ALEKSANDER DUMAS Kawaler de Maison-Rouge tom II ri t.2. Wydawnictwo �¢dzkie ^_________r Tytuˆ oryginaˆu LE CHEVALIER DE MAISON-ROUGE ELEGANT Adaptacja H. B. SEKELY na podstawie tˆumaczenia w wydaniu JàZEFA SLIWOWSKIEGO (Warszawa 1890) Okˆadk© i stron© tytuˆow¥ projektowaˆ JERZY SOWIãSKI W dwie godziny po zaj˜ciu dopiero co opowiedzianym .Lorin przechadzaˆ si© po pokoju Maurycego, Scewola' za˜ czy˜ciˆ panu buty w przedpokoju. Aby m¢c swobodnie roz- mawia†, pozostawili uchylone drzwi. Lorin, ilekro† zbli¾aˆ si© do'nich, tyle razy pytaˆ-oficjalist©: - Powiadasz zatem, obywatelu, ¾e tw¢j pan wyszedˆ dzi˜ rano? -O m¢j Bo¾e, tak. - O tej porze, co zawsze? ' - Mo¾e kilka minut wcze˜niej, a mo¾e kilka p¢«niej, nie mog© dokˆadnie powiedzie†. - I nie widziaˆe˜ go dot¥d? - Nie widziaˆem, obywatelu. Lorin, znowu milcz¥c, przeszedˆ si© kilka razy po po- koju, a potem stan¥ˆ. - Czy wzi¥ˆ z sob¥ szabl©? - zapytaˆ. - Zawsze j¥ bierze, gdy idzie do sekcji- - A czy pewny jeste˜, ¾e poszedˆ do sekcji? , - Tak mi przynajmniej powiedziaˆ. - W takim razie p¢jd© do niego - rzekˆ Lorin. - Gdyby˜my si© min©li, powiesz, ¾e byˆem i ¾e wr¢c©. - Poczekaj, obywatelu - rzekˆ Scewola. - Co? - Sˆysz© go na schodach. - Tak s¥dzisz? - Jestem tego pewny. Rzeczywi˜cie, prawie w tej samej chwili drzwi otwo- rzyˆy si© i wszedˆ Maurycy. ' Lorin rzuciˆ naä szybkie spojrzenie, a nie widz¥c na je- go twarzy nic, co mogˆoby wzbudzi† niepok¢j, rzekˆ: - Jeste˜ w koäcu! Czekam na ciebie od dw¢ch godzin. - Tym lepiej - odpowiedziaˆ z u˜miechem Maury- cy. - Miaˆe˜ czas przygotowa† si© do nowych dystych¢w i czterowierszy. - Nie, m¢j kochany - odpowiedziaˆ improwizator - ju¾ tego zupeˆnie zaniechaˆem. . - Jak to, zaniechaˆe˜ swoich wierszy? - Tak. - To chyba koniec ˜wiata. -. Maurycy, przyjacielu, jestem bardzo smutny! - Smutny? - Nieszcz©˜liwy! - Nieszcz©˜liwy? - C¢¾ chcesz, dr©cz¥ mnie wyrzuty sumienia. - Wyrzuty? J, 1 - Tak jest-rzekˆ Lorin. -Ty albo ona, m¢j kochany, pr¢cz was nie byˆo nikogo. Ty albo ona, rozumiesz, ¾em si© nie wahaˆ. Ale, widzisz, Artemiza jest w rozpaczy, bo to byˆa jej przyjaci¢ˆka. - Biedna dziewczyna! - Daˆa mi jej adres... i, - Byˆby˜ lepiej uczyniˆ, gdyby˜ zostawiˆ wszystko na- turalnemu biegowi rzeczy. ' - Tak... i zamiast niej ty by˜ zostaˆ skazany! A ja, id¥c do ciebie, aby ci© prosi† o rad©, s¥dziˆem, ¾e jeste˜ sil- niejszy... - No, zobaczymy, mniejsza z tym. M¢w, sˆucham ci©. - A wi©c rozumiesz? Chciaˆbym spr¢bowa†, czy nie uda mi si© ocali† tej biedaczki. Gdybym dostaˆ za ni¥ dobrze po karku, zdaje mi si©, ze byˆoby mi l¾ej na sercu. r"" - Szalony chyba jeste˜, Lorin - powiedziaˆ Maurycy wzruszaj¥c ramionami. - No, a gdybym udaˆ si© z pro˜b¥ do trybunaˆu rewo- lucyjnego? - Za p¢«no, ju¾ j¥ skazano. - To okropna rzecz ˜mier† takiej mˆodej dziewczyny. - Tym okropniejsza, ¾e oddaje ¾ycie za moje ocalenie. Ale powinni˜my pociesza† si© tym, ¾e istotnie uknuˆa spi- sek. - Ech, a czy my w mniejszym lub wi©kszym stopniu nie knujemy wszyscy spisk¢w? I ona, biedaczka, post¥piˆa tak jak wszyscy! - Nie ¾aˆuj jej zanadto, m¢j przyjacielu, a przede wszystkim nie ¾aˆuj jej za gˆo˜no - rzekˆ Maurycy - bo i na nas ci¥¾y cz©˜† jej winy. Wierzaj mi, jeszcze nie zmy- li˜my plamy, jak¥ nas skalaˆo oskar¾enie o zmow© z t¥ dziewczyn¥. Dzi˜ w sekcji kapitan strzelc¢w z Saint-Leu nazwaˆ mnie ¾yrondyst¥, i ju¾, ju¾ chciaˆem go przebi† szpad¥, aby przekona† go, ¾e si© myli. - Dlatego wi©c wr¢ciˆe˜ tak p¢«no! - Wˆa˜nie dlatego. - Czemu mnie o tym nie uprzedziˆe˜? - Bo w tego rodzaju wypadkach nie umiesz panowa† nad sob¥. Musiaˆem caˆ¥ rzecz natychmiast zaˆatwi†, aby nie nabraˆa rozgˆosu. Wzi©li˜my ˜wiadk¢w, kt¢rych mieli˜- my pod r©k¥. - I ta bestia nazwaˆa ci© ¾yrondyst¥, ciebie, Maurycy? - Niech¾e ci© to przekona, m¢j kochany, ¾e ka¾da ta- ka awanturka czyni nas niepopularnymi. W dzisiejszych czasach kto jest niepopularny, ten jest podejrzany. - Wiem - powiedziaˆ Lorin - na d«wi©k tego sˆowa dr¾¥ nawet najbardziej odwa¾ni, ale mniejsza o to! Wzdry- gam si© na my˜l, ¾e Heloiza p¢jdzie na szafot, a ja nie uzyskam od niej przebaczenia, d - M¢w¾e wi©c, czego ¾¥dasz? - Chc©, aby˜ pozostaˆ w domu, nie masz sobie prze- cie¾ nic do wyrzucenia, Ja za˜, je¾eli ju¾ nic dla niej uczy- ni† nie mog©, p¢jd© i stan© tam, gdzie ona b©dzie prze- chodziˆa. Musz© to koniecznie uczyni†, kochany Maurycy, musz© przynajmniej u˜cisn¥† jej r©k©"; - Ja p¢jd© z tob¥ - rzekˆ Maurycy. ^ - Niepodobna, m¢j. przyjacielu, jeste˜ gwardzist¥, jes- te˜ sekretarzem sekcji, byˆe˜ zamieszany w t© spraw©, kie- dy ja, przeciwnie, byˆem tylko twoim obroäc¥. Na ciebie padnie podejrzenie i b©dzie bieda. Ze mn¥ jest zupeˆnie inaczej, ja nic nie ryzykuj©, wi©c id©. Wszystko, co powiedziaˆ Lorin, byˆo sˆuszne i nie wy- magaˆo ¾adnej odpowiedzi. Maurycy samym tylko spojrze- niem na Heloiz© Tison, id¥c¥ na rusztowanie, dowi¢dˆby swej winy. - Id« wi©c - rzekˆ - ale b¥d« ostro¾ny. Lorin u˜miechn¥ˆ si©, po¾egnaˆ Maurycego i wyszedˆ. Maurycy Otworzyˆ okno i smutno kiwaˆ mu r©k¥ na po- ¾egnanie. Lorin, zanim min¥ˆ-r¢g ulicy, przystawaˆ, ogl¥- daˆ si© i ci¥gle, powodowany jak¥˜ nieodpart¥ sympati¥, patrzyˆ i u˜miechaˆ si©. Gdy 'znikˆ za rogiem bulwaru, Maurycy zamkn¥ˆ okno, rzuciˆ si© na fotel i ogarn©ˆo go odr©twienie, kt¢re u lu- dzi silnego charakteru {.konstrukcji fizycznej stanowi cz©- sto przeczucie wielkich nieszcz©˜†, podobne jest bowiem do ciszy, poprzedzaj¥cej burz©. - Z tego odr©twienia wyrwaˆ go dopiero oficjalista, kt¢ry powr¢ciˆ z miasta z wesoˆ¥ min¥, co znaczyˆo, ¾e paˆa nie- cierpliwo˜ci¥ opowiedzenia panu nowin, jakie usˆyszaˆ przed chwil¥. Widz¥c, ¾e Maurycy jest zamy˜lony, nie chciaˆ mu prze- szkadza† i przeszedˆ koˆo niego kilka razy. - Czego chcesz? - zapytaˆ niedbale Maurycy. - M¢w, je˜li masz co˜ do powiedzenia. - - O, obywatelu, odkryto znowu spisek. Maurycy wzruszyˆ ramionami. - Spisek, na wspomnienie kt¢rego wˆosy staj¥ na gˆo- wie - m¢wiˆ dalej Scewola. .  - Doprawdy? - odpowiedziaˆ Maurycy spokojnie, jak czˆowiek, kt¢ry sˆyszaˆ o trzydziestu przynajmniej spis- kach na dzieä. : i - Tak, obywatelu - odrzekˆ Scewola - a¾ czˆowiek truchleje ze strachu! Na samo wspomnienie dreszcz przej- muj©- prawdziwego patriot©. - C¢¾ to znowu za spisek? - zapytaˆ Maurycy. - Austriaczka o maˆy wˆos me uciekˆa. - Rat - rzekˆ Maurycy, zaczynaj¥c pilniej sˆucha†. - Zdaje si©-ci¥gn¥ˆ dalej Scewola- ¾e wdowa Ca- pet miaˆa stosunki z Heloiz¥ Tison, kt¢ra dzi˜ ma by† zgilotynowana. Ale nie wykradˆa jej, nieszcz©˜liwa. - A jakie¾ stosunki miaˆa kr¢lowa z t¥ dziewczyn¥? - * spytaˆ Maurycy, czuj¥c, ¾e mu pot wyst©puje na czoˆo. - Wyobra« sobie, obywatelu, ¾e jej w kwiatku/w go«- dziku, przesˆano caˆy plan wykradzenia. - W go«dziku!... I kt¢¾ to taki? - Kawaler de... Czekaj no, obywatelu... Oj, dobrze zna- ne nazwisko... ale ja zawsze zapominam... Kawaler z ja- kiego˜ zamku... Oj, jaki ja gˆupi, ju¾ teraz przecie¾ nie ma zamk¢w... Kawaler... - De Maison-Rouge. -Taki tak! - Niemo¾liwe!  - Jak to, niemo¾liwe? Przecie¾ odkryto klap© prowa- dz¥c¥ do piwnicy, kraty... - Nic jeszcze o tym nie m¢wiˆe˜. - No, to powiem. -r- M¢w. Je¾eli to bajka, to przyzna† nale¾y, ¾e ciekawa. - Nie, obywatelu, to nie bajka, to prawda najszczersza, bo mi j¥ opowiadaˆ obywatel od«wierny. Arystokraci wy- kopali tunel, ci¥gn¥cy si© od ulicy Corderie a¾ do piwnicy pod chatk¥ obywatelki Plumeau, kt¢r¥ o maˆo co nie po- s¥dzono o wsp¢ˆudziaˆ w spisku. Znasz przecie obywatelk© Plumeau? - Znam - rzekˆ Maurycy. - Ale c¢¾ dalej? - Wdowa Capet miaˆa uciec tym podziemiem. Ju¾ na- wet stan©ˆa na pierwszym schodku. Wtem obywatel Si- mon schwyciˆ j¥ za sukni©... Sˆuchaj, bij¥ na alarm w ca- ˆym mie˜cie i wzywaj¥ do stawienia si© w sekcjach. Sˆy- szysz ten b©ben, obywatelu? M¢wi¥, ¾e Prusacy s¥ w Dam- martˆn, ¾e ich zwiad dotarˆ ju¾ do rogatki. W˜r¢d tej lawiny wiadomo˜ci prawdziwych, faˆszywych i niedorzecznych Maurycy uchwyciˆ prawdziwe nici pro- wadz¥ce do kˆ©bka. Przyczyn¥ wszystkiego byˆ ¢w go«- dzik podany kr¢lowej w jego oczach, a kupiony przez nie- go u nieszcz©˜liwej kwiaciarki. Go«dzik zawieraˆ caˆy plan spisku, o kt¢rym opowiedziaˆ Scewola. W tej¾e chwili odgˆos b©bna przybli¾yˆ si© i Maurycy usˆyszaˆ, jak woˆano na, ulicy: - Wielki spisek odkryty w Tempie przez obywatela Simon! Wielki spisek dla uratowania wdowy Capet od- kryto w Tempie! - Tak - rzekˆ Maurycy- widz©, ¾e to wszystko praw- da. A Lorin w˜r¢d takiego podniecenia tˆum¢w poda mo- ¾e r©k© tej dziewczynie! O, nieszcz©˜liwy, rozsiekaj¥ go na kawaˆki! Maurycy porwaˆ kapelusz, zapi¥ˆ pasek, przy kt¢rym : umocowana byˆa szabla, i w kilku , susach znalazˆ si© na ulicy. / , "Gdzie on mo¾e by†? - zapytaˆ sam siebie. - Zapew- ne poszedˆ do Conciergerie." I pobiegˆ wzdˆu¾ bulwaru. Na. koäcu bulwaru Megisserie ujrzaˆ bagnety i dzidy, wystaj¥ce spo˜r¢d licznego tˆumu. Wydaˆo mu si©, ¾e po- ' znaje w tej ci¾bie mundur narodowego gwardzisty. Po- 1 biegˆ ze ˜ci˜ni©tym sercem ku rzeszy ludzi, zalegaj¥cej i; brzeg rzeki. ! Gwardzist¥, na kt¢rego napieraˆ tˆum marsylian, byˆ Lorin, blady, z zaci˜ni©tymi z©bami, gro«nym spojrzeniem, z r©k¥ wspart¥ na r©koje˜ci szabli, upatruj¥cy z miejsca ' na 'ciosy, kt¢re chciaˆ zadawa†. O par© krok¢w od niego staˆ Simon i z okrutnym u˜mie-"* chem wskazywaˆ na Lorina marsylianom i tˆumowi, m¢- wi¥c: - Patrzcie! Patrzcie! Widzicie?... Jest to jeden z arys- tokrat¢w, kt¢rego wczoraj kazaˆem wyp©dzi† z Tempie. Jest to jeden z tych, kt¢rzy nosz¥ listy w kwiatkach. Jest to wsp¢lnik mˆodej Tison, kt¢r¥ zaraz t©dy b©d¥ prowa- dzi†. C¢¾, widzicie go, jak spokojnie przechadza si© po bul- warze. A mo¾e nawet to nie jego wsp¢lniczka, mo¾e to jego kochanka, przychodzi wi©c j¥ po¾egna† albo mo¾e ocali†! . Lorin nie m¢gˆ dˆu¾ej spokojnie sˆucha†. Wydobyˆ sza- bl© z pochwy. W tej samej chwili tˆum si© rozst¥piˆ, daj¥c przej˜cie m©¾czy«nie, kt¢ry si© gwaˆtem przedzieraˆ i przewr¢ciˆ ju¾ kilku ludzi. Czˆowiekiem tym byˆ Maurycy. Dotarˆszy do Lorina, zarzuciˆ mu lew¥ r©k© na szyj©. - Szcz©˜cie ci sprzyja, Simon - odezwaˆ si© Maury- cy. - Ubolewaˆe˜ zapewne, ¾e mnie tu nie byˆo obok przy- jaciela, aby˜ m¢gˆ uprawia† rzemiosˆo denuncjatora na wielk¥ Skal©. Denuncjuj, Simon, denuncjuj, patrz, ja tu jestem!... - A tak, na honor, tak - rzekˆ Simon z ohydnym szy- derstwem - w sam czas przychodzisz. Oto jest pi©kny Maurycy Lindey, kt¢rego oskar¾ono wraz z mˆod¥ Tison, ale si© z tego wykr©ciˆ, bo ma pieni¥dze... - Na latarni©! Na latarni©! - krzykn©li marsyliahie. --No, no, tylko spr¢bujcie - rzekˆ Maurycy. 11 ' I post¥piwszy naprz¢d, jakby dla pr¢by pchn¥ˆ w czoˆo jednego z najzagorzalszych marsylian, tak ¾fe krew zala- ˆa mu oczy. ; - Zab¢jca! - wrzasn¥ˆ skaleczony. , Marsylianie opu˜cili dzidy, podnie˜li topory, nabili ka- rabiny. Przera¾ony tˆum usun¥ˆ si©, a dwaj przyjaciele zostali wystawieni na krzy¾owy ogieä i na zab¢jcze ciosy. Rzucili na siebie ostatnie spojrzenie, bo -s¥dzili, ¾e po- chˆonie ich ¾elazo i ogieä, otaczaj¥ce zewsz¥d. Wtem otworzyˆa si© brama domu, o kt¢r¥ byli oparci, i gromada mˆodzie¾y, "zwane j elegantami, uzbrojonej w sza- ble i pistolety, wpadˆa na marsylian i rozpocz©ˆa straszli- w¥ utarczk©. ..-- Hurra! - krzykn©li razem Lorin i Maurycy, o¾ywie- ni nagˆ¥ nadziej¥ ocalenia, niepomni, ¾e walcz¥c w szere- gach nowo przybyˆych, potwierdzaj¥ oskar¾enie Simona. - Hurra! Je¾eli jednak nie my˜leli przedtem o swym ocaleniu, kto inny o tym pami©taˆ. Niski, dwudziestopi©cio- lub dwu- dziestosze˜cioletni mˆodzieniec, o niebieskich, ruchliwych oczach, ze zr©czno˜ci¥ i zapaˆem uderzaˆ ci©¾k¥ sapersk¥ szabl¥, kt¢rej, zdawaˆo si©, jego kobieca r©ka unie˜† nie zdoˆa. Widz¥c, ¾e Maurycy i Lorin, zamiast ucieka† przez drzwi, kt¢re jakby naumy˜lnie pozostawiˆ otwarte, walcz¥ przy jego boku, odwr¢ciˆ si© ku nim i rzekˆ po cichu: - Uciekajcie tymi drzwiami. To, co tu robimy, nie do- tyczy was. Niepotrzebnie rzucacie na siebie podejrzenie. Widz¥c, ¾e obaj przyjaciele wahaj¥ si©, krzykn¥ˆ do Maurycego: , - Na bok! Dla patriot¢w nie ma tu miejsca! Obywateli! Lindey, my jeste˜my arystokraci. Usˆyszawszy to i widz¥c czˆowieka, kt¢ry w owej epoce ˜miaˆ nadawa† sobie miano, r¢wnaj¥ce si© skazaniu siebie na ˜mier†, tˆum wydaˆ przera«liwy okrzyk; Ale jasnowˆosy mˆodzieniec i jego przyjaciele, nie prze- 12 ra¾eni bynajmniej tym wrzaskiem, wepchn©li Maurycego B^' t �orina do bramy, kt¢r¥ natychmiast za nimi zamkn©li, ^^a potem wpadli znowu pomi©dzy tˆum, kt¢ry w mi©dzy- Plez¥sie-si© powi©kszyˆ. . , ||fc Mauryey i Lorio, cudownie ocaleni, spojrzeli na siebie gy^e .zdziwieniem.  , ' - H|; . Od razu jednak zrozumieli, ¾e nie maj¥ czasu do stra- Ht:-ceni¥ i zacz©li szuka† wyj˜cia. Wyj˜cie jakby umy˜lnie byˆo dla nich przygotowane. Weszli na jaki˜ dziedziniec, w koäcu kt¢rego znale«li maˆe :'' - Kawaler de Maison-Roug©, oczywi˜cie! Gmina szuka ^ go, a jej wy«ˆy maj¥ delikatny w©ch. - - Byleby go tylko uj©to - wtr¥ciˆ M¢rand - zanini ^ dokona nowego zamachu, kt¢ry mo¾e mu si© lepiej uda† ni¾ ostatni. ; . ..  . \:-,-1, . ! .-. .i:- -W ka¾dym razie - rzekˆ Maurycy - nie zrobi ju¾ tego ,dla kr¢lowej. _; - A to dlaczego? - spytaˆ Morand< -- Bo kr¢lowa jest teraz w bezpiecznym schronieniu. - C¢¾ si© z ni¥ staˆo? - spytaˆ .Dixmer. -* Dzisiejszej nocy przewiezono j¥ do Concierg©rie - odpowiedziaˆ Maurycy;, . ' -. Dixmer, M¢rand i Genowefa wydaU okrzyk, kt¢ry Ma- urycy wzi¥ˆ za oznak© zdziwienia. - Widzicie wi©c paästwo - m¢wiˆ dalej -¾e kawaler musi si© po¾egna† zs swoimi planami porwania kr¢lowej, Cpnciergene pewniejsze jest ni¾ Tempie. M¢rand i Dixn9er rzucili na siebie spojrzenie, kt¢rego Maurycyxae dostezegˆ. -Ach, m¢j Bo¾e!-zawoˆaˆ.-Pani Dixmer zn¢w ^'blednie.,,1. .1 .1,.,  . . - ' -. , !!  . , i.-''i': ,-!r- Genowefo - rzekˆ Dixmer do ¾ony - poˆ¢¾ si© do ˆ¢¾ka, moja droga. Widz©, ¾e bardzo cierpisz. Maurycy zrozumiaˆ. ½e chciano go grzecznie po¾egna†. fJcaˆowaˆ wi©c rekc Genowefy i wyszedˆ. , , . M¢rand wyszedˆ tak¾e i towarzyszyˆ mu przez caˆ¥ ulic© Saint-Jacques. ; Taaa opu˜ciˆ go i podszedˆ do sˆu¾¥cego, kt¢ry trzymaˆ |^ za uzd© osiodˆanego konia. : f .Maurycy byˆ tak roztargniony, ze nie odezwaˆ si© ,do ;' Moranda ani sˆowem od Chwili, kiedy razem wyszli « do- SS^rou. Nie, spytaˆ go nawet, kim jest czˆowiek trzymaj¥cy K.fcoäia1' za uzd©. '.:" " ', - ^ ! , , . ^ Udaˆ si© ulic¥ Fosses-Samt-Yictor i przybyˆ na bulwar. - Dziwna rzecz - m¢wiˆ do siebie, id¥c. - Czy umysˆ RàJ sˆabnie, czy te¾ wypadki nabraˆy takiej wagi? Wszyst- Kfco widz© w Szalonym" powi©kszeniu, jakbym patrzyˆ przez pEnikroskop. .  ''.;.,. 1 fc' I aby nieco si© uspokoi†, odkryˆ gˆow© i oparˆ si© o balu- prad© mostu. Owion©ˆo go ˜wie¾e powietrze wieczorne. l"1 ' -  - ' ' aa. lii PATROL Pogr¥¾ony w ponurych rozmy˜laniach, ze wzrokiem utkwionym w przepˆywaj¥c¥ wod©, co u prawdziwego pa- ry¾anina oznacz¥ melancholi©. Maurycy oparˆ si© o balu- strad© mostu. Nagle usˆyszaˆ miarowe kroki maˆego od- dziaˆu wojska. Poznaˆ, ¾e to patrol. ' Obejrzaˆ si©. Z drugiego koäca mostu nadchodziˆa kom- pania Gwardii Narodowej. Wydawaˆo mu si©, ¾e w˜r¢d ciemno˜ci poznaje Lorina. Rzeczywi˜cie byˆ to Lorin. Gdy spostrzegˆ Maurycego, podbiegˆ ku niemu z otwartymi ramionami. - Mam ci© nareszcie! - zawoˆaˆ. - Nie tak ˆatwo, u li- cha, spotka† si© teraz z tob¥. / ' '' ˆ Kiedy znajduj© przyjaciela, . Szcz©˜liwym, jak w dniu wesela. Tym razem zapewne si© nie pogniewasz, ¾e przytoczy- ˆem Racine'a zamiast Lorina. . - Co ty tu robisz z patrolem? - spytaˆ zaniepokojony Maurycy. ', - Jestem dow¢dc¥ wyprawy, przyjacielu. Musimy ko- niecznie odzyska† zachwian¥ sˆaw©. I odwr¢ciwszy si© w stron© kompanii, zakomenderowaˆ:;, - Na rami© broä! Prezentuj broä! Do nogi broä!. Te+ raz, moje dzieci, poniewa¾ nie jest jeszcze do˜† ciemno, pogadajcie o swoich interesach, a my pom¢wimy o swoich. I zwracaj¥c si© do Maurycego, dodaˆ: - Dzi˜ w sekcji zdobyˆem trzy wa¾ne wiadomo˜ci. - Jakie? "- Pierwsza: ¾e obaj jeste˜my podejrzani. -' Wiem o tym. C¢¾ wi©cej? -^ Wiesz?  ' _  \ Tak jest. Druga: ¾e caˆym spiskiem go«dzikowym kierowaˆ ka- S/waler de Maison-Rouge. , |" - l to wiem r¢wnie¾. || -; Ale tego zapewne nie wjesz, ¾e p¥sowy go«dzik i pod- 2¯emie\to byˆ jeden spisek. - Owszem, to wiem tak¾e. -A wi©c przejd«my do trzeciej wiadomo˜ci. Tej. na pewno ci nikt jeszcze nie" przekazaˆ. Dzi˜ wiecz¢r mamy B schwyta† kawalera de Maison-Rouge. p; - Schwyta† kawalera de Maison-Rouge? g'-,, - Ano tak. !  ,, , ' ' Zostaˆe˜ wi©c ¾andarmem? Nie,, ale jestem prawym Francuzem i dla dobra kraju H; wszystko powinienem po˜wi©ci†. Kawaler de Maison^Roage l,8 .dr©czy Francja spiskiem po spisku, mnie zatem, jej pra- li*'wemu synowi, nakazuje ona uwolni† j¥ od kawalera de l; Maison-Rouge. Jestem posˆuszny Francji. g;. - Szczeg¢lna rzecz, ¾e podejmujesz si© 'podobnych zle- li ceä - odrzekˆ chˆodno Maurycy. l --- Nie podj¥ˆem si© sam z dobrej woli, lecz kazano mi i i kwita. Dla odzyskania dpbrej sˆawy trzeba dokona† ja- ^'kiego˜ ˜wietnego czynu, a czyn ten zapewni nam znowu '% bezpieczeästwo i pozwoli przy pierwszej lepszej okazji |twpakowa† szpad© w brzuch nikczemnemu szewcowi Siroon. 'F - Sk¥d¾e si© dowiedziano, ¾e kawaler de Maison-Rouge ^ staˆ na czele spisku? Niepewna to jeszcze wiadomo˜†, ale tak przypuszcza- Opieraeie si© wi©c na domysˆach? Opieramy si© na przekonaniu.  Jak to?  Posˆuchaj. Sˆucham. Zaledwie usˆyszaˆem woˆanie: "Wielki spisek odkry- 23 (y przez obywatela Simona-", bo fen ˆotr, ten niegodzi- wiec Simon niusi si© wsz©dzie znale«†, postanowiˆem prze- kona† si© o prawdzie. M¢wiono o podziemu. \ - Czy istnieje to podziemie? -- "Istnieje, widziaˆem je, widziaˆem na wˆasne oczy." Dlaczego nie gwi¾d¾esz? * ,; - Bo zacytowaˆe˜ Moliere'a, to raz, a po wt¢re, to co} m¢wisz, jest zbyt wa¾ne, abym miaˆ ochot© do ¾art¢w. ; --Z czeg¢¾ wi©c b©dziemy ¾artowa†, je¾eli nie z rzeczy i wa¾nych?' ' . \1/" ' . ' ' ".^T:-1 . -Powiadasz wi©c,, ¾e widziaˆe˜... ;;S - Podziemie? Tak jest, widziaˆem, styka si© z piwnica obywatelki Plumeau i z dometo przy ulicy Corderie 'nu-%|'; aaer dwana˜cie czy czterna˜cie, bo ju¾ tego dokˆadnie nji¯j! pami©tam. '  !   ; ! , ' ! " ' . ;''^{i - Naprawd© przeszedˆe˜ je caˆe, Loriii? -'^ -Przez caˆ¥ dˆugo˜†, i zapewniani, ¾e przej˜cie to byˆ(^iõ doskonale wykopane, a, co najwa¾niejsze, przedzielotlie^; w trzech miejscach ¾elaznymi kratami, kt¢re trzeba byˆ^ wyˆamywa† jedn¥ po drugiej. Kraty t© pozwoliˆyby spisuj, kowcom przeprowadzi† spokojnie pani¥ Capet'w be^pieezA1'^ , ne miejsce. Szcz©˜cie chciaˆo, ¾e staˆo si© inaczej. Niego'1'6!,; i't?l dziwy Simon odkryˆ przej˜cie. - S¥dz© - powiedziaˆ Maurycy "M ^ -"-. ,-- ^ . . _ ze nale¾aˆo', prze^js wszystkim zaaresztowa† mieszkaäc¢w domu przy ulic^'"; Corderie.  : ';'''., 1 ' 1 ' '  '  '.' '^S*^ - Zapewne tak by zrobiono, gdyby 'w tym domu zna*^ leziono cho†by jedn¥ ¾yw¥ dusz©, ^l? - Przecie¾ ten dom musi do kogo˜ nale¾e†? f;,|* - Nale¾y do nowego wˆa˜ciciela, nieznanego nikomu^ do,4 / wˆa˜ciciela, kt¢ry nabyˆ t© posiadˆo˜† przed dwoma cz^^ trzema tygodniami. S¥siedzi sˆyszeli tam jaki˜ haˆas, ale .z^%' dom jest stary, my˜leli, i¾ przeprowadza si© jaki˜ remont¢ˆ Poprzedni wˆa˜ciciel wyjechaˆ do Pary¾a. Przybyˆem tank, $ w chwili ˜ledztwa. "Dla Boga' - rzekˆem do Santerre'a^| 11 ""t;;'' wzi¥wszy go na stron©. - Wszyscy, jak widz©, jeste˜cie mocno zakˆopotani." - "A tak" - odpowiedziaˆ. "Ten dom podobno niedawno sprzedano?" - "Tak." - "Podobno dwa tygodnie temu?" - "Dwa czy trzy..." - "Sprzeda¾ nast¥- piˆa przy notariuszu?" - "Tak." - "A wi©c, trzeba prze- prowadzi† rewizj© u wszystkich paryskich notariuszy, od- nale«† akt, a w nim nazwisko i miejsce pobytu nabyw- cy." - "Masz racj©, oto dobra rada! - zawoˆaˆ -Santer- re. - A w dodatku dobra rada od czˆowieka pos¥dzonego o brak patriotyzmu. Sˆuchaj, Lorin, ja ci przywr¢c© daw- n¥ dobr¥-opini© albo mnie diabli porw¥!" Co. powiedziano, zrobiono - ci¥gn¥ˆ dalej Lorin. -: Odnaleziono notariusza, odnaleziono akt sprzeda¾y, a w nim nazwisko i miejsce pobytu nowego - wˆa˜ciciela. Santerre poleciˆ mi areszto- wa† tego czˆowieka. -.1 czˆowiekiem tym jest kawaler de Maison-Rougs7 -- Nie, ale zdaje si© jego wsp¢lnik. - Dlaczego wi©c m¢wisz, ¾e idziecie aresztowa† kawa- lera de Maison-Rouge? - Zaaresztujemy wszystkich razem. - Czy znasz tego de Maison-Rouge? - Dosy† dobrze. -- Masz jego rysopis? - Santerre mi go dat Ma pi©† st¢p i dwa lub trzy cale wzrostu, wˆosy jasne, oczy niebieskie, nos prosty, eiemno- blond brod©. Widziaˆem go zreszt¥. - Kiedy? - Dzi˜ nawet. -Widziaˆe˜ go? - I ty tak¾e. Maurycy zadr¾aˆ. - Pami©tasz tego jasnowˆosego mˆodzieäca, dow¢dc© elegant¢w, fetory r¥baˆ tak dzielnie szabl¥ i kt¢ry nas oswobodziˆ? - Wi©c to byˆ...? - zapytaˆ Maurycy. 25 - Kawaler de Maison-Rouge. —cigano go i stracono z oczu w okolicy mieszkania wˆa˜ciciela z ulicy Corderie. Nale¾y przypuszcza†, ¾e mieszkaj¥ razem. - Bardzo by† mo¾e. - To rzecz pewna. , ˆ - S¥dz© jednak, Lorin - dodaˆ Maurycy - ¾e je¾eli dzi˜ Wieczorem zaaresztujesz czˆowieka, kt¢ry nam wczoraj ocaliˆ ¾ycie, uchybisz obowi¥zkowi wdzi©czno˜ci. -- No, no - powiedziaˆ Lorin - wi©c ty my˜lisz, ¾e on nas ocaliˆ dlatego tylko, aby nas ocali†? -A po c¢¾ by innego? - Zaczaili si© tam w zamiarze porwania biednej He- loizy Tison w czasie, kiedy b©d¥ j¥ wie«† na gilotyn©. Nasi napastnicy przeszkodzili im, wi©c natarli na nich. To nas ocaliˆo. Poniewa¾ nie mieli wcale zamiaru nas oswobodzi†,. a wynikˆo to tylko z przypadku, nie jestem obowi¥zany do najmniejszej nawet wdzi©czno˜ci. Wreszcie, m¢j Mau- rycy, musimy koniecznie dokona† jakiego˜ ˜wietnego czy- nu, aby odzyska† dobr¥ opini©. Co wi©cej, ja zar©czyˆem, za ciebie. - Komu? - Santerre'owˆ. Wie, ¾e ty dowodzisz wypraw¥. - Jak to? ' - "Czy jeste˜ pewny, ¾e zaaresztujesz winnych?" -za- pytaˆ mnie. "Tak jest - odpowiedziaˆem - je¾eli mi tylko Maurycy dopomo¾e". - "A czy jeste˜ pewny Maurycego? Od pewnego czasu zoboj©tniaˆ on na sprawy kraju", - "Myli si© ten, kto tak utrzymuje. Ani ja, ani Maurycy nie stali˜my si© oboj©tni na sprawy ojczyzny." -"R©czysz zatem za niego?" - "Jak za samego siebie." Poszedtetn zaraz potem do ciebie, ale ci© nie zastaˆem. Udaˆetn si© wi©c t¥ drog¥ dlatego, ¾e ty zwykle t©dy chodzisz, spot- kaˆem ci©, a wi©c dalej naprz¢d marsz! , ' Laur zwyci©stwa B©dzie nam nagrod¥ m©stwa... 26 - Bardzo mi przykro, kochany Lorin, alR ja nie mam najmniejszego przekonania do tej sprawy* Powiesz, ¾e˜ mnie nie znalazˆ. -- Niepodobna! Wszyscy moi ludzie ci© widzieli. - Powiesz zatem, ¾e˜ mnie .spotkaˆ, ale ¾e ja nie chcia- ˆem si© do was przyˆ¥czy†. , - To ni-emo¾liwe. ^ ' - Dlaczego? _ - Dlatego ¾e ni'e uwa¾ano by ci© za oboj©tnego, ale za podejrzanego. A wiesz, co czyni¥ z podejrzanymi? Wiod¥ ich na plac Rewolucji i ka¾¥ im tam pozdrawia† statu© Wolno˜ci. Tylko zamiast pozdrawia† j¥ zdj©ciem czapki, pozdrawia si© j¥ zdj©ciem gˆowy. -- Niech si© stanie, co chce. Powiem ci co˜, co wyda ci si© mo¾e dziwne. Lorin zrobiˆ wielkie oczy i spojrzaˆ na Maurycego. - Ot¢¾, m¢j kochany - powiedziaˆ Maurycy - ¾ycie mi obrzydˆo. Lorin parskn¥ˆ gˆo˜no. - Rozumiem - rzekˆ. - Posprzeczali˜my si© z kochan- k¥ i dlatego jeste˜my nastrojeni tak melancholijnie. No, no, pi©kny Amadysie,staä si© zn¢w czˆowiekiem, a przez to i obywatelem. Ja jestem w¢wczas najgorliwszym pa- triot¥, kiedy si© pokˆ¢c© z Artemiz¥. Ale, ale, bogini Ro- zumu kazaˆa ci© najuprzejmiej pozdrowi†. - Podzi©kuj jej za to i bywaj zdr¢w! - Jak to, bywaj zdr¢w? - Bo ja odchodz©. - Dok¥d? - Do domu. - Maurycy, gubisz siebie. - Drwi© sobie ze wszystkiego. - Maurycy, przyjacielu, zastan¢w si©. - Staˆo si©. - Jeszcze ci wszystkiego ni¥ powiedziaˆem.  ' 27 - Jak to? -- Santerre m¢wiˆ mi... >  -- Co ci m¢wiˆ? -Kiedy si© domagaˆem, aby ciebie wybraˆ na dow¢d- c© wyprawy, rzekˆ mi: "Strze¾ si©!" - "Kogo?" - "Mau- rycego." - Mnie? * - Tak jest. "Maurycy -m¢wiˆ - co˜ zbyt cz©sto by- wa w tamtej dzielnicy." - W jakiej dzielnicy? - W dzielnicy kawalera de Maison-Rouge. '- Jak to - zawoˆaˆ Maurycy - czy on si© tutaj ukry- wa"? - Tak przynajmniej przypuszczaj¥, poniewa¾ tu wiesz- ka jego domniemany wsp¢lnik, nabywca domu przy uli- cy Corderie. -- Na przedmie˜ciu Victor? - spytaˆ Maurycy. - Tak, na przedmie˜ciu Victor. - Na kt¢rej ulicy? -- Na starej ulicy Saint-Jacques. . - Wielki Bo¾e! - szepn¥ˆ Maurycy, o˜lepiony j akb% bˆyskawic¥. . ' I podni¢sˆ r©k© do oczu. Po Chwili, zebrawszy caˆ¥ odwag©, zapytaˆ:  . - Kto to taki? .;(' - Mistrz garbarski. - A jak brzmi jego "nazwisko? - Dixmer. -¯- Dobrze - rzekˆ Maurycy, siˆ¥ woli wstrzymuj¥c si© od okazania cho†by najmniejszego wzruszenia.-- Id© z tob¥. , '., - Dobrze czynisz. A czy masz broä przy sobie? - Mam szabl©. - We« jeszcze par© pistolet¢w. . - - A. ty? . , ' ' , '.. 28 - Ja mam karabin. Na rami© broä! Naprz¢d marsz! I patrol ruszyˆ. Lorin szedˆ obok Maurycego, a oddziaˆ prowadziˆ czˆowiek w szarym ubraniu. Byˆ to agent, poUcji. Od czasu do czasu na rogach ulic lub przy drzwiach jakiego˜ domu ukazywaˆy si© ludzkie, cienie, kt¢re zbli- ¾aˆy si© do czˆowieka w szarym ubraniu ˆ zamieniaˆy z nim kilka sˆ¢w. Byli to jego pomocnicy. Gdy caˆy orszak dotarˆ do maˆej uliczki, szaro ubrany m©¾czyzna nie wahaˆ si© ani przez chwil© - ruszyˆ dalej pewnym krokiem. Zatrzymaˆ si© przed drzwiami do ogrodu, przez kt¢re wprowadzano niegdy˜ skr©powanego Maurycego. - - To tu! - rzekˆ. - Co tu? - zapytaˆ Lorin. . - Tu znajdziemy obu przyw¢dc¢w. -Maurycy oparˆ si© o mur, aby nie upa˜†, na ziemi©. - S¥ tu a¾ trzy wej˜cia - rzekˆ agent. -- Jedno gˆ¢w- ne, to tutaj, drugie i trzecie prowadz¥ce do pawilonu. Ja z -sze˜cioma lub o˜mioma lud«mi p¢jd© przez gˆ¢wne drzwi. ty z czterema lub pi©cioma pilnuj tych, a trzech pewnych ludzi postaw przy wej˜ciu do pawilonu. -r- Ja przejd© przez mur i b©d© czuwaˆ w ogrodzie -* odezwaˆ si© Maurycy. - Dobrze - odpowiedziaˆ Lorin. -L- Przejd« i otw¢rz nam drzwi od ˜rodka. - Dobrze - o˜wiadczyˆ Maurycy - ale nie ust©pujcie st¥d i czekajcie, a¾ was zawoˆam. Z ogrodu b©d© widziaˆ wszystko, co b©dzie si© dziaˆo w domu. - Znasz wi©c ten dom? - zapytaˆ Lorin. - Chciaˆem go kiedy˜ kupi†. Lorin postawiˆ swoich ludzi na Czatach przy murze i we wn©ce bramy, a agent policyjny oddaliˆ si© wraz z dzie- si©cioma narodowymi gwardzistami, by zdoby† gˆ¢wne jak powiedziaˆ, wej˜cie. Po chwili odgˆos ich krok¢w ucichˆ zupeˆnie, nie obu- dziwszy najmniejszego podejrzenia w tym odludnym miej- scu. LudziR Maurycego pozajniowali stanowiska i ukryli si© jak mogli najlepiej. Ka¾dy m¢gˆby przysi¥c, ¾e na starej Ulicy Saint-ciacques nie dzieje si© nic nadzwyczajnego, ¾e panuje tam zupeˆny spok¢j.  Maurycy zacz¥ˆ wspina† si© na mur. - Zaczekaj no!- zawoˆaˆ Lorin. - Na co? - Na hasˆo! - Prawda. - "Go«dzik i podziemie." Aresztuj'ka¾dego, kto ci nie poda hasˆa, a oczywi˜cie przepu˜† tego, kto ci je powie. Oto rozkaz. - Dzi©kuj© - szepn¥ˆ Maurycy i z wysoko˜ci muru skoczyˆ do ogrodu.  \ . , . ! IV '  .;.' GO�DZIKI PODZIEMIE < Pierwszy cios byˆ" straszny i Maurycy musiaˆ si© zdoby†' ^ na najwi©kszy wysiˆek woli, aby si© opanowa† i ukryi^^ przed Lorinem swoje wzburzenie. Skoro jednak dostaˆ sie||| do ogrodu i znalazˆ si© sam w˜r¢d nocnej ciszy, odzyska ,?||,' spok¢j i zdoˆaˆ jako tako uporz¥dkowa† niespokojne iny˜li..^ Jak to, dom, kt¢ry z rozkosz¥ odwiedzaˆ, kt¢ry byˆ ala,^ niego ziemskim rajem, miaˆby by† kryj¢wk¥ krwawych, in-^ tryg, przyj©cie jego ¾arliwej przyja«ni - obˆud¥, a aulo˜^^fR? Genowefy - kˆamstwem? v /^'Nfe ''  '  ' ' ''^^i: Znamy rozkˆad ogrodu, bo nieraz wsp¢lnie z czyteInifcieBa'^^^ ˜ledzili˜my w nim oboje mˆodych ludzi. Maurycy pekas^^'' pod murem, a¾ ukryˆ si© przed blaskiem ksi©¾yca za ete-S%^ 30 plami¥, w kt¢rej go .zamkni©to, kiedy po faz pierwszy dos- taˆ si© tutaj. Cieplarnia znajdowaˆa si© na wprost pawilonu zamiesz- kanego przez Genowef©. Tego wieczoru ˜wiatˆe?, kt¢re zwykle bˆyszczaˆo samot- nie i nieruchomo w pokoju mˆodej kobiety, teraz migotaˆo raz w jednym, raz w drugim oknie. Maurycy spostrzegˆ Genowef© za firank¥, podniesion¥ przypadkiem do poˆo- wy. Pakowaˆa spiesznie jakie˜ rzeczy i trzymaˆa broä w r©- ku. '' ! !   '. -- - ! - Aby lepiej zobaczy†, eo si© dzieje w pokoju, wszedˆ na kamienny sˆupek. Wielki ogieä, pˆon¥cy na kominku, zwr¢- ciˆ jego uwag©. Genowefa paliˆa jakie˜, papiery. W tej chwili otworzyˆy si© drzwi i jaki˜ mˆodzieniec wszedˆ do Genowefy. Maurycy przypuszczaˆ zrazu, ¾e byˆ to Dixmer. Gepowefa podbiegˆa ku. niemu, chwyciˆa go za r©ce i przez chwil© stali oboje naprzeciwko siebie, przej©ci gˆ©- bokim wzruszeniem. Co oznaczaˆo to Wzruszenie, t©go Mau- rycy nie m¢gˆ odgadn¥†, bo nie sˆyszaˆ ich rozmowy. Zmierzyˆ wzrokiem wzrost przybysza. . - To nie Dixmer... - szepn¥ˆ. : W istocie, m©¾czyzna, kt¢ry wszedˆ, byˆ maˆy i szczupˆy, Dixmer za˜ barczysty i sˆusznego wzrostu. Zazdro˜† jest silnym uczuciem. Maurycy w pierwszej chwili nie chciaˆ wierzy† swym oczom, przyjrzaˆ si© wi©c jeszcze raz. ' , - To nie Dixmer... - szepn¥ˆ, jakby to sam sobie mu- siaˆ powt¢rzy†, aby przekona† si© p zdradzie Genowefy. Podszedˆ do okna, ale im bardziej si© zbli¾aˆ, tym mniej widziaˆ. Gˆow¥ mu paˆaˆa. Dotkn¥ˆ nog¥ drabinki. Okno znajdowaˆo si© na wyso- ko˜ci siedmiu lub o˜miu stop od ziemi. Podni¢sˆ wi©c dra- bink© i przystawiˆ do muru. Wszedˆ na ni¥ i przyˆo¾yˆ oko do szpary w firance. 31 Nieznajomy, znajduj¥cy si© w pokoju Genowefy, byˆ dwwiziestosiedmio- lub dwudziestoo˜mioletnim mˆodzieä- cem Q niebieskich oczach i zgrabnej sylwetce. Trzymaˆ dˆo- nie mˆodej kobiety w swoich r©kach i rozmawiaj¥c, ocie- raˆ ˆzy, spˆywaj¥ce po pi©knej twarzy Genowefy. .Lekki szelest, kt¢rego sprawc¥ byˆ Maurycy, zwr¢ciˆ wzrok mˆodzieäca w stron© okna. Maurycy stˆumiˆ w so<- bie okrzyk zdziwienia, bo poznaˆ tajemniczego zbawca 2 placu Chatelet. W tej chwili Genowefa cofn©ˆa r©ce z dˆoni nieznajome* go. Zbli¾yˆa si© do kominka ˆ przekonaˆa si©, ¾e ogieä Stra^ wiˆ.'ju¾ zupeˆnie wszystkie papiery. ,":,, Maurycy nie m¢gˆ dˆu¾ej wytrzyma†. Najsilniejsze'lUt-- TOi©tno˜ci, jakie dr©cz¥ czˆowieka: miˆo˜†, zemsta, zazdrri˜e, ' szarpaˆy jego serce. Pchn¥ˆ nie domkni©te okno i w^ko--';,, ezyˆ do pokoju. ; ^^ Natychmiast poczuˆ, jak dwa pistolety spocz©ˆy na je^n- , piersi. Genowefa, usˆyszawszy haˆas, obejrzaˆa si© i OiE)!i^- ';|^ miaˆa na widok Maurycego. ^^ % - Panie - rzekˆ zimno mˆody republikanin do czˆttN^ wieka, kt¢ry ju¾ po raz drugi miaˆ w Swym r©ku j^^^l ¾ycie - jeste˜ pan kawalerem de Maison-Rouge?  ''"'(%'; !  ! -M.;^!^ - A gdyby tak byˆo? - odrzekˆ kawaler. ''\!.^:&. - O, to jest pan czˆowiekiem dzielnym l spokojit^t^^ dlatego chciaˆbym z panem pom¢wi†. /^ ;^|lte , - M¢w  pan - rzekˆ kawaler, nie odejmuj¥c pistt^N^^t;1 od piersi Maurycego.  " , . . , ''^ ^^iif' - Mo¾esz mnie paä zabi†, -ale nie zabije mnie pan. dzej, nim krzykn© albo raczej nie umr© pr©dzsj, a¾ t kn©. Je¾eli za˜ krzykn©, tysi¥c ludzi, otaczaj¥cych ^;.jakij!l^;l;3^toraadzie..m¢wist%s;'!';i;;; ^'. ^.^'..""'.'yiL'''.^ ' ' ^:--^O.MoraBd¾t&cheflniku. ,, 1';' l;;',^l^ˆ.^.ll^"^ !il'''fcv';'l:'.,-l^.'.:', !-- Mora-Bd; ehe^uk stoi 'przed- ;panetn'!'''^|iQ¯'^lid,..;,iishRapit^'..,;' ˆ JEaWal©r^dift; M¥ison-Roi.ige^s¥' jedn¥, ^^t¥^^ia^l^db¥^;:::^;.1^. ,:.,-I,:-˜i^o¥wsw.r$k¥, na-s¥siedni. ¯toˆ,,;.w2i^^:Ht^^?per¯j|c©,^' ., '^kt&rA^p^ze^^t¥k^^ˆ.ugi okres zinieniaˆa ,gb,"W l\oez"|^|%i''^  ~ A! ^zawoˆaˆ Maurycy. ~ Mo¾e i teraz jesae^^'^1-^^'1, dziesz pani utrzymywa†, ze mnie kochasz. Za&tS, k^ii^c^ ' ;..s^'slAtesl'tl,tn^LezRBatte.: ' : . i'' '-"v-  - '';''''l:':;IT::;>\^;:ˆ'i;%:"i :1:' "^'peten^odwracaj¥c^si©^do' mˆodego tojalasty ^dtWSafe'^^-,/ ^"'..^-'^,.?63' pantR, albo zaNj ninie, albo säffl.-ttn^Eyl.':^^'' '^^^^'isl dlaczego?' ; . :'ii'ii'' - // , 'ii'.'::i ;111;' ^''^^y^: ;,^'' '-- Bo zaaresztej© ci% ie&eli.mnt¢^ nie'11 zabijesz. ^^W^.';^' .1 ,; ^'Ilaftf^fc Ao, ^Mauryfcy -si©gri¥� ,t©k¥,- aby, go u3¥c;-¾^',^^Y:r '\ aier¾."/''- .' , ^.^,/ 1  :  ' '1':' i'1 1 :  ' ^"^ˆ^'R^" ''' ,--^Nie -b©!a©1 przed" panem' broniˆ ^swego^¾ycia''1-*^^^^;" , 'kawaler/de1' Maispn-^oug©.'1-~ Bi†rz ie! - " '1 -'',AI^:'!>',^%^?i^^ ''':^l^^ci8n¥ˆ'na'tera!e3ˆo;Sw¢}%'lbro&,.^: , 1 .' :. ' :'l'^:'ll^l>t?õ^<^,i ;,1 ^-^A-^acE©ga^-Hie W¥lcszypan^o^sWe ¾ycie?' '1 - ^:'''';t'!^s^|jlitK'', .,  ';-* Bo.,¾ycie.-moje',-nie, jesf.warte^ry^oty^ˆafciJey^i¨lllEK^,:" byta znie˜† zabijaj¥c "szlachetnego-czˆowieka,a^ ^ozaf^ 'l;'lli'1^^ " "1'''  '  ' -' 11 - -i\\'- ' .^'-1.11;\',.: ,/':.; , Kawaler de Maisoh-Rouge odgadˆ ino¾e taySIManryeegfik inte tez (iao?e chciaˆ w najwyzsa^^l Stopniu; okaza† sl$ .,'WSpattfftˆoagay˜lac¨f, ,do˜6 ze powiedziaˆ?, -^-'^ ' "''', 1- ::li'/''i: ,'- ,.. ^:, -^'^yRiBBtt, Iz, jeste˜,: republ.ifeantneiB,'-;^' . Wlei(a- .r6wistte&1'11 ifo, 'ze.^Btosz1 serce1' czyste1 i .ufam ci.a.tpelnte.''Patrzl-'^'y',?11.;1 . ;3l siy^obywszy a zanadrza aainiatur©, pofeagaˆ J¤ '''SsSa.usf-- '.'egaN.,..^;.,- '. ..  . i- 1,1-.. ^/.,l.l';v..'''\'.^.^> ,;.v1 , ^^ ^tg; portret kr¢lowej, . -  '^^;.,':-1,' :1'^1"';'®"/1;.1'.1 .''y';' ^^.^'(^^^"tT^esil1^^''!' .powi¢dˆ. :II^l:¥1 po-^-czolp. .^ ',. 1:11;'"; ';-;¯-'^efeam ''na. pansfcie rosskazy 1;1~- 'r«el^lEawatter 'de"- Mais|(Wi-Rouge. - Je˜l,i b©dziesz chciaˆ ranie '^aresztowa†,/. zastufcaj 4o tychdrzwi, a natychmiast^'tkldana? it© w 1?t^o- je rty^ Nie dbam o ¾ycie od chwili, Kiedy gb'-we¢^wia ;'i!'^ad3aeya,,p†ai6nia1 ferolo^rel. . ^ . ' "i'i''^'v':v'::^ii::''. '.^''^ Kawaler wyszedˆ, a Maurycy nie uczyniˆ zadiiege^estl^ ,;aby/go,;.apaMzyinae.- ;: '.,.' ..' '_/ 1 - . ':1''''.i'':;,' ^"\^\' ./1, Zaledwie znikn¥ˆ za drzwialm, Genowefa r«ucfla^˜i© do /^^'idEtK^ie&ea.;'';'1' " , ' ' ',' ;.'.-,', ,1'.,l,'k:/.'.'; ;',...'^ ^'^l--I^IPi¨^8ba!Bzl;--l:^z©yal - -przebacz ini,''Maurye^ ws«ysfr"' 'K¢ zˆ^, kt¢rem ci wyrz¥dziˆa, przebac? WiSzystkiR a^jrbiegi, zaidj&iainici© na, cierpienia i .ˆzy itn¢jeji Sczy˜i^gate ci,, ¾e wiele' wycierpiaˆam, Wi^le pˆakaˆam. O, m¥¾ riKH ^yjig†hal d^˜ rano, nie wiepi nawet dok¥d, i i(B(o¾e go j,u¾ i^g^y lu© ^a^r;Sg. '^'eraz, iaedy mi pozostaje 3'e4en tylko p^y^acNI, a raczej brat, ty go chcesz zabi†, przebacz, MaBiryey, ^przebac^:'"^"'''/'" -,11-/1'1-' \ i\' ; '" ' ' ' ''',' ^^^^ala-^^podnioa^iaˆod¥^Icrfai©^ ,1 ",''',111;:1\'-''' l,l:lf ' '1' '''J-p-^Cfi?,;; pocz¥e'" "wobec-.1 nieszcz©snych olcolicznc^ei :,'-:" /.i-^a¤"1'1-*-; W ..tych'-czasach' k^dy ..stawia, /na, 1fcai^''',wˆasne / ¾yRie,i; Kawaler de 'W˜.ison-St¢uge graˆ; tak¾e; |ak^ inni', _^|¯r^gieaˆ.;:. 'Teraz, pay&i'' .zapla^.^^prze^n^^1^:1'-"^^,''^;.,;1 (^;;--^T¢ '¾^^^JtBj^^.fuaar¾ec.^je«^ ci©^d¢teze^iarbzatnila^- ^lim..-1-"'':'^.':' t'::'1"11'1''.1"''1 :s.:'.l^.l':':.'., ':1''' '\i':i^.:;''-\ /^^'Tak.^esrt.1-.''^;'':11^.1.'1':'1:-.,'' '.y ''; "li" i1,";;^11'^. ^\ / ^y^i½usi^amEze†.I^ty, -Maurycy^^ty.mi-td^iaowis«!1',.1'',^;' / ^/1^\;';1-';'1:-^'''^ ^;-/1'1:.^.1:-":1/'-1 .' ;:'1-1^ ''"."l m- '/{'.^.l^.iafrft^cwelE¤^leez-t&S,, . ' , ' ^.', ^.IY. :';'/.;,  -.'- .ijW|'rtd^^i^awie^^lflis;. /nie; wyda? 'jiesfecze^^ost&tj^aa^g¢^ '^k^rAi^^iˆoniew¥¾^ty^int^©sz-^e˜zcize. kawalera .^c^^:^^':^  ','^-^is^i^t©in' CWego  stawa, .^tko%stem -mego'  'hoiat^o.ii^l^caur' ' i^¤n^^GeBowete.,:..' '^..',1 ;:v:^:'^^'f~\ ' '', ^^^^,'--'\ '' .^^^Wl^l^ otizy¯, ,iMaury. .,,\; ;^1.1.:,;-'11''' ''\i''i"' 'i? ,-; Dobrze,, b©dzie, ocalony --/ pdwiiedziaˆ MatKygg^ ^1,1; t. poszedˆ'do- jego,,pokoju. , ,  1 " ..^ ; : ;;,,',;;/.ri^^':^ ^:\- .Panie/- ,'r¾ekˆ'-^l.wˆ¢¾.ha\sjebtte^,ullrani©!;^yti^^¨a^: g^liiloranda. Zwracam11 ci11,twoje- sˆowo,:;:jes*©˜^-;w¢ˆ$y.^&.^ty';.l ^^anr .-^./dodaˆ, .odwracaj¥ca si©: w .stro^-Gilnpwi^.^-^^¨a-"^ ^Bh^tej dwa wyrazy: "Go«dzik i. podziemite".-, ^^^ w^y^ i*' ""t'jalEby', przej¥ˆ. go11 zgrozy, pobyti w.ftoteiia^^.gdiie^ilt^Bfc:' ˆ. a¢wa czyni¥ce 'go' .z&ajc^^tft^^-.fll^.^^y^ yogrodu.',/,"' , ''"s ,'1..:.; ';;;/vl -.1' 'PENETRACJA Maurycy Stan¥ˆ W ogrodzie naprzeciwko okna cp©ffw^s- fy, lecz; w oknie nie byˆo ju¾ wida† ˜wiatˆa. Genow^tf^t^B- szˆa do pokoju kawalera de ¤laison-Bouge. ',1 ^(-: .Czas .byˆ najwy¾szy, gdy¾ zaledwie Maurycy dop.a^^l—-''; ' plami, otworzyˆy ˜t© drzwi prowadz¥ce tˆo ogrod(.ttiii^^^i' si© w nich szaro ubrany czˆowiek, kt¢remu towsr;^' ' '"" fcorin i kilku grenadier¢w. , :S; 1-, " -i. c¢¾?1 - spytaˆ Lorin.  , ! , . ;,^], - Jak widzisz, jestem na swoim stanowisku -^I¨^M? ^lAaurycy. ,,..' . ",; , .'::.  - ' . '',, ^^Miii  -- Czy nikt nie usiˆowaˆ przedrze† si© prze? Ki? -spytaˆ znowu Lorin* - Miki - powiedziaˆ Maurycy, szcz©˜liwy,: -SaeS. ' dzaju pytanie pozwoliˆo mu umkn¥† kˆSmsi^Bi,1.;*-^'?^,,,,,,^. '^nie^TOkti^A-co^yy˜cite/robai?. ' , ! '.l'l^'l::S|^|;?''!:r ' ,'-*-.My nabrali˜my przekonania, ¾e1 kawariy)^õ^%i|^Ssoni-^  -Rouge przed godzin¥ wszedˆ do tego ''do^^lll—ii^''^5, pory '\ ^o nie opu˜ciˆ - odparˆ' agenf policji., '''^Ijii-iy'''  ' ''\:'  ;\ ^-'A^ezy wiesz, kt¢ry' jest-- jego "pc^^tet^ '''-.Korytarz; tylko przedziela jego 'p ;'.watef¢^^Dbtmer. ' '. .1 ''''"'.'"S '}', f- 'A".-- rzekˆ Lorin. '., ^-W^. ;-,i^-^Wiocha., to wcale niepotE¾el˜l^l ' ll©^;la^;Maison-Rouge jest-zueh^?^" ' ';l^ta^ey poczuˆ, ¾e kre^ 'u†^jl^ '1 oczy i, ujrzaˆ1 tysi¥ce gwiazd. ^^S^S5^' ^--Ale, ale, a c¢¾ na t spytaˆ Lorin. 11 --; Uwa¾aˆ, ¾e. to1 dla^ljijõ^^^fl^'.:z¥szczyt ^p6|)ywatel, Dixr :%i)$, ze dwadzie˜cia razy, ale nie pytaˆ nigdy, ^dok¥d Wiodˆy. E>la TOego caˆy ˜wiat ograniczaˆ si© do,'spokoju, M^kt¢rym przyjmowaˆa go (Genowefa. -- Oho, - rzekˆ Lorin po, eichii-"- tu rzecz pta'si© "ina- czej. Ni^ip^ A ---Ale czy jeste˜cie pewni, ¾e to tu? - spytaˆ MaUTy- ^ey, kt¢ty, ledwo m¢gˆ m¢wi©. --- Je¾eliplan jest doKˆadny, powinno to by† tu- Jaj -- odpowiedziaˆ agent policji: l- Zreszt¥ z¥^¾ «oba- ©jEyiny. Grenadierzy,jwywa¾cie drzwi, a wy, Obywat©le"gdy to nast¥pi, b¥d«cie gotowi natychmiast do w©jsi;i^}do po- :,too3;u. 1".;...;,-: : ^. ;\ ^ ' . 11 , .,. '\111':'',,^:-;.':,1',\,1^^..:', ;isa† niesmacznym", k<®^©ji^&^| i}.:" ^ -^tB^ ^^Ik¤, ptA¢j - odpowiedziA I.II,atSL^^^ .1.-.1;:";-. ^.pt˜isw&eie^BBi ;l˜c naprz¢d --'\r2^t|^^BS^| ^t¢'''^ - ^ 1'/ ..^^/^^SlS sili6 ^^^.Idife'1.*- 'rzeki .�fOrin. -'-yssteS kapItaneBi- Sfersz©inoi ; naˆes^ si© honory. ;' .. - .;,';. ^. ' 1  :,:,-''^^ ^./ Y^^ˆ''^,'"':; W opuszczonym pokojuzo^talt¢ dwocEb ludzi, 'poiˆem wr¢- c0(t6 do pokoju, gdzie zapaˆko poetiodnie. ; M&ttflrey zbli¾yˆ si© do drsiw¯ prowadz¥cych do sypiaˆ* ni CSenowery. .1 ' / 1.' -'..'',;; ::';.' 'ii^ ',' ''-'1;\,IV;::.';^V\ ^^Po.razr.pierws&y, dopiero'laS&t^tam .''wej˜†. : .'/ 11"^' ,'::"'' . ^Seree-biˆo^ BHI, gwaˆtownie.-^./,'.^ 'i'''^-.i'. ,, ' . 1,1' .'\^'-; ', ^Kl.iaczf^^twB'1: w^zamku. 1 ' " ''^ ''.^y;1 ".:.,J;\;^1 ;";ll.l.i; ^j Mauryey poˆo¾yˆ na nirii r©k©, ;9.ie zawahaˆ si© przez ''ˆSitwi^.^.-'^.'::.,,' 1,  1 ./ . '-.''1:^.;'''';^\^®:':^.\''1^:^,'1;:'. '^^"- 'JKo,, 'dalejr- rzekˆ 'Lorin. '---/àtwieragI/,;.', //' "'.:"1.':S\.^ ^ -- A Je«^fi obywatelka Dhemer õpi1 --fczajla^^^aiˆrycy. ' .'^^'iZa^rzyniy; 'do/t¢¾ka,. do:'' koaiNk¥.^do^&ta^^-iodh''1 powiedziaˆ �ona ^- a je¾eli J¥ saaa¥ tylko zoa^aen!^', :.l^p,/..%:. ^./^; ;; ^--'-Nie''^ ,przerwaˆ^ agent ' polic ji,l.--\:.a¯?eSzj^j|^ayi,l.<f.¥.,:' Obywatelka Genowefa Dixmer jest aryst^krati^^uanaR¤^ % wsp¢lniczk© mˆodej Tison i kawalera de l&i^n-lt¢u-; /^^ ,^'1'^ ;',;.. 1- ...11:.;,-"1 /-:-. . "^^''r'^;^^..'. ;'  ^""^"''-^Otwi^erajci©,.; zatem -' rz¤kˆ- Maurycy;'-T ja nie,,aia˜(iz- ^^'-k¢la^,'-.,.-.^..,, /'/'.,. 1'; ^1111':^. .',1:-' '.':,' /;.1;11:^;[.AII'.:'''' : A|E<^ i^iftg z uko&a spojrzaˆ na Maurycego, a greBa- ''iBttc^ir.pocz©lˆ^^azemra†.-^''.-'1 .: 11' - ' ' , - 'r\ " ,1';: ^,1:.;-.';'^:,-,. , -^- Oho-® rz^^^ Lorin -- ˜zealrzecie^ S¾emr^de wA©† ; aa iMts::ot>H, bo i ja .podzietam zdanie Maurycego, ' '®. ^ ; li'^Tpll;p<^ied¾iawszy¯l.uezyna:lkIxAl.do.ty '1  ^ l-.^;',,,-'',i";';r, M©zc¾yaaKi w^^ szarym ubraniu chwyciˆ IcbscS,^ obr¢eft ^ge ^ybit¢, drzwi ¯i© otworzyˆy i ¾oˆnierze wpa^ ':ido.' ^^o- ^.'.;l^¤;;^-,';l';::,,:!l^-^^^::.>.r ¯:.-'l//'.:l^'y^'v,l^l.^. ^.^.JOˆ^.s˜Waeeei.paiBy.si©-na- stoliku, ale w pOkoju' peno- we.lEy, podobnie jak i w p¢kojli^ ksiwalera de l&^iison- /'^®R^t^^?Bi&!\byt¢-iule<^/l/ '-"''y' ''"\. :1','1' ^ ^"; 1;1": ^?;^^^a^:^'.&aw(^;^ 11'"; ,}1 ":ø.M.satrye3r'1' w¾ruszyˆ.-Tamionami. '^i^^^¢te;^'' ¾e ^ '''' ' ' ' '' t ^y^'.' "-. wu zosta† ArystydeseBO, hQ twoja, sprawa jias^{;i^sna, 1'-^^�Arin/I^prin, wieIn,,,¾e,lmaszl sˆuszno˜†. ;e^ais©teg0,^ ' Hmie dr©czysz, ¾e Wir 'zdarzeä'ci¥gnie .mme-¾^lBlIb¥?1;,. 1''^,;1:|;,; .  .^"-'^'"''ei©^nie.dr©cz©.^ale^si©^z tob¥ $pieraa¯<,-:Przypomfe'. ni¥ sobie sceny, jakie *˜i© co dzieä odbywaˆy itti©d^, ;.]E^|l||^asem-a,;Orlestesem,: ˜ceny.i kt¢re^^˜wiade^-w-.^¢is¢b;-, , ;piK|^|^iywaj¥cy, :¾e -przyja«ä; jest'' tytfciQ'^paradqfcs®a¯,^:p<^',''; niewa¾ ci wzorowi przyjaciele kˆ¢cili si© od rana do wie- ',: czora. ', '-.:*.. '. -",'i-y,.- .: ..'.''^'^,/^":^i" ^;'.^ :\[ /i- -w Zostaw oime.Lorin, tak fc©din-s nailepˆeˆ. '.'..;.- N^gdy, < ",.:'. ^ ' ,-^ :1'!.'.11,1'-1.1' '^' . '.'..r---;. -i- ^0, to pozw¢l mi kocha†, by† szalonym,nawet too-i ¾e zla-odniarzem, gdy¾ skoro j¥ znajd©, czuj©, ¾e ja,zabij©. '---Albo rzucisz si© jejdo n¢g. o,Mau^eyL. Mailu"SR- «akochany w arystokratce!... Nigdy bym w to ni& uwite-"' rzy� Jeste˜ jak ¢w biedny Osselin przy markizie de �har-  ^i''^' . ^.^^ '  ' . '1 , , '-i ^  ..' ' ^''^  ' ^iM.'. .:'^-- Posy6, I-orin, .bˆagam 'ci©!., ^ < . ..'.   ,;11.1. '  '; ,'^:^'; --^Wycy, la ci© wylecz© % te^ choroby albo ^ww^:,. diabli .Pww¥. Nie chc©. aby˜ na loterii wygraˆ szaao^|^(; \ ^gOotyne. Strzec ,si©" Maurycy, l¯ miri^^ai-ytujesz. 3:)p(^®i^ wadzisz, mnie do tego, ¾e stan© si© ^.rwiopiJc¥. May^e^ lf 'ja'^ t¢uj© potrzeb© podpalenia .wyspy —wi©tego �4idw¯R|"'. [ Eay^nri pochodni© albo lont',  ,,,, '^ ','/ _"" ,,^''t''ivs')v" ^' Maurycy mimo woli si© roze˜miaˆ. ":",^. - E, wiesz col - powiedziaˆ Lorin. - Chod«, i <*% a Potem, m¢] Maurycy, upiwszy si©, r¢bmy p; ^zroy si© ekonomii polityczne}, ale, na miˆo˜† J \ nie'b¥d«my,, zakochani. ., '',., .''.'., ''" '/,, '..;'. --. .Tytko, w^ .b¢stwie' Rozumu.  ' :1' 1 '." '' 1';1 ,'l:,';:"'1^3i|^^M "- l''^,l-^',.'Prawda>'.Woia^'bogi^i,,prosiˆa, aby-' ei^py^i^^J^ ^.'^le.grz©ezno˜ci.^bp^a¾a/¾e jeste˜ wcale'iniˆynys^||%% .teˆalkieDa.''-1 1 lli1-  , .'- , 1 '  ""i:\', ' '^'w^ffi 't'--1-^ ";'. "..;1. 'ii. -1 :.1 ,'   - ".,  ''..'.' i '.'^''^Kf˜li&y y'-yl:ni©_]estes. zazdrosny? . .. '.:\\::':'\ ^'^..'^S^' ^^..^^'^ycy.^aby 'ocali†  ,pr2yjaciela, / gotowa jest^n'A||&;^ .wisaelki^n-ofiar....','1''- '  ,' .1'..'1 \' ;.ll:^;.'l;,::,i^^i^?;^ ^;^^^i^^Ci,hiedny m¢j Lorm,i'ceni©^oiR^i^y^|iõ|i^ ;;zanie;',a]|i&'^iajleps2ym1 '(fia mnie-˜rodkiem^p¢cie^zelap;;''^^!!'!^ ^dzfe^ro«aami©tywaaie ^mojej1 'bole˜eir^B¥d¾^zdEàw^^J^II^^ !:.laL^14^temi¾y.l";..,.\.' .,1- '.. , ,';11\1\'\:::'1:::^'^^1^ ^%-^^.ty dofe¥d ^ p¢jdziesz?" "^"'';t-i,IJa?p^d©"do donni.''1-' ::^"l':^..";;v .',-  To m¢wi¥c, Maurycyuczyniˆ kilka ferofe¢w. ' Mieszkasz wi©c t©ra^ w pobli¾u ulicy SaiinttJaeguast , Nie, ale chciaˆbyni si© przej˜†-,w talfit¥ stron©. :' ; Aby jeszcze raz ujrze† miejsca;, w kt¢rych roie^zkala twoja bogioi? .::'' ,;1 "''. "-,..;'.;/'1-..1  1' .'1, ^ ..-.', ;;';1^,;  - Aby si© przekona†, czy me wr¢ciˆa tani; jgdzie wie, ; ¾en& ni¥ czekam. O, Genowefo! Ni^, sadziˆem, ¾e j¨ste˜' fdeSs^ àQ 'takiej, ''zdrady!- 1 1 ',;" :^.,^\"' ' ; ;.1.1. :' .:.1.'-;':  ', ,_¯ Maurycy, pewien tyr^n, wielki zaa'a?capˆc|pi©kaie^ kt¢ry ˜mierci¥ przyptaciˆ zbytnie do tde^t¢ywˆ¥zanie, ma- wiaˆ: "Kobieta zmienna jest, szalony, kto, iej, ufa." ^ Maurycy westchn¥^ i obaj przyjaciele U^ali si© na ufi†© 'Saint-Jacgues.^..;', ,..'';.' '.' . . ; .,1'1^1;;.. :';',i.v'.^.1 .',''>./ .'..1''\'.1: (m bardziej zbli¾ali si© do celu, tym wi©ksza dolaty^ waˆa ieh wrzawa. Widzieli coraz wi©kszie ˜wiatˆo¯ > jsˆys^ea ˜piew, kt¢ry w˜r¢d biaˆego dm¥, przy bl^&u stt¯oea, w ¥fr mosterze walKl, wydawaˆby si© hym:Refii boh¤ter¢w, leczE teraz, w nocy, przy blasku po¾ogi, robiˆ wra¾enie WraisiskU towarzysz¥cego uczcie Kanibala- !\ ^1 ^ ( -- Q Bo¾e, Bo¾e! - zawoˆaˆ Maurycy,-zapominaj¥c, ¾e J3¢gbyˆ JU½ obalony. 1 ,.:' 1  ,;.,..//1'1  . ./v'M1'" I szedˆ dalej zlany potem. ) ; ; L&n¨i patrzyˆ na niego, mrucz¥c pod nosem: ; ' 1 MiteSet, miˆo˜ci, kt¢ ciebie uczUJe,  ^;. $entra)^; iJorin ci¥gle szedˆ za niro. Towarzyszyˆby HIU nawet ^o; -piekˆa.::'^ ' ''':':  \ 1.;:/' '. .^\, -.;. - - \ 1 ; > -, :-.1;:^% Dach ju¾ si© ^ali� Ogi;en zaczynaˆ przenosi† si© nar^s†iSo* , "dy.:^,,1."-11.;'^-,/"' ,..; ''.';\i'i/:"i:'::'i^ ''/ '' '^'t^¤ i?'Maurycy, zadyszany, przsbiegi" caˆe pierwsze pi©tro,; pt>i¯S k¢j G©n(?wety, pok¢j kawalera de Maison-Rouge i N^y^t' (ai"^e, <˜tluittuonyin gˆosem woˆaj¥c: '  ^ .1'\':l''l^",:;?.a%'^ '^'^-^no^eforeeriowefbl ""-1'" 1:1 '  : ^'^^^ '.^ ^Nikt^nUr'me .odpowiedziaˆ.'."' /'' ,11:  . 7'-''1'^ ^¢eiwszy do pierwszego pokoju, dwaj przy j¥cˆet¢iyii ^'l¤©&y dyiaau ˜ciskaj¥ce si© ^¯rzsz drzwi. Milno^kir^tfi^1 I^orSn¥,- w˜kazujacego^^na^^okno, .Maurycy -przesz^ilJ:'1^^!! '.,iro4ek\pˆoadeni^ ^'1 ,.1' ' ' : ';' '1,1 ^ 1'l''/i;';J.'ls:iiltlii?ji; '' Nast©pnie wpadˆ do domu, .oiCzym..^niel',p0wB|KS^||^^i .' ^rze^le^ˆ dziedziniec zarzucony ' -p¢ˆaHianymi:,'-^)®?i©^i^^| ^na3|anzˆ .^sil© jadalna^ pok¢j Etixmera, gabmet cb©mika^||| ;^raa^i,,:;^2©d¾ie--.peano^ byˆo'dymu,.gruz¢^^,potˆ!i^%o^ 1 oilN.^ .'C|^fi "dosi©gn¥� ju¾ 'tej .cz©˜ei; 'd¢ˆBte'!  zaczyit^l llr^^lel^l'^l-:;\r;:,-^'^ :'^t t^t Maijty©y .obejrzaˆ  ka¾dy^pofc¢j,, ka¾dy. ^ak|ct^i^ '''B&yret^wl^pi^inicaen.^ˆb .s¥dziˆ,;.' ¾e.1 Ge^ow©t.a^-^-ne^^ ,' ItESfedi1 'poilajee¤tl^taai^.si©^moee ukryˆa. ' '1!S!.1;/1'1' ^"^'^-^^tliSiS ^^Jli^1,^!!^^^^!R^1 nikogo., . . .1^'.;..;... .;"',,,' ,'i.'!^. .,.;''ii'%.ilE^H^ :-'^;^^.^./Uelitf,l--T-/.;l¯©feˆ. doä ILo4nl-;;v^dzit^'I^2^˜ei^:::^l^ ^nifcf^by^,' -nie. wytrzymaˆ, chyba'' tyˆ^/sAlaroatindry,? i.^l^ft';; '-.'.: i. , .i ^"'i i ^ .-'.,.11 .."1] -l'.'l;";':';lv'll';(ll-:i;^'/,;'i;?l|i? nie szukasz przecie¾ tego zwierz©cia .^ bajki CSItod¾, B&" pytamy, si©fludz^^inozR ij¥, kto˜-widziaˆ...^; ;,' ^^;^il^^l.:':;'-'*f:li'; '.. Trzeba byip' u¾y†' wszelkich-. Si31;, ^S^^wypro-syad^^lSiau*. ^. rycega.z .domu.; .1.. :.'.-' ,\:;- -.'..',, ,1 - !^:' 11- /.l-.;''lllf:,;l^l^l,''^<.;;;lll;:a!l;^ ^ E¯fl?aj przyjaciele* prze jr?eK cafe oleolfe©, 'zatrzymywali, 'JM-z©ehodz¥ce ^kobi^,-przeE^l^K':wsz^stki©:^pl^^E^i:;,^ be¾ ¾adnego .rezultatu, ,Ji¯¾ byˆa g¢Oatya^.'pierwsza;- pR :p6ˆ®®, nocy. Maurycy, minio niezwykˆej 'si^ ':"v&egt -wres2¯i¯"?att%-1; ¾eniu^ ^stanowiˆ z&rti©(SbE(6 dalszy†iS ;wypytyii®Sä. 'i , , : ; Przeje¾d¾aˆa wˆasaˆe. doro¾ka. Loriri:la:4iZatE2yn^:^;.^:''A,, ' -- M¢j kochany - rzekˆ do Itfaury^^ -^ ezyriiiji˜fo^ . co tylko mo¾na, sby odnale«† 'twoj¥; --Gettow^E©*^ -Btta ,'Wfej'1'1 zm&rdowali˜aay ai©, dla niej poparzyS^S^ si©, pi^fe^i 'aN dooy† otrzymali˜niy kuˆak¢w. Sam nawet &Hpido^/ jakfaBi--  "wiek,;bard25¢^wymag4j¥cy,. nie ai¢«&,'^i©e^,.«i^la^^ .. /Chaaego czˆowieka,-a przede 'wszyst^m;^;nitfyZskQ^ go. Wsieidzmy i ^r¢†nay ka¾dy .do ˜w†gi^ dofl|l8t® ? ^ ; < - Al¥urycy nie'pdpowi©driaˆ ni^iaˆ©^^pozwolaSSisob¤-t^ere?-^ wa†. Pwaj przyjaciele wmilEzssOwi: ,dos«H -^do.^^zwt^-Bttiw^ ''/kAoia Maurycego.' 1 ' '.: :-'1'.. '-:l,,.;;l;',''.l^li'.''l.".'l.;^'.l^ WˆaWe gdy Klaurycy wysiadaˆ z bywatedu-.U^ey'-~^zawdˆ,aˆ.ltenia..;-KaR,aj^^ naal^pafl-.przysporzyˆt-:; ', ,'[',.'' " i''^.^'!- i-'"'  \::i:' ' i'¤lwl''^l: 1 ^ Wyraz^,n«uB"'; .uderzyˆ:, Maurycego. :.-..'."^;/ .^ll;'^,äl^;l:l:"\lˆ''^;'. ^^.^W¤toP.-^-.-^ytaˆ.,..1';^^' '"',;1,'",1,1;:::, ; :', ^^^...l1,';^1.;-1^^1' ,, ;l-^3'ak -jest, .inale., i tej. damie,, kt¢ra;; ((zeka.;, na^eiab˜^ ^ ^ isby^watelu..  ,'.,.;, ,' 1,/- : .;-.,l-.:,:l:;''l.,i.;:c'/'V;;?'.l,;^l^;''\,' .' ...--'.Siama!;'- pbwtàˆ^y^^Maul^ey^ˆttiei.uwa¾aiat�'^, ', &iti^^,p¯^I¯Q^Die†^sob^ .tej,^;chwˆH:-'lk^^^kl^8^y(e^ tli :. Asych .4awnycb przyjaci¢ˆek. Dobije ^agratKi^ ^68 mˆ ' ,;tL?:;powie4s^^,,P^^^?©'s^a'lM>e ywateiu" 't' -zawoˆaˆa˜ "Ot¢¾'i 'onr'^1'1''^.'''!1,. ^'T^.:'' ^ ,l^&^.t^^^©js^^«e.^^.X'tel<.^aL.. Nie^ˆtestatBt^a^^^pe-', ^^'a^fcwoBy^do', a^norons,,.~lId¾:^na,:lg¢r©,i powieai-; . ^^^^^^pokjC^u.'^'.,:';.1 '1 ; ^.f: :i :i''^'':l'/';'l^\^^'\l%^^ ^,;^4a^I^pyl.,VK˜ze^;za\lutaa.'l '/,.'' i-,''";11 1 '-.''1:1^ :.';^l;l^'?:<'i;;!i ^:.^^l^^^Ws^/;St¯¯t3ta^^^;r jak¥˜ dr^^:i;E>c^àB^,^; ^^kt|^^^^lai^a^'^a?a,'r©fca^'-,iak¥˜;*t)We^ ^,S3F(;yza^ˆ ^lW�E©[^;g®^^.niel;s:^^:3^^ ."l^a.^:,:^;::'1';.;'^^,/:,;/ . :--'"  ^:: \,/,^^11''^<'^ ^;:.^|i^.^nafe si© -(Scidaˆifc-.^ ^T;'^^!;;^^ ^^|'^^si3it(^aˆ;i Ztania^ˆt^^zwi.' :.' ^l'^.:^^111^1'^','''1^-^''^^^1^.1. "^".ia^d^1 -K^urycy...pospieszyˆ .Jai^^odie^^te^net^ ;^itafosi8,,gˆQv^ ,"-,'"1- ;:^/^l,:lf;l^:/iKy$-i:,;^:;^:,l:ll;l'l^: ^^^.'(Siei^iw^ --.G©iy)W©&^ Bi^t¢^^y«bycoi'..': l^l^^.^^^.-^^^^;^ ';^:/;lf;:::; ';, ^^3-;'tRR, ^jaie, ict&saˆa^^^r^jacielti1^-^odpcffiyi^iala^m^'^, ^^y^ifijt^^ k^^ps^^arii,1'^-^*?; 'W^^^y1 ;.- '-.O1 ro^.^B^e!^  Czy¾ ten^1 .ktpreg^^ini^ta˜al^^ '1. l©pasiego,, )ewff^e1a¥clsie ^cri^¥^^.^s7:'^1;}?';^1^^.,;^1:-':;^^^ ": s-w ;t!goist¥? ^C^1' t^' zaˆ¥czy, .^ ia^f'i^-iia^ ^^.^"flpt^tez!.,: . .. :,.">^ ;.''';,,1'11-' ^ ''^.S.1^'^-, "^^S^,^ ''^''.^Sialow^a-z^c¾albˆ ;',;;.; ,''?"';'; '1:;/^.1'\/1'^"''',.:''. ^.l^¯%^y'.'; ^ '^.^I^il^^iNa^^iiteP-^^^odl^^ ^^^srycz;^"'-*-;'^^^^ ^ |:l' '^'.'^'^ /.^^^[attcy^^flid^to¥ˆ^^up^ '"11'" ^j¨teftWWette-.' '! ''.'''..-. .^\ .. "' '. pocieszenie po tylu nieszcz©˜ciach, przecie¾ kochasz mnie... W imi© nieba, powiedz, ¾e ci© tu nie sprowadziˆy mpje gro«by. : Powied«, ¾e gdyby˜ .nawet nie zobaczyˆa mnie : daSsie;j˜zego wieczoru, to u˜wiadomiwszy sobie, ¾e jeste˜ sama, opuszczona, pozbawiona schronienia, s byˆaby˜ ta >, przyszˆa. Przysi©gam ci, ¾e ci© uwolni© od przysi©gi, dp ja- 1. kia-j ci© zmusiˆem. - ' / .^^ . /.. 1 : ,',' ,1'..-.:11\ Genowefa .odpowiedziaˆa mu spojrzeniem peˆnym nie* .zr¢wnanej wdzi©czno˜ci. . , 1 ^ '' ;: \:."i' ;'' ^i^y -- Jeste˜ wspaniaˆomy˜lny!- rzekˆa. - O Bo¾e, dzil©tei ;), 61, ¾em w nim ten'przymiotodkryˆa! 'A^^ ,-- Posˆuchaj mnie, Genowefo - m¢wiˆ, znowu mˆodaSt-^yi; nie†. - B¢g. kt¢rego wyp©dzaj¥ ¾e ˜wi¥tyä, ale kt6r©gõlf|-' wygna† nie mog¥ z ^naszych serc, napeˆnionych miˆo˜ei^^.i B¢g sprawiˆ, ¾e dzisiejszy wiecz¢r jest na poz¢r sinat*Sl¯f%^ I^ez minio to ja˜niej¥cy rado˜ci¥ i szcz©˜ciem. B¢g sproˆ¯|l|jt^ dziˆ, ci© do mnie, Genowefo, oddaˆ ci©/w moje obs^^^l^?.,^ i' przemawia jte ciebie moim tchnieniem.' B¢g-tym 's|!ij^^|y1 bem pragnie wynagrodzi† Wszystkie nasze. cierpieM^j^ Wszystkie cnoty, kt¢rych dowiedli˜my pokonuj¥R a^^tti^ .. uwa¾an¥ ''"za . faˆepr&w¥,:  'jakby'1' uczucie' pozostawiffiEt¢.t^^^^ ^dˆugo czyste i zawsze, tak gˆ©bokie mogˆo by† wyst^p&^^^i ' ^ie, pˆacz, "wlec^ 'Genowefo., Podaj'1 mi' r©k©. 'Czy' chceS¾^^^i'^" ^ ' 'Zlaista†^u^fcTata^-Gzy^chtfesz.^by ten"brat z czci¥ caiowat^'i|^||^';\- ' befc^tw.eji-Szaty.i^wyrzeKf «;caˆ¥: szczero˜ci¥: "Wy3d©'2a:,|>^^?',^.;:^\ tego mieszkania i nawet si© nie obejrz©?" Powied«, ^i^lll^^'.'' ''..znalE,' &.'przekonas2^˜i©,<¾e1' odejd©, -¾e' ci© ..zoslam©-.")sali^'^|^; ' -'fcoSä¥',1 tbezpie†zn¥ jak dziewic© W ˜wi¥tyni.. Ale.^ictra^K.I^''?^;'.1 Genowefo, je¾eli zechcesz pami©ta†, ¾e ci© do tego stop] koicbatem, i¾ o maˆo cb ˜mierci¥ me przypˆaciˆem tR]'^-i^^ io˜ci, ¾e dla tej miˆo˜ci, kt¢r¥ mo¾esz uczyni† zgUba¥ Ifetbj,'^^ Szcz©˜liw¥, zdradziˆem swoich stronnik¢w, ¾em ¾nien¥-i;^ y?N«iˆ i obrayd¾iˆ sobie samego siebie!... Genowefo, 't^, ,^',^ kttea; jeste˜ anioˆem debroci, .powiedz, czy chcesz yczynici ; ;j^ ip¯o(e tak swzs˜lywyte, i¾byt¢ nie '¾aˆowaˆ ¾ycia, i¾bym ^juit , ^ i^ po¾¥daˆ tylko wiecznego szcz©˜cia? Zamiast odtr¥ca† mnie od siebie, u˜miechnij si© do mnie, Genowefo, pozw¢l, niech r©k© tw¥ przyˆo¾© do mego serca. Pochyl si© ku te- mu, kt¢ry ci© kocha caˆ¥ sil¥, caˆym pragnieniem, caˆ¥ ; dusz¥. Genowefo, moja miˆo˜ci, moje' ¾ycie, nie cot^ sa¯©^ przysi©gi!,.. >. ''1 ', ;^.:1 : . '" "' y'1''1-1".   ^1;,,1'1,'1/,:;:1^' Pragnienis miˆo˜ci, znu¾enie, pow˜tate ha skatefc'sˆyK'- ¾yeh cierpieä, wyczerpaˆy siˆy Geiˆowety, o©zoin Jei le« ju¾ zabrakˆo, a jednak ˆkania \¯yrywnSy si© ci¥gle, z iej 'RiBrsfc  ' ...-;', 1 11" 11,..1,-.!.1^.''-. ^/"-1 , :'.y;:/ll'\r,i Maurycy zrozumiaˆ, ¾e Genowefa,i ni&:lB O-- szepn©ˆa-nie opuszcza] ram©, B^aary^y, ty. nt¯. jeden ju¾ tylko na ˜wiecie pozostaˆe˜, ''/i!'':i^!v,y'l^i^!'l;'j'. ^'.^^Olg^clfflie. sˆoäce, 'iiip^ada}¥y^':?2a9i^^ '-^tole  2na3dowa{�aK|yi|^,^ '.^ .''ii^^ak^^^ia^ff^potr^bow .BoiS-¥e.-^ei ^postaiia^^l" ^?;©tti|laa::Sobi†;tlsl^^wai6. W.S^sIectn^-pokojtt^t^claIi^^t^^il)^ ^'ia^^^lNAaeszliit¤ ^aˆ©ty jtoit¥˜ Teb¢t¥./^tetatnie1 pi©ta^yi^]?'-'' '.^.ta^.Aly;^!R^'pcze« sz^^ˆrty rolet; a M˜cte TOZ,'^^^^ y ^&BN^:l^^ez^'13^^^a&Ao4^!^^ '....1.1 .; A^^lil"} 'r^^^^iS^aˆ†wwef^irite^cacy./upu^ ^^&<^^..:^zgrp^ˆa^w^rstet^ i; zainy˜lonat, aõmie&Ii^y˜^^©s-p^zy:^¥61pr^ "d^?' ^t¢ry'-.cw;;p¢ci'eszaˆ,'  pomaga^S^^eBe^'' ^i^y^^^^^ .po^ftr^.-al^.Y131^^'':^ 'i^z^.-lifflr^o^serea,.'. Ri?b^ go, Maurycy, ^pri!^^"'"1'1:.''ˆ'' ''i^1^1":" '^'^.L^1%'; ;..':''--*'Jafc: 'to.^pazwalasiB?^--- pc^cb^li^S^Ury^ :':^l?^<^,'.BragEn©.tego.l:- o<3rzeiE3Ea-'cesi¯^e(a-.:^ [^'^'^^'^^i^i^ ;,-^:'-^ 'if¢kaEi1111^;'^!^^^!1''- ^awo^y.SA¥ii^l^^c^rowffl^ '?: ;^1-õ ^ Ie}':tla^atfio˜eN.^,--- , Chce˜jE^ cjhy^ia,11 ^a^ls^^l^-ltytfeo1 ^^1,.;';^^| '^ka†a^^Ie. ufeatetwia�':'' 'l':'^^:?;:;'l^:L;:/:'"vu'%|t'::A;^ ^ '^Gienffwef¥ 'j^ichyli^ ^/.ni.©tWˆ^p&^i^aft . cy.^^worzyw^Ey  'drzwi¯,'.wpi^adzU^fco^iqs,^^kn^^ :1';'; '^^ i.tizi^.^w^el^an.ekim:. ubrania. ^Lo^n^spestTS^^-^^^^^.^i1^ .^^^^.'^aztt^«dziwiˆ^li^^iee«:, n^tye&iBiaist, z, ^iK^iu&^el^^^^^liiill '"^^Ksdri&waˆ.'''.11""" '' :.1 '^1':'.,:1^.1'^;, '... '1:-'''','^" '. ^,IIV,^lv: ^:i';^'J''^¤?'^5 :-;';^^;^hLld«,'fI^¢rin^/X«ekl'!^t^^yc^ --, i11 ^sp6^,I^;jpSEgl¥.^^^'^l,it|;^| ^"'^Bte^'^fo¾jony1' 2.'trQän, ,Bb^tera2\¯st¯ˆej|e' 'Irt^^kog^^ai^^^^^ijˆy ^^klisr¢lteir^ad^ ciebie. O,, d^˜yCT^aˆ: 'tEK^jft:,S^^^eJ, ^',^;^^ .^.^^-^Pam^-*- ˆrzela il^^^z^iiio^ag^^adzat^^i^^^ : ig^is¾^l^^-T-' li^õ,;si©;. ?twal. ;k^^8\]^te'Ua3'e^^,ˆ^^ ^.l^s:^,;^^)^1;^^?^t^!, ,B(H^e^lat;fi6.,;1, .^ r/''^ .^^^^^A^^jltl; ^--"-(Sˆit^aj«e',,^^ ^<^^t¯˜xid6AeD^^^:ˆa^:<^a|^ . ;"?;:, --^^^,N81^' -r?'. ilfcodaˆ-Macury^^¥A gdy?,ui^^-r^^|j|^; ' tpfe^el^tat i^y©k© konania,, .swte. ^^eini&^lBBt^ta^at1^^ ,:%|lji- ;'dQSi^,;iaki^:';^fli©jciti^&:.'.TO,l:^Inl'B^^ - Wi©c teraz me pragniesz Ju¾ ˜mierci, nie chcesz si© zabi†?;' , ' ' , 1;/''1 :',-.-";1'1:1 ''/,.' .1::^' ; ' '' ..', .-^ Jak to'? - spytafa, Genowefa. , , w; Miˆy Bo¾e-rzekˆ Lorin -^ jak¾e zmienn¥ istot¥ jest czˆowiek i jak sˆusznie filozofowie gardz¥ jeg¢i lek- komy˜lno˜ci¥. 'Czyfawierzyss? pani? On wczoraj chciaˆ rzu- ci†; si© w ogieä, w, wod©,, utrzymywaˆ, ¾e nft tym ˜wiecie! iHie maju¾ dla niego" szcz©˜cia. A dzisiaj zastoje go weso- ˆym, szez©˜liwyto, :dzi˜ ma u˜miech na ustach, pogod© nai^ /czole, ¾ywo bij¥ce serce, a przed sob¥ dobrze zastawiany;' 'SWf- Prawda, ¾e nie, je, ale to nie znaczy, aby z tego .il%¯-^ , ^wodu-by^ nieszcz©˜liwy.' '^'; .",1. ; . .. :1^/^':^ ^i-Jak, to1;-- rzekˆa Genowefa -on to .wszystko chjelat' .v -,,^^icayni6?.''.V"/^1.,'';/'1  ''-,.. ^ ''.^W1R ^ -"- TE'a,k,.;fo wszystko i wiele innych niedorzeczno˜ci.??^^ ittE|g pani opowiem, bo w tej chwili zbyt jestem ^?^|^, ; a (Winien temu Maurycy, kt¢ry wc¾ora] p©dzir miEXt|?^it jcafe} dzielnicy ¨aint-Jacques. Pozw¢lcie wi©c, ¾e, we^gnB©|^| dS '˜niadani&, kt¢rego ¾adne ^ was1 jeszcze, nie tl¨E^©l^lil 1 "^.'-"'rak,; lE.oriat-^ma sˆuszno˜†'1, --z, dziecinn¥., ,'ra^^ ^ 'zawoˆaˆ Ataul^cy. - Jedzmy ˜niadanie^ 'bo˜my '-jesze^iUl "', iliemieU w ustach, Genowef ol ' ' ' ' ^ ^'^^^M -/; Wyrzekˆszy to imi©, sp¢j r¾aˆ na Liorina,aleˆeit^^||^i|? . 'aifc^mricign¥ˆ.11',''' '..;'', i^.'/1 i^ 11' .,, ^ '," ' : ",;. --'^ .^i^ll.7^ ,^;^^\N¢,, zgadˆa wi©c, "¾e to ona?'- spytaˆ ^ii^aury¤^lii^' :'. ,'?-.^-;^e¢^0˜'my˜l¥ˆl- "odrzekˆ Lorin, .kroˆsc^^sit^i^Kl^^ -/^^'flizynki.',.'''." :''.'. 1/ ' 1  \1;1111'>1''^^^''rf;1"'^' ".' " '".' ' 'i . '', .',',,. ./.:,.® ,, ; .: .' , . . ' .,,^ ^^^ -'^':;.^:" " :^'^-'I natoie. si© je˜† chce - odezwaˆa si©1, G^^is;chi(}^$B.-1,! '' i',.' ^;1  ' , -'.^^y;1.?^'11'^^^ ^'^' ^'--'<3!,;-:by^r'¯|tti©ce3 nˆ¾.-chory^byˆe˜.^s^llony.;;^^^^;, '' '' '^ :;,:;l;.^*-0lt6¾'wy1.'\  --- C¢¾. sˆycha† nowego? - z niepok&ifBl zapytaˆM^tiry- ;cy.^.,.", .; ;; 1 ,^y:'1 ;, .- 11;;,^-'^''1! '' .Y^1'.'^11'1^ T~ Wkr¢tce b©d© ni¥ stra¾y w Co^iei'gerfe. ; -- W CoBCiergerie! - rzekˆa Geao^^.---Pr2y.kr¢lo" weJ?'',^' ,' 1/1. ,1-: ' ;"11.  '' 'i:^'^ii' ^,:'.: iv"!;;l'l:'. -'^1---.<^ podc^cy ^ . 'wuU�aitu, w kt¢r†g¢ kraterze pozosfitJ¥'r†sa&i topniej¥- .cej^^Wy.',;'.' ':^11 '1 '"'i.^' 1  .' ^'^C,''-'1.'.'1''':'1.' '/ U ^ ; .--Obywatelu dozorco - rzekˆ doiwStica .eskorty-- :pr«ygoˆHj.. dla iia† list©, ?fle ˜piesz 'si©.-.-^i-.iG&eBaa^¤a' 'aas':. 'czeka.-. , /' --;' -' ." ,-11\1;:- '' ^..Y.:^';1'^','^,.  : .-:.\'':,'- -/;,-:.O, 'zara«,"1'zaraz,1 -chwileczk© ^.'odrze^^i&c^wierny,' i wlewajige1 de kaˆamarza kilka kropel winai;©;˜^¥«eiob(& szklanki.-Mam w tym wpraw©, dzi©ki'Ipo^rT^wfejeiiril© ftazwMo, obywatelko? ;1 .;'1 .', ' :::j.\:''l\'.:l^;^;;1^^^ : "^l^uiteoczywszy' 'pi¢ro, w;''tym 'luby^^kaˆa^r^^lsabraˆ '.^'i; do.' 'zapisywania 'imiema i- nazwiska"..nowci1-,.?!'^^:^.'1^;^--'''':'.. '"bryce prawie' caˆkowicie zApeˆalSˆBei '.iany^A^zwi^rtoit.y^'. ' 'I^ttezalbefai^obywatelka SicRard;'^tà3¥<^':xa^^¥|E^-,ki'2e!^^^ z podziwem peˆnym? szacunku pr¾iypatrywaˆs-t¢fe ^«lafcN©|t- ' 'wy'i ,'duBBnR,T kpbieele, ^kt¢rei11 m¥,z'""jBj zadaw^pyttalia.^ ,' ' -- Maria Antonina Joanna .t¢zefa iE¯ofBryäska, areyks^©^ ' titatraˆits&tacka,, kr¢lowa Eraneji  -"^odpowiedziaia ;:uwi©«lo-'' 'z^^^:;'',^1- ::: - ,."; .'':; 1;, "1';!;-..,;  y^^^Yy'^.':. ,' ^l'lS"6Ic^^^'Fran†;(ˆ?:l'-";!powt¢r^';;¾d2iwio^ 1poda<¯S5s4<; si© nieco z krzesˆa. iii:^ '- i^i;;^;'14;,. ^ -^-T¥fe,fcnaiowa Francji -J- tym samym tonem ^o¯t6- ,!2sR^sS^iszteRa-' "^ 1"'":1/',\ '':;:':."1-1 '" ' ':''^^"''l^'".lil"'' '.. -: /-- Zwana inaczej wdow¥^Capet,-' .dodaˆ ^dwa^Sa©a:^-*' ^-aEorty.¤;.;1;^1 ;%y; ? - .;i.''11,:11'. : 'vl:'\':i'' ;""> :. 1 .;':,^;:jwwl�I"^-., . '/--^B^.ktoryin.z^h dw¢e&äazwisk.mam^^lEgi^˜^^-^', "^ytaˆ^dozoica;'^;^ 1''11Y'. ^"1^ ": ,' - 1 '.1\. l'iilcym ˜wiatˆem latarni, kt¢r¥ trzymaˆ Gfcrakchus. -Boj© si© -r rzekˆ Santerre dpwi¥eo - czy cza-sem ,obywatRl Girawl nie jest marzycielem, t - Zobaczysz, obywatelu generale -.-odpowiedziaˆ archi- tekt - zobaczysz, czy jestem marzycielem. PoczekaS tylko. -- Widzisz przecie¾, ¾e czekamy /- odparˆ Santerre, - Dobrze - rzekˆ budowniczy, a potem licz¥c n— gˆos dodaˆ; - Dwana˜cie a cztery to szesna˜cie, a osiem to dwa- dzie˜cia cztery, podzielone przez sze˜† to b©dzie cztery, Ot¢¾ znalaztem JU½ to miejsce, a je¾eli-si© myl©. cho† o jedn¥ stop©, b©dziecie mogli powiedzie†, .¾em nieuk.  Architekt z tak¥ pewno˜ci¥ wym¢wiˆ te sˆowa, ¾e oby- watel Theodore skamieniaˆ. \' -.-,' ' '  . '. . . Santerre s pewnym rodzajem szacunku spojrzaˆ na plan. Tym .bardziej go podziwiaˆ, im mniej rozumiaˆ. . - Tu na tym planie, kt¢ry narysowaˆem, o trzyna˜cie krok¢w ,od ˜ciany jest ruchoma pˆyta, kt¢r¥ oznaczyˆem liter¥ A. Widzicie? Pod t¥ tafl¥ s¥ schody... - m¢wiˆ da- lej budowniczy.- Jak widzisz, oznaczyˆem je liter¥ B. - B... - powt¢rzyˆ Santerre. - Widz© B, ale schod¢w nie widz©. I generaˆ roze˜miaˆ si© na gˆos z tego ¾artu. -Podnie˜ pˆyt©, zejd« a¾ na ostatni schodek - m¢wiˆ dalej budowniczy - policz pi©†dziesi¥t krok¢w i trzy stopy, 81 e - A-, Du.mw spojrzyj w g¢r©, a znajdziesz si© na samym koäcu podzie- mia pod wi©zieniem kr¢lowej. - Wdowy Capet, chciaˆe˜ powiedzie†, obywatelu Gi- raud - wtr¥ciˆ Santerre, marszcz¥c brwi. - A tak, wdowy Capet. : -- Dlaczeg¢¾ powiedziaˆe˜ "kr¢lowej"? - Tak z przyzwyczajenia. - I powiadasz, ¾e mo¾na znale«† si© pod wi©zieniem? - spytaˆ Richard. - Nie tylko pod wi©zieniem, ale, dokˆadnie m¢wi¥c, pod miejscem, gdzie stoi kominek. - O, to ciekawe - podchwyciˆ Grakchus. - Rzeczywi˜- cie, ile razy kˆad© drzewo w tym miejscu, zawsze odzywa si© jakie˜ echo. . - Wiesz co, obywatelu architekcie, je¾eli znajdziemy to, o czym m¢wisz, przyznam otwarcie, ¾e geometria to pi©k- na riauka. --O, ju¾ teraz mo¾esz to przyzna†, obywatelu Sariˆer- re. Obywatel Theodore wbiˆ sobie paznokcie w ciaˆo. - Musz© sam si© o tym przekona† - rzekˆ Santerre. - Jestem niewierny jak ˜wi©ty Tomasz. - Oho, teraz wspomniaˆe˜ ˜wi©tego. , - A tak, prawda. Ale to z przyzwyczajenia/podobnie jak ty powiedziaˆe˜ "kr¢lowa". Nikt mnie jednak nie ob- wini o spisek na korzy˜† ˜wi©tego Tomasza. - Ani mnie o spisek na korzy˜† kr¢lowej. To powiedziawszy, architekt wzi¥ˆ znowu lini© do r©ki, przemierzyˆ potrzebn¥ mu odlegˆo˜† i uderzyˆ w jedn¥ z pˆyt. , , Byˆa to wˆa˜nie ta sama pˆyta, w kt¢r¥ obywatel The- odore tak cz©sto stukaˆ, uniesiony w˜ciekˆym gniewem. - To tu, obywatelu generale - rzekˆ budowniczy. - Tak s¥dzisz, obywatelu Giraud? 82 r 'S Patriota, znajduj¥cy si© w schowku, do tego stopnia si© zapomniaˆ, ¾e zaci˜ni©t¥ pi©˜ci¥ uderzyˆ si© gwaˆtownie w nog© i wydaˆ gˆuchy j©k. - Jestem tego pewien - m¢wiˆ dalej Giraud. - Wa- sz¥ ekspertyza wraz z moim raportem przekona Konwent, ¾e si© nie myliˆem. Tak, obywatelu generale - z dum¥ dodaˆ budowniczy - pˆyta ta otwiera zej˜cie do podzie- mia, koäcz¥cego si© pod wi©zieniem wdowy Capet. Pod- nie˜my pˆyt©, zejd«my razem do podziemia, a przeko- ' nam ci©, ¾e dw¢ch ludzi, a nawet jeden mo¾e kt¢rej˜ no- cy wykra˜† uwi©zion¥, kiedy nikt nie b©dzie si© tego spodziawa� Szmer trwogi i zdziwienia, obudzony sˆowami budow- niczego, przebiegˆ po zgromadzonych. - Widzicie wi©c, ¾e byli˜my nara¾eni na niebezpieczeä- stwo - ci¥gn¥ˆ dalej Giraud. - Ale teraz mam na to spo- s¢b. Przegrodz© podziemie ¾elazn¥ krat¥ i ocal© Francj©! - Obywatelu Giraud - zawoˆaˆ Santerre - to wznio- sˆa my˜l! - Niech ci© piekˆo pochˆonie, przekl©ty o˜le! s- z w˜cie- kˆo˜ci¥ mrukn¥ˆ Theodore.  - - Teraz podnie˜ pˆyt© - rzekˆ.. budowniczy do oby- watela Grakchusa, kt¢ry opr¢cz latami miaˆ tak¾e i dr¥g. Obywatel Grakchus zabraˆ si© do dzieˆa i po chwili pˆy- ta byˆa ju¾ podniesiona. W¢wczas ukazaˆo si© wej˜cie do podziemia, a w gˆ©bi schody. Buchn©ˆo stamt¥d powietrzR g©ste jak para.  - Zn¢w daremny wysiˆekv- szepn¥ˆ obywatel The- odore. - Czy¾ niebo nie chce jej ocali†? Czy¾ sprawa jej jest przekl©ta? OBYWATEL GRAKCHUS Przez chwil© Santerre, budowniczy i Richard stali nie- ruchomo nad wej˜ciem do podziemia, od«wierny za˜ ˜pu&- cH latarni© w otw¢r, ale tylko o˜wietliˆ jego g¢rne cz©˜†. Budowniczy, peˆen triumfu, wydawaˆ si© swym geniu- szem g¢rowa† nad towarzyszami. -- I CO½J -^- rzekˆ po chwili. , -- Na honor!- odpowiedziaˆ Santerre. - Tak... To psfS, ziemie. Niew¥tpliwie podziemie. Trzeba tylko dowiedzie† si© jeszcze.dok¥d ono prowadzi. 'l -To zejd«, obywatelu, a przekonasz si©, czy m¢wi© prawd©. - ISamiast t©dy wchodzi† - odrzekˆ Richard -'lepiej b©dzie p¢j˜† razem na g¢r©. Tam podniesiemy pˆyt© w ko- minku. ' - Bardzo dobrze - rzekˆ Santerre. - Chod«my? - Ej, strze¾ si© - odparˆ architekt. - W ten spos¢b zostawiona/pˆyta mo¾e kogo˜ naprowadzi† na i˜lad.' " -- Kt¢¾, u diabˆa, m¢gˆby tu przyj˜† o tej godzinie? -- rzekˆ Santerre. , . -A poza tym - podj¥ˆ Richard- w sali nie ma rii- fcogo, zostawimy tu wi©c Grakehusa i wszystko b©dzie w porz¥dku. Zostaä tu, obywatelu Grakchusie, przyjdzie- my do ciebie podziemiem'z drugiej strony. - Dobrze - rzekˆ Grakchus. - Masz jak¥˜ bron przy sobie? - spytaˆ Santerre. - Mam szabl© i dr¥g, obywatelu generale. I wszyscy trzej, zamkn¥wszy krat©, odeszli przez gale- ri© Mer†iers korytarzem wiod¥cym do Conciergerie, Od«wierny widziaˆ, jak si© oddalali, ˜ledziˆ ich wzro-, Idem, dop¢ki m¢gˆ, sˆuchaˆ, dop¢ki m¢gˆ co˜ dosˆysze†. 8ˆ ' ; . . ' '"' Wreszcie, gdy znowu wsz©dzie zalegˆa cisza, postawiˆ latar- ni© na ziemi, usiadˆ, zwiesiwszy nogi w czelu˜† podziemia, i zacz¥ˆ marzy†. Bo i od«wierni czasami marz¥, tylko nikt jeszcze nie zadaˆ Sobie^trudu, aby dociec, jakie s¥ ich-marzenia. Nagle, gdy pogr¥¾yˆ si© w zadumie, uczuˆ, ¾e czyja˜ r©ka opiera si© na jego ramieniu. Odwr¢ciˆ si©, ujrzaˆ przed sob¥'pbc¥ twarz i chciaˆ krzykn¥†,, ale natychmiast zimny pistolet dotkn¥ˆ jego czoˆa. Gˆos ugrz¥zˆ: mu w gardle, r©- ce opa-dˆy bezwˆadnie, a w oczach pojawiˆ si© wyraz naj- wi©kszego bˆagania. . ;  : - Ani sˆowa - rzekˆ nowo przybyˆy-albo umrzesz. --Czego .pan chcesz ode mnie? - wyj¥kaˆ od«wierny. Widzimy, ¾e i w roku 1793 zdarzaˆy si© chwite, kiedy nie m¢wiono sobie "ty", kiedy zapomniano tytuˆowa† si© "obywatelem"! - Chc© - odpowiedziaˆ obywatel Theodore - aby˜ pozwoliˆ mi tam wej˜†. - A to po co? - Co ci do tego? Od«wierny z najwi©kszym zdziwieniem spojrzaˆ na czˆo- wieka, zwraca j¥cego si© do niego z tafe niezwykˆym ¾¥- daniem. Ale w spojrzeniu przybysza dostrzegˆ tak szcze- g¢lny wyraz, ¾e odwr¢ciˆ sw¢j wzrok. . Nie odrzuciˆby˜ maj¥tku, co? Nie wiem, nikt mi dot¥d nic podobnego nie propo- nowaˆ. - No, to ja ci zaproponuj©. - Pan mi ofiaruje maj¥tek? - Tak jesfc' - Co pan rozumie przez sˆowo maj¥tek? -Na przykˆad-, pi©†dziesi¥t tysi©cy Uwr¢w w zlo- cie. Pieni¥dz to teraz bardzo rzadki, przyznasz, wi©c, ¾e pi©†dziesi¥t tysi©cy liwr¢w w zˆocie warte tyle co milion. Ot¢¾, ja d je ofiaruj©. as - Czy za to tylko, ¾e pan tam wejdzie? - Tak, ale pod warunkiem, ¾e mi b©dziesz towarzyszyˆ i dopomo¾esz .w realizacji moich zamiar¢w. - Jakich zamiar¢w? Za pi©† minut ¾oˆnierze znajd¥ si© w podziemiu i zaaresztuj¥ pana. Obywatel Theodore zrozumiaˆ caˆ¥ wag© tych sˆ¢w. - A czy nie m¢gˆby˜ przeszkodzi† ¾oˆnierzom? - Nie mog©, nie mam ¾adnego sposobu. Na pr¢¾no usi- ˆuj© co˜ wymy˜li†. Rzeczywi˜cie, od«wierny daremnie wyt©¾aˆ caˆy sw¢j umysˆ, usiˆuj¥c wynale«† jaki˜ spos¢b, a¾eby zosta† panem pi©†dziesi©ciu tysi©cy liwr¢w w Zˆocie. - A jutro? - zapytaˆ obywatel Theodore. - Czy jutro nie b©dziemy mogli tam si© dosta†? . - Owszem, ale do jutra podziemie przegrodzone zo- stanie krat¥, i to, dla wi©kszego bezpieczeästwa, mocn¥ so- lidn¥ krat¥. - Wi©c trzeba obmy˜li† cos innego - podchwyciˆ oby- watel Theodore. - Tak - odparˆ od«wierny. - Pomy˜lmy. Z samego sposobu wyra¾ania si© obywatela Grakchusa wynikaˆo jasno, ¾e mi©dzy nim a obywatelem Th¢odore'em nast¥piˆo zupeˆne porozumienie. - To do mnie ju¾ nale¾y - odrzekˆ Theodore. - Co robisz w Concˆergerie? - Jestem od«wiernym. - I sypiasz tam? - Tak, panie. - I jadasz? - Nie zawsz©. Miewam godziny wolne. - I co wtedy czynisz? - Id© na umizgi do gospodyni szynku "Pod Studni¥ Noe- go", kt¢ra przyrzekˆa odda† mi r©k©,' skoro. Zbior© tysi¥c dwie˜cie frank¢w. - A gdzie¾ jest szynk "Pod Studni¥ Noego"? B8 - Przy ulicy Vieille-Drapsrie. - Bardzo dobrze. - Cicho, panie! Patiaota nastawiˆ uch¥. - A'- .   - Sˆyszysz co˜? - Tak... sˆycha† gˆosy i st¥pania. - Ju¾ wracaj¥. Widzi pan, ¾e nie mieliby˜my czasu. To "my" coraz bardziej okre˜laˆo ich stosunek. - Prawda. Jeste˜ dzielnym chˆopcem, obywatelu, i uwa- ¾am, ¾e przeznaczone ci jest by† bogatym. - Daj Boze.^ - Wierzysz wi©c w Boga?  - Czasem. Dzisiaj na przykˆad... - Wierz zatem - rzekˆ obywatel Theodore, kˆad¥c dzie- si©† luidor¢w w r©k© od«wiernego. - O, do diabˆa! ^- odpowiedziaˆ ten¾e, przygl¥daj¥c si© zˆotu przy ˜wietle latami. - Wi©c to prawda? , ; -- Najprawdziwsza. . < , , - C¢¾ wi©c mam czyni†? ' ' ' - B¥d« jutro w szynku "Pod Studni¥ Noego", powiem ci wtedy, czego od ciebie b©d© chciaˆ. Jak si© nazywasz? - Grakchus. - A wi©c, obywatelu Grakchusie, postaraj si©, aby do- zorca Richard jutro ci© st¥d wyp©dziˆ. - C¢¾ wi©c stanie si© ze mn¥? -Czy my˜lisz pozosta† od«wiernym, maj¥c pi©†dzie- si¥t tysi©cy luidor¢w? - Nie, ale jako od«wierny i jako ubogi czˆowiek wiem, ¾e nie b©dq¯ zgilotynowany. - Schowaj pieni¥dze i zalecaj si© do jakiej˜ poäczoszar- ki,-nie za˜ do gospodyni szynku "Pod Studni¥ Noego". -- Zgoda. - Wi©c jutro w szynku! - O kt¢rej godzinie? . ; 87 '- O sz¢stej wieczorem. _ Uciekaj pan' pr©dko. Oni ju¾ nadchodz¥... Uciekaj pan, powtarzam, bo b©dzie «le! - Do jutra zatem! - powt¢rzyˆ Theodore, oddalaj¥c si© pr©dko. W istocie, czas nagliˆ. Kroki i gˆosy coraz bardziej si© zbli¾aˆy W ciemnym podziemiu wida† ju¾ byˆo blask ˜wia- tˆa.  '_ , . ' . _ Theodore dopadˆ drzwi, jakie mu przedtem wskazaˆ pi- sarz, odbiˆ zamek, dostaˆ si© do wiadomego okna, otworzyˆ je, wyskoczyˆ i znalazˆ si© na ulicznym bruku. Ale zanim opu˜ciˆ Conciergerie, sˆyszaˆ jeszcze, jak obywatel Grak- chus zadawaˆ pytania Richardowi i jak ten mu odpowiadaˆ. - Obywatel architekt miaˆ zupeˆn¥ sˆuszno˜†. Podzie- mie przechodzi pod pokojem wdowy Capet. To bardzo niebezpieczne. ' , - I ja tak s¥dz© - rzekˆ Grakchus, kt¢remu sumienie nakazywaˆo gˆo˜no powiedzie† prawd©. Santerre ukazaˆ si© u wylotu schod¢w. - A twoi robotnicy, obywatelu architekcie? - zapytaˆ Girauda. - B©d¥ tu przed ˜witem i krata natychmiast zostanie ustawiona - odrzekˆ gˆos wydobywaj¥cy si© jakby z wn©- trza ziemi. - I ocalisz ojczyzn©! - odpowiedziaˆ Santerre na p¢ˆ szyderczo, na p¢ˆ -powa¾nie. - Nie wiesz, jak sˆusznie m¢wisz, obywatelu generale- wyszeptaˆ Grakchus. XII KRàLEWSKIE DZIECKO Tymczasem, jak mogli˜my wnioskowa† z poprzedniego rozdziaˆu, zacz©to przygotowywa† proces kr¢lowej. 88 ' Wszystko wskazywaˆo na to, ¾e przez ofiar©, uczynion¥ z gˆowy kr¢lowej, wzbieraj¥ca od d†nfrna nienawi˜† ludu i b©dzie w koäcu zaspokojona. * . _ ' Nazajutrz po opisanej scenie w Conciergerie szcz©k bro- ni znowu przeraziˆ wi©«ni¢w, kt¢rzy pozostali jeszcze y Tempie. ( Wi©«niami tymi byli ksi©¾niczka El¾bieta, c¢rka kr¢- lewska i dziecko, kt¢remu w koˆysce nadano tytuˆ kr¢- lewski, a teraz nazywano tylko maˆym Ludwikiem Capet. Generaˆ Hanriot z tr¢jkolorow¥ szarf¥ i wielk¥ szabl¥, na opasˆym koniu, wraz z kilkoma narodowymi gwardzis- tami Wjechaˆ na dziedziniec Tempie. Przy boku jego szedˆ protokolant z kaˆamarzem w 'r©ku, plikiem papier¢w pod pach¥, wywijaj¥c niezwykle dˆugim pi¢rem. Za nim post©- powaˆ oskar¾yciel publiczny - widzieli˜my go ju¾, znamy i zobaczymy jeszcze p¢«niej - suchy, ¾¢ˆty, wyniosˆy, kt¢ry nawet w krwawym  generale Santerre wzbudzaˆ dr¾enie swym okrutnym spojrzeniem. Reszt© orszaku sta- nowiˆo kilku gwardzist¢w i porucznik. Simon z chytrym u˜miechem, trzymaj¥c w jednej .r©ce nied«wiedzi¥ czapk©, w drugiej poci©giel, prowadziˆ ko- misj© i wskazywaˆ jej drog©. Wszyscy weszli do ciemnego, obszernego i pustego po--. kogu, .gdzie w gˆ©bi siedziaˆ nieruchomo na ˆ¢¾ku mˆqdy Ludwik. Kiedy widzieli˜my, jak nieszcz©˜liwe dziecko uciekaˆo przed zwierz©c¥ w˜ciekˆo˜ci¥ Simona, mo¾na w nim byˆo dostrzec pewien zas¢b siˆ ¾ywotnych, kt¢re powodowaˆy, i¾reagowaˆ przeciwko niegodziwemu post©powaniu szewca z Tempie. Dziecko uciekaˆo, krzyczaˆo, pˆakaˆo, baˆo si© tyi©c, cierpiaˆo, ale miaˆo jak¥˜ nadziej©. Dzi˜ obawa ,t na- dzieja ju¾ znikˆy. Cierpienie istniaˆo zapewne, lecz dziec- ko, kt¢remu w tak okrutny spos¢b kazano pokutowa† za bˆ©dy rodzic¢w, kryˆo owo cierpienie w gˆ©bi serca i osˆa" niaˆo pozorami zupeˆnej oboj©tno˜ci. Nie podniosˆo wi©c gˆowy, gdy komisarze zbli¾yli si© ku niemu, : Oni za˜ bez ¾adnych wst©p¢w zasiedli na krzesˆach, oskar¾yciel publiczny u wezgˆowia ˆ¢¾ka, Simon w nogach,; protokolant przy oknie, gwardzi˜ci i porucznik po bokach, nieco w cieniu. Ci z obecnych, kt¢rzy z niejakim zainteresowaniem, a. nawet ciekawo˜ci¥ przygl¥dali si© maˆemu wi©«niowi, zauwa¾yli, ¾e miaˆ blad¥ twarz, dziwnie nabrzmiaˆ¥, spuch- ni©t¥ i wychudzone nogi. - To dziecko jest bardzo chore - rzekˆ porucznik tak stanowczo, ¾e Fouquier-Tinville a¾ si© odwr¢ciˆ, chocia¾ zamierzaˆ ju¾ rozpocz¥† badanie. Maˆy Capef podni¢sˆ wzrok i szukaˆ tego, kt¢ry wym¢- wiˆ te sˆowa. Poznaˆ mˆodzieäca, kt¢ry niegdy˜ na dziedziäcu w Tem- pie obroniˆ go przed uderzeniami Simona. Wyraz wdzi©cz- no˜ci, "peˆen sˆodyczy, zabˆysˆ w jego oczach, ale po chwili znikˆ. , - A, to ty, obywatelu Lorin - rzekˆ Simon, zwracaj¥c" tym sposobem uwag© Fouquier-Tinville'a na przyjaciela Maurycego. - Ja we wˆasnej osobie, obywatelu Simon - odparˆ nieustraszony Lorin. A chocia¾ zawsze byˆ got¢w stawi† czoˆo niebezpieczeästwu, teraz, nie chc¥c go szuka† nie- potrzebnie, skorzystaˆ ze sposobno˜ci i pozdrowiˆ Fou- quier-Tinville'a, a ten oddaˆ mu grzeczny ukˆon. , - Uczyniˆe˜ uwag©, obywatelu - rzekˆ oskar¾yciel publiczny - ¾e to dziecko jest chore. Czy jeste˜ lekarzem? - Lekarzem wprawdzie nie jestem, ale uczyˆem si© me- dycyny.  ' . (/ - To powiedz, co mu 'jest? ' - Czy mam powiedzie†, jakie s¥ oznaki choroby? - spytaˆ Lorin. - Tak. 90 - Widz©, ¾e ma powieki i policzki nabrzmiaˆe, r©ce blade i wychudˆe, spuchni©te kolana, a zbadawszy puls, , przekonaˆbym si© z pewno˜ci¥, ¾e jest bardzo przy˜pie-  szony. - A czemu nauka przypisa† mo¾e ten stan "wi©«nia? - zapytaˆ oskar¾yciel publiczny.  Lorin podrapaˆ si© w ucho i mrukn¥ˆ: Filis s¥dzi, ¾e mnie zn©ci Do m¢wienia mimo ch©ci. I dodaˆ gˆo˜no: . - Na honor, obywatelu, nie znam tak dalece organiz- mu maˆego Capeta, ¾ebym ci m¢gˆ odpowiedzie†, jed- nak¾a... Simon nastawiˆ ucha i ˜miaˆ si© w duszy, widz¥c,, ¾e jego nieprzyjaciel o maˆo co si© nie skompromitowaˆ. - Jednak¾e s¥dz© -dodaˆ Lorin- ¾e za maˆo ma ruchu. -Bardzo by† mo¾e - rzekˆ Simon- ten maˆy ˆotr wcale nie chce chodzi†. Sˆowa szewca nie sprawiˆy ¾adnego wra¾enia na dziecku. Fouqui'er-T�nville wstaˆ, zbli¾yˆ si© do Lorina i .rozma- wiaˆ z nim po cichu. Nikt nie sˆyszaˆ, co m¢wiˆ oskar¾yciel publiczny, wida† jednak bylo, ¾e o co˜ si© wypytywaˆ. -I ty w to wierzysz, obywatelu?... Nie, matka by tego nie popeˆniˆa. - W ka¾dym razie dowiemy si© o tym - rzekˆ Fou- quier. - Simon utrzymuje, ¾e sam sˆyszaˆ, jak dziecko m¢wiˆo o tym do siebie, i got¢w jest powiedzie† jej to w oczy. - Byˆoby to haniebne - odparˆ Lorin - ale wszystko jest mo¾liwe. Austriaczka nie jest "zapewne wolna od grze- chu, zreszt¥, to do mnie nie nale¾y... Zrobiono z niej Me- salin©, a teraz Agrypin© chc¥ z niej zrobi†. To doprawdy troch© ju¾ za wiele. 91 - Tak nam przynajmniej donosi Simon - rzekˆ nie- wzruszony Fouquier. '- Nie w¥tpi©, ¾e Simon m¢gˆ to powiedzie†. S¥ ludzie, kt¢rych ¾adne, nawet niewiarygodne oskar¾enie nie prze- ra¾a. Ale ty, obywatelu - m¢wiˆ dalej Lorin, ˜nUato.pa- trz¥c Fouqui©rowi w oczy - ty, kt¢ry jeste˜ dzielny i pra- wy, czy¾ s¥dzisz, ¾e przystoi wypytywa† dziecko o szcze- g¢ˆy, dotycz¥ce osoby, kt¢r¥ najnaturalniejsze i naj˜wi©- tsze prawa nakazuj¥ mu szanowa†? Byˆoby to tym samym, co zniewa¾a† godno˜† ludzk¥ w osobie tego dziecka! Oskar¾yciel nawet nie mrugn¥ˆ, ale wydobyˆ z kiesze- ni papier i pokazaˆ go Lorˆnowi. - Konwent rozkazuje, abym przeprowadziˆ ˜ledztwo. - Tak, to sˆusznie - rzekˆ Lorin.- Je¾eli dziecko'.wy- zna... - dodaˆ, wzdrygaj¥c si© z odraz¥. '' ' - Zreszt¥ - podchwyciˆ Fouquier - post©powanie' na- sze nie jest wynikiem samej tylko denuncjacji Siaa©na. Patrz, oto oskar¾enie publiczne - dodaˆ, wyjmuj¥c ¾ Me-' szeni jaki˜ papier. Byˆ to numer dziennika zwanego "Ojciec DuchesAe*^, redagowanego, jak wiadomo, przez Heberta. ^ Dziennik rzeczywi˜cie zawieraˆ oskar¾enie. - Tak napisano, a nawet wydrukowano - rzekˆ' �o- , rin - ale tak samo jak ty nie uwierz©, dop¢ki nie usˆy^¤ tego oskar¾enia z wˆasnych ust dziecka, naturalnie, je- ¾eli uczyni to dobrowolnie, bez ¾adnych gr¢«b! ; ; ^ Simon niecierpliwie czekaˆ koäca tej rozmowy. 'Nie ro- zumiaˆ, jakie wra¾enie wywiera na rozs¥dnym Czˆowieku  wzrok, w kt¢rym objawia si© albo caˆa sympatia, albo fiaj- bardziej zajadˆa nienawi˜†, r, Fouquier poczuˆ caˆ¥ wag© spojrzenia Lorma i chciaiˆ mu da† pozna†, ¾e go rozumie. ^^ - Przyst©pujemy do badania - rzekˆ oskar¾yciel gar-' bliczny.- Sekretarzu, bierz pi¢ro do r©ki. < > Protokolant napisaˆ wst©p do zeznaä i r¢wnie¾, jak Si- 92 ' \ ' ' .. f^-iP' .-V i ,;-^ ^^. i,¯. toon, Bannot i wszyscy inni, czekaˆ na koniec rozmowy B'ouquier-Tinville'a z Lorinem. Tylko dziecko wydawaˆo \',svs oboj©tnym widzem sceny, kt¢rej byˆo gˆ¢wnym akto- fem. Rzuciˆo znowu nieobecne spojrzenie, kt¢re na chwil© rozja˜niˆ blask ¾ywej inteligencji - Uciszcie si©! - zawoˆaˆ Hanriot. - Obywatel Fou- quier-Tinville b©dzie dziecku zadawaˆ pytania. - Capecie - odezwaˆ si© oskar¾yciel ,;-czy wiesz, co si© staˆo z twoj¥ matk¥? Marmurowa blado˜† znikˆa z twarzy maˆego Ludwika, ust©puj¥c miejsca rumieäcom. Nie odpowiedziaˆ jednak ani sˆowa.  , - Czy sˆyszaˆe˜ mnie, Capecie? - podj¥ˆ znowu oskar- ¾yciel. . Milczenie. -- O, on sˆyszy bardzo dobrze - odezwaˆ si© Simon- ale jest jak maˆpa, kt¢ra nie chce odpowiada† z obawy, aby jej nie wzi©to za czˆowieka i nie kazano, pracowa†. - Odpowiadaj, Capecie - rzekˆ Hanriot. - Komisarze Konwentu przyszli ci© bada† i winiene˜ im posˆuszeästwo. Dziecko zbladˆo, ale nic nie odpowiedziaˆo. Simon pogroziˆ mu w˜ciekle - gniew u gˆupc¢w i bru- tali przypomina opilstwo, gdy¾ towarzysz¥ mu ohydne przejawy pijaästwa. -Odpowiesz, wilczku, czy nie? -zawoˆaˆ pokazuj¥c mu pi©˜†. - Milcz, Simon - rzekˆ Fouquier-Tinville - nie masz gˆosu. Sˆowo, do kt¢rego przyzwyczaiˆ si© w trybunale rewo- lucyjnym, wyrwaˆo mu si© teraz niechc¥cy. - Sˆyszysz, Simon - podchwyciˆ Loria - nie masz gˆosu, ju¾ po raz.drugi m¢wi¥ ci to w mojej obecno˜ci. Po raz pierwszy .powiedziano ci wtedy, kiedy˜ oskar¾aˆ c¢rk© starej Tison, kt¢rej ku twemu zadowoleniu kazano uci%† gˆow©. , 99 —hnon umilkˆ. " - Czy twoja matka kochaˆa ci©, Cape†ie? - spytaˆ Fouquier. Dziecko milczaˆo. / - M¢wi¥, ¾e nie - ci¥gn¥ˆ dalej oskar¾yciel. Blady u˜miech przebiegˆ po ustach dziecka. - Ale¾ powiadam wam - rykn¥ˆ Simon - ¾e sana mii m¢wiˆ, i¾ matka zbyt go kochaˆa! - Widzisz, Simon, jak to niedobrze, ¾e maˆy Capetj. tak rozmowny z tob¥ sam na sam, przy ludziach staje si© zupeˆnie niemy- rzekˆ Lorin. - O, gdyby˜my tu byli sami! -,odparˆ Simon. -\ - Tak, gdyby˜cie byli sami... ale na nieszcz©˜cie nie jeste˜cie. O, gdyby˜cie byli sami, dzielny Simon, znatcfol- ty patrioto, jak¾e by˜ zbiˆ to dziecko, nieprawda¾? Ala )aie jeste˜ sam i nie ˜miesz by† nikczemny wobec nas wszyst- kich, bo jeste˜my uczciwymi lud«mi i wiemy, ¾e staro- ¾ytni, na kt¢rych pragniemy si© wzorowa†, szanowali asaw- sze wszystko, co sˆabe. Nie ˜miesz tego uczyni†, bo' nie je- ste˜ sam i tch¢rzysz, m¢j poczciwcze, kiedy musisz? stea¤fc do walki z dzieckiem maj¥cym pi©† st¢p i sze˜† cali. wzros- tu. . . .  ,  !1 .. ,.-, - O!... - mrukn¥ˆ Simon zgrzytaj¥c z©bami. ' " - Cape†ie - zacz¥ˆ znowu Fouquier - czy zwierzaˆe˜ si© z czegokolwiek Simonowi? Dziecko obejrzaˆo si©, a w spojrzeniu jego odmalowaˆ si© wyraz trudnej do opisania ironii. - Czy m¢wiˆe˜ mu co˜ o swej matce? - dodaˆ oskar- ¾yciel. . ? W oczach dziecka zabˆysˆa pogarda. \ - Odpowiadaj, tak czy nie? - krzykn¥ˆ Hanript. - Odpowiadaj! - rykn¥ˆ Simon, wznosz¥c poci©giel nad dzieckiem. Dziecko zadr¾aˆo, ale nie usiˆowaˆo bynajmniej unikn¥† ciosu. -- 94  ' ! . '  , Zgromadzeni wydali jakby okrzyk odrazy. Tylko Lorin skoczyˆ naprz¢d i zanim rami© Simona opadˆo, schwyciˆ ' go za r©k©. ~ i- Pu˜cisz mnie? - wrzasn¥ˆ Simon, dr¾¥c caˆy « w˜ciekˆo˜ci. ' - No, no - odrzekˆ Fouquier - nie ma w tym nic 'zˆego, ¾e matka kocha swe dziecko. Powiedz nam, w jaki spos¢b kochaˆa ci© twoja matka. To, co powiesz, mo¾e si© jej przyda†... Mˆody wi©zieä zadr¾aˆ na my˜l, ¾e mo¾e si© sta† matce u¾yteczny. - Ona mnie kochaˆa, panie, jak matka kocha syna - rzekˆ. - Matki maj¥ tylko jeden spos¢b kochania swych dzieci i dzieci tylko jednym sposobem Odpˆacaj¥ matkom miˆo˜†. - A ja. maˆy w©¾u, utrzymuj©, ¾e˜ mi powiedziaˆ, i¾ twoja matka... * - —niˆo ci si© tylko - spokojnie przerwaˆ Lorin. ^ Zmora musi ci© cz©sto dusi†, Simon. -E], Lorin, Lorin  - j©kn¥ˆ Simon. - No, c¢¾? Nie mo¾esz zbi† tego Lorina, bo on zaw- sze bije wszystkich zˆo˜nik¢w. Nie mo¾esz go z¥denuncjo- wa†, bo je¾eli wstrzymaˆ two^¥ r©k©, uczyniˆ to wobsc generaˆa Hanriot i obywatela Fouquier-Tinville, kt¢rzy to pochwalaj¥, a przecie¾ nie s¥ oboj©tnymi patriotami. Nie ma wi©c sposobu, aby zaprowadzi† Lorina pod gilotyn©, jak ci si© to udaˆo z Heloiz¥ Tison. Szkoda, wielka szkoda, m¢j biedny Simon, ale tak to na ˜wiecie bywa! - Poczekaj, p¢«niej ci poka¾©! - odgra¾aˆ si© szewc z w˜ciekˆo˜ci¥. - Dobrze, kochany przyjacielu - zawoˆaˆ Lorin - ale mam nadziej©, ¾e przy pomocy Najwy¾szej Istoty - a my˜- laˆe˜, ¾e powiem przy pomocy bo¾ej, co? - przy pomocy wi©c Najwy¾szej Istoty i mojej szabli mam nadziej©, sos Wa ci pierwej kiszki wypruj©. No, usuä si©, Simon, bo mi zasˆaniasz. - Rozb¢jniku! - Milcz, bo nic nie mo¾na usˆysze† - dodaˆ Lorin, przygniataj¥c Simona spojrzeniem. , Simoil zacisn¥ˆ pi©˜ci. , - Obywatelu Fouquier - rzeki Hanriot - skoro aaaˆy Capet zacz¥ˆ m¢wi†, b©dzie m¢wiˆ dalej. Przyst¥p wi©c zn¢w do'badania. ,.'.'' t - C¢¾, b©dziesz mi teraz odpowiadaˆ? - spytaˆ Poa- quier. Pziecko znowu milczaˆo.  - A widzisz, obywatelu, widzisz! '- oderwaˆ si© Simon. -Tak, ten maˆy jest szczeg¢lnie uparty - .wtr¥ciˆ ' Hanriot, mimo woli zmieszany stanowczo˜ci¥ kr¢lewsKiego dziecka.  . '! llll"^te^ - Zˆego ma doradc© - wtr¥ciˆ Lorin. - ¤ kog¢¾ to? - spytaˆ Hanriot. i). -No; swego zwierzchnika - rzekˆ Lorin. '. - Oskar¾asz mnie! - zawoˆaˆ Simon. - Denuncjaje˜z nrnie' A, ciekaw jestem, co z tego b©dzie... , ' '''' - Pom¢wmy ? nim ˆagodnie - rzekˆ Fouquier.' ..':--. I zwr¢ciwszy si© do dziecka, kt¢re wydawaˆo sifr obo- j©tne na wszystko, dodaˆ: ; --Moje dziecko, odpowiedz narodowej komisji, niepo- garszaj .-swego poˆo¾enia, odmawiaj¥c potrzebnych "wyja- ˜nieä. M¢wiˆe˜ obywatelowi Simon o pieszczotach tWojel Biatki,m¢wiˆe˜, jak ci© pie˜ciˆa, jak ci© kochaˆa... Ludwik powi¢dˆ wzrokiem po zgromadzonych i spojrze- nie peˆne nienawi˜ci zatrzymaˆ na Simonie, ale nie flˆe odpowiedziaˆ. < . - Czy uwa¾asz si© za nieszcz©˜liwego? - spytaˆ oskar- ¾yciel. - Masz tu mo¾e zˆe mieszkanie, mo¾e ci© «le .ka.i;'- mi¥ i ¾lesi© z tob¥ obchodz¥? Mo¾e pragniesz wi©fes?ej swobody, innej ¾ywno˜ci, innego wi©zienia^ innego dozwey? 'W '  1 ' '   chcesz mie† za towarzyszy kilku chˆopc¢w w^two- ||f'jwieku? . ' . , 1. ! ' ! -1  . '_  . :, . JilE^dwik pogr¥¾yˆ si© znowu w gˆ©bokim tnilczeniu, kto" lltjgrzeatem przerwaˆ jedynie, by broni† .swej matki. ^ El^amisj© zdziwiˆa niepomiernie taka stanowczo˜†: i n^- ipoj©ty rozs¥dek dziecka. .. ! ';..1,., : , ^..1  : , :/;, , ;1-' ^^-..'Jak.-.-flaam^p&a† .^protok¢ˆ. zeznaä7'- spytaˆ zakˆo- |^atany,.protokolant.. '-.'.., .  ;. ' .  >'.-./,- ',...',: '-:^:..- l?*' '-i Najlepiej b©dzie poruczy† to—imonowi - wtr¥ciˆ :Lq- Irisi. -? ?8 ma nic do pisania, to dla-niegp nie lada.gr¥t- ^i^.'..^,:, 1 ' -.. . '' ',' .^ ^. ^ '.,'-":''.-1-.;-^'.', .^f:"' Bi^.SijBBOO pogroziˆ" pi©˜ci¥ nieubˆaganemu wrogowi. Lorin |wTOze˜mxat si© na caˆy gˆos.^ , ',,..v '', ;'-,^ :,-.- 1.- -:/.' -  , '-'-.'iZohaszymy, czy-si© tak r¢ze˜itiie|esz, kiedy kictffilesz Wr^o.Eel¨-^ .pijany w˜eˆekˆo˜ci¥ rzekˆ Sin¯n. - Nie wiem, czy przed tob¥, czy po> tobie wearan© udziaˆ w ceremonii, kt¢r¥ mi grozisz --odparjt Lorin'--¯ ale wem, «© oiejeden ˜mia† si© b©dzie, skoro na ci©Dteprzyjdzie ˆcpˆe^.. jogowie,,, p, powiedziaˆem w liczbie n5tnogiej¯.. bo- gowie, jaki¾ ty brzydki wtedy b©dziesz?, Simoff^ Ot Jaki okropny. Jatki szkaradny!; ;  I 'Hrybachaj^e wesoˆym ˜miechem, Lorin cofn¥ˆ .'si©, &czˆonkowie' tkomisji, nie maj¥c ju¾ nic do czynienia, wy- \^la,." ';.,,.,. :\; , '.:.,./.i-".:'' .-"' .,;.''. ,. " ^\ :1: '.^' ¨zieckR, pozbywszy, si© natr©tnych go˜ci, siadˆo na ˆ¢¾"- tu,;fi melancholijnym gˆosenSt zacz©ˆo nucie uˆubioB¥, pto" ,scEdE©;sWego-ojc¥,;'.- ,. 1'.^^ .llf ',. -/,1-'-;,^,1 .,"..1'1?,/ "  . . ,- , , '.-'.- . ',  .'' ..  m ' '  , ,/ '', - - 1 ' BUKˆET FIO�KàW �atwo lyi¢ pr2ewldzi-e6, ¾e ap¢fc¢g niedˆugob©dzie^ go˜- ^eatft^w ia^rit©lHwyt¢ ^du-oinenitfc l^wye^o i QeswweSy. |a,|BiB!Bsz¯(;i"1BBa©t^¥ea Wiatry i pioruny, tafc samo wstrz^a,' gniazdem goˆ©bi, Jak drzewem, co je ukrywa pod s^rylni konarami. > * . .' ' Genowefa ¾yˆa W ci¥gˆym strachu. Nie teaˆa si© j¯¾ p kawalera de Matson-ifo(ige, ale p MatH-ycegO. SSbajae dobrze swego Tn©za, wiedziaˆa, ¾e je˜iu 'EQikˆ,t(¯'Nii¯zy, ¾e ocalaˆ. Byˆa tego pewna, lecz dr¾aˆa o ˜iefeAe saBA!^ Nie ˜miaˆa powierzy† swoich zmartwie† Ma^yi(SeiBBU, ale zaczerwienione oczy, pobladˆe usta wyra«nie ˜vi^.k|t^"- ˆy o jej trosce.  - .' i -  ' 1!!  : Y:'^R^;. Pewnego ranka, pogr¥¾ona W gˆ©bokiej zadumie ;^˜j'|^- szala, ¾e Maurycy wszedˆ po cichu, stan¥ˆ i patc^^^k siedzi nierustoomo, z  osˆupiaˆym wzrokiem,, Be^!iiN|^^ opu˜ciwszy r©Ce. ' .  , ""."''' 1' ,;"^''¯'^i%¯'^ .' Maurycy, bardzo smutny, patrzyˆ tak 'przes('?:i|l^l^fe, a unuej¥e fezyta† w gˆ©bi jej duszy, przenikn¥ˆ n)^^'^!! de^ kolbi-ety. - , , '  '111'.''^il^ , Zbli¾yˆ si© wi©c do niej i rzekˆ:-' ' ^''^'^'"^Sjl^ :;-*- Ty ju¾'nie. kochasz.' Francji, -Genowef o; ;wyS¨Ni|||*^ r¾©.;11-Wnikasz; nawet1' powietrza, "jakim., w ' niej^^^p^: i.-ze^wstretem^«bli¾as¾^si©^o okna. , '1  '^''¤KyffiJ^^ ' A- 'Niestety - odpowiedziaˆa .Genowefa. -SBSeseSi^^ .potraijE^^tiikry†-przed1 tob¥. swych my˜li^ Zgadˆˆ^fci^^^, .' ^:'-:.To'^ednakJ^i©käy' kraj-.-rzekˆ znowu'aiNt^^^^' ½ycie w nim jest napeˆnione: dziaˆalno˜† klua«^fl^^^f 'spisid.,'wszystko: tcg osˆadza wieczorne godziny'pr^|^|i||^^ feu. G?dy czˆowiek wraca do domu, kocha Jes^®®S|^|^^" W1 s�e l©ka, niepewny,;1 czy jutro' b©dzie. wogˆ^l^l^H^^ Wu, bR jutro mo¾e ju¾ przestanie ¾y†. , ' 'y:.^i^''^V/: Genowefa wstrz¥sn©ˆa gˆow¥. 1 .  '. "..'&w^:!l^'!l:'', /1 ;-'-à! mewdzi©c¾ny kraju! - rzekˆa. ' ' .-/, ^..A,^ ;- ^fak to, niewdzi©czny? ; ^; -'-No, tak. Albo« ciebie, kt¢ry tyle uczyna^^Kyl wolitfo^cˆ, .nie uwa¾aj¥ niemal za pod©jrzaa©goT  ^ ., ^'--.¤l©^ty,1: kochana .'GegoWefo' -..^a¢wit.Mftdty^^^li^ ,j¥cs^.na.''.;ni¥; p^n©-.^miˆ.o˜ei .spojrzenie.;. - ,ty,.-'"¾aDr^iSajiS^ftl' W  ' 1 '.''. 1  ' iNieprzyjaei¢ˆko tego kraju, ty, kt¢ra tyle uczyniˆa˜ prze- ciwko niemu, ˜pisz spokojnie pod dachem i^epubUkanˆna. ama wi©c widzisz,, ¾e zawsze istnieje rS^niBwaga. ¯- Tak,, prawda -- odpowiedziaˆa'. penolilsela .^-<- ale to ledhigo potrwa, poniewa¾ wszystko,; Ctl,iBi^spraw^edl{-i |¯sire, aie mo¾a trwa† dˆugo. ; _ ., '^,:-',:... ;'.;.1',1....1.. ^ .1;;.''/ k .^-¯. ^o.prz/gz to rozumiesz?  '1 ; ^-'..A^.Y,''-,^,-;'"'1'^' S-*w .To .rozumiem, ¾R ja, atystokratka, ktfiipa: ˜kryeils roarz© |;.ar 'zgn©bileniu waszego stronnictwa, o ban^:it%TOe waszych l^ideˆy s¥,1' 'k^¢ra nawet w twoim mie˜zkaolWititnj^ spiski przeciwko ^Republice, ja, kt¢ra, gdybym , bytsi pOzh¥na, iSciagn©ˆabym na ciebie ˜mier† i haäb©, ja^naa˜y Maurycy. nie pozostan© tutaj jako zˆy duch tego doin^u i id©' przy- ^†^nie. isi© do tego, by zawleczono ci© a^daBSztowame;; -'-A dok¥dpojdziesz, Genowefo? -4- ttok¥d?.,. Kt¢rego˜ dnia p¢jd© i zˆo¾© nsI˜ieNs oskar- «enifi.: ,  -  .. .' ". ':.'. ^<;;' 1 -.^ ;1'. ^- Oj ,t- krzykn¥ˆ Maurycy dotkni©ty do g^iM. - Czy¾ .&$a^s^/a¾-tak.'niewdzi©czna? . '1 \ ' ' '^.'ff' 1''.;'^"'''1, --Rie-- odrzekˆa mˆoda kobiet¥, zarzucaj¥c ramiona ^ s^yll^ Maurycego ^- nie, m¢j Brzyjae¯EiIu,pEzysi©g�am et Aiˆ¢˜6, miˆo˜† najczystsz¥. Nie chciaˆam, aby mego bra-, ta^^ehwyta.Bi& i zabito jako hyntowniks^ nie cbe© r¢wnie¾, aby a&ojego kochanka schwytano i zabito jako zdrajc©. :;--;;.I ^'.^uczyais¾, Genowefo?-zawoˆaˆ Maurycy. - Boga, kt¢ry patrzy na mnie z nieba, bior© na ˜wiad-' ^l^z¯1t^;uezym©!-- odpowiedziaˆa mˆoda kobieta, -.- Zreszt¥, obawa to gˆupstwo, ale wyrzuty sumienia... " ro m¢wi¥c, pochylfla gˆow©, jakby nie niogˆA znie˜† ci©- '¾^ffi .zgryzot.1 ' :-..',... .,'..''/ '. . :^'- . 1''  . ... ,"..  .-.','... ,,';^'<3eaowefo!;-- ,rzek|t" Maurycy. /; : . : .i^.^\~\. , ^ Kozunuesz dobrze, Maurycy, co m¢wi©, a pjr^d^ |^^fl^^co.,'¨Eiij©,.-- 'dopala ,Ctend*yefa,,^'bo,i: ^.-fefc¾ei1-, ' ''''''lllitl^^^esz^«eaM^^ nie:. ^,^.^ . 'i:.--\:::^-^ nale¾©, ¾e˜ mnie wzi¥ˆ nie pytaj¥c, czy niani prawo odda†; si© tobie. --Dosy†!- rzekˆ Maurycy.- Dosy†} Zmarszczyˆ czoˆo i Jakie˜ smutne, postariowiltoie zabˆys- ˆo w jego czystych oczach. - Dowiod© ci, Genowefo, jak bardzo ci© kochana --a podchwyciˆ.- Przekonani ci©, ¾e miˆo˜† moja; gotowa jest de wszelkich ofiar.Mienawfebisz Francji, zgodatZatesBa'' opu˜cimy teii kraj. '.'  1 1 - - . '-ˆ ^^p'' ^ Genowefa zaˆamaˆa r©ce l spojrzaˆa na kochanka X Dly1*'! razem peˆnym uwielbienia. " ^ ^ t- Ty'mnie nie zwodzisz, Maurycy? - wyj¥kaˆa. ^ --Czy¾ kiedyS ci© zwodziˆem? -spytaˆ Maurycy,; Czy nawet wtedy, gdy dla posiadania ciebie okryˆ©^t^ haäb¥...  '' ' ,, '   . , ! '''^'^y;-' ; Genowefa zbli¾yˆa usta do ust kochanka i\zawisˆa 1^ |fr- go szyi. ;,. ; .' . ' ! _ ' , '^(^rf-, -Tak, masz sˆuszno˜†, Maurycy -rzekˆa. --^o >j¯ ciebie okˆamaˆam. To cb czuj©, to nie s¥ wyrzuty .^taB^le-^ ni¥, ale ˜wiadomo˜† jakiego˜ poni¾enia. Lecz ty, DrzyBsiJ- mniej ty mnie rozumiesz, ty wiesz, ¾e zbyt 'ct©i, Nae^aR!^'' abym pr¢cz obawy utracenia ciebie dozäaw^Si j^lAegoS innego uczucia. O, przyjacielu m¢j, uciekajmy dai|6|^,^in¯,; gdzie nas nikt nie do˜cignie. S^ ,.^ //. ^-Dzi©ki ci, dzi©ki! - rzekˆ Maurycy, unf¢^^yra¯- do˜ci¥. '.'' ;'-' ;:' ' ' . ' _ ..^.y^''^^.. ' ^ - Al© jak¾e ucieka†? - .zapytaˆa Genow©�a¯itoMiilhl©^¥e'* na t©'straszliw¥'my˜l.'   ' . .',', "-'.'v'1.',1,!" v,- ..;",, .,^l; - Genowefo - powiedziaˆ Maurycy, - fii¢g N© , naiai opiekuje. Dzi˜ nagrodzony b©dzie dobry czyn, J^fia-ychciat- ˆem speˆni† z powodu drugiego ^wrze˜nia. Mi|iˆem zamiar ocali† biednego ksi©dzar, z kt¢rym ra¾eni si© ufezyˆeai. Zna- lazˆem Dantdna, na kt¢rego pro˜b© Komitet Ocalenˆa Pub- licznego wydaˆ paszport jemu i jego ''siosir¾e^Oaäton\w©-^ ezyl mi ¢w paszport, ale nieszcz©˜liwy ksi¥dz; sannia˜i ' > '. t   ' ~. ^:  -    11 109 '1: '- , ' ': ' ; .  " .  . '  ^.; , 1.-' przyby† do mnie po odbi¢r tego dokumentu, jak sau to^ia- le†iˆem, zamkn¥ˆ si© u karmelit¢w i tanruSr¢rˆ. ^ / - A c¢¾ si© staˆo z paszportem? - spytaˆa Genowefa; -Mani go wˆa˜nie. Dzi˜ nie oddaˆbym' go za miliony, Genowefo, dzi˜ on znaczy tyle co ¾ycie, tyle co szcz©˜cie. -- O Bo¾e m¢j. Bo¾e, b¥d« bˆogosˆawionyl--- zawoˆa- ˆa mˆoda kobieta. . ^ j - Jak ci wiadomo, mam wie˜, kt¢r¥ zarz¥dza stary sˆu- ga mojej rodziny, prawdziwy syn Francji; t prawy czˆo- wiek, Kt¢remu mo¾emy zaufa†: Dochody ^ fej" wsa bidzie roi przysyˆaˆ, \do6¥d tylko zechc©. Po drodze dff Bb^ˆogn© wst^pMay-do-©iega.^ . '1, ' ^^ ,'1'11 :';^.. \11'; 1'':/:,1' : - A gdzie¾ on mieszka? < ^ fTr : - W okolicy AbbevUle. ' - " ? "  -Kiedy wy jedziemy,, m¢j Maurycy? '-^'godzin©. '11 ¯' ':1 '- ' ''- '""  "''"'"' '::  .  -- filikt nie powinien wiedzie†, ¾e wyje¾d¾amy. ; - Nikt te¾ me b©dzie wiedziaˆ. Bfegä© do Lorina; QQ. Ina kabrfbl'et, a ja konia, wyjedziemy natychmiast, fafc tylko wr¢c©. Ty, Genowefo, zostaä ta i przygotuj si© do drogi. Niewiele rzeczy zabierzsmy z sob¥. To, czego nam zabraknie^ kupimy w AngBi. Wy˜l© zaraz.Seewol©, aby go si© pozby† z" domu. Lorin wytˆumaczy mu dzi˜ wiecz¢rfeni, dlaczego musieli˜my wyjecha†, a my tymczasem b©dziemy \ Ju¾. daleko. ", 111'1 '-1 ' ' '   '". : :; .C ; .-'.' .,  - . f '  "^ ' ' -  . - . . .  ' ' .  . '' ¯., . - A je¾eli nas w drodze zatrzymaj¥? \' -- Albo¾ nie mamy paszportu?' Pojedziemy do Huberta, tafc si© nazywa m¢j intendent. Jest on czˆoäkteni rady miejskiej w Abbeyille. Pod jego stra¾¥ i w jego.towa-- It^raystwi© 'wyruszymy stamt¥d do Boulogne, fam' Kupimy |l; sobie1 albo wynajmiemy ˆ¢dk©. ' p;? --Dobrze,'m¢j drogi przyjacielu... Al© Jak¾es-^si©dziS p^ii^ypertuˆB¢^^ rzekˆa'"mˆoda, kobieta, tul¥c ^llwarz.-do^1 "^^-si^Maurycego.:.1',\ .'-',.1' , .;';", f''l"-1'' 11,;'1":' iPtttwda, praeehodz¥c feoˆo Palai˜-figalite kupiˆem ci '. :.' : . "'^ ' v--'. :. , : . . ' ''/"..' ' l ' l9i ' bukiet fioˆk¢w, ale kiedy tu wszedˆem i zastateffi- ®s^ tek smutn¥, my˜laˆem tylko o tym, aby ci© zapyta† ¥ przyczyn© smutku- ^ ; ,, .  '"' , , / , ; ' :.'?"'1^: ',,.." :'1 . --Q, daj mi go. daj ten bukiet' %y - Genowefa rozkoszowaˆa si¥ woni¥ kwiat¢w z tegof r¢- dzaju 'upodobaniem, jakiemu -ulegaj¥ istoty nerwowe,'? PO chwili oczy jei zaszˆy ˆzami. . ;'-',"¯:,? . ,--^C^., ci .je^^,----.'spytaˆ.: Maurycy. . . ,'.''; ^'¤'^':^' -BieanaJBeloi^¥'- szepn©ˆa Genowefa, v1 ^ . -r- ^, prawda' -r- wzdychaj¥c odpowiedziaˆ Silauryi^y.i^-i-^^ Ale my˜lmy p sobie, kochana przyjaci¢ˆko, dajmy p^ls¢f ] umarˆym, niech ˜pi¥ spokojnie w grobie, kt¢ry im 'z&udo<-;/: waˆo po˜Wi©ceme., Odchodz©. Zegnam ciel : --Wracaj pr©dkO! 1 - B©d© tu za p¢ˆ godziny. -- A je˜li nie zastaniesz Lorifia w domu? -¯- To nie ma znaczenia; Jego sˆu¾¥cy mnie zna, a pe^r tym,; czy go zastan© w domu, czy nie, przecie¾ n^.wrifetB1,8^ ,. wzi¥† ¢d-nie^¯, co roi si© podoba, bo i on, gdyby<%^Nfc^ potrzeba, uczyniˆby to samo. . '..'.' , ^   ^ ''-^'^W '_ '..-..No;.tak,^oezywi˜eie. ,..:-111. ^  , ;1. 1. -,' '^'-;'; ^"^'"'.S -f- Ty za˜, moja Genowefo, przygotuj wszys&o^a31^^*| bierz tylko to co najpotrzebniejsze. Wyjaz4*^asz ^le&^^lh ';' winien zwr¢ci† niczyjej uwagi. . 1 ._ : ; -ll,,,<'t|;'^.;:': .^ls:;- l";,:':,;l^r'1^ :..'"". --^ '.-v ',-, .;- ^-'.iNi',^^^'1?'-1 ''- ;^'''<^;Je¯teHlt?l-rodpow^edziaˆ^ jaki˜- glos. ^ ^; ',.,'J1'1;1^'^-'" '^,^''. ;;t^iiia-d«wi©k :tego gˆosu- Genowefa nagte Ai© -OdDˆr¢eaa l^t1' wydaˆa^ okrzyk ^-peˆen' przera¾enia. . :>',. ' '1 1'.^.'1';;-','.'..^,;.1"- '^.'i. 1 ' 1 . '...''..'C. ."'.-"W -- M6j mazi - zawoˆaˆa. - .  -r- Tak, on sam - spokojnie odrzekˆ Dlxmer. Genowefa siedziaˆa na krze˜le i szukaˆa czego˜ w sza- fie. Ha widok m©¾a uczuˆa nagˆy zawr¢t gˆowy,opo˜pSa r©ce ˆ upadˆa, my˜l¥c, ze otwiera si© pod ni¥ przepa˜† i ¾e j¥ pochˆania. \ Dixmer p¢dfeymaˆ aa, przeni¢sˆ na kanap© .i posadziˆ. - C6¾ to, moja kochana? - zapytaˆ. - Czy obecno˜† moja tak przykre czyni na tobie wra¾enie? . -Umieram... --- wyj¥kaˆa Genowefa pada j¥† y do tyˆu' l obur¥cz zakrywaj¥c oczy, aby, nie widzie† strasg^NeJ zjawy.  . " ': . : ' . ' , .;. , , ". : :  ,:y^,'. '.,'  - Jak te, moja kochana - rzekˆ znowu Dixmer --czy uwa¾aˆa˜ mnie za umarˆego? Czy¾ sadzasz, ¾e jestem upiˆo- nem?  1  . '. ". : ^.,' ,",... :  *'' ./.'^^ -Genowefa bˆ©dnym wzrokiem powiodˆa Wok¢ˆ ˜teote,', a; spostrzegˆszy portret Maurycego, zsun©ˆa si© z kanapy t padˆa na kolana, szukaj¥c jaktiy pomocy w. obrazie, kt6- ry nie przestawaˆ'si© do niej u˜miecha†. Biedna kobita rozumiaˆa, il-© gro«bykryˆo si© pod mask¥ ˆagodno˜ci 'Onc- 'mera.1'1''. '.'''Y..'.,1'/. './. " ^.'/: '.''."' ''^"'/f' - Tak, moje kochane dziecko - m¢wiˆ dalej garbarz-- t¢ ja jestem. S¥dziˆa˜ mo¾e, ze przebywam gdzie˜ ttalefc^za Pary¾em, a tymczasem wcale; si© z niego ni^ ruszyˆem.. Nazajutrz po wyj˜ciu z domu wr¢ciˆem i aa jego mitgscu ujrzaˆem kupk© popioˆu. 'Wypytywateaa ludi«i & eie%e,'iBikt ci© nie widziaˆ. Pocz¥ˆem wi©c cl©:;^«uka6''i'^'BsetBS^fsa. trudem znalazˆem. Przyznam, ¾e' aH© s^>8a«lewaˆ'eni 'si© aa˜tet¢ "et© tutaj, a jednak wpadˆen˜ oa i©rfny˜ˆ, bo, jak widzilsz, przyszedˆem. Jak¾e si© m®^ Icflich¥By S4auryCyT_ W�erz mi, ¾e zdaj© sobie spraw©, ile.;niiatBEafa˜ wyeierpaeft, ty, tak dobra rojalistka. tym bal^ej ¾e* byˆa˜ zmuszfltoy ¾y† pod jednym dachem ¾ tak zajadˆym republikaninenfc^ ; - 0 Bo¾e, Bo¾e, ulituj si© nade itto¥l ^®- westchn©ˆ¥ifi¢^ aewefa. , ,.'.',;-1'^ 1"11'.^; ^;'1^''^ '', .;^..,^\y|y>^ 1®4 -- Ale koniec koäcem- m¢wiˆ znowu lDiXmer, ogl¥- daj¥c si© naokoˆo -. pociesza mnie to, ¾e masz tu bardzo ' dobre mieszkanie; -Ja, od chwili jak spaliˆ si© nasz dom, jak znikˆ nasz maj¥tek, bˆ¥kaˆemsi© ^¯itu,,to tam, miassz- kaˆem w piwnicach, na dnie ry&a©kich. ˆodzi, a nieraz, nawet w kanaˆach prowadz¥cych do; Sekw&ay. ---Bo¾e}-j©kn©ˆa Genowefa. ˆ  - Wtdz^ na stole pi©kne owoce. Ja^roi^iaˆem^^^n^ obej˜† si© bez deseru, a nawet i, bez obiadu. 'Genowefa ukryˆa zapˆakan¥ twarz ;w?^dˆOBiach. ^ - Nie dlatego, abym nie miaˆ pieni©dzyV-" m¢wiˆ dalej Dixmer - bo, dzi©ki Bogu, ^zabraˆem z sob¥okoˆo trzy- ^ dziestu tysi©cy frank¢w w zlocie, e6 dzi˜ ¯a wartQpantd''-^';zawoˆa^a.'Genowefa. -' Bˆagami1 el©^^zab^.' - Ananie'11 raez^i,^ iK^nie "dr©cz . tak 'okropnie.' Nie,-'1 ja^-witeci,' ¾ff ^ , ^telrtatflala, ^wiem,^ ze' jestem' ^wyst©pna, 'wlelE¤^¾e-zasIugiuj©^''  ��itNM^;2abijmHfe;wi;©c, zabijr ', ^ 1;:-' ,''111.,'-:, '\  :ˆ;-'i 11';'1 : I®S -Wyznajesz zatem, ¾e zasˆu¾yˆa˜ na S^erfc? :- -Tak jest. - , .. ,.\. ! ,, . . .^'.^,s,.- '  .  'i -- l ¾eby odpokutowa† nie wiem jak¥ zby¨rtttd^Q kt¢- r¥ si© obwiniasz, l:^ ¾alu poddasz si© ˜roieit^�?. ^ , .-- Uderz mnie, panie, a nie wydam naimniejsizegfc †fisy" ku. Zamiast zˆorzeczy†, bˆogositewi† b©d© r©k©,: kt¢ra, f^^ w^;^ o : szaleästwa1! Dpk¥dze roni© prow^dz�sz'7 Dc^fltt^ i : ,-*'-.^Mo¾e^ prowadz©-'ci©-,na-", ˜inier†.' ':, :'11,''--, \ ; ^Se'^;,1* '. --/Ptozw¢l zatem, niech si© ^ pomodl©. ';' : ::--''-'\ ;,\ri^.,!'l^'^'i:l;; .\ -:I3!p:Aogo?. ' .'..., ':  ' 1^ ^;1,;-;,. ;  ^^^^..s;:^^  1, ^^6¾,..iei do.tego? pd..chwiU^gdy'''pr¥y)ˆ©^^i9¯^:3?^^:\ . y. bife,.'spˆaciˆam. m¢] .-dˆug.,. a, tym,-.samym .,nie'.,ei. ttie'1^^^)!!^':'1'1 ^'w¢sfs..-' ^ . .^ ":^ , r"  .l..:"l^li-.^;l'.;' /^^wiK^^i;^^'. " ..-"a&.prawda---*- rzekˆ ^Dlxnier^wyehod«, nie ˜piesz si% pani -'-; odrzekˆ Dixmer - migiie ,atepilrio. Zreszt¥, Maurycy zapewne .powr¢ci^ a iniˆo by aai byˆo podzi©kowaS za go˜†iano˜c,f yiKiej ci dawal do- :\Wodlyt:^: }  1.'..'""' ..^'":'.:',-, .,.,, ;i^;l<, 1- .,. \^-' -,  Genowefa struchlaˆa na my˜l. ¾e jej koehanefe i m¥¾ .^Bacgl^-ia©^-i^ofka†.' ''-' ^ ^ ^ ; 11 / /' ^1<:SI :;1"11 1'1 ' / "\, Wstaˆa jakby poruszona spr©¾yn¥. < - S�oAczytem, psnie- rzekˆa. -^-.lesfeEa gotowa* 'ISiattner. wyszedˆ pierwszy.  1., .., 11;;1^.1^:1?, ,;:v' -':.''''1-'',:" Gtswws^a, dr¾¥.c caˆa, post©powaˆa za-JB�m,^ zsimknˆTOtty iwawa?®®zy i gipw© odehyliwszy do tylu. Wsia^te dtt'!'^ . ^!- Skonczyte ;sa.© - powiedziaˆa Genowefa. " l:,i.'/l' '.'- '. -'.'f. ' ' . ';:-''/-!'' . .. - .. '';, '.,'""" '''.'.:^i,/' ,:';;,,,,.- ^1^^- .. ^^^^m ^ ' l'""ly,l ' 11."-';1'::'. i.ii":ii', ; S2VNK -,K)& STUDNI¤ NOEGO" . ..:^i^ i...^i.^ ' ', :.:. ',,'- 1.,'',-, 11- :,.:; ''i- ^.?¯"11. ..f,^' Cztowtek w larmanicR, kt¢rego widzieIˆ˜Bay, fak pr¾e- 'nrtiadaaˆa© Wzdˆu¾ i ^wszerz sali skazaäc¢w, kt¢rego pod- ,, ale zamiast futrzanej czapki miaˆ Ba gtowie czapk© czerwon¥.  . , ,1 ,;. \ -.   - '  ,.. . ".- "111;1.;:^>^\- V pas¥ zwisaˆ mu ogromny p©k klaczy oraz szeroka szabla w blaszanej pochwie. , -Zupy i ,wina! - zawoˆaˆ, wchodz¥c; do og¢lnej salt, lnie dotkn¥wszy nawet czapki,, poprzestaˆ jedynie aa: po- witaniu gospodyni kiwni©ciem gˆowy. Potem odetcˆtB¥l,. jakby byˆ znu¾ony i usiadˆ nie opodal Stolika, pp&y tt¢- ˆym spo¾ywaˆ wieczerz© patriota, o -; m ; '- ' . ' !  ' !-, '! !.' ' :   :. |^ji%ospodyni widocznie przej©ta szacunkiem dla nowego ^ybysza wstaˆa i sama .poszˆa' przynie˜† lnu jedzenie. sl^baj go˜cie siedzieli odwr¢ceni do siebie plecami,'jeden |trzyˆ na ulic©, drugi w gˆ¥b izby, i nie przem¢wili d0 (ibie ani .sˆowa, dop¢ki gospodyni nie znikn©ˆa za lawami. " '  .  1. , . .  , ,,. .^ , ,. , ! i'- Dobry wiecz¢r - rzekˆ patriota do towarzysza, nie Uwracaj¥c si© wcale. -- Dobry wiecz¢r panu - odrzekˆ nowo przyfcyˆy, - I -c¢¾ - z udan¥ oboj©tno˜ci¥ zapytat patriota - ak¾e nasz interes? - ^ 7-' .'. . '   .'-'. l^-Ha.toju¾rzeczzaˆatwiona. H'1- 'Jak to, zaˆatwiona?, ! ' '^ .'''.'. 1- ' .. ' V ' "  '  '. ' '" '. || - Tak, jake˜my si© um¢wili. Potrafiˆem wym¢wi† si© gijcu Richard od sˆu¾by. Wymy˜liˆem, ¾em ¢gˆueh, o˜lepˆ. Blowean, w jego wˆasnych oczach rozchorowaˆem si© na ifebre.^:' ^ -  . 1 - ' ' " '.,' \ , ^.i: ' , |&-Bardzo dobrze. I c¢¾ on na to? l - Ojciec tUchard przywoˆaˆ ¾on©, ta natarˆa mi octem <':'..,. -..... ' ' , '.' . ..'.,' kronie i niby to przyszedˆem do siebie. ]- C¢¾ dalej? 1 ;' '' :  ' . : " '1  ' * '- ' '":" .'.." t  - ' ; . '  -Potem, Stosownie do naszej umowy, powiedziaˆem, brak powietrza «le dziaˆa na m¢j wzrok i ¾e sˆu¾ba Concˆergerie, w kt¢rym jest w tej chwili czterystu e«ni¢w, zabija mnie zupeˆnie. -r-C¢¾ ci odpowiedirfaˆ?  Matka Richard ¾aˆowaˆa mme. ^ojciec .Richard? . ;  Wypchn¥ˆ mnie za drzwi. ';y¤le to za maˆo, ¾e ci© wypchn¥ˆ. ^^aekaj¾e ^paa. Poczciwa matka Richard wyrauoaˆa |p jest czˆowiekiem bez serca, poniewa¾ tak si© ob- ^. z ^OJC©m .rodziny. . ' / . ,,....'..,,'' ^, on co-.na to? ' ! . ' .,- ,- ,', ,,., 1... -  . - " W9 - Przyznaˆ ¾onie duszno˜†, ale dodaˆ, ¾e aby by† qd«- wiernym, trzeba mieszka† w wi©zieniu, do kt¢rego jfcst si© przydzielonym, ¾e Republika nie ¾artuje i ucina gˆo- wy wszystkim, kt¢rzy ˜lepB¥ na sˆu¾bie. - Tam do diabl¥t'-:- wtr¥ciˆ patriota. ., -I nie myliˆ si© ojciec Richard. Od czasu jak tam osadzono Austriaczk©, powstaˆo istne piekˆo. Tam by i wˆasnego ojca nikt nie oszcz©dziˆ.  ' ; . Patriota daˆ sw¢j talerz poliza† psu. --C¢¾ potem?-rzekˆni'e-odwracaj¥c si© wcale. -- Potem zacz¥ˆem j©cze†', narzeka†, ¾e czuj© si© bar'- 'dzb niedobrze. Prosiˆem o lekarstwa, zapewniaˆem, ¾e nai dzieci pomr¥ z gˆodu, je¾eli moja-pensja zostanie "wstrzyman¥,-, ' \:;,'^ ',: ,- ; ,',' : 1' 1'-'1'1..  -~ I c¢¾ ojciec Richard? / -. Ojciec; Riehard powiedziaˆ, ¾e kto jest od¾wier¯y¯, nie powinien mie† dzieci. "Przecie¾ ty tak¾e masz ¾on©, ojcze Richard" -^rzekˆem. Na szcz©˜cie ona mi przyszˆa Z pomoc¥, wyrzucaj¥c m©¾owi, ze ma zˆe serce, Wi©dy ojciec Richard rzekˆ do mnie: "^o, obywatelu Grakchu-- si©,* porozum si© z kt¢rym˜, ze swych przyjaci¢ˆ, mo¾e ci© zast¥pi i po¾yczy cokolwiek na racminek twej pensji. przedstaw mi go, a przyrzekam ci, ze go przyjm©." Wy- szedˆem wi©c m¢wi¥c: "Dobrze, ojczeRˆehard, p¢jd© go Doszuka†."''''''.'1,11" 1. ' :''1'1.1  ' '':.1'.'", --- Iznalazˆe˜, m¢j zuchu? W tej chwili Weszˆa wˆa˜cicielka Zakˆadu, przynosz¥c! GTakchusowi zup© i wino.-  ' '-"'i '' ',' \' " ' '.'''A Patriota i Grakchus nie bardzo byli 2 tego tadsd, fca mieli « sob¥ jeszcze wiele do pom¢wienia.;: ' ø ; -- Obywatelko - odezwaˆ si© CStzwierny - ^¢jcˆec ,^-^ charAdal i«tf ma^¥ gratyfikacj©, pozwoi© wi©c iobie SJ^&&, daas kotlet wieprzowy z koraiszonami iwypi† fiuti¨ffiR burgundzkiego wina. Po˜iij^wi©e.''te^o˜^'^p¢11/'mi©so. ^^- rze¾nttsi' l do piwnicy po wino; '. ' .--' 1 1 .\:' .^'i--^' - '   . '' '/..¯ ' . ' . ' ' '' ' ' ' \' '^ "''.. 11:' W ..   . .. :1 ' ., ' .. 1\ .  ' ..' .-,11::^ teSospodyni natychmiast wydaˆa stosowne rozporz¥dze- . Sˆu¾¥ca jej wyszˆa na ulic©, ona sama udaˆa si© do "^y- '1.1.,^...^.1'.. ' , ,: :':\.i...:i -r'',:.'::" Dobrze - rzekˆ patriota-roztropny 2^ ciiebie pak.1', . ., '\,i 1 .' i, , ;;;' ';',? 1,- . ' '' ,'! ','.i; to tak roztropny, ¾e pomimo paäskich pi©knych ic nie ukrywani woale przed sob¥, do cze^o nas to. B^zystkO doprowadzi. Czy pan si© tego nie domy˜la? r-- Wcale. ^ , '' , ; -;-11   -.:.-'; .<1:; ,. ^ l..: --: 'Tu:1 chodzi' p' msz6 gˆowy;  . '\ . '" '\'^ '.",' s-./-;Nije'b¢j'si©-o moj¥... .''. 11' '.'.;'' ,:'':;'-' /; | - Wyznam panu szczerze, ¾e paäska mniej mnie'ob- |etK)dzi,'ni¾; moja wˆasna. ,1'' .'.-".1.:'.'' ^ '.' '--^¤,.-twoja-' ' 11''"' .' : '1 ' ' :'.-: :\ ^ '^.': :: ,\;" '''-.'?&k.1 , ' . . :' " ;1   - :  :.1 ! ': -I' owiszeni. Ktp¾ jat jestem?';'  -.'^ ';;'11 <'''': 1 ' ' - \^^'''^ - M¢j kuzyn Mardoche. ^: ' . ; - Mardoche, zgoda. Podoba mi si© to inai©,Ja&i¾ m^^ s^cw¢dt"''-, . - ': ;'- .:.- .' ^'''-.-'^,-r-'---.-'''^'^\1-.. ;;i - %>QAiiarz. - Spodniarz a garbarz to niewielka. r¢¾nica. , ^ -Albo¾ pan jeste˜ garbarzeiR? , ' ,- Ale "m¢gˆbym nim by†... O; ktArej godzinie mnie za- .prowadzisz? ' , ^  '  . \';\,^;i'^l '"^ 1  ' '  ;'\1.\.' -^Za p¢ˆ godziny, je¾eli pan cfiif^. . -- Zatem ¢ godzinie dziewi¥te}. :v: l ^ -- A kiedy dostan© pieni¥dze? ' " '/ '- Jutro., . - ' ' ,. ,':111,'1'^'1'. - To pan jest niezmiernie bogats? -Mam, ile mi potrzeba. y ^ - Albo byˆe˜ pan... i; ---Co ei do tegol > ^ ,'c - Bo mie† pieni¥dze i wydawa† je po^to, aby si© na-s razie na gilotyn©, to doprawdy mog¥' ezy^fc tylko gfapey. i '-' Ba, sankiuloci ty te maj¥ rozumu, ze ^uz gR' "dlai^ in-' nych zabrakˆo. , ' ^^ . ; , -Idzie ju¾ gospodyni z winem. ^ ; i ;; - Wi©c dzi˜ wieczorem naprzeciwko |Concierg'  ;'' """'f ' .:  1'11 'xv ','' 11 '' . . ;'ly ,:,^1. SEKRETARZ MINISTERSTWA WOJNY . Patriota wyszedˆ, ale si© nie oddaliˆ i przez" za&opconei szyby ˜ledziˆ, czy od«wierny nie zwr¢ci si© Ao .jakiego˜ ageata. policji republikaäskiej, najlepszej, laka kiedy- kolwiek istniaˆa we Franeji. W¢wczas jedna poˆowa $po?" -¤. Dumas 113 le†zeästwa szpiegowaˆa drug¥ Tue tyle dla' korzy˜ci rz¥- 'du. H© dla "wˆasnego bezpieczeästwa. "Wszelako obawypatriotynie sprawdziˆy si©, bo na kil- ' ta minut przed dziewi¥t¥ od«wierny wstaˆ, pogˆaskaˆ gospodyni© pod brod© i -wyszedˆ. Patriota spotkaˆa, s^t©! z nim; na bulwarze Concierg^pte i razem udali si© diE^^wi©- sdenia. Tego samego wieczoru dobili targu. Ojciec Ricbaapd ' przyj¥ˆ od«wiernego Mardoche'a, kt¢ry miaˆ zast¥pi† otoy*, (^ateˆa Grakchusa. ^ ',',.\,;".. ':  , ,' . ..,"1%''-' Na dwie godziny przed zaˆatwieniem tej wa¾ne}" splu- wy w mieszkaniu dozorcy inna scena, na poz¢r nic nie ; znacz¥ca', ale idR mniej wa¾na dla gˆ¢wnych bohater¢w fet historii,r^^grywate si© w drugiej cz©˜ci wi©zienia., - Rancelisia, �oneiergerie, strudzony .caˆodzienn¥ pB(t-. tycz¥ce wojskowych. , ,'. ,,^ \: ;' .i' . ... ';.' : <1;-1.'II.A.-.::-,' ^-t Troch© za p¢«no przychodzisz, obywatelu-^^le^aiB Ju¾ wszystkie papiery., .''." ,.. ' .-.1 ;,',; 1,'.'.^-1':'.'  ./'^ ,CT-, Przebacz, kochany kolego -^, <>di¯c>w'ie!ii?ial^-.nowo ;przyl¯^y-- ale tyle mamy. roboty, te dodatkowe ?aj©i- eia mo¾emy wykonywa† tylko w wolnych ehwUach,;6 oa- sze ,wolne chwile przypadaj¥ wtedy, gdyinni jed^¥ Nb '¤ri¤.''"; ,.1 ;1 1 - . ,., y,,,:' .'1 1 ',-,' \ /. ,1 \\.;' ' - Je¾eli tale, drogi kolego; to bierz si© 4o roboty^ a�e ˜piesz si©. Czy inaSz odpowiednie upowa¾nienie? *' -<- Oto jest -odparˆ sekretarz ministerstwarozkˆada- j¥R- tek©; ktoreJ jego kolega, minio caˆego po^riechu, > pyssypatrywreˆ si© z najwi©ksz¥ uwag¥. .,   ^-., ^:. '-'^A -~ P, wszystka jest jak nale¾y -".wtr¥ciˆa;¾ona Ricsi¯a¯y , ^.^'.lata¾.-tooj^j^-sprawda^.dtfcMtt¢nty.,.1'1''/: ' /:\(^:ls. 'W- ^."".' 1- '' .-  " ' :i \   ' 1 : '''^.'".''-i O, nie, jeszcze nie ^- rzekˆ fcanceUsta, przegl¤da- l¥c papiery. ' '. ' .'1.'1'1. : ;.'.;,,', ' /  ^l3'^1''1- Sekretarz ministerstwa JC¾eNˆ cferpliwle, jakby przy- gotowany na'" ˜cisˆe dopeˆäiem^^iormalno˜ei. *" M^ -- Wszystko w porz¥dki ^^.[irz©fe^Y^esz†ie1'1 kancelista C¢nci©rg©rie. - Teraz kol^a agiOze przyst¥pi^ d^d^eia. 0u¾o yrubryk masz do wylieˆnit^Ssi?'1'1""' ' '^y':'" '['''y: ' -'.Okoˆo1 stu.11 ' .. '"1 :l';"^i;:^J<';>'^.^l' . . ''"l^;v:'/^''l<:'il< -� No,:to zabierze ci to kilika dni, czasu. ' '' ; -- TPak.&ochany kolego, ilay^tsKi^ u Wa$ wto«yiS pewiial .rodzaj. pracowni,  je¾eli ;po¾^s^olH^e?? .;'"'.. \' ' .1.,1;'\;,.^^-1-'-1.,, -Jak to? - .zapytaˆ ^ hatneeaista^�oncli†^ger^ ".: �- Wyja˜ni© ci fo:'po .drodze, ''ho^s^¢dzie^ani^^i.ae^: 'p¢jdrfiesz^ do saatK ust1 koiaej©. M¢vvfi^,^lt¢.-'^B^8l^tty^.^ '''^-I nie zapteraEB si© te^¢. 1,?'" ;'ll',i,'''1\f?'::'l;l^'^''' 1.' "-'A' zattail wybi˜t¢iet 'Poznasz ;^K¯j¥'lzori©,nfezti(^i':z;;-ni^. tol†hArka.,'Po(ietn.'' zaprzyja¾miEBy'^ ^'-ˆtH^^l./^^przete¢tta&aE; si©, ¾e dobry '2e,naläiiC'cnˆopak.'-1,,  '" '' ^ '^'"'-.,.,""'' \'^\;'^; -¯"0, to ju¾ widz©, feochany kotego; ^y ^ '"."--'^o«flràt, '"L&" po drodze iMpi©-tow^^ostryg.na pfaci^ '^ ehatelet, kurcz© u' pa˜2tieciarza' i legaitnin©, do 'fat¢rej/ ^t^ ^ ^ niDurand dodaje pr¾ewyborny sos. ^ ? % --' �iecnezeszr tni podniebienie^ kochany, kolego --Wfr¥-^ cU kancelista C¢nci©rg©rie na my˜l o pr2ysmB'ka':-'' 1    '"''','' "'i* i' '',-'; ^-A to po co? 1. ''"/ '1 - .'r""'^''!'"'.', '''"'^ ^.^i." ^:^;. ABy'wi<^^\^  1 1 '1 " '.,': ' '.1.'....' '.. : --31% '  - . ^ ' -,. 1.--.-' :^^ -.'  '. ;ˆ.1.'  1 :. , \ ^a^' ;1' 1 : '1 ;- '.. 1. 1' , 1' ;. . ^^'"alittS..111 na najmniejszy szmer, gdy nikogo nie b©dzie w kan- .1. eelarii. .  ' ! ' ! .' ,. , . . - Bardzo dobrze. O, uwa¾am, ze ostro¾no˜† nigdy nie zawadzi. . ; _ \ . .. . . . - ' .'\..^.1 --Spodziewam si©, ¾e rozumiesz dlaczego? - Bardzo dobrze. No^ chod«my. < Kancelista Conciergerie zastukaˆ do drzwi kr¢lowej Otworzyˆ mu ¾andarm, zapytawszy przedtem: - Kto tam? -- Ja, kancelisto. Przyszedˆem, aby powiedzie† wam, ze wychodz©. B¥d« zdr¢w, obywatelu Gilb©rt, - B¥d« zdr¢w, obywatelu kancelisto. I.krata zaowu si© zamkn©ˆa. SeteetaE!; y ministerstwa wojny z uwag¥ przypatrywaˆ si© te} scenie, a gdy drzwi od wi©zienia kroilowej zostaˆy Otwarta, wzrok jego szybfcp przenikn¥ˆ do pierwszego po- koju,gdzte dostrzegˆ ¾andarma Duchesne. siedz¥cego przy stote, i przekonaˆ si©, ¾e kr¢low¥ miaˆa tylko dw¢ch -stra¾nik¢w. .' '.-",... . .1 '  .: 1 : ',", ,\,11 ' Nie trzeba nadmienia†, ze skoro kancelist¥Concter- ^erie odwr¢ciˆ si©, kolega jego przybraˆ jak m¢gˆ n¯t- Gb¢j©tniejsz¥min©./ , , Gdy opuszczali Conciergerie, weszˆo tam dw¢el^ m©z-' czyzn. Bgrii to: obywatel Grakchus i jego krewiy Mar-, ^docbe.,1 ,;.1, - , '. /: ,1 , \;.,..1' .  ;'.,-:.^-.."'.'.y:',- '""'' ^^. ; ^Jakiby pod wpˆywem tego samego wsafas^ MaFdotAe i sekretarz mialisterstwa- wojny, spoistrzegiszy si©,^©bie} nasun©li na oczy: jeden czapk© futcz&n¥, drugi kapelusz o szerok�inrondzie. --,Co to za jedm? .. / .;. , .y.,. ":.:. , ./ . '. - Znam tylko jednego, to od«imeitoyGflftkchus. - Wi©c W Conciergerie wolao od«wiesrnym wychodzi†? '-W pewne dni, tak. Na placu Chatelet sekretarz ,i3Btäisterstwa wojny, sto-  -' '  .  . '\' ,. ''' . . ^ . ' ., -IM.-..^.,1 '  '  . . ' \, ,-- ^ ,:/'--, ˆys¢wnie do zapowiedzianego programu, kupiˆ dwana˜cie tU- ^iiiin¢w ostryg, po czym udano sli© bulwarem Gew©s. fc Obywatel Ihirand, sekretarz ministerstwa wojny, msesz- i^jtcal bardzo skromnie, zajmowaˆ" bowiem ^trzy pokoiki na Kpˆacu Greve. Ka¾dy lokator nw¯ˆ;k!lucz od gl¢wnych ^rzwi, ||^ um¢wiono si©, ¾e je¾eli kto˜ zapomni klucza, w¢wczas fc^ˆiderzy mˆotkiem jeden, dwa lub trzy razy,: zale¾nfe od ^Sfli©tra, kt¢re zamies^suje, a czekaijajsa osob¥, rozRoznaw-- ^szy,znafc". zejdzie i otworzy '"drzwi.. ^":: ,,ts..^ ^; Obywatel Durand miaˆ, klucz w, kieszeni, nw potrzebo- ^ Waˆ wi©c dawa† znak¢w mˆotkiem. ; ; , pj Gdy weszli na drugie pi©tro, obywatel Duran^ wyj¥ˆ ^z kieszeni drugi klucz i^ otworzyˆ drzwi, i: p Pani seJEretarzowa bardzo przypadˆa do gustu yn©zien- ||ln6mu 'urz©dnikowi. Byla to rzeczywi˜cie bardzo miˆa lE6- p^',)b^a.'^^yraz\'gˆ© |? twarzy^ budz¥ "we&¥ sympati©. 'Nale¾y pami©ta†, "^e p˜mu-t¢fc ^est- n&jpewnfeyHeym' ˜rodkˆem ^ uiˆr¢N^aenia^tt-lad-^ ^ nycfa^^Mobiet.. Smutek 'wznieca' miˆo˜† wel^^s2ysflEicIlJtH©¾' " KiesEyzäa†fa-Jle«^wyj¥tiku. ' ':' '' '' ' ' '; '''' ^'^'"'^ ':' li?" Owaj przyjaciele jedli z apetytem, ale, pam Durand'nie S.do, ust nie braˆa. M¢wiono o tym i a owym. , ' IP'1 Sekretarz 1 minislerst^WB" wojny1'1 ze, 'szczeg¢ln¥ ciefenma^- Ij^- wypytywaˆ 'b 1 ro¾ne' zwyczaj 'w ^ ConCˆergeri^^gl^lBg^Y' ^^iiaay si© odbywa S¥d, o ˜rodki pilnowania wS©«niSSw. Kascellsta, ucieszony, ¾e go tak uwa¾nie sˆuchano, f^ejsys.^ opowiadaˆ b zwyczajach Fouqut¢-TˆnviUe^Ei ofeywatete Samon, giowtoego aktora teagedfi, Jafc^ co tSinc¾¢fodgrywano na5 placu Rewolucji, v |teE'otesBa ¾ kolei kancelista wypytywaˆ gdsp¢daraa o s%tze-  ^dotyez¥ce jego biura. P ''- bdpoWBedz&rf Durand - ja, jakb osoba mniej od ciefee, j¯estetti daleko gorzej p^niormoWany. tty&o zwyNym urz©dnikiem, peˆw© o1)Rwi¥5&i: i se&reitarza¯ cn¢† w rzeczywist^ci jestena tyBao 1  '.1 -1' '  "...1, - '- . ..' w' jego pomoenj^ˆena, tnnie' wi©c przypada prasa, jenm ko- rzy˜†, jak to zwykle bywa we wszystkich Murasˆi, aa- wet rewolucyjnych. ; '' ^-^  "  ' .! .^ "'f^^:^^' r- No. to ja ci d¢pomog©; obywatelu'^--^t˜eMMisNioe--' ' listo wi©zienia, pod¢choc¢ny dobrym wtnem'/g¢spbctfctta,';. a przede wszystkim zachwycony1 pi©knymi o^AAl^pItti.i .Durand; '1 1 11 ' ' ^ V1';' .- ' 1 'i:l;.^.,.?;l/!^'*l:,;   . ;' ,, :.   '',..  .' ' . .  . ,'..  ;'..', i,\  ^ '' -O, dzi©kuj© ci - rzeki sekretarz ministerstwa"'.^KSf-- ny - ka¾da zmiana przyzwyczajeä czy miejssa pst^y jest zwykle dlabiednego Urz©dnika rzecz¥ przy^r^. ISyA^ l©, ¾e taoje praca w Con†iergerie wkr¢tce dobˆegm.©s k¾BS- ca, podwoi wi©c, abym co wiecz¢r ffi6gˆ. przyspr¢Walda˜† ^d6 was pani¥ Durand, kt¢ra by si© tu nud«ila^"^^; ,,.^, - JRie1 widz© ,w .tym^mc^^kitopotUwego "-.'¢dEi^ ^Kp-'. ceˆˆsta ucieszony, na iäy˜lo przyjeniii©j rozry^p†, jaitSflSJ miaˆ IDU doistarczyc kolega.',,., :\.'','-\1 , ^ '.'1^. .:;:,:"1.^'" .".;,;"-..Qn¥:,..b©dzie. ^..dy]stowa†',.lo,' co.,me^n,^lqitll|a.†.^ll;;ldd rutMyk - m¢wiˆ dalej obywatel Dura¤d - ^ ^tisaBi po - skoäczonej l-obocie, je¾eli spo¾ycie z naaBi dzi^ej^R,*^^- ' caBel^y sprawilo ci przyjena¯o˜†, b©dzies? ,|ias ¤ip^ odsuwa.jae^pa- ' .rawan, rzekˆ gˆo˜no:" . ,- -; , ;1; ;11-:-^ "'1',, .^\<..'1.'1 - Otoywatcl&o, kolacja.  - : : Marto Anten¯a ro¾ˆamaˆa "chleb, ale dotkn¥wszy go !v} uczuˆa ,paA palcami chˆ¢d srebra i domy˜liˆa si©, «© efc^ete |K#a¯Bd;w sobie zawiera† co˜ niezwykˆego. Maeninalm'p;-spoj- jsysaSi^ ott¢k^ siebie i spostrzegˆa, ¾e ¾andarR i^pe©^ˆ. '' |t;:':l 'Kiedy;' upewniˆa-' ,si©,--a!e, 'usiadˆ /'przy1 ^ .sw^te^to^lWtˆsyseu,  ^iyyao&yla- z chleba srebrny fiiteralik. Wewn¥trz; zaaudo- lIlNirat-SS^ Ust. 'Bdzwin©ˆa go i .¾alSzgˆa- czyta«; ^." 1 .;r'.^.',:,;:; ^.^ ': "Pani, b¥d« gotowe jutro o tej samej porze, gdy¾ Juteo 'O -tej", godzinie- pewna s Kobieta 'zostanie :ii¯prowadzoniEi do 'wi©zieStua Wai^e^ Kr6�@w<^ej Mo†d. Ta taabSeta^^iy^^ r¾© si© w suknie^Majjai˜initejszej Pani. a Na;|ia˜¯iej^za pa- lii W je!od^e¾',;tfagt©pnˆewsparta na raia;p¨-niii jednego x 'najbardziej oddanyc^ sˆug wyjdziesz, Naija&M^j^sa6.^&-, . .ni,1 z Conciergerie,  ,.  , "^. . , . . ' :, . .:',,1,/,','.,^ Niech haˆas, jaki da 8i© sˆysze† w pierwszymp^oju, nie niepokoi Waszej Kr¢lewskiej Mo˜ci, niech "{jeˆ We, wstrzymaj¥ ani krzaki, ani j©ki. Racz tylko jak najAplesE- aiel p^ywjetzla� puknie i 'mantyl© mojej ¾ony, tef¢ra i^as- ta¯¯ie na miejscu Waszej Kr¢tewskie| Mo˜ci." ; * ^ ^ -Po˜wi©cenie!-szepn©ˆa kr¢lowa. --- Q, dp^d; .e^,' Sdzel'' A i wi©e nie jestem, jak , m¢wiono, ;pr2©dB|t<^aan ....'powszechnego/obrzydzenia,' '". 11/.'' ...'...-;rt.^v;'.;'1''. ^WWU;, zacz©ˆa czyta† list^ Wtedy wierzyˆ; j^^d?i%i \'ust©p:;;v_ ,.,y,,1 ..,:./.''. ;, .:',,..,"..,;,- \.1-;;1'.'.^^';.-",^'\.1',. ----iyteecli! ci©; nie wstrzynial¥ ani krzyfci, aa^;3^d|..;*' 'fo^ SW¯zy, ¾e zabija twA†h stra¾nik¢w ..Biedni? ^..tiliawatf?1' Xai;ty^e^ dowad¢w wsp¢ˆczucia'.,. ^O, nie, nigdy, przesi^|1 .,:....'.7'.1,'1,..;/.^A';:;.''.^! ^^'''.'ˆTaKt&^deH.katny,'a zara¾eni twardy.; przedtaiot.^wySli«ni¥r,,. fe';'si© JaK/z:'pochwy i padaj¥c'na 'posadzk©,' zad«wiec^-ina^-';":, I^Ifeznte.^,1'.,^ \ . ' '1^..,;'1,," ^..;,:.;.,;,:',^ .^'A.1^: Byl'*^ maleäkt w¥ski* pilnik, a raczej eacko niSs na- r^©dzii^ za pomoc¥ kt¢rego nawetnajsˆabsza i najb¥rdaB^ niezr©cznar©ka w przeci¥gu kwadransapowinna prze^ ^ D^o'wa†/.grub¥;,'«elazn¥' krat©. ' ,: ^ 1. ... \-\...; ",1' -1 ,':'.,^.,' ^ ISr¢lewa rozwin©ˆa kartk©:. '. ,..'--/ ' ,.1.,''.1.1 .:.':.-1, ;;/;,'. ¯^Rani, jutro p wp¢ˆ do dziesi¥te! pewien czˆowiek zja- wi ^ pod^^ ,3ziedziaca kobiet ˆ ti©dzK!'^ B rozawwNt a ¾andarmami, ht¢r;zy c¯© pilnuj¥. Tynic¾ajse!(n." l¤^li^^-^Kl^ewska; ;Mo˜†' przepfito}ea!z'. 'tt-zeci¥,, krat©' ^. av^HB^ i ,' -ptzyi-«adzajae sobie'"wieczerz©.' .:, ' '  ',:.i^i\ " ' 11,.^;1,-;-,^/, ^fltym czasie pisaner i C?enotvefa weszli do Coaeˆ©r^ ; gerifi i ^tk zwykˆa zassiedli ao pracy w biurze kaacelt¢ty;^ W godzin© p¢«niej kancelista, -skoäczywszy robot©, zost^' r ''-'wfi^-teh-isaniych.-;-1 '.:.- ,1.'-1:-  ' '::-'.,.- "  . ' '^'-''^ "r:^K. ^dy drzwi^ zamkn©ˆy si© za-koleg¥, Dimner ^ehwyteiˆ ˆ pit¢¾ny koszyk, stoj¥cy.'aa. miejscu tego, kt¢ry przyniesi'6^ ; . N ˜wa^ynu za^^ Znalazˆ w nim l^i^aa^ daSe^a, przeUlmaˆ gtt i wydobyˆ srebrny futeralilE:? r'^. ^"^Bdy^ przeczytaˆ odpowied« kr¢lowej, zbladˆ. Aˆe:z;¯.(3e- ; aow©fa .Jlie spuszczaˆa z niego wzroku, podarˆ karyt©';-lMt,; drotaBe kawaˆeqAA t: rzuciˆ je w pˆon¥c¥ paszcz© pi^aa. s .. 1-'-*--^abpze1-~ Tzekˆ"-:-,wteystkoJest ustalone./'."'1 /'^.''':^-i..'" .'. .-I.-ˆria6ciwszy^.^'do^Genowety,dQd;sa:'.:: - 1'' :--^,'"\.':.^1;'1^.;. .'^ -; ca¯od¾", paniˆ '\::-  " ^   '.. '^''"^'^ ' - ^^.f^^^ ,,^,<-:Ja71l:,' J,: ^''. ,:-;1' ' - ''.'^'^^Y^.-1''''':'1'^1'^1',:-, -^ Tak, musz© z pani¥ pom¢wi† po cienu. ' ' f/ ; .'''.Oenowe-JFat.-.-fl.iewzi-uszona i' zinnia '.iak; ^BttairiBliur.^ai�H^-,;-"'1...^ , '..ˆa^s^-^czya^ti ,g^EEt'.-^nei|en'.-rezygnacji.;...^..1-'-^ ;.,,.-v. ..".^y^"^' ^lat.1-, .. -1'1: - ' '' ;  ~. 1. 1"' . '^ . '."''"' - Oto nadeszˆa godzina -^*zekIDixnierA-y; Wolisz l^pewne fenˆer†, kt¢ra ˜ci¥gnie na Oebie bˆogosˆEiwiNt^ 'siwo- ealego stronnictwa i ¾al caˆego natodug nad ^njsel^^ ' ysaniebn¥, wynikˆ¥ z ¾ettisty? . : ^'^'-^Tak.^panˆe.- '"1":'1 1 ;',,, '' ^-i. ..^. 1\'.^.,-'.^:1. - ,t':; 1. ^ 1" ?  - Mogˆem'' ¾abie ci© na miejscu, kiadytn ci© zast¥p ' ¯ kochanka, ate; czˆowiek, kt¢ry ¾ycie swRjR oddaˆa ZA- szczytnej i ˜wi©tej sprawie, powinien liteiec korzysteft z wˆasnego nieszcz©˜cia, po˜wi©caj¥c je tej aprawte. Po- wti^em postanowienie- Widziaˆa˜, ?WB si© ^wyrzekˆ przy- i ^ 1'emno˜ci wyn¯ierzenia itobie sprawiedliwo˜ci. Widziaˆa˜ ^ ˆ¢wnie¾, ¾e oszcz©dziˆem twojego kochanipa. . Po wybladˆycto ustach Genowefy przi©biegˆo co˜ W ro- Aeaju straszliwi©go u˜miechu. -- AlR znaj¥c nmie, rozumiesz zapewne, ¾e jc;˜ti †to- dzi o twego koifchanka, czekam stosowni©^jsz©j ^hwifi; -- Jestena gotowa- rzekˆa; Geniawefa. - Po c¢¾ tyle ni¢wie? Postanowiˆe˜ laniR zabi†, aaasz ^sˆuszno˜†, ezelEam. D&EBner spoJrzaˆ na peEtpwet© i zadr¾aˆ aiuaftfr:woli. Mia- ˆa wsobie co˜ wzniosˆego, ¥ ezoto jej jakby oprOmieni«i- ˆa i¥ureola najpi©kniejszego uezucta.  :. - Uprzedziˆei^i kTàˆdw¥ ~- m¢>yiˆ. dalej Dixmer .-'-ona czeka; A jednak, wedjhig wszieˆkte^Or prawdopodotlieä- Stwa, b©dzie si© jeszcze ; waha†, ale ty j¥ .zmusisz' do dziaˆania.'.;.^.,' :. '  '."'" '' \: ' '  ': '""^;,'.\', '--Dobrze, rozkazuj, a speˆni© wszystkie two]©'. BO- ,lecenia.11' ;' , 1'.'.,. .'.'' ' '.' ' "' '' .''''' ' , '''^^'.^ '..;1 --- Zaraz- ia^Swiˆ^ dalej^ Ifixmer.,- Teraz zapuKaite do drzwi, Gilbert nH otworzy, a ja zabij© go tym s¾tylfeterii. Przy tych sˆowach Dixiner odpi¥ˆ pˆaszcz i- wysun¥ˆ do polowy ukryty' w zanadrzu sztylet. -; .GenOwefal zadr¾aˆa. ' , ''; : ':'. ' 1. ',. 1';"':.1',-/*'.,".'  , ' ',,, Diaaner r©k¥ aakazaf jej milczenie. ": ' '-'. Gdy" ''go "'liderze, ...'ty..: .wpadaiesz^do1' drugiego'-1 '1 .pokoju, , '';   '"w lEtorym' z.najdttjle 'si©' Kr¢Nwa. Czyni 'pr©diEei zaaHenis« z ni¥ Suknie, ja tymczasem zabij© drugiego ¾andarma. Potem wezm© kr¢low¥ pod r©k© i' wyprowadz© j¥ z wi©- zienia. . - ' ' , ., ., ;  , ,.. - - Dobrze - rzekˆa zimno Genowefa. - Rozumiesz? - podchwyciˆ Dixmer. - Co wiecz¢r wi- dz¥ ci© w czarnej jedwabnej mantylce, kt¢r¥ osˆania ci twarz. Ubierz wi©c kr¢low¥ w swoj¥ mantyl© i okryj Ja tak, jak ty si© zwykle okrywasz.  - Uczyni©, jak pan ¾¥da. - Teraz powinienem ci, pani, przebaczy†' i podzi©ko- wa†-- rzekˆ Dˆxmer. - -  -�. ...,'.-. . - ' - \Jt - Nie potrzebuj© ani paäskiego przebaczenia, ani po- dzi©kowaä --rzekˆa wyci¥gaj¥c r©k©.- To co czyni© albo raczej co mam uczyni†, zmazaˆoby nawet zbrodni©, ' a ja utegˆlim. tylko sˆabo˜ci. Co wi©cej, przypomnij pan ^obfis, ,¾e˜ mnie prawie zmusiˆ do tego .wˆasnym post©po- waniem. UnikaˆamY Maurycego, a ty˜ mnie sam popychaˆ w jego obj©cia, sam wi©c byˆe˜ winfen, sam jeste˜ teraz s©dzi¥ i m˜cicielem. To ja zatem powinnam'ci 'wybaczy† moj¥ ˜mier† i Czyni© to w tej chwili. Ja powinnam ca ^podzi©kowa†, ¾e mnie pozbawiasz ¾ycia, bo ¾ycie moje byˆoby niezno˜ne, gdy¾ rozdzielona zostaˆam z czˆowie- kiem, kt¢rego jedynie kocham od chwili, jak przez sw¥ zemst© zerwaˆe˜ wszystkie W©zˆy, jakie' mnte z nim ˆ¥czyˆy. 1 - ; ' ' .   ! ^  \; ' i ! ' Dixmer wbiˆ sobie paznokcie w ciaˆo. Chciaˆ odpo- wiedzie†, ale gˆosu mu zabrakˆo. Przeszedˆ si© kilka kro- k¢w po kancelarii. - Czas uipliywa - rzekˆ na koniec. - Ka¾da sekunda mo¾e si© na .co˜ przyda†. No, czy jeste˜ pani gotowa? -M¢wiˆam ju¾, ¾e czekam - odrzekˆa Genowefa ze  spokojem. ' , , . ^ ..! ,.,,"' . . ' '; ^ Dianer podbieraˆ papiery, obejrzaˆ wszystkie ' drzwˆ¯ <2y s¥dobrze zatakni©tes przekonaˆ safi^ ¾e nikt me b©- m f. . ''' ' ^ . , ' !! ' , ';' , te^^- ^m¢gt' wej˜† do kancelarii i chciaˆ zn¢w powt¢rzy† ^fente .dane- polecenie.' . , - . ; .^y ^' 1', : .. .1:,;, ' , ,;; \^,-,''  ||^^nale,'-by?ro*ehi'od«wieniy.. . .'1-^:,^^^^ .'. ;,ˆ -- Bo:; to,1; widzicie,; dzisiejsza noc  wyBaai^;;;¯^|^^ e:iEli}no˜ci''nˆ:z'ziaWsz©.' ^^ .''' ^ ^ : ;.":^.,'ll\^&|i^s^ ',,';,',^. Bal-:-,\odrz©kˆ1 :;d>H^]¥†''^,'DuchesaR.^;^^^õ^ ''./^'.'faA.^tak; ' ., . ' :.:- ' ' '' " ^i\'i:.!'^^l!v}Sl!y: "' --C¢¾ tani aˆowu nowego? ,, ,  ' . ..'-^tSSSS'? ^ Otwprz ofcflEO? to ci powiem.-' ,,. , .: .^^^'S;^^;.; / ; ,(5àbert Otworzyˆ ctew ˆ ˜c¥sni¥ˆ r©k©. od¾wi©fl^^;,1!^ "ry,1 zapl&y4a^i©rt., '. ' ." .' .'1-',;..:,:. .'. ' '" 1^  < .;)wv|^% ' '.^'-^JF^ted^tA^KonweAtˆi^.byto^nfet¢ zbyt,'8or^(?^;J^^'f ^talIliScile^ sprawoadante?'1..:1 ''-^ ' 1/ '.1/,1 . \, '^^^^W, ..-^.-'Mte; C¢«^^ta^.^a^at¢?1''< ^/ /: .i...   i'(';;l/,.'^'{fi^<|"; ;^..-' l^aipieraw obywatel P^faffirt odkryˆ ,pewii^-^1^^^.;'^" ^\.--' JaKi?''';'1.'''1'1^ 1:1'1^.1'.^:^.''11^ y'., . ^'^;, :;;!;:^l^.!^y 1 '"^--^ ^i^w^,'^tei^?r(^^tNW2^o ^za^.uBBa^^^i!^ }% t ciesz¥ si© B^^lejl^zy^^ssdrowiepi.- . 11 'ly,,L'<^^t'.^t.;.;A i;l:l'-- A^tfc^^^M^^^calbW^1^R^ i,;'3nsBfc^^ l'^&te,l«&\<^:i,.p0dolmo;l^"IN'^lgUi.  '1 ^^^^.^^ta^^i' ^f, ^A; 'fcaWalter ,',de^&tai¯ni-^tfuigiiø? . - wtcg^it^^^^ai^ ^iiy,- ^podnot¢¨p; "^B^Nfej.r^atˆy^ krQ|owa usˆy&sa^.^^i;'^ ^:-^-&^E^E®seM'«;'i; en ^jittt1^^'; AagBi, ' ' - - ' .';.-1:^1.;  ^^^^^^Y'' ^�;^:'^^^^^^11^'?^'^^ we'f¢a^^^r-&|^^a, ^^^^afej11 'aiIardNfee^ 't^'^ani3OT ^tonen�Y;-)"'1'^^^ '^^'^^-asojiw^^ ..'^^^,^1,''.^:^ $8e musiaˆ wraca†, bo weaie yie WyJe«^¾at ^^,^:- "¨iat nu dopiero ˜mia^y^y-TZ^^I^te.fcMS^t^'^ ', 11''11''';\\ ^^-^-Kfcib^jedtoak ; 'kiedy˜' gcl^li^pi¥.^ {'^ 'l,, ^"'\:\ :*^ ;';'; ."^'i "gJ^\-^.Z&pewne, aˆ© .zdˆrie;,^,^';^'!^7,^!^?!R'''^ 'l;;1'?: ^W" *e^'cˆ¯wiU /pilna . kro^^^ '^lirise^«azgrzytai','' ste^ l^a¾wi^rpy _ w  obawie, 1 aby^-iE^^^yaEzan¢'1' t©ga d«wi©ku,' ^:a¯depn^ '.psBt. OK ˆap© 'taK "ii¯c&i",^!¯ .''p^dH)^ a^'zawy�p^ ^'faote1 "- ' "..1,- ""' ' '^."r^^''''^ ,1.1!" ^Y.-.-^edactyskoˆ - oder^^^-¨IB^rt;^?^- ^ '-" ^' T- ;, ^i'  -- Ech -:  rzekˆ 'od«wierny '^'iii^ˆ^ ^?¢j.; piMi-.intAˆ, ^'^o«y† sa&oty Cicho, Zytonidysfci!^;'^^!-;' ,^,''' ll.\/l ^.'..."'.;;/' ;.^.l-^r,"—?azywas^l .swego psa^^�yroodsi^^^-^ywat^ba Maiˆ-'. ^.di¢eheT.',11,',1' ' 1  . .1 - . ..l;^^^M^^.I,^:'ˆ"l^: 11)11\'' ^'//--^T^k,1 te-''nazw¥.1 wydaˆa.,mi :.^;:te(l¯N˜e¯W8¯i.'1,,':^ -. . II.- '^- .N¢wiˆe˜ '.wi©c-'- odezwaˆ- ^ asnowu'^B^j^^ ^ kto-1 ^^yias .ttte^Bnogac ' W^j˜^ z' wi©ziienia^'cNaia^)(i^ ' ^iefe .'Wˆadomo˜ci -m¢wiˆe˜ wi©c?... .-'1-. -'^^'"''^^''/r¢^U^;'.-.' '  ''.i:--l A', ''plaiwda, ^tt6\yiteBB,, -^fe';1 .oBywatel.': B®|@pf^^aW¯!#l; ,' ^1 ' ¯a^ ffK66iaeKeaiexa , 'Aa^triacz^i '"z11 poWroteaa./d¢' 'S^ea^t¢^ ^ ' "A^tfr. dlaczego? ^ .,"''..: ^^ .- .,'<-^ . '.^""','s^^.^'y';1 . )lrtrzyifiywaˆ,;, S6-isSi, '˜Nutek,: przenie^eanfel/'^ ^TSeSi^ ': ple uwolniono jˆ od Ibezpb˜redniego nadzoru ze ^r^¯y Gminy Pary¾a. .,  ' :'' ' \,":\ ./.',' ^:.,^' ;:.1-'" ,^,^',': '' ; __ ^ i. troaBk© od spisk¢w tego' pri^!^^ Maisdo- -IK¢uge - raek^fi^lhert, - S¥dz©, ¾e on 2n'6w got¢w je^ , .aarolw†.,podkop.1 1'.'.1 '' .'..''.,',11."';1'':;,' .'11;,1;'' 11';. 1'',.1'', '^^^-.Tak. sBm^odpoWled«iiat, cayywatˆa. 'SanteiTe,^ ''ate ^Hfe- ' 'l,&ert,,lfl˜wiadc2yˆ,';¾ei',¢di ch-wiU.-fgdy spisek wyfa'yto, soSs.-', '..B^1 'wszakSe' ,Bieb©^iecro^two/'i-.'!y;\:yeB:lple, .'asoSn.a by-', fcyito zaKsfcowa^daleko ttaBi©jsz¥ pstro¾ao˜† dla dopilno- wania Marii AiftpQi^,ai^^t;i^^,.1^.^ '!;'''.^. ^'i..''-^''-^.' (.'--^'do n¯le'^,^zek2;(3ilb?i'l^^y¯p,.a^?ll^^ ^(^.'.laiS^y.^j¥ 'tasBEt^ippwu.^pra^Hie˜^ ,. ,,' ,.;;,^ : ^ ^,;,,ˆ;.J, '.: 1- ' ||^|%,^aeaflde^ /isBttsEa.^tftidziife;,;^ :^a<^:;.pte¯ ^^^^'l.^^^^-.^.',lv/;l'l;'.-:'^l.. .'. ".^."^ "^'J'^..' 1 ,'1. 131 ¯ '  .  -Nie, *As mnie smuci. Maison.-Rouge silnie zakasˆaˆ: im bardziej pilnik za- gˆ©biaˆ si© w ¾elazn¥ krat©, tym mocniej skrzypiaˆ. -7 l na czym¾e stan©ˆo? - spytaˆ Duchesne, gdy od¾wieieny przestaˆ si© krztusi†. :' ' "; - Postano-^ono. ¾e Maria Antonina pozostanie t'uta|, lecz niezwˆocznie przyst¥pi¥ do jej procesu. ^ > - Biedna kobieta! - odrzekˆ Gilbert E Duchesne, czy dlatego ¾e riuaˆ delikatniejszy sˆuch ;.,nf¢, kolega, cz^ te¾ zwracaˆ lu©co mniejsz¥ .uwag© na 'bpowla" danie M¥r4o<;he*a; do˜† ¾e pochyliˆ si© a? stron© .;prz'yi©g"'^ tego pokoju i sˆuchaˆ. ^ / , ; Od«wierny io spostrzegˆ. '.. .:".' 1: :: ' ! ^ i1' ;"' ^'i-'-.1 ' 1.':; ' -- B¢zumiesz wi©c,, obywatelu Duchesne -- powtedziaˆ;. ½ywo --¾e usiˆowrania spiskowc¢w b©d¥ batdaej rofti pac^liwe, poniewa¾ niewiele pozostanie .iin czasa ina.yicK' wyKoBt¢ie. Podbbao wo^©c ˜podziewamego napadu abroj- nego na Concierger�e wˆadze maj¥ podwoi†;* stra¾e,; faft spiskowcy nikogo .oszcz©dza† nie b©d¥, byle tylko ,do˜ta& sj© do kr¢lowej, to znaczy do .wdowy Capet, chdaˆefft ^-gownedzie†..'', '".: 1 ' -.i\,'. ''i  .. y' ': 1'-.;-" -^..^. "^ˆ. '-'E, kt¢r©dy by tu weszli? ^ / ; ^:;:: --.Mo¾e^prZlibraliby^˜i© za patriot¢w, udaliby, ¾e chc¥ powt¢rzy† dzieä drugi wrze˜nia, ˆajdaki; cdyby yca.; .raz; otworzono drzwi, b¥d« zdr¢w}  A ;?u ½andarm¢w ogarn©ˆo tak wieMde zdumiente, ¾e. äast¥- p3a chwila slilczeiaia. Od«wiernyz peˆn¥ trwogi rado˜ci¥ slSyszaˆ' ci¥gle ^sfeiczypi¥cy pflaaifc Wybiˆa godzina d^e- ,-wi¥toi; ,:.^,.?.; ,.': -11 \ ^.11. :,:'.; ^^,1 .^^ . . ;. '.^^"^^i^ ' Jednocze˜nie zapukano do drzwi wi©zienia, ale ¾aa^y- tai, "'za«ny sieni, nte nie ¢dpOvytedzieH. ; ^'^'; '1;1^1,''^.:;, ,--1-\ : -. Do|b|^e, robrze, b©d¾ietny pi�nowalit .'^ 1. :'^ ;;; ^. ^.^A; ^ - '"^SA.^e«eU:.^^;^^;'^'^ 'zgfauemy^l'nR,;'naszycfl.l'lpp^ft-.: .runka^li jak pr¤wdzawi republikame - dodaˆ DucIte^KB. ,^Cr¢lowa przepiˆuje wkr¢tce krat©...** - pomy˜lial B'; od«wierny, ocieraj¥c pot z czoˆa. ; '. v ;. ||i - Ja s¥dz© -- rzekˆ Gilbert - ze ty tak¾e czuwasz jak p, nale¾y, bo ^ciebie r¢wnie¾ nie oszcz©dzono by jak i nas, 1^ gdyby sprawdzi† si© miaˆy twoje przepowiedni©. te -Naturalnie - odrzekˆ od«wierny-- ja te¾ nocami ll'^1 ' i. ' ":  . - - ;''',''', . ' ', ' ' || tlibchodz© posterunki, jestem zawszae. Ba nogach, .kiedy wy 11,'Si©' zroteniacie... Wy przynajmniej co drug¥ rioe mo¾ecie y'si©-''przespa†.' '1 1;1 :1'1'-;;1';;,'- .." ';  ' ..',,  -' . . Te. ,' :. .-''.'  '  . ' ' ,,'';' L: W tej chwili znowu zapukalioi dodrzwi wi©zienia. Mardoche zadr¾aˆ. Ka¾dy najmniejszy tnawiet wypadek m¢gˆ zniweczy† caˆe przedsi©wzi©cie. ' , : ' - --Co to? - zapytaˆ mimo woli. ^ " - Nic, nie- odpowiedziaˆ Gilbert -'r- SieferetaTZ mi- nisterstwa wojny odchodzi i zawiadamia aiihi© Q tym, Ale sekretarz ci¥gle pukaˆ. --Dobrze, dobrze - woˆaˆ Gilbert me odchodz¥c Ad ;- ofena. - Dobranoc! Bywaj zdr¢w, obywatela! \ , -- Zdaje mi si©, ¾e m¢wi co˜ do ciebie,..-- rzekˆDu- .chesne, odwraca j¥† si© w stron©, drzwi.-Odpowiedz¾e mu. W¢wczas usˆyszano gˆos'sekretarza. . . , - Chod« no tu, obywatelu ¾andarmie! - woˆaˆ. - Chc© ci co˜? powiedzie†. Od«wierny wyt©¾yˆ sˆuch, bo wydawaˆo mu si©, s©.po-' «naje gˆos, mimo i¾ wzruszenie pozbawiˆo go natui-.aˆnego ; tonu.'- :' ,:,\,1', , , ,-1 . '.' ,'. ...'"' .,,-, .1.,''., - Czeg¢¾ chcesz, obywatelu Durand? - spytaˆ Gab©rfc Musz© ¾ tob¥ pom¢wi†. A czy nie mo¾na by odˆo¾y† tego do jutra? Nie, dzi˜ jeszcze musz© z tob¥ porozmawia† T- od- trˆ.teBl'samllgfos.'"' ' ' .-.,', ! ,  '' ! ^',.1"''^ ., 11 '-à; co to takiego? - szepn¥ˆ od«wierny. - Wszak ¤^o˜, D�sm©ra.,':^.1 '.'"' :' '1 ' -.'' , ,^ "1 :.,,., \' , tydiaˆo si©, ¾e odlegˆe echa ciemnego koryferza na- '  /  ' '^ ,. ^  -W" daj¥ jaki˜ grobowy -ton zˆowrogiemu I d«wi©czniBrna gˆosowi.'  ' , , / ' ', '  ''-. ''i- : t3u.cn.esne odwr¢ciˆ si©. , --Ha, je˜li koniecznie chce, p¢jd© i otwocz©'i.^ -"powN- . dziaˆ Gilber� '  '' ' ' ,-1.' '':^'1;1'. ^ I poszedˆ ku drzwioBa.    . '. .11.\1',\!'<,'1>,. Od«wierny, korzystaj¥c z tego, ¾e uwaga otey4'¯¯ ^aBB- darnr¢w skierowaˆa si© w stron© Duranda, podtfcgl ^ okna pokoju kr¢lowej. -  '  :;^,:^'^\1,1 ' "-Gotowe? --zapytaˆ. ''-.\ ' - ,  .  -'r1;^.'^', - fteepiˆowaˆam wi©cej ni¾ poˆow© - 9dpo^l©<||^a kr¢lowa. ', '- - , ' : , :,\i\.:ii^'f,:y - Na Boga! - szepn¥ˆ. - Pr©dze!, pr©dzeji . ' -- Bet, obywatelu .Mardoche. gdzie¾e˜ si© podzˆai? ^^ "-zapytaˆ .Du©hesne,.,,,,.1 .- 1 .: '., , -. . .':,,-.i:.', \"."',:\^ - Oto jestem! - zawoˆaˆ od«wierny, wracaj¥c jSEy^fco ^o okna pierwszego pokoju. '* : W chwili gdy miaˆ z¥j¥« swoje miejsce, w Wi©zieniu yoztegi si© straszny krzyk, potem przekleästwo l sa^ly ^szcz©k szabli wyci¥gianej z pochwy. ^ - A, zbrodniarzu! Bandyto' - krzykn¥ˆ GUbert. ' ^ I w korytarzu, daˆ si© sˆysze† odgˆos walki. W tym.samym czasie otworzyˆy si© drzwi i od«wierny ojrzaˆ dwa cienie trzymaj¥ce si© za bary. Jedaoez©^ai® jaka˜ kobieta^ odepchn¥wszy Duehesne^a,, przeˆpkaela ob^te ˆira�e¾¥cyeb i weszˆa do pokoju kr¢lowej. /r^: <; Duchesne, nie zaniepokojony widokiem kobiety, pobiegˆ. ..fc0ie,';l... Kr¢lowa upu˜ciˆa pilnik i stan©ˆa jak wryta. Ite^SE^ ^j<&c^eI)t;!Splsete,vni&: udat si©.'.'^ '" 1 ':'::."'1/ /.'':/,^<1''';'1;'1'?C '. "W: . . '1 ." ,1,' '.' ... . '  :;; 1 ;:':'.:'1^.\::: fe<&d2wˆeEny chwyc¥ obur¥cz przepiˆowan¥ krat© l p(>- gasn¥ˆ ni¥ z caˆej siˆy. Ale krata iae.':'''!^?\Si' ^^--'BI¢Wis^^¾e.^cfa¾wifimy l¥'widziaˆ.' Jak¾e-.te:^^'1''^.' '1'--Wld«¯ˆ,-;jak wychodziˆa. 1. '  / ..^..^^w:^-^ 1.1, _'...-^'A^wi©c:^^^! .'1- '-';' ' 1' ^i  ;^::;1^'^^,^^.. ".^--.TalE;^.^;'."''111 ' . 1: ^Y ;'-"^-,. !  :.'1":-1,-1'^^"-^ -^ Sama? Nt¢, to niepodobna, Genowefa nigdy t&j†yy- ,'s^aby'sania! : '.11"'1::.1 ; --.1' :;1:1  ^ .^'."',':',y;:^'v/,:ii - Nie sama, obywatelu, ale z jakim˜ m©^yaR^^ :'-'^-wJak^toP^Z,m©¾czyzn¥?. .'1  ^ ' : :1\;':-. ^!^^;^;;^:; ^i;¯*'.'Tak przynBijintnfej utrzymuje Obywatel ,a®|¾w^|By^'; ,1",' .,-, .-A,%�, popro˜^-^o-tn^musaE©' .wˆedide†, co^toJza^w©^¨p^i^^." : Selewols "slrfe^owaˆ'sa©;.ku1 .drzwioto, -ale-: .¾˜tr¾ylnsˆ^si©^11' '^ ^zarik!ˆ'/jatek^/¾ln&InysˆeTO:l ,;- .- '  ' .'-w'-.. , '^1A:1'':"IS^> ' ...^-ˆ-^ZSarasi, ^Ea^.^oteywatelii.,.1^;- .1/',-'' l",;'il-;ll^' 'i";^1'-'''.'^^^^.', -'^.^^C^.C^^M^^nte^iri©c¾'!!^^.' ,-..'. 1' ' .. ':1,;1^^^^:1,' ',' ^^'SSssSae ;;to1.. byˆ, :ttn1, ssm- /criowtek; ^ kt¢jey'. biegˆ.. \za5yBEka^, ^^'^^wNtet^^firy-^a -tob&.^teegˆ?-/...;':^'-1 ^.:ll^^,',^^t^i;^l, ii',^^^^^%'i.^ ^.K ,;\,",;',;;., ,^.^,'^;.^^''.v-^4yl^,, ^Y/^1^^^1.',-'1..^ ^M|i.^po; ,'tak, 'CTàJ., przyjaciel,'zapewne ^Lorito?,..;;]^,;^;': ^l^^sizlcodzi.,, ¾e wyszˆa z Lorittea¯.^.' ^1:;;',,/ -: i'>i^\^i,,': ''.:/' . gi^-lf 'Nawyey u˜miectoii¥ˆ.^˜l©^l^otai^1^*R^^ '^'-^lil^e.-^nieˆ'- zawoˆaˆ Scewcaa. -- TR itie-R^ ^ywate--^' |N^przcte¾.'.ja 'bardzo 'dobrze znam obyw'atela;'l^aa^ ^NbW-kt¢¾-t¢^byˆ? 1'" , , ',,' ', f:. '^./^;^^', fi, wiesz bardzo dobrze, obywatelu. To, tea przy˜te|- |õ;ttiy'to©¾czyiaina," kt¢ry1 tu raz przychodz¥. : ' \'''^'-,1^1':. 'Kiedy?.-1.';  :' .:.; .' '   ",">i;'"'-1'' :.'^f'. . ..:^, '^''^y W˜lwe«as, kiedy byˆe˜, obywatelu, tak$ gacautay, ^i|- liaSif.^^BMaˆ^ci©^, sob¥- ˆ1 ,ld^y˜'.od.n^egQ?r:IW^6dat,s^i;tit&;- l^dobry^a^ toanorze.'' 1 ':' ;-^'.' ^ .,'". ^^../- ^ '. -,'l'..'^f:; 1 I^^Mauryey 'spojrz¥* na; nˆegip bˆ©dnyR waco&iem i zadr¾ai |^aa caˆytn (del©, wreszcie pa dˆugim nule«eniu zawota�; -t.-'',',^..\'.-, .  ' ',, ' , '' '/, ',"1,'''^ ^:.,^,.^.'^ -^ Nie, mylisz si©. Wydawaˆo mi si© zawsze, ¾e todzSel-1 * jBy czˆowiek. Zabraˆ j¥ po lo,aby; uczyni† 2 nfej o^tr©;. , On si© ka¾e wraz z m¥ aresztowa† i zabij¥ icla oboje razem. Ja przynajmniej widz© tylko to niebezpieczeä-- "s^wo^-.rzekˆ.'Lorin.^ ,^, ..', ' ^', ' \'::'.'.'*' ... ^^. Sˆowa "fee;:Jpog)t©.bBy rozpac? .Maurycego.^".-, ,/:11' .^;/^.;;'1.; -Ja j¥ znajd©! - zawoˆaˆ. - Ja, j¥ znajd© lub^ umr©! --Nie ni¥ ˆ w¥tpliwo˜ci, ¾e j¥ znajdziemy - przierwaˆ Lonn. - Uspok¢j si©, m¢j Maurycy. Wierz nii, ¾e ten «le isal^ka, feto szuka bez ,zastanowiettia, a nie zastanawia sˆ© ^ ^^ ,kto^jiest.;tek ^drusisony jak ty..^."::.'ii:\i../ , .'. :"." ,.,':*1,. '^K - B¥d«;-, zdr¢w,; .Lwin. ; ^....^,;.:, .^.,1 /^; .' ^ s;ll't--*;.Coˆ¢.\zna<;zy?;,l., .' ..; ..,.' '.l^i; 1'','^ ^ ^'.,'',1..1''1\ ' ^'---.rld©/ju¾.,1,...1 :,;.'.1 .'''':;., ^1 ',;,1;1,;.,';'' ^11:'''..1  ^' . ^^^^J^^^opwz^^ ';';," , liy^Eto^chodzl^.ty^^.mn^ ^wi- |iB|ienemmai!aa;a†l sw<^,zycifi;<^^;;<¯¯^©.^ i ta� jak Maurycy aztrroiˆ si© w par© natiityeti^R†istole^ty¯' ;.l..'^c(6!reukryi,..wllldesaeniaeh,.-, / ...  . .'.^^''^"'.^'^k '^.-^"C&Otfeny.'- 'dodaˆ. , - : ^  , '^-f|','&,^..^1: . ",'-A^e, niepotrzebnie si©:. nara¾asz! -- aawpˆair.Jl^t^^l^^^^ .;: '"-;I^,CQ½-'.®tS(d?;' "; . ."', -;"^,^ ,', 1 . 1, . -i^^,^^^1. '; ^..^^.'^Rs^^^ˆz^¥si© najpierw upalny? -^spytal^^&^iii^&c^.; - - Szdˆ¨a^iny naJpierw na starej ulicy Sai^-Jacq^^;|g|^,-;' '}Vesa ¾naj^t¢'niy^ka^^eira'^',^ison'-RQuge. Tam, .g^is^^fe''"' ^^st; ,.ncttN[1 b3¨�'''t^lw^::]P'Bib^Soi^^ ^^'.,l^,tefi5¯l¥&:^ lfiteu^yee]^'.C2ya^ : ,^" '"'. 1]1' : '  ^ : ^ .'.1 '/ :., J.ll-\ ; \.  . :". ::1 : .!  . ^ :W^ ,1'eR> samego dnia FoUlgtiˆer-T^ayale na3W|isfea i©h osg^ t(j'|fci(yl;e^rwfl^sTOi  ta^yzyfciami,1 a, ^ wyittz ^^¯od^Ezani". <*¯|sl,, ^^-hawawym^^l&ki^^^,/- ;.r,^-1'1, ;^^ ;, :^.: ^,.1,,1;^1";* t¯wad2iesteg<¯ trzecˆe^ .jdnia, ^ertraZW* ®rf®8^wedl^.lg'dawl¯qg6stytel,i:^c ;¯i^6s^>czasl^B^Sw-S ^.wioBo,11. yuBay.' dekawyco -.fid'1 ltaite.*aapaE^i^SI^Kkl^yNl¯i^:^s|a^ ^wA^Hr^^oabywaˆy^ssi© ^posifidaenfe-.l-e'*^^^^;1''.^' :'/ii^^'i:, :/. ^^teszystkie korytsirze 'CcmdiecgCTl&^wyiwtg^e11^^ gnyCit - sensacji.'widzami, :^6rzy. wywoˆywaM^ ^gi^c'^,"!?^^; ^i||edfl<^r1^ '2(ro>'w. ^zy&te^^niectKhom¥^i^ ^..;' ^"^"'-"'I ; :,1" .^1: .'\  li "'"-". ' ; : 1 : . ^litKfl , Stˆoczona masa sto razy usiˆowaˆa go obali!:. poniewa¾ byˆ" wysokiego wzrostu i wszystkim stoj¥cym za nim za- sˆaniaˆ widok, ale, jak powiedzieli˜my^ ˆatwiej" byˆoby poruszy† skaˆ© ni¾ Jego. Tymczasem w drugim koäcu ludzkiego morza 'inny m©¾czyzna przebijaˆ si© przez ˜cie˜nione tˆumy z nie- zwykˆ¥ wytrwaˆo˜ci¥. Nic go nie wstrzymywaˆoi ani Kia- ˆaki tych, kt¢rych za sob¥ zostawiaˆ, ani obelgi ty<;!v kt¢rych, przeciskaj¥c si©, prawie dusiˆ, ani narzelBajaiai . kofeaet,..bo...tyefc.wieN^'byˆol,W tˆuniie.''-'-1,1. -./- ' - -'':'"';.'!'',.' Na razy odpowiadaˆ razami,. na obelgi swiirzeilielaa,.; przed kt¢j-ytti eolalisi© najodwa¾niejsi, na narze�^i^ ^ olboˆ©tnos†i9'-!p0do^SHk¥l!'do--pogardy" . ../.i. ,' .,^.>. ' ;\^ ^.'^: Na koniec (dritstt^-do silnego mˆodzieäca, kt¢ry zataraaso.* Waˆ ^wej˜cie do saH.. W˜r¢d tˆumu zapanowaˆa ciekawo˜† jak si© pog adwentowi. Kr¢lowa Spojrzaˆa na kobiet©. .^t,X;'';.:' -Tak; AntoninR, tafe, powiadam 'ci, ˜^ dttB^ t 4& twoja duma wˆa˜nie Ci©1''zgubiˆa.'' 1 \ ." ^.^^p'^"^1'1  Kr¢lowa zaruaweniˆa si©. - , ' .''.,;::'^l,'';:;.y^'i;;' " Kawals;r zwr¢ciˆ ˜l© ku kobiecie, kt¢ra wyrzeic^^ ^¯ wa, i ˆagodnie jej odpowiedziaˆ: \ 'li;-' Osi¥" .'byˆa' 'kr¢low¥;, "',, ' . ' ' \ ?'' > MtaurycySchwyciˆ go za r©k©.  :'- à --rzekˆ po cichu-odwagi, bo b©dziesz l -.Panie Maurycy-- odpowiedziaˆ kawaler -c¾ˆowiekienrT wiesza, ¾e m¢wisz' do czˆowieka. t"  ; .,.^,v^5^.^^'y^ czy^ s¥dzisz, ¾^ oni mog¥ j¥ skaza†? ->-'Nie :tylko t& s¥dz©, ale jestem tego pewtiy. Qen!... Kobiet©? - ˆkaj¥c, zawoˆaˆ Maisoä-it¢B^f¢ .. .. ' . .:....' - , '   . . ' .. , '' ' '-'''.'Kt.'- .'....^FkA;''.'! -- Nie, fer¢low¥ --; podehiwyca Maurycy. �%m tosprzed chwil¥opowiedziaˆa :,'Teraz;fca'wale!r .ujaˆ.lidauryc^o^za r©k©^i^z^niep^i^Jtf;*.1 ^!0z¢r,,,õiˆ¥,.znaiusiˆ,. ab^ nachyla'si©. ,do,jego,,acfca',.":,^|a|^^ :Ky^godma.a wyot do trzeciej;'rano. Widowriia,i^|^^'? ^^.iHszerzedzOa.s,,-Kilfea'"˜wiat†i' zgasˆo tu i ¢wdz^;li^|^|? ',$(i-egdzx-e'byˆo.,cx©mno. - ,.'; ,-:.::",,, 1- ' .,1. f-a^^^N^ '^;!:,,iCze˜†'.sall,'.W^kt¢rej-\zn¥jaowaIi a©, kawaler .'ijl-^i^^&l''' Ify^a ^dtt¥z najciemniejszych. ,;;"' .,¯..' 11" ::'.;^.;\y^|<'i^y ^/,-- ,Ait(?^po; c¢¾, "pan-.tu ^rzys«eaˆ, .^co.,paa .tu y^fcifc,^^^,;''1 ^kt¢fy  pwecfe2, "nte ma-, 'w^-wbie , krwio¾erczych' ilest^?'^:;., ^yt¢ˆ.'. kawaler.,, '1'1,-.,1... :--::,;' 1. .. 11',, ..'''.'^.^'^M'^1 ' ;;-^Niestety'(T-- tzeM~~6Savifycy. - Ptzys^dˆ^.^tiiii^Sˆy' ,',¾ twisSfsa?Jpzieliˆa mnie od niej ¾elazna krata. O, czemu¾ ciebie tam nie byˆo, czemu¾: nie mogˆe˜ swo- iclt Siˆ poˆ¥czy† z naoiroi! Przekl©ta krata byˆaby ustalpiˆa i byMby˜n¯yobie o†atiI� ; .., ,..\'1' 11 ; ./^- ;,..'.1', 1. - Genowefo! Genowefo','.- szepn¥ˆ Maurycy. t patrz¥c na kawa]6esra z.'nieopisan¥-;:^.wNEekslip—ci¥, -^Zjat"'.. 'pytaˆ:". .^:'; 1.1 1 "-'/.^ \.'': :.'^^ '.-. ;.;.:^;...",-.,^..':::1:... A; c¢¾ ,si© staˆo-z,.'Dixoaerem? ^'' ^'..^ . .^; i^i':^, : ' ' '. ' TSw wiero.; ycieHx jedn¥ stron©, a j¥ ly,drug¥. 'O,:.,, ^--'.,'wyczeteˆ .Maurycy, ^cisn¥wszy Sffby .--. je¾-eH.' 'ge.^kied.y spotkam1...1,',^''.;' 1" '-/11'..:'1,..,'. ^ " . ../ .",, ".: ' '^--lEozu&iiein. ,Ale:l"dla'Genowety. 'jes¾e^z© ..ni©-^wszystfco,'. stracone, pode«as gfly dlatkr¢lowej..*-"przierwaˆ kawaler de Ma^¢n^Rouge; -O, t¢aurycy,,. jeste˜ c¾ˆawˆekiem szla- eli^ta@iy¯, "wicie ni;o¾e˜z,tB¥sz prisyjaci¢ˆ. Bˆagam e^ jah- bytn bˆagaˆa.Boga...Iteurycy, dopom¢¾ mi ocali† kr¢low¥.® '3^'ty-1,. jeszezie, o- 'lfeyaa'iny&tfez"' kawalerze?.',' .' '' ''';. Mauryeyt cealowefa Nagfe ci© o to przez moje ustii. ';,-'^^àp^e-;'!Wyln¤'^iaj /pan^lsego^itfueäia^ Kto; wle;-.tR^-^' i p¥a, tafc jaˆs Diaoner, oddaˆ Da p&stw© losu t© kote�©t©t - Maurycy -dumnie odrzekˆ kawaler - kiedy od- dftj© si© Jakiej˜ sprawie, po˜wi©cam tylko samego siebie? W tej chwili otworzyˆy si© drzwi od izby narad. Maury- cy chciaˆ co˜ odpowiedzie†. - Cicho! - rzekˆ kawaler.- S©dziowie wracaj¥. r I Maurycy poczuˆ, jak kawaler dr¾y. ^bˆadˆ t zachwiaˆ si©SH nogach. -O! -szepn¥ˆ kawaler.-- Brak mi ju¾ odwagi. ^ .- Uspok¢j si© pan albo˜ zgubiony -^- odrzekˆ Maurycy. Rzeczywi˜cie s¥d wracaˆ. ; ' i Wprowadzono kr¢low¥. Szˆa wyprostowana, niewzruszo- , Bta, dumna, ze wzrokiem utkwionym gdzie^ nieruchomo, z ^acf˜ni©tymi ustami, \",l^\li' .;' '1''-;."   /1'', ' :' ' 'Odczytano! wyrok, skazuj¥cy j¥ na kar© ˜mierci. Wysfaffihaˆa go spokoJnie. Nie zbladˆa ani aie mrugn©ˆa- okSean, ¾adnym mu˜kuˆem twarzy nie zdradziˆa najmnie]- '—zego wzruszenia. : Nast©pnie odwr¢ciˆa si© w stron© kawalera, spojrzaˆa naä przeci¥gle i wymownie, jakby chciaˆa mu podzi©ko- wa†. :Potem wsparta na mmieniu oficera, kt¢ry dogodziˆ ¾f¢rojnyai oddziaˆem, spokojna i dumna opu˜ciˆa sal©. Maurycy westchn¥ˆ. ---Bogu dzi©ki! - rzekˆ. - ½adne jej zeznanie nie sKt¢ˆpromitoˆyalo Genowefy, jest wi©c ae˜zcze nadzieja. -- Bogu dzi©ki! - szepn¥ˆ tak¾e kawater de'llMaison- -Rouge. - Wszystko si© skoäczyˆo i walka ju¾ skoäczo- na. Ziabr¥kˆo ml ju¾ sS, abym j¥ m¢gˆ dalej prowadzi†, - Odwagi, panie - rzekˆ po cichu Maurycy, ; ,.- t?ie zabrjaknie mi jej- .odpowiedziaˆ kawaler. l'U˜cisn¥wszy sobie dˆonie, wyszli. ;i 1 Kr¢low¥ odprowadzono do Conciergenie. Gdy wchodziˆa do ^wi©zienia, czwarta godzina b3a na wi©lk^r¢ zsegarze. Na koäcu Poiit-N©uf Lorin obur¥cz chwyciˆ, Mauryce- go.za ramiona. :' , ." .¯' ' ' . ,  ! \ :\,;'..,'r,' :11':;,1 '.^.'^f" St¢j! - rzekˆ. - Nie woˆnoC A to dlaczego? ^^ Przede wszystkiln, dok¥d id^eszi?' Id© do domu. Teraz ju¾ wiem, gdzie jiej szuka†. Tym lepiej... Ale nie p¢jdziesz do dom-u. . Dlaczego?' ,- '.'''1:1:' ' i':'' 1  ''.; , ','/''/ ' Bo przed dwiema godzinami byli u ciebie ¾andarmi i chcieli ci© aresztowa†. ' -Afi.. - zawoˆaˆ 'Maurycy. -J To ˜wietnie. ' 1- Czy˜ oszalaˆ?;.. ^A 'Geaowefa? ::1;1. - : '  - ^'.^^l:i,l:. -Prawda. 'Wi©c dok¥d p¢jdziemy? ; .:1 --. Do^mnie! ^ '.''- '' i'''^\^':::'./ 11 t''/',''' .1'1"'; ,,:,, .""'^.',.'/: ^ "'-'Zginiesz  przeze':annfcs;l /". '; '' 1'';':7'- '~^i.\\ ^"' -  .:1:^' '' -^-Tymi lepiej./(^iod«l1'\-1 ";.^.:''1 1 1.'1'.'-'-/-;';''';'^ rpoci¥gn¥ˆ go za sob¥. - ^.; 11' - 1. 1';  '-',:':i'  '1:,, W ' ' :- ;1;-1 , ," '- '':1^: .',,1,1 . .y ,,--:.,'. KSS^pi l;KM 1.11'.'1,'.' ^.'^^-e:' ½ sali s¥dowej odprowadzono kr61ow,|[ .dO^ie^OBic^efgeriR., Gdy wr¢ciˆa do pokoju, wzi©ˆa no¾yczki i obci©ˆa dˆugie i pi©&ne wˆosy, zawin©ˆa je w papier i napisaˆanamait: "Odda† tp mojemu synowi i moj,ej. c¢rce." - ' ^ ; Potesm siadˆa, a raczej ;u.padˆa aa krzesˆo, i ^ttu¾osaa Wieminastogodzirinym 'badaniem, usn©ˆa.  ' , Q godzinie si¢dmej obudziˆ j¥ nagle ˆoskot oa˜uwane^& ^parawana. Odwr¢ciˆa si© i Ujrzaˆa, nieznanego m©¾czyzn©.  '.'--"CSego',.chc¥ ode'innie?;:-- 'spytaˆa.^,,11 ';,',' ^',' , ,11.''''.^^^ ';^.,ieaowSciE'teh- '¾i3li¾yt,;^©',:t'''witaj¥c' j¥.^jaKby^riigcIy/aie^ ^^byˆB^kri&w¥, rze^,1:'1'''/^'.'^' , fi':''['.;',\ ".''',, .' .l''....^',i:l'l'. .'^"--"^ãa¾ywam si©,,;,^ans0n.. \ 1 ; ,;,.;' ^ .^il'.\ lli.-''.'/''' '1,1^";.. .kr¢low¥ Mi©kko1 si© w¾dry^n©f¢ i^ wstaˆa; 1' .';; ':':;l^;^",f,  11'; Kazwisfeo samo przez si© m¢wiˆo wi©cej hi¾ riajdˆu¾s¾a Jttssss&owa. '''''1^ .1..1'.'"'^ :'1''"'" '' ;' \ii^''..:"^'~'^"'\if\'i','ii,i^.':. - Bardzo wcze˜nie przychodzisz, partie - rzekˆa. - j MSgˆbys m'eco si© sp¢«ni†. , \  -- Nie, pani- odpowiedziaˆ Sanson-iaSSi mamrozkaz, T<¯; powiedziawszy, w˜zyaS krok w stron© kilowej. W tej †hwiH czˆcwicfc ten wyrwaˆ iri© stea†any; - O, rozumiem - rzekˆa uwi©ziona *- ebc^sz pan obci¥† nri wˆosy? / '^\.'.1 ''-- ' ..l.'v '.': - To rzecz konieczna - odparˆ. 1 , . - Wiedriaˆamotym.paa^^rzekto^iwwa-^ d¾iˆam ci trudu. Moje wˆosy tez¥ tam, na stole, j —ass¢fn spojrzaˆ we wskazanym kietUBfcu,; -Chciaˆabym tyBco -- m¢waa dalej.-- ^aby.l:.,dzi˜.'jesz- cze dor©czonio je, moim dzieciom, ..; , .:'.';' \: ;' ; -1' ,.1.. -Pani - odrzekˆ Saason -to do mnie nie naliczy. '.. '-S¥dzflam jednak... ' , 1 -  ^ 1;., . ' - ':[:[ ; ' , ---Do mnie- przerwaˆ Siwasoo. -' nale¾y^ tyBcb sgu˜- yr&boszeea. ,, "-','.. '.'' - ,, ..  '.. ,1 , .; ,,1-,1"1'';. .1.1. y'<: , Ka wesEwanie pana, ffiacynta czyana pr©dzej 'zbiega po sc&pdacˆl,etywsyˆa. drzwi i ^ostrzegˆa mˆodzieäca o.bar- .da9. MadRj¯.,^tIel\IB%..:fc9?¥E2y,,.'.^/,,,,^ ..-.i:. ,;1 '. 1,-1;.,^,: ^ ^.-'y;;1. .'."^-.'(S¾y.^lat 'itBS^^.is^^Gira^^^-ws^t.-^ '"^'K' ','dztenSae.'1 ." . . ^ '''."i- '-/'^ , '1 / "'.;11., ./,';';//^.i''''^1^,;'1' /,, ,,;SBaeyirta spojrzaˆa,. lafi^^rieporzadhR. ].tbran^,';ptzybysz;a,'11  ii(a^dbijg|¯1 blx^,l>spoertrze^,J½?¥..'.d^^^e,^^ ''Wsa^sfco^za, bardzo^ff'wr¢¾^,./^^':-^,'^1.^/^.-^ , ' ;';',-j-, Obywatelu -. rzektai1 -; ^"^^'loa^«adn©ao.yksi^^:, ,.,';.-1 "-' 'Pewtr©szeaca, pami¥^^^.przi©rwaˆ.-inˆodzieniec; "';|)(;b^a>*111 ^.lai^/.p^wjBedzte†, .czy-.tu imesa^.-.probps^^.sp¥lafi^-i^S.ain^'. ^ -J�itodry?^-;;,'1,.,.',; ' '" ^^ya^^aani'',; uderzyˆ :Hiacyiyt©^te(i)^;jej;/.:paite¨iat^^^ .Jc^ieiwiedagtaˆa.''??!^R: -:.  .-" '..,.'' \.,:^ K^,^-. ':.^y^h^ ^^^3^;.inama.;,Sii©^2' oam widzie†. ®?faywa%il?¯ ib^-.cz^i,- itetaiE 'bapewiarz..'' :, ,,,^ ' ;/ , ."',.,.-/' .,':^.'l,%":ly-i,.fe;<.<^'-ll':;' .^^.To^ja.p¢ewkam - odpowiedziaˆ mSait^E^iB^^^/;;1,,','.'', '''-.^'-AJe¾' -^"odparˆa Hiacynta,. n¯ec^^|yae^as|e!^^attite>-: '^Igteftiiaaa^iaˆlodego czˆowieka -^- na1 pro¾a.o^.by^./^^e^a-ˆt^oby"'.;'' iTaatel^.SS^azwaao^^ Concierg©de i zaraz ˆ^cfaodzl.f ^'1:;.':,:''1:'.';.1''.1,-1 ' ,': 1 '";-;'"1 -,:"1:'1.\,'",''!:'1^ Mˆodzieniec zbladˆ okropnie albo raczej blado˜† -Jego Staˆa.si© trupia. '-Wia† to prawda!-szepn¥ˆ. A potem dodaˆ gˆo˜nie|: ,--. .". ;. - Wˆa˜nie, prosz© pani, dlatego przychodz© dooby- watela Gu-ard. --' , ^-" 1 '' '' : ' .' ^^U, l m¢wi¥c to, mimo oporu starej'pchn¥ˆ tekko drzwi i -nie zwa¾aj¥c na gro«by Hiacynty, wszedˆ do mieszka- nia Ksi©dza l do˜taˆsi© do jego pokoju. - :^ ;Ten, spostrzegˆszy go, la-zyhn¥ˆ? zdziwiony. . -F; --- Przebacz, " mo˜ci proboszczu -- rzekˆ naty©hsoiasti mˆodzieniec.-- Pozw¢l, aby˜my zostali sami. r f'Stery Ksi¥dz wiedziaˆ z do˜wiadczenia, jak objawia sS^ wielka bole˜†. Wyczytaˆ on cierpienie w gwarzy ^mˆodzieä- ca, a w dr¾¥cym jego gˆosie-- wzruszenie. ' 'y ^-''Zostaw "nas,'Hiacyntp^'--'rzekˆ. 1'1"",':::''11.;;:-, ,'11''." Mˆodzieniec niespokojnym wzrokiem 'spojrzaˆ na gospo- dyftiS, kt¢ra przyzwyczajona dR dzi©leiBa tajemnie swo- jeg& paaa namy˜laˆa sie^czy ma yyj˜†. Wreszcte, gdy- zamkn©ˆa drzwi, rzekfc, -- Ksi©¾e proboszczu, spytasz irinie ''itepewB.ie, Ktom jest. Bowiem ci: jestem wyj©ty spod ppa^a, slsazany s¥ ˜mier† l ¾yj© tylko dzi©ki swej odwadze. Sestem kawaler''shs Mai* 'skr¢l¢w©|? ^ ( ' -^ O, oszalaˆe˜ pan chybat--,-zawoˆaˆ; ^Jssi¥dz^-^lPaaa'' '" i mnie, ^'siebie1 chcesz zgubˆ©l.-;* ,:.'.^ ^': \,:'v.^'.^^;::i:'i:^:s,., -- Prosz© niczego si© .nie: l©ka†.';,, '.i.'';:1".'- ' -^Y'. '. '""'' : 1 -'Biedna kobieta! Skazan¥l ' -- ..:   : ;.', ' '-W" .--Wiem o,4ym,/i nie dlatego chc© j¥, wid«iefe, -¥l¯yia ss¥ kusiˆ ^ ^ej ocalanie, ale,.. Sˆuchaj, 'ojczei Oˆ-iTy. TOniR lA sˆucfcaszl '- \ ,;: -.''i..,'' ;^..\;.1.'.1  ^^'??s'l\'?*'.'' -Nie sˆuchana, biˆ panf¾¥dasz niepodobieästwa. Nie. sˆucham, ho 'post©kujesz.' jak wariat - powiedziaˆ sta- rze. ;-- ?0 sˆueBaat^^ przera¾asz, tel¢j;; panie.; : --M¢j ojcze, uspok¢j si© - rzeki mˆodzieniec,(u^l- ˆuj¥c opanowa† swe wzruszenie. --- Wier^ ä¯< ze jestem ^przy aidirtiwychztoysteeh.Wiemi ¾e kr¢lowa jest zg^ ale ehei^Biˆym na chwil© Mpa˜c do jej n¢g. T© oleaO, 'mi ..¾y- .. rite.', A¨sfeeU,^1 nie .zobacz©, ;aab¨|fc sis, Si. poniewa¾1 ,ty,ojcze^.1' beda^esz Brzyczyn¥ mojej i-ozi>aczy,za^J!^z:;t't^©©yH^,dt�¯ ^mse.s^.da�o...,;'.,'.^/,..., ' '  .': ..'..: ^i.:..':^ i1^1;'1'' ,..,./ "'^1^:';,'1-'' j - M¢j ?yna, m¢j synu - rzekˆ ksi¥dz -<- 2¥das%la^ry, i ':-' ^ r ' ' .  ' 1; 1  . '." ' (' ' -^' ''  ^ ' ' .i': -  :  ' ,'  ' 111 / '  " 7-"'- 1S3^ kt¢r¥ mog© przypˆaci† ¾yciem. Zastan¢w si©!... Jakkolwiek jestem stary, to jednak potrzebny nieszcz©˜liwym. Jak- feolwiek jestem stary, m¢wi©, gdybym umy˜lnienara¾aˆ si© na ˜mier†, r¢wnaˆoby si© to popeˆnienitt samob¢jstTya. --Nie odmawiaj, ojcze - odpadˆ kawaler - musisz wzi¥† ¾ sob¥ wikariusza. We« mnie, we« mnie z sob¥. Ksi¥dz, u kt¢rego daˆo si© ju¾ zauwa¾y† pewae waha- nie, rzekˆ; , .! -, ' 1. '''T''.'1 - 1 1.,'1-':/.';- -Nio. nie, to byˆoby^ uchybieniem moim obowi¥zkom. JPjczy^.©gfeoa na wierno˜† konstytucji, a uczyniˆem to z gi©- bi serca, caˆ¥ dusz¥ i zgodnie ze swouä sumieniem. Sfft- zatia -na ˜mier† kobieta to kr¢lowa, kt¢ra je¥t winna.. tJniarˆbym ch©tnie, gdybym swoj¥ ˜mierci¥ magˆ przy- aic˜¢ korzy˜† bU¾niemu, Iscz obowi¥zfaolm uchybie aSs -.chc©... .'-l,-., 1 1 .'.."'' '-; . . '..'  ,. . ';11:"-..,'. -Ale powiadam przecie¾ - zawalaˆ kawaler - "prze- cie¾ powˆarzam i przysi©gam, ¾e ate chc© ocali† kr¢lowej. frife-eie¾ zaklinate ss¥ na tenkrucyfiiks,m id© do Con- &iergerfe; oie poto, aby'przeszkodzi† jej ˜na©rcit". i ; -- Po c¢¾ wi©c tam chcesz i˜†? - spytaˆ starzec, wzru- szony Szczerym gˆosem rozpaczy mˆodzieäca. --¯ Sˆuchaj, ojcze - rzekˆ kawaler. �- Ona wie, ˜¯ jiesfeBa^ jej oddany.' Skoro msas UJrzy w ost^tMej'swoja} godasisBe, z pewno˜ci¥ przyniesie jej to< pnawd«iw¥ p0- ^.deciafi.''1  1' 11-'- - 11  - : :.' s'^^./-i^ii;i' .^\ -- f¢sy to jest wszystko, czego odeisan˜e ¾¥idasz?--- za¯ pytaˆ ksi¥dz, nie mog¥c oprze† si© bˆaga>Mu, kt¢arte brzeasia- 10 'y gtosie mˆodego czˆowieka. '^''^'' "1:; - '. ';':;  //^^'Atosohrtai©^w^eystko.'- "-; ."''-' \'''\ ' ' "' ;'"^.i ''J11 ,.: ^--..^''Bie uknujeaz 'spisku^W^^te^.-uw^.nienˆa-^azanttj?. *- .�adtttegã J^˜i^n chrze—ciJahiineBB, ffi¢j ^jcze, a je¾ie- 11 w sercu Ilioim fcpyje si© cho† cien kˆamstwa, jfezei� la- dz© si© Badziej¥, ze ona b©dzie ½y†, JeSeli uezymi© c¢lssea" wiek, aby tafe a© staˆo, niech min©B¢g sfcarze a^i iWiBeatte ..pBfeP1!^^-^ 1'>-' ,1'1-^.'   r,':.':"' l;;i?" :iy'^^/,i ^m.  " ' ' '  . '\ ' : '  ' 1  \; : .'^ Nie! nie! Nic ci przyrzec nie asog© - powiedziaˆ; ple- ban, Kt¢remu znowu stan©ˆy" praed Oczami U¤ziMe nie- bezpieczeästwa wynikˆe z tak nierozwa¾nego kroku. - Posˆuchaj mriae, ojcze - rzekˆ kawaler tohtem, w kt¢®- ryln. brzmiaˆo gˆ©bokie cierpienie. - M¢wiˆem z tob¥; jak jiosˆuszny syn, wspomniaˆem .tylko o uczuciach chrz©˜ci- ja&skich \ miˆosiernych, z ust moich nie wyszˆa ¾adna gro«ba, ¾adne gorzkie, sˆowo, chocia¾ gˆowa mi pˆonie^ krew jburzy si©, rozpacz Szarpie mi serce, chocia¾, piatrz, jestem uzbrojony, mam sztylet! '  To m¢wi¥c mˆodzieniec Wydobyˆ z zaiiadrza bˆy^ez¥- †¥ stal,' kt¢ra rzuciˆa blask na jego blad¥ r©3fe©. . R˜i¥dz cofn¥ˆ si© ¾ywo. ' : ' '' ;-^ Nie l©kaj, si©, ojcze! - ze smutnym u˜miech^ni rzekˆ 'kawaler. - 'Wi'^/;' ^'-¤^Id«^^pBn^-¤-^Bi¢waa .znowu-do Girarffy-^id½-.l^z¢*^ staw mnie. Poniewa¾ ¾yjemy teraz we Francja, kt¢r¥ rz¥dzi wolno˜†, niech¾e wi©c umr© tak, jak tego pragn©. Girard jaszcze raz pr¢bowaˆ j¥ przekona† . - "Zostaw mai†, panie - rzekˆa - zostaw mnie, po" wˆadam. : , Girard znowu chciaˆ? co˜ doda†. - Ja tak chc© -rzekˆa kr¢lowa, czyni¥c gast Marii Teresy. Girard wyszedˆ. ,_, Maison-Rouge usiˆowaˆ spojrze† przez szpar© w para- wanie, ale uwi©ziona staˆa odwr¢cona plecami. Pleban spotkaˆ si© z pomocnikiem kata, kt¢ry szedˆ ze sznurami wr©ku. ' , IZ¥nim kawaler, zrozpaczony, zˆamany, m¢gˆ krzykn¥† lufr uczyni† jakikolwiek ruch, by speˆni† sw¢j zamiar, pba3 ¾andarmi wypchn©li go zadrzwi. Znalazˆ si© "wraz z Girardiem na korytarzu Z koryta- rza wepchni©to ich do wi©ziennej kancelarii, gdzie ju¾ rozeszˆa si© wie˜†, ze kr¢lowa nie przyj©ˆa ksi©dza, gdziR dioäs Marii Antoniny, jako Austriaczki, st&ˆa si© dte jednych przedmiotem grubiaäskich obelg, ;dla mnych za˜- przedmiotem tajemnego uwielbienia. ^ --tr¥caj do domu - -rzekˆ Richard do. ksi©dza. - Kiedy ci© wyp©dza^ niech sobie umiera, jak chce, f: - , - Ona ma racj©, ja bym tak samo uczyniˆa - powie- dziaˆa ¾ona Richarda. , ' --I «le by˜ zrobiˆa, obywatelko - odrzekˆ ksi¥dz. --.Milcz, ¾ono - mrukn¥ˆ z przestrachem dozorca .,-. to do ciebie me nale¾y. Id«, ksi©¾e, id«. , - ;-^ Me--powt¢rzyˆa Girard- Ja mimo jej-woli, b©^ jej towarzyszyˆ. Jedno, tylko jedno sˆowo przypoami Ifj O obowi¥zku.chrze˜cijaäskim. Poza typa, taki rozkaz daˆa n4 Gttiina. a ;;ja" powin?Rffleni 'by†-Gminie /.posˆuszny, .^::..'.;,;; ;-- Zgoda, ale ode˜lij Swoj©gp wikariusza -- rzekˆ gru-¯ �tta˜sko, adiutaat^in¥jor, ,dc|wodz¥cy zbroJBj?m, oddziaˆ^a.^ r Byˆ to dawny aktor z teatru Cbmediie-Franc¥ise," na-, ; zwiskiemGrammont. i" ; ':? Oczy kiwaleca bˆysn©ˆy dziko. Machinatnie wsi^i¥ˆ r©- ; k© w zanadrze. .  1 "'1; '  r ." ,. . 1 ."~/' 'll''li' '' ^Girard wiedziaˆ, ¥e kawaler ma sztylet ukryty pod fca- mizeˆk¥; WstBiymaˆ go wi©c bˆagalnym spojrzeniem? i-Nie nara¾aj mojego ½ycia-- rzekˆ do niego po ci- ,? chu. - Widzisz, ze dla ciebie wszystko ju¾stracone,'nie gi4 razem z ni¥. W drodze wspomn¤ jej o tobie, przysiis- gam ci. Powiem jej, na co si© odwa¾yˆe˜, aby j¥ po raz ostatni zobaczy†. '' '' ... '''^ ''-i- r'^'^ -.'. :'-;.,  '''" , '.' ^ Sˆowa te u˜mierzyˆy wzbur^oic mˆodzieäca. ' ' ;- Tak - rzekˆ - tak by&masˆaˆct¢l^zy^<^Chrys(a- ; ˜a,^rusztowanie dla niej. BogowiR t Kr¢lowie zwy^e a¾ do dna wypr¢¾niaj¥ kielich goryczy,':rpotS^af prae^^Iitdzi. Na skutek tej my˜H pefatej rezygnae^ ll':toˆodzi)eä^efr'pol ijFWoltt si© wypchn¥† za .'d^wi, '.wydaj¥c ''reinw^woM.^©k. t menawi˜ci¥.; ,;'; ;Z©gar paˆacowy wybU godzin© jedenast¥ i^na:t3aB|^ .miast-wrzawa, ustaˆa,/;...'.,. /,;, ,.;,,.. , ,. \ '^^(S^'^ Sto tysi©cy os¢b liczyˆouderzenia zegara, sto ty˜^y os¢b sˆyszaˆo uderzenia wˆasnych serc. i ^/,^% ^ A potem, gdy zamilkˆ ostatni d«wi©k zegara, \za. ^|>i(a-"' lini¥, powstaˆ wielki Zgieˆk t jednocze˜nie ˜miertelny i^^, ;, aaj©¾d¾aj¥c od strosnyi bulw?arit Fleiin-s, potoczy� ^i© ^o|b^k pOisterunk¢w wojska' i ludu, i wreszcie stan¥ˆ Be^; s^R?- pia^h wi©ziennego podestu schod¢w,'¯ ' .'''if.^.-s'^"-^^'1''1-' ',,., wftiSto¥ytaai,.' pode˜cie ukazaˆa si©.^kr¢lo^^^^zyiscy^/t. 'wstr^ya^i ^OˆEideeh^i-.skierowali .na 'm^^spojra©iil^t..',,,^1;^^^.'-'- ;|er6tiko^i()^a(¾fflt¢,^-?r /wˆ©zilienr¢ ;posiw3EaI^''a^Qsx;,st^'^1:: brzysto˜ci¥ sw¥ dodawaˆy delikatno˜ci bladej, niebiaä- sko pi©knej c¢rce Cezar¢w. Miaˆa na sobie biaˆ¥ szat©, z tyˆu zwi¥zane r©ce. Gdy ukazaˆa si© na wysoko˜ci schod¢w, maj¥c po pra- wej stronie ksi©dza Girard, kt¢ry jej towarzyszyˆ, mimo ¾e mu tego wzbraniaˆa, a po lewej kata, obu czarno ubranych, w caˆym tˆumie powstaˆ szmer, kt¢ry sam tylko B¢g, czytaj¥cy w ludzkich sercach, m¢gˆ zrozu- mie† i oceni†. Wtedy pomi©dzy Mari¥ Antonin¥ a katem przeszedˆ jaki˜ m©¾czyzna. . ® Byˆ to Grammont. Chciaˆ, aby zobaczyˆa haniebny w¢z. Kr¢lowa mimo woli si© cofn©ˆa. - Wsiadaj! - rzekˆ Grammont. Zebrany tˆum usˆyszaˆ to sˆowo, bo poruszenie zamkn©- ˆo wszystkim usta. W¢wczas zauwa¾ono, jak krew wyst©powaˆa na policz- ki kr¢lowej, ale po chwili twarz Marii Antoniny zn¢w odzyskaˆa ˜mierteln¥ blado˜†. Jej zsiniaˆe usta rozchyliˆy si©. - Po co ten w¢z - rzekˆa - kiedy kr¢l jechaˆ na ^rusztowanie w swoim powozie? Wtedy ksi¥dz Girard rzekˆ co˜ do niej po cichu. Chciaˆ, aby pot©piona powstrzymaˆa ostatni krzyk kr¢- lewskiej dumy. . Kr¢lowa umilkˆa i zachwiaˆa si©. Sanson wyci¥gn¥ˆ obie r©ce, pragn¥c j¥ podtrzyma†, lecz kr¢lowa wyprostowaˆa si©, zanim zdoˆaˆ jej dotkn¥†. Gdy zst©powaˆa ze schod¢w, pomocnik kata przywi¥- zaˆ z tyˆu wozu drewniane stopnie; Kr¢lowa wsiadˆa, ksi¥dz zaj¥ˆ miejsce obok niej. : Gdy w¢z zacz¥ˆ si© toczy†, lud ogarn©ˆo wielkie poru- szenie. ½oˆnierze, nie wiedz¥c, co ono oznacza, wsp¢lnym ^wysiˆkiem odparli tˆum znajduj¥cy si© mi©dzy wozem K;;U - A. Duma* 161 a pierwszymi szeregami widz¢w, co utworzyˆo du¾¥, pust¥ przestrzeä. St¥d wˆa˜nie ozwaˆo si© ponure wyc^e- Kr¢lowa zadr¾aˆa, podniosˆa si© i spojrzaˆa wok¢ˆ sie- bie. Wtedy spostrzegˆa swego pieska, kt¢rego ju¾ od dw¢ch miesi©cy uwa¾aˆa za straconego, a kt¢ry nie m¢gˆ do- sta† si© do Conciergerie. Pomimo krzyk¢w, raz¢w l od- p©dzania biedny Black rzuciˆ si© na w¢z, lecz prawie natychmiast wycieäczony, chudy, znikˆ pod koäskimi kopytami. Kr¢lowa ˜ledziˆa go wzrokiem. Nie mogˆa m¢wi†, bo haˆas zagˆuszyˆby jej sˆowa, nie mogˆa wyci¥gn¥† doä r©ki, bo r©ce miaˆa zwi¥zane, wreszcie, gdyby nawet usˆyszano jej ¾yczenie, czy¾by mu uczyniono zado˜†? . Jednak¾e straciwszy go na chwil© z oczu, znowu go ujrzaˆa. Trzymaˆ go na r©ku Jaki˜ blady mˆodzieniec, g¢ruj¥- cy nad tˆumem. Mˆody czˆowiek .staˆ na armacie i unie- siony niewypowiedzianym zapaˆem pozdrawiaˆ j¥, wska- zuj¥c na niebo. Maria Antonina r¢wnie¾ spojrzaˆa na niebo i ˆagod- nie si©., u˜miechn©ˆa. , Kawaler de Maison-Rouge wydal j©k, jakby ten u˜- miech zraniˆ mu serce, a widz¥c, ¾e w¢z kieruje si© w stron© mostu Change, wpadˆ mi©dzy tˆum i znikˆ. XXIII RUSZTOWANIE Na placu Rewolucji staˆo dw¢ch m©aczyzä opartych o latarni©. Wraz z tˆumem, kt¢rego jedna cz©˜† ruszyˆa w stron© 162 placu przed paˆacem, druga w stron© placu Rewolucji, <\, i reszta za˜, ˜ci˜ni©ta, rozlaˆa si© po wszystkich drogach, , ˆ¥cz¥cych dwa place, czekali oni, a¾ kr¢lowa stanie przy y j'narz©dziu m©ki. Rusztowanie zdawaˆo si© ze zˆowrog¥ ^w^.dum¥ panowa† nad otaczaj¥cymi je gˆowami, jak mo- /&'i-i'"i;".\'. ' ' . . . . aerchini panuje nad ludem. Dwaj m©¾czy«ni, trzymaj¥cy si© pod r©ce i rozmawia- j¥cy po cichu, byli to Lorin i Maurycy. Zmieszani z tˆumem widz¢w i maj¥cy takie miejsce, ½e wzbudzali we wszystkich zazdro˜†, nie przestawali prowadzi† rozmowy zapewne me mniej interesuj¥cej od wszystkich rozm¢w, jakie kr¥¾yˆy w gromadkach ludzi. Grupki te, jakby poˆ¥czone drutem elektrycznym, poruszaˆy si© na ksztaˆt faluj¥cego morza, poczynaj¥c od mostu Change ,a¾ do mostu Rewolucji. Widok rusztowania, g¢ruj¥cy nad gˆowami wszyst- kich, nasun¥ˆ im podobn¥ my˜l. - Patrz - rzekˆ Maurycy - jak ten ohydny potw¢r rozpo˜ciera czerwone ramiona. Rzekˆby˜, ¾e nas woˆa, - O, n;y�onor - odrzekˆ Lorin - przyznam ci si©, K 'ze nie wyznawaˆem nigdy poezji, kt¢ra wszystko widzi |;,i;l3a czerwono. Dla mnie wszystko wygl¥da r¢¾owo |??I u st¢p nawet tej ohydnej machiny jeszcze bym ˜piewaˆ, Kr jeszcze bym miaˆ nadziej©. Dum spiro, spero. ||C,< - Ty masz nadziej©, kiedy zabijaj¥ kobiety? Jli - O Maurycy, synu rewolucji - rzekˆ Lorin - nie | .wypieraj si© swej matki, pozostaä dobrym i prawym fe'jp6triot¥. Maurycy, osoba maj¥ca umrze†, nie jest zwy- pi.czajn¥ kobiet¥, lecz kobiet¥ zupeˆnie inn¥, odmienn¥, *fe^o zˆy duch Francji. Js :-. O, ja jej nie ¾aˆuj©, ja jej nie opˆakuj©! - zawo- ˆaˆ Maurycy. Rozumiem, ¾aˆujesz i opˆakujesz Genowef©. O szaleästwo przyprawia mnie my˜l - rzekˆ Ma- l-^uyycy - ¾e Genowefa jest w r©ku dostawc¢w gilotyny: 163 Heberta i Fouquier-Tinville'a, w r©ku ludzi, kt¢rzy posˆali tu biedn¥ Heloiz©, a teraz posyˆaj¥ dumn¥ Mari© Antonin©. - C¢¾ st¥d? - rzekˆ Lorin. - Ja dlatego wˆa˜nie mam nadziej©, bo kiedy gniew ludu po¾re dwie uko- ronowane gˆowy, mo¾e si© nasyci na jaki˜ czas, jak w¥¾ boa, kt¢ry trawi swoje ofiary trzy miesi¥ce. W tym czasie nie poˆknie ju¾ nikogo, jak twierdz¥ prorocy z przedmie˜cia, bo najmniejszy k©s go przestraszy. - Lorin, Lorin - odparˆ Maurycy - ja mam zdrowszy ni¾ ty s¥d o rzeczach i powiem ci po cichu to, co i na gˆos jestem got¢w powt¢rzy†. Ja nienawidz©, Lorin, no- wej kr¢lowej, kt¢r¥ przeznaczenie zdaje si© wyznacza† na nast©pczyni© Marii Antoniny. Smutna to kr¢lowa, bo jej purpur© stanowi codziennie pˆyn¥ca krew, a pierw- szym jej ministrem jest Sanson. - Ba, my mu si© wymkniemy. - Nie wierz© "- potrz¥saj¥c gˆow¥ powiedziaˆ Maury- cy. - Widzisz przecie¾, ¾e, aby unikn¥† aresztowania, kt¢re by byˆo rzecz¥ nieuchronn¥, gdyby˜my byli w do- mu, musimy mieszka† na ulicy. - E, c¢¾ nam przeszkadza wyjecha† z Pary¾a. Nie narzekajmy zatem. M¢j wuj oczekuje nas w Saint-0mer¯ mamy pieni¥dze i paszporty, ¾aden ¾andarm nas nie za- trzyma. C¢¾ ty na to? Zostajemy tutaj, bo sami tego chcemy. ; - Nie, niezupeˆnie tak jest, jak m¢wisz, najlepszy, naj- bardziej oddany przyjacielu. Ty zostajesz, bo ja chc© zosta†. - A ty zostajesz, bo chcesz odnale«† Genowef©. C¢¾ i wi©c naturalniejszego, c¢¾ sˆusznie jszego? S¥dzisz, ¾e ona jest w wi©zieniu, i masz zupeˆn¥ racj©. Pragniesz nad ni¥ czuwa† i dlatego nie mo¾emy wyjecha† z Pary¾a. Maurycy westchn¥ˆ. Wida† byˆo, ¾e my˜l jego bˆ¥dzi gdzie˜ daleko. ',./., 164 - Czy przypominasz sobie ˜mier† Ludwika XVI? - rzekˆ. - Byˆem jednym z przyw¢dc¢w tˆuszczy, w˜r¢d kt¢rej do dzi˜ si© ukrywam. U st¢p tego rusztowania byˆem wy¾szy ni¾ ten, kt¢ry na nim gin¥ˆ. Jaka¾ teraz zmiana, Lorin! A kiedy pomy˜l©, ¾e dziewi©† miesi©cy wystarczyˆo, aby j¥ wywoˆa†! - Dziewi©† miesi©cy miˆo˜ci, m¢j Maurycy!... O mi- ˆo˜ci, ty˜ zgubiˆa Troj©! Maurycy westchn¥ˆ. Jego my˜l skierowaˆa si© na inne tory. - Biedny Maison-Rouge! - szepn¥ˆ. - Jaki¾ to okrop- ny dzieä dla niego. - Niestety! - rzekˆ Lorin - Wiesz, Maurycy, co ja najsmutniejszego wiuxem!bourg, i stawaˆ przed wi©zieniami, gdy odchodziˆy z nich wozy z oskar¾onymi, aby ich zawie«† do rewo- lucyjnego trybunaˆu. Rzuciwszy okiem na ofiary, natych- miast biegˆ do innego wi©zienia. Wkr¢tce przekonaˆ si©, ¾e dziesi©ciu najczymriejszych ludzi nie zdoˆaˆoby w ten spos¢b czuwa† nad trzydziestu wi©zieniami Pary¾a, postanowiˆ wi©c chodzi† do trybunaˆu rewolucyjnego i tam czeka† na zjawienie si© Genowefy. 169 Byˆ ju¾ u progu rozpaczy. Rzeczywi˜cie, po wyroku nie byˆo ju¾ ¾adnego ratunku dla skazanego. Trybunaˆ, rozpoczynaj¥cy posiedzenie o go- dzinie dziesi¥tej rano, do godziny czwartej skazaˆ nie- raz dwadzie˜cia lub trzydzie˜ci os¢b. Trapiony niepokojem i w¥tpliwo˜ciami, Maurycy prze- klinaˆ Dixmera. Groziˆ mu, upajaˆ si© nienawi˜ci¥ do te- go czˆowieka^ kt¢ry pod pozorem oddania dla sprawy kr¢lowej kryˆ okropn¥ zemst© osobist¥. "O, ja go znajd© - my˜laˆ Maurycy.-Znajd© ja tego niegodziwca, a wtedy biada mu!" Ranktem tego samego dnia, gdy rozegraˆy si© opowie- dziane przez nas wypadki, Maurycy wyszedˆ, jak zwykle, na plac Rewolucji, a Lorin jeszcze spaˆ. Zbudziˆ go wielki zgieˆk. Spojrzaˆ wok¢ˆ siebie nie- przytomnym wzrokiem, jak kto˜ niespodziewanie na- padni©ty, gdy pragnie si© przekona†, czy nie ma przy sobie czegR˜ kompromituj¥cego. ^ tym momencie weszˆo do- pokoju czterech czˆonk¢w sekcji, 'dw«ch ¾andarm¢w i komisarz. Odwiedziny te byˆy tak jednoznaczne, ¾e Lorin. czym pr©dzej zacz¥ˆ si© ubiera†. - Aresztujecie mnie? - spytaˆ. - Tak, obywatelu Lorin.  - Dlaczego? - Bo jeste˜ podejrzany. Komisarz napisaˆ co˜ w protokole aresztowania. - A gdzie¾ jest tw¢j przyjaciel? - zapytaˆ po chwili. - Jaki przyjaciel? - Obywatel Maurycy Lindey. - Zapewne u siebie - odparˆ Lorin. - Mi©, on przecie¾ tutaj mieszka. - On? C¢¾ znowu? Szukajcie, a je¾eli znajdziecie... - Oto doniesienie - rzekˆ komisarz. - Jest dosy† jasne. IW ' . ,  '',''" i .- No, ubieraj si© pr©dzej - rzekˆ komisarz. Ipodaˆ.Lorinowi pokryty obrzydliwym pismem pa- pier. W doniesieniu twierdzono, ¾e widziano, jak ka¾dego poranka z mieszkania obywatela Lorin wychodzi obywa- .tel Lindey, kt¢ry jako podejrzany podlega zaareszto- waniu. Doniesienie podpisaˆ Simon. - No, prosz©! Ten szewc wkr¢tce straci caˆ¥ swoj¥ klientel©, je¾eli b©dzie speˆniaˆ naraz dwa obowi¥zki. Chce by† szpiegiem i ˆateczem starych but¢w! To prawdziwy Cezar z tego pana Simon. I wybuchn¥ˆ ˜miechem. - Gdzie jest obywatel Maurycy? - zapytaˆ komi- sarz. - Gdzie on jest? ½¥damy, aby˜ go wydaˆ! - Powiadam, ¾e go tu nie ma! Komisarz skierowaˆ si© do drugiego pokoju, potem wszedˆ na niewielk¥ antresol©, gdzie mieszkaˆ ofiejaliste Lorina, na koniec otworzyˆ kom¢rk©. Maurycego nigdzie nie byˆo. W jadalnym pokoju na" stole le¾aˆ jaki˜ list, kt¢ry zwr¢ciˆ uwag© komisarza. Byˆ to list Maurycego, kt¢ry go poˆo¾yˆ tam, nie chc¥c budzi† przyjaciela. "Id© do trybunaˆu - pisaˆ Maurycy. - Zjedz ˜niada- nie beze mnie, wr¢c© dopiero wieczorem." - Obywatele - rzekˆ Lorin - chocia¾ pragn¥ˆbym jak najszybciej p¢j˜† z wami, rozumiecie, ze w koszuli i˜† nie mog©. Pozw¢lcie wi©c, niech mnie ubierze m¢j oficjalista. - Arystokrata! - rzekˆ czyj˜ gˆos. - Trzeba mu po- maga† przy ubieraniu. - A tak - odpowiedziaˆ Lorin - jestem jak oby- watel Dagobert. Zwr¢cili˜cie uwag©, ¾e nie powiedziaˆem .kr¢l. --- No ubieraj si© pr©dzej - rzekˆ komisarz. Oficjalista zszedˆ z antresoli i pom¢gˆ swojemu panu ubra† si©. m Lortn nie potrzebowaˆ lokaja, ale chciaˆ, aby sˆu¾¥cy byˆ ˜wiadkiem tego, co zaszˆo, i aby tym sposobem Mau- rycy m¢gˆ dowiedzie† si© o wszystkim. - Teraz, panowie... przepraszam, obywatele, jestem got¢w i sˆu¾© wam. Ale pozw¢lcie, prosz©, abym m¢gˆ zabra† z sob¥ ostatni tom List¢w do Emilii pana Demou- stier, kt¢ry to tom wyszedˆ z druku i kt¢rego jeszcze nie czytaˆem. To mi uprzyjemni wi©zienne nudy. - Uwi©zienie twoje - odezwaˆ si© nagle Simon, kt¢- ry zostawszy miejskim gwardzist¥ wszedˆ teraz z cztere- ma czˆonkami sekcji - dˆugo trwa† nie b©dzie. Zamiesza- ny jeste˜ w proces kobiety, kt¢ra chciaˆa uˆatwi† uciecz- k© Austriaczce. Dzi˜ j¥ s¥dz¥... Ciebie b©d¥ s¥dzi† jutro. - Za pr©dko szyjesz buty - powa¾nie rzekˆ Lorin. - Tak, ale je ˆadnie kroj© - z obrzydliwym u˜mie- chem odparˆ Simon. - Zobaczysz, m¢j pi©kny grena- dierze! Lorin wzruszyˆ ramionami. ^ ' - C¢¾, jedziemy? - rzekˆ- - Czekam na was. Gdy wszyscy odwr¢cili si© tyˆem, aby zej˜† ze schod¢w, Lorin tak kopn¥ˆ Simona, i¾ ten, wyj¥c z b¢lu, stoczyˆ si© z wywoskowanych schod¢w. Czˆonkowie sekcji nie mogli powstrzyma† si© od ˜mie- chu, a Lorin wˆo¾yˆ r©ce do kieszeni. - I to przy sprawowaniu obowi¥zk¢w! - krzykn¥ˆ Simon pobladˆszy z gniewu. - A my! - odparˆ Lorin. - Czy¾ my tu wszyscy nie sprawujemy swoich obowi¥zk¢w? Wsiadˆ do doro¾ki i wraz 'z komisarzem pojechaˆ do pa- ˆacu sprawiedliwo˜ci. CT2 XXV LORIN Je¾eli czytelnik po raz drugi towarzyszy† nam pragnie do trybunaˆu rewolucyjnego, zastanie tam Maurycego na tym samym miejscu, gdzie˜my go ju¾ przedtem widzieli. Bledszy jest tylko i bardziej wzburzony. W chwili gdy otwiera si© scena strasznego teatru, do- k¥d prowadz¥ nas raczej wypadki ni¾ upodobanie, przy- si©gli naradzaj¥ si© nad wysˆuchan¥ przed chwil¥ spra- , w¥. Dwaj oskar¾eni, kt¢rzy peˆni pogardy dla s©dzi¢w ubrali si© ju¾ jak na rusztowanie, rozmawiali z obroäca- mi. Czcze sˆowa tych ostatnich podobne byˆy do sˆ¢w lekarza, kt¢ry pow¥tpiewa ju¾ o zdrowiu chorego. Lud, zajmuj¥cy tego dnia trybuny, byˆ rozdra¾niony, jego zaciekˆo˜† udzielaˆa si© przysi©gˆym, I nic dziwne- go - byli oni pod bezpo˜rednim nadzorem poäczoszarki i andru˜¢w z przedmie˜cia, starali si© wi©c zadowoli† lud, jak aktor nieprzychylnie nastawion¥ publiczno˜†. Dwaj ludzie, siedz¥cy na ˆawie oskar¾onych, oczekiwali wˆa˜nie na "tak" lub "nie", kt¢re albo miaˆo przywr¢ci† ich ¾yciu, albo rzuci† w ramiona ˜mierci. Lud, zdziczaˆy na skutek ogl¥dania codziennie tragedii, kt¢re stanowiˆy jego ulubione widowisko, prowadziˆ na- st©puj¥ce rozmowy: - Patrz no, patrz na tego wielkiego! - m¢wiˆa poä- czoszarka, kt¢ra zamiast czepka miaˆa wpi©t¥ we wˆosy tr¢jkolorow¥ kokard©. - Patrz, jaki on blady, jakby ju¾ tunarˆ! Sikazany spojrzaˆ na ni¥ pogardliwie i u˜miechn¥ˆ si©.  - Co? - odrzekˆa s¥siadka. - Przecie on si© ˜mieje! Jaki˜ mieszczanin spojrzaˆ na zegarek. - Kt¢ra godzina? - zapytaˆ jego towarzysz. - 173 - Za dziesi©† minut pierwsza. Ju¾ trzy kwadranse, jak si© naradzaj¥. - A ten maˆy! - zawoˆaˆ inny z s¥siad¢w. - Patrzcie na niego! Ale b©dzie ˆadny, kiedy kichnie w worek! j - Ba, to tak pr©dko idzie, ¾e nie b©dziesz miaˆ czasu tego zauwa¾y†. _ Poprosimy pana Sansona o jego gˆow©. Przecie¾ ka¾demu wolno j¥ zobaczy†. _ A ten, patrz, jak pi©knie ubrany na niebiesiko... Biednym ludziom przyjemnie patrze†, kiedy takich ele- gant¢w ˜cinaj¥. Maurycy sˆuchaˆ tych rozm¢w, ale nie zwracaˆ na nie uwagi. Mo¾na by powiedzie†, ¾e od kilku dni serce jego, tylko czasem biˆo. Obawa lub nadzieja kolejno zdawaˆy si© zawiesza† bieg jego ¾ycia, wskutek czego staˆ si© mniej czuˆy i wra¾liwy, a ogarn©ˆa go dziwna niemoc, podobna do bezwˆadu. Przysi©gli powr¢cili do sali i, jak przewidywano, pre- zes odczytaˆ wyroki: obaj oskar¾eni skazani zostali na ˜mier†. Wyprowadzono ich. Szli nieustraszeni, bo w owej epoce ka¾dy ˜miaˆo umieraˆ. . Glos wo«nego ozwaˆ si© ponuro, zˆowrogo: - Obywatel oskar¾yciel publiczny przeciwko obywa- telce Genowefie Dixmer. Maurycy zadr¾aˆ na caˆym ciele i pot zrosiˆ mu twarz. Otworzyˆy si© drzwi, kt¢rymi wprowadzano oskar¾o- nych, i ukazaˆa si© Genowefa. Miaˆa na sobie biaˆ¥ sukni©, uczesana byˆa starannie, nawet z pewn¥ kokie- teri¥, gdy¾ nie obci©ˆa wˆos¢w, jak to czyniˆo wiele in- nych kobiet. Zapewne a¾ do ostatniej chwili pragn©ˆa si© wyda† pi©kn¥ temu, kt¢ry j¥ m¢gˆ zobaczyd Maurycy spostrzegˆ Genowef© i uczuˆ, ¾e siˆy go opusz- czaj¥. Na widok mˆodej, pi©knej kobiety wszyscy wydali Vt4 .,......:. . ' . i okrzyk. W ustach jednych byˆ to okrzyk w˜ciekˆo˜ci - ;w owej epoce ludzie najcz©˜ciej nienawidzili wszystkiego, ^%co wykraczaˆo poza przeci©tno˜† czy to pod wzgl©dem .pi©kno˜ci, czy maj¥tku, geniuszu lub pochodzenia - toni wykrzykn©li z podziwu, a niekt¢rzy nawet z lito˜ci. ^Genowefa jednak w˜r¢d og¢lnej wrzawy poznaˆa wi- ^ .-tˆocznie jeden gˆos, bo zwr¢ciˆa si© w stron© Maurycego. ^'Prezes tymczasem przewracaˆ kartki aktu oskar¾enia, od V czasu do czasu patrz¥c na ni¥ z ukosa. :' Biedna kobieta od razu spostrzegˆa Maurycego, mimo ^y; ¾e twarz zasˆaniaˆ mu kapelusz. Zwr¢ciˆa si© wtedy ku Y;!);;. niemu ze sˆodkim "u˜miechem, r¢¾owe i dr¾¥ce r©ce pr¾y- fe;' ˆo¾yˆa do ust, przesyˆaj¥c mu tajemniczy pocaˆunek, do jfejkt¢rego w tym tˆumie on jeden miaˆ prawo. Ip^:.'11 .Szmer wsp¢ˆczucia przebiegˆ po caˆej sali. Genowefa, %^-zapytana przez kt¢rego˜ z s©dzi¢w, zwr¢ciˆa si© ku niemu, õfe,lecz nagle wzrok peˆen niewypowiedzianej trwogi utkwi- li^ w jednym punkcie sali. ^^{M.. Na pr¢¾no Maurycy wspinaˆ si© na palce. Nic nie gll^dojrzaˆ.  . |||,;',. Fouquier-Tinville zacz¥ˆ czyta† akt oskar¾enia. H^ Akt ten twierdziˆ, ¾e Genowefa Dixmer byˆa ¾on¥ za- ¨,; ,gdrzaˆego buntownika, podejrzanego o udzielenie pomocy gf byˆemu kawalerowi de Maison-Rouge w jego spiskach, ll^lnaj¥cych na celu umo¾liwienie ucieczki kr¢lowej. 1^;, Schwytano .j¥ u st¢p kr¢lowej w momencie, gdy bˆa- |*'|'^atˆa Mari© Antonin©, aby ta wˆo¾yˆa jej suknie. Byˆa ^fe^rtowa po˜wi©ci† swe ¾ycie dla kr¢lowej, lak nieroz- ^|,?l|aainy fanatyzm - m¢wiˆ akt oskar¾enia - zjedna sobie ^i^lpewne pochwaˆy kontrrewolucjonist¢w. Ale dzi˜, kiedy l^atdy obywatel francuski winien jest narodowi swe ¾y- |^(e, ten, kto po˜wi©ca je nieprzyjacioˆom Francji, zdra- |®&a sw¢j -nar¢d. ' - ?;,?..;  . ' ! ! ' l^jtErenowefa zapytana, czy w istocie przyznaje si©, i¾, jak m twierdz¥ ¾andarmi Duchesne i Gilbert, uj©to j¥ u n¢g Kr¢lowej, odpowiedziaˆa z prostot¥: , - Tak jest. , - A zatem v- rzekˆ prezes - opowiedz nam, jakie miaˆa˜ plany i nadzieje. Genowefa u˜miechn©ˆa si©. - Kobieta mo¾e mie† nadziej© - odparˆa - ale nigdy nie mo¾e przedsi©wzi¥† takiego planu, jakiego ja staˆam si© ofiar¥. ' . - Jakim wi©c sposobem tam si© dostaˆa˜? - Nie rozporz¥dzaˆam wˆasn¥ osob¥, kazano mi tam i˜†. -- Kto ci kazaˆ? -zapytaˆ oskar¾yciel publiczny. - Ludzie, kt¢rzy w razie nieposˆuszeästwa grozili mi ˜mierci¥. I znowu sw¢j gniewny wzrok utkwiˆa w punkcie sali, kt¢rego Maurycy nie m¢gˆ dojrze†. - Ale dla unikni©cia ˜mierci, jak¥ ci gro¾ono, narazi- ˆa˜ si© r¢wnie¾ na wyrok '˜mierci? - Kiedy ulegˆam, n¢¾ dotykaˆ mojej piersi, a giloty- na znajdowaˆa si© jeszcze daleko od mojej gˆowy. Ugi©- ˆam si© pod tym gwaˆtem. - Czemu˜ nie wzywaˆa pomocy? Ka¾dy obywatel byˆ- by ci© obroniˆ. - Niestety, m¢j pan^e - odpowiedziaˆˆa Genowefa tak smutno, ¾e Maurycemu omal nie p©kˆo serce - niestety, nikogo wi©cej nie byˆo wtedy przy mnie. Wzruszenie zast¥piˆo wsp¢ˆczucie, jak wsp¢ˆczucie ust¥- piˆo przedtem ciekawo˜ci. Mn¢stwo ludzi opu˜ciˆo gˆowy: jedni, a¾eby ukry† ˆzy, inni, aby pozwoli† im pˆyn¥†. Wtedy Maurycy ujrzaˆ po lewe j/ stronie twarz nie- wzruszon¥, nieugi©t¥. Byˆ to Dixmer, ponury, nieubˆagany, kt¢ry nie spusz- czaˆ z oka Genowefy ani czˆonk¢w s¥du. Krew uderzyˆa mˆodzieäcowi do gˆowy. Gniew ogarn¥ˆ jego serce i m¢zg, napeˆniaj¥c caˆego ¾¥dz¥ zemsty. 176 Rzuciˆ na Dixmera spojrzenie peˆne tak wielkiej niena- wi˜ci, i¾ ten odwr¢ciˆ ku niemu gˆow©. Spojrzenia ich skrzy¾owaˆy si© jak dwa pˆomienie. , - Podaj mi nazwiska inicjator¢w spisku - rzeki prezes; - Znam tylko jedno, panie. - Czyje? - Mego m©¾a. - A wiesz, gdzie on si© teraz znajduje? - Wiem. - Wska¾ nam jego miejsce pobytu. - On w stosunku do mnie byˆ nikczemny, ale ja nie b©d© podˆa. Nie do mnie nale¾y odkrycie jego miejsca pobytu, wy musicie to uczyni†. Maurycy spojrzaˆ na Dixmera. Dixmer nie poruszyˆ si©. Jaka˜ my˜l przebiegˆa przez gˆow© mˆodzieäca; chciaˆ zadenuncjowa† Dixmera, demaskuj¥c samego siebie, ale si© wstrzymaˆ. - Nie - rzekˆ - on nie powinien umrze† w ten spos¢b. <- Odmawiasz wi©c udzielenia nam wskaz¢wek? - za- pytaˆ prezes. - S¥dz©, panie, ¾e ulegaj¥c waszemu ¾¥daniu, by- ˆabym godna pogardy w swoich oczach, jak r¢wnie¾ w oczach innych - odparte Genowefa. - Czy s¥ ˜wiadkowie? - zapytaˆ prezes. - Jest jeden - odpowiedziaˆ wo«ny. - Przywoˆaj go. - Maksymilian, Jan Hiacynt Lorin! - zawoˆaˆ wo«ny. "Lorin! - pomy˜laˆ Maurycy. - 0 Bo¾e, c¢¾ si© staˆo?" Scena ta odgrywaˆa si© w dniu, kiedy aresztowano Lorina, o czym Maurycy nie wiedziaˆ. - Lorin... - szepn©ˆa Genowefa, z niepokojem spo- gl¥daj¥c wok¢ˆ' siebie. B-A. Dumas m - Dlaczego ˜wiadek nie odpowiada na wezwanie? - spytaˆ prezes. - Obywatelu prezesie - rzekˆ Fouquier-Tinville - wskutek nowej denuncjacji ˜wiadek zostaˆ niedawno za- trzymany w swoim mieszkaniu. Zaraz go tu przyprowadz¥. Maurycy zadr¾aˆ. - Byˆ drugi, wa¾niejszy ˜wiadek - m¢wiˆ dalej Fouquier-Tinville - ale go jeszcze nie uj©to. Dixmer z u˜miechem zwr¢ciˆ si© ku Maurycemu. Mo- ¾e my˜l, kt¢ra przedtem powstaˆa w umy˜le kochanka, powstaˆa teraz w umy˜le m©¾a. Genowefa zbladˆa. W tej chwili dwaj ¾andarmi wprowadzili Lorina. Za "nim tymi samymi drzwiami wszedˆ Simon i jako zwykˆy go˜† zasiadˆ pomi©dzy zgromadzonymi. - Jak si© nazywasz? - spytaˆ prezes. J*J - Maksymilian Jan Lorin. - Tw¢j stan.? - - Wolny czˆowiek. - Niedˆugo nim b©dziesz - rzekˆ Simon, pokazuj¥c mu pi©˜†. - Czy wiedziaˆe˜, ¾e oskar¾ona nale¾aˆa do spisku, kt¢ry miaˆ na celu wykradzenie kr¢lowej? - Sk¥d¾e miaˆem wiedzie†? , - Mogˆa ci si© zwierzy†. , - Mnie, czˆonkowi sekcji klubu Termopile? C¢¾ znowu? - Jednak widziano was nieraz razem. - Nie tylko nieraz, ale nawet cz©sto. - Znaˆe˜ j¥ jako arystokratk©? - Nie, znaˆem j¥ jako ¾on© garbarza. - M¥¾ jej. wykonywaˆ zaw¢d garbarza tylko dla pozoru- - Nic o tym nie wiem, nie jestem przyjacielem jej m©¾a. m  . ".....'. - Powiedz nam co˜ o nim.  . ¯ - O, bardzo ch©tnie. Jest to czˆowiek nikczemny ". - Panie Lorin, przez lito˜†! - zawoˆaˆa Genowefa. Lorin m¢wiˆ dalej niewzruszenie. - Po˜wi©ciˆ on, biedn¥ kobiet©, kt¢r¥ przed sob¥ wi- dzicie, dla zaspokojenia osobistej zemsty, bo nie dla po- litycznych przekonaä. O, stawiam go r¢wnie nisko jak samego Simoaa. Dixmer zbladˆ. Simon chciaˆ co˜ powiedzie†, ale pre- zes ruchem r©ki nakazaˆ mu milczenie. - Zdaje si©, obywatelu Lorin, ¾e znasz dokˆadnie ca- ˆ¥ histori© - rzekˆ Fouquier-Tmville. - Opowiedz j¥ nam. - Wybacz, obywatelu Pouquier - odrzekˆ Lorin wsta- j¥c - ale powiedziaˆem ju¾ wszystko, co byˆo mi wiadome. Ukˆoniˆ si© i usiadˆ. . - Obywatelu Lorui - odezwaˆ si© znowu oskar¾y- ciel - obowi¥zkiem twoim jest udzielenie wyja˜nieä trybunaˆowi, i - Niech trybunaˆ sam przekona si© o tym, co powie- dziaˆem, co za˜ do tej biednej kobiety, powtarzam, ¾e jest niewinna, ¾e ulegˆa jedynie gwaˆtowi. Sp¢jrzcie .tyl- ko na ni¥, czy¾ wygl¥da na spiskowca?... Zmuszono j¥, aby uczyniˆa to, co uczyniˆa, i nic wi©cej. ^ - Tak s¥dzisz? . ,  < - Jestem tego pewny. - W imieniu prawa ¾¥dam - zawoˆaˆ Fouquier - aby ˜wiadek stan¥ˆ przed trybunaˆem jako obwiniony ¢ zmow© z t¥ kobiet¥! Maurycy j©kn¥ˆ. Genowefa ukryˆa twarz w dˆoniach, Simon, wydaj¥c okrzyk w˜ciekˆej rado˜ci, rykn¥ˆ: -Obywatelu oskar¾ycielu, dobrze zasˆu¾yˆe˜ si© oj- czy«nie!  t¯ " \ Lorin, nic nie odpowiadaj¥c, przeskoczyˆ kratki, usiadˆ przy Genowefie ˆ .wzi¥wszy jej r©k©, z uszanowaniem j¥ pocaˆowaˆ. - Dzieä dobry, obywatelko! - rzekˆ z zimnym spoko- jem, kt¢ry poruszyˆ caˆe zgromadzenie. - Jak¾e si© czujesz? XXVI DALSZY CI¤G POPRZEDNIEGO ROZDZIA�U Caˆa scena przesun©ˆa si© przed wzrokiem Maurycego jak jatoa˜ nierealna wizja. Oparty na r©koje˜ci szabli, ani przez chwil© nie wypuszczaj¥c jej z r©ki, widziaˆ, jak przyjaciele jego wpadaj¥ w otchˆaä, kt¢ra nigdy nie wy- daje swych ofiar, i pytaˆ sam siebie, dlaczego on, towa- rzysz nieszcz©˜liwych, czepi© si© jeszcze kraw©dzi i sta- wia op¢r odm©towi, kt¢ry go wraz z nimi porywa? . Lorin, przeskakuj¥c kratki, dostrzegˆ ponur¥ i szyder- cz¥ twarz Dbunera. Genowefa, jak powiedzieli˜my, pochyliˆa si© ku niemu, gdy tytko usiadˆ przy niej. -t- M¢j Bo¾e! - rzekˆa. - Czy wiesz pan, ¾e Maurycy jest tutaj? - Gdzief . - Nie patrz pan na niego od razu, bo m¢gˆby˜ go zgubi†. - B¥d« pani spokojna. - Stoi za nami przy drzwiach. Jak¾e cierpie† b©dzie, gdy nas ska¾¥ na ˜mier†. Lorin ze wsp¢ˆczuciem spojrzaˆ na mˆod¥ kobiet©. - Ska¾¥ nas niew¥tpliwie - rzekˆ. - Zˆudzenia pa- ni byˆyby zbyt okrutne, gdyby˜ miaˆa jeszcze jak¥˜ na- dziej©. 180  - O m¢j Bo¾e! - rzekˆa Genowefa. - Biedny przy- jaciel, sam jeden pozostanie na ˜wiecie! , ;; �orin zwr¢ciˆ si© ku Maurycemu, a Genowefa, nie' '  ;)taog¥c r¢wnie¾ oprze† si© pokusie, rzuciˆa w jego stron© ".^szybkie spojrzenie. ^ Maurycy patrzyˆ na nich, trzymaj¥c r©k© na sercu. ;.'-!:' ~~ Jeden jest spos¢b ocalenia pani - powiedziaˆ Lo- ^^f¯n.^ - ,'y ' -Czy pewny? - spytaˆa Genowefa, a oczy jej za- ^i1 ^ysˆy rado˜ci¥. '-1R^"~ ø' recze' ¾e pswny. ^ ^^, ^- Gdyby˜ mnie pan ocaliˆ, Lorin, jak¾e bym byˆa pa- ^l-^teu wdzi©czna. ; .- Ale... - rzekˆ znowu Lorin. Genowefa w jego wzroku wyczytaˆa wahanie. - Wi©c pan go widziaˆ tak¾e? - spytaˆa. ' - Tak jest, widziaˆem. Czy chcesz pani by† ocalona? Miech Dixmer tu siada na tej ˆawie. ^ Dixmer z wyrazu oczu Lorina poznaˆ zapewne, o czym ,^ ten m¢wi, gdy¾ zrazu zbladˆ, wkr¢tce jednak opanowaˆ f*^ si© i twarz jego przybraˆa zn¢w wyraz ponurego spokoju.- !te'y ^ - Niepodobna! - powiedziaˆa Genowefa. -^ Nie mo- |||^ glabym ju¾ go bardziej nienawidzi†. ||-^ - Powiedz pani raczej, ¾e on zna twoj¥ wspaniaˆo- II1;! tey˜lno˜† i ze si© ciebie nie boi. -Bez w¥tpienia, bo jest pewny siebie, mnie i nas wszystkich. - Genowefo, Genowefo, nie jestem takim ideaˆem jak pani. Pozw¢l mi wci¥gn¥† go w nasz¥ spraw© i niechaj zginie. - Nie, Lorin, zaklinam pana, nie chc©, by cokolwiek ˆ¥czyˆo mnie z tym czˆowiekiem, nawet ˜mier†. Wydaje mi si©, ¾e sprzeniewierzyˆabym si© Maurycemu, g<(ybym "umieraˆa z Dixmerem. Ale pani nie umrzesz. 181 -- Jak¾e mo¾na ¾y†, skoro on umrze? - A! - rzekˆ Lorin. - Nie dziwi© si©, ¾e Maurycy kocha ci©, pani! Jeste˜ istnym anioˆem. Biedny, kochany Maurycy! Tymczasem Simon, nie mog¥c sˆysze†, co m¢wili mi©- dzy sob¥ oskar¾eni, po¾eraˆ wzrokiem ich twarze. - Obywatelu ¾andarmie - rzekˆ - nie pozwalaj tym buntownikom, aby jeszcze w trybunale rewolucyjnym knuli spisek przeciw Republice. - Dobrze - odrzekˆ ¾andarm. - Wiesz pewno, oby- watelu Simon, ¾e tutaj ju¾ nie czas knu† spiski, bo tu- taj sp&se-k dˆugo trwa† nie mo¾e. Oni tylko rozmawiaj¥, a poniewa¾ prawo pozwala rozmawia† nawet na ˜mier- telnym wozie, dlaczeg¢¾ by miaˆo zabrania† tego w try- bunale? ½andarmem tym byˆ Gilbert, kt¢ry pozaawszy osob© uj©t¥ w wi©zieniu kr¢lowej, z wrodzon¥ sobie uczciwo˜- ci¥ dawaˆ dowody wsp¢ˆczucia. Prezes, naradziwszy si© z asesorami, na ¾¥danie Fou- quier-TinviU.e'a rozpocz¥ˆ badanie. - Oskar¾ony Lorin - spytaˆ - jakiego rodzaju sto- sunki ˆ¥cz¥ ci© z obywatelk¥ Dixmer? : - Jakiego rodzaju, obywatelu prezesie? - Tak jest. ' Lorin odpowiedziaˆ: Najczystsza przyja«ä serca nasze ˆ¥czyˆa, Jam byˆ lubym jel bratem, ona siostr¥ byˆa. - Obywatelu Lorin - wtr¥ciˆ Fouquier-'Ein:ville - wiersz tw¢j nie jest zbyt udany. - Dlaczego? - spytaˆ Lortn. ^- Jest w nim o jedn¥ zgˆosk© za du¾o. - Obetnij j¥, obywatelu 'oskar¾ycielu, obetnij. To two- ja specjalno˜†! r 182 Na tak okrutny ¾art pobladˆa lekko twarz Fou.quier- -Tmville'a, ,--Jekim okiem obywatel Dixmer patrzyˆ na zwi¥zek czˆowieka, ^kt¢rego uwa¾aˆ za republikanina, ze swoj¥ ^ ¾on¥? - pytaˆ prezes. '.'. -'O, na to nie potrafi© odpowiedzie†, bo nigdy nie znalem obywatela Dixmera i bardzo mi z tym byˆo dobrze. ' - -Ale nic nie m¢wisz-przerwaˆ Fouquier-TinviUe- '.ze tw¢j przyjaciel Maurycy Lindey stanowiˆ ogniwo tak idealnej przyja«ni pomi©dzy tob¥ a oskar¾on¥. .- N¯e m¢wi© - odparˆ Lorin - bo wyjawienie ta- kich rzeczy uwa¾am za niewˆa˜ciwe, a s¥dz© nawet, ¾e i ty, obywatelu, powiniene˜ mnie w tym wzgl©dzie na˜ladowa†. , - <" - Znaˆe˜- t© kobiet©, byˆe˜ jej przyjacielem, ona zwa- ˆa ci© bratetn, ty siostr¥ i nie wiedziaˆe˜, nic o jej 'post©- ^powaniu? Czy to mo¾liwe, jak sam zeznaˆe˜, aby ona wyˆ¥cznie sama dokonaˆa czynu, jafci jej przypisano? - zapytaˆ prezes. , , -^ Nie, 'ona go wyˆ¥cznie sama nie dokonaˆa - podj¥ˆ Znowu Lorin, powtarzaj¥c sˆowa prezesa - bo jak zezna- ˆa wam obywatelka i jak ja zeznaˆem, zmusiˆ j¥ do tego jej m¥¾. - Wi©c jak to by† mo¾e, aby˜ nie znal m©¾a, skoro .on dziaˆaˆ wsp¢lnie ze swoj¥ ¾on¥? - wtr¥ciˆ Fouquier-, -Tinville.  / Wystarczyˆoby, aby Lorin opowiedziaˆ o pierwszym mikni©ciu Dixmera, aby opisaˆ miˆo˜† Genowefy i Mau- rycego, aby w koäcu opowiedziaˆ, w jaki spos¢b m¥¾ 'porwaˆ ¾on© i ukryˆ j¥ w niedost©pnym miejscu, a byˆ- aby si© usprawiedliwiˆ z udziaˆu w spisku, byˆby wytlu- ; maczyˆ wszystkie niejasno˜ci. ', Ale tym sposobem zdradziˆby tajemnic© dwojga przy- tjaci¢ˆ, byˆby zawstydziˆ Genowef© wobec pi©ciuset os¢b. i:-  , ,   183 Zwiesiˆ wi©c gˆow©, jakby sam sobie chciaˆ powiedzie† "nie". - I c¢¾? - spytaˆ prezes. - Co odpowiesz na pytanie obywatela oskar¾yciela? - ½e jego logika j.est mia¾d¾¥ca - rzekˆ Lorin - i ¾e przekonaˆ mnie o tym, o czym nie miaˆem najmniej- szego poj©cia. - O czym?  - ½e, jak si© zdaje, jestem jednym z najstraszniej- szych buntownik¢w, jakich dot¥d widziano. O˜wiadczenie to wzbudziˆo powszechny ˜miech, kt¢re- mu nie mogli si© oprze† nawet przysi©gli. Fouquier zrozumiaˆ caˆe znaczenie tego szyderstwa, a ¾e z niezmordowan¥^, wytrwaˆo˜ci¥ dociekaˆ zawsze Wszelkich tajemnic oskar¾onych i znaˆ je r¢wnie dobrze jak oni sami, nie m¢gˆ wi©c odm¢wi† Lorinowi pewnego uczucia podziwu, zabarwionego wsp¢ˆczuciem. - No, obywatelu Lorin - rzekˆ - broä si©. Trybu- naˆ wysˆucha ci©, bo zna twoj¥ przeszˆo˜†, bo wie¯ ¾e˜ byˆ dzielnym republikaninem. " Simon chciaˆ co˜ powiedzie†, ale prezes dal mu znak, aby milczaˆ. - M¢w, obywatelu Lorin, m¢w, sˆuchamy ci©. Lorin znowu opu˜ciˆ gˆow©. - Kto milczy, ten przyznaje si© do winy - rzekˆ prezes. - Nie - odparˆ Lorin - kto milczy, ten milczy, i nic wi©cej. f®¯ - Jeszcze raz pytam, czy b©dziesz m¢wiˆ? - rzekˆ Fouquier-Tinville. Lorin zwr¢ciˆ si© ku sˆuchaczom, pragn¥c zapyta† Maurycego wzrokiem, co ma czyni†. Maurycy nie daˆ mu znaku, aby m¢wiˆ. Lorin wi©c milczaˆ. Dalszy .ci¥g nast©powaˆ wi©c szybko. , Fouquier przedstawiˆ akt oskar¾enia, prezes stre˜ciˆ -^ 184 przebieg badania, przysi©gli przyst¥pili do gˆosowania i uznali Lorina i Genowef© za winnych. Prezes skazaˆ oboje na kar© ˜mierci. Na wie¾y paˆacu wybiˆa godzina druga. Prezes z ostatnim d«wi©kiem zegara skoäczyˆ ogˆasza- nie wyroku. Maurycy sˆyszaˆ wyrok, i godzin©, a kiedy umilkˆ d«wi©k gˆosu zegara, poczuˆ, ¾e jego siˆy wyczerpaˆy si© zupeˆnie. ½andarmi odprowadzili Genowef© i Lorina, kt¢ry jej podaˆ r©k©. Oboje ukˆonili si© Maurycemu, ka¾de w inny spos¢b, Lorin bowiem u˜miechn¥ˆ si©, Genowefa za˜, blada i pra- wie omdlaˆa, przesiaˆa mu ostatni pocaˆunek. A¾ do os- tatniej chwili miaˆa nadziej©, ¾e b©dzie ¾yˆa. Nie ¾al jej byˆo ¾ycia, ale miˆo˜ci, kt¢ra miaˆa zgasn¥† wraz z ¾y- ciem. Maurycy, na .wp¢ˆ oszalaˆy, nie odpowiedziaˆ na po- ¾egnanie przyjaci¢ˆ, ale, blSdy, wstaˆ z ˆawki, do kt¢rej czuˆ si© prawie przykuty. ½yˆo w nim jeszcze tylko jedno uczucie - nienawi˜† trawi¥ca serce. Ostatni raz spojrzaˆ wok¢ˆ siebie i dostrzegˆ Dixmera, kt¢ry wychodz¥c wraz z innymi, schylaˆ si© wˆa˜nie pod sklepieniem drzwi korytarza. Poderwawszy si© z miejsca jak spr©¾yna, Maurycy po- cz¥ˆ skaka† z ˆawki na ˆawk© i dostaˆ si© do tych samych drzwi. Discmer znikn¥ˆ w ciemno˜ciach korytarza. Maurycy po˜pieszyˆ za nim. W chwili gdy noga Dbnne- ra dotkn©ˆa posadzki wielkiej sali, Maurycy poˆo¾yˆ mu r©k© na ramieniu. 185 XXVI! POJEDYNEK Dixmer obejrzaˆ si© i poznaˆ Maurycego. - Dzieä dobry, obywatelu republikanie - rzekˆ Dix- mer, usiˆuj¥c zapanowa† nad dr¾eniem ctela, wywoˆanym widokiem mˆodego czˆowieka. - Dzieä dobry, podˆy obywatelu - odpowiedziaˆ Mau- rycy. - Spodziewaˆe˜ si© mnie zobaczy†, nieprawda¾? - O, raczej nie teraz - odrzekˆ Dixmer. - Dlaczego? - Bo spodziewaˆem si© tego wcze˜niej. - Wedˆug ciebie zjawiam si© jeszcze za wcze˜nie, zb¢jco - przera¾aj¥cym szeptem dodaˆ Maurycy. - Tw¢j wzrok miota bˆyskawice, obywatelu. - rzekˆ Dixmer.- Poznaj¥ nas i b©d¥ ˜ledzi†. - Prawda, a ty si© boisz, aby ci© nie zatrzymano? Boisz si©, aby ci© nie poprowadzono na rusztowanie, na kt¢re wysyˆasz innych? Owszem, niechaj nas aresztuj¥, bo dzi˜, aby zado˜†uczyni† sprawiedliwo˜ci, brak jedne- go winowajcy. - Tak jak na li˜cie ludzi honoru brakuje jednego nazwiska, odk¥d twoje z niej znikˆo, nieprawda¾? - Dobrze, dobrze, mam nadziej©, ¾e p¢«niej o tym wszystkim pom¢wimy. Ale ty tymczasem pom˜ciˆe˜ si©, i to pom˜ciˆe˜ nikczemnie - na kobiecie. Skoro m¢wisz, ¾e gdzie˜ na mnie czekaˆe˜, dlaczego nie uczyniˆe˜ tego, w moim domu, w dniu wykradzenia Genowefy? - S¥dziˆem, ¾e ty pierwszy daˆe˜ mi przykˆad kra- dzie¾y. - Nie wiedziaˆem, m¢j panie, ¾e˜ taiki, dowcipny, ale bez, niepotrzebnych sˆ¢w. Wiem, ¾e w czynie silniejszy jeste˜ ni¾ w sˆowie, dowodzi tego dzieä, w kt¢rym mnie chciaˆe˜ zabi†. 186 ----Nieraz te¾ wyrzucaˆem sobie, ¾em tego nie uczy- .'^¤.na - spokojnie odpowiedziaˆ Dixmer. ^^ -- No, teraz mo¾esz to sobie wynagrodzi† - uderzaj¥c ^t^p¢ szabli zawoˆaˆ Maurycy. - Jutro, je¾eli chcesz, ale nie dzisiaj. - -Dlaczego jutro? - No, to dzisiaj wieczorem. - Dlaczego nie zaraz? My..;.',1 ø ^4.' - Bo do godziny pi¥tej musz© zaˆatwi† niekt¢re ^^'y"-.. pwsprawy. . - ,  - Znowu jakie˜ nikczemne zamiary, jaka˜ zasadzka - powiedziaˆ Maurycy. - O, mo˜ci Maurycy - podj¥ˆ Dixmer - doprawdy jeste˜ niewdzi©czny. Jak to, przez p¢ˆ roku pozwalaˆem, l^.aby cudowna miˆo˜†, mi©dzy tob¥' a moj¥ ¾on¥ rozwijaˆa lit ) '.si© bez przeszk¢d, przez p¢ˆ roku tolerowaˆem wasze jff' schadzki, nie zwa¾aˆem na wasze u˜miechy. Wyznaj, i¾* pr¢cz mnie ¾aden czˆowiek nie zdobyˆby si© na wi©ksz¥ ˆagodno˜†. , - S¥dziˆe˜, i¾ mog© ci by† u¾yteczny i dlatego mnie oszcz©dzaˆe˜. . -- Bez w¥tpienia - spokojnie odpowiedziaˆ Dixmer, 11^ o 'tyle panuj¥c nad sob¥, o ile Maurycy si© unosiˆ. - "l;,, Bez w¥tpienia! Bo gdy ty zdradzaˆe˜ swoj¥ Republik© pA^^ .sprzedawaˆe˜ mi j¥ za spojrzenie mojej ¾ony, gdy˜ ty I^^^Bfcryˆ si© haäb¥ przez swoj¥ zdrad©, a ona przez wiaro- i?iS|^;'ˆomn¥ miˆo˜†, ja byˆem m¥dry, byˆem bohaterem. Cze- fiS^Sk¥ˆem i triumfowaˆem. 1 ' ! , . . ; ^iti^G '^1"' '''' ' ' -.,,.-'' f y^'^,'9- O zgrozo! - rzekˆ Maurycy. , > 111*^ \'-Tak, tak... Oceä swoje post©powanie, mo˜ci panie. BS 'Prawda, ¾e jest obrzydliwe? Prawda, ¾e jest nikczemne? ' - .Mylisz si©, panie Dixmer, obrzydliwe i nikczemne post©powanie przypisuj© czˆowiekowi, kt¢remu powie- je-rzono honor kobiety, kt¢ry przysi¥gˆ go strzec i zacho- wa† czystym i nietkni©tym, a zamiast dotrzyma† tej- 187 przysi©gi, z pi©kno˜ci tej niewiasty uczyniˆ sidˆa i schwy- taˆ w nie sˆabe serce. M¢j panie, obowi¥zek nakazywaˆ ci opiek© nad t¥ kobiet¥, a ty zamiast opiekowa† si©, sprzedaˆe˜ j¥. - Powiem ci, panie, co powinienem byˆ uczyni† - odrzekˆ Dixm'er. - Powinienem byˆ ocali† przyjaciela, kt¢ry wraz ze mn¥ popieraˆ ˜wi©t¥ spraw©. Tak jak po˜wi©ciˆem tej sprawie m¢j maj¥tek, tak po˜wi©ciˆem i honor. O sobie zapomniaˆem zupeˆnie. Teraz nie mam ju¾ przyjaciela. Odebraˆ sobie ¾ycie. Teraz nie ma ju¾ kr¢lowej, bo umarˆa na rusztowaniu. Teraz wi©c... teraz my˜l© o zem˜cie. - Powiedz raczej, o morderstwie. - Kto wymierza cios wiaroˆomnej, ten jej nie mordu- je, ale karze. ' - Wiaroˆomstwo ty˜ aam jej nakazaˆ. - Tak s¥dzisz? - z ponurym u˜miechem rzekˆ Dix- mer. - Zapyta j, czy jest wolna od wyrzut¢w sumienia, czy jest pewna, ze post¥piˆa zgodnie z prawem? - Kto karze, ten wymierza cios w oczach wszystkich, ty za˜ nie karzesz, bo wymierzaj¥c cios, uciekasz, bo kˆad¥c gˆow© swej ¾ony pod gilotyn©, sam si© ukrywasz. - Ja uciekam? Ja ukrywam si©?... Jak mi tego do- ¯ wiedziesz, kurzy m¢¾d¾ku? - spytaˆ Dixmer. - Albo¾ nazywasz ukrywaniem si© to, ¾e byˆem obecny, kiedy j¥ skazano? Albo¾ nazywasz ucieczk¥ io, ¾e chc© i˜† na Sal© Umarˆych i rzuci† jej moje ostatnie po¾egnanie? - Ty idziesz j¥ ^zobaczy†? - zawoˆaˆ Maurycy. - Idziesz j¥ po¾egna†? - E, obywatelu Maurycy - odpowiedziaˆ Dixmer, wzruszaj¥c ramionami - widz©, ¾e zemsta nie jest twoj¥ specjalno˜ci¥. Ty wi©c, na moim miejscu, byˆby˜ zado- wolony, pozostawiaj¥c wypadki ich wˆasnemu biegowi. S¥dzisz wi©c, ¾e gdy wiaroˆomna ¾ona zasˆu¾yˆa sobie ma ˜mier†, gdy ukaraˆem j¥ ˜mierci¥, ju¾ wszystko mi©- 188 dzy mn¥ a ni¥ skoäczone, a raczej wszystko ju¾ mi©dzy ni¥ a mn¥ skoäczone? Nie, obywatelu Maurycy, ja s¥dz© inaczej, ja znalazˆem spos¢b, aby odwzajemni† si© tej kobiecie za wszystko zˆo, jakie mi wyrz¥dziˆa. Ona ci© kocha i dlatego umrze nie widz¥c ciebie. Ona mnie nie- nawidzi i dlatego mnie zobaczy. Patrz - dodaˆ wyjmu- j¥c pugilares z kieszeni - jest tu bilet z podpisem kan- celisty wi©zienia. Ten bilet zaprowadzi mnie do skaza- nych. Dostan© si© wi©c do Genowefy i nazw© j¥ wy- st©pn¥ ¾on¥. B©d© widziaˆ, jak r©ka kata obetnie jej wˆosy, a kiedy wˆosy spadn¥, ona usˆyszy m¢j gˆos, po- wtarzaj¥cy: "Wiaroˆomna!" Odprowadz© j¥ na ˜miertelny w¢z, a kiedy wst¥pi na rusztowanie, ostatnie sˆowo, kt¢- re usˆyszy, b©dzie: "Wiaroˆomna!" - Strze¾ si©! Zabraknie jej siˆ, aby znie˜† tyle podˆo˜- ci, i oskar¾y ci©. - Nie - odparˆ Dixmer - ona tego nie uczyni, bo zbyt .mnie nienawidzi. Gdyby miaˆa mnie oskar¾y†, by- ˆaby to uczyniˆa, kiedy jej to po cichu doradzaˆ tw¢j przy- jaciel. Kiedy jednak, aby ocali† swoje ¾ycie, nie oskar- ¾yˆa mnie, to dlatego ¾e nie chce ze mn¥ umrze†. Ona wie dobrze, ¾e wstrzymaˆbym wykonanie kary o jeden dzieä, ¾e poszedˆbym za ni¥ na rusztowanie. Wie, ¾e zamiast po¾egna† j¥ u bram wi©zienia, usiadˆbym obok niej na ˜miertelnym wozie i przez caˆ¥ drog© powta- rzaˆbym okropne sˆowo: "Wiaroˆomna!", ¾e powtarzaˆbym je nawet na rusztowaniu, aby w chwili gdy przejdzie do wieczno˜ci, przylgn©ˆo do niej na zawsze. Przej©ty gniewem i nienawi˜ci¥, Dixmer wygl¥daˆ prze- ra¾aj¥co. Chwyciˆ r©k© Maurycego i gwaˆtownie j¥ ˜ciskaˆ, lecz teraz w mˆodzieäcu nast¥piˆa zmiana. W mia- r© jak Dixmera opanowywaˆo coraz wi©ksze podniecenie, Maurycy stawaˆ si© spokojniejszy. - Sˆuchaj - rzekˆ mˆodzieniec - twoja zemsta nie jest caˆkowita. 189 - Dlaczego? - Bo powiniene˜ jej powiedzie†, wychodz¥c z trybu- naˆu: "Spotkaˆem twojego kochanka i zabiˆem go." - Przeciwnie, wol© raczej powiedzie† jej, ¾e ¾yjesz i ¾e przez reszt© swojego ¾ycia b©dziesz clerpafiˆ, maj¥c przed oczami widok jej ˜mierci. - Jednak¾e ty mnie zabijesz - rzekˆ Maurycy - albo raczej... - Maurycy obejrzaˆ si© i widz¥c, ¾e jest panem sytuacji, dodaˆ: - Albo raczej ja ciebie zabij©. I Wlady ze wzruszenia, rozj¥trzony gniewem, poczuˆ, ¾e okrutne sˆowa Dixmera dodaj¥ mu siˆy. Schwyciˆ go za gardˆo i cofaj¥c si©, przyci¥gn¥ˆ do schod¢w, wiod¥- cych nad brzeg rzeki. - Dobrze - rzekˆ Dixmer - nie musisz mnie ci¥gn¥† gwaˆtem, p¢jd© dobrowolnie. - P¢jd«, jeste˜ uzbrojony. - Id© za tob¥. ; - Nie, id« przede mn¥, ale uprzedzam, ¾e za naj- mniejszym poruszeniem moja szabla rozpˆata ci gˆow©. - O, wiesz dobrze, ¾e si© nie boj© - ze straszliwym u˜miechem odpowiedziaˆ Dixmer. - Wiem, ¾e nie boisz si© mojej szabli-mrukn¥ˆ Mau- rycy -. ale boisz si©, ¾e mo¾esz nie dokona† zamierzonej zemsty. A jednak - dodaˆ - skoro patrzymy na siebie oko w oko, mo¾esz si© z ni¥ po¾egna†. Tak rozmawiaj¥c zeszli po maˆych schodkach nad brzeg rzeki, gdzie, je¾eli m¢gˆ ich kto˜ wy˜ledzi† wzro-; kiem, nigdy nie zdoˆaˆby przyby† do˜† wcze˜nie, aby przeszkodzi† pojedynkowi. Poza tym obydwu po¾eraˆa jednakowa zaciekˆo˜†. Znale«li si© na pustym prawie wybrze¾u, gdy¾ s¥dy jeszcze Si© nie odbywaˆy i tˆumy zapeˆniaˆy sal© s¥dow¥, korytarze i dziedziäce. Zdawaˆo si©, ¾e Dixmer tak samo pragnie krwi Maurycego, jak Maurycy krwi Dixmera. Zapu˜cili si© w jeden z podziemnych kanaˆ¢w, wio- i ISO d¥cych z Conciergerie ku rzece, kt¢r©dy nieraz spuszcza- no trupy do wody. Maurycy stan¥ˆ tu¾ nad wod¥. " - Zdaje si©, m¢j Maurycy - odezwaˆ si© Dixmer - ¾e to ja ciebie zabij©, bo zanadto dr¾ysz.  - Ja za˜ s¥dz© przeciwnie-odrzekˆ Maurycy, dobywa- j¥c paˆasza. - My˜l©, ¾e raczej ty zginiesz z mojej r©ki, i ¾e, zabiwszy ci©, wyjm© z twego pugilaresu przepustk© kancelisty paˆacu. O, niepotrzebnie si© zapinasz! M¢j pa- ˆasz ' rozetnie ci odzie¾, r©cz© ci, cho†by nawet byˆa z miedzi jak staro¾ytne pancerze. - We«miesz przepustk©? - rykn¥ˆ Dixmer. - Wezm© - odparˆ Maurycy - i ona zaprowadzi mnie do Genowefy. To ja usi¥d© obok niej na ˜miertel- nym wozie, ja, dop¢ki tylko ¾y† b©dzie, szepta† jej b©d©: "Kocham ci©", a kiedy spadnie jej gˆowa, wtedy powiem: "Kochaˆem ci©." Dixmer. si©gn¥ˆ lew¥ r©k¥ po pugilares, chc¥c cisn¥† go w rzek©, ale szabla Maurycego, szybka jak piorun, ostra jak top¢r, spadˆa na r©k© i prawie zupeˆnie oddzie- liˆa pi©˜† od ramienia. Raniony krzykn¥ˆ i zwieszaj¥c zranion¥ r©k©, przybraˆ obronn¥ postaw©. Wtedy pod ciemnym, zˆowrogim sklepieniem rozpocz©ˆa si© 'zajadˆa walka. Przeciwnicy, zamkni©ci w tak ciasnej przestrzeni, i¾ zaledwie obraca† si© mogli, ˜lizgali Si© po. wilgotnych kamiennych pˆytach, z trudno˜ci¥ opieraj¥c si© o lepkie ˜ciany, tym bardziej ¾e w miar© wzrastaj¥cej zaciekˆo˜ci walka przybieraˆa na sile. Dixmier czuˆ, ¾e wraz z upˆywem krwi wyczerpuj¥ Si© jego siˆy, natarˆ wi©c na Maurycego tak gwaˆtownie, i¾ ten musiaˆ raptownie si© co&i¥†. Noga mu si© po˜lizn©ˆa, a paˆasz przeciwnika dotkn¥ˆ jego piersi. Ale Maurycy, chocia¾ ju¾ kl©czaˆ, szybkim jak my˜l poruszeniem lewej r©ki odtr¥ciˆ go i ostrze swej szabli nadstawiˆ w ten 191 spos¢b, ¾e Dixmer, uniesiony gniewem, nie pami©taj¥c o pochyˆo˜ci gruntu, wpadˆ na ostrze i sam si© przebiˆ. ' Daˆo si© sˆysze† straszliwe przekleästwo i oba ciaˆa tocz¥c si© wypadˆy z podziemnego kanaˆu. Jeden z walcz¥cych powstaˆ - byˆ to Maurycy, zala- ny krwi¥, ale k-rwi¥ nieprzyjaciela. Gdy si© przekonaˆ, ¾e Dixmer ju¾ nie ¾yje, pochyliˆ si© nad jego ciaˆem, odpi¥ˆ karmaniol©, wydobyˆ pugi- lares i oddaliˆ si© szybko. Gdy jednak spojrzaˆ na. siebie, zrozumiaˆ, ¾e je˜li uczy- ni kilka krok¢w, natychmiast go zaaresztuj¥, gdy¾ oaˆy byˆ zbroczony krwi¥. Udaˆ si© na brzeg rzeki, pochyliˆ si© nad wod¥, obmyˆ r©ce i odzie¾, po czym znowu szybko wbiegˆ na schody i po raz ostatni spojrzaˆ w stron© podziemnego kanaˆu. Przybywszy pod paˆac, otworzyˆ pugilares, znalazˆ w nim przepustk©, podpisan¥ przez kancelist©. " - Dzi©ki ci, sprawiedliwy Bo¾e! - szepn¥ˆ. XXVIII SALA UMAR�YCH Przypomnijmy sobie, ¾e kancelista wi©zienia otworzyˆ Dixmerowi ksi©gi i wszedˆ z nim w stosunki, kt¢re bar- dzo uprzyjemniaj¥ obecno˜† mniemanej pani sekreta- rzowej. �atwo si© wi©c domy˜li†, ¾e czˆowiek ten ulegˆ nieopi- sanej trwodze, kiedy odkryto spisek Dixmera, albowiem gdyby tylko zostaˆ pos¥dzony o wsp¢lnictwo ze swoim rzekomym koleg¥, byˆby na pewno skazany na ˜mier†. Fouquier-Tinville wezwaˆ go do siebie. Biedak niemaˆo cierpiaˆ, usiˆuj¥c usprawiedliwi† si© w oczach publicznego oskar¾yciela, lecz dzi©ki zeznaniom 192 i^^enowefy przekonano si©, i¾ nic me wiedziaˆ o aamla- llllte/jej m©¾a. Uniewinniony wi©c zostaˆ dzi©ki Fouquier- i|il3pnvinie'bwi, kt¢ry pragn¥ˆ udowodni†, i¾ jego urz©dni- l^^s¥ bez skazy. , . ' . , .''-' \ Obywatelu-rzekˆ kancelista, padaj¥c mu do n6g- bacz mi, daˆem si© oszuka†. Obywatelu - odpowiedziaˆ oskar¾yciel publiczny- |?©dnik, kt¢ry pozwala si© oszukiwa†, zasˆuguje na gi- n©." '  ' ' ' ' \ ,'  1 '  ''  " ." Ale¾ przecie¾ mo¾na by† gˆupim, obywatelu -* pod- kancelista, o maˆo co me tytuˆuj¥c Fouquier-Tinvil- pe'a  ^T©go'Ekscelencj¥". ' / . '  ' '"- ' ' iiff- Nikt, czy gˆupi, czy nie - przerwaˆ surowo oskar- jli^iel- nie powinien zaniedbywa† swoich obowi¥zM¢w terete©c Republiki. G©si kapitolinikie byˆy tak¾e gˆupie, "'t jednak przebudziˆysi©, aby ocali† Rzym. ,;ãata'ki argunieaat kancelista nic ju¾ nie umiaˆ odpo- wiedzie†, westchn¥ˆ wi©c i czekaˆ. - Przebaczam ci - rzekˆ Fouquier. - B©d© ci© na- broniˆ, bo nie chc©, aby najmniejsze nawet podejrze- zaci¥¾yˆo na kt¢rym˜ z moich urz©dnik¢w. Aˆe panä©- |t3, je˜li raz jeszcze usˆysz© o tobie cho†by najmniejsze l&wko,- ju¾ ci to nie ujdzie na sucho. Ri^rz©dnik ''powr¢ciˆ do kancelarii, gdzie miaˆ wzi¥† "Wsi, kt¢rych ¾¥daˆ Fouquier-Tinville.Jakie¾ jednak by- ^Jego zdmmeinte, gdy niespodzianie ujrzaˆ Dixmera, iry spokojnie zbli¾yˆ si© ku nieaiu. ^ O! - krzykn¥ˆ, jak gdyby spostrzegˆ widnio. S-^Nie poznajesz mnie? - zapytaˆ nowo przybyˆy. Owszem. Jeste˜ obywatelem Durand, a raczej Dbe- ^lak. -: / , ,' . ':'. ! ,1,' ^ ' "' 1-1 KAle¾ ty umarˆe˜, obywatelu?.. -   ' ; ^;Jes2cze nie, Jak, widzisz.  '. ..  ", ' - \ '_, "  tt^.Ale1 lada, 'chwila ci©1 zaaresztuje. '. ., ^ s ' , !  Iftfc"  1 ' '1 "   '  ! ' ' ^Danutt-1. ! , , . ,  ,,  " MS' p^1-.-'''^ -''1.1-' 1 ! ' ' v1;' ' Sft.-^-", '' : .  ^ ,  ...  ' . - Kt¢¾ ma mnie aresztowa†, kiedy mnie nikt nie zna? -*<-Ale ja ci© znam i gdy tylkosˆ¢wkopisn©, p¢Jdziesz pod, gilotyn©.' \ 1'1 ,-,1"; -K1- .  '' .. ,";. /,-,' -KBech no jasˆ^ tylko odezw©, ab©dziesz zgiiptyoo- .weny wraz ze mn¥. , - To wstr©tne, co m¢wisz. - Nie, tytko logiczne. ' -O c¢¾ ci wi©c ohpdzi? M¢w pr©dzej, bo im krfieei b©dziemy roaanawia†, tym mniejsze grozi nam nieb©zpre- CZe&StWO. .1,;:. : 1 ;. - 1 , . .' . '. - ' '' ^-1 -- Sˆuchaj, moj¥ ¾oaa© ska¾¥ na ˜mier†. .--Tak mi si© zdaje. Biedna kobietal -Ot¢¾ chciaˆem si© z ni¥ widzie† po raz ostatni, chciaˆem si© z ni¥ po¾egna†! l . : /.-Gdzie?111' ' '', ^,,J.,.;.:  - , ,-',^/,/,'^ --W Sali Umiarˆyeh.  ''" V, ^ : .' /i':\',. \ - I b©dziesz miaˆ odwag© tam wej˜†? - Czemu me?, - ' .  1 '. ; '.:'': : " '" ---i--:'^ ' '  ' .  '  ' ˆ ' - ' ' ' -"'....'.' - O! - zawoˆaˆ kancelista, kt¢remu na sam¥ my˜l o tym wˆosy powstaˆy na gˆowie, ' : - Musi by† na to jaki˜ spos¢b - odezwaˆ si© znowu Disoner.. ,  ,. ,1 . ''.  , . ;' ..'-:,, \ ;^,; /:^ -Aby wej˜† aa Sal© Umarˆych? Tak, oczywi˜cie. /- Jaki?,' ,,... _  ' . . .', .". , / . . ,.; -- TSezeb¥ mie6 przepustk©. < ---¤ gdzie j¥ mo¾na'dosta†? . Kancelista zbladˆ OlkropniB t wyj¥kaˆ: --Pytasz, gdzie mo¾na dosta† t.ak¥ przepustk©? ' - Tak - odrzekˆ Disaner. - S¥dz©, ¾e moje pytaä& jiest-jasne..' .., 1. ' ''.:.,.', '':.' : ' '1 "';'":'1 ;:";. /; - Mo¾na .dosta†... tutaj.- ','. -' : ' ,' '  111. '^ ''.'-' ',''} '-à1 A kto podpisuje przepustki? , - '?> ^ , ^Kancelista. ,-  ' '..'.:.'/. .,,'''. ,-"\'-^ ':"''';',:' . ,-<-To''ty''prziecie¾ jest<˜'. kancelist¥^ ^1. ' ;' . !''^:":ii\^ '--..Tak.^^ja. :'.:1".'\ ./.1"',1 '' , ;. il:'"ll"^3i..^.::'.r..:/,(;:. 194- " ' i\'""'- ', .  : '' ; -.. ',', ,11;;1'1-1':,<;;'' Widzisz, jak to sjR ws¾ystfco dobrze skˆada - pod-/ chwyciˆ ,ESxmer, siadaj¥c. - Podpisz ml' zait©tact .mat¥ 'karteczk©.. . '",/' ;.-;";"" 1 ':-',./". \.;^',''^'.^^ ½¥dasz mojej gˆowy, obywatelu! ' - Ech, nie, «¥diam tyBko przRpiistk� To w^ystko. Ja ci© tu ka¾© ameszt^iwae, nieg¢dziweze' - zdoby-?' wa j¥† si© na odwag© rzefcˆ kancelista. -- .Czyä,co chcesz^ - powiedziaˆ Daosmer - ale .ja^na-'' tychmiast oskar¾© de <¯^ wsp¢lnictwo ze mn¥ i aamialjsf i˜† sam na sˆawn¥ sal©, -p¢jd© tan* razem i? tob¥. ; KaaceI^Fta abIad� .'_' .. ''''.,.. ''"".^ 1 ".";,,l;:l: ,..-^Zbrodniarzu!,-,zawoˆaˆ. ,1 :. ;,'',,;/ 1 " ...\^,;,'^,:. -,Nfie ma tai ¾adnej zbrodni"-L- przerw¯ˆ .Dmner. -- Pragn© m¢wi† z ¾on¥ i prosz© ci© o pisepustk©, allsiiyin ,?0^.aR, .doinfej dosta†. . ^ ,.';1 ',-. ^;:'^ ' ,,,', ^.1''..' .^'i' -^Kogtiiecznie musisz z ni¥. lpoS^zm;a'wia<6?i ../',1/.1,,'.,.," ;:. , --'Widocznie, je˜li nara¾am swoj¥ gˆow©, v ' :' Sˆowa I&ssaerawidocznie trafiˆy kanceH^cie: doi prze- konanˆa, -gdy¾ Dizmer zauwa¾yˆ, Ss© si© waha. .t^; ~ - 1'to -- rzekˆ - uspok¢j ^©, nikˆ; si© o tym we do-i ¯te.. : .' .' 1 ' ':  1 /:, .'"1.'';. - ,;1;::' 1 ',.' .\.''...1,.1';J - Ale siusimy to" zrobi† inaczej,. , -'Je¾eli to jest mo¾liwe, prosz© bardzo. --Wejdziesz przez drzwi dla skazanych, tamt©dy wchp" dasi© bez przepustka a kiedy pom¢wisz %¾on¥, TOWO- ˆasz mme, a ja ci© wyprowadz©, . * - Tak^ byˆoby nie«le -12^ DhOTe^..-- Ale kiedy˜ luz z-tego powodu Wydiarzyˆ si©bardaso nieBaiiy wypiid©k. 1<...-; Jaki..:wypade&?' -/ .:  .,-/,.;,, "::.. ^;., ..,/i.,^1 ^ " ;.'", . ;' ,; .-'/2-.,,hiednym' gagˆˆusetn,;-. fetory, ia^nsfamt.: do^age�tiwutti-.-. ''(iBBBedl^do^SaM^.Uilnart^^ z^l^^B.^laewialni1;1 .dla;?. stea2an,yc&^'. nie' 'za˜1, "przez' ^dezwi, ^'Sfye^. i: ;nte.:^ni¯^ j^a^pa˜ˆiki, a tyan samyta ^cSeSt^¨t ''s^^<¯i|ow?9dnSS,; iBwo.jej:^ ,tagfe!B.na^c>†ci,,,lnle efaciasno go w^u˜d&. Po^raedzfaalo, ¾e..'kie-.^' dy wszedˆ drzwianu Aa skazanych, to musi by†. sfeaza- ny, Daremnie si© wypi'eraˆ, daremnie przysi©gaˆ, nikt Btiii nie przyszedˆ z pomoc¥, nikt ni¥ chciaˆ wypu˜cie. Pomi- mo przysi¥g i krzyk¢w kat obci¥ˆ nau najpierw wˆosy, a potem gˆow©. Czy ta anegdota jest prawdziwa, ty naj- lepiej powiniene˜ wiedzie†, obywatelu kancelisto. --Niestety, prawdziwa! - dr¾¥c, odpowiedziaˆ kan- celista. -- Widzisz wi©c, ¾e byltoym chyba wariatem, gdybym, maj¥c taki przykˆad, usiˆowaˆ tam wej˜†' bez przepustki. - Ale kiedy ci m¢wi©, ¾e tam b©d©? -¤ je¾eli ci© zawoˆaj¥? Je¾eli b©dziesz potrzebny gdzie indziej? - rzekˆ Dixmer z ironi¥.- Je¾eli zapo- mnisz, ¾e ja. tam jestem? . . -> Ale¾ ja ei przyrzekam. -Nie. A poza tym to by ci© mogˆo skompromˆtowae. Widziano, by, ¾e rozmawiasz ze mn¥. Ja tego nie' chc©, wol© mie† przepustk©. -- To nieniozliwer - No, m¢j pr«yjacielti, chcesz chyba; a¾ebym milczaˆ, bo je¾eli zaczn© m¢wi† o tobie, obaj p¢jdziemy pospace- rowaˆ po placu Rewolucji. Przera¾ony kancelista podpisaˆ ptsepaSOS¥ dla "obywa- .' tela".  ' ' ; .';'111;1:, ;1 - " ",; 111;;1.  i' ' ' ' ' Dixmer porwaˆ j¥ ˆ czym pr©dzej wyszedˆ, aby si© dosta† do sali s¥dowej. ; Reszt© ju¾ znamy. ' ' Kancelista wi©c, aby unikn¥† jat¢egokolwiek pos¥- dzenia o wsp¢lnictwo, usiadˆ w saBobok Pouquier-Tia.¯ ville'¥, przekazawszy przedtem ws3Eys'tfeie' sprawy naj- starszemu11 ze swoich pomc^te¢w., y''.'.- \ .. - V;,  .. -':, .',;',0""godzinie ''dziesi©† minuta po trzeciej Maurycy, maj¥c priepuisfk©, niSh¥ˆ szereg dozorc¢w i ¾aodaim¢w, i bez ' .piAeszkody'^tto¥|:lull^ni¯zc«©Snyeh ' drzwi. "',f, ,.;'.' - ' \ laaa, So kt¢rey wszedf Mattr^y, podzi&Eoaia byˆa na . dwie-''c2i©˜cl. ''"1;' "'','"' '..-'\'-"'; .;''. ^^-t-';"1:  , 1:-1 /1)-.'  ...  . , . ' ' ;'' ',  '.' i 'iftr ., . ,/ . .. . \1/';':.1;. " : ..1-!.':: -.';1 r W jednej siedzieli urz©dnicy, zapisuj¥cy nazwiska przy- byˆych, w drugiej, zawieraj¥cej zaledwie kilka drewnia- nych ˆawek, znajdowali si© aresztowani i skazani na ˜mier†. Ciemn¥ sal© O˜wietlaˆ sˆaby blask, padaj¥cy przez trzy szyby umieszczone w przepierzeniu, kt¢re oddzielaˆo sa- l© od kancelarii, Jaka˜ na wpoi omdlaˆa kobieta, biaˆo ubrana, siedzia- ˆa w k¥cie oparta o ˜cian©. Przed ni¥ staˆ jaki˜ m©¾czyz- na ze zˆo¾onymi na piersi r©kami, poruszaj¥cy od czasu do czasu gˆow¥, jakby chciaˆ co˜ powiedzie†. Obok nich kr©cili si© inni skazani, ˆkaj¥c lub ˜piewa- j¥c patriotyczne pie˜ni. Byˆ to zaiste przedpok¢j ˜mierci, a umeblowanie czy- niˆo go godnym tej nazwy. Widziano tu trumny, napeˆnione sˆom¥, jakby wzywa- j¥ce do siebie ¾ywych. W trumnach tych odpoczywano przed ˜mierci¥. Naprzeciwko przepierzenia wida† byˆo ogromnych roz- miar¢w szaf©. Jeden z wi©«ni¢w otworzyˆ j¥ przez ciekawo˜† i cofn¥ˆ si© przera¾ony. W szafie wisiaˆa "zbroczona krwi¥ odzie¾ os¢b ˜ci©- tych poprzedniego dnia, tu i ¢wdzie widniaˆy dˆugie zwo- je wˆos¢w: byˆ to spadek kata, kt¢ry t© spu˜cizn© od- sprzedawaˆ krewnym, je¾eli wˆadza nie poleciˆa mu spa- li† owych szcz¥tk¢w. Maurycy, dr¾¥cy i nieprzytomny, zaledwie tylko otwo- rzyˆ drzwi, jednym rzutem oka obj¥ˆ caˆy obraz. Wszedˆ na sal© i padˆ do st¢p Genowefy. Nieszcz©˜liwa wydaˆa okrzyk, kt¢ry on stˆumiˆ na jej ustach. ;' Lorin, pˆacz¥c, u˜ciskaˆ Maurycego. '' ' > Troje przyjaci¢ˆ przez chwil© pozostaˆo zˆ¥czonych hie- iniym, serdecznym, prawie radosnym u˜ciskiem. W Lorin pierwszy uwolniˆ si© z obj©† przyjaci¢ˆ. - Wi©c '). ty tak¾e jeste˜ skazany? - spytaˆ Mauryce- go. - Tak - odpowiedziaˆ ten¾e. - Co za szcz©˜cie! - szepn©ˆa Genowefa. Rado˜† ludzi, kt¢rzy maj¥ ¾y† tylko godzin©, nie mo¾e nawet trwa† tak dˆugo, jak samo ich ¾ycie. Maurycy patrzaˆ na Genowef© wzrokiem peˆnym gˆ©bo- kiej, ¾arliwej miˆo˜ci, potem podzi©kowaˆ je j, za niechc¥cy wypowiedziane, samolubne i zarazem czuˆe sˆowo, i zwr¢- ciˆ si© do Lorina. - A teraz - rzekˆ, bior¥c r©ce Genowefy w obie dˆo- nie - porozmawiajmy ze sob¥. - O tak, porozmawiajmy - odpowiedziaˆ Lorin - niewiele ju¾ nam pozostaje czasu. C¢¾ mi powiesz? -Aresztowano ci© z mojej przyczyny, skazano. przez Genowef©, a ty przecie¾ nic przeciwko-prawu nie uczyni- ˆe˜. Ja i Genowefa spˆacamy sjwoje dˆugi, ale po co ty masz przez nas pokutowa†? - Nie rozumiem ci©. - Lorin, jeste˜ wolny. - Ja wolny? Chyba oszalaˆe˜! - rzekˆ Lorin. , -- Nie, nie oszalaˆem, powtarzam ci, ¾e jeste˜ wolny. " Patrz, oto przepustka. Spytaj¥ ci©, kto jeste˜, powiesz, ¾e˜ przyszedˆ z jak¥˜ spraw¥ do kancelisty, ¾e przez ciekawo˜† poprosiˆe˜ go o przepustk©, aby m¢c. zobaczy† skazanych. A teraz, kiedy ju¾ ich zobaczyˆe˜, to ci wystarcza i od- chodzisz. - Chyba ¾artujesz? . . - Nie, m¢j drogi, oto przepustka, korzystaj ze sposob- no˜ci. Ty nie jeste˜ zakochany. Nie musisz umiera† po to, aby sp©dzi† kilka minut dˆu¾ej z ukochan¥. - Dobrze, m¢j Maurycy - rzekˆ Lorin. - Nie spodzie- waˆem si© nigdy, ¾e mo¾na st¥d wyj˜†, ale zaklinam ci©, 189 ocal najpierw pani¥!... Co do' ciebie, p¢«niej damy sobie jako˜ rad©. -^ To niemo¾liwe - rzekˆ Maurycy. - Patrz, na prze- pustce napisano "obywatel", nie za˜ "obywatelka". Poza tym Genowefa nie wyszˆaby st¥d beze mnie, nie chciaˆaby ¾y†, wiedz¥c, ¾e ja mam umrze†. - Wi©c je¾eli ona nie chce, dlaczeg¢¾ ja mam chcie†? S¥dzisz, ¾e jestem mniej odwa¾ny ni¾ kobieta? - Nie, przyjacielu, wiem, ¾e jeste˜ najdzielniejszym z ludzi, ale nic nie zdoˆaˆoby usprawiedliwi† twego uporu. No, Lorin, korzystaj z chwili i daj nam cieszy† si© rado˜- ci¥ i przekonaniem, ¾e jeste˜ wolny i szcz©˜liwy. - Szcz©˜liwy! - zawoˆaˆ Lorin. - Czy ty ¾artujesz?,.. Szcz©˜liwy? Ja bez was? I c¢¾, u diabˆa, chcesz, abym ro- biˆ na tym ˜wiecie bez was, be¾ mofch przyjaci¢ˆ, w Pa- ry¾u? -Lorin, przyjacielu! - Wˆa˜nie dlatego nalegam, ¾e jestem twoim przyja- cielem. Gdybym sam tylko byˆ uwi©ziony i miaˆ nadziej© zobaczenia was, o! obaliˆbym mury, byleby si© uratowa†. Ale teraz i˜† przez ulic© ze schylon¥ gˆow¥, sˆysz¥c nieustan- nie gˆos sumienia, powtarzaj¥cy natarczywie: "Maurycy! Genowefa!", przechodzi† przed domami, w kt¢rych was widywaˆem, gdzie teraz widziaˆbym tylko wasze cienie, obrzydzi† sobie wreszcie drogi Pary¾, kt¢ry tak kocham, o! na honor, na to si© nigdy nie zgodz©! Dlatego wam po- wiadam, ¾e nie powinni˜my nigdy si© rozstawa†, nawet pod gilotyn¥. Czuj©, ¾e mi tu dobrze, i zostaj©. - Biedny, biedny przyjacielu! - rzekˆ Maurycy. Genowefa nic nie m¢wiˆa. Patrzyˆa na nich, maj¥c oczy peˆne ˆez. - ½aˆujesz ¾ycia? - rzekˆ Lorin. - Tak, dla niej! -^- Ja za˜ wcale go nie ¾aˆuj©, nie dbam nawet o bogi- ; nie Rozumu, kt¢ra, zapomniaˆem ci powiedzie†, niesˆuszn¥ 199 miaˆa do firnie uraz©, ale zapewne ˆatwo si© pocieszy; Spo- kojnie pojad© na ˜miertelnym wozie, ¾arcikami bawi† b©- d© gapi¢w, biegn¥cych za mn¥, powiem ˆadny czterowiersz Sansonowi i dobranoc paästwu... Ale... ale... czekaj no. Lorin przerwaˆ. - A, prawda - rzekˆ - prawda, wyjd© st¥d. Wiedzia- ˆem, ¾e nie kocham nikogo, ale zapomniaˆem, ¾e nie- nawidz© kogo˜. Kt¢ra godzina, Maurycy? - Wp¢ˆ do czwartej. -Jeszcze mam czas, doprawdy mam czas. - Zapewne - zawoˆaˆ Maurycy - dzi˜ jeszcze jest dziewi©ciu oskar¾onych, sprawy potrwaj¥ do pi¥tej. Ma- my wi©c prawie dwie godziny przed sob¥. - Tyle mi wˆa˜nie, potrzeba... Daj mi swoj¥ przepustk© i po¾ycz mi dwadzie˜cia sous. - O m¢j Bo¾e! Co chcesz uczyni†? - szepn©ˆa Geno- wefa. Maurycy ˜ciskaˆ jej dˆoä. Najwa¾niejsz¥ dla niego rze- cz¥ byˆo, aby Lorin wyszedˆ. - Mam pewn¥ my˜l - rzekˆ Lorin. Maurycy wydobyˆ sakiewk© z kieszeni i podaˆ j¥^ przy- jacielowi. - A teraz, na miˆo˜† bosk¥, daj mi przepustk©... chcia- ˆem powiedzie†, na miˆo˜† Najwy¾szej Istoty; Maurycy wr©czyˆ mu przepustk©. Lorin pocaˆowaˆ Genowef© w r©k© i korzystaj¥c z chwi- li, w kt¢rej wprowadzono do kancelarii now¥ grup© ska- zanych, przeskoczyˆ drewniane ˆawki i stan¥ˆ pod wielki- mi drzwiami. - O, wydaje. mi si©, ¾e chcesz uci&ka†? - rzekˆ ¾an- darm. Lorin wyprostowaˆ si© i pokazaˆ przepustk©. - Patrz, obywatelu ¾andarmie - rzekˆ - i naucz si© lepiej poznawa† ludzi. 200 ½andarm poznaˆ podpis kancelisty, ale nale¾aˆ do lu- dzi podejrzliwych. Wˆa˜nie w tej chwili wychodziˆ z sa- li rozpraw nie mog¥cy ci¥gle pozby† si© strachu kancelis- ta. Zobaczywszy go, ¾andarm zawoˆaˆ: - Obywatelu kancelisto, tu jaki˜ prywatny chce wyj˜† z.Sali Umarˆych za papierkiem. Czy dobry ten papier? Kancelista zbladˆ z przera¾enia i pewny, ¾e gdyby spoj- rzaˆ, zobaczyˆby okropn¥ twarz Dixmera, nie patrz¥c, wzi¥ˆ czym pr©dzej kartk© i'zawoˆaˆ: - Tak, to m¢j podpis. - No - odezwaˆ si© Lorin - kiedy tw¢j, to oddaj mi przepustk©. - Nie - rzekˆ kancelista, dr¥c kartk© na tysi¥c ka- waˆk¢w - tego rodzaju przepustki sˆu¾¥ tylko na jeden raz. Lorin przez chwil© nie wiedziaˆ, co ma czyni†. - Ha, tym gorzej - rzekˆ - ale przede wszystkim musz© go zabi†. I wybiegˆ z kancelarii. - Ocalony - rzekˆ Maurycy do Genowefy gˆosem peˆ- nym rado˜ci. -Podarto mu przepustk© i ju¾ nie b©dzie m¢gˆ wr¢ci†. Poza tym, cho†by wr¢ciˆ, posiedzenie trybu- naˆu ju¾ si© skoäczy. Zjawi si© o pi¥tej, kiedy my ju¾ nie b©dziemy ¾y†. Genowefa westchn©ˆa i zadr¾aˆa. - O, obejmij mnie ramionami - rzekˆa - i nie opusz- czaj ju¾. Bo¾e, dlaczego nie mo¾emy zgin¥† od jednego cio- su, dlaczego nie mo¾emy razem odda† ostatniego tchnie- nia? Usun©li si© w najciemniejszy k¥t sali, Genowefa usiadˆa przy Maurycym, obj©ˆa go ramionami, i tak, przepeˆnieni miˆo˜ci¥, czekali na zbli¾aj¥c¥ si© ˜mier†. Min©ˆo p¢ˆ godziny. 201 XXIX DLACZEGO LOR1N WYSZED� Nagle daˆ si© sˆysze† jaki˜ szmer, ¾andarmi otworzyli zapasow-e drzwi i ukazaˆ si© Sanson wraz z pomocnikami, nios¥cymi sznur. - O, przyjacielu, przyjacielu! - rzekˆa Genowefa. - Oto nadeszˆa godzina... Czuj©, ¾e mdlej©. - Zˆe pani czynsz - daˆ si© sˆysze† dono˜ny gˆos Lo- rina. - Zˆe pani czynisz, bo ˜mier† to prawdziwa wolno˜†! - Lorin! - z rozpacz¥ zawoˆaˆ Maurycy. - Po co wr¢- ciˆe˜, nieszcz©˜liwy! - S¥dz©, ¾e si© tak um¢wili˜my? Sˆuchaj, bo to, co ci powiem, i pani¥ tak¾e interesuje. - Q Bo¾e, Bo¾e! - - Pozw¢ˆ¾e mi m¢wi†, bo nie b©d© miaˆ czasu opowie- dzie† wam, co zaszˆo. Chciaˆem wyj˜† i kupi† sobie n¢¾ na ulicy Barillerie. ' - C¢¾ chciaˆe˜ pocz¥† z tyin no¾em? - Chciaˆem zabi† poczciwego Dixmera. Genowefa zadr¾aˆa.  - O, rozumiem ci© - rzekˆ Maurycy. \ - Kupiˆem go. Oto co sobie my˜laˆem, a zgadzasz si© zapewne, ¾e tw¢j przyjaciel posiada sporo logiki. Zaczy- nani wierzy†, ¾e powinienem byˆ zosta† matematykiem, nie za˜ poet¥. Na szcz©˜cie, teraz ju¾ jest za p¢«no. Ot¢¾ tak sobie my˜laˆem: ipan Dixmer zgubiˆ swoj¥ ¾on©. Pan Dtxmer nie odm¢wi sobie przyjemno˜ci widzenia jej na wozie ˜miertelnym, zwˆaszcza w naszym towarzystwie. Znajd© go wi©c zapewne w pierwszym szeregu widz¢w, przysun© si© do niego i powiem mu: "Dzieä dobry, panie Dixmer!", a potem wpakuj© mu n¢¾ mi©dzy ¾ebra. - Lorin! - zawoˆaˆa Genowefa. 282 --Uspok¢j si©, kochana przyjaci¢ˆko, opatrzno˜† wszyst- ko dobrze urz¥dziˆa. Wyobra«cie sobie,, ¾e widzowie 29- miast sta† naprzeciwko placu, jak to zwykle czyni¥, stali po prawej stronie rzeki. Oho, rzekˆem sobie, zapewne ja- ki˜ pies tonie. Mo¾e i Dixmer tam jest, bo przygl¥danie si© -takiemu widowisku zawsze zajmuje czas... Zbli¾am si© i widz© mn¢stwo ludzi stoj¥cych wzdˆu¾ brzegu, kt¢rzy gestykuluj¥ i woˆaj¥: "O, szkoda!" Podchodz© bli¾ej, patrz©, i zgadnijcie, co widz©. - Dixmera - ponurym gˆosem rzekˆ Maurycy. - Tak, ale jakim sposobem tak ˆatwo to odgadˆe˜? Tak, Dixmera, kochany przyjacielu, kt¢ry sam sobie otworzyˆ wn©trzno˜ci. Nieszcz©˜liwy zabiˆ si© zapewne na skutek pokuty. - O, czy tak pomy˜laˆe˜? - z ponurym u˜miechem za- pytaˆ Maurycy. Genowefa opu˜ciˆa gˆow©. Byˆa zbyt sˆaba, aby m¢c znie˜† tyle wzruszeä. - Tak, tak wˆa˜nie my˜laˆem, bo znaleziono przy nim; zakrwawiony paˆasz. Chyba... ¾e kogo˜ spotkaˆ... Maurycy, nie m¢wi¥c nic, skorzystaˆ z chwili, ¾e Ge- nowefa nie mogˆa go widzie†, odpi¥ˆ sw¥ karmaniol© i po- kazaˆ Lorinowi zbroczon¥ krwi¥ kamizelk© i koszul©. -A, to co innego - rzekˆ Lorin. I podaˆ r©k© Maurycemu. - Teraz - dodaˆ, pochylaj¥c si© do ucha przyjacie- la - poniewa¾ mnie nie rewidowano i wszedˆem tu, m¢- wi¥c, ¾e nale¾© do orszaku pana Sansona, mam n¢¾ przy sobie. Je¾eli czujesz wstr©t do gilotyny... Maurycy z rado˜ci¥ chwyciˆ podan¥ sobie broä. - Nie - rzekˆ po chwili - ona zanadto by cierpiaˆa. I oddaˆ n¢¾ Lorinowi. - Masz duszno˜† - odpowiedziaˆ ten¾e - niech ¾yje machina pana Guillotin! Bo c¢¾ to za machina pana Guil- 203 lotin? Prztyczek w kark, jak powiedziaˆ Danton. A c¢¾ to dla nas znaczy? .1 cisn¥ˆ n¢¾ w tˆum skazanych. Jeden z nich porwaˆ go, wbiˆ go sobie w piersi i na- tyci.miast padˆ martwy. W tej chwili Genowefa poruszyˆa si© i krzykn©ˆa. San- son poˆo¾yˆ r©k© na jej ramieniu. XXX NIECH ½YJE SIMON! Maurycy, sˆysz¥c krzyk Genowefy, poj¥ˆ, ¾e walka ju¾ si© zaczyna.  Miˆo˜† mo¾e wznie˜† dusz© a¾ do wy¾yn bohaterstwa, miˆo˜† te¾, mimo wrodzonego instynktu, mo¾e natchn¥† czˆowieka pragnieniem ˜mierci, ale nie tˆumi w nim ni- gdy obawy przed cierpieniem. Niew¥tpliwie Genowefa z wi©kszym spokojem i cierpli- ,wo˜ci¥ przyjmowaˆa my˜l o ˜mierci od czasu, gdy Mau- rycy^ wraz z ni¥ umieraˆ. Ale rezygnacja nie usuwa prze- cie¾ cierpienia. "  Maurycy jednym spojrzeniem obj¥ˆ caˆy' obraz i jedn¥ my˜l¥ przeczuˆ to, co miaˆo .nast¥pi†. Na ˜rodku sali le¾aˆ trup, z kt¢rego piersi ¾andarm wy- rwa} n¢¾, aby inni nie mogli go u¾y†. Wok¢ˆ niego ludzie, niemi z rozpaczy, ˜ciskali sobie na- wzajem dˆonie albo bez przerwy, jak wariaci, powtarzali ukochane imiona lub zlewali ˆzami jaki˜ portret, pier˜cio- nek albo splot wˆos¢w. Inni l¾yli tyrani© - sˆowo wytarte i na wieki przekl©te przez ˜wi¥t, czasami nawet przez ty- ran¢w. W˜r¢d tych nieszcz©˜liwych uwijaˆ si©  Sanson, mniej obci¥¾ony pi©†dziesi©ciu czterema latami ni¾ powag¥ ohyd- 204 nego obowi¥zku. W miar© ¯jak pozwalaˆ mu na to jego urz¥d, jednym dodawaˆ otuchy, drugim udzielaˆ rad, znaj- duj¥c zawsze odpowiednie sˆowo dla pokrzepienia ducha nieszcz©˜liwych w obliczu ˜mierci. - Obywatelko - rzekˆ do Genowefy - trzeba b©dzie zdj¥† chusteczk© i podczesa† albo obci¥† wˆosy, je¾eli wolisz. Genowefa struchlaˆa. - Odwa¾nie, przyjaci¢ˆko - rzekˆ ˆagodnie Lorin. - Czy wolno, abym ja podczesaˆ pani wˆosy? - spytaˆ Maurycy. - O tak! - zawoˆaˆa Genowefa. - Niech on to zrobi! Bˆagam o to, panie Sanson. - Dobrze - odwracaj¥c gˆow© odpowiedziaˆ kat. Maurycy rozwi¥zaˆ sw¢j krawat, Genowefa pocaˆowaˆa go i kl©kaj¥c przed mˆodzieäcem, nadstawiˆa sw¥ gˆow©, pi©kniejsz¥ w chwili cierpienia ni¾ w chwilach rado˜ci. Kiedy Maurycy podczesywaˆ jej wˆosy, r©ce mu tak dr¾aˆy i taka bole˜† malowaˆa si© na jego twarzy, i¾ Ge- nowefa zawoˆaˆa: - O, jestem odwa¾na, Maurycy! Sanson odwr¢ciˆ si©. - Pravsyia, panie, ¾e jestem odwa¾na? - Rzeczywi˜cie, obywatelko - odrzekˆ wzruszonym gˆo- sem - jeste˜ naprawd© odwa¾na. Tymczasem pierwszy pomocnik przejrzaˆ wykaz podany przez Fouquier-Tinville'a. - Czternastu - rzekˆ. Sanson policzyˆ skazanych. - Pi©tnastu wraz z umarˆym - rzekˆ. - A to jakim sposobem? Lorin i Genowefa, kierowani jedn¥ my˜l¥, liczyli z nim razem. - M¢wicie, ¾e jest tylko czternastu skazanych, a nas jest pi©tna˜cie os¢b? - rzekˆa. 205 - Tak, obywatel Fouquier