tytu³: "Szaman morski" autor: Karol Olgierd Borchard Projekt okˆadki wg pomysˆu . ' K. O. Borchardta wykonaˆa Ewa Totwen Ilustracje i reprodukcje: Ewa Totwen, Gra¾yna Kilarska aktor Alin lczak edaktor hniczny 'bi molar~~ 9 ekta ~ Gra¾yna Masalska Aniela Wilkanowicz @ Copyright by Karol Olgierd Borchardt, Gdaäsk 1985 ISBN 83-215-5190-4 Wydawnictwo Morskie Gdaäsk 1985 Wydanie pierwsze. Nakˆad 199750 + 250 egz. Ark. wyd. 16,22. Ark. druk. 16 + 3 ark. wkˆadek offset. ~eaE~clrin~Q. Ri.k710'~ g. Oddano do skˆadana w grudniu 1984 r. Podpisano do druku w listopadzie 1985 r. Zakˆady Graficzne w Gdaäsku, ul. Trzy Lipy 3 Zam. nr 335 E-4 Narodziny Szamana Morskiego SZAMAN MORSKI - tytuˆ nadany przeze mnie kapitanowi Eus- tazemu Borkowskiemu jako bohaterowi ksi¥¾ki - n a r o d z i ˆ s i © w lutym 1942 roku w Szkocji a podn¢¾a g¢ry Tinto. Znalazˆem si© tam na skutek ( p r a w d o p o d o b n i a ) skrzepu w gˆowie. Uderzy- ˆem si© gˆow¥ o nadburcie ˆodzi ratunkowej, gdy usiˆowaˆem si© dosta† do niej po storpedowaniu "Piˆsudskiego" w dniu 26 listopada 1939 roku na Morzu P¢ˆnocnym. Na "Piˆsudskim" byˆem starszym oficerem. B¢le gˆowy powodowane tym skrzepem byˆy tak wielkie, ¾e posta- nowiono mnie u˜pi† na dwa tygodnie. B¢le ust¥piˆy, ale razem ze snem. Po trzech kompletnie bezsennych miesi¥cach sp©dzonych w szpitalu pod opiek¥ najlepszych specjalist¢w medycyna zachowaˆa si© w stosunku do mnie podobnie jak to pani w naszym Orˆowie, nios¥ca telewizor. Zapytana przez przechodnia, gdzie jest ulica Prze- bendowskich, powiedziaˆa: "Prosz©, niech pan potrzyma telewizor". Gdy si© go pozbyˆa, rozˆo¾yˆa szeroko r©ce i powiedziaˆa: "N i a wiem!" Otrzymaˆem wysok¥ do¾ywotni¥ pensj© komandorsk¥ oraz dwie dobre rady: ¾ebym cieszyˆ si© z ¾ycia i sam sobie radziˆ. Zaopatrzyˆem si© w mikroskop oraz akwarele i z nimi spocz¥ˆem na bezludnych wrzosowiskach otaczaj¥cych g¢r© Tinto po rzek© Klajd© (Clyde), poniewa¾ czˆowiek NIE—PI¤CY nie nadaje si© zupeˆnie do ¾ycia towarzyskiego. Pomimo do¾ywocia, jak na owe czasy bardzo "syte- go", po o˜miu bezsennych miesi¥cach tam sp©dzonych udaˆo mi si© przy pomocy Hatha-Yogi wresxcie zasn¥†. ' W okresie tej bezsenno˜ci, maj¥c czar nieograniczony do dwu- dziestu czterech godzin na dob©, postanowiˆem speˆni† przyrzecze- nie dane kapitanowi Marnertowi Stankiewiczowi, gdy rozmawiaˆem . 5 z nim, stoj¥c nad jego grobem-przed wyjazdem na m.s. "Chrobry" w 1940 roku na stanowisko starszego oficera-¾e napisz© ksi¥ik© o nim. Szybko udaˆo mi si© da† tytuˆ ksi¥¾ce i rysunek na obwolucie. Tytuˆ: ZNACZY KAPITAN. Na obwolucie - kolorowy strz©p r©kawa mun- duru z czterema pastrami i kotwic¥ nad nimi, poniewa¾ miaˆem zamiar pisa† o nim wyˆ¥cznie jako o kapitanie okr©tu. Opowiadaä miaˆo by† trzydzie˜ci siedem (trzy i siedem byˆy to ulubione liczby kapitana). Na tym na razie zakoäczyˆo si© moje pisanie tej ksi¥¾- ki. Dotychczasowe moje PI—MIENNICTWO byˆo wˆa˜ciwie nijakie i dziecinne. Podczas okupacji Wilna przez Niemc¢w, od 19 wrze˜nia 1915 do 1 stycznia 1919 roku, matk© moj¥ aresztowano za ksi¥¾eczk© "Czy wiesz, trim jeste˜?". Uwa¾ali˜my si© za Litwin¢w, a znakomita wi©kszo˜† mieszkaäc¢w Wileäszczyzny na pytanie o narodowo˜† odpowiadaˆa: TUTEJSZY. Matka moja usiˆowaˆa przeciwdziaˆa† nie- mieckiej akcji przesiedlenia na Wileäszczyzn© miliona trzystu tysi©cy osadnik¢w niemieckich w rzekomo niepodlegˆej, bo pod protektoratem niemieckim, Litwie. Przesiedlenie to zaplanowane byˆo po spisie ludno˜ci, maj¥cym wykaza†, ¾e Wileäszczyzna jest zamieszkaˆa przez rdzennych Litwin¢w. Miaˆem jedena˜cie lat, gdy matk© moj¥ osadzono w wi©zieniu, a ojczyma wysˆano do obozu na Pomorzu. Jesieni¥ 1916 roku zacz¥ˆem chodzi† do trzeciej klasy gimnazjalnej Zwi¥zku Nauczycielstwa Pol- skiego. W tej klasie wydawana byˆa przez starszych ode mnie kole- g¢w - Jana —liwiäskiego, Wacˆawa Ursyna, Szantyra i G.ajdzisa - gazetka pod tytuˆem "R¢g". Hasˆo gazetki brzmiaˆo: PàJDZIEM, GDY ZAGRZMI Z�OTY RàG. Redakcja mie˜ciˆa si© w r o g a klasy. Zaproszony zostaˆem do zespoˆu redakcyjnego, po narysowaniu na tablicy pi©knego orˆa, pocz¥tkowo na "etat" ilustratora, p¢«niej kon- tynuowaˆem grac© mojej matki, pisz¥c artykuˆy pod tytuˆem "Laszka synowa". W domu miaˆem dostateczn¥ ilo˜† materiaˆ¢w zebranych przez ni¥ na ten temat. Adam Mickiewicz w "czaruj¥cy" spos¢b przedstawiˆ w "Trzech Budrysach" zagony Litwin¢w, jakie n©kaˆy Pol:k© od 1201 roku p,Iawie przez dwa wieki. Docieraˆy one nieomal pod sam Krak¢w, bo ~~ Tarnowa, uprowadzaj¥c niekiedy po czterdzie˜ci tysi©cy braä- c¢w. WPdˆu~ obliczeä na jednego Litwina przypadaˆo nieraz po 6 dwadzie˜cia "Laszek synowych", a nie jedna "wychuchana" pod burk¥. Po roku matka wr¢ciˆa z wi©zienia. W kilka miesi©cy po jej powrocie zmarˆ m¢j dziad, ¢jciec matki. Podczas jego pogrzebu o kilka mogiˆ dalaj pochowano maˆ¾eästwo. Zmarˆo jedno po drugim, w odst©pie paru godzin, pozostawiaj¥c trzy nieletnie c¢rki, Mari©, Jank© i Zori©, bez ˜rodk¢w do ¾ycia. Matka moja zabraˆa dziewczynki do naszego domu. Nale¾aˆy do sˆawnej rodziny aktorskiej Leszczyä- skich. Przywiozˆy ze sob¥ wiele rekwizyt¢w teatralnych, w˜r¢d nick mundury szwoleier¢w, dzi©ki kt¢rym mogˆem w minimalny spos¢b odwdzi©czy† si© moim ¾ywicielom z okresu pobytu matki w wi©zie- niu. Matk© moj¥ Niemcy aresztowali 19 czerwca 1916 roku. Skoäczyˆy si© lekcje w szkoˆach, a wraz z nimi przestaˆo istnie† jedyne «r¢dˆo mego wy¾ywienia, jakim byˆa wydawana nam co dzieä przez Gim- nazjalny Komitet Rodzicielski jedna kromka PRAWDZIWEGO chleba -bez dodatku brukwi - oraz miseczka zupy z kilku ziarnkami p©caku i grochu. W naszym mieszkaniu zakwaterowaˆ agent policji niemieckiej - wobec czego~znajomi i krewni, kt¢rzy wiedzieli, ¾e byˆem ˜ledzony, nie mieli mo¾no˜ci kontaktowania si© ze mn¥. Ja tak¾e do nikogo si© nie zbli¾aˆem. W tej beznadziejnej sytuacji przyszedˆ do. nhnie m¢j r¢wie˜nik Anto˜, s¥siad z przylegaj¥cego do naszego podw¢rka domu. Bawi¥c si© w Indian, stali˜my si© bra†mi przez poˆ¥czenie jego i mojej krwi z naci©tych no¾em ramion oraz po wym¢wieniu zakl©- cia: ' - Unkas (Anto˜) jest bratem Tenangi. Howgh!!! - Tenanga (to ja) jest bratem Unkasa, Howgh!!! Anto˜ podarowaˆ mi pi©kny sztylet kor˜ykaäski w srebrnej opra- wie. Wiedziaˆ o aresztowaniu matki i ojczyma. O ¾ywno˜† jednak ~niaˆem si©. nie martwi†, poniewa¾ on ma "otriad" skˆadaj¥cy si© z `` pi©†dziesi©ciu ludzi. (Zabawa w wojn© byˆa w¢wczas jak najbardziej z,, modna). "Otriad" ten przez caˆy rok z nara¾eniem ¾ycia zdobywaˆ dla '~ mnie po¾ywienie w nocnych wyprawach na pomocnicze tabory nie- ~ˆ~nieckie, stoj¥ce na placu przed dawn¥ szkoˆ¥ junkiersk¥ koˆo -,A j ZAKR¨TU. Uwa¾ali oni, ¾e odbieraj¥ Niemcom to, co ci zrabowali -',`:øvilˆa siebie w naszym kraju. v Oczarowany mundurami szwole¾er¢w, postanowiˆem ~napisa† dramat historyczny "Ksi¥¾© J¢zef pod Raszynem" i odegra† go, za zgod¥ panien Leszczyäskich, w owych mundurach na naszym pod- w¢rku. Wybraˆem Raszyn, bo nie byˆo potrzeby u¾ywa† na scenie koni. Nie potrzebuj© dodawa†, ¾e rol© ksi©cia J¢zefa graˆem ja sam. Najpi©kniejszym dla mnie sukcesem tego przedstawienia byˆo przy- j©cie przez moich r¢wie˜nik¢w~ywicieli dla ich oddziaˆu mian¥ PIERWSZEGO SZWADRONU imienia ks. J¢zefa Poniatowskiego. Podobno Persowie twierdz¥, ¾e dobry kogut w jajku pieje! Tyle w nim "napiaˆem". Natomiast je˜li chodzi o pisanie przeze mnie list¢w, przypomina mi si© opinia moich koleg¢w, ¾e jeden list na trzydzie˜ci lat - to wszystko, czego mog¥ si© ode mnie spodziewa†. W gifnnazjum, podbity zwi©zˆo˜ci¥ wypowiedzi Cezara i na˜ladu- j¥c jego VENI VIDI VICI, wypracowanie na temat "Dziad¢w" Adama Mickiewicza uj¥ˆem w jednym zdaniu: "¯Dziadycna, a prozaicznie: Alfonsyna Plessis". ~äø~~r' Min©li˜my szybko ulice Vignon oraz de Rome i zatrzymaˆem si© ",`.~.,d. hotelem "Terminus", naprzeciwko dworca St-Lazare. St¥d ,asnie zabraˆem Amerykanina. Na liczniku miaˆem zawrotn¥ na ,.. ::owe czasy sum© siedemdziesi©ciu pi©ciu frank¢w (za godzin© czeka- nia taks¢wki pobieraˆo si© w¢wczas osiem frank¢w). Wisiaˆa nade a,~,, ,l~rn¥ perspektywa wielkiej awantury. Miaˆem peln¥ ˜wiadomo˜†, ¾e !, #~ym razem przeholowaˆem i got¢w byˆem ponie˜† zasˆu¾one konse- ~wencje. "Siedemdziesi¥t pi©† frank¢w, sir" - powiedziaˆem, otwieraj¥c riwiczki taks¢wki. Amerykanin podaˆ mi sto frank¢w m¢wi¥c: 24 ;. 25 "Opowiadanie twoje byˆo warte tysi¥c frank¢w. Prosz© sto. Pozo- aaj© twoim dˆu¾uikiem. Czy jeste˜ jutro wolny i cz' m¢gˆby˜ przy- jecha† po mnie, aby pokaza† mi na sw¢j aposdb Pary¾?" "Aye, aye, sit! - odpowiedziaˆem po wojskowemu. - O kt¢rej godzi- nie ¾yczy pan, bym jutro przyjechaˆ?" ,;O dziesi~tej". ,ajutro o godzinie dziesi~.tej" - powt¢rzyˆem zadowolonym gˆo- sem. Nast©pnego dnia :a pi©tna˜cie dziesi¥ta byˆem ju¾ przed hotelem "Terminus". Postawienie sprawy zapˆaty przez Amerykanina byˆo dla mnie i pomy˜lne, i l~ˆopotliwe. Nie miaˆem w~tpliwo˜ci;' ¾e post~piˆ tak, poniewa¾ zauwa'zyˆ, ¾e potrzebowaˆcm, pieni©dzy. Czu- j¥c si© tym mocno zobowi¥zany, przygotowaˆem si©, jak mogˆcm najlepiej, by mu na wesoˆo i rzeczowo pokaza† Pary¾. Po˜wi©ciˆem caˆy wiecz¢r, by od˜wie¾y† w pami©ci niekt¢re historie, imiona i daty. Punktualnie o godzinie dziesi¥tej "m¢j" Amerykanin ukazaˆ si© w drzwiach hotelu. Wysiadˆem z auta, by go powita†. "Co chciaˆby pan zobaczy†, sir?" - spytaˆem. "M¢wiˆ pan wczoraj tak interesuj¥co, my˜l©, i¾ wie pan lepiej ode mnie, co mi pokaza†". Zauwaiyˆem, ¾e jego zwracanie si© do mnie przez"you"dz~siaj byˆo zbli¾one do' naszego "pan". "Ile czasu chce pan po˜wi©ci† na poznanie Pary¾ac " "Tydzieä - odpowiedziaˆ. - Byˆem tutaj podczas wojny jako ¾oˆ- nierz. Teraz chciaˆbym na tyle pozna;† Pary¾, by mie† o nim jakie takie poj©cie i by po powrocie do domu m˜e c~ ciekawego, podob- nie jak pan wczoraj, opowiedzie† o tym mie˜cit swoim znajomym. Si¥d© przy panu, by pans lepiej sˆysze† i rozu~nie†". Ruszyli˜my na poˆudnie, w kierunku Sekwany. "Mo¾na by powiedzie† - zacz¥ˆem - ¾e jhdziemy po dnie morza. Wszystko to byˆo zala.ne wod¥. Gdy zacz©ˆa opada†, wynurzyˆy si© wzg¢rza: Montmartre, Belleville, Wzg¢rze —wi©tej Genowefy... A rzecz najwa¾niejsza: zostaˆa Sekwana, szeroka na przeszˆo tysi¥c metr¢w. Na niej z biegiem czasu utworzyˆy si© wyspy. Staˆy si© one kolebk¥ dzisiejszego Pary¾a. Oto wy'spa Cite" - wskazywaˆem j¥, przeje¾d¾aj¥c przez most na Sekwanie. 26 Skr©ciˆem na poˆudniowy wsch¢d i zatrzymaˆem si© przy Petit ,zJe˜li pan sobie ¾yczy, sir, mo¾e pan wysi¥˜† i udawa† teraz Rzy- ianina. Labienus, niepokonany oficer Cezara, kt¢ry powierzyˆ mu w¢dztwo nad cz©˜ci¥ swych legion¢w, m¢gˆ sta† wˆa˜nie w tym iejscu, st¥d patrze† na wysp© Cite, na Lutecj©, star¥ celtyck¥ osad©, olic© Paryzj¢w. Zamierzaˆ przecie¾ j¥ zdoby†, a zdoby† nie m¢gˆ z j prostej przyczyny, ¾e ju¾ nie istniaˆa. Mieszkaäcy sami zniszczyli a miasta. Zerwali mossy. To te¾ byˆa forma walki z przeciwnikiem. ie darm¢ oParissicc znaczyˆo a Celt¢w odzielnicc. Pocz¥tkowo Paryz- ie mieszkali po lewej stronie rzeki - prawa byˆa zbyt bagnista. pady zmusiˆy ich do zbudowania most¢w i schronienia si© na typ©, kt¢r¥ obwarowali jeszcze murami z kamieni, zniesionych z ~~obliskich kamienioˆom¢w. Oczywi˜cie wyspa nie nazywaˆa si© ~`;ucdy uCiteu. i'' -ø, ~Cezar, zabawnie powiedzie†, uchodzi w oczach wielu niemal za ¢rc© wsp¢ˆcxesnego Paryia. Byˆ bowiem nie tylko przyczyn¥ znisz- ia stolicy Paryzj¢w, ale i jej odbudowy.:Lutetia Parisiorum, nowe to, powstaˆe na miejscu dawnej osady, staˆo si© zal¥¾kiem, a em sercem i m¢zgiem obecnego Pary¾a. Wody Sekwany byˆy jej 'lepszymi murami obronnymi. Te same wody zaopatrywaˆy mie- kaäc¢w wyspy w ryby. Po Sekwanie odbywaˆa si© ¾egluga w g¢r© i d¢ˆ rzeki. Nic wi©c dziwnego, ie w Lutecji najpot©¾niejszym byˆ tech Nautae Parisia†i. W tym miejscu, gdzie wznosi si© ten ogromny .,-` ` ' i¢ˆ, sˆynna Notre-Dame, ustawili oni pomnik ku czci. Jupitera i wdopodobnie ˜wi¥tyni©, bo znaleziono tam r¢wnie¾ oˆtarz. Kto '. czy nie ten tech daˆ Pary¾owi herb. Jest nim bowiem po dzi˜ x' ä wyobra¾enie okr©tu. Dziaˆo si© to wszystko w 52 roku pried .,..te¥ er¥. ~y~, rzez dalsze lata panowania Rzymian, a byli to prawie pi©† me- ~'"w, nad Pary¾em ci¥.'zyˆ zˆy duch wojen. Na kr¢tki czar chmury ~f,~jenne rozp©dziˆJulian, zwany p¢«niej Apostat¥-Odst©pc¥. W 360 yu Pary¾ byˆ rezydencj¥ Juliana i to wˆa˜nie w tym ~amym roku ,ynierze rzymscy obwoˆali go imperatorem. Julian wychowany byˆ ~chrystianizmie, ale jako cesarx powr¢ciˆ do helleäskiego neopo- izmu, a wˆa˜ciwie neoplatonizmu. Julian ˆiyˆ czˆowiekiem pra- ~;wym, a rz¥dz¥c Gali¥ przyczyniˆ si© bardzo do jej rozwoju i rozkwitu 27 Pary¾a. Zaprowadziˆ ˆad w s¥downictwie, zˆagodziˆ podatki. Pary¾ z~wdzi©czaˆ mu pierwszy akwedukt z czyst¥ i smaczn¥ wod¥, Od jego tei czas¢w miasto wyst©puje pod swoj¥ obecn¥ nazw¥". Rapitan Eustazy przerwaˆ na chwil© opowiadanie i wzni¢sˆ toast za zdrowie swych sˆuchaczy, m¢vi¥c, ¾e nie podaje ju¾ nazw ulic, pla- c¢w i budynk¢w, przy kt¢rych zatrzymywaˆ si© z Amerykaninem w trakcie pokazywania mu Pary¾a. "Przeciwieästwem hellenisty Juliana Apostaty byˆ Filip II August. Gorliwy katolik, kazaˆ pali† na stosach lub t@pi† ˜miaˆk¢w, kt¢rzy odwa¾yli si© wyznawa† wiar© inn¥ ni¾ nakazana przez wˆadc©. Podj¥ˆ trzeci¥ wypraw© krzy¾ow¥, a mimo to nie unikn¥ˆ ekskomuniki, jak¥ obj©to caˆ¥ Francj©. Przyczyn¥ byˆa onaturalnacc ¾ona, kt¢r¥ poj¥ˆ, oddaliwszy sw¥ prawowit¥ maˆionk©. Zakaz wykonywania obrz¥d- k¢w religijnych przyni¢sˆ wiele szkody Pary¾owi i paästwu. Filip II dokonaˆ, jak na owe czasy, niesˆychanej rzeczy - wybrukowaˆ dwie Mice Paryia. Ulice w tamtych czasach to byˆy drogi przeorane kolei- nami, napeˆnione nieczysto˜ciami i cuchn¥c¥ wod¥,. Za Filipa II Augusta przybyˆy Paryiowi obszary po levej i prawej stronie Sekwany i dwa nowe akwedultty. On rozpocz¥ˆ budow© Luwru i zape~vniˆ subsydia4mi przyszˆo˜† uniwersytetu paryskiego. Uchodziˆ za najbardziej wyksztaˆconego kr¢la swej epoki. W przewidywaniu wyjazdu na trzeci¥ krucjat© do Ziemi —wi©tej otoczyˆ caˆy Pary¾ murami obronnymi. Dziaˆo si© to w koäcu XII i na p4cz¥tku XIII wieku. Min©ˆo sto pi©†dziesi¥t lat. Na tronie F'rancji zasiadˆ Karol V. Kr¢l ten, sˆabego zdrowia, ale obdarzony przez wsp¢ˆezesnych sobie przy- domkiem oM¥dryc<, na przykˆadzie dowi¢dˆ, ¾e najwi©ksz¥ m¥dro˜- ci¥ w ¾yciw jest korzystanie z cudzego do˜wiadczenia.,jemu Francja zawdzi©cza rad© naukowc¢w, kt¢ra pomagaˆa kierowa† sprawami paästwa. Sam Karol V studiowat astrologi©, medycyn©, prawn i filozofi©. Rozbudowaˆ do niebywaˆyeh dot¥d rozmiar¢w marynark© wojenn¥ i handlow¥. Bezpo˜redn¾p jemu Pary¾ zawdzi©cza rozbu- dow© Luwru. Nie burz¥c mur¢w Fiˆipa II Augusta, zbudowaˆ wi©k- eze, dostosowane do potrzeb ~lki i wsp¢ˆ~czesnej sztuki wojennej. To on wzni¢sˆ Bastyli© -- dla obre~y~ Pary¾a. Dokonaˆ tego w ci¥gu szesnastu lat swego panowania -' od 1364 do 1380 raku. Jego prawnuk, Ludwik XII, nie przyczyniˆ si© zbytn;o do rozbu- dowy miasta, ale - jak twierdzi si© iartobliwie - na nim koäcx~ si© reguˆa iycia ˜redniowiecznego Pary¾a: Lever is cinq, diner a neuf, Souper a cinq, coucher a neuf, Font vivre d'ans nonante et ntuf. ' W dowolnym tˆumaczeniu brzmi to tak: 3 '~..ix. Wstawaj o pi¥tej, obiad jedz, gdy dziewi©†, Kolacj© o pi¥tej, id« spa†, gdy jest dziewi©†, ky Tak do¾yjesz wieku dziewi©†dziesi¥t i dziewi©†. ,,.'i, Podobno kr¢l przestrzegaˆ gorliwie tej reguˆy. Los jednak chciaˆ, ie ':;y postaˆ dotkliwie pobity przez Anglik¢w pod Novar¥ i Guinegatte. Dla '~~ø~wi©tego spokoju po˜lubiˆ Mari©, ulubion¥ siostr© kr¢la angielskie- ~w'o, Henryka VIII, tego samego, dˆa kt¢rego kolejne ¾ony traciˆy awy. Maria byˆa szesnastoletni¥, peˆn¥ temperamentu ksi©¾niczk¥, ` ~ t~dwik XII miaˆ lat pi©†dziesi¥t trzy. Szesnastoletnia Maria obaˆiˆa dniowieczny porz¥dek pi©†dziesi©ciotrzyletniego kr¢la. Skutki '6ø~kazaˆy si© fatalne. Ludwik XII opu˜ciˆ szesnastoletni¥ ¾on© i swe ~.:. ciaˆo w dwa miesi¥ce po ˜lubie, dnia 1 stycznia 1515 roku. Nie do¾yˆ ø' lat dziewi©†dziesi©ciu dziewi©ciu. Kolejnym odnowicielem mur¢w Pary¾a byˆ Henryk IV. Krewki ~a˜koäczyk dzieciästwo sp©dziˆ z chˆopskimi dzie†mi. Kto wie, czy to hie znalazˆo swego wyrazu w sˆynnym ¾yczeniu Henryka IV, by ka¾dy l~ancuz w niedziel© miaˆ kur© w garnku. W bitwach niesˆychanie d«ielny, do szaleästwa odwa¾ny, trafiˆ w swym ¾yciu na mˆyn mor- derstw na tle religijnym, co jego samego zmusiˆo do dwukrotnej zmiany wyxnania. To on powiedziaˆ: ¯Pary¾ wart mszycc. Upi©kszyˆ oziasto galeriami Luwru, wzni¢sˆ Tuileries, poszerzyˆ granice Pary¾a, doˆ¥czaj¥c nowe tereny i opasuj¥c je fortyfikacjami, by miasto mogˆo sib bezpiecznie rozbudowywa†. Wznosiˆ coraz wi©ksze i wspanialsze budowle, ozdobiˆ te¾ Pary¾ swoj¥ osob¥ - wˆasnym pomnikiem. Byl to pierwszy w Pary¾u pomnik kr¢la. Za jego ¾ycia Pary¾ miaˆ zawrotn¥ liczb© karoc. Na wyliczenie ich starczyˆo paˆc¢w jednej r©ki. Gdy razu pewnego w swej karocy przeje¾d¾aˆ przez Pary¾, marz¥c o 28 ~ ~ 29. @~, zbudowaniu Rzeczypospolitej Chrze˜cijaäskiej, i kareta musiaˆa si© My˜l©, ¾e zasˆu¾yˆ na przydomek oNiedoˆ©¾nyce. zatrzyma†, z¢staˆ zamordowany przez katolickiego fanatyka. ~ Nast©pny na tronie Ludwiczek - to siedmiolatek. Gdy staˆ si© W owych czasach ˜rodkiem lokomocji byˆy muly, osˆy i konie. ~' - Ludwikiem XIV, podobno uwierzyˆ, ¾e oPaästwo - to jaa. Niekt¢rzy Jednego muˆa dosiadaˆo przewa¾nie dw¢ch obywateli. Maˆ¾onk© t' `.~aprzecz~j¥ temu, ale wobec przekonania, ¾e jest bogiem, tamto obywatel sadzaˆ na zadzie muˆa lub konia. Damy je«dziˆy przewa¾nie na spokojnych czˆapakach. Przy gospodach staˆy wysokie pieäki, z kt¢rych ˆatwiej byˆo wdrapa† si© na owierzchowcaec. Ulice byˆy w¥skie, a karety robiˆy wi©ksze wra¾enie ni¾ p¢«niejsze ukazanie si© pierwszego samochodu. Tak zakoäczyˆ si© 1610 rok. Po ˜mierci Henryka IV rozpoczyha si© trwaj~ca a¾ do rewolucji parada Ludwik¢w, ale nie tyle kr¢l¢w, co koronowanych dzieci. Je˜li starym kapitanom przychodziˆo do gˆowy, ¾e s¥ pierwszymi po Bogu, to †o mogˆo prryj˜† do gˆowy maˆoletniemu bohaterowi, kiedy zostaˆ kr¢lem? Pierwszym z serif nieletnich kr¢l¢w byˆ Ludwik XIII. Panowanie jego - to rz¥dy kardynaˆa Richelieu, ciemne, jak ciemne byˆy w¢w- czas ulice Pary¾a. Pr¢bowano ulice o˜wietli† w ten spos¢b, ¾e wˆa˜- cicielom dom¢w kazano w jednym z okien stawia† ˜wiec©. Mimo to po ka¾dej nocy znajdowano na ulicach miasta kilkana˜cie trup¢w. Richelieu za ¾ycia kr¢la wystawiˆ mu pomnik umieszczaj¥c na nim hymn na cze˜† wˆadcy. Pary¾anie byli odmiennego zdania i po ˜mierci kr¢la ozdobili pomnik dwoma wierszykami: Il eut cent vertus du valet Et pas une vertu du maitre. Miaˆ sto zal¢t lokaja, Ani jednej pans. I drugi wiersz: Ci~it le Roi, notre bon maitre. (Zui fut vingt ans valet d'un pretre. Tu le¾y kr¢l nasz, dobry pan, Przez lat dwadzie˜cia loka~ klechy. wydaje si© mewazne. Nale¾y mu si© chyba przydomek nPracowitycc, ~~~dy¾ sam wszystkim dol~,ˆadnie usiˆowaˆ si© zajmowa†. Trzeba przyz- ~pa†, ¾e skutecznie. Doprowadziˆ Francj© do rozkwitu gospodarczego, a dw¢r w Wersalu staˆ si© wzorem dla innych monarch¢w europej- ,rich, W tym czasie w Pary¾u wprowadzono dla ochrony obywateli rwftrtri~.tˆo ruchome, niesione przez czterech ludzi i daj¥ce ˜wiatˆo dzie- ,~,,;~i~ciu ˜wiec. —wieca w¢wczas kosztowaˆa pi©† sold¢w. Ostatni z nio- sgc~ch ˜wiatˆo zaopatrzony byˆ w klepsydr© do mierzenia czasu. Za x~de pi©tna˜cie minut pobierano trzy soldy. Pary¾ zawdzi©cza Lud- i,~vi~owi XIV wiele instytucji naukowych i kulturalnych, a tak¾e ©ir©ksze i szersze ulice, pierwsz¥ numeracj© dom¢w i pierwsze nazwy ~"~~ic, no i pomnik s¥mego kr¢la, kt¢ry to pomnik postawiono za ¾ycia adcy i kt¢remu si© kˆaniano, jakby kr¢l na pomniku byˆ ¾ywy. ;IColejny Ludwiczek, prawnuk poprzedniego, zasiadˆ na tronie jako ioletni bachor. W pi©tnastym roku ¾ycia zostaˆ oieniony z c¢rk¥ 'ego kr¢la, Stanisˆawa Leszczyäskiego. W roli monarchy wsˆa- ~si© powiedzeniem: ¯Po mnie chocia¾by potop®. Rozbudowywaˆ ,q~,~~y¾ w duchu pradziada - Kr¢la. Sˆoäce. Za jego rz¥d¢w w Paryiu ;ailowstaje coraz wi©cej nowych dzielnic i pojawia si© coraz wi©cej wQ$¢w, ale pomimo to przydomek, kt¢ry musiaˆby mu da† Paryi, m¢gˆby by† finny ni¾: Ludwik XV oNiedbaˆy> oznaczaj¥ce przesyt jak¥˜ rzecz¥ dobr¥, ale zbyt cz©sto pona- NEGO HONORU - tak j¥ nazywano w Pary¾u w okresie, gdy za wlan¥. " Mi©dzy innymi kr¢l chciaˆ koniecznie widzie† siebie jako je«d«ca ~4 ~ 35 na pierwszym pomniku kr¢lewskim w Pary¾u. Byˆ to rok 1604. Wykonanie czego˜ podobnego w br¥zie w owe czasy w Pary¾u byˆo nie do pomy˜leiiia. Model pomnika wysˆano do Florencji. Maj¥cy go wykona† mistrz florencki zmarˆ w 1608 roku. Dopiero jego uczeä, Pierre Tacca; skoäczyˆ grac© w 1613 roku. Je«d«ca z br¥zu przetrans- portowano do Livorno i zaˆadowano na okr©t. Ci©¾ki, p¢ˆnocny sztorm zagnaˆ okr©t z je«d«cem pod brzegi Sardynii i tam zatopiˆ. Szcz©˜liwie na takiej gˆ©boko˜ci, ie udaˆo si© pomnik wyci¥gn¥† i ustawi† ha przygotowanym piedestale w 1614 roku. Na tym skoäcz© sw¥ opowie˜† o Pary¾u - powiedziaˆ kapitan Eustazy - ale je˜li szanowni panowie zechc¥ mnie jeszcze posh~cha†, to chciaˆbym kilka sˆ¢w powiedzie† o tym Amerykaninie. Po czterech dniach zwiedzania Amerykanin zaproponowaˆ, ¾eby- ˜my wst¥pili gdzie˜ na ˜niadanie. Przyj¥ˆem zaproszenie. Przy ˜nit- daniu zacz¥ˆem od tego, ¾e czuj© si© w obowi¥zku przeprosi† go za ttl, co si© staˆo pierwszego dnia naszej znajomo˜ci. Amerykanin roz ˜miaˆ si© i powiedziaˆ: ,;Byˆem doskonale poinformowany, gdzie znajduje si© hotel oTerr. minus®. Miaˆem ju¾ tam zam¢wiony pok¢j i odesˆane rzeczy. Wychc~- dz¥c z dworca, martwiˆem si©, w jaki spos¢b znale«† automobil I szoferem m¢wi¥cym dobrze po angielsku. I wtedy wˆa˜nie odezw~t si© do mnie pan. Nie spodziewaˆem si©; ¾e tak szybko ¾yczenia moje zostan¥ speˆnione. A nawi¥zaˆem rozmow©, chc¥c upewni† si©, czy pan dobrze m¢wi po angielsku, bo powiedzie† oYes, sir !c< ka¾dy potra,- fi. My˜laˆem, ¾e przewiezie mnie.,pan na drug¥ stron© ulicy i wysia- daj¥c um¢wi© si© z panem na nast©pny dzieä. Gdy zorientowaˆem si©, ¾e pan - z sobie wiadomych powod¢w - chce mnie obwie«† pn Pary¾u, nie posiadaˆem si© z rado˜ci. Nic nie zaplanowaˆem na teä dzieä i byˆem zachwycony,.¾e mi sig co˜ podobnego przytrafia. Przy tym m¢wiˆ pan tak ciekawie. Wˆa˜nie w ten spos¢b chciaˆem pozna† Pary¾. ½eby mi pan nie odm¢wiˆ przyjazdu nast©pnego dnia, powi~- dziaˆem szczerze, ie jestem pana dˆii¾nikiem. Co jest zreszt¥ oezy- wist¥ prawd¥, poniewa¾ za przewodnika tej klasy musiaˆbym zapˆ~- ci† znacznie wi©cej. Baˆem si©, ¾e pan mo¾e nie chcie† nazajutrz przyjecha†, ale wyczuˆem, ¾e w tym dniu byˆ pan w wielkiej potrze- bie". "Zgadza si© - potwierdzitem. - Tego dnia odebraˆem sw¢j samo- ch¢d z naprawy i zostaˆem dosˆownie bez grosza. Kilka .frank¢w zarobionych ze zwykˆym pary¾aninem nie rozwi¥zywaˆoby spra- "Nie ma pan powodu do przepraszania, bo z ka¾dym dniem m¢j dˆug si© powi©ksza. B©dzie mi miˆo, je˜li zechce pan przyj˜† do mnie do hotelu jako m¢j go˜†, a potem pokaza† mi Pary¾ wieczorem. Mam na myõli nocne ¾ycie Pary¾a, jego wykwintne lokale, kabarety. Z wydatkami oczywiõcie prosz© si© nie liczy†. Przyjdzie pan?" "Przyjd© z przyjemno˜ci¥ - odpowiedziaˆem. - Ale... - u˜wiado- miˆem sobie konieczno˜† wieczorowego stroju, gdy pomy˜laˆem o lokalach najbardziej ciekawych - tam obowi¥zuje frak". ,ajeszcze lepiej" - zawoˆaˆ zadowolony. O si¢dmej zjawiˆem si© we fraku w hotelu "mego" Amerykanina. Byˆ r¢wnie¾ we fraku. Przygl¥daˆ mi si© przez dˆug¥ chwil© i wreszcie izapytaˆ: "Kim pan wˆa˜eiwie jest? Wiem, ¾e jest pan Polakiem. Powiedziaˆ mi pan o tym pierwszego dnia. Ale kim pan jest z zawodu? Nazwisko i imi© nic mi nie m¢wi". ,Jestem kapitanem marynarki handlowej - odpowiedziaˆem. - i a: Znam wszystkie morza od Arktyki do Antarktydy. Po wojnie ˜wia- towej w 1918 roku kupiˆem sobie w Paryiu samoch¢d, no i od prawie dziesi©ciu lat jestem kierowc¥ taks¢wki". "No je˜li pan jest kapitanem, to ja jestem... je˜li mo¾na m¢wi† o tym jako o zawodzie: amerykaäskim milionerem. Milion¢w tych nie ~" zarobiˆem, ale je posiadam": ~r Po obejrzeniu programu w Moulin Rouge, gdy zakotwiczyli˜my na czar dˆu¾szy w jednym z najpi©kniejszych ~lokali, milioner zapropo- nowaˆ mi wypicie poimiennego.~ Pary¾ w nocy spodobaˆ mu si© znacznie bardziej ni¾ za dnia. Byˆ zachwycony. Gdy byli˜my ju¾ ze sob¥ dobrze po imieniu, George powiedziaˆ: ,~Je˜li przypˆyniesz do Nowego Jorku lub San Francisco jako kapi- t~ na statku, to urz¥dz© ci tak¥ podr¢¾ po Stanach Zjednoczonych, jak¥ ty mi urz¥dziˆe˜ po Pary¾u". ' ;~yW chwili gdy kapitan Eustazy koäczyˆ swe opowiadanie i braˆ ~onownie namiary na konstelacj© Oriona, w szczeg¢lno˜ci na 86 I 37 r :, gwiazdy Aläitax, Anilam i Mintak, w barze zjawiˆ si© asystent pokˆa- dowy z arkuszem papieru w r©ce. Kapitan Eustazy w tamtych czasach, nie wiedz¥c jeszcze, co go mo¾e spotka† od kapitana Mauritzena, wolaˆ sam na osobno˜ci spraw© zbada†: Przeprosiˆ wi©c swych go˜ci i szybko ruszyˆ na spo- tkanie asystenta pokˆadowego. - Telegram do pana kapitana - zameldowaˆ asystent. Kapitan szybko przeczytal, podzi©kowaˆ asystentowi i trzymaj¥c ˜wistek ostentacyjnie w dˆoni, rozpromieniony wr¢ciˆ do biesiadni. k¢w. - Prosz© szanownych pan¢w, pozwol© sobie jeszcze raz na chwilg. wr¢ci† do "mego" paryskiego milionera. Przed paru dniami wysˆa.~' ˆem do Nowego Jorku telegram nast©puj¥cej tre˜ci: "Drogi George,, przybywam do Nowego Jorku jako kapitan polskiego transatlantyka KO—CIUSZKO". W tej chwili otrzymaˆem od niego odpowied«, skie rowan¥ do waszego agents: POWIADOMI� KAPITANA S.S. KO CIUSZKO EUSTAZEGO BORKOWSKI, B¨D¨ NA NABRZE½U ~~ ½ON¤ I DZIE�MI. GEORGE. Seans ~` W czarnej zydwestce, w czarnym pˆaszczu nieprzemakalnym i w ~ˆugich gumowych butach wszedˆ podczas obiadu do salonu pier- wszej klasy ociekaj¥cy wod¥ asystent pokˆadowy. W salonie przy obiedzie nie obowi¥zywaˆy wieczorowe stroje, 'limo to wszyscy biesiadnicy byli w nie ubrani. Panie prze˜cigaˆy si© '~Ir demonstrowaniu swych wdzi©k¢w, otulonych w r¢inokolorowe ~jdro¾sze tkaniny, przesycone wonno˜ciami; od kt¢rych asysten- tt~wi m¥ciˆo si© w gˆowie. Czerä pan¢w podkre˜laˆa t©czow¥ barw- no˜† paä. Delektowano si© tym, co ju¾ byˆo na talerzach i my˜lano 0 ~tyym, co jeszcze zostanie w dniu dzisiejszym podane, s¥dz¥c z lektury $arwnych kart menu le¾¥cych przed ka¾dym. Przy upajaj¥cych trunkach i melodii granej przez doborow¥ orkie- str© okr©tow¥ sylwetka oficera pokˆadowego wydawaˆa si© zjaw¥ z innego ˜wiata, w kt¢rym panuj¥ yvichry i burze. Czarna, twardo ciosana posta† sun©ˆa wprost do kapitana transatlantyka "Ko˜ciu- szko", id¥cego z Gdyni do Nowego Jorku. Kapitan w peˆnej gali ~iedziaˆ przy honorowym stole, maj¥c za swe najbli¾sze towarzystwo ¾on© ambasadora, udaj¥c¥ si© do m©¾a na now¥ plac¢wk©; obok niej wida† byˆo mundur attache wojskowego, podobnie jak i ona ˜pie- sz¥cego na nowe stanowisko. Zamilkˆy rozmowy przy stoˆach, oczy wszystkich skierowaˆy si© na nowo przybyˆ¥, gro«n¥ posta†. Z siˆt' blasku lamp, odbitego w kro- plach wody na ubraniu oficera, mo¾na byˆo wnosi†, co si© dzieje tam, na zewn¥trz zacisznego, przepeˆnionego zapachami i muzyk¥ salonu. Tam, gdzie czuwaj¥ ludzie zakuci jak w zbroje w nieprzemakalne pancerze. Rycerze morza, w ich r©kach spoczywa ¾ycie tych tak teraz beztrosko rozkoszuj¥cych si© zabaw¥. 39 i Czarna posta† zasalutowaˆa kapitanowi, melduj¥c o tym, co si© dzieje na oceanie: - Sterujemy kursem Nord-Nord-West! Wiatr o site pi©† z Nord- Westu! Dryf i deklinacja bez zmiany.-Barometr trzyma si©. Niskie stratusy, deszcz, widzialno˜† ogranicz¢na do pi©ciu mil. Kapitan z uwag¥ wysˆuchaˆ meldunku mˆodego oficera, po czym swym wielkim gˆosem powiedziaˆ: -KochAAAny m¢j! Trzyma† wszystko tak, jak do tej chwili! Zaraz po obiedzie do was przyjd©! - Trzyma† wszystko tak, jak do tej chwili! - jak echo powt¢rzyˆa~ czarna posta† w zydwestce, zasalutowaˆa i zrobiˆa w tyˆ zwrot, kie- ruj¥c si© do wyj˜cia. Towarzyszyˆy jej spojrzenia wszystkich obi nych. Asystent wr¢ciˆ na, mostek i podzieliˆ si© z oficerem wachtowym wra¾eniem, j¥ki© wywarˆ na pasa¾erach w salonie. Dodaˆ przy tym, i przynosi nieodmiennie t© sam¥ wiadomo˜† od kapitana: "Trzym wszystko tak, jak do tej chwili. Zaraz po obiedzie do was przy d©¯. fi,'~ Caˆa to akcja, uprzednio przez niego zarz¥dzona, miaˆa na celu zrobienie przyjemno˜ci jemu samemu. Tym sposobem stawaˆ aid osob¥ wzbudzaj¥c¥ najwi©ksze zainteresowanie w˜r¢d siedz¥cycb najbli¾ej niego. Je˜li istniaˆa rz©czywista potrzeba obecno˜ci kapi- tana na mostku, to. nie schodziˆ z niego po kilka dni. r~, Teraz za˜ wyja˜niaˆ swoim s¥~iadom przy stole: - Mog© zawsze spokojnie to siedzie†, bo oficerowie moi o ka~¾dej najmniejszej zmianie warunk¢w na;wigacyjnych melduj¥ mi. lG~qg© spokojaie dowodzi† tym statkiem, siedz¥c w salonie, bo wiem yv ka¾dej chwili, co si© dzieje na morzu i ze statkiem, a to pozwala mi w por© wyda† odpowiednie rozkazy. Ciepˆa fala ufno˜ci zalaˆa dusze pasa¾er¢w. Z takim kapitanem mo¾na bezpiecznie podr¢¾owa† po morzu. Nast©pnego dnia kapitan na podwieczorku przyjmuje a siebie w kabinie kilka wybranych : os¢b. Ciemne firanki nie przepuszczaj¥ ˜wiatˆa dziennego. Przy†miony blask lamp. Usˆuguje sam kapitan, ewaj¥c z wˆasnych zapas¢w najlepsze likiery i koniaki, podaj¥c arn¥ kaw©. Rozmowa o wszystkim i o niczym do czasu, a¾ wszyscy ' ~-~' '¥ si© ze swymi miejscami, oceni¥ dobro† trunk¢w i ich dziaˆanie. vogie rozleniwienie ogarnia go˜ci kapitana. Zmienia si© o˜wietlenie. Obecni nie mog¥ teraz widzie† dokˆadnie swych twarzy, o˜wietlona ~pst wyˆ¥cznie zastawa. Gospodarz zn¢w si© krz¥ta, dolewa mane mu dobrze nektary. Po Chwili sˆycha† gˆ©bokie diwi©ki gitary, trzyman,ej w do˜wiadczonych ~kach kapitana. Melodic usposabia do marzeä, kaie sˆucha† i zapo- a† o wszystkim. W˜r¢d dobranych do brzmienia gˆosu kapitana itl~ord¢w sˆycha† urywane zdania, wypowiadane ~¢ˆgˆosem: .Wszyscy jeste˜my pomi©dzy Starym i Nowym Swiatem... (gˆ©boki ,o~rd gitary) ... zawieszeni w˜r¢d gˆ©bin morskich... (jeszcze gˆ©bszy gitary)... W szyscy tutaj zebrani d¥¾ymy razem, ale ka¾dy z osobna a.t~nnego celu... (lekki rytm marsza)... Jeste˜my peˆni wia.ry i po˜wi©- eetiia... Ka¾dy z nas pragnie wypeˆni† sw¢j obowi¥zek jak najlepiej... Psewi©cenie niekt¢rych przerasta swym ogromem zwykˆe codzienne I ~; ~rawy i trudy... ' Struny gitary, prowadzone pewn¥ r©k¥ kapitana, wyczarowuj¥ dokˆadniej ogrom wysiˆku i po˜wi©cenia, ni¾ to mog¥ wyrazi† sˆo- j wa. Naraz w d«wi©ki to wplataj¥ si© melodie starych i nowych modnych koˆysanek. Struny vvydaj¥ sig szepta†: "Zaszˆo ju¾ sˆonko I w˜r¢d r¢¾anych z¢rz, kl©knij, dziecino, i r¥czki zˆ¢¾..." A po chwili: "—pij, m¢j synku..." Ka¾da matka, kt¢ra pozostawiˆa swe dzieci na '~ nieosi¥galnym dla niej w tej chwili l¥dzie, z dr¾eniem serca sˆucha tej melodii. Nagle zmienia si© ona w bohaterski marsz, w ˜lad za ni¥ id¥ I, sˆows: ' -Pani ambasadorowa porzuca swe dzieci... (akord m¢wi o tym, jak I rwie si© i szarpie serce matczyne) ...idzie tam, dok¥d jej obowi¥zek Polki i˜† ka¾e: hen, za ocean, na plac¢wk©... Dla ojczyzny po˜wi©ca Lo, co ma najdro¾szego, pozostawia kraj (czego nie potrafi¥ powiedzie† j sˆows kapitana, m¢wi gitara)... Pani ambasadorowa czuje si© w tej chwili bohaterk¥. Nie wida† rys¢w jej twarzy. Wida† jedynie przyci˜ni©t¥ do oczu chusteczk©. Teraz ju¾ tylko struny m¢wi¥, co czuje pani ambasadorowa. Melodic si© zmienia. Z oddali sun¥ puˆki kawalerii. ,:Jak to na 41 wojence ˆadnie..." m¢wi gitara. "O m¢j rozmarynie..." - sˆycha† ezez~k or~¾a i galop koni. W marsz kawaleryjski, grany z caˆ¥ moc¥, wplatane s¥ urywki sˆ¢w, m¢wionych przez struny, ale we wspom- nieniach attach wojskowego przewijaj¥ si© marsze, peˆne trudu i znoju bitwy, w kt¢rych braˆ udziaˆ, chwile otrzymywania odznaczeä za czyny bojowe... W szumie defiluj¥cej kawalerii sˆycha† sˆow kapitana o porzuconym dla nowej pracy kraju... ½~rwa pomoc nawigacyjna Attach jest nie mniej wzruszony ni¾ pani ambasadorowa i cieszy sib, ¾e ˜wiatˆa zostaˆy jeszcze bardziej przy†mione. D«wi©ki strut przenikaj¥ kolejno ka¾dego, trafiaj¥ do serc wybran¥ przez kapitatri "" drog¥. Wszyscy zoataj¥ oczarowani, czuj¥ si© bohaterami chwili. r ~" `r Pomoce nawigacyjne~ - to wydawnictwa ksi¥ikowe, zawieraj¥ce Melodic utrwalaj¥ w pamiqci to, c¢~~si© oficjalnie nazywa "podwi½- opisy m¢rz i ocean¢w, spisy latarni, roczniki astronomiczne, tablice czorek a kapitana". Prawie ka¾dy z obecnych dziwi si© w duchu: ki~1 pl~yw¢w itp. Wszystko to sˆu¾y nawigatorom do odpowiedniego jest ten czˆowielu~ Kapitanem? Wielu z pasa¾er¢w spotkaˆo w sw~ wyboru drogi, by doj˜† bezpiecznie do. "portu docelowego". ¾yciu co najmniej kilku kapitan¢w; ale ten jest trim˜ innym, chyb ' ~; ½YWA POMOC NAWIGACYJNA zostaˆa wykryta - czy odkryta - Szamanem Morskim... ~~t na parowcu "Ro˜ciuszko" w 1951 roku w Nowym~orku. Wielk¥ w tym rol© odegraˆ organ powonienia kapitana naszego transatlanty- ,t ka, Eustazego Borkowskiego. a~~ Kapitan Eustazy m¢gˆby, podobnie jak urocza Tola Mankiewi@ CZOWlla, ˜piewa†: Po co mi gˆos? Po co mi gˆos? Riedy ja mam muzykalny nos! To co ˜piewaˆa Tola swyzn nosem.@ rozumiaˆ ka¾dy. To co m¢wiˆ, a _. . _ ___ .. .~ nib,iedy,zawet˜pieaaaˆ,kal,ita,w.Eustazy-swym ~ nos Toli nazwiemy NOSEM, nie NOSRIEM), rozumieli wyˆ¥cznie WTA- JEMNICZENI, to znaczy dˆu¾szy czas z kapitanem Eustazym obcuj¥- cy. W tym rejsie sporo bylo na "Ko˜ciuszce" wysoko postawionych os¢b. Rapitau , Eustazy miaˆ wi©c podczas podr¢iy wiele zaj©† z ~ u siebie w kabinie czy w barze. Chc¥c da† tym podejmowaniem ich dc)stojnikom mo¾no˜† wˆa˜ciwej oceny pracy kapitana statku, WY- "' R~½YSEROWAi, kolejny SPERTAKL, powierzaj¥c w nim, jak zwy- lr,~e, gl¢wn¥ mol© asystentowi pokˆadowemu, zjawiaj¥cemu si© w _ ' ustalonych uprzednio przez kapitana momentach i melduj¥cemu ˜ci˜le o tym, co si© dzieje w danej chwili na morzu czy oceanic: z 43 jakiego kierunku wieje wiatr, i to koniecznie w rumbach po angiel- sku. itodzaje chmur ~musiaˆy by† podawane po ˆacinie. Wedˆug kapitana takie wyra¾enia, jak STRATOCUMULUS, CUMULONIMBUS lub CIRROSTRATUS, najsilniej podniecaˆy zaciekawienie wsˆuchuj¥cyeh si© w meldunek OFICERA Z MOSTKU KAPITAãSKIEGO, podaj¥- cego siˆ© wiatru, stun morza, stopieä .zachmurzenia, widzialno˜† ˜wiatˆa latarni, obecn¥ widoczno˜†. No i jeszcze odpowiedzi na zada- wane przez kapitana pytania: "JAR STERUJECIE~' POPRAWKI KOMPASU? DRYF? Wiadomo˜ci to i rozmowa z kapitanem wzmagaˆy zainteresowa- nie biesiaduj¥cych z aim os¢b nawigacj¥, a gˆ¢wnie kapitanem Eustazym. Po odegranej scenie MELDUNEK~ Z MOSTKU kapitan Eustazy doniosˆym gˆosem nieodmiennym: ~KOCfIAAANY MàJ! rozpoczy~ naˆ wydawanie —CIS�YCH, ale FIKCYJNYCH POLECEã. Nie znaj¥cy tajnik¢w nosowej mowy kapitana (je˜li kapitan nie zaplanowaˆ, ieby sˆuchacze koniecznie zrozumieli to rozkazy), mogti n~jwy¾ej wyˆowi† pojedyncze -wyrazy z bulgotu nosowych d«wi©k¢w wydawanych przez Eustazego. Podczas postoju "Ko˜ciuszki" w Nowym Jorku miaˆ przyby† nay statek ambasador Rzeczypospolitej Polskiej. Przed jego przybyciem kapitan Eustazy zarz¥dziˆ na czas wizyty ambasadoia wej˜cie do kabiny asystenta nawigacyjnego z wie˜ciami Z POK~,ADU, by zade= monstrowa† ambasadorowi, ¾e nawet .w trakcie podejmowani~ tak dostojnych go˜ci ON, KAPITAN `EUSTAZY, w ka¾dej chwili wie,. co ~~_~~..~_~~-9TA'i'K-~.3-i-moie--kierowaC~pr~cami nar'~n pomimo nawaˆu zaj©† zwi¥zanych z pobytem w porcie. Na CA�OPALN¤ OFIARF do odegrania tej scent' przed panerr~ ambasadorem oficerowie pokˆadowi "Ko˜ciuszki" postanowili PO- —WI¨CI� nowicjusza w tym rejsie, nie maj¥cego dotychczas ¾adnego kontaktu z kapitanem Eustazym, mˆodziutkiego absolwenta Szkoty Morskiej w Tczewie - Henia Borakowskiego. Piastowaˆ on na statku godno˜† a¾ sz¢stego officers pokˆadowego - inaczej m¢wi¥c, nxa= mˆodszego officers nawigacyjnego. Uwa¾ali˜my, ¾e poj©cie ASYS- TENT jest mo¾e bardzo zaszczytne na uniwersytecie, ale na statku co officer, to officer. OFICER, ale nie ASYSTENT. Przez okres podr¢¾y z Gdyni do Nowego Jorku Henio miaˆ zaszczyt ogl¥da† tylko kilka razy, i to z niezbyt bliska, kapitana Eustazego. O rozmowie z nim, jak dotychczas, m¢gˆ tylko marzy†. Bezlito˜nie wysˆany NA PEWNE STRACEãIE przez starszego oficera, Henio $orakowski zameldowaˆ si© kapitanowi i ambasadorowi jako stary wiarus, wzbudzaj¥c swoj¥ znakomit¥ postaw¥ podziw nie tylko ambasadora, ale i kapitana Eustazega, jako ¾e Henio po skoäczeniu Szkoˆy Morskiej w Tczewie i po odbyciu shuby wojskowej byˆ r¢w- nie¾ podchor¥¾ym Marynarki Wojennej. Doskonale wypowiedzia- nym meldunkiem O—WIECIf. kapitana Eustazego, ¾e: Wyˆadowuj¥ z pierwszej, drugiej i trzeciej ˆadowni jednocze˜nie. Wyˆadunek odbywa si© bardzo sprawnie, nie byˆo ¾adnych uszkodzeä i rekla- macji. Po skoäczonym meldunku doszedˆ do przera¾onych uszu Henia, spr©¾onych jak i caˆa sylwetka na baczno˜†, jedyny d«wi©k zrozu- 1 miaˆy: - KOCHAAANY Màf. - Potem wlaˆy mu si© do uszu potokiem bulgoc¥ce, wymawiane przez nos wyrazy. Ani ich zrozumie†, ani odgadn¥† sensu Henio nie byˆ w stanie. Z gestykulacji kapitana domy˜liˆ si©, ¾e nadszedˆ rytualny moment wyrecytowania usˆy˜za- nych~ rozkaz¢w i odmaszerowania. Pomimo najwi©kszego zmobili- zowania swych siˆ fizycznych i duchowych nie potrafiˆ powt¢rzy† otrzymanych poleceä, jak tego wymagaˆ kapitan Eustazy i ETY- KIETA MORSKA. Z caˆego przem¢wienia kapitana zrozumiaˆ tylko, ¾e kapitaä go KOCHA, ale wiedziaˆ, ¾e powt¢rzenie czego˜ podob- neg~o byˆo r4wnoznaczne a spisaniem ze statku z wyrokiem niepo- czytalnego. Wolaˆ to przemilcze†, a ¾adnego innego sˆows nie udaˆo mu si© z no˜a kapitana wyˆ¢wi† i p¢j¥†. Dˆugi wi©c r¢zkai kapitana skwitowaˆ lekkim uderzeniem obcas¢w. Nast©pnie zrobiˆ najbar- dziej przepisowy w wojsku i w ¾yciu "w tyˆ zwrot" i odmaszerowaˆ z uczuciem ss¥cej pr¢¾ni w doˆku i w gˆowie. Oficerowie - pierwszy, drugi i trzeci - z maskowan¥ ciekawo˜ci¥ przygl¥dali si© twarzy Henia po jego powrocie na mostek. Pierwszy, czyli starszy, officer spytaˆ go o b o j © t n y m gˆosem: - Jakie pan przyni¢sˆ rozkazy od kapitanaa Nagˆy rumieniec wstydu obˆaˆ twarz Henia. W porywie szczero˜ci wyja˜niaˆ naiwnie: - W rozkazie kapitana zrozumiaˆem wyˆ¥cznie to, ¾e kapitan mnie kocha. Ani jednego sˆows poza tym, mimo ¾e kapitan przemawiaˆ do 44 45 mäie dosy† dˆugo. Ale ~- usprawiedliwiaˆ si© Heriio - nie mam w¥tpliwoõci, ¾e nikt na ˜wiecie nie potrafiˆby tego zrozumie†. Oficerowie, zwˆaszcza starszy, prz~brali bardzo powa¾ny wyraz twarzy i poradzili mu, by poszedˆ jeszcze raz do kapitana i dowiedziaˆ si©, co zarz¥dziˆ. - W braku instrukcji od kapitana mbg¥,wynikn¥† nieporozumie- nia - m¢wiˆ starszy officer. - A przyczyn¥ ich b©dzie pan, jako ten, kt¢ry nie powt¢rzyˆ dokˆadnie poleceä kapitana. Przykro mi bardzo, ale obawiam si© niepo¾¥danych nast©pstw z powodu niewykonania rozkazu. Wstyd nie pozwoliˆ sz¢stemu oficerowi zameldowa† si© natych- miast a kapitana z pro˜b¥ o powt¢rzenie wydanych przez niego rozkaz¢w. Nie mdgˆ przecie¾ si4 przyzna†, ¾e przem¢wienie kapitana byˆo dla niego beˆkotem nosowych sylab. Przewa¾aˆ jednak STRACH. Sparali¾owany nim Henio znalazˆ si© w sytuacji bez wyjõ- cia. ' Podczas tocz¥cej si© w jego my˜lach walki przypomniaˆ sobie, ¾e w momencie gdy kapitan zacz¥ˆ mu wydawa† polecenia, w drzwiaeh kabiny ukazaˆa si© stewardess kapitan¥, pani Klaudia. My˜l odnale- zienia jej staˆa sib szczytem jego mart©ä i nadziei. Przy jtj pomocy mo¾e uda mu si© wykona† polecenie~ starszego officers - Pani Klaudio - zawoˆaˆ, gdy j¥ odnalazˆ - czy mo¾e mi pani powtdrzy†, MNIEJ WIFCEJ chocia¾, co kapitan m¢wiˆ do mnie w chwili, gdy weszˆa pani do kabiny? ãie zrozumiaˆem nic opr¢cz jednego sˆows: KOCHAAANY. _StaT—Zy oficer ¾¥da,__abym mu koniecznie powt¢rzyˆ caˆy rozkaz kapifana! -Niech si© pan asystent nie martwi = powiedziaˆa pani Klaudia z miˆym u˜miechem, domy˜laj¥c si©, ¾e Henio padˆ ofiar¥ cz©sto pow- tarzanego dowcipu oficer¢w. - Prosz© uwa¾nie sˆucha†, kapitan powiedziaˆ tak: "Kochany m¢j, prosz~ mi zameldowa† zakoäczenie yvyˆadunku z pierwszej ˆadowni, zakot~†zenie wyˆadunku z drugiej ˆadotNni, zakoäczenie wyˆadunku z ä«eciej ˆadowni. Je¾eli nie b~dziecie czego˜ wiedzieli, to natychmiast prosz~ przyjõ† do mnie i MNIE spyta†, pomimo obecno˜ci.pana ambasadora". To wszystko. Po pans wyj˜ciu to ostatnie poIecenie powt¢rzyˆ bardzo wyra«W a panu ambasadorowi. "Dzi©kuj©, kochAAAny m¢j!" - zakoäczyˆa swe 46 przem¢wienie pani Klaudia, na˜laduj¥c ˜wietnie gˆos kapitana Eus- tazego. Po wysˆuchaniu tych krzepi¥cych sˆ¢w Henio odzyskaˆ werw~ i humor. R¥czo ruszyˆ do starszego oficera, czuj¥c sib wyratowany z bcznadziejnej otchˆani, w kt¢r¥ wpadˆ tak niespodziewanie. Id¥c, bˆogosˆawiˆ w myõlach pani¥ Klaudi© jako przez Opatrzno˜† zesˆan¥ ½YW¤ POMOC NAWIGACYJN¤. Czuˆ, ¾e nad pokˆadem unosz¥ go skrzydˆa niewysˆowionej rado˜ci. Przy ich pomocy znalazˆ si© przed starszym oficerem, udaj¥cym wci¥¾ jeszcze mocno zafrasowanego brakiem rozkaz¢w od kapitana. Z nut¥ wielkiego zadowoˆenia w gˆosie meldowa~ - Kapitan powiedziaˆ: "Kochany m¢j, prosz4 mi meldowa† zakoä- czenie wyˆadunku z pierwszej ˆadowni, zakoäczenie wyˆadunku z drugiej ˆadowni, zakoäczenie wyˆadunku z trzeciej ˆadowni. Je¾eli nie b~dziecie czego˜ wiedzieli, to natychmiast prosz~ przyjõ† do mnie i MNIE spyta†, pomimo obecno˜ci pans ambasadora". Wielkie byˆo zdumienie oficer¢w. Niedowierzaj¥co patrz¥c na SZàSTEGO, doszli do przekonania, ¾e tak przebiegˆego äajmˆod- szego oficera pokˆadowego w swoim ¾yciu jeszcze nie spotkali. Ponie- wai byli to ludzie w takich sprawach pozbawieni lito˜ci, orzekli natychmiast, ¾e ten rozkaz jest chyba z palca wyssany, bo miaˆby sens tylko w¢wczas, gdyby pan ambasador zostaˆ na noc. Rozpocz©li bowiem wyˆadunek niedawno i wyˆadunek z trzeciej mog¥ zakoä- ezy† najwcze˜:riej po p¢ˆnocy, a mo¾e nawet nad ranem. - Ale ak¥d pan tak dokˆadnie teraz wie, co kapitan panu powie- dziaˆi@~Przed- chwiˆ¥ in¢wiˆ pan mrcn; ¾ewaie zroiumisl-z jego- prze-- m¢wienia ani sˆows. Poprosiˆ pan moie pans ambasadora, by panu p~wt¢rzyˆ? Zdetonowany tymi drwi¥cymi uwagami Henio zamilkˆ. Miaˆ zamiar zatai† nowo odkryt¥ pomoc nawigacyjn¥, ale jego poprzed- zs~e o˜wiadczenie o "nosowej" movie kapitana wykluczaˆo obecnie t~maczenie, ¾e na przykˆad cudem odzyslcaˆ ˜wiadomo˜† p¢ oszo- ~nieniu spowodowanym pierwszym spotkaniem z kapitanem Eus- `tazym, i to w obecno˜ci ambasadora. Bezlito˜nie n©kany pytaniami 'looleg¢w przyznaˆ si4, ¾e to, co do niego m¢wiˆ kapitan, przetˆuma- †zyˆa mu stewardess Klaudia. 47 - Zauwa¾yˆem, ¾e byˆa w kabinie kapitana, gdy ten wydawaˆ mi polecenia. Dowiedziaˆ si© potem, ¾e pani Klaudia RUTKOWSKA jest wdow¥, zna trzy j©zyki obce i nosowy kapitana Eustazego, ¾e ma w swej pieczy kabiny pasa¾er¢w kabinowych i kabin© kapitana. Na mostku praw¥ r©k¥ do wszystkich kabaretowych nieomal poczynaä kapitana Eustazego byˆ sternik August BUDZISZ, mary- narz z wieloletni¥ praktyk¥ na niemieckich statkach handlowych. "Nadsternik" ten z pobˆa¾liw¥ wyrozumiaˆo˜ci¥ braˆ teraz udziaˆ w FACECJACH kapitana Eustazego, wyprawianych pried pasa¾erami. Na˜ladowaˆ nawet spos¢b chodzenia kapitana, czyli Starych Wilk¢w Morskich Siedmiu M¢rz; nie odrywaj¥c pi©r od pokˆadu, by nie straci† z nim kontaktu przy wielkich przechyˆach. Podobnie jak kapitan Eustazy, poruszaˆ si© na mostku jak gdyby na nartach. Poza zasi©giem wzroku kapitana i na rodzinnym Helu August chodziˆ normalnie. ' W kabinie kapitana Eustazego sternikiem usiˆowaˆa by† pani Klaudia. Jej wysiˆki, by zmniejszy† boja«ä kapitana Eustazego pried ion¥, nie odnosiˆy wi©kszego skutku. NIKT bowiem i NIC nie mogˆo powstrzym~† kapitana od REPREZENTACJI. Hojnie rozdawaˆ bu- telki koniaku lub kartony z papierosami. W wyniku tej szczodrobli- wo˜ci m¢gˆ kapitan Eustazy wr©cza† ¾onie na ¾ycie tylko nikˆe szcz¥tki swych miesi©cznych pobor¢w. Dla wielu pasa¾erek kabinowych, pierwszy raz podr¢¾uj¥cych sta- tkiem przez ocean, byˆa pani Klaudia wycoczni¥ w sprawach okr©- towego sA~OIR lfiVR~'iI. Posiadaj¥n cechy ideaˆnej stewardesy: t$kt;~ wyobra«ni© i dobre serce oraz hoˆduj¥c dewizie: GRZECZNO—� JEST TYM DLA UMYS�U, CZYM WDZI¨K DLA TWARZY, okazywaˆa si© przez caˆ¥ podr¢¾ przemiˆ¥ doradczyni¥ oddanych jej pieczy pasa- ¾erek. PaW Klaudia bytes nieomylna w doborze koloru sukni dla ka¾dego o˜wietlenia i odpowieuniej do niej biinterii. Znaˆa te¾ tajemnice drogich kamieni. Twierdziˆa, ¾e szafir oznacza ¾al, diament - nie= winno˜†, topaz - powodzenie, szmaragd - szcz©˜liw¥ miˆo˜†, opal - zmienno˜†, a nawet nieszcz©˜cie, niekiedy nadziej©, malachit prze= powiada pomy˜lno˜†. Pasa¾erka wzbudzaj¥ca w salonie okr©towym uznanie i zachwyt swym wygl¥dem - dzi©ki uczesaniu, toalecie i ozdobom - pozosta- waˆa bardzo dˆugo wdzi©czna pani Klaudii i je˜li to byˆo mo¾liwe, zapraszaˆa j¥ do swego domu. Nie posiadaˆa p~ni Klaudia urody. Ale gdy schodziˆa ze statku na l¥d w doskonale skrojonym i z najlepszego materiahx ubiorze, ˜wiet- nie dostosowanym do gory roku i dnia, a tak¾e do jej dojrzaˆego wieku - wygl¥daˆa jak gdyby wyci©ta z najnowszego ¾urnalu. W Polsce pani Klaudia w ka¾dym domu wr©czaˆa na odchodnem pokoj¢wce podaj¥cej jej okrycie dwadzie˜cia zˆotych. Tak hojnie obdarowana panna (stanowiˆo to nieomal caˆ¥ jej miesi©czn¥ ga¾©) byˆa przekonana, ¾e miaˆa zaszczyt usˆu¾y† co najmniej milionerce. Podziw pokoj¢wki byˆ tym wi©kszy, gdy si© dowiadywaˆa, ¾e dom- nieman¥ milionerk¥ byˆa tylko stewardess kapitana Eustazego. Jak poczwarka zmienia si© w motyla, tak Henio BORAKOWSKI, urodzony 2 lipca 1907 roku w Szawlach na Litwie, sz¢sty officer na "Ko˜ciuszce", zacz¥ˆ peˆni† wiele innych, pokrewnych z tym zawo- dem funkcji, pˆywaj¥c w charakterze marynarza i officers do 1935 roku. Od 1986 do 1987 roku byˆ sekretarzem Departamentu Morskiego Ministerstwa Przemysˆu i Handlu, a w latach 1987-1989 pierwszym kapitanem portu w nowo wybudowanym porcie we Wˆadysˆawowie. Od wybuchu wojny do 1945 roku przebywaˆ w niewoli hitlerowskiej w obozie Woldenberg. Od wyzwolenia do 1950 roku byˆ organiza- torem Departamentu Morskiego Ministerstwa Przemysˆu i Hancilu, a nast©pnie Ministerstwa ½eglugi - jako naczelnik Wydziaˆu ½eglugi oraz doradca ¾eglugowy. W 1948 roku - w roli przewodnicz¥cego polskiej delegacji - wzi¥ˆ udziaˆ w Mi©dzynarodowej Konferencji w Sprawie Bezpieczeästwa ½ycia na Morzu w Londynie. W latach 1950-1953 peˆniˆ funkcj© kierownika nauk na "Darze Pomorza" oraz kapitana ¾aglowca szkolnego ,:Janek Krasicki". Od 1958 do 1957 roku byˆ naczelnikiem Wydziaˆu Port¢w w Urz©dzie Morskim, a nast©pnie - do 1961 roku - dyrektorem Szkoˆy Ryboˆ¢wstwa Morskiego w Gdyni. Od 1961 do 1969 roku pˆywaˆ jako kapitan na statkach Pol- skiej ½eglugi Morskiej. Pomimo odej˜cia na wˆasn¥ pro˜b© na emerytur© pracuje na 48 b: 49 p¢ˆctacie jako zast©pca gˆ¢wnego nawigatora w P½M, zast©puj¥c po ~ailka~ ,miesiqcy kapitan¢w na statkach P½M, w szczcg¢lno˜ci na '; du¾ych zbiornikowcach. Opracowuje jednocze˜nie program szkole- nia zaˆ¢g na zbiornikowcach. Jest r¢wnie¾ autorem ksi~.¾ki "Zbior- nikowce i ich eksploatacja". a t~ ~~ . Bukiet Podczas sztormowej pogody na Morzu P¢ˆnocnym fale pi©trzyˆy si© nad dziobem naszego transatlantyka "Ko˜ciuszko" i okryte biaˆ¥ pian¥ przetaczaˆy przez jego pokˆad dziobowy. W przeciwieästwie do naszych dw¢ch innych transatlantyk¢w-"Polonii" i "Puˆaskiego" - "Ko˜ciuszke" miaˆ nieprzerwany pokˆad od dziobu do rufy. Drug¥ wˆa˜ciwo˜ci¥ "Ko˜ciuszki" byˆa zdolno˜†, z jak¥ unikaˆ zalania dzio- bu, nawet na du¾ych falach oceanicznych. Wˆa˜ciwo˜† t© wykorzystaˆ w spos¢b osobliwy kapitan Eustazy Borkowski, by za†mi† kapitan¢w dw¢ch tamtych transatlantyk¢w, Mamerta Stankiewicz i Zdenka Knoetgena, oraz wszystkich innych kapitan¢w na ˜wiecie - jako jedyny w tym zawodzie ZAKLINAGZ FAL. Po dhxgich "studiach" nad zachowaniem si© "Ko˜ciuszki" na fali doszedˆ do doskonaˆo˜ci w ocenie, kt¢ra fala i kiedy przewali si© przez dzi¢b, a kt¢ra nie wejdzie. Obliczyˆ tak¾e czas, w kt¢rym mo¾na bez obawy przej˜† przez pokˆad od nadbud¢wki salonu i mostku do przedniego masztu oraz wr¢ci† "such¥ stop¥" - pomimo sztormu i fali. Przy sprzyjaj¥cej, sˆonecznej pogodzie, z wiatrem i fal¥ z dziobu, kapitan Eustazy przyprowadzaˆ pasa¾er¢w w zaciszne miejsce za nadbud¢wk¥, jako wyj˜ciowe na dzi¢b, i po kr¢tkim zaznajomieniu pasa¾er¢w - ˜ci˜lej m¢wi¥c: pasa¾erek - ze swoim DAREM ZAKLI- NANIA FAL, proponowaˆ sprawdzenie skuteczno˜ci jego zakl©†. W tym celu naleiaˆo z peˆnym zaufaniem wzi¥† go pod r©k© i uda† si© na przechadzk© po zalewanym przed chwil¥ falami pokˆadzie. Paä nie dosi©gaˆa ani jedna kropla wody! —ciskaj¥c ramieniem r©k© przepeˆnionej wiar¥ w jego czarodziejs- two pasa¾erki, ruszaˆ z ni¥ w wyliczonym przez siebie momencie w kierunku dziobu i pi©trz¥cych si© nad nim fal. Wysoko wznosiˆ sw¥ 51 prawic©, j~.k gdyby bˆogosˆawiˆ wzburzone fale, gˆo˜no mowi¥c: CICHO, MATKA MORZE! CICHO, MATKA MORZE! CICHO, MATKA MORZE! To trzykrotnie wymawiane zakl©cie sˆuiyˆo mu do obliczenia momentu, w kt¢rym trzeba byˆo wyruszy† do obranego punktu przy maszcie. Uroczy˜cie i bardzo wolno, jak gdyby kroczyˆ w procesji, prowadziˆ nieprzytomn¥ z podziwu dla niego dam© po pokˆadzie, przez kt¢ry przed chwil¥ przeszˆa szalej¥ca fala. Nie daj¥ce si© opisa† zachwyty i zdumienie pasa«er¢w objawiaˆy si© najpierw zbiorowym westchnieniem ulgi, gdy kapitan, trzymaj¥c pod r©k© pani¥ nawet nie mu˜ni©t¥ bryzgami fali, odprowadzaˆ j¥, jak gdyby byˆa kr¢low¥, ku pocz¥tkowi WYCZAROWANEJ przez niego podr¢¾y. Najwi©kszy jednak entuzjazm wybuchaˆ w¢wczas, gdy olbrzymia fala hucz¥c wchodziˆa na pokˆad, zalewaj¥c "nie wystygˆe" jeszcze ˜lady st¢p TAKIEGO KAPITANA i wyznawc:yni jego czarodziejskiej mocy. W 1936 roku do sˆuiby na linii Europa-Nowy Jork w dniu 18 maja wszedˆ siostrzany statek "Pilsudskiego" - motorowiec "Bzt@ry". Sˆaws zaklinacza fal na "Ko˜ciuszce", spot©gowana legend¥, otoezyˆa kapitana Eustazego r¢wnie¾ na "Batorym", gdzie znalazˆy si© osoby, kt¢re miaˆy ju¾ za sob¥ kilka podr¢¾y na "Ko˜ciuszce" pod ~jego dow¢dztwem. W koäcu maja wszedˆ do sˆu¾by na tej linii najwi©kszy statek zbudowany przez Anglik¢w, RMS "green Mary". Na "Batorym" tematem nieustaj¥cych rozm¢w ~v˜r¢d pasa¾er¢w byˆy nowoczesne statki pasa¾erskie, kt¢rych "wielko˜†" ˆ¥czono z "wielko˜ci¥" kapitana Eustazego. Pomimo caˆej dumy narod¢wej z posiadania dw¢ch najbardziej nowoczesnych statk¢w, "Piˆsudskie- go" i "Batorego", uwa¾ali oni, ¾e sprawi¥ Eustazemu wielk¥ przy- jemno˜†, je¾eli uznaj¥ go za jedynie godnego dowodzenia takimi statkami, jak "¤,ueen Mary". Jednocze˜nie dzielono si© wyczytanymi wiadomo˜ciami o najwi©kszych transatlantykach. I tak na przykˆad wysoko˜† "Q,ueen Mary" oceniano w zestawieniu ze Statu¥ Wolno˜ci w Nowym Jorku... Mostek "Q,ueen Mary" byˆ na wysoko˜ci jej wyci¥g- ni©tej r©ki. Przez ka¾dy z komin¢w mogˆy przej˜†, id¥c r¢wnolegle, TRZY NAJWI¨KSZE LOKOMOTYWY angielskie. Trzysta tysi©cy robotnik¢w byˆo zatrudnionych przy budowie przyszˆej "Q,ueen Mary". Dla dobrania odpowiedniego ksztaˆtu do rejs¢w przez P6ˆ- nocny Atlantyk, wykonano przeszˆo siedem tysi©cy eksperymentow z mn¢stwem modeli. Ka¾dy z nich w basenach do˜wiadczalnych prze- byˆ tysi¥c mil. Dla sprawnej obsˆugi dw¢ch tysi©cy pasa¾er¢w i tysi¥ca pi©†dziesi©ciu ludzi zaˆogi, dla szybkiego ich przerzucania przez 11 pokˆad¢w byˆo 11 wind. Ka¾da kotwica tego olbrzyma wa¾yˆa 16 ton. Najwi©ksze, jakie dotychczas skonstruowano. Pr©d- ko˜† 28 w©zˆ¢w. Ch©tnie widziano by kapitana Eustazego jako dow¢dc© "Norman- die", a to z powodu zdobycia przez ni¥ Bˆ©kitnej Wst©gi Oceanu. Najwi©ksza pr©dko˜†, jak¥ statek osi¥gn¥ˆ, wynosiˆa 31,87 w©zˆ¢w. Z k., Southampton do Nowego Jorku przeci©tna wynosiˆa 29,53. W drodze do Europy - 30,34. "Normandie" mogˆa zaokr©towa† ˆ¥cznie 3317 pasa¾er¢w i 1345 czˆonk¢w zaˆogi. Ze wzgl©d¢w bezpieczeästwa podzielona byˆa na wodoszczelne przedziaˆy, z kt¢rych 32 byˆo zamy- kanych hydraulicznie, a 29 r©cznie. Pr©dko˜† zawdzi©czaˆa swym 160 tysi¥com koni mechanicznych. Ton rejestr¢wych liczyˆa 79 288; miaˆa 12 pokˆad¢w, by nie m¢wi† ju¾ o.luksusie i pi©knej dekoracji sal. Wodowana byˆa 29 pa«dziernika 1932 roku. Przypominano sobie r¢wnit¾ dawne rekordy takich statk¢w, jak "Europa" i "Bremen" oraz "Conte di Savoia". '-~~ Z opowiadaä o "Bremen" paniom najbardziej imponowaˆa pro- menade, obramiona witrynami magazyn¢w z najbardziej ˆuksuso- wymi wyrobami. Ramy okien wystawowych byˆy koloru niebie- sko-¾¢ˆtego lub obite ˜wiäsk¥ sk¢r¥. Wobec tych magazyn¢w bladˆy wiadomo˜ci w rodzaju, ¾e st©pka "Bremen" ma l~ztaˆt kroplisty, co - pozwala utrzyma† wi©ksz¥ stateczno˜† i nie naraia statku na wynu- rzanie si© ˜rub przy du¾ej fali. W 1929 roku "Bremen" zdobyˆa Bˆ©kitn¥ Wst©g© Oceanu, o˜i¥gaj¥c pr©dko˜† 27,9$. Wst©g© odebraˆa jej SIOSTRA "Europe". Nie szczyciˆa si© PROMENAD¤, aˆe jej magazyny byˆy r¢wnie dobrze zaopatrzone. Pr©dko˜† w lipcu 1929 roku wyniosˆa 27,91 [?] w©zˆ¢w. Oba statki zyskaˆy miano LEWIATANàW KOMFORTU, pr©d- ko˜ci i bezpieczeästwa. Komfort dla 214T pasa¾er¢w "Bremen" i 2164 "Europy" zapewniaˆy 2S windy elektryczne, sale kinowe, stzzelnice, sale gimnastyczne i balowe, baseny pˆywackie jak r¢wnie¾ ˆ¥czno˜† z gieˆdami, umo¾liwiaj¥ca przeprowadzanie transakcji gieˆdowych z ich pokˆadu. By przy˜pieszy† dostarczanie poczty, zabieranej w gra- 58 52 nicach 220 kilogram¢w, zaopatrzono "Bremen" w samolot wystrze- liwany za pomoc¥ katapulty. KOMFORT stawiano na r¢wni z BEZPIECZEãSTWEM. Podw¢jne dno i 15 sekcji wodoszczelnych. Przy zalaniu trzech sekcji wod¥ z rufy i czterech od dziobu statek m¢gˆ kontynuowa† podr¢¾. �odzie ratun- kowe na 145 os¢b miaˆy tak zabezpieczone motory, ¾e nawet zalane wod¥ mogˆy pracowa†. Niekt¢rzy pasa¾erowie pami©tali jeszcze wielkie dni chwaˆy trans- atlantyk¢w wˆoskich: "Conte di Savoia" i "Rexa". Oba swego czasu zdobyˆy Bˆ©kitn¥ Wst©g© Oceanu. "Conte di Savoia" w maju 1933 roku pr©dko˜ci¥ 2?,53",Rex" w sierpniu 1984 roku - 28,92. Na "Conte di Savoia" sensacyjn¥ nowo˜ci¥ byˆy STABILIZATORY PRZECHY- ˆˆràW, dziaˆaj¥Yce na zasadzie wiruj¥cego b¥ka. Dzi©ki nim przechyˆy statku podczas zˆej pogody nie miaˆy wi©cej nii dwa i p¢ˆ stopnia na ka¾d¥ burt©. Byˆy one LIKWIDATORAMI STRACHU PRIED MOR- SK¤ CHOROB¤. Ci, kt¢rzy jej si© obawiali, a musieli odby† podr¢¾ do Nowego Jorku, bez wahania nabywali bilety na podr¢i tak wspa- niaˆym statkiem, jak "Conte di Savoia". WIELKI kapitan. Eustazy, z zachw~tem poˆykaj¥c pochlebstwaw w kt¢rych stzie powtarzaˆy si© ¾yczenia mianuj¥ce go kapitanem jed- nego ze wspomnianych statk¢w, miaˆ je zapewne ci¥gle w my˜la~h i kto wie, czy mu si© we snach takie kapitanowanie na najwi©kszych "lajnerach" nie jawiˆo... .WIECZàB KAPTTAãSKi n~."R~.to~ym''.. . . .. . .._.. Przy koäcu uczty, na dany przez kapitana Eustazego znak, poja- wiaˆ si© jego PODCZASZY, czyli steward Bolesˆaw, z olbrzymi¥ tac¥, na kt¢rej zamiast napoj¢w znaczonych gwiazdkami pi©trzyly si© artystycznie uˆo¾one wi¥zanki z chabr¢w i kˆos¢w ¾yta. Misternie splecione jeszcze w kraju, byˆy pieczoˆowicie przechowywane 'w odpowiedniej temperaturze w chˆodni okr©towej, by nie straciˆy nic ze swej ˜wie¾o˜ci, a¾ do momentu CZARàW, kt¢re odprawiaˆ kapi- tan podczas Wieczoru Kapitaäskiego na SWOIM statku. Dwurnetrowej nieomaˆ wysoko˜ci, kapitan uroczy˜cie przesuwa si© pomi©dzy stoˆami, a za nim nieodst©pnv PODCZASZY, d«wiga-' j¥cy fac©. Kapitan zatrzymuje si© co chwila. Obu r©koma bierze z tact' wi¥zank© z tak¥ pieczoˆowito˜ci¥, jakby to byˆ klejn¢t zbudowany z 1'najbardziej kruchych substancji, i wr©cza j¥ dwmie, oczarowanej ˜wie¾o˜ci¥ kwiat¢w mimo przebycia przez nie oceanu. Mieni¥ si© szafirem chabry, zˆotem - kˆosy. Po obdarowaniu wszystkich dam na Bali kwiatami z Polski kapitan wraca na miejsce i wznosi swe olbrzy- . mie dˆonie nad oczarowanymi sˆuchaczkami m¢wi¥c: '~. - Te kˆosy, kt¢re miaˆem zaszczyt paniom wr©czy†, niech przy- pomn¥, ¾e byˆy pokarmem ich pradziad¢w, dziad¢w i ojc¢w, zanim wyruszyli do Nowego —wiata... gdzie jui panie przyszˆy na ˜wiat. Te chabry niech paniom przypomn¥ ich pi©kn¥ ojczyzn©, po kt¢rej kaida z paä odziedziczyˆa sw¥ pi©kno˜†. Ojczyzn©, nigdy przez iadn¥ z paä nie zapomnian¥, o czym ˜wiadczy ich obecno˜† na tym polskim statku, kt¢rym mam zaszczyt dowodzi†, oraz to, ie mog© porozumie- wa† si© z nimi mow¥ praojc¢w, przechowan¥ w pami©ci przez panie do tej chwili. Te wˆa˜nie czynniki zˆo¾yˆy si© na to, ¾e nie zazdroszcz© kapitanowi "Europy" czy "Bremen". Nie zazdroszcz© kapitanowi ~* F "Conte di Savoia" ani "Normandie". Nie zazdroszcz© nawet kapita- nowi najnowszego i najwi©kszego statku "(Z,ueen Mary". Jestem bowiem najszcz©˜liwszym kapitanem na ˜wiecie. Je˜li mnje paästwo zapytaj¥, dlaczego, odpowiem: Bo tylko mnie jednego na ˜wiecie otacza taki , BUKIET PAã! 54 Kochaaani moi oficerowie Od kilku dni kapitan prawie nie opuszczaˆ mostku. Ci©¾ki sztorm na Morzu P¢ˆnocnym n©kaˆ "Ko˜ciuszk©" z siˆ¥ jedenastu~iwunastu stopni w skali Beauforta. Morze nie chciaˆo si© uspokoi† nawet w Skagerraku. Nudziˆ si© kapitan, nudzili si© oficerowie. Choroba morska trzymaˆa. ~prawie wszystkich pasa¾er¢w w kabi- nach. Naraz w nocy 12 listopada 1938 roku czerwone rakiety wzywaj~ce pomocy przerwaˆy monotonne sztormowe godziny. Zawiadomiony kapitan zjawiˆ si© natychmiast na mostku w swej olbrzymiej futrza- nej czapie. , - KochAAAni moi! Kto wzywa MOJEJ pomocy? W tej same] chwili nowa rakieta zabˆysˆa w ciemno˜ci. - Poˆo¾y† si© na kurs do wzywaj¥cych MOJEJ pomocy! - zagrzmiaˆ kapitan. - Zaˆog© postawi† w stan pogotowia! Przygotowa† szalupy do spuszczania, liny, reflektory, sztormtrapy! Wszystko byˆo gotowe do akcji, gdy "Ro˜ciuszko" zbli¾yˆ si© do statku wzywaj¥cego pomocy. Byˆ ,nim niemiecki parowie† rybacki "Horst Weasel". Na widok zbli¾aj¥cego si© transatlantyka zaˆoga trawlers w liczbie dwunastu ludzi spu˜ciˆa ˆ¢d« ratunkow¥ i pod- pˆyn©ˆa do "Ko˜ciuszki", kt¢ry tak si© ustawiˆ, by zasˆoni† ˆ¢d« przed falami. Po chwili wszyscy ju¾ byli na pokˆadzie. - KochAAAny m¢j! - przykazaˆ kapitan intendentowi. - Prosz© zaopiekowa† si© rozbitkami, by im na niczym nie zbywaˆo. Uszkodzony "Horst Weasel" wci¥¾ trzymaˆ si© na wodzie. - KochAAAni moi! - rzekˆ na ten widok Szaman do oficer¢w i zaˆogi. - My kochamy statki. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by ocali† ten parowiec. Na ochotnika ni©ch zgˆosi si© jeden officer i. trzech marynarzy. W obec tego, i¾ wszyscy okazali si© ochotnikami, kapitan poleciˆ, ¾e p¢jd¥ ci, kt¢rzy maj¥ sˆu¾b©. -Je˜li b©dzie nadziej a uratowania- instruowaˆ w ostatniej chwili - we«miecie hol! Widz©, ¾e kochacie statki i ¾e zrobicie wszystko, by uratowa† ten parowiec. Pomimo szalej¥cego sztormu i ˜nie¾ycy nowa zaˆoga statku "Horst Wessel" przyj©ˆa hol i podniosˆa na rufie polsk¥ bander©. Sztorm przybieraˆ na sile. Fala wzrastaˆa. Po sze˜ciu godzinach hol p©kˆ i "Horst Weasel" znikn¥ˆ w ˜nie¾ycy. Nowa zaˆoga wystrzeliˆa rakiet©, by da† zna†, w kt¢rym miejscu si© znajduj¥. Kiedy "Ko˜ciu- szko" zbli¾yˆ si© do trawlers, otrzymaˆ wiadomo˜†, ¾e woda zalaˆa magazyn z karbidem u¾ywanym do ~o˜wietlenia i ¾e wody wci¥¾ przybywa. Kapitan uznaˆ sytuacj© za zbyt niebezpieczn¥ ze wzgl©du na mo¾liwo˜† wybuchu i kazaˆ caˆej czw¢rce wr¢ci† na "Ko˜ciu- szk©". Witaj¥c przybyˆych z powrotem na pokˆad, powiedziaˆ: - KochAAAni moi! Pod moim dow¢dztwem nauczyli˜cie si© kocha† ka¾dy statek. Dzi©kuj© wam za wykazan¥ prawdziw¥ miˆo˜† marynarza do swego domu, na kt¢rym przebywa morza i oceany. Officer, kt¢ry sˆuchaˆ tego przem¢wienia, powiedziaˆ z ¾alem w gˆosie: - Gdyby pan kapitan zaczarowaˆ MATK¨ MORZE, to na pewno ` ten statek by ocaliˆ. Spod wielkiej czapy Szamana padˆa odpowied«: - KochAAAny m¢j! Lepiej by˜ gˆupstw nie gadaˆ! 56 Za†mienie Szamana Do najwi©kszych lingwist¢w ˜wiata nale¾aˆoby zaliczy† Adolfa Ardschullera, pomocnika intendenta na naszym transatlantyku "Koõciuszko". Wybiˆ si© pan Adolf dzi©ki swemu wielkiemu poczu- ciu humoru, bˆyskawicznej orientacji i dw¢m netrom wzrostu, tote¾ jego rozmowy z kapitanem Eustazym Borkowskim toczyˆy si© na jednakowym poziomie. Jedn¥ z najbardziej popisowych r¢1 kapitana Eustazego byˆo demonstrowanie liczby znanych przez niego j©zyk¢w obcych. Dane na ten temat zmieniaˆy si© w zale¾no˜ci od humoru, fantazji i oko- liczno˜ci. W przeddzieä wyjõcia "Ko˜ciuszki" w jedn~. z podr¢iy w latach 1932-1934 kapitan Eustazy podejmowaˆ kilka znakomitych os¢b w barze okr©towym. Im wybitniejsze podejmowaˆ osobisto˜ci, tym wi©ksze miaˆ ch©ci zademonstrowania awych niecodziennych i nie- kiedy osobliwych zdolno˜ci jako kapitan statku. Po u˜wiadomieniu ¢becnych, jak wielkie ci¥¾¥ na nim obowi¥zki zwi¥zane z prowadze- niem codziennej korespondeneji statkowej, dla kt¢rej jednak -nie chciaˆ opuszcza† swych przemiˆych i kochanych go˜ci, kapitan Eus- tazy postanowiˆ na poczekaniu wyczarowa† wspaniaˆ¥ scen© z dyk- towaniem stenograficznych list¢w. Najsˆabszym punktem zamierzo- nego widowiska w jednej odsˆonie byˆa niemo¾no˜† powiadomienia i przygotowania do niego drugiego aktora w osobie pomocnika intendenta, Adolfa Ardschullera. Zawezwany przez stewards, zgod- nie z rozkazem kapitana, pan Adolf zameldowaˆ si© z PRZYBORAMI PISEMNYMI w barze. Ardschuller, pilnie w tej chwili potrzebny kapitanowi do odegra- nia kluczowej roli wielkiego lingwisty, byˆ naturalnie przez kapitana "kochany", co z ust jego wˆasnych usˆyszaˆ: 58 - KochAAAny m¢j, nie mogˆem opu˜ci† tak miˆego towarzystwa i wobec tego wezwaˆem ciebie. Podyktuj© ci kilka list¢w, b©dziesz je szybko stenografowaˆ, by jak najmniej zabraˆy mi czasu, a s¥ bardzo pilne: Adolf Ardschuller poj©cia nie miaˆ o stenografii, ale pˆywaj¥c pod rozkazami Eustazego Borkowskiego nauczyˆ si© ju¾ wielu rzeczy, a przede wszystkim: nie przeciwstawia† si© ¾adnemu Z~.U wynikaj¥- cemu z niespodziewanych i osobliwych zachcianek natchnionego kapitana. Kapitan wiedziaˆ, ¾e Adolf, znaj¥c niemiecki i angielski, zupeˆnie nie zna atenografii, w zwi~zku z czym obawiat si© z jego strong wybuchu bezmy˜lnej szczero˜ci. Mimo to nakazaˆ: - KochAAAny m¢j, a wi©c stenografuj! I kapitan zacz¥ˆ szybko w swoim nosowym j©zyku dyktowa† po niemiecku list do Hamburga w sprawie przysˆania ofert na nowe kotwice. W galopie wyrzucanych sˆ¢w kapitan nie zapomniaˆ wtr¥ci† pytania po polsku: - KochAAAny m¢j, zanotowaˆe˜? Rzadkie wˆosy na gˆowie pans. Adolfa w pierwszej chwili «~eiyˆy si© na wiadomo˜†, ¾e ma stenografowa†, i ju¾ miaˆ na j©zyku, przepro- siny, ¾e stenografii nie zna, ale ten moment osˆupienia, dostrze¾ony w por© przez kapitana, zostaˆ zalany potokiem niemczyzny znanej Adoˆfowi. Ardschuller wiedziaˆ, ¾e sprawy tego rodzaju zaˆatwia inspektorat linii bez udziaˆu statku czy kapitana, i to w Danii, zorientowaˆ si© wi©c, ¾e ma w tej chwili GRA� rol© ˜wietnego ste- nografa, ¾e scena z listami jest.stworzon¥ przez kapitana now¥ jego FATAMORGAN¤. . - KochAAAny, dopisz, ¾e spraw© nale¾y traktowa† jako bardzo pi~~ Adolf wpadˆ ju¾ w rytm kapitana i jak echo powt¢rzyl po pol- sku: - Jest, traktowa† jako bardzo piln¥ - akcentuj¥c to jeszcze raz silniej po niemiecku. Biogi u˜miech zadowolenia przelecial przez twarz kapitana Eustazego. Ardschuller wgryzˆ si© w wyznaczon¥ mu rol©. - Teraz drugi list, m¢j kochAAAny. Adresatem byˆa stocznia we Francji, gdzie kapitan chciaˆ dokowa† 59 "Ko˜ciuszk~" w najbli¾szej przyszˆo˜ci, jeszcze w tej podr¢¾y. Ard- schuller o francuszczy«nie miaˆ mgliste poj©cie, ale stawiane przez niego na papierze "robaczki" mogˆy r¢wnie dobrze zawiera† tekst francuski, jak ka¾dy finny. Stawiaˆ je nawet szybciej, ni¾ kapitan dyktowaˆ. Jedyne sˆowo zrozumiaˆe z tego listu brzmiaˆo: CHER- BOURG. Tam wˆa˜nie kapitan Eustazy zdecydowaˆ dokowa† "Ko˜- ciuszk©", cho† wiadomo byˆo, ie dokowanie odb©dzie si© w Gdaä- sku. - Zanotuj, kochAAAny: SPRAW¨ TRAKTOWA� JAKO WYJ¤T- KOWO PILN¤. List dti Sewilli nie wywoˆaˆ ju¾. w panu Adolfie iadnych wewn©- trznych opor¢w. Poniewa¾ nie rozumiaˆ ani jednego sˆows padaj¥- cego z ust kapitana, m¢gˆ, "stenografuj¥c", caˆym sercem odda† si© stawianiu najbardziej wymy˜lnych znak¢w. Gdy kapitan zamilkˆ - daj¥c mu tym samym do zrozumienia, ¾e musi list pokwitowa† - Ardschuller powiedziaˆ: - Jest, panie kapitanie: WYJ¤TKOWO PILNE. Po chwili z zachwytem wyshrchaˆ i zanotowaˆ w postaci paru~ es¢w-fˆores¢w nowy adres: ILUSTRISSIMO SENHOR DOCTOR FREDERICO DE OLI~IIERA. TRAVESSA SANTA CATARINA. TRINTA SETE LISBOA PORTUGAL. I dalej: EXCELElVTISSIMO SENHOR DOCTOR! Wiedziaˆ teraz, ¾e pisze list po portugalsku, i z nabyt¥ ju¾ wpraw~ stawiaˆ znaczki "stenograficzne": Odtwarzaˆ w nich rnimo woli widziane niegdy˜ gismo arabskie i sansi~ryt. Rzecz najwa¾niejsta, ¾e stawiaˆ j~ ju¾ pewnie i sprawnie. Mi©dzy wznoszonymi od czasu do czasu przez kapitana,toi na cze˜† przemiˆych i kochanych go˜ci a sˆowami nowego `iistu wyˆowiˆ znajome STOCKHOLM. Wynikaˆo z tego, ¾e "stenografu~" teraz po szwedzku. Chc¥c oiywi† monotoni© "robaczkowania", zad¥ˆ kapitanowi pytanie: - Czy to gismo, panie kapitanie, r¢wnie¾ traktowa† jako PIL- -KochAAAny m¢j, jak mo¾esz o to pyta†~ Sam widzisz, wynika to z tre˜ci listu, a przecie¾ w ¾adnym wypadku - gdyby to nie byˆo ¥¾ tak pilne - nie nudziliby˜my t¥ ˆz Morskiego": .,. Zdenko ˜NOETGEN "Pan by† pewien, ¾e pan to zrobi† jak najlepiej?" (Sˆu¾ba w Austria- ckiej Marynarce Wojennej poˆo'zyˆa, jak wida†, trwaie pi©tno na polazuyfnie kapitana). Y ` a~ Eustazy BORaOWSRI "To co daje natn ezcz©˜cie, nie jest äkcj~". (Z t; dewiz~ i wiar~, wydaje si©, kapitan Borkowski azedt przez ¾ycie). Witold PANASEWICZ "D˜~ntelmen nie widzi, gdy kto# czyni coe niewtaiciwego". (T.godnie s g definicj; kxpitan Panasewicz byl,d¾entelmenem ntd diattel- mcnami). Edward PArEWICZ "Nu wie ro, a?,Jak nie wie sieä czego˜ doktadnie -to mo¾na zrobi† warunkowo!"v.".;., (Syn zesiaäca, ptywaj¥cy na rosy~akich statkach ekspedycyjnych av Arktyce, nie miaˆ gdzie, jak ˜wiadczy cho†by to wypowied«, uczy† si© ~jczystego j©zyka). ˆ: ,,V W 192 r. na wraosaKiskgch Szkocji, a st¢p w~¢rza Tines, pode~sa bezaenn'c[~ jed~~tu miesi©cy p o c z ¥ t autor "Szamana Morskiego". ("Narodziny Ssa~lana.Morskiego") Maria Narwid-Raczkiewicz¢wna. Primo voto Borchardt, secundo voto Czy¾owa, matka Karola Olgierda. To ona data sy- nowi pierwszy impala do pisania. ("Naro- dziny Szamana Morakiego") Pani Borchardt.Czyˆsow: w eGdziwym wieku (nie¾yj¥ca ju¾) ze swym eynem, autorem "Znaczy Kapitana", "xt~iwwnika apod SottäoritYry@@ i obecne$o "Stamuta Morskiego". ("Narodziny Szamana M~aki~ego'7. Fot. EdmardJa~ik ,. :':. ,~. f. $raifialawa Biskupska (Zobaczyäska) bezskutecznie sta- to~ala yep nam¢wi† awego ucznia z klasy VI Gimnazjum ~1. amt Mickiewieza w Wilnie (1922 r.) do pipania psych wypracowaä w j©zyku francuskim. ("Naro- piny Szamana Morskiego' ) iW~@f: Zoäa Domaniewska, nauczycielka w klasach VII i VIII j~, lyka frmcuakiego i historii powazechne,~, gniewaˆa siq tak¾e na rwego uc:nia za telegraficzny aryl wypracowaä. _. ~y S~~ Morskieg¢") ~,.;†~,,;: , Dflpiero LudvAdk Scolarzewicz oce¥iˆ nstle¾xcie t©piou~ ~. fY ~t`1f wi~j~!t ,~, s 1t31'~~ w~iy.,. @ ~,~-~ : ~yi.. ~typraoo~nie z "li~iitt~¢yw Ce'i ~~` $iq z i a d m 't a s k ¢ w . ("NarodsiBy S~p~ Il~oi~li~ie> Kmdr i kpt.¾.w. Mieczysˆaw Burhardt z francusk¥ Legit Honorow¥. To wia˜nie Burhardtowi nie udato eiG Ekˆoni† Ewtaugo Borkowakiego do porzuccnia paryskiej taks¢wki. ("Loksodroma Szamana") -: "'' :, ~ 19Y9 r, dsiGki "silo wyissej" na ministeriabt~rpn poziomie, ka~itan Euata;y Borkowaki taks¢wki zostat przenieaiony na parowiec liniow' "Premier' (zbudowany w 1922 r., wl† IS wGzˆ¢w, 85l0 BRT, X50 paaa¾er¢w, 80 os¢b zaiogi) - po ode, ~'u z tego statku, z a sˆego etanu zdrowia, kapitana Mamerta Stankitwicza.("Lokeodroma Szamana") au ¾e swoimi "kochaaanymi. O d 1 t ui a j: III officer Mik~ˆaj Deppias, I officer IL Sadoweki,-kapitan Euetazy Borkowsti, II oGcer W a†iaw Ta~gt~odzki i aeyetent pokˆadowy Lawatadov)aki. ("Loksodroma Szamana") 5amoch¢d z epoki, Etty kapitsn Euatasy Borkow~tki wyfonywaˆ zaw¢d taka¢wkarza. (.Loksod_ ~ro~us Ssamas~t") wx ," :_ H a m o r a o b c y c h wyjs˜nia, co byˆo gˆ¢wvym obowi~zkiem kapttana transatlantyka w owym czaaie. 'I~Uw na "glebie" konkurencji m¢gˆ rastt~† w mundune kapitana SZAMAN. ("Scans") a. ., ar.~ Duet na dwa nosy. ("½ywa pomoc nawigacyjna'7 Jedna z naszych uroczych piosenkarek nuciˆa tak: Po co mi gˆos? Po co mi gˆos? Kiedy ja mam muzykalny NOS! . 't J ~ 1 @ J Mniej za˜ uroczy kapitan Eustazy tak: Niczym dla mnie j©zyk¢w stos. Ja mam sw¢j wˆasny - jest nim m¢j NOS! Henio, jako sz¢sty officer, o cztery lata starszy Ten sam Htnio, du¾o starszy, to kpt. ¾.w. ni¾ na zdj©ciu, bˆogosˆawiˆ w my˜lach pani¥ Henryk Borakowski, o bogatej przeszˆo˜ci KlaudiG - ½YW¤ POMOC NAWIGACYJN¤. morsko-naukowej. ("½ywa pomoc nawigacyj- ("½ywa pomoc nawigacyjna") na") Kapitan Euatazy Borkowshi w karykatu@ rze marynarza ~ Mariana Walentynowi- cza. Czego nie dopowiedziaˆ NOS, dograˆa gitara. ("Seans") umaann' it no~vnu 1988 BUK1ET Kapitan "Batorego", Eustazy Borkowski, nie zazdroaciˆ kapitanowi. 1935 "Batory" 14 287 ton 17-18 w©zˆ¢w "(been Mary" 80773t30w. lgqg "Bremen" 51 655 t 27 w. alrs.: Nie zazdroecil te¾ kapitanowi "Bremen". Stated chlubiˆ si4 promenade wewn~trzn¥. Po obu jej atronsc~t byˆy witrrnY magazyn¢w z najbardziej hitsuwwymi wyrobami. Stqpka "Bremen" misˆa ksztah kroplisty. co pozwalaˆo utrzymt† wig etatecsno˜†. 1930 ~u~.. ~9 7~¢ t 27.91 w. Mimo ¾e wyci¥gniqta tGka Statuy Wolno˜ci byˆa na wysoko˜ci mostku tego statku, a przez ka¾dy z jej komin¢w mogˆy przej˜† r¢wnolegˆe do siebie trzy najwi©ksze lokomotywy angiel- skie. 300 tysi©cy robotnik¢w byˆo zatrudnionych przy budowie "(~een Mary' , a zanim ustalono jej kazEaˆt, dostosowany do podr¢'zy przez Atlantyk, wykonano siedem tysi©cy eks- peryment¢w. 1935 ~. "Normandie" 82 779 t 31,37 w. do Nowego Jorku 29,58 w. do Europy 30,34 w. Nie zazdro˜ciˆ kapitan Eustazy r¢wnie¾ ka itanowi "Normandie", mog~cej zaok~towa† 3817 os¢b, zaopatrzonej w 32 hydraulicznych;&~wi i tpaj¥cej siˆt maszyn 160 tysiGcy koni. f xt .~ r i.., r Nie zazdro˜ciˆ kapitanowi "Europy". Statek ten nie miaˆ wprawdzie promenady. a4e sego magazyny byˆy r¢wnie˜ dobtze saopatrz~e. W I9E9 r. "Europa" odebtat~ swcmu siasa~- semu statkowi "Bretl4en" - Bˆqkitn3 W~stggG Oc~su (27,91 w.). Ho~fort nz obu atatkuh ~p~wniaˆy 23 windy eiektr'czne, saˆe kˆnowe, strzeˆnice... _ 1931 "Conte di Savoia" >ie z,~draiciˆ naw~ kapitanowi wCottu di Ssvoi:". ms a na ewoim atatku sensacyjn~ ~IO~o$E yv postaci stabilizator¢w przech one ' @ widatorami strachu przed chorob¥ tnoesk¥~. ("BultieE") ~ Itw l -: ~~ r To zdj©cie mo¾e przedstawia† mo- ment wr©czenia srebrnego pucharu za uratowanie zaiogi trawlers "Horst Weasel". A moie jest to drugs na- groda dla miw "Ko˜ciuszki"? W ybory miss, jako atrakcj© dla paaa¾er¢w, wymyiW.aam kapitan Eustazy, reze- rwuj~c eo¢ie role gl¢wnego e4dziego. Kandydatki dwa razy defilowaty pried wysokim jufy: raz w koetiu- mach iypielowycä, a drugi rsz w balowych aukniach: Pierwsu na- groda - darmowy przejazd do E- uropy i z powrotem na "Kti˜ciuszce"; diuga _. erebrny puchar; trzecia - koes owoc¢w i azampan. ("ICochaaani moi ~cerowie") . y. : ~ ~ ~p E p:uc¢odz~-eie6mn~Pendand. T~tio Auguetyn Budziet (ur. w 18A1 r. w Wielkiej Wsi) p~ "na zawod~eie" zmimi† kars o PtSi. STOPMA. ("Opatrznob†") l~ia WiB~CZH,/~rlfl!t~GH3'$ oda:edi Augustyit Budsisz razem: kutrem mi©dzy Helem a Gdyni¥ podczas , s~o aztotmu 17 L 1955 r. ~. ', '. Kpt. i.w. Jerzy Mieszkowski (Szermierz), ab- solwent Szkoly Morskiej w Tczewie z 1927 r., OJCIEC CHRZESTNY bizonicy Manitoby. ("Bizony") W 1940 r. jako kapitan parowca "Morska Wola" zabiera polskich ¾oinierzy z NanteB. W lipcu 1942 r. jako kapitan innego parowca, "Paderewski", ratuje norweskich marynarry, storpedowanych koto wyspy Trinidad. W grudniu 1942 r. sam zostat atorpedowany. W ksi¥¾ce ¾eglarskiej n sternika-efemerydy, b< r. po niecaˆym~~¢hora nia, widnieje autograf st©pstwie kapitana Et go. " ...Kiedy z koˆei przyst¥piˆa do przeprowadzania szczeg¢ˆowej inspekcji koi, oficer zacz¥t zachodzi† w gˆow©, co kryje si© za t¥ niespodziewan¥ kontrol¥. Kim jest to dama? [...] A mo¾e kobieta-detektyw?" ("Hrabina") "t,@i a ..~'.~ ,^s' @j' :~~ :, Tu akurat kapitan Eustazy na statku w Konstancy, lecz wˆa˜nie w takiej aawej g.rli - ~ Icwq r4k¥ urykawi~tu- n¥, dzier¾¥c¥ r©kawiczk© z prawej r©ki-oczekiwaˆ na hrahin© w rejsie z Nowego ,Jorku do Kopenhagi, by j¥ poprowadzi† do stoˆu w takt marsza L'L I:APITANO. ("Hrabina"1 i;~,. Na zdj©ciu n i a s t a t y inne panie, nie hra- bina, ze swoim towarzyszem, ciesz¥ si© na le¾akach ustawionych na mostku troskliwo˜- ci¥ kapitana, sprawdzaj¥cego, czy zostaˆy na- le¾ycie spowite w koce i snuj¥cego opowia-' dania z TYSI¤CA I NIEJEDNEJ NOCY, sp©- dzonych w Pary¾u. ("Hrabina"` Uroczysry obch¢d 25-ˆocia STRACHU PRIED ZON¤. Szaman stale powtuzat: "Bob si© zawsze ¾ony i aasaavi Pana Boga,@. ("Sandek, Leda i Sytena") Rapitan Borkowfki w urbczpeuj pozie. Obok rabin w rptualnpm etmjn, nf~rysowanp przez autora. ("Sandek, Leda i Syrena"). "Ne zakoäczenie ceremonii podchodzili˜my do stotdw, gdzie siedzieli ½ydzi-emigranci, korzy- stej~cp z potraw koazernpch, przpgotowywanpch pod czujnym okiem ~oszermajntra. Kapitan wktadaf czapk© i przemawiai par© zdaä po iydowsku. Efekt byt zaweze piorunuj¥cp. Robil si© wielki hamider, kodc~cp siq okrzykami: wNiech ¾yje nasz kochanp-kapitanl w" (W. Milcwski: "N~ motzu i na l~dzie") yvvta C!~(r W˜r¢d tfim¢w, przy ˜wiede trzystu pion¥cpch ˜viiec, dokonal i1~ —LUB... ("—lob") 55øN~ OCEAN 2 ,St Kilda ; Roc~kall%~ T~ANTXC~ B RYT M ~ RZE p b tN ACNE W 1935 r. n~ "Piˆsndaki~" w podrd¾y z (ˆdym do Noeego Jortn po mini~ciu latprni przylqa~a Wrat¢ (Gniewu) nast~pilo uroczyete powitanie PANA OCEANA. ("Pan Ocean") "Codzienna" trasa polskich statk¢w przez Atlantyk do Halifazu w Ranadzie, z "nieznodnq" w~epq Rockall na kursie. ("Dziennik okr~tow~") RPt. ¾.w. Adolf Hryniewiecki (z odeskiej Szkoˆy Morski< ji, ~Tazy wychowawca w Szkole Morskiej w Tczewie, w latach 19'10 -1930 wyktadaˆ oceanografi©, meteorologi© i geografi© ~t~podarcz¥. Autor, w¢wczas officer nawigacyjny na "Pitsud- skim", dopiero po dziesi©ciu latach docenii trafno˜† jego "ttaukowe~ def mcji chmury", gdy w grudniu 1935 r. w rejsie powrotnym z NoweRo Jorku do Gdyni ujrzaˆ w pobli¾u wyapy Bornholm, peˆni¥c wacht©, czarn¥ chmur© ˜niegow¥. ("Chmura naukowo") .r... HUR7'ON'S T Navi9alion Tabl~: W Fowty (Kornwalia) kapitan Mamert Stankiewicz poznaˆ komandora Angiel- skiej Marynarki Wojennej, Harolda 1~u- tena, aurora kai¥¾ki "Statki-puˆapki" (o zwalczaniu okr©t¢w podwodnych). Spo- tkanie to zoatato uwieäczone przetˆutäa- czeniem kai¥¾ki na j©zyk polski. Ta kai¥¾ka prawdopodobnie zapˆodniˆa wyobra«ni© kapitana Borkowakitgo, bo nagle zacz¥ˆ opowiada† o swych wyczy- nach z okr©tami podwodnymi podczas pi©rwazej wojny ˜wiatowej. ("Dziennik o- kr©towy") "Rapitan ustawiˆ si© ne naazym prawym akrzydle. Teraz my wygl~dali˜my jak reklama z almanachn Browna, ktbra zachwala tablice na- wi~acyjne Bu~tona". ("Rulminacja") ' 1~'i itan Eustazy Borkowski przed awym wiekopomnym przem¢wieniem wigiiijnym na "Piˆ- st~e~akim" w 1935 r. w Gdyni. ("Wigilia Szamana") Motorowiec "Batory". Fot. i rep. , ")trsyby4 u3ani..." Floäan Staszewski Po˜wi©ceme bandery na "Bato- ~~rVm" w Gdyni 17 V 1986 r. Na zdjgciu: kpt. Eustazy Borkowski i sternik P©kalski (?). "$atory" byl wodowany 8 VII 1985 r. w Monfal- cone (Wtochy). ~~~tl~,i w_ ._. . >,, , ~~ y4a '~': ~t~~. ~:.: n ' . v~.~..~ y ` ''. . . ~r* w~ ;~ @ , w ,y<., , "..~_, ~ø f:~~. m y ~ .~"e˜ ., ' ~ ~a. ~.~.; b5",~.a v,@n a~~ ~@ i .i` w.. ~. øY .G" b :ya a . , ,l w. @"~. ~F^ .. ~.~Y~t'~~12 If i '?r4 y .. s..5 w,~"~. , "A.''..: - ,. . . " ,. Y `~ i.~'r. . , t r ~ ' ; w ' : ~, .' "'- y ~ t1 q~ ~y '~ ¤Ui wrelt ~`~i, ˆ s e~lifs im~aarfants, et~qUt rrf~ne©sif foul to fir: ~t lNr~r~tein! try ~ˆuelques ae~ond~es par wtz ~#ds iu C4?. Si veer: invtsNsse¯.: vne :gimme ' y~Ia#tv~m~~f in~porfente dam un sy:ti~me d'extinction e~ if~rs! foqme de vouˆoir "en avoii poem votre .., ~Z ~ ~~ ~F~~rance b to seine marque ~ ~,..~tie d'insendies ei setvv~ dE . d; 1~l~ä'!Iw!!~ ~T— ~. ,A.~ r .. Mr ~' ø' ~ -'~`'i~rr , ~~.~!yC~cn~traa~j~, ~lnfwtrpen. y,@ ~..`~. . T˜ft..˜Or~! 3LIQ,bG~~6~:~ Po¾ar na "Batorym" 8 VI 1957 r. w podr¢iy z Gdyni do Nowego Jorku. Ogieä ugasiˆa sama zaˆoga. Na ratunek przybyˆ "Piˆsudski". Rapitan Mamert Stankiewicz asystowaˆ cztery godziny, a¾ kapitan Bockowpki upewnil ai©, ¾e nie b4dzie potrzebow9tˆ pomocy. ("Brylantowy krzy¾") _' r.."r ,: ~ . "/ @rowi nawigacyjnemu, m¢wi;cemu o brylaatowym kny¾u przy okazji przechwaˆek kapi- Borkowskicgo z otrzymania Zˆotego Rrzy¾a, m¢gi przyjb† na my˜l "obeypany" brylantami wezy polaki Order Orˆa Bia~g0. ustanowiony w l~tac¢ 1703-1706 przez Augusta II Sass `lantowy krzy¾") Motorovnec "5obieski", pod kapitanem Zden- kiem Knoetgenem, nie ma to drugiego komina (bo tak wta˜nie go ~projektowano), kt¢rym tak b~rdzo zmartwiˆ siq kapitan Edwaid Pacewicz, zwany Domejko. ("Sobieaki") ˜ Kapitan Domejko w karykaturze. ~rrgi nasz jednokominowy motc t«niak "Sobieskiego", kt¢rego iiem byt Edward Pacewicz-DomE Piaskorze¾La przedstawiaj¥ca Bc w gˆ¢wnym haliu .,Chrobrego". NAZWA STATKU,plrt Eudowy I daeo wodewae~it ( t.t.- ttowk po~emy, m.s. - atotlk ~uelo~omy ) t.t.::POIOMA" Glcsgow 1110 t.t...PULASKI" Gasyow tll2 1 wl~1" 1! TII 1lli r $ na ztom: , Aura I mI!%tGf '" 7.500 1 i 1100 10 I 1939 29 ~~ ¢.3i5 ti 900 ˜~~ 37 h 6.@!t 1i 1 10001 ~~h 1 151 !i xI 1!9! S!~ i!' N ! 0~ 9i' E m.:...aATOR~"' u.:e7 to 770 tl71 16 Wonfaloone ~~9 1 llil 1l39 m.t...5~E9Ki" Neweeatlt 11.030 17 i 16i ~ ~~ i3 251ia 193e :Eombnr m.t...ar" 1s v l9io no,~o" n. ii2 1s , o9e sr ,~' N ' I 2s a m9 ' ~ 3@ ~' E � r ¢ d ˆ o - j. Miciäski, S. Holicki: "Pod polsk¥ bander¥". Gdynia 1961. U w a g a : Syhwetki statk¢w w tnblicy s¥ nieproporcjonalne do ich rzeczywistej wielkoõci. /, '. Pomnik Adams Mictiewicza w Paryiu (dzieˆo Bourdelle'ai. Od ta¢mentu gdy autos w 1952 r. tr~ˆ nt traneAtlantyk "Polonia , jako VI cdi~et(akromaiej: asystent pokˆadowy); z niewiado- mych przyczyn nazwa statku kojarzyli mu siq zawsze z Mickiewiczem. Tote¾ doln¥ †z©õ† pomnika uznaˆ za galion "Polonii", w og¢le nie mizˆa ozdoby dziobowej. ("Ostatnia parada") _.. ;".r~,. _.,r... _ _._. _ _~,;~ _ _. ~,s;~ ~ ; ~, a ~@ @": ˜ ~-r t as~ '~ ~ @ . _. ~.o,.: ~ . .. , ,~.@ . r,: ~..r' e_.~ _ .._..as.. .... _. ,~ y ,i ˆ:: ;, Tˆumy otaczaj¥ce drog© wyznaczon¥ ˜wiecami zwi©kszaˆy si©. Szeptem podawano sobie do wiadomo˜ci, ¾e jaki˜ bardzo wielki grzesznik odbywa pokut© z caˆego swego ¾ycia. Inni m¢wili, ¾e to m¥¾ ˜wi¥tobliwy przybyˆ uczci† Gr¢b Pana. Nikt z obecnych nie miaˆ w¥tpliwo˜ci, ie to, co si© dzieje, jest speˆnieniem jakiego˜ wielkiego ˜lubu. Takie rzeczy cz©sto maj¥ tutaj miejsce. Z zakamark¢w ko˜cioˆa wysuwali si© mnisi, przeciskaj¥c si© przez tˆum, by z bliska popatrze† na niezwykˆ¥ posta†, kt¢ra zakupiˆa tak¥ mac© ˜wiec i nie zwa¾aj¥c na zniszczenie swych szat odbywa piel- grz~ymk© na kolanach. Po dokˆadnym obejrzeniu p¥tnika dw¢ch mnieh¢w udaˆo si© w gˆ¥b ko˜cioˆa. W chwil© p¢«niej wr¢cili z trzecim mnichem. Byˆ nim starzec z biaˆ¥ brod¥. Opieraj¥c si© na dˆugim kiju, zaj¥ˆ miejsce a wej˜cia do grobowca. Gdy odbywaj¥cy sw¥ w©dr¢wk© na kl©czkach czˆowiek zbliiyˆ si© do starca, ten nachy- liˆ si© nad nim i spytaˆ po angielsku: - KTO TY JESTE—? - 1 AM MAAAN FROM SEA! ~Jestem czˆowiek z morza!) - zawoˆaˆ wielkim gˆosem osobliwy p¥tnik, nie podnosz¥c si© z kl©czek. Po chwili m¢wiˆ dalej: - Mnie, grzesznikowi, byˆo dune by† a grob¢w najsˆawniejszych ludzi. Byˆem a grob¢w najznakomitszych wodz¢w. Znam groby najznakomitszych ¾eglarzy. Znam groby najwi©kszych my˜licieli. Znam groby najsˆynniejszych astronom¢w. Znam groby wszystkich wielkich ludzi pochowanych we wszystkich cz©˜ciach ˜wiata. Ale nigdy mnie, grzesznikowi, nie byˆo dane by† a Grobu Pans. B©d¥c jeszcze maˆym dzieckiem, gdy pierwszy raz usˆyszaˆem o tym grobowcu, uczyniˆem ˜tub, ¾e zapal© a niego trzysta ˜wiec, gr¢b trzykrotnie na kl©czkach okr¥¾© i co trzy, kroki o zmiˆowanie za gruchy prosi† b©d©, woˆaj¥c gˆo˜no: Mea culpal Mea culpol Mea maxima culpa~ I oto po tylu latach burz i tuˆaczki na wodach wszystkich m¢rz i ocean¢w do¾yˆem tej radosnej chwili, ¾e mog© wypeˆni† ˜lub uczy- niony w dzieciästwie! Kapitan Eustazy - on to byˆ bowiem - zakoäczyˆ sw¥ przemow© i ~wdni¢sˆ si© z kl©cze~. Mnich z biaˆ¥ brod¥ wzi¥ˆ go pod r©k©. Tˆum rozst¥piˆ si© przed nimi, gdy ruszyli w kierunku wej˜cia do mrocz- nego korytarza ko˜cielnego. Pozostaˆy po panu Eustazym pˆomienie trzystu jarz¥cych si© ˜wiec. ~ Sraman Moraki I 29 Rpt. ~.w. Euata~zy 8orkowaki ur. 13 III 1887 ra w lA~arazawie, zmarˆ 16 V 1960 w Hoboken w Nowym Jorku i zoatxt pochowany na cmentarzu w Hanover w atanie Nowy Jork. "Awantury arabskie" Szamana Z tysi¥cem pasa¾er¢w na pokˆadzie, po "wyrzuceniu" ˆadunku w Jaffie, dwie godziny przed zachodem sˆoäca w jeden z pi¥tk¢w 1985 roku nasz transatlantyk "Ko˜ciuszko" pod dow¢dztwem kapitana Eustazego Borkowskiego przeci¥ˆ horyzont i znalazˆ si© na widno- kr©gu, kt¢rego centralnym punktem byˆa Hajfa, jedyny port Pale- styny, b©d¥cej w¢wczas pod protektoratem Anglii. Na redzie Hajfy statk¢w bez liku czekaˆo w kolejce na pilots, by wej˜† do portu. Kapitan Eustazy, po dokˆadnym obejrzeniu z mostku.krajobrazu pomi©dzy nim a portem, oznajmiˆ jednemu z dyrektor¢w linii GAL (Gdynia = Ameryka Linie ½eglugowe), b©d¥cemu w podr¢¾y sˆu¾bo- wej na "Ko˜ciuszce": - Panie dyrektorze! Nie bior© pilots! - Kapitanie! To niemo¾liwe! Zapˆacimy wysok¥ kar©! - KochAAAny m¢j panie dyrektorze - wybulgotaˆ powt¢rnie przez sw¢j ogromny nos kapitan Eustazy. - Nie bior© pilots! Nie mans cZasu! Nie sˆuchaj¥c dalszych sptzeciw¢w dyrektora, kapitan .ruszyˆ do stoj¥cego na mostku starszego oficera, by wyda† odpowiednie roz- kazy. Pierwszy rozkaz brzmiaˆ: All hands on deck.~(Caˆa zaˆoga na pokˆad!)- jakby nasz transatlantyk ton¥ˆ. Z kolei nast¥piˆy dalsze szczeg¢ˆowe rozkazy z jednoczesnym podaniem sternikowi kursu na wej˜cie do portu bez pilots. Nie ma w¥tpliwo˜ci, ¾e NAG�A KREW musiaˆa zalewa† kapita- n¢w statk¢w na redzie na widok intruza, id¥cego "caˆa naprz¢d" w kierunku wej˜cia do portu. Na "Ko˜ciuszce" zakipiaˆo. Na pierwszy plan wysun©ˆa si© orkie- stra okr©towa; z rozkazu kapitana uzbrojona w najbardziej gˆo˜ne instrumenty muzyczne. Miaˆa ona ˜ledzi† kaidy ruck kapitana. Zaˆoga pokˆadowa szykowaˆa trapy - gˆ¢wny koˆo salonu i rufowy ˆ ~rzy czwartej ˆadowni. Przygotowywano trzecie wyj˜cie z©.,statku, z ~~k, zwanego "gara¾u", przez du¾e drzwi wodoszczelne w burcie, i tiwa bomy okr©towe. ,..... Gdy "Ko˜ciuszko" znalazˆ si© w basenie portu i podszedˆ do dogodnego nabrze¾a, kapitan gˆosem nie znosz¥cym sprzeciwu roz- kazaˆ Bogu winnym, przyg~dnym Arabom, stoj¥cym w tym miejscu, przyj¥† curry i posˆusznie zaˆo¾y† na pachoˆki. "Ko˜ciuszko" bˆyska- wiczni,e je obci¥gn¥ˆ i byˆ got¢w do l¥dowania pasa¾er¢w. I oto na rozkaz kapitana Eustazego wskrzeszone zostaˆo widowisko EXODUSU Izraelczyk¢w przez Morze Czerwone. Trzema przygotowa- nymi schodniami run©ˆy na Ziemi© Obiecan¥ setki pasa¾er¢w w dˆugich, nieprzerwanych falach, unosz¥c z pomoc¥ steward¢w, pala- ,czy i marynarzy sw¢j dobytek; jednocze˜nie ci©¾ki baga¾ sypaˆ si© na ~pabrze¾e dzi©ki bomom statkowym, obsˆugiwanym przez maszyn©. Caˆa zaˆoga troiˆa si©, pomagaj¥c przej˜† przez to Morze Czerwone. Wi©kszo˜† ludzi i caˆy baga¾ byˆ ju¾ na l¥dzie, gdy ukazali si© ˜piesznie id¥cy celnicy, policjanci i wˆadze portowe. Baczne oko kapitana Eustazego, przygotowane do ewentualnego KATAKLIZMU zdolnego pogrzeba† jego obraz EXODUSU, dostrzegˆo rozsierdzone twarze wˆadz portu. Kapitan daˆ orkiestrze znak r©k¥ i w tej samej chwili caˆa Hajfa zadr¾aˆa od d«wi©k¢w hymnu GOD SA VE THE KING. Anglicy ZAMARLI w postawach NA BACZNO—�. Umun- durowani salutowali, wszyscy podwˆadni, Arabowie i Izraelici, wypr©¾yli si© jak struny, na˜laduj¥c najwy¾szych przeˆo¾onych. Na oczach sparali¾owanych. hymnem wˆadz palestyäskich "Ko˜ciuszko" koäczyˆ wyrzuca† z siebie pasa¾er¢w i ich dobytek. Gdy ostatni pasa¾er i ostatnia walizka znalazˆy si© na l¥dzie, wˆadze emigracyjne i celnicy nie mieli ju¾ nic wi©cej do roboty na naszym statku. Dla okre˜lenia czasu trwania EXODUSU nale¾aˆoby u¾y† wyra¾enia: W MGNIENIU OKA. Na dany przez kapitana Eustazego znak orkiestra ucichˆa. Zwol- nieni z postawy BACZNO—� przedstawiciele wˆadz portowych i policji ruszyli na "Ko˜ciuszk©". Kapitan Eustazy nieomal z sercem na dˆoni i z wyrazem nieograniczonej miˆo˜ci w oczach witaˆ wchodz¥- cych na trap rozsierdzonych i zachmurzonych dostojnik¢w - jak gdyby nic nie zaszˆo: 130 131 - Szcz©˜liwy jestem, ¾e mam zaszczyt was zn¢w ogl¥da† i go˜ci† - powiedziaˆ. Najwy¾sze szar¾e ruszyˆy za kapitanem do jego kabiny. W momen- cie gdy ju¾ miaˆy wyrazi† swe ubolewanie, zjawili si© stewardzi, wnosz¥c "na baczno˜†" ustawione krysztaˆy napeˆnione k¢lorowymi "likworami"; obok nich pi©trzyˆy si© "rahatˆukumy" (rozkosze pod- niebienia), mog¥ce zaspokoi† wymagania najbardziej wyrafinowa- nych smakoszy. ai Po tradycyjnym dla Anglik¢w toa˜cie: GENTLEMEN, THE KING. - nast¥piˆy inne: ZDROWIE ka¾dego z obecnych w kabinie dostojni- k¢w, nie maj¥cych siˆ oprze† si© DELICJOM kapitana Eustazego, serwowanym w postaci pˆynnej i staˆej. Powoli zacz©ˆy nawi¥zywa† si© stosunki dyplomatyczne, a szala wdzi©czno˜ci, uznania, zgody oraz poczucie humoru przewaiyˆy szal© oburzenia. Rozbrojonym ju¾ zupeˆnie dostojnikom kapitan zˆo¾yˆ podzi©kowanie za wyrozumia- ˆo˜†. Po wpˆaceniu kary za niewzi©cie pilots kapitan Eustazy bˆagaˆ teraz o przysˆanie pilots mo¾liwie jak najszybciej, poniewa¾ ˜pieszy mu si© bardzo do`tlleksandrii. ½ycie na "Ko˜ciu˜zce", b©d¥cym ju¾ w morzu i le¾¥cym na kursie do Aleksandrii, wr¢ciˆo do normy. Kapitan Eustazy z nowym li˜ciem wawrzynu a skroni spotkaˆ si© zn¢w z dyrektorem. -Kapitanie-odezwaˆ si© dyrektor-prosz© mi wytˆumaczy†, po co pan uparˆ 3i© pˆaci† kar© za- rriewzi©cie pilots. Przeeie¾ marry tyle czasu i, jak wiem, nic pans nie pililo, ¾e tak powiem. W gˆow© zachodz©, po co pan urz¥dziˆ to caˆe nieprawdopodobne widowisko? Wygˆ¥daˆo, jakby statek si© paliˆ lub miaˆ wylecie† w powietrze. My˜l©, ie takie wra¾enie miaˆy wˆadze Palestyny. -KochAAAny m¢j panie dyrektorze!-zadudniˆ przez nos kapitan Eustazy.-Pasa¾erowie nasi, kt¢rych wyokr©towali˜my, trzymaj¥c si© ˜lepo przykazaä Talmudu, nie maj¥ prawa podr¢¾owa† w SZABAS, to jest od zachodu sˆoäca w pi¥tek d¢ jego zachodu dnia nast©pnego, czyli w sob¢t©. Jest to najstarsze ˜wi©to Hebrajczyk¢w, obchodzone prawdopodobnie jeszcze w czasach przedmoj¾eszowych. Gdybym czekaˆ na pilots, wszedˆbym do Hajfy w najlepszym wypadku razem z SZABASEM. A wie pan, ile kosztuje post¢j przy nabrze¾u? Prosz© do tego doda† wy¾ywienie przez dwa dni prawie tysi¥ca pasa¾er¢w oraz astronomiczne ceny za wyˆadunek i l¥dowanie pasa¾er¢w w niedzie- l©. Zapˆacona przeze mnie kara za niewzi©cie pilots i za godzin© postoju przy nabrzeiu to przysˆowiowa kropla wody w oceanie tam- tych wydatk¢w. NIESTETY@ jest to tylko RELATA REFERO. Osobi˜cie tego szamaä- skiego EXODUSU nie byˆem ˜wiadkiem. 13~ Magiczny kr¥g Ci©'zko chorego kapitana Mamerta Stankiewicza zniesiono na l¥d. Na zast©pstwo przyszedˆ do nas, na motorowiec "Piˆsudski", w listo- padzie 1955 roku kapitan Eustazy Borkowski. Poprzedzaˆa go sˆaws "cudotw¢rcy" - z powodu osobliwego sposobu bycia, swoistego sys- temu prowadzenia nawigacji i nieprawdopodobnego szcz©˜cia, jakie mu towarzyszyˆo we wszystkich sytuacjach "bez wyj˜cia". Dla ofice- r¢w, kt¢rzy z nim dot¥d nie pˆywali, byˆ iäteresuj¥c¥ zagadk¥. Ceremonia przedstawienia si© nowemu_kapitanowi daˆa mo¾no˜† obejrzenia go z bliska. Wysoki wzrost i ko˜cisto˜† postaci nie zrobiˆy na ¾adnym z oficer¢w wi©kszego wra¾enia. Niepok¢j ogarn¥ˆ nas dopiero, gdy kapitan zacz¥ˆ m¢wi†. M¢wiˆ "w nos" czy "przez nos" tak, ¾e nie mo¾na byˆo si© poˆapa†. Nos miaˆ olbrzymi i odnosili˜my wra¾enie, ¾e gˆos wychodzi wˆa˜- nie stamt¥d. U˜miechaˆ si© do wszystkich przyja«nie i do ka¾dego zwracaˆ si© sˆowami: "KochAAAny m¢j!", po czym nast©powaˆy d«wi©ki: ¤-D¨-D¤-F,-D¨-DF~... Oficer¢w ogarn¥ˆ niepok¢j. Co to si© b©dzie dziaˆo podczas manewr¢w? Na wachtach? Statek ju¾ nast©p- nego dnia miaˆ wyruszy† z Gdyni do Nowego Jorku, przez Kopen- hag© i Halifax. Spodziewano si© wielu nieporozumieä. Pierwsze stacje manewrowe z nowym kapitanem przeszˆy jed- nak¾e spokojnie, bez zgrzyt¢w. Automatycznie. Ale zdarzyˆo si© na pocz¥tku podr¢¾y, ¾e kapitan wszedˆ na mostek i spytaˆ officers wachtowego: . - KochAAAny m¢j! Co on robi? Wysun¥ˆ przy tym szcz©k© do przodu i zatrzymaˆ wzrok na jednym punkcie na horyzoncie. C~cer, kt¢ry przed chwil¥ przez lornetk© obejrzaˆ caˆy widnokr¥g, byˆ zdumiony, ¾e kapitan bez lornetki potrafiˆ dojrze† jaki˜ statek. 134 Jeszcze raz zatem szybko skierowaˆ lornetk© w stron©, gdzie zatrzy- maˆ si© wzrok kapitana. Widno)~r¥g byˆ "czysty". - Kto, panie kapitanie? - spytaˆ. - StAAAtek! - Jaki, panie kapitanie? - Ten! - szcz©ka i wzrok kapitana wyra«nie byˆy skierowane na jeden punkt na horyzoncie. Officer znikn¥ˆ w lornetce. Wr¢ciˆ, ale bez statku. Nie dowierzaj¥c wˆasnym oczom i lornetce, spytaˆ cicho stoj¥cego obok sternika, kt¢ry na rozkaz kapitana musiaˆ zawsze przebywa† na mostku, aby by† pod r©k¥. Teraz miaˆ sˆu¾b© Felu˜ P©kalski. - Feˆu˜! Widzisz ty jaki˜ statek? - Nie widz©, jak pragn© zdrowia! Stary zagina! Nie ma ¾adnego ' statku - wyszeptaˆ sternik. - Nie ma ¾adnego statku, panie kapitanie!~- dobitnie wyja˜niˆ sytuacj© ofi~er. - KochAAAny m¢j! Co on robi? - Kto; panie kapitanie? :: - StAAAtek! '' - Jaki? Nie ma ¾adnego statku, panie kapitanie. -KochAAAny m¢j! TEN! TEEEN! TEEEN!-i kapitan zacz¥ˆ swym '' ogromnym globtrot©rem wali† w pokˆad. Officer zrozumiaˆ wreszcie, ¾e "on" to jest "ten" statek, na kt¢ry~n si© znajduj¥. - TEN ma pr©dko˜† dwadzie˜cia w©zˆ¢w w tej chwili, panie kapi- tanie. Trzeba byˆo si© uczy† nie tylko rozumienia wymowy kapitana, ale i nowego znaczenia sˆ¢w przez niego u¾ywanych. Nast©pne nieporozumienie przydarzyˆo si© drugiemu mechani- kowi, in¾ynierowi Adolfowi Kaczorowskiemu. Id¥c przez salon, ~~tkn¥ˆ si© na kapitana. Sˆyszaˆ, ¾e kapitan do niego m¢wi, ale nie hrozumiaˆ co... - KochAAAny m¢j! ¤-DF-D¨-¨-D¤-D¤... ~' ~Yey ~n¾ynier chwyciˆ prawic© kapitana, potrz¥sn¥ˆ ni¥ i patrz¥c w g¢r©, v- dochodziˆ go gˆos z nosa, odpowiedziaˆ "w ciemno": .w ~: Dzi©kuj©, panie kapitanie! Czuj© si© bardzo dobrze, bardzo Tie! 135 Domniemany organ gˆosu kapitana sczerwieniaˆ, gˆos jeszcze bar- dziej nabrzmiaˆ niezrozumiaˆymi dla in¾yniera diwi©kami i kapitan rozpocz¥ˆ od nowa: - KochAAAny m¢j! ¤-D¨-D¤-¨-D¨... In¾ynier ukˆoniˆ si© i powt¢rzyˆ: - Dzi©kuj©, czuj© si© bardzo dobrze. Kapitan wydarˆ prawic© z r¥k in¾yniera, machn¥ˆ ni¥ z rezygnacj¥ i pu˜eiˆ w ruch swe olbrzymie globtrotery, k~tbrych z powodu roz- miar¢w nie mo¾na byˆo nazwa† butami. Niekt¢rzy zwali je narta- mi. Ile razy spotkali si© kapitan z ~ -in¾ynierem, rozmowa miaˆa podobny przebieg. 0¢cerowie pokˆadowi rozumieli, o co kapitan pytaˆ drugiego me~hanika. Pytilˆ mianowicie, czy w maszynie wszystko w porz¥dku, jakie jest zuiycie ropy za ostatni¥ dob© lub czy b4dzi~e czego˜ potrzebowaˆ do maszyny po przyj˜ciu do Nowego Jorku. Ale nie mieli ochoty psu† wszystkim na statku wspaniaˆej zabawy, wtajemniczaj¥c in¾yniera w lens pytaä kapitana. In¾ynier wi©c nieodmiennie dzi©kowaˆ kapitanowi za pami©† i troskliwo˜† o zdrowie. Wla˜nie byˆ poniedziaˆek. Trzeci dzieä na morzu. Tak si© na tym statku utarˆo, ¾e w poniedziaˆki w mesie oficerskiej na lunch zamiast zak¥sek podawano olbrzymie ko˜ci peˆne soczystego szpiku. Ofice- r†Ywie z okazji tego szpiku postanowiˆi nawi¥za† z kapitanem bli¾szy kontakt towarzyski. Spr¢bowa† pod ko˜ci wyj˜† z koniakiem, jego ulubionym trunkiem, jak nas poinformowaˆ steward kapitana, Bole- sˆaw, kt¢ry wraz z nim przyszedˆ na statek. Postanowi¢no powoˆa† si© na star¥ tradycj© z ¾aglowc¢w, podˆug kt¢rej mo¾na byˆo kapitana, jadaj¥cego oaohac>, by da† oficerom wytchnienie od swej osoby, zaprosi† db rttesy rya posiˆek: Notabene tradycja wymagaˆa zgody wszystkich oficer¢w. Na pasaierskich stat- kach naszego GA'L-a szefem mesy byˆ drugi officer, poniewa¾ starszy officer i starszy mechanik jadali w salonie, razem z kapitanem i pasa¾erami, ka¾dy przy innym stole pasa¾erskim. Wobec tego tra- dycyjne miejsce kapitana na wypadek zaproszenia go do mesy byˆo z prawej strony drugie~o officers, gospodarza mesy. Delegacja, zapraszaj¥c kapitana na lunch, wyja˜niˆa, ¾e cho† znaj- duj¥ si© na nowoczesnym motorowcu pasaierskim, tradycja z ¾ag- lowc¢w jeszcze w nich nie wygasˆa, a pobudki, dˆa kt¢rych go zapra- szaj¥, s¥ r¢wnie¾ to same. Kapitan byˆ wzruszony form¥ zaproszenia i ! tym, ¾e spotkaˆ si© tutaj z tradycj¥ z wielkich iaglowcaw. Po sˆowie "KochAAAni", od kt¢rego kapitan rozpocz¥ˆ swe podzi©kowanie, domy˜lili si© dalszego ci¥gu: ¾e jeieˆi zachowuj¥ tradycje, to na pewno kochaj¥ sw¢j statek, a to wedˆug niego jest najwa¾niejsz¥ cech¥ dobrego marynarza. I ¾e ~ godzinie dwunastej minut pi©tna˜- cie przyjdzie do mesy. Zrozumieli r¢wnie¾, ¾e o napoje nie potrze- buj¥ si© troszczy†, poniewa¾ to nale¾y do przywilej¢w kapitana. Punktuaˆnie o oznaczonej godzinie wszyscy oficerowie powstali z miejsc, by powita† w swej mesie noweg~o kapitana. Za kapitanem wszedˆ jego steward Boˆesˆaw, nios¥c na duiej tacy buteˆki, z kt¢rych ka¾da byˆa zaopatrzona w etykiet© z trzema gwiazdkami. Wszelkie ;' usiˆowania oficer¢w, aby zabawi† kapitana, speˆzˆy na niczym: ~w nikomu nie daˆ doj˜† do sˆows. To on "bawiˆ" ich. Powoli zacz©to nawet rozumie†, o czym kapitan m¢wi. Byˆa to po¾yteczna lekcja jednego z j©zyk¢w znanych kapitanowi. W tym czasie m¢wiˆ o opa- . ; nowanych jui dwunastu j©zykach, ale wci¥¾ pomna¾aˆ ich liczb©. "``,' Przemin©ˆo wiele gwiazdek nad szpikiem. Oficerowie stwierdzili, ¾e kapitan zna si© na tych konstelacjach wybornie. Na stole zjaw~'ˆa si© czarna kawa. Zapowied« koäca lunchu. Z towarzyskiej pogaw©dki ' ''~' kapitan przeszedˆ na wielkie przem¢wienie: - KochAAAni moi! Caˆe swe ¾ycie, od kiˆkunastoletniego chˆopca, t : , sp©dziˆem na morzu. Nie ma morza, od Arktyki po Antarktyd©, na kt¢rym bym nie byˆ. Wsz©dzie, gdzie byˆem, nawi¥zaˆem najserdecz- niejsz¥ przyja«ä z lud«mi tam osiadˆymi. Wsz©dzie pozostawiˆem za sob¥ ludzi zwi¥zanych ze mn¥ dobr¥ nici¥ magiczn¥: na Nowej Zelandii i Nowej Ziemi, na Kamczatce i w Australii, na Ziemi Ognis- tej i Grenlandii, w Chiˆe i na Paumotu, w Chinach i w Kanadzie, nad I Morzem Baiina i na Falklandach, w Japonii i Kalifornii, wsz©dzie na caˆym ˜wiecie - nie b©d© was nudziˆ wyliczaniem tych wszystkich port¢w i osiedli, faktorii czy pojedynczych ludzi, ¾yj¥cych pod li˜- ciem banana. Wszyscy oni, rozsiani po caˆym ˜wiecie, jak ju¾ powie- dziaˆem, poˆ¥czeni s¥ ze mn¥ dobr¥ nici¥ magiczn¥. Nici to na ksztaˆt sieci paj©czej otaczaj¥ caˆ¥ kul© ziemsk¥, zbiegaj¥c si© do jednego punktu. Do jakiego? - spytacie. KochAAAni moi! Do statku, na ! kt¢rym JA jestem. Dlatego mog© tak bezpiecznie ¾eglowa† po caˆym 136 ! 187 ˜wiecie. Ka¾dy m¢j kurs przeci©ty jest sieci¥ nici magicznych, kt¢re ~ni© zawsze ostrzegaj¥ pried niebezpieczeästwem i chroni¥ osob© moj¥ przed zˆ¥ przygod¥. KochAAAni moi! My˜li tych ludzi, id¥c nad f. morzami i oceanami, spotykaj¥ niebezpieczeästwa mnie groi¥ce i natychmiast przestrzegaj¥ mnie przed nimi. Nie ma takiego kie- runku ˜wiata, z kt¢rego nie przychodziˆyby do mnie dobre my˜li i magiczne. Dotychczas nie przeci¥ˆem jeszcze swego magicznego $ : ' kr©gu ze statkiem, kt¢rym dowodziˆem, zanim przyszedˆem tutaj. , TERAZ PRZECINAM! Gˆos staˆ si© dudni¥co grzmi¥cy. Kapitan wstaˆ, podni¢sˆ praw¥ r©k© i przeci¥ˆ ni¥ powiet~,e pionowo od g¢ry do doˆu, m¢wi¥c: - Przecinam sw¢j kr¥g magiczny z "Ko˜ciuszk¥"! Do yvyci¥gni©tej w d¢ˆ dˆoni prawej r©ki doˆ¥czyˆ dˆoä lewej. Zˆ¥czyˆ koäce palc¢w obu r¥k. Pu˜ciˆ i wyci¥gni©tymi r©kami zatoczyˆ p¢ˆkole, tworz¥c w ten spos¢b kr¥g. Zamkn¥ˆ go nad sw¥ gˆow¥ wraz ze sˆowami: ' - A teraz zamykam go nad "Piˆsudskim"! Trzymaj¥c r©ce wzniesione nad gˆow¥, kapitan m¢wiˆ dalej uro- _ czystym tonem: - KochAAAni moi! Od tej chwili caˆ¥ sw¥ siˆ© magiczn¥ przezna- czam na ochron© "Piˆsudskiego". Statek ten i wszyscy jeste˜cie od tej chwili bezpieczni. ½adna was zˆa nie spotka przygoda. Chroni was m ¢ j KR¤G MAGICZNY! ' Oficerowie w mesie wysˆuchali tych ostatnich sˆ¢w kapitana ju¾ na stoj¥co. Szaman w roli Kmicica Po raz pierwszy "Piˆsudski" pod dow¢dztwem kapitana Eustazego Borkowskiego zbli¾aˆ si© do Kopenhagi. Pilota wzi©li˜my znacznie wcze˜niej ni¾ zazwyczaj z kapitanem Stankiewiczem. Pojawienie si© starszego jui i siwego pilots na mostku tak zmieniˆo wyraz twarzy kapitana Eustazego, ¾e asystent pokˆadowy i sternik zdumieni byˆi nie mniej ode mnie. Od tej chwili zacz©ˆa si© pantomima przypominaj¥ca jako ¾ywo sceny z "Potopu" Sienkiewicza, a ˜ci˜lej m¢wi¥c, scen©, w kt¢rej podpieczony przez Kuklinowskiego Kmicic, wyzwolony z wi©z¢w, zamiast ucieka† - zaczaiˆ si© w stod¢ˆce i czekaˆ na powr¢t swego prze˜ladowcy. Gdy ten si© zjawiˆ, sˆu¾¥cy Kmicicowi Kiemlicze - Kosma i Damian - oraz ich ojciec sprawili si© szybko: rozebrali Kuklinowskiego i podczepili go w ten spos¢b, w jaki Kuklinowski przedtem zawiesiˆ Kmicica, by si© nad nim zn©ca†. Ot¢¾ kapitan Eustazy zmieniˆ si© w pans Andrzeja Kmicica: "wzi¥ˆ si© pod bolo i pocz¥ˆ si© cheˆpi† straszliwie", dudni¥c przez nos po duäsku. Mo¾na byˆo si© domy˜li†, ¾e cheˆpi si© posiadaniem przez Polsk© najszybszego i najbardziej luksusowego statku na Baˆtyku, kt¢rego kapitanem jest wˆa˜nie ON, Eustazy Borkowski. Bez w¥tpienia byˆy to stare porachunki, mo¾e z czas¢w mˆodo˜ci. Podobno kapitan Eustazy pˆywaˆ pod duäsk¥ bander¥. Stary pilot m¢gˆ by† wtedy kapitanem lub starszym oficerem i m¢gˆ na podo- bieästwo Kuklinowskiego dobrze Eustazemu "boczk¢w przypiec". Pan Kmicic-Eustazy kiwaˆ gˆow¥ i wskazuj¥c palcem na oszoˆomio- nego pilots, chyba tak m¢wiˆ kpi¥co: "C¢¾, panie Kuklinowski. Kto lepszy: Kmicic czy Kuklinowski? Ty chciaˆe˜ z nim si© r¢wna†, do kompanii jego nale¾e†, w paragon z nim wchodzi†?" 139 W oczach pilota-Kuklinowskiego "tyle byˆo zdumienia, ile prze- ra¾enia" - cho† nie wisiaˆ na belce obna¾ony. A pan Andrzej Kmi- cic-Eustazy Barkowski cheˆpiˆ si© coraz bardziej. Wskazywaˆ na pokˆad i przyrz¥dy na mostku, zmuszaj¥c pilota do podziwiania tych wszystkich cud¢w techniki. Poniewa¾ da Kopenhagi byˆ jeszcze spory kawaˆ drogi, nie uwi¥- zany Kuklinowski-pilot odszedˆ na skrzydˆo mostku. Tam przycisn¥ˆ si© do stoiska kompasu, kryj¥c si© za nim. Nie chciaˆ widzie† i sˆysze† tego wszystkiego, co mu na siˆ© usiˆowaˆ wbi† do gˆowy pan Andrzej-Eustazy. Kapitan zamilkˆ dopiero w¢wczas, gdy pilot mu- siaˆ zn¢w podej˜† do sternika, by mu podawa† komendy. Po skoäczonych manewrach, gdy rozsierdzony Andrzej-Eustazy znikn¥ˆ z pola widzenia, podszedˆem do pilots, wiedziony niczym nie daj¥c¥ si© stˆumi† ciekawo˜ci¥, i spytaˆem go po angielsku: -Przepraszam, ale chciaˆbym wiedzie†, co kapitan chciaˆ od pans? O co mu szˆo? Pilot odpowiedziaˆ pytaniem na pytanie: - A jakim j©zykiem wasz kapitan m¢wiˆ? Bo ja ani jednego sˆows nie zrozumiaˆem. - Jak to mo¾e by†, pilocie? - zdziwiˆem si©. - Nie zna pan j©zyka ,- duäskiego? Przecie¾ kapitan m¢wiˆ po duäsku. Nie mam co do tego w¥tpliwo˜ci. - Mo¾e w waszej imaginacji - odpowiedziaˆ rozgniewany do ¾ywego pilot. - To nie byˆ j©zyk duäski. Miaˆ widocznie nadziej©, ¾e powt¢rz© nasz¥ rozmow© kapitanowi, ¾eby kapitan Eustazy my˜laˆ, i¾ caˆe jego przem¢wienie trafiˆo w pr¢ini©, ¾e je˜li s¥dziˆ, i¾ wyr¢wnaˆ wszystkie zadawnione z pilotem porachunki, to si© myliˆ. A mo¾e rzeczywi˜cie kapitanowi Eustazemu tak gˆos przeszedˆ w dudnienie nosowe, ¾e pilot go nie zrozumiaˆ? Gdy do dziennika okr©towego wpisywalem przyj©cie pilots, jego nazwisko nic mi nie m¢wiˆo. Ale gdy jednemu z koleg¢w, kt¢ry od dawns pˆywaˆ z kapitanem Eustazym, opowiedziaˆem, co si© dziaˆo na mostku, ten nie posiadal si© z uciechy. Wyja˜niˆ, ¾e pilot Mauri- tzen byˆ w pierwszej podr¢¾y kapitana Eustazego do Stan¢w Zjed- noczonych w 1931 roku zaokr©towany na "Ko˜ciuszce" w charakte- rze asystenta kapitana, z uprawnieniami znacznie wi©kszymi ni¾ kapitan Eustazy jako kapitan. A to z tego powodu, ¾e Duäczycy, przekazuj¥c nam swo "Lituani " j¥ © (dawn¥ "Caric©"), przemiano- wan¥ na "Ko˜ciuszko", nie mieli przekonania do zdolno˜ci nawiga- cyjnych kapita~ia Eustazego, jako ¾e wr¢ciˆ na morze po dˆugiej przerwie, b©d¥c przez dziesi©† lat taks¢wkarzem w Pary¾u. Mauri- tzen, przedtem kapitan "Lituanii", czuˆ prawdopodobnie ¾al z powodu oddania tak dobrego statku, i przez caˆ¥ podr¢¾ dobrze "boczk¢w przypiekaˆ" bezsilnemu wobec niego Eustazemu. 140 Pan Ocean Pr¢szyˆ drobny ˜nieg, gdy "Piˆsudski" zbli¾aˆ si© do trawersu latarni morskiej Cape Wrath (Przyl¥dka Gniewu), po kt¢rego mini©- ciu dla statk¢w id¥cych na zach¢d ODKRYWA si© ocean. Na mostek wszedˆ nowy kapitan - Eustazy Borkowski. Kapitan Eustazy, w olbrzymiej czapie z nausznikami, zwr¢ciˆ si© do oficera nawigacyjnego, peˆni¥cego sˆu¾b© na mostku: - KochAAAny m¢j! P¢jdziemy spotka† PAAAna OceAAAna! Officer nawigacyjny nie miaˆ poj©cia o rytuale spotykania "Pans Oceana". ½eby zyska† na czasie, spytaˆ: - Czy asystent pokˆadowy r¢wnie¾ ma wzi¥† w tym udziaˆ? - KochAAAny m¢j! Asystent nie jest godzien. Tylko t y p¢jdziesz spotyka† ze mn¥ PAAAna OceAAAna! W tej samej chwili zjawiˆ si© na mostku steward kapitana - Bole- sˆaw - z tac¥, na kt¢rej staˆa butelka najlepszego koniaku i trzy kielichy. Officer otworzyˆ drzwi prowadz¥ce na skrzydˆo mostku, przez kt¢re ruszyˆa procesja. Prowadziˆ j¥ kapitan, posuwaj¥c si© do przodu swoim chodem wilk¢w morskich - bez odrywania pi©t od pokˆadu. Za dwumetrow¥ postaci¥ kapitana szedˆ officer wachtowy. Procesj© zamykaˆ steward BoIesˆaw, zr©cznie utrzymuj¥cy tac© z butelk¥ koniaku i trzema kielichami w idealnie przez niego wyczu- wanej pˆaszczy«nie sztucznego horyzontu. Poch¢d zatrzymaˆ si© na koäcu skrzydˆa. Kapitan odwr¢ciˆ si© od swej ˜wity i wznosz¥c obie r©ce nad tac¥, uroczystym gˆosem wydaˆ stewardowi polecenie: - NalEEEwaj! Biegˆy w tej sztuce Boleslaw otworzyˆ jedn¥ r©k¥ butelk© koniaku i za chwil© trzy kielichy zostaˆy napeˆnione. Kapitan uj¥ˆ kielich w r©k©, drug¥ zdj¥ˆ sw¥ olbrzymi¥ futrzan¥ czap© i kˆaniaj¥c si© do pasa, zami¢tˆ ni¥ pokˆad: - Dzieä dO00bry, Panie OceAAAn! Dzieä dO00bry!!! Dzieä dO00bry, Panie OceAAAn! Dzieä dO00bry!!! Dzieä dO00bry, Panie OceAAAn! Dzieä dO00bry!!! Po trzykrotnym zamieceniu pokˆadu futrem awego nakrycia gˆowy kapitan wylaˆ caˆ¥ zawarto˜† kielicha na pierwsz¥ du¾¥ fal© oceaniczn¥, kt¢ra uniosˆa do g¢ry statek dotychczas osˆaniany pried ni¥ czarnym, skalistym wybrzeiem Szkocji. Trzymaj¥c wci¥¾ czap© w r©ku, kapitan Eustazy ustawiˆ pusty kielich na tacy, wzi¥ˆ do r¥k peˆny i podaˆ go oficerowi nawigacyjnemu ze sˆowami: ~- Teraz, m¢j kochAAAny, wypijmy rAAAzem zdrO00wie PAAAna OceAAAna! Trzymaj. ;. Gdy drugi kielich znalazˆ si© ju¾ w dˆoni oficera, kapitan wzi¥ˆ do "~ r©ki trzeci i wznosz¥c go wysoko nad sw¥ obna¾on¥ gˆow¥, powie- dziaˆ: - PijEEEmy zdrO00wie PAAAna OceAAAna! Na zdrO00wie, PAAAnie OceAAAn! Na zdrO00wie! Officer, na˜laduj¥cy ju¾ teraz ka¾dy ruch kapitana, r¢wnie¾ pod- ni¢sˆ sw¢j kielich, jak m¢gˆ najwy¾ej, nad szybko odkryt¥ sw¥ gˆow¥ i przem¢wiˆ jak umiaˆ najuroczy˜ciej: - NA ZDROWIE, PANIE OCEAN! NA ZDROWIE! '' Staj¥c si© ¾ywym cieniem kapitana, oficer powt¢rzyˆ za nim ten okrzyk trzy razy. Byˆ przy tym zaniepokojony, czy nale¾y wypi† '` koniak do dna, czy mo¾e jeszcze par© kropel uroni† do oceanu, ale z odrzuconej jak mo¾na byˆo najdalej w tyˆ gˆowy kapitana wywnios- kowaˆ, ¾e b©dzie to toast "do dna". Tak te¾ i byˆo. Kielichy wr¢ciˆy na tac©. - TAAAk, m¢j kochAAAny, nale¾y wita† PAAAna OceAAAna! - pouczaˆ kapitan nawigatora-nowicjusza. Nast©pnego dnia officer nawigacyjny razem z asystentem w napi©- ciu nerwowym przygotowywali pierwsz¥ pozycj© z obserwacji astro- nomicznych dla nowego kapitana, na godzin© dwunast¥ w poˆudnie. Zgrani i wytrenowani, ka¾dy z nick obliczaˆ j¥ oddzielnie. Trzeci raz ju¾ obliczyli po trzy brane wysoko˜ci sˆoäca. Wyniki zgadzaˆy si© im co do jednej dziesi©tnej minuty. Szeroko˜† geograficzna obliczona z kulminacji sˆoäca byˆa ju¾ tylko dowodem bezbˆ©dno˜ci poprzed- nich obliczeä. Obaj nie posiadali si© z rado˜ci, poniewa¾ dzieä ten nale¾aˆ do tych, w kt¢rych wszystkie wyliczenia udawaˆy si© bez 148 142 wyszukiwania jakiego˜ nieznanego bˆ©du. Do fatalnych natomiast zaliczaˆy si© dni okre˜lane: "gdy obserwacje nie wychodz¥". Najcz©˜- ciej byˆo to spowodowane dodawaniem, przy kt¢rym na przykˆad dwa plus trzy r¢wnaˆo si© siedem, i tym podobnie. W tym dniu jednak nic takiego si© nie wydarzyˆo. Otrzymana pozycja zgadzaˆa si© idealnie. Gdy jui wyznaczyli pozycj©, w nawigacyjnej nad map¥ zawisˆ kapitan. Officer sˆu¾bi˜cie zameldowaˆ mu, ¾e pozycja statku na godzin© dwunast¥ byˆa nast©puj¥ca: szeroko˜† - pi©†dziesi¥t osiem stopni, pi©†dziesi¥t trzy minuty Nord; dˆugo˜† - dwadzie˜cia jeden stopni, trzydzie˜ci minut West. Na t© wiadomo˜† kapitan podni¢sˆ r©k© ruchem dobitnego zaprzeczenia i powiedziaˆ: - KochAAAny m¢j! Ty nic nie wiesz! Tylko JA wiem, gdzie jeste- ˜my! I po chwili palec kapitana wyczarowaˆ na mapie pozycj© na godzin© dwunast¥ w poˆudnie w odlegˆo˜ci dwunastu mil w kie- runku West-Nord-West od pozycji wyznaczonej przez obu oficer¢w. Office: nawigacyjny oniemiaˆ. Za chwil© oniemiaˆ r¢wnie¾ asystent, z kt¢rym obliczaˆ wsp¢lnie pozycj©. Oniemieli tak¾e zmieniaj¥cy ich na sˆu¾bie dwaj inni oficerowie. Tajemnic© swej nawigacji kapitan zabraˆ ze sob¥ na lunch. W kilka dni p¢«niej "Piˆsudski" spotkaˆ na swej drodze sztormow¥ pogod©. Przez pokˆad dziobowy stale szˆy czarne, spienione fale. Koˆo poˆudnia zjawiˆ si© kapitan w towarzystwie starszego oficera Jana Gottszalka. Z kr¢tkiej wymiany zdaä mi©dzy nimi wynikaˆo, ¾e kapitan nie jest pewien, czy wszystko na dziobie odpowiednio zabez- pieczono przed falami. Starszy officer stwierdzaˆ, ¾e wszystko zostaˆo przez niego osobi˜cie sprawdzone i nie ma potrzeby dla ponownego sprawdzania nara¾a† ludzi na niebezpieczeästwo zmycia za burt©, jako ¾e statek tak zbudowali, i¾ bierze na siebie ka¾d~ wi©ksz¥ fal© i pod tym wzgl©dem jest najbardziej niebezpiecznym statkiem, jaki w ¾yciu widziaˆ. -KochAAAny m¢j! Nie kochAAAsz statku-o˜wiadczyˆ kapitan-i dlatego nie chcEEEsz wszystkiEEEgo jeszcze raz sprawdzi†. Starszy oficer zmieniˆ barw© sk¢ry na twarzy i szyi. Staˆ si© czer- wony jak gotowany rak. Wybiegˆ z mostku do swej kabiny i za chwil© w pˆaszczu i zydwestce mo¾na go byˆo ogl¥da† na najniiszym pokˆa- dzie, zawieszonego na ogrodzeniu nad pokˆadem dziob¢wym. Wy- ci¥gaˆ sw¥ purpurow¥ jeszcze szyj©, by zbada† szezeg¢ˆy zamocowa- nia i zabezpieczenia kotwic. Patrz¥cemu z g¢ry wydawaˆo si©, ¾e starszy officer rozpacza nad tym, i¾ natura nie obdarzyˆa go szyj¥ ¾yrafy, i to tak dˆug¥, ¾eby stoj¥c o jeden pokˆad wy¾ej m¢gˆ twarz przyˆo¾y† do hamulc¢w windy kotwicznej. Te nieudolne manewry,gˆowy starszego oficera zwi©kszyˆy tylko miˆo˜† kapitana do statku: - Nie kochAAAcie stAAAtku! Nie dbAAAcie o niego! Trzeba wszystko sAAAmemu sprAAAwdza†! - Panie kapitanie! - nawigacyjny stan¥ˆ w obronie oficer¢w. - Wszystko tak tutaj robimy, ¾eby nie trzeba byˆo potem sprawdza† i niepotrzebnie nara¾a† ludzi. Ratowanie czˆowieka za burt¥ narazi- ˆoby jeszcze wi©cej os¢b. Przecie¾ wiadomo, ¾e wszystka byˆo spraw- dzone trzy razy: przez bosmana, ©zwartego oficera i przez starsze- go... - KochAAAny m¢j! Nic nie wiesz! Nie kochAAAcie stAAAtku! Nie chcecie go piel©gnowa†! Ja sam p¢jd©, zobacz©. - Panie kapitanie, niech pan tego nie robi! - zawoˆaˆ nawigacyjny. - Przecie¾ pan kapitan dobrze wie, ¾e kapitan Stankiewicz zabroniˆ zaˆodze nawet przy lekkiej fali chodzi† g¢rnymi pokˆadami na dzio- bie na zmian© sˆu¾by. Przy obecnej pogodzie mowy nie ma, ¾eby nie zmyˆo ka¾dego, kto wyjdzie na pokˆad dziobowy. - KochAAAny m¢j! Nie b©dziesz mnie uczyˆ, co mam robi†, gdy statek jest w niebezpieczeästwie! - Ale¾, panie kapitanie, przeciei nic si© nie dzieje. Na pewno wszystko zostaˆo tak zamocowane, ¾e nie istnieje potrzeba sprawdza- nia. Caˆa zaˆoga ma w tym ju¾ bardzo du¾e do˜wiadczenie. - KochAAAny m¢j! Sam p¢jd© i poka¾© wAAAm, jak nale¾y sw¢j stAAAtek kocha†! I kapitan znikn¥ˆ z mostku. Przed mostkiem starszy officer nie przestawaˆ †wiczy† swej biednej szyi w wyci¥ganiu w kierunku domniemanego niebezpieczeästwa i w przedˆu¾aniu jej do kresu mo¾liwo˜ci. Ale szyja byˆa wci¥¾ za kr¢tka, a purpura nie zn~kaˆa z twarzy starszego oficera. Wida† j¥ byˆo doskonale w momentach, gdy z oczu ciska.ˆ pioruny w kierunku mostku. 144 ~~ 145 ii˜ Officer nawigacyjny do˜piewaˆ sobie to, co w tej podr¢¾y starszy officer na drugi dzieä od wyj˜cia z Gdyni m¢wiˆ sam do siebie na temat nowego kapitana, zacinaj¥c si© przy literze "a": ' - Pa-anie! Kaaa-apitan zwariowaˆ. Zwario-waaaˆ naa aaa-amen. W˜r¢d tych rozmy˜laä, ku przeraieniu nawigacyjnego, na pokˆa- dzie dziobowym ukazaˆa si© sylwetka kapitana; za nim w drzwiach staˆo dw¢ch sternik¢w. Kapitan byˆ w peˆnej gali; w czapce otoczonej zˆotymi wawrzynami, tylko na nogach zamiast swych ˜wiec¥cych lakierem globtroter¢w miaˆ dˆugie gumowe czarne buty. Z r©k¥ wzniesion¥ "nad oceanem" m¢wit co˜ do sternik¢w. Prawdopodobnie poucza ich, j ak nale¾y u˜mierza† fale - pomy˜laˆ nawigacyjny. Po chwili kapitan ruszyˆ sam do windy kotwicznej, wstrzymuj¥c prawic¥ zawisˆ¥ nad dziobem Pal©. Sternicy, trzymaj¥c si© zakazu kapitana Stankiewicza, stali za drzwiami prowadz¥cymi pod po- kˆad. W momencie gdy officer nawigacyjny miaˆ zamiar posˆa† asys- tenta do kapitana z zapytaniem, czy nie zatrzyma† motor¢w - na dzi¢b zwaliˆa si© fala. W biaˆej kipieli znikn¥ˆ jej ZAKLINACZ - tak kapitana pried chwil¥ ochrzciˆ nawigacyjny. Gdy podbiegˆ do teˆegrafu, chc¥c zatrzyma† motory, zobaczyˆ na ˜rodku windy kotwicznej le¾¥ce jak na krzy¾u ciaˆo kapitana - bez czapki i bez jednego czarnego buts. Z daleka widniaˆa biaˆa weˆniana skarpetka. Teraz nast¥piˆa bˆyskawiczna akcja sternik¢w. Jednym susem dopadli ciaˆa niefortunnego zaklinacza i unie˜ˆi je do wn©trza statku. Zatrzymywa† statku nie byˆo po co. Za chwil© nowa fala pokryˆa sw¥ kipieˆ¥ caˆy dzi¢b. Na ten widok stoj¥cy na wy¾szym pokˆadzie starszy officer zawr¢ciˆ na mostek, trac¥c z przera¾enia czerwon¥ barw© sk¢ry. Sternicy, nie chc¥c wzbudza† popˆochu na statku, przyd«wigali ciaˆo kapitana zamiast do lekarza - na mostek. W kabinie nawiga- cyjnej zrobiˆo si© tˆumnie, gdy na kanapie uˆo«ono nieprzytomnego, ociekaj¥cego wod¥ kapitana. Na pierwszy rzut oka nie mo¾na byˆo rozpozna†, czy kapitan ma co˜ poˆamanego. Wida† byˆo tylko, ¾e ¾yje, bo oddycha. Asystent pobiegˆ szuka† lekarza. Na mostku przej¥ˆ ~" ä; wacht© starszy officer, pozostawiaj¥c kapitana pod opiek¥ nawiga- cyjnego. Kapitan otworzyˆ oczy. Miaˆ min© czˆowieka wielce strapionego. - Ma pan kapitan co˜ poˆamanego? - spytaˆ nawigacyjny. - KochAAAny m¢j, mnie si© nic zˆego sta† nie mo¾e. Rozzuchwalony niepowodzeniem akcji kapitana, nawigacyjny powiedziaˆ: - No i trzeba byˆo panu kapitanowi naraia† si© na co˜ podobnego? Przeciei od momentu przej˜cia pana kapitana na statek starszy officer meldowaˆ panu, ie ten statek nie przepu˜ci ¾adnej fali, ¾eby si© w ni¥ nie zary†, i zaˆodze zabronione jest przebywanie na dziobowym pokˆadzie nawet przy niewielkiej fali, bo nigdy nie wiadomo, jak¥ na siebie we«mie. A pan kapitan... - KochAAAny m¢j! - przerwaˆ mu kapitan. - Nic nie rozumiesz. Widzisz, omyliˆem si©. Zamiast powiedzie†: CICHO, PANIE OCEAN, powiedziaˆem: CICHO, MATKA MORZE. 146 1 Marynarza kompasem jest grog Z Halifaxu w Kanadzie "Piˆsudski" wychodziˆ z op¢«nieniem spo- wodowanym czekaniem na ˆadunek. Kapitan Eustazy Borkowski byˆ niezadowolony. Przyj˜cie z op¢«nieniem, nawet przez niego nie zawinionym, przy†miewaˆo jego aureol©, nie m¢wi¥c j~r¾ o "zaˆama- niu si©" moment¢w powitaä i spotkaä. "Na szcz©˜cie" zaraz po wyj˜ciu z Halifaxu statek wszedˆ w g©st¥ mgˆ©. Kapitan Eustazy, podniesiony tym na duchu, natychmiast wysˆaˆ telegram do Nowego Jorku: Z POWODU MG�Y PRZYJD¨ Z OPà�NIENIEM. Bezwzgl©dnie mgˆa jest siˆ¥ wyisz¥ i zmusza do znacznego zmniejszenia pr©dko˜ci statku. Nikt za to nie mo¾e go wini†. Mimo luksusu na najbardziej nowoczesnym naszym transatlan- tyku - w postaci dmuchaw z ciepˆym powietrzem na mostku i wiruj¥cych dysk¢w szyb-kapitan z oficerem nawigacyjnym, ubrani w nieprzemakalne pˆaszcze i zydwestki, stoj¥c na niczym nie ochro- nionym skrzydle mostku, usiˆowali przebi† nie tyle oczami co uszami ci©¾k¥ mgˆ©, by w por© usˆysze† sygnaˆ niewidzialnego statku lub plagi tych w¢d-maˆych rybackich statk¢w poˆawiaj¥cych naw©dk©. Co niespeˆna dwie minuty sˆycha† byˆo ryk gwizdka naszego statku, daj¥cego o sobie zna†, ¾e IDZIE. —wiatˆa telegraf¢w maszynowych ¾arzyˆy si© przy†mionym bla- skiem w sektorach z napisem UWAGA, ale strzaˆki tachometr¢v~ wskazywaˆy maksymalne obroty CO KOã WYSKOCZY. Byle ju¾ nie dopu˜ci† do wzrostu op¢«nienia, bo praktycznie na tak kr¢tkim odcinku drogi, jak Halifax - Nowy Jork, o nadrobieniu op¢«nienia nie mogˆo by† mowy. Officer nawigacyjny czuˆ, jak mu z powodu tej zawrotnej pr©dko˜ci, wbrew elementarnym przepisom bezpieczeästwa, zydwestka pod- a nosi si© chwilami na sztywniej¥cych od strachu wˆosach. Natomiast kapitan Eustazy byˆ w doskonaˆym humorze. Wysˆaˆ peˆni¥cego na mostku sˆu¾b© dodatkowego sternika po swego "podczaszego", czyli stewards Bolesˆawa. Bolesˆaw zjawiˆ si© i po wysˆuchaniu kilku wydanych przez kapi- tana Eustazego d«wi©k¢w-znikn¥ˆ. Po jakim˜ czasie zjawiˆ si© zn¢w na mostku z dwoma szklanicami gor¥cego pˆynu. - KochAAAny m¢j! - zwr¢ciˆ si© kapitan do nawigacyjnego - Skosztuj mego "grogu"! Musiaˆem naprawi† to, co ten bezrozumny angielski admiraˆ Edward Vernon napsuˆ. Prawda, ¾e dzi©ki temu staˆ si© sˆawny, ale zarazem znienawidzony przez swoich marynarzy. Dzi˜ nikt nie pami©ta jego powodzeä przed dolaniem wody do rumu, jak nikt nie pami©ta jego p¢«niejszych kl©sk po tym "chrzcie" w proporcji TRZY CZF—CI WODY NA JEDN¤ RUMU, w 1740 roku, po zdobyciu na Hiszpanach Portobello. Sˆaw© zyskaˆy nie tyle jego imi© i nazwisko, ile jego INEKSPRY- MABLE, przeklinane przez marynarzy, zmuszonych wield caˆe pi† ohydn¥ dla nich mieszanin© wody z rumem, zamiast czystego rumu. A ten napitek uwa¾any byˆ przez marynarzy za jedyn¥ pociech© w zawodzie na nich wymuszonym, bo jak pami©tasz, przez kilka wie- k¢w - od Edwarda III do koäca wojen napoleoäskich - zaˆogi angielskich okr©t¢w wojennych rekrutowane byˆy siˆ¥, zwan¥ PRESS-CANC. Ten GROG staˆ si© dla marynarzy angielskich symbo- lem przymusowej n©dzy ich bytowania i DNA ich ¾ywota. Jak ka¾dy czˆowiek na stanowisku, miaˆ admiraˆ Vernon swych zwolennik¢w i wrog¢w, a ka¾dy z nich inaczej interpretowaˆ ochrz- czenie przez niego rumu wod¥. Zwolennicy twierdzili, ie chc¥c utrzyma† zaˆog© w zdrowiu, kazaˆ w tropikalnym klimacie wszystkim marynarzom pi† rum z wod¥. Nazwano mieszanin© t© GROG - od jego SURDUTA z wielbˆ¥dziej sier˜ci, zwanego GROGRAM, a skr¢conego do GROG. Przeciwnicy admiraˆs twierdzili, ¾e nienawidziˆ pijak¢w, a szcze- g¢lnie KOLEKCJONERàW rumu, nie pij¥cych ˜wych racji w momencie ich rozdawania, lecz cierpliwie kolekcjonuj¥cych je tak dˆugo, a¾ mieli peˆn¥ butelk©, by upi† si© do nieprzytomno˜ci. Wedˆug admiraˆs, jedynym ratunkiem przed tymi pijakami byˆo dolewanie wody do rumu. SKRZYWDZENI nazwali ten pˆyn GRO- 148 ~, 149 GIEM nie od surduta, lecz od INEKSPRYMABLI z wielbˆ¥dziej sier˜- ci, noszonych przez admiraˆs. Nawigacyjny ze wstydem przyznaˆ si©, ¾e nie znaˆ tej grogowej historii ani nigdy nie sˆyszaˆ o admirale Vernon. - KochAAAny m¢j, czy ja b©d© sˆawny dzi©ki naprawie tego, co popsuˆ Vernon, nie wiem. W moim "grogu" jest wiele innych spe- cjaˆ¢w, ale to ju¾ moja tajemnica. KochAAAny m¢j, zauwa¾, jakie to dziwne. Czˆowiek staˆ si© sˆawny przez to, ¾e zepsuˆ marynarzom racje rumu. Czego m¢gˆ si© po tym spodziewa† - jak nie samych nieszcz©˜†. Widzisz, poruszyˆ Z�E SI�Y. Przekleästwa sˆusznie obu- rzonych marynarzy ˜cigaˆy go wsz©dzie. Przegrywaˆ odt¥d wszystkie bitwy na morzu i skoäczyˆ smutnie na l¥dzie. Spr¢buj teraz MEGO grogu! Byˆto pˆyn wspaniaˆy. Rozgrzewaˆ i dodawaˆ odwagi, tak ¾e nawi- gacyjny zacz¥ˆ si© czu† i my˜le†, jak Mickiewiczowski Farys: PItD�, LATAWCZE BIA~,ONOGL.. , GàRY Z DROGL.. Wˆosy przestaˆy mu si© je¾y† na gˆowie. Naraz kapitan Eustazy przybli¾yˆ swoj¥ twarz do jego twarzy i zacz¥ˆ poci¥ga† swym pot©¾nym nosem. Po chwili spytaˆ: - KochAAAny m¢j, co ja robi©? Nawigacyjny miaˆ jeszcze dobrze w pami©ci zadane mu przez kapitana pytanie: "Co ON robi?" Postanowiˆ teraz mie† si© na bacz- no˜ci. - To, co pan kapitan chee - odpowiedziaˆ niepewnym gˆosem. - KochAAAny m¢j, patrz, co ja robi©?! Nie byˆo nic wida†, tylko sˆycha†, jak ogromny nos kapitana wci¥ga mgliste powietrze. Nawigacyjny poci¥gn¥ˆ zbawczy ˆyk grogu Eustazego, ale ¾adna nowa my˜l tw¢rcza nie weszˆa razem z grogiem do gˆowy. Poczuˆ si© tylko jeszcze ra«niej. Mo¾e kapitan wci¥ga opary grogu, ieby zwi©kszy† siˆ© jego dziaˆania? - przemkn©ˆo mu przez my˜l, gdy zaleciaˆ go zapach rumu i nieznanych dodatkowych spe- cjaˆ¢w, kt¢rymi kapitan kazaˆ "podczaszemu" grog udoskonali†. Boj¥c si© jednak o˜mieszy†, wyznaˆ szczerze: - Nie wiem, panie kapitanie! - KochAAAny m¢j! Ja w¤¤¤cham! A wiesz, co? Je˜li b©dzie na kursie rybak, to natychmiast wyczuj© spaliny i zmieni© odpowiednio kurs, by go nie zatopi†... Szklanice po rumie staˆy ju¾ puste. Ale jego dziaˆanie szcz©˜liwie nie ustawaˆo. Statek gnaˆ CA�A NAPRZàD. Potr¢jne OKA zamie- nione w USZY nie wykryˆy dot¥d ¾adnego statku. Mgˆa kroplami osiadaˆa na twarzach czuwaj¥cych. Opr¢cz ryku gwizdka okr©to- wego nawigacyjny sˆyszaˆ tylko szum wci¥ganej przez kapitaäski nos mgˆy. Nagle kapitan powiedziaˆ: - KochAAAny m¢j, b©dzie rybak x lewej burty! Ale nie potrzebu- jemy zmienia† kursu, miniemy go bezpiecznie. Nawigacyjnemu wydaˆo si©, ¾e ˜ni. W©ch miaˆ wyj¥tkowo dobry. Jeszcze w dzieciästwie, bawi¥c si© w Indian, doszedˆ do doskonaˆo˜ci w †wiczeniach rozpoznawania BLADYCH TWARZY po zapachu ich kapeluszy i r©kawiczek. W "puszczy" potrafiˆ w©chenp, wyczu† grzyby, maliny, ~ nawet poziomki. W tej chwili nie czuˆ ¾adnego zapachu spalin. Naraz nisko, nieomal pod skrzydˆami mostku, na kt¢rym stali, ukazaˆa si© typowa dla tych w¢d motorowa ˆ¢d« rybacka. Prze- mkn©ˆa jak zjawa wzdˆu¾ burty, szybciej ni¾ my˜l, ale nawet w tej chwili nie byˆo czu† zapachu spalin. W ciszy i mgle statek "sadziˆ naprz¢d, co, koä wyskoczy". y. Y; r a 1~ 9 v 150 Dziennik okr©towy Trzeci dzieä zmagali˜my si© ze sztormem na ˜rodku oceanu w drodze z Gdyni do Nowego Jorku. W poˆudnie radiotelegrafista przyni¢sˆ na mostek i poˆoiyˆ na mapie przed kapitanem Eustazym Borkowskim telegram od id¥cego w pobli¾u nas, ale oddalonego 0 kilkadziesi¥t mil, statku. Telegram zawieraˆ pro˜b© o podanie naszej pozycji i nadanie w okre˜lonym momencie sygnaˆu, by m¢gˆ nas namierzy†. - KochAAAny m¢j! - powiedziaˆ kapitan do oficera nawigacyjne- go. - Podaj mu nasz¥ dokˆadn¥ pozycj©. - Jak¥ dokˆadn¥ pozycj©, panie kapitanie? - zdziwiˆ si© nawiga- cyjny. - Przecie¾ od trzech dni marry tylko zliczon¥... Kapitan nie daˆ mt~ dopowiedzie†, ¾e od trzech dni nie byˆo wida† sˆoäca, gwiazd ani ksi©¾yca; ¾e pozycj© zliczono na podstawie zmien- nych pr©dko˜ci statku, stosowanych dla zˆagodzenia uderzeä fal z dziobu; ¾e trudno oceni† w czasie sztormu znos statku z kursu przez wiatr i pr¥dy. - KochAAAny m¢j! - o˜wiadczyˆ kapitan. - Ty nic nie wiesz, ale JA wiem, gdzie jeste˜my! W tej chwili radiotelegrafista zn¢w polawiˆ si~© na mostku, przy- nosz¥c telegram z tak¥ sam¥ pro˜b¥ od drugiego statku, o kt¢rym r¢wnie¾ wiedzieli˜my, ¾e idzie do Nowego Jorku i jest w pobli¾u nas. Oba statki chciaˆy widocznie z wzajemnych namiar¢w skompono- wa† przybli¾on¥ pozycj©. - KochAAAny m¢j! Wpisz do dziennika, ¾e podczas sztormu dowodz© jednocze˜nie trzema statkami. Pozycja nasza na MF.RIDIEM jest... o tutaj! Kapitan bardzo lubiˆ wyra¾enie MERIbIEM, kt¢re oznaczaˆo poˆud- nie. Od tego momentu liczyˆa si© nowa doba okr©towa, liczba prze- 152 bytych podczas tej doby mil, zu¾ycie zapas¢w paliwa i sˆodkiej wody. Nakre˜liˆ na mapie krzy¾ w k¢ˆku. Symbol ten oznacza pozycj© obserwowan¥. Obok postawiˆ litery MP, oznaczaj¥ce pozycj© w poˆudnie danego dnia. I zszedˆ z mostku na lunch. Ci©¾ka troska zalegˆa dusz© oficera nawigacyjnego. Jak ¾apisa† w dzienniku otrzymany od kapitana rozkaz, ¾e w czasie sztormu dowo- dzi trzema statkami jednocze˜nie?! Usiˆowaˆ kilka razy napisa† to na kawaˆku papieru "na brudno": "Kapitan podczas sztormu od godziny 11.50 dowodzi trzema statkami - naszym i dwoma, kt¢re znajduj¥ si© w pobli¾u nas. Na pro˜b© tych statk¢w kapitan o godzi- nie 11.50 obj¥t nad nimi dow¢dztwo..." Nie brzmiaˆo to przekony- waj¥co. Officer nawigacyjny wyszedˆ na mostek, by ochˆon¥† i pomy- ˜le† nad zmian¥ zapisu. Przez szyby wida† byˆo dˆugie szare fale, pokryte biaˆ¥ pian¥. Zalewaˆy dzi¢b, pi©trzyˆy si© pod mostkiem, jak gdyby dymi¥c biaˆawym pyˆem. Zmniejszona pr©dko˜† statku ˆago- dziˆa nieco ich uderzenia. Na mostek zajrzaˆ starszy officer, niespokojny o caˆo˜† transatlan- tyka. Nawigacyjny, szukaj¥c a niego pociechy, zwierzyˆ si© ze swojej troski. Na d«wi©k sˆows "kapitan" sk¢ra na twarzy starszego oficera przybraˆa kolor purpurowy i jak zwykle, gdy go co˜ zbytnio podnie- ciˆo, zacinaj¥c si© przy niekt¢rych samogˆoskach, powiedziaˆ: - Pa-aanie! Ju¾ wszyscy pasa¾erowie pierwszej klasy o-oo tym wiedz¥ i pyy-ytaj¥, pa-aanie, ja-ak to ten "genialny wilk morski" wydaje ro-oozkazy trzee-em staa-atkom jednocze˜nie. Czˆo-oowiek nie wie, gdzie si© ze wstydu scho--oowa† przed pass-aa¾erami. Nie~ech pa-aan zaczeka do jutra, to mo-oo¾e za-apomni::. je_-e˜li co-oo˜ no-oowego wymy˜li. Nie ma-as pa-aan wi©ksze-eego zma-aartwienia? Nawigacyjnemu od razu wr¢ciˆ humor. Rzeczywi˜cie! Nie pomy- ˜laˆ o tak prostym wyj˜ciu. .,˜ Kolejny dzieä nie przyni¢sˆ ulgi w pogodzie. Przeciwnie: sztorm wzmagaˆ si©. Przed poˆudniem na mostku zjawiˆ si© kapitan. - KochAAAny m¢j! - zwr¢ciˆ si© d¢ officers nawigacyjnego. - Dlaczego masz tylko trzy oˆ¢wki w nawigacyjnej? 153 -Jeden oˆ¢wek jest dla pans kapitana, jeden dla asystenta, a jeden dla mnie, panie kapitanie! - odpowiedziaˆ nawigacyjny. - W szufla- dzie s¥ jeszcze dwa pudeˆka peˆne nowych oˆ¢wk¢w... - KochAAAny m¢j! Za maˆo masz przybor¢w pi˜miennych w nawigacyjnej. Za mAAAˆo! - DotychGzas to zawsze wystarczaˆo, panie kapitanie! Nie rozu- miem, co pan ma na my˜li? - KochAAAny m¢j! Za maˆo, bo nie miaˆe˜ czym zapisa† w dzien- niku okr©towym, ie podczas sztormu dowodz© trzema statkami jed- nocze˜nie. Zanim officer zna~azˆ usprawiedliwienie, do kabiny nawigacyjnej wszedˆ asystent pokˆadowy i zameldov~raˆ, i¾ fala uszkodziˆa jeden z trap¢w dziobowych. ' - KochAAAny m¢j! Widz©, ¾c b©d© musiaˆ teraz sam wszystko zapisywa† w dzienniku! - Z tymi sˆowami kapitan, zwalczaj¥c prze- chyˆy przy intensywnej pomocy r¥k, ruszyˆ z nawigacyjnej na mos- tek, by obejrze† szkody wyrz¥dzone przez fale. Wieczorem officer nawigacyjny zobaczyˆ zapis w dzienniku, uczy- niony wˆasnor©cznie przez kapitana: STATEK IDZIE WSZYSTKIMI MOCAMI, ½EBY UCHRONI� SIF PRZED SI�AMI WY½SZYM1, KTàRE NA NIEGO SPADAJ¤. NA SKUTEK TEGO DWA TRAPY ZOSTA�Y ZNISZCZONE... Nast©pnego dnia kapitan powiedziaˆ: - KochAAAny m¢j! Zrobisz wyci¥g z dziennika okr©towego w j©zyku angielskim dla asekuracji. Wiesz, jak si© to nazywa w j©zyku angielskim? Nawigacyjny wiedziaˆ, ale z niewiadomych sobie samemu przy- czyn odpowiedziaˆ, ¾e nie. - KochAAAny m¢j! A wiesz, jak si© to nazywa w j©zyku hiszpaä- skim? - Nie wiem, panie kapitanie! - A wiesz, jak po portugalsku? - Nie wiem, panie kapitanie! - A wiesz, jak po duäsku? - Nie wiem, panie kapitanie! - A wiesz, jak po szwedzku? - Nie wiem, panie kapitanie! - W ¾adnym j©zyku nie wiesz? - n©kaˆ go kapitan. Officer nawigacyjny chciaˆ ju¾ odpowiedzie†, ie we wszystkich wspomnianych j©zykach b©dzie to brzmiaˆo tak namo jak w polskim: "Dziennik wariata", ale przypomniaˆ sobie powiedzenie: "Cierpˆi- wo˜† przynosi r¢¾e" i zabraˆ si© do sporz¥dzania wyci¥gu z dziennika okr©towego w j©zyku angieˆskim. Mi©dzy kapitanem a oficerem nawigacyjnym powstaˆa przepa˜†, na dnie kt¢rej leiaˆ nie zapisany w dzienniku okr©towym rozkaz kapitana o tym, ¾e w czasie sztormu dowodziˆ trzema statkami: ½eby wytrzyma† na transatlantyku, nale¾aˆo t© przepa˜† w jaki˜ cudowny H spos¢b zasypa†. Nawigacyjny usiˆowaˆ wst¥pi† na drog© my˜lenia, a zamiˆowaä i sˆabo˜ci kapitana. Sˆowa piosenki granej przez rozgˆo˜- ni© okr©tow¥: "Dla ciebie, moja najmilsza, r¢¾ami u˜ciel© ˜cie¾k©..." staˆy si© w pewnym momencie palcem wskazuj¥cym drog©. Miaˆ sˆu¾b© tego dnia, w kt¢rym kapitan obwie˜ciˆ, ¾e o godzinie 10.80 opu˜ci statek, udaj¥c si© z oficjaln¥ wizyt¥ na l¥d. Gdy o ~, wyznaczonej godzinie kapitan pojawiˆ si© w drzwiach wiod¥cych na pokˆad, w koäcu kt¢rego ustawiony byˆ trap, powietrze dookoˆa statku rozbrzmiaˆo wspaniaˆymi d«wi©kami marsza El Capitano. Mie- niˆy si© w sˆoäcu zˆote palmy na czapce kapitana, tym samym bla- skiem zaiskrzyˆy si© oczy. Ch¢d kapitana staˆ si© posuwisty i wpadˆ w takt marsza. Oczy kapitana rozja˜niˆ jeszcze wi©kszy blask, gdy naprzeciw trapu, pod ˜cian¥ salonu, ujrzaˆ kompani© honorow¥ #; zˆo¾on¥ z dwunastu marynarzy ubranych jak na parad©. Przed kom- pani¥ staˆ officer nawigacyjny i w.chwili gdy kapitan znalazˆ si© w przepisowej odlegˆo˜ci, z ust oficera padˆa komenda: - NA PRAWO PATRZ! STATEK ½EGNA KAPITANA WYCHO- DZ¤CEGO NA L¤D! Szeroki u˜miech i zmarszczony z zadowolenia nos kapitana szybko zasypaˆy czarn¥ przepa˜†. W chwili gdy w rytm marsza El Capitano _~= kapitan miaˆ wst¥pi† na trap, sternik sˆu¾bowy przy trapie wedˆug ar- 154 155 wyrafinowanego ceremoniaˆu zasalutowaˆ lew¥ r©k¥, praw¥ za˜ przytkn¥ˆ do ust gwizdek bosmaäski (prywatn¥ wˆasno˜† nawigacyj- nego) i zad¥ˆ. Na ten d«wi©k czterech mˆodszych marynarzy, usta- wionych jako trapowi, wypr©¾yˆo si© na baczno˜†. "Trz©ci" miaˆ wiele kˆopotu z ustaleniem liczby trapowych dla ceremoniaˆu zwi¥zanego z oficjalnym wyj˜ciem kapitana na l¥d. Pocz¥tkowo chciaˆ wystawi†, jak gˆowie paästwa, o˜miu trapowych. Potem miaˆ ogromn¥ ochot© wystawi† dziesi©ciu - z gotowym tˆu- maczeniem, ¾e tylu trapowych nale¾y si© kapitanowi jako "pier- wszemu po Bogu". Przewa¾yˆ jednak rozs¥dek. Je˜li kapitan zna si© na tym ceremoniale, mo¾e poczyta† to za drwiny z siebie. Wobec czego postawiˆ czterech, przysˆuguj¥cych kapitanowi Marynarki Wojennej. Dzi©ki poczuciu humoru bosmana, sternik¢w i maryna- rzy Gaˆa zaˆoga pokˆadowa daˆa si© nam¢wi† do wzi©cia udziaˆu w ceremonii wyj˜cia kapitana na l¥d. Przepa˜† pomi©dzy kapitauem a, nawigacyjnym wypeˆniˆa si© uczuciem zadowolenia i zachwytu. Kapitan zawr¢ciˆ od trapu i bio- r¥c w obj©cia oficera nawigacyjnego rzuciˆ mu w darze obietnic©: - KochAAAny m¢j! Zabior© ciebie wieczorem na l¥d! Poka¾© ci Nowy Jork taki, jakiego jeszcze na pewno nigdy nie widziaˆe˜. Przed- stawi© ci© swoim najmilszym znajomym, jako NAJLEPSZEGO MEGO OFICERA! KochAAAny m¢j! Wszystko przewidziaˆe˜, co mi si© nale¾y: marsz! kompani© honorow¥! czterech trapowych! Nawet sternik zasalutowaˆ' tak, jak nale¾y przy gwizdaniu - lew¥ r©k¥. KochAAAny m¢j! P¢jdziemy RAZEM wsz©dzie, gdzie je˜t najprzy- jemniej i najciekawiej! Kapitan ze ˆzami wzruszenia w oczach ucaˆowaˆ oficera nawiga- cyjnego. Nast©pnie prostuj¥c si© i przykˆadaj¥c r©k© do daszka swego inkrustowanego zˆotem nakrycia gˆowy, powiedziaˆ mocnym gˆo- sem: - KAPITAN DZI¨KUJE KOMPANII HONOROWEJ! Zn¢w zad«wi©czaˆa tradycyjna gwizdawka bosmaäska. Olbrzymia posta† kapitana schodz¥cego z trapu w takt marsza znikˆa na nabrze¾u wyspy Manhattan. Manewry wyj˜ciowe z Nowego Jorku daˆy kapitanowi Eustazemu olbrzymie POLE DO POPISU. Nawigacyjny niepokoiˆ si© nimi, maj¥c w pami©ci pierwsze wyj˜cie z tego portu pod dow¢dztwem kapitana Mamerta Stankiewicza. Pilotowi wyj˜cie to nie udawaˆo si©; kilka razy statek byˆ rzucany pr¥dem z powrotem na wybrze¾e. Zniszczone w¢wczas zostaˆy lampy burtowe statku, zerwane stosunki "dyploma- tyczne" pomi©dzy kapitanem a pilotem. Dziaˆo si© to o godzinie 24.00 i nikt nie widziaˆ, jak kapitan z pilotem - trzymaj¥c si© za .klapy marynarek - usiˆowali przekona† si©, wzajemnie, w jaki spos¢b wymanewrowa† z tego LE½A. Wreszcie pilot zrezygnowa~ a kapitan sam oderwaˆ statek od nabrze¾a i wyszedˆ na rzek© Hudson. Wyj˜cie tego dnia miaˆo odby† si© w samo poˆudnie. Nawigacyjny zd¥¾yˆ si© ju¾ przekona† w Kopenhadze, ¾e o manewrowaniu sta- tkiem kapitan Eustazy ma takie samo poj©cie, jak o wyznaczaniu pozycji. Co si© b©dzie dziaˆo przy wyj˜ciu, je˜li powt¢rz¥ si© to same trudno˜ci, z t¥ r¢inic¥, ¾e odb©dzie si© to na oczach tysi©cy widz¢w - Polonii amerykaäskiej, ¾egnaj¥cej statek, i kilkuset pasa¾er¢w? Na dany przez kapitana Eustazego rozkaz: STACJE MANEWRO- WE! ' ku osˆupieniu obecnych na mostku - zjawiˆ si© przystojny sternik Felu˜ P©kalski, najbardziej reprezentacyjny ze wszystkich marynarzy na "Piˆsudskim". Felu˜ ubrany byˆ w nowy sweter z literami GAL na piersiach, a na r©kach miaˆ zab¢jcze BIA~,E R1YKA- WICZKI. Te biaˆe r©kawiczki byˆy czym˜ w rodzaju "paˆacowej rewo- lucji". Dotychczas nikt w naszej Marynarce Handlowej nie ogl¥daˆ sternika w biaˆych r©kawiczkach. P i a s t o w a ˆ Felu˜ w tych biaˆych r©kawiczkach wspaniaˆy olbrzymi MEGAFON z epoki najwi©kszego rozkwitu ¾aglowc¢w. —redniowieczny ten przyrz¥d wyczyszczony byˆ do granic wytrzymaˆo˜ci metalu, tak ¾e chwilami nawigacyjny officer traciˆ orientacj©, gdzie jest sˆoäce; a gdzie megafon. Na mostek przybyˆ pilot. Asystenci nawigacyjni stan©li przy tele- fonach: jeden na mostku, drugi na dziobie przy pierwszym oficerze, 156 15~ trzeci na rufie przy drugim oficerze. Przy telegrafie maszynowym stan¥ˆ officer nawigacyjny. Pilot podawaˆ rozkazy sternikowi, ofice- rowi nawigacyjnemu, przekazuj¥cemu telegrafem rozkazy do ma- szyn, i asystentowi nawigacyjnemu, przekazuj¥cemu telefonicznie rozkazy na dzi¢b i ruf©. W peˆnej orderowej gali, w najnowszym mundurze o zˆotych niemal r©kawach i w czapie kapi¥cej od zˆota ukazaˆ si© kapitan Eustazy. Ustawiˆ si© na skrzydle mostku od nabrze¾a, by mogˆy go ogl¥da† stamt¥d tysi©czne tˆumy rodak¢w przybyˆych po¾egna† nasz..transatlantyk. Za kapitanem ustawiˆ si© sternik Felu˜ P©kalski w tych rewolucyjnych biaˆych r©kawiczkach, dzieri¥cych "drugie sˆoäce": MEGAFON. Gdy padˆy pierwsze rozkazy wydane przez pilots, przekazane telefonidznie przez asystenta na dzi¢b i ruf©, kapitan Eustazy ruszyˆ jak na nartach na sam koniec skrzydˆa mostku, a za nim jak cieä sun¥ˆ sternik Felu˜ P©kalski. Kapitan, w momencie gdy dotarˆ do obranego miejsca, pochwyciˆ w swe r¢wnie¾ biaˆo ur©kawiczone dˆonie zˆocisty megafon i przytykaj¥c go do ust wydaˆ w kierunku dziobu d«wi©ki podobne do: li! DA! DA! DA! I?¤! D¤! Starszy officer, po przekazanym mu telefonicznie przez asystenta rozkazie pilots, wydaˆ odpowiednie rozkazy marynarzom. Dotyczyˆy one wybrania lin dziobowych. W tym samym czasie usˆyszaˆ niear- tykuˆowane diwi©ki wydawane przez kapitana Eustazego ze skrzydˆa mostku przez megafon. Zdezorientowany, przyˆo¾yˆ dˆoä do ucha, by uchwyci†, co poleca kapitan. Okazaˆ si© jednak bezradny. Dochodziˆy go tylko d«wi©ki: E! D¤! D¤! D¤! DA! DA! Cie˜la przy windzie kotwicznej r¢wnie¾ zwin¥ˆ uszy w tr¥bk©, usiˆuj¥c odebra† rozkaz kapitana. Widz¥c, ie kapitan odj¥ˆ megafon od ust, cie˜la bezradnie rozˆo¾yˆ r©ce, sygnalizuj¥c starszemu oficerowi, ¾e nie zrozumiaˆ ani sˆows. Kapitan Eustazy podzi©kowaˆ wzniesieniem r©ki z megafonem wiwatuj¥cym na jego cze˜† rodakom na wybrze¾u, zachwyconym mo¾no˜ci¥ ogl¥dania kapitana przy tak trudnej pracy, jak dowodze- nie STACJAMI MANEWROWYMI podczas odej˜cia statku od na- brze¾a. Nast©pnie kapitan zˆoiyˆ megafon w biaˆe r©kawiczki ster- nika Felusia, a sam szybkim "po˜lizgowym" krokiem, bez odrywania pi©t od pokˆadu, ruszyˆ na przeciwlegˆy koniec skrzydˆa mostku z drugiej burty, nie troszcz¥c si© zupeˆnie o zwini©te w tr¥bki uszy ;P starszego oficera i cie˜li na dziobie. Za kapitanem Eustazym, jak jego cieä, ruszyˆ sternik Felu˜, trzymaj¥cy w biaˆych r©kawiczkach DRU- GIE S�ONCE. Setki pasa¾er¢w stoj¥cych na pokˆadzie mogˆy podziwia† ZNDJN¤ I ODPOWIEDZIALN¤ prat© STAREGO WILKA MORSKIEGO, pod kt¢rego opiek¥ przekrocz¥ Atlantyk. Na samym koäcu skrzydˆa scena powt¢rzyˆa si©. Kapitan Eusta- zy odebraˆ S~.OãCE-MEGAFON sternikowi Felusiowi, przyˆo¾yˆ do ust i przesˆaˆ starszemu oficerowi na dziobie rozkaz: A-GA-GA-GA-GA-E-HE HE AAA! Na mostku officer nawigacyjny, asystent i sternik przy sterze zacz©li si© szczypa†, by stwierdzi†, ¾e nie ˜ni¥. Officers nawigacyjnego w szczeg¢lno˜ci zaniepokoiˆ widok twarzy starszego officers na dzio- bie. Przybraˆa bowiem barw© ju¾ nie purpurow¥, lecz prawie sin¥. Pilot, czekaj¥c na zawiadomienie z rufy o sprz¥tni©ciu tam lin, zdu- miony nie mniej od ~awigacyjnego officers, spytaˆ, jakie rozkazy wydaje kapitan. Nawigacyjny obja˜niˆ, ¾e kapitan ¾ycie swe strawiˆ na ¾aglowcach i powtarza pole†enia pilots, poniewa¾ nie jest pewien, czy przez teˆefon dochodz¥ dostatecznie szybko. Wyraz twarzy pilots dawaˆ wyra«nie do zrozumienia, ¾e ma do czynienia z zespoˆem pacjent¢w z domu wariat¢w. Pokr©ciˆ z niedowierzaniem gˆow¥ i na podobieästwo cie˜li zwin¥ˆ ucho w tr¥bk©, by uchwyci† jakie˜ zna- jome sˆowo z repertuaru okr©towego, wydawane przez przenosz¥- cego si© szybko z kraäca na kraniec skrzydeˆ mostku kapitana, podaj¥cego coraz to nowe nieartykuˆoWane d«wi©ki: E! BA! E! BA! E! BA! BA! BA! lub: UE! UE! UE! A HIII! Cho† wszystkie tiny dziobowe byˆy ju¾ sprz¥tni©te, kapitan nie przestawaˆ n©ka† starszego officers. I tak, to z jednego kraäca skrzy- dˆa, to z drugiego - siny jui na twarzy - starszy officer sˆyszaˆ: E! DA! DA! DA! DA! A! HII! lub: GA! GA! GA! GA! EE! HO! HO! HO! Marynarze na dziobie, podobnie jak i cie˜la, usiˆowali Lrozumie†, co kapitan ROZKAZUJE. Wida† byˆo, ¾e pytaj¥ o to starszego officers. Ten RZUCA~. - je˜li tak mo¾na powiedzie† - B�YSKAWICE w kie- runku przesuwaj¥cego si© z jednej burly na drug¥ kapitana Eusta- zego i pod¥¾aj¥cego za nim jak cieä sternika Feˆusia P©kalskiego w biaˆych r©kawiczkach. Officer nawigacyjny i asystent oraz sternik na mostku nadˆudzkim 158 159 _." wysiˆkiem pr¢bowali utrzyma† JAKI TAKI wyraz twarzy, by si© nie - dzy miaˆo swe «r¢dˆo w wielkim "kolcu" pod postaci¥ poprzedniego zdradzi†, jak¥ RADO—� sprawia im ogl¥danie pantomimy pod tytu- . kapitana, kt¢ry wci¥¾ byˆ flagowym kapitanem naszych transatˆan- ˆem: ODPOWIEDZIALNA PRACA KAPITANA PODCZAS MANE- tyk¢w. My za˜ stanowili˜my zesp¢ˆ przez niego dobrany. Nie mieli- WRàW ODCUMOWANIA TRANSATLANTYKA. ˜my w¥tpliwo˜ci, ¾e obecny nasz kapitan uwa¾a si© za najlepszego Po oddaniu pilots zjawiˆ si© na mostku starszy officer, z koloru dow¢dc© nx ˜wiecie. O stosunku do siebie tych dw¢ch kapitan¢w twarzy podobny do Indianina. - mo¾na by szumnie powiedzie†, ie "byˆy to na dw¢ch kraäcaeh dwa - Panie - spytaˆ szeptem nawigacyjnego oiicera - gdzie jest ten przeciwne bogi". W prozaicznej rzeczywisto˜ci nasz obecny kapitan, wa-ariat? wyczuwaj¥c, ¾e tamten kapitan pomimo swej bezwzgl©dnej dyscy- - Powiedziaˆ, ¾e b©dzie w barze pierwszej klasy - odpowiedziaˆ . pliny uchodzi w naszych oezach za uosobienie ˆadu, porz¥dku i nawigacyjny. wiedzy, chciaˆ udowodni† oficerom tamtego, ¾e nic nie umiej¥. Starszy officer daˆ teraz upust swym przeiyciom na dziobie podczas Niespodziewanie "tamten" przypomniaˆ si© dotkliwie. Kapitan dzisiejszych manewr¢w: Mamert Stankiewicz wydaˆ w swoim przekˆadzie ksi¥ieczk© Anglika - Pa-anie, czego was-ariat nie wymy˜li? Maa-arynarze mnie Harolda Autena pod tytuˆem "Statki-puˆapki". Ukazala si© w Gˆ¢w- za-aaawiadomili, ¾e ka-apitan co˜ do mnie m¢¢¢wi. Niii-ikt, nej Ksi©garni Wojskowej w Warszawie w 1932 roku. Autora tej pa-anie, nie m¢gˆ zrooo-ozumie†, c-ooo ten aaa-aktor breeedzi. ksi¥¾ki kapitan Stankiewicz poznaˆ w Anglii w Fowey, gdzie nasz Oo-odpowiedziaaa-aˆem, ieee nie ma nikogo, kto by zaaa-aˆo¾yˆ ¾aglowiec szkolny "Lw¢w", kt¢rym dowodziˆ, staˆ od 17 do 20 naaa tego wa-aariata kaa-aftan BEZPIECZEãSTW A, ie wa-ariat czerwca 1925 roku. W owym czasie ksi¥¾ka byˆa rewelac j¥, odsˆaniaˆa pu-uuublicznie wyda-aaje nieartykuˆowane d«wi©ki podczas stacji tajemniee zwalczania niemieckich okr©t¢w podwodnych przez spe- manewrowych na najwi©kszym polskim statku. O-ooo˜miesza, cjalnie do tego przystosowane maˆe statki handlowe. pa-aanie, baaander© polsk¥ i nikt te-ego u-uukr¢ci† nie moie, a-a Kilka egzemplarzy tej ksi¥¾ki mieli˜my na "Piˆsudskim" i jeden wszyscy wiii-iwatuj¥ na cze-ee˜† te-ego a-aaktora. Paa-anie, gdy musiaˆ traffi† w r©ce kapitana Eustazego. Sku~ki tej lektury nie daˆy wr¢¢¢c© do Gggdyni, to sam p¢¢-¢jd© do szpita-aaala wa-aria- dˆugo na siebie czeka†, pot©guj¥c a kapitana ch©† podkre˜lania t¢w! kompletnej ignorancji zawodowej starszego i trzeciego officers. Chmury, kt¢re zasˆoniˆy sˆoäce, ksi©¾yc i gwiazdy, w niczym nie .- zmieniˆy "ceremoniaˆu" MERIDIEM. - KocfiAAAny m¢j! Ty nic nie wiesz, gdzie jeste˜my, TYLKO JA W drodze powrotnej z Nowego Jorku do Gdyni MERIDIEM byˆo WIEM!-sˆycha† byˆo przez cztery pochmurne dni, podczas kt¢rych codziennym przedstawieniem, podczas kt¢rego na podan¥ przez statek zbli¾aˆ si© do wysepki Rockall. oiicera nawigacyjnego pozycj© kapitan wielkim gˆosem odpowia- Ta samotn~, nie o˜wietlona skaˆa na oceanie, o wysoko˜ci dwu- daˆ: dziestu pi©ciu metr¢w, dost©pna wyˆ¥cznie dla ptak¢w, kt¢re szczyt - KochAAAny m¢j! Ty nic nie wiesz, gdzie jeste˜my! Tylko JA jej barwi¥ na biaˆo, leiy na pozycji 57ø86' szeroko˜ci p¢ˆnocnej oraz wiem! 13ø40' dhxgo˜ci zachodniej. Opisy jej w wydawnictwach nawigacyj- I niezmiennie obieraˆ sobie na mapie wˆasn¥ MP, r¢¾n¥ o kilka- nych m¢wi¥, ¾e to wyspa w promieniu do trzech mil powoduje ~ na˜cie mil od tej, kt¢r¥ na podstawie kilkudziesi©ciu obserwacji ~''' zakˆ¢cenia kompasu magnetycznego, a przy tym jest sˆabo widoczna. obliczali w poˆudnie nawigacyjny oraz inni oficerowie. ~$: Sˆyszeli˜my, ¾e jaki˜ statek pasa¾erski "steleskopowaˆ si©" na niej w © © ¥ ~"` nocy. niby staro˜wiecka rozci¥gana luneta. Przy ¾yciu nie pozostaˆ Zacz to ˜wietnie si bawi† t PO�UDNIOW¤ POZYCJ¤. Oficero- wie doskonale wiedzieli, ¾e to ci¥gˆe wytykanie ich rzekomej niewie- h` ¾aden ˜wiadek tego wydarzenia. Usiˆowania nasze, by dowiedzie† si© 160 ~ ~;. 6- S:amen Monki 1 6 1 nazwy owego statku, pozostaˆy bezowocne. Dowiedzieli˜my si© nato- miast, ¾e podezas pierwszej wojny ˜wiatowej pewf~eriv pxncernik zsi~daˆ od niej wylegitymowania si~.'Ale Rockall milesata. Gdy na wstelkie zapytania wyspa pozostawaˆa gˆucha, ciekawy pancernik wpakowaˆ w ni¥ salw© armatni¥ z caˆej burty. Wysp© Rockall musieli˜my min¥†e tej nocy. Od trzech dni nie mieli˜rny pozycji obserwowanej. Mim¢ zapewnieä kapitana, i¾ tylko ON wie, gdzie jeste˜my, wiedzieli˜my,¾e niestety-ON te¾ nie wie. W napi©ciu potr¢jne "oko" oraz obaj o~cerowie wachtowi, nie odej- miij¥c lornetek od oczu, starali si© dajrze† biaˆe grzebienie fal, roz- bijaj¥ce si© a podn¢¾a skalistej wysepk'i, by chocia¾ w ostatniej ehwili zriiieni† kurs. -To, ¾e kapitan nie wiedzial (bo i skid?), potwierdzil fakt, i¾ zaraz po kolacji zjawiˆ si© w nawigacyjnej ˜teward t poduszk¥ i kocami. Podczas zmiany wachty oficerowie re zdumieniem zobaczyli na kanapie w nawigacyjnej pot©¾n¥ ' ,'¾naskot©", kt¢rej legendarne szez©˜cie zapewni† miaˆo bezpieczeästwo statkowi. Olbrzymie, bez- wˆadne ciaˆo leiaˆo jak tarcza maj¥cara~ odpowiedniej chwili uchro- ni† statek przed niebezpiecznym ciosem. Oblicze le¾¥cego i uˆo¾enie caˆej -postaci byˆo zgodne z tym, co kapitan m¢wiˆ, tˆumacz¥c znaczenie' Swego niespotykanego imienia EIJSTAZY: mocny, bezpieczny, trwaˆy, krzepki, zdr¢w na ciele i duszy, spokojny, wesoˆy. Wszystkie to przymioty ˆatwe byˆy teraz do odezytania z twarzy kapitana, kt¢ry spaˆ snem niefrasobliwego dziecka. '' Gdy rano kapitan opu˜ciˆ nawigacyjn¥, wpadˆ do niej starszy officer. ` - Pa-aanie! - powiedziaˆ do nawiga†yjnego. -Ja w tym cy-yyy-rku nie wytrzyyy-ymam. P-aaanie, staaaiszy o-officer nie wie, pa-aanie, ezy jeee-est bˆa-aaznem w c-yyyrku, cz-yyy i-iidiot¥, a-as na-as pewno ko-ooozˆem ofiarnym: K aaapitan przy zmiaa-anie kursu, pa-anie, zno-oowu@o-oo˜wiadczyˆ, ¾e ty-yyylko ON wie, gdzie jeste- ˜my. Starszy officer zacinaˆ si©, jak zwykle, i szybko zmieniaˆ ubarwienie sk¢ry z biaˆego na purpurowe. - Gdyby wiedziaˆ - odparˆ nawigacyjny - toby nie przyszedˆ na caˆ¥ noc na mostek. Nie wie, tak jak iv my. Chce nas tylk¢ podra¾ni†, gˆ¢wnie dlatego, ie widzi, jak pan si© przejmuje tym, co on nam m¢wi. -Te-eeraz za-aacz¥ˆ bre-edzi†, wiee-ele on niemieckich ˆo-oodzi podwodnych zatopiˆ podczas wojny. Pa-aanie, czˆowiek nie wie, co-oo odpowiedzie† pa-aasa¾erom, gdy pytaj¥ o okoliczno-o-o˜ci, w jaa~akich ka-aapitan zata-aapiaˆ to ˆodzie podwodne. Pa-aanie, to-oo watiat. Pa anie, niech pan spr¢buje zˆa-aa.pa† sˆoäce. Nawigacyjny byˆ nie mniej od starszego oficera ciekaw, w kt¢rym miejscu po czterech pochmurnych dniach wypadnie pozycja, usta- lana ostatnio wyˆ¥cznie na podstawie przebytej drogi i kursu w˜r¢d pr¥d¢w i wiatr¢w. Ale na sˆoäce trzeba byˆo poczeka†. Dopiero okoˆo godziny dziesi¥tej powˆoka chmur staˆa si©-tak cienka, ¾e mo¾na ju¾ byˆo ustali† miejsce, w kt¢rym znajduje si© sˆoäee. Nawigacyjny przygotowaˆ sekstant i czekaˆ na dogodny moment. Asystent ju¾ od godziny tkwiˆ przy chronometrze, aby zapisa† dokˆadnie moment obserwacji. Min©ˆo jeszcze sporo czasu, zanim gˆo˜ny okrzyk "uwa- ga!" obwie˜ciˆ asystentowi, ¾e istnieje mo¾liwo˜† odmierzenia poi¥- danej wysoko˜ci. I naraz gˆo˜ne, radosne "stop!" Jest wysoko˜†! W tej samej chwili gˆo˜no odczytane liczby zostaˆy szybko zapisane przez asystenta. Officer nawigacyjny wpadˆ do kabiny i daj¥c asys- tentowi sekstant powiedziaˆ mu, by jeszcze raz spr¢bowaˆ "zˆapa†" wysoko˜†, dla wi©kszej pewno˜ci wyniku obserwacji. Drugie "stop!" oznajmiˆo, ¾e asystentowi r¢wnie¾ si© to udaˆo. Gor¥czkowe obliczenia obu obserwacji przyniosˆy identyczne wyniki. Nawigacyjny nani¢sˆ~ je na map©. Obserwowana linia pozy- cyjna (znikoma cz©˜† ˆuku koˆa na kuli ziemskiej, z kt¢rego w danym momencie i kierunku wida† namierzane sekstantem ciaˆo niebieskie na odmierzonej wysoko˜ci) przebiegaˆa czterdzie˜ci mil na poˆudnie od wykre˜lonego przez kapitana na mapie kursu: Zbiegiem okolicz- no˜ci byˆa do wykre˜lonego kursu r¢wnolegˆa i przecinaˆa idealnie wysp© Rockall, kt¢ra jednak zostaˆa bezpiecznie za ruf¥ (chyba tylko dzi©ki magicznym wˆa˜ciwo˜ciom kapitana), oraz wysp© —wi©tej Kil- dy, kt¢ra powinna si© znajdowa† ju¾ niedaleko na kursie, przed dziobem. Asystent pokˆadowy pognaˆ do kapitana z "radosn¥ nowin¥", ¾e wiemy, gdzie jeste˜my. Za chwil© kapitan wpadˆ na mostek i, nie sˆuchaj¥c wyja˜nieä nawigacyjnego, zagrzmiaˆ: 162 168 - KochAAAny m¢j! Co za herezje wygadujecie, ¾e jeste˜my czter- dzie˜ci mil na poˆudnie od kursu? Niech radiotelegrafista we«mie namiar na Butt of Levis. . ,- Tak jest, panie kapitanie! Ale linia pozycyjna przechodzi przez wysp© —wi©tej Kildy, a poniewa¾ jej jeszcze nie rozbili˜my, powinna si© zaraz ukaza†. W chwil© p¢«niej wszedˆ na mostek radiooficer z namiarem na Przyl¥dek Hebryd¢w - Butt of Levis. Tui za nim wsun¥ˆ si© cichutko asystent, melduj¥c, ¾e "odkryˆa si©" —wi©ta Kilda. Namiar radiowy potwierdziˆ tylko dokˆadno˜† obserwacji sˆoäca i obliczonej linii pozycyjnej. Officer nawigacyjny, s¥dz¥c, ¾e dawna przepa˜† mi©dzy nim a kapitanem zostaˆa ju¾ szcz©˜liwie zasypana w Nowym Jorku, zapytaˆ zupeˆnie niewinnie: - Co zapisa† na MERIDfEM, panie kapitanie? Okazaˆo si© jednak, i¾ tylko co ustalona linia pozycyjna wykopaˆa now¥ przepa˜†: na jej dnie le¾aˆa —wi©ta Kilda. - KochAAAny m¢j! Ty nigdy nie wiesz, co trzeba w dzienniku okr©towym zapisa†. Ja sam zapisz©, co b©dzie potrzeba! W kilka miesi©cy po "spotkaniu —wi©tej Kildy" officer nawigacyjny z "Piˆsudskiego" znalazˆ si© w mesie transatlantyka "Ko˜ciuszko". Rozmowa zeszˆa na ternat zapis¢w w dzienniku okr©towym. "Wy- znaw†y Eustazego" twierdzili, ¾e jest on mistrzem w tej dziedzinie. ½adne.towarzystwo asekuracyjne, ¾adna i«ba morska nie mogˆy nic zarzuci† jego zapisom. Nawigacyjnemu, sˆuchaj¥cemu tych wywo- d¢w, zdawaˆo si©, i¾ stronnicy Eustazego twierdz¥ tak tylko dlatego, by podtrzyma† sp¢r. W koäcu jednak doszedˆ do przekonania, ¾e "ko˜ciuszkowcy" wierz¥ ˜lepo w Eustazego i w to, co m¢wi¥. - Nie wierzysz nam? - o˜wiadczyli w pewnej chwili. - W takim razie przedstawimy ci dow¢d w postaci genialnego protokoˆu zdaw- czo-odbiorczego pasa¾erskiego statku. Nie marry w¥tpliwo˜ci, ¾e gdyby go sporz¥dzali urz©dnicy dla obiektu warto˜ci milion¢w, zu¾yliby na to olbrzymi¥ ksi©g© i wiele tygodni pracy. A prawnicy mimo to dopatrzyliby si© jeszcze wielu nie˜cisˆo˜ci, na pod˜tawie kt¢rych rozpocz©liby spraw© wlok¥c¥ si© miesi¥cami. Jeden z "wyznaw¢w Eustazego" przyni¢sˆ do mesy dziennik okr©- .; towy "Ko˜ciuszki" sprzed lat, ~rzerzuciˆ w nim kilka kartek i pFZed-. stawiˆ uroczy˜cie protok¢ˆ zdawczo-odbiorczy transatlantyka, spo- rz¥dzony przez Eustazego, gdy ten schodziˆ ze statku na kilkumie- si©czny odpoczynek: STATEK T.S.S. "KO—CIUSZRO" ZDAN KAPTTANEM EUSTAZYM BORKOWSKIM KAPITANU MAMERTU STANKIEWICZU W STA- NIE TAKIM, W JAKIM JEST... ' Gdynia, data i dwa podpisy. ' ,,,... ~'' ;~a 164 Kulminacja - KochAAAny m¢j! Zawiadom ~cer¢w pokˆadowych, ie iycz© sobie, aby wszyscy byli d¾isiaj pod~czas kulminacji na mostku - «iwr¢ciˆ si© kapitan do oficera wachtowego o g¢dzinie ¢smej rano. - Tak jest, panie kapitanie! Zawiadomi† wszystkich oficer¢w p¢kˆadowych, ¾e pan kapitan ¾yczy'sobie, aby dzisiaj podczas kul- minacji byli na mostku - officer powt¢rzyˆ jak echo otrzymany roz- kaz. Officer nawigacyjny motorowca "Piˆsudski", znajduj¥cego si© w drodze z Gdyni do Nowego Jorku, nie miaˆ w¥tpliwo~ci, ¾e b©dzie to jaka˜ dotychczas mu nie znana sensacja dla pasaier¢w, przygotowy- wana przez nowego kapitana. Domy˜laˆ si©, ¾e przyprowadzi na mostek wybranych przez siebie pasa«er¢w, by zademonstrowa† im jeden z najstarszych i najbardziej dokˆadnych sposob¢w okre˜lania szeroko˜ci geograficznej na morzu przy pomocy ciaˆ niebieskich, zwˆaszcza_sˆoäca. Polega to na bardzo ˆatwym dodawaniu odlegˆo˜ci ciaˆa niebieskiego od zenitu, w momencie gdy owo ciaˆo osi¥ga sw¥ najwi©ksz¥ wysoko˜† wv danym dniu i w danym miejscu (tak ~zwane "z"' - zet prim), do odlegˆo˜ci ciaˆa niebieskiego od r¢wnika niebie- skiego (co˜ jak gdyby "niebieskiej ~zeroko˜ci geograficznej ciaˆ nie- bieskich"), zwanej deklinacj¥ i pod~nej na ka¾d¥ godzin© w morskim roczniku astronomicznym. W momencie kulminacji obserwowane ciaˆo niebieskie musi by† widoczne w kierunku ˜ci˜le p¢ˆnocnym lub poˆudniowym. Odmie- rzaj¥c sekstantem wzrastaj¥c¥ wci¥¾ jego wysoko˜† nad horyzontem, poznaje si© moment kulminacji po tym, ¾e ciaˆo niebieskie jak gdyby zatrzymuje si© w miejscu w chwili osi¥gni©cia swej najwi©kszej wysoko˜ci. Zˆudzenie to jest spowodowane ruchem ciaˆa niebie- skiego r¢wnolegˆym do horyzontu. M¢wi si©, ¾e ciaˆo niebieskie "stoi". Je˜li obserwowanym ciaˆem niebieskim jest sˆoäce, stanowi to nieomylny znak, ¾e jest POk,UDNIE. Zegary olEr©towe s¥ co dzieä tak nastawiane, by kulminacja ka¾dego dnia miaˆa miejscc o godzinie dwunastej. Tego dnia pogoda sprryjaˆa zamiaroan kapitana. Bezchmnrne niebo, prawie cisza i stosunkowo niewielka martwa fala pozwala~ty na . zaproszenie pasa¾er¢w na pokˆad. W oczekiwaniu na kulminacj~ i kapitana przychodzili kolejno na mostek oficerowie. Przyszliby i bez rozkazu. Byˆa to tradycja i najweselsze chwiˆe na mostku. Dzielono sib wszystkimi nowinami na statku, aktualnie za˜ - niezwykiymi zwyc¾ajami i powiedzeniami nowego kapˆtana. - Czytaˆem ciekaw¥ ksi¥¾k© i nie chciaˆo mi si© i˜† do bare na poinspekcyjny "koktajl~' kapitana - opowiadaˆ starszy oficer, Ta- deusz Meissner.. Byˆ to jego pierwszy rejs na tym statku. Poprzedni oficer, Jan Gottszalk, "nie wytrzymaˆ teg~ cyrku"! "Koktajl" kapitana nieodmiennie miaˆ namalowane na butelce gwiazdki i zawsze smakiem przypominaˆ najlepszy koniak. ' ~w = Nieobecno˜† moja zaniepokoiˆa kapitana - kontynuowaˆ opo- wiadanie starszy c~¢cer. - W chwili gtly byˆem my˜lami najbardziej ~`@ od niego oddalony, usˆyszaˆem jego "kochaaany" gˆoss ' - KochAAAny m¢j! Co si© z tob¥ dzieje? Czy jeste˜ chory?! - Nie, panie kapitanie. Czytam "Na ratunek!" - KarchAAAny m¢j! Czyj rati~nek? - Sempoˆow˜kiej. ˆ'~ - RochAAAny m¢j! A c¢¾ to baba zrobiˆa, ¾e tr«eba jej ˜pieszy† na ., ratunek, ty za˜ z tego powodu wie przyszedˆea do =bare na MàJ koktaj 1? . , -Z äi¥ si© nic nie staˆo, tylko ona napisaˆa ksi¥¾k© pod tym tytuˆem . - wyja˜niˆem kapitanowi. - KochAAAny m¢j! A kog¢¾ ona chce ratoewa†? - Nobilego. - A c¢i ten czˆowiek nawyprawiaˆ, ¾e trzeba go teraz ratowa†? - Zagin~.l z caˆ¥ zaˆog¥, gdy chciaˆ si© dosta† na ~iegun p¢ˆnocny. Nie mog¥ ich odnale¾†. Nie wiedz¥, jak~ drog¥ do nich dotrze†. - KochAAAny m¢j! To zamiast od razu zwr¢ci† si© do starego ,~ Borkowskiego, pisz¥ ksi¥iki? Stary Borkowski od razu by im powie- 166 167 _.,.,~ dziaˆ, gdzie mog¥ by† i w jaki spos¢b si© do nich dosta†. Najkr¢tsz¥ drog¥. . , , y: - Nobile byˆ lotnikiem, panie kapitanie. I szuk¥j¥.i~h-;lotn~cy. KochAAAny m¢j! Z lotnikami to zupeˆnie inns sprawa. Po- patrz! ICapitan najpierw rozstawiˆ, a potem spl¢tˆ palce obu r~k, kt¢re w den spos¢b miaˆy przedstawia† kul© ziemsk¥. Odj¥ˆ j©d~n¥ r©k© i tˆumaczyˆ: - Widzisz, my marynarze musim~y, niest©ty, pˆyn¥† po dˆuiszej li~ii. p! Tal~iej kr~ywej!-i pok¥zaˆ, rysuj¥c palcem lim© na p¢ˆkuli ze zgi©tyeh pak¢w drugiej r©ki. - A lotnik, widz~s~, leci zawsze po prostej linii! - i zn¢w pok~zaˆ palcem lim© p~co~t¥ nad krzywizn¥ popriednio zakre˜lonej linii. Tˆum~.czenie byˆo.tak jasne i tak obrazowe, ie od razu musiaˆo tr~† do przekonania lrra¾demu. Nie miaˆem W¥tpliwo˜ci, ¾e na pewno wiele razy to ju¾ tˆumac,~yˆ. Ale wczoraj wieczorem przydarzyˆa mi si© inns, gorsza historic. Kapitan .podczas obiadu przemawiaˆ. Nie chc¥c pozwoli†, by tak pi©kne przen~¢wienie poszˆo w niepami©†, notowaˆem je sobie na kartce papieru. Po obiedzie ~kapitan podszedˆ do mnie i .powie- dziaˆ: - KochAAAny m¢j! Widziaˆem, ie- notujesz sobie wszystko, co St2@Ty BOrI~OWSkt IIlàl~l. PO CO Cl 1:0~ @ -- . - - Panie kapitanie! Jestem ju¾ stars,~ym oficerem i mam ~ad~ej©, ¾e zostan© kapitanem. Od kogo mam si© uczy†, jak nalc¾y przemawia†? Przecie¾ pan kapitan.dobrze wie, ~ iEapi~n ~tanltiewicz m¢~,ri tylko swoje ZNACZY, a kapitan Knoetgen~w ogple nic nie m¢wi. Ocˆ kog¢¾ mam si© nauczy†, jak przemawiaC do prasa¾er¢w w najrozmaitszych ekoliczno˜ciach, j ak nie od pana? Wa©c ssotuj© awaity~o, ~oe pan .kapitzn m¢wi. - KochAAAny m¢j! Nie martw.si©, b©d© o tobie pami©taˆ. Mam zapisane wszystkie moje przem¢wienia. Gdy zostaniesx kapit¥nem, to ci .prty˜l© ich odpisy i ni© b©dziesz si© potrzebowa# m©czy†, wymy˜laj¥c na siˆ©, co powicdzie†. ?Aiauczysz si© wszystkiego dokˆad- nie na ,pami©† i b©dziest miaˆ rapewnione powodzenic... W nawigacyjnej wszyscy oficerowie szykowali si© do kulminacji. Byˆa godzina wp¢ˆ do d~runastej. Asystent pokˆadowy (inaczej sz¢sty officer) wyj¥ˆ z szafy pudˆa z sekstantami i uˆo¾yˆ je otwarte na kanapie w kabinie nawigacyjnej. Obliczyˆ dokˆadny moment kulmi- nacji sˆoäca w tym dniu. Wybraˆ z almanachu Browna deklinacj© sˆoäca i zapisaˆ to wszystko na kartce. Po dokonaniu tych codzien- nych czynno˜ci w morzu na wachcie zatelefonowaˆ do baru, by si© dowiedzie†, gdzie kapitan jest w tej chwili, aby go osobi˜cie zawia- domi† o dokˆadnym momencie kulminacji. Znalazˆ kapitana w saloniku, otoczonego wytwornym towarzys- twem. Na widok podchodz¥cego do kapitana oficera zapanowaˆo milczenie. Asystent wypr©iyˆ si© przed kapitanem, spojrzaˆ na sw¢j zegarek i zameldowaˆ: - Panie kapitanie! Kuˆminacja za dwana˜cie i p¢ˆ minuty! - KochAAAny m¢j! Bardzo ci dzi©kuj©! Zaraz do was przyjd© na mostek. Prosz©, ¾eby wszyscy oficerowie przygotowali si© do brania wysoko˜ci. -Tak jest, panie kapitanie! Wszyscy oficerowie maj¥ przygotowa† si© do brania wysoko˜ci! Zanim asystent wyszedˆ z salonu, posˆyszaˆ jeszcze gˆos kapita- na: - KochAAAni paästwo! Prosz© wszystkich zebranych na mostek, ¾eby paästwo sami zobaczyli, jak odbywa si© na MOIM statku. obli- czanie pozycji... Na mostku siedmiu oficer¢w pokˆadowych zgodnie z rozkazem kapitana przygotowywaˆo si© do obserwacji, sprawdzaj¥c sekstanty. Trzymali je w r©kach, skie~owuj¥c od czasu do czasu na horyzont. Ka¾dy z oficer¢w miaˆ ju¾ sprawdzony bˆ¥d indeksu, ~o znaczy bˆ¥d indywidualny ka¾dego sekstantu, o kt¢ry mogˆa si© r¢¾ni† odczytana wysoko˜† na jednym sekstancie od wysoko˜ci odczytanej na innym. Wszyscy "ju¾ mieli>~v sekstantach sˆoäce doprowadzone do stycz- no˜ci z horyzontem". Poniewai wysoko˜e powoli jeszcze wzrastaˆa, nale¾aˆo co chwila t© wysoko˜† zwi©ksza†, pokr©caj¥c odpowiedni¥ ˜ruhk¥, a¾ do momentu, w kt¢rym si© m¢wi, ¾e-sˆoäce "stoi". Odczy- tana w tym momencie wysoko—†, poprawiona o bˆ¥d indeksu, byˆa t¥, kt¢ra teoretycznie a wszystkich obserwuj¥cych nawigator¢w po- winna by† jednakowa. Praktycznie r¢iniˆa si© niekiedy o par© dzie- si¥tych minuty. W˜r¢d szumu i gwaru wszedˆ na ~mostek kapitan w asy˜cie paä i 168 169 pan¢w. Z mostku taˆe towarzystwo przeszˆo na pokˆad, na kt¢rym w wanymi na horyzont pod sˆoäcem. Nad siedmioma wtajemniczo- jednym azeiegu stato aiedmiu oficer¢w uzbrojonych w sekatanty. .~~ nymi lud«mi komend© obj~.ˆ stary, do˜wiadczony Wilk Morski. Wˆa˜- - Oto MOI kochAAAni oficemwie, ju¾ przyszykowani do obaer- nie w tej chwili na jego komend© dokonuj¥ czego˜, co pozwoˆi im wacji - obja˜niˆ kapitan pasa¾er¢w, po czym zwr¢ciˆ si© do oficera "p, , wiedzie†, gdzie si© statek znajduje na oceanie i w jaki spos¢b ma nawigaeyjnego: - KochAAAny m¢j! Czy m¢j aekstant jui pnygoto- znale«† drog© do Ameryki. ~'~'~Y'' Kapitan, jak i wszyscy oficero~Arie, trzymaˆ lunet© przy oku i jeszcze - Tak jest, panic kapitanie! raz podaˆ nam t© sam¥ komend©: Asystent poszedˆ do kabiny nawigacyjnej i po chwili wr¢ciˆ z - RAZEM O pudˆem, w kt¢rym znajdowaˆ si© sekstant kapitana. Kapitan Eustazy , PAN WIE! I oto sˆoäce stan©ˆo. Naturalnie w lunecie sekstantu. To ztiaczy miaˆ tak zachwycony wyraz twarzy, jaki mo¾na byˆo ogl~da† na osi¥gn©ˆo sw¥ najwi©ksz¥ mo¾liw¥ wysoko˜† w tym dniu i dla tego reklamach sekstant¢w w almanachu Browns, kt¢ry mieli˜my w u¾y- miejsca. ciu (na tym rysunku uczeä szkoˆy morskiej otrzymuje aekstant w Gdy zobaczyli˜my w lunetach, ¾e sˆoäce opada ju¾ do wody - podarunku od ojca, kt¢rego oblicze,ˆudz¥co przypominaˆo twarz jednocze˜nie niemal odj©li˜my sekstanty od oczu, co zn¢w rf~imo Conrada). ' woli wygl¥daˆo, jakby˜my zrobili to na komend©. Kapitan wˆasnor©czaie otworzyˆ pudˆo i wyj¥ˆ sekstant oraz lunet©. HI k d ' Po zmontowaniu zabraˆ si© do sprawdzania bˆ©du indeksu. Asystent " par© se un p¢iniej wszystkie sekstanty - zn¢w jx~ na komend© - poszˆy do g¢ry, Hy rno¾na byˆo z nich odczyta† otrzyman¥ odni¢sˆ pudˆo do nawigacyjnej i za chwil© zn¢w zaj¥ˆ miejsce w H,y~ko˜e sˆoäca. Po chwili-kaidy z oficer¢w miaˆ jui zapami©tan¥ szeregu. Kapitan ustawiˆ si© na naszym prawym skrzydle: Wygl¥da- odczytan¥ wysoko˜†, poprawion¥ o bˆ¥d indeksu swego sekstantu. I li˜my jak reklama z almanachu Browns, kt¢ra zachwala tablice znowu sekstanty opadˆy, jak na komend©. nawigacyjne Burtona.. Tak jako˜ to wyszˆo sumo, jak na obrazku. Tylko kapitan trzymaˆ sw¢j sekstant przy oku najdˆu¾ej. G~ˆ~y go Przed sob¥ mieli˜my ocean, a nad nim sˆoäce. p ~j~~ zacz¥ˆ nam kolejno zadawa† pytania: Im bli¾e b ˆ moment kulminac i, t m rzadzie o adaˆ r a z !~~: - KochAAAny m¢j! Jak¥ otrzymaˆe˜ wysoko˜† po uwzgl©dnieniu J z oficer¢w w a_ w bˆ©du indeksu? sekstantami dla od z nku. W milt eniu ka¾d ~' Poc y y p trywaˆ si©.w lunet© swego sekstantu. Cisz© przerwaˆ kapitan: . Starszy oficer podaˆ: - No ju¾! STOI! ~ ~` - Trzydzie˜ci osiem stopni, trzyna˜cie i trzy dziesi¥te minuty, - Nie eszcze - sz n starsz oiieer. ~ ka itan. ~-' panic kapitanie! - No u¾! - a feraˆ s - KochAAAny m¢j! Ile ty masz? - spytaˆ drugiego oficera. J P © P . - Jeszcze idzie w g¢r©, panic kapitanie! ~at~t- - Trzydzie˜ci osiem stopni, trzyna˜cie i dwie dziesi¥te minuty, I naraz posˆyszeli˜my gˆo˜n¥ komend© podan¥ przez kapitana: ;~- ~ - RAZEM, PANOWIE! RAZEM! ' panic kapitanie. Dwaj trzeci oficerowie mieli po trzyna˜cie i cztery dziesi¥te minu- Gdyby˜my to nawet chcieli zrobi† oddzielnie, nie mogliby˜my. ty; czwarty officer oraz obaj asystenci - po trzyna˜cie i dwie dziesi¥te Byˆo tylko jedno sˆoäce. Ale widzieli˜my, ¾e komenda kapitana zro- '' minuty. Liczba stopni a w˜zystkich byˆa naturalnie jednakowa. biˆa na pasa¾erach bardzo silne wra¾enie. Z wyrazu ich twarzy mo¾na _ - KochAAAny m¢j! - zwr¢ciˆ si© kapitan do officers nawigacyjne- sz wa† albo i i¾ i i , go_-~ obliczenia szeroko˜ci w dniu dzisiejszym przyj¥† i zapisa† w emy ma ero zaczn ©, ewaj¥ s byˆo si© domy˜li†, ¾e spodz strzela†. ~ dzienniku okr©towym odczytan¥ wysoko˜† kulminacyjn¥ dolnej Byˆ to jednak naprawd© widok wspaniaˆy. Siedmiu wy†i¥gni©tych jak strung oficer¢w z tajemniczymi przyrz¥dami w r©kach, skiero- kraw©dzi sˆoäca: trzydzie˜ci osiem stopni, trzyna˜cie i trzy dziesi¥te i m nuty. 190 iil - Tak jest, panie kapitanie! Zapisa† w dzienniku okr©towym odctytan¥ wysoko˜† dolnej kraw©dzi sˆoäca: trzydzie˜ci osiem stop- äi, trzyna˜cie i trzy dziesi¥te minuty! Misterium kulminacyjne byˆo skoäczone. Do obowi¥zk¢w. ~ficera nawigacyjnego nale¾aˆo poprawi† jeszcze ustalon¥ kulmirtlacyjn¥ wysoko˜† sˆoäca o refrakcj©, obni¾enie widnokr©gu oraz piomieä, obliczy† speˆnienie do dziewi©†dziesi©ciu stopni i doda† je do obli- czonej zawczasu deklinacji. - ~'i'ak, prosz© paästwa, odbywa si© na MOIM sta,tku obi#c~anie pozycji w poˆudnie! - zwr¢ciˆ si© kapitan do nadal oniemiaˆych pasa¾er¢w. Pierwsze o¾yˆy panie: - Ach, co˜ nadzwyczajnego! Nigdy czego˜ podobnego nie widzia- ˆam! Nigdy mi nawet przez my˜l nie przeszˆo,.¾e to takie trudne i ¾e do tego potrzeba ai o˜miu ludzi... - Co˜ wspaniaˆego! Co za postawa! Co za dokˆadno˜† i do˜wiad- czenie - chwalili kapitana m©¾czy«ni. - Jeste˜my peˆni podziwu i uznania dla pans kapitana i jego oficer¢w. Teraz ju¾ ka¾dy chciaˆ w jaki˜ spos¢b wyrazi† sw¢j najwy¾szy podziw dla ogl¥danego wˆasnymi oczami misterium. —wiadczyˆo ono niezbicie o wspaniaˆym wyszkoˆeniu oficer¢w nawigacyjnych, obli- czaj¥cych pozycj© na komend© TAKIEGO KAPITANA. - Panie tego! Przecie¾ oni wyszkoleni, panie, jak gwardzi˜ci! Co˜ wspaniaˆego! - entuzjazmowaˆ si© jeszcze jeden z pan¢w. Tymczasem starszy officer, gdy wszyscy oficerowie ponownie sprawdzili bˆ¥d indeksu po obserwacji; ostroinie wzi¥ˆ z r©ki kapi- tana sekstant, m¢wi¥c: - Pozwoli pan kapitan, ¾e go sam odnios© do nawigacyjnej? - lCochAAAny m¢j! Dzi©kuj© ci bardzo! W nawigacyjnej oficerowie rzucili si© z ciekawo˜ci¥, by zobaczy†, jak¥ wysoko˜† otrzymaˆ kapitan. Nikt nie miaˆ w¥tpliwo˜ci, ¾e kapi- tan jej w og¢le nie odmierzaˆ, przyjmuj¥c ˜redni¥, kt¢ra byˆa zgodna z liczb¥ podan¥ przez starszego oficera. Wysoko˜† na sekstancie kapitana wynosiˆa sze˜†dziesi¥t dwa stopnie i dziesi©† minut. Kapi- tan nic nie obserwowaˆ, caˆkowicie polegaj¥c na "s w o i c h kochaaa- nych oficerach". .~~ Kapitanowi chodziˆo tylko o to, by oczarowa† pasa¾er¢w naszym . ": statkiem, ¾eby chcieli nim na przyszˆo˜† podr¢¾owa†. W ostatnim, grudniowym rejsie 1935 roku, gdy "Piˆsudski" zbliiaˆ si© do cie˜niny Pentland, ppmi©dzy Szkocj¥ a Orkadami (Orkney Islands) rozszalaˆa si© ˜nie¾yca. Statkom o sˆabseych maszynach i maˆej pr©dko˜ci locje radz¥ i˜† g¢r¥, nad Orkadami, nawet przy dobrej pogodzie, by swymi wra- kami na rafach nie powi©kszyˆy dekoracji brzeg¢w cie˜niny. Nato- miast podczas ˜nie¾yc niebezpiecznie jest wchodzi† w cie˜nin© nawet statkom o pr©dko˜ci gonad dziesi©† w©zˆ¢w. Z powodu silnych.pr¥- d¢w bowiem mog¥ mie† du¾e trudno˜ci w razie koniecznego zmniej- szenia pr©dko˜ci lub zatrzymania maszyn przy spotkaniu z innymi statkami przechodz¥cymi przez cie˜nin©. Mimo ˜nie¾ycy kapitan Eustazy nie kazaˆ zmieni† kursu, by, jak zwykle w takich wypadkach i˜† nad Orkadami, i postanowiˆ przej˜† Pentland. Przepisowo nale¾aˆo zmniejszy† pr©dko˜† - z powodu ograniczonej widoczno˜ci, ¥ wˆa˜ciwie w og¢le jej braku, bo w dodatku byˆa noc - ale i to nie wchodziˆo w gr©. Trzeci officer pociˆ si©, wreszcie zdr©twiaˆ ze strachu, zadaj¥c sobie '''' tylko jedno i to samo pytanie: Czym si© to skoäczy? Skoäezyˆa si© ˜nie¾yca, skoäczyˆa si© cie˜nina. 0¢cer nawigacyjny nie wytrzymaˆ i spytaˆ kapitana: . -Co kapitan miaˆ zamiar zrobi†, gdyby˜my spotkali jakie˜ statki w Pentlandzie w tej ˜nie¾ycy? - KochAAAny m¢j! Je˜li ~ytasz, to nie masz do mnie zaufania! - odpowiedziaˆ kapitan. - Przeciei~ nic nie moie grozi† statkowi, kt¢- rym- JA dowodz©! - Potem dodaˆ, ale tak, jak gdyby m¢wiˆ sam do siebie: - Sk¥d by si© m¢gˆ znaˆe«† w.cie˜ninie j-aki˜ finny statek? Kt¢ry kapitan zechciaˆby przechodzi† Pentland podczas ˜nie¾ycy?... :;:d' `y 172 Chmura naukowo Dziwny to byl dzieä grudniowy roku 1935: jasne, czyste sloäce na bladoniebieskim niebie i przesuwaj¥ce si© po bl4kicic kuliste, ciemne obˆoki a sypi¥cym sib z nick ˜niegiem. "Piˆsudski" zbli¾aˆ aid do Bornholmu. Na mostku pelnil slu¾b© jedyny ju¾ pozostaˆy officer pokladowy z tych b~d¥cych jeszc¾e na budowie statku w Monfalcone we Wˆoszech. Koledzy oficera nawi- gacyjnego kolejäo zeszli z jego burty po obj©ciu dow¢dztwa przez kapitana Borkowskiego w zast~pstwie chorego Stankiewicza. Nawigacyjny przygl¥daˆ si© przedziwnym oblokom, tworz¥cym miniatury wielkich ˜nieiyc na przestrzeni zaledwie paru mil kwad- ratowych. Dookoˆa widnokr©gu bylo kilka takich obˆok¢w. Wyda- waˆy si© poˆ¥czone z morzem przy pamocy ciemnych smug g©sto padaj¥cego ˜niegu.. Byˆa to ostatnia wachta oficera nawigacyjneg¢ w tym roku i na tym statku: Ju¾ dzisiaj b©d¥ w Gdyni. Caˆa zaloga iyje my˜l¥: —WIF~TA W DOMU! Podczas postoju w Nowym Jorku statek szyko- waˆ si© do tej uroczyst4˜ci. W kabinach zalogi zwi©kszala si© co dzieä liczba jaskrawych pudelek, przewi¥zanych zˆotymi i srebrnymi wst©- gami. Oplataˆy one podarunki ˜wi¥teczne nabyte w.sklepach nowo- jorskich. Prezenty pi©trzyˆy si© na stolikach i p¢ˆkach jako widomy przejaw uczu† ich wˆa˜cicieli~do najbli¾szych. Marzyli ¢ni o zobacze- niu jak najszybciej PARADY SERC-matki, ¾ony i dzieci posuwaj¥ce si© szeregiem po trapie z l¥du na statek. My˜l o "paradzie" usuwaˆa w cieä zmor© wisz¥c¥ nad statkiem od momentu jego wodowania. Atlantyk ze swymi sztormami, mgˆami i zimowymi polamˆ lodowymi byˆ ju¾ tylko wspomnieniem w tym roku, a wi©c zmalaˆa i zmora. Jej «r¢dˆem byˆa przepowiednia, ¾e "w 1935 roku umrze w Polsce najwi©kszy czˆowiek i w tyni~roku zatonie najwi©kszy polski statek". Pierwsza cz©˜† przepowfedni speˆniˆa si© 12 maja 1935 roku. ½y† przestaˆ ten, kt¢rego imi© nosiˆ nasz nowy, najwi©kszy transatlantyk. Im bardziej skracaˆ si© czar pozostaˆy do speˆnienia si© caˆej prze- powiedni, tym silniejszy niepok¢j ogarniaˆ mnysˆy zaˆogi. Po pier- wszym, bardzo ci©¾kim, szt¤rmie przeiytym w drodze do Nawego 'k Jorku wiele ludzi zacz©ˆo sch¢dzi† ze statku pod rozmaitymi pretek- stami. Podaj¥c otwarcie jako pow¢d swej decyzji straszn¥ dla statku przepowiedni©, zszedˆ na l¥d rze«nik. Zniesienie ze statku na noszach zˆo¾onego ci~ik¥ niemoc¥ kapitana Mamerta Stankiewicza jes«cze bardziej wzmogˆo panik© i vviar© w przepowiedni4. Nowi czˆonkowie zalogi zamustrowani-na'transatla.ntyk, b©d¥cy pod urokiem jego nowoczesii¢˜ci, zaj©ci poznawaniem statku =hie mieli ezasu na przejmowanie si© przepowiedni¥. Po wej˜ciu "Piˆ˜ud- skiego" na Baˆtyk caˆa zaˆoga ju¾ beztrosko szykowaˆa si© do ˜r'vi¥t, ukˆadaj¥c w my˜lach przyj~cie dla najbli¾szych na statku w dnie przypadaj¥cej im sˆu¾by, marz¥c o dniach wolnych w dorxi~ch rodzinnych. Statek ¾yˆ ju¾ wyˆ¥cznie WIELK¤, z powodu nad†ho- dz¥cyeh ˜wi¥t, PARAD¤ SERC. Nawigacyjny stoj¥c na mostku wa¾yˆ w sobie to wszystkie nastr¢je. Ostatnia wachta w tym roku. Ju¾ ¾adna zˆa przygoda nie mo¾e ich spotka†. Statek, jak m¥dry koä, bez potrzeby poganiania sam ˜tara si© jak najszybciej wr¢ci† d¢ d¢mu. C¢ prawda mechanicy okr©t¢wi w tym dniu nie ¾aˆowaIi swym 12 680 koniom mechanicznym ';;¢broku". Wskazywaˆy to liczniki obrot¢w ˜rub. Nawigacyjny widzi ju¾ p¢ˆnocny cypel Bornholmu: Odkryˆa si© sylwetka lataräi Hammer Odde. W grudniowym sˆoäcu zaloga pokladowa ukˆada na dziobie Tiny do cumowania, szykuj¥c poktad do postoju w porcie. Nawigacyjny sam jui zaczyna pobˆa¾liwie trak- towa† zmor© przepowiedni. 'Ostatnia wachta w tym roku äa †ym statku. Gzeka go teraz wyjazd na Morze Czarne, na tak zwan~ lini© paˆestyäsk¥. Zatrzymany zostaˆ na ten ostatni rejs na transatlantyku nieomal jako zakˆadnik, wyˆ¥cznie i tego powodu, ¾e byˆ przy jego -~~ ` budowie. Zostawi na tym statku szmat swego ¾ycia, wiele serca, wiele ` niepokoj¢w i troski o niego, od jego kolebki w stoczni. Znany mu je˜t 174 1~5 ka¾dy szczeg¢ˆ jego budowy, kaidy d«wi©k aparat¢w, mows wszys- , powoduj¥c zniech©cenie do przedmiotu, poˆ¥czone z niewiar¥ we tkiah wskainik¢w na mostku. Pozostan¥ po nim w pami©ci wspom- . wˆasne siˆt'. Po .paru tygodniach wi©kszo˜† kursu byˆa na temat nienia najlepsze i radosne. Smutne zwi©da¥ i zanikn¥ lub zamieni¥ CHMURY a kresu swych siˆ duchowych i fizycznych. Kapitan wei¥i i ˆ si©. w do˜wiadczenie... w tajemn cy trzyma jemu wyˆ¥cznie znan¥ definicj© CHMURY NAUKOWO! Naraz u˜wiadomiˆ sobie, ¾e kurs statku przetnie czarna chmura ˜niegowa. Jej wygl¥d przypomniaˆ mu wykˆady z meteorologii w " Gdy. spostrzegˆ, ¾e ju¾ nikt z kuTSU nie przejawia zaciekawienia w ."` Szkole lvtorskiej w Tczewie, prowadzone przez kapitana Hryniewie- tej sprawie, zdecydowaˆ si© def nicj© "chmury naukowo" poda†: ckiego z odeskiej Szkoˆy Morskiej: "CHMURA NAUKOWO JEST TO OB�OK O GRO�NYM WYGL¤- Krasom¢wczo˜† sw¥ podezzs wykˆad¢w pot~gowaˆ podawaniem - - DZIE!" dw¢ch sˆ¢w o tym samym znaczeniu, nie b©d¥c pewnym, kt¢re W tej chwili, na mostku, nawigacyjny nie miaˆ w¥tpliwo˜ci, ¾e ma prr~em¢wi uczniom lepiej.-da rvyobra«r~i. Byˆ przekonany, ¾e jedno z pried sob¥ tak¥ chmur©, a jej wygl¥d ,caˆkowicie pokrywaˆ si© z nieh na pewno spehii swe zadanie'to znaczy zostanie zapami©tane. I ' def nicj¥: OB�OK O GRO�NYM- WYGL¤DZIE! I co gorsza, trzeba rz~eczywi˜cie, po;tylu lat¥ch w pami©ci'äawigatora nie straail nic ze r=- b©dzie przej˜† pod nim. swej ˜wieio˜ci wylr3ad rozpocz©ty podniesieniem r©ki w kierunku ~ - Mo¾e pan zawiadomi kapitana - zwr¢ciˆ si© nawigacyjny do mapy, kt¢remu to gestowi towarzysz~tˆ natchniony wyraz twarzy i asystenta - ¾e za dziesi©† minut ~vejdziemy na kr¢tki okres w ˜nie- dobitnie wypow#~dziane zdanie: "W�OCHY; CZYLI ITALIA! ITA- ¾yc©. , .' LIt~, CZYLI W�OCHY!" Potem wszystko, co si© w niej dzieje, jak na ~ Poniewa¾ kapitan nie podaˆ na mostek numeru telefonu swego prtykˆad: ,;KARTOFLI ZASADZAAAJ¤ SIE, CZYYYLI u- chwilowego "postoju", asystent peˆni¥cy z nawigacyjnym sˆu¾b~ na prAAA-~viAAA~jo!" Ostatnie zdania ka¾dego wykladu dlaczego˜ ~,: mostku zawiadomiˆ maszyn©, ¾e trzeba b©dzie zmniejszy† pr©dko˜†, prz~rpominaˆy nawiga†yjnemu FINAbE FURIOSO utworu muzycz- bo "statek wejdzie za dziesi©† minut w ˜nie¾yc©". Przez telefon nego. Kapitan ze wzrokiem przenozz~cym go gonad poziom ucz- ' poprosiˆ pracuj¥cego na dziobie bosmana o wyznaczenie marynarza ni¢w, wpatruj¥c si© w r¢g pokoju pod sufitem, m¢wiˆ: "NU, POMY- '""` na "oko", po czym podszedˆ do aparatu na mostku, by grit' jego SLõT'IE SAMI! W J~AKA -DIEDINA :MYSLI JA WAS ZAPRAWADI~,, pornocy zamkn¥† drzwi pomi©dzy sekcjami, dziel¥c w ten spo~b JAKIE SZIROKIE HARIZONTY PRIED WAMI ATWORZY�!" statek na kilka przedziaˆ¢w wodoszczelnych: Na specjalnej tablicy Po przybyciu do Szkoˆy.Morskiej ~i Tczewie;, n¥ pierwszej zbi¢rce tego przyrz¥du moina byˆo ˜ledzi† zamykanieai© drzwi. Zamkni©cie NU I GDY ˆo komunikacj© ~ m¢wi omi©dx ~ ich utrudnia rzec~stawiˆ si sekcjami k asa¾erskimi na d f i¢ ~t ¥ . ©, p " y an p p rontem uczn w; ap prie TAK STATTIE PRZEDE MNO, SAMI S~OBIE ZADAJETIE PYTANIE: !, ni¾szych pokˆadach, ale zabevpieezaˆo nieco statek na wypadek zde- Co za ANANAS stoi pried wa~äi?" Dsi©ki tej jego samoprezentacji rzenia podczas ograniczonej :widzialno˜ci. przez dˆugie lata nie nazywano kapitana inaczej, jak ANANAS. - Asystent usiˆowaˆ potem tawiadomi† kapitana, dzwoni¥c kolejno -Z meteorologii zaskoczyˆ kiedy˜ :uczni¢w pytaniem: ,:Jaka jest do intendepta i ochmistrz¢w: ˜nie¾yca szˆa na spotkanie. Asystent naukowa definicja chmury?!" . ~. 1~:. wci¥¾ jeszcie szukaˆ kapitana. '.:Najbardziej wyszukane.i tˆumaczoäe na j©zyk polski okreõlenia, Jak.;zaczniemy gwizda†, to kapitan zaraz si© znajdzie - pomy˜iaˆ odr~alezione w obcych podr©canikacl~ ttie byˆy dla kapitana dosta- nawigacyjny. I nie ezekaj¥c na rE. Od ~wiek¢w nab ia~glowca.ch w m¢rzu burta nawietrzna tradycyjnie nale¾aˆa do admiraˆa i kapitana, poniewai kapitan, stoj¥c na tej nawietnnej, m¢gˆ "CZU� WIA'~'R I POGODI<, WYCZU� L¤D I WYKRY�" nadchodz¥cy szkwaˆ. Na ¾aglowcu stoj¥cym na ~otwicy PRAWA ~$URTA byˆa ZIE11~II¤ —WIFrT¤ - in.aczej m¢wi¥c - BURT¤ HONOROW¤. W listopadzie 1.497 roku ~ortugal$ki ¾eglarz Vasco da Gama w drodze,do I~dii po raz piers:y opˆyn¥~ Afryk©, zostawiaj¥c dzi~~ej- szy Przyl¥dek Dobrej Nadziti z lewej burty. Sam przyl¥dek täiaˆ Vasco da Gama ochrzci† i:äitnie~ CABO TORMEN'TOSQ, c¾yii Przyl¥dek BuRZ. Na cze˜† tego wielki©go ¾eglarza marynarka pArtugalska uwa¾a LEW¤ BURT¨ za honvrpW¥. ANALOGICZNY niemal w j~czyn powt¢rzyˆ w czterysta trzydzie˜ci osiem lat p¢«mej polski navigator, i to na naszym oceanicznym puowcu bPolonia". Przeszed~y ten wyczyn priwdopodobnie bez echa, gdyb~r nie telegram wysˆany przez jego bohatcra do kapitana pˆywaj¥cego od niedawna na tej samej linii nieco mniejszego parowca "Ko˜ciuszko". Rapitan miaˆ stopieä 'komandora i nosiˆ nazwisko podobne do nazwiska bohatera z "Polonii". St¥d "Domej- ko", i "Dowejko". Dla unikni©cia omyˆek ustalono, ¾e kapitan Domejko - na "Polonii", komandor Dowejko - na "Ko˜ciuszce". W jesieni 1933 roku "Polonia," przeszˆa z linii p¢ˆnocn©j - Gdynia - Nowy Jork - na lim© palestyäsk¥ pod dow¢dztwem kapitana Mamerta Stankiewicza. "Polonia" obsˆugiwaˆZ pony: Konstanca - Stambul, Jaffa - Hajfa, Aleksandria i Pireus. Id¥c po raz pierwszy z Aleksandrii do Pireusu, kapitan Mamert Stankiewicz wykre˜liˆ kurs 187 nd wschodniego cypla Krety do Pireusu w ten spos¢b, ¾e sˆynn¥ ze swej Venus wysp© Miˆo min©li~my praw¥ bt~rt¥, Wimo ¾e byˆa to nieco dˆuisza droga. Pozostawiaj¥c Milo z lewej burty, zyskiwaˆo si© co prawda nieznacznie na czasie, ale nara¾aˆo to statek na przecho- dzenie w pobli¾u caˆego szeregu maˆych wysp. Unikali˜my w ten spos¢b wielu denerwuj¥cych godzin wypatrywania ˜wiateˆ lub zary- s¢w tych wysp, kt¢rych latarnie paliˆy si© albo nie. W okresie ulew- nych deszcz¢w, przy ograniczonej widzialno˜ci, stanowi† mogˆy gro«ne niebezpieczeästwo. Zmieniali si© kapitanowie na "Pqlonii", a kurs wyznaczony przez kapitana Mamerta Stankiewicza dog Pireusu pozostawaˆ miesi¥ce i lata nie zmieni¢ny. MILO zawsze zo˜tawiali- ˜my z prawej burty. W 1985 do pomocy "Polonii" na tej linii przyszedˆ-"Ko˜ciuszko". Przyprowadziˆ go kapitan Eustazy Borkowski. Po przej˜ciu kapitana Eustazego na motorowiec "Piˆsudski" kapitanem na rKo˜ciuszce" zostaˆ komandor Dowejko - przystojny, wysoki, ko˜cisty, zawste bardzo starannie ogoˆony, w äienaganäie wyprasowanym mundu- r«eByˆ najstarszym naszym komandorem. Moina by mu nada† tytuˆ PIASTUNA nas2ej MARYNARKI WO~ENNEJ, bo jemu to, koinan- dorowi Witoˆdowi PANASEWICZOWI; admiraˆ Kazimierz Por4bski w 1918 roku powierzyˆ piecz© nad jej zal¥¾kiem w posta†i portu wojennego w Modlinie oraz Szkoˆy Specjalist¢w Morskich w Kazuniu nad Wisˆ¥, naprzeciwko Modlina. N~ist©pnie byˆ komandor pier- wszym. komendantem pierwszego ~oitu morskiego na Ba~tyku - w PUCKU, a jeszcze dawniej, bo a¾ w ze˜¾ˆym stuleciu, ukoäczyYKorpus Gardemarin¢w w Petersburgu i ju¾ jako starszy officer na pancerniku rosyjskim "Cesarewicz" zaprawiaˆ gaidemarina Mamerta Stankie- wicza w broni torpedowej. Najwa¾niejsz¥ w`nim jednak cech¥ byˆo to; ¾e byˆ jedynym naszym KAPITANEM-D½ENTELMENEM, je˜Ii zgodzi† si© z twierdzeniem Angˆik¢w; ¾e "prawdziwy d¾entelmen nie widzi, gdy kto˜ post©puje nietaktownie". Pˆywanie z takim kapita- nem nale¾a~o do najwi©kszych przyjemno˜ci, mimo ¾e wymagaˆo zawsze nap`i©tej uwagi, by kapitan nie potrzebowaˆ czego˜ ,;nie widzie†". ~1$ mostku id¥cego do Paˆe˜~tyäy "Ko˜ciuszki" znajdowaˆ sib wˆa˜- nie komandor Dowejko, gdy radiotelegrafista zjawiˆ si© z telegra- mem od kapitana Domejki z';;Ptiˆonii". Miˆej powierzchowno˜ci kapitan Domejko, ˜redniego wzrostu, nie podnosz¥cy nigdy gˆosu - nawet w "˜wi©tym oburzeniu" - zr¢wno- wa¾ony nad podziw, byˆ wi©cej ni¾ przyjemny jako kapitan. To WI¨CEJ zawdzi©czaˆ swemu ANTYJ¨ZYKOZNAWSTWU.Je˜liby si© obliczaˆo zdolno˜ci j©zykowe w procentach, to kapitan Domejko byˆ i~ W STU PROCENTAC,H ANTYJ¨ZYKOZNAWC¤. Stanowiˆo to staˆe i wielkie urozmaicenie w monotonnym niekiedy iyciu na statku. Pist© o tym za zgod¥ kapitana Domejki. Spotkanego w Gdyni po wielu latach spytaˆem, czy nie ma nic przeciwko temu, ¾e chc© o nim pisa†, prosz¥c jednocze˜nie o wybaczenie, ¾e nie b©d¥ to pochwaˆy na jego cze˜†, lecz tak zwane SPRAWY WESO�E. Kapitan Domejko, dobroduszny z natury, znaˆ doskonale opowia- dane o nim prawdziwe i zmy˜lone potkni©cia j©zykowe. Zdawaˆ soˆ~ie z nich spraw© i wiedziaˆ, ie czyni¥ go POPULARNYM. "Nu i coi takiego - powiedziaˆ. - Nu, pisz pan! Nu, sam ch©tnie sie u˜mieje". Kapitan Domejko tkwiˆ gˆ©boko korzeniami w Arktyce. Po ukoä- czeniu szkoˆy morskiej w Rosji pˆywaˆ na badawezym okr©cie hyd- rograficznym w Arktyce i, jak twierdziˆ, jedu¥ z wy˜epek nowo odkrytych przez okr©t, na kt¢rym peˆniˆ sˆu¾b©; nazwano jego nazwi- skiem. W 1925 roku zostaˆ tizecim z kolei kapitanem na naszym '~' okr©cie hydrograficznym ORP "Pomorzaniä". Okr©t ten pierwszy podni¢sˆ polsk¥ bander© wojenn¥ na Baˆtyku wiosn¥ 1920 roku. Dow¢dcami ORP "Pomorzanin" byli kolejno: porucznik marynarki ~~,,~. Jerzy Rychˆowski, komandor , Jerzy Kˆossowski i porucznik Mary- narki Wojennej Edward PACEWICZ, czyli nasz kapitan Domejko. S~.AW¨ sw¥ zawdzi©czaˆ kapitan Domejko swym "j©zykowym ""' , '- zdolno˜ciom". Dzi©ki nim znaIazˆ si© na najwy¾szym szczeblu dra- a biny spoˆecznej, gdy obwie˜ciˆ-`"˜wiatu", i to podczas drugiej wojny ˜wiatowej, ¾e jest KRàLEM ANGLII. B©d¥c kapitanem "Batorego", `~=. powiedziaˆ w jednym z port¢w znanemu sobie sprzed wojeny agen- t¢wi: ,,Ju ~ si, agent, aj wos befor only kapitan, and ~ nau aj em HIS MAD½ESTY!" W polskim tˆumaczeniu, nie odd¥j¥cym caˆkowicie uroku tego tdania; znaczy to:;,Wiesz; agencie, pizedtem byˆem tylko kapitanem, a teraz jestem KRàLEWSK¤ MO$CI¤". 18$ 1$9; Wykrzykniki©m "000!" agent gratulowaˆ kapitanowi Domejce tak wielkiej kariery ¾yciowej. A sprawa miaˆa si© tak: Podczas drugiej wojny ˜wiatowej nasze statki floty handlowej, tak samo jak ich kapitanowie, byˆy w sˆu¾bie jego kr¢lewskiej mo˜ci, po angielsku: IN HiS MAJESTY'S SERVICE. Anglicy NIED½ENTELMENI twierdzili, ie Polacy podczas drugiej wojny ˜wiatowej stracili wszystko, pr¢c« AKCENTU. Polacy, ucz¥cy si© j©zyka angielskiego, nie pozostawali dˆu¾ni, m¢wi¥c, ¾e �Rà- D@.EM tego AKCENTU jest angielski spos¢b wymawiania liter: "a" " " - i na domiar zˆego jak "A jak "E", "e" jak "I", "oo" jak ,;U' ; "u poparty twierdzeniem, ie tak by† musi. Wiadomo˜†, ¾e kapitan Domejko ogˆosiˆ si© kr¢lem Anglii, spo- tkaˆa si© z powszechn¥ aprobat¥ Polak¢w na morzu. Zmiana na tronie Anglii wi¥zaˆa si© z nadziej¥, ¾e nowy kr¢l Polak, znany ze swych "zdolnoõci j©zykowych", przywr¢ci w Anglii literom alfabetu ich wˆa˜ciwe, .powszechnie znane brzmienie. W skwarze poˆudniowego sˆoäca "Ro˜ciuszko" le¾aˆ jui na kursie " na otrzymany tele- do Jaffy, gdy komandor Dowejko "rzuciˆ~oleiem gram. Nie mog¥c go odcyfrowa† z powodu bardzo silnego blasku sˆoäca podaˆ telegram wachtowe~nu oficerowi z pro˜b¥,~ by ten odczytaˆ go na gˆos. Po chwili na-mostku komand¢r, oficerowie i sternik usˆyszeli: PRZESZED�EM MILO; ZOSTAWIAJ¤C J¤ Z LE- WEJ BURTY. PROPONUJF, ABY OBA STATKI ZAWSZE TAK CHO- DZI�Y. DOMEJRO. Gdy officer skoäczyl czyta†, obecni usˆyszeli ˜piewny gˆos koman- dora Dowejki: -Aaa! Drugi Vasco da Gama! Teraz lewa burta na "Polonii" b©dzie ~` honorow¥. Nie przebrzmiaˆy jeszcze echa o drugim Vasco da Gamie, a ju¾ w " wiadomo˜†, listach z kraju do oficer¢w dotarˆa na "Ko˜ciuszk© mog¥ca wstrz¥sn¥† umysˆami wszystkich nawigator¢w na ˜wiecie. Wiadomo˜† m¢wiˆa o zakoäczeniu dziewiczej podr¢¾y do Nowego Jorku w maju 1986 roku nast©pnego po "Piˆsudskim" naszego nowego motorowca transatlantyckiego "Batory" pod dow¢dztwem kapitana Eustazego Borkowskiego. - . Z doniesieä wynikaˆo, ¾e kapitan Eustazy ODKRY~: najkr¢tsz¥ drog© do Nowego Jorku i ogˆoszony zostaˆ ZDOBYWC¤ B�¨KITNEJ WST¨GI! Podobno najpoczytniejszy i najlepszy miesi©cznik am~ry- kaäski "NATIONAL GEOGRAPHIC" zamie˜ciˆ na swych~ h olbrzymi¥ fotografi© kapitana Eustazego, nazywaj¥c go Kapitat Siedmiu M¢rz i Zdobywc¥ Bˆ©kitnej Wst©gi Baˆtyku, odznaczon~rm li†znymi orderami za bohaterskie czyny w wojnie 1914-1918 roku. ' - Pod czaszkami nawigator¢w parowca "Ko˜ciuszko" kipiaˆo py~a- nie: W jaki spos¢b ~kapitan Eustazy wykombinowaˆ t© najkr¢tsz¥ drog© do Nowego Jorku? Sk¥d? Z Halifaxu do Nowego Jorku? 2e Szkocji od Cape Wrath do Halifaxu? HALIFAX! HALIFAX! HALL FAX! Oficerowie wyci¥gn©li z ˜zuflad w nawigacyjnej mapy z linri Gdynia - Nowy Jork. —l©cz¥c nad nimi dnie i noce, gˆowili si©, w jaki spos¢b zdoˆaˆ genialny kapfran Eustazy ODRY� NAJKRàT9L¤ DROGF DO NOWEGO JORKU. Komandor Dowejko, zapytany przez oficer¢w, co myõli na tem2~t ˜wiatowego sukcesu kapitana Eustazego, odpowiedziaˆ swym ˜piew- .nym gˆose~: - Aaa! Trzeci Vasco da Gøama. ' - Jak to? - pytali oficerowie. - Co pan komandor ma na my˜li? Czy¾by zosfawiˆ co˜ z 1 a w a j b a r t y ? . . . Tego by brakowaˆo!..: Ale komandor, nie chc¥c widocznie popeˆni† jakiegoõ nietaktu, milczaˆ. Kapitan Eustazy ¾ywiˆ niech©† do kapitana Mamerta Stankiewicza i nieraz publicznie dawaˆ temu wyraz, czego nigdy nie odwzajemniaˆ Stankiewicz. To uczucie byˆo motorem wielu poczynaä kapitana Eustazego, a w koäcu i obecnego sukcesu. Kapitan Mamert Stankiewicz byˆ, mo¾na powiedzie†, FLAGO- ~WYM kapitanem linii Gdynia - Ameryka. Wyra¾aˆo si© to w tym; ¾t kandydata na kapitana statku dawano przedtem na starszego oficera na statek, kt¢rym dowodziˆ kapitan Mamert Stankiewicz. Gdy jesieni¥ 1985 roku przys;tedˆ w Gdyni z "Ko˜ciuszki", b©d¥- cego ju¾ na linii palestyäskibj, na ;,Piˆsudskiego", w zast©pstwie ci©¾ko chorego kapitana Mamerta, kapitan Eustazy Borkowski, zastaˆ na "Piˆsudskim" nieprawdopodobnie dokˆadnego starszego oficera, z kt¢rym kapitan Stankiewicz~podczas budowy tego statku opracowaˆ pierwsz¥ w Polsce ORGANIZACJ¨ S�U½BY NA STATKU, ciesz¥c¥ si© wielkim uznaniem tak oficer¢'tw marynarki handlowej, 190 ~ 191 jak i dyrekcji. Opracowanie to byˆo pierwsz¥ wskaz¢wk¥ prawn¥ - opart¥ na do˜wiadczeniach - co do kogo na statku naˆe¾y, jakie obowi¥zki. Mo¾e starszemu oficerowi zabrakˆo poczucia humoru; a mo¾e podziaˆaˆ szokuj¥cy kontrast (poprzedni zwierzchnik, kapitan Stan- kiewicz, byˆ ˜miertelnie powa¾ny i lodowato spokojny, przy tym raczej z dystansem do pasa¾er¢w), do˜† ¾e po tygodniu wsp¢ˆpracy uznaˆ kapitana Borkowskiego za bˆazna lub wr©cz za zbiegˆego ze szpitala wariat¢w niebezpiecznego czˆowieka-zwˆaszcza Z PUNKTU WIDZENIA WSPà�AUTORA ORGANIZACJI S�U½BY NA STATKU - kt¢ry dl~ popularno˜ci a pasa¾er¢w got¢w byˆ na wszyst- ko. Ziymaˆ si© wi©c, sˆuchaj¥c, jak kapitan Eustazy w cudowny spo- s¢b przed gronem pasa¾er¢w na pokˆadzie zmienia napotkan¥ na oceanie samotn¥ mew© w BURIEWIESTNIKA i z jej lotu czyta niby z otwartaj -ksi©gi; jaka b©dzie pogoda, kierunek i siˆa wiatru oraz zachrnurzenie.: -Dostawaˆ konwulsji, patrz¥c, jak kapitan Eustazy wprowadza na mostek najbardziej dostojnych pasaier¢w i pyta ofi- cera wachtowego, jaka jest poprawka kompasu, a potern wyci¥ga r©ce w kierunku dwu odlegˆych od siebie gwiazd i z k¥ta zawartego pomi©dzy r©kami ogˆasza bardziej ˜cisˆ¥, bo do p ¢ ˆ s t o p n i a, poprawk© kompasu od obliczonej przez oficer¢w nawigacyjnych przy pomocy precyzyjnych namiar¢w, mapy, rocznika, tablic i mate- matyki. W poˆudnie na mostku starszy officer zmieniaˆ si© w niesˆyszalnego brzuchom¢wc©, gdy po obliczeniu pozycji na godzin© dwunast¥ przez trzech oficer¢w, z nim wˆ¥cznie, kapitan Eustazy wobec przy- prowadzonych pasa¾er¢w ogˆaszaˆ t© pozycj© za niewain¥, poniewa¾ TYLKO ON, KAPITAN, W IE, gdzie jego statek si© znajduje; i rysowaˆ swoje ulubione MP - MERIDIEM (z ˆaciny), POSITION (z angielskiego), czyli PO�UDNIOW¤ POZYCJF~ statku - na mapie w miejscu dawol- nie tkni©tym swym wskazuj¥cym palcem. Starszy officer uwaiaˆ, ¾e kapitan Eustazy nie ma poj©cia, w. jaˆci spos¢b odmierza si© wysoko˜† ciaˆ niebieskich, a jeszcze mnieJ wie o poprawianiu odmierzonych wysoko˜ci i obliczaniu linii pozycyj- nych, a to ¾e dotychczas nie zatopiˆ ¾adnego statku; zawdzi©cza wyˆ¥cznie swoim "kochAAAnym oficerom" -gdy on sam, jak aktdr, g;a wyimaginowan¥ przez siebie (na poziomie siedmioletniego 192 a dziecka, kt¢re nigdy nie widziaˆo morza) rol© NADKAPITANA-CU- DOTWàRCY I MAGIKA wobec zmuszonych go sˆucha† pasa¾er¢w i zaˆogi. Znaj¥c rzekomo trzyna˜cie j©zyk¢w, w rzeczywisto˜ci W�ADA JEDNYM, SWOIM NOSOWYM, kt¢rego na szcz©˜cie nie wszyscy mog¥ zrozumie†. Byˆ ten starszy officer okropnym PEDANTEM. Swego czasu, gdy pˆywali˜my razem na "Polonii", zameldowaˆem mu, jako starszemu oficerowi, w jednym z port¢w, ie setka tak zwanych DEJMANàW, przychodz¥cych dla umycia naszego statku, w ci¥gu jednego dnia zw©dziˆa sto wiader, w kt¢rych z Polski przysyˆano na "Poloni©" szare mydˆo. Starszy officer, gdy si© ezym˜ zdenerwowaˆ, natychmiast czer- wieniaˆ i m¢wi¥c w AFEKCIE, lekko si© zacinaˆ. Poczerwieniaˆ r¢w- nie¾ w¢wczas i powiedziaˆ: - Pppaaa-nie! Pan ta-aak oo-oood razu melduje, ¾e sto, aa-aaa nie stopniowo. Rzeczywi˜cie, nie pomy˜laˆem, ¾e naleiaˆo p¢j˜† do niego pi©† razy i za kaidym razem powiedzie†, ¾e dejmani zw©dzili dwadzie˜cia wiader..Nie przyszˆo mi to jednak do gˆowy, poniewa¾ zgin©ˆo od razu sto wiader. Na "Piˆsudskim" - bez wi©kszego skutku - usiˆowali uspokoi† starszego oficera jego mˆodsi koledzy, przypominaj¥c, ¾e niegdy˜ wˆa˜ciciele wielkich ¾aglowc¢w woleli mie† kapitan¢w SZCZ¨—LI- WYCH ni¾ M¤DRYCH.~ W zupeˆny szaˆ wprawiaˆo starszego oficera rozpowiadanie przez kapitana Eustazego o taranowaniu przez niego podczas wojny 1914- 1918 niemieckich ˆodzi podwodnych, za co miaˆ by† odznaczony niezliczonymi orderami. Pasa¾erowie, nie mog¥cy dokˆadnie zrozu- mie† nosowgo j©zyka kapitana Eustazego, masowo n©kali starszego ofieera, pr~z¥c o podanie im szczeg¢ˆ¢w waˆk,;tego nieustraszonego wilka morskiego" z niemieckimi ˆodziami podwodnymi, b©d¥cymi najwi©ksz¥ plag¥ pierwszej wojny ˜wiatowej. Starszy officer pieniˆ si© przed koˆegami: - W.aaa-ariat teee-ee~n oo niczym innym teraz ju¾ n3ee-e m¢wi, ja-aaak o taa-aaaranowaniu ˆo-oodzi podwodnych. Prze-eeczytaˆ o tym a Aute-eena w przekˆadzie naszego Stankiewicza iii pppo- oopisuje si©! W tej podr¢¾y na "Piˆsudskim" do Nowego Jorku, w wyniku obserwacji poczynionych przez starsze~o oficera na temat warto˜ci 7- Suman MonEi 193 kapitana Eustazego jako kapitana i przez kapitana Eustazego na temat warto˜ci nie znanego mu dotychczas starszego oficera- o b a j PATRZE� NA SIEBIE NIE MOGLI, a po powrocie do Gdyni kapitan Eustazy wyrzuciˆ starszego dficera "na zbity ˆeb". Na jego miejsce przyszedˆ Tadeusz Meissner, starszy officer naszego ¾aglowca szkolnegn '"Dar Pomorza", po odbytej podr¢¾y dookoˆa ˜wiata. Kapitan Eustazy nie wyraziˆ zachwytu na jego widok, poniewa¾ byˆ zdania, ¾e Tadeusz przepˆywaˆ caˆe swoje dotychcza- sowe ¾ycie pod prze˜cieradˆami na ¾agl¢wce, za kt¢r¥ uwa¾aˆ fregat© "Dar Pomorza". Tadeusz, zgodnie z twierdzeniem wielu naocznych ˜wiadk¢w, miaˆ urodzi† si© z krzy¾em Virtuti Militari na piersiach i. szcz¥tkiem papierosa w ustach. Z pobˆa¾aniem wysˆuchaˆ opinii o sobie kapi- tana pˆywaj¥cego PA~.ACU, jak mu przedstawiˆ SWàJ STATEK kapitan Eustazy; i jako˜ daˆ sobie rad~Z NADKAPITANEM. Odbyˆ z nim na "Piˆsudskim" podr¢¾ do Nowego Jorku, a potem, r¢wnie¾ pod Eustazym Borkowskim, braˆ udziaˆ w dziewiczej podr¢¾y do Nowego Jorku na drugim naszym motorowcu, "Batorym". Ta podr¢¾ dostarczyˆa kapitanowi Eustazemu Borkowskiemu okazji do zmierzenia si© z kapitanem Mamertem Stankiewiczem. Postanowiˆ go za†mi†. Postanowiˆ za†mi† ceremoni© powitaln¥ zgo- towan¥ uprzednio na przyj˜cie "Piˆsudskiego" pod dow¢dztwem kapitana Mamerta Stankiewicza. Osoby organizuj¥ce tamt¥ uroczy- sto˜† byˆy nieco odmiennego pokroju ni¾ wyznawcy i czciciele kapi- tana Eustazego, patronuj¥cy obecnej uroczysto˜ci. Musiaˆo to by† CO— zupeˆnie, ale to zupeˆnie innego. Ot¢¾ kapitan Eustazy postawiˆ,;na nogi" (je˜li nie "na gˆowie") Gaˆe przychylne jemu DUCHOWIEãSTWO Stan¢w Zjednoczonych i DOSTOJNIKàW oraz TYSI¨CZNE RZESZE EMIGRACJI POLSKIEJ w Stanach. Z Polski zabraˆ kapitan Eustazy ze sob¥ na "Batorym" jego eksce- lencj© biskupa Karola NIEMIR¨ wraz z dzbanem napeˆnionym wod¥ Baˆtyku. Wod© t© finiaˆ jego ekscelencja w otoczeniu biskup¢w Sta- n¢w Zjednoczonych i dygnitarzy NA OCZACH TYSI¨CY PIEL- GRZYMàW WLA� DO WàD ATLANTYKU, na tle Statui Wolno˜ci w Nowym Jorku, dokonuj¥c w ten spos¢b ZA—LUBIN ATLANTYKU ~' Z BAk,TYKIEM. ,, Co˜ podobnego mogˆo t y 1 k o przyj˜† do gˆowy kapita~owi E~ tazemu Borkowskiemu i zosta† zrealizowane BEZ MR~1GNIFCIA OKIEM-tak¥ opini© wypowiadali uczestnicy widowiska bynajmniej nie z przek¥sem, lecz ze szczerym podziwem. Daty maj¥cych si© odby† uroczysto˜ci trzymaˆ kapitan Eustazy dlaczego˜ w tajemnicy. Gdy byli ju¾ na ˜rodku Atlantyku, w maju 1936 roku, w drodze do Halifaxu, kapitan Eustazy w przypˆywie koniaku i szczero˜ci WY�USZCZY� Tadeuszowi Meissnerowi caˆ¥ spraw© i podaˆ terminy. Tadeusz wszystkiego pilnie wysˆuchaˆ, po czym poszedˆ do nawigacyjnej i zacz¥ˆ liczy†. Liczyˆ, liczyˆ, liczyˆ... a po wyliczeniu poszedˆ do kapitana Eustazego i oznajmiˆ mu, ¾e obliczenia kapitana s¥... CA�KOWICIE SPRZECZNE z jego zamia- rami, bo... przyjd¥ do NowegoJorku w najlepszym razie w dwa dni po zamierzonych za˜lubinach, i to je˜li pogoda si© nie pogorszy. WIZJA ZAWIEDZIONYCH MIN biskup¢w, dygnitarzy, tysi©cy pielgrzym¢w i caˆej zaproszonej Polonii amerykaäskiej WSTRZ¤S- `- N¨�A wyobra«ni¥ kapitana Eustazego. GENIUSZ kapitana, na- x:tchniony jego wyobra«ni¥, ZAB�YSN¤@, i OL—NI� nawet Tadeusza Meissnera, w cieä pogr¥¾aj¥c nie˜miertelne dokonania samego ~r Vasco da Gamv. Kapitan Eustazy po wysˆuchaniu o˜wiadczenia Tadeusza, grzebi¥- cego nie za˜lubionych jeszcze "paästwa mˆodych", to znaczy AT- LANTYK i BA�TYK, udaˆ si© do nawigacyjnej i... wykre˜liˆ na mapie ", NAJKRàTSZ¤ DROG¨ ZE —RODKA ATLANTYKU DO NOWEGO ~';. fORKU, nie zawijaj¥c do Halifaxu i pozostawiaj¥c po prostu czeka- j¥cy na ˆadunek port z prawej burty. "Wynalezienie" w ten spos¢b NAJKRàTSZEJ DROGI W—RàD WàD OCEANU ATLANTYCKIEGO (jak gdyby tysi¥ce okr©t¢w wojennych i handlowych nie przeszˆo nigdy tym szlakiem wodnym) daˆo kapitanowi Eustazemu moino˜† przej˜cia GO w rekordowo kr¢tkim czasie. Po przybyciu do Nowego Jorku kapitan Eustazy na ˆamach wszys- tkich dziennik¢w i czasopism nowojorskich zostaˆ uznany za NAJ- 194 ~ 195 LEPSZEGO NAWIGATORA DWUDZIESTEGO WIEKU. I jak zgod- nie twierdziˆa prasa, tylko t a k i kapitan jak on m¢gˆ dokona† tego "epokowego odkrycia" i zdoby† B�¨KITN¤ WST¨G¨ OCEANU ATLANTYCKIEGO! Zdobywc¥ jej -gˆosiˆy nowojorskie gazety- jest BOHATER MINIONEJ WOJNY, POLAK ZNANY Z TARANOWA- NIA NIEMIECKICH �ODZI PODWODNYCH, KAPITAN SIEDMIU MàRZ - EUSTAZY BORKOWSKI! ap= Una i sto jeden Zobaczyˆem j¥ na mostku transatlantyka "Ko˜ciuszko", b©d¥- cego w¢wczas pod dow¢dztwem kapitana Eustazego Borkowskiego. Nie mo¾na byˆo powiedzie† o niej, ¾e jest pi©kna, ale miaˆa w sobie wiele uroku. Byˆa «r¢dˆem niepokoju KAPTTANA i jego KOCHAAA-. NYCH OFICERàW. Z cheˆpliw¥ dum¥ Szaman pokazywaˆ j¥ pasa¾erom. Wzbudzaˆa w˜r¢d nich zachwyt przeznaczony dla kapitana. Kapitan oczywi˜cie to czuˆ, ale w gˆ©bi ˜erca martwiˆ si©, ¾e nie. m¢gˆ jej caˆkowicie wykorzysta† wedˆug swojej nieograniczonej fantazji. KOCHAAANI OFICEROWIE, mimo podziwu, jaki dla niej ¾ywili, r¢wnie¾ czuli niedosyt i niezadowolenie: tyle wysiˆk¢w; a ona wci¥¾ pozostawaˆa interesuj¥ca, ale niezdobyta. Mo¾na powiedzie†, ¾e byˆa CIERNIEM zaˆogi pokˆadowej na "Ko˜ciuszce". Le¾aˆa na kr¢tkiej drewnianej lawecie, przymocowanej do uchwy- t¢w w pokˆadzie. Byˆa czym˜ w rodzaju 'miniatury dawniejszych kolubryn i prawdopodobnie odlano j¥ r¢wnie¾ ze spi¾u. Wysmukˆa- odbijaˆa silnie ka¾dy promieä ˜wiatˆa, kt¢ry padˆ na ni¥... i to wszystko. KOCHAAANI OFICEROWIE, z powodu posiadania jej na pokˆadzie nad wyraz biegli w historii armat, twierdzili, ¾e KOLU- BRYNKA figurowaˆa ju¾ na pierwszej li˜cie przyrz¥d¢w nawigacyj- nych po zbudowaniu tego statku w 1915 roku. Teraz jej praktyczne u¾ycie -zgodne z przeznaczeniem, polegaj¥ce na WZYWANIU PO- MOCY (wystrzaˆy lub detonacje w minutowych odst©pach), byˆo niemo¾liwe, poniewai w skrz©tnie przeszuhanych schowkach na mostku nie znaleziono ani jednego woreczka z odpowiedni¥ dla kolubrynki ilo˜ci¥ prochu, a w˜r¢d pomocy nawigacyjnych - ani jednej instrukcji co do gatunku, ilo˜ci prochu oraz sposobu oddania strzaˆu. 197 Domy˜lano si©, ¾e od momentu ustawienia jej na pokˆadzie przez Anglik¢w, by zado˜† czyniˆa przepisom zaopatrzenia statku w przy- rz¥d do wzywania pomocy, nie oddano z niej ¾adnego strzaˆu ani w tym celu, ani te¾ w ¾adnym innym. Mowy nie byˆo naturalnie, by odegraˆa rol© pierwszych dziaˆ na okr©tach, kt¢rych salwy przy zbli- ¾aniu si© do obcego portu oznajmiaˆy o przyjacielskich zamiarach, demonstruj¥c gˆo˜no swe rozˆadowanie przed przycumowaniem lub zakotwiczeniem. Huk dziaˆ okr©towych znalazˆ uznanie w uszach kr¢l¢w Anglii i powitanie monarchy salw¥ stu jeden wystrzaˆ¢w sprawiaˆo im nie- kˆaman¥ przyjemno˜†. To "huczne zadowolenie" byˆo tak wielkie, ¾e zacz©ˆo by† racjonowane. Kr¢lewi¥tka miaˆy prawn ju¾ tylko do jednej trzeciej kr¢lewskiego armatniego huku, ˜ci˜lej m¢wi¥c - do trzydziestu jeden wystrzaˆ¢w. Je˜li kr¢lewi¥tko reprezentowaˆo mo- narch©, oddawano mu r¢wnie¾ stn jeden wystrzaˆ¢w. Po wiekach badaä nieparzystej liczby wystrzaˆ¢w wykryto, ¾e przyczyn¥ byˆa niepewno˜† dw¢ch oficer¢w-czy rzeczywi˜cie oddali stn wystrzaˆ¢w? Na wszeiki wypadek wystrzelili jeszcze raz, przezna- czaj¥c tym samym dla powitania monarchy i bezpo˜redniego wˆadcy Marynarki Angielskiej w jednej osobie stn jeden wystrzaˆ¢w. I zawsze nieparzyst¥ ich liczb© dla innych. Przywilej miˆe] dla ucha monarchy kanonady wzbudziˆ po¾¥danie a tych, kt¢rzy dawali.rozkaz jej wykonania, mianowicie a admiraˆ¢w. Admiraˆowie wymogli dla siebie podobny przywilej: gdy zbli¾ali si© na okr©cie do portu, l¥d musiaˆ ich wita† porcj¥ huku zale¾n¥ od stanowiska i szar¾y. Przywilej ten obowi¥zywaˆ nawet po ˜mierci admiraˆs: dla doczesnych szcz¥tk¢w przewo¾onych okr©tem przewi- dziana byˆa salwa, r¢¾ni¥ca si© od tej dla ¾ywego przerw¥ pomi©dzy wystrzaˆami wynosz¥c¥ nie dziesi©† sekund, lecz jedn¥ minut©, co przypominaˆo "woˆanie o pomoc". Na ka¾dy strzaˆ powitalny z portu odpowiadano wystrzaˆem z okr©tu. Suwereni innych paästw otrzymywali r¢wnie¾ swoj¥ porcj© huku w salucie z dwudziesiu jeden wystrzaˆ¢w. "Suwerenne" to porcje byˆy niekiedy zmniejszane, przez ˜cisˆe ich uzale¾nianie od "stopnia wa¾no˜ci" suwerena. Dla mniejszych kacyk¢w musiaˆa nie- kiedy wystarczy† przyjemno˜† huku skˆadaj¥cego si© z trzech wystrzaˆ¢w. Najwi©kszymi wielbicielami tych "hucznych" owacji 198 okazali si© ksi¥¾©ta Indii. Pi©ciu z nich przyznano salut z dwudziestu :. jeden wystrzaˆ¢w. Stwierdzono bez cienia w¥tpliwo˜ci, ¾e niekt¢rzy z uprzywilejowanych gotowi byli czeka† z ukazaniem si© okr©towi tak dˆugo, a¾ byli pewni, ie za.ˆoga jest caˆkowicie przygotowana do ~' oddania peˆnej przyznanej im salwy. Z biegiem lat, zamiast szafowa† drogocenn¥ amunicj¥ dla tych "hucznych ceremoni", zacz©to u¾y- wa† mniejszych dziaˆ, ˆaduj¥c je specjalnym prochem i ˜lepymi nabojami. Przy czym bezwarunkowo musiaˆy by† zaˆadowane zawsze dwa dziaˆa, na wypadek gdyby jedno nie wypaliˆo. Najmilsze rozwa¾ania "kochaaanych oficer¢w" na "Ko˜ciuszce": jak¥ liczb© wystrzaˆ¢w przyzna† w salucie dla "kochanego Szamana" - mogˆy si© z powodzeniem zakwalifikowa† pod n a a k o w a poj©eie HUKOLOGII. Wkr¢tce prawie wszyscy na "Ko˜ciuszce" wiedzieli na pami©†, ¾e admiraˆ dowodz¥cy flot¥ (naturalnie angielsk¥) miaˆ przyznanych dziewi©tna˜cie wystrzaˆ¢w jak r¢wnie¾ ka¾dy finny offi- cer na tym stanowisku, gdy jego okr©t zbli¾aˆ si© do portu. Szaman nie dowodziˆ flot¥ i to liczba strzaˆ¢w nie byˆa brana pod uwag©. Admiraˆ miaˆ przyznanych siedemna˜cie wystrzaˆ¢w, wiceadmiraˆ- pi©tna˜cie, kontradmiraˆ - trzyna˜cie, komodor lub officer peˆni¥cy jego funkcj© - jedena˜cie. �aden z tych salut¢w nie pasowaˆ do Szamana. Po dˆugich debatach uchwalono, ¾e jako "pierwszemu po Bogu", a wi©c niejako gˆowie paästwa, nale¾y mu si© salut ze stu i jeden wystrzaˆ¢w. Z nie wyja˜nionych przyczyn doliczono ten jeden wzorem "historycznej pami¥tki angielskiej". Na przeszkodzie w speˆnieniu tych marzeä staˆa nieznajomo˜† gatunku prochu (sama mnogo˜† jego odmian mogˆa jui przyprawi† ~~ o zawr¢t gˆowy), nieznajomo˜† ilo˜ci prochu koniecznej do wystrza- ˆu, brak instrukcji i... brak samego prochu. Tak to zgˆ©bianie wiedzy z ~; , dziedziny HUKOLOGII doprowadziˆo "kochaaanych oficer¢w" do martwego punktu, z kt¢rego na razie ani rusz nie mogli posun¥† si© dalej. Na domiar zˆego zwaliˆo si© na nich jeszcze jedno pytanie: sk¥d si© wzi©ˆo w Polsce DZIEWCZl† NA STO WYSTRZA~,àW? Na pewno miaˆo niezwykˆe przymioty ciaˆa i ducha, je˜li nawet kr¢lowa Bona otrzymaˆa prey wje«dzie do Krakowa w 1518 roku mniej, bo salw© z siedemdziesi©ciu czterech dziaˆ, ustawionych na Kleparzu a ulanych z rozkazu kr¢la Zygmunta. Ale niekt¢rzy twierdzili, ¾e je˜li z tych dziaˆ "bito bez przerwy" - to o zdystansowaniu nie mogˆo by† mowy. 199 a Sp¢r zostaˆ nie rozstrzygni©ty. P¢«niej dzieje HUKOLOGII wzboga- ciˆy si© o wiadomoõ† na tempt innej salwy powitalnej dla kr¢lowej, oddanej w kilkadziesi¥t lat po wspomnianym wje«dzie kr¢lowej Bony do Krakowa, i o histori4 salute, kt¢ry omal nie sta3 si© zgub¥ kr¢lowej angielskiej El¾biety I. Ot¢¾ jeden z kapitan¢w jej kr¢le- wskiej mo˜ci ujrzaˆ ze swego okr©tu, id¥cego Tamiz¥, sztandar kr¢- lewski powiewaj¥cy nad paˆacem w Greenwich, nieomylnie ozna- czaj¥cy obecnoõ† w nim kr¢lowej. Kapita.n, chc¥c przypodoba† si© swej wˆadczyni, kazaˆ natychmia˜t odda† przynale¾ny jej salut, jako gˆowie paästwa i przeˆo¾onej floty. W tamtych czasach salut odda- wa.no z duaˆ "bitewnych" pociskami, jakimi ra¾ono nieprzyjaciela. W wyniku tej gˆo˜nej adoracji jeden z pocisk¢w przeleciaˆ w odle- gˆo˜ci kilku call od gˆowy spaceruj¥cej po parku kr¢lowej. Naoczni ˜wiadkowie rozmowy, jaka odbyˆa si© mi©dzy kr¢low¥ a stawionym pried jej oblicze kapitanem, nie silili si© w swych pami©tnikach odda† gniewu kr¢lowej. Jednakie jego skutki przetrwaˆy przeszˆo czterysta lat i nie straciˆy nic ze swej ˜wie¾o˜ci od tamtych cza˜¢w: po dzieä dzisiejszy w g¢r© rzeki od Gravesend okr©tom nie wolno oddawa† salut¢w, nawet ze specjalnych dziaˆek zaˆadowanych ˜le- pymi nabojami. Poniewa¾ "Ko˜ciuszko" znajdowaˆ si© przewa¾nie äa oceanie, a nie na Tamizie powy¾ej Gravesend, chg† ~vi©c uhonorowania Szamana ""' i ejscem salutem ze stu jeden wy˜trzaˆ¢w nie byˆa ograniczona m pobytu. Przemy˜liwano tylko nad zdobyciem amunicji i jej zu¾ytko- waniem. Czas niepowstrzymanie szedˆ naprz¢d. W kilka lat od momentu zobaczenia na "Ko˜ciuszce" kolubrynki znalazˆem si© zn¢w na tym w =' statku, jako drugi oficer. Kapitan Eustazy Borkowski dowodziˆ w tym czasie transatlantykiem "Batory", a sˆawnego dziaˆka na jego daw- nym miejscu nie spostrzegˆem. Zainteresowany jego znikni©ciem, zacz¥ˆem wypytywa† "tubylc¢w", to znaczy "ko˜ciuszkowc¢w", kt¢- rzy nie przeszli z kapitanem na "Batorego". Z u˜ˆyszanych dˆugich i ' barwnych relacji, mocno niekiedy r¢¾ni¥cych si© mi©dzy sob¥, przy- k:~-~' lu- i ik i k a ˆ e o n ©c cz¥ zn um tocz© urywki tych, kt¢re najwiarygodniej t brynki. A D o "Przez pewien czas - m¢wiˆ jeden z rozm¢wc¢w - POK� niczym innvm nie marzyˆ, jak o oddaniu z armatki salute dla kapi- tuna. Nie umiem powiedzie†, kt¢ry officer byˆ tym najbardziej prze- j©ty. Mo¾na rzec, ¾e wszyscy, a z nimi sternicy, starsi marynarze, mˆodsi marynarze. Chˆopcy te¾. Sternicy, kt¢rzy opiekuj¥ si© mos- tkiem, powiedzieli kiedy˜, i¾ maj¥ ju¾ tyle prochu, ¾e wystarczy na kilka salut¢w po sto jeden..." ,iJak przypomn© sobie t© epidemiczn¥ ch©† wystrzelenia z kolu- brynki - rzekˆ m¢j drugi rozm¢wca - my˜l©, ¾e w tej gor¥czce jako podr©cznikiem posˆu¾ono ˜i© drugim tomem oPotopucc Sienkiewi- cza, a nauczycielem to chyba byˆ wszystkiemu Bogu ducha winien Kmicic..." "Za bardzo pewni siebie nie byli - twierdziˆ finny nko˜ciuszkowieac - wi©c postanowili, ¾e najpierw spr¢buj¥ wystrzeli† przy nabrze¾u. Poniewa¾ taka detonacja mogˆa zaalarmowa† caˆy port, postanowili odda† salw© na Nowy Rok, gdy stabõmy w Gdaäsku. ½eby w mie˜cie nie wywoˆa† paniki, zdecydowano rozpocz¥† strzelanie w momencie, gdy zegar wybije godzin© dwunast¥ w nocy.1Va Nowy Rok, wiadomo, na wszystkich statkach w porcie rycz¥ syreny, bij¥ w dzwony, wystrzeliwuj¥ rakiety. Byli wi©c pewni, ¾e kanonada na naszym statku przejdzie niepostrze¾enie. Na razie chodziˆo gˆ¢wnie o to, ¾eby nauezy† si© obchodzenia z armatk¥. Prawdziwy salut miaˆ by† odda- ny, gdy b©dziemy sami na oceanie". ;,I rzeczywi˜cie na Nowy Rok - reˆacjonowano mi - kto m¢gˆ z zaˆogi wyj˜† na pokˆad, by podziwia† salut, ten wyszedˆ. Gdy tylico uderzyˆy dzwony okr©towe i zawyˆy syreny, zobaczyˆi˜my na mostku wielki bˆysk. Potem byˆ wielki huk, a potem... nast¥piˆa wielka cisza, kt¢ra trwaˆa na mostku do drugiego stycznia". Po rozpocz©ciu pracy przy s¥siednich magazynach dokerzy, inten- sywnie pomagaj¥cy "ko˜ciuszkowcom" w poszukiwaniu ich dziaˆa, przynie˜li kolubrynk© i zmurszaˆe szcz¥tki jej lawety. Wstyd i roz- goryczenie z powodu nieudanego HUKU kazaˆy jego sprawcom ukry† kolubrynk©, by swym widokiem nie dra¾niˆa kapitana Eusta- zego. Po odrestaurowaniu ˆawety i uˆo¾eniu na niej kolubryny nie wyleczeni ze swej HUKOLOGII pozostali starzy "ko˜ciuszkowcy" prosili, by˜my pami©tali, ¾e Szamanowi Morskiemu nale¾y si© salut ze stu i jeden wystrzaˆ¢w wˆa˜nie z tego dziaˆka. 200 201 p x Zmierzch "pierwszych po Bogu" Obj¥ˆem j¥, peˆen rado˜ci i dumy, ciesz¥c si©, ¾e to, co uwa¾aˆem za bezpowrotnie stracone, jeszcze istniaˆo, nie tylko w mojej wyobra«ni. ,:J¥" - to znaczy sˆu¾b© na mostku, jako drugi officer nawigacyjny na transatlantyku "Ko˜ciuszko" w drodze z Gdyni do Nowego Jorku jesieni¥ 1936 roku. Duma i rado˜†, kt¢re mi przy obj©ciu wachty towarzyszyˆy, byly wynikiem historii usˆyszanej w mesie. Dotyczyˆa ona dziewiczej podr¢¾y w 1935 roku Zdobywcy Bˆ©kitnej Wst©gi Atlantyku, najwi©kszego w owym czasie statku pasa¾erskiego "Nor- mandie", maj¥cego na swym pokˆadzie okoˆo dw¢ch tysi©cy pasa- ¾er¢w. Wie˜ci dochodziˆy do nas mocno sp¢«nione, poniewa¾ wr¢cili˜my wˆa˜nie z linii palestyäskiej, na kt¢rej nie byˆo czasu na zajmowanie si© takimi sprawami. Jeden z koleg¢w opo~.diedziaˆ podczas lunchu, ¾e dyrektor francuskiej Compagnie Generate Transatlantique tak zdenerwowaˆ 29 maja 1935 roku podczas manewr¢w kapitana "Nor. mandie", ¾e ten - boj¥c si©, by daisze przebywanie na mostku dyrektora Kompanii nie odbiˆo si© na ca~ˆo˜ci statku, kt¢ry kosztowaˆ osiem milion¢w funt¢w szterling¢w - poleciˆ oficerowi zamkn¥† dyrektora. Dyrektor, prowadzony przez oficera i dw¢ch marynarzy, spotkaˆ po drodze ministra Marynarki Handlowej i naturalnie poprosiˆ go o interwencj©. Minister wyraziˆ dyrektorowi wsp¢ˆczucie z powodu sytuacji, w jakiej si© znalazˆ, ale powiedziaˆ r¢wniei, ¾e woli, by dyrektor siedziaˆ sam, ni¾by mieli siedzie† obaj - bo kapitan na pewno jeszcze by si© bardziej zdenerwowaˆ, widz¥c ich obu na mostku, i uczyniˆby z kolei jego, ministra, odpowiedzialnym za caˆo˜† "Normandie". Je˜li nawet nie wszystko odbyˆo si© tak, jak nam to jeden z koleg¢w opowiedziaˆ, to bezsprzecznie my˜l byˆa pi©kna. Zgadzali˜my si© z ni¥ wszyscy. Gˆo˜no i ¾arliwie dyskutowali˜my, czy . .=,. zmierzch "pierwszych po Bogu", czy tylko przeobra¾en~, ~T~~' wane post©pem techniki, ujawniˆy wiele dotychczas ni :. szczeg¢ˆ¢w z dziedziny, kt¢ra byˆa bliska nam wszystkim.@)B~effi- ~ 4 nieˆi˜my sobie, ¾e odosobnione spoˆeczno˜ci na statkach w ~sa~h Wiclkich Odkry† i wielkich ¾aglowc¢w przez coraz dˆu¾sze.oimresy byˆy zdanc na wyˆ¥czn¥ decyzj© kapitan¢w, kt¢rzy mieli "w gˆowid" nie tylko siˆ© nap©dow¥ statk¢w, wyb¢r drogi i rutyn© dnia, ale musieli po˜wi©ca† wiele czasu tak¾e sprawom okre˜lanym mianem "sakralnych", nie maj¥cych nic wsp¢lnego z nawigacj¥, jednak¾e koniccznych zwyczajowo w ka¾dej spoˆeczno˜ci. Kapitan dawaˆ ˜luby, chrzciˆ i "grzebaˆ" ludzi na najbardziej roz- legˆym cmentarzu ˜wiata, zaczynaj¥cym si© za burt¥ ka¾dego statku na oceanie. Ustr¢j ¾ycia spoˆecznego na statkach w miar© coraz to dˆuiszych rejs¢w i wi©kszej liczby przewo¾onych ludzi doskonaliˆ si© i widocznie osi¥gn¥ˆ ideaˆ, skoro sˆu¾yˆ jako "¾ywy dow¢d" sˆuszn~o˜ci ustrojowej paästwa skrajnym zwolennikom monarchii absolutnej. Jednocze˜nie ideali˜ci przytaczali jako "¾ywy dow¢d" harmonijnej spoˆeczno˜ci wˆa˜nie struktur© spoˆeczn¥ statk¢w, na kt¢rych kaidy czˆowiek z zaˆbgi wiedziaˆ, co ma robi†, ka¾dy miaˆ ˜ci˜le okre˜lone funkcje, a na wypadek ˜mierci byˆ automatycznie zast©powany przez z g¢ry przewidzian¥ osob©. Uwa¾ali˜my, ¾e to idealna struktura spoˆeczna statku przyjmo- wana jest stopniowo przez ludzi na l¥dzie w rozmaitych formach. ½arliwsi twierdzili, i¾ na przykˆad pierwszy skrzypek w orkiestrze jest ¾ywym tego dowodem, jako odpowiednik pierwszego oficera. Sˆowo "zaˆoga" dostaˆo si© z morza na l¥d, a nie odwrotnie. Podobnie sˆowo "awaria", spotykane dawniej wyˆ¥cznie na morzu, wyl¥dowaˆo i zaaklimatyzowaˆo si© na l¥dzie. Zapaleäsi z nas dowodzili, ¾e nawet d«wi©k gwizdka i syren wraz ze ˜wiatˆami - czerwonym i zielonym - przyszˆy r¢wnie¾ z morza na l¥d. Z l¥du natomiast wtargn©ˆy na statek maszyny, wyjmuj¥c siˆ© nap©dow¥ "z gˆowy" kapitana i umieszczaj¥c j¥ pod pokˆadem. Co prawda przez jaki˜ czas jeszcze kapitanowie,.podchodz¥c do portu, zatrzymywali maszyny - ufaj¥c bardzicj wˆasnej gˆowie przy mane- wrach wiatrem i ¾aglami. Ciosem dla wˆadzy "pierwszego po Bogu" byˆ "gˆos z nieba" - telegraf bez drutu, daj¥cy mo¾liwo˜ci przesyˆania 202 . 203 kapitanowi, b©d¥cemu na oceanie, rozkaz¢w z l¥du. Dalsze ograni- czenia jego wˆadzy spowodowaˆa v~zrastaj¥ca pr©dko˜† statk¢w, kt¢ra coraz bardziej zmniejszaˆa "ezasokres" przebywania w morzu. Radionamiary podwa¾yˆy wa¾ko˜† znajomo˜ci sztuki nawigacyjnej. Literature fachowa, dost©pna dla ka¾dego marynarza, odarˆa kapi- tana z nitnbu wˆadania wiedz¥ tajemn¥. Zanosiˆo si© na to, ¾e post©p techniczny nie pozostawi ka~itanowi niczego ponad bezu¾yteczny õlad wielkiej ˜wietno˜ci, w postaci martwego tytuˆu "pierwszego po Bogu". ~ . A to na.raz tak wspaniaˆa wi~domo˜† z "Normandie", najwi©k- szego pa~a¾erskiego statku na ˜wiecie: kapitan kazaˆ zamkn¥† dyrek- tore wˆa˜nej kompanii okr©towej! A wi©c zmierzch jeszcze niezupeˆ- ny, je˜li nawet francuski minister przyznaˆ racj© kapitanowi. W znacznej mierze zale¾y to wi©c od odwagi kapitana:.. Z t¥ wiadomo˜ci¥ z "Normandie" - napawaj¥c¥ mnie- rado˜ci¥ i dum¥ - obj~.ˆem slu¾b© na zciostku o g¢dzinie dwunastej, po˜rodku Atlantyku, przy sˆonecznej i bezwietrznej pogodzie oraz nie ~daj¥cej si© zbytnio odczuwa† martwej fali. Dwie i p¢ˆ,godziny wachty zbiegˆy bez ¾adnych nowych wra¾eä; do kt¢rych nie mo¾na byˆo zaliczy† nawet.powrotu kapitana Domejki-Pacewicza z lunchu. Sˆowo to na "Ko˜ciuszce" od czasu wycieczki na fiordy Norwegii przywodziˆo na pami©† jego "niewa¾no˜†", odkryt¥ przez jedn¥ z pasa¾erek, kt¢ra po spo¾yciu pierwszego Iunchu oznajmiˆa. gˆo˜no na pokˆadzie swoim znajomym. "Ach, co za przesada w reklamach o rozkˆadzie dnia na statku. Napisali wsz©dzie 1 a n c h (stowo to wypowiedziaˆa tak, jak by si© je przeczytaˆo po polsku), a to jest zwykˆe ˜niadanie". Kapitan, u˜miechni©ty, wst¥piˆ na mostek i jak zwykle rozpocz¥ˆ od swego ulubionego: - Nu wie co? A? Nu, ˆadna pogoda! Nu, musza ja troszku spocz¥†. Nu i co¾ takiego? Oznaczaˆo to, ¾e kapitan p¢jdzie do kabiny i prze˜pi si© z p¢ˆtorej godziny, by mie† siˆt' do bawienia go˜ci przy obiedzie i wieczorem, w barze lub zaproszonych do kabiny. Potocznie m¢wili˜my mi©dzy.sob¥ o j©zyku kapitana: ;,nPa ruskicc zapomniaˆ, a po polsku jeszcze si© nie nauczyˆ". Czasami to byˆo 204 ~_ powodem niezrozumienia dowcipu kapitana. Kiedy˜ rozbawiony o˜wiadczyˆ nam na mostku:. - Nu wie co? Nu ch©tnie sie u˜miaˆem! Nu, jeden z pasa¾er¢w prosiˆ, ¾eby ja statek zatrzymaˆ, bo on szlem straciˆ. Bez nadwornego tˆumacza kapitana nie mogli˜my si© domy˜li†, jaki zwi¥zek przyczynowy zaistniaˆ pomi©dzy straconym w bryd¾u szletnem a zatrzymaniem statku. Poniewa¾ jednak skojarzenie wydaˆo si© nam r¢wnie zabawne, jak kapitanow~, wi©c i my "u˜mie- li˜my si© ch©tnie". Tˆumacz kapitana wyja˜niˆ nam potem, ¾e w tym wypadku chodziˆo o heˆm tropikalny, kt¢ry pasa¾erowi wypadˆ za burt©. Przyzna† trzeba, ¾e tworzenie neologizm¢w nie nastr©czaˆo kapitanowi wielkich tnxdnoõci. Rosyjski sxliam spolszczyˆ wedˆug wˆasnego systemu na sxlem i nawet si© nie zaj¥kn¥ˆ. Je˜li kapitanowi co˜ nie bardzo wydawaˆo si© zrozumiaˆe z tego, co posˆyszaˆ, w¢wczas stosowaˆ wˆasny system: pytaˆ ka¾dego oficera z osobna o zdanie w danej materii. Gdy potem nie byˆ jeszcze pewien wyniku, w postaci ˜redniej arytmetycznej z wypowiedzi oficer¢w, to zapowiadaˆ: - Nu wie co? A? Nu ja to zrobie w a r a n k o w o. Tym "warunkowo" kapitan uspokajaˆ wˆasne sumienie, ¾e niedo- kˆadnie rozumiej¥c, zrobiˆ coõ na ˜lepo, bo zaufaˆ oficerowi, kt¢rego tˆumaczenie najbardziej mu si© spodobaˆo. O godzinie 14.20 na mostek weszˆa mˆoda pare: On wygl¥daˆ na nieco mˆodszego od niej. Oboje byli tu¾ ~o dwudziestce. podszedˆem do nich i spytakm, czego sobie ¾ycz¥. O˜wiadczyli, ie natychmiast chc¥ widzie† kapitana w sprawie nie cierpi¥cej zwˆoki. Natych- miast! Zmuszony byˆem im wyja˜ni†, ¾e kapitan wiele let sp©dziˆ na Poˆudniu, a na Poˆudniu po poˆudniu ludzie musz¥ par© godzin odpocz¥†, w czasie najwi©kszego upaˆu od godziny 14.00 do 16.00. Je˜li jednak sprawa jest rzeczywi˜cie tak bardzo pilna, to naturalnie kapitana obudz©. Przez kr¢tk¥ chwil©, podczas kt¢rej mˆoda pare si© namyõlaˆa, usiˆowaˆem adgadn¥†, o co im chodzi. Nim doszedˆem do jakiego˜ w_ niosku, mˆody czˆowiek otnajmiˆ mi: - Chcemy natychmiast wzi¥† ˜lub i wˆa˜nie prosi† kapitana, ¾eby 205 go nam udzieliˆ. Jeste˜my obywatelami Stan¢w Zjednoczonych i ewentualne polskie przepisy nas nie obowi¥zuj¥. Uczucie rado˜ci,,z jakim obj¥ˆem wacht©, byˆo czcz¥ namiastk¥ tego; czego doznawaˆem w tej chwili. Widzi~.ˆem oezami duszy pier- wsze strony nowojorakich dziennik¢w wypeˆnione ,fotograhami "~o˜ciuszki", mˆodej part' i kapitana Domejki: Widziaˆem wyrzz twarzy kapitana Eustazego Borkowskiego czytaj¥cego na "Batorym" to gaiety. Marzenie jego iycxa zosta~ˆoby zrealizowane pnez innego kapitana tej samej kompanii okr©towej! I w dodatku na "Ko˜ciusz- ce", na kt¢rym tyle lat o tym ˜niˆ, teraz bez niego miaˆby si© odby† ˜lub. Obawiaˆem si©, czy prze¾yje ten cios. Ani jeden z naszych l~pitan¢w jeszcze ˜lubu nie udzielaˆ. Byˆby to pierwszy wypadek w naszej Marynarce Ha,ndˆowej. Wspaniaˆa okazja wskrzeszenia daw- nych tradycji okr©towych. Nowy triumf "pierwszego po Bogu". Zaka- sujemy nawet kapitana "Normandie". Postanowiˆem dziaˆa† odpowiednio i szybko. Wobec takiej no- wo˜ci kapitan na pewno b©dzie kolejno zbieraˆ opinie od ka¾dego z nas oficer¢w z osobna. Przeprosiˆem mˆod¥ par© i udaˆem si© sam do kabiny kapitana. Niepokoiˆe~n si©, ¾e je˜li go obudz© - nie b©dzie w dobrym humorzc. Nowo˜ci wszelkich nie lubiˆ, chyba ¾e miaˆ to by† moment historyczny. O takich ch©tnie opowiadaˆ i do takich zaliczaˆ na przykˆad nast©puj¥ce wydarzenie. "Nu wie co? A? Nu, historyczny byˆ moment w Londynie. Nu co¾ takiego? Nu, pomy˜li pan sam: ojciec i syn na rozmaitych okr©tach spotykaj¥ sieä w Londynie: Nu, panie, taki!e rzeczy nale¾¥ do histo- rycznych moment¢w. Nu, ja, panie, na ¯Warszawiecc, a m¢j syn na wojennym okr©cie przyjechaˆ te¾ do Londynu. Nu, panie, to wielkie r¾eczy! Nu, historyczne. Wie co?" Zapukaˆem lekko do kabiny, na razie tak by go nie obudzi†. Ale natychmiast posˆyszaˆem gˆos kapitana. Nie spaˆ! B©dzie dobry humor! Wszedˆem do kabiny: Kapitan siadˆ na koi i zapytaˆ: - Nu, co s i a ä staˆo? - Historyczny moment czeka na panes kapitana! - powiedziaˆem. - Nazwisko panes kapitana uka¾e si© na tytuˆowych stronach wszys- tkich nowojorskich dziennik¢w. Entuzja˜ci urz¥dz¥ mo¾e nawet przejazd panes kapitana po Pi¥tej Ulicy. 206 Zapalaj¥c si© coraz bardziej do ˜lubu, powoli sam zaczynaˆem wierzy† w to, co m¢wi©: - Tego, co w ci¥gu ¾ycia byˆo marzeniem kapitana Borkowskiego, dokona pan kapitan! (Sam byˆem zachwycony tym zdaniein. Je˜li finny kapitan ju¾ co˜ zrobiˆ lub cˆiciaˆ zrobi† - to ju¾ byˆ moony argument w przekonywaniu kapitana). Mˆoda para obywateli ame- rykaäskich ze Sta.n¢w Zjednoczonych, kt¢rych polskie przepisy nie obowi¥zuj¥, prosi pans kapitana o udzielenie jej ˜lubu. Chc¥ ˜lub bra† natychmiast. - Nu wie co? A? Nu, co m8wi? - i kapitan zaniem¢wiˆ. Widziaˆem, ¾e byˆ zdumiony i oszoˆomiony. Postanowiˆem moc- niej go przycisn¥†. - My˜l©, panie kapitanic, ¾e trzeba si© po˜pieszy†, p¢ki jest spo- kojnie. Bo jak pogoda si© zepsuje, to im si© mo¾e wszystkiego odech- cie†. ' - Nu wie co? A? Nu, prawd© m¢wi. - Kapitan odzyskaˆ mow©. - Nu, co¾ takiegp? Nu, zechco - to dam. U mnie porz¥dek musi by†, pasa¾erski ¾e statek. Nu wie co? Naka¾e ja intiendientu, ¾eby wszys- tkie papiery przygotowaˆ. Nu, formalnie musi by† wszystko zrobione. Nu i co¾ takitgo? Nu i dam ˜lub. Ogarniaˆa mnie coraz wi©ksza rado˜†, kiedy sˆuchaˆem kapitana Domejki. Czuˆem, ¾e wizja historycznego momentu - z mo¾liwo˜ci¥ za†mienia kapitana Eustazego Borkowskiego.przez dokonanie tego, o czym tamten przez caˆe ¾yci© tylko marzyˆ - oraz obietnica uka- zania si© wzmianek na pierwszych stronica.ch nowejorskich gazet podziaˆaˆy na niego odpowiednio. Zaczynaˆ ju¾ nawet okazywa† niecierpliwo˜†. -Nu wie co? Nu, niech im powie: niech poczekajo chwileczka. Nu, jak tylko steward sprz¥tnie kajuta i przyniesie co˜ do picia, zaraz ich poprosi. Nu, przyjma ja ich natychmiast. Nie dotykaj¥c stopami pokˆadu, znalazˆem si© za drzwiami kabiny. Oznajmiˆem mˆodej parze, ¾e kapitan zaraz ich przyjmie. Steward przyjdzie ich zawiadomi†. Mog¥ zaczeka† na mostku. Nale¾aˆo jak najszybciej u˜wiadomi† wszystkich koleg¢w i zapo- zna† ich z u¾yt¥ argumentacj¥. Najpierw u˜wiadomiˆem stoj¥cego ze mn¥ na wachcie pi¥tego oficera. Wpadˆ w zachwyt i pobiegˆ pow- 207 i t¢rzy† wszystko pozostaˆym oficerom. Napi©cie wzrastaˆo. Widzia- ~` zrobimy zdj©cie. W momencie dawania ˜lubu kapitan zgodzi si© na l l ki h i h" ˆ ˆ i ˆem; jak steward poprosiˆ mˆod¥ par© do kabiny kapitana, a po chwili w arty eryjs e trzec "sa c us yszen ¥czn e z dwuminutowymi zobaczyˆem zn¢w stewards nios¥cego szklanki i 1¢d. rykami gwizdka i syreny. Co dwie minuty. Tyle czasu zajmie nam Przed koäcem wachty oficerowie pokˆa.dowi znale«li si© na most- ponowne nabicie armatki. Wyrazili˜my nadziej©, ¾e wszyscy ofice- ku. Byli˜my nie tylko jednomy˜lni, ale i dobrej my˜li. Rozpieraˆa nas rowie nawigacyjni b©d¥ mieli zaszczyt by† ˜wiadkami ˜lubu, opr¢cz pi©kna idea wznowienia wielkich . tradycji.. Mˆoda pzra, kt¢ra w - naturalnie - ˜wiadk¢w przewidzianych przez mˆod¥ par©. Tych takich okoliczno˜ciach we«mie ˜lub,. b©dzie na pewno szcz©˜liwa oficer¢w, kt¢rzy b©d¥ mieli sˆu¾b©, zmieni¥ koledzy dla podpisania przez caˆe ¾ycie. Urz¥dzimy im takie wesele, jakie im si© nie marzyˆo i dokument¢w. jakiego jeszcze nikt nie widziaˆ. Rozeszli˜my si©, by przygotowa† uroczysto˜†, ciesz¥c si© ze zdu- Czwarty officer szykowaˆ si© do robienia huku - oddania "salwy mienia Gdyni na wie˜†, i¾ kapitan daˆ ˜lub w morzu na pokˆadzie artyleryjskiej" z jedynej posiadanej armatki. Gˆowili˜my si©, file "Ko˜eiuszki". O godzinie 17.45 mieli˜my si© wszyscy ponownie spo- takich "salw" nale¾y odda† z okazji ˜lubu. Co prawda armatka troch© tka† na mostku. nas niepokoiˆz. Wedˆug ustnej o niej legendy-raz po noworocznym Chas zleciaˆ na doprowadzaniu n2~szego wygl¥du do stanu kwit- wiwacie byˆ . huk, owszem,. ale armatka znikˆa ze statku razem z n¥cego. Obsˆuga staˆa przy armatce, kt¢ra byˆa ju¾ tak zamocowana, dymem. Szcz©˜liwie zdarzyˆo si© to w macierzystym porcie i armatk©. ¾e gdyby poleciaˆa, to razem z "Ko˜ciuszk¥". Ceremonia ˜lubna miaˆa zwan¥ kolubrynk¥, znaleziono nast©pnego dnia za magazynem por- odby† si© na pokˆadzie przy udziale wszystkich pasa¾er¢w. Kapitan towym. Znale«ˆi j¥ sztauerzy. Okazaˆo si©, ¾e mocowania lawety byˆy jako˜ marudziˆ. Zjawiˆ si© dopiero 0 osiemnastej ze sˆowami: zbutwiaˆe. - Nu wie co? A? Nu, troszeczku niedobrze. Przewidywali˜my r¢wniei jednoczesny ze strzaˆami ryk gwizdka i ~! Po usˆyszeniu tego zdania wszystkim nam pociemniaˆo w oczach. syreny. iNiedzieli˜my, ¾e kapitan b©dzie miaˆ obiekcje, ale da si© "Troszeczku niedobrze" oznaczaˆo w j©zyku kapitana, ¾e nic z tego przekona†, skoro wiadomo, i¾ najbli¾szy statek oddalony jest od nas ~ nie b©dzie. Milczeli˜my. Kapitan, uwa¾aj¥c mnie za projektodawc©, o sto dwadzie˜cia mil na poˆudnie. ~-- zwr¢ciˆ si© bezpo˜rednio w moj¥ strov©: Wszyscy deklarowali˜my na fetowanie go˜ci mˆodej pary do¾e -Nu wie co? A! Nu, pomy˜li pan sam. Nu, on mˆody, niecierpliwy. sumy, jak na nasze mo¾liwo˜ci, —lob przewidzieli˜my na dzieä dzi- I Nu, ova strasznie m o n d r a k a b i a t a. Nu i co¾ takiego? Nu, a jak siejszy, godzina osiemnasta. dzieci bendo - kto a 1 i m a n t a bendzie pˆaciˆ? Ja c¾y pan? Gdy mˆoda para opu˜ciˆa kabin© kapitana, sprawdziˆo si© to, co ' Byˆa to robots intendenta: Podszepn¥ˆ wida† kapitanowi, ¾e ˜lob i przewidywaˆem. Kapitan konferowaˆ z pozostaˆymi oficerami, mo¾- tak vie b©dzie wa¾ny w obliczu prawa. Nie byˆ romantykiem. Patrzyˆ liwie z ka'zdym z osobna. Skwapliwie mu to uˆatwiali˜my. W wyniku _ zawsze na morze oczami czˆowieka chodz¥cego po l¥dzie. "Nie lgn¥ˆ tych narad kapitan o˜wiadezyˆ: ~ on do fali ani fala do niego". Nie usiˆowali˜my z vim nawet uprzed- - Nu i co¾ takiego? Naka¾a zaraz intiendientu, ¾eby wszystko '~ nio rozmawia†, s¥dz¥c, i¾ kapitan jest na tyle ju¾ zdecydowany, ¾e to formalnie przygotowaˆ. Nu i ˜lob dam sam, osobi˜cie! Nu, vie wiem I~ zbyteczne, ¾e wyda odpowiedni rozkaz. '-ylko, co lepiej im pod r©ka poˆo¾y†: Ewangelia czy Biblia? - Aliments b©dziemy pˆacili wszyscy razem! - odpowiedzieli˜my Przegˆosowali˜my, ¾e musi by† Biblia, bo s¥ ze, Stan¢w Zjednoc¾o- jak na komend©. nych. Kapitan zatwierdziˆ wybran¥ przez vas godzin© osiemnast¥, po Ale intendent zasiaˆ niepok¢j w najczulszej kwestii. kt¢rej przygotuje si© wesele. Pr¾edtem, zaraz po ˜lubie, b©dziemy -Nu a co ¾ones powie, jak dowie sieä, ¾e ja musza aliments pˆaci†? podejmowa† przez p¢ˆ godziny mˆod¥ par© w mesie oficerskiej i Kabietv van rip ~rzekonasz i kabiecie pan niczego vie wytˆomaczysz. 208 209 Nu, je˜li pˆacisz aliments, znaczy twoje dziecko. Nu, pan jest mˆody. Pan jeszcze nie znasz dobrze kabiety. Nu, b©de ja wszystkiemu winien. Oni .tych pi©† dni poczeka† mogo. Nu, nic im sieä nie stani. ~~Panowie mˆodzi, to tego nie rozumiejo. Nu i ˜lubu ja nie dam! ,Nie mieli˜my w¥tpliwo˜ci, ¾e "pierwszy po Bogu" ~musi mie† odwag© by† romantykiem i kocha† tradycj©. I naraz wszyscy jedno- cze˜nie ponowili˜~iny nasz¥ pro˜b©: - A mo¾e pan kapitan da im ˜lub w a r a n k o w o ? - Nu wie co? A! Nu nawet warunkowo nie dam. W tym momencie zabrakˆo nam chyba tylko kapitana Eustazego Borkowskiego. Dame takiego ˜lubu - w' por¢wnaniu z ˆatwo˜ci¥, z jak¥ zatapiaˆ okr©ty podwodne podczas pierwszej wojny ˜wiatowej - uwa¾aˆby za miˆ¥ rozrywk© i nowy li˜† wawrzynu do wieäca swej sˆawy. Zemsta Szamana - Nu wie co? A?... Makabra! Sˆowo to, po raz pierwszy niespodzianie usˆyszane z ust kapitana na mostku "Ko˜ciuszki" w drodze powrotnej z Nowego Jorku do Gdyni, wzbudziˆo w oficerach nawigacyjnych zdumienie. Byˆ to nowy, nieoczekiwany nabytek w sˆownictwie polskim kapitana. Nowe sˆows rzadko sobie przyswajaˆ, a ka¾de wprowadzone do codziennego u¾ytku poˆ¥czone byˆo z wielkimi prze¾yciami psy- chicznymi. MAKABRA! - wypowiedziana ponownie w ostatnim dniu podr¢¾y, na par© godzin przed przybyciem do Gdyni, wzbu- i dziˆa w nas jeszcze wi©ksze zainteresowanie ni¾ usˆyszana po raz I pierwszy. Wedˆug naszego zdania MAKABRA, o jakiej kapitan m¢wiˆ, skoäczyˆa si© w Kopenhadze, do kt¢rej zachodzili˜my na tej linii zawsze przed przybyciem do Gdyni. Pierwsza MAKABRA, wypowiedziana przez kapitana, kazaˆa nam szuka† jej "aurora", kt¢ry podsun¥ˆ to sˆowo kapitanowi. ½aden z oficer¢w nawigacyjnych tego nie uczyniˆ. Powrotna podr¢¾ z No- wego Jorku odbywaˆa si© w atmosferze milcz¥cego niezadowolenia z kapitana, poniewa¾ ten nie zgodziˆ si©, za namow¥ intendenta, da† ˜lubu mˆodej parze obywateli amerykaäskich, kt¢rzy o to piosili po wyj˜ciu na ocean, natychmiast po mini©ciu Cape Wrath. Zmarnowana "epokowa" okazja zaci¥¾yˆa na stosunkach mi©dzy nami a kapitanem. Palali˜my niech©ci¥ do intendenta, wierz¥c w t ~rawo przyrody, kt¢re nie zna kary i nagrody, a tylko i wyˆ¥cznie konsekwencje. Te, wedˆug naszych przewidywaä, dla intendenta ' miaˆy by† straszne, dla kapitana ty lko niemiˆe. `Zastraszony przez intendenta, byˆ w pewnym sensie bezwolny. Starzy "ko˜ciuszkowcy" 'idaieli na ten temat inn¥ teori©: duch opiekuäczy kapitana Eust'xzego Borkowskiego, kt¢ry dop¢ty przebywa† b©dzie na "Ko˜ciuszce", 211 dop¢ki chocia¾ jeden z wyznawc¢w kapitana Eustazego pozostanie w˜r¢d zaˆogi, pom˜ci zmarnowan¥ okazj© dodania sˆawy jego kocha- nemu statkowi. Spodziewali si©, ¾e zemsta Szamana musi nast¥pi† - nie wcze˜niej, to p¢«niej. Nie przestawali o niej my˜le†, snuj¥c wiel- kie nadzieje na ziszczenie si© tego marzenia, nawet na nowej linii do Poˆudniowej Ameryki, dok¥d "Ko˜ciuszko" miaˆ wyruszy† 20 pa«- dziernika 1936 roku, po przybyciu do Gdyni. O tej nowej linii wiele rzeczy byˆti nam wiadomych od tych, kt¢rzy pˆywali na "Puˆaskim" i opisywali nam nowych pasa¾er¢w, ˆadunki i agent¢w. Jedn¥ z najwi©kszych ciekawostek nowej linii byli pasa¾e- rowie, kt¢rzy sypiali w koi w dˆugich juchtowych butach. Stewardesy odchodziˆy od zmysˆ¢w, ale musiaˆy panowa† nad sob¥, widz¥c zbrukan¥ dziegciem lub nieznanym czarnym smarowidˆem ˜nie¾no- biaˆ¥ po˜ciel. Stewardesy zalewaˆy si© ˆzami przed ochmistrzami i intendentem, opowiadaj¥c o pasa¾erach z poˆudniowo-wschodniej Polski, ¾aden jednak pasa¾er nie usˆyszaˆ od nich nigdy niegrzecz- nego sˆows i nie widziaˆ okazanego niezaddwolenia. "Wtajemnicze- ni" wyja˜nili, ¾e post©powanie pasa¾er¢w nie jest wynikiem braku poj©cia o higienie, lecz powoduje je strach przed utrat¥ but¢w. Buty byˆy skarbem. —ci˜lej m¢wi¥c skarbcem, w kt¢rym, przewa¾nie w obcasach, byˆy schowane zˆote monety na czarn¥ godzin©. Wywo¾e- nie zˆota, podobnie jak we wszystkich krajach, byˆo przez urz©dy celne zabronione. Zupeˆnie inn¥ nadziej¥ napawaˆa ˜wiadomo˜†, ie intendent nie zna j©zyka portugalskiego i hiszpaäskiego, panuj¥cych w Pnˆudnio- wej Ameryce. Gdy z ust kapitana padˆa pierwsza MAKABRA, za†z©li~my szuka.† jej autora oraz przyczyny skutk¢w; kt¢re zostaˆy tak r~dzwane. Auto- rem, zgodnie z naszymi domysˆami, okazaˆ si© intrndent. Przyczyn¥- czw¢rka pasa¾er¢w kabinowych z Nowego Tc~ltu. Dzieci milioner¢w amerykaäskich: trzech chˆopc¢w i dzie~czyna. Wszyscy w meku okoˆo lat dwudziestu. MAKABRA rozpocz©ˆa si© od wa¾kicˆ~ sˆ¢w roz¾alonej stewardesy kapitana, kt¢ra obsˆugiwaˆa r¢wnie¾ pomieszczenia pasa¾er¢w kabi- nowych. Genia - tak byˆo na imi© stewardesie - przyniosˆa do intendenta po˜ciel z kabiny milioner¢w i o˜wiadczyˆa, ie z piekˆa rodem pannica kazaˆa go zawiadomi†, i¾ na tak cuchn¥cej po˜cieli nie b©dzie spaˆa, a chˆopaczyska natychmiast j¥ poparli. -. Intendent kazaˆ da† najlepsz¥ zapasow¥ po˜ciel, a ochmistrz miaˆ przeprowadzi† wywiad, jaki zapach b©dzie najbardziej odpowiadaˆ milianer¢wnie. Gdy dowiedziaˆ si©, ¾e "szkocka lawenda", wyszu- kano na statku podobne pachnidˆo i czym pr©dzej skropiono nim po˜ciel. Sprawa wydawaˆa si© by† zaˆa.twiona. Niestety, tylko do obiadu. i Przy obiedzie okazaˆo si©, ¾e najbardziej wyszukane potrawy s¥ nieodpowiednie dla rozwydrzonych milionerz¥t. Podawane it la carte na naszej linii potrawy - b©d¥ce najgˆo˜niejsz¥ reklam¥ przyci¥ga- j¥c¥ pasa¾er¢w i okrzyczane jako niegodny chwyt konkurencyjny przez inne linie pasa¾erskie - by~y dla nich niesmaczne. Kazali je sobie wci¥¾ zmienia†. Zaˆoga hotelowa dwoiˆa, si© i troiˆa, aby im dogodzi†. Niestety. Nawet doprowadzona do doskonaˆo˜ci bezinte- resowna usˆu¾no˜† i grzeczno˜† zaˆogi hotelowej naszej linii okazaˆa si© bezwarto˜ciowa dla mˆodej czw¢rki. Po czterech dniach podr¢¾y szef kuchni, ochmistrz, stewardzi i Genia, je˜li si© nie modlili, to teraz zacz©li, bˆagaj¥c gor¥co, by to podr¢¾ skoäczyˆa si© jak najpr©dzej. Intendent zacz¥ˆ coraz cz©˜ciej odwiedza† kabin© kapitana. Przez nie domkni©te drzwi nawigacyjnej usˆyszeli˜my kiedy˜, jak sw¢j raport o Amerykanach rozpocz¥ˆ od sˆows MAKABRA. Dalej nast©- powaˆ szczeg¢ˆowy opis podawania posiˆk¢w milionerz¥tkom. - Poleciˆem asystentowi ochmistrza - m¢wiˆ intendent - by† obecnym przy ich stoliku; dw¢ch steward¢w nie nad¥¾a z przyno- szeniem stale zmienianych daä. Przypalone, nie dosma¾one, przy- _ pieczone, nie dosolone, przesolone, za maˆo sˆodkie, za bardzo sˆod- .~ kie, ma dziwny smak. Pierwszego dnia kucharz powiedziaˆ.¾artobli- i ~ wie: "Nie biegajcie tak szybko, bo was krew zaleje!" Na trzeci dzieä ' krew zalaˆa kucharza. Co smakowaˆo wczoraj, nie smakuje dzisiaj. Krew zalewa szefa kuchni. Je¾eli to si© nie zmieni, chyba pierwszy wyskocz© za burt©. Nie jestem ju¾ w stanie sˆucha† narzekaä stewar- desy, asystenta, ochmistrza, szefa kuchni:.. -Nu wie co? A? Nu prawda, makabra! -powtarzaˆ bezradny w tym wypadku kapitan. 212 , 218 Byli˜my ciekawi, jakie obrazy jawi¥ si© i b©d¥ si© jawiˆy kapita- nowi przy d«w;©ku sˆows MAKABRA. Czy widzi milionerz¥tka , czy zapˆakan¥ twarz Geni, czy roztrz©sionego intendenta? Poniewa¾ intendent byˆ ju¾ got¢w' wyskoczy† za burt©, stosunki nasze z kapitanem ulegˆy pewnej poprawie. Mo¾e nie tyle przeba- czyli˜my, ile byli˜my ciekawi, co prze¾ywa intendent za zˆamanie tradycji dawania ˜lub¢w przez kapitana. ' Wiadomo˜† o nadchodz¥cym sztormie przyniosˆa ze sob¥ nadziej© zˆagodzenia MAKABRY. -Nu wie cod A~ Nu mo¾e oni sieä pochorujo i wszyscy troszeczku odpoczno - powiedziaˆ kapitan, czytaj¥c raport o pogodzie, przynie- siony na mostek przez radiotelegrafist©. Sztorm nie przyni¢sˆ spodziewanej przez kapitana ulgi. Przeciw- nie, powi©kszyˆ makabr©. Milionerzy poˆo¾y† si©, poˆo¾yli, ale wezwany do chorych lekarz okr©towy musiaˆ za nich ordynowa† takie dania, kt¢re miaˆy im dopom¢c w przetrzymaniu zˆej pogo- dy. Lekarz naradzaˆ si© z asystentem ochmistrza, jakie posiˆki przy- gotowa†, aby mo¾na je byˆo jak najszybciej dostarczy† z kuchni do kabiny. W wybredzaniu ani jedno z milionerz¥t nie popu˜ciˆo. Nikˆ¥ pociech¥ dla asystenta ochmistrza byˆo to, ¾e zˆo¾one chorob¥ dia- bl©ta nie kazaˆy podawa† tych win, kt¢rych na statku nie byˆo. Gdy byˆy zdrowe, asystent ochmistrxa od pierwszego posiˆku musiaˆ ich nieustannie zapewnia†, ¾e je˜li b©d¥ wracaii - w co on nie w¥tpi - kt¢rym˜ ze statk¢w naszej kompanii do Stan¢w Zjednoczonych, to na tym statku na pewno znajd¥ wszystkie to wins, kt¢rych teraz ¾¥daj¥, i prosiˆ, by dali spis tych trunk¢w i byli ˆaskawi powiedzie†, kiedy maj¥ zamiar wr¢ci† do swego kraju. Sztorm nie ul¾yˆ doli Geni. Od˜wie¾anie garderoby milioner¢wny odejmowaˆo Geni mow© i r©ce. Teraz nowe widmo w postaci pra- sowanych koszul - kt¢re stale trzeba byˆo odnosi† do pracza lub poprawia† same] i przynosi† trzem wcieleniom szatana - podcinaˆo jej nogi przed wej˜ciem do ich kabin. Po sztormie do grupy chc¥cych wyskoczy† za burt© z powodu milionerz¥t doˆ¥czyˆ steward pokˆadowy, kt¢ry miaˆ piecz© nad le¾a- kami na pokˆadach. - Panie poruczniku - opowiadaˆ o swych prze¾yciach czwartemu 214 oficerowi, z kt¢rym byˆ zaprzyja«niony - ja mam tej czw¢rce szata- n¢w amerykaäskich ustawia† tak le¾aki, by nie koˆysaˆo, nie byˆo wiatru i ¾eby byˆ ˆadny widok na ocean. Mam bez przerwy by† przy nich. Pilnowa†, czy kt¢remu nie jest zimno i czy wiatr go nie zawieje na pokˆadzie! Niech pan pomy˜li! Musz© podawa† im po kilka razy dziennie przed poˆudniem bulion z pasztecikami, po poˆudniu kaw© z ciastkami. Maj¥ wilcze apetyty. Czasami nie rozumiem, gdzie to wszystko mo¾e si© w nich zmie˜ci†. Rozumiem, ¾e jak ˜wieci sˆoäce, to jest r¢¾nica w patrzeniu na morze z prawej czy z lewej burty, do dziobu czy do rufy, ale dla rnilioner¢w "krajobraz wodny" przy bezwietrznej pogodzie i peˆnym zachmurzeniu ma takie same r¢¾- nice, jak przy bezchmurnym i sˆonecznym niebie. Przeuoszenie wci¥¾ czterech le¾ak¢w z jednej burty na drug¥, dla czterech os¢b, to pan porucznik wie sam, co to za praca. Nie maun czasu dla innych pasaier¢w. Powrzucaˆbym tych szczeniak¢w do wody razem z le¾a- kami, ¾eby ich tylko nie widzie† dˆu¾ej. Uciekˆbym na l¥d; gdybym miaˆ stale takich pasa¾er¢w do obsˆugiwania... Tych samych skarg "deck-stewards" musiaˆ wysˆuchiwa† och- mistrz i oczywi˜cie powtarzaˆ je natychmiast intendentowi, a inten- dent kapitanowi, uwa¾aj¥c, ¾e w ten spos¢b sobie ul¾y. Szef kuchni, stewardzi, stewardess, ochmistrz, asystent ochmi- strza, "deck-steward" - wszyscy przysi©gli intendentowi, ¾e je˜liby w kt¢rej˜ nast©pnej podr¢¾y zobaczyli t© czw¢rk© wchodz¥c¥ na statek, to oni z niego zejd¥. Intendent sˆuchaˆ tych wszystkich ¾al¢w, znajduj¥c na ka¾d¥ przy- czyn© skargi jedno okre˜lenie: MAKABRA! Caˆe br~emi© skarg, powi©kszone o jego wˆasne ¾ale, o d n o s i ˆ pi©czoˆowicie kapitano- wi. Intendent, pomimo ¾e nie lubiˆ ochmistrz¥ i miaˆ zamiar wymie- ni† go na ochmistrza z "Puˆaskiego;', teraz bˆagaˆ, by ochmistrz uspokajaˆ ludzi. Miaˆ obiecywa† wolne dni, nawet ewentualne gra- tyfikacje z wˆasnej, intendenta, kicszeni, byle nie narazi† si© tak znakomitym pasa¾erom. Nie chciaˆ te¾ Straci† opinii doskonaˆego intendenta przez nieuprzejmo˜† podlegˆego mu personelu w stoy sunku do dzieci potentat¢w Stan¢w Zjednoczonych. - Dzieci to - m¢wil intendent - zrobi¥ reklam© Linii w˜r¢d naj- bogatszych sfer. B©dziemy mieli z pewno˜ci¥ w przyszˆ¢˜ci na naszych statkach komplet pasaier¢w kabinowych i nie mo¾emy 215 sobie psu† opinii z powodu tych tak bardzo mˆodych jeszcze przysz- ˆych milioner¢w. Intendent traciˆ apetyt, stawaˆ si© coraz bledszy, nie sy~iaˆ. Wolny czar po˜wi©caˆ liczeniu godzin, kt¢re pozostaˆy do przybycia do Kopenhagi. Pomocnik intendenta, obdarzony poczuciem humoru, twierdziˆ, ¾e intendent "wynalazˆ specjaln¥ arytmetyk©" do liczenia czasu pobytu milionerz¥t na statku: Od caˆej sumy godzin pozostaˆej do wyokr©towania w Kopenhadze odejmowaˆ godziny snu milione- rz¥t oraz te, w kt¢rych zaobserwowano brak zachcianek z ich stro- ny, Myõmy uwa¾ali t© czw¢rk© za "krucjat© dzieci", innymi sˆowy - za kar© spadˆ¥ na "niewiernych", profanuj¥cych zwyczaje i tradycje morskie. Cieszyli˜my si© z pobytu milionerz¥t na statku, chocia¾ przy zdawaniu wachty przybyˆ nam dodatkowy trud informowania kole- g¢w o wszystkich nowoõciach, jakie wynikˆy z powodu przybycia dziatek na pokˆad. Pomimo to pewnego dnia wyraz twarzy Geni stoj¥cej przy relingu na mostku zaniepokoiˆ oficera wachtowego. Przestraszyˆ si©, ¾e Genia ma zamiar zrobi† mu "czˆowieka za bur- t¥¯. - Co si© staˆo? - Nic si© nie staˆo - odpowiedziaˆa Genia na peˆne niepokoju pytanie oficera. - Wiem, czego pan porucznik si© boi. Niech pan b©dzie spokojny. B¥d« co b¥d« jest ju¾ bli¾ej ni¾ dalej. Wytrzymam. Wyskoczyˆam, ¾eby chocia¾ odetchn¥† powietrzem, kt¢rym to po- twory nie oddychaj¥. Jeszcze tego samego dnia przy zdawaniu wachty informowali˜my jeden drugiego, ¾e podczas in$pekcji asystent zauwa¾yˆ, i¾ steward pokˆadowy ma wyraz twarzy podobny ju¾ do wyrazu twarzy Geni. Imi© "Genia" zacz©li˜my traktowa† na mostku jak nazwy nadawane cyklonom w©druj¥cym przez oceany i pilnie õledzonym przez wszys- tkich zainteresowanych. Kapitan sˆuchaˆ ¾al¢w intendenta, ale nie m¢gˆ mu w ¾aden spos¢b pom¢c i poskromi† "milionerowych szatan¢w"; ze wzgl©du na swoj¥ wymow© j©zyka angielskiego. Ka¾de zdanie wypowiedziane przez kapitana w tym j©zyku byˆo dokˆadnie przesycone wschodnim akcentem i kaide niezmiennie zaczynaˆo si© od swobodnie, z polska wymawianych sˆ¢w: "~u si perhaps..." Co miaˆo oznacza†: "Widzisz, mo¾liwe, ¾e..." Zdaj¥c sobie spraw© z poziomu swej angielszczyzny, panicznie baˆ si© drwin ze strony szalej¥cej na statku czw¢rki, kt¢ra by go na pewno o˜mieszyˆa i przedstawiˆa w niekorzystnym ˜wietle w sferach najwy¾szej finansjery. W tym rozumowaniu r¢wnie¾ byˆy widoczne õlady my˜li intendenta. Dotychczas ka.pitan, sˆuchaj¥c skarg intendenta, nie zajmowaˆ stanowiska wobec milionerz¥t, ale gdy stosunki mi©dzy nami a kapitanem jeszcze bardziej si© ociepliˆy, kapitan wygˆosiˆ swoje zdanie na temat, co my˜li ~o terrorze panu- j¥cym w tej podr¢¾y na statku: - Nu wie co? A? - odnosiˆo si© to do nas wszystkich na mostku. - Nu, piniondze. Nu posiadanie piniendzy wi©cej czˆowieka psuji ni¾ ich brak. Nu, takie mˆode stworzenie, nu pomy˜li pan sam - taka dziewczynka. Nu taki ˆagodniutki wygl¥d. Nu, panie, a to bestia. Nu, m©¾em ja jej nie chciaˆby by† za iadne miliony. Nu, panie, takiej nigdy nie dogodzisz. Nu wszystko jej «le-i «le. Nu je˜† ona a nas nic nie mo¾e. Nu wszystkie jedzenie zˆe. Nu wszystko niedobre. Nu, panie, nu .po˜ciel jej nie pachnia. Nu sama ona äie wie, na co chce patrzy† i co chce widzie†. Nu takiej pasa¾erki ja jeszcze w swym ¾yciu nie widziaˆem. Nu prawda. Kabiety bi† nie mo¾no. Ale ja by jej, nu wie co, ch©tnie by przyˆo¾yˆ. Nu co¾ takiego? Nu jeden, nu dwa klapsy. Nu tak jak dziecku. Wiadomo, w co. Nu i pannica,na dwa dni tylko na chleb i woda. Nu, wszystko by jej potem smakowaˆo. Nu wie co? Nu wstyd mnie troszeczku samemu, ¾e takie mnie my˜li do gˆowy przychodzo. Nu takie dziewczontko, panie, nu w˜zystkim koˆo siebie ¾ycie zatruˆa. Nu, stewardess, panie, nu spuchni©ta od pˆaczu. Nu przez ˆzy a mnie kabina sprzonta. Czw¢rka milionerz¥t z nikim si© nie przyja«niˆa. . Traktowaˆa wszystkich pasa¾er¢w z g¢ry do same] Ropenhagi. Do zej˜cia ze statku. Odbyˆo si© ono w uroczystej ciszy. Stewardzi, stewardesy, ochmistrze, intendent - z zapartym tchem obserwowali ich zej˜cie. Byˆ projekt intendenta., by czw¢rk© obrzuci† kwiatami, ale upadˆ, poniewa¾ kwiaty, pomimo ¾e le¾aˆy w chˆodni, zwi©dˆy i diabl©ta mogˆy poczyta† to za obraz©. Zaledwie czw¢rka znikˆa z pola widzenia, p©kˆy wszelkie hamulce utrzymuj¥ce w ryzach zaˆog© hotelow¥, obsˆuguj¥c¥ milionerz¥tka. Intendent z ochmistrzem pili tak dˆugo, a¾ zatraciˆ si© dystans pomi©dzy nimi i wypili poimienne. Stewardzi usˆuguj¥cy bezpo˜red- 216 Ice' 217 nio milionerz¥tkom oznajmili oficjalnie intendentowi, ie b©d¥-.nie- czynni, poniewa¾ si© upij¥. Gdy na drugi dzieä po wyj˜ciu z Kopenhagi usˆyszeli˜my zn¢w na mostku kapitaäskie: - Nu wie co? A? Makabra! - zainteresowanie nasze nie miaˆo granic. S¥dzili˜my, ¾e ju¾ po wszystkim. Kapitan natychmiast na~wyja˜niˆ, co si© staˆo: - Nu wie co? A? Nu tego sieä nie spodziewaˆem. Nu Genia, panie, nu takes przykˆadna stewardess. Nu najlepsza, jaka tylko by† mo¾e. Nu, panie, nu pomy˜li pan sam. Nu nie przyszˆa sprzonta† kabiny. Nu nic nie spr:ontneˆa. Nu w ¾adnej kabinie. Nu wie co? A? Nu ur¾neˆa sieä tak, ¾e nieprzytomna. Nu do czego takie dzieci mogo doprowa- dzi† takes porzondna kabieta? Wywody kapitana przerwaˆ radiotelegrafista, przynosz¥c naj- ˜wie¾sze wiadomo˜ci z eteru. Kapitan przeczytaˆ podan¥ mu depesz© i powiedziaˆ: - Nu wie co? A? Makabra! - Trzymaj¥c telegram w r©ku, szybko poszedˆ do kabiny. . Zapytany przez nas radiotelegrafista zdradziˆ tre˜† oddanej depe- szy. Byˆa od agents z Kopenhagi, a zawieraˆa nast©puj¥c¥ wiado- mo˜†: PRZYKRO MI PANU DONIE—�, ½E T.S.S. KO—CIUSZKO W TEJ PODRà½Y PRZYWIàZ� Z NOWEGO JORKU PASA½ERàW NA GAP¨. DZIEWCZYN¨ I TRZECH CH�OPCàW,JAKO PASA½ERàW KABINO~NYCH. KOSZTA S¤DOWE B¨D¤ BAItDZO' DU½E, A —CI¤GNI¨CIE ZAP�ATY BARDZO FROBLEMATYCZNE. ZMU- SZONY JESTEM ZAWIADOMI� DYREKCJF. Br~lantowy Krzy¾ Dwa statki tej samej kompanii okr©towej jednocze˜nie w macie- rzystym porcie to pow¢d do odwiedzin; om¢wienia z najbliiszymi kolegami wydarzeä z okresu kilkuletniego niewidzenia si©, po prostu wielki zjazd rodzinny, w kt¢rym bierze udziaˆ kilkuset ludzi. Tak si© zˆo¾yˆo, ¾e w 1937 roku spotkaˆy si© w Gdyni dwa statki pasa¾erski©: ;,Batory" i "Ko˜ciuszko". "Batory" wr¢ciˆ ze swej p¢ˆ- nocnej linii do Kanady i Nowego Jorku. "Ko˜ciuszko" - z Poˆudnio- wej Ameryki. W mesach obu transatlantyk¢w kipiaˆo od go˜ci. W kabinie kapitana "Batorego" znalazˆ si© dawny ofcer nawiga- cyjny z "Piˆsudskiego", na kt¢rym obecny kapitan "Batorego" swego czasu zast©powaˆ chorego kapitana. - KochAAAny m¢j! - powitaˆ go niezapomniany gˆos kapitana. - Posied« a mnie w kabinie. Ja zaraz wr¢c©, tylko po¾egnam pasa¾er¢w, kt¢rzy czekaj¥ na mnie w barze. Przejrzyj dokumenty le¾¥ce na stoliku. Officer posˆusznie oddaˆ si© oczekiwaniu i spojrzaˆ na polecane przez kapitana papiery. Byˆy to pisma dotycz¥ce po¾aru, jaki wiosn¥ tego roku wybuchˆ na "Batorym". Gdy nawigacyjny patrzyˆ na nie, przypomniaˆa mu si© rado˜† kapitana po przyj˜ciu na "Piˆsudskiego" na zast©pstwo, kiedy zapo- znaˆ si© z nowoczesnymi urz¥dzeniami przeciwpo¾arowymi i ze sprawno˜ci¥ zaˆogi, wy†wiczonej we wszelkich mo¾liwych sytuacjach po¾arowych, jakie mog¥ zaistnie† na statku. Rado˜† kapitana wyra- ¾aˆa . si© w cz©stym zmuszaniu pasa¾er¢w do podzielania jego zachwytu, co gˆo˜nym echem odbijaˆo si© w˜r¢d przyszˆych klient¢w ~naszej kompanii. 219 Nawigacyjny byˆ raz ˜wiadkiem po¾arowego "seansu". W gronie wybranych przez siebie os¢b kapitan zaproponowaˆ najpierw wylo- sowanie numeru dowolnej kabiny. Potem wszyscy udali si© do niej, jak gdyby szli na tajemnicz¥ schadzk©, by nie wzbudzi† podejrzenia zaˆogi, ¾e tam co˜ si© odbywa. Po przybyciu na miejsce kapitan r~zpocz¥ˆ sw¢j ;,seans" od sˆ¢w: . - Szanowni paäst~vo! Prosz© sobie wyobrazi† (ltaidy z' osobna), ¾e zasn©li paästwo w tej kabinie bardzo zm©czeni i przez nieuwag© niedopaˆek papierosa spadˆ na dywan. Ot¢¾ pˆomieä szybko posuwa si© po dywanie do krzesˆa, na kt¢rym le¾y ubranie. Zaczyna pˆon¥† farba na drzwiach i ˜cianach. Wyj˜cie z kabiny jest ju¾ niemo¾liwe. Pˆomieä z gor¥cego ubrania si©ga sufitu! Nawigacyjny got¢w byˆ przysi¥c, ¾e sam widzi wyczarowany przez kapitana pˆomieä i rozumie beznadziejno˜† swojej sytuacji. Nie pozostaje mu ju¾ nic innego, jak zamieni† si© w odrobin© popioˆu. - Drodzy paästwo! Oto pˆomieä si©ga a¾ do tego miejsca! - Wyci¥gni©ta pod sufit r©ka kapitana niedwuznacznie pokazaˆa wysoko'˜† pˆomienia. i beznadziejno˜† sytuacji ˜pi¥cego twardo w koi "kochAAAnego pasa¾era". - Ale, kochAAAni paästwo, zw¥tpienie nie mo¾e ani na chwil© ogarn¥† nikogo z MOICH pasa¾er¢w, poniewa¾ czuwam JA i moi kochAAAni oficerowie. Oto pˆomieä si©gn¥ˆ tutaj! Kapitan wyj¥ˆ z kieszeni zapalniczk© i zilustrowaˆ przej©tym widzom najwy¾szy pˆomieä, kt¢ry ich strawi. Pˆomieä zapalniczki przytkni©ty do ukrytej w suficie ampuˆki z czerwonym pˆynem roz- sadziˆ j¥ natychmiast. -Panie radco! Mo¾e pan b©dzie tak uprzejmy i zanotuje moment, w kt¢rym pˆomieä si©gn¥ˆ sufitu. Musz© doda†, ¾e wystarczy tylko gor¥ce powietrze, by nast¥piˆo to samo, co paästwo widzieli: p©k- ni©cie tej czerwonej ampuˆki. Jak ju¾ powiedziaˆem, czuwam JA i moi oficerowie. Teraz pozostaje tylko czeka† cierpliwie, ¾eby zobaczy†, file minut potrzeba na MOIM statku, ¾eby pasa¾er pogr¥¾ony w gˆ©bo- kim ˜nie zostaˆ wyratow~y z ognia przez moich ko"ehAAAnych oficer¢w. Czuwaj¥ oni stale na mostku, prowadz¥c statek, r¢wno- cze˜nie za˜ czuwaj¥ nad bezpieczeästwem naszych kochAAAnych pasa¾er¢w, powierzonych naszej pieczy w drodze przez oceany. 220 Nikomu na MOIM statku nie zagra¾a niebezpieczeästwo. Prosz© sˆucha†: oto nadchodzi pomoc! I rzeczywi˜cie, na korytarzu sˆycha† byˆo tupot biegn¥cych ludzi. Drzwi si© gwaˆtownie otworzyˆy i do kabiny wpadˆo dw¢ch stra¾a- k¢w. Za nimi Yvida† byˆo ochmistrza. - Panie radco! Prosz© powiedzie†, ile upˆyn©ˆo czasu? - Niecaˆe trzy minuty, panie kapitanie! - oznajmiˆ radca. Na widok kapitana stra¾acy i ochmi~trz natychmiast si© wycofali. - Szanowni paästwo! To nie s¥ czary ani te¾ zam¢wione przeze mnie widowisko. MàJ statek jest unerwiony, jak czˆowiek. Nerw przy zetkni©ciu z ogniem sygnalizuje do m¢zgu sw¢j kontakt z gor¥cem. Podobnie sprawa ma si© i tutaj. Pˆomieä zapalniczki dotkn¥ˆ nerwu, kt¢ry zasygnalizowaˆ oficerowi na mostku, ¾e kabina si© pali. Sza- nowni paästwo! P¢jdziemy teraz na mostek i zobaczymy, co si© tam dziaˆo w momencie, gdy pˆomieä zapalniczki rozsadziˆ ampuˆk©. Towarzystwo po wyj˜ciu z kabiny podziwiaˆo stra¾ak¢w uzbrojo- nych w sprz©t, kt¢ry pozwoliˆby im wej˜† w dym, a äawet w ogieä. Natychmiastowa akcja stra¾ak¢w i podziw dla kapitana odebraˆy mow© zachwyconym pasa¾erom. Na mostku rozpoczynaˆa, si© drugs cz©˜† "poiarowej sielanki", jak oficerowie nazywali to popisy kapitaäskie. - Ot¢¾, szanowni paästwo, jeste˜my teraz przy MOIM. kochAAA- nym oficerze, kt¢ry uratowaˆ ¾ycie osobom ˜pi¥cym w kabinie. Z chwil¥ p©kni©cia ampuˆki,~zacz¥ˆ dzwoni† w tej szafie termiczny wykrywacz ognia. Wachtowy officer sprawdziˆ natychmiast numer alarmuj¥cej mostek sekcji i zadzwoniˆ do centrali stra¾y ogniowej, gdzie dzieä i noc sˆu¾bowi straiacy, uzbr,~jeni w odpowiedni sprz©t, siedz¥ przy telefonie. Po zaalarmowaniu starszy officer zadzwoniˆ do zagro¾onej sekcji, z kt¢rej musi si© odezwa† dy¾urna stewardess lub steward. Po,stwierdzeniu, co si© staˆo, daj¥ oni zna† na mostek. Gdy szli˜my na mostek, sza~owni paästwo mogli sˆysze† stewardes© m¢wi¥c¥ ~rzez telefon: "Ala.rm zosta3 spowodowany przez kapitana". Gdyby jednak paliˆo si© naprawd©, to natychmiast zostaˆbym zawia- domiony JA, ale tak, by nie wzbudzi† paniki w˜r¢d pasa¾er¢w, kt¢ra niekiedy mo¾e by† gorsza od samego po¾aru... System ten da si© zastosowa† tylko w maˆych pomieszczeniach. W du'zych, jak ˆadow- 221 nie, jest inaczej. Tam czuwa co˜ innego... Prosz© paästwa! Powiedz- my, ¾e si© pali w magazynach bosmaäskich, o, tutaj! Kapi~an wskazaˆ pasa¾erom miejsce na planie, w kt¢rympowstaˆo nowe zarzewie poiaru. - KochAAAny m¢j! - zwr¢ciˆ si© do wachtowego oficera. - Ka¾ tam zrobi† sztuczny po¾ar! Officer zadzwoniˆ do stra¾y ogniowej i poleciˆ zapaˆi† dymn¥ ˜wiec© w magazynie bosmaäskim. Po chwiˆi w drugim wykrywaczu ognia dzwonek uderzyˆ na alarm. - Prosz© paästwa! - kontynuowaˆ niezmordowanie sw¥ prelekcj© kapitan. - Ten aparat wysysa powietrze ze wskazanych na planie pomieszczeä. Najmniejsza drobina dymu, jaka znajduje li© w pomieszczeniu, dotrze do odpowiedniej dyszy tego aparatu i przej- dzie przez fotokom¢rk©, kt¢ra wska¾e, sk¥d dym pochodzi. Zebrani na mostku pasa¾erowie podziwiali w aparacie otwory dysz, w kt¢rych chwiaˆy li© jak nikˆe pˆomienie nitki kontrolne, dzi©ki kt¢rym moina byˆo sprawdzi†, czy aparat pracuje prawidˆo- wo. W jednej z dysz wida† byˆo uchodz¥c¥ smug© dymu. Sprawdze- nie numeru pomieszczenia - to ju¾ tylko kwestia sekund. . - KochAAAni moi paästwo! Spytacie, co dalej? Jak zgasi† poiar, gdy pali li© ˆadunek? Odpowied« moja wprawi was w zdumienie, poniewa¾ b©dzie zdumiewaj¥co prosta: AUTOMATYCZNIE! Prosz© paästwa! Nasz kochAAAny officer, kt¢ry nam caˆy czas towarzyszy, zaprowadzi nas do miejsca, sk¥d po¾ar gasi li© automatycznie. KochAAAny m¢j, prow~d«! Officer wzi¥ˆ klucz z szafki i poprowadziˆ caˆe towarzystwo z kapi- tanem wˆ¥cznie do pierwszego komina na pokˆadzie sˆonecznym. Otworzyˆ ¾elazne drzwi. Ukazaˆy li© rz©dy olbrzymich metalowych butli, poˆ¥czonych rurami. Ka¾da sekcja miaˆa wypisany numer i zaplombowan¥ d«wigni©. - Prosz© paristwa! - czarowaˆ kapitan. - Przel~©cenie tej d«wigni po zerwaniu plomby kontrolnej gasi automatycznie po¾ar w po- mieszczeniu o numerze widocznym przy d«wigni; naturalnie po opuszczeniu go przez ludzi. Butle s¥ napeˆnione dwutlenkiem w©gla, kt¢ry poniewa¾ jest ci©¾szy od powietrza, wpuszczony do pomiesz- czenia, wypiera je z niego, zupeˆnie tak, jakby˜my wpu˜ciˆi, tam wod©. Szanowni paästwo widz¥, i¾ ¾adne niebezpieczeästwo po¾aru nie jest na MOIM statku gro«ne. Jak zawsze, ka¾dy "leans" pasa¾er¢w z kapitanem koäczyˆ li© w barze... Czekaj¥c na kapitana, officer nawigacyjny przeczytaˆ le¾¥cy na stoliku dokument. Byˆ to wyci¥g z dziennika okr©towego, tˆuma- czony na j©zyk angielski, m¢wi¥cy o przyczynie poiaru na "Bato- rym". Powstaˆ on w magazynowni wskutek tego, ¾e ropa tˆoczona z jednego zbio~nika do drugiego przelaˆa li© po wyj©ciu filtra dˆa sprawdzenia jej ilo˜ci w zbiorniku. Strumieä przelanej ropy trafiˆ na rozpaˆon¥ powierzchni© kotˆa i zamieniˆ li© w olbrzymi pˆomieä. Czytaj¥c to, nawigacyjny dowiedziaˆ li© wres¾cie, jak .li© po¾ar zacz¥ˆ i zrozumiaˆ dokˆadniej, co mu po drodze do kabiny kapitana o po¾arze opowiadano. Zaˆoga wci¥i ¾yˆa wspomnieniami o tym wypadku. - Panie poruczniku! Mogli˜my li© ¾ywcem spali†. �adownie byˆy peˆne celulozy! Gdyby po¾ar doszedˆ do ˆadowni, byˆoby~ po nas! Ju¾ by pan nie zobaczyˆ "Batorego"! -chyba po raz setny prze¾ywaˆ po¾ar barman. - Musieli˜my nadawa† SOS! Zleciaˆy nam na pomoc wszys- tkie statki, kt¢re byˆy w pobli¾u. Byˆ i "Piˆsudski". Ale szcz©˜liwie udaˆo nam si© ugasi† po¾ar. Pierwszy mechanik wszedˆ w ubraniu azbestowym do maszyn¢wni i zakr©ciˆ dopˆyw ropy. Na pewno by˜my si© spalili... Panie poruczniku! Co to byˆo w pierwszej chwili, gdy tylko zobaczyli˜my dym na. sekcjach pasa¾erskich! Jeden, nie powiem kto, zaˆo¾yˆ kamizeˆk© ratunkow¥. Jak go zobaczyˆ officer pokˆadowy, to kazaˆ mu j¥ natychmiast zdj¥†. Powiedziaˆ, ¾e nie byˆo rozkazu i ¾eby nie robiˆ paniki. A przez caˆy czas po¾aru orkiestrze okr©towej kazano gra†, ¾eby nikt z pasa¾er¢w nie wiedziaˆ, co si© dzieje. I wie pan porucznik co? Nawet nie wiedzieli, ¾e za chwil© mog¥ si© ¾ywcem upiec lub utopi†. Rozmy˜lania oficera nawigacyjnego przerwaˆ kapitan, wchodz¥c do kabiny. -KochAAAny m¢j! Wypijesz kieliszek? Wˆa˜nie dostaˆem bardzo dobry koniak. Nie ma nic lepszego na ˜wiecie od prawdziwego francuskiego koniaku. A taki wˆa˜nie najlepszy dostaˆem z powodu dekoracji Zˆotym Krzy¾em. Oo, widzisz? 222 X223 - Za co? - spytaˆ nawigacyjny. - Nie wiesz, za co? RochAAAny m¢j, byli˜my ju¾ za Now¥ Fund- landi¥, w drodze do Nowego Jorku, gdy maszyna zawiadomiˆa mnie, ¾e maj¥ po¾ar.- Zapaliˆa sib im ropa. Mechanik, kt¢ry przepompo- wywaˆ ropy, wyj~ˆ filtr, ¾eby sprawdzi†, ile jej jeszcze ma. Ropa chlusn~ˆa ze zbiornika i wylaˆa. si© na rozpalony kocioˆ.~ Reszt© sam sobie mo¾esz wyobrizi†. Zanim zamkn~li dopˆyw ropy i ludzie wyszli z maszyny, by zdˆawi† ogieä dwutlenkiem w~gla, stopiˆy si© wszys- tkie kable od pamp. Mo¾esz aobie obejne†, jak to wygl¥daˆo, mam to I