ony plecami. Ci dwaj patrzyli na mnie uwa積ie. � Przygoda � odezwa� si� ochryple jeden z nich � jestem Przygoda. A ty kto? � Ja z ma這latki � odpar貫m. O tym Przygodzie s造sza貫m ju� niema這. W豉mywacz, bardzo g這�ny w wi瞛iennych opowie�ciach, ci鉚le walczy� z naczalstwem i ci鉚le w karcu. Przyjrza貫m mu si� z ciekawo�ci�. Twarz mia� poznaczon� osp� i bliznami chyba po 篡letce, w這sy rzadkie, nastroszone, i zmru穎ne oczy. � Z ma這latki, s造sza貫�? � Przygoda zwr鏂i� si� do tego drugiego. Tamten za�mia� si� nieprzyjemnie jako�. Jego twarzy jeszcze nie zobaczy貫m. By豉 poza sk雷ym kr璕iem �wiat豉. Przygoda zatar� z suchym szelestem d這nie. � Znaczy m這dy i �wie篡 � rozleg� si� g這s tego trzeciego, kt鏎y ca造 czas siedzia� odwr鏂ony plecami. � To jest git sprawka � Przygoda nachyli� do mnie swoj� szpetn�, okrutn� twarz. Cofn像em si� odruchowo. � Nie p瘯aj � wychrypia� Przygoda � krzywdy nie b璠ziesz mia�. Ten drugi znowu si� za�mia�. Tym razem zobaczy貫m jego twarz. Mia� niskie, pofa責owane czo這 i wkl瘰造 nos. Czochra� si� nieustannie, wpychaj鉍 r瘯� pod koszul�. � Nie p瘯aj � Przygoda wykrzywi� si� ods豉niaj鉍 puste dzi零豉. � Jak b璠ziesz grzeczny, to i fajurka si� znajdzie, i poglumasz sobie chlebka ze smalcem. I tak mierzy� mnie d逝gim spojrzeniem od st鏕 do g這wy. � Pierwszy raz siedzisz w pudle? � zapyta�. Skin像em g這w� i niedobre napi璚ie wzmog這 si� we mnie gwa速ownie. Co� zaczyna貫m podejrzewa�. Siedzia貫m pierwszy raz, ale z wolno�ci nie przyszed貫m tu jako frajer. Przygoda wyci鉚n像 poznaczon� tatua瘸mi d這� i dotkn像 mojej brody. Zadr瘸貫m. D這� by豉 zimna i wilgotna. � A jakie usta toto ma czerwone � odezwa� si� ten z wkl瘰造m nosem. � Jak malinka � powiedzia� pieszczotliwie Przygoda. Cofn像em si� zaciskaj鉍 pi��ci. Teraz ju� wiedzia貫m wszystko na pewno. Rozejrza貫m si� po celi. Taka w零ka nora, okno zabite blach� i szron na �cianie. � Nie wyfruniesz, ptaszku! � za�mia� si� kpi鉍o ten z wkl瘰造m nosem. � Co tam si� dzieje? � zapyta� trzeci, ci鉚le odwr鏂ony do �ciany. � Prawiczek � powiedzia� Przygoda. � Trzeba b璠zie go oswaja� � doda� ten z wkl瘰造m nosem. A trzeci poruszy� niemrawo g這w� i ziewn像. Wyolbrzymiony cie� jego g這wy poruszy� si� na �cianie. 47 Starzy wyrokowcy cz瘰to brali sobie ma這latk闚 do wyrka dla zabawy. Jak by貫m na kwarantannie, to celowy Szatan prowadzi� hodowl� takich m這dych frajer闚. Przypomnia貫m sobie te noce, kiedy s零iednia prycza skrzypia豉 niezno�nie. M鎩 wsp鏊nik, Geno z Zacisza, te� opowiada� mi nieraz o tym. � Nie jestem par闚�! � wykrzykn像em za豉muj鉍ym si� g這sem. Wszyscy trzej zachichotali. � Nikt nie jest od razu par闚� � rzek� Przygoda. � Zawsze trzeba to zacz寞. � No! � zniecierpliwi� si� ten z wkl瘰造m nosem � czas na tresur�. � A ja sobie poczekam � odezwa� si� ten odwr鏂ony do �ciany. � Ty zawsze chcesz na gotowe � powiedzia� z wyrzutem Przygoda. � Mog� by� ostatni � odpar� tamten � albo wcale. Ta g這d闚ka si造 mi odebra豉. Przygoda pochyli� si� i wyci鉚n像 do mnie r璚e. � Cip, cip, prawiczek! � zacmoka� ten z wkl瘰造m nosem. Jeszcze mocniej wcisn像em si� mi璠zy drzwi i kibel. W豉�nie kibel. Powoli zwr鏂i貫m si� w stron� tego 瞠laznego kub豉. Postanowi貫m chwyci� pokryw�. Zaczn� wali� w drzwi. Ale co da walenie w drzwi. Chi雟ki Ptak lubi takie zabawy z ma這latkami. Wcale nie otworzy albo uchyli tylko i powie z ob逝dn� powag�: � Spok鎩, gnoju, bo zrobi� raport! � Wi璚 b璠� si� broni� pokryw�. � Usta to on ma. � Przygoda zrobi� wstr皻n�, lubie積� min� i zr璚znym ruchem nogi usun像 z mojego zasi璕u kibel. Zosta貫m pozbawiony jedynej obrony. � Nosy wam poodgryzam � wyszepta貫m czuj鉍, jak ogarnia mnie zupe軟ie bezradno��. W odpowiedzi da� si� s造sze� ich syty, pewny �miech. Ten �miech jeszcze nie usta�, gdy zazgrzyta� klucz i drzwi karceru uchyli造 si� szeroko. � Kawa, panowie urki! � zawo豉� fajfus tego oddzia逝, 造sy, u�miechni皻y handlarz blitem. Kolejno nape軟ia� nasze miski kaw�, a w pewnej chwili, wykorzystuj鉍 nieuwag� Chi雟kiego Ptaka, wsun像 im do r瘯i jakie� zawini靖ko. � Od sto jedenastej � szepn像. Zn闚 drzwi si� zatrzasn窸y i zosta貫m z tymi trzema. W zawini靖ku znajdowa這 si� kilkana�cie papieros闚 i gryps na bibu販e. Przygoda wyrwa� mi bibu趾� i przeczyta� gryps, powoli sylabizuj鉍: � �Ferajna pami皻a o tobie. Trzymaj si�, synek, Cygan.� Sko鎍zy� i popatrzy� na mnie ze zdziwieniem. � Znasz Cygana? Kiwn像em g這w�. � Cygan... du篡 kozak� powiedzia� ten z wkl瘰造m nosem. � Razem skakali�my na wolno�ci � odpowiedzia貫m. Ten trzeci odwr鏂i� si� od �ciany i te� popatrzy� na mnie. � No tak � zamrucza� Przygoda � tyle 瞠 wygl鉅 mia貫� taki... � Frajerski � dorzuci� ten z wkl瘰造m nosem. Pocz瘰towa貫m ich szlugami. Przygoda mia� schowane za podszewk� kurtki zapa趾i. Zapalili�my. � Czasem mo積a si� pomyli� � b隕n像 Przygoda. Wygl鉅ali na zak這potanych. I dzi瘯i temu, 瞠 Cygan pami皻a� o mnie, Wigilia i pierwszy dzie� �wi靖 zlecia造 mi w tym karcu ca趾iem zno�nie. Dzielili�my si� szlugami. Przygoda �piewa� stare z這dziejskie pie�ni. 48 Patoka � Ca章 noc nie mog貫m spa� � powiedzia� Stefan. Przyja�nimy si� od lat. Cz瘰to telefonujemy do siebie. Pocz靖ek naszej przyja�ni bierze si� z m這do�ci. Ja przyby貫m na wielkomiejski szlak ni to z przedmie�cia, ni miasteczka. Stefan z Pow頊ek. Obaj znale�li�my si� w starym, pami皻aj鉍ym jeszcze carskie czasy wi瞛ieniu na G瘰iej. Mury by造 鄴速e, piece dymi造, z okna widok na pomnik Bohater闚 Getta. W letnie wieczory �piewali�my w kraty dzikie, t瘰kne pie�ni urk闚 o Czabaku, jamszczyku i malowanej lali. Kipia這 w nas wtedy si章 i wyobra瘸li�my sobie niema這. Przygniot造 nas lata. Goryczy i s豉bo�ci przyda造. Stefan jest fryzjerem, ja pisarzem. Z tamtych lat Stefan posiada na swoim ciele mn鏀two tatua篡, ja tylko jeden. Stefan ma spraw� z c鏎k�. � Dziecko � powiada � to nie zabawka. I pragnie, 瞠by c鏎ka spe軟i豉 jego oczekiwania. Ja mam spraw� z pisaniem i czasem wydaje mi si�, 瞠 przegra貫m. Wtedy robi si� pusto i g逝cho. Nie ma nic. Po pijanemu Stefan dzwoni do mnie i powiada: � Kurwa, 瞠by jeszcze co� si� sta這! Po pijanemu dzwoni� do niego i m闚i� to samo. I nagle przypomnia� nam o sobie Patoka. Wyczyta貫m list go鎍zy za nim. Zapami皻a貫m z opisu �oczy 鄴速e� i �liczne w豉mania�. Oczy 鄴速e. Takie oczy musi mie� drapie積y kot przed skokiem. Patoka znaczy� swoj� drog� zuchwa造mi w豉maniami i za to go poszukiwali. Jak zza mg造 wynurzy豉 si� G瘰i闚ka i spacerniak mi璠zy murami. My, ma這latki, patrzyli�my z okien pierwszego pi皻ra na spaceruj鉍� recydyw� z VI oddzia逝. � O, Patoka � zaszeptano. By� ju� wtedy s豉wny. Przypomnienie poruszy這. Od篡豉 legenda dawnych lat. Zadzwoni� Stefan. Nie m鏬� spa� ca章 noc. Uj瘭i Patok�. Wyczyta� w gazecie. Przygn瑿i豉 go przypadkowo�� tej ko鎍闚ki. Spotkali�my si� nad Jeziorkiem Kamionkowskim i chodz鉍 wzd逝� brzegu rozwa瘸li�my rzecz ca章. Po udanym w豉maniu do zagranicznego przedstawicielstwa handlowego, sk鉅 zabra� kilkana�cie tysi璚y dolar闚, Patoka ruszy� w Polsk�, wydawa� bankiety, wyst瘼owa� jako pose�. � Wygl鉅 to on ma � stwierdzi� Stefan. Ja ju� Patoki nie pami皻a貫m. � I wyr鉉a� p��niej jakie� byle jakie mieszkanie � westchn像 Stefan. � Po co mu to by這? Forsy mia� jak lodu. Brzeg Jeziorka Kamionkowskiego jeszcze zimowy, krzaki go貫, troch� lodu na wodzie. �Balaton� nazywaj� ten staw ludzie z praskiej strony. � Musia� r鉉a� � uzna� Stefan � to artysta. Bez r鉉ania nie ma dla niego 篡cia. Pod Patok� wypili�my flaszk�. Ma這 co m闚ili�my. Ka盥y siedzia� w swojej przesz這�ci. Ile to ju� lat si� przewali這! Ogl鉅a貫m film jugos這wia雟ki Deps. By豉 to opowie�� o przest瘼cy, kt鏎y przesiedzia� dziesi耩 lat w wi瞛ieniu i porzuci� sw鎩 fach. Mimo to nie ma spokoju. Nieustannie n瘯aj� go tajniacy. S豉wa speca od trudnych rob鏒 dalej mu towarzyszy. Samotny, boryka si� ze z造m losem. Opowie�� o jego 篡ciu bardzo mnie wzruszy豉. Tak sobie wyobra瘸貫m bohatera mojego pierwszego opowiadania, kt鏎e zobaczy貫m w druku. Tamtego nazywali Kwadratowy. 49 Ten z filmu Deps. Wtedy zadzwoni� Stefan i powiedzia�: � To by這 tak, jakby gdzie� daleko zrobili film z twoich opowiada�. � Stefan odsiedzia� dziesi耩 lat i nie jest sk這nny do 豉twych uniesie� czy egzaltacji. Ucieszy貫m si�, 瞠 my�la� tak samo jak ja. By貫m �wiadkiem w s鉅zie. Wilcze sprawy mi璠zy lud�mi. Staruszk� wygry�li z mieszkania i opowiedzia貫m s鉅owi, kt鏎y by� kobiet� w �rednim wieku, jak to po篡czy貫m tej staruszce ko責r�, 瞠by uchroni� si� mog豉 przed zimnem, pozbawiona swego domu, przebywaj鉍a w nieopalanej ruderze. Podzia豉這. Oczy kobiety w �rednim wieku pe軟e wsp馧czucia. Jako �wiadek wyst雷i貫m skutecznie. Wyszed貫m na korytarz i dotar貫m do sali, przed kt鏎� zebra豉 si� spora gromadka ludzi. Przeczyta貫m wokand�. Sprawa Patoki. Taki przypadek. Wszed貫m tam. Siedzia� mi璠zy milicjantami. Niepozorny i 造sawy, samotny na 豉wie oskar穎nych. Zeznawa� wi瞛ie�-szczur, przerzucany z celi do celi, 瞠by w瘰zy� i pods逝chiwa�. Mia� teraz opowiedzie�, czego wywiedzia� si� od Patoki podczas wieczornych godzin, kiedy wi��ni闚 najbardziej gniecie samotno�� i ogarnia ch耩 zwierze�. Ten szczur sparali穎wany by� wzrokiem Patoki. Odwraca� g這w� od 豉wy oskar穎nych i a� skr璚a� si� z wewn皻rznej udr瘯i. Naraz zaskomla�: � Nic nie powiem! Nic nie wiem! Powiem, to nie b璠zie dla mnie 篡cia w ka盥ym jednym wi瞛ieniu w ca貫j Polsce. Wsz璠zie dopadn�! Patoka przyjrza� mu si� z zainteresowaniem. Po jego twarzy b章ka� si� ulotny, pob豉磧iwy u�mieszek. Strzepn像 z klapy marynarki jaki� niewidoczny py�. Wtedy go sobie przypomnia貫m. Co tydzie� chodzili�my do 豉�ni i tam w k喚bach pary ods豉nia造 si� tatua瞠 pokrywaj鉍e cia豉 wi��ni闚. Przer騜ne i wymy�lne to by造 wzory, ale nie wiem czemu, najbardziej wzrok m鎩 przyci鉚a� tatua�, kt鏎y by� jak �redniowieczny sztych: wysoka g鏎a, zamczysko i drog� podje盥瘸 rycerz na koniu. Rysunek ten pokrywa� plecy jednego z wi��ni闚. � To Patoka � powiedzia� Z鉉ek, m鎩 celowy ze sto jedenastej. Przygl鉅a貫m si� jego twarzy. I raz w tej ciemnej, ponurej sali s鉅u, wy這穎nej br頊owym drzewem, nasze spojrzenia zderzy造 si�, moje i Patoki. Wyda這 mi si�, 瞠 patrzy we mnie intensywnie, i zapragn像em, 瞠by udzieli這 mi si� cho� troch� jego si造. Tyle lat dzia豉� nieprzerwanie. Nie ma ju� wi瞛ienia, w kt鏎ym siedzieli�my. Zosta這 zburzone. Zburzono wiele starych dom闚. Zamkni皻o wiele knajp i nie ma dawnych bazar闚. Pojawi造 si� nowe domy i place. A Patoka ci鉚le krad�, dostawa� si� do wi瞛ienia, ucieka�, znowu krad�. I pomy�la貫m te�, 瞠 wszystko w jego 篡ciu poza tymi �mia造mi w豉maniami, d逝gimi latami wi瞛ienia, a potem napi皻ym wyczekiwaniem na szans� ucieczki, wi璚 wszystko to inne: kobiety, smak spokoju, rodzina, ciep這 i rozkosz bezczynno�ci, by這 niewa積e. Twarz mia� szar�, wychud章 i pobru盥穎n�, a ta resztka w這s闚 siwa, ale nie czu這 si� w nim znu瞠nia, rezygnacji; pod t� niepozorn� pow這k� tkwi豉 niewyczerpana si豉, kt鏎a przejawia豉 si� w zacisku guzowatych, mocnych szcz瘯 i uporze wydatnego podbr鏚ka. Pozazdro�ci貫m mu tej 瞠laznej konsekwencji, cho� jednocze�nie te lata wi瞛ienia, d逝gie jak niejedno 篡cie, mrozi造 wyobra�ni�. Adwokat, stary cz這wiek o znudzonej twarzy s鉅owego wyjadacza, tym razem by� o篡wiony. � W sumie przesiedziane dwadzie�cia lat � powiedzia� � osiem udanych ucieczek. Opowiada� o Patoce z uznaniem, jako o doskona造m fachowcu i arty�cie zarazem. � Wyrok b璠zie du篡 � doda� m這dy aplikant. Odprowadzi� wzrokiem Patok�, wychodz鉍ego w asy�cie dw鏂h milicjant闚. Patoka d這nie mia� skrzy穎wane na przedzie, spi皻e kajdankami. Z kurtuazj� przysun像 si� do �ciany, daj鉍 przej�cie kobiecie w czarnej todze z czerwon� obszywk�. Milicjanci skupieni, czujni. Gro�n� konwojowali zwierzyn�. 50 � Prokurator domaga si� pi皻nastu lat � powiedzia� aplikant. Stary adwokat te� obejrza� si� za Patok�. � Ucieknie � powiedzia� z przekonaniem. � Tyle razy ucieka�. Zn闚 spotkali�my si� ze Stefanem nad Jeziorkiem Kamionkowskim. Ju� by豉 wiosna. �piewa造 ptaki i pojawili si� pierwsi rybacy. W krzakach pili w鏚k�. Dziad zbieracz czeka� cierpliwie na puste flaszki. � Prokurator domaga si� pi皻nastu lat � powiedzia貫m Stefanowi. Pokiwa� g這w�. By� skacowany. My�la� o robocie, kt鏎� mia� zacz寞 od po逝dnia. My�la� o egzaminie z nowej m瘰kiej fryzury. Ja te� by貫m marny. Dr璚zy豉 mnie jaka� trudna do wyra瞠nia udr瘯a. Co� zacz寞! Co� rzuci�! Ale co, jak? Dziad zbieracz kl寞 zacz像. Pijani wyszli z krzak闚 i zabrali ze sob� opr騜nione flaszki. Stefan patrzy� pos瘼nie w wod�. � Ucieknie � powiedzia�. W tym by豉 i moja ca豉 nadzieja. 51 U fryzjera S這鎍e pada這 na pochy造 dach kamienicy po przeciwnej stronie. O�wietla這 facjat�. Nastroszone go喚bie rz璠em siedzia造 na gzymsie. W oknie facjaty jak zwykle o tej porze pokaza豉 sw� trupi�, ko�cist� twarz wariatka. Wykrzykiwa豉 co�. Zawsze o tej porze wykrzykiwa豉. Go喚bie oci篹ale podrywa造 si� do lotu. W zak豉dzie by這 pusto. Szef szele�ci� gazet�. Zwyczajem kibica pogr嘀y� si� w czytaniu ostatniej, sportowej strony. � Popatrz � powiedzia�. � �Szombierki� wysiad造 z ligi. W damskim furkota豉 elektryczna suszarka do w這s闚. M這dszy fryzjer sta� przy oknie. Przygl鉅a� si� wariatce. Co ona wykrzykuje? Do kogo ma 瘸l? Sprz靖aczka W豉dziowa wynurzy豉 si� zza przepierzenia dziel鉍ego zak豉d na dwie cz��ci. � Wzi寞 co� dla was? � zapyta豉. Szef zam闚i� salceson i kaszank�. W豉dziowa posz豉 w ogonek do mi瘰nego sklepu. I znowu cisza. Suszarka te� przesta豉 wy�. M這dszy fryzjer otworzy� podr璚zn� szafk�. Wyci鉚n像 nakrochmalon� �cierk�. Powiesi� na por璚zy fotela. P堯tno zaszele�ci這 jak papier, powia這 �wie穎�ci�. R瘯awem przetar� zamazane lustro. Przyjrza� si� odbiciu swojej twarzy. Broda nie wymaga豉 przystrzy瞠nia. Tylko wyszczotkowa�. Wr鏂i� do okna. Ani �ladu po s這鎍u. Czarne chmury zaleg造 niebo. Ulica kipia豉 handlowym ruchem. Pobliski bazar wch豉nia� ludzi jak worek bez dna. Powoli przejecha� swoim Fordem ten Cygan, co dla pozoru jest kotlarzem. M這dszy fryzjer zaj像 si� ostrzeniem brzytwy. By豉 staro�wiecka, w ko�cianej oprawce. Dosta� od zaprzyja�nionego klienta. Mi瘯kimi przesuni璚iami po ose販e pie�ci� ostrze. Oczy cieszy� widok zimnej, po造skliwej stali. Szef od這篡� gazet�. Drapa� si� w ty貫k. Z kieszeni wyci鉚n像 kupony totolotka. Przegl鉅a� uwa積ie. Wzrok mia� skupiony, wargami marnia� losow� modlitw�. � Zaraz wracam. Nacisn像 na g這w� kapelusz i wybieg� z zak豉du. M這dszy fryzjer z這篡� brzytw�. Delikatnie wsun像 j� do pochewki. Przylepi� twarz do szyby. Odprowadzi� spojrzeniem szefa przebiegaj鉍ego przez jezdni�. W bia造m fartuchu i kapeluszu na g這wie wygl鉅a� dziwacznie i �miesznie. M這dszy fryzjer skrzywi� twarz jak przy bol鉍ym z瑿ie. I patrzy� dalej. Sprzedawca kud豉tych psiak闚 zaj像 swoje miejsce w bramie. Psiaki ozdobi� czerwonymi wst嘀eczkami. Dwaj wywiadowcy myszkowali przy wej�ciu na bazar. Wprawne oko m這dszego fryzjera wy這wi這 ich od razu. Jeden z nich by� jego sta造m klientem. W瘰z� ci tajniacy. Patrzy� na nich w skupieniu, dop鏦i nie znikn瘭i w t逝mie. I pomy�la� o tych, co pieni璠zy maj� jak lodu. Wielu takich spaceruje t� handlow� ulic�. Du瞠 pieni鉅ze p造n窸y w wyobra�ni m這dego fryzjera jak rzeka. Ta rzeka omija豉 go starannie. Nigdy nie zanurzy� si� w jej nurcie. Zagrzechota� dzwonek nad drzwiami. Przylaz� kuternoga ze swoim g逝pkowatym synem. Zacz像 wzdycha�. Spogl鉅a� wymownie w k靖, gdzie by� parawanik. Tam jest miejsce do chlania. G逝pkowaty obmacywa� z zachwytem fryzjersk� gruszk�. � Czy mog� sobie psikn寞? � wybe趾ota� i nie czekaj鉍 na pozwolenie przycisn像 gumow� gruszk� po章czon� z flakonem. Z rozkosz� opryska� sobie twarz wonn� wod�. M這dszy fryzjer wpatrzy� si� w dyplom mistrzowski szefa, wisz鉍y ponad lustrem. Z這cone ramki mistrzowskiego dyplomu b造szcza造 nachalnie. Westchn像 ci篹ko. Kuternoga poderwa� si�. � Skoczy�? � zapyta�. Monopolowy sklep mia� na my�li. 52 M這dszy fryzjer wyszarpn像 z d這ni g逝pkowatego gumow� gruszk�. � Starczy � warkn像. Kuternoga jeszcze chwil� powzdycha� na pr騜no i przy這篡wszy d這� do daszka kolejarskiej czapki poszed� szuka� szcz��cia gdzie indziej. Za nim z oci鉚aniem jego g逝pkowaty syn. Z damskiego dochodzi造 szepty, piski. Te dwie fryzjerki te� nie mia造 roboty. Jedn� widzia� z Arabem par� dni temu. Jak do miodu ci鉚n� dziewczyny do tych z這tem obwieszonych Arab闚. Zafalowa這 przepierzenie z kwiecistego materia逝. Pani Maria, kasjerka, wychyli豉 sw� wymalowan� twarz starej lafiryndy. � Co pan taki markotny, skarbie? Wzruszy� ramionami. Pani Maria westchn窸a i znikn窸a za kotar�. � Hieny czuj� padlin� � powiedzia� m這dszy fryzjer do lustra. Wyszczerzy� z瑿y. Mia� zdrowe, bia貫 i mocne. Jeszcze si� nie psu造. Ani jednej ciemnej plamki nawet. To sprawdzenie nie przynios這 jednak 瘸dnej ulgi. Pusty dzie�. My�li czepiaj� si� g這wy. A za oknem p造n像 bez ko鎍a ten handlowy, spieszny t逝m. Zanurzy� si� w t� rzek�, co p造nie do bazaru. Niech poniesie gdzie b鉅�... M這dszy fryzjer gwa速ownym ruchem zwichrzy� brod�. Rozejrza� si� bezradnie. Z這cone ramki ponad lustrem k逝造 wzrok. Ozdobne litery dyplomu zaciera造 si� i ta鎍zy造. I nawet nie us造sza� dzwonka nad drzwiami. Powoli obr鏂i� g這w�. Pewnie szef wr鏂i�. To nie by� szef. Pierwszy klient. Wysoki, elegancki. Garnitur mia� niebieski i torb� przewieszon� przez rami�. Rzuci� badawcze spojrzenie w lustro. Przesun像 d這ni� po ciemnych od zarostu policzkach. Zachrz��ci這. � Ogoli� � poleci�. M這dszy fryzjer wpatrzy� si� w niego. Czerwona, szeroka twarz, pokryta g瘰tym zarostem z dw鏂h dni, wydatny nos po興obiony przez w鉚ry i przedzia貫k w brodzie. Ta twarz zacz窸a mu p璚znie� i rosn寞 w oczach. � Ogoli�... � powt鏎zy�. Klient skin像 g這w�. Skierowa� si� do fotela. M這dszy fryzjer zast雷i� mu drog�. Uczyni� to bez namys逝. Sucho�� �cisn窸a gard這. G這�no prze趾n像 �lin�. � Ja pana goli� nie b璠� � powiedzia� zmienionym, za豉muj鉍ym si� ochryple g這sem. Klient zamruga� powiekami. � Jak to?! M這dszy fryzjer szeroko rozstawi� nogi. Wargi te� wysch造 mu jak w gor鉍zce. Przesun像 po nich j瞛ykiem. By� ni窺zy od tamtego. Ale bardziej masywny, szeroki. Taka szafa nie do przesuni璚ia. I sta� si� naraz gotowy, spr篹ony. Czu� to w twardniej鉍ych mi��niach karku. Powoli obr鏂i� si� plecami. Metodycznie pocz像 uk豉da� p璠zle, maszynki i grzebienie na swojej podr璚znej szafeczce. A napotkawszy spojrzeniem brzytw� w ko�cianej oprawce, z wysi趾iem cofn像 od niej d這�. Tamtego widzia� ca造 czas w lustrze. Czeka�. I wtedy wr鏂i� szef. � Panie! � wykrzykn像 klient. � Ogoli� mnie nie chce! By� wzburzony. Szarpn像 krawat pod szyj�. D這ni� przesun像 po zaro�ni皻ym policzku. � Jest pijany � powiedzia� m這dszy fryzjer. Tamten a� si� zakrztusi�. S這wa uwi瞛造 mu w gardle. Tylko gulgota�. � Sam pan widzi, szefie � wycedzi� m這dszy fryzjer, d這nie zwisa造 rozlu�nione w pogotowiu. Odwr鏂i� si�. Twarz klienta zawirowa豉 mu czerwon� plam� przed oczyma. � Won! � tupn像 nog�. Szef spr鏏owa� chwyci� go za po喚 fartucha. Odtr鉍i� go ku豉kiem. Klient uskoczy�. Skuli� si� i wybieg� z zak豉du. Drzwi pozostawi� otwarte. Szef zamkn像 je starannie. Zza przepierzenia wygl鉅a造 fryzjerki. Szef wyci鉚n像 papierosy. 53 � Zapalisz? M這dszy fryzjer dr蕨cymi palcami wy逝ska� papierosa. � Szajba � pos造sza� szept z damskiego. Obraca� papierosa w palcach. Poczu� t瘼e znu瞠nie i ta iskra, kt鏎a tak nagle zapali豉 si� w nim, zupe軟ie ju� zgas豉. Co by� mu winien tamten cz這wiek? Nawet jego twarzy nie zapami皻a�. Od razu tak mu si� rozd窸a i zniekszta販i豉. Zapatrzy� si� w kamienic� z pochy造m dachem po przeciwnej stronie ulicy. Okno facjaty by這 ciemne i martwe. � Szajba � powt鏎zy� i pokiwa� g這w�. 54 Aloes Sklep mie�ci� si� w nowym bloku, a ulica nazwana by豉 Patrice Lumumby. Blok闚 tutaj wybudowali ca貫 osiedle. Nast瘼ne jeszcze budowali i d�wig bez przerwy podnosi� i opuszcza� swoj� 豉p�. Kierownik sklepu przyszed� punktualnie o dziewi靖ej. Oni ju� czekali. Hydraulik z ADMu, cukiernik Patykowski, emerytowany kapitan i ten m這dy, co by� na chorobie. Pierwsi klienci. Zawsze byli pierwsi. Weszli za kierownikiem i ustawili si� przy kontuarze. Patrzyli bez nerw闚, jak myje i wyciera kufle. Czyni� to bardzo powoli i dok豉dnie. Dobry kierownik. Jeden z ostatnich, co mia� beczkowe piwo. Oni nade wszystko lubili beczkowe piwo. Za chwil�, ostro積ie zdmuchuj鉍 pian�, poci鉚a� zacz瘭i ze swoich kufli. Kierownik zmierzy� ka盥ego kr鏒kim spojrzeniem i wiedzia� ju�, co kogo boli. Hydraulik z ADM-u 興opa� 豉pczywie, dzwoni這 szk這 o jego metalowe z瑿y. � Wczoraj... troch� tego? � kierownik znacz鉍o stukn像 si� w szyj�. Hydraulik przytakn像. Emerytowany kapitan s鉍zy� powolutku i wiadomo by這, 瞠 tak do wieczora jak cysterna ci鉚n寞 b璠zie. Natomiast cukiernik Patykowski wykrzywion� mia� twarz i dopiero po odstawieniu kufla poja�nia� i odsapn像. � Powt鏎zy�? � zapyta� kierownik. Cukiernik sw鎩 kufel podsun像. � Nie daje luzu � powiedzia�. � R積ie i r積ie. � Opu�ci� d這� i ostro積ie pomaca� si� po brzuchu. � Cholerstwo... � Powiniene� na badanie � powiedzia� kierownik. Powiedzia� to bez przekonania, bo tak samo jak cukiernik nie wierzy� w lekarzy. Ten m這dy, co by� na chorobie, zagapi� si� w okno. Wypr篹y� si� i przesun像 d這ni� po w這sach uczesanych na mokro. Kierownik te� spojrza� w okno. Przechodzi豉 dziewczyna w obcis造ch spodniach i dwa po�ladki ta鎍zy造 spr篹y�cie. Ten m這dy u�miechn像 si� i zn闚 przyg豉dzi� w這sy. Jak to m這dy. Cieszy� si�, 瞠 jest na chorobie, s鉍zy sobie piwo i na dziwki do syta napatrze� si� mo瞠. Kierownik odwr鏂i� g這w� od okna i r闚nocze�nie poczu� b鏊 w prawej nodze. � Robota stoj鉍a... 砰laki z tego si� robi� � st瘯n像 i pochylaj鉍 si� z trudem, namaca� liczne zgrubienia na 造dce. Cukiernik Patykowski westchn像. Wyra�nie ws逝chany w ten sw鎩 bol鉍y ka責un. � Ci篹ka robota dla n鏬 � za瘸rtowa� hydraulik � pa雟kie sto kilo utrzyma�! Kierownik przeni鏀� ci篹ar cia豉 na lew� nog� i wlepi� przekrwione oczy w hydraulika. Ten by� suchy, prosty i ta w鏚a, kt鏎� 興opa� co dzie�, sp造wa豉 po nim jak po psie. Hydraulik przesta� si� u�miecha�. Podsun像 pusty kufel. Kierownik przekr璚i� kurek. Rozleg� si� syk i kufel wype軟i� si� 鄴速ym p造nem z bia章 czap� piany na wierzchu. Cukiernik Patykowski zapatrzy� si� w butelki z winem na g鏎nej p馧ce. � Jak wypij� � powiedzia� � r積寞 mnie przestaje... � Wino � domy�li� si� pokusy emerytowany kapitan � najgorsza zaprawka... Sam pija� tylko piwo i czyst�. Hydraulik si� roze�mia�. � Delikatesowe 穎章dki, delikatesowe podniebienia � rzek� dziarsko. � Ja tam wychla� mog� wszystko. 55 Ale do kieszeni nie si璕n像. Zawsze dok豉da� si� ostatni. Sprawa z winem si� urwa豉. Za wcze�nie jeszcze i upa� od rana dawa� si� we znaki. Kierownik czu�, jak ogarnia go lepka wilgo� i ciep貫 stru磬i potu sp造waj� spod pach. Poczu� niech耩 do siebie. Do wszystkiego niech耩. Te� nala� sobie piwa. Wypi� 豉pczywie. Rozejrza� si� po sklepie. Podszed� do wystawy. Wytar� z kurzu li�cie aloesu. Ten aloes postawi豉 tu jego 穎na. M闚i豉, 瞠 jak wyro�nie, to b璠zie z niego po篡tek. Wyr鏀� ju� i tak sta� w doniczce na wystawie. Palcem sprawdzi� ziemi�. Sucha jak popi馧. Podla�. P馧 kufla wody wypi豉 ziemia. � Gor鉍zka � zamrucza� gniewnie. Cukiernik Patykowski spojrza� na zegarek. � A co b璠zie w po逝dnie � doda�. � Wentylator w dyrekcji trzeba zapotrzebowa� � powiedzia� kierownik. Wyobrazi� sobie szum wentylatora i ch堯d, kt鏎y ogarnia cia這. Przymkn像 oczy. � Te baby to suki... � odezwa� si� hydraulik � takie upa造, a moja w nocy szturcha mnie w plecy i szturcha. � Czego chcia豉? � zainteresowa� si� ten m這dy, co by� na chorobie. � Czego! � roze�mia� si� hydraulik. � Ju� �pisz, pyta, �pisz, tak jej si� chcia這. Kierownik spochmurnia�. Przypomnia� sobie swoj� noc. 皋na jest oty豉 i poc� si� oboje obficie. Tak le瘸� obok niej, pochrapywa豉, a w nim wzbiera豉 niech耩. Z tej niech璚i nie m鏬� wcale zasn寞. � �pi�, nie �pi�... � ci鉚n像 leniwie hydraulik � powiedzia貫m jej, to moja sprawa. Cukiernik wyci鉚n像 szyj�. Jego twarz na chwil� straci豉 wyraz 穎章dkowej goryczy. � I co ona na to? � zapyta�. � Obrazi豉 si� � zako鎍zy� hydraulik. Emerytowany kapitan ziewn像. By� wdowcem i ju� nie interesowa� si� kobietami. � Jak krowy... � powiedzia� g逝chym g這sem kierownik � ten w豉z maj� wiecznie otwarty. Ci篹ka, gor鉍a noc. Dwa t逝ste cia豉 i ta niech耩, co a� go rozsadza� zacz窸a. � Po marnej nocy marny dzie� � stwierdzi� niespodzianie emerytowany kapitan. Kierownik spojrza� na niego podejrzliwie. Ca趾iem m鉅rze powiedzia�. Jakby czyta� w jego my�lach. � Ale znowu�... � zastanowi� si� hydraulik � jak baba nie chce, te� niedobrze... Mnie si� zaraz widzi, 瞠 ma innego. Ten m這dy, co by� na chorobie, przygl鉅a� im si� z pob豉磧iw� wy窺zo�ci�. � A sprz皻 z latami statecznieje � zauwa篡� cukiernik Patykowski. � Nie staje z byle powodu jak u ch造stka. � No, no... wolnego � powiedzia� ten m這dy, co by� na chorobie. � 疾by� pan zobaczy� moje lalki. � M這do��, staro�� � burkn像 kierownik � jedno z drugim barach這. Ten m這dy nie zwr鏂i� na jego s這wa 瘸dnej uwagi. Zagapi� si� w okno. Pewnie na jak�� dziewczyn�. Kierownik po瘸這wa� gwa速ownie tego czasu, kiedy w鏚k� m鏬� szklankami i wcale nie zwala豉 go z n鏬. Popatrzy� na p馧ki z winem. � W taki upa� po gorza販e 豉two dosta� ma逍iego rozumu � powiedzia� z zadum�. Zmarszczy� czo這 i bezg這�nie poruszy� wargami. � Ja raczej tylko pod wiecz鏎 � przyzna� emerytowany kapitan. Ale w oczach mia� taki b造sk, jakby czeka� na propozycj�. Kierownik milcza�. Emerytowany kapitan pog豉dzi� li�cie aloesu. � Czy podlewany? � zapyta�. Kierownik przytakn像. Wypili jeszcze po jednym piwie. Milczeli. Powoli zbierali si� do wyj�cia. Cukiernik Patykowski ze skrzywion� g瑿�. Hydraulik przewiesi� przez rami� torb� z narz璠ziami i ostro積ie 56 wychyli� si� za drzwi, patrz鉍 tam na lewo, gdzie w trzecim bloku mie�ci� si� jego ADM. Ba� si�, czy kto� z biura nie przyuwa篡 go czasem. Emerytowany kapitan zaszepta� do m這dego. Mo瞠 zmawiali si� na flaszk�? Wyszli. I kierownik przez chwil�, kiedy tak patrzy�, jak si� oddalali, mia� ochot� zawo豉�: Zaczekajcie, ch這paki, zaprawimy na m鎩 koszt! I zestawi� z p馧ki jedno wino, drugie... I odbi� korek uderzeniem pi��ci w dno, i tak kolejno ci鉚n寞 z butelki. Ale ta ochota zagas豉 w nim zaraz. Oci篹ale zabra� si� do sp逝kiwania kufli. Ruchu dzi� nie by這. S� takie dni. Wtorek zreszt�. Po niedzieli ludzie doszli ju� do siebie i trzymaj� si� z daleka od pokusy. Ponownie wytar� �ciereczk� li�cie aloesu, cho� l�ni造 przecie�. Zielone, grube li�cie. Rozejrza� si� po �cianach. Porysowane i liszajowate. Unika� spojrzenia w szyb�, bo tam odbija豉 si� jego oty豉 sylwetka. Cia這 mia� spocone i t� sam� �ciereczk� wytar� si� pod pachami. Wesz這 trzech m篹czyzn. Jeden z siatk�; chcia� butelkowego na wynos. � Nie prowadz� � odpar� kierownik. � Tylko beczkowe. Tamten pomamrota� gniewnie. Upa貫m by� zm璚zony. Pi� mu si� chcia這, ale ze z這�ci nie wypi�. Wyszed� trzaskaj鉍 drzwiami. Pozostali zam闚ili po du篡m jasnym. Jeden z nich powiedzia� przymilnie: � Baran, nie wie, 瞠 beczkowe lepsze... Obs逝篡� ich w milczeniu. Chcieli zapali�, ale pokaza� im tabliczk� z zakazem nad lad�. Wi璚 wyszli zaraz. Przyszed� jeszcze ten stary, co przychodzi� zawsze po aloes. Kierownik odpisa� od niego przepis. Postanowi� popi� tej nalewki z aloesu. Papierek z przepisem schowa� do portfela. � Na wszystko pomaga � rzek� stary. Ostro積ie urwa� jeden li�� z ro�liny. Owin像 w gazet�. � Na raka nawet � doda�. Popatrzy� po butelkach z winem na p馧ce. S這鎍e ju� wlaz這 do sklepu i wino iskrzy這 si� p這mienistym kolorem. � M這dzi �be速� na to m闚i� � powiedzia� stary i obliza� si�. � Szkodzi na zdrowie. Chemicznego co� dorzucaj�. Staremu pozwoli� zapali�. Ten jeszcze troch� powzdycha�, pogada� o aloesie i poszed� sobie. I d逝gi czas nie przychodzi� nikt. Kierownik usiad� na beczce. Lepka wilgo� pokrywa豉 cia這. Wsun像 d這� za koszul� i do b鏊u �cisn像 w fa責� t逝szcz na brzuchu. Pu�ci� i �cisn像 jeszcze raz. Tak kilka razy. Przerwa� t� czynno��, gdy� wbiegli dwaj tacy gnoje d逝gow這si w kolorowych koszulkach w angielskie s這wa. Sk豉dali si� na wino. Grzebali i grzebali po kieszeniach swoich obci�ni皻ych jak sk鏎zane r瘯awiczki spodni, ale zabrak這 im pi靖aka. Chcia� ju� im skredytowa�. Niech si� zaprawi�. Wtedy k堯ci� si� zacz瘭i. � Bo ci� obszcz�! � jeden do drugiego warcza� i w sklepie jak na ulicy zacz瘭i si� potr鉍a�. Zez這�ci� si� kierownik. Czego nie mia�, to nie mia�. Ale si喚 to jeszcze mia�. Napar� na nich swoim wielkim brzuchem. � Jazda! R瘯oma ich zagarn像 i za drzwi wypchn像. Nawet nie jazgotali. Poczu� zadowolenie. 疾by nie te przepychania, to by im skredytowa�. Jeszcze teraz, gdyby si� wr鏂ili. Nie wr鏂ili. Z tego powodu hojny by� dla �mieciarza, kt鏎y robi� sw鎩 codzienny obch鏚 i zajrza� do sklepu. Wypcha� �mieciarz sw鎩 worek butelkami po w鏚ce z zaplecza. Dosta� jeszcze darmowe piwo. � Niech ζzarz ma � powiedzia� kierownik. �mieciarz k豉nia� si� w pas, wychodz鉍 ze sklepu ty貫m z wypchanym workiem. Pozosta� po nim wredny zapach. Kierownik zawsze podejrzewa� go, 瞠 pije najpodlejsze trunki, takie jak denaturat czy woda brzozowa. A ile m鏬� liczy� sobie lat? W jego wieku chyba. Ledwo usiad� na beczce, 瞠by da� odpoczynek tej bol鉍ej nodze z 篡lakami, do sklepu wesz豉 dziewczyna. Ju� od drzwi rozgl鉅a豉 si� po p馧kach. 57 � S逝cham � zapyta� kierownik i wsta� niech皻nie. Podnios豉 d這� do ust. � Chcia豉m... � zacz窸a z zastanowieniem. Przesun窸a palcem po wargach. By豉 to smarkula taka, ubrana, jak to teraz one si� ubieraj�. Pod trykotow� bluzk� odznacza造 si� wydatne piersi, a sk鏎zana sp鏚niczka kusa, ledwie zadek zagrywa豉. � S逝cham � powt鏎zy� kierownik. Nagle zatrzepota豉 powiekami. Opar豉 si� o blat kontuaru. Chwia� si� zacz窸a. Podbieg� do niej. Zaj璚za豉 cienko. � S豉bo mi � wyszepta豉. � Serce � doda豉 i chwyci豉 go za r瘯�. Przycisn窸a j� do swoich piersi. Poczu� je dok豉dnie pod trykotow� bluzk�. � Tak mi si� w g這wie kr璚i... � Mo瞠 wody? � zapyta�. Pobieg� na zaplecze. Wr鏂i� ze szklank�. Podetkn像 jej do ust. Opar豉 si� o niego. Gor鉍 bi� od jej cia豉. Gor鉍 wi瘯szy ni� od s這鎍a. Wod� pi豉 豉pczywie. � Musz� odpocz寞. Ostro積ie uj像 j� pod rami� i zaprowadzi� na zaplecze. Posadzi� na skrzynce po winie. Mia豉 d逝gie rz瘰y i spod nich rzuca豉 na niego zamglone spojrzenia. Rozsun窸a suwak tej kusej sk鏎zanej sp鏚niczki. Odwr鏂i� g這w�. � Niech... � zawaha� si�, jak do niej m闚i� � niech tu posiedzi. I k靖em oka spostrzeg� jej w零kie stopy z paznokciami lakierowanymi na zielono. Wr鏂i� do sklepu i stoj鉍 za kontuarem ws逝chiwa� si� w odg這sy dochodz鉍e z zaplecza. Cisza. Nape軟i� kufel listonoszowi, kt鏎y akurat wszed�. Listonosz poklepa� si� po wypchanej torbie. � Zgadnij pan, ile forsy mam dzisiaj? Wzruszy� ramionami. Listonosz dopi� w milczeniu piwo i wyszed� ze sklepu. Kierownik post雷i� krok do ty逝. Pos造sza� tam szelest jaki�. Ale kto� wszed� do sklepu. Cofn像 si� zaraz. Sprzeda� dwa wina nie patrz鉍, komu sprzedaje, i pieni璠zy te� wcale nie policzy�, tylko szybko wrzuci� do szuflady. Dziewczyna nie wychodzi豉 z zaplecza. Zn闚 ostro積ie post雷i� krok do ty逝, dwa... Zajrza� i cofn像 si� zdumiony. By豉 zupe軟ie naga. � Co� ty! � wykrzykn像. � Jest mi �le... � u�miechn窸a si� do niego. � I chc�, 瞠by mi by這 lepiej. Nie zas豉nia豉 niczego. Pokazywa豉 wszystko. � Nie b鎩 si�! Zarzuci豉 mu r璚e na szyj�. Zrobi這 mu si� bardzo gor鉍o i chwyci� j� silnie. Chcia� odepchn寞. Zamiast tego przygarn像 do siebie. Zamkn窸a oczy. � Jak mi dobrze! � westchn窸a. � Poczekaj! � zachrypia� kierownik. Uwolni� si� z jej u�cisku i wybieg� do sklepu. Tektur� z napisem �Zaraz wracam� wywiesi� na drzwiach. Uczyni� to w sam� por�, gdy� z pobliskiej budowy gromadk� zbli瘸li si� robotnicy. Przekr璚i� klucz w drzwiach i pochyliwszy si�, 瞠by go z ulicy nie dojrzeli, pobieg� na zaplecze. I biegn鉍 nie wierzy�, 瞠 ona tam jest. Mo瞠 nie ma jej ju�? By豉. Sta豉 oparta o �cian�. Naga, m這da, i te piersi stercza造 nachalnie. Roz�cieli� na pod這dze kilka papierowych work闚. � Po堯� si�. � Dlaczego? � zdziwi豉 si�. � Mo積a przecie� na stoj鉍o. Zawstydzi� si�. Ale ta jego waga przecie� i ta noga z 篡lakami. � Tak b璠zie lepiej � szepn像. Chwyci� j� niecierpliwie i razem zwalili si� na pod這g�. 58 � Tylko nie do �rodka � powiedzia豉 i rozsun窸a nogi. Sprawnie pomaga豉 we wszystkim. Patrzy� w jej oczy b章dz鉍e po suficie, czu� 豉skotanie jej w這s闚 na policzkach i tak mu by這 nagle jak za dawnych lat, kiedy chodzi� z dziewczynami w krzaki. Ta zach豉nno�� do jej cia豉 nie opuszcza豉 go d逝go. Zn闚 widzia� jej piersi, ca貫 cia這. Zagarn像 j� pod siebie. � Tylko pami皻aj � pos造sza� jej spokojny g這s � to kosztuje sto z這tych. Zm璚zenie za這mota這 w skroniach. Mokre od potu cia這. Koszula przylepia豉 si� wstr皻nie. Le瘸� na niej i czu�, jak szybko wygasa to poprzednie uniesienie. � Co, 瘸逝jesz st闚y? � powiedzia豉 dziewczyna. � Cukiernik, jak przychodz� do niego, to daje nawet wi璚ej... Te� go sposobem... Te� zrobi這 mi si� niedobrze � figlarnie przymru篡豉 oko. � A ten ze skupu butelek... Odsun像 si� od niej. Z kieszeni wyci鉚n像 czerwony papierek. Do這篡� drugi. Starannie wyg豉dzi豉 banknoty. Podni鏀� si� z trudem. Oty貫, wielkie cia這. B鏊 w nodze zn闚 si� odezwa�. � Ubieraj si� � powiedzia� nie patrz鉍 na ni�. � Wi璚ej nie mo瞠sz? � zdziwi豉 si�. Napar豉 na niego piersiami. Odepchn像 j� mocno. Zatoczy豉 si� pod �cian�. � Nie b鉅� taki damski bokser � powiedzia豉 gniewnie. � Ubieraj si� � powt鏎zy�. Ubra豉 si� pos逝sznie. Otworzy� drzwi prowadz鉍e z zaplecza na ty� budynku. � Jak b璠ziesz chcia�� powiedzia豉 wychodz鉍 � to przyjd� jeszcze. Zatrzasn像 drzwi. Oci篹ale stawiaj鉍 kroki, wr鏂i� do sklepu. Opar� si� o lad� i patrzy� w okno. D逝go tak patrzy�. Nawet nie zauwa篡�, 瞠 pod drzwiami zn闚 stoj� jego pierwsi klienci. Hydraulik z ADM-u, cukiernik Patykowski, ten m這dy, co by� na chorobie, i emerytowany kapitan. Zrobili drug� rundk� do piwnego zdroju i tak patrzyli na t� wywieszk� z napisem �Zaraz wracam� i na niego za szyb�. U�miechali si�. Kierownik nie widzia� ich wcale. A� w pewnej chwili jego spojrzenie zderzy這 si� z oczami cukiernika. I naraz chwyci� ten aloes w doniczce. Grube zielone li�cie. 砰ciodajny sok. I r鉉n像 nim o pod這g�. 59 Nocny ch這piec Wydarzenie mia這 miejsce przy przystanku. Ludzi tam by豉 gromadka. Bardzo mglista noc. Nieliczne �wiat豉 jak 鄴速e kule w g瘰tym mleku mg造. A trwa這 to chwil�. Buchn窸o nagle gor鉍o i ta cuchn鉍a smo章 ma� wyp造n窸a strumieniem. I ju� po wszystkim. Rozlewaj鉍e si� asfaltowe bajoro. Nag這�� wypadku zdumia豉 wszystkich. W�r鏚 czekaj鉍ych na autobus znalaz� si� milicjant po s逝瘺ie. Pierwszy zareagowa� w豉�ciwie. � Kto otworzy� pokryw�? � rzuci� pytanie. Ludzie popatrzyli po sobie. Wed逝g kolejno�ci nast雷i這 to tak: w pobli簑 przystanku zatrzyma� si� w霩-zbiornik na asfalt z walcem do wyr闚nywania zapadlin i uszkodze� w jezdni. Dwaj pracownicy z obs逝gi weszli w bram�. Rozwin瘭i zawini靖ka z jedzeniem, otworzyli termosy. Zaraz da� si� s造sze� przenikliwy grzechot opuszczanej pokrywy i asfalt pop造n像 na jezdni�. G瘰ta lawa k喚bami wywala豉 si� ze zbiornika i rozp造wa豉. Ciemna to noc, niewielka grupka ludzi, zwr鏂ona w stron�, sk鉅 mia� nadjecha� autobus, przytupywa豉 przenikni皻a wilgotnym ch這dem i spogl鉅a豉 w dalekie �wiat豉. Pos造szawszy ha豉s z ty逝 obejrzeli si�, ale ju� nic nie zobaczyli. Nikt wi璚 nie m鏬� odpowiedzie� na pytanie milicjanta. Podeszli do asfalciarki i spogl鉅ali na opuszczon� klap�. Mocny, dusz鉍y zapach smo造 i nic wi璚ej. Klapa ko造sa豉 si� lekko. Przybiegli te� ci z obs逝gi. Z這rzeczy� zacz瘭i. � P馧 tony wypu�ci� � powiedzia� m這dszy z pracownik闚. W�r鏚 zebranych znalaz� si� ch這piec najwy瞠j pi皻nastoletni, o delikatnej, prawie dziewcz璚ej twarzy. Zbli篡� si� do zbiornika. Obejrza� odsuni皻y rygiel. Poruszy� nim kilkakrotnie. � Ci篹ko chodzi � g這s mia� cienki, lekko ochryp造. � S豉bo naoliwiony � odpar� starszy z obs逝gi. Zsun像 czapk� na oczy, drapa� si� po ciemieniu. � Ten asfalt, psiakrew, mia� by� do za豉tania dziur przy skrzy穎waniu... Ch這piec westchn像. � Skurwiel jaki� � mrukn像 ten drugi z obs逝gi. � W豉�nie... � wtr鉍i� milicjant � gdzie jest sprawca? Ch這piec starannie wytar� ubrudzone palce w chusteczk�. � Tyle posz這 na marne � chrypka w jego g這sie by豉 typowym objawem mutacji. Schowawszy chusteczk�, znowu poruszy� ryglem. Zajrza� do wn皻rza zbiornika. � Wszystko wypuszczone. � Co ma nie by� � przyzna� starszy z obs逝gi � wystarczy tylko otworzy�... Ch這piec post雷i� kilka krok闚 i stan像 na jezdni. Kurtyna mg造 oddzieli豉 go od ludzi. Najwyra�niej widoczne nogi. Czubkiem bucika dotkn像 asfaltowej masy grubo pokrywaj鉍ej jezdni� i si璕aj鉍ej j瞛orami pod przeciwleg造 chodnik. � Stygnie � powiedzia�. � To stygnie abcugiem � przy�wiadczy� starszy z obs逝gi. � Cholerstwo... � doda� ten drugi. � Akurat w takim miejscu... niepotrzebna tu 瘸dna naprawa... Ch這piec znalaz� si� teraz w plamie �wiat豉 z latarni. U�miechn像 si�. Pow�ci鉚liwy, a jednak wyra�ny u�miech. Milicjant, kt鏎y sta� najbli瞠j, przyjrza� mu si� uwa積ie. I ju� nadje盥瘸� autobus. Wi瘯szo�� gapi闚 po�pieszy豉 do przystanku. 60 Wtedy to wypad� z bramy wysoki m篹czyzna. By� w p豉szczu narzuconym na pi瘸m�. Podbieg� do ch這pca. Przyjrza� mu si� z napi璚iem. Ch這piec wpatrywa� si� w pusty zbiornik po asfalcie. � To on! � krzykn像 wysoki m篹czyzna. Ch這piec uni鏀� g這w�. � On � powt鏎zy� wysoki. Milicjant zawr鏂i� biegiem od przystanku. Ci dwaj z obs逝gi podeszli do ch這pca. On by� spokojny i nie drgn像 nawet. � Wi璚 jak? � zapyta� milicjant i po這篡� d這� na ramieniu ch這pca. � Po prostu... � odpar� wysoki m篹czyzna � tu mieszkam... � wskaza� okno nad bram� � i mam taki zwyczaj... �le sypiam i wygl鉅am sobie na ulic�, widzia貫m, jak doszed� do wozu, opu�ci� pokryw� i zaraz znikn像 mi z oczu. Potem us造sza貫m g這sy, widz�, stoicie tutaj, patrz�, on te� si� pojawi�, tak jak zjawa, nagle znowu jest... Ch這piec twarz mia� skupion� i przys逝chiwa� si� z zainteresowaniem. � Ty to zrobi貫�? � spyta� milicjant. Ch這piec powoli skin像 g這w�. Cofn像 si� o krok. Milicjant mocniej �cisn像 go za rami�. Ale on wcale nie pr鏏owa� ucieka�. Tylko jego twarz znalaz豉 si� poza kr璕iem �wiat豉 z latarni. � Dlaczego to zrobi貫�? � zada� nast瘼ne pytanie milicjant. � Dlaczego? � powt鏎zy� obserwator z okna. Ch這piec u�miechn像 si�. Znowu znalaz� si� w �wietle. U�miech mia� 豉dny, ujmuj鉍y. Opu�ci� wielkie jak wachlarze rz瘰y na oczy. � Przecie� mog貫m uciec � powiedzia� tylko. To by豉 prawda. Mia� tyle czasu. Wi瘯szo�� pasa瞠r闚 zrezygnowa豉 z nast瘼nego autobusu. Patrzyli na ch這pca. Zbi� ich z tropu zupe軟ie. Tak sobie sta� grzecznie jak uczniak przy tablicy. � A sk鉅 ty� si� tu wzi像, tak po nocy? � zapyta� kt鏎y� z pasa瞠r闚. � Chodz� � odpar� wymijaj鉍o ch這piec � szukam. By豉 chwila ciszy. Mg豉 owija豉 g瘰t� zas這n� ludzi, przedmioty, �wiat這. Asfalciarka, odleg豉 o par� metr闚 ledwie, ju� niewidoczna prawie. � Nawet specjalnie si� nie kry� � doda� wysoki m篹czyzna, kt鏎y widzia� wszystko. � P馧 tony wypu�ci� � odezwa� si� m這dszy z obs逝gi. A ch這piec wszystkim patrz鉍ym na niego odpowiedzia� badawczym i wyczekuj鉍ym spojrzeniem. 61 Martwa ulica A� tutaj Arab odprowadzi� jasnow這s� dziewczyn�. Szed貫m za nimi. Nie wiem dlaczego. Mo瞠 to pozosta這�� z lektur dzieci雟twa? Przypomnieli si� Beduini i ich dromadery? Arab闚 w moim mie�cie coraz wi璚ej. Spowszednieli. Ha豉�liwi i cwani. S� miejsca pe軟e ich szwargotu. Ten taki jak inni. Poderwa� dziewczyn� i obejmowa� j� wp馧. Najpierw wyrywa豉 si�. Potem pozwoli豉. Pewnie co� obieca�. I szed貫m za nimi. Ulica nazywa豉 si� Mohylewska. Oni weszli do bramy. Stamt鉅 na skr鏒y droga prowadzi豉 do nieotynkowanych jeszcze i szarych jak ma�� nowych blok闚. Pozosta貫m przed bram�. By豉 to ulica na wschodnim ko鎍u miasta, wci�ni皻a mi璠zy nasyp kolejowy i te nowe bloki, wznoszone na terenie dawnych ogr鏚k闚 dzia趾owych. �lepo ko鎍zy豉 si� przy wiadukcie. Nie je�dzi造 t璠y tramwaje ani autobusy. Przechodni闚 te� nie widzia貫m wcale. Rz璠em sta造 stare, zniszczone kamienice i przylepione do nich drewniane przybud闚ki, w podw鏎zach parterowe oficyny i budy. Cicho by這 i martwo. Zmierzcha這 ju� i przez to sta這 si� jeszcze bardziej pos瘼nie. Patrzy貫m na ceglaste mury przydymione sadz� z parowoz闚, kt鏎a latami na nich osiada豉. Domy na tej ulicy sprawia造 wra瞠nie umar造ch. Niekt鏎e okna zabite dykt�, inne, bez szyb, ods豉nia造 puste, ciemne wn皻rza. Oto drzwi naro積ego sklepu czy szynku, do kt鏎ego wchodzi這 si� po trzech stopniach. Drzwi by造 ob這穎ne 瞠laznymi sztabami. Sztaby zardzewia貫, dawno nie u篡wane. Mimo to domy te nie by造 przecie� zupe軟ie opuszczone. Z kilku komin闚 cienkimi stru磬ami s鉍zy� si� dym; w niekt鏎ych oknach firanki i na parapetach doniczki z pelargoniami, s這je malin czy wi�ni. A nawet w jednym zauwa篡貫m nieruchom�, przylepion� do szyby twarz kobiety. Patrzy豉 przed siebie. W podw鏎zu za bram� na przestrza� otwart� go喚bnik, na jego daszku okrytym drucian� siatk� kilka ptak闚 te� nieruchomych, pogr嘀onych we �nie. Szed貫m powoli po kocich 豚ach jezdni i coraz mocniej osacza豉 panuj鉍a tutaj martwica. Mury dom闚 napiera造 z jednej strony, nasyp kolejowy z drugiej. Spomi璠zy kamieni bruku wy豉zi豉 licha, szara od kurzu trawa, ros豉 nie wiedzie� jakim sposobem na tym piachu, 簑磧u, w�r鏚 kamieni. Wyobrazi貫m sobie mieszka鎍闚 tych dom闚. Zamajaczy豉 mi wyimaginowana historia tej ulicy. Zapragn像em dotrze� do sedna tego 篡cia. Wszed貫m do bramy najbli窺zej czynszowej rudery. Mimo ciep貫go wieczoru ogarn像 mnie wilgotny, przenikliwy ch堯d. �ciekiem po�rodku bruku p造n窸a g瘰ta, b這tnista woda. Blaszana skrzynka na listy przymocowana do �ciany by豉 pogi皻a i przegr鏚ki oznaczone numerami mieszka� puste. Kamienne, wy�lizgane schody prowadzi造 do g鏎y. Na p馧pi皻rzu by造 zerwane, drewniana, pochy豉 k豉dka ze szczeblami pozwala豉 dosta� si� wy瞠j. Z drugiej strony bramy schody by造 ca貫, ale mieszkania opuszczone, bez drzwi i pod堯g, oczekiwa造 na remont lub rozbi鏎k�. Nie wiadomo sk鉅 dochodzi� g這s przypominaj鉍y niemrawe poszczekiwanie psa. Wr鏂i貫m na ulic�. Ruszy貫m dalej, maj鉍 po jednej stronie kolejowy nasyp, a po drugiej mury czynszowych dom闚, placyki zaros貫 chwastami, stosy cegie� i krzywe, powy豉mywane parkany. Pod �cian� zrujnowanej fabryczki sta� na podp鏎kach z kamieni zardzewia造 wrak archaicznego Opla. Na tej ulicy wszystko by這 jak za dawnych, bardzo odleg造ch lat. Ale zachowawszy ten nie zmieniony kszta速, by這 ju� umar貫, oczekuj鉍e na sw鎩 ostateczny kres. W oknie suteryny pali這 si� �wiat這 i tam w g喚bi siedzia� na zydlu szewc w d逝gim fartuchu, miarowym ruchem nabijaj鉍y szpilki na obcas buta osadzonego na kopycie. Robi� wra瞠nie jakiego� wprawionego w sta造, niezmienny ruch mechanizmu. Patrzy貫m jak zaczarowany. Uni鏀� znad kopyta g這w�. Odszed貫m. Z nast瘼nej bramy wytoczy� si� dzieci璚y w霩ek wy- 62 豉dowany makulatur�. Ci鉚n瘭i go dwaj m篹czy�ni. Byli pijani i odrzuca這 ich na boki. W霩ek chybota� si� niebezpiecznie po bruku. Skierowali si� w stron� wiaduktu. I nagle pomy�la貫m o latach, kt鏎e prze篡貫m w tym mie�cie. Lata te wyda造 mi si� daremne i roztrwonione na marne. Dozna貫m r闚nie� prze�wiadczenia, 瞠 nast瘼ne b璠� jak zapadanie si� w czarny d馧 bez �wiat豉. B璠� �lepym trzepotem ton鉍ego. My�la貫m o ludziach, kt鏎zy rodzili si� i umierali na tej ulicy. Ogarn像 mnie wielki strach, stare, brzydkie i pop瘯ane mury dom闚 zacz窸y cisn寞 i napiera�. Odwr鏂i貫m g這w�. Po zboczu nasypu pe透a� cz這wiek. �cina� zielsko, kt鏎e pakowa� do worka. Pewnie dla kr鏊ik闚. Posuwa� si� w d馧 po pochy這�ci niezdarnie jak robak. Beduini na swych dromaderach!! Ta zamierzch豉 kraina pocz靖ku wszystkiego i skrzydlatej wolno�ci. Torem po nasypie z 這skotem przejecha� towarowy poci鉚. Ten 瞠lazny, dudni鉍y 這skot pozwoli� mi ockn寞 si� z odr皻wia貫go zapatrzenia. Uciek貫m stamt鉅 i wkr鏒ce znalaz貫m si� w�r鏚 nowych, jeszcze nieotynkowanych blok闚, obudowanych metalowymi pr皻ami rusztowa�. W porytej przez koparki gliniastej ziemi, pe軟ej lej闚 i wyrw, bawi造 si� dzieci. W豉�ciciele samochod闚 stoj鉍ych rz璠em przed najbli窺zym blokiem pucowali szyby, obstukiwali opony, podnosili maski i grzebali w silnikach. Zapala造 si� pierwsze jarzeni闚ki. Tamta ulica nie by豉 st鉅 widoczna. Nie odczu貫m 瘸dnej ulgi. 63 Wiecz鏎 autorski I Miasto schowa這 si� w ciemno�ci. Popsute �wiat這 czy latar� tak ma這... Ponad dachami dom闚 stercza造 wysokie kominy. Miasto by這 fabryczne i niekiedy w sk雷ym �wietle pokazywa造 si� ponure mury przemys這wej zabudowy i grupki m篹czyzn wystaj鉍e na rogach. Przez wiadukt przemkn像 poci鉚 elektryczny i jego jasno o�wietlone okna pokaza造 si� na kilka sekund niby b造skawica. Dom Kultury by� z czerwonej, starej ceg造. Mie�ci� si� tutaj r闚nie� klub �Post瘼�. Nad drzwiami wisia這 wielkie has這 na p堯tnie. Ale s這wa nie dawa造 si� odczyta�. Zakrywa豉 je wilgotna jesienna ciemno��. Pisarz mia� do wyboru dwa opowiadania. Przed drzwiami przystan像 i zastanawia� si�. Aloes czy Sk鉅 ten krzyk? Nacisn像 klamk�. Ci篹kie, masywne drzwi ust雷i造 z oporem, skrzypi鉍 i zgrzytaj鉍. Pisarz wszed� po kamiennych, wy�lizganych schodach na p馧pi皻ro. Tam drog� zagrodzi� mu barczysty m篹czyzna w waciaku i okularach. � Karta wst瘼u jest? � popatrzy� nieufnie. Pisarz wymieni� nazwisko osoby, do kt鏎ej mia� zwr鏂i� si� po przybyciu. � Tam � portier wskaza� kierunek. 畝r闚ki w drucianych koszulkach wype軟ia造 korytarz 鄴速ym, dworcowym �wiat貫m. Przy szatni k喚bi� si� t逝m dziewczyn i ch這pc闚. �ciany ozdobione by造 gazetkami �ciennymi za szk貫m i jaskrawymi plakatami. W pokoju naprzeciw szatni urz璠owa豉 kierowniczka. U�miechn窸a si� do pisarza. � Ju� si� niepokoi造�my � powiedzia豉 wskazuj鉍 mu miejsce na mi瘯kim fotelu przed swoim biurkiem. Przy drugim biurku siedzia豉 ros豉 czarnow這sa dziewczyna. Wystukiwa豉 jakie� pismo na maszynie. � Kaw� czy herbat�? � zapyta豉 nie zaprzestaj鉍 pisania. Na pod這dze sta這 s這nko do ogrzewania. Ale wy章czone. Jedn� �cian� zajmowa造 p馧ki ze skoroszytami. �Sprawozdawczo�� za...� � zdo豉� odczyta� pisarz na jednym ze skoroszyt闚. Kierowniczka podsun窸a mu dwie jego ksi嘀ki. � Prosz� napisa� co� dla biblioteki... Wymy�li� na poczekaniu sztampowe s這wa zadowolenia i przyjemno�ci z odwiedzin tutaj. Kierowniczka przypatrywa豉 mu si�. Zmiesza� si� nieco. Zapali� papierosa, 瞠by dymem odgrodzi� si� od tego spojrzenia i jak�� czynno�ci� wype軟i� milczenie. � Czyta豉m i zastanawiam si�... � odezwa豉 si� kierowniczka � sk鉅 pan zna to �rodowisko? Ca造 czas przypatrywa豉 mu si� uwa積ie. Czarnow這sa przesta豉 stuka� na maszynie. Pisarz roz這篡� r璚e z konwencjonalnym u�miechem. Rozleg這 si� pukanie i do pokoju wszed� m篹czyzna w sk鏎zanej marynarce. � Danusiu... � zwr鏂i� si� do czarnow這sej � po篡cz mi szklaneczk�... Spojrza� na pisarza i mrugn像 do niego porozumiewawczo. Kierowniczka unios豉 si� w fotelu i wspieraj鉍 d這nie o blat biurka, powiedzia豉 surowo: � Szklanki s� tylko do kawy i nie ma na wynos. � Jaki tam wynos � wzruszy� ramionami m篹czyzna w sk鏎zanej marynarce � rozlejemy na miejscu. Czarnow這sa ju� cofa豉 d這� ze szklank�. Przytrzyma� j� zr璚znie za przegub i z weso造m u�miechem wy逝ska� szklank� z jej d這ni. � 砰ciowa sprawa � odezwa� si� pisarz, kiedy tamten wyszed� � zabrak這 szk豉... 64 � Sk鉅 pan zna to �rodowisko? � powt鏎zy豉 kierowniczka. Twarz mia豉 jeszcze 豉dn�, lalkowat�, ale ju� podniszczon�. Wielkie oczy podmalowane by造 zielonym kolorem. Nerwowym ruchem za這篡豉 nog� na nog�. Obci鉚n窸a sp鏚niczk�. Pisarz odpowiada� powoli, starannie dobieraj鉍 s這wa. Nie chcia� m闚i� wprost. M闚i� o Benku Kwiaciarzu, swoim przyjacielu z wypraw na wy�cigi, o Kwadratowym, nieugi皻ym po造kaczu z G瘰i闚ki, o paserach i dawnych melinach na Pradze. A zako鎍zy�: � W takiej dzielnicy sp璠zi貫m m這do��. Na przedmie�ciu w豉�nie... Kierowniczka nie by豉 jednak zadowolona z jego odpowiedzi. To wyczyta� w jej oczach. Milcza豉. Czarnow這sa sporz鉅za豉 rachunek dla pisarza. � Data urodzenia?... � pyta豉. � 皋naty?... Numer legitymacji waszego zwi頊ku?... � Wszystko to rozumiem � powiedzia豉 z namys貫m kierowniczka � ale... Skrzypn窸y, drzwi. Pokaza豉 si� czerwona twarz portiera. Skin像 dyskretnie na kierowniczk�. Wysz豉 pozostawiaj鉍 uchylone drzwi. Przy szatni k喚bi� si� t逝m dziewczyn i ch這pc闚. � Dzi�, jak co czwartek � rozleg� si� g這s kierowniczki � dyskoteka zacznie si� p��niej, przedtem odb璠zie si� spotkanie z pisarzem... � Mamy bardzo trudn� m這dzie� � powiedzia豉 czarnow這sa z wychowawcz� trosk�. Pisarz pokiwa� g這w�. W lustrze na korytarzu dziewczyny czesa造 si� starannie i malowa造 usta. Szykowa造 si� na dyskotek�. � Czasem � doda豉 czarnow這sa � przynosz� po kryjomu w鏚k� i rozrabiaj�. Pisarz ci鉚le jeszcze zastanawia� si� nad wyborem opowiadania. Aloes czy Sk鉅 ten krzyk? Jak zwykle przed takim spotkaniem, odczuwa� zacz像 podniecenie, niepok鎩, niech耩, spody d這ni stawa造 si� wilgotne. Wr鏂i豉 kierowniczka. � Mamy trudn� m這dzie� � o�wiadczy豉 � ci篹ko do niej trafi�. Zajrza豉 do jednej z ksi嘀ek pisarza. Przerzuci豉 kilkana�cie stron, zatrzyma豉 wzrok w jakim� miejscu. � To zdanie na przyk豉d... � powiedzia豉 p馧g這sem. Spojrza豉 na zegarek. � Musimy zaczyna�... Poszli korytarzem. Skrzypia豉 czarna, pokryta py這ch這nem pod這ga. Szatnia ju� opustosza豉. Tylko przy ma造m stoliczku siedzieli dwaj w kolejarskich mundurach. Grali w szachy. Pisarz zatrzyma� si�, przypatruj鉍 si� ich grze. Szachy, a niezupe軟ie. Zdziwi� si�. Robili po dwa ruchy. � Przecie� tak nie mo積a � odezwa� si� obserwuj鉍 nieprawid這we przesuwanie figur. Jeden z graczy uni鏀� g這w�. � A jak si� tak um闚i�? � odpowiedzia� i zaraz pogr嘀y� si� w medytacji nad szachownic�. Portier odpycha� ch這paka w ortalionowej, jaskrawej kurtce. � Bez karty wst瘼u nie mo積a � powtarza�. Tamten napiera� na niego uparcie i milcz鉍o. Pisarz i kierowniczka znale�li si� w do�� du瞠j sali. W k鉍ie sta這 pianino i pud豉 aparatury muzycznej. Ca章 �cian� zajmowa� plakat o tre�ci politycznej. Sal� wype軟ia� t逝m dziewczyn i ch這pc闚. Niekt鏎zy siedzieli. Inni stali. Powitano ich oklaskami jak na akademii. Wszyscy spogl鉅ali na pisarza. Panowa� tutaj zat璚h造 ch堯d, charakterystyczny dla starych mur闚, w rogu pod sufitem rozsiad� si� okaza造 zaciek. Jarzeni闚ki rozja�nia造 wn皻rze ostrym �wiat貫m. Pisarz w tym �wietle d這nie mia� sinawe, trupie. Przez chwil� porusza� lekko palcami, zaci�ni皻ymi na zwitku maszynopisu. Otwarte drzwi prowadzi造 do nast瘼nej, mniejszej sali. Tam po�rodku sta� d逝gi st馧, przykryty zielonym suknem i zastawiony cocacol�, winem, w鏚k�, p馧miskami z w璠lin� i ciastkami. Przy stole siedzieli sami m篹czy�ni. Jeden z nich wsta�. Za jego przyk豉dem poszli inni. Unie�li kieliszki. Wypili. � Klub naszej inteligencji technicznej � wyja�ni豉 szeptem kierowniczka. � �Post瘼�. Pisarz usiad� przy chybotliwym stoliku; st鉅 mia� widok na t� drug�, mniejsz� sal�. 65 � Usun瘭i�my drzwi � doda豉 kierowniczka � w tych salach urz鉅zamy dyskotek�. Du瘸 frekwencja. Panowa� gwar. Dziewczyny i ch這pcy trzymali si� osobno. Spogl鉅ali na siebie i wymieniali jakie� uwagi. Chichotali. Kierowniczka zastuka豉 o堯wkiem w blat stolika. Zacz窸a m闚i�. Wymieni豉 nazwisko pisarza i poda豉 kilka tytu堯w jego ksi嘀ek. Aloes czy Sk鉅 ten krzyk? Wci嘀 waha� si� pisarz. Co bardziej przem闚i tutaj? Mimo tego jarzeniowego �wiat豉 by� jak w ciemno�ci. Rozgl鉅a� si� po twarzach wok馧. W pierwszym rz璠zie siedzieli najstarsi ch這pcy. W�r鏚 nich wyr騜nia� si� jeden ostrzy穎ny na je瘸, w rozpi皻ej kraciastej koszuli, z kt鏎ej wynurza� si� rozleg造, trudny do odczytania tatua�. Rozsiad� si� wygodnie, szeroko rozstawiaj鉍 nogi i trzymaj鉍 na kolanach zaci�ni皻e d這nie. Wygl鉅a� jak gospodarz w�r鏚 swojej familii na zbiorowej fotografii. Trzepn像 w plecy s零iada, kt鏎y co� mu zaszepta� do ucha. Do pisarza u�miechn像 si� serdecznie. � Jego ksi嘀ki � ko鎍zy豉 kierowniczka � takie jak Ten stary z這dziej, Silna gor鉍zka czy Trampolina, opisuj� warszawskie przedmie�cia, trudn� m這dzie�, jej 篡cie, gwar�, konflikty z prawem... Nie s逝chali raczej, cho� panowa豉 karna cisza. Potakiwali kierowniczce, kiedy ko鎍zy豉 zdanie i zastanawia豉 si� nad pocz靖kiem nast瘼nego. R闚nocze�nie wymieniali mi璠zy sob� porozumiewawcze spojrzenia i gesty. Dotyczy造 one jakich� podsk鏎nych spraw, nie zwi頊anych z tym, co dzieje si� w tej chwili. Pisarz roz這篡� na stole maszynopis monologu Sk鉅 ten krzyk? Kierowniczka zako鎍zy豉 sw� wypowied�. Rozleg造 si� burzliwe oklaski. Lubili to robi� i przed逝瘸li, dop鏦i si� da這. Kierowniczka niecierpliwym gestem urwa豉 t� owacj�. Pisarz odchrz隕n像 i chcia� ju� m闚i�. Przerwa� mu g這�ny ch鏎alny �miech z mniejszej sali, gdzie bankietowa� �Post瘼�. � Zaprawili si� in篡nierkowie � powiedzia� ten ostrzy穎ny na je瘸. �miech z libacji ucich� wreszcie. M鏬� ju� zaczyna�. Na pocz靖ku pr鏏owa� wyja�ni�, na czym polega stosunek literatury do 篡cia. Spos鏏, w jaki tworzywo staje si� podstaw� fikcji. A te� o formie lu�nej opowie�ci i potocznym j瞛yku, kt鏎ym si� pos逝guje, nadmieni�. Zniech璚i� si� jednak szybko, gdy� nie odczu� najmniejszego zainteresowania. A cho� s逝chacze mieli spojrzenia w niego utkwione, to ich oczy by造 puste, dalekie i obce. Si璕n像 po Sk鉅 ten krzyk? Czyta� bardzo g這�no, pokonuj鉍 gwar dochodz鉍y z mniejszej sali. Blisko przed sob� mia� tych w pierwszym rz璠zie. Podnosz鉍 niekiedy g這w� znad papieru zauwa篡�, 瞠 nie tylko ten ostrzy穎ny na je瘸 ma tatua�. Inni te�. Spod mankiet闚 koszul wysuwa造 si� niebieskie sztylety, w篹e, monogramy i serca. Monolog pe貫n by� wulgarnych powiedze�, pijackich awantur. Prymitywne, zwierz璚e 篡cie. Z satysfakcj� stwierdzi�, 瞠 sala ucich豉. Nawet te leciutkie szmery, szepty wygas造 ca趾owicie i oczy tych w pierwszym rz璠zie zab造s造 ciekawo�ci�. Co dosadniejsze s這wa kwitowali g這�nym �miechem. � Prawid這wo � powtarza� ten ostrzy穎ny na je瘸, kt鏎y wygl鉅a� na prowodyra. Pisarz sko鎍zy� i wytar� chusteczk� spocone czo這. Zapali� papierosa. Ostrzy穎ny na je瘸 zdoby� z ty逝 popielniczk� i poda� mu j� us逝積ie. � Dobre � powiedzia�. � Samo 篡cie. � Rozejrza� si� i doda�: � Na dole u Wi�niewskich jeszcze lepiej po gorza販e rozrabiaj�. � I s這wa siemasz � wtr鉍i� drugi, o bezczelnych oczach � czyli bluzgaj�... � Pan tak wali prosto z mostu � odezwa� si� osi貫k, kt鏎y zaci鉚a� si� chciwie male鎥im, parz鉍ym palce niedopa趾iem. � A co pan powie o tych gitach? M闚i�, gity jakie� s�? � zapyta� ten o bezczelnych oczach. � Podobno s� tacy � przytakn像 pisarz � j瞛yk maj� swoisty, czyli grypser�... szczyty, �wir, mojka, jara�, cwel... � wyliczy� kilka termin闚 z tego j瞛yka. 66 Zdziwili si� ob逝dnie. � Takie s這wa s�? � powiedzia� ostrzy穎ny na je瘸. I za chwil� zwr鏂i� si� do s零iada, kt鏎y otwiera� w豉�nie paczk� papieros闚: � Kopsnij szluga! � Szlug � powt鏎zy� pisarz te� z ob逝dnym zdziwieniem. � Gdzie� tak m闚i� � powiedzia� kto� z ty逝 � na papierosy znaczy. � Ja tam nie lubi� tych git闚 � odezwa� si� ten o bezczelnych oczach. � Podobno 這buzy. Wol� tych d逝gow這sych, 豉dni tacy. Ci z klubu �Post瘼� co raz przechodzili przez sal�. Byli to m篹czy�ni w �rednim wieku, barczy�ci, a nawet otyli, rozczerwienieni od w鏚ki. Szli ostro積ie, na palcach i znikali w korytarzu. � Mo瞠 przeczytam jeszcze jedno opowiadanie � rzek� pisarz. � Zupe軟ie inaczej napisane. Roz這篡� kartki z Aloesem. Zacz像. Ale ju� nie s逝chali. Nawet w momentach drastycznych, naje穎nych brutalno�ci� nie s造cha� by這 �miechu. Tekst nie nadawa� si� do g這�nego czytania. Do takiego doszed� wniosku i denerwowa� si� coraz bardziej. Tylko jeden, siedz鉍y pod �cian�, s逝cha�. Twarz mia� blad�, z nik章 br鏚k�. Trzyma� si� na uboczu i by� bardzo skupiony. Mo瞠 te� pr鏏uje pisa�? Kierowniczka spogl鉅a豉 na zegarek. Wtedy pisarz zrozumia�. Oni czekaj� na dyskotek�. Ju� nie doko鎍zy�. Urwa� po prostu. Rozleg造 si� burzliwe oklaski. � Samo 篡cie � powt鏎zy� sw� opini� ostrzy穎ny na je瘸. Ziewn像 i doda� nagle: � A ja tam wol� tych przystojnych, a nie 豉dnych, prawda? Pisarz przytakn像 z powag�. Zna� te pu豉pki. W j瞛yku git闚 �豉dny� jest obelg�, �przystojny� � komplementem. Usun像 d這nie z po造skliwego blatu. Pozosta� po nich wilgotny �lad. Schowa� kartki do kieszeni. Wsta�. Jeszcze mu poklaskali. Przy aparaturze muzycznej pojawi� si� ju� fachowiec. Kilku ch這pak闚 zacz窸o si� giba� tanecznie. � Obawia豉m si� 瞠 przekroczy pan czas � powiedzia豉 kierowniczka � obieca豉m im koniec o 鏀mej. � Akurat � powiedzia� pisarz. Kiedy wychodzi� z sali, w gromadzie ch這pak闚 pos造sza� g這�ne s這wa: � Zgred, ale oblatany. � Obejrza� si�. Wszystkie twarze by造 jednakowo m這de, lekko u�miechni皻e, nieprzeniknione. W drzwiach przystan瘭i grzecznie i poczekali, a� wyjdzie pierwszy. Min像 stolik, przy kt鏎ym dwaj kolejarze ci鉚le grali w te szachy-nieszachy. Nad stolikiem pochyli� si� jeden z bankietuj鉍ych w klubie �Post瘼�. � Szaszki czy warcaby? � zapyta� i nie czekaj鉍 na odpowied� po�pieszy� do ubikacji. Do pisarza zbli篡豉 si� dziewczyna z d逝gimi blond w這sami. Chcia豉 si� dowiedzie�, gdzie mo積a wys豉� do oceny wiersze. � Liryki � podkre�li豉. Pisarz wymieni� kilka miesi璚znik闚. Podzi瘯owa豉 dygaj鉍 jak grzeczna uczennica. Odesz豉 przetaczaj鉍 masywnymi biodrami. Pisarz zn闚 znalaz� si� w pokoju kierowniczki. � Mo瞠 herbaty? � zapyta豉 czarnow這sa. Podzi瘯owa�. � Bo ja � powiedzia豉 kierowniczka � zna豉m troch� to �rodowisko. Ale z boku tak, raczej z dystansu. A pan? � Ja z wewn靖rz � odpar�. Czarnow這sa wr璚zy豉 mu kopert� z pieni璠zmi. Schowa� do kieszeni. � Powinien pan przeliczy�. Rozleg這 si� pukanie. Do pokoju w�lizgn像 si� ch這pak o k璠zierzawych jak runo w這sach. Uk這ni� si� nisko. 67 � Pani kierowniczko, czy m鏬豚ym kogo� wprowadzi�? � Tylko dziewczyn� � odpowiedzia豉. � To jest kolega � rzek� z zafrasowaniem. � Przyjecha� z daleka... Zatoczy� si� i zalecia這 od niego w鏚k�. Odprawi豉 go energicznym gestem. � Wprowadzaj� obcych � mrukn窸a � a potem trzeba wzywa� milicj�. � Jak w tamt� sobot� � doda豉 czarnow這sa. Jeszcze wszed� jeden. Bez pukania. Poprosi� o karty do brid瘸. Czarnow這sa za蕨da豉 legitymacji. Wpisa豉 jego nazwisko do grubego brulionu. Pisarz spojrza� na zegarek. Po瞠gna� si�. Spieszy� si� na poci鉚. Odprowadza這 go uwa積e i chyba zawiedzione spojrzenie kierowniczki. 68 Wiecz鏎 autorski II Spotkanie z pisarzem mia這 charakter uroczysty. Kwiaty, stoisko z jego ksi嘀kami, kilkadziesi靖 os鏏 i sensowne pytania. Pr騜no�� pisarza tym razem w pe軟i zosta豉 zaspokojona. Nawet wr璚zono mu prezencik w postaci gazowej zapalniczki, kt鏎ych pr鏏n� seri� zacz像 produkowa� Energom. Po spotkaniu dyrektor zaprosi� do swego gabinetu na pocz瘰tunek. Grono by這 �cis貫. Pisarz, kt鏎ego opowiadanie Kiedy ranne wstaj� zorze bardzo spodoba這 si� dyrektorowi. Dyrektor w豉�nie, cz這wiek o skromnym zachowaniu i upartej, kwadratowej brodzie. Jeszcze g堯wny technolog i kierownik �wietlicy, okularnik z nerwowym tikiem lewego policzka, rzeczywi�cie oczytany, jak sam m闚i� � rozkochany w literaturze. Otworzy� dyrektor sw鎩 barek i zasiedli przy stole konferencyjnym, pokrytym mahoniowym fornirem z wysokim po造skiem. W tej br頊owej tafli odbija造 si� dosy� wyra�nie ich twarze. Ka盥y z nich trzyma� pod r瘯� egzemplarz ostatniej ksi嘀ki pisarza z jego dedykacj�. Kierownik �wietlicy z zadowoleniem penetrowa� zawarto�� baru i z w豉snej ochoty podj像 si� roli szafarza. Obok pisarza usiad� g堯wny technolog i demonstrowa� mu spos鏏 u篡wania zapalniczki. � Wcale nie ust瘼uj� zachodnim � podkre�li� � mimo pewnej toporno�ci. � Te grzyby... � powtarza� ze �miechem dyrektor � ...jak to oni zbierali. Zupe軟ie jak u nas, kiedy rada zak豉dowa autokarem wycieczki organizuje... � Wiedzia貫m, 瞠 zainteresuje pana dyrektora � ucieszy� si� kierownik �wietlicy � to dobry pisarz. Wypili pod s這ne paluszki. � Taki pocz靖ek � powiedzia� dyrektor � drink, jak tam na �wiecie m闚i�... Skin像 na kierownika �wietlicy. Ten wybieg� z gabinetu. S造cha� by這 tupot jego krok闚 na schodach. Wnet wr鏂i�, zadyszany, z tekturowym pud貫m pod pach�. Z tego pud豉 na st馧 konferencyjny wyk豉da� zacz像 such� kie豚as�, 鄴速y ser i piklingi. Znalaz造 si� te� talerzyki i widelce. � M瘰ki pocz瘰tunek � o�wiadczy� dyrektor � tak na poczekaniu zaimprowizowany... � My zawsze � doda� g堯wny technolog � naszych go�ci ca造m sercem... Tempo picia narzuci� kierownik �wietlicy, czy raczej fabrycznego klubu, jak tutaj m闚iono. Ponagla� nerwowo i w鏚k� goli� do dna. Technolog przychyli� si� do pisarza. � Dobry ch這p � szepn像 � ale szybko ona go rozbiera... Dyrektor u�miecha� si� przyja�nie, wok馧 oczu wyskakiwa造 promieniste zmarszczki. � �mia這 pan pisze � rzuci� przez st馧. � To grzybobranie takie, jak trzeba. � Tylko u nas ludzie nie podgryzaj� dyrektora � wtr鉍i� przypochlebnie kierownik �wietlicy. � Sw鎩 ch這p z naszego bossa. � Nie przesadzajmy � machn像 r瘯� dyrektor. � Wsz璠zie ryj�. G堯wny technolog zgrabnie �ci鉚a� sk鏎k� z piklinga. Podsun像 oprawion� ryb� dyrektorowi. � Sam pan widzi, kolego Marku � zatar� d這nie kierownik �wietlicy. � Pa雟kie utwory trafi造 na podatny grunt. G堯wny technolog pog豉dzi� ksi嘀k�. Przewr鏂i� stron� i zatrzyma� wzrok na obwolucie, gdzie wypisane by造 tytu造 ksi嘀ek tego autora. � Namacha� pan niema這 � mrukn像. � Gratulacje. 69 � Ja na literaturze si� znam! � powiedzia� dono�nie �wietlicowy. � Czuj�. Faulkner, Steinbeck, Dos Passos, ju� Hemingway znacznie s豉bszy... Albo z ruskich, Babel, Platonow. Oni stworzyli wizj� ludzkiej udr瘯i. Udr瘯i! � powt鏎zy�. � Bo czy� 篡cie nie jest udr瘯�? Dyrektor zn闚 u�miechn像 si� dobrotliwie. � Lubi patos � szepn像 technolog pisarzowi. � Ale �le u nas nie ma. Doceniamy jego umiej皻no�ci. � H豉sk� te� zna貫m � wyrzuca� z siebie po�piesznie kierownik �wietlicy. � Obija� si� w tych stronach. Niejedn� w鏚k� wypili�my... Ci篹ar闚k� je�dzi�. Dziki Zach鏚 tu wtedy... No nie? Dyrektor pokiwa� g這w�. Wygl鉅a� na r闚nego ch這pa. Niedbale zawi頊any krawat, szary garnitur i mocne, szerokie d這nie. Skromny taki. � Kto z was czyta� H豉sk�? � zapyta� kierownik fabrycznej �wietlicy. � Drogi kolego � odpar� g堯wny technolog � to ju� pa雟ka kompetencja. Zreszt� nigdy nam pan tego autora nie poleca�. Kierownik �wietlicy nie zwr鏂i� na jego s這wa 瘸dnej uwagi. Wyci鉚n像 przez st馧 r瘯� i wskazuj鉍ym palcem stukn像 w pier� pisarza. � Oto jego nast瘼ca � powiedzia�. Pisarz wzni鏀� kieliszek. � 疾by takich, jak panowie, przyjaci馧 literatury by這 wi璚ej! Wypili. Za oknem noc. Chybotliwe �wiat這 latarni z fabrycznego placu wpada這 do gabinetu, w kt鏎ym panowa� p馧mrok. Zapalono tylko dwa boczne kinkiety na �cianie. By豉 to inicjatywa kierownika �wietlicy. � Bardziej nastrojowo � uzna�. � Do�� tych reflektor闚, co o�lepiaj�. Pisarz spogl鉅a� w ciemno�� za oknem. W ciemno�ci zarysy komin闚, masyw g堯wnej hali produkcyjnej, d�wig z czerwonym �wiate趾iem na ko鎍u 豉py. Dyrektor uczyni� kr鏒ki gest d這ni� i kierownik �wietlicy otworzy� drug� butelk� winiaku w plecionym koszyczku. � Ca造 bar panu opr騜nimy � zauwa篡� pisarz. � Wyczerpiemy zapas na d逝go przeznaczony. � Ii tam � zbagatelizowa� dyrektor. � 疾by tylko takie straty by造. � A ile to razy te persony z rady wpadaj� � rzek� kierownik �wietlicy. � Charty takie... Zmarszczy� czo這, chwil� my�la� intensywnie i rzuci� do pisarza: � Czyta� pan Pod wulkanem? Pisarz przytakn像. � Niezwyk豉 ksi嘀ka � rzek� kierownik �wietlicy. � Co jaki� czas j� powtarzam. Wzdrygn像 si�, jakby zn闚 Pod wulkanem prze篡waj鉍. � Wra磧iwy � szepn像 g堯wny technolog. � Jak kobieta � doda� jeszcze ciszej. Jednak kierownik �wietlicy pos造sza� ten szept, jego pierwsz� cz��� w豉�ciwie, i popatrzy� wojowniczo. � Wra磧iwy � powt鏎zy�. � Pewnie! Kto was do ksi嘀ek wci鉚n像? Kto wam podsuwa� Grahama Greene�a, Cortazara, tego, jak on tam, co tak� wariack� o wojsku, no, Paragraf 22... � Zdj像 okulary, zamruga� bezradnie oczyma, przetar� szk豉 chusteczk�. � Heller � podpowiedzia� pisarz. � Ta o wojsku bardzo dobra � przytakn像 dyrektor � w niedziel� sko鎍zy貫m... Znam si� troch� na tym. Sam od Lenino ca造 ten szlak bojowy zdepta貫m... � Jak nasz dyrektor wyst雷i na akademii � odezwa� si� g堯wny technolog � to medale tylko dzwoni�. Ca豉 pier�. � Dajcie spok鎩 � przerwa� mu niecierpliwie dyrektor. Musn像 go kr鏒kim, ostrym spojrzeniem. Technolog zmiesza� si� i u�miechn像 niewyra�nie. Kierownik �wietlicy nape軟i� kieliszki. Czyni� to jednak ju� nieudolnie. Dr瘸豉 mu r瘯a, rozlewa�. Dyrektor z nagan� popatrzy� na zalany w鏚k� b造szcz鉍y fornir sto逝 konferencyjnego. 70 Technolog, niem這dy m篹czyzna, ze sta造m, jak przylepionym u�miechem, odebra� �wietlicowemu butelk� i sprawnie zaj像 si� nape軟ianiem kieliszk闚. Kierownik �wietlicy popad� w chwilow� apati�. Twarz mu obwis豉, nerwowy tik usta� i tylko porusza� wargami. Spr篹y� si� niespodziewanie i przechylaj鉍 si� przez st馧 chwyci� pisarza mocno za przegub d這ni. � Tyle mam panu do powiedzenia! To pa雟kie opowiadanie Robaki na przyk豉d. Baby jak wrz鏚! To prawda. Ci鉚le p璚znieje, boli, p瘯a i abarot! Pisarz chrz隕n像 zak這potany. � Albo te k豉ki na nogach. Te� na to reaguj�! Panie, to jest otch豉nny temat... � Oczy mu rozgorza造 i ze zdwojon� moc� powr鏂i� nerwowy tik na lewy policzek. � ζtwo popa�� w k這poty � wtr鉍i� g堯wny technolog. � Jak to by這 z t� Jadzi�? Dyrektor zachichota� ca趾iem po sztubacka. � Eh! � obruszy� si� kierownik �wietlicy. � Trywialna sprawa. Mia貫m tak� cizi� � wykona� miarowy, jednoznaczny ruch r瘯� zgi皻� w 這kciu. � M嘀 wyw瘰zy�, zrobi� si� szum... Dyrektor ci鉚le chichota�, zakrywaj鉍 usta d這ni�. � Artystyczna dusza � powiedzia� z這�liwie g堯wny technolog. � Motyl. Tak sobie fruwa tu i tam. � Motyl! � warkn像 kierownik �wietlicy. � Motyl z przypalonymi skrzyd豉mi � u�miechn像 si� gorzko. � Czy tu jest miejsce dla motyli? Niech pisarz powie. � Ci篹ko motylom � zgodzi� si� pisarz. � Tyle tych reflektor闚 i pu豉p taki niski... � Komu nie jest ci篹ko � westchn像 dyrektor. � Na przyk豉d ja... Zawa這wy zaw鏚. Ilu koleg闚 ju� do niczego. Laseczka, cz豉p, cz豉p po parku z wnucz皻ami, i go喚bie karmi�. � Motyl � wr鏂i� do poprzedniego tematu �wietlicowy. � Kawalerem jestem, wi璚 dlaczego mam sobie 瘸這wa�. � Jednak nie uda這 si� koledze z pani� naczelnik � zauwa篡� g堯wny technolog. � Twarda sztuka. � Jaka tam twarda! � 瘸chn像 si� kierownik �wietlicy. � Wie, komu dawa�. � Baby � powiedzia� dyrektor. � Istny lep. Ta nasza naczelnik gro�na taka, narady, odprawy, kontrole, dyrektywy, a na dansingu w Centralce jak ogie�, ta鎍zy豉, pi豉. Urodziwa. Taki biust! � M闚i� pok靖nie � doda� g堯wny technolog � 瞠 tym biustem pozycj� sobie wywalczy豉. Gdzie trzeba, tam umie pokaza�. Nie tylko... � zawiesi� dwuznacznie g這s. � Wykszta販ona � ci鉚n像 dyrektor � magister ekonomii... Doktoryzowa� si� zamierza. � I co z tego? � przerwa� mu z gniewem kierownik �wietlicy. � Mia豉 sieczk� we 豚ie i b璠zie mie�. To tylko instynkt, zwierz璚y instynkt, m闚i� wam, dlatego do 興obu nieomylnie pod嘀a... Ja nawet magisterium nie zd嘀y貫m zrobi�. Tak si� z這篡這. Ale pami皻am te nasze noce, dyskusje, sens 篡cia, cel 篡cia, wiedz� ch這n瘭i�my, Bergson, Freud, Marks, Malinowski, to jego 砰cie seksualne dzikich... Ksi嘀ki, nasz narkotyk. Potrzeba taka. Bez tego 篡� nie mo積a... � Czy ja czas na ksi嘀ki mia貫m? � zastanowi� si� g堯wny technolog. � Sk鉅! A teraz przeprofilowa� siebie trudno... Dyrektor pokiwa� ze zrozumieniem g這w�. �wietlicowy b造sn像 oczyma w stron� pisarza. Jakby z這�liwie. � Te� studi闚 nie sko鎍zy貫m � odezwa� si� pisarz. � Co ja mam powiedzie�, panowie... � rzek� dyrektor. � Jako szesnastoletni ch這pak do wojska si� zaci鉚n像em, ca造 ten szlak, z wojska do roboty... Z awansu jestem � podkre�li� z naciskiem � wieczorowe studia robi貫m. Nie zaprzeczam. � I zako鎍zy�: � Kierownik naszego klubu to prawdziwy humanista. Poja�nia� �wietlicowy. Uczyni� mu dyrektor prawdziw� przyjemno��. Nape軟i� skwapliwie kieliszki. Wypili. S豉bo posz這 �wietlicowemu. Zakrztusi� si� i w鏚k� parskn像. Dyrektor popatrzy� na po造skliwy blat sto逝 konferencyjnego. Znaczy� go porozlewany alkohol. G堯wny 71 technolog chusteczk� wytar� do sucha st馧. Po dyrektorze jak dot鉅 nie wida� by這 ani �ladu wypitej w鏚ki. Oczy jasne, spokojne. Siedzia� wyprostowany. Taki barczysty m篹czyzna o szerokich, mocnych d這niach. � Humanista... � zaszepta� do pisarza g堯wny technolog. � Ale smyka趾� do pieni璠zy to on ma. Pensj� godziw� dostaje, a co jaka� impreza, to sobie osobno liczy. Scenariusz opracowa� musi, tak nam truje. I ka瞠 sobie p豉ci�. Scenariusz pa雟kiego wieczoru r闚nie� opracowa�, na trzysta rachunek wystawi�... � urwa�, gdy� kierownik �wietlicy zacz像 zerka� na niego podejrzliwie. Zapanowa這 milczenie. Technolog zaj像 si� przygotowywaniem kanapek. Kroi� chleb w grube pajdy, na kt鏎e k豉d� kie豚as� i 鄴速y ser. � Dla mnie najwi瘯sza przyjemno�� � powiedzia� pisarz � to udane spotkanie. Ludzie s逝chali, dyskutowali. Interesowali si� po prostu. � Ka盥� tak� imprez� starannie obmy�lam � wyja�ni� kierownik �wietlicy � cz瘰to robi� quiz ze znajomo�ci dzie� danego tw鏎cy, organizuj� g這�ne czytanie fragment闚 jego utwor闚. Technolog podsun像 p馧misek z kanapkami dyrektorowi i w nast瘼nej kolejno�ci pisarzowi. � Niebawem czeka nas powa積a uroczysto�� � ci鉚n像 kierownik �wietlicy � akademia z okazji dwudziestolecia powstania naszego zak豉du. Prawda, towarzyszu dyrektorze? Dyrektor potwierdzi�. Kierownik �wietlicy bardzo si� o篡wi�. � Ju� szkicuj� scenariusz. Nawet wierszyk okoliczno�ciowy przygotowa貫m. Zacz像 szuka� po kieszeniach. Wyci鉚a� jakie� karteluszki. Nie znalaz� jednak wierszyka. � Niegdy� popisywa貫m troch� � zwr鏂i� si� do pisarza. � Satyry. Biczem satyry, jak to m闚i�. � Skupi� si� i wyrecytowa� d�wi璚znym g這sem: � To nie 瘸rty, mili druhowie. Dwadzie�cia wiosen nam na kark przyby這. Energom to znaczy ofiarne pogotowie... Dalej nie pami皻a�. Niecierpliwie przetrz零a� kieszenie. Wyrzuci� na st馧 drobniaki, chusteczk�, klucze na k馧ku, pomi皻� paczk� sport闚. � Mam pomys�! � wykrzykn像. � Na nasz� rocznic� zaprosi� musimy pisarza. Jaki� kr鏒ki utw鏎 kropnie. Co� powie. U�wietni sztuk�, 瞠 tak powiem. Tylko zap豉ci� trzeba mu godziwie. � Dlaczego nie � odezwa� si� dyrektor. Kierownik �wietlicy przygl鉅a� si� z czu這�ci� pisarzowi. Opu�ci� wzrok ni瞠j. Wyci鉚n像 r瘯�. � Porteczki jakie to ma. Biedne. Pomaca� welwet. Zatrzyma� pe軟e troski spojrzenie w miejscu, gdzie pr嘀ki by造 wytarte. � Welwet � broni� si� pisarz � modny. Bardzo lubi�. � Eh... � machn像 r瘯� �wietlicowy. � Jaki to ambitny. Dyrektor i g堯wny technolog te� z trosk� popatrzyli na pisarza. Mimo woli przykuli� nogi i r瘯oma przes這ni� wytarte kolana. � Co on zarabia? � powiedzia� kierownik �wietlicy. � Czy daj� mu zarobi�? My musimy mu pom鏂. Mecenat, ot co! � stukn像 pi��ci� w po造skliwy blat sto逝 konferencyjnego. Podskoczy造 butelki. � Honorowym pracownikiem naszych zak豉d闚 powinien zosta�, pensj� otrzymywa�. Przyje盥瘸� b璠zie do nas raz w miesi鉍u � z tw鏎czo�ci� swoj� na bie蕨co zapoznawa�... Mo瞠 o nas co� napisze w ko鎍u? U�miecha� si� jak dziecko zadowolone ze swego pomys逝. Wpatrzy� si� w dyrektora, czekaj鉍 na jego aprobat�. Dyrektor stropi� si� wyra�nie. � W zasadzie dobry pomys� � zacz像 z oci鉚aniem. � Tylko przepisy, psiakrew... � Panowie! � roze�mia� si� pisarz. � Dajmy temu spok鎩. Przecie� to absolutnie nierealne. Dyrektor dyskretnie spojrza� na jego welwetowe spodnie. Nape軟i� kieliszki. � 疾by nasze dzieci � wzni鏀� toast � lepiej mia造! 72 Po tym kieliszku kierownik �wietlicy z豉ma� si� zupe軟ie i ju� tylko wyrzuca� z siebie nieartyku這wane d�wi瘯i. Ko造sa� si� na krze�le, nadaremnie pr鏏uj鉍 d這ni� podeprze� g這w�. W這sy opad造 mu na czo這, ods豉niaj鉍 rozleg章 造sin�. G堯wny technolog chusteczk� wytar� starannie st馧 konferencyjny. Okruchy zgarn像 w gazet�. P馧misek z niedojedzon� zak零k� wstawi� do tekturowego pud豉. Dyrektor spojrza� na zegarek. Tr鉍i� 這kciem technologa. Ten sprawnie uchwyci� kierownika �wietlicy pod pachy i uni鏀� z krzes豉. �wietlicowy opiera� si� nieporadnie. � Zaraz � mamrota� � zaraz... S豉by by� i nogi ugina造 mu si� jak z gliny. Technolog powl鏦� go do drzwi. Dyrektor podzi瘯owa� pisarzowi za mi造 wiecz鏎. � Naprawd� � powiedzia�. � Tak rzadko mi si� zdarza styka� z lud�mi spoza swojej bran篡. Zgasi� lampy, zamkn像 drzwi gabinetu na dwa zamki. Wyszli z budynku biurowego na fabryczny dziedziniec. Ich cienie porusza造 si� na murze. Wartownik otworzy� bram�. Fiat dyrektora sta� pod bram�. � Odwiezie pan naszego go�cia � poleci� dyrektor szoferowi. Wartownik zasun像 przera�liwie zgrzytaj鉍� bram�. Pisarz wsiad� do samochodu. Zawarcza� silnik. Zgas�. � Ssanie nawala � mrukn像 szofer. Obr鏂i� kluczyk w stacyjce. Znowu zawarcza這. Kierownik �wietlicy wyrwa� si� z obj耩 technologa. � Ja te� chc� z nim!! � zawo豉�. � B璠ziemy razem! Samoch鏚 ruszy�. Kierownik �wietlicy, zataczaj鉍 si�, uczepi� si� klamki. Jego twarz by豉 tu� za szyb�. Pisarz odruchowo si� odsun像. � M鏬豚ym co� w lekkiej muzie! Smyka趾� do tego mam. Naprawd�! � wo豉� �wietlicowy. Potykaj鉍 si� bieg� przy samochodzie i z rozpostartymi po豉mi marynarki jak ptak jaki� wygl鉅a�. Dyrektor i g堯wny technolog chwycili go za po造. Zatrzymali. Zwis� bezw豉dnie. Dyrektor pomacha� pisarzowi r瘯�. Ciemno w tych Pyzicach. Tylko nieliczne, zagubione �wiate趾a. Psy szczekaj�. G這s si� niesie. Pucha. Jak na wsi. A nad tym wszystkim czarne niebo bez gwiazd. 73 Wiosna Stary podni鏀� do g鏎y flaszk�, zakr璚i� i podtrzymuj鉍 j� kikutem drugiej r瘯i, wys鉍zy� do ostatka. Szyjk� butelki obejmowa� mi瘯ko wargami i pi� miarowym rytmem. Ten m這dszy spogl鉅a� na niego z ukosa. Ale oczu starego nie m鏬� zobaczy�. By造 przymkni皻e. Stary sko鎍zy� pi�, odchrz隕n像. Pust� flaszk� postawi� mi璠zy stopami. Niebo nad nimi by這 pogodne. Jego delikatny b喚kit brudzi� jedynie dym z fabrycznych komin闚. Ziemia, na kt鏎ej siedzieli, by豉 pulchna, rozmi瘯豉 i zielone o篡wienie pojawia這 si� ju� po�r鏚 鄴速ej, zgni貫j trawy z tamtego roku. Ten drugi, m這dszy, poruszy� si� gwa速ownie. � Co to wszystko znaczy? � udr瘯a zabrzmia豉 w jego g這sie. Stary powoli, jak kura na grz璠zie, odchyli� powieki. Pokaza造 si� wyblak貫, znu穎ne oczy. � Nie wiem � odpar�. Kikutem zr璚znie przycisn像 do piersi metalowe pude趾o z barwnym rysunkiem na wieczku i drug� r瘯� je otworzy�. Powi鏚� oboj皻nym spojrzeniem po krzewach nadrzecznych, ha責ach w璕la zrzuconego na ramp�, barkach i krypach stoj鉍ych w porcie, wiklinach g瘰to porastaj鉍ych brzeg. Opu�ci� g這w�. Na ziemi przed sob� widzia� czarne, ruchliwe robaczki. Tr鉍i� butem pust� flaszk�. Potoczy豉 si� po pochy造m zboczu. M這dy �ledzi� s瘯ate palce starego, wy逝skuj鉍e z metalowego pude趾a papierosa. Przepe軟ia� go trudny do wyra瞠nia niepok鎩. Stary czu� na sobie jego uparte, ci篹kie spojrzenie. Zapali� papierosa, zaci鉚n像 si� chciwie i z charkotliwym kaszlem wydmuchn像 dym z p逝c. M這dszy ci鉚le czeka�. Tak zawsze, kiedy postawi� flaszk�, wierci� go oczyma i zadawa� niespokojne pytanie. � Jak ta flaszka... � b隕n像 wreszcie stary. � Wypili my, cisn瘭i, polecia豉 sobie gdzie b鉅�... � Znaczy, przypadek? � zada� nast瘼ne pytanie m這dszy. Stary wyci鉚n像 przed siebie kikut w pustym do po這wy r瘯awie. � By豉 ca豉 � rzek� mrukliwie. � Taki dzie� jakby dzi�. Strzelali. I oberwa這. A drugi obok pagib... Czy my wiedzieli, co komu b璠zie pisane? Syrena holownika rozdar豉 cisz�. Czarny dym poszed� z komina. Za holownikiem jak obudzone zwierz皻a poruszy造 si� barki transportowe. Ich cielska drgn窸y i tn鉍 wod� dziobami, zacz窸y sun寞 powoli do wyj�cia z portowego basenu. Czu這 si� wiosn�, powiew wiatru muska� ciep這, przyjemnie. Wikliny, jeszcze go貫 i zimowe, ko造sa造 si� w niesilnym podmuchu od wody. � Ile to razy � powiedzia� m這dszy, o zn瘯anej twarzy � robi豉 si� wiosna... Do czego� to prowadzi? Stary dopala� skrz皻nie papierosa. S瘯atymi, ale chwytnymi palcami obraca� malutki niedopa貫k, zaci鉚aj鉍 si� g喚boko. � Wiosna � za�mia� si� chrapliwie � prowadzi do lata. W rzecznych odnogach wciskaj鉍ych si� w piach i wiklinowy g零zcz pozosta這 jeszcze troch� zepchni皻ego pr鉅em lodu. Topnia� w s這鎍u. B造szcza豉 sp造waj鉍a z niego woda. Ptaki krzycza造, wzbijaj鉍 si� do lotu lub spadaj鉍 na po造skliw�, faluj鉍� powierzchni� rzeki. � 疾ruj� � mrukn像 stary. Mru蕨c oczy �ledzi� harce skrzydlatych my�liwych. Jeszcze raz westchn像. M這dszy zwiesi� g這w�. W這sy mia� g瘰te, niesforne. Pytania, kt鏎e zadawa�, zm璚zy造 jego twarz. Tam w 74 dole zaczyna� si� portowy ruch. Z barek do wagon闚 podstawionych na ramp� sun像 na ta�mie czarnym potokiem w璕iel. S造cha� by這 zatarty chrz瘰t potr鉍aj鉍ych si� bry� w璕la i g這sy tragarzy. M這dszy uni鏀� g這w� i z jego twarzy sp造n窸a zaduma. � Czas na mnie � powiedzia�. Stary przytakn像. M這dszy ra�nym, zwinnym krokiem pobieg� zboczem w d馧, do portu. �pieszy� si� do roboty. Stary patrzy� za nim. Ju� by� tylko ma章 figurk�. Znikn像 w�r鏚 takich samych figurek. Stary te� d�wign像 si� z ziemi i niespiesznie pod嘀y� w swoj� stron�. Mieszka� tu w pobli簑. Domek by� ma造, wpadni皻y w ziemi�, z mchem porastaj鉍ym s這mian� strzech�. Obej�cia pilnowa� bia造, chudy pies na 豉鎍uchu. Zamacha� kilka razy ogonem na widok starego. Suche chwasty zarasta造 podw鏎ze i w b這tnistej ka逝篡 tapla造 si� g瘰i. Kura dzioba豉 gnoj闚k�. Gnoj闚ka pu�ci豉 ju� zielony sok. Na p這cie wisia豉 martwa wrona dla odstraszenia jastrz瑿i. Stary sta� po�rodku podw鏎za i medytowa� nad czym�. Ruszy� w stron� domu. Szed� nie omijaj鉍 ka逝� i nie czuj鉍 wcale wody, kt鏎a wlewa豉 si� do p造tkich kamaszy. Pies jeszcze par� razy zamacha� ogonem i pokr璚i� si� wymownie nad pust� misk�. Zaszczeka� cienko. Stary poruszy� kikutem. Za這pota� pusty r瘯aw marynarki. Pies schowa� si� w budzie. Stary wszed� do sionki. Potkn像 si� o szaflik. Pod這ga trzeszcza豉, kiedy st雷a�. Przystan像. Ciemno. Cicho. Muchy jeszcze si� nie pojawi造 i odczu� nagle brak ich monotonnego bzykania. Izba by豉 przepe軟iona ci篹k�, przykr� woni�. Pod �cian�, na szerokim 這簑, w brudnej po�cieli, przykryta kraciast� pierzyn�, le瘸豉 stara kobieta o twarzy wykrzywionej b鏊em, nalanej, zastyg貫j jak woskowa maska. Pochyli� si� nad ni�. Wpatrzy� si� w zlepione potem rzadkie w這sy i sinawe, lekko rozchylone usta. Oczy mia豉 szeroko otwarte, zm皻nia貫 i nieobecne. Czo這 b造szcza這 lepk�, chorobliw� wilgoci�. Naraz j瘯 jak szmer wydoby� si� z jej rozchylonych ust. � Lepiej ci? � zapyta� stary. I nie czekaj鉍 na odpowied� podszed� do pieca. Z trudem pochyli� si� i pogrzebaczem przegarn像 popi馧 w palenisku. Znieruchomia� na chwil�, wpatrzony w czarn� jam�. � Do czego� to prowadzi? � powt鏎zy� pytanie m這dego znad rzeki. Ni to si� za�mia�, ni to st瘯n像. Wybra� ze stosu polan pod piecem kilka cie雟zych szczap, troch� chrustu. Owin像 w gazet� i wsun像 do paleniska. Podpali�. Zahucza這 ogniem. Stary przykucn像 i z upodobaniem ws逝chiwa� si� w dudni鉍y g這s ognia. � Cug � zamrucza�. Zaskrzypia這 堯磬o. Obejrza� si�. Kobieta drgn窸a lekko. Te� pos造sza豉 g這s ognia. 75 Tamto lato Matce Tamto lato by這 rude od kurzu. Takim widokiem przywita這 mnie ceglaste, osypuj鉍e si� rumowisko za bram� G瘰i闚ki. Na gruzach, poros造ch z rzadka 這pianami i pokrzyw�, siedzieli ludzie. Przewa積ie kobiety. Oczekiwa造 na tych, co wychodzili na wolno��. By� to czas amnestii. Wielu wychodzi這 wtedy na wolno��. Pami皻am wi璚 doskonale ten upalny dzie�. 草速e mury starego wi瞛ienia i ceglany, rudy kurz, kt鏎y wznosi� si� ponad gruzami. Towarzyszy� temu stuk kilof闚 obt逝kuj鉍ych ceg造. Ci篹ar闚ki i konne platformy przetacza造 si� w預ozami w�r鏚 ruin miasta. Usuwali gruzy. Moja matka by豉 z walizk�. Poszli�my �cie篡n� w�r鏚 zwa堯w cegie� i za ocala造m fragmentem �ciany, gdzie �mierdzia這 moczem, przebra貫m si� szybko. Zrzuci貫m to woniej鉍e dezynfekcj� i pomi皻e ubranie z worka depozytowego, kt鏎e otrzyma貫m w magazynie. Ubra貫m si� w bia章 wiatr闚k� i szare, starannie odprasowane spodnie. Stare zimowe buty pozostawi貫m w gruzach. Matka wyj窸a z walizki sk鏎zane plecione p馧buty, kt鏎e kupi豉 z okazji mojego wyj�cia na wolno��. Odetchn窸a z ulg�, kiedy okaza造 si� nie za ciasne. Przy sobie mia貫m dwa grypsy i to by這 dla mnie najwa積iejsze. Chcia貫m od razu uda� si� z tymi grypsami pod wskazane adresy, ale pod b豉galnym spojrzeniem matki ust雷i貫m. Pojechali�my do domu. Tam czeka� na mnie powitalny, obfity obiad. Otrzepa貫m bia章 bluz� z lekkiego rudego nalotu. Zajrza貫m do swego pokoju. Ulubione ksi嘀ki na p馧ce. Obrazek przedstawiaj鉍y starc闚 nad szachami zawieszony nad 堯磬iem. Popatrzy貫m na to wszystko bez wzrusz瘽ia. Odzwyczai貫m si� od tego wn皻rza i ci鉚le jeszcze by貫m tam za 鄴速ym murem, na G瘰i闚ce. Ojciec stan像 za mn� i chrz隕n像 z zak這potaniem. � No, ch這pcze � zacz像 � czas zabra� si� do normalnego 篡cia... Nie da貫m mu doko鎍zy�. Wr鏂i貫m do sto逝 zastawionego jedzeniem. Ojciec podrepta� za mn�. Najad貫m si� do przesytu. Ale mimo to nieustannie my�la貫m o grypsach. Na jeden oczekiwa� wsp鏊nik Koli, ruskiego wora. Adresowany by� na daleki Targ闚ek. Powtarza貫m sobie w pami璚i nazw� ulicy. I�� trzeba za wiadukt, Ksi璚ia Ziemowita i od niej boczna, O造cka. O造cka. Drugi gryps na Annopol, do rodziny Kaczora, male鎥iego i ruchliwego jak rt耩 doliniarza, kt鏎y w tych swoich drobnych d這niach mia� inny jeszcze talent: rysowa� i wyk逝wa� pi瘯ne tatua瞠. Zacz像em g這�no wspomina� tamte poobiednie godziny pod cel�, kiedy upa� i duchota dochodzi造 do zenitu, a my tresowali�my cham闚 i frajer闚 lub dawali�my okrutn� szko喚 kapusiom. Kaczor mieszka� na Annopolu i tam postanowi貫m uda� si� najpierw. Rodzice spojrzeli na siebie. � Mo瞠 ja tam pojad� � odezwa豉 si� matka � a ty sobie odpoczniesz. � Albo ja � wtr鉍i� ojciec. Za�mia貫m si�, ubawiony ich pomys貫m. Oboje byli nauczycielami i moje ostatnie do�wiadczenie przera瘸這 ich swoj� niepoj皻� logik�. Znowu gorliwie podsun瘭i mi p馧misek ze schabowymi kotletami i mizeri�. 76 � Jedz, jedz � powtarzali, pr鏏uj鉍 odsun寞 jak najdalej to, co zburzy這 ich rado�� z mojego powrotu. Odstawi貫m talerz. Spojrza貫m na zegarek. Wsta貫m od sto逝. Za mn� podnios豉 si� matka. � Pojedziemy razem � powiedzia豉 i mimo mojego gniewnego spojrzenia nie ust雷i豉. Wzruszy貫m ramionami. Daleka to by豉 droga. Przy cerkwi przesiedli�my si� w tramwaj jad鉍y ulic� �wi皻ego Wincentego na br鏚nowski cmentarz. Stamt鉅 uliczkami w�r鏚 drewnianych ruder pod嘀yli�my na Annopol. Mijali�my ogr鏚ki z rachitycznymi krzewami, go喚bniki i ciemne, otwarte na przestrza� bramy, w kt鏎ych s豉niali si� poszukuj鉍y cienia pijacy. Podczas ca貫j drogi milczeli�my. Ja szed貫m pierwszy. Matka z trudem nad嘀a豉 za mn�. Zacz窸a si� ju� ulica Marywilska. Rz鉅 d逝gich, w rdzawym kolorze barak闚. W oknach sta造 pelargonie. Przed oknami zwiesza造 swoje ci篹kie 豚y s這neczniki. Matka chcia豉 dalej i�� za mn�. Nie zgodzi貫m si� jednak. Zatrzyma豉 si� przy naro積ej knajpie, do kt鏎ej wchodzi這 si� po schodkach. Dobiega� stamt鉅 wrzask i wonia這 kapust� i piwem. � Nie sied� tam d逝go � odezwa豉 si� matka ocieraj鉍 chusteczk� spocon� twarz. Chcia豉 jeszcze co� powiedzie�, ale wystraszy� j� m篹czyzna o b喚dnych oczach, kt鏎y charcz鉍 wypad� z knajpy. Potoczy� si� kilka krok闚 i pad� na bruk twarz� do s這鎍a. Poszed貫m szybko, rozgl鉅aj鉍 si� po numerach. W jednym z tych rdzawych, wpadni皻ych w ziemi� barak闚 mieszka豉 rodzina Kaczora. Zapuka貫m do drzwi. Pochyliwszy g這w�, wszed貫m do niskiej sieni. Niewidoczny w mroku m篹czyzna zagrodzi� mi drog�. � Ja od Kaczora � powiedzia貫m. Przepu�ci�, a ja potykaj鉍 si� o pr鏬 wszed貫m do izby, gdzie stara kobieta siedz鉍a na niskim sto貫czku obiera豉 ziemniaki. Spojrza豉 na mnie i co� mrukn窸a. � Matka! � krzykn像 z sieni m篹czyzna. � Cynk od Kaczorka! Stara kobieta przesta豉 obiera� ziemniaki. Poda貫m jej gryps, ale go nie wzi窸a. � Przeczytaj � powiedzia豉. S逝cha豉 pilnie, potakuj鉍 g這w�. Znowu zabra豉 si� do obierania ziemniak闚. Wtedy dopiero zauwa篡貫m w g喚bi izby le蕨c� na 堯磬u kobiet�. By豉 odwr鏂ona do �ciany. Zwr鏂i豉 do mnie m這d� twarz. Wyci鉚n窸a r瘯�. Poda貫m jej gryps. Czyta豉 po cichu, poruszaj鉍 wargami. Si璕n窸a pod 堯磬o. Wyj窸a stamt鉅 litrow� butelk� z m皻nym 鄴速awym p造nem. Stara wskaza豉 grub� szklank� na stole. Nala貫m sobie do po這wy. Wypi貫m duszkiem. By� to cuchn鉍y bimber. � Jak mu tam? � zapyta豉 stara. Jej pokurczone, reumatyczne palce zr璚znie obraca造 ziemniaki, n騜 zbiera� cienk�, zwijaj鉍� si� jak spirala sk鏎k�. � Daje sobie rad� � odpowiedzia貫m. � Co by nie mia� dawa� sobie rady � odezwa豉 si� z 堯磬a m這da kobieta. Bluzk� mia豉 rozpi皻� i siny �cieg tatua簑 pokaza� si� na jej piersiach. � Pierwszy raz nie siedzi � doda� m篹czyzna, kt鏎y reperowa� w sieni rower. Chcieli nala� mi jeszcze jedn� kolejk�. Pomy�la貫m jednak o swojej matce i wym闚i貫m si� brakiem czasu. M這da kobieta si璕n窸a po butelk�. � Nie chlaj tyle � warkn窸a stara. � 疾by Kaczor chla� mniej, to by tam nie siedzia�. Zacz窸y si� k堯ci�. Wyszed貫m nie zauwa穎ny. Matka spacerowa豉 na rogu. Z knajpy wytaczali si� pijacy. � Ju�? � zapyta豉. Pokiwa貫m g這w�. � Ju�... dasz temu spok鎩? Znowu niedbale pokiwa貫m g這w�. Ruszyli�my w powrotn� drog�. 77 Zimna 豉pa Z s鉅u poszli�my w krzaki, za hal� targow�. Po drodze kupili�my flaszk�, salceson i od znajomego, co ma w霩ek z wod� sodow�, po篡czyli�my plastykowy kubek. Spraw� mia� Benek rozwodow� i jak to w tej procedurze jest ustalone, pierwsze by這 posiedzenie pojednawcze. Nast瘼ny termin zosta� wyznaczony za kilka dni. � M嘀!!! � �mia� si� Jurek Impresario. � A za par� dni rozwodnik. � Ekspresowo za豉twili � powiedzia� Benek � musieli nie�le posmarowa�. By� podniecony. Roztrz零a� ka盥y szczeg馧 i podejrzewa� w豉�ciciela kwiaciarni, jego 穎n�, Zo�k�, i jej siostr�, kt鏎a by豉 jego �lubn� przez bardzo kr鏒ki czas, o B鏬 wie jak� zmow�. � Benu� � uspokaja� go Olek Osochin � szkoda nerw. Na warszawskim meldunku zale瘸這 chamicy i poszed貫� jej na r瘯�. Byli�my w swoim gronie. Przyjaciele Benka. Olek Osochin od w鏚ki. Jurek Impresario na wy�cigach typy do porz鉅ku i na trypl� mu podaje. Ja pisarz i przez te dwadzie�cia lat pisaniny uzbiera這 mi si� kilka opowiada�, kt鏎ych bohaterem by� Benek. Siedli�my na 豉weczce pod wierzb�. Siedzia豉 tam ju� m這da matka z dzieckiem w w霩ku, ale zobaczywszy, 瞠 zabieramy si� do odbijania butelki, od窸a wargi i opu�ci豉 豉wk�. Patrzy貫m na swoich przyjaci馧. Kiedy� ja by貫m m這dy, a oni starsi. Teraz wygl鉅ali�my jednakowo. Pomarszczeni, w這sy mieli�my przerzedzone i wory pod oczyma, a �miej鉍 si� pokazywali�my luki w uz瑿ieniu. Olek Osochin jak zwykle przechwala� si� swoimi sukcesami w bijatykach. Wystawia� wielkie jak 這paty d這nie i m闚i�: � Drapn像em nygusa, o ziemi� rzuci貫m i nie wsta�, nie mia� prawa wsta�. Jurek Impresario narzeka� na ostatnie niepowodzenia w ruletce. � Osiemna�cie tysi璚y jestem do ty逝 � powtarza�. Benek milcza�. Wci嘀 prze簑wa� t� spraw� rozwodow�. � Te, rozwodnik � zapyta貫m � czy ty w og鏊e 篡貫� z ni�? � Par� razy � odmrukn像. � Ale to nie dla mnie towar. Zdrowa, dziewi耩dziesi靖 kilo wagi, beka 這ju wprost. I mo瞠 ca章 noc. Olek Osochin ponagla� do picia. ζpczywy, sam w kubek la� sobie najwi璚ej. W鏚ka szybko go o篡wia豉. � Ja te� mog� ca章 noc � przechwala� si� zacz像 swoj� krzep� w harcach z babami. Ale my go nie s逝chali�my. Dzie� by� s這neczny. W krzakach �wiergota造 ptaki, na 豉wkach wygrzewali si� emeryci i dzieci bawi造 si� w piaskownicy. Patrzy貫m na Benka. Kumpel z rodzinnego przedmie�cia. Ros造 ch這p, z mocnym zarostem podchodz鉍ym pod oczy. Ale w oczach ju� nie mia� tej swojej kpiarskiej, przewrotnej weso這�ci. Oczy by造 zgaszone. Znikn窸a te� bez �ladu ta swada, kt鏎a cechowa豉 jego mow�. Nieoczekiwane skojarzenia, przedziwne, w豉snego wynalazku s這wa, powiedzenia i te barwne opowie�ci, w kt鏎ych on, Benek, bywa� ofiar�, poszkodowanym i wcale to go nie smuci這. Ten czas, wiele lat, co min窸o, przemaglowa這 ka盥ego z nas. Przypomnia貫m sobie posiedzenia nad gliniank� w dawnych czasach. Siadywali�my pod pochy章 wierzb� na wysokim zboczu, patrzyli�my na trzcin� poro�ni皻e brzegi i popijali�my. Ma這 ju� wiem o dawnych kumplach. � Co u Kraczocha? � zapyta貫m. 78 � Rok b璠zie, jak umar� � odpar� Benek. Kraczoch to moja wczesna m這do��. Kurs dla analfabet闚 wtedy prowadzi貫m i on moim uczniem. Nauczy貫m go czyta� i pisa�. � Na raka gard豉 � powiedzia� Benek. � Rurk� mu wsadzili do brzucha, wystawa豉 ta rurka z koszuli i tam sobie wlewa� w鏚k�. Tylko do 穎章dka m鏬� od razu. Kraczoch mia� tors atlety, wzrost kar豉 i nogi w pa章k od krzywicy. Mieszka� niegdy� na starych fortach. Tam przed wojn� w wilgotnych kazamatach mieszka豉 biedota z naszego przedmie�cia. Jego ojciec by� bezrobotny i pi� likier Baczewskiego, czyli denaturat. � Nie 篡je � powt鏎zy貫m patrz鉍 w b喚kitne niebo. By� to pierwszy dzie� wiosny. � Za trzy dni ta rozprawa � odezwa� si� Benek. � Wtedy ju� rozw鏚. � Zamy�li� si�, tar� nieogolon� brod�. � Ona, ta moja niby 穎na, obieca豉 par� z這tych da�, znaczy odpraw�. � Musi ci da� � przytakn像 Olek Osochin. � Zgodzi貫� si� na rozw鏚. � Wcale nie musi! � Jurek Impresario by� raczej sceptyczny. � Jak mo積a j� zmusi�? � Przez ni� popsute mam personalia � powiedzia� Benek � jak czytam og這szenia matrymonialne w �Expressie�, to zawsze: rozwodnik wykluczony, czyli ja. � Musi ci da� � pocieszy貫m go bezsensownie. Benek pali� zach豉nnie papierosa. Postarza� si� mocno. Te jego ko雟kie, 鄴速e z瑿y si� przerzedzi造. Ca造 prz鏚 zia� rozleg章 przerw�. � Powypada造 z braku witamin � wyja�ni�. � Sam jestem... Kiedy 篡豉 matka, to by這 inaczej. Pami皻a貫m matk� Benka. Chuda kobieta ze sportem osadzonym w szklanej lufce. Handlarka na r璚zniaku z przedwojennego Kercelaka. �wietne gotowa豉 zupy, zalewajki, kartoflanki, kapu�niaki. Leczyli�my tymi zupami kaca. � Matka te� mo瞠 mie� do mnie 瘸l � powiedzia� Benek. � Na W鏊ce W璕lowej j� pochowa貫m. A chcia豉 na Br鏚nie. Ale tam na W鏊ce 豉dnie teraz. Betonowe alejki, meleksy je盥蕨. Czy�ciutko, klomby z kwiatami porobili. Jurek Impresario zatroszczy� si� o dalszy los Benka. Rzuci� przecie� sta章 robot�. Pracuje dorywczo po par� godzin i tak 篡je z dnia na dzie�. Wierci� si� Impresario na 豉wce, co chwila spogl鉅a� na zegarek. Ta hazardowa nami皻no�� tak go w pogotowiu trzyma. � A co ma jak ten mu� w kieracie � zahucza� g這sem jak dzwon Olek Osochin. � Wolny jest... ptica znaczy. On jeden powesela�. W鏚ka go urz鉅zi豉. � Tyle masz przepracowanych lat � m闚i� Jurek. Impresario � do emerytury b璠zie potrzebna ci鉚這��. � Niepotrzebna mi 瘸dna ci鉚這��. � Benek ko造sa� pochylon� g這w�. � Ja tam do emerytury nie do篡j�. � No pewnie � popar� go dziarsko Olek Osochin. � Szlag przecie� mo瞠 trafi� w ka盥ej chwili. Kondycji do picia jednak nie mia�. Oczy mu zm皻nia造, ceglastego koloru rumie鎍e wylaz造 na policzki i j瞛yk si� pl靖a�. Ob瞠ra� si� salcesonem. Palce �wieci造 mu si� t逝sto. Te jego wielkie 豉py mordercy, czerwone, odmro穎ne bochny, by造 te same co dawniej. Kiedy� mia� w tych 豉pach niebywa章 si喚. Benek swoje 篡cie chcia� opisa�. � Jak handlowa貫m gazetami... � tak m闚i� dawno temu. � Jak pod Amerykanami w Niemczech by貫m... Jak zacz像em to kwiaciarstwo... Jeden rozdzia� napisa�. Dobry to by� kawa貫k. Z rozmachem, soczysty. J瞛yk mia� niegramotny, nie zatrzymywa造 go kropki ani przecinki i widzia這 si� w obrazach to jego 篡cie. � Pisa豚y� dalej � odezwa貫m si� 簑j鉍 bez apetytu salceson i wypluwaj鉍 chrz零tki. � Kilkaset ma na ksi嘀eczce � g這�no rozwa瘸� Benek. � Bufetow� by豉 w Zgorzelcu. Ale jak nic mo瞠 nie da�. Obieca i nie da... 79 Nadzieja odprawy pieni篹nej za rozw鏚 dr璚zy豉 go nieustannie. � Dwie dychy co najmniej powinna ci da� � rzek� Olek Osochin. � Zameldowanie w Warszawie to kosztowna sprawa. Benek przymkn像 oczy i przeci鉚n像 si� jak kot. � Dwie dychy � powt鏎zy�. � Ch貫ptaj! � Olek podsun像 mi plastykowy kubek. Taki jego toast. By� jak zwierz�. Stare, wylinia貫 zwierz�. Wypi貫m ma造 造k. Olek wys鉍zy� ze smakiem do ostatniej kropli. Ko鎍闚ka. Kraczoch umar� na raka gard豉 i jeszcze miesi鉍 przed �mierci� do tej rurki, co mu wsadzili w brzuch, wlewa� sobie gorza喚. I tak siedzieli�my na 豉wce pod wierzb�. Obok bawi造 si� dzieci pod opiek� drzemi鉍ych w s這鎍u staruszek. Nawet ch貫pta� gorza造 si� nie chcia這. 80 Odmieniec To wydarzy這 si� po po逝dniu w najruchliwszym miejscu miasta, przed nowoczesnym domem towarowym. Rz璠em sta造 tutaj stare, sine przekupki w sutych sp鏚nicach, zachwalaj鉍e pumeks do pi皻, grzebienie i oprawki do dowod闚. Ko造sali si� gdzieniegdzie pijaczkowie, sko這wani upa貫m i w鏚k�. Gwar i jazgot samochodowych klakson闚. � Pan w niebieskiej koszuli proszony jest o powr鏒 na chodnik... � g這s z megafonu. Z pobliskiej szasz造karni bucha這 smrodem sma瞠niny i piwa. Nieco dalej liczna grupa gapi闚 tkwi豉 przy parkanie, obserwuj鉍 z napi璚iem spychacz rozwalaj鉍y resztki starych mur闚. W零kim przej�ciem mi璠zy oszklonym domem towarowym i parkanem sun像 jak rzeka zap璠zony t逝m. Akurat by� czas powrot闚 z pracy. Wi璚 kiedy ten m這dy pojawi� si� w�r鏚 t逝mu, od razu wygl鉅a� jak egzotyczny ptak. A 瞠 taki ma造 i drobny, wi璚 jak koliber. D逝gow這sy, z lokami zwijaj鉍ymi si� w pukle na ramionach, ubrany w kolorow� koszul� jak poncho, spodnie mia� z fr璠zlami na spos鏏 india雟ki, pas szeroki i nabijany b造szcz鉍ymi guzami, na bosych stopach drewniaki. Zgarbiony, szed� chy趾iem i rzuca� p這chliwe spojrzenia wok馧. Mo瞠 niedawno w這篡� ten str鎩 i nie oswoi� si� jeszcze... I taki by� m這dy, dziecinnie m這dy, twarz z delikatnym puchem pierwszego zarostu i wielkie niebieskie oczy. Z pocz靖ku zabiegany t逝m, w�r鏚 kt鏎ego si� przemyka�, nie zwraca� na niego uwagi. Czasem czyje� spojrzenie, puste i roztargnione, zatrzymywa這 si� na tym m這dym, ale zaraz ze�lizgiwa這 si� oboj皻nie. M這dy klekocz鉍 drewniakami dotar� do niewielkiego placyku przed szasz造karni�. Stamt鉅 akurat wychodzili trzej m篹czy�ni w �rednim wieku. Jeden, z akt闚k� pod pach�, jeszcze jad� kie豚as� umazan� musztard�. Wszyscy trzej schludni, w garniturach i �nie積ych non-ironach, spod kt鏎ych przebija造 siatkowe podkoszulki, spoceni nieco i barczy�ci. Nie spieszyli si� i rozgl鉅ali leniwie. Ich spojrzenia zatrzyma造 si� na tym dziwacznie ubranym m這dym. Pierwszy wybuchn像 �miechem ten z plastykow� akt闚k�. A dziwaczny m這dy w豉�nie min寞 ich chcia�. Zast雷ili mu drog�. � Sk鉅 to szanowny kole�... � zacz像 ten z akt闚k�. M這dy przystan像. Wystraszy� si� wyra�nie. Jeszcze bardziej zgarbi� si� i wtuli� g這w� w ramiona. Oni si� roze�mieli. � Sk鉅? � powt鏎zy� ten najbardziej 造sy. � Wiadomo, z czubk闚... � Nie kapujesz? � ten z akt闚k� chwyci� m這dego za r瘯�. � Znaczy si� z G逝piejowa... Znowu wybuchn瘭i �miechem. Ale 篡czliwi jeszcze byli. Tylko z zaciekawieniem ogl鉅ali jego str鎩. Poci鉚ali za fr璠zle na spodniach, obmacywali pas. � Mo瞠 piwko by� z nami chlapn像? � zaproponowa� ten z akt闚k�. � Stawiamy � doda� najm這dszy, z grubymi bakami. I uj像 go pod pach�. M這dy pokr璚i� przecz鉍o g這w�. Spr鏏owa� uwolni� r瘯� z u�cisku tamtego. Ten z bakami chwyci� go mocniej. � Wa積iak � stwierdzi�. M這dy usi這wa� wyrwa� si� gwa速ownie. Ten najbardziej 造sy przydepta� mu z ty逝 drewniak. M這dy potkn像 si�. I sta� si� jeszcze bardziej bezradny. A oni ju� nie篡czliwi. Patrzyli koso na niego. Ten z akt闚k� schwyci� go za d逝g� koszul� niczym poncho i pchn像 mocno. M這dy zatoczy� si� na parkan. � Jak pijany... � zachichota� ten z bakami � pewno za du穎 tri si� naw鉍ha�... 81 A t逝m wok馧 p造n像 i p造n像... Cho� popatrywano w t� stron�. Ale na razie widok ciekawszy by� za parkanem. Akurat spychacz zwali� wysok� �cian� i wzbi� si� k章b rudego ceglanego py逝. Jak grzyb unosi� si� nad rumowiskiem. Ten z grubymi bakami poci鉚n像 m這dego za w這sy. Twarz ch這pca wykrzywi豉 si� grymasem b鏊u. I krzykn像 cienko, przenikliwie. Ju� przystawali ludzie. � Ale ma逍iszon � kto� powiedzia�. � Chodzi takie co� i nie wstydzi si� � kto� doda�. � A bo oni maj� wstyd... Ten z akt闚k� popatrzy� z trosk� na m這dego. � Co z tob� zrobi�... � zastanowi� si� g這�no. Ludzie przysun瘭i si� zaciekawieni. Wtedy m這dy skuli� si� i spr鏏owa� da� nura w t逝m. Ale mu si� nie uda這. Trzymali go silnie. � Ukrad� co�? � kto� si� zainteresowa�. � Wszystko mo磧iwe � odpar� wymijaj鉍o ten z akt闚k�. Ju� ciasny kr鉚 gapi闚. Roze�miane twarze. Ponure twarze. Wszystkie wyczekuj鉍e. Ci trzej, wyra�nie zdopingowani przez publiczno��, szarpa� zacz瘭i m這dego za spodnie. Tak jakby �ci鉚n寞 chcieli. M這dy kuli� si� wstydliwie. � To s� spodnie?... � szydzi� ten z bakami. � To jest kpina ze spodni... � A te loki na peruk� � wtr鉍i� jeden z gapi闚. By� to m這dzik o wilczych oczach. � 疾by tak no篡czki � zamarzy� z這wrogo. Starszy elegancki pan dopiero co przystan像, a ju� a� kipia� z pasji. � Po prostu bestia � powiedzia�. � Gdzie cz這wiecze雟two! � I splun像 temu m這demu pod nogi. Gapie zachichotali. � Widzisz... � zwr鏂i� si� do m這dego ten z akt闚k� � wszystkim podpad貫�... Zamy�li� si� i doda� po chwili: � Musi przeprosi�! � A co zrobi�? � zapyta� kto�. � �wi雟two � odpar� kr鏒ko ten z akt闚k�. Coraz wi璚ej gapi闚. Nawet ci, co dot鉅 kontemplowali spychacz, te� przy章czyli si� do gromady otaczaj鉍ej dziwacznego m這dzie鎍a. I ta pomylona, co grasuje po mie�cie, nawo逝j鉍 do jedno�ci w Bogu i tradycji, te� si� tu znalaz豉. � Oto rakowata naro�l na zdrowym polskim szczepie! � powiedzia豉 z patosem. A m這dy, szarpany coraz mocniej przez tych trzech, nagle kopn像 na o�lep. Trafi� w gole� tego z akt闚k�. Tamten wykrzywi� si� bole�nie. � Kopiesz... � wycedzi� i poczerwienia�. D這nie zacisn像 w pi��ci i pochyli� si� nieco. Ale jego towarzysze tr鉍ili go ostrzegawczo. W�r鏚 gapi闚 pojawi� si� milicjant. � Co tu si� dzieje... � przeciska� si� mi璠zy lud�mi. By� bardzo m這dy i surow� min� pokrywa� nie�mia這��. Ten z akt闚k� sk這ni� si� z szacunkiem. � W豉�nie wychodzimy sobie z szasz造karni, wie pan, panie w豉dzo, po pracy co� przetr鉍i� si� chcia這, a� tu ten osobnik... � wskaza� na m這dego � zaczepia nas i ubli瘸... � W dodatku � odezwa� si� ten z bakami � kopn像... � Te� si� uk這ni�. � �wiadkowie potwierdz� � rzek� trzeci, najbardziej 造sy. Gapie przytakn瘭i. M這dy milicjant popatrzy� po ludziach. � Nawet ulic� spokojnie przej�� nie mo積a � odezwa� si� znowu ten z bakami. � Cz這wiek z roboty, umordowany, za przeproszeniem, jak mu�, a tu taki nygus zaczepia... 82 Milicjant spojrza� na m這dego. On milcza�. � Co wy... � powiedzia� milicjant surowo. � Chwil� patrzyli na siebie. M這dy milcza� wci嘀, oczy mia� zaczerwienione, jakby p豉ka�, pociera� je d這ni�. Wtedy ci trzej wyci鉚n瘭i dowody. � Prosz�... � m闚ili � tutaj obok pracujemy. W Zjednoczeniu Materia堯w Budowlanych... Milicjant przejrza� dowody, odda� po chwili. � A wy? � zwr鏂i� si� do m這dego. On nic nie odpowiedzia�. � Znaczy si�, rozrabia� � powiedzia� w zastanowieniu milicjant i urwa�. Waha� si�. Dziwi豉 go nieco ta milcz鉍a zgodno�� ludzi wobec m這dego. Ci trzej tacy przecie� pewni siebie, bykowaci. I ten m這dy, drobny i w靖造. To zestawienie troch� go zastanowi這. Us造sza� za plecami chichoty. Odwr鏂i� si� szybko i popatrzy� surowo. Poprawi� czapk�, obci鉚n像 pas i przesun像 d這ni� po pa販e. � Chod�cie ze mn� � zdecydowa� i skin像 na m這dego. M這dy poszed� pos逝sznie za nim. Ci trzej u�miechn瘭i si� nieznacznie. Gawied� rozchodzi豉 si� powoli. Tylko ten g逝pi Fredziu, co handluje bagnem na mole, zacz像 mamrota�: � Przecie� to oni zacz瘭i... Ale nikt go nie s逝cha�. T逝m znowu p造n像 jak rzeka w零kim przej�ciem mi璠zy domem towarowym i parkanem, za kt鏎ym rozwalano stare mury. 83 Pierwszy opatrunek Ch這piec liczy� sobie pi皻na�cie lat i by� wyro�ni皻y nad wiek. Wraca� z lekcji angielskiego. Bieg� w豉�ciwie, po ca造m dniu obowi頊kowych zaj耩 mia� nareszcie wolny czas. Spieszy� si� do przyjaciela. Wi璚 bieg� i radowa� si� sztywnym szelestem farmerskich spodni, kupionych niedawno na bazarze. Wyskoczywszy zza w璕豉 czerwonej kamienicy, zderzy� si� z barczystym m篹czyzn� oko這 czterdziestki, kt鏎y akurat zamkn像 za sob� drzwi �Zdroju�, baru drugiej kategorii. A zamkn預szy drzwi uj像 pod rami� swoj� m這d� partnerk� i rozgl鉅a� si� za taks闚k�. � Bardzo przepraszam � powiedzia� ch這piec. Uk這ni� si� grzecznie. Ju� odchodzi�. Barczysty zakl像 p馧g這sem. Jego partnerka wybuchn窸a �miechem. � Ma這 co, a by� fikn像 kozio趾a � powiedzia豉. Barczysty zacisn像 pi��ci i w oczach zagorza豉 mu w�ciek這��. � Halo! � zawo豉�. Ch這piec przystan像. Barczysty jednym spr篹ystym skokiem by� przy nim. Chwyci� go za klapy p豉szcza, uderzy� pi��ci� w twarz. A widz鉍 t� m這d� i przera穎n� twarz tak blisko siebie, zacz像 bi� jak w transie. Czuj鉍, 瞠 ch這piec osuwa si� ju� bezw豉dnie, owin像 jego d逝gie w這sy wok馧 d這ni i wywali� mu piorunuj鉍y cios g這w� w podbr鏚ek. Wtedy pu�ci�. Ch這piec pad� na bruk. � Ja tym 這buzom nic nie popuszczam � ucieszy� si� barczysty. Jego partnerka, wpierw jakby wstrz��ni皻a t� okrutn� scen�, teraz popatrzy豉 na niego z podziwem. Taki m瘰ki, brutalny, w sk鏎zanej kurtce. � Jak im nie do這篡sz � powiedzia� barczysty pr篹鉍 si� jak kogut � to jutro na ciebie napadn� albo m這tkiem zat逝k� taks闚karza..... � Bo瞠! � westchn窸a kobieta. I poszli sobie. A na bruku w pustce tej ma貫j uliczki pozosta� ch這piec. Po d逝giej chwili d�wign像 si� na kolana. Latarnie i gwiazdy wirowa造 mu w oczach. Z baru �Zdr鎩� dochodzi� gwar i �miech. Chybotliwe cienie za szybami. Twarz mia� opuchni皻� i zakrwawion�. Zobaczy豉 go staruszka wracaj鉍a z wieczornego spaceru z pieskiem. � Ch這pcze! � stan窸a jak wryta. � Kto ci� tak urz鉅zi�? Popatrzy� na ni� b喚dnym wzrokiem. � Natychmiast na pogotowie! Staruszka by豉 osob� energiczn� i jeszcze krzepk�. Pomog豉 mu wsta� i podtrzymuj鉍, zaprowadzi豉 pod gmach pogotowia ratunkowego. Otworzy豉 drzwi i popchn窸a go lekko. Wszed�. W poczekalni zobaczy� kilka obanda穎wanych i jakiego� pijanego, kt鏎y rycza� jednostajnie: � Psy! Psy! Rozgl鉅a� si� niepewnie. Naprzeciw schod闚 prowadz鉍ych na g鏎� siedzia豉 w okienku kobieta w bia造m fartuchu. � Przepraszam... � powiedzia� ch這piec � czy m鏬豚ym otrzyma�... Wygl鉅a� jak widmo, krew s鉍z鉍a si� stru磬ami z rozbitej g這wy i nosa pokry豉 ca章 twarz. Kobieta przerwa豉 mu niecierpliwym gestem. � Widzisz, 瞠 jestem zaj皻a... 84 Wykr璚a豉 numer telefonu. Na twarz ch這pca popatrzy豉 oboj皻nie. Usiad� na 豉wce. Pijany urwa� nagle sw鎩 monotonny poryk. Z korytarza wynurzy� si� milicjant i pocz像 potrz零a� nim energicznie. � W porz鉅ku, panie w豉dzo, w porz鉅ku � zabe趾ota� potulnie pijany. Milicjant usiad� obok niego, rozlu�ni� pas i spojrza� na pokrwawionego ch這pca. � Co, jakie� boksy by造? � zainteresowa� si� z u�miechem. � Nie�le ci� za豉twili... � Jego lepiej � wtr鉍i� kto� z siedz鉍ych na 豉wce. Wskaza� na m篹czyzn� o pokiereszowanej twarzy. � 砰letk� � wyja�ni� ten poci皻y. Przez uchylone okno s造cha� by這 przera�liwe syreny ambulans闚 wyruszaj鉍ych do wypadk闚. Po jakim� czasie ch這piec znalaz� si� w gabinecie zabiegowym. � P造tkie rany... � stwierdzi� lekarz. � Nie trzeba klamerek... Obanda穎wano mu g這w� i zatamowano krew s鉍z鉍� si� z nosa. � Za co ci� tak urz鉅zili? � zapyta� lekarz, patrz鉍 na niego w roztargnieniu i pocieraj鉍 za透awione z bezsenno�ci oczy. � Potr鉍i貫m jednego pana � wyja�ni� ch這piec. � Na drugi raz nie potr鉍aj � powiedzia� lekarz i zacz像 co� pisa� w grubej ksi璠ze oprawionej w szare p堯tno. � Ale przecie� przeprosi貫m � powiedzia� ch這piec i broda zacz窸a mu drga� 瘸這�nie, a w oczach pokaza造 si� 透y. � Widocznie s豉bo przeprosi貫� � roze�mia� si� piel璕niarz i wykruszy� starannie niedopa貫k ze szklanej lufki. � Ale w這sy to oni sobie zapuszczaj� � powiedzia� jakby do siebie, patrz鉍 na d逝gie, faliste loki ch這pca, opadaj鉍e na ramiona. � Jak ma逍y... � zwr鏂i� si� do lekarza. Ale ten nie us造sza�, zaj皻y chuchaniem w wyschni皻� piecz靖k�. I wtedy broda przesta豉 drga� i 透y ust雷i造 z oczu ch這pca. I cho� obita i pokaleczona twarz bola豉 dotkliwie, wyprostowa� si� i tak ch這dno, uwa積ie popatrzy� na tych dw鏂h m篹czyzn w �rednim wieku. � Dzi瘯uj� panom... � urwa�, zastanowi� si� i doda� d�wi璚znym, silnym g這sem � za opatrunek... Kiedy lekarz podni鏀� g這w�, zdziwiony brzmieniem tego g這su, ch這pca ju� nie by這. 85 Nocny go�� Po p馧nocy sko鎍zy貫m Azyl. Zgasi貫m lampk� i rozmy�la貫m o gangsterze przezwiskiem Wytrzeszcz. Jego spok鎩 w �miertelnej celi. Te zapa趾i, kt鏎e uk豉da� w oczekiwaniu, i ta ma豉 豉pka, tak niezawodna w zespoleniu z pistoletem... W tamtych czasach wtargn窸a w nasz� wyobra�ni� literatura Wielkich Amerykan闚. Po latach postu to by豉 burza. Wytrzeszcz o kauczukowych, nieruchomych oczach. Temple, m這da, g逝pia dziewucha, i kaczan kukurydzy rozsadzaj鉍y jej krocze. Wspania貫! Babcia w s零iednim pokoju przesta豉 poj瘯iwa� i modli� si� niezmordowanie. Zasn窸a. Dziadkowi gra豉 w p逝cach astmatyczna orkiestra. Te� zasn像. I naprawd�, 瘸den to fa連z pami璚i, pomy�la貫m wtedy r闚nie� o Marku H豉sce. W tamtych czasach on dla nas by� tak� sam� przygod� jak Amerykanie. Jego proza przynios豉 prawd� warszawskich ulic, bazar闚 i knajp, kipia豉 od brutalnych, dosadnych dialog闚, przetykanych gorza章, w kt鏎ej najch皻niej i naj豉twiej topi si� b鏊, kl瘰k�. Tak ocenia貫m t� proz�. Zapewne z zazdro�ci�. Wielu z nas w tamtych czasach marzy這 o pisarskich ostrogach. �wiat by� taki barwny, dziwny i domaga� si� opisania. Te� w g這wie k喚bi這 mi si� od strz瘼闚 rozm闚, obraz闚, sylwetek poznanych ludzi. Na豉dowana tym g這wa. A kiedy zapisa� to chcia貫m, r瘯a dr皻wia豉 jak sparali穎wana i s這wa, zdania, obrazy na papierze te� by造 jak sparali穎wane. Wi璚 pomy�la貫m o Nim i o sobie. Od roku by� naszym pisarzem. Wykupywali�my literackie tygodniki, poszukuj鉍 Jego opowiada�. Dopytywali�my si�, jak wygl鉅a. Opisy bywa造 r騜ne. Silny, barczysty brunet o brutalnej urodzie. To zn闚 wysoki, gi皻ki jak trzcina blondyn, przypominaj鉍y wikinga. A� zobaczy貫m go pewnego razu. S逝sznego wzrostu, mia� jasne, 篡we oczy i twarz skrzywion� w przekornym, cwaniackim grymasie. Ten dom dziadk闚 kolegi, gdzie ju� od miesi鉍a mieszka貫m. Dziadek, weso貫k i dawny birbant, przed sam� wojn� wygra� w ruletk� pi耩 tysi璚y dolar闚. Gest mia� szeroki i lekk� r瘯�. Tote� gdyby nie babcia, nic by z wygranej nie pozosta這. A tak by� ten domek z przybud闚k� w starym sadzie. - Przybud闚k� zajmowa� Pietia, bia造 Rosjanin. Wygl鉅a� jak pop. Potrafi� godzinami z niezr闚nan� swad� wskrzesza� dawno umar貫 czasy. Odwiedza造 go ha豉�liwe kobiety i wtedy Pietia u�miecha� si� do nas figlarnie. Nast瘼nie zaci鉚a� firanki. Dziadek chodzi� podgl鉅a�. Rodzice kolegi rozeszli si� i on mieszka� tutaj wraz z matk�. Dziadkowie pot瘼iali syna, kt鏎y porzuci� 穎n� dla innej kobiety. Babcia op豉ci豉 ulicznik闚 i oni biegali przez bazar na Pa雟kiej za t� kobiet�, wo豉j鉍: � Stara kurwa Antonina! Dziwno��, niespodzianki i pozorny brak logiki w ludzkich poczynaniach fascynowa造 najbardziej i umie� to opisa� wydawa這 mi si� najwy窺zym kunsztem, bliskim stanu cudownej 豉ski. I nie wstydzi貫m si� wcale tego wyznania, kt鏎e uczyni貫m koledze w nocnej �Kameralnej�. Popijali�my wtedy, orkiestra gra豉 modne szlagiery i na parkiecie hasa� znany warszawski lowelas i aferzysta, popularny nie tylko z powodu hulanek. Od niego bowiem rozpocz窸a si� krwawa sprawa wielokrotnego mordercy Mazurkiewicza. Mazurkiewicz jego r闚nie� postanowi� pozbawi� 篡cia i pieni璠zy. Zaprosi� wi璚 na przeja盥磬� autem i strzeli� mu w 貫b. Strzeli� niecelnie. Lowelas straci� jedynie przytomno�� i ockn像 si� niebawem, nie�wiadom tego, co zasz這. Wyszed� z 篡ciem, ale bola豉 go g這wa. Poszed� do lekarza i ten wydoby� kul�, kt鏎a utkwi豉 u nasady czaszki. Lowelas hasa� na parkiecie beztrosko u�miechni皻y, obmacuj鉍 sw� partnerk� o wybuja造ch kszta速ach. Imponowa� witalno�ci�. 86 Kolega kiwa� g這w� w takt muzyki i powtarza�: � To by� numer... Wiesz � przychyli� si� do mnie � ja te� bym chcia�, 瞠by... � nie doko鎍zy�, przyt這czony niewyra瘸ln� �mia這�ci� swoich pragnie�. Natomiast ja, o�mielony alkoholem, wypowiedzia貫m si� do ko鎍a: � Chcia豚ym umie� opisa� to wszystko. I nawet kosztem 篡cia. Rozumiesz? Niech mi nic nie wychodzi, w mi這�ci, w pieni鉅zach, w r騜nych takich... Byle tylko to! Rozla貫m sobie kaw� na kolana. Podskoczy貫m oparzony gor鉍ym p造nem. Patetyczne to by這 wyznanie. Ale nie czu貫m si� �mieszny. Taki to by� czas. Szukali�my swojej drogi i nie wstydzili�my si� zbyt wielkich s堯w. Kolega przytakn像 z powag�: � Tak jak On � powiedzia� my�l鉍 o s豉wnym m這dym pisarzu. Sam nie mia� pisarskich ambicji, ale by� moim oddanym powiernikiem, a ten m這dy pisarz dla niego gwiazdorem. Wtedy na sztuk� panowa豉 moda. Nawet Tadek Miller, cyniczny podrywacz, nosi� ze sob� futera� na skrzypce i zaczepia� dziewczyny przedstawiaj鉍 si� jako skrzypek. Futera� wypycha� gazetami, czasem mia� tam wa堯wk�. Powoli moje my�li leniwia造, roz豉zi造 si� i gas造. Nadchodzi豉 senno��. Ale ta noc komponowa豉 si� jak literatura. Z pierwszego, p造tkiego snu wyrwa這 mnie walenie w okienn� szyb�. Wr鏂i� kolega. Otworzy貫m okno. By� z kim� drugim. Obejmuj鉍 tego drugiego i pomagaj鉍 mu przesadzi� parapet, powtarza� w euforii: � To On! Jestem z Nim! Znale�li si� w �rodku. � Poznajcie si� � kolega przedstawi� swego towarzysza. Tamten wyci鉚n像 d這�. By豉 mi瘯ka, wilgotna. Kolega biega� gor鉍zkowo po pokoju. � Trzeba obudzi� dziadka � zdecydowa�. � Niech nam da swojej nalewki. Musimy to obla�. Ten drugi by� niewysoki i milcza�. Ogarn窸a mnie emocja. Wreszcie porozmawiam z Nim. Wiele mia貫m do powiedzenia. Zapali貫m ma章 lampk�. I ta ods這na, kt鏎a zaraz nast雷i豉, spowodowa豉, 瞠 zacz像em si� g這�no �mia�. By� to taki szczurek. Spotyka貫m go na szlaku. 疾rowa� na niedopitych kieliszkach. Wys逝giwa� si� dziewczynom. Cz瘰to mia� ze sob� papierow� teczk�. Siadywa� po k靖ach i bazgra� co�. Tak samo jak ja. Marzenia pisarskie domaga造 si� cho熲y tej marnej namiastki w postaci teczki z zapisanymi arkusikami papieru. Sta� pod �cian�, bezradnie mru蕨c oczy. Chudy, niewysoki, w za obszernym swetrze, o okr鉚貫j, anio趾owatej twarzy. � Pomyli貫� si� � powiedzia貫m do kolegi. � To nie On. � Jak to? � wytrzeszczy� oczy. Ci鉚le si� �miej鉍, przedstawi貫m mu nocnego go�cia. Tamten cofn像 si� za piec i zgarbi�. Kolega rzuci� si� na niego z ca造m impetem swego rozczarowania. Wymierzy� mu mocny policzek. Nie broni� si�. Sta� z opuszczonymi r瘯oma. � Tak jako� wysz這 � szepn像. � Siedzia貫m sobie, pisa貫m, a on podszed� do mnie i sam zagadn像 o to pisanie. � Won, won � wykrzykiwa� kolega. Nie rozbieraj鉍 si�, zwali� si� na kanap�. Odwr鏂i� si� do �ciany. Ten w za obszernym swetrze popatrzy� na mnie b豉galnie. � Gdzie ja p鎩d�? Tak po nocy... Wskaza貫m mu dywanik na pod這dze. Rzuci貫m koc. U這篡� si� tam po�piesznie. Przygl鉅a貫m mu si� z uwag�. Twarz mia� delikatn� i faluj鉍e w這sy. Wytrzyma� moje spojrzenie. Odpowiedzia� nie�mia造m u�miechem. � Czasami � wyb隕a� � wydaje mi si�, 瞠 jestem nim naprawd�. � Cz瘰to tak? � zapyta貫m. Pokiwa� g這w�. Zdj像 z fotela poduszk� i u這篡� si� wygodniej. � To wszystko ju� mam w g這wie. Jakby gotowe � g這s jego z szeptu stawa� si� coraz mocniejszy, �mia造. � Tytu� te� mam. 疾lazny Wilk. Niez造, prawda? I m闚i� dalej. A to, co 87 m闚i� o zdeptanej mi這�ci, miotaj鉍ym si� bezsilnie alkoholiku, przedmiejskich 簑likach i pos瘼nej praskiej ulicy, by這 mieszanin� wielu opowiada� s豉wnego m這dego pisarza. Kolega poruszy� si� gwa速ownie na kanapie. � Won! � wymamrota�. Nocny go�� przerwa� sw� opowie�� i przykuli� si� strachliwie. Te jego chude, brudne d這nie w sk雷ym blasku lampki tak kurczowo os豉nia造 twarz. Te jego oczy b造szcz鉍e jak u zwierz靖ka poprzez palce. Zapanowa豉 cisza. Zgasi貫m lampk�. I po tylu latach znowu przypominaj� mi si� Oni, Wielcy Amerykanie, Marek H豉sko, inni jeszcze, ci anonimowi, kt鏎zy wtedy dopiero nie�mia這 skrobali w �cian�... Pod嘀am wi璚 t� uliczk�, co w預ozem opada w d馧. Na pocz靖ku drogi kiosk z piwem, gdzie wystawali w璕larze i ten najstarszy doro磬arz z sumiastymi siwymi w零ami. A dalej stare kamienice o odrapanych, ospowatych od pocisk闚 �cianach i na jednej z nich egzotyczna tablica, kt鏎a dzisiaj te� tam widnieje: �Islam Parvari Zadeh. Naprawa i czyszczenie perskich dywan闚�. 88 Po drugiej stronie Ju� nie by這 kolejki. Ani �ladu tor闚 nawet. Po這篡li asfalt i ta asfaltowa droga bieg豉 czarn� wst璕� mi璠zy polami. Na polach sta造 wysokie domy. Jedne zamieszka貫. Inne w budowie. Tu i 闚dzie pozosta造 jeszcze ogrodnicze uprawy. Dawniej by造 tu tylko pola uprawne. Rozgl鉅a� si� i nie poznawa� niczego. Tam gdzie znajdowa這 si� skrzy穎wanie tor闚, wyros豉 jaka� fabryka. Na rozleg造m parkingu sta造 samochody r騜nych marek. Z trudem umiejscowi� dawn� krzy鄴wk� i bud� dr騜nika, kt鏎y handlowa� w鏚k�. Drewniany krzy� pozosta�. Gr鏏 samob鎩cy. Tak m闚ili najstarsi ludzie. Rozpozna� gospodarstwo Szelera. Sz這 si� �cie磬� przez podmok章 章k� i kumka造 瘸by. ㄨki nie by這. Wysiad� z autobusu i poszed� drog�, kt鏎ej dawniej te� nie by這. Szuka� Pekinu. Pekin by� trzypi皻rowy, drewniany i przed jego ciemn�, cuchn鉍� bram� wystawali godzinami. Pekinu nie by這. Ale na pewno znajdowa� si� w tym miejscu. Sta� przed will� z frontow� �cian� wy這穎n� kolorowymi szkie趾ami. Za parkanem na starannie wygrabionych klombach wyrasta豉 pierwsza ziele�. � Co si� sta這 z Pekinem? � zapyta� star� kobiet�, objuczon� torbami. � Pekin? � wzruszy豉 ramionami. � Nie znam takiego. A kiedy ju� odchodzi�, dobieg造 jej s這wa: � Pewnie ta drewniana rudera. Rozwalili w czortu! Kasztan闚 nie wyci皻o. Jeszcze go貫, bezlistne. St鉅 bez trudno�ci znalaz� drog� do glinianek. Mijali go ludzie. 畝dna twarz nie by豉 znajoma. Pod sklepem spo篡wczym sta豉 grupka m篹czyzn. Tak jak dawniej. Pili piwo. Znalaz� si� w swojej dzielnicy. Dzielnicy ma造ch, biednych domk闚, ogrodniczych gospodarstw i starych fabryk z czerwonej ceg造. Ta najwi瘯sza fabryka by豉 st鉅 dobrze widoczna. Jej czarny komin wyrasta� wysoko ponad dachami niskiej, parterowej zabudowy. �wiece tutaj robiono i zaczepiaj鉍 dziewczyny, mieli zwyczaj m闚i�: � �wiece �Polo� nic nie bol�. Za�mia� si� po raz pierwszy. Komin nie dymi�. Odkry� r闚nie� szko喚, w kt鏎ej si� uczy�. Schowana by豉 za rusztowaniem jakiej� budowy. Zmala豉. Doszed� do pierwszej glinianki. Ta glinianka zwana by豉 Pokus�. Tutaj starsi ch這pcy zepchn瘭i go z wysokiej burty. Wpad� do wody i od razu zabrak這 gruntu. W ten spos鏏 nauczy� si� p造wa�. Stan像 na wysokim brzegu i patrzy� w d馧. Glinianka zaros豉 trzcin�. Pod pochy章 wierzb� pili w鏚k�. W tym miejscu zabawiali si� z dziewczynami, skryci pod opadaj鉍ymi ga喚ziami drzewa. Tak� sam� wiosenn� por� te� pili w鏚k�. Pochy豉 wierzba usch豉 prawie ca豉. Tylko na jednej ga喚zi pokazywa造 si� zielone p璠y. Pusto by這 i cicho. Zapragn像 przej�� na drug� stron� i zobaczy� ten domek z go喚bnikiem w podw鏎zu. Do tego domu przywi頊ywa� najwi瘯sze znaczenie. Ukrywa� si� tam i ta kobieta ostatniego dnia przyrz鉅zi豉 na kolacj� duszonego kr鏊ika. Ogryzali ma貫, kruche kostki. Butelka w鏚ki sta豉 na stole. Wtedy przyszli po niego. Nie zdziwi� si� zbytnio. Od pewnego czasu zd嘀y� si� ju� przyzwyczai�, 瞠 musz� przyj��. Wstaj鉍 pos逝sznie, wychyli� jeszcze jedn� szklaneczk� i przek零i� kawa趾iem mi瘯kiego kr鏊iczego mi瘰a. Od tamtego wieczoru up造n窸o wiele lat, a ci鉚le czu� smak tego kr鏊iczego mi瘰a. Zboczem glinianki prowadzi豉 �cie篡nka. Powoli szed� i patrzy� na drug� stron�. Tam by� ten domek. Przy cypelku siedzia� w kucki stary cz這wiek w kolejarskim szynelu. Drobi� chleb, ugniata� w kulki i rzuca� do wody. N璚i�. Ale w璠ki nie mia� przy sobie. Zatrzyma� si�. � Ryby tu jeszcze bior�? � zapyta�. 89 Kolejarz odwr鏂i� niespiesznie g這w�. � Iii tam � mrukn像. W skupieniu ugniata� chleb i rzuca� do wody. Przysiad� obok starego. Te� w kucki. Patrzy� w wod� sk雷o prze�wiecaj鉍� mi璠zy trzcinami. Przed laty gdzie� w pobli簑 rybacy wyci鉚n瘭i wielk� ryb�. To by� sum. Pami皻a� jak przez mg喚. � Kiedy� � odezwa� si� � sumy tu si� trafia造. � Kiedy� � przytakn像 kolejarz � ryb tu by這 zatrz瘰ienie. Reszt� chleba owin像 w gazet� i schowa� do kieszeni. � Dla go喚bi � u�miechn像 si�, pokazuj鉍 bezz瑿ne dzi零豉. Siedzia� ko這 starego i milcza�. Przypomina� sobie domek po drugiej stronie. D逝go tam mieszka�. Naprawia� piece. Dymi造. Zna� si� na zdu雟kiej robocie. Przesta造 dymi�. Spali na g鏎ce i kiedy sz這 si� tam, trzeszcza造 schody. Jednak twarzy kobiety nie m鏬� sobie przypomnie�. Nak豉da造 si� na ni� inne twarze. Zdziwi� si� t� niewierno�ci� pami璚i. � A jak tam po drugiej stronie? � zagada�. � Te domki jeszcze s�? Nie wyburzyli? Stary po raz pierwszy przyjrza� mu si� uwa積ie ostrym spojrzeniem. Spodziewa� si� natarczywych pyta�. � Tam � odpowiedzia� po d逝giej chwili � nic si� nie zmieni這. Wyci鉚n像 papierosy. Pocz瘰towa� starego. Palili. Od ziemi szed� ch堯d. Ale w 豉godnym s這鎍u kry豉 si� ju� zapowied� lata, upa逝, nieruchomo�ci i leniwego bzykania owad闚. � Zna� pan Kowalczyka? � wystawi� twarz do s這鎍a i o篡wi� si� naraz. Kolejarz zmarszczy� czo這. � Tego co siedzia� za napady? � po raz drugi przyjrza� mu si� uwa積ie. Przytakn像. � Nie 篡je � odpar� kolejarz � b璠zie par� lat, jak poszed� do piachu. Przymkn像 oczy i zobaczy� Kowalczyka. Twarz mia� zawzi皻�, such�, oczy krwi� nabieg貫 i na roboty zabiera� dw鏂h swoich syn闚. Szli g瘰iego. Kowalczyk pierwszy, synowie wed逝g wieku za nim. P��niej on by� czwarty. Chodzi� z nimi. Kowalczyk kl像 i szydzi� ze strachu, kt鏎y na pocz靖ku ogarnia� go dygotem nie do opanowania. Glinianka szele�ci豉 such�, martw� trzcin�. � Nie 篡je � powt鏎zy� p馧g這sem. � Co prosz�? � nie dos造sza� kolejarz. Wzruszy� ramionami. Kolejarz wyj像 z kieszeni staro�wieck� cebul� na 豉鎍uszku. Uwa積ie sprawdzi� czas. Wsta�. Pocz豉pa� ci篹kim, zm璚zonym krokiem. Przystan像. Odwr鏂i� g這w�. Przyjrza� mu si� z nagle obudzonym zastanowieniem. Nic nie powiedzia�. Poszed� sobie. Siedzia� w kucki. Opu�ci� g這w� i butem 興obi� gliniast� ziemi�. 90 Puste miejsce Petarowi Vuji鋱iowi Wyrko, na kt鏎ym sypia�, by這 po�cielone. Stara czerwona kapa niezbyt dok豉dnie zakrywa豉 ko責r�. Na tym wyrku zawsze le瘸�, kiedy przychodzili tutaj. Siadali na kanapce pod �cian�. Tak jak dzisiaj. Zaskrzypia造 spr篹yny. Tylko jego ju� nie by這. Jego matka siedzia豉 na wyrku. Po�piesznym, machinalnym ruchem poprawi豉 w這sy. � Mo瞠 herbaty? � zapyta豉. Podzi瘯owali. Patrzyli w �cian� nad wyrkiem. Wisia� tam widoczek egzotyczny. Zawsze tam wisia�. � Tak le瘸� i nic nie m闚i� � powiedzia豉 jego matka. � Nawet pi� nie chcia�. � Spojrza豉 na kanapk�, na kt鏎ej siedzieli. Zn闚 g逝cho st瘯n窸y spr篹yny. � Tylko budzi� si� bardzo wcze�nie. Ja te� si� wtedy budzi豉m. � Chcieliby�my wyrazi�... � zacz像 prozaik. Chudy poeta wyprostowa� si�. Obaj znali go wiele lat i nieraz zachodzili tutaj. Ale jego matka nie westchn窸a ani nie otar豉 oczu chusteczk�, kt鏎� trzyma豉 w zaci�ni皻ej d這ni. � I wychodzi� na r鏬 bardzo rzadko. Wo豉li go, a on nic. Raz wyszed�, napi� si� i na schodach z豉ma� sobie nog�. � Wyg豉dzi豉 czerwon� kap�. Strz零n窸a z niej jaki� niewidoczny py�. � Nie chcia� si� leczy�. Po co mi noga. Tak m闚i�. �cienny zegar zacyka� mocno. Chaotycznie i jakby w pop這chu poruszy造 si� ci篹arki. � Z pogrzebem tyle zachodu � powiedzia豉. � Trzy dni biega豉m � w jej g這sie zabrzmia豉 ulga. Wpatrzy豉 si� w tarcz� zegara. � W szpitalu te� tak le瘸� i nic nie m闚i�. Wsta豉 i podesz豉 do kredensu. Spod koronkowej serwetki wyci鉚n窸a fotografi�. By豉 to fotografia z bardzo dawnych lat. � Czesiek przy nim. Znaj� panowie Cze�ka? Stara, po鄴趾豉 fotografia. Trzech m這dzie鎍闚 opartych o kontuar baru. Spe軟iaj� toast. On by� w �rodku. Ciemny garnitur i muszka. Twarz z tym jego u�mieszkiem, lekko kpi鉍ym i pob豉磧iwym wobec siebie i innych. � Noc sylwestrowa w �Paradisie� � rozpozna� chudy poeta. � Zmieni� si� po �mierci � powiedzia豉 jego matka. � Nie do poznania. Ws逝cha豉 si� w odg這sy ulicy dochodz鉍e przez uchylone okno. Jaki� daleki krzyk. � Jeszcze dzisiaj wo豉li na niego � odezwa豉 si�. � Wielu nie wie, 瞠 go ju� nie ma. A wielu czyta nekrolog i nie wie, 瞠 to on. Nie znaj� nazwiska. Buba. On dla wielu by� Buba i koniec. � U�miechn窸a si� 豉godnie. Jej twarz przypomina豉 jego twarz. Ten sam u�miech. Prozaik przypomnia� sobie, jak pi� z nim w鏚k� w �Polonii�, a ona przysz豉 i w siatce mia豉 rzodkiewki. Z dezaprobat� popatrzy豉 na butelk�. Podsun窸a im rzodkiewki. � Jedzcie, to witaminy � powiedzia豉. W �Polonii� czyta� mu pierwsze swoje opowiadanie. � Czy to wydrukuj�? � zapyta� Buba. Opu�ci� g這w�. Za du穎 si� przypomina這. Pod這ga by豉 czarna, zdeptana przez tych, kt鏎zy odwiedzili go tutaj. A kiedy g這w� uni鏀�, jego matka jeszcze wpatrywa豉 si� w t� foto- 91 grafi� z bardzo dawnych lat. Nakry豉 d這ni�. Wyg豉dzi豉 zadarte rogi. Wsta豉 i z powrotem umie�ci豉 j� pod koronkow� serwetk� na kredensie. Wracaj鉍 na wyrko potr鉍i豉 kulawy taboret. � Taki ma造 pokoik � westchn窸a. � Zawsze by這 nam tak ciasno. A teraz tyle miejsca. � Ze zdziwieniem rozgl鉅a豉 si� po tym niewielkim, zagraconym pokoiku. Zegar przesta� cyka�. Widoczek egzotyczny rozmaza� si�. Jego jaskrawe kolory przygas造 w mroku wype軟iaj鉍ym to wn皻rze. Wyb隕ali niezgrabnie s這wa wsp馧czucia i wyszli. Ostro積ie zamkn瘭i drzwi za sob�. � Sylwester � powiedzia� chudy poeta. � By貫m wtedy z nim. � Prozaik popatrzy� na niego. Chudy poeta napisa� kiedy� wiersz o przemijaniu, kt鏎e samo jest �mierci�. Chudy poeta odparowa� jego spojrzenie ostrym, nieufnym b造skiem zza okular闚. W bramie zauwa篡li r璚znie wykaligrafowan� klepsydr�. D逝go wpatrywali si� w karteczk� obwiedzion� czarnym szlakiem. � Przyjdziesz na pogrzeb? � zapyta� chudy poeta. G這s mia� nosowy, dra積i鉍y. Prozaik pokr璚i� przecz鉍o g這w�. � Dwie ksi嘀ki o nim napisa貫� � chudy poeta patrzy� na niego z nie skrywan� niech璚i�. � I wszystko tam by這 na wyrost. Nawet ko鎍闚ka � jego g這s klekota� jak ko�ciana grzechotka. W czarnym garniturze, pob造skuj鉍y okularami, cienki i gi皻ki, w l�ni鉍ych czarnych butach, wygl鉅a� w p馧mroku bramy jak ponury ptak nie wiadomo sk鉅. Prozaik nic nie odpowiedzia�. Odwr鏂i� g這w� i zapatrzy� si� na t� kamienic�-ruin�, podpart� belkami i okopcon� �ladami po瘸ru, stoj鉍� naprzeciw bramy. Tam on zwyk� wystawa� i czeka�. A dalej by造 krzaki. Jeszcze dalej rzeka. Tam znajdowa豉 si� piaszczysta 豉cha. Wyspa Arara � tak on nazywa� to miejsce. Patrzy� i nie s造sza� wcale g這su chudego poety, kt鏎y wci嘀 m闚i�. W jego dawnym opowiadaniu ten r鏬 przed wypalon� kamienic� te� zosta� opisany. I krzaki. I wyspa. A na koniec uprzytomni� sobie, 瞠 i wyspy Arary ju� nie ma. W tym roku rzeka zmieni豉 nurt i zakry豉 piaszczyst� 豉ch�. 92 Renata Ch這pak w popelinowym p豉szczu spojrza� na zegarek. By這 jeszcze wcze�nie. Dziewczyny wychodz� zwykle p��niej. Oko這 dziewi靖ej. W pierwszej bramie za gruzami tkwi豉 ju� jedna, stara i zapijaczona, o ma逍iej twarzy. Tej nie chcia�. Do �Flisa� wtoczy� si� kr瘼y m篹czyzna z ma章, nawet niebrzydk�. Ale o tej nie mo積a nawet marzy�. Kr瘼y trzyma� j� mocno za r瘯�. Ch這pak w popelinowym p豉szczu przystan像 za tablic� z og這szeniami. St鉅 lepiej wida� t� md這 o�wietlon� ulic�. M篡� uporczywy deszczyk, kt鏎y jeszcze bardziej zamazywa� widoczno��. Dwa razy si� pomyli�. Zwiod造 go sylwetki kobiece w oddali, wolno sun鉍e chodnikiem. Poszed� za nimi szybkim krokiem, rozchlapuj鉍 ka逝瞠. To nie by造 dziwki. Obrzuci造 go zdziwionym spojrzeniem. W plecy uderzy� ich d�wi璚zny �miech. Wr鏂i� pod tablic�. Na przeciwleg造m rogu tkwi� kto� w nasuni皻ym nisko kapeluszu. �lisko jarzy� si� ognik papierosa. Facet rozgl鉅a� si� nieustannie, wykonuj鉍 kr鏒kie i p這chliwe ruchy g這w�. Te� szuka � uzna� ch這pak w popelinowym p豉szczu. Tutaj, na zapleczu nied逝giej ulicy, zalega豉 martwa cisza. Dziwi豉 tym bardziej, 瞠 wystarczy這 przej�� sto metr闚, 瞠by znale�� si� w gwarze �r鏚mie�cia. Ch這pak w popelinowym p豉szczu powoli przenika� wilgoci� wieczoru. Na brwiach osiada造 kropelki wody. Twarz stawa豉 si� ch這dna i o�lizg豉. Do uszu wdziera造 si� niedalekie odg這sy ludnych i o�wietlonych ulic. Przymkn像 oczy. Kobieta, kt鏎a wynurzy豉 si� zza parkanu, by豉 na pewno dziwk�. Znalaz豉 si� w kr璕u �wiat豉 latarni. Mia豉 b造szcz鉍e w這sy zaplecione w koron�. Korona � u�miechn像 si� ch這pak � fryzura naszych matek. Obejrza� j� nieznacznie. 畝這�nie wygl鉅a� kr鏊iczy ko軟ierz p豉szcza, zmokni皻y jak bezpa雟kie, w堯cz鉍e si� po deszczu zwierz靖ko. Facet na przeciwleg造m rogu poruszy� si� gwa速ownie. Odrzuci� niedopa貫k papierosa. Mo瞠 wyprzedzi� � pomy�la� ch這pak w popelinowym p豉szczu. � Ile? � odezwa� si� zachodz鉍 od ty逝. Jego �ile� nie by這 zbyt pewne. Mia� tylko czterdzie�ci z這tych. Spojrza豉 na niego przenikliwie. Zwyczajem tych kobiet przesun窸a wzrokiem od st鏕 do g這wy. By豉 niestara. Te� niem這da. U�miech skurczy� jej twarz w ma章, pomarszczon� pi零tk�. Tylko oczy mia豉 wielkie i uwa積e. Zmiesza� si� troch�. � Ile? � powt鏎zy� niewyra�nie. � Ile, ile... � przedrze�ni豉. Przysun窸a si� bli瞠j. Czu� jej kwa�ny oddech. � Nie jestem zaprawiona, kotku � powiedzia豉. � Jestem chora, cholernie chora, rozumiesz � m闚i豉 dobitnie, starannie zaokr鉚laj鉍 s這wa. Ch這pak w popelinowym p豉szczu dostrzeg�, 瞠 facet z rogu znikn像 w ciemno�ci. U�miechn窸a si� zn闚. Z瑿y mia豉 r闚ne i czyste. � Ile � jeszcze raz powt鏎zy豉. Wygl鉅a豉 jak sowa, kt鏎a przycupn窸a gdzie� wysoko i patrzy. � Ka盥y to m闚i � powiedzia豉. � A nikt nie da wi璚ej. � Mia豉 racj�. Wszyscy trzymali si� taryfy obowi頊uj鉍ej na tej ulicy. Od strony wielkiego biurowca, czerniej鉍ego na uboczu, zbli瘸豉 si� grupka ludzi. Poci鉚n像 j� za r瘯�, usun瘭i si� z kr璕u �wiat豉. Gdy tamci ju� przeszli, kobieta pokiwa豉 g這w� i 93 odezwa豉 si� mi瘯ko: � Wstydzisz si�. � Wyj窸a z kieszeni szklan� lufk� z osadzonym w niej niedopa趾iem. Zapali豉, os豉niaj鉍 d這闓i ogie�. Palce mia豉 chude, czerwone i brudne. � B璠ziesz pierwszy... � mrukn窸a, wypuszczaj鉍 cienk� stru磬� dymu przez nos. � Pierwszy klient. Dopiero co wysz豉m na ulic�. Rozweseli豉 si�. � To b璠zie pierwszy gol � tr鉍i豉 go w plecy. Ulica ju� si� o篡wia豉. S造cha� by這 ochryp貫 g這sy dziewczyn. Majaczy造 ich postacie. � Znam wszystkie � powiedzia豉. � I one mnie znaj�. Mia豉 na imi� Renata. To go zdziwi這. � Renata � powtarza� bezg這�nie. � Renata... Stara, pomarszczona dziwka. Przesun窸a d這ni� po ko軟ierzu, podnosz鉍 wylizane kr鏊icze futerko. � Jest tu jedna taka, W豉da � odezwa豉 si�. � Ona pije jeszcze wi璚ej. Ale tylko ona � podkre�li豉 z naciskiem. � I z niej jest du瘸 豉chudra. Niesolidna. � Chod�my � ch這pak poruszy� si� niecierpliwie. � Na co czeka�. Wsun像 r璚e do kieszeni, postawi� ko軟ierz. Pu�ci� j� przodem. Kto� krzykn像 piskliwie za nimi. Obejrza� si� sp這szony. � To kole瘸nka � wyja�ni豉 Renata. � Zawsze chodzimy we dwie. Jedna obstawia, bo s� tacy, co nie chc� p豉ci�. Ale ty nie taki, wiem � u�miechn窸a si� dobrotliwie. Dalej na lewo stercza� p這t i rozwalona brama. Tan w�r鏚 do堯w i poro�ni皻ych traw� wysypisk szuka造 miejsca dziewczyny z klientami. Gruzy przybiera造 w ciemno�ci kszta速y najdziwaczniejsze. Kawa� muru nad bram� wygl鉅a� jak zapraszaj鉍a r瘯a. Z bramy wion像 od鏎 odpadk闚 i gnij鉍ego �miecia. Oczy dziwi造 dalekie jasne domy i ulice �r鏚mie�cia. Zamajaczy� czerwony tramwaj, nierealny jak z逝da, mo磧iwa w taki deszczowy, zamazany wiecz鏎. Renata cz豉pa豉 buciorami. By造 zbyt obszerne, pokazywa造 si� pi皻y. Min窸a bram�. � Przecie� to tutaj � zdziwi� si� ch這pak w popelinowym p豉szczu. � Jak chcesz � Renata zatrzyma豉 si�. � Ale lepiej wpierw wypi�. A potem ju� bez pieni璠zy. � E tam � wyb隕a�. � Bo tak nie mam smaku � powiedzia豉. Wida� jego twarz nie wyra瘸豉 zrozumienia, gdy� doda豉: � Napijemy si� i p鎩dziemy w gruzy. Ale ju� nie b璠ziesz p豉ci�. Tylko za w鏚k�. Poruszy� brwiami, kilka kropelek wody osiad這 na powiekach i powoli sp造wa這. � Tak b璠zie lepiej � rzek豉 stanowczo Renata. Ruszyli dalej. Mo瞠 ma racj� � pomy�la� ch這pak i szczelniej okr璚i� si� p豉szczem. Mokro�� na policzkach stawa豉 si� niezno�na. Wyci鉚n像 chusteczk�. � ζdna � powiedzia豉 Renata. Byli teraz dobrze o�wietleni. Ulica ko鎍zy豉 si� prostok靖nym placykiem nasyconym �wiat貫m wielu latarni. Asfalt l�ni� jak mokra sk鏎a p豉za. � To jest ma豉 knajpa. � Renata otworzy豉 drzwi. � Przyjemna. Weszli do �rodka. Zapach piwa i w鏚ki jako� rozdra積i� ch這paka. Bufetowa zagapi豉 si� na niego. By� niebrzydki. Potem przenios豉 spojrzenie na Renat�. U�miechn窸a si� z這�liwie. T逝sta. W du篡m dekolcie rysowa造 si� bia貫 piersi. Ch這pak w popelinowym p豉szczu zacisn像 szcz瘯i. Kilku m篹czyzn w zawapnionych kombinezonach prawie jednocze�nie wychyli這 szklanki. Najni窺zy z nich za-krztusi� si�. � Jestem trze�wy, zupe軟ie trze�wy � j璚za� siwawy ch這p. Inni rechotali. Siwawy j璚za� i czka�. Renata rozpi窸a p豉szcz. Rzadki sweterek przygniata� obwis貫 piersi. Sp鏚niczka by豉 podarta i zaplamiona. Wytar豉 z ust szmink�. � Zawsze wycieram � powiedzia豉 � przed w鏚k� i ca這waniem. 94 Ch這pak w popelinowym p豉szczu nie patrz鉍 na bufetow� zap豉ci� za 獞iartk�. Pieni璠zy starczy這 jeszcze na jedn� sa豉tk� �ledziow�. Renata ostro積ie uj窸a butelk�. Usiedli w k鉍ie, zas這ni璚i plecami m篹czyzny opartego o bar. Renata zapomnia豉 o ch這pcu, zapatrzona w b造szcz鉍e szk這 butelki. Pi豉 wolno, smakuj鉍 z wpraw�. Niewiele jej trzeba � pomy�la� ch這pak w popelinowym p豉szczu. Zauwa篡� szkar豉tne rumie鎍e, kt鏎e szybko wyst雷i造 na policzki. Kilka niebieskich 篡貫k jak dese� zaznaczy這 si� w tym szkar豉cie. Nape軟i� szklanki. Chcia�, 瞠by butelka sta豉 si� ju� pusta. Przez oszklon� gablot� z zak零kami dostrzeg� oczy bufetowej �ledz鉍e ich z rozbawieniem. G這s Renaty, kt鏎a m闚i豉 du穎 i szybko, nie dociera� do niego wcale. Poruszy� si� niespokojnie. � Chod�my � mrukn像. � Ja pij� powolutku � powiedzia豉 Renata. Pog豉dzi豉 butelk�. � A tam w gruzach... robi� wszystko szybko. Szybko! � podnios豉 g這s. � Rozumiesz! � Pij � warkn像 ch這pak w popelinowym p豉szczu. � Pij szybciej. M篹czyzna oparty o bar porusza� monotonnie g這w� okolon� nik造mi jak puch kacz璚ia w這sami. Nagle zwis� bezw豉dnie i d這ni� str鉍i� z szynkwasu szklank�. Rozprys豉 si� z brz瘯iem. � Uchla� si� � mrukn窸a bufetowa. Renata postukiwa豉 palcem w butelk�. � Pu�ciutka � m闚i豉 �piewnie � pu�ciutka. Jej oczy sta造 si� szkliste, z ta鎍z鉍ymi w �renicach ognikami. � Chcesz i�� w gruzy? � odezwa豉 si�. � W gruzy! Patrzy� na ni� z niepokojem. � Co ci z tego przyjdzie? � ci鉚n窸a Renata. � Powiedz, co? Taki 豉dny. Przystojniak! � �mia豉 si� kurcz鉍 twarz. � Przecie� my ju� mamy tylko ramki! � krztusi豉 si� coraz g這�niejszym �miechem. � Tylko ramki! Obejrza� si�, ale w tym gwarze nikt nic nie us造sza�. � Lepiej r瘯� � be趾ota豉. � Naprawd� lepiej. Zakl像 pod nosem. � Pij szybciej albo... � poczerwienia�. Renata zacisn窸a palce na bibu販e. Zgniot豉 j� tak, jak d豉wi si� co� obdarzonego 篡ciem. � Szybki� � powiedzia豉 kpi鉍o i zn闚 zapatrzy豉 si� w butelk�. Wsta� gwa速ownie. � Chod�my � rzek� stanowczo. � Do�� tego. Kto� tr鉍i� go w rami�. Bezz瑿na starucha u�miechn窸a si� przymilnie. � Nic jej nie wierz � powiedzia豉. � Nic nie wierz Renacie. Wykiwa ci�, synku. Nieustannie mru篡豉 czerwone, wype透貫 oko; drugie zdawa這 si� martwe, �ci鉚n窸a ze stolika Mocne. Co� jeszcze m闚i豉. � Chod�my � powt鏎zy� spogl鉅aj鉍 na Renat�. Z trudem przecisn瘭i si� przez k喚bowisko pijanych. W drzwiach ch這pak w popelinowym p豉szczu z rozkosz� wci鉚n像 wilgotne powietrze. Orze�wi這 go nieco. Renata zmarszczy豉 czo這 i chwyci豉 go za r瘯�. Wzdrygn像 si�. Jej d這� by豉 mokra i zimna. � Tam � Renata wskaza豉 gdzie� w ciemno�� � tam jest druga knajpa. Te� tania i cicha � w jej g這sie brzmia豉 pro�ba, a nawet b豉ganie. Niezr璚znie pr鏏owa豉 go musn寞 wargami w policzek. Odepchn像 j�. M篹czyzna przechodz鉍y przez jezdni� za�mia� si� d�wi璚znie. Z bramy p造n窸a smuga �wiat豉, w kt鏎ej wida� by這 doln� cz��� jego twarzy, z opadaj鉍ymi w零ami. Renata sz豉 pos逝sznie, zataczaj鉍 si� z lekka. Ch這pak w popelinowym p豉szczu pomy�la�: Chcia豉 wykiwa�. Na pewno chcia豉 wykiwa�. Jej obszerne buty cz豉pa造 denerwuj鉍o. 95 Znikn瘭i w czarnym wn皻rzu bramy, z kt鏎ej cuchn窸o gnij鉍ymi odpadkami i �mieciem. Daleko migota這 jasno o�wietlone �r鏚mie�cie. To wszystko trwa這 oko這 dziesi璚iu minut. Ch這pak w popelinowym p豉szczu wyszed� pierwszy. Poprawi� szalik, chusteczk� otar� twarz i westchn像. Renata poci鉚a豉 ha豉�liwie nosem. Zatrzymali si� przed tablic� z og這szeniami. � I co ci to da這 � burcza豉 obra穎nym g這sem Renata. �miech wstrz零a� jej ma章 postaci�. � I tak da豉m ci na odczepnego � powiedzia豉. � A mog豉m lepiej. Nie da豉m. Popatrzy豉 na ch這paka. � Tu zaraz jest druga knajpa � powiedzia豉 jakby do siebie. � Tania i cicha. � Co� jeszcze szepta豉. Lecz ch這pak w popelinowym p豉szczu nic ju� nie s造sza�. Oddala� si� wielkimi krokami. 96 Ulica Nowogrodzka By這 ciemno i cicho. Po jednej stronie ceglasty mur starego szpitala. Z drugiej strony ty造 solidnych przedwojennych kamienic. Latarni ma這 i rzuca造 nik貫 �wiat這. Z niedaleka dociera� wieczorny ha豉s miasta. Przyt逝miony i odleg造, cho� z tak bliska przecie�. Mi璠zy chodnikami zachowa� si� bruk. Na bruku nie by這 ju� szyn. Kiedy� przeje盥瘸豉 t璠y niebiesko-鄴速a kolejka EKD. Szed貫m samotny i tylko moje kroki uderza造 o bruk jezdni. Stukot krok闚 budzi� dawny zgie趾. Dawniej by豉 to przecie� ulica bujnego 篡cia. Ulica mojej m這do�ci. Kolejka zatrzymywa豉 si� przy placu Zawiszy i zaczyna豉 si� ta ulica. Zaczyna� si� te� szpitalny mur. Naprzeciw zabudowania �Expressu Wieczornego�, i pami皻am jeszcze ostatnich gazeciarzy, kt鏎zy w po�piechu odbierali st鉅 pachn鉍e farb� drukarsk� pliki gazet. W�r鏚 nich Fredek ze szklanym okiem, przedwojenny majdaniarz. Starego budynku ju� nie ma. Na jego miejscu nowoczesny, oszklony. Nast瘼ny przystanek by� przy skwerze Starynkiewicza. Skwer opustosza造. Na 豉wkach ledwie kilka przytulonych do siebie postaci. Skwer dawniej nazywa� si� Ma逍im Gajem i tutaj w krzakach ci ze �r鏚mie�cia pili w鏚k� i obmacywali dziewczyny. W krzakach bywa豉 milicja i wypatrzywszy nieobyczajn� scen� o�wietla豉 silnymi latarkami. Na tym skwerze zosta貫m schwytany na gor鉍ym uczynku. Z kobiet�. Ona j隕a� si� zacz窸a z przera瞠nia. By豉 m篹atk�. � No tak... � powtarzali milicjanci. � Powiadomimy m篹a i b璠zie tararam... Min像em skwer i dalej szed貫m pust�, ciemn� ulic� Nowogrodzk�. Drzewa przy murze zazieleni造 si� bujnie i pachnia這 delikatnie. To wiosna. Mur szpitalnego ogrodzenia przypomina� mi przyjaciela i duchowego wodza z tamtych czas闚, Ma熥a. W Trampolinie nazwa貫m go Zenonem Mord�. By� �mia造, okrutny i s豉wny na �r鏚mie�ciu. �r鏚mie�cie, ten rdze� naszego �wiata, dla nas mie�ci這 si� w prostok鉍ie Marsza趾owskiej, Alej Jerozolimskich, Pozna雟kiej i Nowogrodzkiej w豉�nie. Odwiedza貫m Ma熥a w tym szpitalu. Postrzelony w udo, le瘸� na bia造m 堯磬u w aureoli bohatera. Dla nas, ma這letnich, w aureoli bohatera z awanturniczych ksi嘀ek, kt鏎e poch豉niali�my nocami, os豉niaj鉍 lampk� ko責r�. Wykrada貫m smako造ki z kuchennego schowka matki i p璠zi貫m do przystanku kolejki EKD. Jecha貫m ulic� Nowogrodzk� i wysiada貫m przy wej�ciu do szpitala. Wbiega貫m na oddzia� chirurgiczny i tam w pi璚ioosobowej sali le瘸� m鎩 idol, wodnistooki, o tr鎩k靖nej twarzy, chudy jak szczapa Maciek, Zenon Morda z Trampoliny. Czasem odrzuca� ko責r� i pokazywa� r騜owiej鉍y od krwi banda�, kt鏎y opasywa� udo wysoko nad kolanem. P��niej pojawi豉 si� tam ropa. Jeszcze p��niej goi� si� zacz窸o i spacerowa� w pasiastym szlafroku po dziedzi鎍u szpitalnym. Naprzeciwko szpitalnego muru rozpozna貫m kamienic�, do kt鏎ej wchodzi貫m od Alej Jerozolimskich. Ciemne okna 豉zienek i s逝瘺闚ek. Na ma造m podw鏎ku trzepak i �wi皻a figura. Wszystko to obna穎ne od tej tylnej strony. By豉 to kamienica z czas闚 moich najdawniejszych wypad闚 do �r鏚mie�cia. Tam mieszka豉 niska dziewczyna o pe軟ych kszta速ach, �niada i ciemnooka. Chodzi貫m z ni�. Tak si� m闚i這. Chodzili�my ze sob�. Podchodzi貫m pod bram� tej secesyjnej kamienicy, ozdobionej mitologicznymi figurami na frontonie, i czeka貫m. Dziewczyna sprawia豉 wra瞠nie dojrza貫j i nudzi造 j� ksi嘀ki, kt鏎e jej opowiada貫m. Wtedy jeszcze by貫m �bezradny�. Patrzy貫m ukradkiem na jej bujne cia這 i zaraz odwraca貫m 97 g這w�. Teraz spogl鉅am na ciemn� �cian� tej wielkiej kamienicy z pocz靖ku wieku. Kt鏎e okno by這 jej oknem? Co si� z ni� sta這? Posuwaj鉍 si� dalej, doszed貫m do warownego gmachu Wojskowego Instytutu Kartografii, gdzie 穎軟ierz w bia造m he軛ie przechadza� si� miarowo przy pasiastej, czerwono-bia貫j budce. Le瘸造 tam stosy pierwszomajowych p堯cien, napi皻ych na ramach. I dalej ju� nie by這 nic. Nowe, wysokie domy. Podobne do siebie, takie same jak wsz璠zie, nie budzi造 瘸dnych skojarze�. Chocia� niezupe軟ie. Na powierzchni� pami璚i wynurzy� si� jeden fakt. Z kt鏎ego� z tych nowych dom闚 wyskoczy� z sz鏀tego pi皻ra cz這wiek z moich czas闚, czas闚 m這do�ci. Dwa lata temu tym samob鎩czym skokiem zamkn像 jak klamr� bujn�, niepokoj鉍� przesz這�� ulicy Nowogrodzkiej. A dalej ju� nie by這 nic. Ulic� rozcina豉 ta�ma szybkiej trasy samochodowej, pi皻rowa estakada na betonowych s逝pach, do貫m dudni造 tramwaje i w pobli簑 stercza� ogromny masyw biurowca budowanego przez Szwed闚. Migota造 na jego szczycie czerwone �wiate趾a i niby filmowy potw鏎 Godzilla przychyla� si� d�wig. Nie by這 przej�cia. Ulica zosta豉 rozci皻a i jedna cz���, ta przyszpitalna, nie 章czy豉 si� z drug�. A tam przecie�, za samochodow� arteri�, by� dawniej najwa積iejszy odcinek tej ulicy. Tam znajdowa造 si� ty造 hotelu �Polonia�, ostatni przystanek mojej kolejki EKD, bar o tej samej nazwie, �Przystanek�. I gruzy, du穎 gruz闚, gdzie snu造 si� widma, stare prostytutki, gruzinki. O tym wspaniale opowiada proza Mirona Bia這szewskiego. Zreszt� Miron Bia這szewski dawniej mieszka� te� blisko Nowogrodzkiej, na Pozna雟kiej. Archeologia ju� dzisiaj. O tym pr鏏owa貫m napisa� w Ksi璚iu Nocy. Tam na ko鎍u ulicy Nowogrodzkiej by豉 niegdy� kipiel. Poczta G堯wna zwana Telekomem, knajpy, gruzy, meliny w resztkach starych kamienic. Zbyszek M這tek, z這dziejska ferajna z nieistniej鉍ego ju� baru �Metro�... Sta貫m wi璚 przy wej�ciu do szpitala i dalej nie by這 drogi. W portierce pali這 si� �wiat這. Stary m篹czyzna w granatowym uniformie d逝ba� w nosie. Nie ma ulicy Nowogrodzkiej. Pozosta造 tylko wspomnienia. Tak zanurzy� si� w dawny zgie趾, mie� dawn� twarz, oczy, dusz�... 98 Z wysoko�ci Stefanowi Wi�niewskiemu Tak patrz� na t� fotografi�, stoimy we trzech, Maniek Kura, Zezol i ja, wierzy� mi si� nie chce, w weso造m miasteczku lajkarz nas pstrykn像, stoimy we trzech, dwurz璠owe marynary, spodnie szerokie, taka wtedy moda, oprych闚� wypchan� gazetami na czo這 nacisn像 sobie Maniek Kura, Zezol tak si� rozkraczy�, m這de ch這paki byli�my, lajkarz cwaniaczek chcia� jeszcze z ty逝 dekoracj� podstawi�, to znaczy palmy i Araba na wielb章dzie, nie trzeba, obci像 go Zezol, to pasuje dla wsiowych, sami sobie starczymy, dobrze powiedzia�, sami sobie starczymy, stara to fotografia, 鄴速a i porysowana, ile to ju� lat, takie by造 pocz靖ki, nas逝cha貫m si� wtedy od stryjka, co w swoim czasie najwi瘯szym by� kozakiem na Budach, Arle jego przezywali, bo �r� w wymowie s豉bo mu wychodzi這, jak to stryjek mia� zatarg z Krokami, czterech braci Krok闚 by這 na Woli i stryjek sam jeden do nich wyszed�, t逝kli si� chyba z godzin�, krwi si� pola這 jak w rze�ni, hop, siup, �mia� si� stryjek, ju� po Krokach, opowiada�, jak dw鏂h policjant闚 zderzy� 豚ami i oni padli, ucieczki mia� r騜ne, raz z wi瞛ienia za cara jeszcze, albo plecy pokazywa�, ca貫 w bliznach, tak go zn闚 ci fachowcy z laskami od papy Tasiemki urz鉅zili, stryjek wy豉pywa� ich pojedynczo i zdrowie odbiera�, p��niej Tasiemka osobi�cie przychodzi� przeprasza�, u jednego 砰da na Kercelaku mia� stryjek roczny kredyt na gorza趾�, u nas na Budach du穎 by這 kozak闚, ca貫 familie, a ilu po drodze posz這 do piachu, Jureczka Grabarka sam jeszcze pami皻am, jeden z lepszych na Budach, pi瘯nie walczy�; na zabawach w zajezdni tramwajowej wyst瘼owa�, zaczyna� bi� i orkiestra przestawa豉 gra�, ca豉 publika si� patrzy豉, tramwaj ostatni na p皻l� go przywi霩�, n騜 mia� w plecach i wygl鉅a�, jakby spa�, nie dali mu si� rozwin寞, dziewi皻na�cie liczy� sobie lat, tak jak my na tej starej fotografii, dopadli go w locie i szlus, wtedy na samym pocz靖ku bokser闚 lubili�my t逝c, tych wszystkich mocnych, co to w Hali Gwardii wyst瘼owali, o wag� wcale nam si� nie rozchodzi這, od papierowej do ci篹kiej mogli by�, w gruzach na 砰tniej nasz ring, chodzili ci bokserzy w s豉wie i miasto o nich gada這, my zaczynali�my z nimi tak: no co, panowie mistrzowie, spr鏏ujemy si�?, uczyli�my ich boks uliczny od ringowego odr騜nia�, jeden taki bokserek, mistrz swojej wagi na ca貫 wojew鏚ztwo, �mieje si� i m闚i: pryskaj, p皻aku, bo ci� roznios�!, Maniek Kura z wygl鉅u nieporutny, a zla� tego mistrza jak kota, od s這wa do s這wa z bokserami si� zaczyna這, by� na nich spos鏏, 貫b i brzuch szczelnie os豉nia�, jak trafi, to przepad貫�, przychyli� si� i za nogi go znienacka, traci� r闚nowag�, opuszcza� gard�, 豉pa貫� go za kud造 i kolanem od spodu, my�liwi na bokser闚, tak nas stryjek m鎩 Arle przezywa�, przyjemnie by這 na mecz jaki� si� wybra�, t逝m, gong, oklaski, s璠zia wynik og豉sza, patrzysz: zwyci篹a taki, co go ulicznym sposobem znokautowa貫� w gruzach na 砰tniej, my czasem te� mieli�my niepowodzenia, raz Kura Maniek ods這ni� si� i trafi� go bokser, poprawi� i Kura w dziur� do piwnicy wpad�, nog� z豉ma�, gips trzy miesi鉍e nosi�, tylko jak dopad� tego boksera w knajpie, to dopiero zrobi� si� ci鉚 dalszy, lach� sobie pom鏬�, bo lach� z powodu tej nogi si� podpiera�, gablot� z zak零kami rozbi�, ten bokser ca造 w majonezie, tak si� Kura Maniek odegra�, lata ca貫 go nie widzia貫m, w wodoci鉚ach robi i podobno brzucha wielkiego dosta�, a Zezol od w鏚ki zupe軟ie zg逝pia�, tam ko這 rze�ni na Krowiej ulicy mo積a go spotka�, brzoz闚k� i salicyl pije, dogada� si� z nim trudno, wypije wi璚ej i p豉cze, z pocz靖ku to wszystko wygl鉅a這 zupe軟ie inaczej, ja, m闚i� Zezol, dopiero popajacuj�, ka盥y z nas tak my�la�, ile si� nas逝chali�my od dawnych kozak闚, napatrzyli�my si� te� niema這, stryjek m鎩 Arle do siedemdziesi靖ki jako mocny si� trzyma�, m這dym wcale nie ust瘼owa�, na r瘯� si� ze mn� 豉pa�, ani ja jego, ani on mnie, mia� t� 豉p� jak c璕i jakie�, dla mnie wiek si� nie liczy, m闚i� stryjek, aby para w �rodku by豉, czekaj, zgredzie, jak ja wyst雷i�, do do- 99 piero ga造 wytrzeszczysz, tak przysz這�� widzia貫m, przelecia造 te lata i nie mog� patrze� na t� fotografi�, gdzie stoimy we trzech, Maniek Kura, Zezol i ja, litr gorza造 to mnie kosztuje, po gorzale jeszcze gorzej, ca趾iem w tamtych latach si� gubi�, czego szuka貫m, bo ja wiem, ka盥y czego� szuka�, co mi z tego szukania przysz這, d逝go szuka貫m, zawzi皻y by貫m i nieraz po g這wie dosta貫m, jedni mnie chcieli z豉ma�, innych ja 豉ma貫m, nieraz t逝kli i pytali: starczy?, przyma這, z u�miechem odpowiada貫m, u�miech dot鉅 pozosta�, tylko za tym u�miechem ma這 co pewnie si� ko豉cze, nie by這 lepszego ode mnie wsp鏊nika, co� z ma章 szans�, co� z ryzykiem du篡m, od razu oczy mi si� jak g這dnemu wilkowi �wieci造 i ju� bym szed�, nie taki te� by貫m, 瞠bym potem 瘸這wa�, nie 瘸逝j�, podskakiwa貫m, podskakiwa貫m, niczego nie przeskoczy貫m, ale nie 瘸逝j�, tylko gada� o tym nie lubi�, czasem s造sz�, jak r騜ni tacy wspominaj�, przechwalaj� si�, kim kiedy� nie byli, czego nie robili, �mia� mi si� chce, ka盥y chcia� kim� by�, no i co z tego wysz這, dobrze wiem, jak ma這 jest do powiedzenia, 瘸dnego �wiate趾a w tamtych latach nie widz�, szare jakie�, przydeptane te moje awantury, skoki, wyroki, ilu robi這 tak samo, ani si� obejrza貫m, czterdziestka mi stukn窸a, w這sy wypad造, 造sin� �wiec�, z瑿y mam w豉sne, nigdy nie bola造 i dw鏂h tylko brakuje, z瑿y zosta造 z tamtej fotografii, co to stoimy we trzech, Maniek Kura, Zezol i ja, m這de ch這paki na rozbiegu, przed wielkim skokiem, mo積a powiedzie�, tyle lat przeskaka貫m i nic nie mam do powiedzenia, musi jednak cz這wiek z tego, co min窸o, co� wywlec na �wiat這, odkurzy� i obstuka�, dobrze to zosta這 zrobione, nadaje si� do pokazania, musi co� takiego by�, przelatuj� pami璚i� po tamtych latach i nic nie widz�, roz豉zi si� wszystko, trociny si� sypi�, patrz� wstecz w pustk�, kiedy� zdawa這 mi si�, 瞠 b璠� wygarnia� z nich tak jak z worka bez dna, co tu wygarnia�, moja matka tak m闚i: naj豉twiej zmarnuje si� taki, co za wysoko mierzy� i B鏬 wie co sobie wyobra瘸�, moja matka jeszcze m闚i: trzeba przez 篡cie i�� z szacunkiem i pokor�, szacunek? dla kogo, pytam, pokora? rozmaite zabawy z lud�mi robili�my, rozp豉szcza� si� w ko鎍u taki jeden z drugim, �mie� wprost na pod這dze i do wszystkiego by� got闚, na czworakach musieli chodzi�, s逝篡�, czyli na dw鏂h 豉pach stawa�, nie m闚i�, ale szczeka�, i jeszcze gorzej, niez貫 zabawy � m闚i si�: cz這wiek, a ile paskudztwa w nim, ma這 ja mam szacunku dla cz這wieka, szacunek najwi瘯szy to ja mam dla swojego ojca, nie dlatego 瞠 ojciec i tak dalej, dawniej ma這 co o ojcu my�la貫m, teraz coraz wi璚ej, jak my we trzech, Maniek Kura, Zezol i ja, bokser闚 nokautowali�my, tak mnie stary trafi� znienacka, wtedy wyszed貫m z kolejnej odsiadki i do kochanicy zachodz�, mia貫m z ni� swoje rozliczenia, przez trzy lata wyroku ani razu na widzeniu nie by豉 i paczki nie przys豉豉, cho� pieni鉅ze jej zostawi貫m, znalaz豉 sobie innego i o mnie zapomnia豉, rozliczy貫m si� kr鏒ko, w pysk jej naplu貫m, ten m鎩 zmiennik te� oberwa�, to co mia貫m u niej na przechowaniu, zabra貫m, kupiec ju� czeka�: i pieni鉅z z r瘯i do r瘯i, osiemdziesi靖 tysi璚y, gdzie tu i��, do starych p鎩d�, do�� tych dziwek sprzedajnych i melin byle jakich, do domku naszego na Budach wr鏂i貫m, ju� go nie ma, zburzyli, kiedy zacz瘭i bloki tam stawia�, matka kolacj� szykuje, stary flaszk� postawi�, ogie� w piecu trzeszczy, mr霩 i �nieg za oknem, dobrze si� w naszym domu na Budach poczu貫m, patrz, matka, stary m闚i, wyszumia� si� synek i m鉅ro�ci nabra�, znaczy rzucasz to ca貫 barach這, mnie si� pyta, rzucam, odpowiadam, ale go造 nie przychodz�, ten gruby plik pi耩setek na st馧 wyk豉dam, wtedy stary tak na mnie popatrzy� i si� skrzywi�, d逝go tak patrzy� i ci鉚le si� krzywi�, a� te pi耩setki zagarn像, drzwiczki od pieca otwiera i buch to wszystko: ca貫 osiemdziesi靖 tysi璚y wrzuci�, zbarania貫m i w ogie� patrz�, p這mie� ten gruby plik papier闚 ogarn像, nic ju� nie wida�, tylko ogie�, w porz鉅ku, stary powiedzia�, gorza喚 rozla�, przepili�my do siebie, a moja matka jeszcze d逝go w ten ogie� si� gapi豉 i: Bo瞠, Bo瞠, powtarza豉, stary drzwiczki od pieca zatrzasn像, co rok w Zaduszki na jego gr鏏 chodz� i �wieczki zapalam, �wieczki stryjek Arle w豉snor璚znie robi, �wieczki si� pal� i t� fors�, co do pieca posz豉, zawsze widz�, stryjkowi ju� ze sklerozy we 豚ie si� pomiesza這, tak nad grobem starego: baranie, baranie, powtarza, jak�� pretensj� ma do niego, stary na kolei robi� i tyle forsy nigdy w 篡ciu nie mia� naraz, jak lekko to do pieca wpakowa�, ani mu r瘯a nie drgn窸a, 100 kozacki numer, po latach coraz bardziej mi si� podoba, tego numeru niczym nie przebi貫m i chyba nie przebij�, pary ma w sobie cz這wiek coraz mniej, wypu�ci貫m tej pary przez tamte lata, co tak na �lepo si� miota貫m to tu, to tam, mo瞠 troch� mi zosta這, zapas jaki�, Maniek Kura i Zezol mo瞠 ju� wcale pary w sobie nie maj�, kto to wie, g逝pie lata, sam siebie tratowa貫m, ale nie 瘸逝j�, jakbym mia� od pocz靖ku zaczyna�, tak samo by polecia這, na Zamek to bym chyba jeszcze wr鏂i�, po starego numerze z moj� fors� zawsze do tego dochodz�, Zamek, lubi� sobie powtarza�, jakbym modlitw� jak�� klepa�, pajd� mi przy豉dowali, pi耩 lat wyroku, czas d逝篡� si� i d逝篡�, g逝pio wpad貫m, nie mog貫m sobie darowa�, r騜ne my�li po g這wie si� p皻a造, zacz像em si� rozkleja�, w po這wie wyroku na Zamek mnie przenie�li, staro篡tna to by豉 budowla, ksi嘀靖 czy hrabi闚 siedziba, na g鏎ze postawiony, z jednej strony przepa��, z drugiej rzeka i las, tam zacz像em siedzie�, z pocz靖ku jak wsz璠zie, kraty, apele, kocio� z 瘸rciem na oddzia� przynosz�, trzej ze mn� pod cel� siedzieli, ksi鉅z, taki jeden, co w豉dz� chcia� obala�, Motyczka go przezywali, trzeci by� w豉mywacz, zna貫m go z wolno�ci, czwartego jeszcze nam dorzucili, takiego z do篡wotk�, banderowca, co to Polakom 豚y jak kurom na pie鎥u obcina�, wszyscy pod cel� jednakowi, takie prawo, ale tego rze�nika to nie mog貫m znie��, katowa貫m go troch�, twardy, nawet nie j瘯n像, jeszcze bardziej mnie to dra積i這, z tego rozdra積ienia pewnego wieczoru na kracie go powiesi貫m do g鏎y nogami i czekam, a� skomle� zacznie, wpadli klawisze i do karca mnie wywlekli, wymordowa貫m si� w karcu, wilgo�, i szczury biega造, podziemia pod tym Zamkiem podobno ci鉚n� si� kilometrami, dwie noce musia貫m op璠za� si� od szczur闚, sko鎍zy� si� czas karca i do izolatki zosta貫m przeniesiony, od razu lepiej si� poczu貫m, �wiat這 z okna, oddycham �wie篡m powietrzem i po celi spaceruj�, napisy na �cianach czytam, od stu lat ludzie tu siedzieli, a na drzwiach grubych, d瑿owych odkry貫m takie s這wa g喚boko wyrezane: Bogu i Ojczy�nie wszystkie swe my�li gor鉍e posy豉m, ten co napisa�, siedzia� w 1890 roku, wi瞛ie� z dawnych czas闚, kiedy jeszcze mego ojca i stryjka na �wiecie nie by這, tak do wieczornego apelu przespacerowa貫m, to najwa積iejsze nast雷i這 o �wicie, zawsze wcze�nie wstaj�, tak i tym razem wsta貫m, podchodz� do okienka, okienko wychodzi這 na urwisko skaliste i ca章 okolic� pod sob� mia貫m, Dolina w siwej, g瘰tej mgle, niebo r騜owie� zaczyna, widno ju�, tylko cicho, 瘸dnych ptak闚, nic, ta mg豉 tak wisi nad Dolin�, patrz� i my�l� sobie, co pod t� mg章 mo瞠 by�, ta mg豉 w rozmaite kszta速y si� uk豉da豉, s這鎍e wschodzi� zacz窸o, czerwone na niebo wylaz這, mg豉 opada豉 powoli, a� rozp造n窸a si� zupe軟ie i miasteczko tam w dole si� ods這ni這, domki jak zabawki, ludzi i wozy nawet wida�, a na stoku g鏎y przy samym wi瞛iennym murze by� warzywniaku i do tego warzywnika, mi璠zy grz鉅ki 穎ny klawisz闚 wchodz�, rozczochrane, ziewaj�, w szlafrokach albo w samych koszulach tylko, gor鉍e to by這 lato, takie prosto ze snu baby zady swoje nad zagonami wypinaj�, napatrzy貫m si� na te zady i dopiero na naszym izolacyjnym oddziale zacz像 si� apel, cele otwierali, inspekcyjny raport odbiera� i kostki z ubraniami wnosili, tak co rano o �wicie w oknie wystawa貫m, po miesi鉍u przenie�li mnie stamt鉅 pod dawn� cel�, ju� tam nie mog貫m siedzie�, zn闚 za nogi tego ukrai雟kiego bandziora na kracie powiesi貫m, tym sposobem do karca si� dosta貫m, z karca na izolatk�, taka by豉 kolejno��, nic tym draniom nie m闚i貫m, 瞠 to mi pasuje w豉�nie, tylko krzycza貫m, jak to zawsze krzycz� starzy recydywi�ci: za co? za co ludzi tak m璚zycie?!, a ledwie si� tam znalaz貫m, �witu niecierpliwie wyczekiwa貫m, kiedy niebo tak czerwienieje i wszystko jak we �nie wygl鉅a, cisza, nawet ptaki nie �piewaj�, krat si� czepia貫m i tam na d馧 patrzy貫m, urwisko pode mn�, tak si� czu貫m jak orze� jaki czy co, mo瞠 to z tego si� wzi窸o, 瞠 za bardzo stryjka Arlego si� nas逝cha貫m i nic mi si� potem nie sprawdzi這, mo瞠 dlatego w tej mgle, co o �wicie nakrywa豉 Dolin�, r騜ne obrazy mi si� przedstawia造, a� nagle opada豉 ta mg豉 i nic, po dawnemu. Dolina wygl鉅a豉, ko�ci馧, miasteczko, jarmark czasem wtedy karuzel� na placu stawiali, a bli瞠j, w warzywna ku przy wi瞛iennym murze 穎ny klawisz闚 swoje dupy wypina造, co rano tak wstawa貫m i z wysoko�ci patrzy貫m, jak ta mg豉 powoli opada...