ALEKSANDER DUMAS kawaler de Maison-Rouee Tytuˆ oryginaˆu LE CHEVA^1BH DE MAISOM-BOUGE Adaptacja H. B. SEKELY na podstawie tˆumaczenia w wydaniu JàZEFA SLIWOWSKIEGO (Warszawa 1890) OCHOTNiCY Okˆadk© i stron© tytuˆow¥ projektowaˆ JERZY SOWIIˆSKI Dziaˆo si© to wieczorem dnia 10 marca 1793 roku. Na wie¾y ko˜cioˆa Panny Marii wybiˆa godzina dziesi¥ta, & rozlegaj¥cy si© w powietrzu d«wi©k zegara wydawaˆ si© smutny, monotonny, wibruj¥cy. Noc zalegaˆa nad Pary¾em, nie burzliwa, przerywana bˆyskawicami, lecz zimna i mglista. Inny byˆ w¢wczas Pary¾, ni¾ go dzisiaj znamy. Dzi˜ o˜le- pia on wieczorem tysi¥cami ˜wiateˆ, odbijaj¥cych si© w zˆocistym bˆocie. Dzi˜ peˆen jest spiesz¥cych si© prze- chodni¢w, ˜miechu i szept¢w, ma liczne przedmie˜cia, kt¢- re s¥ szkoˆ¥ gru.bianski.ch wymy˜laä i gro«nych wyst©p- k¢w. W¢wczas byˆo to miasto wstydliwe, boja«liwe, pra- cowite, kt¢rego mieszkaäcy, przebiegaj¥c z jednej ulicy na drug¥, kryli si© w zak¥tkach lub w bramach, jak zwie- rzyna, kt¢ra osaczona przez strzelc¢w dusi si© we wˆasnej norze. Przez skazanie na ˜mier† kr¢la Ludwika XVI Francja zerwaˆa z caˆ¥ Europ¥. Do trzech nieprzyjaci¢ˆ, z kt¢rymi zrazu walczyˆa, to znaczy do Prus, Austrii i Piemontu, przyˆ¥czyˆy si©: Anglia, Holandia i Hiszpania. Szwecja tylko i Dania zachowaˆy dawn¥ neutralno˜†. Sytuacja Francji byˆa tragiczna: kraj zostaˆ zablokowa- ny przez caˆ¥ Europ©, a przej˜ciem miedzy g¢rnym Renem a Escaut dwie˜cie pi©†dziesi¥t tysi©cy ¾oˆnierzy maszero- waˆo przeciwko Republice. Zewsz¥d wyparto generaˆ¢w francuskich. Mi¥czyäski opu˜ci† musiaˆ Akwizgran i cofn¥† si© ku Liege. Steingla i Neuilly'ego odparto w Limburskie. Vallence i Dampierre, zmuszeni do odwrotu, pozwolili sobie zabra† cz©˜† tab-iru. Przeszˆo dziesi©† tysi©cy zbieg¢w, opu˜ciwszy armi©, roz- sypaˆo si© po kraju. Na koniec Konwent, pokˆadaj¥c jedy- n¥ nadziej© w generale Dumouriez, sˆaˆ do niego goäca za goäcem z poleceniem, aby opu˜ciˆ brzegi Biesboos, gdzie przygotowywaˆ si© do wyl¥dowania w Holandii, i aby przybyˆ obj¥† dow¢dztwo armii rozˆo¾onej nad rzek¥ Meuse. Jak w ka¾dym ¾ywym organizmie najbardziej wra¾liwe jest serce, tak Francja wˆa˜nie w Pary¾u najbardziej bo- le˜nie odczuwaˆa ka¾dy cios, jaki jej zadawaˆy napady, bunty lub zdrady. Ka¾de zwyci©stwo wywoˆywaˆo rado˜†, ka¾da pora¾ka rodziˆa gro«ne powstania. �atwo wi©c po- j¥†, jakie wra¾enie zrobiˆy wiadomo˜ci o niepowodzeniach, kt¢rych po kolei doznawaˆa armia. W wigili© dnia 9 marca w Konwencie odbyˆo si© jedno z najburzliwszych posiedzeä. Wszystkim oficerom wydano rozkaz udania si© natychmiast do swych puˆk¢w, a Dan- ton, ˜miaˆy projektodawca, kt¢rego nieprawdopodobne po- mysˆy jednak si© speˆniˆy, wst©puj¥c na m¢wnic©, zawo- ˆaˆ: "Brak wojska, powiadacie! Dajmy Pary¾owi sposob- no˜† ocalenia Francji, za¾¥dajmy od niego trzydziestu ty- si©cy ludzi, po˜lijmy ich generaˆowi Dumouriez, a nie tylko Francja b©dzie ocalona, ale utrzymamy Belgi©, a Holandi© podbijemy." Projekt ten przyj©to peˆnymi uniesienia okrzykami. We- zwano sekcje do zebrania si© jeszcze tego wieczoru. W ka¾- dej sekcji otwarto list© wpis¢w. Zawieszono wszystkie wi- dowiska dla podkre˜lenia powagi chwili, a na ratuszu, na znak ¾aˆoby, zatkni©to czarny sztandar. Przed p¢ˆnoc¥ trzydzie˜ci tysi©cy nazwisk wypeˆniˆo listy ochotnik¢w. Tego jednak¾e wieczoru powt¢rzyˆo si© to, co miaˆo miejsce we wrze˜niu: w ka¾dej sekcji zapisuj¥cy si© ochot- nicy ¾¥dali, aby przed ich wyruszeniem ukarano zdrajc¢w. Zdrajcami za˜ byli kontrrewolucjoni˜ci, skryci spiskow- cy, kt¢rzy od wewn¥trz grozili rewolucji, zagro¾onej z ze- wn¥trz. Lecz, jak ˆatwo poj¥†, nazwa ta przybieraˆa naj- szersze znaczenie, jakie jej wedˆug wˆasnego upodobania nadawaˆy stronnictwa, trz©s¥ce pod¢wczas Francj¥. ½e za˜ ¾yrondy˜ci byli najsˆabsi, g¢rale wi©c zadecydowali, ¾e ¾yrondy˜ci-s¥ zdrajcami. Nazajutrz, dnia 10 marca, wszyscy deputowani g¢rale znajdowali si© na posiedzeniu. Uzbrojeni jakebini zaj©li trybuny, wyrzuciwszy przedtem kobiety. Wtem zjawia si© mer wraz z .rad¥ Gminy, potwierdza raport komisarzy Konwentu o peˆnej po˜wi©cenia postawie obywateli, ale zarazem powtarza wyra¾one wczoraj jednomy˜lnie ¾ycze- nie - aby ustanowiono nadzwyczajny trybunaˆ do s¥- dzenia zdrajc¢w. Natychmiast za¾¥dano raportu komitetu. Komitet zgro- madziˆ si© w jednej chwili, a w dziesi©† minut patem Ro- bert Lindet przybyˆ z o˜wiadczeniem, ¾e powoˆany b©dzie trybunaˆ zˆo¾ony z dziewi©ciu s©dzi¢w politycznie nieza- le¾nych. Trybunaˆ podzielony zostanie na dwie sekcje i ˜ciga† b©dzie na ¾¥danie Konwentu lub bezpo˜rednio, wszystkich, kt¢rzy zdradzili nar¢d. Widzimy wi©c, ¾e wˆadza Konwentu byˆa coraz wi©ksza. Zyrondy˜ci dopatrywali si© w tym wyroku wydanego na siebie i powstali. "Umrzemy raczej - woˆali - ni¾ po- zwolimy na wprowadzenie tej weneckiej inkwizycji!" Od- powiadaj¥c na ten cukrzyk, g¢rale za¾¥dali gˆosowania. "Tak jest - zawoˆaˆ Feraud - gˆosujmy, aby˜my dali po- zna† ˜wiatu ludzi, kt¢rzy w imieniu prawa chc¥ zabija† niewinno˜†." I rzeczywi˜cie gˆosowano. Wbrew wszelkim przypuszcze- nioim wi©kszo˜† o˜wiadczyˆa: l. ¾e ustanowieni b©d¥ przy- si©gli, 2. ¾e wybrani zostan¥ w r¢wnej liczbie z poszcze- g¢lnych departament¢w, 3. ¾e mianowa† ich b©dzie Kon- went. W chwili przyj©cia tych trzech wniosk¢w daˆy si© sˆy- sze† gˆo˜ne okrzyki. Konwent, przyzwyczajony do odwie- dzin posp¢lstwa, kazaˆ spyta†, czego od niego ¾¥daj¥. Od- powiedziano, ¾e deputacja ochotnik¢w, kt¢rzy jedli obiad w skˆadzie zbo¾a, prosi, aby Konwent pozwoliˆ im prze- defilowa†. Natychmiast otworzono drzwi i pojawiˆo si© sze˜ciuset ludzi uzbrojonych w paˆasze, pistolety i piki, na p¢ˆ pija- nych, kt¢rzy w˜r¢d oklask¢w przedefilowali, wznosz¥c okrzyki domagaj¥ce si© ˜mierci zdrajc¢w. - Tak - odrzekˆ im Collot-d'Herbois - tak, moi przy- jaciele, mimo intryg ocalimy was i wasze prawa. I sˆowom tym towarzyszyˆo spojrzenie skierowane w stron© ¾yrondyst¢w. Spojrzenie to miaˆo oznacza†, ¾e nar¢d nie jest jeszcze wolny od niebezpieczeästwa. Istotnie, zaraz po skoäczeniu posiedzenia Konwentu g¢- rale rozpraszaj¥ si© po innych klubach, ˜piesz¥ do korde- lier¢w i jakobin¢w, projektuj¥, aby wyj¥† zdrajc¢w spod prawa i wyr¾n¥† ich jeszcze tej nocy. ½ona Louveta mieszkaˆa przy ulicy Saint-Honore, w po- bli¾u klubu jakobin¢w. Usˆyszawszy wrzaw©, wychodzi i wst©puje do klubu, dowiaduje si© o projekcie i czym pr©dzej ˜pieszy donie˜† o tym m©¾owi. Louvet bierze broä, nast©pnie biegnie od mieszkania do mieszkania, aby uprze- dzi† swych przyjaci¢ˆ, ale nie zastaje nikogo. Sˆu¾¥cy jed- nego z przyjaci¢ˆ powiada mu, ¾e s¥ u Petiona. Louvet udaje si© tam natychmiast i widzi, ¾e tam radz¥ najspo- kojniej nad dekretem, kt¢ry nazajutrz maj¥ przedstawi† w Konwencie. Wierz¥, i¾ przypadek da im wi©kszo˜† gˆo- s¢w i ¾e dekret przeprowadz¥. Opowiada im, co si© dzieje, o˜wiadcza, co przeciwko nim knuj¥ kordelierzy i jakobini, i na koniec wzywa, aby ze swej strony obmy˜lili jakie˜ radykalne ˜rodki dziaˆania. W¢wczas Petion, jak zawsze spokojny i oboj©tny,'wstaje, idzie do okna, otwiera je, patrzy w niebo, wyci¥ga na zewn¥trz r©ce i cofaj¥c je m¢wi: - Deszcz pada. Tej nocy nic z tego nie b©dzie. Przez otwarte okno sˆycha† ostatnie d«wi©ki zegara bi- j¥cego godzin© dziesi¥t¥. C¢¾ to takiego staˆo si© w Pary¾u, wieczorem dnia 10 marca i co sprawiˆo, ¾e w˜r¢d wilgotnej ciemno˜ci, w˜r¢d gro«nego milczenia, domy, nieme i ponure, podobne byˆy raczej do grob¢w? Silne patrole Gwardii Narodowej z nastawionymi ba- gnetami, wojska obywatelskie, ¾andarmi przegl¥daj¥cy za- k¥tki ka¾dej bramy i ka¾de przej˜cie byli jedynymi miesz- kaäcami miasta, kt¢rzy ˜mieli wyj˜† na ulic©: instynkt ostrzegaˆ wszystkich, ¾e szykuje si© jaka˜ rzecz straszna, nieznana. Drobny, zimny deszcz, kt¢ry uspokoiˆ Petiona, bardziej jeszcze powi©kszyˆ zˆy humor i niezadowolenie czuwaj¥- cych. Ka¾de spotkanie zdawaˆo si© by† przygotowaniem do potyczki, bo po rozpoznaniu wszyscy z niedowierzaniem,. powoli i niech©tnie wymieniali hasˆa. Widz¥c ich potem, jak wracali, mo¾na byˆo rzec, i¾ bali si© nawzajem, aby ich kto z tyˆu nie napadˆ. Tego wi©c wieczoru, kiedy Pary¾ dr¾aˆ z panicznej trwo- gi, kt¢ra staˆa si© zjawiskiem tak cz©stym, i¾ powinien byˆ ju¾ si© do niej przyzwyczai†, tego wieczoru, kiedy skrycie m¢wiono o potrzebie wyr¾ni©cia rewolucjonist¢w, kt¢rzy przedtem w przewa¾aj¥cej liczbie gˆosowali z za- strze¾eniem za ˜mierci¥ kr¢la, dzi˜ wahali si© wyda† wy- rok ˜mierci na kr¢low¥, wi©zion¥ w Tempie wraz z dzie†- mi i szwagierk¥ - tego wieczoru jaka˜ kobieta owini©ta w mantyl© koloru Ula, ukrywszy, a raczej zanurzywszy gˆow© w kapturze tej mantyli, przemykaˆa si© wzdˆu¾ do- m¢w ulicy Saint-Honore, chroni¥c si© to w gˆ©bi jakiej˜ bramy, to za rogiem muru, ilekro† dostrzegˆa z dala nad- chodz¥cy patrol. Stoj¥c nieruchomo jak pos¥g, wstrzymy- waˆa oddech, p¢ki patrol nie przeszedˆ. W¢wczas zn¢w biegˆa szybko i niespokojnie, p¢ki nowe tego rodzaju nie- bezpieczeästwo nie zmusiˆo j¥ powt¢rnie do zatrzymania si© w jakiej˜ bramie. W ten spos¢b, dzi©ki przedsi©branym ˜rodkom ostro¾- no˜ci, przebiegˆa ju¾ byˆa bezkarnie cz©˜† ulicy Saint-Ho- hore, gdy nagle na rogu ulicy Grenelle wpadˆa nie w r©ce patrolu, lecz w r©ce maˆego oddziaˆu dzielnych ochotnik¢w, kt¢rzy jedli obiad w skˆadzie zbo¾owym, a kt¢rych patrio- tyzm podniosˆy liczne toasty wzniesione na cze˜† przy- szˆych zwyci©stw. Biedna kobieta krzykn©ˆa i usiˆowaˆa umkn¥† przez uli- c© Coq. - Hej! hej! Obywatelko! - zawoˆaˆ przyw¢dca ochot- nik¢w, wskutek bowiem wrodzonej czˆowiekowi potrzeby posiadania dow¢dc¢w, zacni patrioci ju¾ go sobie wy- brali. - Hej! hej! A dok¥d¾e to? Uciekaj¥ca nie odpowiedziaˆa, lecz biegˆa dalej. - Pal! - zawoˆaˆ przyw¢dca. - To przebrany m©¾- czyzna! To uciekaj¥cy arystokrata! I szcz©k dw¢ch czy trzech strzelb, nier¢wno opadaj¥- cych na niepewne r©ce, oznajmiˆ biednej kobiecie, ¾e wkr¢tce rozkaz zostanie wykonany. - Nie! Nie! - zawoˆaˆa nagle, zatrzymawszy si©. - Nie, obywatelu, mylisz si©. Nie jestem m©¾czyzn¥... - A wi©c zbli¾ si© - rzekˆ dow¢dca - i odpowiadaj. Dok¥d¾e to idziesz, nocna pi©kno˜ci? - Ale¾, obywatelu, ja nigdzie nie id©... Ja wracam. - A, wracasz? 10 - Tak jest. - Jak na uczciw¥ kobiet©, to zbyt p¢«no wracasz, oby- watelko. - Id© od chorej krewnej. - Biedna maˆa kotka - powiedziaˆ przyw¢dca, ma- chn¥wszy r©k¥ tak, ¾e przestraszona kobieta zatrz©sˆa si© gwaˆtownie. - A gdzie masz kart©? - Kart©? Jak to, obywatelu? Co przez to rozumiesz i czego ¾¥dasz ode mnie? - Czy nie znasz dekretu Gminy? - Nie. - Sˆyszaˆa˜ przecie¾, jak go ogˆaszano? - Nie. C¢¾ to znowu za dekret, m¢j Bo¾e? - Przede wszystkim ju¾ si© teraz nie m¢wi B¢g, lecz Najwy¾sza Istota. - Przepraszam. Omyliˆam si©. To stare przyzwycza- jenie. - Zˆe, arystokratyczne przyzwyczajenie. - B©d© si© staraˆa poprawi†, obywatelu, lecz m¢wiˆe˜... - M¢wiˆem, ¾e dekret Gminy zabrania wychodzi† po godzinie dziesi¥tej wieczorem bez karty obywatelskiej. Czy masz t© kart©? - Niestety, nie mam. - Zostawiˆa˜ j¥ u swej krewnej? - Nie wiedziaˆam, ¾e trzeba wychodzi† z t¥ kart¥. - A wi©c chod«my do najbli¾szego posterunku, tam wy- tˆumaczysz si© grzecznie przed kapitanem. Je¾eli b©dzie z ciebie zadowolony, ka¾e ci© dwom ¾oˆnierzom odprowa- dzi† do domu, a je¾eli nie, zatrzyma ci© a¾ do czasu zasi©g- ni©cia dokˆadniejszych informacji. W lewo zwrot, szybko naprz¢d marsz! Na skutek okrzyku przera¾enia, jaki wydaˆa zatrzymana, przyw¢dca ochotnik¢w zrozumiaˆ, ¾e biedna kobieta bar- dzo l©kaˆa si© tego ˜rodka. 11 - Oho - rzekˆ - jestem pewien, ¾e˜my zˆowili jak¥˜ znakomit¥ zwierzyn©. No, dalej w drog©, moja maˆa! I przyw¢dca schwyciˆ r©k© podejrzanej kobiety, wzi¥ˆ j¥ pod rami© i mimo krzyk¢w i ˆez poci¥gn¥ˆ za sob¥ do posterunku w Palais-Egalite. Zbli¾ali si© wˆa˜nie do rogatki Serge-nts, gdy nagle jaki˜ wysoki mˆodzieniec, otulony pˆaszczem, ukazaˆ si© na rogu ulicy Croix-des-Petite-Champs w chwili, gdy zatrzymana bˆagaˆa o wolno˜†. Ale przyw¢dca ochotnik¢w, nie zwa- ¾aj¥c na to, grubiaäsko poci¥gn¥ˆ j¥ za sob¥. Kobieta krzykn©ˆa na wp¢ˆ ze strachu, na wp¢ˆ z b¢lu. Mˆodzieniec widziaˆ walk©, sˆyszaˆ krzyk, przebiegˆszy wi©c z jednej strony ulicy na drug¥, spotkaˆ si© oko w oko z maˆym oddziaˆem. - Co to jest? Co robicie z t¥ kobiet¥? - zapytaˆ tego, kt¢ry wygl¥daˆ na przyw¢dc©. - Nie wtr¥caj si©, pilnuj lepiej swego nosa. - Co to za kobieta, obywatele, i czego od niej chce- cie? _ powt¢rzyˆ mˆodzieniec gˆosem jeszcze bardziej sta- nowczym. - A ty co˜ za jeden, ¾e ˜miesz nas pyta†? Mˆodzieniec rozpi¥ˆ pˆaszcz, na jego wojskowym mundu- rze zabˆysˆa szlifa. - Jestem oficerem, jak widzicie - rzekˆ. - Oficerem... gdzie? - W Gwardii Obywatelskiej. - C¢¾ st¥d! C¢¾ nam do tego? - odezwaˆ si© jeden z ochotnik¢w. - My nie znamy ¾adnych oficer¢w Gwardii Obywatelskiej! - Co, co on tam m¢wi? - zapytaˆ drugi przeci¥gˆym akcentem, charakterystycznym dla ludu, a raczej posp¢l- stwa paryskiego. - On m¢wi - powt¢rzyˆ mˆodzieniec - ¾e je¾eli szlify nie nakazuj¥ szacunku dla oficera, to paˆasz naka¾e szacu- nek dla szlif. 12 To m¢wi¥c, nieznajomy obroAca mˆodej kobiety cofn¥ˆ si© o kroik, odrzuciˆ faˆdy swego pˆaszcza i przy ˜wietle latarni bˆysn¥ˆ jego szeroki, mocny paˆasz. Potem nagˆym ruchem, ˜wiadcz¥cym, ¾e nawykˆ do zbrojnej walki, chwy- ciˆ przyw¢dc© ochotnik¢w za koˆnierz kurtki i przytykaj¥c mu koniec paˆasza do gardˆa, rzekˆ: - Teraz pom¢wimy z sob¥ po przyjacielsku. - Ale¾, obywatelu!... - odpowiedziaˆ przyw¢dca, usi- ˆuj¥c si© wyrwa†. - Uprzedzam ci©, ¾e je˜li si© tylko poruszysz, je˜li po- ruszy si© kt¢ry˜ z twoich ludzi, natychmiast rozpˆatam ci© mym paˆaszem. Tymczasem dwaj ludzie z oddziaˆu ci¥gle pilnowali ko- biety. - Pytaˆe˜ mnie, kto jestem - m¢wiˆ dalej mˆodzie- niec - chocia¾ nie miaˆe˜ do tego prawa, bo nie jeste˜ dow¢dc¥ regularnego patrolu. Mniejsza jednak o to. Wiedz, ¾e nazywam si© Maurycy Lindey, dnia dziesi¥tego kwietnia dowodziˆem bateri¥ kanonier¢w. Jestem porucznikiem Gwardii Narodowej i sekretarzem sekcji Braci i Przyja- ci¢ˆ. Czy ci to wystarczy? - Ach, obywatelu poruczniku - odrzekˆ przyw¢dca, ci¥gle zagro¾ony ostrzem, kt¢re mu coraz bardziej ci¥¾y- ˆo - to zupeˆnie co innego! Je¾eli jeste˜ w istocie tym, za kogo si© podajesz, to jeste˜ dobrym patriot¥. - Wiedziaˆem dobrze, ¾e troch© z sob¥ pogaw©dziwszy, wnet si© porozumiemy. No, na ciebie teraz kolej. Odpo- wiadaj, dlaczego ta kobieta krzyczaˆa i co˜cie jej zrobili? - Prowadzili˜my j¥ na odwach. - A to dlaczego? - Bo nie ma karty obywatelskiej, a os-tatni dekret Gmi- ny ka¾e aresztowa† ka¾dego przechodnia spotkanego po godzinie dziesi¥tej na ulicach Pary¾a bez karty obywatel- skiej. Czy¾by˜ miaˆ zapomnie†, ¾e ojczyzna jest w nie- bezpieczeästwie, ¾e czarny sztandar powiewa na ratuszu? 13 - Czarny sztandar powiewa na ratuszu i ojczyzna jest w niebezpieczeästwie dlatego, ¾e bandy niewolnik¢w ma- szeruj¥ na Francj© - odrzekˆ oficer - nie za˜ dlatego, ¾e jaka˜ kobieca chodzi po ulicach Pary¾a po godzinie dzie- si¥tej. Lecz mniejsza o to, obywatele. Gmina wydaˆa de- kret, post©pujecie zgodnie z prawem i gdyby˜cie mi byli od razu to wszystko powiedzieli, porozumienie mi©dzy nami nast¥piˆoby pr©dzej i nie byˆoby tak burzliwe. Dobrze jest by† patriot¥, ale r¢wnie¾ dobrze jest zna† si© na grzecz- no˜ci, a ponadto obywatele winni szanowa† oficer¢w, kt¢- rych, jak mi si© zdaje, sami mianowali. A teraz prowad«- cie sobie t© kobiet©, gdzie wam si© tylko podoba. - Och, obywatelu! - chwytaj¥c Maurycego za r©k© zawoˆaˆa z kolei kobieta, kt¢ra z trwog¥ sˆuchaˆa caˆego sporu. - Obywatelu! Nie zostawiaj mnie na pastw© tych grubian¢w na p¢ˆ pijanych. - Dobrze - odpowiedziaˆ Maurycy - podaj mi r©k©, odprowadz© ci© wraz z nimi na odwach. - Na odwach? - ze strachem powt¢rzyˆa kobieta. - A po c¢¾ mnie tam macie prowadzi†, kiedy nikomu nic zˆego nie zrobiˆam? - Zaprowadz¥ ci© na odwach - odpowiedziaˆ Maury- cy - nie dlatego, aby˜ co˜ zˆego zrobiˆa, nie dlatego na- wet, aby przypuszczano, ¾e si© mo¾esz tego dopu˜ci†, ale dlatego, ¾e rozkaz Gminy zabrania wychodzi† bez pozwo- lenia, a ty go nie masz. - -- - Ale¾ ja nie wiedziaˆam... - Obywatelko, znajdziesz na odwachu zacnych ludzi, kt¢rzy uwzgl©dni¥ twoje tˆumaczenie. Nie powinna˜ si© niczego obawia†. - Panie - odpowiedziaˆa mˆoda kobieta, ˜ciskaj¥c r©k© oficera - nie zniewag si© obawiam, lecz ˜mierci, bo je¾eli zostan© zaprowadzona na odwach, b©d© zgubiona. 14 NIEZNAJOMA W gˆosie kobiety tyle byˆo trwogi, a zarazem godno˜ci, ¾e Maurycy zadr¾aˆ. Gˆos nieznajomej jak pr¥d elektrycz- ny przenikn¥ˆ jego serce. Odwr¢ciˆ si© ku ochotnikom. Upokorzeni, ¾e jeden czˆo- wiek umiaˆ utrzyma† ich w szachu, rozmawiali mi©dzy sob¥ chc¥c widocznie odzyska† powag©, byˆo ich bowiem o˜miu przeciwko jednemu, a trzech miaˆo strzelby, pozo- stali za˜ pistolety i piki. Maurycy posiadaˆ tylko paˆasz, walka wi©c nie mogˆa by† r¢wna. Nieznajoma r¢wnie dobrze to rozumiaˆa i opu˜ciwszy gˆow© na piersi, westchn©ˆa. Maurycy za˜, zmarszczywszy brwi, zacisn¥wszy z©by, z obna¾onym ci¥gle paˆaszem, wahaˆ si© mi©dzy wsp¢ˆ- czuciem, kt¢re mu nakazywaˆo broni† tej kobiety, a obo- wi¥zkiem obywatela, kt¢ry mu radziˆ wyda† j¥ w r©ce wˆadzy. Wtem na rogu ulicy Bons-Enfants zabˆysˆo kilka luf ka- rabinowych i daˆ si© sˆysze† miarowy krok patrolu, kt¢ry widz¥c stoj¥c¥ gromadk©, zatrzymaˆ si© o kilka krok¢w, a kapral zawoˆaˆ: - Kto idzie! - Przyjaciel! - krzykn¥ˆ Maurycy. - Zbli¾ si© tu, Lo- rin. Ten, kt¢ry rozkaz otrzymaˆ, zbli¾yˆ si© ¾ywo, krocz¥c na czele o˜miu ¾oˆnierzy. -K - Czy to ty, Maurycy? - spytaˆ kapral. - Rozpustni- ku, co robisz o tej godzinie na ulicy? - Widzisz, ¾e wracam z posiedzenia Braci i Przyjaci¢ˆ. - Tak... i udajesz si© na posiedzenie si¢str i przyjaci¢- ˆek. Znamy si© na tym. 15 - Nie, mylisz si©, przyjacielu. Szedˆem teraz wprost do siebie i oto spotkaˆem na drodze obywatelk©, wyrywaj¥c¥ si© z r¥k obywateli ochotnik¢w. Podbiegˆem i spytaˆem, dlaczego j¥ aresztowano. - Poznaj© ci© teraz - rzekˆ Lorin. - Taki to charak- ter maj¥ francuscy rycerze. Nast©pnie, zwracaj¥c si© do ochotnik¢w, zapytaˆ: - - A dlaczego aresztowali˜cie t© kobiet©? - Ju¾e˜my to powiedzieli porucznikowi - odrzekˆ przy- w¢dca maˆego oddziaˆu. - Nie miaˆa karty obywatelskiej. - O! o! - rzekˆ Lorin - a to ci wielka zbrodnia! - Nie wiesz wi©c, jaki jest rozkaz Gminy? - spytaˆ przyw¢dca ochotnik¢w. - Prawda! prawda! Ale jest drugi rozkaz, kt¢ry znosi tamten. - Jaki? - Chciej tylko posˆucha†: Bo miˆo˜† wyrok wydaˆa, Ze nawet i na Parnasie Pi©kno˜† i mˆodo˜† b©dzie miaˆa Wolny przyst©p i w dnia czasie. I c¢¾ ty na ten rozkaz, obywatelu? Ja my˜l©, ¾e jest bardzo odpowiedni w tym momencie. - Prawda, ale nie jest ostateczny. Po pierwsze, nie byˆ ogˆoszony w Monitorze, po wt¢re, nie jeste˜my wcale na Parnasie, po trzecie, teraz jest noc, a wreszcie, obywatelka nie jest mo¾e ani mˆoda, ani ˆadna, ani miˆa. - Zaˆo¾© si©, ¾e przeciwnie - podchwyciˆ Lorin. - No, obywatelko, przekonaj mnie, ¾e mam sˆuszno˜†, pod- nie˜ kaptur i niech wszyscy os¥dz¥, czy ten wiersz m¢gˆ ciebie dotyczy†? - O, panie! - zawoˆaˆa mˆoda kobieta, tul¥c si© do Maurycego. - Broniˆe˜ mnie przed nieprzyjaci¢ˆmi, broä- ¾e teraz przed przyjaci¢ˆmi, bˆagam ci©! l S - Widzicie, jak ona si© kryje? - rzekˆ przyw¢dca ochotnik¢w. - To musi by† szpieg arystokrat¢w albo noc- na wˆ¢cz©ga, ladaco jakie˜. - Och, panie! - zawoˆaˆa mˆoda kobieta, czyni¥c krok w stron© Maurycego i odsˆaniaj¥c twarz przecudnej uro- dy. - O, spojrzyj na mnie, czym podobna do tego, co oni m¢wi¥? Maurycy patrzyˆ oczarowany. Nigdy nie marzyˆ o po- dobnym widoku, lecz trwaˆo to zaledwie chwil©, gdy¾ nie- znajoma szybko zakryˆa twarz. - Lorin - rzekˆ Maurycy - powiedz, ¾e sam zaprowa- dzisz aresztowan¥ na odwach. Masz do tego prawo. Je- ste˜ dow¢dc¥ patrolu. - Dobrze - odpowiedziaˆ mˆody kapral - rozumiem ci©. I zwracaj¥c si© do nieznajomej, dodaˆ: - No, no, moja pi©kna, poniewa¾ nie chcesz ujawni†, kim jeste˜, musisz si© uda† z nami. - Jak to, z wami? - zawoˆaˆ przyw¢dca ochotnik¢w. - A tak, odprowadzimy obywatelk© na ratusz, gdzie stoimy na warcie, a tam dowiemy si©, co to za jedna. - Nic z tego nie b©dzie - odrzekˆ przyw¢dca pierw- szego oddziaˆu. - Ona do nas nale¾y, my wi©c si© ni¥ zajmiemy. - Ej, obywatele, obywatele - odezwaˆ si© Lorin - wi- dz©, ¾e si© pogniewamy. - Gniewajcie si© lub nie, do licha, wszystko mi jedno. My jeste˜my prawdziwymi ¾oˆnierzami Republiki i kiedy wy patrolujecie ulice, my musimy przelewa† krew na granicach. - Strze¾cie si©, aby˜cie jej tu po drodze nie przelali, a to bardzo ˆatwo mo¾e nast¥pi†, je¾eli nie b©dziecie grzeczniejsi. - Grzeczno˜† to rzecz arystokrat¢w, a my jeste˜my san- kiuloci - odparli ochotnicy. 3 - A- Dumaa 17 - No, no - rzekˆ Lorin - nie m¢wcie przy pani o po- dobnych rzeczach. Mo¾e ona Angielka. Nie gniewaj si© o to przypuszczenie, m¢j pi©kny nocny ptaszku - rzekˆ uprzejmie zwracaj¥c si© do nieznajomej, i dodaˆ: Tak wyrzekˆ poeta, a wi©c niech tak b©dzie. Powt¢rzmy sˆowa poety pieszczone. Anglia dla niego to gniazdo ˆab©dzie, Na wielkie jezioro puszczone. - Aha, zdradzasz si© - rzekˆ przyw¢dca ochotnik¢w. - Sam si© przyznajesz, ¾e jeste˜ agentem Pitta, na ¾oˆdzie angielskim i... - Milcz! - zawoˆaˆ Lorin. - Nie znasz si© wcale na poezji, m¢j przyjacielu, b©d© wi©c z tob¥ m¢wiˆ proz¥. Sˆuchaj: my, gwardzi˜ci narodowi, jeste˜my ˆagodni i cier- pliwi, ale wszyscy˜my dzie†mi Pary¾a, to znaczy, ¾e je˜li nam kto zalezie za sk¢r©, damy mu po uszach. - Pani - rzekˆ Maurycy - widzisz, na co si© zanosi. Za pi©† minut tych kilkunastu ludzi b©dzie biˆo si© o cie- bie. Czy¾ dobra wola tych, kt¢rzy pragn¥ ci© broni†, za- sˆuguje na przelew krwi? - Panie - odpowiedziaˆa nieznajoma zaˆamuj¥c r©ce - tylko jedn¥ rzecz mog© panu wyzna†: je¾eli ka¾esz mnie aresztowa†, sprowadzi to na mnie i na innych tak wielkie nieszcz©˜cie, ¾e wol©, aby˜ mnie zabiˆ broni¥, kt¢r¥ trzy- masz w r©ku, i trupa mego wrzuciˆ do Sekwany, ni¾ gdy- by˜ miaˆ mnie opu˜ci†. ' - Dobrze - odrzekˆ Maurycy. - Bior© wszystko na siebie. I pu˜ciwszy r©ce pi©knej nieznajomej, kt¢re trzymaˆ w swoich, rzekˆ do gwardzist¢w narodowych: - Obywatele! Jako wasz oficer, jako patriota, jako Francuz, rozkazuj© wam, aby˜cie bronili tej kobiety. A ty, Lorin, je¾eli kt¢ry˜ z tych ˆotr¢w pi˜nie cho† sˆowo, na bagnet go! 18 - Za broä! - zakomenderowaˆ Lorin. - O Bo¾e! Bo¾e! - zawoˆaˆa nieznajoma, osˆaniaj¥c gˆow© kapturem i opieraj¥c si© o kamienny sˆupek. - O Bo¾e! Miej mnie w swojej opiece! Ochotnicy starali si© ustawi† w szyku do obrony. Jeden z nich strzeliˆ nawet z pistoletu i kula przeszyˆa kapelusz Maurycego. - Do ataku broä! - krzykn¥ˆ Lorin. I w˜r¢d ciemno˜ci nocy wszcz©ˆa si© walka i zamiesza- nie, daˆo si© sˆysze† par© wystrzaˆ¢w z r©cznej broni, po- tem krzyki i przekleästwa. Nikt jednak nie przybyˆ na miejsce b¢^ki, bo, jak wspomnieli˜my, kr¥¾yˆy gˆuche wie˜ci o rzezi, mniemano wi©c mo¾e, ¾e to jej pocz¥tek. Kilka okien wprawdzie otworzyˆo si©, lecz je natychmiast zamkni©to. Ochotnicy, mniej liczni i nie tak dobrze uzbrojeni, w jed- nej chwili zostali pokonani. Dw¢ch ci©¾ko raniono, czte- rech przyparto do muru z bagnetem przy piersi. - A co? - odezwaˆ si© Lorin. - Spodziewam si©, ¾e teraz b©dziecie ˆagodni jak baranki. Co do ciebie, obywa- telu Maurycy, zobowi¥zuj© ci© odprowadzi† t© kobiet© na ratusz. Jeste˜ za ni¥ odpowiedzialny, rozumiesz? - Rozumiem - odrzekˆ Maurycy i dodaˆ po cichu: - A hasˆo? - Tam, do diabˆa - szepn¥ˆ Lorin, drapi¥c si© w ucho. - Hasˆo! - Mo¾e boisz si©, abym nie zrobiˆ z niego zˆego u¾ytku? - O, na honor! - przerwaˆ Lorin. - U¾yj go, jak chcesz, wszak to twoja rzecz. - Powiesz wi©c? - rzekˆ znowu Maurycy. - Zaraz, ale pozw¢l najpierw pozby† si© tych wˆ¢cz©- g¢w. A potem, zanim si© rozstaniemy, chc© ci udzieli† jesz- cze jednej dobrej rady. - Dobrze, zaczekam. 19 Lorin wr¢ciˆ ku swym gwardzistom, kt¢rzy ci¥gle trzy- mali ochotnik¢w w szachu. - No c¢¾, czy dosy† ju¾ macie teraz? - spytaˆ. - Dosy†, dosy†, ty psie ¾yrondystowski - odparˆ przy- w¢dca. - Mylisz si©, m¢j przyjacielu - spokojnie rzekˆ Lo- rin. - Jeste˜my lepsi od ciebie sankiuloci, bo nale¾ymy do klubu Termopile, kt¢remu, jak si© spodziewam, nikt nie odm¢wi patriotyzmu. Ka¾ odej˜† tym obywatelom! - Je¾eli jednak ta podejrzana kobieta... - Gdyby byˆa podejrzana, uciekˆaby ju¾ podczas utarcz- ki, zamiast czeka† jej koäca. - Hm! - mrukn¥ˆ jeden z ochotnik¢w. - Obywa tel^ Termopil m¢wi prawd©. - Zreszt¥, przekonamy si© o tym, bo przyjaciel m¢j od- prowadzi j¥ do ratusza, a my tymczasem wst¥pimy gdzie˜ napi† si© za pomy˜lno˜† narodu. - Wst¥pimy napi† si©? -- powt¢rzyˆ przyw¢dca. - Tak jest, mam wielkie pragnienie, a znam ˆadn¥ ta- wern© przy ulicy Thomas-du-Louvre. - Czemu˜ tego od razu nie powiedziaˆ, obywatelu? ½a- ˆujemy mocno, ¾e˜my zw¥tpili o twoim patriotyzmie. No, ale teraz, w imi© narodu i prawa, u˜ciskajmy si©. - U˜ciskajmy sa© - rzekˆ Lorin. To m¢wi¥c ochotnicy z zapaˆem ucaˆowali narodowych gwardzist¢w. W owym czasie r¢wnie ch©tnie ˜ciskano si©, jak zabijano. - - A teraz, przyjaciele - zawoˆaˆy razem oba poˆ¥czone oddalaˆy - na r¢g ulicy Thomp.s-du-Louyre! - - A my? - ¾aˆo˜nie odezwali si© ranni. - Czy¾by˜cie mieli nas tu zostawi†? - Ma si© rozumie†! - rzekˆ Lorin. -- Zostawimy dziel- nych, kt¢rzy przez pomyˆk© polegli w walce ze wsp¢ˆ- ziomkami i patriotami. No, ale przy˜lemy wam nosze, a tymczasem dla rozrywki ˜piewajcie sobie Marsylianky. 20 Potem, gdy gwardzi˜ci i ochotnicy, prowadz¥c si© pod r©ce, zmierzali ku placowi Palais-figalite, Lorin zbli¾yˆ si© do Maurycego, kt¢ry wraz z nieznajom¥ staˆ na rogu ulicy Co q, i dodaˆ: - Maurycy, przyrzekˆem da† ci rad©. Oto ona: chod« z nami, a nie kompromituj si© odprowadzaniem tej oby- watelki, kt¢ra wprawdzie wydaje si© czaruj¥ca, ale tym bardziej podejrzana. Czaruj¥ce kobiety, kt¢re o p¢ˆnocy biegaj¥ po ulicach Pary¾a... - Panie - rzekˆa kobieta - bˆagam ci©, nie s¥d« mnie z powierzchowno˜ci! - Przede wszystkim robi pani wielki bˆ¥d, m¢wi¥c mi "panie", rozumiesz, obywatelko? No, ale i ja m¢wi© ci tak¾e "pani". - Tak jest, masz sˆuszno˜†, obywatelu, ale pozw¢l twe- mu przyjacielowi speˆni† dobry uczynek. - A to w jaki spos¢b? - Przez odprowadzenie mnie do domu i zaopiekowanie si© mn¥ w drodze. - Maurycy, Maurycy! - rzekˆ Lorin. - Rozwa¾ do- brze, co czynisz. Nara¾asz si© strasznie! - Wiem o tym - odpowiedziaˆ mˆodzieniec - ale c¢¾ chcesz! Je¾eli opuszcz© t© biedn¥ kobiet©, pierwszy lepszy patrol znowu j¥ zaaresztuje. - O tak, tak. Gdy tymczasem przy tobie, panie, chcia- ˆam powiedzie† przy, tobie, obywatelu, b©d© ocalona! - Sˆyszysz? Powiada, ¾e b©dzie ocalona! - podchwyciˆ Lorin. - Wi©c grozi jej jakie˜ wielkie niebezpieczeästwo. - No, no, m¢j kochany Lorin, b¥d«my sprawiedliwi - odparˆ Maurycy. - Jest to albo dobra patriotka, albo ary- stokratka. Je˜li jest arystokrafk¥, to znaczy, ¾e «le zro- bili˜my, opiekuj¥c si© ni¥, a je˜li jest dobr¥ patriotk¥, to broni† jej byˆo naszym obowi¥zkiem. - Wybacz, przyjacielu, nie wiem, co by na to powie- dziaˆ Arystoteles, ale twoje rozumowanie nie ma sensu. ai - Ech, Lorin - odrzekˆ Maurycy - dosy† ju¾ tej gada- niny. Prosz© ci©, pom¢wmy rozs¥dnie. Powiesz mi hasˆo czy nie? - Widzisz, Maurycy, ¾¥dasz ode mnie albo po˜wi©cenia obowi¥zku dla przyjaciela, albo po˜wi©cenia przyjaciela dla obowi¥zku. A ja boj© si©, m¢j drogi, abym nie po˜wi©- ciˆ obowi¥zku! - M¢j drogi, jedno albo drugie, wybieraj. Ale, na Boga, wybieraj natychmiast! - Ale nie naduzyjesz mojej dobroci? - Przyrzekam. - To za maˆo: przysi©gnij!  - Ale jak? - Przysi©gnij na oˆtarzu ojczyzny. Lorin zdj¥ˆ kapelusz, podaˆ go Maurycemu od strony, gdzie byˆa kokarda, a ten uwa¾aj¥c to za bardzo natural- ne, z caˆ¥ powag¥ zˆo¾yˆ ¾¥dan¥ przysi©g© na tym zaimpro- wizowanym oˆtarzu. - Wi©c, sˆuchaj - rzekˆ Lorin - oto hasˆo: "Galia i Lutecja"! A cho†by ci kto powiedziaˆ, jak mnie przed chwil¥: "Galia i Lukrecja", nie r¢b z tego kwestii, jedno i drugie brzmi po rzymsku. - Obywatelko - odezwaˆ si© Maurycy - teraz jestem na twoje usˆugi. Dzi©kuj© ci, Lorin. - Szcz©˜liwej podr¢¾y! - odrzekˆ ten¾e wkˆadaj¥c na gˆow© "oˆtarz ojczyzny" i wierny swemu upodobaniu, od- daliˆ si© ˜piewaj¥c. III ULICA FOSSES-SAINT-V1CTOR Maurycy, znalazˆszy si© sam z mˆod¥ kobiet¥, byˆ przez chwil© zakˆopotany. Obawa, aby nie zostaˆ oszukany, peˆ- 22 na uroku pi©kno˜† nieznajomej zaniepokoiˆy jego republi- kaäskie sumienie i wstrzymaˆy go w chwili, gdy miaˆ po- da† r©k© mˆode] kobiecie. - Dok¥d idziesz, obywatelko? - zapytaˆ. - O, bardzo daleko - odpowiedziaˆa. - Ale dok¥d? - W stron© Ogrodu Botanicznego. - Dobrze. Chod«my! - O, m¢j Bo¾e - rzekˆa nieznajoma - wiem, ¾e na- przykrzam si© panu, lecz prosz© mi wierzy†, gdybym byˆa nara¾ona na zwykˆe niebezpieczeästwo, nie nadu¾ywaˆa- bym paäskiej wspaniaˆomy˜lno˜ci. - Wi©c z jakiego to powodu - odpowiedziaˆ Maury- cy - znajdujesz si© pani o tej godzinie na ulicach Pary- ¾a? Czy pr¢cz nas spostrzegˆa˜ cho†by jedn¥ osob©? - Ju¾ panu m¢wiˆam, ¾e byˆam z wizyt¥ na przed- mie˜ciu Roule. Wyszˆam w poˆudnie nie wiedz¥c wcale, co zaszˆo, powracaj¥c, r¢wnie¾ nie wiedziaˆam o niczym. Caˆy czas sp©dziˆam w domu znajduj¥cym si© nieco na uboczu. - Tak - podchwyciˆ Maurycy p¢ˆgˆosem - zapewne w jakiej˜ jaskini arystokratycznej. Obywatelko, przyznaj si©, ¾e prosz¥c mnie o obron©, w duchu ˜miejesz si© z tego, ¾e si© jej podejmuj©. .- Ja? - zawoˆaˆa. - Jak to? - Bez w¥tpienia. Masz przed sob¥ republikanina, kt¢ry przez to, ¾e si© tob¥ opiekuje, zdradza swoj¥ spraw©. - Obywatelu - odparˆa ¾ywo nieznajoma - jeste˜ w bˆ©dzie, gdy¾ tak samo jak ty kocham Republik©. - Zatem jeste˜, obywatelko, dobr¥ patriotk¥, a wi©c po co si© ukrywasz? Sk¥d idziesz? - Lito˜ci, m¢j panie! - zawoˆaˆa nieznajoma. W sˆowach "m¢j panie" przebijaˆo tak gˆ©bokie i deli- katne uczucie wstydu i ¾alu, ¾e Maurycy, ulegˆszy wra¾e- niu, jakie wywoˆaˆy na nim jej sˆowa, pomy˜laˆ: "Zapew- ne ta kobieta powraca z jakiej˜ czuˆej schadzki." Na t© 23 my˜l uczuˆ jakby ukˆucie w sercu, i sam nie wiedz¥c dla- czego, staˆ si© od tej chwili milcz¥cy. Tymczasem nasi nocni w©drowcy doszli ju¾ do ulicy Verrerie. Po drodze spotkali trzy czy cztery patrole, kt¢re usˆyszawszy hasˆo, przepu˜ciˆy ich. Dopiero oficer, dowo- dz¥cy ostatnim, czyniˆ pewne trudno˜ci. Maurycy opr¢cz hasˆa musiaˆ wymieni† swoje nazwisko i miejsce zamiesz- kania. - Dobrze - odpowiedziaˆ oficer - a obywatelka?... - Co, obywatelka? - Kto ona jest? - To... to siostra mojej ¾ony. Oficer przepu˜ciˆ ich. - Pan jest ¾onaty? - wyszeptaˆa nieznajoma. - Nie, pani, a dlaczego o to pytasz? - Bo ˆatwiej byˆo powiedzie† - odparˆa, ˜miej¥c si© - i¾ jestem paäsk¥ ¾on¥. - Pani - odpowiedziaˆ Maurycy - imi© ¾ony jest ˜wi©tym tytuˆem i lekkomy˜lnie nie powinno si© nim sza- fowa†. Nie mam zaszczytu zna† pani. Obecnie przyszˆa kolej na nieznajom¥: poczuˆa si© do- tkni©ta. Milczaˆa. W tej chwili przechodzili przez most Marie. Nieznajoma przy˜pieszyˆa kroku, jak gdyby zbli¾aˆa si© do kresu swo- jej drogi. - Zapewne jeste˜my w dzielnicy, gdzie pani miesz- ka? - zapytaˆ Maurycy. - Tak, obywatelu - odrzekˆa nieznajoma - ale tu wˆa- ˜nie bardziej ni¾ gdziekolwiek potrzebuj© twej pomocy. - Pani, zabraniasz mi by† niedyskretnym, a jednocze- ˜nie swymi sˆowami coraz bardziej podniecasz moj¥ cie- kawo˜†. To nieszlachetne! Prosz© o nieco wi©cej zaufania. S¥dz©, ¾em na nie zasˆu¾yˆ. Czy ze swojej strony nie uczy- nisz mi pani tego zaszczytu, abym si© dowiedziaˆ, z kim m¢wi©? 24 - M¢wisz pan z kobiet¥ - z u˜miechem przerwaˆa nie- znajoma - kt¢r¥ uwolniˆe˜ od najwi©kszego w ¾yciu nie- bezpieczeästwa i kt¢ra te¾ do ˜mierci nie przestanie ci by† za to wdzi©czna. - Ja tyle nie ¾¥dam, droga pani. Nie b¥d« mi tak wdzi©czna, lecz raczej wyjaw mi swe nazwisko. - To niemo¾liwe. - A jednak musiaˆaby˜ je wyjawi† pierwszemu lep- szemu sier¾antowi, gdyby ci© zaprowadzono na odwach. - Nie, nigdy! - zawoˆaˆa nieznajoma. - W takim razie poszˆaby˜, pani, do wi©zienia. - Gotowa byˆam na wszystko. - A wi©zienie w obecnych czasach... - R¢wna si© rusztowaniu, wiem o tym dobrze. - A wolaˆaby˜ pani rusztowanie? - Wolaˆabym ni¾ zdrad©... Bo wyjawi† moje nazwisko byˆoby to samo, co zdradzi†! - Widz©, ¾e miaˆem sˆuszno˜†, utrzymuj¥c, ¾e jako re- publikaninowi dziwn¥ mi pani ka¾esz odgrywa† rol©! - Gra pan rol© wspaniaˆomy˜lnego. Spotyka pan bied- n¥ kobiet©, kt¢r¥ zniewa¾aj¥, nie pogardzasz ni¥, chocia¾ nie nale¾y do ludu, a poniewa¾ mo¾e st© zn¢w spotka† ze zniewagami, aby j¥ ochronie, odprowadzasz j¥ pan do dzielnicy, w kt¢rej mieszka. Oto wszystko. - Tak, sˆusznie pani m¢wi, ¾e "to wszystko". Ja r¢w- nie¾ tak bym my˜laˆ, gdybym ci© nie byˆ widziaˆ. Lecz pi©kno˜† twoja i j©zyk, jakim m¢wisz, ˜wiadcz¥, ¾e jeste˜ kobiet¥ znakomitego rodu. To wszystko stoi w takiej sprzeczno˜ci z twoim ubiorem i z t¥ n©dzn¥ dzielnic¥, i¾ utwierdzam si© w przekonaniu, ¾e wycieczka pani o tej porze kryje w sobie jak¥˜ tajemnic©. Milczysz, pani? No, dobrze, wi©c nie m¢wmy o tym. Jak daleko jeszcze do mieszkania pani? Znale«li si© wˆa˜nie na ulicy Fosses-Saint-Victor. 25 - Widzisz pan ten maˆy czarny budynek? - spytaˆa nieznajoma, wskazuj¥c r©k¥ na dom, poˆo¾ony za murem Ogrodu Botanicznego. - Tam si© po¾egnamy. - Jestem na twe usˆugi, pani. - Gniewa si© pan? - Bynajmniej, ale wˆa˜ciwie jakie¾ to ma znaczenie? -' Wielkie, bo chc© prosi† pana o jeszcze jedn¥ lask©. - O jak¥? - O bardzo czuˆe i bardzo szczere po¾egnanie... O po- ¾egnanie przyjacielskie! - O przyjacielskie po¾egnanie? Zbyt wielki czyni mi pani zaszczyt. Szczeg¢lny to przyjaciel, kt¢ry nie zna na- zwiska przyjaci¢ˆki, nie zna jej adresu, bo go przed nim ukrywa z obawy zapewne, aby jej nie nudziˆ swymi od- wiedzinami. Mˆoda kobieta spu˜ciˆa gˆow© i nic nie odpowiedziaˆa. - Wreszcie, prosz© pani - m¢wiˆ dalej Maurycy - je˜li natrafiˆem na ˜lad jakiej˜ tajemnicy, nie na mnie gniewa† si© nale¾y. Nie staraˆem si© o to wcale. - Ot¢¾ jeste˜my u celu - rzekˆa nieznajoma. Przed nimi wida† byˆo star¥ ulic© Saint-Jacques z czar- nymi, wysokimi domami i uliczki, na kt¢rych znajdowaˆy si© liczne farbiamie i garbarnie, gdy¾ o par© krok¢w stam- t¥d pˆyn©ˆa rzeczka Bievre. - Jak to? - spytaˆ Maurycy. - Tutaj pani mieszka? - Tak, panie. - To niemo¾liwe. - A jednak tak jest w istocie. Zegnam ci©, dzielny ry- cerzu. Zegnam ci©, wspaniaˆomy˜lny protektorze! - Zegnam pani¥ - odpowiedziaˆ z lekk¥ ironi¥ Maury". cy. - Lecz chciej mi pani powiedzie†, dla mego spokoju, czy ¾adne d ju¾ teraz nie grozi niebezpieczeästwo? - ½adne. -- No, wi©c odchodz©. 26 Rzekˆszy to, Maurycy cofn¥ˆ si© ˆ zimno ukˆoniˆ. Nieznajoma staˆa przez chwil© nieruchomo na swoim miejscu. - Nie chciaˆabym w ten spos¢b rozsta† si© z panem - rzekˆa. - Prosz© ci©, panie Maurycy, podaj mi r©k©. Maurycy zbli¾yˆ si© do nieznajomej i speˆniˆ jej ¾¥danie. W tym momencie poczuˆ, ¾e nieznajoma wsuwa mu pier˜- cieä na palec. - No, no, obywatelko, co czynisz? Czy nie zdajesz so- bie sprawy, ¾e tracisz jeden z twych pier˜cionk¢w? - Panie - rzekˆa - «le czynisz. - O maˆo nawet nie okazaˆem si© niewdzi©czny, praw- da? - No, prosz© ci©... panie... m¢j przyjacielu... nie opusz- czaj mnie w ten spos¢b. Powiedz, czego ¾¥dasz? Czego ci potrzeba? - Mo¾e tego, bym zostaˆ opˆacony? - powiedziaˆ z go- rycz¥ mˆody czˆowiek. - Nie, nie - odparˆa nieznajoma z czaruj¥cym u˜mie- chem - chc© tylko, aby˜ mi pan przebaczyˆ, ¾e musz© ukry† przed tob¥ pewn¥ tajemnic©. Maurycy, widz¥c mimo ciemno˜ci pi©kne oczy, bˆysz- cz¥ce od ˆez, czuj¥c dr¾enie delikatnej r©ki, kt¢r¥ trzymaˆ, sˆysz¥c gˆos, kt¢ry zabrzmiaˆ tak bˆagalnie, zapomniaˆ o gniewie zupeˆnie. - Chciaˆbym ujrze† pani¥ raz jeszcze - zawoˆaˆ z za- paˆem. - Niepodobna. - Chocia¾ raz tylko, na jedn¥ godzin©, minut©, sekun- d©... - Niepodobna, powtarzam panu. - Jak to? - zapytaˆ Maurycy. - Wi©c pani m¢wi na serio, ¾e ju¾ jej nigdy nie zobacz©? - Nigdy - odrzekˆa niby bolesne echo nieznajoma. 27 - O pani, ulituj si© nade mn¥ - powiedziaˆ Maurycy. I podni¢sˆ gˆow©, i potrz¥sn¥ˆ ni¥ tak, jakby chciaˆ si© uwolni† od nieuchronnej siˆy przeznaczenia. Nieznajoma spogl¥daˆa naä z dziwnym wyrazem twarzy. Wida†, ¾e sama byˆa bliska uczucia, jakie w nim wzbu- dziˆa. - Posˆuchaj pan - rzekˆa po chwili milczenia, prze- rwanego jedynie westchnieniem, kt¢re Maurycy na pr¢¾no usiˆowaˆ stˆumi†. - Czy przysi©gniesz mi pan na honor, ¾e zamkniesz oczy w chwili, w kt¢rej ka¾© ci to uczyni†, ¾e ich nie otworzysz przynajmniej w ci¥gu sze˜†dziesi©ciu sekund? Ale... na honor. - Je¾eli przysi©gn©, to c¢¾ si© ze mn¥ stanie? - Przekonasz si©, ¾e dowiod© ci mojej wdzi©czno˜ci w taki spos¢b, w jaki przyrzekam, ¾e jej nigdy ˆ nikomu dowodzi† nie b©d©, chocia¾by nawet wi©cej ni¾ pan dla mnie uczyniˆ, co zreszt¥ byˆoby bardzo trudne. - Ale w koäcu, czy nie mog© wiedzie†?... - Nie, zawierz mi pan, a zobaczysz. - Doprawdy, pani, nie wiem, czy˜ jest anioˆem, czy szatanem. - Przysi©gasz pan? - No, dobrze. Przysi©gam. - Cokolwiek b¥d« nast¥pi, nie otworzysz pan oczu... Cokolwiek nast¥pi... Czy rozumie pan dobrze? Chocia¾by˜ nawet czuˆ, ¾e ci© pchni©to sztyletem. - Czuj© si© jakby odurzony tym ¾¥daniem. - Przysi©gasz pan? Zdaje mi si©, ¾e niewiele ryzyku- jesz. - A wi©c przysi©gam, cokolwiek si© stanie... - powie- dziaˆ Maurycy, zamkn¥ˆ oczy i zatrzymaˆ si©. - Pozw¢l mi, pani, ujrze† ci© raz jeszcze - rzekˆ. - Raz tylko, bˆa- gam. Mˆoda kobieta odrzuciˆa kaptur z u˜miechem niezupeˆnie as pozbawionym zalotno˜ci. W ˜wietle ksi©¾yca wynurzaj¥- cego si© wˆa˜nie spoza chmur mˆody czˆowiek po raz wt¢- ry ujrzaˆ spadaj¥ce w puklach dˆugie, czarne jak heban wˆosy, wspaniaˆe ˆuki brwi, dwoje wielkich omdlewaj¥- cych oczu o wykroju migdaˆa, ksztaˆtny nos i ˜wie¾e bˆysz- cz¥ce usta jak korale. - Jeste˜ pani pi©kna, cudownie pi©kna, zbyt pi©kna! - zawoˆaˆ Maurycy. - Zamknij pan oczy - powiedziaˆa nieznajoma. Maurycy speˆniˆ ¾¥danie. Mˆoda kobieta uj©ˆa obie jego r©ce i nagle zdawaˆo mu si©, jakby przy swej twarzy poczuˆ pachn¥ce ciepˆo i jakby jakie˜ usta dotkn©ˆy jego ust, zostawiaj¥c w nich pier- ˜cieä, kt¢rego przyj¥† nie chciaˆ przed chwil¥. Dotkni©cie to byˆo nagˆe jak my˜l, a pal¥ce jak pˆo- mieä. Maurycy doznaˆ wra¾enia podobnego do b¢lu, tak byˆo niespodziewane i dojmuj¥ce, tak wnikn©ˆo w gˆ¥b jego serca i tak nim wstrz¥sn©ˆo. Uczyniˆ nagˆy ruch i wyci¥gn¥ˆ r©ce przed siebie.  - Przysi©ga - zawoˆaˆ oddalony gˆos. Maurycy zakryˆ oczy r©kami, aby pokona† pokus©. Nie liczyˆ ju¾, nie my˜laˆ, ale staˆ niemy, nieruchomy, poru- szony do gˆ©bi. Po chwili usˆyszaˆ jakby trzask zamykanych drzwi o pi©†dziesi¥t lub sze˜†dziesi¥t krok¢w od niego, po czym zapadˆa gˆucha cisza. Wtedy dopiero otworzyˆ oczy i spojrzaˆ wokoˆo jakby przebudzony ze snu. Mo¾e byˆby s¥dziˆ, ¾e si© w istocie przed chwil¥ obudziˆ, ¾e wszystko, co si© zdarzyˆo, byˆo tylko snem, gdyby w zaci˜ni©tych ustach nie trzymaˆ pier- ˜cienia, kt¢ry ˜wiadczyˆ, ¾e ta niezwykˆa przygoda byˆa rzeczy wi˜ to˜ci¥. 29 IV àWCZESNE ZWYCZAJE Gdy Maurycy Lindey ockn¥ˆ si© i spojrzaˆ wok¢ˆ siebie, zobaczyˆ tylko ciemne uliczki. Szukaˆ, przypominaˆ sobie, ale mieszaˆo mu si© w gˆowie. Noc byˆa ciemna, ksi©¾yc, kt¢ry wynurzyˆ si© na chwil© spoza chmur, aby o˜wieci† pi©kn¥ twarz nieznajomej, teraz znowu skryˆ si© za nimi. Po chwili okrutnej niepewno˜ci mˆodzieniec nasz udaˆ si© do swego mieszkania przy ulicy Roule. Na ulicy Sainte-Avoye zdziwiˆ go widok mn¢stwa pa- troli, kr¥¾¥cych po dzielnicy Tempie. - A co to znowu nowego, sier¾ancie? - zapytaˆ do- w¢dc© patrolu, kt¢ry wr¢ciˆ wˆa˜nie z ulicy Fontaines, gdzie dokonaˆ rewizji. - Co nowego? - odpowiedziaˆ sier¾ant. - Oto chcia- no dzisiejszej nocy wykra˜† wdow© po Capecie z caˆym jej gniazdem. - A to jakim sposobem? - Obcy patrol, dowiedziawszy si©, nie wiem za czyim po˜rednictwem, o ha˜le, dostaˆ si© do Tempie w ubiorze strzelc¢w Gwardii Narodowej i miaˆ dokona† wykradzenia. Na szcz©˜cie, ten, co graˆ rol© kaprala, m¢wi¥c z oficerem dy¾urnym u¾yˆ wyrazu "panie" i zdradziˆ si©, arystokrata! - Do diabˆa! - rzekˆ Maurycy. - A czy zatrzymano spiskowc¢w? - Nie. Patrol zdoˆaˆ dosta† si© na ulic© i przepadˆ. - Czy jest jaka˜ nadzieja schwytania ˆotr¢w? - Wa¾ne tylko byˆo, aby uj¥† jednego z nich, miano- wicie dow¢dc©... Wysoki, chudy. Jeden z czˆonk¢w stra¾y miejskiej wprowadziˆ go mi©dzy gwardzist¢w. Nabiegali˜- my si© za zb¢jem, ale znalazˆ tylne drzwi i uciekˆ ulic¥ Madelonnettes. 30 W ka¾dym innym przypadku Maurycy pozostaˆby caˆ¥ noc z patriotami czuwaj¥cymi nad bezpieczeästwem Repu- bliki. Niestety, od godziny nie tylko miˆo˜† do ojczyzny zajmowaˆa jego my˜li. Poszedˆ wi©c dalej swoj¥ drog¥, gdy¾ ˜wie¾a wiadomo˜† zatarˆa si© szybko w jego pami©ci. Zreszt¥ wie˜ci o usiˆowaniach wykradzenia tak cz©sto si© powtarzaˆy i patrioci tak dobrze wiedzieli, i¾ w pewnych okoliczno˜ciach u¾ywano tych pogˆosek jako ˜rodka poli- tycznego, ¾e naszego mˆodego republikanina nie napawaˆo to niepokojem. W domu zastaˆ Maurycy swego oficjalist© - w owej epoce nie byˆo sˆu¾¥cych, dlatego u¾ywamy sˆowa "ofi- cjalista" - kt¢ry czekaj¥c na niego zasn¥ˆ i ˜pi¥c, chrapaˆ z niepokoju. Obudziˆ go, przestrzegaj¥c wszystkich wzgl©d¢w nale¾- nych bli«niemu, kazaˆ zdj¥† sobie buty i odesˆaˆ go, aby mu nie przeszkadzaˆ w rozmy˜laniach. Potem poˆo¾yˆ si©, a poniewa¾ byˆo p¢«no, sen wkr¢tce pokonaˆ jego zm©- czony umysˆ. Nazajutrz znalazˆ Maurycy ¥ltetoliku obok ˆ¢¾ka - list. Pismo byˆo wytworne, kre˜lone nieznan¥ r©k¥. Spojrzaˆ na piecz¥tk©, widniaˆ na niej tylko jeden angielski wyraz: "Nothing" - Nic. Otworzyˆ i odczytaˆ nast©puj¥ce sˆowa: "Dzi©kuj©! Dozgonna wdzi©czno˜† w zamian za wieczne zapomnie- nie!..." Maurycy zawoˆaˆ oficjalist© - prawdziwi patrioci nie dzwonili, bo dzwonek przypominaˆ czasy niewolnictwa, a ponadto wielu oficjalist¢w, obejmuj¥c sˆu¾b© u swych pan¢w, zastrzegaˆo to sobie, a panowie zgadzali si© ch©tnie na ten warunek. Oficjalista Maurycego przed trzydziestu laty otrzymaˆ na chrzcie ˜wi©tym imi© Jan. Obecnie, uwa¾aj¥c, ¾e "Jan" 31 tchnie arystokracj¥ i deizmem, sam zmieniˆ sobie imi© na "Scewola". - Scewola - zapytaˆ Maurycy - co to za list? - Nie wiem, obywatelu. - Kto ci go daˆ? - Od«wierny. - A jemu kto przyni¢sˆ? - Jaki˜ goniec zapewne, bo nie widz© narodowej pie- cz©ci.  - Zejd« i popro˜ do minie od«wiernego. Od«wierny przybyˆ natychmiast, bo wzywaˆ go Maurycy, a Maurycego lubili wszyscy, z kt¢rymi ˆ¥czyˆy go jakie- kolwiek stosunki. O˜wiadczyˆ on, ¾e gdyby chodziˆo o in- nego z lokator¢w, to byˆby go poprosiˆ, aby pofatygowaˆ si© na d¢ˆ. Od«wierny nazywaˆ si© Arystydes. Maurycy dowiedziaˆ si© od niego, ¾e list przyni¢sˆ jaki˜ nieznajomy okoˆo ¢smej rano. Nasz mˆodzieniec nadarem- nie powtarzaˆ pytania, na pr¢¾no zadawaˆ je w r¢¾ny spos¢b - od«wierny nie byˆ w stanie nic wi©cej mu po- wiedzie†. Maurycy prosiˆ go, aby przyj¥ˆ dziesi©† frank¢w, i zaklinaˆ, aby w wypadku gdyby ten sam czˆowiek znowu si© pojawiˆ, ostro¾nie wy˜ledziˆ, dok¥d si© uda, i zawiado- miˆ go o tym. Spieszymy wyzna†, ¾e ku wielkiemu zadowoleniu Ary- stydesa, upokorzonego nieco propozycj¥ ˜ledzenia bli«nie- go, czˆowiek ¢w wi©cej si© nie pokazaˆ. Gdy Maurycy pozostaˆ sam, zmi¥ˆ list, zdj¥ˆ pier˜cionek z palca i poˆo¾ywszy go wraz z listem na stole, odwr¢ciˆ si© do ˜ciany ze stanowczym zamiarem, aby zasn¥† na nowo. Lecz po upˆywie godziny odrzuciˆ t© my˜l i caˆo- waˆ pier˜cionek, a list odczytywaˆ od pocz¥tku. Pier˜cio- nek ozdobiony byˆ bardzo pi©knym szafirem. List, jak powiedzieli˜my, miaˆ ksztaˆt maˆego bileciku, o mil© "pachn¥cego" arystokracie. Podczas gdy Maurycy pilnie mu si© przygl¥daˆ, otwo- rzyˆy si© drzwi pokoju. Maurycy wsun¥ˆ pier˜cionek na palec, a list ukryˆ pod poduszk¥. Czy¾ byˆby to wstyd ro- dz¥cej si© miˆo˜ci? Czy byˆa to obawa patrioty, kt¢ry nie chciaˆ, aby wiedziano, ¾e ma stosunki z lud«mi na tyle nierozs¥dnymi, i¾ maj¥ odwag© pisa† list, kt¢rego sam za- pach m¢gˆ zdradzi† r©k© kre˜l¥c¥ go i t©, co go odpiecz©- towaˆa? Mˆody czˆowiek, kt¢ry wszedˆ do pokoju, miaˆ na sobie str¢j patrioty, niezwykle elegancki: kurtk© z cienkiego sukna, kaszmirowe spodnie i cienkie jedwabne poäczochy. Wytworna frygijska czapka purpurowego koloru byˆa pi©kniejsza od czapki Parysa. Czˆowiek ten miaˆ za pasem par© pistolet¢w z eks^kr¢- lewskiej fabryki w Wersalu oraz kr¢tki, prosty paˆasz. - C¢¾ to, ˜pisz, Brutusie! - rzekˆ nowo przybyˆy. - —pisz, gdy ojczyzna w niebezpieczeästwie! Wstyd« si©! - Nie, Lorin, nie ˜pi©, lecz marz© - odparˆ ˜miej¥c si© Maurycy. - Rozumiem. - Ale ja nie rozumiem. - Ba! A pi©kna Eucharis? - Co za Eucharis? - No... ta kobieta. - Jaka kobieta? - Kobieta z ulicy Saint-Honore, kobieta zatrzymana przez patrol, owa nieznajoma, dla kt¢rej wczoraj obaj ryzykowali˜my nasze gˆowy. - A, prawda! - odpowiedziaˆ Maurycy, kt¢ry wiedziaˆ doskonale, co chce powiedzie† jego przyjaciel, ale udawaˆ, ¾e go nie rozumie. - Nieznajoma kobieta! - C¢¾ to za jedna? - Nie wiem. - A czy ˆadna chocia¾?  A. Dumas 33 - Phi! - ziewn¥ˆ Maurycy, pogardliwie wydymaj¥c usta. - Biedna, zapomniana kobieta po jakiej˜ miˆosnej schadzce. Tak, bo mimo naszej sˆabo˜ci Miˆo˜† zawsze nas dr©czy i zawsze w nas go˜ci. - By† mo¾e - szepn¥ˆ Maurycy, z odraz¥ odtr¥caj,¥c od siebie podobn¥ my˜l, w tej chwili bowiem wolaˆby wi- dzie† w swej pi©knej nieznajomej uczestniczk© jakiego˜ spisku, ni¾ zakochan¥ w kim˜ kobiet©. - A gdzie ona mieszka? - Nie wiem. - No, no, nie wiesz? To niemo¾liwe! - Dlaczego? - Bo˜ j¥ odprowadzaˆ. - Uciekˆa mi na mo˜cie Marie. - Uciekˆa? - zawoˆaˆ Lorin, wybuchaj¥c gˆo˜nym ˜mie- chem. - Kobieta ci uciekˆa? ½artujesz sobie chyba! Goˆ¥b pod oknem sokoˆa Na pr¢¾no wzlatuje w chmury, Na pr¢¾no matki mˆode jagni© woˆa, Gdy w nie wilk topi pazury. -' M¢j Lorin - rzekˆ Maurycy - czy ty ju¾ nigdy nie nauczysz si© m¢wi† po ludzku? Okropnie mi dokuczasz t¥ swoj¥ niezno˜n¥ poezj¥. - Jak to, po ludzku? Zdaje mi si©, ¾e m¢wi© lepiej ni¾ inni. M¢wi©, jak obywatel Demoustier, wierszem i proz¥. Co do mojej poezji, to, m¢j kochany, zmam pewn¥ Emili©, kt¢ra ma wielkie dla niej uznanie. Ale wr¢†my do twojej. - Do mojej poezji? - Nie, do twojej Emilii. - Albo¾ ja mam jak¥˜ Emili©? - No, no! Czy¾by twoja gazela przemieniˆa si© w ty- 34 grysˆc© i pokazaˆa ci z©by, dzi©ki czemu jeste˜ zˆy, cho† zakochany? - Ja zakochany? - zawoˆaˆ Maurycy, potrz¥saj¥c gˆo- w¥. - No, tak, ty zakochany. Nie ujdziesz Amora grot¢w. On pr©dzej serca dosi©ga, Ni¾ gdy Jowisza pot©ga Miota pioruny w˜r¢d grzmot¢w. - Lorin - powiedziaˆ Maurycy, chwytaj¥c klucz le- ¾¥cy na stole - je¾eli powiesz jeszcze cho† jeden wiersz, natychmiast zaczn© gwizda†. - M¢wmy zatem o polityce. Po to nawet tu przyszed- ˆem. Czy wiesz, co sˆycha†? - Wiem, ¾e wdowa po panu Capecˆe chciaˆa uciec. - Ba! To jeszcze nic. - C¢¾ zatem wi©cej? - Sˆawny kawaler de Mais&n-Rouge jest w Pary¾u. - Doprawdy? - zawoˆaˆ Murycy, siadaj¥c na posˆaniu. - Tak, sam we wˆasnej osobie. - Kiedy si© zjawiˆ? - Wczoraj wieczorem. - Jakim sposobem? - Przebrany za strzelca Gwardii Narodowej. Jaka˜ ary- stokratka, przebrana, jak utrzymuj¥, za prost¥ kobiecin©, wyniosˆa mu ubranie za rogatki, a potem, id¥c z nim pod r©k©, wprowadziˆa go do mias-ta. Stoj¥cy na warcie po- wzi©li podejrzenie dopiero wtedy, gdy oni ju¾ przeszli. Wi- dzieli, jak owa kobieta niosˆa pod pach¥ zawini¥tko, a p¢«- niej wracaˆa pod r©k© z jakim˜ niby wojskowym. Byˆo w tym co˜ podejrzanego. Stra¾ zaalarmowaˆa wi©c wszy- stkich i pobiegˆa za nimi. Znikn©li w jednym z paˆac¢w przy ulicy Saint-Honore, kt¢rego drzwi, jakby zaczarowa- ne, otworzyˆy si© przed nimi. Paˆac miaˆ drugie wyj˜cie na s* 35 Champs-fiˆysees, kawaler de Maison-Rouge i jego wsp¢l- niczka znikn©li. Zniszczy si© paˆac, zgilotynuje wˆa˜ciciela, ale to nie przeszkodzi wcale kawalerowi pokusi† si© po- nownie o to, co mu si© przed czterema miesi¥cami nie udaˆo po raz pierwszy, a wczoraj po raz drugi. - Nie schwytano go? - spytaˆ Maurycy. - Schwytaj¾e Proteusza, m¢j kochany, schwytaj go, gdy wiesz, jak to na zˆe wyszˆo Arysteuszowi. Pastor Aristoeus fugiens Peneia Tempe. - Strze¾ si© - rzekˆ Maurycy, przykˆadaj¥c klucz do ust. - Strze¾ si© ty, do licha, boby˜ wygwizdaˆ nie mnie, ale Wergiliusza. - Prawda, nie powiem ani sˆowa wi©cej, ale wr¢†my do kawalera de Maison-Rouge. - Trzeba przyzna†, ¾e to dzielny czˆowiek. - Tak jest, trzeba rzeczywi˜cie nie lada odwagi, aby si© puszcza† na podobne przedsi©wzi©cia. - Albo nie lada miˆo˜ci. - Wierzysz wi©c w t© miˆo˜† kawalera do kr¢lowej? - Nie wierz©, ale m¢wi© o niej tak jak wszyscy. Wresz- cie, tylu za ni¥ szalaˆo, c¢¾ by wi©c byˆo dziwnego, gdyby go uwiodˆa? M¢wi¥, ¾e uwiodˆa Bamave'a. - Mniejsza o to, ale kawaler musi mie† stosunki w sa- mym Tempie. - By† mo¾e: Miˆo˜† kraty kruszy, Miˆo˜† zamki ˆamie. - Lorin! - A, zapomniaˆem. - Wi©c i ty w to wierzysz? - Dlaczego bym nie miaˆ wierzy†? - Cho†by dlatego, ¾e kr¢lowa musiaˆaby mie† przynaj- mniej ze dwustu kochank¢w. . . 36 - Dwustu? Mo¾e trzystu, czterystu. Jest przecie¾ do- sy† ˆadna. Nie m¢wi©, ¾e to ona ich kochaˆa, ale ¾e oni j¥ kochali. Wszyscy widz¥ sˆoäce, ale sˆoäce nie ka¾dego widzi. - Tak wi©c, powiadasz, ¾e kawaler de Maison-Rouge... -- Powiadam, ¾e tropi¥ go w tej chwili, a je¾eli umknie chartom Republiki, da dow¢d, ¾e jest przebiegˆym lisem. - C¢¾ Gmina na to wszystko? - Gmina przygotowuje postanowienie, na mocy kt¢rego na frontowej ˜cianie ka¾dego domu wywieszona b©dzie lista wszystkich jego mieszkaäc¢w? pˆci obojga. Czemu¾ to w sercu ludzkim nie ma okna, przez kt¢re by ka¾dy m¢gˆ widzie†, co si© w nim dzieje. - Wspaniaˆy pomysˆ! - zawoˆaˆ Maurycy. - Okna w sercach ludzi? - Nie, wywieszenie listy na drzwiach ka¾dego domu. Maurycy istotnie my˜laˆ, ¾e to mu da sposobno˜† odna- lezienia nieznajomej lub przynajmniej naprowadzi go na jej ˜lad. - Prawda? - pytaˆ Lorin. - Zaˆo¾yˆem si© ju¾, ¾e ten ˜rodek dostarczy nam od razu pi©ciuset arystokrat¢w. Ale, ale... Dzi˜ rano przyjmowali˜my w klubie deputacj© ochot- nik¢w. Przybyˆa pod przewodnictwem naszych nocnych przeciwnik¢w, kt¢rych opu˜ciˆem, kiedy ju¾ byli spici na ˜mier†. Przybyˆa, powiadam ci, z girlandami kwiat¢w i wieäcami nie˜miertelnik¢w. - Doprawdy? - zawoˆaˆ Maurycy. - A ilu ich byˆo? - Trzydziestu, wszyscy ogoleni i z bukietami. "Obywa- tele klubu Termopile! - rzekˆ ich m¢wca. - Jako praw- dziwi patrioci pragniemy, aby ¾adne nieporozumienie nie m¥ciˆo jedno˜ci Francuz¢w i dlatego przybywamy na nowo zawrze† zwi¥zek braterski." - A potem? - Potem przyst¥pili˜my do zawarcia braterskiego zwi¥z- 37 fcu na nowo i powt¢rnie, jak m¢wi Diafoirus. Ze stolika sekretarza i dw¢ch butelek z bukietami zrobiono oˆtarz ojczyzny. A poniewa¾ byˆe˜ bohaterem uroczysto˜ci, wzy- wano wi©c ci© po trzykro†, a¾eby ci© uwieäczy†, ¾e za˜ nie odpowiadaˆe˜, a trzeba byˆo koniecznie co˜ uwieäczy†, uwieäczono wi©c popiersie Washingtona. Tak odbyˆa si© caˆa ceremonia. W chwili gdy Lorin koäczyˆ swe opowiadanie, kt¢re w owej epoce nie byˆo wcale ˜mieszne, na ulicy daˆ si© sˆysze† zgieˆk i odgˆos b©bn¢w, najpierw odlegˆy, potem coraz bli¾szy. Dawano jaki˜ sygnaˆ. - Co to jest? - spytaˆ Maurycy. - To ogˆaszaj¥ postanowienia Gminy - odrzekˆ Lorin. - Biegn© do sekcji - powiedziaˆ Maurycy, wyskakuj¥c z ˆ¢¾ka ˆ woˆaj¥c na oficjalist©, aby go ubraˆ. - Ja za˜ p¢jd© spa† - rzekˆ Lorin. - Dzi©ki twoim krewkim ochotnikom spaˆem tylko dwie godziny tej nocy. Je¾eli nawet dojdzie do bitki, nie przerywaj mi snu. Gdy- by zaniosˆo si© na dobr¥ awantur©, przyjd« mnie obudzi†. - Dlaczego˜ si© tak wystroiˆ? - spytaˆ Maurycy spo- gl¥daj¥c na Lorina, kt¢ry zabieraˆ si© do wyj˜cia. - Bo id¥c do ciebie, musz© przechodzi† przez ulic© Bethisy, a tam w jednym domu na trzecim pi©trze jest okno, kt¢re otwiera si© zawsze, ilekro† przechodz©. - I nie boisz si©, ¾e ci© mog¥ wzi¥† za eleganta? - Ja? Elegant? O, znaj¥ mnie wszyscy jako prawdzi- wego sankiulot©. Lecz i dla pˆci pi©knej trzeba uczyni† jak¥˜ ofiar©. Miˆo˜† ojczyzny nie pogardza miˆo˜ci¥ ko- biety, owszem, jedna zaleca drug¥. Tylko mi nie zaprze- czaj, bo natychmiast zadenuncjuj© ci© jako arystokrat© i ka¾© ci© ogoli† tak, aby˜ nigdy nie m¢gˆ .nosi† peruki. B¥d« zdr¢w, drogi przyjacielu! Lorin wyci¥gn¥ˆ serdecznie r©k© do Maurycego, kt¢r¥ ten r¢wnie serdecznie u˜cisn¥ˆ, i wyszedˆ, ¾uj¥c pastylki V KTO TO BY� OBYWATEL MAURYCY LINDEY Maurycy L�ndey, ubrawszy si© spiesznie, udaˆ si© do sekcji przy ulicy Lepelletier, kt¢rej, jak wiemy, byˆ se- kretarzem. My tymczasem skre˜limy czytelnikowi obraz poprzedniego ¾ycia tego czˆowieka, kt¢rego wprowadzi- li˜my na scen©, bowiem natury dzielne i szlachetne bliskie s¥ naszemu sercu. Mˆodzieniec m¢wiˆ najczystsz¥ prawd©, o˜wiadczaj¥c wczoraj nieznajomej, ¾e nazywa si© Maurycy Lindey i mieszka przy ulicy Roule. M¢gˆ byˆ doda†, ¾e pochodzi z owej p¢ˆarystokracji, zaliczanej do klasy ˜redniej. Oj- ciec jego, poczciwy Lindey, kt¢ry przez caˆe ¾ycie narzekaˆ na despotyzm, umarˆ z przera¾enia i trwogi, kiedy 14 lip- ca 1789 roku Bastylia zdobyta zostaˆa r©kami ludu, a de- spotyzm zostaˆ zast¥piony zlbrojn¥ wolno˜ci¥. Pozostaˆ po nim jedynak - niezale¾ny pod wzgl©dem maj¥tkowym, republikanin - je˜li chodzi o uczucia ˆ za- patrywania. Rewolucja wi©c przypadˆa na okres, kiedy Maurycy byˆ w peˆni siˆ i m©skiej dojrzaˆo˜ci, jak przystoi atlecie ma- j¥cemu wst¥pi† w szranki. Otrzymaˆ on wyksztaˆcenie re- publikaäskie, pogˆ©bione przez ucz©szczanie do klubu i czytanie ¢wczesnych pism. B¢g jeden wie, ile Maurycy musiaˆ czyta†. Gˆ©boka i wyrozumowana pogarda dla hie- rarchii, filozoficzna r¢wnowaga ducha, wstr©t do przes¥- d¢w, ¾arliwa sympatia dla nowych idei i dla ludu, a do tego najbardziej arystokratyczne zachowanie - oto byˆy jego przymioty. Pod wzgl©dem fizycznym - Maurycy Lindey byˆ m©¾- czyzn¥ Hcz¥cym pi©† st¢p i osiem cali wzrostu, miaˆ lat 39 dwadzie˜cia pi©† lub dwadzie˜cia sze˜†, byˆ muskularny jak Herkules, pi©kny jak pi©knym mo¾e by† Francuz o po- godnym czole, niebieskich oczach, ciemnych faluj¥cych wˆosach, r¢¾owych policzkach i z©bach jak ko˜† sˆoniowa. Skre˜liwszy obraz tego czˆowieka, wspomnijmy teraz o jego stanowisku. Maurycy, wprawdzie niebogaty, lecz niezale¾ny, szano- wany, nosz¥cy popularne nazwisko, znany z liberalnego wychowania, a bardziej jeszcze z liberalnych zasad, stan¥ˆ na czele stronnictwa, zˆo¾onego z mˆodych mieszczan pa- triot¢w. By† mo¾e sankiuloci uwa¾ali, i¾ jest nieco zbyt zimny i opanowany, za˜ czˆonkowie sekcji - i¾ jest zbyt elegancki, lecz pierwsi wybaczyli mu t© ozi©bˆo˜†, bo naj- bardziej s©kate paˆki ˆamaˆ jak kruch¥ trzcin©, drudzy za˜ wybaczyli elegancj©, widz¥c, ¾e ka¾dy, kt¢rego wej- rzenie nie podoba si© Maurycemu, ugodzony pi©˜ci¥ w czo- ˆo, od razu pada na ziemi©. Co si© tyczy jego zasˆug obywatelskich, to braˆ on udziaˆ w zdobyciu Bastylii, nale¾aˆ do wyprawy wersalskiej, wal- czyˆ jak lew dnia dziesi¥tego sierpnia, i sprawiedliwie przyzna† mu nale¾y, ¾e w owym pami©tnym dniu poˆo¾yˆ trupem tylu patriot¢w, ilu Szwajcar¢w, zar¢wno bowiem nie m¢gˆ ˜cierpie† mordercy w karmanioli, jak i nieprzy- jaciela Republiki w czerwonym mundurze. On to, aby skˆoni† obroäc¢w zamku do poddania si© oraz wstrzyma† przelew krwi, rzuciˆ si© na dziaˆo, do kt¢- rego wˆa˜nie paryski artylerzysta przykˆadaˆ ju¾ ogieä, on pierwszy wdarˆ si© oknem do Louvre'u pomimo strzaˆ¢w pi©†dziesi©ciu Szwajcar¢w i tylu¾ szlachty, rozstawionej na czatach. I zanim poddali si©, jego straszmy paˆasz poha- rataˆ przeszˆo dziesi©† mundur¢w. Widz¥c, ¾e przyjaciele jego morduj¥ wi©«ni¢w, kt¢rzy ciskali broä, wyci¥gali r©ce i bˆagali o darowanie im ¾ycia, zacz¥ˆ z w˜ciekˆo˜ci¥ siec przyjaci¢ˆ, przez co zjednaˆ sobie sˆaw©, godn¥ pi©k- nych dni Rzymu i Grecji. 40 Po wypowiedzeniu wojny Maurycy wst¥piˆ do wojska i jako porucznik ruszyˆ ku granicy wraz z oddziaˆem ty- si¥ca pi©ciuset ochotnik¢w, kt¢rych miasto wyprawiˆo przeciw naje«d«com. Za nimi wkr¢tce pod¥¾a† mieli ochot- nicy r¢wnie¾ w liczbie tysi¥ca pi©ciuset. W pierwszej bitwie, pod Jemmapes, kula, przeszywszy ¾elazne muskuˆy jego ˆopatki, oparˆa si© a¾ na ko˜ci. Przed- stawiciel ludu, znaj¥cy Maurycego osobi˜cie, odesˆaˆ go do Pary¾a. Przez caˆy miesi¥c Maurycy, trawiony gor¥czk¥, wiˆ si© na ˆo¾u bole˜ci, lecz w styczniu wstaˆ ˆ je¾eli nie formalnie, to faktycznie zarz¥dzaˆ klubem Termopile, do kt¢rego nale¾aˆo stu mˆodzieäc¢w spo˜r¢d paryskiego mieszczaästwa, uzbrojonych po to, aby stawi† czoˆo wszel- kim zakusom na korzy˜† Capeta. Co wi©cej, Maurycy ze zmarszczon¥ brwi¥, bladym czoˆem, z sercem ˜ci˜ni©tym jednocze˜nie uczuciem nienawi˜ci i lito˜ci towarzyszyˆ z wydobyt¥ szpad¥ przy straceniu kr¢la i sam jeden mo¾e w caˆym tˆumie milczaˆ, gdy spadˆa gˆowa syna ˜wi©tego Ludwika, kt¢rego dusza wst©powaˆa do nieba. Wtedy do- piero, kiedy ju¾ wszystko si© skoäczyˆo, wzni¢sˆ w g¢r© sw¥ straszliw¥ szpad©. Wszyscy jego przyjaciele krzykn©li: "Niech ¾yje wolno˜†!", nie zauwa¾ywszy, ¾e tym razem gˆos Maurycego nie przyˆ¥czyˆ si© do ich okrzyk¢w. Taki oto byˆ czˆowiek, zmierzaj¥cy , dnia jedenastego marca rano ku ulicy Lepelletier. Okoˆo godziny dziesi¥tej Maurycy przybyˆ do sekcji, kt¢rej byˆ sekretarzem. Panowaˆo tam wielkie wzburzenie, szˆo bowiem o gˆo- sowanie nad pismem Konwentu w sprawie poskromienia ¾yrondystowskˆch spisk¢w. Oczekiwano wi©c Maurycego niecierpliwie. Najwa¾niejsz¥ spraw© stanowiˆ powr¢t kawalera de Mai- son-Rouge i ˜miaˆo˜†, z jak¥ ten zagorzaˆy buntownik znalazˆ si© po raz drugi w Pary¾u, pomimo wiadomo˜ci, ¾e naˆo¾ono na jego gˆow© nagrod©. Jego to powrotowi 41 przypisywano dokonany w dniu poprzednim zamach w Tempie. Ka¾dy objawiaˆ sw¥ nienawi˜† l pogard© dla zdrajc¢w i bogaczy. Wbrew jednak powszechnemu oczekiwaniu Maurycy byˆ ponury i milcz¥cy. Szybko zredagowaˆ proklamacj©, w trzy godziny skoäczyˆ caˆ¥ prac© i spytaˆ, czy posiedzenie jest ju¾ zamkni©te, a otrzymawszy odpowied« twierdz¥c¥, wzi¥ˆ kapelusz i udaˆ si© na ulic© Saint-Honore. Tutaj Pary¾ wydaˆ mu si© zupeˆnie inny. Ujrzaˆ znowu naro¾nik ulicy Coq, gdzie w nocy spotkaˆ pi©kn¥ niezna- jom¥, wyrywaj¥c¥ si© z r¥k ¾oˆnierzy. Stamt¥d do mostu Marie szedˆ t¥ sam¥ drog¥, kt¢r¥ przybyˆ w jej towarzy- stwie, zatrzymywaˆ si© wsz©dzie, gdzie widziaˆ patrole, po- wtarzaˆ rozmow©, jak¥ z ni¥ prowadziˆ. Tylko ¾e teraz byˆa godzina pierwsza po poˆudniu i sˆoäce, przy˜wiecaj¥c mocno, na ka¾dym kroku przypominaˆo mu minione wy- darzenie. Przeszedˆszy przez most, dostaˆ si© wkr¢tce na ulic© Victor, jak j¥ pod¢wczas nazywano. - Biedna! - szepn¥ˆ Maurycy. - Nie zastanowiˆa si© wczoraj, ¾e noc trwa tylko dwana˜cie godzin, ¾e zatem tajemnica jej r¢wnie¾ nie mo¾e trwa† dˆu¾ej. Przy blasku sˆoäca znajd© drzwi, za kt¢rymi skryˆa si© przede mn¥, a kto wie, mo¾e i j¥ sam¥ zobacz© w jakim˜ oknie. Byˆ ju¾ wtedy na starej ulicy Saint-Jacques i stan¥ˆ tak, jak mu wczoraj kazaˆa nieznajoma. Na chwil© przy- mkn¥ˆ oczy - s¥dziˆ mo¾e, biedny szaleniec, ¾e wczoraj- szy pocaˆunek powt¢rnie sparzy mu usta. Uczuˆ jednak tylko samo jego wspomnienie, jakkolwiek i ono go pa- rzyˆo. Maurycy otworzyˆ wi©c oczy i ujrzaˆ po prawej i lewej stronie uliczki bˆotniste, «le wybrukowane, z barierami i mostkami przerzuconymi nad strumykiem. Wida† tam byˆo drewniane arkady, bramy liche i przegniˆe. Byˆo to siedlisko pracy w caˆej swej n©dzy, siedlisko n©dzy w ca- 42 ˆej swej brzydocie. Tu i ¢wdzie ogr¢d otoczony b¥d« ¾y- wopˆotem, b¥d« palisad¥ przeplatan¥ gaˆ¥zkami, b¥d« sk¢- ry schn¥ce pod szopami, wydzielaj¥ce przykr¥ woä garb- nika. Zastanawiaˆ si©, szukaˆ przez dwie godziny, ale nic nie znalazˆ. Dziesi©† razy zagˆ©biaˆ si© w ¢w labirynt i dziesi©† razy wracaˆ w to samo miejsce, aby nie zabˆ¥- dzi†. Lecz wszystkie jego usiˆowania byˆy daremne, wszy- stkie poszukiwania bezowocne. Zdawaˆo si©, ¾e mgˆa i deszcz zmyˆy zupeˆnie ˜lad mˆodej kobiety. - Ha! - rzekˆ sam do siebie - marzyˆem. Ta kloaka ani przez chwil© nie mogˆa sˆu¾y† za schronienie mojej pi©knej nocnej wieszczce. Nasz zawzi©ty republikanin odznaczaˆ si© zupeˆnie innym rodzajem realistycznej poezji, ni¾ jego przyjaciel, wpadˆ bowiem na t© my˜l nie chc¥c przy†mi† blasku okalaj¥cego nieznajom¥, chocia¾ my˜l ta byˆa wynikiem rozpaczy. - ½egnam ci©, moja pi©kna i tajemnicza! - rzekˆ. - Potraktowaˆa˜ mnie jak szaleäca lub jak dziecko. Bo czy¾- by˜ byˆa mnie tu przywiodˆa, gdyby˜ tu mieszkaˆa? Nie! Ty˜ tu tylko przeszˆa jak bocian po bagnisku. Nie zna† tu twego ˜ladu, jak nie zna† ˜ladu ptaka pruj¥cego po- wietrze. VI TEMPLE Tego dnia gdy Maurycy, bole˜nie zawiedziony, wracaˆ przez most Toumelle, kilku gwardzist¢w w towarzystwie Santerre'a, dow¢dcy paryskiej Gwardii Narodowej, prze- prowadzaˆo ˜cisˆ¥ rewizj© w wielkiej wie¾y Tempie, od dnia trzynastego sierpnia 1792 roku zamienionej na wi©- zienie. 43 Rewizji dokonywano wyˆ¥cznie w pomieszczeniu na trzecim pi©trze, zˆo¾onym z przedpokoju i trzech izb. Jedn¥ z tych izb zajmowaˆy dwie kobiety, mˆoda dziew- czyna i dziewi©cioletnie dziecko w ¾aˆobie. Starsza z kobiet mogˆa mie† trzydzie˜ci siedem lub trzy- dzie˜ci osiem lat. Siedz¥c przy stoliku, czytaˆa. Druga za- j©ta byˆa robot¥ kobierca; liczyˆa zaledwie dwadzie˜cia osiem lub dwadzie˜cia dziewi©† lat. Mˆoda, czternastoletnia dziewczyna staˆa przy chorym dziecku, kt¢re le¾aˆo w ˆ¢¾ku, przymkn¥wszy oczy. Uda- waˆo, ¾e ˜pi, chocia¾ haˆas, jaki czynili rewiduj¥cy, spa† mu nie pozwalaˆ. Jedni przetrz¥sali ˆ¢¾ka, inni rozwijali bielizn©, inni wreszcie, skoäczywszy poszukiwania, natr©tnie i uporczy- wie wpatrywali si© w nieszcz©˜liwe kobiety, z kt¢rych jedna umy˜lnie nie odrywaˆa oczu od ksi¥¾ki, druga od roboty, trzecia za˜ nie spuszczaˆa wzroku z twarzy brata. Najstarsza kobieta byˆa wysokiego wzrostu, blada i pi©k- na. Zdawaˆa si© skupia† caˆ¥ uwag© na ksi¥¾ce, chocia¾, wedˆug wszelkiego prawdopodobieästwa, wodziˆa wzro- kiem po stronicach, nie rozumiej¥c, co czyta. W¢wczas zbli¾yˆ si© do niej jeden z gwardzist¢w, wy- rwaˆ jej gwaˆtownie ksi¥¾k© z r©ki i cisn¥ˆ na ˜rodek izby. Uwi©ziona spokojnie wzi©ˆa ze stoˆu inn¥ ksi¥¾k© i zno- wu czytaˆa. Gwardzista uczyniˆ gwaˆtowny gest, chc¥c z t¥ ksi¥¾k¥ uczyni† to samo co z poprzedni¥, lecz mˆoda dziewczyna, widz¥c, ¾e druga uwi©ziona, kt¢ra haftowaˆa przy oknie, zadr¾aˆa, podskoczyˆa ku czytaj¥cej, otoczyˆa ramionami jej szyj© i z pˆaczem rzekˆa: - O biedna moja matko! Wtedy uwi©ziona zbli¾yˆa usta do jej policzka, jakby chc¥c j¥ pocaˆowa†, i szepn©ˆa: - Mario, w piecu jest kartka. Wyjmij j¥! 44 - No, no' - krzykn¥ˆ gwardzista, ci¥gn¥c ku sobie dziewczyn© i odrywaj¥c j¥ od matki. - Pr©dko skoäczycie te wasze pieszczoty? - Panie - odezwaˆa si© dziewczyna - czy Konweni postanowiˆ, ¾e dzieciom nie wolno caˆowa† matki? - Nie, ale wyznaczyˆ kar© na zdrajc¢w, i dlatego przy- szli˜my tu na badanie. No, Antonino, odpowiadaj. Ta, kt¢r¥ tak obcesowo zagadni©to, nie raczyˆa nawet, spojrze† na pytaj¥cego. Odwr¢ciˆa gˆow© i lekki rumieniet- zar¢¾owiˆ jej blade od cierpienia i poorane ˆzami policzki. - Niepodobna - m¢wiˆ dalej gwardzista - aby˜ nic nie wiedziaˆa o dzisiejszym zamachu. Kto jest jego spraw- c¥? Uwi©ziona milczaˆa. - Odpowiadaj, Antonino - zbli¾ywszy si© rzekˆ San- terre; nie zwr¢cono uwagi na to, ¾e mˆoda kobieta zadr¾aˆa z przera¾enia na widok czˆowieka, kt¢ry dnia dwudzieste- go pierwszego stycznia rano przybyˆ do Tempie, aby za- bra† kr¢la Ludwika XVI i zaprowadzi† go na rusztowa- nie. - Odpowiadaj. Tej nocy uknuto spisek przeciwko Re- publice i chciano uwolni† ci© z wi©zienia, do kt¢rego wtr¥- cona zostaˆa˜ z woli narodu do chwili, kiedy odbierzesz kar© za swe zbrodnie. Powiedz, czy wiedziaˆa˜ o tym spisku? Kr¢lowa zadr¾aˆa na d«wi©k gˆosu, przed kt¢rym, zda- waˆoby si©, chciaˆa uciec, i wcisn©ˆa si© gˆ©biej w fotel. Na to pytanie r¢wnie¾ nie odpowiedziaˆa, podobnie jak i na pierwsze. - Nie chcesz wi©c odpowiada†? - wrzasn¥ˆ Santerre, gwaˆtownie tupn¥wszy nog¥. Uwi©ziona wzi©ˆa ze stoˆu trzeci¥ ksi¥¾k©. Santerre odwr¢ciˆ si©. Brutalna siˆa tego czˆowieka, kt¢- ry rozkazywaˆ osiemdziesi©ciu tysi¥com ludzi, kt¢rego jed- no skinienie wystarczyˆo, by zagˆuszy† gˆos konaj¥cego Ludwika XVI, kruszyˆa si© w obliczu godno˜ci nieszcz©- 45 snej uwi©zionej, M¢gˆ ˜ci¥† jej gˆow©, lecz ugi¥† si© przed ni¥ nie byˆ zdolny. - A ty, El¾bieto! - zwr¢ciˆ si© do drugiej niewiasty, kt¢ra na chwil© zaniechawszy roboty, zˆo¾yˆa r©ce i bˆa- gaˆa o lito˜† nie ludzi tam obecnych, lecz Boga. - C¢¾ mi odpowiesz? - Nie wiem, panie, o co pytasz - odparˆa - nie mog© ci wi©c odpowiedzie†. - Ej, do pioruna, obywatelko Capet! - zawoˆaˆ znie- cierpliwiony Santerre. - M¢wi© przecie¾ jasno. Powiadam, ¾e usiˆowano wczoraj uˆatwi† wam ucieczk©, i ¾e powˆn- ny˜cie zna† winowajc¢w. - Nie komunikujemy si© z nikim z zewn¥trz, panie, a tym samym nie mo¾emy wiedzie†, co dla nas lub prze- ciwko nam czyni¥. - Dobrze - odezwaˆ si© gwardzista - zobaczymy, co powie tw¢j bratanek. To m¢wi¥c, zbli¾yˆ si© do ˆ¢¾ka maˆego delfina. Na t© gro«b© Maria Antonina natychmiast si© podniosˆa. - Panie - rzekˆa - m¢j syn jest chory... —pi... Nie bud« go. - Odpowiadaj wi©c sama. - Ja o niczym nie wiem. Gwardzista podszedˆ wprost do ˆ¢¾ka mˆodego wi©«nia, kt¢ry, jak powiedzieli˜my, udawaˆ, ¾e ˜pi. - No, obud« si©, Capecie! - zawoˆaˆ, mocno nim po- trz¥saj¥c. Dziecko otworzyˆo oczy i u˜miechn©ˆo si©. W¢wczas gwardzi˜ci otoczyli jego ˆ¢¾ko. Kr¢lowa pod wpˆywem cierpienia i obawy daˆa znak c¢rce, a ta, korzystaj¥c ze sposobno˜ci, wsun©ˆa si© do s¥siedniego pokoju, otworzyˆa piec, wyj©ˆa z niego kartk©, spaliˆa j¥ i natychmiast wr¢ciˆa do pierwszej izby, rzu- caj¥c na matk© uspokajaj¥ce spojrzenie. - Czego chcecie ode mnie? - spytaˆo dziecko. 46 - Chcemy si© dowiedzie†, czy˜ nic nie sˆyszaˆ tej nocy? - Nie, ja spaˆem. - Zdaje si©, ¾e bardzo lubisz spa†. - Tak jest, bo kiedy ˜pi©, to marz©. - A o czym marzysz? - Zdaje mi si©, ¾e widz© we ˜nie ojca, kt¢rego zamor- dowali˜cie. - A wi©c nic nie sˆyszaˆe˜? - porywczo rzekˆ Santerre. - Nic. - Te wilczki s¥ w zmowie z wilczyc¥ - rzekˆ gwar- dzista ze zˆo˜ci¥. Kr¢lowa u˜miechn©ˆa si©. - Oho, Austriaczka z nas szydzi! - wrzasn¥ˆ gwardzi- sta. - A wi©c je˜li tak, wykonamy z caˆym rygorem roz- kaz Gminy. Wstawaj, Capecie! - Co chcecie uczyni†? - zawoˆaˆa kr¢lowa, zapomina- j¥c si©. - Czy nie widzicie, ¾e syn m¢j chory, ¾e ma go- r¥czk©? Chcecie, ¾eby umarˆ? - Tw¢j syn - odpowiedziaˆ gwardzista - jest powo- dem ci¥gˆych obaw rady wi©ziennej. On wˆa˜nie jest przy- czyn¥ wszystkich spisk¢w. Spiskowcy pochlebiaj¥ sobie, ¾e was wykradn¥. Dobrze. Niech wykradaj¥. Tison! Za- woˆajcie Tisona! Tison byˆ czym˜ w rodzaju gospodarza w wi©zieniu. Wkr¢tce si© zjawiˆ. Byˆ to czˆowiek lat okoˆo czterdziestu. Cer© miaˆ ogo- rzaˆ¥, twarz nikczemn¥, o dzikim wyrazie, wˆosy czarne, k©dzierzawe, spadaj¥ce a¾ na brwi. - Tison - rzekˆ Sa-nterre - kto wczoraj przynosiˆ ¾ywno˜† dla wi©«ni¢w? Tison wymieniˆ jakie˜ nazwisko. - A bielizn©? - Moja c¢rka. - Twoja c¢rka jest wi©c praczk¥? - Tak jest 47 - I pozwoliˆe˜ jej pra† dla wi©«ni¢w? - Dlaczeg¢¾ by nie? Lepiej, ¾e ona co˜ zarobi, ani¾eli kto inny. Wszak bierze pieni¥dze narodu, nie za˜ pieni¥- dze tych kobiet, bo nar¢d za nie pˆaci. - Powiedziano ci, aby˜ pilnie przegl¥daˆ bielizn©. - No i co? Albo¾ nie speˆniam nale¾ycie swych obo- wi¥zk¢w? Dowodem tego jest znaleziona wczoraj chustka z dwoma w©zˆami, kt¢r¥ zaraz odniosˆem radzie, a z jej rozkazu ¾ona moja rozwi¥zaˆa j¥, i nic nie m¢wi¥c, oddaˆa pani Capet. Na wzmiank© o dw¢ch w©zˆach na chustce kr¢lowa za- dr¾aˆa i porozumiaˆa si© spojrzeniem z ksi©¾niczk¥ El¾- biet¥. - Tison - rzekˆ Santerre - o patriotyzmie twojej c¢rki nikt nie w¥tpi, ale od dnia dzisiejszego niech noga jej w Tempie nie postanie. - O m¢j Bo¾e! - zawoˆaˆ przera¾ony Tison. - Co te¾ to m¢wicie? Jak to? Nie zobacz© mojej c¢rki, dop¢ki st¥d nie wyjd©? - Tobie odt¥d wychodzi† nie wolno - rzekˆ Santerre. Tison popatrzyˆ wokoˆo, nie zatrzymuj¥c na ¾adnym przedmiocie swego bˆ©dnego wzroku, i krzykn¥ˆ nagle: - Nie wolno wychodzi†? Kiedy tak, to wyjd© st¥d raz na zawsze! Podaj© si© do dymisji. Nie jestem ani zdrajc¥, ani arystokrat¥, aby mnie miano wi©zi†. Powiadam, ¾e chc© st¥d wyj˜†! - Obywatelu - rzekˆ Santerre - sˆuchaj rozkaz¢w Gminy, bo mo¾esz tego ¾aˆowa†. Zostaä tu, uwa¾aj na wszystko, co si© tu dzieje. Uprzedzam ci©, ¾e maj¥ na cie- bie oko. Kr¢lowa, s¥dz¥c, ¾e zapomniano o niej, przyszˆa nieco do siebie i znowu poˆo¾yˆa syna do ˆ¢¾ka. - Zawoˆaj tu swoj¥ ¾on© - powiedziaˆ gwardzista do Tlsona. 43 Ten usˆuchaˆ go, nic nie m¢wi¥c. Pogr¢¾ki Santerre'a uczyniˆy go zn¢w ˆagodnym jak baranek. - Zbli¾ si©, obywatelko - rzekˆ Santerre. - Wyjdzie- my do przedpokoju, a ty tymczasem zrewiduj uwi©zione. - Sˆuchaj, ¾ono - odezwaˆ si© Tison - nie chc¥ ju¾ wpuszcza† naszej c¢rki do Tempie. - Jak to? Nie chc¥ wpuszcza† mojej c¢rki? Wi©c nie b©dziemy ju¾ jej widywa†? Tison zwiesiˆ gˆow©. - I c¢¾ *y na to? - Ja? Po˜l© raport do rady w Tempie, a rada zadecy- duje. Tymczasem za˜... - Tymczasem - dodaˆa ¾ona - b©d© si© widywaˆa z moj¥ c¢rk¥. - Milcz! - zawoˆaˆ Santerre. - Wezwano ci© tu po to, aby˜ zrewidowaˆa uwi©zione. R¢b, co ci ka¾¥, a potem zo- baczymy. - Ale... tymczasem... - Oho! - mrukn¥ˆ Santerre, marszcz¥c brwi. - Wy- daje mi si©, ¾e co˜ si© tu psuje. - Zr¢b, ¾ono, co ka¾e obywatel generaˆ. Zr¢b to, a po- tem, sˆyszaˆa˜, ¾e zobaczymy... I Tison z pokornym u˜miechem spojrzaˆ na Santerre'a. - Dobrze - odpowiedziaˆa kobieta - wyjd«cie, to przyst¥pi© do rewizji. M©¾czy«ni wyszli. - Moja kochana pani Tison - powiedziaˆa kr¢lowa - chciej mi wierzy†... - Niczemu nie wierz©, obywatelko Capet - odparˆa kobieta z w˜ciekˆo˜ci¥ - wiem tylko, ¾e jeste˜ przyczyn¥ wszystkich nieszcz©˜† narodu. Niech no tylko znajd© co˜ podejrzanego przy tobie, a zobaczysz! Czterech ludzi zostaˆo przy drzwiach, aby siˆ¥ dopo- m¢c ¾onie Tisona w wypadku, gdyby kr¢lowa stawiaˆa op¢r.  A. Dumas 4.1 Zacz©to od kr¢lowej. Znaleziono przy niej chustk© z trzema w©zˆami, kt¢ra, na nieszcz©˜cie, zdawaˆa si© by† odpowiedzi¥ na wzmiank© Tisona o chustce. Znaleziono tak¾e oˆ¢wek, szkaplerz i lak. - Spodziewaˆam si© tego - powiedziaˆa ¾ona Tisona - miaˆam sˆuszno˜† donosz¥c gwardzistom, ¾e Austriaczka koresponduje! Przed kilkoma dniami znalazˆam ˜lad laku na lichtarzu. - O pani - bˆagalnie rzekˆa kr¢lowa - poka¾ im tyl- ko szkaplerz. - Wˆa˜nie! - przerwaˆa ¾ona Tisona. - Ja bym miaˆa litowa† si© nad tob¥! A czy dla mnie maj¥ lito˜†? Wszak pozbawiaj¥ mnie c¢rki. Ksi©¾niczka El¾bieta i c¢rka kr¢lewska nic przy sobie nie miaˆy. ½ona Tisona przywoˆaˆa urz©dnik¢w, a gdy wr¢cili z Santerre'em, oddaˆa im rzeczy znalezione przy kr¢lowej. Przechodz¥c z r¥k do r¥k, staˆy si© one przedmiotem ty- si¥ca przypuszczeä, szczeg¢lnie chustka z trzema w©zˆami, kt¢ra dˆugo byˆa przyczyn¥ domysˆ¢w prze˜ladowc¢w ro- dziny kr¢lewskiej. - A teraz odczytamy ci rozkaz Konwentu - powie- dziaˆ Santerre. - Jaki rozkaz? - spytaˆa kr¢lowa. - Rozkaz polecaj¥cy rozˆ¥czy† ci© z synem. - Wi©c taki rozkaz istnieje naprawd©? - Tak jest. Konwent musi si© troszczy† o zdrowie mo- ralne dziedka, kt¢re nar¢d poruezyˆ jego opiece i dlatego nie zostawi go wraz z matk¥ tak zepsut¥... W oczach kr¢lowej zabˆysˆy bˆyskawice. -- Tygrysy! - rzekˆa. - Uˆ¢¾cie przynajmniej akt oskar¾enia. - Nic ˆatwiejszego - odezwaˆ si© jeden z urz©dni- k¢w - oto jest... 50 I wyrzekˆ jedno z owych niegodziwych oskar¾eä, z ja- kimi Swetoniusz wyst©powaˆ przeciw Agrypmie. - Co? - zawoˆaˆa kr¢lowa bledn¥c. -Odwoˆuj© si© do serc wszystkich matek. - No, no! - rzekˆ gwardzista. - Wszystiko to bardzo dobrze i ˆadnie, ale bawimy tu ju¾ dwie godziny, a caˆego dnia na pr¢¾no traci† nie mo¾na. Wstawaj, Capecie, i chod« z nami. - Nigdy! Przenigdy! - zawoˆaˆa kr¢lowa, rzucaj¥c si© mi©dzy gwardzist¢w ˆ mˆodego Ludwika, gotowa jak ty- grysica broni† przyst©pu do ˆ¢¾ka. - Nigdy nie dopuszcz©, aby˜cie mi porwali dziecko! - Panowie! - powiedziaˆa ksi©¾niczka El¾bieta, skˆa- daj¥c dˆonie bˆagalnym gestem. - Panowie, w imi© nieba, zlitujcie si© nad dwiema matkami! - M¢wcie - rzekˆ Santerre - wymieäcie nazwiska, wyjawcie zamiary waszych wsp¢lnik¢w, wytˆumaczcie znaczenie w©zˆ¢w na chustce, przyniesionej mi©dzy bieli- zn¥ przez c¢rk© Tisona i na chustce znalezionej przy to- bie, Antonino, a wtedy zostawimy ci syna. Ksi©¾niczka El¾bieta zdawaˆa si© spojrzeniem bˆaga† kr¢low¥, aby uczyniˆa t© okrutn¥ ofiar©. Lecz Maria Antonina, dumnie ocieraj¥c ˆz©, kt¢ra jak brylant ˜wieciˆa w k¥ciku jej oka, rzekˆa: - B¥d« zdr¢w, m¢j synu! Pami©taj o ojcu m©czenniku, kt¢ry jest ju¾ w niebie, pami©taj o matce, kt¢ra si© z nim wkr¢tce poˆ¥czy. Powtarzaj rano i wiecz¢r modlitw©, kt¢- rej ci© nauczyˆam. B¥d« zdr¢w, m¢j synu! I pocaˆowaˆa go po raz ostatni, a wstaj¥c, zimna i nie- ugi©ta, powiedziaˆa: - O niczym nie wiem. Czyäcie, co si© wam podoba' Kr¢lowa wi©cej jednak potrzebowaˆa siˆy, ni¾ mogˆo jej zawiera† serce kobiety, a przede wszystkim serce matki. Padˆa na kolana, gdy zabierano dziecko, kt¢re, zalane ˆza- ® H l mi, wyci¥gn©ˆo ku niej r¥czki, ale nie wydaˆo ¾adnego okrzyku. Zamkn©ˆy si© drzwi za gwardzistami, kt¢rzy zabrali dziecko, i trzy niewiasty znowu zostaˆy same. Przez chwil© panowaˆo rozpaczliwe milczenie, przery- wane Jedynie ˆkaniem. Kr¢lowa odezwaˆa si© pierwsza: - C¢rko - rzekˆa - a owa kartka? - Spaliˆam j¥ z twego rozkazu, matko. - Nie przeczytawszy jej? - Tak jest, nie przeczytawszy. - ½egnani ci© wi©c, ostatni promieniu nadziei! - szep- n©ˆa ksi©¾niczka El¾bieta. - Sˆusznie m¢wisz, sˆusznie, siostro, przebraˆa si© ju¾ miara naszych cierpieä. A odwracaj¥c si© do c¢rki, dodaˆa: - Czy nie poznaˆa˜, Mario, czyj to m¢gˆ by† charakter pisma? - S¥dz©, matiko... Kr¢lowa wstaˆa, podeszˆa do drzwi, aby przekona† si©, czy nikt nie podsˆuchuje lub nie podpatruje, wyj©ˆa szpil- k© z wˆos¢w, zbli¾yˆa si© do ˜ciany, wydobyˆa z kryj¢wki maˆy papierek w ksztaˆcie biletu i pokazuj¥c go c¢rce, rzekˆa: - Przypomnij sobie dobrze, nim mi odpowiesz, moja c¢rko. Czy charakter pisma byˆ taki sam jak tutaj? - Tak jest, matko - odpowiedziaˆa ksi©¾niczka - tafc jest, poznaj© doskonale. - Chwaˆa ci, Panie! - zawoˆaˆa kr¢lowa, padaj¥c na kolana. - Je¾eli dzi˜ m¢gˆ pisa†, to znak, ¾e ocalony. Dzi©ki ci, Bo¾e!... Dzi©ki!... Tak szlachetny przyjaciel go- dzien Jest zaprawd© cudu z Twych r¥k, Panie!... - O kim m¢wisz, matko? - zapytaˆa c¢rka Marii An- toniny. - Kim jest ten przyjaciel? Powiedz mi, jak si© nazywa, a b©d© si© za niego modliˆa do Boga. 52 - Nie zapomnij, Mario, nigdy tego imienia, jest to bo- wiem imi© czˆowieka honoru i m©stwa. Nie kieruje nim ambicja, zjawiˆ si© bowiem w dniach nieszcz©˜cia. Nigdy nie widziaˆ kr¢lowej Francji, a raczej kr¢lowa nigdy go nie widziaˆa, po˜wi©ca jednak ¾ycie swoje w jej obronie. Mo¾e w nagrod©, wedˆug dzisiejszego zwyczaju wynagra- dzania ka¾dej cnoty, poniesie okrutn¥ ˜mier†, lecz... je¾eli zginie... tam... tam wysoko podzi©kuj© mu za to... Na- zywa si©... Kr¢lowa rozejrzaˆa si© z niepokojem dokoˆa i zni¾aj¥c gˆos rzekˆa: - Nazywa si© kawaler de Maison-Rouge... M¢dl si© za niego! vn PRZYSI¨GA GRACZA Pr¢ba porwania, mimo ¾e si© nie udaˆa, u jednych wzbudziˆa gniew, u drugich wielkie zainteresowanie. Po- nadto Komitet Ocalenia Publicznego otrzymaˆ wiadomo˜†, ¾e przed trzema tygodniami lub miesi¥cem dostaˆo si© do Francji mn¢stwo emigrant¢w przez r¢¾ne punkty gra- niczne. Jasn¥ byˆo rzecz¥, ¾e ludzie, nara¾aj¥cy w ten spos¢b wˆasne gˆowy, nie czynili tego bez pewnego zamiaru, a wedˆug wszelkiego prawdopodobieästwa zamiarem tym byˆa ch©† wykradzenia rodziny kr¢lewskiej. Na wniosek czˆonka Konwentu, Osselina, ogˆoszono sie- j¥cy groz© dekret, skazuj¥cy na ˜mier† emigranta, kt¢remu dowiedzie si©, i¾ niedawno powr¢ciˆ na ziemi© francusk¥, ka¾dego Francuza, kt¢remu udowodni si© zamiar wyemi- growania z kraju, ka¾dego oskar¾onego o uˆatwienie ucie- czki emigruj¥cemu lub uˆatwienie powrotu emigrantowi, na koniec ka¾dego, kto udzieli emigrantowi schronienia. 53 To okrutne prawo zapowiadaˆo terror. Brakowaˆo ju¾ tylko prawa dotycz¥cego podejrzanych. Kawaler de Maison-Rouge byˆ zbyt czynnym i ˜miaˆym nieprzyjacielem, aby powr¢t jego do Pary¾a i pojawienie si© w Tempie nie poci¥gn©ˆy za sob¥ najsurowszych ˜rod- k¢w ostro¾no˜ci. W wielu podejrzanych domach doko- nano ˜cisˆej rewizji, jednak opr¢cz znalezienia kilku emi- grantek, kt¢re daˆy si© uj¥† bez oporu, i kilku starc¢w, kt¢rzy nie my˜leli wcale dyskutowa† z katem o pozosta- ˆych im jeszcze niewielu dniach ¾ycia, ˜ledztwa te nie doprowadziˆy do ¾adnego rezultatu. Sekcje, jak ˆatwo zrozumie†, miaˆy przez kilka dani bar- dzo du¾o pracy, wi©c sekretarz sekcji Lepelletier, jed- nej z najbardziej czynnych i wpˆywowych, miaˆ maˆo czasu, aby my˜le† o swej nieznajomej. Opuszczaj¥c star¥ ulic© Saint-Jacques, zamierzaˆ zapo- mnie† o wszystkim. Ale sˆusznie powiedziaˆ jego przy- jaciel Lorin: Kto s¥dzi, i¾ winien zapomnie†, Ten jeszcze lepiej pami©ta. Maurycy milczaˆ jak gr¢b, przed nikim nie zwierzyˆ si© ani jednym sˆowem. Zachowaˆ w sercu wszystkie szczeg¢ˆy przygody, kt¢re uszˆy badaniu przyjaciela, ten jednak, zna- j¥c koleg© jako wesoˆego i ¾ywego chˆopca, widz¥c go teraz, jak oddaje si© marzeniom i szuka samotno˜ci, do- my˜liˆ si©, ¾e ˆotr Kupido musiaˆ go przeszy† swoj¥ strzaˆ¥. Nale¾y zauwa¾y†, ¾e w ci¥gu osiemnastu wiek¢w istnie- nia monarchii francuskiej niewiele lat tak wi¥zaˆo si© z mitologi¥ jak rok 1793. Kawalera nie uj©to i przestano o nim m¢wi†. Kr¢lowa, owdowiaˆa po m©¾u, osierocona po dziecku, jedynie we ˆzach szukaˆa pociechy, gdy j¥ zostawiono sam¥ z c¢rk¥ i szwagierk¥. Mˆody delfin, powierzony opiece szewca Simona, znosiˆ 54 straszne m©czarnie, na skutek kt¢rych w par© lat p¢«niej poˆ¥czyˆ si© z ojcem i matk¥. Na chwil© wi©c zapanowaˆ spok¢j. Wulkan - gdy¾ wulkanem mo¾na byˆo nazwa† stronnic- two g¢rali - odpoczywaˆ, gotuj¥c si© do pochˆoni©cia ¾y- rondyst¢w. Maurycy czuˆ ci©¾ar tej ciszy, tak jak si© czuje zmian© ci˜nienia powietrza podczas burzy. Nie wiedz¥c, jak sko- rzysta† z wolnego czasu, kt¢ry wpˆywaˆ tylko na narasta- nie jego uczucia, odczytaˆ list, pocaˆowaˆ pi©kny szafir i mimo uczynionej przysi©gi postanowiˆ ulec pokusie, przy- rzekˆszy sobie przedtem, ¾e czyni to po raz ostatni. Miaˆ wprawdzie zamiar uda† si© najpierw do sekcji Ogrodu Botanicznego i zasi©gn¥† kilku wiadomo˜ci u jej sekretarza, swego kolegi, wstrzymaˆa go jednak od tego kroku pierwsza i, wyzna† winni˜my, jedyna my˜l, ¾e pi©kna nieznajoma zawikˆana jest w jak¥˜ intryg© poli- tyczn¥. Obawa, aby przez ciekawo˜† nie zaprowadzi† tej zachwycaj¥cej kobiety na plac Rewolucji, aby gˆowa tego anioˆa nie spadˆa na rusztowaniu, wprawiaˆa go w dr¾enie. Postanowiˆ wi©c uda† si© na poszukiwanie sam, nie za- si©gaj¥c ¾adnych informacji. Plan miaˆ zreszt¥ bardzo pro- sty. Listy lokator¢w, wywieszone na drzwiach, sˆu¾y† mu miaˆy, za pierwsz¥ wskaz¢wk©, badanie za˜ od«wiernych powinno byˆo dopom¢c do wyja˜nienia tajemnicy. Tytuˆ sekretarza sekcji przy ulicy Lepelletier dawaˆ mu peˆne prawo do tego rodzaju badaä. Maurycy nie znaˆ imienia nieznajomej, ale wiedziaˆ, ¾e szukaj¥c jej musi kierowa† si© drog¥ skojarzenia, przy- puszczaˆ bowiem, ¾e tak czaruj¥ca istota nosi zapewne imi© harmonizuj¥ce z jej urod¥: jest to zapewne imi© jakiej˜ sylfidy, wieszczki lub anioˆa. S¥dziˆ, ¾e przybycie tej ko- biety na ziemi© musiano uczci† podobnie, jak przybycie jakiej˜ nadprzyrodzonej istoty. Przywdziaˆ karmaniol© z grubego, ciemnego sukna, na gˆow© wˆo¾yˆ czerwon¥ od˜wi©tn¥ czapk© i nie m¢wi¥c nic nikomu, ruszyˆ na poszukiwania. W r©ku trzymaˆ grub¥, s©kat¥ paˆk©, zwan¥ "konstytu- cj¥". Laska ta w Jego silnej dˆoni nabieraˆa warto˜ci her- kuˆesowej maczugi. W kieszeni miaˆ nominacj© na sekreta- rza sekcji Lepelletier, mo¾na wi©c powiedzie†, ¾e zabezpie- czony byˆ fizycznie i morainfe. Przebiegˆ ulic© Saint-Yictor, ulic© Samt-Jacques i czytaˆ przy sˆabym ˜wietle zachodz¥cego sˆoäca nazwiska wypi- sane na drzwiach ka¾dego domu bardziej lub mniej wpraw- n¥ r©k¥. Byˆ ju¾ przy setnym domu, odczytywaˆ ju¾ setn¥ list©, a nic jeszcze nie wskazywaˆo na to, ¾e trafiˆ na ˜lad nie- znajomej, kt¢r¥ miaˆ nadziej© znale«†, je¾eli wyczyta imi© w rodzaju tego, o jakim marzyˆ. Wtem jaki˜ dzielny szewc, widz¥c niecierpliwo˜† malu- j¥c¥ si© na twarzy czytaj¥cego, otworzyˆ drzwi, wyszedˆ z poci©glem i szydˆem w r©ku, i patrz¥c przez okulary na Maurycego, zapytaˆ: - Obywatelu, czy potrzebujesz jakich˜ wiadomo˜ci o lo- katorach tego domu? M¢w, got¢w jestem ci sˆu¾y†. - Dzi©kuj©, obywatelu... - wyj¥kaˆ Maurycy - ale szukam nazwiska mego przyjaciela. - Powiedz mi to nazwisko, znam wszystkich w tej dzielnicy. Gdzie mieszka ¢w przyjaciel? - Mieszka, jak s¥dz©, przy starej ulicy Samt-Jacques, ale boj© si©, ¾e si© ju¾ wyprowadziˆ. - Ale jak on si© nazywa? Maurycy wahaˆ si© przez chwil©, a potem powiedziaˆ pierwsze lepsze nazwisko, jakie mu przyszˆo do gˆowy: - Ren©. - A czym si© zajmuje? Naokoˆo znajdowaˆy si© same garbarnie. - Jest czeladnikiem garbarskim - odpowiedziaˆ. - To trzeba uda† si© do majstra... - odezwaˆ si© jaki˜ 56 m©¾czyzna, kt¢ry zatrzymaˆ si© wˆa˜nie, i niby dobrodusz- nie, ale z pewnym wyrazem niedowierzania wpatrywaˆ si© w Maurycego. - Majstrowie znaj¥ po imieniu wszystkich swych rze- mie˜lnik¢w, a to wˆa˜nie jest obywatel Dixmer, dyrektor garbami, w kt¢rej pracuje przeszˆo pi©†dziesi©ciu ludzi. On mo¾e udzieli† ci potrzebnych wiadomo˜ci. Maurycy obejrzaˆ si© i spostrzegˆ sˆusznego wzrostu, sta- tecznego mieiszczanina o poczciwej twarzy, w ubiorze za- mo¾nego fabrykanta. - Tylko, jak powiedziaˆ obywatel od«wierny, trzeba zna† nazwisko tego przyjaciela - rzekˆ mieszczanin. - Powiedziaˆem ju¾, ¾e nazywa si© Ren©. - Ren© to tylko imi© dane na chrzcie, a ja pytam o na- zwisko. U mnie ka¾dy robotniik zapisany jest pod nazwi- skiem. - Na honor - rzekˆ Maurycy, nieco zniecierpliwiony tym badaniem - nie wiem, jakie jest jego nazwisko. - Jak to! - rzekˆ mieszczanin z u˜miechem, w kt¢rym Maurycy dostrzegˆ wi©cej ironii, ni¾ garbarz chciaˆ oka- za†. - Nie znasz nazwiska swego przyjaciela? - Nie. - W takim razie zapewne go nie znajdziesz. I mieszczanin, ukˆoniwszy si© grzecznie Maurycemu, od- szedˆ i po chwili znikn¥ˆ w jednym z dom¢w przy ulicy Samt-Jacques. - Koniec koäc¢w, je¾eli nie znasz jego nazwiska... - powiedziaˆ szewc-od«wierny. - Tol c¢¾ st¥d, ¾e nie znam? - odparˆ Maurycy, szu- kaj¥c okazji do kˆ¢tni, aby wywrze† na kim˜ wzbieraj¥cy w nim gniew. - Nic, obywatelu, nic, tylko je¾eli nie znasz nazwiska twego przyjaciela, to by† mo¾e, jak m¢wi obywatel Dix- mer, wcale go nie odnajdziesz. 57 Powiedziawszy to, obywatel od«wierny wszedˆ do swej klitki, wzruszaj¥c ramionami. Maurycy miaˆ wielk¥ ochot© uderzy† obywatela od«wier- nego, lecz byˆ to starzec, na kt¢rego nie godziˆo si© podno- si† r©ki. Gdyby byˆ o dwadzie˜cia lat mˆodszy, Maurycy dowi¢dˆby mu, na czym polega r¢wno˜† wobec prawa, nier¢wno˜† wobec siˆy. Noc ju¾ zapadaˆa. Maurycy, korzystaj¥c z resztek dziennego ˜wiatˆa, zapu˜- ciˆ si© w najbli¾sz¥ uliczk©, p¢«niej przebiegˆ drug¥. Przy- patrywaˆ si© ka¾dym drzwiom, przegl¥daˆ ka¾dy zak¥tek, wspinaˆ si© na ka¾dy mur, rzucaˆ okiem przez ka¾d¥ krat©, ka¾dy pˆot, ogl¥daˆ ka¾dy zamek, koˆataˆ do ka¾dego skˆa- du - i nie otrzymaˆ ¾adnej odpowiedzi. Straciˆ kilka go- dzin na bezu¾ytecznych poszukiwaniach. Wybiˆa godzina dziesi¥ta. —ciemniˆo si© zupeˆnie. W pu- stej dzielnicy nie byˆo sˆycha† najmniejszego szelestu, nie wida† byˆo najmniejszego ruchu. ½ycie zdawaˆo si© zamie- ra† wraz z dniem. Maurycy z rozpaczy chciaˆ ju¾ zrezygnowa†, gdy wtem niespodziewanie na zakr©cie w¥skiej uliczki dostrzegˆ ja- kie˜ ˜wiateˆko. Pu˜ciˆ si© natychmiast w ciemne przej˜cie, nie spostrzegaj¥c, ¾e w tej samej chwili czyja˜ ciekawa gˆowa, kt¢ra spoza drzew wznosz¥cych si© nad- murem od kwadransa ˜ledziˆa jego kroki, nagle znikn©ˆa. W kilka sekund p¢«niej trzech ludzi wyszˆo przez maˆe drzwiczki wybite w murze i znikn©ˆo w uliczce, kt¢r¥ udaˆ si© Maurycy, czwarty za˜, dla wi©kszej ostro¾no˜ci, za- mkn¥ˆ za nimi drzwiczki. Maurycy natkn¥ˆ si© przy koäcu uliczki na dziedziniec; po drugiej jego stronie bˆyszczaˆo ˜wiateˆko. Zastukaˆ do drzwi n©dznego i samotaego domku, i ˜wiateˆko natych- miast zgasˆo. Staˆ jeszcze chwil©, lecz nikt mu nie odpowiadaˆ. Nie 58 chc¥c traci† czasu na pr¢¾no, przebyˆ dziedziniec i znowu wr¢ciˆ na uliczk©. Jednocze˜nie drzwi domu z wolna zaskrzypiaˆy, wyszˆo z nich trzech ludzi i daˆo si© sˆysze† gwizdni©cie. Maurycy obejrzaˆ si© i w odlegˆo˜ci dwa razy wi©kszej ni¾ dˆugo˜† jego kija dostrzegˆ trzy cienie. W ciemno˜ci, przy blasku nikˆego ˜wiatˆa, mign©ˆy trzy sztylety. Maurycy zrozumiaˆ, ¾e jest otoczony. Chciaˆ swoj¥ paˆk¥ zrobi† mˆynka, ale uliczka byˆa tak w¥ska, ¾e paˆka zawa- dziˆa o mur. W tej chwili ogˆuszyˆo go gwaˆtowne uderze- nie w gˆow©. Czterej ludzie, kt¢rzy wyszli przez maˆe drzwiczki w murze, rozpocz©li niespodziewanie b¢jk©. Siedmiu m©¾czyzn r¢wnocze˜nie napadˆo na Maurycego i mimo rozpaczliwego oporu obaliˆo go na ziemi©, skr©po- waˆo mu r©ce i zawi¥zaˆo oczy. Maurycy nie krzyczaˆ, nie wzywaˆ ratunku. Siˆa i od- waga stanowi¥ cechy charakteru, kt¢re zdaj¥ si© wsty- dzi† obcej pomocy. W pustej dzielnicy nikt nie po˜pieszyˆ- by mu na ratunek. Maurycy wi©c, jak powiedzieli˜my, zostaˆ zwi¥zany i skr©powany, nie wydawszy najmniejszego j©ku. S¥dziˆ zreszt¥, ¾e je¾eli zawi¥zano mu oczy, to zapewne nie dlatego, aby go zaraz zabi†. W wieku Maurycego ka¾da zwˆoka stanowi nadziej©. Staraˆ si© wi©c zachowa† caˆ¥ przytomno˜† umysˆu i cze- kaˆ. - Kto jeste˜? - spytaˆ go jaki˜ gˆos. - Jestem czˆowiekiem, kt¢rego morduj¥ - odrzekˆ Maurycy. - Gorzej, b©dziesz czˆowiekiem zamordowanym, je¾eli nadal b©dziesz m¢wiˆ gˆo˜no, je¾eli tylko krzykniesz! - Gdybym miaˆ krzycze†, nie byˆbym czekaˆ do tej pory. - Czy got¢w jeste˜ odpowiada† na moje pytania? 59 - Pytaj, a zobacz©, czy b©d© m¢gˆ odpowiada†. - Kto ci© tu przysˆaˆ? - Nikt. - Przyszedˆe˜ zatem z wˆasnej inicjatywy? - Tak. - Kˆamiesz! Maurycy szarpn¥ˆ si© gwaˆtownie, chc¥c uwolni† r©ce, ale na pr¢¾no. - Nigdy nie kˆami©! - odpowiedziaˆ. - W ka¾dym razie, czy przychodzisz z wˆasnej inicja- tywy, czy ci© tu kto przysyˆa, jeste˜ szpiegiem! - A wy podˆymi nikczemnikami! - My? - Tak jest, siedmiu was czy o˜miu zb¢j¢w przeciw skr©powanemu czˆowiekowi, i do tego jeszcze go zniewa- ¾acie. Podli! podli! podli! Gwaˆtowno˜† Maurycego, zamiast podra¾ni† jego prze- ciwnik¢w, zdawaˆa si© ich raczej uspokaja†, dowodziˆa bo- wiem, ¾e mˆodzieniec nie byˆ tym, za kogo go uwa¾ano. Prawdziwy szpieg byˆby dr¾aˆ i bˆagaˆ o ˆask©. - W tym, co powiedziaˆem, nie ma ¾adnej zniewagi - odezwaˆ si© jaki˜ gˆos ˆagodniejszy, ale zarazem jak gdyby przyzwyczajony do rozkazywania. - W obecnym czasie mo¾na by† szpiegiem i jednocze˜nie uczciwym czˆowie- kiem. Ryzykuje si© tylko ¾ycie. - B¥d« pozdrowiony ty, kt¢ry to rzekˆe˜. Odpowiem ci ch©tnie. - Co robisz w tej dzielnicy? - Szukam kobiety. Odpowied« t© przyj©to szmerem niedowierzania, kt¢ry wzrastaj¥c przeszedˆ niemal w burz©. - Kˆamiesz - zacz¥ˆ znowu ten sam gˆos. - Nie ma tu ¾adnej kobiety. Wiemy dobrze, kogo przez to nale¾y rozumie†. Nie ma tu, powtarzam, kobiety, kt¢r¥ by nale- ¾aˆo ˜ciga†. Wyznaj sw¢j zamiar lub umrzesz. 60 - No, nR - powiedziaˆ Maurycy - przecie¾ mnie nie zabijecie dla rozrywki, chyba ¾e jeste˜cie rozb¢jnikami. I znowu szarpn¥ˆ si© jeszcze gwaˆtowniej, i bardziej nie- spodzianie ni¾ przedtem, chc¥c uwolni† r©ce od kr©puj¥- cego je sznura. Ale nagˆe bolesne i ostre zimno rozdarˆo mu pier˜. Maurycy cofn¥ˆ si© w tyˆ mimo woli. - Czujesz, co to jest? - spytaˆ jeden z napastnik¢w. - Wiedz, ¾e jest tu osiem sztylet¢w podobnych do tego, z kt¢rym dopiero co zawarˆe˜ znajomo˜†. - No, dobijcie mnie - rzekˆ z rezygnacj¥ Maurycy. - Niech si© przynajmniej od razu wszystko skoäczy. - M¢w, kto jeste˜? - odezwaˆ -si© gˆos ˆagodny a roz- kazuj¥cy. - Czy chcecie zna† moje nazwisko? - Tak jest. - Jestem Maurycy Lindey. - Co? - zawoˆaˆ jeden gˆos. - Maurycy Lindey, se- kretarz sekcji Lepelletier? Sˆowa te wym¢wiono z tak wielkim zapaˆem, ¾e Maurycy przekonaˆ si©, i¾ byˆy najzupeˆniej szczere. Maurycy niezdolny byˆ do podˆo˜ci. Wypr©¾yˆ si© jak struna i rzekˆ tonem stanowczym: - Tak jest, Maurycy Lindey, sekretarz sekcji Lepelle- tier. Maurycy Lindey, patriota, rewolucjonista, jakobin. Maurycy Lindey, kt¢ry do najpi©kniejszych dni swego ¾y- cia zaliczy dzieä, w kt¢rym umrze za spraw© wolno˜ci. O˜wiadczenie to przyj©to ˜miertelnym milczeniem. Maurycy Lindey nastawiˆ pier˜, s¥dz¥c, ¾e za chwil© sztylet, kt¢rego ostrze poczuˆ niedawno, utkwi w jego sercu. - Czy to rzeczywi˜cie prawda? - rzekˆ po chwili gˆos wyra«nie zdradzaj¥cy wzruszenie. - No, mˆodzieäcze, przestaä kˆama†. - Zajrzyjcie mi do kieszeni - powiedziaˆ Maurycy. - 61 Spojrzyjcie na moj¥ pier˜, a znajdziecie na koszuli litery M. L., je¾eli ich krew nie zatarˆa. Natychmiast potem poczuˆ, ¾e silne rami© podnosi go z ziemi. Zaniesiono go gdzie˜ niedaleko. Wkr¢tce usˆyszaˆ, jak si© otworzyˆy drzwi jedne i drugie, drugie jednak w©¾- sze byˆy ni¾ pierwsze, gdy¾ nios¥cy go ludzie ledwie mogli si© w nich pomie˜ci†. Szmer i szepty nie milkˆy. "Jestem zgubiony - pomy˜laˆ Maurycy. - Przywi¥¾¥ mi kamieä do szyi i wrzuc¥ w jak¥˜ dziur© do Bievre." Ale po chwili poczuˆ, ¾e nios¥cy go ludzie wst©puj¥ na jakie˜ schody. Owion¥ˆ go delikatny powiew, po czym posadzono go na krze˜le. Usˆyszaˆ, ¾e zamkni©to drzwi na dwa spusty i ¾e si© oddalono. Zdawaˆo mu si©, ¾e zosta- wiono go samego. Nasˆuchiwaˆ wi©c z uwag¥, na jak¥ zdo- by† si© mo¾e czˆowiek, kt¢rego ¾ycie zale¾y od jednego sˆo- wa. Zdawaˆo mu si©, ¾e sˆyszy, jak ten sam gˆos, kt¢ry go przedtem uderzyˆ sw¥ stanowczo˜ci¥ i ˆagodno˜ci¥, rzekˆ: - Narad«my si©. VIII GENOWEFA Upˆyn¥ˆ kwadrans, kt¢ry wydaˆ si© Maurycemu wiekiem. Byˆo to zupeˆnie naturalne: mˆody, przystojny, silny, oto- czony setk¥ przyjaci¢ˆ gotowych zgin¥† dla niego, przyja- ci¢ˆ, z kt¢rymi, jak marzyˆ, miaˆ dokona† wielkich czy- n¢w - nagle, wcale si© tego nie spodziewaj¥c, znalazˆ si© w zasadzce, nara¾ony na utrat© ¾ycia. Zdawaˆ sobie spraw©, ¾e zamkni©to go w jakim˜ pokoju, lecz nie wiedziaˆ, czy go obserwowano. Znowu pr¢bowaˆ rozerwa† wi©zy. Napr©¾yˆ ¾elazne mu- skuˆy, sznur wpiˆ mu si© w ciaˆo, ale nie p©kˆ. Najokropniejsz¥ rzecz¥ byˆo to, ¾e r©ce zwi¥zano mu do tyˆu i ¾e nie m¢gˆ zdj¥† z oczu przepaski. Gdyby widziaˆ, mo¾e by m¢gˆ uciec. Tymczasem nikt nie pr¢bowaˆ przeciwdziaˆa† jego usiˆo- waniom, nikt si© nie ruszaˆ. Przypuszczaˆ wi©c, ¾e jest sam. Nogami dotykaˆ czego˜ mi©kkiego, s¥dziˆ, ¾e to piasek lub glina. Przykra i przejmuj¥ca woä ˜wiadczyˆa, ¾e s¥ tu jakie˜ ro˜liny. Maurycy my˜laˆ, ¾e znajduje si© w cieplarni lub w jakim˜ innym podobnym pomieszczeniu. Uczyniˆ kil- ka krok¢w, dotkn¥ˆ muru, odwr¢ciˆ si© i wyci¥gaj¥c do tyˆu r©ce namacaˆ narz©dzia rolnicze. Wydaˆ okrzyk ra- do˜ci. Po kilku niesˆychanych wysiˆkach rozpoznaˆ dotykiem wszystkie narz©dzia, jedno po drugim. Jego ucieczka sta- waˆa si© kwesti¥ czasu; je¾eli traf lub opatrzno˜† udzieli mu pi©ciu minut, je¾eli mi©dzy narz©dziami znajdzie si© co˜ ostrego, b©dzie ocalony. Znalazˆ rydel. Poniewa¾ byˆ zwi¥zany, musiaˆ stoczy† walk©, nim ¢w rydel zdoˆaˆ odwr¢ci† ¾elazem do g¢ry. Pomagaj¥c sobie plecami, oparˆ ¾elazo o mur i przer¾n¥ˆ, a raczej przetarˆ sznur, kt¢ry kr©powaˆ mu r©ce. Trwaˆo to dˆugo, bo ¾elazo rydla byˆo t©pe. Pot spˆywaˆ mu z czoˆa. Uczyniˆ ostatni gwaˆtowny wysiˆek i sznur, w .poˆowie przetarty, p©kˆ w koäcu. Krzykn¥ˆ z rado˜ci, bo teraz byˆ przynajmniej pewny, ¾e b©dzie si© 'broniˆ, zanim umrze. Zerwaˆ z oczu przepask©. Nie myliˆ si©. Znajdowaˆ si© w cieplarni, a raczej w pomieszczeniu, gdzie przechowy- wano ro˜liny, kt¢re wymagaj¥ ochrony przed chˆodnym, ostrym powietrzem zimy. W jednym k¥cie staˆy narz©dzia ogrodnicze, z kt¢rych jedno wy˜wiadczyˆo mu tak wielk¥ przysˆug©. Na wprost k¥ta znajdowaˆo si© okno: Maurycy poskoczyˆ ku niemu i przekonaˆ si©, ¾e byˆo zakratowane. Za nim staˆ czˆowiek uzbrojony w karabin. Po drugiej stronie ogrodu, w odlegˆo˜ci mo¾e trzydziestu 63 krok¢w, wznosiˆ si© maˆy pawilonik, podobny do tego, w kt¢rym znajdowaˆ si© Maurycy. ½aluzje w nim byˆy spuszczone, lecz przegl¥daˆo przez nie ˜wiateˆko. Maurycy zbli¾yˆ si© do drzwi i sˆuchaˆ: drugi wartow- nik przechadzaˆ si© za drzwiami. W gˆ©bi korytarza odzywaˆy si© pomieszane gˆosy. Na- rada widocznie zamieniˆa si© w sprzeczk©. Maurycy nie m¢gˆ dobrze zrozumie† wszystkiego, co m¢wiono. Usˆyszaˆ jednak¾e kilka sˆ¢w, takich jak: "szpieg", "puginaˆ", "˜mier†". Nat©¾yˆ uwag©. Otworzono jedne drzwi, sˆyszaˆ wi©c wyra«niej. - Tak jest - dowodziˆ jeden gˆos. - tak jest, to szpieg. Niew¥tpliwie co˜ zwietrzyˆ i przyszedˆ po to, aby zbada† nasze tajemnice. Je¾eli go uwolnimy, narazimy si© na nie- bezpieczeästwo, bo nas zadenuncjuje. - A jego sˆowo? - rzekˆ drugi gˆos. - Sˆowo da, a mimo to nas zdradzi. Albo¾ on szlachcic, aby mo¾na byˆo wierzy† jego sˆowu? Maurycy zgrzytn¥ˆ z©bami na my˜l, ¾e s¥ jeszcze ludzie utrzymuj¥cy, i¾ aby dotrzyma† sˆowa, trzeba by† szlach- cicem. - Nie zna nas, a wi©c nie b©dzie m¢gˆ zadenuncjowa†. - Ze nas nie zna, to prawda, nie wie, czym si© zajmu- jemy, ale zna nasz adres ˆ mo¾e tu wr¢ci† w dobrym to- warzystwie. Argument zdawaˆ si© by† przekonywaj¥cy. - A wi©c - rzekˆ gˆos, kt¢ry Maurycy kitka ju¾ razy braˆ za gˆos przyw¢dcy - decyzja powzi©ta? - Ale¾ tak, tak, nie rozumiem twojej wspaniaˆomy˜l- no˜ci, m¢j kochany. Gdyby Komitet Ocalenia Publicznego miaˆ nas w swoim r©ku, zobaczyliby˜my, czy robiˆby z na- mi tyle ceregieli. - Nie zmieniacie zatem swojego postanowienia? - Nie, i liczymy, ¾e nie b©dziesz stawiaˆ sprzeciwu. 64 - Ja mam tylko jeden glos, moi panowie, i daˆem go za uwolnieniem wi©«nia, wy macie sze˜† i wszyscy gˆosu- jecie za ˜mierci¥. —mier† zatem, i sprawa skoäczona. Pot, spˆywaj¥cy po czole Maurycego, zastygˆ nagle. - B©dzie krzyczaˆ, b©dzie wyˆ - rzekˆ gˆos. - Czy˜cie przynajmniej kazali wyj˜† pani Dixmer? - O niczym nie wie. Jest w pawilonie naprzeciwko. - Pani Dixmer? - szepn¥ˆ Maurycy. - Zaczynam ro- zumie†. Jestem u garbarza, kt¢ry rozmawiaˆ ze mn¥ na ulicy i odszedˆ, ˜miej¥c si©, poniewa¾ nie umiaˆem mu powiedzie† nazwiska mego przyjaciela. Ale jaki¾, u diabˆa, ma garbarz interes, ¾eby mnie zabi†? Powiedziawszy to obejrzaˆ si© wokoˆo i spostrzegˆ ¾ela- zny dr¥g z drewnian¥ r©koje˜ci¥. - W ka¾dym razie - rzekˆ - nim mnie zamorduj¥, niejednego poˆo¾© trupem. I szybko chwyciˆ niewinne narz©dzie, kt¢re w jego r©ku miaˆo si© sta† straszliw¥ broni¥. Wr¢ciˆ potem do drzwi i stan¥ˆ tak, aby, gdy je otworz¥, zasˆoniˆy go zupeˆnie. Serce o maˆo nie wyskoczyˆo mu z piersi, w˜r¢d gˆuchej ciszy zdawaˆo si©, ¾e sˆycha† ka¾de jego uderzenie. Nagle Maurycy zadr¾aˆ na caˆym ciele. Jeden gˆos po- wiedziaˆ: - Posˆuchajcie mnie: wybijcie po prostu szyb© i przez kraty wypalcie do niego z karabinu. - O nie, nie, tylko bez haˆasu - przerwaˆ inny gˆos. - - Wystrzaˆ m¢gˆby nas zdradzi†. Ach, jeste˜, Dixmer. I c¢¾ twoja ¾ona? - Wˆa˜nie zagl¥daˆem przez -¾aluzje. Niczego si© nie domy˜la, siedzi i czyta. - Sˆuchaj, Diximer, ty musisz ostatecznie zadecydowa†. Gˆosujesz za karabinem czy za sztyletem? - Wystrzegajmy si© palnej broni, o ile mo¾na. Jestem za sztyletem. - Chod«my. 9 - A- n^mas? 65 - Chod«my! - powiedziaˆo razem pi©† czy sze˜† gˆo- s¢w. Maurycy, dnec^o Rewolucji, miaˆ stalowe serce i prze- konania ateisty, ale usˆyszawszy wyraz "chod«my", wym¢- wiony za drzwiami, kt¢re jedynie dzieliˆy go od ˜mierci, przypomniaˆ sobie znak krzy¾a ˜wi©tego, kt¢rego nau- czyˆa go matka, gdy byˆ jeszcze dzieckiem i gdy na kl©cz- kach odmawiaˆ pacierz. Kroki zbli¾aˆy si©, potem nast¥piˆa cisza Klucz obr¢ciˆ si© w zaniku i drzwi otworzyˆy si© z wolna Maurycy pomy˜laˆ: "Je¾eli b©d© traciˆ czas na obron©, zabij¥ mnie Wpadn© wi©c pierwszy na tych zb¢jc¢w, za- skocz© ich, przez ogr¢d dostan© si© na uliczk© l mo¾e zdoˆam si© ocali†." I rzuciˆ si© naprz¢d z nieprawdopodobna siˆ¥ i dzikim okrzykiem, w kt¢rym przebijaˆa raczej gro«ba ni? prze- strach, obaliˆ dw¢ch najbli¾szych ludzi, kt¢rzy s¥dz¥c, ¾e jest skr©powany i ma zawi¥zane oczy, nie spodziewali si© napadu. Rozp©dziˆ pozostaˆych, w jednej sekundzie przebyˆ dzi©ki swej zwinno˜ci dziesi©cios¥¾niow¥ odlegˆo˜†, spo- strzegˆ na koäcu korytarza otwarte drzwi do ogrodu, po- p©dziˆ tam, przeskoczyˆ kilka schod¢w i zorientowawszy si© szybko w poˆo¾eniu, pobiegˆ ku bramie. Brama byˆa zamkni©ta na dwie zasuwy i zamek Maury- cy odsun¥ˆ zasuwy, chciaˆ otworzy† zamek, lecz nie byˆo klucza. Prze˜ladowcy wybiegli tymczasem na ganek i dostrzegli zbiega. - Jest! Jest! - woˆali. - Strzelaj, Dixmer, strzelaj! Zabij! Zabij! Maurycy j©kn¥ˆ: byˆ zamkni©ty w ogrodzie Zmierzyˆ mur wzrokiem i przekonaˆ si©, i¾ ma dziesi©†, st¢p wyso- ko˜ci. Wszystko trwaˆo zaledwie chwil©. Mordercy rzucili si© ku niemu. Wi Maurycy wyprzedzaˆ ich o dwadzie˜cia krok¢w, spoj- rz¥) naokoˆo siebie, jak skazany, kt¢ry szuka cho† cienia nadziei Dostrzegˆ pawilan, ¾aluzj©, a za ni¥ ˜wiatˆo. Jednym prawie susem pokonaˆ odlegˆo˜† dziesi©ciu kro- k¢w, schwyciˆ ¾aluzj©, zerwaˆ j¥, wybiˆ okno i wpadˆ do o˜wietlonego pokoju, gdzie przy kominku siedziaˆa jaka˜ kobieta czytaj¥c ksi¥¾k©. Przestraszyˆa si© i krzykn©ˆa o pomoc. - Usuä si©, Genowefo, usuä si©, bym m¢gˆ go zabi†! - woˆaˆ Di x mer I Mauryc\ ujrzaˆ wymierzon¥ w siebie luf© karabinu. Ale zaledwie kobieta go dostrzegˆa, natychmiast zamiast usun¥† si©, jak m¥¾ jej nakazywaˆ, wydaˆa okropny krzyk ' rzuciˆa si© mi©dzy Maurycego a luf© karabinu. Ten ruch zwr¢ciˆ na ni¥ uwag© Maurycego. Teraz on znowu wydaˆ okrzyk - byˆa to bowiem szu- kana przezeä nieznajoma. - Pani! Pani! tu?! - zawoˆaˆ. - Cicho! - rzekˆa Genowefa. A potem obr¢ciwszy si© w stron© morderc¢w, kt¢rzy uzbrojeni zbli¾ali si© do okna, zawoˆaˆa: - O, wy go nie zabijecie! - To szpieg! - wrzasn¥ˆ Dixmer, a jego miˆa i ˆagodna twarz przybraˆa wyraz nieubˆaganej stanowczo˜ci. - To szpieg i musi umrze†! - Szpieg? On? - powiedziaˆa Genowefa. - Chod« tu, Dixmer, powiem ci tylko jedno sˆowo, a przekonasz si©, w jak wielkim jeste˜ bˆ©dzie. Dixmer zbli¾yˆ si© do okna. Genowefa podeszˆa ku nie- mu i co˜ mu szepn©ˆa do ucha. Garbarz podni¢sˆ ¾ywo gˆow©. - On? - powiedziaˆ. - We wˆasnej osobie! -rzekˆa Genowefa. - Jeste˜ tego zupeˆnie pewna? ¯ 67 Mˆoda kobieta nic nie odpowiedziaˆa, lecz odwr¢ciwszy si© ku Maurycemu, podaˆa mu z u˜miechem r©k©. W¢wczas na twarzy Dixmera osiadˆ znowu wyraz ˆagod- no˜ci i spokoju. Postawiˆ karabin i rzekˆ: - Kiedy tak, to co Innego. Nast©pnie daˆ znak towarzyszom, odszedˆ z nimi na bok, powiedziaˆ im kilka sˆ¢w i oddaliˆ si© zaraz. - Schowaj pan ten pier˜cieä, bo go tu wszyscy znaj¥ - szepn©ˆa Genowefa. Maurycy zdj¥ˆ pier˜cieä z palca i wsun¥ˆ go w kieszeä kamizelki. W chwil© potem otworzyˆy si© drzwi i Dixmer, bez bro- ni, stan¥ˆ przed Maurycym. - Wybacz, obywatelu - rzekˆ - ¾e nie wiedziaˆem wcze˜niej, jak bardzo jestem ci zobowi¥zany' Ale ¾ona moja, pami©taj¥c o przysˆudze, jak¥ jej wy˜wiadczyˆe˜ wieczorem dziesi¥tego marca, zapomniaˆa zupeˆnie twego nazwiska. Nie wiedzieli˜my, z kim mamy do czynienia, inaczej, wierzaj mi, ani na chwil© nie w¥tpiliby˜my o two- im honorze i zamiarach. Tak wi©c, jeszcze raz prosz© o przebaczenie! Maurycy osˆupiaˆ. Ledwie trzymaˆ si© na nogach. Czuˆ, ¾e kr©ci mu si© w gˆowie i omal nie upadˆ. Oparˆ si© o kominek. - Oto sekret, obywatelu, kt¢ry powierzam twemu ho- norowi. Jak wiesz, jestem garbarzem i wˆa˜cicielem gar- barni. Wi©ksza cz©˜† kwas¢w, kt¢rych u¾ywam do pre- parowania sk¢r, stanowi towar zakazany. Ot¢¾ przemyt- nicy, z kt¢rymi mam do czynienia, dowiedzieli si©, ¾e za- denuncjowano ich w radzie generalnej. Widz¥c ciebie, gdy zasi©gaˆe˜ informacji u od«wiernego, zl¥kˆem si©. Moich przemytnik¢w, bardziej jeszcze ni¾ mnie samego, przestra- szyˆa twoja czerwona czapka, a przede wszystkim twoja odwa¾na postawa. Nie ukrywam, ¾e postanowiono, aby˜ zgin¥ˆ. 68 - Nic nowego mi nie m¢wisz, obywatelu. Dobrze o tym wiedziaˆem, bo sˆyszaˆem caˆ¥ wasz¥ narad© i widziaˆem tw¢j karabin. - Prosiˆem ci© ju¾ o przebaczenie - przerwaˆ Dixmer z rozbrajaj¥c¥ dobroduszno˜ci¥. - Chciej¾e zrozumie†, i¾ dzi©ki obecnemu nieˆadowi ja i wsp¢lnik m¢j, pan Morand, jeste˜my na drodze do zrobienia maj¥tku. Zajmujemy si© dostaw¥ tornistr¢w dla wojska. Co dzieä robimy ich okoˆo dw¢ch tysi©cy. Dzi©ki szcz©˜liwej epoce, w kt¢rej ¾yjemy, wˆadza, maj¥ca i tak peˆne r©ce roboty, nie ma czasu na ˜cisˆe sprawdzanie naszych rachunk¢w. Winienem ci nadto wyzna†, ¾e ˆowimy ryby w nieco m©tnej wodzie, tym bar- dziej ¾e, jak ci powiedziaˆem, preparaty, kt¢re sprowadza- my za po˜rednictwem przemytnik¢w, przynosz¥ nam dwie- ˜cie procent zysku. - Do diabˆa - rzekˆ Maurycy - niezˆy zysk. Rozu- miem dobrze wasz¥ obaw©, ale obecnie, skoro mnie znacie, jeste˜cie ju¾ spokojni, nieprawda¾? - Teraz nie ¾¥dam ju¾ nawet twego sˆowa honoru, oby- watelu - odpowiedziaˆ Dixmer. I kˆad¥c mu r©k© na ramieniu, patrz¥c z u˜miechem w oczy, dodaˆ: - Kiedy ju¾, ¾e si© tak wyra¾©, jes".;˜my przyjaci¢ˆmi, powiedz mi, mˆodzieäcze, po co˜ tu przyszedˆ w nasze strony? Rozumie si©, je¾eli nie chcesz zdradzi† sekretu, nie ¾¥dam odpowiedzi. - Zdaje mi si©, ¾e ci ju¾ o tym m¢wiˆem - wyj¥kaˆ Maurycy. - Prawda, prawda - rzekˆ mieszczanin - m¢wiˆe˜ o jakiej˜ kobiecie. - O Bo¾e, przebacz, obywatelu - odpowiedziaˆ Mau- rycy - ale rozumiem doskonale, ¾em winien si© wytˆuma- czy†. Dowiedz si© zatem, ¾e szukaˆem kobiety, kt¢ra pew- nego wieczoru, zamaskowana, powiedziaˆa mi, ¾e mieszka w tej dzielnicy. Nie znam ani jej nazwiska, ani stanu, ani adresu, ale wiem, ¾e jest maˆego wzrostu i ¾e szalej© za ni¥ z miˆo˜ci. Genowefa byˆa wysoka. - Wiem, ¾e jest blondynk¥ i ma wesoˆy wyraz twarzy. Genowefa byˆa brunetk¥ i miaˆa wielkie, my˜l¥ce oczy. - Jest gryzetk¥ - m¢wiˆ dalej Maurycy - i aby si© jej podoba†, wˆo¾yˆem zwykˆe ubranie. - Ot¢¾ i wszystko jest jasne - powiedziaˆ Dbcmer z ewangeliczn¥ wiar¥, jak o tym ˜wiadczyˆo jego szczere spojrzenie. Genowefa odwr¢ciˆa si©, czuj¥c, ¾e si© rumieni. . - Biedny obywatelu Lindey - ˜miej¥c si© rzekˆ Dix- naer - przykro nam, ¾e˜my tak niewˆa˜ciwie « tob¥ po- st¥pili. O, byˆby˜ ostatnim, kt¢remu chciaˆbym wyrz¥dzi† krzywd©. No, prosz©, tak dobry patriota, brat... Ale¾, do- prawdy, s¥dziˆem, ¾e jaki˜ niegodziwiec podszywa si© pod twoje nazwisko. - Nie m¢wmy wi©cej o tym - rzekˆ Maurycy, zorien- towawszy si©, ¾e ju¾ czas wraca† do domu. - Wyprowad« mnie pan na ulic© i zapomnijmy o wszystkim. - Wyprowadzi† ci©? Opu˜ci†? - zawoˆaˆ Dixmer. - O nie, nie! Ja, a raczej ja i m¢j wsp¢lnik urz¥dzamy dzi˜ kolacj© dla zuch¢w, kt¢rzy ci© niedawno chcieli zabi†... Spodziewam si©, ¾e zechcesz wzi¥† z nami udziaˆ w tej maˆej uczcie i przekona† si©, ¾e nie taki diabeˆ straszny, jak go maluj¥. - Ale¾ - odpowiedziaˆ Maurycy uradowany, ¾e jeszcze kilka godzin b©dzie m¢gˆ sp©dzi† obok Genowefy - nie wiem doprawdy, czy mam przyj¥†... - Jak to, czy masz przyj¥†? - przerwaˆ Dixmer. - Musisz przyj¥†. Ci ludzie to r¢wnie¾ dobrzy i gorliwi pa- trioci jak ty. A poza tym, dopiero gdy podzielimy si© ka- waˆkiem chleba, uwierz©, ¾e˜ nam przebaczyˆ. Genowefa nie powiedziaˆa ani sˆowa. Maurycy cierpiaˆ okropnie. 70 - Doprawdy, obywatelu - wyj¥kaˆ mˆodzieniec - boj© si©, czy was nie b©d© kr©powaˆ... Moje ubranie... niewesoˆa mina... Genowefa nie˜miaˆo spojrzaˆa na mˆodzieäca. - Prosimy pana z caˆego serca... - rzekˆa. - Przyjmuj©, obywatelko - odpowiedziaˆ Maurycy, kˆaniaj¥c si© uprzejmie. - Dobrze wi©c, p¢jd© teraz i uspokoj© moich towarzy- szy - rzekˆ garbarz - a tymczasem ogrzej si©, kochany przyjacielu. I wyszedˆ. Maurycy i Genowefa pozostali sami. - Ach, panie - odezwaˆa si© mˆoda kobieta, na pr¢¾- no usiˆuj¥c przybra† ton wym¢wki - nie dotrzymaˆe˜ sˆowa, nie byˆe˜ dyskretny... - Jak to, pani? - zawoˆaˆ Maurycy. - Czy¾ ci© skom- promitowaˆem? Je¾eli tak, to przebacz, odejd© i nigdy... - Bo¾e! - zawoˆaˆa Genowefa wstaj¥c. - Jeste˜ pan raniony w piersi! Koszula jest zbroczona krwi¥! Rzeczywi˜cie, na cienkiej biaˆej koszuli Maurycego, tak bardzo r¢¾ni¥cej si© od jego grubego ubrania, wida† byˆo wielk¥ plam© zaschni©tej krwi, - O, uspok¢j si©, pani - odrzekˆ mˆodzieniec. - Jeden z przemytnik¢w ukˆuˆ mnie sztyletem. Genowefa pobladˆa i uj©ˆa go za r©k©. - Przebacz pan - szepn©ˆa - przebacz wszystko zˆe, kt¢re ci wyrz¥dzono. Ocaliˆe˜ mi ¾ycie, a ja o maˆo nie przyczyniˆam si© do twojej ˜mierci. - Jestem sowicie wynagrodzony, skoro znalazˆem pa- ni¥... Bo chyba pani ani przez chwil© nie przypuszczaˆa, ¾e szukaˆem kogo innego? - P¢jd« pan za mn¥ - przerwaˆa Genowefa - dam panu ˜wie¾¥ bielizn©. Nie trzeba, aby nasi wsp¢ˆbiesiadnicy widzieli pana w takim stanie. To byˆoby dla nich zbyt okrutne. 71 - Ile¾ pani sprawiam kˆopotu... - odpowiedziaˆ Mau- rycy z westchnieniem. - Speˆniam tylko obowi¥zek, a czyni© to z najwi©ksz¥ przyjemno˜ci¥. Genowefa zaprowadziˆa Maurycego do wielkiej goto- walni, kt¢ra sw¥ wytworno˜ci¥ i smakiem mogˆa ka¾dego y/prowadzi† w podziw, szczeg¢lnie w zestawieniu z zawo- dem pana domu. Prawda, ¾e garbarz wygl¥daˆ na milio- nera. Potem otworzyˆa wszystkie szafy. - Bierz pan - rzekˆa - czuj sSpjak u siebie w domu. I wyszˆa. Po powrocie Maurycy zastaˆ ju¾ Dixmera w pokoju ¾ony. - Chod«my, chod«my do stoˆu - rzekˆ - tylko na pana czekaj¥. IX WIECZERZA Gdy Maurycy z Dixmerem i Genowef¥ zjawili si© w sali jadalnej, kolacja byˆa ju¾ przygotowana, lecz sala jeszcze pusta. Wsp¢ˆbiesiadnicy przybywali kolejno. Wszyscy odzna- czali si© przyjemn¥ powierzchowno˜ci¥. Po wi©kszej cz©˜ci byli to mˆodzi ludzie, ubrani wedˆug ¢wczesnej mody, dw¢ch 'czy trzech nosiˆo nawet karmaniole i czerwone czapki. Dixmer przedstawiˆ im Maurycego, wymieniaj¥c wszy- stkie jego tytuˆy i przymioty, i dodaˆ: - Obywatelu Lindey! Widzisz tu wszystkich, kt¢rzy mi pomagaj¥ w handlu. Dzi©ki obecnym czasom, dzi©ki zasa- dom rewolucyjnym ¾yjemy wszyscy na zasadzie r¢wno˜ci. Co dzieä gromadzimy si© dwa razy u tego stoˆu, i szcz©- ˜liwi jeste˜my, ¾e raczyˆe˜ zasi¥˜† z nami do uczty rodzin- nej. No, do stoˆu, obywatele, do stoˆu! - A czy na pana Morand nie zaczekamy? - zapytaˆa nie˜miaˆo Genowefa. - Prawda! - odpowiedziaˆ Dixmer. - Obywatel Mo- rand, o kt¢rym ci ju¾ wspomniaˆem, obywatelu Lindey, to m¢j wsp¢lnik. Do niego nale¾y, ¾e si© tak wyra¾©, admini- stracja domu. On prowadzi korespondencj©, utrzymuje w porz¥dku kas© i rachunki, pˆaci i przyjmuje pieni¥dze, dlatego te¾ najbardziej z nas wszystkich jest zaj©ty i sp¢«- nia si© czasami. Ale ka¾© go zawoˆa†. W tej chwili drzwi si© otworzyˆy i wszedˆ obywatel Mo- rand. Byˆ to niskiego wzrostu brunet, o g©stych brwiach. Czarne oczy zakryte byˆy zielonymi okularami, jak u wszy- stkich, kt¢rym praca osˆabia wzrok. Mimo to wydawaˆo si©, ¾e z tych oczu tryskaˆy bˆyskawice. Ledwie tylko si© odezwaˆ, Maurycy poznaˆ od razu ¢w miˆy, a zarazem sta- nowczy gˆos, kt¢ry podczas opisanego przedtem sporu przemawiaˆ za zastosowaniem ˆagodnych ˜rodk¢w. Morand miaˆ na sobie ciemny frak z du¾ymi guzikami i jasn¥ jedwabn¥ kamizelk©. Maurycy zwr¢ciˆ uwag© na jego deli- katn¥ r©k©, nie wygl¥daj¥c¥ na r©k© garbarza, kt¢r¥ pod- czas wieczerzy wiele razy poprawiaˆ sw¢j cienki ¾abot. Zaj©to miejsca. Obywatel Morand siedziaˆ po prawej stronie Genowefy, Maurycy po lewej, Dixmer naprzeciwko ¾ony, inni biesiadnicy zaj©li pozostaˆe miejsca wok¢ˆ po- dˆu¾nego stoˆu. Wieczerza byˆa bardzo wystawna. Dixmer miaˆ wielki apetyt i z du¾¥ doz¥ serdeczno˜ci czyniˆ honory pana. do- mu. Rzemie˜lnicy, a raczej ci, kt¢rzy za nich uchodzili, pod tym wzgl©dem dotrzymywali mu placu. Obywatel Mo- rand m¢wiˆ maˆo, jadˆ jeszcze mniej, nic prawie nie piˆ, a ˜miaˆ si© bardzo rzadko. Maurycy mo¾e na skutek wtspo- mnieä, jakie w nim budziˆ ten gˆos, wkr¢tce poczuˆ dla 73 niego ¾yw¥ sympati©. Miaˆ w¥tpliwo˜ci co do jego wieku i to go niepokoiˆo. Raz przypuszczaˆ, ¾e ma czterdzie˜ci lub czterdzie˜ci pi©† lat, a raz, ¾e to zupeˆnie mˆody m©¾- czyzna. Siadaj¥c do stoˆu Dixmer s¥dziˆ, ¾e jest jakby obowi¥- zany wyja˜ni† swym wsp¢ˆbiesiadnikom przyczyn©, dla kt¢rej dopu˜ciˆ kogo˜ obcego do ich maˆego grona. Wywi¥zaˆ si© z tego obowi¥zku jak czˆowiek naiwny i nie nawykˆy do kˆamstwa. Wydawaˆo si© jednak, ¾e bie- siadnicy nie przypisuj¥ szczeg¢lnej wagi do podanej przez niego przyczyny, bo mimo caˆej niezr©czno˜ci, z jak¥ fa- brykant tˆumaczyˆ pow¢d wprowadzenia mˆodego czˆo- wieka, wyja˜nienie jego zadowoliˆo wszystkich. Maurycy, zdziwiony, spojrzaˆ na gospodarza. "Na ho- nor - pomy˜laˆ - sam sobie nie dowierzam. Jest¾e to ten sam czˆowiek o paˆaj¥cym spojrzeniu, gro«nym gˆosie, kt¢- ry przed godzin¥ z karabinem w r©ku ˜cigaˆ mnie i chciaˆ zabi†? W owej chwili wygl¥daˆ na jakiego˜ bohatera lub morderc©. Do kata! Jak¾e zamiˆowanie do swego zawodu mo¾e zmieni† czˆowieka!" W sercu Maurycego, podczas gdy czyniˆ te uwagi, go˜- ciˆa zarazem i gˆ©boka bole˜†, i wielka rado˜†, tak ¾e nie umiaˆ zda† sobie sprawy z prawdziwego stanu swej duszy. Znalazˆ si© nareszcie obok pi©knej nieznajomej, kt¢rej tak dˆugo szukaˆ, sˆyszaˆ jej sˆodkie imi©, o kt¢rym ci¥gle ma- rzyˆ. Upajaˆ si© szcz©˜ciem, czuj¥c j¥ u swego boku. Chwy- taˆ ka¾de jej sˆ¢wko, a d«wi©k jej gˆosu wstrz¥saˆ najtaj- niejszymi strunami jego serca. Lecz serce to byˆo upoko- rzone tym, co widziaˆ. Genowefa byˆa w istocie taka, jak¥ j¥ ujrzaˆ po raz pierwszy. Rzeczywisto˜† nie zniszczyˆa bynajmniej snu burzliwej nocy. Byˆa to ta sama elegancka, mˆoda kobieta o smutnym spojrzeniu, wzniosˆym umy˜le, a przy tym, jak si© cz©sto zdarzaˆo w ostatnich latach, byˆa to kobieta dystyngowana, kt¢ra na skutek coraz wi©kszego zubo¾enia T4 szlachty zmuszona byˆa wej˜† w ˜wiat mieszczaäsfci. Dis" mer wydawaˆ si© zacnym czˆowiekiem i byˆ niew¥tpliwie bogaty, post©powanie jego w stosunku do Genowefy wska- zywaˆo na to, ¾e pragn¥ˆ j¥ uszcz©˜liwi†. Ale czy jego do- broduszno˜†, zamo¾no˜†, najlepsze nawet ch©ci mogˆy wy- peˆni† przepa˜† dziel¥c¥ ¾on© i m©¾a, przepa˜†, dziel¥c¥ urocz¥, romantyczn¥ kobiet© i czˆowieka przyziemnego, o pospolitym wygl¥dzie? Jakim uczuciem zapeˆniaˆa Geno- wefa t© przepa˜†? Niestety! Przypadek zdawaˆ si© dosta- tecznie przekonywa† Maurycego, ¾e'miˆo˜ci¥. Musiaˆ wi©c wr¢ci† do pierwszej my˜li, jak¥ powzi¥ˆ o Genowefie: ¾e tego wieczoru, kiedy j¥ spotkaˆ, wracaˆa z miˆosnej schadzki. My˜l, ¾e Genowefa kochaˆa innego m©¾czyzn©, dr©czyˆa serce Maurycego. Wzdychaˆ i ¾aˆowaˆ, ¾e zjawiˆ si© tutaj, aby wychyli† kielich trucizny, zwanej miˆo˜ci¥. Potem, w innych momentach, sˆuchaj¥c miˆego, czystego, peˆnego harmonii gˆosu, badaj¥c jasne spojrzenie, kt¢re pozwalaˆo si©ga† do samego dna duszy, Maurycy my˜laˆ, i¾ niepodobna, aby taka istota zdolna byˆa do zdrady. W¢wczas doznawaˆ gorzkiej rado˜ci, my˜l¥c, ¾e jej pi©kne ciaˆo nale¾y do tego mieszczanina o dobrodusznym u˜mie- chu, opowiadaj¥cego gminne ¾arty, i ¾e jedynie do niego zawsze b©dzie nale¾aˆa. M¢wiono o polityce, bo inaczej by† nie mogˆo. O czym¾e m¢wi† w epoce, w kt¢rej polityka wtargn©ˆa do wszyst- kich dziedzin ¾ycia. Jeden z biesiadnik¢w, kt¢ry dot¥d ci¥gle milczaˆ, zapy- taˆ, czy nie ma wiadomo˜ci o wi©«niach w Tempie. Na d«wi©k tego gˆosu Maurycy zadr¾aˆ mimo woli. Po- znaˆ czˆowieka, kt¢ry, nakˆaniaj¥c do u¾ycia ostatecznych ˜rodk¢w, pchn¥ˆ go najpierw sztyletem, a potem gˆosowaˆ za ˜mierci¥. Jednak¾e czˆowiek ten, uczciwy garbarz, kierownik wa.f- sztatu, bo tak go Dixmer przedstawiˆ, wkr¢tce przywr¢ciˆ Maurycemu dobry humor, wyjawiaj¥c najbardziej patrio- tyczne idee i najbardziej rewolucyjne zasady. W pewnych okoliczno˜ciach mˆodzieniec nasz nie byˆ wrogiem rady- kalnych ˜rodk¢w, tak popularnych w owej epoce, ˜rodk¢w, kt¢rych apostoˆem i bohaterem byˆ Danton. Na miejscu m©¾czyzny, kt¢rego gˆos i broä sprawiaˆy na nim jeszcze dot¥d wstrz¥saj¥ce wra¾enie, nie byˆby zabiˆ czˆowieka, kt¢rego uj©to jako szpiega, lecz zamkn¥ˆby go w ogrodzie i tam, z szabl¥ w r©ku, byˆby z nim walczyˆ bez lito˜ci. Tak post¥piˆby Maurycy. Zrozumiaˆ jednak wkr¢tce, ¾e od garbarskiego wyrobnika nie m¢gˆ wymaga† tego, czego wymagaˆby od siebie. Czˆowiek ten, kt¢ry w swoich politycznych pogl¥dach zdawaˆ si© by† r¢wnie radykalny, jak w ¾yciu prywatnym systematyczny, m¢wiˆ o wi©zieniu w Tempie i dziwiˆ si©, ¾e stra¾ nad tamtejszymi wi©«niami powierzono staˆej ra- dzie, kt¢r¥ ˆatwo przekupi†, i miejskiej gwardii, kt¢rej wierno˜† ju¾ nieraz byˆa wystawiona na pr¢b©. - Tak jest - powiedziaˆ obywatel Morand. - Wyzna† jednak nale¾y, ¾e dot¥d zawsze post©powanie gwardii usprawiedliwiaˆo zaufanie, jakie nar¢d w niej pokˆada, chocia¾ historia powie kiedy˜, ¾e jeden tylko obywatel Ro- bespierre zasˆuguje na przydomek Nieskazitelnego. - Niew¥tpliwie, niew¥tpliwie - przerwaˆ kierownik warsztatu - lecz niedorzeczno˜ci¥ jest utrzymywa†, ¾e to, co dot¥d nie miaˆo miejsca, ju¾ si© nigdy nie stanie. Tak samo rzecz si© ma z Gwardi¥ Narodow¥ - m¢wiˆ da- lej kierownik warsztatu. - Kompanie wojskowe r¢¾nych sekcji sprawuj¥ po kolei wart© w Tempie. Czy nie przy- puszczacie, ¾e w kompanii zˆo¾onej z dwudziestu lub dwu- dziestu pi©ciu ludzi znale«† si© mo¾e o˜miu lub dziesi©ciu ˆotr¢w, gotowych kt¢rejkolwiek nocy wyr¾n¥† stra¾ i wy- kra˜† wi©«ni¢w? - Ba! - odezwaˆ si© Maurycy. - To niewˆa˜ciwy ˜ro- 76 dek, obywatelu, bo przed trzema tygodniami czy przed miesi¥cem chciano go u¾y†, ale si© nie udaˆ. - Dlatego - zacz¥ˆ znowu Morand - ¾e jeden z ary- stokrat¢w, kt¢ry wchodziˆ w skˆad patrolu, byˆ na tyle nierozs¥dny, i¾ zwracaj¥c si© do kogo˜, powiedziaˆ nie- chc¥cy "panie". - I dlatego - rzekˆ Maurycy, kt¢remu chodziˆo o udo- wodnienie, ¾e Republika ma dobrze zorganizowan¥ poli- cj© - ¾e dowiedziano si©, i¾ kawaler de Maison-Rouge znowu jest w Pary¾u. - Ba! - zawoˆaˆ Dixmer. - Wiedziano, ¾e Maison-Rouge przybyˆ do Pary¾a? - zapytaˆ oboj©tnie Morand. - A czy wiedziano, jakim spo- sobem dostaˆ si© do Pary¾a? - Doskonale. - Tam' do licha! - rzekˆ Morand wychylaj¥c si© na- prz¢d, aby zajrze† Maurycemu w oczy. - Ciekawy byˆ- bym dowiedzie† si© tego dokˆadnie, bo dot¥d nic pewnego nam nie doniesiono. Ale ty, obywatelu, jako sekretarz jed- nej z najpopularniejszych sekcji w Pary¾u, jeste˜ niew¥t- pliwie lepiej poinformowany. - Bezwzgl©dnie - odrzekˆ Maurycy. - To, co teraz powiem, jest oczywist¥ prawd¥. Wszyscy biesiadnicy, nawet Genowefa, zdawali si© z naj- pilniejsz¥ uwag¥ oczekiwa† tego, co powie mˆodzieniec. - Kawaler de Maison-Rouge - zacz¥ˆ Maurycy - przy- byˆ, jak si© zdaje, z Wandei, i ze zwykˆym sobie szcz©˜- ciem przejechaˆ caˆ¥ Francj©. Byˆ jeszcze dzieä, gdy zjawiˆ si© przy rogatce Roule i tam zaczekaˆ a¾ do godziny dzie- wi¥tej wieczorem. Jaka˜ kobieta przebrana za wyrobnic© przyniosˆa mu mundur strzelca Gwardii Narodowej, a w dziesi©† minut potem udaˆa si© z nim do miasta. War- townik, kt¢ry widziaˆ j¥ przedtem sam¥, spostrzegˆszy, ¾e wraca w towarzystwie, powzi¥ˆ podejrzenie i zaalarmowaˆ posterunek. Winowajcy, zobaczywszy ¾oˆnierzy, zrozumieli, 77 ¾e to o nich zapewne chodzi. Zacz©li ucieka† i wpadli do jakiego˜ paˆacyku, przez kt¢ry tylnymi drzwiami dostali si© na Champs-fiˆysees. Podobno jaki˜ patrol, oddany ty- ranom, oczekiwaˆ na kawalera przy rogu ulicy Bar-du-Bec. Reszt© ju¾ wiecie. - No, no - rzeikˆ Morand - ciekawe rzeczy pan nam opowiadasz... - A przede wszystkim autentyczne --wtr¥ciˆ Maurycy. - Czy wiadomo, co staˆo si© z t¥ kobiet¥? - Nie, zgin©ˆa bez ˜ladu i nie wiadomo, kim ona jest i sk¥d si© tam wzi©ˆa. Zdawaˆo si©, ¾e obywatel Dixmer i jego wsp¢lnik ode- tchn©li swobodniej. Genowefa podczas caˆego opowiadania byˆa blada i mil- cz¥ca. - Kt¢¾ jednak - spytaˆ obywatel Morand ze zwykˆym sobie spokojem - mo¾e z caˆ¥ pewno˜ci¥ twierdzi†, ¾e ka- waler de Maison-Rouge nale¾aˆ do patrolu, kt¢ry w Tem- pie wywoˆaˆ taki alarm? - Poznaˆ go jeden z gwardzist¢w, m¢j przyjaciel, kt¢ry byˆ tego dnia na sˆu¾bie w Tempie. - Miaˆ wi©c jego rysopis? - Nie, ale dawniej widziaˆ go kilka razy. - Jak wygl¥da kawaler de Maison-Rouge? - spytaˆ Morand. - Ma jakie˜ dwadzie˜cia sze˜† lat, jest niskim blondy- nem o przyjemnej twarzy, pi©knych oczach i bieluteäkich z©bach. Nast¥piˆo gˆ©bokie milczenie. - No! - odezwaˆ si© Morand znowu. - Ale je¾eli ten paäski przyjaciel poznaˆ rzekomego kawalera de Maison- -Rouge, dlaczego go nie aresztowaˆ? - Po pierwsze, nie wiedz¥c o jego powrocie do Pary¾a, baˆ si©, aby nie ulec zˆudzeniu na skutek tego podobieä- 78 stwa, ¯ po wt¢re, przyjaciel m¢j nie jest zbyt stanowczy i nie wiedziaˆ, jak post¥pi† w w¥tpliwym wypadku. - Ty by˜ pewnie inaczej post¥piˆ, obywatelu - rzekˆ Dixmer do Maurycego, ˜miej¥c si© gˆo˜no. - Przyznaj© - odpowiedziaˆ Maurycy - ¾e byˆbym wolaˆ si© omyli†, ni¾ wypu˜ci† z r¥k r¢wnie niebezpiecz- nego czˆowieka, jakim jest kawaler de Maison-Rouge. - I c¢¾ by˜ pan uczyniˆ? - zapytaˆa Genowefa. - Kr¢tko bym caˆ¥ rzecz zaˆatwiˆ, obywatelko - od- rzekˆ Maurycy. - Kazaˆbym pozamyka† wszystkie drzwi i bramy w Tempie, podszedˆbym do patrolu i chwytaj¥c kawalera za koˆnierz, powiedziaˆbym: "Kawalerze de Mai- son-Rouge, aresztuj© ci© jako zdrajc© narodu." A skoro bym go schwytaˆ, r©cz©, ¾e ju¾ bym go nie pu˜ciˆ. - I c¢¾ by w¢wczas nast¥piˆo? - spytaˆa Genowefa. - Wytoczono by proces jemu i jego wsp¢lnikom, i dzi- siaj byˆby ju¾ zgilotynowany. Genowefa zadr¾aˆa i rzuciˆa na s¥siada peˆne trwogi spojrzenie. Obywatel Morand zdawaˆ si© wcale na to nie zwa¾a† i powoli wypr¢¾niaj¥c szklank©, rzekˆ: - Obywatel Lindey ma sˆuszno˜†. Tylko to pozostaˆo do uczynienia Nieszcz©˜cie jednak chciaˆo inaczej. - A nie wiadomo, co si© staˆo z kawalerem de Maison- -Rouge? - spytaˆa Genowefa. - Ba! - zawoˆaˆ Dixmer. - Prawdopodobnie nie cze- kaˆ na aresztowanie. Zobaczywszy, ¾e zamach si© nie udaˆ, umkn¥ˆ z Pary¾a. - A mo¾e nawet i z Francji - dodaˆ Morand. - Mylicie si© - odpowiedziaˆ Maurycy. - Jak to? Czy¾by byˆ na tyle nierozs¥dny, ¾e zostaˆby w Pary¾u? - zawoˆaˆa Genowefa. - Ani si© nawet z niego ruszyˆ. Zdanie to, wypowiedziane z wielk¥ pewno˜ci¥, przyj©to powszechnym zdziwieniem. 79 - To tylko tw¢j wˆasny domysˆ, obywatelu, prosty do- mysˆ i nic wi©cej. - Nie, to fakt, obywatele. - Co do mnie - odezwaˆa si© Genowefa - przyznam si©, ¾e w to nie wierz©. Byˆaby to niewybaczalna nieo- stro¾no˜†. - Jako kobieta zrozumiesz, obywatelko, ¾e u czˆowieka o takim charakterze, jak kawaler de Maison-Rouge, pew- na okoliczno˜† mogˆa przewa¾y† wszelkie wzgl©dy osobi- stego niebezpieczeästwa. - C¢¾ to za okoliczno˜† silniejsza od obawy utraty ¾y- cia? - Miˆo˜†, obywatelko, miˆo˜† - odrzekˆ Maurycy. - Miˆo˜†? - powt¢rzyˆa Genowefa. - Bez w¥tpienia. Czy¾ nie wiesz, obywatelko, ¾e ka- waler de Maison-Rouge jest zakochany w Antoninie? Daˆy si© sˆysze† dwa czy trzy wybuchy ˜miechu, peˆne boja«liwego niedowierzania. Dixmer spojrzaˆ na Maury- cego tak, jakby chciaˆ wyczyta† wszystkie jego my˜li. Ge- nowefa poczuˆa ˆzy w oczach i po caˆym jej ciele przebiegˆ dreszcz, co nawet dostrzegˆ Maurycy. Obywatel Morand rozlaˆ wino ze szklanki, kt¢r¥ ni¢sˆ wˆa˜nie do ust, i Mau- rycy byˆby dostrzegˆ blado˜† jego twarzy, gdyby caˆej uwagi nie skupiˆ na Genowefie. - Wzruszona jeste˜, obywatelko? - szepn¥ˆ Maurycy. - Czy¾ pan nie powiedziaˆ, i¾ ci© rozumiem jako ko- bieta? Ka¾de po˜wi©cenie, cho†by nawet staˆo w sprzecz- no˜ci z naszymi zasadami, zawsze nas wzrusza. - Po˜wi©cenie kawalera de Maison-Rouge jest tym wi©- ksze - dodaˆ Maurycy - ¾e, jak zapewniaj¥, nigdy nawet nie m¢wiˆ z kr¢low¥. - Pozw¢l, obywatelu Lindey - rzekˆ zwolennik ˜rod- k¢w ostatecznych - ale uwa¾am, ¾e zbyt jeste˜ pobˆa¾li- wy dla kawalera... - Panie! - odparˆ Maurycy, umy˜lnie mo¾e posˆuguj¥c 80 si© zwrotem, kt¢ry ju¾ od dawna wyszedˆ z u¾ytku. - Ceni© zawsze ludzi dzielnych i odwa¾nych, co mi jednak nie przeszkadza wyst©powa† przeciwko nim, skoro spo- strzegam ich w szeregu moich nieprzyjaci¢ˆ. Mam te¾ na- dziej©, ¾e kiedy˜ spotkam si© z kawalerem de Maison- -Rouge. - A wtedy... - wtr¥ciˆa Genowefa. - Wtedy... b©d© z nim walczyˆ! Wieczerza si© skoäczyˆa. Genowefa wstaˆa, inni poszli za jej przykˆadem. W tej chwili rozlegˆo si© bicie zegara. - P¢ˆnoc! - powiedziaˆ Morand. - P¢ˆnoc? - zawoˆaˆ Maurycy. - Ju¾ p¢ˆnoc! - Oto sˆowa, kt¢re mi si© podobaj¥ - rzekˆ Dixmer. - Stwierdzaj¥, ¾e˜ si© nie nudziˆ, obywatelu, i ka¾¥ mi przy- puszcza†, ¾e nas znowu odwiedzisz. Dom dobrego patrioty b©dzie dla ciebie zawsze otwarty. Mam nadziej©, ¾e wkr¢tce si© przekonasz, i¾ potrafi© by† r¢wnie¾ dobrym przyja- cielem. Maurycy skˆoniˆ si© i zwracaj¥c si© do Genowefy, za- pytaˆ: - Czy obywatelka raczy mi tak¾e pozwoli†, abym od- wiedzaˆ jej dom? - Owszem, nie tylko pozwalam, ale nawet prosz© - ¾ywo odpowiedziaˆa Genowefa. - Tymczasem, ¾egnam ci©, obywatelu. I wyszˆa. Maurycy po¾egnaˆ wszystkich biesiadnik¢w, pozdrowiˆ serdecznie Moranda, kt¢ry mu si© bardzo podobaˆ, u˜cisn¥ˆ dˆoä Dixmera i wyszedˆ oszoˆomiony, lecz raczej wesoˆy ni¾ smutny na skutek tylu r¢¾nych wra¾eä, doznanych tego wieczoru. - O, niedobre spotkanie! - rzekˆa po odej˜ciu Maury- cego mˆoda kobieta, zwracaj¥c, si© do m©¾a, kt¢ry j¥ od- prowadzaˆ. �zy pˆyn©ˆy jej z oczu. 6 - A. Dumas 81 - Ale¾ przeciwnie! Obywatel Maurycy Lindey, znany patriota, sekretarz sekcji, nieskazitelny, uwielbiany, po- pularny jest bardzo cennym nabytkiem dla biednego gar- barza, przechowuj¥cego przemycane towary - odpowie- dziaˆ z u˜miechem Dixmer. - - S¥dzisz wi©c, m¢j przyjacielu?... - spytaˆa boja¾liwie Genowefa. - S¥dz©, ¾e daje on naszemu domowi ˜wiadectwo patrio- tyzmu, ¾e kˆadzie na nim piecz©† rozgrzeszenia. S¥dz©, ¾e od dzisiejszego wieczoru nawet sam kawaler de Maison- -Rouge m¢gˆby si© tu bezpiecznie ukrywa†. I ucaˆowawszy ¾on© w czoˆo na dow¢d raczej ojcowskiego ni¾ maˆ¾eäskiego przywi¥zania, Dixmer zostawiˆ j¥ w ma- ˆym, przeznaczonym dla niej pawilonie, a sam wr¢ciˆ do drugiej cz©˜ci budynku, gdzie mieszkaˆ wraz z wsp¢ˆbie- siadnikami, kt¢rych pozostawili˜my przy stole. SZEWC SIMON Nadszedˆ pocz¥tek maja. Piersi, znu¾one ci¥gˆym wdy- chaniem lodowatej zimowej mgˆy, z rozkosz¥ napawaˆy si© pogod¥ dnia wiosennego, a delikatne promienie o¾yw- czego sˆoäca padaˆy na czarne mury Tempie. ½oˆnierze, peˆni¥cy stra¾, przechadzali si© po wewn©trz- nym dziedziäcu, dziel¥cym wie¾© od ogrodu, ˜mieli si© i palili fajki. Mimo jednak pogodnego dnia, mimo udzielonego pozwo- lenia trzy uwi©zione kobiety nie wyszˆy do ogrodu. Kr¢lo- wa od ˜mierci m©¾a przesiadywaˆa ci¥gle w swoim pokoju, nie chc¥c przechodzi† obok tego, kt¢ry kr¢l dawniej zaj- mowaˆ na drugim pi©trze. Od nieszcz©snego dnia dwudziestego pierwszego stycznia Maria Antonina czasem tylko za¾ywaˆa ˜wie¾ego powietrza na szczycie wie¾y, kt¢rej okna-strzelnice zasˆoni©te ¾a- luzjami. Peˆni¥cy stra¾ ¾oˆnierze Gwardii Narodowej uprzedzeni zostali, i¾ trzy kobiety maj¥ zezwolenie na spacer po ogro- dzie. Na pr¢¾no jednak czekali - przez caˆy dzieä uwi©- zione nie chciaˆy skorzysta† z pozwolenia. Okoˆo godziny pi¥tej jaki˜ m©¾czyzna zszedˆ z g¢ry i zbli¾yˆ si© do sier¾anta dowodz¥cego posterunkiem. - A, to ty, ojcze Tison! - zawoˆaˆ wesoˆo gwardzista. - TaA, to ja, obywatelu. Gwardzista Maurycy Lindey, tw¢j przyjaciel, kt¢ry jest tam na g¢rze, przesyˆa ci przeze mnie pozwolenie, udzielone przez rad© mojej c¢rce, aby dtisiejszego wieczoru odwiedziˆa swoj¥ matk©. - I wychodzisz, wyrodny ojcze, w¢wczas, gdy ma przyj˜† twoja c¢rka? - powiedziaˆ sier¾ant. - Wychodz©, bo musz©, obywatelu sier¾ancie. Miaˆem nadziej©, i¾ ja tak¾e b©d© m¢gˆ u˜ciska† moje biedne dziecko, kt¢rego ju¾ od dw¢ch miesi©cy nie widziaˆem... Ale c¢¾ chcesz, kazano, trzeba sˆucha†. Oj, ta sˆu¾ba prze- kl©ta! Musz© zˆo¾y† Gminie raport. Doro¾ka i dw¢ch ¾an- darm¢w czekaj¥ na mnie przed bram¥ i to wˆa˜nie w chwili, kiedy ma przyj˜† moja biedna Heloiza. - Nieszcz©˜liwy ojciec - rzekˆ sier¾ant. Tak to miˆo˜† Francji Gˆos krwi w tobie gˆuszy, Jedna j©czy, druga... Sˆuchaj no, ojcze Tison, gdyby˜ przypadkiem znalazˆ rym do "Francji", to mi powiesz, jak wr¢cisz, bo mi go w tej chwili zabrakˆo. - A ty, obywatelu sier¾ancie, kiedy moja c¢rka przyj- dzie odwiedzi† matk©, kt¢ra ju¾ umiera z niecierpliwo˜ci, przepu˜cisz j¥, prawda? - Skoro jest rozkaz - odpowiedziaˆ sier¾ant, w kt¢rym 83 czytelnik poznaˆ pewnie naszego przyjaciela Lorin - nie mam nic do powiedzenia, i gdy c¢rka twoja przyjdzie, zaraz j¥ przepuszcz©. - Dzi©kuj©, dzielny Termopilu, dzi©kuj©! - rzekˆ Tison. I mrucz¥c: - Ach, jak¾e moja biedna ¾ona b©dzie szcz©- ˜liwa - poszedˆ, aby zda† raport Gminie. - Wiesz co, sier¾ancie - odezwaˆ si© inny gwardzista, usˆyszawszy, co m¢wiˆ Tison na odchodnym - mnie po- dobne sceny przejmuj¥ do gˆ©bi. - Jakie sceny, obywatelu Devaux? - zapytaˆ Lorin. iv-- - No - zacz¥ˆ zn¢w wsp¢ˆczuj¥cy gwardzista - to† ten czˆowiek o surowej twarzy, szlachetnym sercu, nieugi©ty prze˜ladowca kr¢lowej szedˆ ze ˆzami w oczach na p¢ˆ radosny, na p¢ˆ smutny, my˜l¥c, ¾e jego ¾ona ujrzy c¢rk©, on za˜ nie! Nie trzeba o tym my˜le†, sier¾ancie, bo to doprawdy bardzo przykre. - Rzeczywi˜cie, i dlatego te¾ on sam o tym nie my˜li, chocia¾, jak widzisz, odchodziˆ ze ˆzami w oczach. - A o czym¾e miaˆby my˜le†? - O tym, ¾e i ta kobieta, z kt¢r¥ tak bez lito˜ci si© ob- chodzi, ju¾ od trzech miesi©cy nie widziaˆa swego dziecka. Nie my˜li o jej nieszcz©˜ciu, ale o swoim, ot i wszystko. Prawda, ¾e ta kobieta byˆa kr¢low¥ - m¢wiˆ dalej sier¾ant z szyderstwem, kt¢rego sens trudno byˆoby wytˆumaczy† _ i ¾e w stosunku do kr¢lowej nikt nie zmusza do takich wzgl©d¢w, jakie si© ma dla ¾ony dozorcy. - Wszystko to jest bardzo smutne - powiedziaˆ Devaux. - Smutne, ale konieczne - odparˆ Lorin. - Najlepiej wi©c, jak powiedziaˆe˜, nie my˜le† o tym wcale. I zacz¥ˆ sobie nuci†: Nicette biedna Po˜r¢d gaiku, Przy wdzi©cznym strumyku Szˆa sama jedna. 84 Nagle z lewej strony daˆ si© sˆysze† haˆas, przekleästwa, gro«by i pˆacz. - Co to jest? - spytaˆ Devaux. - Jakby gˆos dziecka... - odpowiedziaˆ Lorin, nasˆuchu- j¥c. - Rzeczywi˜cie - powiedziaˆ gwardzista - bij¥ zapew- ne jakiego˜ biednego malca. Tu naprawd© powinni przy- syˆa† samych tylko bezdzietnych. - B©dziesz ty ˜piewaˆ? - daˆ si© sˆysze† jaki˜ ochrypˆy, pijany gˆos. I zanuciˆ: Pani Weto obiecaˆa... - Nie! - odpowiedziaˆo dziecko. - Nie b©d© ˜piewaˆ! - —piewaj mi zaraz! I gˆos znowu zacz¥ˆ: Pani Weto obiecaˆa... - Nie! - odpowiedziaˆo dziecko. - Nie, nie, nie! - A, maˆy ˆajdaku! - wrzasn¥ˆ ochrypˆy gˆos. I w powietrzu rozlegˆ si© ˜wist poci©gla. Dziecko zawyˆo z b¢lu. - A, do kro†set! - rzekˆ Lorin. -- To ten niegodziwy Simon bije maˆego Capeta. Kilku narodowych gwardzist¢w wzruszyˆo ramionami, niekt¢rzy u˜miechn©li si© nawet. Devaux wstaˆ i odszedˆ. - Sˆusznie m¢wiˆem, ¾e ojcowie nigdy nie powinni tu przychodzi† - mrukn¥ˆ. Nagle otworzyˆy si© maˆe drzwi i kr¢lewskie dziecko, uciekaj¥c przed stra¾nikiem, wbiegˆo na dziedziniec. Tu¾ za nim padˆo na bruk co˜ ci©¾kiego i ugodziˆo je w nog©. - O! - krzykn©ˆo dziecko, zachwiaˆo si© i przykl©kˆo. - Przynie˜ mi to kopyto, maˆa poczwaro, albo... Dziecko podniosˆo si© i potrz¥sn©ˆo gˆow¥ na znak od- mowy. 85 - Tak sˆuchasz?! - wrzasn¥ˆ ten sam gˆos ˆ dodaˆ: - Poczekaj, poczekaj, dam ja ci zaraz. M¢wi¥c to szewc Simon wyskoczyˆ ze swej budy jak dzikie zwierz© z nory. - Hola! Hola! - zawoˆaˆ Lorin marszcz¥c" brwi. - A dok¥d to, mo˜ci Simon? - Chc© skarci† tego wilczka - odpowiedziaˆ szewc. - Za co? - spytaˆ znowu Lorin. - Za co? - A tak. - Bo ten maˆy ˆajdak nie chce ˜piewa† jak dobry pa- triota, i nie chce pracowa† jak dobry obywatel. - No i c¢¾ ci to szkodzi? - odrzekˆ Lorin. - Czy nar¢d oddaˆ ci Capeta na nauk© ˜piewu? - Prosz©! - powiedziaˆ zdziwiony Simon. - Chyba w nie swoje rzeczy wtr¥casz si©, obywatelu sier¾ancie? - Jak to, w nie swoje rzeczy? Wtr¥cam si© we wszyst- ko, co obchodzi czˆowieka z sercem. Czˆowiek z sercem nie mo¾e oboj©tnie patrze†, jak kto˜ niesˆusznie katuje dziecko. - Przecie¾ to dziecko byˆego kr¢la. - Ale to dziecko nie braˆo ¾adnego udziaˆu w zbrod- niach swego ojca, to dziecko jest niewinne i dlatego nie nale¾y si© nad nim zn©ca†. - A ja powiadam, ¾e pozwolono mi robi† z nim co mi si© podoba. Chc;;, ¾eby ˜piewaˆ piosenk© p pani Weto, i musi ˜piewa†. - Ale¾, n©dzniku, pani Weto jest matk¥ tego dziecka. Czy chciaˆby˜, aby twemu dziecku kazano ˜piewa†, ¾e˜ jest ˆotrem? - Ja? - rykn¥ˆ Simon. - Ja, niegodziwy arystokrato?! - Tylko bez obelg - powiedziaˆ Lorin - bo ja nie jestem Capet... Mnie nie zmusisz do ˜piewania. - Ka¾© ci© aresztowa†, niegodziwy! - Ty? - krzykn¥ˆ Lorin. - Ty ka¾esz mnie aresztowa†, mnie, Termopila? Spr¢buj no tylko! 8G - Dobrze, dobrze, zobaczymy, kt¢ry z nas b©dzie si© ˜miaˆ ostatni... Capet, podnie˜ kopyto i id« dokoäczy† trze- wik albo, do stu piorun¢w...! - A ja - rzeikˆ Lorin blady jak trup ˆ uczyniˆ krok naprz¢d, zacisn¥wszy pi©˜ci i z©by - ja powiadana ci, ¾e nie podniesie twojego kopyta, ¾e nie b©dzie robiˆ trzewi- k¢w. Sˆyszysz, nikczemniku? Masz, widz©, przy sobie swoje wielkie szablisko, ale nie boj© si© ani jego, ani ciebie. Tylko spr¢buj je wydoby†! - Co, do stu tysi©cy diabˆ¢w! - rykn¥ˆ Simon, pieni¥c si© ze zˆo˜ci. W tej chwili dwie kobiety weszˆy na dziedziniec. Jedna z nich, kt¢ra trzymaˆa w r©ku jaki˜ papier, powiedziaˆa co˜ do stra¾nika. - Sier¾ancie - zawoˆaˆ ¾oˆnierz - c¢rka Tisona chce si© widzie† z matk¥. - Przepu˜†, bo rada pozwoliˆa - rzekˆ Lorin, nie chc¥c odwraca† si© ani na chwil© z obawy, aby Simon, 'korzy- staj¥c z jego nieuwagi, nie biˆ znowu dziecka. Stra¾nik przepu˜ciˆ obie kobiety, ale zaledwie wst¥piˆy na czwarty stopieä ciemnych schod¢w, spotkaˆy Maury- cego, kt¢ry schodziˆ na dziedziniec. Poniewa¾ zapadˆ ju¾ zmierzch, trudno mu byˆo rozpozna† twarze. Zatrzymaˆ obie. - Kto jeste˜cie, obywatelki, i czego chcecie? - zapytaˆ. - Ja jestem Heloiza Tison - odpowiedziaˆa jedna. - Pozwolono mi odwiedzi† matk©, wi©c przyszˆam, aby si© z ni¥ zobaczy†. - Dobrze, obywatelko - rzekˆ Maurycy - ale pozwo- lenie wydane jest tylko na twoje nazwisko. - Przyprowadziˆam z sob¥ przyjaci¢ˆk©, aby we dw¢jk© byˆo nam ra«niej... Tylu tu ¾oˆnierzy... - Dobrze, ale twoja przyjaci¢ˆka nie wejdzie na g¢r©. - Jak ci si© podoba, obywatelu - odrzekˆa Heloiza 87 Tison ˜ciskaj¥c dˆoä przyjaci¢ˆki, kt¢ra oparta o mur wy- gl¥daˆa na przera¾on¥. - Obywatele wartownicy! - zawoˆaˆ Maurycy podno- sz¥c gˆow©, tafc aby usˆyszeli go stra¾nicy stoj¥cy na ka¾dym pi©trze. - Przepu˜†cie Heloiz© Tison. Jej przyja- ci¢ˆka pozostanie na dole przy schodach, a wy uwa¾ajcie, aby nic zˆego jej si© nie staˆo. - Dobrze, obywatelu - odpowiedzieli stra¾nicy. - Id«cie wi©c - rzekˆ Maurycy. Obie kobiety poszˆy. Maurycy przeskoczyˆ reszt© schod¢w i wybiegˆ na dzie- dziniec. - Co to jest? - spytaˆ gwardzist¢w. - Kto tu tak haˆasuje? A¾ w pokojach uwi©zionych sˆycha† krzyki dziecka! - Oto ten zdrajca - powiedziaˆ Simon, przyzwyczajony do sposobu, w jaki obchodzili si© gwardzi˜ci z rodzin¥ kr¢- lewsk¥, pewien, ¾e Maurycy mu pomo¾e - ten arystokrata nie pozwala mi bi† Capeta. I pi©˜ci¥ wskazaˆ na Lorina. - Tak jest, do pioruna, nie pozwalam! - rzekˆ z po- gard¥ Lorin. - A je¾eli jeszcze raz nazwiesz mnie arysto- krat¥ lub zdrajc¥, przebij© ci© na wylot szpad¥. - Grozi! - zawoˆaˆ Simon. - Warta! Warta! - Przecie¾ ja stoj© tu na warcie - rz&kˆ Lorin. - Nie woˆaj mnie wi©c, bo je¾eli przyjd© do ciebie, to pewno po- ¾egnasz si© z tym ˜wiatem. - Na pomoc, obywatelu gwardzisto, na pomoc! - wrzeszczaˆ Simon, kt¢remu tym razem Lorin zagroziˆ na serio. - Sier¾ant ma sˆuszno˜† - zimno odpowiedziaˆ gwar- dzista. - Krzywdzisz nar¢d, nikczemniku, skoro bijesz dziecko. - A czy wiesz, Maurycy, dlaczego je bije? Dlatego ¾e 88 nie chce ˜piewa† Pani Weto, dlatego ¾e syn nie chce znie- wa¾a† matki. - N©dzniku! - rzekˆ Maurycy. - I ty tak¾e? - zawoˆaˆ Simon. - Czy¾ tylko sami zdrajcy mnie otaczaj¥? ^ - Milcz, szelmo! - krzykn¥ˆ gwardzista, chwytaj¥c Si- mona za gardˆo i wyrywaj¥c mu poci©giel. - Spr¢buj tylko dowie˜†, ¾e Maurycy Lindey jest zdrajc¥. M¢wi¥c to, z caˆej siˆy uderzyˆ rzemieniem w plecy szewca. - Dzi©kuj© ci, panie - rzekˆo dziecko, kt¢re ze spoko- jem przygl¥daˆo si© tej scenie - ale on zem˜ci si© na mnie. - Chod« tu, Capecie - powiedziaˆ Lorin - chod« tu, m¢j chˆopcze. Je¾eli ci© znowu b©dzie biˆ, woˆaj o pomoc, a przyjdziemy ukara† tego kata. No, no, maˆy Capecie, id« do wie¾y. - Dlaczego nazywasz mnie Capetem, ty, kt¢ry mnie bronisz? - spytaˆo dziecko. - Wiesz dobrze, ¾e- nie na- zywam si© Capet. - Jak to nie nazywasz si© Capet? - rzekˆ Lorin. - A jak ci na imi©? - Nazywam si© Ludwik Karol de Bourbon. Capetem nazywaˆ si© jeden z mych przodk¢w. O, ja znam histori© Francji, ojciec mnie jej uczyˆ. - I ty chcesz nauczy† robienia pantofli to dziecko, kt¢re kr¢l uczyˆ historii Francji? - zawoˆaˆ Lorin. - B¥d« spokojny, chˆopcze - rzekˆ Maurycy zwracaj¥c si© do dziecka. - Zˆo¾© o tym wszystkim raport, gdzie nale¾y. - Ja tak¾e - rzekˆ Simon. - Mi©dzy innymi powiem i to, i¾ zamiast jednej kobiety, kt¢rej pozwolono wej˜† do wie¾y, wpu˜ciˆe˜ dwie. Istotnie, w tej chwili dwie kobiety wychodziˆy z wie¾y. Maurycy pobiegˆ ku nim. 89 - I c¢¾, obywatelko, czy widziaˆa˜ matk©? - spytaˆ stoj¥c¥ bli¾ej. - Tak jest, obywatelu, dzi©kuj© - odpowiedziaˆa. Maurycy chciaˆ zobaczy† przyjaci¢ˆk© mˆodej dziewczyny albo przynajmniej usˆysze† jej gˆos, ale owini©ta w man- tyl© jakby naumy˜lnie nie chciaˆa powiedzie† ani sˆowa. Zdawaˆo mu si© nawet, ¾e dr¾aˆa. Jej l©k obudziˆ w Maurycym podejrzenie. Wbiegˆ czym pr©dzej na g¢r©, wszedˆ do pierwszej izby i dostrzegˆ przez szklane drzwi, ¾e kr¢lowa chowaˆa do kieszeni jaki˜ pa- pierek. .- Oho - rzekˆ - czy¾by mnie miano oszuka†? I zawoˆaˆ koleg©. - Obywatelu Agrykola - powiedziaˆ - wejd« do Marii Antoniny i ani na chwil© nie spuszczaj jej z oka. - Co, co? - spytaˆ gwardzista. - Czy znowu... - Wejd« tam, m¢wi© ci, natychmiast, bez najmniejszej zwˆoki. Miejski gwardzista wszedˆ do kr¢lowej. - Zawoˆaj ¾on© Tisona - rzekˆ do gwardzisty. W pi©† minut potem weszˆa ¾ona obywatela Tisona z promiennym wyrazem twarzy. - Widziaˆam swoj¥ c¢rk© - powiedziaˆa. - Gdzie? - spytaˆ Maurycy. - Tu wˆa˜nie, w tym pokoju. - Dobrze, a czy twoja c¢rka nie pragn©ˆa widzie† si© z Austriaczk¥? - Nie. - Nie wchodziˆa do niej? - Nie. - A czy podczas tej rozmowy z c¢rk¥ nikt nie wchodziˆ do pokoju kr¢lowej? - Albo¾ ja wiem? Patrzyˆam caˆy czas na c¢rk©, kt¢rej nie widziaˆam od trzech miesi©cy. - Przyponmy no sobie dobrze. CO - Ach, prawda, zdaje mi si©... - No, co? - Dziewczyna wychodziˆa. - Maria Teresa? - Tak. . - I rozmawiaˆa z twoj¥ c¢rk¥? - Nie. - Czy twoja c¢rka nic jej nie dawaˆa? , - Nie. - A czy ona nie podnosiˆa czego˜ z ziemi? - Kto? Moja c¢rka? - Nie, c¢rka Marii Antoniny. - Tak, tak, podnosiˆa chustk©. - Ach, nieszcz©˜liwa! - zawoˆaˆ Maurycy. I skoczyˆ do sznurka od dzwonu, za kt¢ry silnie po- ci¥gn¥ˆ. Byˆ to dzwon alarmowy. Xl LIST Dwaj inni miejscy gwardzi˜ci po˜pieszyli czym pr©dzej na g¢r©. Towarzyszyˆ im oddziaˆ ¾oˆnierzy. Pozamykano drzwi i przy wej˜ciu do ka¾dego pokoju ustawiono po dw¢ch ludzi na stra¾y. - Czego chcesz, panie? - spytaˆa kr¢lowa Maurycego, gdy wszedˆ do. jej pokoju. - Miaˆam si© wˆa˜nie uda† na spoczynek, lecz oto obywatel gwardzista - tu kr¢lowa wskazaˆa na Agrykol© - wpadˆ nagle do mego pokoju, nie m¢wi¥c nawet, czego ¾¥da. - Pani - rzekˆ Maurycy kˆaniaj¥c si© - nie m¢j ko- lega, lecz ja sam mam z pani¥ pom¢wi†. -- Pan? - spytaˆa Maria Antonina, patrz¥c na Maury- 91 cego, kt¢rego post©powanie zjednaˆo sobie u niej pewn¥ wdzi©czno˜†. - I czeg¢¾ pan ¾¥dasz? - Prosz©, aby˜ mi pani raczyˆa odda† Ust, kt¢ry cho- waˆa˜ w chwili, gdy wchodziˆem. Kr¢lewska c¢rka i ksi©¾niczka El¾bieta zadr¾aˆy. Kr¢lo- wa silnie pobladˆa. - Mylisz si©, panie, ja nic nie chowaˆam. - Kˆamiesz Austriacziko! - zawoˆaˆ ¤grykola. Maurycy szybkim ruchem poˆo¾yˆ mu r©k© na ramieniu i rzekˆ: - Cierpliwo˜ci, kochany kolego, pozw¢l, niech ja pom¢- wi© z obywatelk¥. Jestem troch© prawnikiem. - Dobrze, ale nie oszcz©dzaj jej. - Chowaˆa˜ list, obywatelko - surowo rzekˆ Maury- cy. - Musisz go nam odda†. - Ale jaki list? - Ten, kt¢ry przyniosˆa c¢rka Tisona i kt¢ry twoja c¢rka, pani - tu Maurycy wskazaˆ na mˆod¥ ksi©¾nicz- k© - podniosˆa razem z chustk¥. Trzy kobiety spojrzaˆy na siebie z przera¾eniem. - Ale¾, panie, to wi©cej ni¾ tyrania! - powiedziaˆa kr¢- lowa. - Jeste˜my przecie¾ kobietami! - Nie mieszajmy jednego z drugim - rzekˆ Maury- cy. - Nie wyst©pujemy w roli s©dzi¢w ani kat¢w, jeste˜my tylko stra¾nikami, kt¢rzy obowi¥zani s¥ pilnowa† ci©, oby- watelko. Mamy rozkaz. Naruszy† go zatem znaczyˆoby zdradzi†. Prosz©, obywatelko, oddaj mi list, kt¢ry scho- waˆa˜. - Panowie - rzekˆa wynio˜le kr¢lowa -'' poniewa¾ jeste˜cie stra¾nikami, szukajcie wi©c i pozbawcie nas snu i dzisiaj, podobnie jak czynicie to ju¾ od kilku dni. - Niech nas B¢g broni, a¾eby˜my mieli podnie˜† r©k© na kobiet©. Ka¾© uprzedzi† Gmin© i b©dziemy czeka† na jej rozkazy, ale panie nie b©dziecie mogˆy sp©dzi† nocy w ˆ¢¾kach. B©dziecie musiaˆy spa† w fotelach, my za˜ 02 b©dziemy was pilnowa†... Je¾eli zajdzie potrzeba, przyst¥- pimy do rewizji. - A co tam nowego? - spytaˆa ¾ona Tisona, wsuwaj¥c gˆow© przez drzwi. Na jej twarzy malowaˆ si© przestrach. - To, obywatelko, ¾e podaj¥c r©k© zdradzie, pozbawiasz si© na zawsze przyjemno˜ci widywania swej c¢rki. - Widywania mej c¢rki? Co ty m¢wisz, obywatelu? - spytaˆa zdziwiona Tison, nie rozumiej¥c przyczyny, dla kt¢rej by nie miaˆa widywa† swego dziecka. - C¢rka twoja nie przyszˆa tu, aby si© widzie† z tob¥, lecz aby dor©czy† list obywatelce Capet, i ju¾ wi©cej nie b©dzie miaˆa prawa tu wej˜†. - W takim razie, nigdy ju¾ jej nie zobacz©, bo nie wolno nam st¥d wychodzi†. - Tym razem nie przypisuj winy nikomu, lecz sobie samej - rzekˆ Maurycy. ^ - O, sobie samej? - j©kn©ˆa biedna matka. - Jak to, powiadasz, sobie samej? R©cz©, ¾e nic si© nie staˆo. Gdy- bym byˆa przekonana, ¾e zaszˆo tu co zˆego, biada ci, An- tonino, drogo by˜ za to zapˆaciˆa. I rozj¥trzona kobieta pogroziˆa pi©˜ci¥ kr¢lowej. - Nie gro« nikomu - rzekˆ Maurycy. - Spr¢buj raczej ˆagodno˜ci¥ osi¥gn¥† to, czego pragniemy. Jeste˜ kobiet¥, a obywatelka Antonina, kt¢ra r¢wnie¾ jest matk¥, za- pewne zlituje si© nad tob¥. Jutro c¢rka twoja zostanie aresztowana, uwi©ziona... Potem, je¾eli co˜ si© wykryje, a wiesz, ¾e jak zechc¥, to zawsze co˜ wykryj¥, b©dzie zgu- biona, tak jak i jej towarzyszka. Stara Tison, kt¢ra sˆuchaˆa Maurycego ze wzrastaj¥c¥ trwog¥, rzuciˆa prawie bˆ©dne spojrzenie na kr¢low¥. - Czy sˆyszysz, Antonino?... Moja c¢rka!... Moja c¢rka mo¾e zginie przez ciebie! Kr¢lowa zdawaˆa si© zatrwo¾ona nie gro«b¥ bˆyszcz¥c¥ w oczach dozorczyni, lecz rozpacz¥, jak¥ w nich czytaˆa. 93 - Zbli¾ si©, moja Tison - rzekˆa - chc© z tob¥ po- m¢wi†. - Hola! - zawoˆaˆ kolega Maurycego. - Tylko bez ¾adnych szept¢w. My tu, do licha, nie stoimy dla parady! Wszystko powinno si© odbywa† urz©dowo! - Pozw¢l, kolego Agrykola - rzekˆ mu Maurycy do ucha - aby˜my tylko doszli prawdy, mniejsza o spos¢b, w jaki jej dojdziemy! - Masz sˆuszno˜†, obywatelu Maurycy, ale... - Chod«my za szklane drzwi, obywatelu Agrykola, i je- ˜li mi ufasz, odwr¢†my si©. Jestem pewien, ¾e osoba, kt¢- rej oka¾emy pobˆa¾anie, nie ka¾e nam tego ¾aˆowa†. Kr¢lowa usˆyszaˆa powy¾sze sˆowa, umy˜lnie gˆo˜niej wym¢wione, i rzuciˆa peˆne wdzi©czno˜ci spojrzenie na mˆodzieäca. Maurycy, niby nie widz¥c tego, przeszedˆ za szklane drzwi, Agrykola za˜ udaˆ si© za nim. - Widzisz sam - powiedziaˆ do Agrykoli - ¾e ta ko- bieta, chocia¾ winna jako kr¢lowa, jako kobieta posiada zacn¥ i wielk¥ dusz©. Robimy dobrze, krusz¥c korony, gdy¾ b©dzie przez to oczyszczona. _ Do kro†set! Jak ty pi©knie m¢wisz, obywatelu Mau- rycy! - odpowiedziaˆ Agrykola. - Bardzo lubi© sˆucha† ciebie i twojego kolegi Lorina. Czy¾by to byˆa poezja, to co powiedziaˆe˜? Maurycy u˜miechn¥ˆ si©. Podczas tej rozmowy, po drugiej stronie szklanych drzwi odbywaˆa si© scena, kt¢r¥ przewidziaˆ Maurycy. Stara Tison zbli¾yˆa si© do kr¢lowej. - Pani - rzekˆa Maria Antonina - rozpacz twoja roz- dziera mi serce. Nie chc© pozbawia† ci© dziecka, to okrop- ne, lecz pomy˜l, i¾ mo¾e nie ocal© twej c¢rki, mimo ¾e uczyni© to, czego ci ludzie ¾¥daj¥. - Uczyä, jak ¾¥daj¥! - zawoˆaˆa Tison. - Uczyä! - Ale dowiedz si© przynajmniej, o co chodzi. 94 - O c¢¾ chodzi? - wprost ciekawo˜ci¥. zapytaˆa dozorczyni z niesˆychan¥ - Twoja c¢rka przyprowadziˆa tu z sob¥ przyjaci¢ˆk©. - Tak, " tak¥ sam¥ jak ona wyrobnic©. Nie chciaˆa przyj˜† sama, bo baˆa si© ¾oˆnierzy. - Ta przyjaci¢ˆka daˆa twej c¢rce list, kt¢ry ona upu˜- ciˆa Maria przechodz¥c podniosˆa go. Jest to zapewne nic nie znacz¥cy papier, ale ludzie zˆej woli mog¥ mu przypi- sa† jakie˜ znaczenie. Przecie¾ gwardzista powiedziaˆ ci, ¾e je¾eli chc¥ co˜ znale«†, to zawsze znajd¥. - C¢¾ wi©cej? - Ju¾ nic. Chcesz, abym oddaˆa ten papier, ale czy chcesz tak¾e, abym po˜wi©ciˆa przyjaciela, nie ocalaj¥c mo¾e twej c¢rki? - Uczyä, jak ¾¥daj¥! - zawoˆaˆa kobieta. - Ale le¾eli ten papier skompromituje twoj¥ c¢rk©... - rzekˆa kr¢lowa. - Zrozum przecie¾... - Moja c¢rka jest r¢wnie dobr¥ jak i ja patriotk¥! - krzyczaˆa dozorczyni. - Dzi©ki Bogu, Tison¢w znaj¥ wszyscy. Uczyä, jak ¾¥daj¥! - O m¢j Bo¾e! - powiedziaˆa kr¢lowa. - Jak¾e bym chciaˆa ci© przekona†. - Oddaj mi moj¥ c¢rk©! Ja chc© widzie† moj¥ c¢rk©! - woˆaˆa znowu stara Tison, tupi¥c nogami. - Dawaj ten papier, Antonino, dawaj go! - Oto jest. To m¢wi¥c, kr¢lowa podaˆa nieszcz©˜liwej papier, ta za˜ porwawszy go, rado˜nie wzniosˆa nad gˆow©, woˆaj¥c: - Chod«cie! Chod«cie, obywatele gwardzi˜ci! Mam ju¾ papier. We«cie go, a oddajcie mi moje dziecko. - Po˜wi©casz naszych przyjaci¢ˆ, siostro - rzekˆa ksi©¾niczka El¾bieta. - Nie, siostro - smutnie odpowiedziaˆa kr¢lowa - po- ˜wi©cam tylko nas. List ten nikogo nie mo¾e skompromi- towa†. as Na krzyk starej Tison Maurycy i jego kolega zbli¾yli si© do niej, ona oddaˆa im list, kt¢ry oni otworzyli. List brzmiaˆ: "Na wschodzie czuwa jeszcze przyjaciel." Maurycy zadr¾aˆ, gdy tylko rzuciˆ okiem na papier. Zdawaˆo mu si©, ¾e widzi znajomy charakter pisma. - Bo¾e! - zawoˆaˆ. - Czy¾by to miaˆa by† r©ka Ge- nowefy? O, nie, niepodobna, jam chyba szalony! Prawda, ¾e pismo bardzo jest podobne do jej pisma, ale c¢¾ by Genowefa mogˆa mie† wsp¢lnego z kr¢low¥? Obejrzaˆ si© i spostrzegˆ, ¾e Maria Antonina przygl¥da mu si©. Stara Tison, czekaj¥c na wyrok, r¢wnie¾ po¾eraˆa wzrokiem Maurycego. - Speˆniˆa˜ dobry uczynek - rzekˆ do ¾ony Tisona - a ty, obywatelko, speˆniˆa˜ pi©kny czyn - powiedziaˆ do kr¢lowej. - Skoro tak, m¢j panie - odpowiedziaˆa Maria Anto- nina - id« za moim przykˆadem i spal ten papier, a speˆ- nisz czyn lito˜ciwy. - ½artujesz, Austriaczko - odezwaˆ si© Agrykola. - Mamy spali† papier, kt¢ry mo¾e nam pom¢c do wy˜le- dzenia caˆego gniazda arystokrat¢w? Na honor, to byˆoby bardzo gˆupie. - Wˆa˜ciwie, spalcie go - powiedziaˆa Tison - bo mo¾e skompromitowa† moj¥ c¢rk©. - Oczywi˜cie, i nie tylko twoj¥ c¢rk©, ale i wielu in- nych - rzekˆ Agrykola, bior¥c z r¥k Maurycego papier, kt¢ry byˆby spaliˆ, gdyby byˆ sam. W dziesi©† minut p¢«niej zˆo¾ono ¢w list w biurze Gmi- ny, gdzie natychmiast zostaˆ otwarty i na wszystkie strony komentowany. - "Na wschodzie (a 1'Orient) czuwa przyjaciel!" - rzekˆ jaki˜ gˆos. - Co to, u diabˆa, mo¾e znaczy†? - Do licha - odpowiedziaˆ pewien geograf - to chodzi o Lorient, to jasne jak na dˆoni. I-oriont jest to maˆe mia- 9S teczko w Bretanii, mi©dzy Vannes a Quimper. Trzeba, do pioruna, spali† to miastecziko, je¾eli to prawda, i¾ jest tam du¾o arystokrat¢w, czuwaj¥cych jeszcze nad Austriaczk¥. - Jest to miejsce tym niebezpieczniejsze - rzekˆ dru- gi - ¾e Lorient to port morski, w kt¢rym mo¾na nawi¥za† kontakt z Anglikami. - Wnosz© - powiedziaˆ trzeci - aby wysˆano komisj© do Lorient i nakazano przeprowadzi† ˜cisˆe ˜ledztwo. Niekt¢rzy czˆonkowie ˜mieli si© z tego wniosku, lecz wi©kszo˜† przychylnie si© do niego ustosunkowaˆa. Posta- nowiono wysˆa† do Lorient komisj©, maj¥c¥ wszcz¥† ˜ledz- two przeciwko arystokratom. Maurycego zawiadomiono o tej naradzie. "Domy˜lam si©, gdzie ma¾e by† ¢w wsch¢d (1'Orient), o kt¢rym mowa - pomy˜laˆ sobie. - Na pewno nie w Bretanii." Nazajutrz kr¢lowa, kt¢ra, jak powlc. son. - Przez kogo? - Przez ciebie, matko! Przera¾aj¥ce milczenie zapanowaˆo nagle nad haˆa˜li- wym tˆumem, straszliwa scena ˜cisn©ˆa wszystkim serca. H - A. Dumas 209 -'- To ]ej c¢rka! - szeptaˆy w dali ciche gˆosy. - To jej c¢rka... O nieszcz©˜liwa! Maurycy i Lorin spojrzeli na oskar¾aj¥c¥ i aa oskar¾on¥ z uczuciem gˆ©bokiej lito˜ci i peˆnej uszanowania bole˜ci. Simon, pragn¥c, aby skoäczyˆa si© scena, kt¢ra, jak mniemaˆ, zupeˆnie skompromituje Maurycego i Lorina, sta- raˆ si© unika† spojrzeä starej Tison. Wodziˆa ona bˆ©dnym wzrokiem wok¢ˆ siebie. - Jak si© nazywasz, obywatelko? - spytaˆ prezes, wzruszony widokiem spokojnej, gotowej na wszystko dziewczyny. - Heloiza Tison, obywatelu. - Ile masz lat? - Dziewi©tna˜cie. - Gdzie mieszkasz? _ Przy ulicy Nonandieres numer dwadzie˜cia cztery. - Czy˜ to ty sprzedaˆa dzi˜ rano bukiet go«dzik¢w gwardzi˜cie Lindey, kt¢rego widzisz na tej ˆawie? Heloiza odwr¢ciˆa si© ku Maurycemu i spojrzawszy naä, rzekˆa: - Tak jest, obywatelu, to ja. Stara Tison patrzyˆa na c¢rk© rozszerzonymi z trwogi oczyma. - Czy wiesz, ¾e w ka¾dym z tych go«dzik¢w znajdowaˆ si© list do wdowy Capet? - Wiem - odpowiedziaˆa kr¢tko oskar¾ona. Na sali daˆy si© sˆysze† pomruki peˆne grozy i podziwu. - Dlaczego podaˆa˜ te go«dziki obywatelowi Mauryce- mu? - Bo przepasany byˆ szarf¥ gwardzisty i domy˜liˆam si©, ¾e idzie do Tempie. - Jacy s¥ twoi wsp¢lnicy? - Nie mam ¾adnych. - Jak to? Wi©c sama tylko uknuˆa˜ spisek? - Je¾eli to jest spisek, uknuˆam go sama. 210 - Czy obywatel Maurycy co˜ o nim wiedziaˆ? - Czy wiedziaˆ, te w tych kwiatach byˆy karteczki? - Tak. - Obywatel Maurycy jest gwardzist¥, obywatel Maury- cy m¢gˆ widywa† kr¢low¥ bez ˜wiadk¢w o ka¾dej porze dnia i nocy. Gdyby miaˆ jej co˜ do powiedzenia, nie mu- siaˆby pisa†, bo m¢gˆ z ni¥ rozmawia†. - I nie znaˆa˜ obywatela Maurycego? - Widywaˆam go nieraz w Tempie w¢wczas jeszcze, gdy mieszkaˆam razem z moj¥ biedn¥ matk¥, ale znaˆam go tylko z widzenia. - A widzisz, n©dzniku! - zawoˆaˆ Lorin, gro¾¥c pi©˜- ci¥ Simonowi, kt¢ry zwiesiwszy gˆow©, przygn©biony no- wym obrotem rzeczy, pr¢bowaˆ umkn¥† nie zauwa¾ony przez nikogo. - Widzisz, co˜ narobiˆ? Wszystkie spojrzenia spocz©ˆy na Simonie, peˆne naj- gˆ©bszej pogardy. Prezes m¢wiˆ dalej. - Poniewa¾ sama daˆa˜ ten bukiet, poniewa¾ wiedziaˆa˜, ¾e w ka¾dym kwiatku jest karteczka, powinna˜ zatem wie- dzie†, co na nich byˆo napisane. - Oczywi˜cie, wiem. - A wi©c, powiedz nam, c¢¾ zawieraˆa ka¾da kartka? - Obywatelu - z godno˜ci¥ rzekˆa dziewczyna - po- wiedziaˆam ju¾ wszystko, co mogˆam, a przede wszystkim, co chciaˆam powiedzie†. - Odmawiasz wi©c dalszych zeznaä? - Odmawiam. - Czy wiesz, na co si© nara¾asz? - Wiem. - Masz mo¾e nadziej©, ¾e ocali ci© twoja mˆodo˜† czy pi©kno˜†? - Mam tylko nadziej© w Bogu. - Obywatelu Maurycy Lindey - powiedziaˆ prezes - obywatelu Hiacyncie Lorin, jeste˜cie wolni. Gmina uznaje " 211 wasz¥ niewinno˜† i oddaje sprawiedliwo˜† waszej obywa- telskiej prawo˜ci. ½andarmi, odprowad«cie obywatelk© Heloiz© do wi©zienia sekcji. Zdawaˆo si©, ¾e sˆowa te obudziˆy star¥ Tison. Wydaˆa okropny krzyk i chciaˆa rzuci† si©, aby raz jeszcze ucaˆo- wa† c¢rk©. Ale ¾andarmi jej nie dopu˜cili. - Przebaczam ci, matko moja! - woˆaˆa dziewczyna, kt¢r¥ ci¥gn©li ju¾ za sob¥. Stara Tison wydaˆa dziki okrzyk i padˆa jak martwa. - O szlachetna dziewczyno! - szepn¥ˆ bole˜nie wzru- szony. Morand. ..... XXV LIST Stara Tison, jak ra¾ona piorunem, staˆa jaki˜ czas nie- ruchomo, opuszczona przez wszystkich, kt¢rzy jej towa- rzyszyli. Wyst©pek popeˆniony nawet mimo woli budzi wstr©t, matka za˜, kt¢ra zabija wˆasne dziecko, chocia¾by z pobudek patriotycznych, popeˆnia czyn przeciwny natu- rze. Podniosˆa wreszcie gˆow©, rzuciˆa naokoˆo bˆ©dne spoj- rzenie i z okropnym krzykiem rzuciˆa si© ku drzwiom. U drzwi staˆo jeszcze kilku ciekawych, bardziej zawzi©- tych ni¾ inni. Ust¥pili z drogi, gdy tylko spostrzegli dozor- czyni©, i wskazuj¥c j¥ sobie palcami, m¢wili: - Widzisz t© kobiet©? Zadenuncjowaˆa wˆasn¥ c¢rk©. Stara Tison wydaˆa okrzyk rozpaczy i pobiegˆa w kie- runku Tempie. Zaledwie przebyˆa cz©˜† ulicy Michel-le-Comte, zaszedˆ jej drog© jaki˜ czˆowiek i zakrywszy twarz pˆaszczem za- pytaˆ: - Jeste˜ zadowolona, ¾e˜ zabiˆa wˆasn¥ c¢rk©? 212 . ,.K^ - Zabiˆam c¢rk©! Zabiˆam c¢rk©! - wrzeszczaˆa biedna kobieta. - Nie, nie! To niemo¾liwe! - A jednak tak jest, bo j¥ aresztowano. - A gdzie j¥ zaprowadzono? - Do Conciergerie. Stamt¥d poprowadz¥ j¥ przed s¥d rewolucyjny, a wiesz, co si© dzieje z tymi, kt¢rzy tam si© znajd¥. - Ust¥p mi z drogi - rzekˆa stara Tison. - Pu˜† mnie! - Dok¥d idziesz? - Do Conciergerie. - C¢¾ tam b©dziesz robiˆa? - Zobacz© j¥ jeszcze. - Nie wpuszcz¥ ci©. - Ale mi pozwol¥ le¾e† pod drzwiami, ¾y† tam, spa†. B©d© czekaˆa, a¾ wyjdzie, zobacz© j¥ jeszcze raz. - A gdybym ci obiecaˆ odzyska† twoj¥ c¢rk©? - Co m¢wisz? - Powiadam, ¾e gdyby kto˜ przyrzekˆ ci ocali† tw¥ c¢rk©, czy uczyniˆaby˜ to, czego by ten kto˜ za¾¥daˆ od ciebie? - Uczyni© wszystko dla mojej c¢rki, dla mojej Heloi- zy - zawoˆaˆa z rozpacz¥ stara Tison, zaˆamuj¥c r©ce. - Wszystko! Wszystko! - Posˆuchaj - zacz¥ˆ znowu nieznajomy. - B¢g ci© tak ci©¾ko karze... - Za co? - Za m©czarnie, jakie zadawaˆa˜ pewnej matce, r¢wnie jak ty nieszcz©˜liwej. - O kim m¢wisz? Co przez to rozumiesz? - Uwi©zion¥, kt¢rej pilnujesz, wˆasn¥ r©k¥ nieraz do- prowadzaˆa˜ do rozpaczy, jakiej sama w tej chwili dozna- jesz, przez swoje grubiaästwo, przez swoje oskar¾enia. B¢g wi©c karze ci©, wiod¥c na ˜mier† c¢rk©, kt¢r¥ tak ko- chasz. - M¢wiˆe˜, ¾e jest czˆowiek, kt¢ry mo¾e j¥ ocali†. Gdzie on jest? Czego chce? Czego ¾¥da? - Czˆowiek ten ¾¥da, aby˜ zaprzestaˆa prze˜ladowa† kr¢low¥, aby˜ bˆagaˆa j¥ o przebaczenie za zniewagi, kt¢re jej wyrz¥dziˆa˜. Je¾eli spostrze¾esz, ¾e ta kobieta, kt¢ra tak¾e ma c¢rk©, kt¢ra r¢wnie¾ pˆacze, cierpi i rozpacza, je¾eli spostrze¾esz, ¾e ta kobieta jakim˜ cudem lub nie- prawdopodobnym zbiegiem okoliczno˜ci b©dzie mogˆa ra- towa† si© ucieczk¥, masz nie tylko jej w tym nie przeszko- dzi†, ale nawet dopom¢c. - Sˆuchaj, obywatelu - rzekˆa stara Tison - ty sam jeste˜ tym czˆowiekiem? - I c¢¾ st¥d? - Czy przyrzekasz ocali† moj¥ c¢rk©? Nieznajomy milczaˆ. - Czy przyrzekasz?... Bierzesz to na siebie?... Gzy przy- si©gasz mi na to? Odpowiadaj! - Sˆuchaj. Wszystko, co czˆowiek uczyni† mo¾e dla oca- lenia kobiety, uczyni© dla ocalenia twej c¢rki. - O, ty nie mo¾esz tego dokona†! - zawoˆaˆa przera- «liwym gˆosem stara Tison. - Nie, ty tego nie dokonasz!... Kˆamiesz, je¾eli mi to przyrzekasz. - Uczyä, co mo¾esz, dla kr¢lowej, a ja uczyni©, co b©d© m¢gˆ, dla twej c¢rki. - C¢¾ mnie obchodzi kr¢lowa! To matka, maj¥ca c¢rk©. A je¾eli utn¥ komu gˆow©, to pewno nie c¢rce, ale jej sa- mej. Niech wi©c i mnie utn¥ gˆow©, lecz niech ocal¥ mi c¢rk©. Niech mnie zawiod¥ pod gilotyn©. Je¾eli jej ani jeden wˆos nie spadnie z gˆowy, ja p¢jd© tam, ˜piewaj¥c Ca ¾r¥. To m¢wi¥c, stara Tison przera«liwym gˆosem zacz©ˆa ˜piewa†, ale nagle przerwaˆa, wybuchaj¥c gˆo˜nym ˜mie- chem. Czˆowiek w pˆaszczu, przera¾ony tym atakiem szaleä- stwa, cofn¥ˆ si© o krok. - O, ty tak nie odejdziesz ode mnie - rzekˆa z roz- pacz¥ stara Tison, chwytaj¥c nieznajomego za pˆaszcz. - Matce nie mo¾na m¢wi†: "Uczyä to, a ocal© tw¥ c¢rk©", i potem doda†: "Mo¾e!" Czy ocalisz j¥? - Tak. - Kiedy? - W¢wczas gdy j¥ b©d¥ prowadzi† z Conciergerie na rusztowanie. - Po co tak dˆugo czeka†? Czemu¾ to nie dzisiejszej nocy, nie dzisiejszego wieczoru, czemu nie w tej chwili? - Bo to niemo¾liwe. - Aha, widzisz, widzisz - zawoˆaˆa stara Tison. - Wi- dzisz, ¾e nie mo¾esz, ale ja mog©. - Co mo¾esz? - Mog© prze˜ladowa† uwi©zion¥, jak j¥ nazywasz, mog© czuwa† nad kr¢low¥, jak m¢wisz, arystokrato. Mog© w ka¾dej chwili, w ci¥gu dnia i nocy, wej˜† do jej wi©zie- nia, i uczyni© to niezawodnie. Co za˜ do jej ucieczki, zoba- czymy, zobaczymy! Kiedy nie chcesz ocali† mojej c¢rki, i ona nie powinna si© uratowa†. Gˆowa za gˆow©, chcesz? Pani Weto byˆa kr¢low¥, wiem o tym. Heloiza Tison jest tylko biedn¥ dziewczyn¥, i to wiem, ale pod gilotyn¥ wszyscy jeste˜my sobie r¢wni. - A wi©c, zgoda - rzekˆ czˆowiek w pˆaszczu. - Ocal kr¢low¥, a ja ocal© tw¥ c¢rk©! - Przysi©gnij. - Przysi©gam. - Na co? - Na co chcesz. - Czy masz c¢rk©? - Nie. - Wi©c na c¢¾ chcesz przysi©ga†? - powiedziaˆa stara Tison, opuszczaj¥c w zw¥tpieniu r©ce. - Przysi©gam ci na Boga! ?.lo - Ba! - odrzekˆa stara. - Wiesz, ¾e obalili dawnego, a nowego jeszcze nie wybrali. - Przysi©gam ci na gr¢b mojego ojca. - Nie przysi©gaj na gr¢b, na zˆe by ci to wyszˆo. O Bo- ¾e, m¢j Bo¾e! Kiedy pomy˜l©, ¾e mo¾e za trzy dni i ja tak- ¾e przysi©ga† b©d© na gr¢b mojej c¢rki... Moja c¢rko! Moja biedna Heloizo - krzykn©ˆa stara tak gˆo˜no, ¾e a¾ otwo- rzyˆo si© kilka okien. Na widok otwieraj¥cych si© okien jaki˜ m©¾czyzna, do- t¥d jakby przylepiony do muru, podszedˆ ku nieznajo- memu. - Nic nie zrobisz z t¥ kobiet¥ - rzekˆ. - Ona oszalaˆa. - Nie, ona jest matk¥ - odrzekˆ nieznajomy. I odszedˆ ze swym towarzyszem. Stara Tison, widz¥c, ¾e obaj m©¾czy«ni oddalaj¥ si©, zdawaˆa si© odzyskiwa† zmysˆy. - Dok¥d idziecie? - zawoˆaˆa. - Czy chcecie ocali† moj¥ Heloiz©? Czekajcie, p¢jd© z wami. Czekajcie, ale¾ czekajcie!... I biedna matka, j©cz¥c, po˜pieszyˆa za nimi, lecz na rogu najbli¾szej ulicy straciˆa ich z oczu. Nie wiedz¥c, gdzie si© uda†, na chwil© stan©ˆa niepewna, co ma czyni†. Po- tem widz¥c, ¾e jest sama jedna w˜r¢d nocy i ciszy, podw¢j- nego symbolu ˜mierci, wydaˆa rozdzieraj¥cy okrzyk i bez zmysˆ¢w padˆa na bruk. Wybiˆa godzina dziesi¥ta. W tym¾e czasie, gdy ta sama godzina wybiˆa na zegarze w Tempie, kr¢lowa siedziaˆa ze szwagierk¥ i c¢rk¥ przy ˜wietle ciemnej lampy, w znanym nam pokoju. Ukryta przed wzrokiem gwardzist¢w przez sw¥ c¢rk©, kt¢ra uda- waˆa, ¾e j¥ caˆuje, odczytywaˆa maˆy li˜cik, napisany na cieniutkim papierze i tak delikatnym charakterem pisma, ¾e oczy jej, piek¥ce od ˆez, zaledwie mogˆy go przeczyta†. 216 List brzmiaˆ jak nast©puje: "Jutro, we wtorek, ¾¥daj pozwolenia wyj˜cia do ogrodu. Otrzymasz je ˆatwo, poniewa¾ jest rozkaz, aby ci wy˜wiad- czono t© ˆask©, skoro jej za¾¥dasz. Przeszedˆszy si© kilka razy, udaj znu¾enie, zbli¾ si© do chatki i popro˜ wdow© Plumeau, aby ci pozwoliˆa troch© u niej odpocz¥†. Tam po chwili udaj, ¾e ci jest sˆabo i niby omdlej. Zanikn¥ wtedy drzwi, aby ci nikt nie m¢gˆ udzieli† pomocy, i zostaniesz sama ze szwagierk¥ i c¢rk¥. Natychmiast otworzy si© kla- pa od piwnicy. Wejd«cie tam wszystkie trzy, a b©dziecie ocalone." - O wielki Bo¾e! - rzekˆa kr¢lewna. - Czy¾by miaˆy si© skoäczy† nasze nieszcz©˜cia? - A mo¾e ten list to tylko puˆapka? - dodaˆa ksi©¾nicz- ka El¾bieta. - Nie, nie - odparˆa kr¢lowa - to znane mi pismo, kt¢re ˜wiadczy o obecno˜ci tajemniczego, lecz bardzo od- wa¾nego i wiernego przyjaciela. - Kawalera de Maison-Rouge? - Tak - odpowiedziaˆa kr¢lowa. Ksi©¾niczka El¾bieta zaˆamaˆa r©ce. - Odczytajmy cichutko ten list - podj©ˆa zn¢w kr¢lo- wa - by˜my dobrze zapami©taˆy ka¾de sˆowo. I wszystkie trzy zacz©ˆy czyta†, a gdy skoäczyˆy, daˆo si© sˆysze† skrzypni©cie otwieranych drzwi. Obie ksi©¾- niczki odwr¢ciˆy si©, kr¢lowa za˜ pozostaˆa w tej samej postawie i niedostrzegalnie wsun©ˆa li˜cik mi©dzy wˆosy. Wszedˆ jeden z gwardzist¢w. - Czego pan sobie ¾yczy? - zapytaˆy r¢wnocze˜nie obie ksi©¾niczki. - Hm - odpowiedziaˆ zapytany - uwa¾am, ¾e dzi˜ co˜ za dˆugo marudzicie. - Czy Gmina wydaˆa nowe postanowienie, m¢wi¥ce, 217 o kt¢rej godzinie mam udawa† si© na spoczynek? - zapy- taˆa z wˆa˜ciw¥ sobie godno˜ci¥ kr¢lowa. ; - Nie, obywatelko - odpowiedziaˆ gwardzista - ale , ^. skoro zajdzie potrzeba, postanowienie takie zostanie z pew- \ ^ no ˜ ci ¥ wydane. )| - Tymczasem, panie - rzekˆa Maria Antonina - sza- i g nuj je¾eli nie pok¢j kr¢lowej, to przynajmniej pok¢j ko- ' || biety. ' f - Te arystokratki przemawiaj¥ takim tonem, jakby f jeszcze co˜ znaczyˆy - mrukn¥ˆ gwardzista, wyszedˆ jed- j| nak pokonany przez ow¥ godno˜†, tak wyniosˆ¥ w latach powodzenia, tak zˆagodzon¥ dˆugim pasmem cierpieä. W Chwil© p¢«niej zgasˆa lampa i jak zwykle wszystkie trzy kobiety rozebraˆy si©, kryj¥c sw¢j wstyd w ciemno˜- ciach. Nazajutrz o dziewi¥tej rano kr¢lowa, ukryta za firan- kami ˆ¢¾ka, przeczytaˆa jeszcze raz wczorajszy list, aby nie przeoczy† ¾adnej z podanych w nim instrukcji, podarˆa go na maleäkie kawaˆeczki, ubraˆa si© za firankami i obu- dziwszy szwagierk©, podeszˆa do c¢rki. W chwil© potem wyszˆa i przywoˆaˆa peˆni¥cych sˆu¾b© gwardzist¢w. - Czego ¾¥dasz, obywatelko? - zapytaˆ jeden z nich, staj¥c w progu, podczas gdy drugi nie przerwaˆ nawet ˜niadania, aby po˜pieszy† na wezwanie monarchini. - Panie - rzekˆa Maria Antonina - przychodz© z po- koju c¢rki, kt¢ra jest bardzo sˆaba. Nogi jej nabrzmiaˆy, bo zbyt maˆo za¾ywa ruchu. Wiadomo panu, ¾e ja sama i skazaˆam j¥ na to. Wolno mi byˆo przechadza† si© po ogro- \ dzie, ale poniewa¾ musiaˆabym przechodzi† obok pokoju, i w kt¢rym mieszkaˆ m¢j m¥¾, zawiodˆo mnie serce, zabra- kˆo siˆy, poprzestaˆam wi©c na przechadzce po tarasie. Przechadzka ta nie wystarcza jednak memu biednemu l dziecku, prosz© wi©c, obywatelu gwardzisto, za¾¥daj ; w moim imieniu od generaˆa Santerre'a, aby wyraziˆ 213 zgod© na korzystanie z poprzedniego pozwolenia. B©d© ci za to bardzo wdzi©czna. Sˆowa kr¢lowej wypowiedziane byˆy gˆosem tak miˆym, tak peˆnym godno˜ci, przy tym Maria Antonina unikn©ˆa wszystkiego, co mogˆoby zrani† republikaäsk¥ wstydlˆwo˜¢ gwardzisty, ¾e ten, cho† wszedˆ w czerwonej czapce - bo tak przewa¾nie wchodzili w¢wczas wszyscy uchyliˆ jej nieco i powiedziaˆ: - Dobrze, pani, poprosz© obywatela generaˆa Santerre'a o pozwolenie, kt¢rego ¾¥dasz. Wychodz¥c, dodaˆ jakby dla przekonania siebie, ¾e ulega raczej sˆuszno˜ci ni¾ sˆabo˜ci: - Tak jest, istotnie, ta pro˜ba jest zupeˆnie uzasadnio- na. - Co jest uzasadnione? - zapytaˆ drugi gwardzista. - Aby ta kobieta przespacerowaˆa si© ze swoj¥ chor¥ c¢rk¥. - Czego wi©c chce? - Prosi, aby mogˆa zej˜† na przechadzk© do ogrodu. - Niech za¾¥da, aby mogˆa przej˜† si© na piechot© z Tempie na plac Rewolucji. Wtedy si© przespaceruje jak nale¾y. Kr¢lowa usˆyszawszy to zbladˆa. Gwardzista dokoäczyˆ ˜niadania i zszedˆ na d¢ˆ. Kr¢lo- wej przyniesiono posiˆek do pokoju. Kr¢lewna, aby dowie˜†, ¾e jest chora, pozostaˆa w ˆ¢¾ku. Matka i ksi©¾niczka El¾bieta siedziaˆy przy niej. Santerre zjawiˆ si©, jak zwykle, o jedenastej. Przybycie jego oznajmiˆ odgˆos b©bn¢w, wej˜cie nowego batalionu i nowych gwardzist¢w, maj¥cych zmieni† wczorajsz¥ wart©. Kiedy Santerre zrobiˆ przegl¥d batalionu, kt¢ry obejmo- waˆ s^b©, oraz tego, kt¢ry opuszczaˆ Tempie, kiedy prze- paradowaˆ na swym ci©¾kim koniu po dziedziäcu w Tem- pie, zatrzymaˆ si©, jak zwykle; na chwil©, aby wysˆucha† 239 r¢¾nych pr¢˜b, przyj¥† r¢¾ne doniesienia i zaˆatwi† inne sprawy. Gwardzista skorzystaˆ ze sposobno˜ci i zbli¾yˆ si© do niego. - Czego chcesz? - zapytaˆ go Santerre opryskliwie. - Obywatelu - odpowiedziaˆ gwardzista - przycho- dz© oznajmi† ci w imieniu kr¢lowej... - Co to jest kr¢lowa? - przerwaˆ Santerre. - A prawda - odrzekˆ gwardzista zdziwiony, ¾e si© tak dalece zapomniaˆ. - Co ja te¾ powiedziaˆem? Osza- laˆem czy co? Przychodz© wi©c oznajmi† ci w imieniu pani Weto... - No, tak to co innego - przerwaˆ Santerre - teraz to rozumiem. C¢¾ mi przychodzisz oznajmi†? M¢w. - Przychodz© oznajmi† ci, ¾e maˆa Weto jest chora, jak si© zdaje z powodu braku powietrza i ruchu. - Czy¾ jeszcze i o to mam zwraca† si© do narodu? Na- r¢d pozwoliˆ jej przechadza† si© po ogrodzie. Nie chciaˆa, upadam do n¢g! - Wˆa˜nie teraz prosi, aby˜ pozwoliˆ jej zej˜†... - Nie mam nic przeciwko temu. Hej, sˆyszycie! - za- woˆaˆ Santerre zwracaj¥c si© do batalionu. - Wdowa Ca- pet b©dzie si© przechadzaˆa po ogrodzie. Nar¢d pozwala jej na to. Pilnujcie tylko, aby nie uciekˆa przez mur, bo wszystkie wasze ˆby staˆyby si© ˆupem kata. Homerycznym ˜miechem przyj©to ¾art obywatela gene- raˆa. it" - A teraz - rzekˆ Santerre - kiedy ju¾ was o wszyst- kim uprzedziˆem, b¥d«cie zdrowi. Jad© do Gminy. Zdaje si©, ¾e schwytano Rolanda i Barbaroux i ¾e trzeba b©dzie wyda† im paszporty na tamten ˜wiat. Ta wˆa˜nie wiadomo˜† wprawiˆa obywatela generaˆa w tak dobry humor. Santerre ruszyˆ galopem. Za nim poci¥gn¥ˆ batalion, 220 schodz¥cy 2 warty, a dy¾urni gwardzi˜ci ust¥pili miejsca nowo przybyˆym. Jeden z nich poszedˆ do Marii Antoniny z zawiadomie- niem, ¾e generaˆ zado˜†uczyniˆ jej pro˜bie. "O! - pomy˜laˆa patrz¥c przez okno - czy li¾ gniew Tw¢j, Panie, ju¾ u˜mierzy† raczyˆe˜, czy¾ ju¾ Twa straszna prawica przestanie na nas ci¥¾y†?" - Dzi©kuj© panu - rzekˆa do gwardzisty z owym cza- ruj¥cym u˜miechem, za kt¢rym tylu szalaˆo i kt¢ry zgubiˆ Barnave'a. - Dzi©kuj©! Potem zwr¢ciˆa si© do maˆego pieska, kt¢ry na tylnych ˆapkach skakaˆ obok niej, jakby wyczytaˆ z oczu swej pani, ¾e dzieje si© co˜ nadzwyczajnego. - Chod«, Black - rzekˆa - p¢jdziemy na przechadzk©. Piesek zacz¥ˆ skomle† i skaka†, a spojrzawszy na gwar- dzist© odgadˆ widocznie, ¾e to on przyni¢sˆ jego pani tak pomy˜ln¥ wiadomo˜†, bo czoˆgaj¥c zbli¾yˆ si© ku niemu i zacz¥ˆ si© ˆasi†. Gwardzista byˆby mo¾e pozostaˆ nieczuˆy na pro˜by kr¢- lowej, ale wzruszyˆo go przymilanie psa. - Cho†by dla tego zwierz¥tka powinna˜ byˆa, obywa- telko Capet, cz©˜ciej wychodzi† - powiedziaˆ. - Huma- nitaryzm nakazuje opiekowa† si© wszelkim stworzeniem. - O kt¢rej godzinie wyjdziemy, panie? - spytaˆa kr¢- lowa. - Najlepiej b©dzie w samo poˆudnie, jak mi si© zdaje. - Wyjdziesz, obywatelko, kiedy zechcesz - odpowie- dziaˆ gwardzista - w tym wzgl©dzie nie mamy ¾adnego polecenia. Je¾eli jednak chcesz wyj˜† w poˆudnie, tym le- piej, zmieniaj¥ si© w¢wczas plac¢wki, nie b©dzie wi©c tyle ruchu w wie¾y. - Dobrze wi©c, w poˆudnie, zgoda! - rzekˆa kr¢lowa i poˆo¾yˆa r©k© na piersi, chc¥c uspokoi† gwaˆtowne bicie serca. Potem spojrzaˆa na czˆowieka, kt¢ry wydawaˆ si© sym- 231 patyc2n.iejs.zy ni¾ jego wsp¢ˆtowErzyssEe, a kt¢ry w n&gr&d© za swoj¥ pobˆa¾liwo˜† w stosunku do jej ¾¥daä straci mo¾e ¾ycie w walce, jak¥ przygotowali spiskowcy. Ale w chwili gdy lito˜† miaˆa zmi©kczy† serce kobiety, obudziˆa si© dusza kr¢lowej. Pomy˜laˆa o dniu dziesi¥tym sierpnia i o trupach przyjaci¢ˆ, walaj¥cych si© po kobier- cach jej paˆacu. Pomy˜laˆa o drugim wrze˜nia i o gˆowie ksi©¾nej de Lamballo, zatkni©tej na ostrzu piki przed jej oknami, pomy˜laˆa o dwudziestym pierwszym stycznia i o swym m©¾u gin¥cym na rusztowaniu przy odgˆosie b©bn¢w, zagˆuszaj¥cych jego sˆowa. Wspomniaˆa syna, nie- szcz©˜liwe dziecko, kt¢rego krzyki sˆyszaˆa nieraz w po- koju, nie mog¥c jednak przyj˜† mu z pomoc¥. Serce jej st©¾aˆo na skutek tych my˜li. - Niestety - szepn©ˆa - nieszcz©˜cie jest jak krew hydry: u¾y«nia ziemi© pod nowe nieszcz©˜cia. XXVI BLACK Gwardzista wyszedˆ, aby przywoˆa† towarzyszy i odczy- ta† raport z dnia wczorajszego, zˆo¾ony przez stra¾nik¢w, kt¢rzy odeszli. Kr¢lowa pozostaˆa ze szwagierk¥ i c¢rk¥. Najpierw wszystkie trzy spojrzaˆy po sobie, potem c¢rka kr¢lewska rzuciˆa si© w obj©cia matki, a ksi©¾niczka podaˆa jej r©k©. - M¢dlmy si©, ale m¢dlmy si© cichutko - rzekˆa kr¢- t¢w,a - aby nikt nie domy˜liˆ si©, ¾e rozmawiamy z Bo- giem. Istniej¥ okrutne chwile, w kt¢rych modlitwa, naturalny gˆos, jakim B¢g obdarzyˆ serce czˆowieka, staje si© czym˜ podejrzanym w oczach innych ludzi. Bo modlitwa to akt nadziei lub wdzi©czno˜ci, nadzieja za˜ lub wdzi©czno˜† fcr¢- 222 Iowcj waaliecaˆy zawsze niepok¢j w jej str¢¾ach. Kr¢lowi. mogˆa spodziewa† si© jednej tylko rzeczy - ucieczki, a za umo¾liwienie jej gor¥co dzi©kowaˆaby Bogu. Skoäczywszy kr¢tk¥ modlitw©, trzy kobiety zachowaˆy najgˆ©bsze milczenie. Na koniec wybiˆa godzina dwunasta. W chwili gdy ucichˆ ostatni d«wi©k zegara, daˆ si© sˆy-* sze† na schodach szcz©k broni, kt¢ry doszedˆ do uszu kr¢lowej. - Oto ju¾ zmieniaj¥ plac¢wki - rzekˆa. - Wkr¢tce przyjd¥ po nas. Widz¥c za˜, ¾e szwagierka i c¢rka zbladˆy, dodaˆa: - Odwagi - i pobladˆa sama. - Ju¾ poˆudnie - zawoˆano z doˆu. - Wypu˜ci† uwi©- zione. - Jeste˜my, moi panowie - odpowiedziaˆa kr¢lowa, z pewnym nawet ¾alem rzucaj¥c ostatnie po¾egnalne spoj- rzenie na czarne mury, w˜r¢d kt¢rych sp©dziˆa tyle godzin w samotno˜ci i smutku. Otworzyˆy si© pierwsze drzwi, wiod¥ce na korytarz, kt¢- rego ciemno˜ci ukryˆy wzruszenie maluj¥ce si© na twa- rzach uwi©zionych. Maˆy Black biegˆ przodem. Gdy doszˆy do drugich drzwi, do tych wˆa˜nie, od kt¢rych Maria An- tonina pragn©ˆa odwr¢ci† sw¢j wzrok, wierne zwierz¥tko przytkn©ˆo sw¢j pyszczek do ogromnych †wiek¢w, jakimi byˆy nabite, kilka razy ¾aˆo˜nie szczekn©ˆo i dˆugo, bole- ˜nie zawyˆo. Kr¢lowa szybko przeszˆa, nie maj¥c siˆy przy- woˆa† pieska, i po chwili oparˆa si© o ˜cian©. Nogi odm¢wiˆy jej posˆuszeästwa - musiaˆa stan¥†. Sio- stra kr¢la ˆ c¢rka zbli¾yˆy si© do niej i przez chwil© wszy- stkie trzy zastygˆy w bezruchu. ,- Wreszcie przybiegˆ Black. - I c¢¾ - zawoˆaˆ jaki˜ gˆos - schodzi ona czy nie schodzi? 223 - Jeste˜my - odpowiedziaˆ gwardzista, kt¢ry rAwme« przystan¥ˆ, oddaj¥c szacunek tak wielkiej bole˜ci. - Chod«my - rzekˆa kr¢lowa i ruszyˆa dalej. Gdy przybyˆy na koniec kr©conych schod¢w i znalazˆy si© na wprost ostatnich drzwi, przez kt¢rych szczeliny przedostawaˆy si© szerokie wst©gi zˆotego sˆonecznego ˜wiatˆa, dal si© sˆysze† odgˆos b©bna wzywaj¥cego wart©. Potem nast¥piˆo gˆ©bokie milczenie, wywoˆane ciekawo˜- ci¥, i otworzyˆy si© ci©¾kie drzwi skrzypi¥c na zardzewia- ˆych zawiasach. . Jaka˜ kobieta siedziaˆa, a raczej opieraˆa si© na kamieniu umieszczonym przy drzwiach. Byˆa to stara Tison, kt¢rej kr¢lowa nie widziaˆa od dwudziestu czterech godzin, dzi- wi¥c si© bardzo wczoraj wiecz¢r i dzi˜ rano jej nieobec- no˜ci. Kr¢lowa widziaˆa ju¾ ˜wiatˆo, drzewa, ogr¢d i chciwym okiem szukaˆa poza krat¥ otaczaj¥c¥ ogr¢d chatki, w kt¢- rej bez w¥tpienia czekali na ni¥ przyjaciele, gdy wtem na odgˆos jej krok¢w stara Tison rozˆo¾yˆa r©ce. Maria An- tonina dojrzaˆa jej twarz blad¥ i zbolaˆ¥, i siwe wˆosy. Kr¢lowa byˆa tak zdziwiona zmian¥, jak¥ dostrzegˆa w jej twarzy, ¾e stan©ˆa. W¢wczas stara, z wˆa˜ciw¥ obˆ¥- kanym powolno˜ci¥, przyczo�gaˆa si© do drzwi i ukl©kˆa, zamykaj¥c drog© Marii Antoninie. - Czego chcesz, moja kobieto? - spytaˆa kr¢lowa. - On powiedziaˆ, ¾e trzeba, aby˜ mi przebaczyˆa. - Kto taki? - spytaˆa kr¢lowa. - Czˆowiek w pˆaszczu... - odrzekˆa stara. Kr¢lowa, zdziwiona, spojrzaˆa na ksi©¾niczk© El¾biet© i c¢rk©. - No, no - odezwaˆ si© gwardzista - przepu˜† wdow© Capet. Pozwolono jej przespacerowa† si© po ogrodzie. - Wiem o tym - rzekˆa stara - i dlatego czekaˆam tu na ni¥. Nie chciano mnie wpu˜ci† na gor©, a ¾e powin- 224 nam prosi† ja o przebaczenie, musiaˆam koniecznie na ni¥ zaczeka†. - Dlaczego nie chciano ci© wpu˜ci†? - zapytaˆa kr¢lo- wa. Stara Tison u˜miechn©ˆa si©. - Bo oni utrzymuj¥, ¾em szalona. Kr¢lowa spojrzaˆa na kobiet© i w istocie w oczach nie- szcz©˜liwej dostrzegˆa dziwny blask, ˜wiadcz¥cy o nieo- becno˜ci my˜li. - O Bo¾e! - zawoˆaˆa. - C¢¾ ci si© staˆo, biedna ko- bieto? _ Co mi si© staˆo... Czy¾ nie wiesz?... - m¢wiˆa stara. - Owszem... wiesz dobrze, bo z twojej winy j¥ skazano... - Kogo? - Heloiz©. - Twoj¥ c¢rk©? - Tak, moj¥ biedn¥ c¢rk©. _ Skazano? Kiedy? Za co? - No, bo to ona sprzedaˆa bukiet... - Jaki bukiet? _ Bukiet go«dzik¢w... A ona nie jest kwiaciark¥ - m¢- wiˆa znowu stara Tison, jakby zbieraj¥c my˜li. -Jak¾e ona mogˆa sprzeda† ten bukiet? Kr¢lowa zadr¾aˆa. Niewidzialny w©zeˆ ˆ¥czyˆ t© scen© z obecnym stanem rzeczy. Kr¢lowa zrozumiaˆa, ¾e nie po- winna traci† czasu na pr¢¾n¥ rozmow©. - Moja poczciwa, pu˜† mnie, prosz©, p¢«niej mi to wszystko opowiesz. - Nie, natychmiast musisz mi przebaczy†. Musz© ci do- pom¢c w ucieczce, a on ocali za to moj¥ c¢rk©. Kr¢lowa zbladˆa ˜miertelnie. - O Bo¾e! - szepn©ˆa, wznosz¥c r©ce ku niebu. A potem odwracaj¥c si© do gwardzisty dodaˆa: - Panie, b¥d« ˆaskaw usun¥† t© kobiet©. Widzisz prze- cie¾, se jest obi¥kariaL, A. :E^R"f¯ - No, no, nTˆtko - rzekˆ gwardzista - ust¥p. Ale stara Tis¢n uchwyciˆa si© muru. - Nie! - zawoˆaˆa. '- Ona musi mi przebaczy†, a on musi ocali† moj¥ c¢rk©. - Kto taki? - Czˆowiek w pˆaszczu. - Moja siostro - powiedziaˆa ksi©¾niczka El¾bieta - pociesz j¥ kilkoma sˆowami. - Ch©tnie - powiedziaˆa kr¢lowa - tak w istocie b©- dzie najlepiej. I odwr¢ciwszy si© do szalonej dodaˆa: - Czego ¾¥dasz, poczciwa kobieto? M¢w! - Zadam, aby˜ mi przebaczyˆa wszystko, co˜ przeze mnie wycierpiaˆa, wszystkie moje obelgi, wszystkie dono- sy. Kiedy zobaczysz czˆowieka w pˆaszczu, zadam, aby˜ rozkazaˆa mu ratowa† moj¥ c¢rk©. On uczyni wszystko, co zechcesz. - Nie wiem, kogo rozumiesz przez czˆowieka w pˆasz- czu - odpowiedziaˆa kr¢lowa - ale je¾eli dla spokoju twego sumienia chcesz, abym ci przebaczyˆa obelgi, jakimi wedˆug twego mniemania mnie obrzucaˆa˜, z gˆ©bi mojej duszy przebaczam ci, nieszcz©˜liwa! Przebaczam ci szcze- rze, i bodaj by tak samo przebaczyli mi wszyscy, kt¢rych ja kiedy˜ obraziˆam! - O! - z nieopisan¥ rado˜ci¥ zawoˆaˆa stara Tison. - Wi©c on ocali moj¥ c¢rk©, bo˜ ty mi przebaczyˆa! Daj mi sw¥ r©k©, pani, daj mi sw¥ r©k©! Zdziwiona kr¢lowa, nie rozumiej¥c tej sceny, podaˆa r©k© starej Tison, a ta z zapaˆem chwyciˆa j¥ i ucaˆowaˆa. W tej chwili na ulicy Tempie daˆ si© sˆysze† oshrypˆy gˆos miejskiego wo«nego. - Oto wyrok skazuj¥cy na ˜mier† Heloiz© Tison za uknucie spisku! - woˆaˆ on. Zaledwie sˆowa te dotarˆy do isszu starej Tison, natych- miast twarz jej si© zmieniˆa, podniosˆa si© na jedno kolano i rozpostarˆa r©ce, aby zamkn¥† drog© kr¢lowej. - Wielki Bo¾e! - szepn©ˆa Maria Antonina, kt¢ra r¢w- nie¾ usˆyszaˆa straszn¥ wiadomo˜†. - Skazana na ˜mier†! - zawoˆaˆa matka. - Moja c¢rka skazana! Moja Heloiza zgubiona! Wi©c on jej nie ocaliˆ, on jej ocali† nie mo¾e! Ju¾ za p¢«no!... Ach!-.. - Nieszcz©˜liwa kobieto - rzekˆa kr¢lowa - wierz mi, ze mi ci© bardzo ¾al. - Ty? - rzekˆa stara i oczy jej krwi¥ nabiegˆy. - Ty mnie ¾aˆujesz? Nie, nie! - Mylisz si©, z caˆego serca ci© ¾aˆuj©. Ale przepu˜† mnie. - Ja ci© mam przepu˜ci†? - Stara Tison wybuchˆa ˜miechem. - Nie! nie! Chciaˆam pozwoli† ci uciec, bo on mi powiedziaˆ, ¾e je¾eli poprosz© ci© o przebaczenie, je¾eli pozwol© ci uciec, moja c¢rka b©dzie ocalona. Ale kiedy c¢rk© moj¥ skazano, kiedy c¢rka moja ma umrze†, ty nie uciekniesz. - Do mnie, panowie, na pomoc! - zawoˆaˆa kr¢lowa. - O Bo¾e! Bo¾e! Widzicie przecie¾, ¾e ta kobieta jest sza- lona. - Nie, jam nie szalona, nie, ja wiem, co m¢wi©... - zawoˆaˆa stara Tison. - Spisek miaˆ istotnie miejsce i Si- mon go odkryˆ. Moja c¢rka, moja biedna c¢rka sprzedaˆa bukiet i wyznaˆa to przed trybunaˆem rewolucyjnym. Sprzedaˆa bukiet go«dzik¢w, w kt¢rym byˆy papierki. - Pani - rzekˆa kr¢lowa - przez miˆo˜† Boga! Usˆyszano znowu gˆos wo«nego, kt¢ry krzyczaˆ: - Oto wyrok skazuj¥cy na ˜mier† Heloiz© Tison za uknucie spisku! - Czy sˆyszysz? - krzykn©ˆa szalona, koˆo kt¢rej sku- pili si© narodowi gwardzi˜ci. - Czy sˆyszysz?... Skazana na ˜mier†... przez ciebie... tak... przez clebfe sabijaj¥ raojq c¢rk©... Czy sˆyszysst To przez ciebie, Awstriaca&o! .537 - Panowie - rzekˆa kr¢lowa - w imi© nieba, je¾eli nie chcecie uwolni† mnie od tej nieszcz©˜liwej, pozw¢lcie, niech wr¢c© na g¢r©. Nie mog© znie˜† wyrzut¢w tej ko- biety, bo chocia¾ s¥ niesˆuszne, rozdzieraj¥ mi serce. Powiedziawszy to, kr¢lowa odwr¢ciˆa gˆow© i ˆzy try- sn©ˆy jej z oczu. - Pˆacz, pˆacz, obˆudnico! - zawoˆaˆa szalona. - Tw¢j bukiet drogo j¥ kosztuje... Zreszt¥ mogˆa si© tego spodzie- wa†, bo tak¥ ˜mierci¥ gin¥ wszyscy, kt¢rzy ci sˆu¾¥. Ty ka¾demu przynosisz nieszcz©˜cie, Austriaczko! Pozabijano twoich przyjaci¢ˆ, twego m©¾a, twych obroäc¢w, a teraz zabijaj¥ moj¥ c¢rk©! Kiedy¾ ciebie zabij¥ nareszcie, aby ju¾ nikt nie umieraˆ przez ciebie? Ostatnim sˆowom nieszcz©˜liwej towarzyszyˆ okropny j©k i ruch r©ki peˆen gro«by. Kr¢lowa ukryˆa twarz w dˆoniach. - Nieszcz©˜liwa! - odezwaˆa si© ksi©¾niczka El¾bie- ta. - Zapominasz, ¾e m¢wisz do kr¢lowej! - Kr¢lowa?... Ona... kr¢lowa? - powt¢rzyˆa stara Ti- son, kt¢rej obˆ¥kanie zdawaˆo si© wzrasta† z ka¾d¥ chwi- l¥. - Je¾eli jest kr¢low¥, to niech zabroni podˆym katom zabija† moje dziecko... niech uˆaskawi moj¥ biedn¥ Heloi- z©, bo kr¢lowie uˆaskawiaj¥... No, zwr¢†¾e mi moje dziecko, to ci© uznam za kr¢low¥, inaczej b©dziesz tylko kobiet¥ przynosz¥c¥ nieszcz©˜cie! Kobiet¥, kt¢ra zabija! - Przez lito˜†! - zawoˆaˆa Maria Antonina. - Patrz na me cierpienie, patrz na me ˆzy! I znowu usiˆowaˆa przej˜† obok nieszcz©˜liwej kobiety ju¾ nie w nadziei ucieczki, ale zupeˆnie odruchowo, aby omin¥† przera¾aj¥c¥ przeszkod©. - Nie przejdziesz! - rykn©ˆa stara. - Chcesz ucieka†, pani Weto... Wiem, czˆowiek w pˆaszczu m¢wiˆ mi o tym, ale nie ujdziesz - dodaˆa czepiaj¥c si© sukni kr¢lowej. - Ja ci© nie puszcz©, ja... Do broni, obywatele!... Do broni!... I z wyci¥gni©t¥ r©k¥, rozczochranymi, siwymi wˆosami, 229 r czerwon¥ twarz¥, oczami nabiegˆymi krwi¥ - upadˆa, roz- dzieraj¥c sukni©, kt¢rej poprzednio si© uczepiˆa. Kr¢lowa, nieprzytomna prawie, ale oswobodzona z rak szalonej, miaˆa ju¾ wymkn¥† si© w stron© ogrodu, gdy na- gle okropny haˆas i szczekanie psa oraz dziwny zgieˆk wy- rwaˆy z osˆupienia narodowych gwardzist¢w. - Do broni! Do broni! Zdrada! - woˆaˆ jaki˜ m©¾czy- zna, kt¢rego kr¢lowa poznaˆa po gˆosie. Byˆ to Simon. Obok czˆowieka, kt¢ry z szabl¥ w r©ku broniˆ przyst©pu do chatki, maˆy Black szczekaˆ zajadle. - Do broni! Caˆy posterunek do broni! - wrzeszc?;nl Simon. - Jeste˜my zdradzeni! Odprowad«cie AustriaczLi; z powrotem na wie¾©. Do broni! Do broni! Przybiegˆ oficer. Simon co˜ mu powiedziaˆ i z roziskrzo- nym wzrokiem wskazaˆ r©k¥ na chatk©. Oficer krzykn¥ˆ tak¾e: - Do broni! - Black, Black! - woˆaˆa kr¢lowa, post©puj¥c kilka krok¢w naprz¢d. Ale piesek nie sˆuchaˆ, lecz ci¥gle szczekaˆ zajadle. Narodowi gwardzi˜ci chwycili za broä i rzucili si© do chatki. Tymczasem stra¾nicy obst¥pili kr¢low¥, ksi©¾niczk© El¾biet© i c¢rk©, i zmusili do cofni©cia si© za drzwi, kt¢re si© natychmiast zamkn©ˆy. - Gotuj broä! - woˆali gwardzi˜ci do stra¾nik¢w. Natychmiast usˆyszano szcz©k nabijanej broni. - Tam, tam, pod klap¥! - wrzeszczaˆ Simon. - Wi- dziaˆem, jak si© klapa ruszaˆa, jestem tego pewny. A nad- to poczciwy piesek Austriaczki, nie nale¾¥cy zapewne do spisku, szczekaˆ na spiskowc¢w znajduj¥cych si© prawdo- podobnie w piwnicy. O, patrzcie, patrzcie, znowu szczeka! Rzeczywi˜cie Black, podniecony woˆaniem Simona, szcze- kaˆ coraz zajadlej. Oficer chwyciˆ k¢ˆko u klapy, a dwaj najsilniejsi gre- ?39 nadierzy, widz¥c, ¾e sam nie mo¾e sobie poradzi†, pomogli mu, lecz bez skutku.' - Widzicie, przytrzymuj¥ klap©! - zawoˆaˆ Simon. - Przytkn¥† ogieä do klapy! Przyjaciele, ognia! - Ej! - zawoˆaˆa wdowa Plumeau. - Potˆuczecie mi butelki. - Ognia! - powt¢rzyˆ Simon. - Ognia! - Milcz, krzykaczu! - zawoˆaˆ oficer. - A wy dajcie siekiery i r¥bcie podˆog©. Niech caˆy pluton b©dzie goto- wy. Baczno˜†! Ognia do piwnicy, jak tylko b©dzie otwarta. Po nagˆym drgni©ciu desek od klapy piwnicy narodowi gwardzi˜ci poznali, ¾e pod spodem istotnie kto˜ si© ukry- waˆ. Wkr¢tce usˆyszano te¾ jaki˜ ˆoskot, podobny do pchni©cia ¾elaznej zasuwy. - Odwagi! - krzykn¥ˆ oficer do nadbiegˆych saper¢w. Rozr¥bano deski. Dwadzie˜cia luf karabinowych zni¾yˆo si© do otworu. Ale nie dostrze¾ono nikogo. Oficer zapaliˆ pochodni© i wrzuciˆ j¥ do piwnicy. Piw- nica byˆa pusta. - Za mn¥! - zawoˆaˆ oficer, schodz¥c ˜miaˆo do piw- nicy. - Naprz¢d! Naprz¢d! - woˆali narodowi gwardzi˜ci, pod¥¾aj¥c za oficerem. - O, matko Plumeau - zawoˆaˆ Simon - po¾yczasz swojej piwnicy arystokratom. Mur byˆ przebity. Na wilgotnym gruncie zna† byˆo ˜lady ludzkich st¢p. Przej˜cie na trzy stopy szerokie i wysokie na pi©† st¢p biegˆo na ksztaˆt kanaˆu w kierunku ulicy Corde.rie. Oficer zagˆ©biˆ si© w otw¢r w zamiarze ˜cigania arysto- krat¢w nawet pod ziemi¥, ale zaledwie post¥piˆ kilka kro- k¢w, zatrzymaˆa go ¾elazna krata. - Stan¥†! - zawoˆaˆ do napieraj¥cych naä z tyˆu. - Nie mo¾na i˜† dalej, jest przeszkoda. - T c¢¾? - pytali gwardzi˜ci, kt¢rzy zamkn¥wszy uwi©- zione, przybiegli dowiedzie† si©, co si© staˆo. - Spisek - odpowiedziaˆ wracaj¥cy oficer. - Arysto- kraci chcieli porwa† kr¢low¥ podczas jej przechadzki. Mu- siaˆa zapewne by† z nimi w zmowie. - Trzeba posˆa† po obywatela Santerre'a i uprzedzi† Gmin©. - ½oˆnierze! - rzekˆ oficer. - Zostaäcie w piwnicy i strzelajcie do ka¾dego, kto tylko si© poka¾e! Wydawszy ten rozkaz, po˜pieszyˆ napisa† raport. - Aha, aha! - woˆaˆ Simon, zacieraj¥c r©ce. - Teraz ju¾ nie powiedz¥, -Teem gˆupi. Dzielny Blaeku, wyborny z ciebie patriota! Ty˜ ocaliˆ Republik©. Chod«, Black, chod« tu! I nikczemny szewc zrobiˆ sˆodk¥ min© do pieska, a gdy psina podbiegˆa ku niemu, uderzyˆ j¥ nog¥ tak, i¾ biedne stworzenie poleciaˆo o dwadzie˜cia krok¢w. - O, ja ci©. kocham, Black - powiedziaˆ. - Kiedy˜ poprowadzisz swoj¥ pani¥ na rusztowanie. Chod« tu, Black, chod« tu! Ale teraz Black nie usˆuchaˆ. Wyj¥c, pobiegˆ w stron© wie¾y. KONIEC TOMU I SPIS ROZDZIA�àW Rozdziaˆ Rozdziaˆ" Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Roz-dziaˆ Rozdziaˆ Roadziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziaˆ Rozdziai Rozdziaˆ I II III IV V VI VII VIII IX x XI XII XIII XIV XV XVI XVII XVIII XIX XX XXI XXII XXIII XXIV xxv XXVI OCHOTNICY ......... 5 NIEZNAJOMA ........ 15 ULICA FOSSES-SAINT-VICTOB .... 22 àWCZESNE ZWYCZAJE ...... 30 KTO TO BY�. OBYWATEL WAURYCY LINDEY 39 TEMPLE .......... 43 PRZYSI¨GA GRACZA ...... 53 GENOWEFA ......... 62 WIECZERZA ......... 72 SZEWC SUMOM ........ 82 LIST ........... 91 MI�O—� .......... 100 TRZYDZIESTY PIERWSZY MAJA . . . 123 PO—WI¨CENIE ........ 134 BOGINI ROZUMU ....... 142 SYN MARNOTRAWNY ...... 147 SAPERZY . . . . . . . . . 153 CHMURY ......... 163 PRO—BA .......... l'('l KWIACIARKA ........ 179 P¤SOWY GO�DZIK ....... 185 KIMON OSKAR½YCIEL . . . . . . 191 BOGINI ROZUMU ....... 197 MATKA I CóRKA ....... 204 LIST ........... 212 3LACK .......... 222 J----------^ ALEKSANDER DUMAS kawaler de Maison-Rouee